- Opowiadanie: Rossa - Człowiek niezastąpiony

Człowiek niezastąpiony

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Człowiek niezastąpiony

Pacjent uśmiechał się szeroko, gdy pielęgniarz podłączał go do czytnika myśli. Monitor niemal natychmiast zaczął śnieżyć.

– Dobrze – westchnął doktor Nowicki. – Panie Lelek, proszę się skupić. Zadam panu kilka pytań. Co pan widział w nocy?

– Eyeee… – Pacjent pochylił się niebezpiecznie do przodu. – Mooojeee… mooojeee… schaaawi….

– Zaraz zwrócę panu słuchawki. Naprawdę. Chcemy panu pomóc. Proszę przypomnieć sobie, co widział pan nocą. Nie zasnął pan. Coś sprawiło, że zaczął się pan zachowywać… inaczej niżbyśmy chcieli – dokończył nieco kulawo Nowicki.

– Schaaawi…

– Dostanie pan słuchawki, przysięgam – odezwał się po raz pierwszy doktor Wilk.

Jako jedyny wyglądał na zupełnie spokojnego, mimo że naprawdę ucierpiał przez pacjenta. Doktor Wilk widział już wiele przepełnionych szpitali, lecz odkąd zaczął pracować w sławetnym psychiatryku na Solnej, musiał zastanowić się nad znaczeniem słowa „przepełnienie”. Czym innym było doniesienie kilku łóżek, a czym innym poustawianie na korytarzach całych rzędów tanich prycz, które powinny wyjść z użycia dekadę temu. Choroby cywilizacyjne uczynią dwudziesty drugi wiek czasem śmierci – zwykł mawiać lekarz podczas nielicznych nocy spędzonych w domu.

 

Lelek trafił na Solną po pierwszej próbie samobójczej. W szpitalu znów targnął się na życie. Mimo przyjmowania leków, opieki androidów i ludzi, jego stan ciągle ulegał pogorszeniu. Doszło do tego, że z pacjenta walczącego z depresją, stał się prawie rośliną, a porozumienie się z nim graniczyło z cudem. Minionej nocy, po otrzymaniu kroplówki, nie zdołał zasnąć. Coś zmusiło go do wstania z łóżka. Jego towarzysze niedoli, szczęśliwym trafem, mocno spali. Nie obudził ich nawet czujnik ruchu, który miał brzęczeć aż do rana.

Gdy doktor Wilk usłyszał dzwonek, nie zawahał się. Dobrze wiedział, że nikt nie przesiaduje przy monitoringu, zresztą dźwięk dochodził z sali przeznaczonej dla najtrudniejszych pacjentów. Pal diabli, że to nie mój obowiązek – pomyślał lekarz –Zakrzewski pewnie znów jest pijany…

Doktor wpadł do pokoju akurat w chwili, gdy Lelek przykładał poduszkę do twarzy pacjenta z sąsiedniej pryczy.

O tym, co wydarzyło się później, opowiadano chętnie. Ot, ciekawa anegdotka, którą można wzbogacić obrazami z monitoringu. Chudy, niziutki doktor Wilk doskoczył do mierzącego prawie dwa metry pacjenta i z całej siły złapał go za ramiona. Szamotanina nie trwała długo i skończyła się na tym, że psychiatra uderzył głową w wykafelkowaną podłogę. Nie wiadomo, jaki byłby finał tej historii, gdyby nie pojawienie się sanitariusza Zakrzewskiego, który, prawie potykając się o lekarza, zdołał jakoś doprowadzić Lelka do porządku.

W raporcie odnotowano jedynie konieczność podawania silniejszych środków uspokajających i zalecono częstsze doglądanie pacjenta. O tym, że Zakrzewski był tak pijany, że nazajutrz nie był w stanie niczego sobie przypomnieć, raport nie wspominał. Zapomniano również zaznaczyć, że nikt nie czuwał przy monitoringu. Ordynatorka bez szemrania podpisała wszystkie dokumenty. Szpital nie mógł sobie pozwolić na zwolnienia.

 

Lelek wymamrotał coś niezrozumiałego. Jego usta błyszczały od śliny.

– No… – Doktor Wilk uśmiechnął się łagodnie do pacjenta i poprawił bandaż na głowie. – Nikt się na pana nie gniewa. Musimy dociec, co pana tak przestraszyło… Proszę chwilkę pomyśleć…

– Mamy to! – wykrzyknął technik.

– Ciszej! – syknął pielęgniarz.

Lelek zachichotał jak niegrzeczne dziecko i przybrał pozycję płodową.

– Odprowadźcie go do izolatki – powiedział doktor Nowicki. – Adaś, zawołaj studentów. Pomieścimy się?

– Pomieścimy – mruknął pielęgniarz. – Przyszła tylko Burzyńska i syn pana doktora.

Wilk drgnął.

– Może wyjdę… tylko pamiętajcie, żadnej taryfy ulgowej, on musi się czegoś nauczyć.

Nowicki miał już na końcu języka odpowiedź, że skoro chłopak pobiera praktyki na Solnej, i tak natknął się na mnóstwo okropności, lecz się powstrzymał. Lubił i szanował doktora Wilka, ale nigdy nie potrafił pojąć, dlaczego lekarz zgodził się, by jego dziecko pracowało w tak koszmarnych warunkach.

 

***

 

Gdy ojciec i syn minęli się w drzwiach, ich spojrzenia na chwilę się spotkały. Henryk Wilk był, na swoje szczęście, bardzo podobny do matki. Dość wysoki, zawsze chodził wyprostowany jak struna. Towarzysząca mu Gaja Burzyńska uśmiechnęła się do medyków.

– Dzień dobry – powiedziała.

Henryk kiwnął tylko głową i zerknął w kierunku szklanych drzwi, upewniając się, że ojciec nie próbuje go obserwować.

– Obejrzymy zapis wspomnienia Lelka. Komentarze są mile widziane – Nowicki odwzajemnił uśmiech Gai.

Technik włączył materiał.

Na czarnym ekranie pojawiły się dwa białe punkty. Powiększały się z każdą sekundą. Wreszcie zmieniły się w coś, co przypominało podłogę sali szpitalnej. Gaja wyciągnęła z kieszeni notes.

– To… krowa?

Wielka, brązowa jałówka patrzyła prosto na nich niemal idealnie okrągłymi oczami. Za zwierzęciem stopniowo kształtowała się prycza.

– Lelek zaatakował tego pacjenta – podpowiedział Nowicki, dźgając wyświetlacz czubkiem wskaźnika.

Odwrócił się, by zobaczyć, czy studenci w ogóle go słuchają. Gaja pilnie coś notowała, natomiast Henryk patrzył w monitor pustym wzrokiem.

Pacjent dźwignął się z łóżka i podszedł do krowy. W jego ręce pojawił się olbrzymi, rzeźnicki nóż.

Krowa zaryczała przeraźliwie. Henryk zacisnął dłonie w pięści i słyszalnie zgrzytnął zębami.

– Ta krowa może być metaforą jakiejś traumy… To istotna wiadomość dla terapeuty – mruknęła Gaja, a Nowicki aprobująco pokiwał głową.

Pacjent złapał jałówkę za rogi i zatopił nóż w jej karku.

– Może przyciszę? – wrzasnął technik, usiłując przebić się przez agonalne ryki zwierzęcia.

Krowa padła na posadzkę. Pacjent oblizał zakrwawioną rękę.

– Henryk!

Syn doktora Wilka, blady jak prześcieradło, kurczowo trzymał się krzesła.

– Adaś, odprowadź go do łazienki! – jęknął Nowicki, lecz było już za późno.

Henryk, zupełnie jak Lelek kilka minut wcześniej, pochylił się gwałtownie do przodu.

– Wyłączcie to! – krzyknęła Gaja. – Heniu, spróbuj…

Chłopak zwymiotował na podłogę.

– Niech ktoś to posprząta! – krzyknął władczo Nowicki, gdy cisza stała się nie do zniesienia. – Pani Gaju, jest pani wolna. Znakomicie sobie pani… Chodź, Henryku. Pokażę ci zabiegówkę. No, chodź.

Nowicki, z opanowanym do perfekcji spokojnym wyrazem twarzy, złapał chłopaka pod rękę. Henryk nie próbował stawiać oporu, gdy doktor wyprowadzał go z pomieszczenia.

 

– Nie ma się czego wstydzić – mamrotał Nowicki, gdy wyszli na korytarz. – Nie ma, naprawdę. Zatrułeś się czymś? Czy przebywałeś przy kimś z objawami…

– Doktorze – wyszeptał Henryk. – To… ja po prostu tak mam.

Nowicki wytrzeszczył oczy. Chłopak był tak słaby, że nie siliłby się na żarty.

– Twój ojciec o tym wie? – zapytał lekarz, chociaż spodziewał się odpowiedzi.

– Nie.

– Cóż, myślę, że powinieneś z nim porozmawiać.

– Po co? W pracowni było… oni na pewno mu powiedzą.

– Ale co takiego? Że się pochorowałeś? Żaden z nich nie siedział ci w głowie… Powiedz mi, próbowałeś zrobić coś ze swoim strachem? Może usiądziemy u mnie w gabinecie – dodał szybko. – Napijesz się trochę wody.

Gdy usiedli po obu stronach biurka z dykty, Nowicki poczuł się, jakby przyszło mu rozmawiać z pacjentem, a tego chciał uniknąć.

– Strach to ludzka rzecz. Nie ma się czego wstydzić – powiedział, starając się brzmieć jak najmniej moralizatorsko. Efekt był opłakany.

– Jest lepiej niż było – mruknął Henryk, patrząc w swoje spocone dłonie. – Sekcje nie są dla mnie problemem, w ogóle ktoś, kto już nie żyje… Pan doktor rozumie, w czym rzecz. Trup to trup, już mu nie zaszkodzę. On… no, on jest martwy. Nie rusza się. Nie wiem, jak to inaczej ująć.

– Wydaje mi się, że to naturalna obawa…

– Doprawdy? – Henryk wypił łyk wody i uśmiechnął się gorzko. – Proszę sobie wyobrazić, że zamiast mnie siedzi tu ktoś inny. Zwykły student, nie syn kolegi po fachu. Co by pan mu powiedział? Że nie nadaje się do zawodu, bo brak mu zimnej krwi.

Nowicki nie zaprzeczył.

– Myślałem nad zmianą branży, ale ojciec tego nie przeboleje. Ten szpital to jego misja. Znalazł się zbawca…

– Nie potrzeba gwałtownych zmian – rzekł po chwili Nowicki. – Ciągle idziemy… nie, nie idziemy, my gnamy do przodu. Za pięć lat żaden lekarz nawet nie będzie musiał patrzeć na pacjenta, wszystko załatwią roboty.

– Pięć lat temu mówiono to samo.

– Może przesadziłem – zgodził się Nowicki. – Ale już teraz nie musisz pracować z żywymi ludźmi, by być lekarzem. Nie żebym namawiał cię do kłamstwa, zrobisz co zechcesz… Wiesz, o czym mówię? Specjalizacja memoriatrów dopiero się rozkręca. Teraz mamy tu tylko doktor Domańczyk. Gdyby ona wzięła cię pod swoje skrzydła… Porozmawiałbym z Antonim.

Henryk pokręcił głową.

– Co ci zależy?

Siedzieli przez chwilę w zupełnej ciszy. Nowicki, przypomniawszy sobie o obowiązkach, zaczął już szukać odpowiednich słów do delikatnego wyproszenia chłopaka.

– I tak nie mam nic do stracenia – powiedział w końcu Henryk i ukrył twarz w dłoniach.

***

 

Nowicki zawsze starał się zaplanować dobę tak, by poświęcić na sen przynajmniej pięć godzin. Resztę załatwiała kofeina w tabletkach. Niestety, plany miały to do siebie, że często spalały na panewce.

Następnego dnia, Nowicki, mocno spóźniony, biegł do szpitala. Nie mógł spać, myśląc o Henryku i Antonim. Czuł, że wetknął kij w mrowisko. Było mu żal chłopaka i wiedział, że szanse na to, by doktor Wilk okazał synowi choć trochę zrozumienia, są minimalne. Nowicki wyznawał przy tym zasadę, że w niektóre konflikty, absolutnie nie powinny angażować się osoby trzecie. Czy to jeden z nich, zastanawiał się lekarz, wodząc wzrokiem po odrapanym suficie sypialni, czy może wprost przeciwnie? Może mają rację ci, którzy mówią, że brak reakcji to najgorsza reakcja? A może…

Dopiero nad ranem doktor zapadł w płytki, niespokojny sen, z którego po chwili wyrwał go budzik.

W pokoju lekarzy zastał ordynatorkę i Zakrzewskiego. Kobieta wprowadzała dane do ogromnego komputera.

– Notuj – mruczała. – Ucieczka. Pacjentka. Anna Norek. Powód. Wyjaśniony w raporcie.

Maszyna posłusznie wykonywała wszystkie polecenia.

– Stop. Zaburzenie. Schizofrenia paranoidalna. Stop. Dzień dobry, Leszku.

– Przepraszam za spóźnienie – wymamrotał Nowicki. – Ja… ja muszę iść na obchód i…

– Nie. – Ordynatorka westchnęła. – Wyłącz się.

Komputer piknął, ekran zgasł.

– Nawet nie zapytam, dlaczego się spóźniłeś – powiedziała chłodno. – Wiesz, Leszku, co się tu działo?

– Zaraz mam obchód…

– Wstrzymaj się. Mieliśmy ucieczkę, na szczęście nieudaną.

– Tak – wtrącił Zakrzewski. – Mało brakowało…

– Bardzo mało. Panie Zakrzewski, korzystając z tego, że jest pan trzeźwy, może zajmie się pan swoimi obowiązkami? Trzeba zaprogramować androidy, niech zaprowadzą pacjentów do parku. Mamy taki ładny dzień.

Zakrzewski łypnął wściekle na kobietę i wyszedł bez słowa.

– W przyszłym roku zainwestujemy w androidy ochronne – kontynuowała spokojnie ordynatorka. – Choćby dwa, na dobry początek. Ludzie już sobie nie radzą…

– Kiedyś sobie radzili.

Kobieta uniosła kąciki ust.

– Kiedyś, Leszku, ludzie robili bardzo dziwne rzeczy. Dzięki temu, że je robili, my psychiatrzy mamy pracę. Ale żarty na bok. Nocą chciała uciec pacjentka. Zmiennik Zakrzewskiego… jak on się nazywa… nieważne. Cóż, Anna Norek chciała uciec. Zmiennik Zakrzewskiego cudem ją znalazł, zanim zrobiła to policja.

– Dobrze się stało. Z jej zaburzeniami…

– Tak, tak. Kłopot polega na tym, że przez ostatnie dwa miesiące mieliśmy jedenaście ucieczek. Trzy nie miały prawa się udać i skończyły się jeszcze w parku. Przy czterech interweniowała policja. Nie oszukujmy się, pacjentów będzie przybywać, a nie ubywać. Musimy podjąć skuteczniejsze środki ochrony. Dlatego, Leszku, dziś o osiemnastej będzie zebranie, na którym chcę cię widzieć – zakończyła ordynatorka i wskazała na drzwi, dając Nowickiemu znak, że jest wolny.

 

Nowicki spotkał doktora Wilka, gdy już kończył obchód. Mimo zabandażowanej głowy, Wilk wyglądał całkiem nieźle.

– Za pół godziny schodzę do gabinetu – powiedział. – Widziałeś Heńka? Chciałem z nim porozmawiać.

Nowicki, który wczoraj przerobił bardzo podobny scenariusz tej rozmowy, uśmiechnął się.

– Pewnie jest u doktor Domańczyk.

– U tej memoriatry? Ktoś go tam wysłał?

– Wydaje mi się, że przyciągnęły go zainteresowania zawodowe.

Doktor Wilk uniósł brwi.

– Henryk interesuje się memoriatrią?

– Cóż… chyba właśnie tak jest. Wiesz, Antek, to teraz bardzo modne. I, nie da się ukryć, cholernie przyszłościowe. Chłopak myśli nad karierą i słusznie. Memoriatria wyklucza, że wyeliminują go roboty, przynajmniej przez najbliższe pół wieku. Roboty nie wykształcą w sobie ludzkiej intuicji, Antek. Jeszcze nie – mówił szybko Nowicki, gwałtownie gestykulując.

– Ale memoriatria nie jest trochę zbyt… nieścisła?

Lekarz pokręcił głową.

– Nie – odparł. – Pamiętasz, co mówiła ordynatorka? To nadzieja psychiatrii. Słuchaj, niech chłopak zrobi co zechce. Memoriatria jest trudna i wymaga bardzo częstego dokształcania. Ale gdybyśmy mieli drugiego specjalistę… Już ty wiesz najlepiej, w jakim położeniu jest szpital!

Doktor Wilk milczał przez chwilę.

– Sam nie wiem… Memoriatria w gruncie rzeczy niewiele różni się od psychologii… A tu już androidy mają całkiem sporo do powiedzenia.

Nowicki uznał, że czas wyciągnąć ostatniego asa z rękawa.

– Jak mówię, to wasza decyzja. Nawet nie wasza. To decyzja Henryka. Trudno by ktoś przemawiał za niego w tak istotnej sprawie… A teraz wybacz, muszę skończyć obchód.

Mina doktora Wilka wystarczyła Nowickiemu za odpowiedź.

Lekarz, ogromnie z siebie zadowolony, wszedł do sali. Poczucie zwycięstwa natychmiast zniknęło. Zastąpiło je przerażenie.

W pomieszczeniu leżało sześć kobiet, choć przewidziano w nim tylko trzy miejsca. Spod ciasno ustawionych prycz dolatywał okropny zapach. Nowicki odnotował w pamięci, by salowa, podczas rozdawania dyspozycji androidom, koniecznie skierowała któregoś do piętnastki.

– Dzień dobry – wydukał lekarz. – Pani Majewska… hmm…

Przyłożył elektroniczną kartę do czytnika.

– Fizycznie wszystko jest w porządku. A jak się pani czuje?

Pacjentka wytrzeszczyła oczy, jakby dopiero teraz zobaczyła, że ma nad sobą lekarza.

– Oddajcie mi męża. Doktorze, dlaczego oni go zabrali?

– Kto?

– Świecący ludzie. Zabrali mojego… Aaa!!!

Kobieta wrzasnęła tak przeraźliwie, że Nowickiemu włosy stanęły dęba. Chuda pacjentka leżąca na sąsiedniej pryczy wymamrotała pod nosem coś, co przypominało modlitwę.

– Spokojnie, spokojnie… Zaraz podamy pani coś, po czym troszkę się pani wyciszy… Tak… Gdzie jest Wartownik? Wartownik! – dodał głośniej doktor.

Znajome pikanie zabrzmiało wręcz kojąco. Android, niewiele większy od owczarka niemieckiego, wjechał do sali. Ustawił się blisko lekarza, tak, by ten mógł wprowadzić polecenie.

– Prosiłyśmy o zwykłego pielęgniarza! – przypomniała oburzona kobieta z pryczy pod zakratowanym oknem.

– Mamy ograniczoną ilość personelu – wymamrotał doktor. – Dobrze, następna jest pani Szewczyk.

– On nas kocha? – zapytała kobieta, ta, która przed chwilą się modliła.

– Kto?

– Bóg.

Nie sądzę – pomyślał Nowicki, milcząc jednak i uśmiechając się dobrodusznie. – Naprawdę, nie sądzę.

 

***

 

Jedyną zaletą zebrania było to, że trwało krótko.

Doktor Wilk rozpaczliwie próbował porozmawiać z memoriatrą, którą jednak pochłonęły sprawy wyższej wagi. Zgodziła się uczyć Henryka, po czym wsłuchała się w słowa ordynatorki. Albo naprawdę ją zainteresowały, albo – co bardziej prawdopodobne – potrafiła znakomicie udawać skupioną.

Nowicki zażył aż cztery kapsułki z kofeiną. Tylko dzięki nim nie zasnął podczas opisywania kolejnych problemów szpitala na Solnej. To śmieszne, pomyślał. Wszystko to widzimy na co dzień. Sami zgłaszamy każde kolejne kłopoty. Po co więc przytaczać je jeszcze raz? By utwierdzić się w beznadziejności naszego położenia?

– Mamy dwa tysiące sto pierwszy rok. W sto drugim, jeśli wszystko pójdzie po mojej myśli, zdołamy zakupić dwa androidy podobne do Wartownika, oraz jednego, który będzie mógł chronić pacjentów przed wzajemnymi atakami fizycznymi. O tym, że potrzebujemy dwudziestu Wartowników i przynajmniej trzydziestu ochroniarzy, wspominać chyba nie muszę. Raport Postępu Chorób Cywilizacyjnych jest jasny. Liczba chorych każdego roku będzie wzrastała o pięć procent. Wiedzą państwo, że na świecie są szpitale, w których pracuje maksymalnie dziesięć osób? My, drodzy państwo, mamy dziesięć komputerów wyprodukowanych po dwa tysiące osiemdziesiątym… W gruncie rzeczy, to zabytki.

Ordynatorka nabrała powietrza.

– Wiem, że nic nie mogą państwo z tym zrobić. Skupmy się teraz na czymś bardziej przyziemnym. Mieliśmy kolejną ucieczkę. Pacjentka, Anna Norek, próbowała przejść przez parkowe ogrodzenie. Skończyło się jak zwykle, po drugiej stronie ulicy, na oddziale chirurgicznym. Norek wkrótce do nas wróci, prawdopodobnie trzeba będzie zmienić jej leki… Ale nie o tym będziemy rozmawiać. Czy zauważyli państwo coś niepokojącego? Jedenaście prób ucieczek w ciągu dwóch miesięcy to zbyt dużo, by mówić o przypadku. Moim zdaniem nie możemy wykluczać żadnej przyczyny.

– Mhm… – mruknął doktor Wilk.

– Na początku wyeliminujemy zaniedbania personelu. Znają państwo moją opinię o zatrudnianiu więźniów do pracy z chorymi ludźmi? Cóż, niektórzy mówią, że opinia to osobista sprawa, a spraw osobistych do pracy zabierać nie należy. Byłabym gotowa polemizować z tym twierdzeniem. – Ordynatorka zamyśliła się, ale szybko uświadomiła sobie, że za bardzo odbiega od tematu. – Rozmawiałam już z kim trzeba. Od przyszłego miesiąca mogłoby przyjść do nas piętnastu więźniów. Ponoć wrażliwych na ludzką krzywdę i zupełnie zresocjalizowanych. Ja nie wierzę w bajki, proszę państwa, ale wiem, że potrzebujemy każdej pary rąk do pracy.

– Ponoć ma wejść jakiś program – odezwał się Nowicki. – Weekendowe szkolenia dla potencjalnych pracowników szpitali, czy coś takiego… Może tu jest nadzieja?

Ordynatorka parsknęła.

– Weekendowe! Drogi Leszku, jedyny program, który wejdzie z pewnością, to wzrost zasiłków dla bezrobotnych. Idą wybory i nie ma co się oszukiwać. Wygra ten, kto obieca gotówkę, a nie ten, który zaproponuje, by na takie same pieniądze uczciwie zapracować.

 

***

 

Doktor Domańczyk nigdy nie sądziła, że doczeka dnia, w którym jakiś student zainteresuje się jej specjalizacją. Memoriatria była wymagającą dziedziną. Rozwijała się nie z roku na rok, lecz z dnia na dzień. Lekarka marzyła, by dorzucić do światowych osiągnięć własną cegiełkę, lecz w szpitalu na Solnej zawsze brakowało jej czasu na nadprogramowe badania.

Syna doktora Wilka widywała czasem na korytarzach, ale nigdy nie miała okazji, by z nim porozmawiać. Opowieści Nowickiego puściła mimo uszu, podobnie potraktowała zapewnienia o niezwykłym talencie Henryka, którymi atakował ją sam doktor Wilk.

Chłopak przyszedł do jej pracowni w czwartek po południu. Doktor Domańczyk przyjrzała mu się krytycznym wzrokiem.

– Masz dwadzieścia trzy lata, tak?

Henryk kiwnął głową.

– Dobrze… Nazywam się Dagmara Domańczyk. Jestem memoriatrą. Czytałeś coś Williamsa albo Paskowa? Memuary uporządkowane? Albo Wspomnienie w ewolucji chorobowej Amelii Kosik? Może lepiej nie odpowiadaj…

– Przerabialiśmy Istotę memoriatrii…

– Bańkowskiej? Świetna książka, ale pięć lat temu. Dobrze, Henryku. Wyślę ci coś bardziej aktualnego, a ty to przeczytasz. I zdasz u mnie, jak na tradycyjnym egzaminie! – Doktor zachichotała. – Może przejdziemy do konkretów. Wiesz, co jest najważniejszą umiejętnością memoriatry? Czytanie ze zrozumieniem. Dokładnie… niech sprawdzę… pół godziny temu otrzymałam zapisy z ostatniego półrocza. Wiesz, ilu pacjentów zmarło w ciągu ostatnich sześciu miesięcy?

– Dwudziestu?

– Szesnastu. Z każdego mózgu wyciągnięto dane. To szesnaście oddzielnych historii, które należałoby spisać i uporządkować, ale z perspektywy pacjenta. Piszemy od momentów pierwszych objawów chorobowych… lepiej zacząć za wcześnie, niż za późno. Gdyby nie to, co robimy, o wielu chorobach wiedzielibyśmy tyle, co nic. Dlatego nasza praca ma sens – zakończyła swój wywód doktor Domańczyk.

– Dobrze… Co mam teraz robić?

– Pokażę ci przykładowo spisaną historię pacjenta. Jeśli będziesz miał jakieś pytania, nie krępuj się. Później weźmiemy się za pisanie. Co tak patrzysz? Nauka musi być praktyczna!

***

 

Henryk polubił doktor Domańczyk od pierwszego dnia praktyk. O rzeczach strasznych potrafiła mówić ze spokojem, a był to spokój, który się udzielał. Henryk, czytając historie pacjentów, starał się nie podchodzić do nich emocjonalnie. Sprawę ułatwiał fakt, że wszyscy już byli martwi.

– Pamiętam czasy – odezwała się doktor Domańczyk – gdy studiowanie medycyny trwało sześć lat i dopiero później zaczynało się specjalizację. Moja siostra była jeszcze z takiego rocznika… Cóż, w latach siedemdziesiątych, androidy opiekuńcze dopiero zaczynały pojawiać się w szpitalach… Te pierwsze miały coś w rodzaju dłoni. Widziałeś kiedyś takiego androida? Naprawdę, miały dłonie. Obite czymś, co temperaturą i fakturą przypominało ludzką skórę. Pacjenci reagowali na nie znacznie lepiej.

– Ale chyba nie wszyscy, prawda?

– Prawda. Masz coś ciekawego?

Henryk pochylił się nad komputerem.

– Wynotowałem złe wspomnienia z przyjęcia urodzinowego, inicjację seksualną i, to chyba jest najważniejsze, aresztowanie ojca podczas Drugiej Prohibicji. Pacjentka miała wtedy dziewiętnaście lat. Przeczytać?

– Oczywiście.

– “Piąty lipca dwa tysiące sześćdziesiątego roku. Do domu weszli ludzie w mundurach. Dwie kobiety i trzech mężczyzn. Matka powiedziała bratu pacjentki, że ma milczeć. Pacjentka została zaciągnięta do sąsiedniego pokoju, gdzie groźbami wymuszono na niej zeznania. Chociaż nie miała nic wspólnego z produkcją bimbru, spędziła czterdzieści osiem godzin w areszcie. Ojciec był w celi obok, gdzie próbował się powiesić. Strażnicy zareagowali. Później, ojciec pacjentki podciął sobie żyły kawałkiem drutu. Pacjentka widziała jak się wykrwawia, ale nic nie zrobiła.” Dlaczego?

– Akurat odpowiedź na to pytanie powinna znaleźć się wcześniej – powiedziała doktor Domańczyk.

– Czyli mam szukać…?

–Tak. Pamiętaj, że to nie są nauki ścisłe. Jakie emocje odczuwała pacjentka podczas samobójstwa ojca?

– Strach. Radość. Ulgę. Niepewność? Tak, niepewność. – Henryk powiódł wzrokiem po tekście.

– A więc wiemy, że nic nie wiemy. No, może trochę więcej niż nic, ale to wciąż za mało, by wskazać początek zaburzeń. Twojej Annie O. dolegała choroba dwubiegunowa. Jej pamięć funkcjonowała inaczej, niż funkcjonować powinna. Przeczytaj mi choćby jedną scenę. Nie, nie twoją interpretację. Dosłowny odczyt z mózgu.

– Z którego okresu?

– Powiedzmy, że na kilka tygodni przed śmiercią.

– “Mozaika czarno-białych kafelków. Zapach cytryn. Gra na skrzypcach. Wokół panuje cisza, czuć tylko środek do dezynfekcji podłogi. Pomieszczenie jest jasnozielone. Legenda jest żywa, ale zdążyła umrzeć. Uczucie zimna. Samotność. Muszę mówić. Łysy lekarz…”

– Nowicki – mruknęła doktor Domańczyk.

– “Łysy lekarz to legenda. Proszę, niech nie wysyła do mnie tej okropnej maszyny. Niech pielęgniarka zrobi mi zastrzyk. Proszę, proszę, proszę. Niech nie zostawia mnie choć przez chwilę. Niech wpuści kota. Proszę, proszę, proszę.”

– Więc tak. Mamy trochę synestezji, trochę strachu, trochę urojeń. Faza depresyjna, co do tego nie ma wątpliwości. Poczucie zagubienia… hmm…

 

***

 

Henryk zdał sobie sprawę, że wyjścia do szpitala nie są już dla niego koszmarem. Do tej pory ciężko przeżywał każdą chwilę praktyk. Obecnie, były mu niemal obojętne. Nawet mijana na korytarzu Gaja, która miała za punkt honoru rzucić mu pełne wyższości spojrzenie, nie mogła zepsuć mu dnia. Minął dopiero tydzień od rozpoczęcia nauk u doktor Domańczyk, a Henryk już prawie zapomniał o wszystkich kłopotach. Nawet jeśli czytanie historii pacjentów bywało dość nudne, z pewnością stanowiło lepszą alternatywę od pracy przy czytniku myśli czy konieczności obserwowania codziennych obchodów. Henryk miał wielką nadzieję, że wspomnienia już zawsze pozostaną w bezpiecznej, spisanej formie. Wcale nie chciałby oglądać ich w wersji filmowej. Niestety, gdy podzielił się tą myślą z doktor Domańczyk, ta uśmiechnęła się tylko i powiedziała, by poczekał pięć lat. Tak czy tak, uznał wówczas chłopak, wygrałem pięć lat spokojnego życia.

Historia pacjentki, którą usiłował uporządkować, bywała tak tragiczna, że Henryk co jakiś czas odrywał wzrok od komputera, by chwilę odpocząć.

– Nie martw się – mawiała wtedy doktor Domańczyk. – Pomyśl, że jesteś redaktorem książki. Myśl, że to fikcja.

Podczas kolejnego w tym roku, upalnego popołudnia, Henryk walczył z sennością. Kofeina w tabletkach pomagała, lecz nie na długo. Marzył o krótkiej drzemce.

– Coś się dzieje na górze – mruknęła lekarka. – Albo padło mi na słuch, albo…

Wstała powoli i podeszła do rozsuwanych drzwi.

– Otwórz! – powiedziała wyraźnie, lecz szyba ani drgnęła. – Cholera, gdzie są moje…

Reszta jej słów utonęła w przeraźliwym wyciu syreny.

– Spokojnie! – wrzasnęła doktor Domańczyk. – Tylko spokojnie! Heniu, pomóż mi szukać kluczy! Powariowali z tym alarmem…

Chłopak patrzył na lekarkę tak, jak gdyby widział ją pierwszy raz w życiu. Uczucie senności zniknęło, serce zaczęło bić coraz szybciej. Henryk miał wrażenie, że nie zdoła odkleić ciała od skórzanego fotela. Syrena ucichła i coraz wyraźniej słyszał dobiegające z góry krzyki.

– Heniu, musisz mi pomóc! Otwórz! Otwórz! Otwórz!

Chłopak wybełkotał coś niezrozumiałego. Jego czoło lśniło od potu.

Lekarka machnęła ręką i kolejny raz wydała drzwiom polecenie. W końcu ustąpiły.

– Pani doktor!

Do sali wpadł portier.

– Czterech pacjentów uciekło! – wydusił. – Jednego już zła-złapaliśmy… Gdyby przyszedł tu ktoś… to proszę połączyć się…

Mężczyzna złapał się za serce i zaczął walczyć o oddech.

– Proszę usiąść na moim fotelu. – Doktor Domańczyk złapała portiera za ramię i przyprowadziła go do biurka.

– Dzie-dziękuję… Pani doktor, ja muszę im pomóc. Zakrzewski był tak pijany, że spadł ze schodów… jest przy nim jakaś studentka. Doktor Nowicki… on sam uspokaja pacjentów. Ta syrena… Nie mam pojęcia, dlaczego się włączyła… Zwykły alarm nie doprowadziłby do…

– Wszystko rozumiem – przerwała doktor Domańczyk. – Chodź, Heniu. Zdaje mi się, że jesteśmy potrzebni gdzie indziej.

 

Szeroki korytarz szpitala wyglądał jak pobojowisko. Jęki chorych przedzierały się przez podniesione głosy lekarzy. Dwa androidy sprzątające krążyły między nielicznym personelem bardziej przeszkadzając, niż pomagając. Między poprzewracanymi pryczami i kolorowymi kałużami z rozbitych probówek, zalegały odłamki szkła. Doktor Nowicki opatrywał nadgarstek chudemu, siwowłosemu mężczyźnie. Nie on jeden próbował skorzystać z okazji i targnąć się na życie. Pielęgniarze już rozdawali dyspozycje Wartownikom. Ordynatorka wyniosła na korytarz jeden z komputerów, by szybko podliczył straty.

– Gdzie jest Zakrzewski? – pytała. – To przez niego zawyła ta zasrana syrena! Wszystko jest na monitoringu.

– Leży pod schodami. Gaja Burzyńska zakłada mu opatrunek – odparł doktor Wilk.

– Studentka?! Zresztą, co za różnica…? Nie zaskarży nas, bo niczego nie będzie pamiętał… Policja już jedzie. Przygotowałam dane o pacjentach. Ostrzegam, jeśli ktokolwiek z was spróbuje zawiadomić media…

Ordynatorka nie musiała kończyć tej groźby.

– Proponuję, żeby jeszcze raz przejść się po parku – odezwała się doktor Domańczyk. – Być może sami kogoś znajdziemy.

– Dagmara, jesteś mi tu potrzebna! Henryk… Może ty i Adam?

Pielęgniarz, który klęczał na gołej podłodze, podniósł się powoli.

– Już skończyłem swoją robotę. Mogę pójść.

– Nie miej złudzeń, praca dopiero się zacznie. – Ordynatorka uśmiechnęła się gorzko. – Idźcie już.

Doktor Domańczyk patrzyła jak Henryk, blady i zbyt przerażony by protestować, idzie powoli za pielęgniarzem. Nim drzwi się za nimi zamknęły, chłopak rzucił ojcu przepraszające spojrzenie.

Henryk i Adam nie odzywali się, póki nie doszli pod schody. Gaja klęczała nad zakrwawionym Zakrzewskim. Mężczyzna był półprzytomny, bardziej z powodu przepicia, niż urazów.

– Kurwa mać – wykrztusił i znów odpłynął w niebyt.

Burzyńska także zaklęła.

– Gdzie idziecie? – zapytała i odgarnęła z czoła rude włosy. – Ja też chciałabym…

– Zaraz ktoś do pani przyjdzie – rzekł szybko pielęgniarz. – Jak on się czuje?

– Ma rozciętą skroń i złamany obojczyk. Miał kupę szczęścia. Ale jeśli chodzi o jego psychikę, nie byłabym dobrej myśli.

– To, że jest uzależniony, to żadna nowość.

– Ale nigdy aż tak nie bredził. Cóż, za kilkadziesiąt, miejmy nadzieję, lat na memoriatrii będzie co robić. Gdzie idziecie? – powtórzyła.

– Do parku. Liczymy, że znajdziemy kogoś przed policją.

– Powodzenia.

 

Powiew powietrza, mimo że gorącego, i tak zadziałał na Henryka trzeźwiąco. Chłopak zamrugał kilka razy, odetchnął głęboko. Park, który powstał tylko po to, by pacjenci mieli okazję pospacerować w przyjemnym miejscu, teraz przypominał mu dżunglę. Kto, u diabła, wpadł na to, by tak rozbudowany obiekt przylegał do szpitala psychiatrycznego?!

– Spokojnie – rzekł Adam, jakby czytał Henrykowi w myślach. – W gruncie rzeczy, ilość kryjówek jest bardzo ograniczona. Naprawdę. Najpierw przejdziemy się wzdłuż ogrodzenia.

– Czy… może pan pójść pierwszy?

– Jak chcesz.

Ruszyli. Henryk początkowo miał wrażenie, że każda przewrócona gałąź równie dobrze może być konającym człowiekiem. To tylko fikcja, przypomniały mu się słowa doktor Domańczyk. Tylko fikcja.

Kilka lat temu, Henryk odwiedził interaktywny park rozrywki. Jedno z pomieszczeń, choć w rzeczywistości składało się z kilkunastu zielonych płacht taniego materiału, po założeniu specjalnych okularów zmieniało się w amazońską dżunglę. Zadaniem gracza było wskazanie wszystkich dzikich zwierząt. Henryk bez trudu zlokalizował jaguara i jadowicie niebieską żabę. Za kolejny cel upatrzył sobie kajmana, lecz nagle wokół nóg owinęła mu się anakonda. Oznaczało to koniec gry. Chłopak nigdy nie przeżył dziwniejszego uczucia. Choć widział węża bardzo wyraźnie, nie mógł poczuć jego ciężaru. Jednak w chwili, gdy animator powiedział mu, co się stało, anakonda stała się tak realna, że Henryk prawie poczuł, jak miażdży mu kostki.

Jestem w tej cholernej dżungli, myślał rozpaczliwie chłopak, nic tu nie jest prawdziwe, nawet jeśli takie się wydaje… nie mam żadnego wpływu na…

– Jest! – wrzasnął Adam. – Niech się pani zatrzyma, proszę. Nie zrobiła pani nic złego, prawda? My chcemy tylko…

Kobieta o cienkich, jasnych włosach, ubrana w szpitalną piżamę, zdołała wdrapać się na drzewo. Uśmiechała się lekko, gdy poruszane wiatrem gałęzie smagały ją po twarzy.

– Chcemy pani pomóc – rzekł pielęgniarz. – Da pani radę zejść? Halo…

Pacjentka przycisnęła policzek do brązowej kory.

– Spokojnie, tylko spokojnie… To tylko kawałeczek do ziemi, no…

Pacjentka pokazała mu środkowy palec.

– Idź sobie! Idź sobie!

– Naprawdę, chcemy pani pomóc… Będę panią asekurował.

Kobieta krzyknęła cienko i demonstracyjnie podniosła rękę.

Pielęgniarz wstrzymał oddech.

Pacjentka powtórzyła wulgarny gest.

Niech to się skończy – myślał Henryk  błagam, niech to się skończy… W oddali słyszał policyjne syreny. Miał nadzieję, że ktoś do nich przyjdzie, zanim stanie się coś jeszcze gorszego.

– Co pani dolega? – zapytał Adam, gdy chora przybrała stabilniejszą pozycję.

– Gówno mi dolega! Idź sobie! – Kobieta, z zadziwiającą sprawnością, objęła drzewo nogami i podciągnęła się odrobinę. Przesunęła się na wyższą gałąź.

– Zostań tu – powiedział pielęgniarz. – Ja idę po policję.

– Może nas usłyszą…

– Nie ma na co czekać! Heniu… widzę, że się boisz, ale naprawdę musisz tu zostać. Jeśli ona spadnie, każda minuta będzie w cenie… No. Wszystko będzie dobrze.

Pielęgniarz pognał w stronę szpitala. Chłopak miał wielką ochotę ruszyć za nim, chociaż nogi miał jak z waty.

Pacjentka drżała, ale mocno uczepiła się gałęzi.

Henryk przykucnął na trawie i wcisnął głowę między kolana. Zaczęły ogarniać go nudności, przed oczami zamajaczyły czarne mroczki. Gdyby musiał gwałtownie wstać, prawdopodobnie by zwymiotował.

– Przyprowadzi androida – rzekła nagle pacjentka zupełnie przytomnym głosem.

– N-nie – wydusił chłopak. – Przyjdzie po panią policjant…

– Jakoś w to nie wierzę. Chyba nie tylko ja potrzebuję lekarza, co? Oboje, jak widzę, jesteśmy w dupie. Mnie czeka doba w izolatce, ciebie drwiny kolegów. Jestem pedagogiem, jeśli chcesz wiedzieć. Może niezbyt dobrym, ale jednak pedagogiem.

Henryk milczał. Słowa zdawały się docierać do niego z coraz większej odległości.

– Wiesz co? – odezwała się po chwili uciekinierka. – Zejdę z tego drzewa. Jeśli znowu dotkną mnie te zimne łapy, zwariuję. Czemu się nie śmiejesz? Nie znasz najmodniejszego, oddziałowego żartu?

Coś uderzyło o ziemię. Henryk otworzył oczy. Pacjentka stała o własnych siłach i przyglądała mu się w milczeniu.

– Proszę, niech pani teraz nie ucieka… – wyszeptał i zacisnął zęby, by nie zwymiotować.

Jego ciało potrzebowało chwili, by dojść do siebie.

– Już i tak jest za późno. Ten grubas zaraz tu wróci. Wiesz co, chłopcze, żal mi nas. Naprawdę jesteśmy w dupie.

– Hm?

– Będziesz wspaniałym lekarzem, nie ma co. A ja dokonam żywota obmacywana przez roboty.

– Jestem… znaczy, będę memoriatrą. Może umiem pani pomóc?

– Tym lekarzem od trupów? Nie, chyba jeszcze ci podziękuję. Jeśli chcesz mi pomóc, wywal stąd wszystkie androidy i załatw ludzi, z którymi będę mogła porozmawiać. Tacy zwykli ludzie to już legenda, wiesz?

 

Henryk nie odmówił, gdy zaproponowano mu środki uspokajające. Przyjął ich tyle, że przespał kilka godzin, nie musząc martwić się szpitalem na Solnej. Sen przyniósł mu chwilową ulgę. Gdy się obudził, dochodziła pierwsza w nocy. Początkowo zastanawiał się, co robi w izolatce, ale szybko zrozumiał, że ktoś – prawdopodobnie była to doktor Domańczyk – zadbał o jego komfort psychiczny. Samotność to cudowny stan, pomyślał Henryk.

Poważnie rozważał, czy nie zaszyć się w pokoiku aż do rana, ale uznał, że wypadałoby zobaczyć, co działo się w szpitalu.

Nacisnął więc czerwony guzik i, uzbroiwszy się w cierpliwość, czekał aż ktoś się tym zainteresuje. Zdziwił się, bo już po kilku chwilach usłyszał wstukiwanie szyfru.

Drzwi odskoczyły. Na korytarzu stał niewysoki android, o staromodnym, topornym kształcie.

– Dostaliśmy go od szpitala neurologicznego – powiedziała głośno ordynatorka, która z odległości śledziła całe zajście. – Nie jest, jak widzisz, zbyt nowoczesny, ale trochę ułatwi nam życie. Trzeba go będzie przeprogramować… Nie może otwierać izolatek bez konsultacji z lekarzami. Jak się czujesz, Henryku? Twój ojciec czeka na ciebie w pokoju lekarzy.

– Dobrze, dziękuję. Mógłbym zapytać o tę kobietę z parku? Co się z nią stało?

– Jest na drugim piętrze, w izolatce. W ogóle nie chce mówić. Jutro podłączymy ją do czytnika myśli.

– Naprawdę? – zdziwił się chłopak. – Wczoraj była całkiem rozmowna…

– Powiedziała ci coś ciekawego?

– No… sam nie wiem.

– Jesteś zmęczony – powiedziała stanowczo ordynatorka. – Jedź z ojcem do domu i prześpij się we własnym łóżku. Jeśli będziesz chciał ze mną pomówić, będę tu przed ósmą.

To rzekłszy, kobieta wyjęła z kieszeni paczuszkę kofeiny w tabletkach i poszła do pokoju lekarzy.

 

***

 

Szpital na Solnej najbrzydziej prezentował się o poranku. Jaskrawe światło podkreśliło to, czego nie zdołały ukryć kolejne warstwy tynku. Jednak brudna i odrapana fasada była niczym przy tym, co znajdowało się w środku.

– To przedsionek piekła – powiedział doktor Wilk, gdy kandydował na stanowisko ordynatora. – A naszym zadaniem jest uczynienie z niego kolebki człowieczeństwa, mili państwo.

Podobne słowa może byłyby w cenie, gdyby padły w polityce. W przypadku psychiatrii z początku dwudziestego drugiego wieku, brzmiały jak kpina. Nikt o zdrowym rozsądku nie twierdzi, że zrobi słonia z mrówki.

– Kolega słusznie mówi, to przedsionek piekła. Ale żaden cud nie czeka nas przez najbliższe piętnaście lat. Postarajmy się, by szpital robił więcej pożytku niż szkody – powiedziała doktor Makowska i została ordynatorką.

Henryk unikał wzroku ojca. Wczoraj niewiele rozmawiali, a wszystkie wypowiedziane słowa dotyczyły tylko materialnych strat, które poniósł szpital.

Rozstali się w dusznej auli. Chłopak udał, że skręca w stronę oddziału memoriatrii, ale gdy tylko ojciec zniknął w windzie, Henryk pognał na drugie piętro.

Jego nadzieje ziściły się i korytarz był zupełnie pusty. Izolatka znajdowała się tuż przy schodach. Henryk otworzył zamek kartą magnetyczną, wszedł do pokoiku i szybko zamknął za sobą drzwi.

– Spokojnie – powiedział do pacjentki, która patrzyła pustym wzrokiem w sufit. – Żadna kamera na tym piętrze nie zadziała przed południem. Wczoraj, kiedy wyłączali syrenę, zepsuli przy okazji sporo rzeczy.

Zrozumiał, że mówi do siebie. Chora wciąż wpatrywała się w sufit, a jej pucołowata twarz wyrażała tylko obojętność.

– Ja… – zaczął po dłuższej chwili Henryk. – Będę z tym walczył… znaczy, jeśli kiedykolwiek będę miał coś do powiedzenia, zrobię wszystko, by pozostało tu kilku ludzi…

– Nie wyglądasz na takiego, który kiedykolwiek ma coś do powiedzenia – odezwała się wreszcie pacjentka. – Wybacz mi szczerość, ale trochę znam się na ludziach. Przez nich tu trafiłam.

– Ale może… może mógłbym pani wysłuchać? Wczoraj… znaczy… wie pani, była szansa na ucieczkę. Ale pani nie uciekła. Ja… ja mógłbym z panią rozmawiać. Jeśli ustalimy wspólną wersję wydarzeń, którą kupi doktor Nowicki, nikt nie podłączy pani do czytnika myśli. Ograniczymy kontakty z androidami.

– Starasz się zrobić komuś na złość? – uśmiechnęła się pacjentka. – Komu? Komuś, kto kazał ci tu być, prawda?

– Chyba niezły z pani pedagog. Jak się pracuje w szkole?

– Okropnie. Dobrze, będziemy rozmawiać. Podoba mi się ten pomysł. Wczoraj powiedziałam ci, że tacy ludzie przeszli do legendy, pamiętasz? Jeśli cię to dowartościuje, a chyba właśnie tego potrzebujesz, jesteś teraz żywą legendą.

Henryk nie odpowiedział. Wcale nie chciał nią być.

 

Koniec

Komentarze

O, pora w konkursie na literaturę dużego kalibru – “Lot nad kukułczym gniazdem” doprawiony doktorem Judymem.

Co do samej treści – podobają mi się bohaterowie, podoba płynność narracji, podoba fakt, że prawie nie ma błędów (nie wspominam tu o przecinkach, bo z tymi miewam kłopoty). I gdyby tylko opko nie przypominało powieści obyczajowej z psychiatryka… Cały czas czekałem, aż coś się stanie, pojawi fantastyka (umówmy się, że androidy w miejsce pielęgniarzy nią nie są), coś huknie albo pierdyknie. I nagle – opowiadanie się skończyło?! Myślałem, że ta moriatria z czymś wystrzeli. Na pewno nie zrozumiałem, ale te androidy jakoś tych osadzonych męczyły (fizycznie albo psychicznie)? Chyba, że sens jest prosty jak budowa cepa: człowiek jest niezastąpiony! I jedno wrażenie – mimo, że to XXII wiek, to sztafaż techniczny jak z SF z lat 50-tych.

Dobra, kilka uwag jednak mam. Ale to z reguły raczej moje odczucia:

– “Nowicki, z opanowanym do perfekcji spokojnym wyrazem twarzy, złapał chłopaka pod rękę. Nie próbował stawiać oporu” – coś z podmiotami nie tak, przecież Nowicki nie stawiał oporu sam sobie;

– “biurka z dykty” – trudno mi sobie wyobrazić biurko z dykty, stolik – może, ale biurko ma szuflady, a te z dykty – raczej by się nie sprawdziły;

– “powiedział, stając się brzmieć” – literówka: starając;

– “doktor Wilk okazał dziecku” – wiem, że Henryk był dzieckiem doktora, ale słysząc “dziecko”, widzę od razu berbecia w pieluchach; może “synowi”?;

– “Kobieta wprowadzała dane do ogromnego komputera” – heloł, mamy XXII wiek!;

– “Ustawił się blisko lekarza, wysunął maleńki komputer. Nowicki wprowadził polecenie” – wysunął komputer? o co kaman?;

– “Cóż, niektórzy mówią, że opinia to osobista sprawa, a rzeczy osobistych do pracy nosić nie należy” – hm, hm, a biustonosz pani doktor jest wspólnego użytku? raczej “spraw osobistych”?;

– “brakowało jej czasu na nadprogramowe zadania” – z opisu wynika, że lekarze byli przeciążeni pracą, czyli właśnie “nadprogramowymi zadaniami”, chodziło ci raczej o “nadprogramowe badania”?;

– “gdy medycyna trwała sześć lat” – medycyna, chwała jej, trwa już parę tysięcy lat; tobie chodziło o “studiowanie medycyny”;

– “Moja siostra była ostatnim takim rocznikiem” – też skrót myślowy, bo raczej “była z takiego rocznika”;

– “Widziałeś kiedyś taki android?” – “takiego androida”;

– “Piąt lipca” – literówka: piąty;

– “Matka powiedziała bratu, że ma milczeć” – tutaj też coś nie tak, moim zdaniem powinno być “bratu pacjentki”;

– “ojciec pacjentki podciął sobie żyły kawałkiem drutu” – po pierwsze – skąd miał drut? i po drugie – bardzo trudno jest to zrobić drutem;

– “Minął dopiero tydzień od rozpoczęcia nauk u doktor Domańczyk” – nie za szybko? po tygodniu zwykły student dopiero uczy się odnajdywać odpowiednią salę ćwiczeń ;);

– “kolorowymi kałużami z rozbitych probówek” – szkło probówek rozlało się w kałuże? ale tu pewien nie jestem;

– “Ordynatorka wyprowadziła na korytarz jeden z komputerów, by szybko podliczył straty” – co poetka miała na myśli? komputer to nie pies ani liczman;

– “Uśmiechała się lekko, gdy gałęzie smagały ją po twarzy” – z tekstu wynika, że pacjentka siedzi na drzewie. wobec tego czy to jest jakieś drzewo z biczującymi gałęźmi?

 

Moje podsumowanie – bardzo ładnie, poprawnie napisane. Do pewnej chwili wciąga, ale im bliżej końca, tym bardziej zaczyna nużyć. No i ten sens, który jest gdzieś bardzo głęboko ukryty (albo nie załapałem – też możliwe). Czyli – niemal fajne opowiadanie!

Miejsce na Twoją reklamę!

Staruchu, dziękuję za tak rozbudowany komentarz. Zaraz siądę nad błędami (wstyd, że aż tyle, biorąc pod uwagę ile czasu poświęciłam tej historii).

Co do technologii – istotnie, przypomina taką sprzed kilkudziesięciu lat. Ale miałam w tym konkretny cel. Owszem, świat poszedł do przodu, ale w pewnych dziedzinach się uwstecznił. Psychiatria rozwinęła nową gałąź – memoriatrię, ale co z tego, skoro nie radzi sobie z innymi, bardziej “przyziemnymi” problemami? Podejrzewam, że trochę przerósł mnie własny pomysł. :p

Co do byków – pięknie dziękuję za wypunktowanie. Jeśli chodzi o biurko z dykty. W mojej podstawówce takie były. Przynajmniej tak twierdziła wychowawczyni, a że wyobraźnia podpowiedziała mi podobny mebel… cóż. :D

Jeśli zaś chodzi o skróty myślowe w dialogach. Wydaje mi się, że nadają autentyczności, chociaż, oczywiście, mogę się mylić.

Co do braku kontroli w areszcie i zaskakująco krótkiej nauki zawodu. Miałam pomysł (powtórzę, że chyba mnie przerósł), by pokazać dwudziesty drugi wiek jako epokę, w której człowiek wykonał krok do tyłu.

 

Jeszcze raz bardzo dziękuję za opinię. Biorę się za poprawki.

Pozdrawiam. :)

Błędy (literówki), są ze dwa. Reszta to tylko moje sugestie.

Że świat się cofnął, widać po XXII-wiecznym NFZecie :). Ale jednak – czegoś mi tu zabrakło. Ale spoko – może tylko mnie? Poczekaj na innych (Finkla będzie pewnie pierwsza).

Miejsce na Twoją reklamę!

Szkoda, że w opowiadaniu czegoś zabrakło, ale powiem Ci, że Twoje spostrzeżenia pomogły mi dostrzec kilka moich hmm… manier w pisaniu? Tak czy tak, bardzo dziękuję! :)

by pokazać dwudziesty drugi wiek jako epokę, w której człowiek wykonał krok do tyłu.

Ładnie to pokazał King w “Mrocznej wieży”. Ale u ciebie to trochę nie wybrzmiewa – owszem, jakość usług się pogarsza, do pracy wysyła się coraz starsze modele androidów, ale…

Ale pomysł, na pokazanie “cofnięcia” świata przez powiększanie komputerów – nie wypalił. Może jakieś przerwy w działaniu, błędy, ale nie gigantyzacja.

Miejsce na Twoją reklamę!

Słoem – dużo hałasu… o nic? Faktycznie, zabieramy androidy i w zasadzie mamy ostry dyżur z epoki prl..

Jeszcze przemyślę, co zrobię z tym komputerem, Staruchu, ale rzeczywiście, gigantyzacja chyba nie była zbyt trafiona.

 

Rybaku, dziękuję za przeczytanie i komentarz. W założeniu, rzecz jasna, nie miało być “o nic”, ale każda interpretacja tłumaczy mi, co poprawić następnym razem. ;)

 

Nie wiadomo, jaki byłby finał tej historii, gdyby nie pojawienie się sanitariusza Zakrzewskiego, który, prawie potykając się o lekarza, zdołał jakoś doprowadzić Lelka do porządku.

Czy nie raczej Leleka?

 

Jak pojawiło się słowo “Lelek”, to zacząłem się spodziewać jakiejś interwencji mitologicznej słowiańszczyzny, a tu nic z tego ;)

Generalnie wizja psychiatryka przyszłości całkiem ciekawa, ale podobnie jak Staruch, wciąż czekałem aż coś się zacznie dziać. Niemniej czytało się dobrze, więc dla mnie opowiadanie na plus :)

Zaczęło się nieźle, czytało się dobrze, ale kiedy dotarłam do końca, poczułam rozczarowanie.

Może nie zrozumiałam istoty opowiadania, ale mam wrażenie, że poza przedstawieniem kilkorga lekarzy pracujących w przyszłościowym szpitalu psychiatrycznym i kilkorga ich pacjentów niezadowolonych z obecności androidów, niewiele się tu wydarzyło. Aha, no tak, była jeszcze ucieczka – czy przed androidami?

Jakim cudem, w czasie prohibicji, uchował się alkoholik Zakrzewski?

 

– To… krowa?

Wiel­ka, brą­zo­wa ja­łów­ka pa­trzy­ła pro­sto na nich… –> Skąd wiadomo, że to była jałówka?

 

Mina dok­to­ra Wilka wy­star­czy­ła No­wic­kie­mu mu za od­po­wiedź. –> Zbędny grzybek w barszczyku.

 

Le­karz, okrop­nie z sie­bie za­do­wo­lo­ny, wszedł do sali. –> Czy aby nie miało być: Le­karz, ogromnie z sie­bie za­do­wo­lo­ny, wszedł do sali.

 

W po­miesz­cze­niu le­ża­ło sześć ko­biet, choć prze­wi­dzia­no weń tylko trzy miej­sca. –> Piszesz o pomieszczeniu, które jest rodzaju nijakiego, natomiast weń znaczy w niego.

Proponuję: W po­miesz­cze­niu le­ża­ło sześć ko­biet, choć prze­wi­dzia­no w nim tylko trzy miej­sca.

 

Spod cia­sno usta­wio­nych prycz do­bie­gał okrop­ny za­pach. –> Nie wydaje mi się, aby zapach mógł dobiegać, raczej: Spod cia­sno usta­wio­nych prycz dolatywał/ wydostawał się okrop­ny za­pach.

 

By uświad­czyć się w bez­na­dziej­no­ści na­sze­go po­ło­że­nia? –> Pewnie miało być: By utwierdzić/ upewnić się w bez­na­dziej­no­ści na­sze­go po­ło­że­nia?

Za SJP PWN: uświadczyć pot. «napotkać kogoś lub znaleźć coś»

 

Co się tak pa­trzysz? –> Raczej: Co tak pa­trzysz?

 

– Nie martw się – ma­wia­ła wtedy wów­czas dok­tor Do­mań­czyk. –> Dwa grzybki w barszczyku.

 

Heniu, pomóż mi szu­kać klu­czy!Po­wa­rio­wa­li z tym alar­mem… –> Brak spacji między zdaniami.

 

Za­czę­ły ogar­niać go nud­no­ści, przed ocza­mi ma­ja­czy­ły mu czar­ne mrocz­ki. –> Czy drugi zaimek jest konieczny?

 

Jeśli bę­dziesz chciał ze mną po­mó­wić, będę tu przed ósmą.

To mó­wiąc, ko­bie­ta wy­ję­ła z kie­sze­ni… –> Nie brzmi to najlepiej. Może w drugim zdaniu: To rzekłszy, ko­bie­ta wy­ję­ła z kie­sze­ni

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Światowiderze, “Leleka” brzmi mi bardzo nienaturalnie, ale nie jestem mistrzynią w odmianie nazwisk. Postaram się znaleźć jakieś informacje na ten temat.

Cóż, szkoda, że w opowiadaniu czegoś zabrakło, ale fajnie, że odbierasz je na plus. Dziękuję za przeczytanie i komentarz.

 

Regulatorko, jak zawsze Twoja łapanka jest nieoceniona. Bardzo dziękuję. Zaraz poprawię błędy.

Hmm… zaznaczyłam, że prohibicja miała miejsce czterdzieści lat wcześniej. Zakrzewski mógł urodzić się już po. ;)

A ucieczka właśnie przed androidami. 

Cieszę się, że czytało się dobrze i jednocześnie szkoda, że czegoś brakło. Może następnym razem. :D

Rosso, cieszę się,że mogłam pomóc. ;)

Zarejestrowałam, że była prohibicja ale nie zauważyłam, aby została zniesiona.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

A mnie się bardzo spodobało. Zwłaszcza pomysł na nową dziedzinę medycyny. Ja tekst zrozumiałam tak, że to androidy wpędzały pacjentów głębiej w chorobę. Aż szkoda, że nie pociągnęłaś dalej tych tematów. Przełom w memoriatrii byłby super.

Jakoś nie mogłam uwierzyć, że lekarz próbuje obezwładnić cięższego od siebie pacjenta ręcznie, a nie chemią. Ale może to ta oznaka regresu…

Czytałam z zainteresowaniem, wciągnęły mnie losy biednego studenta. Placówki w zasadzie też.

Plejada zróżnicowanych bohaterów. Najlepiej wypada ten chłopak, zdominowany przez ojca, ale inne postacie też interesujące. Każda ma własny charakter.

Legenda trochę na doczepkę. Gdybyś wywaliła te legendarne zdania z opowiadania, nie ucierpiałoby.

Wykonanie, po wszystkich poprawkach, przyzwoite. Prawie nic mi nie zgrzytało.

Powodzenia w konkursie.

– Akurat odpowiedź na to pytanie powinna znaleźć się wcześniej – powiedziała doktor Domańczyk. – Czyli mam szukać…?

–Tak. Pamiętaj, że to nie są nauki ścisłe. Jakie emocje odczuwała pacjentka podczas samobójstwa ojca?

Coś tu się posypawszy, trudno ustalić, kto co mówi. Wygląda, że pani doktor sama do siebie.

Nikt o zdrowym rozsądku nie obiecuje,

Czy Ci się różne powiedzenia nie pomerdały?

Babska logika rządzi!

Regulatorko, rzeczywiście, zapomniałam, że pisałam o tym w pierwszej wersji opowiadania. ;) 

Jeszcze raz bardzo dziękuję za pomoc. :)

Finklo, super, że się podobało, bardzo dziękuję za klika. Wieczorem postaram się nanieść poprawki.

Fajna ta Twoja interpretacja androidów, bardzo fajna. :) 

Sądzę, że kiedyś (może niedługo) napiszę coś związanego ze szpitalem na Solnej i może wtedy trochę “popchnę” memoriatrię. Bo, szczerze mówiąc, bardzo dobrze tworzyło mi się w tym uniwersum. 

 

Przyjemne, podobało mi się. :) Zgodzę się z poprzednikami, że początek był bardziej interesujący, a później tempo jakoś siadło. Bardzo fajny pomysł z memoriatrią, sama nazwa jest ciekawa. Jedyne co mi zazgrzytało, to dialog, który Finkla wrzuciła w poście wyżej. Brakowało większej akcji, zawiązania, rozwiązania, czegoś co doprowadziłoby do czytelniczej satysfakcji, że dotarłem do końca. :p

Myślę, że sugestie w komentarzach są warte uwagi, jak rozbudowanie zagadnienia androidów i ich wpływu na pacjentów. We wspomnieniach (zwłaszcza osób chorych psychicznie) też można było ukryć niejedną tajemnicę. Tak, czy siak, czytało się dobrze. :)

Jest tu pomysł na świat, bohaterów i wizję psychiatryka przyszłości wraz z jego problemami. Tylko że dla mnie zabrakło myśli przewodniej – czegoś, co śledząc, mógłbym zagłębiać się w treść. Przypadku jakiegoś pacjenta, który zostałby rozwiązany, a przy okazji naświetliłabyś mi, co się dzieje, jak ciekawą nauką jest memoriatyka, jak personel radzi sobie z problemami. Obecnie dostałem obiecujący początek, ale na końcu poczułem, że zobaczyłem tylko dzień jak co dzień. Fabule zabrakło pazura.

Technicznie czytało się dobrze, bez problemów.

Podsumowując: ciekawy pomysł i koncept, ale fabuła nie ma wyraźnego kierunku. Jednak koncert fajerwerków wart jest klika.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Rossa, mam słabość do opowiadań o szpitalach psychiatrycznych, więc chyba nie było opcji, żeby Twój tekst mi się nie spodobał :)

A poza tematyką – ​wykonanie na plus, ładne zdania, czytało mi się płynnie i przyjemnie. Pomysł też niczego sobie. Memoriatria – ​super to brzmi. Androidy, które wcale nie chcą nikogo wyleczyć… Porządnie nakreślony świat psychiatryka i dobrze zarysowane postacie pacjentów.

Podsumowując jestem zadowolona z lektury, moim zdaniem opowiadanie jak najbardziej zasługuje na bibliotekę. I oczywiście powodzenia w konkursie :)

Fajna nazwa tej nowej gałęzi medycyny. Rzadko który komentator zapamiętuje ją poprawnie. ;-p

Babska logika rządzi!

Finkla, ja jestem specjalistką od przekręcania nazw, ale tym razem najpierw napisałam poprawnie, a potem spojrzałam wyżej na komentarz NoWhereMana i poprawiłam na źle…

Przepraszam :(

Ależ nie sądzę, że Rossa się gniewa. Sama taką nazwę wymyśliła. ;-)

Babska logika rządzi!

Pewnie nie, ja we własnym tekście potrafię czasem przekręcać wymyślone imiona, a czasem nawet zmieniać je w połowie opowiadania ;) 

Ciekawe pomysły na wykorzystanie robotów w psychiatrii i to badanie wspomnień. Jest w nich coś niepokojącego. Ten drugi pomysł skojarzył mi się z jednym z odcinków Black Mirror. Ale z pierwszym pomysłem się nie spotkałem, także plus za oryginalność. Cała historia wyszła jak dla mnie zbyt statycznie, zakończenie też takie ciche. Oczekiwałem może nie tyle na jakieś zaskoczenie, co na jakąś nową informację o świecie. Jakieś splecenie wątków memoriatrii i robotów, bo wyszły trochę zbyt równolegle.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Ac, daruję sobie gruntowne zmiany w historii, ale z tym dialogiem zaraz coś zrobię, korzystając, że udało mi się wrócić wcześniej do domu. :) Cieszę się, że znalazłeś w opku trochę plusów. :)

 

NoWhereManie, szkoda, że czegoś zabrakło, może następnym razem. :) Ale fajnie, że coś się spodobało. ;)

 

Katiu, ja też bardzo lubię takie wątki, co bardzo ułatwiło mi pisanie. :)

 

Przekręconą nazwą się nie przejmujcie. :) Jak pisze Finkla, sama taką wymyśliłam. :D Wiecie, ile razy pomyliłam się pisząc? :D

 

SzyszkowyDziadku, cóż, chciałam stworzyć raczej niespieszną, melancholijną historię. Może następnym razem napiszę coś bardziej dynamicznego. ;)

Przyznam się, że czytałam szybko z racji na ograniczenia czasowe i momentami miałam wrażenie, że nie nadążam za historią. Niektóre sceny sprawiały wrażenie powiązanych ze sobą zbyt luźno, a czasem nie byłam pewna, czy opisywane zdarzenie ma miejsce teraz, czy w przeszłości (tu konkretnie pamiętam, że chodziło o scenę, kiedy Nowicki wbiega do szpitala i potem zaczęłaś opisywać, to nad czym zastanawiał się w nocy, ale w pierwszej chwili sprawiało to wrażenie, jakby wciąż nad tym dumał). Ogólnie rzecz biorąc jednak, podobał mi się bardzo pomysł na to opowiadanie, sposób ujęcia tematu konkursowego, a technicznie uważam, że jest całkiem nieźle. Nominuję do biblioteki i trzymam kciuki za powodzenie w konkursie. 

Rosebelle, szkoda, że nie wszystko przypadło Ci do gustu, ale bardzo dziękuję za uwagi i klika. :)

Fajne.

Dziękuję, Anet. :)

Bardzo dobrze mi się czytało. Spodobali mi się bohaterowie (każdy ma w sobie coś typowego dla siebie), szczególnie Henryk. Sam świat też się udał – niby przyszłość dość odległa, ale widać, że nie wszystko poszło szczególnie do przodu. W zasadzie tylko androidy się pojawiły, ale wcale mi to nie przeszkadzało. Wyszedł trochę ponury obraz, jednocześnie interesujący.

Dla mnie jednak największym plusem jest sam pomysł na szpital, to co się dzieje z ludźmi z powodu androidów, no i pogłębianie chorób zamiast ich łagodzenia – strasznie nieudolne próby rozwiązania problemów przez zarząd szpitala. W zasadzie szpital stał się typem słabego więzienia – ma za zadanie odizolować pewne jednostki od społeczeństwa i jednocześnie wzmacnia ich słabe strony. Historia składa się w interesującą całość, w dodatku dobrze spisaną. Przypadł mi do gustu sposób, w jaki używasz dialogów do przekazywania informacji. Tak, w mojej opinii dialogi są stworzone porządnie.

Jest dobry wstęp, dobre rozwinięcie i… No właśnie. Zabrakło mi zakończenia. Skończyłem lekturę z uczuciem niedosytu, jakby historia przerwana została nagle i trochę bez pomysłu. Jeśli natomiast chodzi o konkurs, mimo wszystko zabrakło mi legendy.

O ile zawód na koniec niestety się pojawił, nie zmazał bardzo pozytywnego wrażenia. Czytałem z przyjemnością i na pewno uważam tekst za udany ;)

Interesujący pomysł, dobre wykonanie, ale zabrakło mi jakiegoś większego powiązania między scenami; wątku, wokół którego mogłoby wszystko krążyć. Ale ogólne wrażenia pozytywne :)

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Hej, Rosso.

Najpierw dwa drobiazgi.

Nowicki spotkał doktora Wilka, gdy już prawie skończył kończył obchód.(…)

– Dobrze… Ja Nazywam się Dagmara Domańczyk.

Bardzo obrazowo oddałaś atmosferę szpitala i pracujących w nim lekarzy. Muszę przyznać, że rzeczywiście brzmi dla mnie przyszłościowo, a jednocześnie tak zwyczajnie. Za to duży plus, jest realność. :) A nic tak nie lubię w fantastyce, jak to, że wydaje mi się realna. :)

Bardzo ciekawi bohaterowie, dopracowane profile psychologiczne, wiarygodne dialogi i w ogóle wszystko, co się dzieje w szpitalu. Zabrakło mi jednak samej historii i mam tak samo, jak Finkla, mało legendy w legendzie, ale odkładając to na bok, to dobre, obyczajowe opowiadanie. Wróć, raczej wstęp do czegoś większego, bo historia rozpoczęta, wątki zarysowane, a bohaterowie wprowadzeni. Brakuje mi wykończenia, czuję niedosyt.

Pozdrawiam i powodzenia. :)

Perrux, widzę, że opinia o braku wyraźnego zakończenia powtarza się tak często, że następnym razem na pewno postaram się temu zarazić. Cieszę się, że znalazłeś w opku tyle plusów. :)

Cóż, Soku, najważniejsze, że ogólne wrażenie pozytywne. Może następnym razem wyjdzie mi lepiej. :)

Dzięki, Darconie. :) Cóż, stworzenie bohaterów zajęło mi sporo czasu, więc tym bardziej się cieszę, że przypadli Ci do gustu. :) Myślę, że jeszcze wrócę do szpitala na Solnej i trochę porozwijam wątki w innym opowiadaniu. :) Zaraz poprawię te dwie rzeczy – istotnie, ładniej będzie to brzmieć, dziękuję. :)

Pozdrawiam! :)

Miałam tylko zerknąć, ale wsiąkłam i doczytałam do końca. Stworzyłaś wciągającą historię, ciekawych bohaterów, nową dziedzinę nauki i muszę przyznać, że bardzo mi się podobało. Może dlatego, że kiedyś chciałam zostać psychiatrą? ;)

Nie wydaje mi się, że cała otoczka rodem z PRLu jest tutaj czymś nie na miejscu, nawet jeśli akcja toczy się w dość odległej przyszłości. Myślę, że to właśnie ona nadaje klimatu temu opowiadaniu.

Wydaje mi się natomiast, że jeśli chodzi o pewne dziedziny medycyny, zwłaszcza te, które zajmują się leczeniem nie tyle ciała, co umysłu, to człowiek zawsze pozostanie niezastąpiony.

Podsumowując – świetne opowiadanie. Już wiem, że będę miała ogromny problem przy głosowaniu, bo pojawia się coraz więcej dobrych tekstów.

 

AQQ, bardzo miło mi to czytać. :)

 

Przeczytałam opowiadanie. Kwalifikuje się do konkursu.

 

Uwagi:

 

Rozważ wstawienie wycentrowanych gwiazdek pomiędzy scenami.

Możesz czasem zamienić doktor Domańczyk na lekarkę, wydawało mi się, że często się powtarza.

Gdy Henryk cytuje zapis myśli/swoje notatki, zapisałabym to w cudzysłowie, nie kursywą.

Pal diabli, że to nie mój obowiązek, pomyślał lekarz, Zakrzewski pewnie znów jest pijany… ← Pal diabli, że to nie mój obowiązek – pomyślał lekarz – Zakrzewski pewnie znów jest pijany… (poprawiam według fantazmatowej formatki)

Jeszcze nie. – Nowicki mówił szybko, gwałtownie gestykulując. ← nie jestem pewna, czy odwrócenie szyku usprawiedliwia taki zapis dialogu. Wszak wciąż tutaj jest czynność gębowa: Jeszcze nie – mówił szybko Nowicki…

Nie sądzę, pomyślał Nowicki, milcząc jednak i uśmiechając się dobrodusznie. Naprawdę, nie sądzę. ← Nie sądzę – pomyślał Nowicki, milcząc jednak i uśmiechając się dobrodusznie. Naprawdę, nie sądzę.

od pracy przy czytniku myśli, czy konieczności obserwowania

lecz nagle, wokół nóg

Niech to się skończy, myślał Henryk, błagam, niech to się skończy… ← Niech to się skończy – myślał Henryk – błagam, niech to się skończy…

Jego ciało potrzebowało chwili(+,) by dojść do siebie.

usłyszał wystukiwanie szyfru. ← raczej wstukiwanie

To przedsionek piekła ← tutaj masz wypowiedź, co prawda przytaczaną, a nie w czasie rzeczywistym, ale potem masz następną (pani ordynator) i ja zapisałabym je normalnie, w formie dialogu (z półpauzami i od nowego akapitu każda).

 

Opinia o fabule po zakończeniu konkursu.

Życzę powodzenia :)

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Wielkie dzięki, Naz. Wstawiłam gwiazdki tak, by oddzielały kolejne wątki, a ewentualne powtórzenia poprawię już jutro. :)

Pozostaje mi czekać na Twoją opinię po konkursie. :)

Szpital nie mógł sobie pozwolić na zwolnienia.

Sto lat minęło, a problemy wciąż te same. :p

 

Słuchaj, niech chłopak zrobi[+,] co zechce.

Dwa orzeczenia praktycznie obok siebie.

 

 Cóż, w latach siedemdziesiątych, androidy opiekuńcze dopiero zaczynały pojawiać się w szpitalach… Te pierwsze miały coś w rodzaju dłoni.

Jakie “te pierwsze”, skoro nie ma żadnych “drugich”?

 

 

Masz to nieszczęście, Rosso, że zanim zabrałem się do lektury, spędziłem dziś pół dnia na szpitalnym oddziale właśnie w charakterze studenta i że tak powiem, mam porównanie jeden do jednego między Twoją fikcją a rzeczywistością, nawet jeśli to nie była psychiatria. Jestem ogromnie rozczarowany, że scenografią, na jaką się zdecydowałaś, wpisujesz się w kanon tanich horrorów klasy B, które wypaczając instytucję szpitala psychiatrycznego przez pokazywanie go jako odrażające, niepokojące prawie że miejsce tortur, zrobiły bardzo wiele złego samej psychiatrii pod względem PR-owym. Bez owijania w bawełnę powiem, że brzydzi mnie takie podejście do tematu – zwłaszcza w sytuacji, gdy wg szacunków epidemiologicznych jedna na cztery osoby ma lub będzie miała problemy ze zdrowiem psychicznym. Przy narośniętej przez lata awersji do lekarzy, którzy mogliby pomóc, nie jest to dobry prognostyk.

Daleki jestem od zachwytu, jeśli chodzi o research. Medycyna to dziedzina szalenie dynamiczna. Istnieje lek, który jeszcze pięć lat temu był dosłownie panaceum w przypadku zakażeń pewnym rodzajem grzyba. Obecnie wśród owych grzybów tak narosła oporność, że przed podaniem leku należy wykonać mykogram, czyli sprawdzić, czy grzyb będzie w ogóle wrażliwy na nasze leczenie. Pięć lat, Rosso. A w Twoim opowiadaniu minęło lat sto, zaś medycyna jaką pokazujesz, wygląda, jakby stanęła w miejscu, a może nawet i cofnęła się w rozwoju. Po prostu czekałem aż wpadną na to, by wykonać komuś lobotomię.

Nonsensem jest przetrzymywanie agresywnych, chorych psychicznie pacjentów na wspólnej sali. Z tego co wiem, standardem w takich sytuacjach jest sedacja, jeśli leki przeciwpsychotyczne nie zdążą zadziałać. Ponadto na byle internie nawet agresorów przywiązuje się za rękę do łóżka by nie robili krzywdy sobie bądź innym, a u Ciebie nawet na to nie wpadli – bo zaatakowanie lekarza musiało nastąpić i kropka. Nielogiczne dojście do interesującej sceny spuszcza z czytelnika całą ciekawość.

Obchód istnieje po to, by skonsultować dzienne wyniki badań, postępy pacjenta w leczeniu, dalszą diagnostykę z kierownikiem oddziału. Samotny obchód Nowickiego trochę mija się z celem.

Dalej – Henio rzygający w stresie. Lękowi towarzyszy całe spektrum zaburzeń somatycznych, ale raczej nie nudności i wymioty. Te ostatnie są bowiem w psychiatrii związane z odczuwaniem wstrętu. Na logikę – słyszy się, że ktoś się porzygał na widok zwłok, a nie z lęku przed wysokością.

Nowa dziedzina medycyny, jak dla mnie, nie ma sensu. Najkrócej szukając, w definicji słowa “lekarz” na Wikipedii czytamy:

jest nim osoba posiadająca właściwe kwalifikacje(…) do udzielania świadczeń zdrowotnych, w szczególności do: badania stanu zdrowia, rozpoznawania chorób i zapobiegania im, leczeniarehabilitacji chorych, udzielania porad lekarskich, a także wydawania opinii i orzeczeń lekarskich, w zakresie swojej specjalizacji

Twoi lekarze to raczej jacyś kronikarze, którzy spisują wspomnienia nie wiadomo w sumie po co, a na koniec wyciągają jakieś dziwne wnioski. Nie kontaktują się z ludźmi, nawet z ich ciałami, tylko w jakiś cudowny sposób z pozyskanymi od nich wspomnieniami. Gdzieś w opowiadaniu pada, że to przyszłościowa specjalność i długo jeszcze komputery nie zastąpią w tej dziedzinie ludzi. Odnoszę odwrotne wrażenie – komputer dużo sprawniej poradziłby sobie z katalogowaniem wspomnień, a kto wie, może i wyciągałby z nich całkiem sensowne wnioski. Na tym zakończę pastwić się nad warstwą merytoryczną, ale mam nadzieję, że złapałaś, co mnie boli.

Abstrahując od tego wszystkiego powyżej, historia jest niespójna. Pomijając szczątkowe ilości fantastyki, bo to naprawdę szłoby przeboleć, ja nie wiem o czym jest ta historia. O początkach kariery Henryka? O podupadającym szpitalu? O tym, dlaczego pacjenci nie chcą w tym szpitalu być? Parę wątków zostało otwartych i porzuconych, na przykład nie wiem, dlaczego ci pacjenci masowo uciekali. Bali się androidów? Albo Lelek – był agresywny, zaatakował lekarza i co? Zniknął. Nieodgadnionym jest dla mnie także dlaczego kobieta z końcówki nazywa Henryka żywą legendą.

Krótko mówiąc, próbę uznaję raczej za nieudaną. Przykro mi, jeśli moja opinia wyszła zbyt ostra, ale po nominacji do piórka po prostu spodziewałem się więcej.

Pozdrawiam!

Dalej – Henio rzygający w stresie. Lękowi towarzyszy całe spektrum zaburzeń somatycznych, ale raczej nie nudności i wymioty. Te ostatnie są bowiem w psychiatrii związane z odczuwaniem wstrętu. Na logikę – słyszy się, że ktoś się porzygał na widok zwłok, a nie z lęku przed wysokością.

 

Jasna Strono, czemu zazwyczaj, kiedy się boję, potwornie mnie mdli? Pawi nie ma, ale mdłości są :P

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

No to trochę pobronię. Nie znam się, więc dużych szans nie mam, ale czy patolog jest lekarzem?

 

Babska logika rządzi!

Racja z tymi nudnościami. Ale Henio wlazł do gabinetu i się porzygał. :p Sytuacja stresowa jest odbierana przez organizm jako zagrożenie, przed którym trzeba uciekać. Dlatego serce przyspiesza, oddech też, ale rzyganie nie pomogłoby raczej w ucieczce, prawda?

Nie mówię też, że wymioty w sytuacji stresowej absolutnie nie mogą mieć miejsca – bo ile ludzi, tyle przypadków. Wskazałem tylko pewną tendencję i miejsce, w którym mi zgrzytnęło.

 

Edytka: Nie widzę analogii, Finklo. Pijesz zapewne do tego, że obie profesje – prawdziwa i zmyślona – mają ograniczony kontakt z (żywymi) ludźmi. No dobra. Ale patomorfolog przeprowadza sekcje zwłok, ocenia anatomię pacjenta także na poziomie mikroskopowym i do tego wszystkiego potrzebuje olbrzymiej wiedzy. Mnemoriatrzy z kolei, z tego co zrozumiałem, oglądali wspomnienia, a potem próbowali dociekać na ich podstawie etiologii choroby. Pominę już, że dobrze zebrany wywiad i rozsądnie prowadzona historia choroby dają w sumie ten sam efekt, ale nie uważasz, że do takiego katalogowania wspomnień niekoniecznie jest potrzebne medyczne wykształcenie?

Ja mimo wszystko rozumiem Henia, bo mam podobną sytuację, gdy przebywam w miejscu, z którego nie mogę uciec, w którym muszę niestety odbębnić swoje. Dostaję mdłości, bólów brzucha, bólu i zawrotów głowy, a nawet gorączki. Po wyjściu z budynku mija, choć migrena jeszcze może jakiś czas dokuczać. Mam autentyczną alergię na konkretne miejsce ;D

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

A w Twoim opowiadaniu minęło lat sto, zaś medycyna jaką pokazujesz, wygląda, jakby stanęła w miejscu, a może nawet i cofnęła się w rozwoju.

Czyż nie o to właśnie autorce chodziło? Jak u Kinga – “świat poszedł naprzód”, tylko technologia i wiedza się cofnęły. 

Miejsce na Twoją reklamę!

Nie odniosłem wrażenia, żeby taka była intencja, Staruchu. Nie, kiedy pada taka wypowiedź:

Ciągle idziemy… nie, nie idziemy, my gnamy do przodu. Za pięć lat żaden lekarz nawet nie będzie musiał patrzeć na pacjenta, wszystko załatwią roboty.

Czyli co, postać ma podstawy twierdzić, że za parę lat medycyna zostanie całkowicie zautomatyzowana, tymczasem realia szpitala są wręcz krokiem w tył względem obecnych? Gdzie tu konsekwencja?

Zacytuję autorkę:

Co do technologii – istotnie, przypomina taką sprzed kilkudziesięciu lat. Ale miałam w tym konkretny cel. Owszem, świat poszedł do przodu, ale w pewnych dziedzinach się uwstecznił. Psychiatria rozwinęła nową gałąź – memoriatrię, ale co z tego, skoro nie radzi sobie z innymi, bardziej “przyziemnymi” problemami?

A że jej, twoim zdaniem, nie wyszło…

 

Miejsce na Twoją reklamę!

Ech, ale tu się dyskusja rozegrała.

MrBrightside, uwierz mi, bardzo doceniam Twoją opinię, zwłaszcza, że jest podbudowana fachową wiedzą, ale wydaje mi się, że odebrałeś opko trochę zbyt na poważnie.

Cóż, moim zamierzeniem było ukazanie szpitala jako miejsca, które nie radzi sobie ze światem, bo ten za szybko gna do przodu. Chorób przybywa, a lekarzy ubywa. Trochę żałuję, że przed publikacją wycięłam z opowiadania prawie dwadzieścia tysięcy znaków, bo uznałam, że nadmiar informacji raczej mu nie posłuży. A te dwadzieścia tysięcy znaków mogłoby rozwiać pewne wątpliwości.

 

Nie odniosłem wrażenia, żeby taka była intencja, Staruchu. Nie, kiedy pada taka wypowiedź:

Ciągle idziemy… nie, nie idziemy, my gnamy do przodu. Za pięć lat żaden lekarz nawet nie będzie musiał patrzeć na pacjenta, wszystko załatwią roboty.

 

Cytowana przez Ciebie wypowiedź Nowickiego miała oddać wyłącznie jego sposób postrzegania świata, ale rozumiem, że mogłam tego nie zasygnalizować. 

 

Jeśli chodzi o rzyganie w sytuacjach silnie stresujących… cóż, mój organizm reaguje dokładnie w taki sposób. Dopiero dzięki Tobie dowiedziałam się, że jest to mocno niestandardowe, bo, szczerze mówiąc, nie wpadłabym na to.

 

Opowiadanie jest tylko fikcją i w żaden sposób nie powinno się go łączyć z obecnymi, moim zdaniem, całkiem niezłymi realiami leczenia w szpitalach psychiatrycznych. W pełni się z Tobą zgadzam, że czarny PR szpitalom nie służy i wiele tekstów kultury się do tego przyczyniło. Na pewno nie chciałabym, aby moje opowiadanie się do nich zaliczało, dlatego nie umieściłam jego akcji w teraźniejszości, ani nawet w przeszłości, która, moim zdaniem, najsilniej uruchamia wyobraźnię.

Przykro mi, że tak negatywnie odbierasz ten tekst, ale jednocześnie jestem Ci bardzo wdzięczna za cenne uwagi.

Nie zgadzam się z Tobą, Jasna Strono. Nie powiesz mi, że w szpitalu wszyscy pracują ze szlachetnych pobudek. Równie dobrze wagony bydlęce nie służyły do przewozu ludzi, a niektóre fabryki do wyrobu mydła z ludzi. Człowiek jest zdolny do wszystkiego, zależy jakim czynnikom będzie poddany. Świat Rossy jest możliwy, co nie znaczy, że musi się zdarzyć.

Rosso, nie ma potrzeby się przejmować. Moja opinia to tylko jedna z wielu, a z tego, co widziałem, przeważają tutaj pozytywne. Jeśli chodzi o tematykę, chyba dałem się ponieść rozdmuchanym oczekiwaniom, bo liczyłem na wypasioną wizję futurystycznego szpitala, a dostałem coś zgoła innego, co było nieco frustrujące. Natomiast pomijając ten fakt, ciągle uważam, że opowiadanie niedomaga konstrukcyjnie. Wspominałaś, że wywaliłaś sporo “tłumaczenia” – może tu jest pies pogrzebany, może trzeba było więcej kart wyłożyć na stół.

 

Darconie, nie mam pojęcia do której mojej wypowiedzi pijesz, ale nie wydaje mi się, bym pisał tu coś podobnego.

Nie piję podczas pisania, Mr B. ;)

Podsumowałem Twoje wszystkie zarzuty i wypowiedź jako "To się nigdy nie wydarzy, tak nie będzie". Czy to niewłaściwy wniosek?

Wiele rzeczy wyszło w przyszłości inaczej, niż zakładał sobie wcześniej człowiek, stąd moje słowa. Gdyby społeczeństwu na progu XX wieku i wielkiego boomu techniki, powiedzieć, że za trzydzieści lat pojawi się szaleniec, za którym pójdą ludzie, eksterminując na masową skalę innych ludzi, robiąc z nich nawet mydło, kto by w to wtedy uwierzył? Nikt. Mało tego, myślę, że nikt nie wydałby tej rzeczywistości na papierze nawet jako fantastycznych opowieści, nie chcąc  wywoływać obyczajowych i społecznych kontrowersji.

Mam nadzieję, że sprecyzowałem, bo wydaje mi się, że poczułeś się urażony.

Pozdrawiam.

MrBrightside, może i pozytywne opinie przeważają, ale uważam, że z każdej należy coś wyciągnąć. Ponieważ stosujesz krytykę konstruktywną, a ja taką krytykę lubię, pozostaje mi podziękować Ci za rady. Mam nadzieję, że mój następny tekst bardziej przypadnie Ci do gustu. :)

 

Ech… jak dla mnie to typowo biblioteczne opowiadanie, ale nie piórkowe. Jest poprawne, czytało się dobrze, ale szału nie robi. Nie pomogło nawet to, że tematyka jest mi tak bliska, jak Brightside’owi. 

Czego mi najbardziej brakowało? Wyraźniejszego zarysowania głównej linii fabularnej. Bo o czym właściwie jest ta historia? O szpitalu? O Henryku? O ludziach-legendach? Henryk pojawia się dopiero po kilku akapitach, a jednak potem towarzyszymy mu do końca, kiedy tymczasem doktor Nowicki znika… Skoro jako czytelnik nie wiedziałem, o czym jest opowiadanie, nie mogłem się do niczego przywiązać, nie wiedziałem, komu kibicować. No i dało to ostatecznie nieco chaotyczny efekt. Możliwe, że ważniejsza była dla Ciebie koncepcja przyszłości niż bohater. A ja jednak wolałbym historię o bohaterze.

Tym bardziej że do bohatera czułem dystans wywołany tym, że jest w odległej przyszłości. Niby jako student powinienem się z nim łatwo utożsamić… Ale nie. Przez pół opowiadania nie grało mi, że student pracuje. Wyjaśniłaś to moim zdaniem za późno.

Wizji można by się czepiać, ale nie lubię się czepiać na siłę. Fajnie, że poruszasz ważne tematy. 

Ciekawy pomysł na nową specjalizację. Za to też plus. 

 

I jeszcze w temacie powyższej dyskusji:

Nie znam się, więc dużych szans nie mam, ale czy patolog jest lekarzem?

Tak. Patolog (nie mylić z medykiem sądowym), a bardziej po naszemu – patomorfolog – nie tylko “grzebie w zwłokach”, ale też pełni rolę diagnosty, podobnie jak radiolog. Od niego także zależy proces leczenia.

Chodziło mi o takiego grzebiącego w zwłokach. Wydawało mi się, że jest lekarzem, chociaż już nikogo nie leczy.

Babska logika rządzi!

Medyk sądowy, czyli lekarz przeprowadzający sekcje zwłok w sprawach kryminalnych, także pracuje z żywymi ludźmi,wykonując na przykład obdukcje ofiar/podejrzanych na potrzeby procesowe. :)

Obie specjalizacje są często mylone i się o to obrażają…

Dziękuję za uwagi, Fun. Szkoda, że nie piórkowe, ale może następnym razem. ;)

 

O, Rosso, coś mi to opowiadanie przypomina;)

O ile pomysł na służbę (przepraszam: ochronę) zdrowia wiecznie niedoinwestowaną i niespełniającą marzeń o Nowym Wspaniałym Świecie jest mi bliski, to już szczegóły wykonania burzą to dobre wrażenie. Bo ja rozumiem, że ludzie się nie zmieniają, rozumiem, że ściany mogą być odrapane, a stół z tektury, ale co w XXIIw robią te gigantyczne komputery i blaszane androidy rodem z wczesnej SF? O wiele lepiej to wyobcowanie pacjentów, dehumanizację medycyny można byłoby rozegrać w sterylnych szklano-plastikowych, futurystycznych dekoracjach (gdzie przecież skomplikowana, nieludzka technologia też może ulegać awarii).

Wątków medycznych nie będę się czepiał, myślę, że są napisane przyzwoicie, dla normalnego odbiorcy. Podzielam natomiast uwagi co do szarpania głównej linii fabularnej i braku zdecydowania odnośnie głównego bohatera. Samego Henryka nie polubiłem, rozumiem, że nie przepada za medycyną, ale to co wyprawiał w tym fotelu podczas alarmu to już była przesada. Nad motywem legendy nie będę się pastwił ;)

Spodobał mi się natomiast watek, ledwie zasygnalizowany, analogii między memoriatrią a pisaniem książek. I tego, że tak przetworzone życie jest bardziej znośne.

Dziękuję za cenne uwagi, Coboldzie. Gigantyzacja wydawała mi się dobrym pomysłem… na początku. ;) Na pewno popracuję nad linią fabularną w kolejnych tekstach.

Fajnie, że jednak znalazłeś jakiś plusik. :)

Wracam z komentarzem piórkowym.

Kurcze, jest tu pomysł. Memoriata to naprawdę fajna rzecz. Bohaterów masz naprawdę interesujących, podobnie jak świat dookoła. I tylko jedna, bardzo poważna rzecz mi przeszkadza – brak wyraźnego skupienia fabuły na czymkolwiek. Wydarzeniami rzuca od punktu do punktu, od postaci do postaci. Brakuje głównego motywu, czegoś, co można by nazwać “celem” tekstu. Nowej nauki wiele nie pokazujesz – a szkoda. Po przeczytaniu czułem, że obejrzałem jeden z odcinków telenoweli medycznej. Jednak nie był to ten z ważniejszych, ale raczej pobocznych. Szkoda.

Dlatego jestem na NIE. Jeszcze nie teraz.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Siem.

 

Nie mogę powiedzieć, że przeczytałem to opowiadanie z zachwytem czy szczególną przyjemnością, ale też nie mogę powiedzieć, że przeczytałem je w bólu. Zostańmy więc przy tym, że przeczytałem je z zainteresowaniem. Umiarkowanym, ale jednak.

 

Podobał mi się głównie klimat – skrojony na miarę, uczciwy, porządny duszno-paskudny koszmarek rodem z postpeerelowskich wspomnień mojej wybitnie wczesnej młodości (choć nie aż tak intensywny). Słowem lub kilkoma – sympatyczna w swej antypatyczności bestia.

Co mi za to nie zagrało zupełnie, to młody Wilk i jego wszystkofobia. Nie kupuję zupełnie, że gość uchował się przed starym przez tyle lat, nie mówiąc już o fakcie, że przetrwał kilka semestrów na medycynie (praktyk chyba nie zaczyna się od razu, prawda?). Wilk-Ojciec musiałby być najgorszym patrem świata, żeby nie zauważyć, że jego syn jest taką galaretą. Zresztą ta galeretowatość też wydaje mi się mocno przedobrzona. Rozumiem, że komuś robi się słabo na widok krwi, flaków i innych pyszności, ale żeby odlatywać ze strachu, bo noc, park i pacjenci? Absolutnie mnie to nie przekonuje. A że cała oś fabularna osadzona jest zasadniczo na tym właśnie motywie…

Poza tym, tak szczerze, to nie wiem, co miałbym jeszcze napisać o tym opowiadaniu.

Na plus zdecydowanie są niektóre postaci – pani ordynator, Nowicki, Domańczyk, starszy Wilk gdzieś tam w tle, uciekająca pacjentka – i ich dialogi. Jest w tym miła oku autentyczność.

Motyw z pacjentami łaknącymi kontaktu z innymi ludźmi, a nie robotami – też super. To wybrzmiało naprawdę dobrze, prawdziwie. Nowo rozwijana dziedzina nauki, której nazwy nie wygrzebię z pamięci, wydaje się obiecująca, ale – koniec końców – okazuje się niesatysfakcjonująca; wolałbym, żebyś bardziej skupiła się na tym motywie, a nie na ciepciatym Henryku, który w gruncie rzeczy tylko mnie irytował.

Generalnie jestem zdania, że opowiadanie mogłoby sporo zyskać, gdyby bardziej oscylowało wokół problematycznych relacji ludzi z quasi inteligentną technologią, a nie skupiało się na, w gruncie rzeczy, nieco wydumanych problemach młodego Wilka, który potrzeby Ci był tak naprawdę tylko po to, by pacjentka pod koniec mogła wygłosić swoją monumentalną kwestię.

 

Wykonanie w porządku, momentami było naprawdę ładnie, ale żeby urwało mi coś, za czym musiałbym potem tęsknić, to nie powiem, niestety.

Ogólnie tekst wypada przyzwoicie; więcej niż dość dobrze, bym nie żałował, że go przeczytałem, ale też zdecydowanie zbyt słabo, bym przyklepał mu piórko.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Kupiłaś mnie memoriatrią. Bardzo oryginalny pomysł, o ogromnym znaczeniu dla świata. Można to jeszcze ładnie rozwinąć, pokazać wpływy w innych gałęziach medycyny i nauki…

Byłam na TAK, czyli. Zresztą, sama nominowałam, jeśli dobrze pamiętam.

Babska logika rządzi!

NoWhereManie, Cieniu – dziękuję za cenne uwagi, przydadzą się, zwłaszcza, że walczę obecnie z opowiadaniem.

Szkoda, że nie było piórkowo, jednak fajnie, że znaleźliście jakieś plusy – zawsze to motywacja. ;)

 

Finklo, kiedy skończę tekst, nad którym teraz dorabiam się przedwczesnej siwizny, chętnie wrócę do “szpitalnego” świata. Nie wiem, czy na tyle, by gdziekolwiek publikować mój twór, ale chciałabym sprawdzić, czy potrafię wrócić do własnych pomysłów.

Bardzo się cieszę, że opko Ci się podobało i dziękuję za nominację. :) 

Interesujący tekst, podobał mi się, a zwykle nie przepadam za historiami o szpitalach. Nieźli bohaterowie i wizja medycyny przyszłości. Fabuła trochę w stylu “dzień z życia szpitala”, w równym tempie i bez punktu kulminacyjnego, ale w tym wypadku to kupuję.

Cechą czytania na stronie jest to, że nie wiem, ile już przeczytałem i ile zostało mi do końca. Dlatego na tempo i poczucie czasu wpływa tylko kunszt pisarski autora. W tym przypadku kunszt jest na odpowiednim poziomie, czytało mi się dobrze i nie dłużyło się. 

Czytałem z zaciekawieniem. Zatopiłem się w tym interesującym świecie szpitala psychiatrycznego. Wspomniano już “Lot nad kukułczym gniazdem”. Zależności raczej nie ma, ale lubię takie klimaty. Tylko że przez cały czas oczekiwałem jakiegoś zwrotu akcji, suspensu, jakiegoś “bum!”… I się nie doczekałem. Mam wrażenie jakby historia została urwana w trakcie. 

Udało Ci się zawrzeć w tym opowiadaniu pewne przesłanie o konflikcie maszyn z ludźmi i dominacji jednej rasy nad drugą. Ale ten temat już był niejednokrotnie poruszany w literaturze sf, kinie czy grach, a w tym opowiadaniu brakuje nośnika. Takim nośnikiem powinna być porywająca, oryginalna, robiąca wrażenie fabuła. A Twoja historia skończyła się, zanim zdążyła na dobrze rozwinąć się. 

A szkoda. Wymyśliłaś ciekawych bohaterów w godnym ich świecie, ale nie dałaś im jakiś przygód, które sprawiłyby, że rzeczywiście mogliby stać się legendami. Temat konkursu został zawarty, ale raczej nie ma to wielkich szans na wygraną. 

Może kiedyś dokończ tę historię? Wydaje mi się, że ma to potencjał.

Pozdrawiam!

"Ten świat ma dzikość w sercu i szaleństwo na twarzy" - "Dzikość serca"

– Sam nie wiem… Memoriatria w gruncie rzeczy niewiele różni się od psychologii… A tu już androidy mają całkiem sporo do powiedzenia.

Dla mnie to zdanie było całym clue Twojego opowiadania i jest to odczucie pozytywne. Tylko, że chciałaś złapać kilka srok za ogon. Wybrałaś taki sztafaż dla opowiadania, że klimatem i zastosowaną technologią w szpitalu, przypomina oldschoolowe SF, które bardzo lubię. Ale kurczę, nie rozwinęłaś paru wątków, co możesz uznać za mój subiektywny odbiór.

Ogólnie Twój szpital psychiatryczny przypomina podobne placówki sprzed kilkudziesięciu lat wstecz, stąd poczucie “dawności”, jakbyś się odnosiła do rzeczywistości np. lat 60-tych. Przyznam, że poczułam dyskomfort czytając zdanie o potencjalnych “androidach – psychologach”. Nie ukrywam, że nie do końca widziałam, żebyś widziała od czego jest psychiatra, albo psycholog, skoro dałaś na miejsce drugich androidy. Nie mam pojęcia co one miały robić – ledwo to zasygnalizowałaś.

Postacie mnie zainteresowały, ale są jakby ucięci w połowie. Kim jest Henryk? Nauczycielka z którą rozmawia? Kim są ci lekarze? W ogóle jak działa ten szpital?

I co robią androidy?

Czym jest bunt pacjentów? Jednak w “Locie nad kukułczym gniazdem” mamy cały konflikt zarysowany, a w Twoim opowiadaniu… pacjenci uciekają i… no właśnie. Z powodu tych androidów?

Za mało informacji jak na mój gust, tym bardziej, że wiem jak zakład psychiatryczny funkcjonuje i jakiekolwiek inne jednostki odpowiedzialne za osoby chore (to nie tylko szpitale, ale też wszelkie maści domy pomocy społecznej).

 

I po co ta nowa gałąź medycyny? I czy na pewno pasuje do medycyny? Chyba bardziej pod psychologię kliniczną, ale naprawdę, musiałabyś to dobrze obudować. Na tę chwilę, interpretuję po swojemu, że prowadzi się badania na temat etiologii zaburzeń psychicznych. Nadal jest wiele niewiadomych.

Zygfrydzie, cieszę się. :)

 

Pietrku, dziękuję za miłe słowa i cenne rady. Dziękuję za obszerny komentarz. :)

 

Deirdriu, szkoda, że się nie spodobało, ale dziękuję za cenne uwagi. Miewam lekkie zaćmienia, lecz psychologa od psychiatry jeszcze odróżniam. ;) Uznałam, że wolałabym zostawić kilka wątków otwartych, choćby ten z rolą androidów. Czy słusznie – trudno obiektywnie ocenić.

Szkoda, że nie podeszło, mam jeszcze nad czym pracować, jednak fajnie, że podzieliłaś się odczuciami. Wyciągnę wnioski, a efekty – mam nadzieję – wyjdą w kolejnych tekstach.

Trzymam kciuki, bo udało Ci się odtworzyć oldschoolowy klimacik, a to lubię :D

Czytałem z zainteresowaniem, bo tekst wciąga. Głównie za sprawą fajnie zarysowanych, charakterystycznych bohaterów oraz klimatu. Na ów klimat kręciłem wpierw nosem; no bo jak to tak – dwudziesty drugi wiek, a realia jak z "Lotu nad kukułczym gniazdem", tylko scenografia nieco inna. Ale potem pomyślałem, że to może i dobrze. Dzięki temu widać skalę problemu, jaki zaznaczasz – "choroby cywilizacyjne" stają się prawdziwą plagą, z którą nikt nie jest w stanie sobie poradzić, niemal jak średniowieczne zarazy.

Niestety zakończenie mnie zawiodło. Być może z powodu owego nieco horrorowego nastroju, tej mrocznej tajemnicy, która wyzierała z tekstu, spodziewałem się czegoś dużo mocniejszego, dramatycznego, może właśnie z jakimś horrorowym zapaszkiem – a rozwiązanie pozostawiło mnie w zasadzie obojętnym. Pacjenci nie lubią androidów. Aha.

Do tego dochodzi jeszcze, mocno według mnie niewykorzystany, motyw memoriatrii. Brakowało mi pociągnięcia tego wątku, ba, może nawet skupienia się na nim. Nie znam się na psychiatrii, a tym bardziej psychologii, traktuję je trochę na zasadzie "what kind of sorcery it is?!", dlatego wszelkie pomysłowe zabawy z tematem uważam za niezwykle interesujące. A tu, mam wrażenie, cała ta memoriatria była w zasadzie ozdóbką.

Ha, wcześniej było o fajnie zarysowanych bohaterach. Podtrzymuję, choć muszę przyznać, że Henryk okropnie mnie denerwował. Całe to jego rozmemłanie, strachliwość, niezdecydowanie, ta kompletna nieumiejętność odnalezienia się w sytuacji, mocno działała mi na nerwy, aż miałem ostatecznie nadzieję, że w finale przytrafi mu się coś paskudnego ;-) Cóż, zakładam, że takiego go właśnie sobie wymyśliłaś, ale… No nie wiem, czy przypadkiem jego postać nie wpływa dodatkowo na fakt, iż na tekście trochę się zawiodłem.

A szkoda, bo napisane bardzo dobrze, a i pomysł niegłupi. Mógł to być znakomity tekst, ale niestety, ostatecznie do mnie nie trafił.

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Wiesz, Thargone, tekst do Ciebie nie trafił, ale znalazłeś dużo plusów. ;)

Dzięki za odwiedziny i obszerny komentarz. :) 

Psychiatryczni pacjenci na korytarzach? Schlany personel? … Chyba powinnaś dodać jeszcze tag “dystopia” XD

Podobało mi się. Może tekst jest nieco naiwny pod kątem samego funkcjonowania oddziału psychiatrycznego, no ale właśnie… Przyszłość. Twoja wizja. Dystopia po raz wtóry. To Cię poniekąd broni, choć nie ukrywam, że immersja i tak momentami cierpiała :P

Jak zapewne większość, Primagród również aprobuje nową specjalizację. Brzmi na dość nudną, ale w sumie ma ręce i nogi :) Bohaterowie też fajni – szczególnie Heniek i pani memoriatra posiadają własne, dobrze zarysowane osobowości. No i Zakrzewski :D

(Swoją drogą, mam kumpla o tym nazwisku. Miałby ubaw, gdyby przeczytał to opko ;) )

Motyw legendy. Tutaj przez większość czasu byłem bardzo zadowolony, bo przedstawiłaś w tej roli “żywy” personel, zwykłych ludzi, którzy dla zdrowia psychicznego pacjentów byli po prostu niezbędni. I to było nowatorskie, ciekawe. A później odpaliłaś te trącające sztampą ostatnie dwa-trzy zdania :/ To już mi się podobało zdecydowanie mniej – zakończenie w stylu “i tak stał się legendą!”. [*]

Warsztat solidny, czytało się bardzo dobrze tak z powodu interesującej treści, jak i zgrabnie kleconych zdań ;)

 

Trzymaj się :)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Fajnie, że się podobało, Count. :) Dobrze, że nie wrzuciłam tego opowiadania z inną wersją zakończenia, które było tak patetyczne, że brakowało tam tylko prezydenta wręczającego odznaczenia. :D

 

 

Nowa Fantastyka