- Opowiadanie: ido 1977 - Mrowisko

Mrowisko

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Mrowisko

 

 

 

 

– 1 –

 

Perykles odwrócił się do pretorianów z szerokim uśmiechem na ustach. Grube żuwaczki wykrzywiały się z mściwą satysfakcją, gdy megafony Centralnej Rozgłośni Mrowiska podawały wyniki z kolejnych okręgów wyborczych. Jego mina obwieszczała zgromadzeniu triumf, kryjąc jednocześnie pozostałe myśli. Perykles nie zdradzał ich nigdy; nawet ci, najbardziej zaufani, którzy byli z nim od samego początku Dobrej Zmiany, musieli zdać się raczej na domysły i czekać. Czekać na kolejny z Jego wielkich planów. Nie na darmo nosił imię jednego z ludzkich strategów. Przybrał je jeszcze w czasach, gdy nad Mrowiskiem wisiał cień zagłady, a on, razem ze swym bliźniaczym bratem, planowali przejęcie pełni władzy. Dzisiaj nadszedł tak długo oczekiwany dzień; dzień rozpoczęcia realizacji tamtych marzeń. On, tylko On, zbuduje to Mrowisko na nowo, nada mu kształt, który przetrwa wieki. Dzięki niemu stanie się ono potęgą, wzorem dla innych owadów, szczególnie tych z zachodniej części lasu.

Tak. On dokona tej zmiany. Nawet gdyby miał obrócić dzisiejsze Mrowisko w ruinę.

Rozejrzał się podejrzliwe po oddanych pyszczkach. Nie dostrzegał na nich nawet cienia wątpliwości, nawet promyka obaw przed wprowadzeniem Jego planów. To jednak nie mogło go uspokoić. On pamiętał, jako jedyny sięgał do czasu sprzed dzisiejszej wygranej, gdy osiem lat wcześniej, zdradzono go i skazano na niezmiernie długie oczekiwanie. Osiem lat ciągłych upokorzeń, klęsk, kolejnych zdrad, knowań, spisków i rzeszy intryg, które między sobą prowadzili pretorianie. Nawet Katon, stojący tuż obok z nieodgadnionym uśmiechem. Nawet on, tak młody i niedoświadczony, odważył się rzucić mu wyzwanie. Jemu, który niemal namaścił go na następcę, obdarzył zaufaniem, mimo tak wielu różnic, mimo braku należytej czujności, gdy jeden z pomniejszych pretorianów ośmielił się wyjawić ich chytry plan przejęcia całości władzy nad Mrowiskiem.

Tak, nadal musi na nich uważać. Na wszystkich. Torquemada, Katon, Sprenger, Fouché, Machiavelli, a także wszyscy inni, którzy w Jego ocenie nie zasłużyli na historyczny przydomek. Wszystkich należało podejrzewać. Każdy z nich mógł okazać się zbyt słaby, mimo Jego starań. Mimo odsiewania, filtrowania, poddawania próbom, niezbędnym sprawdzianom i testom, które przechodzili tak nieliczni. Nie mógł być pewien nikogo. Każdy z tej jamie, dopiero dzisiaj rozświetlonej uśmiechami zwycięstwa, gotów był Go zdradzić, sprzeniewierzyć się Dobrej Zmianie, zaprzepaścić lata starań, wyrzeczeń i ogromnej osobistej straty, którą musiał poświęcić w imię tego triumfu.

Najbardziej zaufani pretorianie w końcu zauważyli zmianę Jego nastroju. Na ich obliczach uśmiech z wolna ustępował pola powadze. Dobrze, bardzo dobrze. Może nie są do końca straceni. Przecież musi się na kimś oprzeć, chcąc przejąć całość władzy w Mrowisku. Otaczała Go cała masa wrogów; mrówek, przeciwnych utracie dawnych przywilejów, uwikłanych w towarzyskie układy i koterie, pozbawionych jakichkolwiek zasad, rozmieniających świetność Mrowiska na drobne, nic nie znaczące akademie, lub wstrętne bachanalia, szargające pamięć tych, którzy odeszli na zawsze.

Perykles niemal zadławił się spływającą do gardła goryczą. Przecież to i tak nie miało żadnego znaczenia. Sam wymyślił większość tych mrówkonalistycznych haseł. Wykuwał je w swojej pamięci nocami, gdy Jego szczęki przeżuwały kolejne z ludzkich ksiąg. Próbował każdej i w wielu odnalazł źródło dzisiejszego sukcesu. Wystarczyło niewiele, aby ogłupić pozostałe mrówki. Kilka obietnic lepszego podziału dóbr w Mrowisku, odebrania przywilejów wszystkim, którzy przez lata oczerniali go w Centralnej Rozgłośni, pozorowana wiara w słowa Fatera Rodrigo, jednego z nielicznych kunktatorów, wierzących w Jego łaskę po objęciu władzy. Tak, oczywiście nie może o nim zapomnieć. Musi okazać swoją wdzięczność, lecz raczej nie będzie ona tak wielka jak spodziewa się stary Rodrigo. Jego mikrofon nie zapewnił tak wielu mrówczych głosów. Wygrana była głównie Jego dziełem. On i tylko On, był ojcem dzisiejszego sukcesu. Nikt nie miał prawa w to wątpić.

Kolejne spojrzenie omiotło tłum wiernopoddańczych masek. Już widział wznoszące się do góry odnóża, dostrzegał drgania żuwaczek, które w zniecierpliwieniu pragnęły zadać mu pytanie, „Co dalej Wodzu?”. Wiedział, że pretorianie, szczególnie Paprotka, dla której przewidział zadanie szczególne, pragną odrobiny samodzielności. Naiwna, myślała, że sukces prowadzi do spełnienia kilku nieznaczących obietnic. Znała jedynie zarysy, a teraz będzie musiała stać się twarzą realizacji Jego planu. On już podjął decyzję. Stanie z boku, pozornie niezaangażowany w żadne działania, które mogłyby wzbudzić opór Mrowiska. Jego plan wypełnią inni. Torquemada, którego mina już teraz wyrażą bezbrzeżną wdzięczność obejmie tron Tajności, aby wspomóc Dobrą Zmianę w demaskowaniu zdrajców i zaprzańców. Sprenger, autor innych demaskatorskich dzieł, stanie na straży Obronności, zaniedbywanej przez ostatnie lata i oddanej niemal w całości w obce odnóża. Katon, choć tak trudno obdarzyć go zaufaniem, wkroczy do gmachu Uczciwości, gdzie zjednoczy pod swoim (to znaczy Jego) przywództwem pełnię władzy nad mrówczym prawem. Talleyrand będzie musiał poradzić sobie z Łącznością, tak, aby inne mrowiska oraz siedliska owadów z zachodniej części lasu nie wyrażały zbyt wielkiego niezadowolenia. Dyrygentura Czujności przypadnie Fouché, który przez lata stał na czele ich reprezentacji w Wielkiej Izbie. Miał też plany co do nieobecnego w tym tłumie Machiavellego. On także niegdyś go zdradził, odszedł wraz z Katonem i próbował zbudować w Mrowisku inną jamę, lecz powrócił i choć nadal wielu mu nie ufało, będzie odpowiednią mrówką w Centralnej Rozgłośni.

Jakby na potwierdzenie Jego myśli usłyszał słowa pieśni, jaką ułożył, aby powieść Dobrą Zmianę do zwycięstwa:

 

 (na melodię Roty)

 

Tej nocy zmiany nadchodzi czas

każdy niech dobrze go zapamięta

i nie próbuje powstrzymać nas

– wola Mrowiska jest nieugięta

– płonie już świętej prawdy ognisko,

które rozświetli wnet fałszu mrok,

potężne będzie nasze Mrowisko,

wystarczy tylko ten jeden krok

 

Nie baczmy więc na drobny smród

i nie skrywajmy nienawiści

skończy się wnet odwieczny głód

Wielkiego Wodza sen się ziści,

aby na drodze Dobrej Zmiany

nie stanął żaden mały wróg

trzeba niektórych zakuć w kajdany,

taki nas wszystkich czeka trud

 

Jak groźnej burzy zagrzmi ten głos

i wszyscy go będą wkrótce słuchać

, gdy Dobrej Zmiany zapłonie stos

a płomień wysoko będzie buchać,

skargi zaś całej reszty świata

nie będą wcale obchodzić nas

oto godzina nadchodzi bata

zdrajców Mrowiska ostatni czas.

 

Burzę oklasków i hołdowniczych uśmiechów przyjmował z lekkim skinieniem główki. Nie za nisko, aby nikt nie odważył się pomyśleć, że On może komuś złożyć ukłon. To nigdy się nie stanie. Obiecał to sobie już przed laty, gdy wraz z bratem stali u boku jednego z największych zdrajców Mrowiska. Trwanie u boku Montera było błędem, potrzebnym, ale jednak błędem, który kosztował ich lata w osamotnieniu. Monter podważył ich zasługi, miał czelność twierdzić, że w czasie wielkiej rewolucji Wspólnoty, gdy całe Mrowisko zbuntowało się przeciwko zwierzchnictwu czerwonych termitów, oni byli zaledwie niewielką cząstką tamtego ruchu. A przecież nie była to prawda. No dobrze, może i spał, gdy inni zdrajcy ogłosili Alarm, może i nie zamknięto go wraz z innymi zbuntowanymi mrówkami, ale już wtedy planował Dobrą Zmianę. Chciał, aby ich Mrowisko odzyskało dawną świetność, aby nigdy więcej nie musiało się kłaniać, ani termitom, ani prusakom czy ślimakom, które musiały zastanawiać się teraz nad kolejnym z Jego posunięć.

Niedługo też dokona zemsty na Monterze. Zabierze mu wszystkie zasługi, skaże na niepamięć, wykreśli ze wspomnień i napisze nowe, w których ta mrówka będzie jedynie zdrajcą. Istniały przecież tajne archiwa termitów, być może napisane przez nich samych, ale gotowe do ujawnienia. On i tylko on, odsłoni całemu Mrowisku podłe działania Montera, jego służalczość i gotowość rezygnacji z walki. On wyjawi straszną prawdą, obnaży słabość jednego z największych przeciwników, który przed wieloma laty ośmielił się odsunąć go od władzy. Udowodni się, że nie była to żadna wielka mrówka, żaden owadzi lider, a jedynie nędzny robak, który klękał przed rządami termitów. Właśnie tak. Klękał, podczas gdy on i jego brat oddawali ostatnie tchnienia za wolność Mrowiska. Trzeba napisać tę historię na nowo, stworzyć od podstaw i wyplenić wszystko, co mogłoby rzucić cień na wielkość Dobrej Zmiany i jej przywódcy. Tylko wtedy będzie można odrzucić dyktat zachodniej części lasu. 

Ta myśl wprawiła go niemal w ekstazę. O tak, on pokaże tym zgniłym, pozbawionym jakichkolwiek zasad owadom, jak należy rządzić Mrowiskiem. Nie będzie oglądał się na jakieś wydumane i niezbyt potrzebne Dobrej Zmianie hasła, na te wszystkie ograniczenia, które podobno miały służyć wolności mrówczego słowa, czy innym z mrówczych praw. Mrówki z tego Mrowiska nie potrzebowały żadnych praw, poza tymi, jakie otrzymają od niego. To on (i tylko on) napisze nową Wielką Kartę Mrówczego Prawa, zgodną z Jego prometejskim duchem i mojżeszowym spojrzeniem. To on wyryje na tablicach nowy mrówczy dekalog, surowy, o wiele bardziej surowy niż twierdzenia biblijnych starców. Z nim nie mógł się równać żaden człowiek, żadna mrówka, ani żaden inny owad. On był Peryklesem, strategiem i twórcą dzieła, jakie przetrwa tysiąclecia. Stworzy mrowisko, które przetrwa milenia i na trwałe zapisze się na kartach owadziej historii.

Wodzu, Stempel dzwoni – głos pomniejszego pretorianina zazgrzytał w wielkiej wizji wodza. – Chyba pragnie pogratulować ci zwycięstwa.

Czułki Peryklesa zwęziły się, gdy spojrzał z niechęcią na tego śmiałka. Nie pamiętał jego imienia, co znaczyło, że ta mrówka nie zajmowała w Jego planach żadnego miejsca. Być może właśnie to sprawiło, że odważyła się przerwać tak słodką chwilę triumfu.

Stempel? – mruknął przez zaciśnięte szczęki. – Daj ten telefon tutaj.

Odebrał słuchawkę i przez moment ważył ją górnym odnóżem. Stempel był Jego pomysłem. Od samego początku do końca, gdy głosami nieświadomego Mrowiska udało się go wynieść na sam szczyt. Zajął miejsce w Pałacu Kryształów, przyjął tytuł Wielkiego Geronta, chociaż przeżył dopiero połowę dni, po których mrówki odchodziły na zasłużony odpoczynek. Stempel był lojalnym sługą Jego brata, gdy ten pieścił tron Wielkiego Geronta, znał narzecza zachodnich mrowisk (których Perykles jakoś nie miał czasu się nauczyć), a ponadto nie posiadał niemal żadnych ambicji, co sprawiło, że stał się najlepszym kandydatem. Razem z Paprotką wypełnili swoje zadanie, a dzisiaj… dzisiaj oboje stawali się obliczem Dobrej Zmiany.

Nasza wygrana stała się faktem, wodzu – miękki głos niósł się nadzwyczaj dobrze. Zwycięstwo w wyborach na Wielkiego Geronta oznaczało, że nie muszą się już martwić próbami podsłuchu. Wcześniej był to problem, niezbyt duży, ale jednak problem, bo Perykles musiał przeszukiwać i śledzić każdego, z kim próbował być szczery.

Tak, odnieśliśmy sukces – szczęki wodza ułożyły się w krótkiej odpowiedzi. Słowa zwykle nie przychodziły mu łatwo. Ostatnio coraz częściej wybierał milczenie, tym bardziej, że sprzedane zachodnim mrowiskom rozgłośnie i gazety wyszukiwały w Jego przemówieniach błędy, aby go ośmieszyć. Podli zdrajcy odważali się źle interpretować jego wielkie zamysły. Przeinaczali i przekształcali wszelkie wizje w podłe oszczerstwa i kalumnie. To zaś sprawiło, że Perykles, chociaż lubił w pewnym stopniu pławić się w blasku mrówczego oddania. musiał na pewien czas zniknąć z widoku.

Od dzisiaj nie będzie się już ukrywał. Już nigdy nie schowa się za plecami innej mrówki.

Jestem gotowy na twoje rozkazy, wodzu.

Główka Peryklesa przyjęła wyznanie delikatnym ruchem. Tego właśnie oczekiwał. Żadnych wątpliwości, drżenia, czy obaw, które pętały im odnóża jeszcze w czasie kampanii wyborczej. Teraz już niczego nie muszą maskować. Oczywiście, większość zmian dokona się w nocy, szczególnie, że tak wiele sprzedajnych rozgłośni będzie usiłowało im przeszkodzić, lecz nic nie zdoła ich powstrzymać. 

Niedługo czeka nas wiele pracy – wysączył przez zaciśnięte szczęki. – Będziesz atakowany i opluwany ze wszystkich stron, ale nie wolno ci się zawahać. Nie masz prawa się cofnąć, czy zrejterować, bo nasze Mrowisko wielkie jest i będzie takie, dzięki Dobrej Zmianie. Pamiętasz zresztą, jak rzucano się na mojego brata, gdy zajmował miejsce Wielkiego Geronta. Odmawiano mu należytego szacunku, śmiano się z potknięć, szydzono i w końcu zaszczuto. Przeklęty Monteskiusz osaczył go i doprowadził do tragedii, która tak wiele nas wszystkich kosztowała. Nie dopuścimy do tego tym razem.

Tak jest, mój wodzu.

Perykles przeniósł spojrzenie na tłum.

Powiedziesz Dobrą Zmianę i całe nasze Mrowisko ku lepszemu jutru – zadecydował krótko. – Już wkrótce przejmiemy Wielką Ławę i Centralną Rozgłośnię. Potem przyjdzie czas na prawa Katona i wyjaśnienie Strasznej Tajemnicy. A potem…

Szeregowe mrówki mogą podnieść rwetes – w głosie Stempla dało się usłyszeć nutę zaniepokojenia. – Obiecywaliśmy im coś zupełnie innego, mój wodzu.

Perykles syknął do słuchawki i nie bez satysfakcji usłyszał, jak jego rozmówca niemal wypuszcza ją z odnóży.

Powiedziałem chyba jasno – żadnych wątpliwości – zaskrzeczał. – Szeregowe mrówki zawsze robią to, co się im każe. Damy trochę więcej mszyc, trochę dumy, o której Ciepła Woda zapomniała przez osiem lat swoich rządów, a poza tym użyjemy mowy termitów. To jednak byli mistrzowie propagandy.

Końcem odnóża nacisnął guzik, który zakończył rozmowę. Stempel może i był winien mu dozgonną wdzięczność, ale niekiedy miewał jeszcze chwile zwątpienia. Potrzeba będzie działań, błyskawicznych działań, które zmuszą go do jeszcze szybszego stemplowania. Władza Geronta była przecież jedynie dopełnieniem tego, co zdobyli dzisiaj. Stempel nie miał żadnych realnych uprawnień. Posiadał tylko Pieczęć Mrowiska, którą, ku niezadowoleniu Peryklesa, należało przykładać do każdego edyktu. Słysząc zaś lęk, który wciąż kładł się cieniem na jego słowach, trudno było zmieniać Wielką Kartę Mrówczego Prawa. Z tym jeszcze poczekają. Do dnia, w którym Stempel nie będzie mógł się już cofnąć.

Mrówki czekają – pretorianin Trzon stanął tuż za jego plecami. Tylko jego, po odejściu brata, obdarzał pewną dozą zaufania. Trzon nie dostał imienia z przeżutej przed laty encyklopedii, chociaż Perykles wahał się, czy nie obdarzyć go mianem swojego Richelieu. Niestety Trzon popełnił jeden błąd. Pozwolił się nagrać w czasie dość ważnej i raczej tajnej rozmowy, gdy próbował kupić głosy mrówek z Pastwiska. Przechytrzyła go zwykła robotnica, a to nie mogło ujść płazem nawet komuś tak zaufanemu. Trzon musiał jeszcze poczekać na zyskanie historycznego imienia. Dzisiaj był jego cichym łącznikiem w szeregach Dobrej Zmiany. Z tego zadania, jak na razie, wywiązywał się bez zarzutu. Czułki Peryklesa powędrowały do góry.

Czekają? Na co czekają?

Na twoje przemówienie, Peryklesie.

Szerokie czoło zbruździło się w wysiłku. Przemówienie? Nie planował nic więcej. Wszelkie wystąpienia publiczne ograniczał do minimum. Inne mrówki peszyły go, wprawiały w stan dziwnego odrętwienia. nie mogąc dość szybko pojąć Jego wielkiego zamysłu, zalet Dobrej Zmiany, a nade wszystko potrzeby jej wdrożenia, zadawały zbyt wiele pytań. To mnożyło wątpliwości, męczyło go i zabierało drogocenny czas. Wolał samotność. Wybrał ją już przed laty. Nie angażował się w żadne zbędne relacje. Międzymrówcze związki mogły go jedynie osłabić. Widział to po swoim bracie, który uwikłał się w nieproduktywny sojusz, tracąc wiele siły. On nie popełnił tego błędu. Nie dopuścił do siebie nikogo, co przeciwnicy Dobrej Zmiany również wytykali na każdym kroku. Śmiano się z tej samotności, słowa o zakleszczeniu w sferze wyłącznie własnych wyobrażeń były jednymi z najmniej dotkliwych.

A to przemówienie? Przed takim tłumem? Z setkami wyłupiastych spojrzeń, którym zaszczepił jedynie nienawiść?

Przełknął gorzką grudę śliny. Musiał coś powiedzieć. W końcu był ich wodzem.

Wygraliśmy – odnóża uniosły się w uniwersalnymgeście zwycięstwa. Pragnął podnieść tylko jedno z nich, wdodatku wysunięte do przodu, ale czuł, że tłum jeszcze nie jest na to gotowy. Sam przecież zasiał tam ziarno poszukiwań ukrytych symboli; sygnały przeszłości, w której ich Mrowisko stanowiło jedynie pole wiecznej bitwy pomiędzy zachodnią i wschodnią częścią Lasu.

Wygraliśmy – powtórzył mocniejszym głosem. Kiedy chciał, a teraz chciał bardzo, jego słowa miały siłę burzy. Miażdżyły również przeciwników z subtelnością młota, co tak często mu wypominano.

Wygraliśmy – powtórzył po raz trzeci, a jego czułki niemal zderzyły się ze sobą. – Lecz do końca naszej sprawy pozostała jeszcze daleka droga. Mrowisko, jak wszyscy wiecie, osaczone jest z każdej strony przez wrogów. Wrogów, którzy zajęli miejsca w samym Mrowisku i przez lata usiłowali nam wmówić, że są naszymi przyjaciółmi. Wygraliśmy, to prawda, lecz Dobra Zmiana ma przed sobą całą masę ważnych zadań. Są to zadania, które zbudują przyszłość Mrowiska, stworzą podwaliny do odzyskania potęgi, jaką niegdyś byliśmy i raz na zawsze, powtarzam, raz na zawsze, odsuną od władzy tych, którzy zapomnieli jak być uczciwą mrówką. Nie będę tutaj wymieniał ich imion, zna je każdy z nas. Wszyscy doświadczyliśmy tej pogardy i dzisiaj nadszedł czas, aby ją zwrócić prawowitemu właścicielowi. Będziemy nieugięci, nie cofniemy się, chociaż będą nas atakować, podejmą próby oskarżeń i oczernień, posłużą się mową nienawiści, spróbują zohydzić wszystko, w co wierzymy. a na dodatek posuną się do zarażenia nas pierwotniakami i chorobami szarańczaków, nadciągających z powodu słabości Owadziego Kongresu.

Szmer potępienia i łzy, jakie dostrzegł na obliczach pretorianów dodawał mu siły. Strach wiązał tchawki i umysły dużo solidniej niż lojalność. Podniósł dolne odnóża i tupnął w ziemię. Jego gest na początku wzbudził zdziwienie, ale gdy powtórzył go i nadał rytm, pretorianie prędko odgadli intencję wodza. Stawali się coraz bardziej lojalni i Perykles przyjął ten widok niemal z ekstazą. Podniecenie tłumu udzieliło mu się na tyle, że pierwszy podjął kolejne ze słów roty Dobrej Zmiany:

 

 

Nie rzucim Zmiany, choćby wróg

szturmował ogniem nasze bramy

i choćby każdy padał z nóg

obcym Mrowiska nie sprzedamy,

nie będzie zachód w twarz nam pluł

sami zadbamy o porządki

obcy nie będzie nic nam psuł,

takie są Zmiany tej początki

 

I nie ma tutaj żadnej siły,

nie trzeba tylko o tym śnić

– wymienić szkielet ten przegniły

w Mrowisku porządek musi być,

pora wyrzucić te zwiędłe kwiaty,

umarłe liście i zgniłe ryby,

ze stali mocnej wstawić kraty,

wygonić zdrajców z naszej siedziby

 

Nie rzucim Zmiany, choćby słońce

nie chciało bladym świtem wstać

wielkiego mamy my obrońcę,

a władza nasza będzie trwać,

pomimo krzyków, spazmów i łez,

po krańce świata i czasu brzegi

za przyzwoleniem, albo i bez

zewrzemy karne swe szeregi

 

2 –

 

Od nocy zwycięstwa minęło zaledwie dwa tygodnie, ale praca w Dobrej Zmianie trwała nieprzerwanie. Perykles zdołał przeżuć kilka opasłych tomiszczy, których hasła mogły posłużyć jego ideom. Napisali je ludzie, mieszkańcy świata poza lasem, ale uznał, że niektóre z ich myśli sprawdzą się do skutecznego rządzenia mrówkami. Znał już „Wojnę Partyzancką”, autorstwa niejakiego Che Guevary, mowy nie dość sprytnego Robespierre`a, lecz nade wszystko cenił „Państwo, a Rewolucja”, spisane przez niewielkiego człowieczka ze śmieszną bródką i kaprawym spojrzeniem. Mimo pożółkłych i mocno zakrwawionych stronic, pokrytych dużą dawką pleśni, to dzieło smakowało mu najbardziej. Perykles już przed laty zdecydował, że dla Dobrej Zmiany można zdobyć się na każde poświęcenie. Przykry zapach z ust nie był największym zmartwieniem, podobnie jak źle dobrany garnitur, czy starta skóra na trzewikach. Powierzchowność nigdy nie miała dla niego znaczenia. Liczyło się wnętrze, pełne wspaniałych idei, które już niedługo podejmą wszystkie pozostałe mrówki. On nie przejmował się takimi błahostkami. Wolał pracować nad udoskonalaniem Dobrej Zmiany, nad poprawieniem ewentualnych błędów, które mogłyby zagrozić Jego rewolucji.

Na kolejne zebranie egzekutywy Dobrej Zmiany przyszli już tylko najbardziej zaufani pretorianie.

Perykles stanął na podwyższeniu, bez którego zwykle czuł się nieswojo i spojrzał na nich z góry.

Zwycięstwo, jak mówiłem, jest zaledwie początkiem.

Katon poprawił sterczące na nosie okulary. Nie wiedzieć czemu zdecydował się na dość dziwną grzywkę, która szpeciła mu czoło. Reszta mrówek wybrała krótsze fryzury, nie pozwalano sobie na zbytnią dowolność.

Musimy wiele zmienić. Mam już pewne pomysły, wodzu.

Jego słowa wywołały poruszenie, które Perykles zgasił uniesionym do góry odnóżem. Domyślał się, że Katon może ośmielić się na zabranie głosu i już wcześniej przygotował odpowiedź.

W Dobrej Zmianie szanujemy głos każdej mrówki – zaczął z chytrym uśmiechem. – Każdy z pomysłów, czy idei, jakie będą służyć ogółowi mrówek oraz dobru naszego Mrowiska, należy rozważyć wnikliwie, poddać ocenie i, jeżeli tylko zaistnieje taka potrzeba, wprowadzić w życie. Tak się też składa, że przygotowałem sam kilka projektów zmian, a skoro już dźwigam na sobie ciężar naszej sprawy, byłoby mi miło, gdybyście je zaakceptowali.

Ostatnie ze słów wypowiedział dość cierpkim głosem, co miało pokazać Katonowi, żeby nauczył się czekać na swoją kolej. Taki był już problem z tą młodą mrówką. Niecierpliwość Katona, który wciąż nie potrafił zrozumieć, że Dobra Zmiana może mieć tylko jednego przywódcę, zaczynała już nudzić Peryklesa. Tron Uczciwości, jaki musiał mu oddać, nie był przypisany na stałe i chyba trzeba będzie to podkreślić w jakiejś bardziej prywatnej rozmowie.

Perykles kątem oka dostrzegł skupienie pretorianów, Nieoczekiwane wystąpienie Katona nie zmieniło zbyt wiele. Wszyscy pamiętali jak zakończyła się ostatnia z prób przejęcia przez niego władzy w Dobrej Zmianie. Nikt nie chciał powtórzyć tamtej klęski. Wiedzieli, że jedynie Perykles da gwarancję zasiadania w wygodnych fotelach Wielkiej Izby.

Nie zmieniamy niczego – Perykles podjął po chwili. – Dobra Zmiana była i jest przygotowana do objęcia władzy w Mrowisku. Naszym pierwszym zadaniem będzie uciszenie Wielkiej Ławy Mrówek. Nie chcę dłużej słuchać ich głosów, ani szanować proroctw, które w przeszłości tak bardzo utrudniały nam pracę. Poprosiłem już Stempla, aby przygotował się, gdy nadejdzie właściwy dzień. Ciepła Woda próbowała nas przechytrzyć, ale przejrzałem jej wredny plan i jak zwykle wyprzedziłem.

Torquemada, który również zmagał się z przekleństwem krótkowzroczności, podrapał się po nosie. Wyłupiaste ślepia, zdradzające pewien obłęd, wyjrzały ponad okulary.

Możemy znowu oskarżyć ich o kupczenie Mrowiskiem – zaskrzeczał cienkim głosem. – Nasze mrówki wiedzą przecież jak bardzo Ciepła Woda gardziła nimi przez te wszystkie lata.

Perykles przyjął jego pomysł dobrotliwym uśmiechem, po czym jeszcze szybciej spoważniał. Nie można było przeceniać roli niezbyt przemyślanych oskarżeń. W Mrowisku, od czasu, gdy upadała władza Czerwonych Termitów, wprowadzono tak zwaną wolność mrówczego głosu. To niekiedy pomagało w osiągnięciu sukcesu, ale o wiele częściej tłumiło, lub wręcz uniemożliwiało realizację Jego konceptów. 

Nie przejęli jeszcze Centralnej Rozgłośni, a jej głos przecież i tak nie był jedynym. 

Oddanie, jakie malowało się na wiernym obliczu, musiało zostać jakoś nagrodzone.

To niezwykle cenna myśl, mój Torquemado – spokojne słowa wywołały uśmiech bliski ekstazie. – Niestety nie da się ich dzisiaj wykorzystać. Pamiętamy przecież porażkę sprzed ośmiu lat, a Monteskiusz i tak złagodził ostatnią z intryg. Nagrania z „Żuka i druhowie” powiodły nas do zwycięstwa, jednak nie chciałbym przeceniać ich roli. Nie władamy umysłami mrówek w takim stopniu i obawiam się, że trzeba wymyślić coś innego.

Jego odnóże dało ukryty sygnał Inkwizytorowi, który ustawił się tuż pod mównicą. Pociągła twarz dawnego sługi Czerwonych Termitów uśmiechała się niezwykle rzadko, lecz gdy to robiła, inne mrówki zaczynały drżeć. W ich gronie byli tacy, którzy sięgali pamięcią do czasu niegodnej służby Inkwizytora, jednak ich głosy umilkły już dawno temu. Dobra Zmiana potrzebowała każdego, kto pragnął wynieść ją na sam szczyt.

Inkwizytor rozejrzał się, jakby upewniając, czy każdy dobrze usłyszy jego słowa.

Pierwszym z kroków winno stać się nie przyjmowanie przyrzeczenia od Mędrców Wielkiej Ławy – zaczął powoli.

A czy to nie spowoduje sprzeciwu?

Inkwizytor pokręcił głową.

Wasz brak wiary, przyjacielu, jest wręcz obraźliwy dla Dobrej Zmiany. Sprzeciw będzie, co przewidział nasz wódz, Perykles. Jeżeli jednak będziemy przejmować się takimi drobiazgami, równie dobrze już teraz możemy oddać władzę Ciepłej Wodzie.

Hańba!- Nigdy!

Zdrada!

Perykles nakazał ciszę, nakazując mówcy ciągnąć dalej. Inkwizytor przytaknął i rozchylił żuwaczki.

Na szczęście w Pałacu Kryształów zasiada tak drogi naszym umysłom Stempel. Dzięki niemu nie musimy się obawiać przewrotu w Wielkiej Ławie.

Ponura mrówka o dość starczej twarzy i wyraźnie zaznaczonej łysinie uniosła odnóże. Sprenger nie wydawał się przekonany. Jego znana wszystkim podejrzliwość nakazywała doszukiwać się spisków wszędzie i o każdej porze. Podczas pierwszych, niestety krótkich rządów Dobrej Zmiany, napisał demaskatorskie dzieło o mrówkach z dawnej Tajności i teraz również wyczuł niebezpieczeństwo.

To może nie wystarczyć. Czerwone termity nigdy nie dały za wygraną. Ich władza musi zostać zdeptana. Raz na zawsze!

Pretorianie nagrodzili go słabymi oklaskami. Sprenger rozglądał się nieufnie, dopóki wzrok Peryklesa nie nakazał mu spokoju.

Nasz drogi przyjaciel Inwizytor pisze już stosowny edykt. Wybierzemy własnych mędrców, Stempel od nich przejmie przyrzeczenie i już wkrótce Wielka Ława będzie wydawała tylko takie proroctwa, które nie zagrożą naszej Dobrej Zmianie.

Jeden po drugim, pretorianie przyjmowali te słowa oklaskami. Perykles przyjmował je z dość obojętną miną, ale czuł rozpierające go zadowolenie. Tak oto wypełniał się sen, który towarzyszył mu nieprzerwanie od lat. sen o wielkim, potężnym Mrowisku. Każda z mrówek będzie już niedługo dumna z bycia jego mieszkańcem i każda, co miało jeszcze większe znaczenie, będzie dokładnie wiedziała, komu zawdzięcza tę dumę. Kiedy wreszcie wydrukują nowe podręczniki, jedyne, oddające dziejową prawdę, nie będzie tam żadnych wzmianek o Monterach, Profesorach, czy innych sprzedawczykach Mrowiska.

Należne od lat miejsce zajmie On i Jego brat. Tak być powinno i tak też się stanie.

Peryklesie, Peryklesie – natarczywe słowa nakazały otworzyć maleńkie oczka.

Pod mównicę podszedł Torquemada, który niezbyt długo towarzyszył kolejnej z godzinnych owacji. Jego blade oblicze z dość wyłupiastymi ślepiami oczekiwało na kilka słów więcej. Perykles podrapał się po drugim z podbródków, usiłując przypomnieć czego mógłby chcieć przyszły dyrygent Tajności. Zasługi i oddanie Torquemady nie budziły żadnych wątpliwości, lecz bywał męczący i zadawał za wiele pytań.

Jest jeszcze jeden problem do rozwiązania, mój wodzu – odgłosy oklasków niemal wchłonęły konspiracyjny szept. Torquemada wyraźnie nie zrozumiał, że mogli wreszcie wyjść z ukrycia. Zwycięstwo Dobrej Zmiany oznaczało koniec z udawanymi hasłami wolności, przejrzystości i otwartości.

Cóż znowu?!

Zapomniałeś, Peryklesie? – Torquemada wyprostował dolne odnóża, a jego duża główka znalazła się niemal przed obliczem wodza. – Edykty Mrowiska zakazują mi zostania Dyrygentem Tajności. Mała Ława wydała fałszywe proroctwo. Nie mogę być ramieniem Dobrej Zmiany, jeżeli nadal mamy przestrzegać praw Mrowiska.

Perykles zastanowił się przez kilka kolejnych oklasków. Jakże on mógł o tym zapomnieć? Gdy po raz pierwszy Dobra Zmiana usiłowała przejąć pełnię władzy w Mrowisku, Torquemada poniósł największą stratę. Stał na czele Niesprzedajności, walczył z sitwami, jakie wcześniej oplotły Mrowisko. Osaczono go, gdy przegrali, zdeptano i poniżono, a teraz musiał znosić jeszcze to fałszywe proroctwo.

Wódz zszedł z podwyższenia i wziął pretorianina w ramiona. Niespodziewana czułość nie trwała długo, ale wystarczyła, aby na po obliczu Torquemady spłynęły łzy szczęścia. Tak, ta mrówka wiedziała, komu wszystko zawdzięcza. Być może była jedną z nielicznych, jaka nie potrzebowała żadnych dodatkowych sprawdzianów lojalności. W końcu zaryzykowała nawet złamanie praw Mrowiska, aby przedłużyć trwanie Dobrej Zmiany. Wtedy niestety nie udało im się, ponieśli upokarzającą porażkę. Dzisiaj nie muszą bać się już niczego.

Nie lękaj się, mój wierny Torquemado – Perykles odwdzięczył się równie konspiracyjnym szeptem. – Mamy swoją mrówkę w Pałacu Kryształów. Jej stempel zwróci ci wszystko, co odebrała ta zdradziecka banda.

Oklaski słabły, co było dla Peryklesa niemiłym zaskoczeniem. Wolał, gdy pretorianie mieli zajęte odnóża. Nie musiał się wtedy martwić, czy nie chowają w nich niczego groźnego, a przecież nie od dziś donoszono mu o próbach zamachu. 

Poczuł, jak na czole perli się strach. Nie mógł go okazywać zbyt otwarcie, więc wykrzywił żuwaczki w uśmiechu i powoli wycofał się na mównicę. Od dnia, w którym Monteskiusz zawiązał spisek z czerwonymi termitami, nie zbliżał się do innych mrówek, gdy nie było to potrzebne. Dotyk ich odnóży, oślizgłe ciała i bliskość żuwaczek napawały go nie tylko wstrętem, ale też trudnym do przezwyciężenia przerażeniem. Oczywiście był zbyt wytrawnym politykiem, aby nie potrafić tego zamaskować. Mrówki, które głosowały na Dobrą Zmianę musiały nadal widzieć w nim zbawcę, mesjasza i wodza. Perykles był jednak zwolennikiem oddalenia władcy od jego poddanych. Czas kampanii się zakończył i Dobra Zmiana nie potrzebowała aż takiego poświęcenia.

Najwyższym wysiłkiem woli przemógł paraliż własnych żuwaczek i zaintonował pierwszą ze strof Roty

Dobrej Zmiany. Jeżeli nie chcą klaskać, będą śpiewać.

 

– 3 –

 

Sklepienie Wielkiej Sali Zgromadzeń błyszczało od setek rozpalonych świec. Kryształowe świeczniki, mimo braków, jakie ujawniono po przejęciu władzy przez Stempla, nadal wystarczały, aby ozłocić oblicza zebranych tutaj mrówek. 

Uroczystość odebrania Roty Wierności od Paprotki i pozostałych mrówek w jej Dyrygenturze miała stać się najważniejszym wydarzeniem Mrowiska. Tak postanowił Perykles, chociaż jego zamierzenia ponownie ośmielono się podważyć. Niemal wszystkie rozgłośnie, zamiast zająć się podziwianiem kształtów Dyrygentury, analizowały przyczyny zamiany na stanowisku dyrygenta Obronności. Wytykano mu, że obsadził tam Sprengera z jego nieprzestającą gasnąć manią demaskowania spisków i układów, a obietnice Dobrej Zmiany z kampanii dawały ten fotel zupełnie komuś innemu. 

Ale przygotował swoich pretorianów do odpierania takich ataków. Filozof, który stanął przy Paprotce, gdy usiłowano stanąć im na przeszkodzie, potwierdził niewinne kłamstewko. W zamian za to obejmował dyrygenturę Wiedzy, niezbyt interesującą Peryklesa. Będzie tam mógł wypowiadać swoje krytyczne osądy, udawać niezależnego i tkwić w marzeniach o samodzielności. Wiedza nie zajmowała w planach Peryklesa żadnego znaczącego miejsca. Poza tym przygarnął Filozofa, gdy ten odszedł z Ciepłej Wody, co mógł w każdej chwili przypomnieć. 

Pokrzepiony taką myślą, oddał się uważnej obserwacji. Rota Wierności była jego zdaniem reliktem przeszłości, ale nie mogli jej pominąć. Właśnie składał ją Fouché. Cienkie żuwaczki zaciskały się w źle ukrywanym podnieceniu.

…że będę stał na straży praw Mrowiska, strzegł jego niezależności, uczciwości, mróworządności, a dyrygentura Czujności będzie dla mnie najwyższym honorem …

Perykles z trudem ukrywał znudzenie. Wszyscy pozostali powtarzali te słowa, zwykle bez większego przekonania. Dyrygenci, których wyznaczył sam, wypadli dość dobrze. Żaden z nich nie zyskałby pewnie angażu na scenie, lecz na tę uroczystość było to wystarczające. Lekki grymas wywołali na jego obliczu jedynie nominaci Paprotki. Ich wystąpienia były nieco lepsze, co zauważył mimo narastającego zmęczenia. Ostatniej nocy nie spał zbyt dobrze. Znowu przyśnił mu się tamten koszmar, co zaczynało napełniać go niepokojem. Przecież dopiero co wygrali wybory, odnieśli druzgocące zwycięstwo i zyskali w Wielkiej Izbie większość. Nie mógł śnić o utracie władzy, a właśnie to objawiało mu, gdy tylko zamykał oczy. 

Dzisiaj jednak nikt nie dostrzegłby u niego nawet mrugnięcia. Wpatrywał się w tę uroczystość, mimo, iż nie przepadał za teatrem.

Sztuka miała też swój ostatni akt. Na tle dwubarwnych sztandarów Mrowiska stanął pretorianin Stempel, pieszczący od kilku tygodni tytuł Wielkiego Geronta. Miano, które przez ostatnie osiem lat nie znaczyło zbyt wiele, teraz miało się stać trampoliną Dobrej Zmiany.

Drogie Mrówki! Dzień dzisiejszy niechybnie zapadnie nam wszystkim w pamięć. Oto, po latach, dokonuje się tak długo wyczekiwana zmiana. Dobra Zmiana. (w tym miejscu rozbrzmiały oklaski, do których przyłączył się nawet Perykles). Jako Wielki Geront czuję się zaszczycony móc odbierać rotę od jej dyrygentów. Jestem pewien, że wasze słowa i oddanie powiodą te Mrowisko ku lepszemu jutru, że od dzisiaj żadna mrówka nie poczuje się ominięta, czy porzucona. Dobra Zmiana zaopiekuje się wszystkimi i nikogo nie pozostawi w samotności. (Jeszcze więcej oklasków). Dość było już wielkopańskiego traktowania i poniżania tych, którzy podobno nie potrafili odnaleźć swojego miejsca. Wy, nowi dyrygenci, znajdziecie to miejsce każdej mrówce. (Brawa nasiliły się, tym bardziej, że zebrani wznieśli je kolejną parą odnóży) Wierzę w to z całej swojej tchawki.

Do blasku pałacowych świec dołączyły uśmiechy. Perykles przestał jednak bić brawo i dość wyczekująco zerknął w stronę Stempla. Chyba ten pozorant nie zapomniał o najważniejszym? Czyżby chciał się odciąć?

Stempel dostrzegł niezadowolenie wodza. Podniósł odnóże, pragnąc przekazać zebranym, że ma jeszcze coś do powiedzenia.

Na koniec, co jest najważniejsze i bez czego nie można rozpocząć Dobrej Zmiany, chciałbym podziękować naszemu najdroższemu, nie zawaham użyć się tego słowa, wodzowi i ojcu, Peryklesowi. Jego geniusz, zmysł przewidywania, dalekowzroczność, strategia, mądrość, przenikliwość, siła, wytrwałość, upór, hart ducha, męstwo, wierność ideałom i Mrowisku, uczciwość, pracowitość, przebojowość iheroizm w obliczu tak wielu kłamliwych i zdradzieckich ataków oraz niezachwiana wiara w ostateczne zwycięstwo są dla nas najwyższym drogowskazem.

Tak już było o wiele lepiej. W Sali pałacu rozległa się owacja, jakiej nie doświadczyły wcześniejsze ślubowania. Pretorianie dobrze wiedzieli, komu biją brawa i żaden nie ośmielił się oszczędzać wiernych odnóży.

 Perykles przyjął to wyznanie wiary lekkim skinieniem głowy. Należało pokazać wszystkim i wyprężonemu jak struna Stemplowi, że docenia jego wysiłek. Czekało na nich wprawdzie o wiele więcej ważniejszych zadań. ale dobrze było usłyszeć o sobie kilka słów prawdy.

 

4 -

 

Dobra Zmiana nie przerywała wytężonej pracy. Jak mawiał Perykles, praca i tylko praca, mogła przywrócić Mrowisku dawną świetność i nikt ni ośmielił się wątpić w te słowa. Pretorianie już przed laty nauczyli się, że jakiekolwiek podważanie wyroków wodza nie kończy się dobrze. Perykles wpadał wtedy w rozdrażnienie, czerwienił się na swoim chitynowym pancerzyku i puchł, co niekorzystanie wypadało na zdjęciach, jakie coraz częściej ukazywały się w mrówczych gazetach. 

W siedzibie Wielkiej Izby, Paprotka, otoczona pięciuset wybrańcami Mrowiska wygłosiła mowę o nowej dyrygenturze. Oczywiście, co Perykles przewidział i przed czym ostrzegał, jej słowa trafiły jedynie do części wybrańców. W Wielkiej Izbie, gdzie już dawno dotarły macki znienawidzonego układu, ścierało się zbyt wiele interesów aby wszyscy docenili jej (to znaczy Jego) wysiłek. Ci, na których swój głos oddały różnego rodzaju koterie, kliki, sitwy oraz inne niecne konfraternie, nadal dysponowały pewną siłą. Ich głos wciąż dobiegał do niego z mikrofonów Centralnej Rozgłośni, co wywoływało jedynie wściekłe poruszanie żuwaczkami. Perykles pragnął skończyć z tym raz na zawsze, ale jeszcze nie mógł wyjawić pełni swojego planu. Ciepła Woda i Świeżość, chociaż kłóciły się pomiędzy sobą, to jego Zmianę obrały za głównego przeciwnika. Paprotka musiała im obiecać prawo zabierania głosu, ale on, chytrym posunięciem, postawił na straży Maczugi Wielkiej Izby swojego zaufanego Trzcinkę. Pretorianin o dość powszednim obliczu sprawdzał się w tej roli znakomicie. Od razu odgadł zamysły wodza i bezwzględnie ucinał nudne perory i próby moralizatorskich tyrad. Jego maczuga spadała na co bardziej zbuntowane mrówcze łepki, a na korytarzach Wielkiej Izby nie dało się nie zauważyć bandaży i opatrunków. 

A był to przecież dopiero wstęp. Dobra Zmiana i jej wódz, Perykles, nie zaczęli jeszcze właściwego przejmowania władzy w Mrowisku. To następowało z wolna, poprzedzone dokładnym sprawdzeniem uprzednich dyrygentów. Szeregowe mrówki z chęcią słuchały o jublach i orgiach Ciepłej Wody, o jej rozrzutności i marnotrawieniu wspólnych mszyc. To Perykles nakazał wszystkim nowym dyrygentom wskazanie uchybień i podkreślanie niebywałego wręcz rozpasania. Nic tak nie budowało mrówczej wierności jak odsłonięcie błędów dawnej władzy. Dzięki Jego perspektywizmowi zdołali zwrócić uwagę większości mrówek na występki Ciepłej Wody, co już niedługo miało mu posłużyć do ostatecznej rozprawy z tymi zdrajcami.

Wódz Dobrej Zmiany nie przejmował się nikłymi głosami sprzeciwu. Przywykł do nich przez lata, chociaż krzywdziły go i raniły, doprowadzając do odejścia ukochanego brata. Tak przywykł do nich i nienawidził z całego serca, dlatego też zachowywał w pamięci wszystko, czekając na dzień sądu. Jeżeli tylko chciał, potrafił być cierpliwy. Dolne odnóża nie przytupywały ze złości, gdy ponosił kolejne klęski. Jego tchawka wciąż posiadała siłę, o której inne mrówki, słabsze i bardziej podatne na porażkę, mogły jedynie pomarzyć. Tak, on był przygotowany na wszystko, lecz nie mógł powiedzieć tego o swoich pretorianach. Chociaż przez lata dążył do całkowitego podporządkowania Dobrej Zmiany, większość z nich nadal potrzebowała Jego ojcowskiej ręki.

Dla nich też, oraz na wszelki wypadek dla wszystkich pozostałych, Perykles organizował cotygodniowe spotkania w tajnej jamie. Jej ściany zapewniały dyskrecję, a dość napastliwe przeszukania ochronę przed ewentualnymi zdrajcami. Nikt nie ośmielał się protestować, gdy osobiści strażnicy wodza wciskali mu odnóża we wszystkie mniej i bardziej wstydliwe zakamarki pancerzyka. Perykles nigdy nie przywykł do nowych mrówczych wynalazków, uważał je za zagrożenie, a mrówki, które potrafiły je używać, za potencjalnych sprzedawczyków. Nie chciał niczego ryzykować, bo dzieje Dobrej Zmiany już nieraz udowodniły, że do zwycięstwa prowadzi droga ułożona na kamieniach nieufności, podejrzliwości, wzajemnych oskarżeń i ogólnego podglądania wszystkiego i wszystkich.. 

Odsłonił szeroką na pięć odnóży tablicę, na której nieco wcześniej z mozołem wykaligrafował hasło dzisiejszego spotkania. „Praktyczna nauka Jęzostylu, czyli jak przedstawiać racje Dobrej Zmiany wobec wrażych rozgłośni, gazet i innych tub wrogiej propagandy”. Tytuł może i był nieco przydługi, ale pragnął mieć chwilę czasu przed rozpoczęciem przemówienia. Wiedział, że pretorianie rzadko kiedy czytają, co już na wstępie dawało mu pewną przewagę. 

Witam wszystkich na cotygodniowym zebraniu Dobrej Zmiany – odezwał się z podwyższenia, z którego mógł wejrzeć w każde oblicze. Wolał mieć je przed sobą, powolne i uległe, czerpiące jedynie z jego słów, gestów, nawet bruzd, które zarysowały się teraz na czole. – Tematem dzisiejszego spotkania jest jak widzicie Jęzostyl, czyli innymi słowy styl języka, jakim będziecie odpowiadać na ataki naszych przeciwników. Nie od dziś wiadomo, że sitwa, która przez lata rządziła Mrowiskiem wciąż ma się mocno. W dodatku jej głos słychać także poza naszym Mrowiskiem. Zachodnie Siedliska, do których dość nieopatrznie dołączyliśmy w przeszłości, próbują narzucić nam swoje zdanie, pouczają i chcą stawiać do kąta. Ja, wasz ukochany wódz i mentor, dostrzegłem tutaj ogromne zagrożenie dla niezawisłości Mrowiska i dążeń Dobrej Zmiany. Dlatego też, kierowany wyłącznie troską o przyszłość naszej sprawy, wybrałem kilkanaście najczęściej używanych oskarżeń.

Tłum pretorianów zadrżał, gdy Perykles skończył mówić. Mrówkotechnika działała bez zarzutu, jak zauważył. Fotele w Wielkiej Izbie odzyskał również dzięki piętrzeniu różnego rodzaju lęków, obaw i strachu. To one łączyły wszystkich, którzy przez lata stali na uboczu Mrowiska. Jego przeciwnicy lekceważyli ich, traktowali z góry, ośmieszali, ale on wiedział, jaka czai się tam siła. Potęga Mrówkonalizmu, powierzchownej dumy z dwubarwnego sztandaru, którą wystarczyło wypisać na plakatach Dobrej Zmiany. Wielkie Mrowisko, jego największe marzenie, było w zasięgu odnóży. 

Każdy z was otrzymał czerwoną książeczkę – przeciągał rozpoczęcie. Nie lubił powtarzać swoich przemówień. Nigdy nie wiedział, czy nie powie czegoś, co zdrajcy Mrowiska zechcą użyć przeciwko niemu. – Dzięki niej nikt już nie powie, że czarne jest czarne, a białe jest białe. Od naszego zwycięstwa czarne będzie tylko to, co my sami, a białe… no cóż. Białe jest niebezpiecznie. Pozostaje tam zbyt wiele śladów, a tych nie będziemy zostawiać. Działamy w sekrecie, dochowujemy tajemnic i uderzamy z ukrycia.

Jego wyczulony słuch wyłowił cienkie popiskiwanie nieprzekonanych.

Dlaczego mamy się ukrywać? – powtórzył za śmiałkiem, którego wyraźnie należało odsunąć od fotela w Wielkiej Izbie. To był ogromny problem Jego mrówek. Nie rozumiały, że Dobra Zmiana wymaga dyskrecji i obleczenia każdego działania stertą zdarzeń i słów, których zadaniem było odsuniecie uwagi zbyt dociekliwych mrówek. – Mamy się ukrywać, bo wrogowie wciąż są silni. Ich potęga, choć skruszyliśmy ją naszą prawdą, nadal zagraża przyszłości Dobrej Zmiany. Nie możemy jeszcze zakrzyknąć, jak słudzy Czerwonych Termitów – Władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy – dzisiaj przede wszystkim trzeba jej bronić. Musimy poświęcić się naszej sprawie całą tchawką, wytężyć wszystkie odnóża, zacisnąć żuwaczki i szczękoczułki, nastroszyć skrzydełka. A i takie poświęcenie może okazać się zbyt słabe. Tak, moi bracia, zbyt słabe – głos, pełen trwogi, sprowadził na oblicza mrówek odcień szarości. – Musimy zachować czujność i być gotowi. Przecież Dobra Zmiana rządzi zaledwie od paru dni, a już zarzuca się nam wulgarność, zakłamanie, manipulację, próbę ustanowienia w Mrowisku dyktatury, mrówkolizm i inne bezeceństwa. A my, drogie mrówki, nie jesteśmy wulgarni. Mówi o tym moja czerwona książeczka. Wulgarny to słowo układu. W Dobrej Zmianie i moim Jęzostylu posiadamy jedynie wyraziste opinie. Kłamstwo nie jest zaś kłamstwem a prawdą. Prawdą niewygodną dla układu, który zarzuca nam kłamstwo. Manipulacja to nic innego jak przedstawienie naszego punktu widzenia oraz brak zrozumienia i atak ze strony politycznych przeciwników. Dyktatura jest niczym więcej jak walką z sitwą, a spełnianie wyborczych obietnic w żaden sposób nie powinno być nazywane mrówkolizmem. Zapamiętajcie drogie mrówki, że każde oskarżenie można rozwodnić, zarzucić stosowanie Mowy Nienawiści i odsuwać, zaprzeczać, oburzać się, obrażać, walić fochy, płakać, wołać o pomstę do szczytów kopca oraz atakować za pomocą wszystkiego, co tylko zaświeci wam w główkach.

Niech żyje!

Sto lat, Peryklesie!

Zbaw nas!

Tchawka wodza uspokajała się z wolna. Nie bez satysfakcji spoglądał jak oddane odnóża nagradzają go oklaskami, aby przejść po chwili do uważnej lektury czerwonej książeczki. Oprócz wymienionych haseł, napisał tam również zarys swego planu. Wiedział, że sitwa, rządząca uprzednio Mrowiskiem, nie podda się łatwo, a lista jej oskarżeń wydłuży się , gdy rozpocznie się Dobra Zmiana. Kilka najczęściej powtarzanych zarzutów obdarzył całkiem nowymi wyjaśnieniami. Dobra Zmiana nie miała zamiaru prowadzić totalnej inwigilacji, a jedynie troszczyła się o bezpieczeństwo Mrowiska. Nienawiść, o której tak chętnie wspominano przy mikrofonach wielu rozgłośni, była wyłącznie głosem prześladowanej mniejszości. Ograniczanie prawa i zamach na Wielką Ławę miało za zadanie nic innego jak przywrócenie standardów oraz porządkowanie po przeciwnikach. Czerwona Książeczka miała wiele takich haseł i już dzisiaj prowadziła pretorianów Dobrej Zmiany (oraz rzecz jasna całe Mrowisko) ku lepszemu jutru, świetlistej przyszłości, niepodważalnej potędze i ogromnej dumie. Dumie bycia mrówką z tego właśnie Mrowiska.

Zadowolony z udanego przemówienia Perykles zaczął schodzić w mównicy. Po drodze nie zauważył, że rozwiązały się mu sznurowadła i dość dużą część drogi pokonał w locie. Na szczęście u dołu mównicy czekał najwierniejszy z wiernych. 

Udało się, mój wodzu – Torquemada z ledwością utrzymał korpulentne ciało Peryklesa. – Stempel rozgrzeszył moje przewinienie. Mogę zostać dyrygentem Tajności.

Wyłupiaste ślepia z trudem ukrywały podniecenie. Żądza odkrywania prawdy i tylko prawdy miotała wątłym odwłokiem. Perykles, nie bez wysiłku, uwolnił się z objęć pretorianina i spojrzał na niego z rezygnacją.

Stempel dał ci rozgrzeszenie, bo ja mu tak nakazałem – przypomniał. – Poza tym bez niego nie mógłbyś nawet wejść do Pałacu Kryształów, a byłeś tam przed paroma dniami z całą resztą dyrygentów.

Zapomniałeś już?

Uśmiech, pełen szczęścia i oddania, nadal rozświetlał oblicze Torquemady.

Nigdy cię nie zawiodę wodzu – zapewniała mrówka. – Będę stał na straży Tajności, tropił spiski i knowania, walczył z sitwą, bronił czystości Mrowiska i naszego honoru. Będę…

Perykles odwrócił się i kiwnął odnóżem w stronę swoich przybocznych. Nudziły go już te wyznania. komuż to one były potrzebne. Wiedział, jakie zadania przydzielił Torquemadzie i był pewien, że ta mrówka wywiąże się z nich bez zarzutu. W końcu te jemu zawdzięczała powrót z dna, na które spadła, nie potrafiąc odgadnąć strategii Dobrej Zmiany. 

Być może to stało się powodem usuwania mrówek ze wszystkich stanowisk. Wymiana zaczęła się niedawno, ale potrwa długo i przekaże Mrowiska w jego odnóża. Dzięki takiemu posunięciu nie będą musieli już obawiać się żadnego przeciwnika. Nikt nie oskarży ich później, jak zrobiono to z tym głupcem, o naginanie, lub co gorsze, łamanie mrówczego prawa.

A zarzut o lokajstwo, służalczość i bierność? O nich jego Jęzostyl bynajmniej nie zapomniał. Dobra Zmiana rządziła, bo wybrał ją głos większości Mrowiska. Prawo wygranej było zaś jasne. Nikt nie miał prawa dziwić się, że fotele i trony obsadza tymi mrówkami, do których zwycięski wódz ma pełne zaufanie. 

 

5 –

 

Dyscyplina, którą Perykles narzucił wszystkim mrówkom Dobrej Zmiany przydała się już kilka dni później, gdy doszło do głosowania nad edyktem o Wielkiej Ławie. Mrowisko nie przyjęło zbyt dobrze wahań Stempla i odmowy odebrania roty wierności od mentorów. Na nic zdały się przejęte głosy Mrówek Dobrej Zmiany, które przed dziesiątkami mikrofonów dwoiły się i troiły, aby winę za całe zamieszanie zrzucić na Ciepłą Wodę. W ich Jęzostyl wierzyli jedynie najwierniejsi z wyznawców, a i spośród nich zdarzali się tacy, którzy kręcili główkami. Działania samego Stempla należało uzupełnić i to zadanie Perykles powierzył Inkwizytorowi.

Wysoka mrówka zaczesała do tyłu bujne siwe włosy i raźno zabrała się do pracy. Wkrótce Wielka Izba zgłosiła swoich mentorów na fotele równie Wielkiej Ławy. Głosowanie przebiegło bez większych przeszkód, tym bardziej, że obrażone mrówki z Ciepłej Wody wyszły na korytarz. Perykles przyjął jedynie z lekkim niezadowoleniem wystąpienia Świeżości, która atakowała zarówno nowo wybranych mentorów, jak i jego samego. Jedna z takich mrówek ośmieliła się nawet zarzucić mu pragnienie zostania tyranem, co skwitował nieznacznym drgnięciem żuwaczki.

Może i chcę – mruknął, a ślepia wrogich propagandystów przekazały te słowa dalej.

Tak, czy inaczej, Dobra Zmiana postawiła na swoim. Piątka mentorów stawiła się zarówno w Wielkiej

Izbie, jak i przeszła zaraz po ślubowaniu do Pałacu Kryształów, gdzie czekał na nich dość zaspany Stempel. Wielki Geront tym razem nie zwlekał z odebraniem Roty Wierności. Nie pozwalało mu na to czujne spojrzenie Peryklesa, który razem z mentorami był w zasadzie jedynym gościem. Wódz Dobrej Zmiany znowu musiał wziąć wszystko na swoje zwiotczałe ramiona, lecz nie było to po raz pierwszy. Jego niecodzienną aktywność jak zwykle wytłumaczono troską o Mrowisko, co mrówki z Dobrej Zmiany powtarzały na równi z jego geniuszem, zmysłem przewidywania, uczciwością i niezłomnym przestrzeganiem zasad.

Gdyby wszyscy byli choć w setnej części tak wielcy, jak wielki jest nasz Perykles, już dawno dogonilibyśmy owady z zachodniej części lasu – tak brzmiała nieco dłuższa wersja ich hołdów.

Krytycy z wrogich rozgłośni nie dali się jednak zwieść. Ich hasła, często układane w krótkie wierszyki, zaczęły pojawiać się na coraz większej ilości żuwaczek: „Tchawka mrówcza z dumy pęka, gdy nasz głos cię w nocy nęka”, „Na mrowisko tyś za niski, rządu twego koniec bliski”, „Zabierz od nas te reformy, wszystko wrócić ma do normy”. Perykles słyszał je i zgrzytał ze złości żuwaczką, ale jeszcze nic nie mógł na to poradzić. 

Musiał uporać się najpierw z niepokornym Archmentorem Wielkiej Rady. Mrówka stojąca na jej czele rzuciła mu osobiste wyzwanie, choć nie zrobiła tego oficjalnie. Być może nie wiedziała, że każdy, kto natychmiast i bez głosu sprzeciwu nie pada przed nim na kolana, będzie zniszczony. Być może wydawało się jej, że Wielka Karta Mrówczego Prawa daje gwarancję nietykalności i obroni ją oraz całą Wielką Ławę. Być może liczyła na rozsądek i opamiętanie się przed pragnieniem zniszczenia jednego z fundamentów Mrowiska. Dla Peryklesa żadne z takich wahań nie miało najmniejszego znaczenia. On już dawno podjął decyzję i nikt, a w szczególności ukryty sługus Ciepłej Wody, nie mógł jej zmienić.

Wódz Dobrej Zmiany nie przejmował się głosami tak zwanego rozsądku. W Czerwonej Książeczce Jęzostylu przewidział taki atak i dość trafnie na niego odpowiedział. Obrońcy sitwy, strażnicy przywilejów, fałszywi prorocy – to były jedynie niektóre z imion, jakie powtarzali jego pretorianie. Na nic zdawały się ostrzeżenia stowarzyszeń, związków i organizacji, stojących na czele mrówczego prawa.

A gdzież byliście, gdy ONI łamali naszą mrówkokrację?! – huczał z mównicy w Wielkiej Izbie głos Inkwizytora.

Pucz, rewolucja, zamach! – krople śliny Inkwizytora pryskały we wszystkie strony. – Tak nazywacie próbę przywrócenia porządku? To my wygraliśmy wybory. To nam większość zrozpaczonych mrówek dała prawo do zmiany. To my przywrócimy temu Mrowisku należne miejsce wśród innych mrowisk. To my i tylko my!

Perykles zacierał grube odnóża i chichotał, gdy kolejne mrówki starały się przekrzyczeć Inkwizytora. Niewielu udało się to zrobić. Sługa czerwonych Termitów przeszedł dobre szkolenie i nie potrzebował zbyt wielu rad. Jego niezachwiana pewność pomagała w forsowaniu kolejnego zamysłu wodza. Edykt o Wielkiej Ławie, który raz na zawsze miał zamknąć usta mentorom, pocił się już z niecierpliwości w szufladzie Peryklesa. Jego zapisy, trudne, aczkolwiek niezbędne, raz na zawsze miały odsunąć Wielką Ławę od stawiania Dobrej Zmianie przeszkód.

Większość prac nad edyktem prowadzono w nocy. W mrowisku, a już w szczególności w siedzibie Wielkiej Izby, zawsze panował półmrok, ale Perykles niczego nie chciał pozostawiać przypadkowi. Noc i towarzysząca jej ciemność o wiele skuteczniej skrywały cienie Jego zamierzeń. W nocy mrówki (te porządne, rzecz jasna) spały sprawiedliwym snem, a nie usiłowały przeszkadzać. Pod osłoną mroku pracowało się dużo lepiej. Pretorianie przemykali niezauważeni, byli wszędzie, a ich czułki wychwytywały każdą z prób sprzeciwu. Tak było podczas głosowania w Małej Radzie, gdy fortel połączonych sił Świeżości i Ciepłej Wody nieomal doprowadził do powstrzymania prac nad edyktem. Na szczęście głosowanie powtórzono i jak zapewniał na tajnej naradzie Perykles, „powtarzano by je bez przerwy, bo też na co komu przerwy, gdy chcemy jedynie Dobrej Zmiany”.

Pretorianie przyłączyli się do jego rubasznego rechotu, choć byli nieco zdumieni, gdy w jednej chwili spoważniał.

Czujność i raz jeszcze czujność! – ryknął rozeźlony. – Ile razy mam powtarzać, że nie macie prawa jej tracić. Nieważne, kto głosuje, ważne, kto liczy głosy to słowa mądre i przenikliwe, lecz źle się kojarzą mrówkom. Możemy lawirować, jednak nie chcę, aby stało się to normą. Stwarzamy pozory mrówkorządności, pamiętacie? To nasi poprzednicy łamali prawo, a ich pycha przekroczyła wszelkie granice. Poza tym, w odróżnieniu do nas, oni gardzili mrówkami, nie szanowali ich praw i łamali je za każdym razem. Zadłużyli Mrowisko na lata, pozostawiając je w ruinie i zgliszczach, co nakazuje nam pracę od podstaw. A praca od podstaw wymaga czujności.

Napomnienie przyniosło oczekiwane skutki. Już żadna z jego mrówek nie odważyła się zaspać podczas głosowania. Żadna nie uległa też wahaniom, czy głosom sprzeciwu, które wyrastały jeden po drugim. Jak słusznie przewidywał Perykles, edykt o Wielkiej Ławie wywołał mnóstwo protestów. Mrowisko wręcz huczało, a echa tego zgiełku dość szybko odnalazły drogę do Owadziego Kongresu. Zachodnie siedliska prusaków, ślimaków, rudnic, gmachówek i hurtnic podniosły rwetes. Ich rozgłośnie i gazety zabarwiły się krwawym jadem; oczerniano Dobrą Zmianę, zarzucano jej despotyczne ciągoty, porównywano do rządów czerwonych termitów, które niemal turlały się ze śmiechu. Do ataku przyłączyli się nawet dyrygenci Owadziego Kongresu, któremu przewodniczył znienawidzony przez wodza Monteskiusz.

Kongres wysunął kilka oskarżeń, wyraził zaniepokojenie tempem i kierunkiem reform, ale jego głos ucichł, gdy Perykles rozdał mrówkom Dobrej Zmiany białą książeczkę.

Nasi przodkowie krwawili za owady z naszego lasu – zaczął, a dwie okrągłe łzy pociekły po okrągłych policzkach. – Zapamiętajcie to drodzy słuchacze. Nasza krew wsiąkła w tę ziemię i nikt nie ma prawa mówić nam, co mamy robić. Wyciągajcie zatem zdjęcia waszych dziadów, którzy w odróżnieniu od ich dziadów, nie wahali się strzec prawdy z bronią w ręku. Wielkie jest nasze Mrowisko i Wielkie było, a tych dyrygentów Kongresu, którzy o tym nie wiedzą, trzeba bić.

Ale jak bić, nasz wodzu?

Odnóża Peryklesa uniosły się w dramatycznym geście.

Wyniesiemy ich sztandary z wszystkich korytarzy i jam naszego Mrowiska. Od dzisiaj nie chcemy oddawać czci żadnym cielcom. Tylko nasz, zakrwawiony dwubarwny sztandar ma powiewać po wsze czasy.

Słowa, pełne przekonującego tragizmu, natchnęły pretorianów do wytężonego wysiłku. Edykt o Wielkiej Ławie przeszedł z impetem jesiennego wiatru i dość prędko znalazł się na biurku Stempla. Wielki Geront nie ośmielił się sprzeciwić, tym bardziej, że Perykles ponaglał go przez kilka świątecznych dni. Wodzowi nudziło się w jego pustelni i postanowił, że zdyscyplinuje wasala paroma telefonami.

Niepokoi mnie ta zwłoka – mówił przez zaciśnięte ze złości żuwaczki. – Jesteśmy zbyt blisko i zaszliśmy zbyt daleko, aby bawić się jeszcze w jakieś skrupuły.

Ależ Peryklesie, ja nie waham się, lecz mrówki mogą się w końcu zbuntować – głos Stempla drżał ze strachu. – Już dzisiaj grożą mi postawieniem przed Mrówynałem. Słyszałeś, co szepczą po korytarzach?

Chociaż Stempel zna zasady, łaskę dał dla Torquemady. Skąd w ogóle znają tajne przydomki, którymi nas ochrzciłeś?

Perykles westchnął, z trudem ukrywając zniecierpliwienie. 

Tak, to było dalece niefortunne – przyznał. – Zdrada ta dowodzi jednak, że musimy jeszcze mocniej stać na straży naszych sekretów i działać szybciej. Odwlekanie przyłożenia pieczęci do edyktu o Wielkiej Ławie nie poprawia naszego obrazu.

Słuchaj dalej wodzu – głos po drugiej stronie słuchawki niemal zlał się z odgłosem łez. – Stempla głosu nie słuchamy, by my także rozum mamy. Czy to jest ten szacunek, ten respekt i poważanie, jaki mi obiecywano?

Nie maż się, Stempelku – Perykles starał się mówić łagodnie, jak dobrotliwy ojciec, lecz z racji nie posiadania potomstwa nie brzmiało to zbyt szczerze.

Prawdziwy był jedynie szloch Wielkiego Geronta, który zalewał słuchawkę słonym żalem.

Stempel stemplem wymachuje, choć mrowisko nam rujnuje! Dość już tego ambarasu, spadaj Stempel z tego lasu! Bodaj w starej beczce skisły, wszystkie zmiany twej pomysły!

Ten ostatni akurat był o mnie – sprostował nieco rozbawiony już Perykles. Jego również rozpierała wściekłość, lecz skrywał ją pod maską uśmiechu. – Mówią wierszyki, tupią dolnymi odnóżami, krzyczą. Takie ich mrówcze prawo. Za nami jest głos większości.

Naprawdę? – płacz Wielkiego Geronta zelżał nieznacznie. – Będziesz mnie bronił, Peryklesie? Nie pozwolisz postawić mnie przed Mrówynałem?

Oczywiście – gładko skłamał wódz Dobrej Zmiany. – Moja wierność jest przecież dobrze znana. Ja jestem jak pomnik ze spiżu. Nigdy nie zmieniam zdania.

 

6 -

 

Mrowisko nie przyjęło tych zmian jednomyślnie. Niespodziewanie i ku wielkiej złości Peryklesa, okazało się, że całkiem spora liczba mrówek nie chce poprzeć edyktu o Wielkiej Ławie. Korytarze Mrowiska zaroiły się od niepokornych odnóży, wznoszono kolejne hasła i okrzyki, a nawet zaczęto podskakiwać i tupać, co groziło zawaleniem dość kruchej konstrukcji kopca. Sprzeciw zauważono również w innych częściach lasu; odezwało się siedlisko prusaków, swoje zdziwienie wyraziły ślimaki, a nawet żuki z odległej Wyspy Mgieł. W Kongresie Owadów zawrzało jak w ulu, a oburzone głosy zaczęły domagać się ukarania przywódców Dobrej Zmiany i, co rozwścieczyło Peryklesa najmocniej, przywrócenia dawnego porządku.

Dawny porządek odszedł i już nigdy nie wróci – krzyczał wódz przed lustrem. Jego purpurowe z wysiłku policzki nabrzmiały jeszcze bardziej, co sprawiało wrażenie, że na odwłoku wisi balon zamiast główki. Od dłuższego czasu wiedział, że powinien ograniczyć nocne przeżuwanie, ale Dobra Zmiana wciąż potrzebowała jego mądrości i nadal nie widział w jej szeregach następcy. – Nigdy nie pozwolimy, aby dyktowano nam zepsute i obce wartości. Mrowisko ma swoje tradycje. Jesteśmy dumni z naszych przodków, którzy na polanach całego lasu oddawali życie za wolność innych owadów. To u nas, nie w siedlisku prusaków, rozpoczęła się rewolucja, która przesunęła rządy czerwonych termitów daleko na wschód. To nam cały las, bez żadnego wyjątku, zawdzięcza wolność i nikt, powtarzam, nikt nie ma prawa dyktować dzisiaj czym ta wolność jest.

Obrzucił swoje czułki krytycznym spojrzeniem. Tak jak myślał, nadal czerwieniały i puchły. Czuł ich ciężar nad sobą. Dwa grube sople, zdradzające wewnętrzne wzburzenie. Trudno mu było się uspokoić, szczególnie gdy wypisywano o nim tak wiele oszczerstw. Choćby ten ostatni artykuł w „Elekcyjnej”. Gazeta jego politycznych przeciwników ciągle ośmielała się go atakować. Przypominano najgorsze z wystąpień, sięgano do archiwów, wytykano niedociągnięcia, przeinaczano słowa, wyszydzano i kpiono. Ze stolika przed lustrem krwawiły nagłówki tego piśmidła, którego mrówka naczelna nie potrafiła zrozumieć, jak bardzo Mrowisku potrzebny jest silny przywódca. Tylko silny przywódca mógł podnieść je z kolan i postawić w jednym szeregu z imperiami innych owadów.

Zerknął raz jeszcze na artykuł, w którym jakiś pseudouczony starał się oddać cechy jego charakteru. 

„Skrajnie trudny…” cóż to były za słowa? ON miał trudny charakter? Niemal parsknął śmiechem. Już tylko po tym zdaniu widział, jak bardzo się go obawiano. Wielkie owady miewały trudne charaktery. Choćby taki ślimak Napoleon. Nie był wysoki, podobnie jak on, ale zdołał przed laty rzucić niemal cały las na kolana. Nie udało mu się utrzymać przy władzy, to prawda, lecz pokazał wszystkim, że nawet trudny charakter może sprawować rządy. Wystarczyło oprzeć się na właściwych pomocnikach, czego Napoleon niestety nie zdołał dokonać. Zdradzono go i pozostawiono na łasce innych owadów. On sobie na to nie pozwoli. Jego charakter, trudny charakter, na to nie pozwoli. 

„Posiada mniemanie, że jego wiedza to absolutny szczyt mądrości…” – a jakże mógłby być inaczej? Czyż nie przewidział ich zwycięstwa? Po tak długim wyczekiwaniu, mnożeniu przeszkód, sieci przeróżnych spisków, a nawet okrutnemu zamachowi, który już niedługo znajdzie wyjaśnienie, Dobra Zmiana dzierżyła ster władzy. Czy ktoś inny to przewidział? Czy ktoś inny, oprócz niego, wierzył, ze nadejdzie taki dzień, w którym nie będą musieli się już z nikim i z niczym liczyć? Nie. Nikt w to nie wierzył. Wielu odwróciło się od niego. Nie chciano go słuchać, nie obawiano się jego przenikliwości, zmysłu strategii i wyszydzanej w tym artykuliku mądrości. 

„Miarą oddania jest oddanie jego odwłokowi…” tutaj niemal poczuł, jak zaczynają wrzeć jego gruczoły jadowe. Oddanie odwłokowi? Brzmiało to niemal jak bluźnierstwo. Czy on kiedykolwiek nakazywał klękać przed sobą? Czy to jego wina, że tak wiele mrówek właśnie w nim widziało zbawcę Mrowiska? On nie narzucał nikomu swoich poglądów. Wymagał jedynie lojalności, a chyba nie było nic dziwnego w tym, że była ona równoznaczna z brakiem własnego zdania. Mrówka lojalna to mrówka posłuszna i myśląca podobnie jak wódz. Inne poglądy mogły zagrozić Dobrej Zmianie, więc nikt ich nie potrzebował. 

Perykles wciągnął brzuch i obrzucił się krytycznym spojrzeniem. Mógł wyruszyć na wywiad, w którym miał dać odpór tym oszczerstwom. Zwykle nie zniżał się do odpowiadania na prowokacje swoich politycznych przeciwników, ale sytuacja w Mrowisku zaczynała przyjmować niepomyślny obrót. Nie spodziewał się tak dużego oporu. Sitwa miała się wyraźnie mocniej niż myślał. Uległe jej mrówki zawiązały nawet jakąś organizację, której skrót układał się przed nim w trzyliterowe i dość ciepłe słowo.

– DOM – warknął rozeźlony. Już on im da DOM. – Drużyna Obrony Mrówkokracji – prychnął z pogardą. Jakaż to z nich była drużyna. Jego wiece i przemówienia już nieraz gromadziły więcej mrówek, które można było w nieskończoność dzielić i odrywać od siebie. – Tutaj stoimy my, a oni tam, gdzie były termity – przypomniał sobie własne słowa. – DOM, też mi coś. Równie dobrze można zastąpić ją Druhami Odchodzącej Mniejszości, mrówkami, które są Daleko Od Mrowiska, czy Daniną Obcym Mrowiskom – wymienił niemal jednym tchem. Nie przepadał za tymi wszystkimi słownymi gierkami. Od tego miał inne mrówki. Sam wolał mówić wprost. To, co w danej chwili myślał, było o wiele ważniejsze niż pozorna dyplomacja. Dla jego wyznawców liczyła się szczerość i on nigdy tej szczerości im nie odmawiał. 

To było powodem wywiadu w rozgłośni Fatera Rodrigo. Od dnia zwycięstwa jeszcze się tam nie pojawił, miał ważniejsze sprawy niż wdzięczenie się do mikrofonu, lecz jego przeciwnicy nie pozostawili mu wyjścia. Ten artykuł, protesty DOM-u, a także wszelkie inne próby zrzucenia legalnie wybranego rządu wymuszały na nim działanie. Musiał raz jeszcze ponieść tak konieczną ofiarę i powiedzieć mrówkom, jak należy oceniać edykty Dobrej Zmiany. 

W nieco lepszym już nastroju zajął miejsce w swojej lektyce. Od dłuższego czasu nie przechadzał się już korytarzami Mrowiska bez ochrony, a teraz dodatkowo odgrodził się od reszty mrówek firankami. 

Dzięki temu mógł bez przeszkód obrzucać je podejrzliwymi spojrzeniami. Nie widział jeszcze na ich obliczach należnego uśmiechu, Dobrej Zmianie wciąż nie udało się wywołać powszechnej i spontanicznej radości, która w jego odczuciu powinna rozlać się po Mrowisku jak darmowa wydzielina z mszyc. Miał nawet wrażenie, że mrówki, które mijają po drodze, są przygaszone i garbią się pod niewidzialnym ciężarem, jakby nie miały już siły dłużej go dźwigać. Niewiele z nich odważyło się podnieść główki, co napełniło tchawkę Peryklesa smutkiem.

Przecież to wszystko co robiła Dobra Zmiana było dla nich. Dla ich dobra i dobra przyszłych mrówczych pokoleń. Dlaczego nie chcą tego zrozumieć? Mrowisko, podobnie jak imperium czerwonych termitów, potrzebowało silnego wodza. Nie takiego jak Monteskiusz, który przy pierwszej nadarzającej się okazji uciekł do Kongresu Owadów. Tam, daleko od spraw Mrowiska, próbował dzielić się opiniami, jakich nikt tutaj nie potrzebował. Mrówki, zwykłe robotnice, nie chciały kolejnych wyrzeczeń. Pragnęły spokoju i kilku mszyc więcej, co podobno mogło w przyszłości zrujnować Mrowisko. On, Perykles, obiecał, że spełni te pragnienia. Spełni je bez żadnych wątpliwości. 

Kiedy tylko rozprawi się z sitwą i jej sługami.

Pozbywszy się ponurej myśli, Perykles zasłonił firanki w lektyce. Nie miał ochoty dłużej spoglądać na tak smutne oblicza, tym bardziej, że na ścianie jednego z korytarzy zobaczył kilka kolejnych haseł DOMu: „W nocy przeszła to ustawa, lecz nie zmilknie Wielka Ława”, „Spiski, zmowy, czy intrygi – Dobrej

Zmiany to fastrygi”, „Niech się zacznie śmiać Mrowisko – rządów Twoich koniec blisko!”.

Westchnął i ponownie pogrążył się w rozważaniach. Te wierszyki układano stanowczo za szybko. Było ich coraz więcej i chociaż nie szczyciły się wielkimi przesłaniami, trafiały do mrówczych główek. Nie po raz pierwszy uderzyła go myśl o nadmiernej wolności. Zbyt duża swoboda oznaczała chaos, a na to nie mógł dać swojej zgody. Zamierzał walczyć z taką wolnością. Ona prowadziła do anarchii, była zwiastunem chaosu, wręcz kataklizmu, jaki nie od dzisiaj wisiał nad Mrowiskiem. On uchroni je od upadku, powstrzyma nieuniknione, zawróci żywioł przeznaczenia, okiełzna tornado fatum, które przez lata targało tymi wszystkimi mrówkami.

Poza tym nie miał ochoty dalej wyczytywać ze ścian o końcu swoich rządów, o kłamstwach Dobrej Zmiany, o łamanych mrówczych prawach i edyktach. Prawem miało być to, co napisze on i nic więcej. To już było postanowione i jedynie czekało na realizację. Prawo, Jego prawo, miało stać się nowym zbiorem przykazań każdej porządnej mrówki. A taka mrówka musiała wierzyć w Jego nieomylność, w Jego proroczy zmysł, w Jego wielkość i słuszność głoszonych racji. Taka mrówka nie potrzebowała innych praw, bo te, które on jej da, w zupełności wystarczą. 

Wysiadał z lektyki już z nieco lepszym nastrojem. Tutaj nie napastowały go żadne obraźliwe frazy, a wierne spojrzenia wyznawców Dobrej Zmiany i słów Fatera Rodrigo. Szeregi mrówek zafalowały, gdy tylko ujrzały jego oblicze, a w powietrze uniosły się słowa roty Dobrej Zmiany. Perykles na chwilę zatrzymał jedno z odnóży na ostatnim ze stopni lektyki. Zwycięski wódz musiał umieć przyjąć odpowiednią pozę i chociaż czoło perliło mu się od tego wysiłku wytrzymał kilka uderzeń tchawki. – Pe –ryk – les! Pe – ryk – les!

Zbawca! Zbawca!

Pe – ryk – les! Pe – ryk – les!

Na obliczu wodza wyrósł ojcowski uśmiech, co zgromadzony tłum przyjął jeszcze większą owacją. Perykles postawił już oba odnóża na ziemi, bo trwanie w zwycięskich pozach zdążyło go zmęczyć. Nigdy nie uważał się za mrówczego trybuna, wolał działać w zaciszu, ale czasy się zmieniły i czcicieli trzeba było czymś nagrodzić. Nie zdejmując uśmiechu z żuwaczek przyjął pęk kwiatów od małej mrówki i pogładził ją po głowie. 

Pe – ryk – les! – huk jednego słowa towarzyszył mu nawet, gdy zanurzył się w głębinach korytarza rozgłośni. Tutaj nie musiał już nikogo udawać, dlatego przybrał zwykłą skwaszoną minę i ruszył przez siebie. Wiedział dokąd ma się udać. Przez ostatnie lata Fater Rodrigo był jednym z najwierniejszych sprzymierzeńców i znał drogę do jego mikrofonu.

Nie tracił więc czasu na podziwianie przepychu, z jakim Fater Rodrigo zaczął urządzać swoją rozgłośnię. Marmurowe ściany i posadzki, posągi wyjątkowych mrówek, a także puszyste dywany, czy obrazy dawnych mistrzów nie przyciągały jego spojrzeń. Duża część tego bogactwa pochodziła z różnego rodzaju interesów, jakie prowadził Fater Rodrigo. Jak na mrówkę, która wszem i wobec głosiła potrzebę skromności, właściciel tej rozgłośni wyraźnie nie słuchał własnych słów. 

Perykles dawno jednak przestał się już tym przejmować. Niegdyś miał do starego Rodrigo kilka zastrzeżeń, ale wyjaśnili te nieporozumienia i nawiązali owocną współpracę. Fater Rodrigo porywał swoimi wystąpieniami pewną część Mrowiska, a takiego sojusznika trudno było lekceważyć. Dobra Zmiana wymagała tworzenia różnych sojuszy, godzenia się na zgniłe kompromisy i przymykania ślepi na mniej, czy więcej jawne zdrady. Jeżeli zdołał wybaczyć (choć tylko pozornie) Katonowi i Machiavellemu, przełknie także łaszenie się do odzianej w czerń mrówki. Nie mógł przecież zaprzeczyć, że kłamstwa, jakie płynęły z tutejszych mikrofonów, nie różniły się od kłamstw innych rozgłośni. 

Ale były to ich wspólne kłamstwa. Słowa Fatera Rodrigo docierały do takich mrówek, które już dawno przestały zadawać niewygodne pytania i które, bez większego namysłu głosowały tak, jak nakazał im to dobrotliwie zjadliwy głos.

To zaś wyciszało wszelkie wątpliwości.

Fater Rodrigo przywitał go prażonymi muchami i chytrym uśmiechem, co nie nigdy nie wzbudzało w Peryklesie wielkiej radości. Mrówka w czarnej szacie, mającej podkreślać ubóstwo, wyraźnie stawiała się na równi z nim. Uważała się za jego wspólnika, wręcz powiernika, chociaż już przed wyborami dał jej do zrozumienia, kto w ich układzie dzierży ster władzy. On nie miał żadnych wspólników, nie zamierzał się zdobytą władzą, o czym coraz częściej zapominano. 

– Witajcie wszyscy słuchacze i słuchaczki – Fater Rodrigo rozpoczął jak zwykle miękko i łagodnie. W jego pomarszczonych i mocno obwisłych żuwaczkach nawet klątwy miały wydźwięk mrówczej miłości. To było jedyna rzecz, jakiej Perykles mu zazdrościł. On sam nie umiał przekląć nikogo z mrówczą miłością. Nie zwykł udawać i nawet krótka przemiana przed wyborami sprawiła mu wiele bólu. Do tej pory mierziło go przymilanie się i łagodzenie każdej myśli, która pod pancerzykiem wręcz żarzyła się od ognia zemsty.

– W naszym studio gościmy dzisiaj wielkiego gościa, naszego najwierniejszego, najbardziej hojnego, najwspanialszego i najmocniej wierzącego w Dobrą Zmianą, Peryklesa.

Witam was dobrzy słuchacze i Ciebie, Fatrze Rodrigo.

Nudna, acz konieczna ceremonia dobiegła końca i odziana w czerń mrówka kiwnęła łaskawie głową.

Ostatnio w Mrowisku pojawiło się wiele głosów sprzeciwu. Dla mnie są one jedynie ohydnymi kłamstwami, wierutnymi oszczerstwami, stosem przeinaczeń i ćwierćprawd, esencją pogardy i nienawiści, zlepkiem poczucia zawodu oraz porażki złączonym z żądzą wendetty i zaprzeczenia rzeczywistości. Jak więc słyszą wszystkie moje kochane mróweczki, niczym takim, czym należałoby się przejmować, jednak nasz gość odpowie, czemu Dobra Zmiana wymaga od nas wszelkich poświęceń…

 

7 -

 

Mrowiska nie uspokoił jednak ani ten wywiad, ani kolejne, w których pretorianie Dobrej Zmiany dwoili się i troili, aby wpłynąć na panujące pod ziemią nastroje. Rozpalonego ognia nie mogły już zagasić żadne słowa, tym bardziej, że przeciwnicy Peryklesa i jego reform w ogóle nie chcieli ich słuchać. Zamiast klękać przed niezaprzeczalnymi proroctwami, członkowie DOM-u nadal urządzali swoje marsze i podskoki, co zaczynało wzbudzać w niektórych dyrygentach Dobrej Zmiany niepotrzebne skrupuły. Ich odnóża, co Perykles dostrzegł wychyliwszy się ze swojej ławy, nie wznosiły się z oddaniem i pewnością, jakich oczekiwał wódz. 

Nie chcąc tracić więcej czasu, Perykles wydał kolejny poradnik Dobrej Zmiany. Zawarł tam wskazówki dotyczące głosowań w Wielkiej Izbie i ogólne wnioski o konieczności przyspieszenia reform. Wprawdzie wybory w Mrowisku odbywały się co cztery lata, ale uznał, że nie będzie zdawał się na ich wynik. Należało działać szybko, co pokazano na przykładzie edyktu o Wielkiej Ławie. Jego zapisy oburzyły niemal całe Mrowisko, wywoływały sprzeciw i coraz liczniejsze szepty Kongresu Owadów, jednak on nakazał nie przejmować się takimi przeszkodami.

Szepczą, mówią, będą też zapewne krzyczeć – stwierdził na jednej z tajemnych narad. – To wiedzieliśmy już wcześniej. Nie należy się przejmować takimi drobiazgami. Ich uciążliwość, choć tak przykra dla nas, wiernych sług Mrowiska, nie może stać się przeszkodą dla dokonania Dobrej Zmiany.

Pretorianie nie ośmielili się mu sprzeciwić, lecz czuł, że musi zrobić coś więcej, aby uspokoić ich rozdygotane tchawki. W tym celu wysłał emisariuszy do Jánosa, przywódcy jednego z mniejszych mrowisk. Chciał spotkać się z nim spotkać i omówić zarysy działań przeciwko edyktom Kongresu Owadów. 

My, mrówki, musimy trzymać się razem – rozpoczął, wznosząc do góry puchar w winem. Kilka kropel spadło na nie najczystszą koszulę, ale nie przejmował się nimi.

János przytaknął, choć niezbyt skwapliwie. Wciąż nie mógł przebaczyć Peryklesowi drobnego afrontu, który spotkał go, gdy ostatnim razem pojawił się w Mrowisku. Wtedy przywódca Dobrej Zmiany nie chciał się z nim spotkać, wymawiał brakiem czasu i odmiennym spojrzeniem na stosunki z czerwonymi termitami. 

Dzisiaj to on wyświadczał mu łaskę i dobrze o tym wiedział.

Tak, my mrówki powinnyśmy mówić jednym głosem – stuknął swoim kieliszkiem. – Zawsze to powtarzałem, choć nie zawsze byłem słuchany.

Perykles przełknął uszczypliwość jak rozdeptaną mszycę.

Różnice były i będą, a polityka jest tu i teraz. Nasze Mrowisko jest gotowe poprzeć wasze mrowisko w każdym z działań przeciwko niesprawiedliwości Kongresu.

János posłał chytre spojrzenie i sięgnął do półmiska z suszonymi muszymi skrzydłami. Jednego nie mógł odmówić Peryklesowi. Jako gospodarz nie żałował niczego, o czym dobrze świadczył ten stół. Jego blat uginał się wręcz pod ciężarem różnego rodzaju mrówczych smakołyków. Były tutaj nawet kandyzowane odnóża szarańczy, co niechybnie miało osłodzić gorzkie chwile spotkania.

Nie kupicie nas mszycami, gdy jesteście kłamczuchami – ku zdziwieniu Peryklesa zanucił jedno z haseł DOM-u. – To raczej nasze mrowisko może pomóc waszemu. Nie chcesz chyba ukryć przede mną przesłuchania, jakie niedługo odbędzie się w siedzibie Kongresu? Wiele owadów pragnie sprawdzić mróworządność w tym mrowisku i mój głos może was ocalić.

Perykles zamaskował wściekłość kęsem sałatki z liścia klonu. Wolałby pożuć jakąś księgę, ale nie zamierzał zdradzać wszystkich swych sekretów. 

Owszem takie przesłuchanie będzie miało miejsce – odparł. – Mam jednak pewien plan, a moja Paprotka zrealizuje go bez większych przeszkód.

Plan może nie wystarczyć. Macie tam wielu przeciwników, a tak się akurat składa, że ja już wiem, jak sobie z nimi poradzić.

Perykles przyjmował te przechwałki z udawaną obojętnością. Nie zwykł ujawniać przed żadnym z rozmówców myśli. Teraz miał wielkie pragnienie rzucić się na Jánosa i zacząć go dusić, jednak stłumił je w sobie.

Jak już powiedziałem – my mrówki musimy trzymać się razem. Nasze mrowiska łączy nie tylko wspólna historia, ale i wiele interesów. Jeżeli połączymy siły i staniemy ramię w ramię przed owadami z Kongresu…

János pokręcił główką.

Mogę obiecać ci wiele rzeczy przyjacielu, ale w mrówczej polityce nie ma miejsca na sentymenty. Musisz pozwolić dojść innym mrówkom do głosu. Niech jeżdżą do Kongresu, niech mają chociaż trochę wolności. Nawet ja nie ośmieliłem się działać z taką szybkością.

Perykles nie zastanawiał się długo.

Przecież nikt im tego nie zabrania. Moja oddana Paprotka spotka się z przywódcami opozycji.

Ugłaskanie przeciwników – domyślił się Janos. – To mi się podoba. Sam często stosowałem tę metodę.

Perykles westchnął, jakby z rezygnacji. czy ta mrówka nie wiedziała, że liczą się tylko te sposoby, która On wymyślił? Czy ośmielała się twierdzić, ze ktoś mógłby wyprzedzić wodza Dobrej Zmiany?

Przecież nie zaprosi się tych mrówek na pogaduszki i ciepłe słówka – warknął rozeźlony. – Paprotka złoży im propozycję wspólnego działania w Kongresie. Dobre imię Mrowiska, ochrona naszych mrówczych interesów, zachowanie godności i tak dalej. Wielkie słowa, małe czyny – oto najważniejsza dewiza długiego rządzenia.

A czyż nie mówili o tym również wasi poprzednicy?

Nasi poprzednicy nie potrafili przekuć tego na sukces – Perykles zanurzył żuwaczki w winie. Nie zwykł pijać zbyt wiele, ale stopień szczerości, z jaką musiał prowadzić tę rozmowę, wzmagał pragnienie.

Nikt się na to nie nabierze.

I nikt tego nie oczekuje. Mrówki z Ciepłej Wody i Świeżości były ostatnimi głupcami, gdyby uwierzyli w propozycje Paprotki. Żadna z nich nie dorównuje mi wprawdzie wielkością, lecz nawet one poznają fałsz tego planu. Najważniejszy jest przekaż, który pójdzie do reszty Mrowiska. My, czyli Dobra Zmiana, chcemy solidarności i jedności, oni, czyli wszyscy inni, pragną kłótni i swarów. Na dodatek, co w naszym Mrowisku zawsze źle się kojarzyło, próbują wywlekać nasze, mrowiskowe sprawy przed oblicze innych owadów.

Ostatnie ze słów zagłuszył wspólny chichot, po którym obaj mrówczy przywódcy po raz pierwszy poczuli więź bliskości. Nie zepsuło jej nawet dość trafne pytanie Jánosa o sposoby przekazania takiej wiadomości. 

Centralna Rozgłośnia nadal nie stoi po twojej stronie, Peryklesie – przypomniał, gdy tylko opanował śmiech. – Jej mikrofony obnażą słabe punkty tego planu.

Perykles jedynie potrząsnął czułkami. 

O nie, mój drogi. Tutaj się mylisz. Moje plany nie miewają słabych punktów. Są tam jedynie drobne niedopatrzenia, a te zlikwiduje się w ciągu kilku kolejnych nocy.

Grube odnóże zatopiło się w salaterce z prażonymi stonogami. Peryklesowi nie przeszkadzały nawet resztki nie usuniętego owłosienia. Jego gość chyba zaczynał rozumieć, z jaką mrówką ma tutaj do czynienia i to pozwalało zapomnieć o podobnych niedogodnościach.

 

8 –

 

Spotkanie przywódców dwóch mrowisk nie pozostało zbyt długo sekretem. Chociaż Perykles zadbał o wszystkie szczegóły, któryś z pretorianów znowu nie zdołał utrzymać swojej żuwaczki w ścisłym zamknięciu. Wiadomość i potajemnych pertraktacjach pojawiła się na mikrofonach niemal wszystkich rozgłośni Mrowiska. Komentatorzy, których Perykles nienawidził najbardziej, prześcigali się w różnego rodzaju domysłach i wódz Dobrej Zmiany gratulował sobie pomysłu o ograniczeniu liczby pretorianów, którzy byli tam wraz z nim. 

Brużdżą mi już zbyt długo – warczał do Pyskacza, jednego z najwierniejszych podwładnych. – Musimy coś z tym zrobić i to zrobić szybko. Niech Machiavelli szykuje się do przejęcia władzy w Centralnej Rozgłośni.

Krótko ostrzyżona mrówka jedynie kiwnęła główką. Pyskacz nigdy nie zadawał zbędnych pytań. Jego gotowość wypełniania poleceń wodza nie budziła żadnych wątpliwości. Niektórzy szeptali, że dla Peryklesa wyrzekł się własnych ambicji. Wiedział, że nie jest niezastąpiony, co dodatkowo umacniało jego oddanie. Wrogowie (bo któż ich nie ma) szeptali, że dwoma najważniejszymi cechami jego charakteru jest fałszywość i brak jakiegokolwiek moralnego drogowskazu. 

Perykles jednak właśnie to cenił u tego pretorianina. Uczciwość, czy ideały nie stanowiły cech oddanego sługi. Im bardziej ich brakowało, im bardziej występna była mrówka, która wykonywała jego polecenia, tym łatwiej mógł się jej w przyszłości pozbyć. 

Czyż to nie bywało w przeszłości najlepszym z rozwiązań?

Polecenia wykonano bez zbędnej zwłoki. Mówcy Dobrej Zmiany przepchnęli przez Wielką Izbę edykt o całkowitym podporządkowaniu Centralnej Rozgłośni ich rządom. Na fotelu prezesa rozgłośni rozsiadł się Machiavelli, ponura mrówka o mięsistej twarzy, której rządy rozpoczęły się od szeregu szykan i zwolnień. Miejsca przed mikrofonami zajęły inne, bardziej posłuszne mrówki. Ich przekazy, zanim trafiły do reszty Mrowiska, poddawano kontroli i Machiavelli miał pełne odnóża roboty. Ciął, skreślał, zaznaczał i poprawiał, opluwając przy okazji wszystkich, którzy nie dość prędko chwytali idee wielkiego wodza. 

Mrowisko musi poznać prawdę – charczał do nielicznych, jacy przy nim pozostali.– Już zbyt długo wypełniacie tutaj wraże interesy. Od dzisiaj ta rozgłośnia będzie służyć wszystkim mrówkom!

Służba „wszystkim” niestety nie spotkała się z równie powszechnym przyjęciem. DOM, który od dłuższego czasu buntował się przeciwko rządom Dobrej Zmiany, znowu zapełnił niepokornym tupaniem korytarze Mrowiska. Hasła protestu mnożyły się jedno po drugim, jakby ktoś specjalnie czyhał na kolejne posunięcia paprotkowego rządu.

Sprzeciw nasz jest nieprzebrany, póki czas trwa Dobrej Zmiany! – krzyczano w jednych korytarzach.

Zgliszcza, dymy i popioły, lecz Perykles wciąż wesoły! – dodawano w drugich. Potem mrówki z DOM-u zaczynały skakać i skandować jeszcze głośniej.

Czy to fortel, czy maskotka? Rządzić nami chce Paprotka!

Hańba, zdrada i zaprzaństwo – krzyczy ten, co niszczy państwo!

Choć zabrałeś mikrofony, nie zastąpisz nimi żony!

Tak jawny przytyk do samotności Peryklesa nie mógł przejść niezauważony. Wściekły wódz znowu pojawił się w rozgłośni Fatera Rodrigo, gdzie w słowach, pełnych zapału i pasji, ocenił działaczy DOM-u. Rzecz jasna przekaz ten powtórzono w mikrofonach Centralnej Rozgłośni. Nikt nie ośmielił się przemilczeć proroctw wielkiego Peryklesa.

Mamy w historii naszego Mrowiska wiele przykładów zdrady – dyszał z miękkiego fotela. – Ci, którzy dzisiaj protestują, są nikim więcej, jak obrońcami sitw i układów. Znamy takie mrówki z przeszłości. To one poddawały mrowisko termitom oraz innym naszym wrogom. To one są podrzędnym gatunkiem, untermrówką, jak rzekłyby Prusaki. Tak, drodzy słuchacze. Musimy tropić, śledzić i wyrzucić te untermrówki z naszego Mrowiska.

Wkrótce, wbrew zamiarom Peryklesa, w korytarzach Mrowiska zaroiło się od mrówek noszących na koszulach hasła „Jestem podrzędnym gatunkiem”, „Jestem untermrówką”, „Jestem obrońcą sitwy, chociaż nie mam na mszycę”. Dolne odnóża nadal też wytupywały edykty Dobrej Zmiany, a odgłosy niezadowolenia docierały poza Mrowisko. Kongres Owadów wezwał wreszcie przed swoje oblicze głównego dyrygenta nowego rządu.

Paprotka wyruszyła więc w daleką podróż, zaopatrzona w mowę wodza, której musiała wyuczyć się na pamięć. Perykles nakazał jej wspomnieć o chwalebnej przeszłości Mrowiska, o jego godności i wielkości, a przede wszystkim o wielkich ofiarach, jakie legły u podstaw wolności w tej części lasu. Pozostałe owady, szczególnie znienawidzone przez niego Prusaki, musiały wiedzieć, komu zawdzięczają dzisiejszy pokój.

Przemówienie Paprotki trwało długo i wiele owadów zmógł sen. Paprotka starała się przekrzyczeń delikatne pochrapywanie, ale jej piszczący głosik nie przedostawał się poza kilka pierwszych rzędów. 

Nasze Mrowisko wielkie jest i wielkie pozostanie – drobna piąstka uderzała w stół. – Dopiero dzisiaj, po latach od zrzucenia jarzma czerwonych termitów, możemy mówić, że wszystkie mrówki są równe. Nie było tej równości wcześniej, szczególnie gdy rządzili nasi poprzednicy. To oni ponoszą główną winę za zmiany w Wielkiej Ławie. Chcieli, w ostatnim ze swych nienawistnych spazmów, zagarnąć tam wszystkie fotele. Wtedy, w tym kongresie, nikt nie krzyczał i nie przytupywał. Nikt nie mówił o zgorszeniu i łamaniu owadokracji. Dobra Zmiana w naszym Mrowisku ma służyć wszystkim mrówkom. Nie tylko tym sytym i zadowolonym, które donoszą na własnych braci, sprzedają nas i dążą do mrówczej zdrady. Dobra Zmiana nie wycofa się z żadnego edyktu, gdyż Mrowisko jest niezawisłe i wielkie.

Paprotka wróciła do Mrowiska w glorii zwycięstwa, które ogłosili niemal wszyscy dyrygenci Dobrej Zmiany. Talleyrand posunął się nawet do stwierdzenia, że dzień ten narodził nowego owadziego przywódcę, co wywołało na obliczu wodza grymas zniechęcenia.

Nie przesadzaj, drogi kolego, nie przesadzaj – łagodne upomnienie niemal zatrzymało tchawkę Talleyranda w miejscu. Przecież jedynym liderem owadów, wielkim prognostykiem, wyrocznią, wręcz prorokiem, a już z całą pewnością zbawicielem, mogła być tylko jedna mrówka. I z całą pewnością nie była nią zastraszona Paprotka.

 

9 –

 

Sprzeciw mrówek i przesadna reakcja Kongresu Owadów udowodniły Peryklesowi, że sitwa wciąż posiada siłę. To zaś wymuszało przyspieszenie działań, które miały ją osłabić i pokonać. Wódz zwiększył więc porcję nocnego przeżuwania, męcząc się z gazetką ta tzy pao, której magazyny odkryto w jednym z archiwów. Początkowe trudności, związane z niezrozumiałym nieco narzeczem, pokonał kilkoma kubkami kawy i rozmyślaniami o kolejnych reformach. Nie chciał wprawdzie rewolucji kulturalnej, ale pomysły niejakiego Tse-tunga warto było wziąć pod rozwagę. Choćby cofnięcie wszystkich zmian w mrówczej oświacie, stworzenie nowej, mrówkonalistycznej szkoły, wychowanie pokolenia mrówek dumnych z bycia mrówkami, ale przede wszystkim uległych i posłusznych Jego wizji mrowiska. Tak, to byłaby całkiem nowa szkoła. Już widział te tłumy, ogromne ciżby, które skandują jego imię, niosą portrety i klękają przed pomnikami, jakie same wcześniej postawią.

Na razie jednak musiał skupić się na przygotowaniu edyktów o zabraniu mszyc uczestnikom jednej z najbardziej znienawidzonych przez niego sitw. Banki w Mrowisku już dawno przeszły w obce odnóża. Teraz, gdy władza należała do Dobrej Zmiany, nadszedł czas, aby spasione prusaki i ślimaki zwróciły wszystko, co kradły przez tak wiele lat. Paroma pociągnięciami pióra napisał edykt o zajęciu części zysków i zakazał podnoszenia cen, czym jego wrogowie mogli uderzyć w szeregowe mrówki.

Już żadna mrówka przez te banki mszyc pozbawiona nie będzie! – wywrzeszczał na tajnym spotkaniu egzekutywy Dobrej Zmiany. To właśnie tam przekazywał swoje instrukcje Paprotce i pretorianinowi, który pilnował lojalności Stempla.

Już żadna mrówka przez te banki mszyc pozbawiona nie będzie! – huczała mównica w Wielkiej Izbie, gdy nocą uchwalano stosowny edykt. Przeciwnicy Dobrej Zmiany jak zwykle próbowali stanąć jej na przeszkodzie, piętrzyli problemy i odsłaniali zagrożenia, lecz dyrygenci i pretorianie pozostawali głusi. Uchwalenie edyktu nagrodziła burza oklasków, chichot Peryklesa i słowa roty, które wzniosły się aż po kopułę Wielkiej Izby. Końcowe słowa napełniły tchawki przeciwników trwogą, co wielki wódz dostrzegła nie bez satysfakcji. Oto spełniał się jego sen, ten lepszy, bardziej wyrazisty. Sen o władzy, jaka nigdy nie przeminie.

Perykles dołączył do zaśpiewu:

 

…a władza nasza będzie trwać, pomimo krzyków, spazmów i łez, po krańce świata i czasu brzegi za przyzwoleniem, albo i bez zewrzemy karne swe szeregi

 

Zwarcie szeregów nie pomogło na długo. Banki i tak podniosły ceny, chociaż pretorianie Dobrej Zmiany grozili im i oskarżali o zdradę. Ich kwieciste mowy nie na wiele się jednak zdały. W korytarzach Mrowiska zalęgło się od nowych rymowanek, co z wolna stawało się nową tradycją. Każda ze zmian rządu Paprotki otrzymywała własną porcję mrówczej twórczości i edykt o bankach nie pozostał zbyt długo w tyle.

Co za myśl się w główce pląta – mrówce, która nie ma konta? – pytali jedni buntownicy. Drudzy zaś, z szelmowskim uśmiechem odpowiadali.

Chce nam zabrać kasę całą, bo jej własnej ciągle mało.

Przytyk do Peryklesa i jego nieufności należał do wyrazistych i wódz znowu nie przespał kilku kolejnych nocy. Jego pretorianie nie potrafili zrozumieć mrówczych nastrojów. On sam miewał z tym problemy, co wymuszało wydanie nowego edyktu. Niech Fouché i jego Czujność wzmoże swoje działania. Zdrajcy Mrowiska muszą zostać wytropieni i z całą surowością ukarani. 

Z wielkim zapałem zasiadł do kreślenia edyktu o pomiarze mrówczego nastroju, czemu miały służyć podsłuchy, prowokacje i ogólne śledzenie przez Czujność każdej niepokornej mrówki. Nie przejmował się przy tym tak zbędną rzeczą jak małe i duże Mrówynały, Wielka Ława, której już odebrał prawo głosu, czy nastroje w korytarzach Mrowiska. Mrucząc hasła, jakie każdego dnia pojawiały się w żuwaczkach untermrówek, pociągał zamaszyście piórem i chichotał, snując plany zemsty.

Zostań lepiej na swym ganku, zamiast grzebać w moim banku – skreślił kilka zdań. – Zobaczymy jak się wam spodoba ten edykt. Będę grzebał tam, gdzie zechcę i nikt mi w tym nie przeszkodzi. Zobaczył, że z końcówki pióra wyciekła gruba kropla, ale niezbyt się nią przejął.

Czas nadchodzi wielkiej bitwy, końca rządów twojej sitwy – mruknął, gdy przypomniał sobie kolejne z haseł. – Zgadza się. Wielka bitwa już trwa i trwać będzie, a jej zwycięzca zagarnie wszystko. I to ja nim będę, rzecz jasna – dodał, chociaż nie potrzebował takiego potwierdzenia.

Słowa wszystkich Peryklesów, pełne zbędnych są frazesów – zaniósł się kaszlem, po czym wypluł kulkę niestrawionego papirusu. Oglądał ją przez chwilę z zaciekawieniem, po czym chwycił żuwaczkami i pożarł ze smakiem. – Moje słowa pełne są frazesów, dobre sobie. Moje słowa pełne są proroctw, chociaż wy tego nie widzicie. 

Zaczął wiercić się na krześle.

I nie zobaczycie! – wrzasnął do ostatnich linijek edyktu. – Ja wam zamknę i oczy i żuwaczki. Będziecie siedzieć cicho, a myśleć będziecie jeszcze ciszej. Jakem Perykles, wódz ponad wszystkimi wodzami.

Edykt o pomiarze mrówczego nastroju oprotestowano i wytupano, lecz to nie mogło powstrzymać Dobrej Zmiany. Na korytarzach Mrowiska pojawiły się lektyki z dziwnymi antenkami, które obracały się w stronę każdego podejrzanego uśmiechu, grymasu, czy niezadowolonej miny. Na mrówczych pyszczkach miały wyrastać wyłącznie obrazy niewyobrażalnego szczęścia, satysfakcji i ogólnej euforii, co Perykles kilka razy potwierdził w rozgłośni Fatera Rodrigo. 

Czyż nie jest piękne nasze Mrowisko? – pytał sam siebie rozmarzonym głosem. – Jest piękniejsze od wszystkich innych Mrowisk, chociaż tak wiele pozostaje do zrobienia. Musimy jeszcze bardziej zewrzeć swoje szeregi i nie dopuścić, aby wrogowie zdołali przeszkodzić Dobrej Zmianie. Tak, tak, moje dobre i posłuszne mrówki. Musimy tropić tych wrogów, patrzeć w ich życiorysy i badać, czy są godne, aby nosić miana mrówek naszego drogiego Mrowiska.

Na wiernych tropicieli nie trzeba było długo czekać. Wkrótce okazało się, że Bankier, który stał na czele Świeżości, już jako larwa był tajnym agentem czerwonych termitów, a przywódca DOM-u, chociaż sam nie zwracał jedynie mszyc pierwszej żonie i dzieciom, miał jeszcze ojca i dziadka. Ich niejasne powiązania z reżimem termitów wystarczyły, aby posłuszne rozgłośnie raz po raz krzyczały przez mikrofony o zepsutej krwi, wzorcach zdrady i ogólnym mrówczym zaprzaństwie. Pretorianie Dobrej Zmiany zjawiali się przed nimi i głosami, pełnymi przejęcia, zdradzali kolejne złowieszcze sekrety. Odkrywano mrówczych przodków, prześwietlano ich życiorysy, zastanawiano się nad wszelkimi wątpliwościami, podważano czystość odnóży, które „niechybnie unurzane były w różnorakie złowrogie interesy” oraz „zabarwione kolaboracją i ogólną nieuczciwością”.

A Perykles, żując średniowieczne tomiszcze o wielce wymownym tytule „Młot na Czarownice”, które podsunęło mu tak wiele ciekawych pomysłów, raz po raz zanosił się chichotem. Ściany jego podziemnego schronienia trzęsły się wręcz od pisków i bulgotu. Pretorianin, który przypadkiem wtedy by się tam znalazł, mógłby usłyszeć również jak powtarza rozmarzonym głosem.

Czas najwyższy na kolejne posunięcia. Tak, tak, tak. Czas na kolejne posunięcia.

 

10 –

 

Do pełnego zwycięstwa Perykles potrzebował jednak czegoś więcej niż kilku mało znaczących edyktów. On wiedział, niemalże wyczuwał, że wrogów Dobrej Zmiany przybywa z każdym wschodem słońca i tylko jedność jego zwolenników może dać gwarancję kontynuowania reform w Mrowisku. Nie wahał się jednoczyć ich pod wezwaniami do walki i koniecznych ofiar. Tę prawdę zdradziło mu nocne przeżuwanie. Każda rewolucja wymagała poświęceń.

Poza tym ofiary, zarówno przeszłe, jak i przyszłe odgrywały w jego dalekosiężnym planie niebagatelną rolę. Miały stać się podwaliną nowego Mrowiska, jego założycielskim mitem, wręcz legendą, do której kolejne mrówcze pokolenia będą zwracać się w chwilach obawy czy skrupułów.

Taką ofiarą niechybnie była tragiczna śmierć jego brata. Ona miała posłużyć Dobrej Zmianie za fundament, na którym oprą się Jego dożywotnie rządy. Mrówki, które uprzednio miały większość w Wielkiej Izbie mogły starać się wytłumaczyć katastrofę, ale dopiero teraz On i tylko On miał dotrzeć do prawdy.

W tym celu wezwał do siebie Sprengera, który wodził ślepiami za krążącym dookoła wodzem.

Postawiłem cię na czele Obronności, abyś wykonał te zadanie – Perykles zaczął bez zwłoki. Jego milczenie zwykle wpędzała rozmówców w niepewność, jednak dzisiaj nie miał na to czasu. Sprenger był dość sprytnym pretorianinem, w końcu zasłużył nawet na miano pierwszego zastępcy i nie potrzebowali specjalnie się przed sobą kryć.

trzeba wreszcie wyjaśnić Straszną Tajemnicę. Doprowadzisz sprawę katastrofy do końca.

Chciałeś powiedzieć zamachu – Sprenger sprostował łagodnym głosem.

Tak, oczywiście zamachu – Perykles zbeształ się w myślach. Przecież już przed laty ustalili, że jego bart poległ śmiercią męczennika. Nie powinien się mylić, szczególnie, że dzisiaj mieli wykorzystać tę ofiarę do walki ze swoimi przeciwnikami.

Nie musimy się spieszyć – dodał po chwili namysłu. – Wystarczy powołać specjalny komitet, a na jego czele postawić kogoś, kto wierzy w tę katastrofę . Wiele takich mrówek już wcześniej pracowało dla ciebie, więc nie powinieneś mieć z tym większego problemu.

Nadal nie mamy dowodów. Termity nie chcą ich oddać.

Tak, to była pewna przeszkoda. Jej rozmiar nie mógł jednak zniweczyć wielkiego planu.

A komu są potrzebne dowody? – zadał pytanie Perykles i sam na nie odpowiedział. – Przecież obaj znamy okrutną prawdę. To ten sepleniący się Monteskiusz jest wszystkiemu winien.

On i czerwone termity. Bez ich pomocy nigdy nie zdołałby pokonać twego brata.

Perykles spojrzał na łysiejącego pretorianina nieco łaskawszym okiem. Z rzeszy zauszników on jeden rozumiał jak wiele otacza ich spisków i knowań. Już wcześniej rozwiązał kilka niecnych sitw, a dzisiaj miał stać się obliczem dążenia do prawdy.

Ich prawdy.

Cieszę się, że mnie rozumiesz, przyjacielu. Mam nadzieję, że ten komitet da nam wszystko, czego potrzebujemy, aby zaprowadzić w tym Mrowisku dobrą zmianę.

Prace Sprengera ruszyły szybko i dość prędko wyszło na jaw, jak wiele tajemnic skrywały archiwa Obronności. Mrówki, które wiernie przekopały się przez sterty papieru, odkryły, że ktoś zniszczył sprawozdania z dnia katastrofy. To wystarczyło, aby nałożyć na oblicze maskę przejęcia i z wielką powagą zdradzić słuchaczom niejasne knowania sług Monteskiusza. Zastanawiano się, zarówno przed mikrofonami rozgłośni, jak i w korytarzach Mrowiska, co mogło się skrywać w tych archiwach. 

Tam, moje drogie mrówki, była zawarta cała prawda – stwierdził w jednym z wywiadów Sprenger. – Ci, którzy posunęli się do jej zniszczenia, zostaną wytropieni, osądzeni i z całą surowością ukarani. Dzisiaj, gdy rządzi Dobra Zmiana, już nikt nie zdoła przeszkodzić w dotarciu do wyjaśnienia tej strasznej i bezprecedensowej zbrodni. W celu jej wyjaśnienia powołałem specjalny komitet. Składa się on z niezależnych, niezawisłych, uczciwych i rzetelnych ekspertów z różnego rodzaju dziedzin, którzy złożyli przysięgę wierności, lojalności, pracy do samego końca i wyjawienia haniebnych zaniedbań, jakie doprowadziły do śmierci naszego ukochanego Wielkiego Geronta.

Ściany korytarzy Mrowiska już niedługi przyozdobiły plakaty, gdzie wyłupiaste ślepia Sprengera śledziły wszystkich podejrzanych o dokonanie zamachu. Nikt nie miał prawa poczuć się niewinnym, jak polecił wódz Perykles, którego pamięć sięgała czasu sprzed katastrofy. 

Wyśledzimy każdego, kto chociaż jedną myślą ośmielił się szargać pamięć mojego brata – zarządził na kolejnym spotkaniu ze Sprengerem. – Masz tropić tych zdrajców, ścigać ich bez wytchnienia, walczyć i pokazywać naszym zwolennikom, że Dobra Zmiana nigdy nie cofnie się przed ujawnieniem prawdy.

„Nie ustąpimy!”, „Nie poddamy się!”, „Walczymy do końca!”, „Prawda albo śmierć!”. Plakaty z takimi wezwaniami wkrótce zasłoniły wybałuszone spojrzenie Sprengera. Jego bezlitosny wzrok źle kojarzył się wielu mrówkom. W nocy odnóża nieznanych sprawców domalowywały na nich również to małe wąsiki, to okrągłe okulary, co w połączeniu z hasłami narzecza prusaków budziło niepokojące podobieństwa.

Wrogowie są wśród nas – złowieszcze szepty rozchodziły się z głośników, umieszczanych w coraz to nowych korytarzach. – Oni pragną naszej zguby. Oni są zdrajcami naszej sprawy. Oni stoją za wszystkimi niepowodzeniami. Oni chcą sprzedać nasze Mrowisko. Oni nie łakną prawdy. Oni są fałszywi. Oni służą obcym interesom. Oni walczą z wiernymi mrówkami. Oni nie wierzą. Oni, Oni, Oni…

 Tajemniczy i podstępni ONI rychło zstąpili z plakatów prosto w mrówcze umysły. Matki podejrzliwie patrzyły na swoje córki, ojcowie bacznie spoglądali na synów. Dzieci wsłuchiwały się w dyskusje rodziców, bracia śledzili siostry, siostry nie odpuszczały braciom. W całym Mrowisku zapanowała atmosfera wzajemnej nieufności, każda mrówka znajdowała się pod pręgierzem podejrzeń. Wystarczyło jedno słowo, aby ściany wokół nory nieprawomyślnej mrówki pokrywały się czerwoną farbą i oskarżeniami.

„Zdrajca”, „Sprzedawczyk”, „Kolaborant”, „Judasz”. Koślawe litery wyjawiły reszcie Mrowiska z jakiego rodzaju mrówka maja do czynienia. Już nikt nie ośmielał się założyć koszulki z napisami, szkalującymi Dobrą Zmianę. Nikt też nie mówił na głos wierszyków, które wcześniej pojawiały się niemal każdego dnia. Żadna mrówka, nawet ta najbardziej niepokorna, nie chciała ryzykować utraty pracy, czy domu. W całym Mrowisku zapanował strach, przeraźliwy wręcz lęk przed napiętnowaniem, którego żarzące pieczęcie przykładano na coraz to nowych życiorysach. Mrówki zwolniły, nie spieszyły się już, a główki pochylały się ku ziemi, aby nikt nie dopatrzył się w ich spojrzeniach czegoś nieprawomyślnego, niezgodnego z zamysłami wodza i jego Dobrej Zmiany.

Tymczasem sam Perykles ciągle nie mógł spać spokojnie. Mimo wszystkich starań, poczynionych kroków i zaleceń, wydawanych z jego tajemnej, nocnej siedziby, nawiedzał go ten sam niespokojny sen. Wódz budził się tuż nad ranem, przecierał zaczerwienione ślepia i przygryzał czułki, ale koszmar go nie chciał go opuścić. Nie pomagało już ani zwiększenie porcji pigułek, ani próby medytacji, do której Perykles nie miał cierpliwości. 

Musimy pracować jeszcze więcej – polecił pretorianom. – Musimy pozbyć się wrogów Mrowiska. Za wszelką cenę. Wtedy i tylko wtedy będziemy mogli spać snem sprawiedliwego. Bez obawy, że kolejna noc powiedzie naszych wrogów do zwycięstwa.

Dobra Zmiana kroczyła więc dalej. Zgodnie z zamysłami Katona odebrano głos Wielkim i Małym Mrówynałom. Czarne togi przyznawano tylko tym mrówkom, które uprzednio złożyły przysięgę lojalności ideom wodza. Szeregowe mrówki tym razem nie ośmieliły się protestować, tym bardziej, że wzmógł się nasłuch Czujności. Lektyki z tajemniczymi antenkami przemierzały korytarze i zaglądały do każdej jamy, gdzie ośmielano się jeszcze wątpić w słuszność przeprowadzanych reform. Dla zatarcia złego wrażenia, w inne rejony Mrowiska jeździł Stempel. Wielki Geront przecinał wstęgi, odbierał bukiety z drobnych dziecięcych odnóży, obdarzał dobrotliwym uśmiechem i wszędzie powtarzał słowa swego wodza i dobroczyńcy.

Witam was, moje drogie mrówki. Witam i dziękuję za zaproszenie na tę wielką uroczystość (akurat przypadała sto siedemnasta rocznica wbicia gwoździa pod budowę magazynu mrówczych jajek). Wiem, że przez lata pogardzano wami, odbierano wam godność, poniżano i zapominano o potrzebach. Teraz, gdy u steru rządów jest Dobra Zmiana i nasz wielki przywódca Perykles, to wszystko ulegnie zmianie. Skończymy z mrówkami tłustymi, z mrówkami, które uchybiały innym mrówkom, z mrówkami, jakie po wielokroć zaparły się swego mrówkostwa, albo co więcej, zaprzedały je innych owadom. Takie mrówki nie mają prawa, najmniejszego prawa, nazywać się mieszkańcami naszego Mrowiska. Takim mrówkom, a jest ich niestety wciąż zbyt wiele, będziemy mówićstanowcze „nie”.

Po każdym z takich spotkań Stempel ściskał wierne odnóża, kiwał głową i udawał, że wsłuchuje się w historie wykluczonych i porzuconych, ubierał maskę współczucia i zapewniał o gotowości wsparcia. Już nikt nie udawał chęci łączenia, czy zasypywania podziałów. Instrukcje Peryklesa dawały tutaj jasne wskazówki. Należało dążyć do rozłamów i segregacji, bo jedynie one gwarantowały utrzymanie jedności. W poczuciu nieustannego zagrożenia łatwiej było o dyscyplinę, co wódz wyczytał w kolejnej z przeżutych ksiąg. Jej autorem był człowiek, ale człowiek, zdaniem Peryklesa o wielkim umyśle i wizji. To on nakazał budowę Kanału Białomorskiego i magistrali kolejowej Kotłas-Uchta-Peczora-Workuta, co trzeba było uznać za spore osiągnięcie. Perykles też miał wielkie plany. Czuł, że jego Mrowisko potrzebuje podobnego wyzwania, dumnego i wielkiego przedsięwzięcia, które na wieki zwiąże mrówki w szczytnym i podniosłym celu.

Wódz nie miał wątpliwości, że takim celem stałoby się wybudowanie pomnika jego zmarłego brata. Nie byłby to jednak zwyczajny pomnik, a monstrualna konstrukcja, której rozmiary przetoczyłyby się przez wszystkie korytarze Mrowiska, jednocząc i zarazem zmuszając mrówki do wytężonej pracy. Nic tak nie odrywało od knowań, czy spisków, jak odrobina wysiłku. 

Należy wrócić pamięć tym, którzy odeszli – rzekł na posiedzeniu tajnej egzekutywy, co zostało przyjęte burzą oklasków i trzema pierwszymi zwrotkami Roty.

Nikogo nie zdziwiło zatem, kiedy Perykles pojawił się w siedzibie Wielkiej Izby z gotowym projektem budowy pomnika swojego brata. W pierwotnym zarysie miał być to zwykły posąg mrówki, stojącej na cokole przed Pałacem Kryształów. Sam Stempel aż zapalił się do tego pomysłu, gotów zrzucić z piedestału pewnego mrówczego namiestnika. Twierdził przy tym, że jedyną zasługą ówczesnego przywódcy było utonięcie w rzece podczas ucieczki przed natarciem czerwonych termitów, co nie wpisywało się w Wielką Kartę Dziejów Mrowiska, pisaną w wolnym czasie przez obecnego wodza.

Perykles nie wyraził jednak swojej zgody.

Naszym zadaniem nie może stać się walka z tak odległą przeszłością – mruczał do słuchawki. Według jednego z pierwszych rozporządzeń Dobrej Zmiany miał całodobowe połączenie z Pałacem Kryształów i samym Stemplem. Ich wcześniejsze, potajemne spotkania zbyt często stawały się sekretem znanym całemu Mrowisku. Teraz musieli się już martwić, że ktoś niepożądany podejrzy, lub co gorsze, podsłucha ich narady.

Skupmy się na teraźniejszości. Pomnik mojego brata musi przewyższyć budowle, nazywane przez ludzi piramidami, stanąć ponad wieżami Taj Mahal i murami Koloseum. Będzie to pomnik na miarę naszych mrówczych możliwości, a jednocześnie przerastający wszystko, co do tej pory zbudowały mrówki.

Taka myśl przyświecała przywódcy Dobrej Zmiany, gdy rozkładał w Wielkiej Izbie projekt swojego pomysłu. Już pierwsze spojrzenia zaciekawionych mrówek dostrzegły jak wiele czeka ich pracy. Pomnik rzeczywiście miał przebić się przez wszystkie poziomy Mrowiska i stać się jego centralną częścią, wokół której wiłyby się korytarze oraz schody.

Perykles wściekł się, gdy z głębi izby dobiegły głosy sprzeciwu, a nawet chichotanie i ogólne rozbawienie.

Tego nie da się zbudować!

Kolejna z kosztownych zachcianek!

Szaleństwo, totalne szaleństwo!

Od kiedy to jesteś architektem?

Perykles poderwał się ze swojej ławy i z całej siły uderzył pięścią w balustradę, która odgradzała go od reszty sali. Nakazał postawić ją Trzcince dla swojej ochrony, ale teraz żałował, że nie może jej przeskoczyć i rzucić się na tych prześmiewców i kpiarzy. 

Zamiast tego zatarł grube odnóża i pokiwał głową.

Szaleństwo? – spytał z chytrym uśmiechem. – Nazywacie szaleństwem chęć oddania pamięci największej mrówce, jaka kiedykolwiek zrodziła się w naszym Mrowisku? Ja wam dopiero pokażę szaleństwo. Wszyscy, powtarzam wszyscy, którzy dzisiaj się tak śmieją, którzy ośmielają się szargać cześć bohatersko poległego brata mego, będą klękać przed tym pomnikiem. Będą klękać przed dziełem własnych odnóży, bo tak się składa, że mam tutaj również edykt o konieczności połączenia wszystkich mrówczych sił dla budowy tego wspaniałego dzieła.

Krótki gest odnóży uciął nieliczne protesty. Do Wielkiej Izby wkroczyli strażnicy Czujności, którzy pochylili przed sobą ostre włócznie. Mrówki z Ciepłej Wody i Świeżości usiłowały protestować. ktoś sięgnął po telefon, ale uderzenie włóczni wytrąciło mu go z odnóży.

Dyszący z gniewu Perykles usiadł na swoim miejscu. A więc dokonało się. Zrobił krok, od którego nie było już powrotu. Nadeszła najwyższa pora, aby porzucić te wszystkie zbędne i kosztowne prawa wolności i mrówkokracji. Kongres Owadów będzie protestował, być może nawet wykluczy ich Mrowisko z owadziej wspólnoty, ale on był gotów na to poświęcenie. Kiedy skończą budowę pomnika, kiedy odkryją, które mrówki stały za zamachem, nic nie będzie miało znaczenia.

 Nie zawahał się nawet, gdy na odnóżach niepokornych mrówek zatrzaskiwały się obręcze kajdanek. Już dawno powinien zdecydować się na ten krok. Wielka Izba należała do dyrygentów i pretorianów Dobrej Zmiany. Nikt więcej nie był im potrzebny, a tym bardziej mrówki, które wyśmiewały i poddawały zwątpieniu jego wielkie plany i zamysły. One już wypełniły swoje zadanie. Teraz on postarał się, aby nie zabrakło im zajęcia.

 

11 –

 

Aresztowanie przywódców opozycji odbiło się głośnym echem w całym lesie. Kongres Owadów ostro sprzeciwił się łamaniu wszelkich zasad i praw. Swój niepokój wyraziły nawet moskity zza Wielkiej Wody, z którymi Perykles wiązał wielkie plany. Wódz nie rezygnował z zagrzewania pretorianów do dalszej walki.

Zwyciężymy! – krzyczał na egzekutywach i naradach. Zwoływano je coraz częściej, w połączeniu ze wspólnymi zaśpiewami.

Nic jednak nie mogło przekonać zachodniej części lasu. Kongres Owadów nie uwierzył w potrzebę uporządkowania Wielkiej Izby, jaką wszem i wobec zaczęli głosić Talleyrand i jego słudzy. Do jednej z zachodnich rozgłośni wydostał się nawet wierszyk DOM-u, wyraźnie przemycony przez granicę Mrowiska.

Wstyd to jest dla mrówkokracji, gdy Talleyrand w delegacji – rozpoczął swoje przemówienie Perykles. – Tak właśnie odpłacają się nam wrogowie i przeciwnicy. Piszą wierszyki ośmieszające Dobrą Zmianę, a na dodatek donoszą, skarżą, kablują i kapują – zamilkł, wystraszony użyciem gwary mrówek wykluczonych z ogółu Mrowiska. Gdy zobaczył, że żaden z pretorianów nie zwrócił na to uwagi, ciągnął dalej. – Należy skończyć z polityką ustępstw i błagania innych owadów na kolanach. Skoro zdecydowaliśmy się na ten trudny, aczkolwiek konieczny krok, będziemy szli dalej. Nie wiem jeszcze dokąd zaprowadzi nas ta droga, ale czuję i jestem przekonany, że zajdziemy nią dalej niż jakiekolwiek inne rządy, nawet rządy termitów.

Upór wodza nie trwał jednak długo. Perykles czuł, że ani Mrowisko, ani tym bardziej pozostałe owadzie siedliska, nie są jeszcze gotowe na ostateczną rozprawę z rywalami. Choć z niechęcią i wyraźnym ociąganiem, nakazał wypuścić uwięzione mrówki. Po kilku dniach spędzonych w ciemnicy, żadna z nich nie ośmielała się już podważać planu budowy wielkiego pomnika jeszcze większego Wielkiego Geronta. 

To nieco pocieszyło nie mniej wielkiego wodza. Jeżeli w Mrowisku kiedykolwiek urodziła się mrówka godna takiego pomnika (oczywiście poza nim samym), to mrówką taką był jego brat. To on zasługiwał na pamięć, a kilkudziesięciometrowy monument nie był niczym nadzwyczajnym. Taki pomnik byłby zaledwie cieniem hołdu, jaki winne było mu całe Mrowisko. Perykles nigdy nie zapomniał zdrady, która doprowadził do śmierci jego brata. Dzisiaj zaś wszyscy, bez najmniejszego wyjątku, musieli zrozumieć, jak bardzo potrzebny jest filar, który utrzyma jedność Mrowiska. Opoka łącząca podzielone mrówki. 

Fundament, od którego zacznie się marsz całego kopca ku lepszemu jutru. 

A głosy sprzeciwu? One ucichną. Zmilknąć przecież muszą mrówki niewierne, nieprawomyślne, niepokorne i niegrzeczne. Wszystkie próby powstrzymania tej budowy, tego największego w dziejach Mrowiska dzieła, kwękanie, narzekanie, kręcenie łepkami, czy inne bezeceństwa powinny być uznawane odtąd za zdradę stanu i z całą surowością ukarane. 

Stosownym edyktem zajął się Katon, który już od dawna pragnął uciszyć niepokorne mrówcze sądy. Perykles wezwał go przed swoje oblicze, wiedząc dobrze, jak dyrygent Uczciwości pogardza innymi mrówkami w togach. Małe i Wielkie Mrówynały raziły Katona w oczy, uważał je za siedliska rozpasania i lekceważenia dla jego wielkości i znajomości mrówczego prawa. Katon, od wielu już lat, niemal każde z płomiennych przemówień kończył jedną frazą i gdy wódz oznajmił mu, że udziela mu swojej zgody, rzucił z pełnym przekonaniem.

Możemy ich wszystkich wsadzić do więzienia.

Perykles nagrodził go delikatnym uśmiechem. To był jeden z niezwykle nielicznych pomysłów tego pretorianina, który mógłby być uznany za dobry. Oczywiście wódz nie miał zamiaru przyznawać, że popiera takie rozwiązanie, albo, że docenia nie tak dawnego zdrajcę. Katon musiał pamiętać, że on wciąż patrzy mu na odnóża.

Kimś jednak musimy rządzić, Katonku – zmiękczył głos, aby nie urazić rozmówcy. Katon był dość wrażliwą mrówką i kiedy poczuł się obrażony, zaczynał popiskiwać, co niezbyt podobało się Peryklesowi. Wódz wolał uniknąć wsłuchiwania się w ten cienki głosik. Bardziej podobało mu się oddanie Katona, który doskonale wiedział, komu zawdzięcza powrót do wielkiej mrówczej polityki.

Wystarczy wytropić zdrajców – oznajmił. – Niech wiedzą, każdy z nich, że i my o nich wiemy. Niech nie znają dnia ani godziny, lecz niech łudzą się, że je znają. Niech myślą o swojej wolności, lecz niech tą myśl ogarnie cień. Pomyśl sam, Katonku, jak bardzo należy ścigać wszystkich, ośmielających się obrażać Dobrą Zmianę i samego ciebie. Mam tutaj jeden z tych niegodziwych wierszyków. Dość szemrana ta zagrywka – Katon oraz jego grzywka. Tak szepczą i również te szepty mają zaniknąć.

Oczywiście, mój wodzu. Dobra Zmiana może na mnie polegać.

Perykles udał, że wierzy w te zapewnienia. Znał tę mrówkę nie od dziś i wiedział, że z tego małego odnóża niewielu zdoła się wyślizgnąć. Spojrzenie Katona, rzucane na coraz to większe pola, przeradzało się w potwierdzenie winy z niebywałą wręcz szybkością. Katon nie przejmował się przy tym żadnym żmudnym i długim śledztwem, żadnym odnajdowaniem dowodów i potwierdzeń, żadnym sądem i rozprawą, która przypadkowo mogłaby ujawnić fałszywą intrygę. Słowo dyrygenta Uczciwości, a nade wszystko jego nieugięte przekonanie o własnej nieomylności, bliskie wyłącznie przekonaniu samego wodza, zastępowało każdą z takich błahostek. Katon nie wierzył w rzeczywistą winę pojedynczej mrówki. On wyznawał zasadę winy ogólnej, gdzie wszyscy byli podejrzani, oskarżeni oraz winni. Połączone urzędy dyrygenta Uczciwości i Głównego Akuzatora mogły zaś bez problemu tworzyć konkretne wersje tej winy. I biada była mrówce, która w swej nieświadomości odważała się odrzucić wyrok. Katon natychmiast uznawał to za dowód wrogości wobec Mrowiska.

Moglibyśmy je jednak wsadzić do tego więzienia – upierał się, gdy Perykles odwrócił łepek. – Przynajmniej te mrówki, które rozpowszechniają te podłe kalumnie. Ja także je słyszałem, mój wodzu.

Taka szerzy się tu plotka, że już zwiędła twa Paprotka. Będzie słychać w całym lesie, twą ucieczkę

Peryklesie.

To nie ma żadnego znaczenia. Kiedy zaczniemy wielką budowę, mrówki nie będą miały czasu na wymyślanie podobnych bezeceństw.

Oczywiście, jak zwykle masz rację – Katon oddalił się z chytrym uśmieszkiem.

Nocne posiedzenie Wielkiej Izby nie zwróciło już niczyjej uwagi. Do Małej Karty Mrówczego Prawa dopisano stosowne paragrafy. Większość z nich zwracała się przeciwko każdemu owadowi, który ośmieliłby się rzucić jakiekolwiek oskarżenie przeciwko wielkości Mrowiska. Za pretekst posłużyły pomyłki zachodnich siedlisk w spisywaniu wspólnych owadzich dziejów i udziału mrówek z Mrowiska w polowaniu na pustynne szarańczaki.

Żadna mrówka nie miała odwagi wydać ze swej tchawki choćby szept protestu. Katon, podążając za zaleceniem wodza, sporządził stosowny edykt o przymusie całkowitej akceptacji planów Wielkiego Stratega, Mrówczego Prognostyka, czy Tytana Proroctw, jak zaczęto tytułować Peryklesa. Złamanie edyktu groziło nie tylko trzydziestoma latami więzienie, ale ogólną infamią, chłostą, banicją i wieloma innymi wzajemnie wykluczającymi się naganami. Cała mrówczana opozycja zeszła na najgłębsze poziomy Mrowiska, ale i tam ścigały ją służby Torquemady i wozy Czujności z antenkami nadzoru. Każdego dnia ukazywały się nowe edykty, które bez żadnej litości kneblowały niepokorne żuwaczki. Protesty i głosy potępienia, nadchodzące już nie tylko z zachodniej części lasu, ale nawet zza morza, gdzie znajdowało się imperium moskitów, nie były przez nikogo brane pod uwagę.

W ogólnej atmosferze strachu pośrodku Mrowiska wykopano ogromny dół, do którego znosić kamienie, zgniłe liście, kawałki gałęzi i grudki błota. Fundament przyszłego pomnika, jak zarządził Perykles, miał być ofiarą wspólnego trudu i żadna z mrówek nie miała prawa uchylić się od tego obowiązku. Według jedynie słusznych nauk, jakie płynęły z przeszłości, mikrofony wszystkich rozgłośni powtarzały bez przerwy jedno hasło.

Całe Mrowisko musi zjednoczyć się w dziele budowy pomnika.

Pretorianie Dobrej Zmiany, idąc za przykładem, nadanym przez wodza, powtarzali zaś bez końca.

Nasze Mrowisko wielkie jest i żaden owad nie będzie dyktował nam, co mamy robić.

Same słowa nie na wiele się jednak zdały. Kongres Owadów zażądał od Paprotki i całej dyrygentury Dobre Zmiany cofnięcia reform, grożąc cofnięciem udzielonego wsparcia i odebraniem prawa głosu. Najgorszą z gróźb było jednak zatrzymanie źródła darmowych mszyc, jakie Perykles planował przeznaczyć na kupowanie poparcia szeregowych mrówek. Bez tego nie mógł nawet marzyć o powszechnej akceptacji Dobrej Zmiany, co mogły udowodnić kolejne marsze protestu. Do Mrowiska mieli przyjechali też mentorzy Kongresu, pragnący sprawdzić, jak wiele z owadzich praw złamały rządy Dobrej Zmiany. 

Chociaż Perykles miotał się po swojej jamie, zgrzytał żuwaczkami i zaciskał ze złości wszystkie odnóża, a jego czułki znowu nabrzmiały jak dwa czerwone balony, nic nie mógł na to poradzić. Mrowisko nie mogło jeszcze uwolnić się ze wszystkich podpisanych w przeszłości traktatów. Sieć wzajemnych powiązań oplatała je zbyt szczelnie i mimo jego starań ciągle musieli liczyć się ze zdaniem innych owadów. 

Musieli stawić również czoła płynącym stamtąd atakom. Rozgłośnie i gazety z zachodnich siedlisk owadów nie przebierały już w słowach. Jawne nazywanie rządów Dobrej Zmiany dyktaturą, oczernianie i podważanie mrówczego mandatu, który oddał władzę w Mrowisku w odnóża Peryklesa i całej jego partii można było jeszcze przeboleć. Wódz nieraz stawiał czoła takim wyzwaniom i teraz także nie kłaniał się zdradzieckim potwarzom. Niestety nie miał wpływu na opinie owadzich banków, które jeden po drugim odmawiały Mrowisku pomocy, obniżały jego wiarygodność i straszyły niechybną klęską. To nie pomagało w dziele powstawania pomnika, na który z wolna zaczynało brakować budulca. Perykles nie miał zamiaru stawiać swojemu ukochanemu bratu monumentu ze zwykłego kamienia. Pożądał różowego marmuru, a ten kosztował sporo i rujnował i tak nie najlepszy skarbiec.

Musimy znaleźć sposób na zapłacenie tym krwiopijcom – orzekł na kolejnym z tajnych zebrań. Mógł ocenić, nie bez uczucia osobistej wygranej, ze jego pretorianie nie mieli już żadnych wątpliwości. Głosowali tak, jak im nakazał, nie posiadali swojego zdania, byli ulegli i posłuszni, a ich żuwaczki powtarzały jedynie jego słowa.

Sprzedajmy… – doleciał go głos z zaciemnionej jamy.

Niczego sprzedawać nie będziemy – ryknął Perykles. – Nasi poprzednicy, ci zdrajcy i zaprzańcy sprzedawali Mrowisko w obce odnóża. My tego nie uczynimy. Kupimy ten marmur za własne pieniądze.

Ale my nie mamy własnych pieniędzy – przypomniała łysa mrówka, którą Paprotka uczyniła dyrygentem Skarbca. Teraz była jedynie dyrygentem czarnej dziury, bo w jamie, gdzie gromadzono złoto Mrowiska, od dawna zalegał jedynie kurz.

Perykles obrzucił go niechętnym spojrzeniem. Nie lubił, gdy przypominano mu oczywiste prawdy. Znał je zbyt dobrze i nie potrzebował, aby jakaś nie dość sprytna mrówka ośmielała się go wyprzedzić. Nieznaczny ruch odnóży sprawił, że łysy dyrygent zniknął po krótkiej szamotaninie. Może pracując przy pomniku, na samym dole Mrowiska, zrozumie, jak wielki był jego błąd.

Zapłacimy tym krwiopijcom, choćbym miał zabrać złoto reszcie mrówek. Mój brat zasługuje na ten pomnik i ten pomnik zasługuje na niego.

Stosowny edykt wyszedł jeszcze tego samego dnia. Zgodnie z jego zapisami, posiadanie złota uważane było za przestępstwo i karane z całą surowością nowych praw Katona. Nieliczne protesty, na jakie zdobyły się najbogatsze mrówki, uznano za próbę zamachu i rozpędzono siłami Czujności oraz Obronności, jako że ani Fouché, ani Sprenger nie mieli nawet zamiaru sprzeciwić się swojemu przywódcy.

 

12 –

 

Minęła jesień i nad Mrowiskiem zawiały mroźne wiatry. Wykopane pod ziemią korytarze, po raz pierwszy od wielu lat napełnił chłód, który przenikał przez cienkie mrówcze pancerzyki. Dobra Zmiana nie zdążyła ocieplić ścian przed zimą. Brakowało budulca, bo chociaż pomnik Wielkiego Brata nadal nie wydostał się poza pierwsze poziomy, zużyto nań wszystkie posiadane zapasy. Każda grudka ziemi, każdy liść i każda gałązka miała obowiązek zameldować się wraz ze swym właścicielem na placu budowy. W głębinach kopca zaroiło się od robotników, dźwigających budulec na własnych plecach. 

Tworzenie Wielkiego Mrowiska zaczniemy zaraz po stworzeniu Wielkiego Pomnika – zagrzewał płynący zewsząd głos Peryklesa. Wódz podjął trud wygłaszania najpierw co tygodniowych, potem już codziennych płomienistych przemówień, które pokorny Machiavelli puszczał w Centralnej Rozgłośni. Jego tyrady o osaczeniu Mrowiska przez niezliczone rzesze wrogów i zdrajców przetaczały się przez wszystkie poziomy kopca.

Zmęczone mrówki kiwały główkami i pochylały je jeszcze niżej. Kpiący uśmiech mógłby zostać uznany za brak lojalności, a słudzy Torquemady i sędziowie, mianowani nowym edyktem Katona nie stosowali w takich przypadkach łaski. Kilka pokazowych procesów, gdzie mrówkom-kontestatorom Dobrej Zmiany, zarzucono knowanie na szkodę Wielkiego Wodza Dobrej Zmiany, zakończyło się surowymi karami. W swej nieograniczonej dobroci Perykles nie domagał się wykonania wyroku, ale zezwolił na przekazanie sprawców do najniebezpieczniejszych poziomów Mrowiska. 

Niech odkupią swoje winy pracą – oznajmił podczas kolejnego wywiadu w rozgłośni Fatera Rodrigo.

Swoje winy musiało odkupywać coraz więcej mrówek, bo prace przy budowie pomnika nie posuwały się zgodnie z życzeniami wodza. Dno kopca, zbudowanego na dawnych bagnach, nie było zbyt stabilne i nadmierne obciążanie go pragnieniami Peryklesa groziło całej konstrukcji Mrowiska. Koszty budowy rosły więc i wciąż brakowało odnóży, które wypełniłyby plan rozrysowany przez samego wodza.

Z obowiązku stawienia się przy tym wielkim dziele, zwolniono jedynie mrówki Dobrej Zmiany.

Są mrówki równe i mrówki równiejsze – wytłumaczył słuchaczom głos Peryklesa. – Untermrówki, które do tej pory szkodziły Mrowisku, nie mają tak wielu praw jak mrówki wyższego rzędu, mrówki, które nigdy nie splamiły się uległością wobec innych owadów, mrówki, które w trudzie i znoju pracują, aby polepszyć byt wszystkich mieszkańców naszego Mrowiska. My, w odróżnieniu do nich, nie jesteśmy mściwi, nie pragniemy odpłaty. czy rewanżu. Taka postawa jest dla nas obca i nie będziemy do niej dążyć. Chcemy jedynie, aby te untermrówki, te mrówki gorsze gatunkowo i podejrzanie bogatsze od innych, uczciwych mrówek, poznały, czym jest praca dla wspólnoty. Tym będziemy się teraz zajmować.

Po samym Peryklesie głos zabrał Katon, który dopiero teraz uzyskał zgodę na pławienie się w blasku reflektorów. Dyrygent Uczciwości przyjął kilka póz (nie mógł się zdecydować w jakiej wypadnie najlepiej), po czym splótł odnóża i z pełną troską poprosił o pierwsze pytanie.

Dlaczego Dobra Zmiana nie buduje pomnika wspólnie z innymi mrówkami? – powtórzył za jedną z gazetowych mrówek. Chciał się upewnić, czy dobrze usłyszał jej słowa. Ponadto dał też dyskretny sygnał swoim pretorianom, aby schwytali tego śmiałka i odpowiednio potraktowali. Pytanie jednak padło i Katon, z właściwym sobie przekonaniem, odrzucił grzywkę do tyłu.

My, mrówki Dobrej Zmiany, pracujemy o tysiąckroć ciężej niż budowniczowie pomnika Wielkiego Geronta. Nasz trud ma powieść całe Mrowisko ku wielkości, jakiej nigdy nie osiągną inne Mrowiska, a tym bardziej siedliska owadów zepsutych i zachodnich. Nikt nam nie może przecież zarzucić wielkiego wysiłku przy tworzeniu nowego, bardziej sprawiedliwego i równającego szanse wszystkich naszych kochanych mróweczek prawa. Bezpieczeństwo, surowe kary za łamanie zasad, więzienie, jakie zastąpiliśmy obowiązkiem budowy wiekopomnego dzieła – to wszystko zasługa Dobrej Zmiany, naszego wodza Peryklesa, a i nie chwaląc się, moja własna. Kiedyż mógłbym to zrobić, gdybym musiał wstawać o bladym świcie, czekać na transport na sam dół i walczyć z zamarzniętą ziemią?

Zawieszenie głosu miało nadać odcień dramatyzmu, ale gardło Katona zdradziło go jak zwykle i przemówienie zwieńczyła seria pisków. Dyrygent Uczciwości obrzucił pozostałych dziennikarzy surowym spojrzeniem. Chciał się upewnić, czy każdy go zrozumiał. Pragnął też uśmiechu aprobaty na pyszczku najważniejszej z mrówek, jednak wódz poskąpił mu pochwał.

Musisz się jeszcze wiele uczyć – zawyrokował Perykles. – Wiem, że marzysz o wstąpieniu na mój tron, lecz droga do tego będzie długa i trudna. Niepotrzebnie zadawałeś sobie trud wyjaśnienia wszystkiego. Mrówki pracują o wiele lepiej i o wiele ciężej, gdy pozostają w niepewności. Kto nie zna prawdy o jutrze, lepiej będzie żył dzisiaj.

Wiatry i śniegi coraz mocniej nadwyrężały kopułę kopca. Mrowisko drżało pod niebezpiecznym ciężarem, lecz żadna mrówka, pod groźbą wieloletniego lochu, nie miała prawa wyjść na zewnątrz. Mimo trzasków i pęknięć nie wolno było tracić czasu na zbędne, zdaniem Peryklesa i całej Dobrej Zmiany, prace przy stawianiu pomnika. 

Na łepki przemykających w milczeniu mieszkańców prószyły więc drobinki zimnego puchu, zaczynały pojawiać się szczeliny, grożące zawaleniem całej konstrukcji, lecz łaskawy wódz zbył to jednym machnięciem odnóży.

Nie przez takie próby przechodziliśmy – wyjawił wiernym słuchaczom. Nie było ich wielu, ale trwali przy nim, zwarci i gotowi na odparcie każdego ataku. – To jeszcze bardziej umocni nasze wielkie Mrowisko.

Nikt nie śmiał wątpić w jego proroctwa. Nawet wtedy, gdy okazało się, że mróz zniszczył większość zgromadzonych zapasów. Nie zabezpieczono ich w porę, gdyż właściciele magazynów od dawna pracowali przy budowie pomnika. Wielu z nich oskarżono o spekulanctwo i wyzysk pozostałych mieszkańców, po czym zesłano na bagniste poziomy Mrowiska. W nielicznych sklepach zaczynało brakować mszyc i szarańczy, półki nie uginały się już pod pieczonymi skorpionami i kandyzowanymi świerszczami. Trudno było nawet znaleźć zgniłe resztki jabłek, czy gruszek, jakimi raczono się w czasach głodu. Mrówki dostrzegły też, że podniesiono ceny, a kolejki, które ustawiały się już na cień pogłoski o dowiezieniu towarów, ciągnęły się na długie kilometry. 

Trzeba zrobić komitet i zapisy – słychać było w takich sytuacjach. Stare mrówki, te które pierwsze oddały głos na Dobrą Zmianę, dobrze pamiętały podobne sytuacje z czasów, gdy Mrowiskiem rządziła klika czerwonych termitów i ich sług. Nadal wierzyły w swego wodza, lecz coraz trudniej było im wychodzić z nor i jamek. Głód był przeciwnikiem gorszym niż tajemniczy sprawcy wszystkich mrowiskowych nieszczęść.

Dopełnieniem spisku, który miał odsunąć Dobrą Zmianę od władzy, był przyjazd Misji, wysłanej przez Kongres Owadów. W Mrowisku pojawili się mentorzy ślimaków i prusaków, wysłannicy moskitów za Wielkiej Wody i żuki z Wyspy Mgieł. Owady rozpełzły się po całym Mrowisku, zadawały pytania, podpatrywały i przyglądały się bez cienia obawy, jaki od dawna padł na jamy i korytarze. Ich dochodzenia nie podobały się Peryklesowi, który dwoił się i troił, aby ukryć kłopoty kopca. 

Mam nadzieję, że przygotowaliście wszystko tak, jak to uprzednio poleciłem – upewniał się, przesłuchując poszczególnych pretorianów. – Jedynie nasz wysiłek, działanie wspólne i nie dające się przejrzeć, pozwoli odeprzeć ten niespodziewany i haniebny atak. Odpowiemy na niego jak tylko te owady odejdą z naszego Mrowiska. Na razie jednak musicie zabrać się do pracy. Wszystkie wskazówki zawarłem w tej oto, brunatnej książeczce. To Moja Walka, ale niech stanie się ona Naszą Walką.

Jeszcze tego samego dnia okazało się, że w spiżarniach i spichlerzach Mrowiska nie brakuje niczego. Za pomocą wodzowskiej magii i przenikliwości zrzucono tam kilka ton piasku, na którym wyłożono resztki zapasów i ziarna. Przypadek zaś sprawił, że przechodząca nieopodal delegacja Kongresu zajrzała do środka i ze zdumieniem musiała stwierdzić, że pogłoski o głodzie w tym kopcu były dalece przesadzone. 

Perykles nie miał jednak wpływu na opinie mrówek, z którymi chcieli spotkać się owadzi mentorzy. Nie zdołał zesłać wszystkich wrogów do kopalni i bagiennych poziomów Mrowiska, co sprawiło, że skargi archmentora Wielkiej Ławy i innych przeciwników Dobrej Zmiany przedarły się jednak przez kordon ścisłej tajemnicy. Podsłuch Czujności wyjawił wodzowi jak wielka była ta zdrada, ale Perykles nie mógł nic zrobić. Nie chciał ryzykować jeszcze otwartego konfliktu, tym bardziej że ciągle miał zbył mało różowego marmuru, a tylko ten budulec był odpowiedni na pomnik zmarłego brata.

Potrzebujemy ich kredytów – zgrzytał z bezsilności żuwaczkami. – Nie możemy się od nich odciąć, nie możemy porzucić owadziej wspólnoty.

Torquemada, który w takich chwilach trwał przy swoim wodzu, kiwał powoli łepkiem.

To prawda – przyznał. – Termity czekają na ten rozłam. Ich agenci, wszyscy, których nie odkryliśmy za pierwszym razem, są gotowi, aby odebrać nam władzę.

Perykles pobladł, przypomniawszy sobie straszny sen, który od czasu do czasu sprawiał, ze budził się w środku nocy, zlany potem i z dziwnie mokrym prześcieradłem. Tamten koszmar prześladował go od pierwszego zwycięstwa Dobrej Zmiany, od tych dwóch lat nieustannej walki z przeciwnikami i poczynionych wówczas błędów. Tym razem ograniczył ilość pomyłek, ale to nie potrafiło go uspokoić. Sen powtarzał się, a jego realizm, przeraźliwy i okrutny, wywoływał dreszcz strachu nawet na jawie.

Będziemy potrzebować czegoś, co odsunie od nas zainteresowanie Kongresu Owadów – zaczął przechadzać się po całej jamie. – Niech będzie to coś związane z Mrowiskiem, z jego przeszłością i z układem, przeciwko któremu musi walczyć Dobra Zmiana. Niech wszyscy zobaczą, jak ogromna była zdrada i straszny układ, który przez tak wiele lat niszczył nasze Mrowisko. Może zrozumieją wtedy, że działania, słuszne i niezbędne, mają za zadanie jedynie zniszczyć sieć tych spisków i knowań.

Torquemada słuchał go i nie przestawał zapamiętywać każdego ze słów. Już dawno nauczył się, aby niczego nie zapisywać, Wódz Dobrej Zmiany miał lekką paranoję i nie lubił, gdy jego polecenia pojawiały się w jakiejkolwiek trwałej formie. 

To nie będzie trudne – szeptał Perykles. Przypomniał sobie dawnego wroga, któremu przez lata obiecywał zemstę. Pierwsze kroki już poczyniono, ale był to zaledwie wstęp.

Niech zobaczą, niech wszyscy zobaczą, z czym musimy się mierzyć. Trzeba uderzyć w ich najświętsze przekonania. Trzeba odebrać im legendę i uczynić ją naszą legendą. Nikt nie nadaje się do tego lepiej niż ja i mój brat, bo przecież nie od dziś wiadomo, jak wielkie zasługi położyliśmy w obaleniu dyktatury termitów. Zdrajcy odebrali nam prawo mówienia o tym, zawłaszczyli to zwycięstwo, ale teraz jest odpowiednia pora, aby wyszarpać z tej historii to, co od lat się nam należy.

 

13 –

 

Chcę się podzielić z całym Mrowiskiem wiadomościami z ostatniej chwili – powiedział z napięciem głos spikera Centralnej Rozgłośni. – Jak się dowiedzieliśmy, w domu generała Pachołka, który za czasów dyktatury czerwonych termitów wysługiwał się im i niszczył inne mrówki, odnaleziono szereg oryginalnych i autentycznych dokumentów. Wynika z nich niezbicie, niezaprzeczalnie i bez jakichkolwiek wątpliwości, że mrówka, którą większość z nas uważała za bohatera powstania przeciwko termitom była w rzeczywistości ich sekretnym donosicielem. Mam na myśli Montera, wspominanego w tych rzetelnych i niesfałszowanych dokumentach jako Chrobry. Chociaż nie ma pewności, należy tutaj zastanowić się również, czy fakt współpracy Montera vel Chorbrego z termitami, jego donosicielskiej działalności, za którą odbierał całkiem pokaźne sumy mszyc i innych dóbr, nie legł u podstaw zmian w naszym drogim Mrowisku. Jak zwykle więcej informacji udzielimy w naszej audycji, gdzie jak zwykle zaprosiliśmy grono niezależnych ekspertów, obiektywnych publicystów oraz dawnych kolegów Montera, pragnących dzisiaj zerwać z nakazem milczenia, jaki przez lata im narzucano. Niech żyje nam Mrowisko, nasz wódz Perykles, cała Dobra Zmiana i niech sczezną wszystkie untermrówki.

Wiadomość o odkryciu tajnego archiwum generała Pachołka obiegła całe Mrowisko jak ognisty żywioł. Pożar nowych i strasznych wieści rozprzestrzeniał się po korytarzach, jamach, ale przede wszystkim mrówczych tchawkach. Nagle, nie wiadomo skąd, zaczęły wyłaniać się mrówki, które ze łzami w oczach i głosami pełnymi przejęcia zdradzały jak bardzo zmuszano je do milczenia o niecnej roli Montera:

Już od lat wrzeszczałem, że Chrobry był sekretnym donosicielem…

Lepiej dla niego, aby wyznał swe grzechy, pokajał się przed nami, mrówkami uczciwymi i pełnymi honoru…

My, jedynie mrówcze mrówki, znaliśmy prawdę, lecz nie mogliśmy o niej mówić. Dzisiaj, dzięki Dobrej Zmianie i tym, oryginalnym oraz autentycznym dokumentom, przekonaliśmy się, jak głęboko sięga zdradziecki układ…

Monter nigdy nie był i nie będzie zbawcą Mrowiska. Jego rola była epizodyczna, pozbawiona większego znaczenia. Ruch Jedności, który zrzeszał wiele milionów mrówek przez przypadek dał się zwieść donosicielowi i kombinatorowi, ale dzisiaj go zdemaskowaliśmy…

Monter! Wstydź się, bo my się wstydzimy za ciebie…

Niech padnie na kolana, niech unurza się w błocie, a być może zdobędę się na łaskę wybaczenia…

W Centralnej Rozgłośni rozlegały się setki takich apeli. Nie puszczano już zwyczajowych audycji, które musiały ustąpić miejsca kolejnym wywiadom i podsłuchom. Każdy kolejny dzień przynosił nowe informacje o niewątpliwej zdradzie, zaprzedaniu Mrowiska dawnym sługom termitów i ogólnej sitwie, jakiej rozrost przez lata blokował zaprowadzenie zmian. Twarzą straszliwego układu stał się Monter, którego rozszarpywano w wielogodzinnych naradach. Zastanawiano się nawet, czy nie odebrać mu Rozjemczego Medalu Owadów, ale fakt przyznania go poza Mrowiskiem nieco to utrudniał. Łowcy Mrówczej Zdrady i Demaskatorzy Mrowiskowego Zaprzaństwa (oraz całe grono innych mrówkonalistycznych ugrupowań) musieli zadowolić się opluwaniem i szkalowaniem, czego Centralna Rozgłośnia nawet nie starała się powstrzymać.

Jej nowy szef, Machiavelli, otrzymał w tej sprawie dość jasne instrukcje, a baczne spojrzenie Peryklesa i gorąca linia, jakiej wódz mógł używać o każdej porze dnia i nocy, nie pozwalały na utratę czujności.

Melduję wykonanie zadania, mój wodzu – Machavelli dyszał do słuchawki. – Nasze mikrofony są do twojej dyspozycji oraz całej Dobrej Zmiany. Czas ujawnić wszystkich sekretnych donosicieli.

Co to, to nie – zawyrokował Perykles. – Ujawniliśmy zdrajcę Montera i na razie wystarczy. Czasy dyktatury termitów były trudne i nie potrzebujemy nękać wszystkich nieco słabszych mrówek. Zniszczymy Montera i jego fałszywą legendę, a przy okazji stworzymy nową historię. Historię lepszą i jaśniejszą z moją skromną rolą. Do ciebie należy jedynie dopuszczenie pretorianów i może nawet samego Stempla do mikrofonów, co pozwoli usłyszeć całemu Mrowisku, jak lojalny i posłuszny mrówczemu głosowi jest rząd Dobrej Zmiany.

Machiavelli nie zwlekał ani jednego uderzenia tchawki. Jako pretorianin niepewny i chwiejny w swych poglądach nie mógł liczyć na całkowite zaufanie wodza, więc nadrabiał gorliwością i służalczością. W Centralnej Rozgłośni zaczęło się polowanie mikrofonów na opinie o roli Montera w najnowszych dziejach Mrowiska. Swój głos zabrał nawet sam Wielki Geront, który na otwarciu kolejnego przedszkola z początku uśmiechał się i gładził małe mrówki po łepkach, aby po chwili spoważnieć.

Takie było to Mrowisko. Kopiec zepsucia i degeneracji, korytarze plugastwa i obmierzłej zdrady, jamy donosicielstwa i korupcji. Mrówki, które przez całkowity przypadek uznano za wczorajszych bohaterów, odkryły dzisiaj swoje prawdziwe oblicze. Ukazały swój fałsz, obłudę i zakłamanie oraz szereg innych cech, jakie w moim zdaniu odbierają im wszelkie prawo nazywania siebie mieszkańcem naszego Mrowiska. Nasze Mrowisko nie potrzebuje takich mrówek, takich zgniłych, pozbawionych zasad i honoru owadów, które zaprzedały nas obcym odnóżom, wypełniały podejrzane interesy i pławiły się w krwawym dziele zaprzaństwa.

Któryś z pomniejszych pretorianów usiłował zwrócić uwagę Geronta na wiek słuchaczy i ich ściągnięte z przejęcia twarzyczki, ale Stempel coraz częściej wpadał w ekstazę i nie pozwalał sobie przerywać.

Jest wśród nas jeszcze wiele takich mrówek. Zdrajcy i oszczercy, którzy poza mrowiskiem usiłują realizować swoje niecne interesy. Sekretni donosiciele nie wymarli wraz z odejściem dyktatury termitów. Wciąż próbują szkodzić budowie jedynego słusznego i prawdziwie wielkiego Mrowiska. Dlatego w tym miejscu, do wasz, moje drogie małe mróweczki, mogę zwrócić się z apelem. Nie wahajcie się wskazywać takich zdrajców, nie bójcie się ich dawno niebyłej potęgi. Dobra Zmiana i ja, wasz Wielki Geront, odeprzemy wszystkie ataki, pozbędziemy się tych odszczepieńców i wygnamy ich, albo co lepsze, zniszczymy ich pamięć i dobre imię, aby sami się stąd wygnali. Niech żyje nam Mrowisko, nasz wódz Perykles, cała Dobra Zmiana i niech sczezną wszystkie untermrówki.

Pretorianie oderwali Stempla od mikrofonu, gdy na obliczach mróweczek pojawiły się łzy. Wielki Geront próbował jeszcze protestować, wierzgał się i rozdał kilka kopnięć, krzycząc przy tym o kolejnej zdradzie, ale czujni słudzy Peryklesa nie mogli pozwolić, aby wyjawił wszystko podczas jednego przemówienia. Plan wodza zakładał szereg spotkań i całą rzeszę wygłaszanych opinii, łącznie ze specjalnym komunikatem, jaki miały otrzymać owady z innych siedlisk. Tym ostatnim zajął się Talleyrand, który przeczesywał siwą czuprynę i przygryzał nie mniej siwe wąsy, dumając nad odpowiednio obelżywą formą.

Monter był Chrobrym, a Chrobry był Monterem – zwinięta kulka papieru potoczyła się po podłodze. – Monter, jak wynika z niezaprzeczalnie autentycznych, niepodważalnie rzetelnych i niewątpliwe prawdziwych akt oraz dokumentów – kolejny zwitek papieru dołączył do sporej już sterty. – Jak wynika z opinii niezależnych ekspertów i uczciwych historyków rola niejakiego Montera… – Talleyrand otarł pot z czoła. Sporządzenie odpowiedniego dokumentu zajmowało więcej czasu niż myślał. Nie mógł jednak zwlekać. Otrzymał w tej sprawie dość jasne instrukcje i nie chciał po raz kolejny zawieść mrówki, która je wydała.

Przed nastaniem świtu mógł odetchnąć z ulgą. Na biurku przed nim leżała kartka z kilkudziesięcioma zdaniami. Przeczytał je ponownie i niezbyt zadowolony pokręcił łepkiem. Nie wiedział, czy ostateczna wersja w należytym stopniu obnaży zawiłe meandry układu, jaki chciał zdemaskować przed innymi siedliskami owadów. Czuł natomiast, że od tej opinii zależy pozostawienie go na stanowisku dyrygenta Łączności. Perykles nie był do końca z niego zadowolony. Wypominał mu zbędny pośpiech w zapraszaniu owadzich komisji i ekspertów spoza Mrowiska, którzy, bez żadnych podstaw i racji, wskazywali uchybienia w rządzeniu Dobrej Zmiany.

Musisz dać im teraz odpór – Talleyrand przypomniał sobie kolejne z cierpkich słów. – Nie zamierzam się cofnąć ani na krok. Marsz do przodu i tylko do przodu to jedyna szansa dla wielkiego, dwubarwnego Mrowiska. Kto tego nie chce zrozumieć, kto przeszkadza i psuje nam szyki, jest wrogiem zaprzysięgłym, podłym i haniebnym.

Talleyrand przytakiwał, składając w myślach prośby o złagodzenie nastroju wodza. Nie chciał znaleźć się na samym dole Mrowiska, tam, gdzie przez cały czas wiercono, kuto i rżnięto ziemię oraz kamień, potrzebne w budowaniu fundamentów pomnika Wielkiego Brata. Zawsze brzydził się fizyczną pracą. Mdliło go wręcz na samą myśl o ubrudzeniu odnóży. Dla zachowania stanowiska dyrygenta Łączności gotów był na największe ofiary. 

Nie mógł również zawieść dyrygentur Mrowiska rozsianych po całym lesie, a nawet za jego granicami. Mrówki, jakie tam usadził tuż po zwycięstwie Dobrej Zmiany, musiały poznać prawdę i umiejętnie przekazywać ją obcym rozgłośniom. Ani on, ani Perykles nie dbali przy tym o niszczenie dobrego imienia Mrowiska, o deptanie idei i haseł, dzięki którym udało się połączyć mrówki i obalić dyktaturę czerwonych termitów. Wódz miał tylko jedną wersję przeszłości, widział wyłącznie jedną teraźniejszość i pragnął wyłonić jedną jedynie słuszną wizję przyszłości. 

Żadna ofiara nie jest zbyt mała, by to osiągnąć – złowieszczy szept mroził największych nawet sceptyków. – Ani kroku wstecz – to dewiza słuszna i prawdziwa. Każdy, kto twierdzi inaczej, zawsze może spróbować swoich sił na dole. Tam, gdzie winni znaleźć się wszyscy miłośnicy i piewcy tego zdrajcy Montera. Nikt już nie nazwie go mrówką wielką i godną szacunku. Nie po tym, jak zdemaskowaliśmy te oryginalne i niezaprzeczalnie autentyczne dokumenty. Monter przyzna się do swych win i odejdzie w niesławie. Wkrótce pozostałe mrówki o nim zapomną i stanie się całkowicie jasne, komu zawdzięczamy wolność i niepodległość.

W tym miejscu Perykles przerywał, spoglądając podejrzliwie po obliczach słuchaczy. Nie odczuwał zbyt wielkiego lęku przed ich zwątpieniem, ale dodatkowe upewnienie jeszcze nikomu nie zaszkodziło. Wolał mieć ich pod kontrolą swych odnóży. W przeszłości nieraz zdarzyło się, że gdy rozluźniał uścisk, niektórzy próbowali się wydostać. Teraz trzymał ich mocno i nie zamierzał tego zmieniać.

A zdrajca Monter będzie pierwszą z mrówek, która na własnym pancerzyku odczuje siłę tego uścisku. 

 

14 –

 

Kolejne dwa tygodnie minęły w Mrowisku na ocenianiu roli Montera w rewolucji przeciwko dyktaturze termitów. Mikrofony poszczególnych rozgłośni na przemian grzmiały potępieniem, lub wsparciem, a sam Monter bez większego skutku starał się odeprzeć ataki. Pozostali mieszkańcy kopca, podzieleni na zwolenników teorii Peryklesa i jego zagorzałych przeciwników spierali się na antenach i w prywatnych jamach, często w pragnieniu wyrwania sobie tchawek. Podział, na którym Dobra Zmiana maszerowała do zwycięstwa utrwalił się jeszcze bardziej. Niektórzy zaczynali już przebąkiwać nawet niewidzialnych ścianach, dzielących nie tylko korytarze, ale całe rodziny, przyjaciół, czy sąsiadów. Wódz Dobrej Zmiany nie przejmował się jednak narastającą międzymrówczą wrogością. Gdyby ktoś mógł usłyszeć jak podśpiewuje rankiem pod prysznicem, z pewnością usłyszałby takie słowa:

To już ostatnie jest odliczanie, czas wyciąć zdrajców w pień i nie przeszkodzi w tym żadne kazanie

Mrowisku potrzebny jest nowy rdzeń

Zachodnia część lasu nie posiadała się ze zdziwienia natarciu na legendą Montera. Dla owadziego świata był on obliczem rewolucji przeciwko termitom. Jak każda mrówka mógł mieć chwilę słabości, załamać się pod terrorem i szantażem, ale ostatecznie powiódł ruch Równości do zwycięstwa. Słowa, w których zdumienie mieszało się z niedowierzaniem i niezbyt wygodnymi pytaniami, płynęły z kopców, nor i siedlisk. Wszędzie w całym lasem, a także za Wielką Wodą zastanawiano się dlaczego Mrowisko z taką łatwością i bez żadnego wahania niszczy własną historię. 

To wszystko nie wystarczyło też, aby powstrzymać niekorzystną opinię Kongresu. Już sam projekt zarzucał rządowi Paprotki szereg wykroczeń i uchybień przeciwko owadorządności. Dobrej Zmianie wytknięto próbę zakneblowania ust Wielkiej Ławie, brak wykonywania jej proroctw oraz ograniczenie roli jej mentorów w przestrzeganiu mrówkokracji. Żaden z pretorianów nie zdziwił się zatem, gdy po przeczytaniu opinii, nad łepkiem Peryklesa pojawiły się dwa czerwone lampiony.

Wódz czuł, jak jego czułki puchną do nieznanych wcześniej rozmiarów. Nie miał jednak zamiaru, ani siły, aby się temu przeciwstawić.

Kłamstwa i oszczerstwa! – krzyczał i przytupywał. – Haniebne kalumnie, potwarze i bezeceństwa!

Jak oni śmieli w ogóle napisać coś takiego! Kto w ogóle zezwolił na ich przyjazd?

Talleyrand, który sam prosił o opinię Kongresu zbladł. Wiedział, że wzrok wodza padnie teraz na niego.

To ty! – oskarżycielskie odnóże wskazało siwą i chylącą się ku ziemi głowę. – To ty nas zdradziłeś!

Talleyrand usiłował protestować, ale wódz nieoczekiwanie westchnął.

Skoro już popełniłeś błąd, musisz go naprawić. Niech ta opinia ukaże się w nieprzyjaznym nam gazetach.

Kilku zaufanych pretorianów nie mogło uwierzyć własnym czułkom.

Ale wtedy pozna ją całe Mrowisko. Będą nam zadawać pytania. Bardzo niewygodne pytania.

Chytry uśmiech zdradził im, że pod lampionami zakwitł kolejny wspaniały pomysł. Perykles uwielbiał otaczającą go bezradność. Widok zdumionych twarzy, odnóży spętanych nerwowym potem, tchawek, które zdawały się rozrywać pancerzyki, udowadniał mu, jak bardzo Dobra Zmiana potrzebuje jego wielkiego umysłu. Pozwolił sobie jeszcze na chwilę niepewności i oznajmił całemu zgromadzeniu.

No i co z tego? Mówią i tak, bo wciąż drżycie przed zakneblowaniem niepokornych. Mrówcza wolność, o którą tak bardzo walczyłem ja i mój brat bywa balastem. Teraz musimy sprawić, że to brzemię spocznie na Kongresie i jego fałszywych komisjach.

Talleyrand nie podnosił łepka. Nie chciał, aby ktoś dostrzegł bladość, jaką pokryło się jego oblicze. On jeden zdawał sobie sprawę z zamiarów wodza. Opinia Kongresu miała pozostać tajemnicą do dnia jej oficjalnego ogłoszenia. Wcześniejsze wyjawienie miało podważyć uczciwość owadów z komisji i sprawić, aby rząd Paprotki mógł ją poddać w wątpliwość.

Nasze zdanie i tak pozostaje bez zmian – kończył Perykles. – Opinia Kongresu jest tylko opinią i nie może wpływać na wewnętrzne sprawy Mrowiska. Ono jest przecież wielkie i niepodległe i nikt, a już tym bardziej jakieś niezorientowane owady, nie może nam wmawiać, jak powinniśmy postępować.

Ostatnie słowa wodza zakończyły dyskusję. Wydano jasne polecenie, a Talleyrand, pomny swego niedociągnięcia, tym razem nie popełnił żadnego błędu. Zezwolił na wyniesienie projektu opinii i przekazanie go największej z opozycyjnych gazet. Nagłówki, które następnego dnia wezwały rząd Paprotki i Wielkiego Geronta do przestrzegania owadokracji posłużyły do jawnego wyrażenie niepokoju.

Chyba nikt nie uwierzy teraz w przypadek – pretorianie Dobrej Zmiany zastanawiali się niemal jednym głosem. – Komuś, kto źle życzy naszemu wielkiemu Mrowisku, musiało zależeć na odkryciu tego projektu. Przecież to jedynie zarys ostatecznej wersji, a już osądza się nasz rząd. Nikt nie ma prawa wtrącać się w mrówcze spory, bo dzieje Mrowiska nieraz pokazały, czym się to może zakończyć. Zdrajcy, tacy jak niecny i fałszywy Monter, nie będą nam dłużej narzucać swoich opinii. Dobra Zmiana, nasza przywódczyni Paprotka i wielki Perykles, nadprzywódca, wiedzą, co dla Mrowiska jest najlepsze. Nie będziemy słuchać niczego, co zamiast pozostać tajemnicą, w dziwny i niewytłumaczalny sposób ukazuje się w podejrzanych gazetach.

Trzy dni po wycieku sekretów z dyrygentury Łączności, Tallayrand rozesłał po całym lesie dziesiątki listów. Zawarł tam szereg swoich spostrzeżeń (uzgodnionych uprzednio w tajnej jamie Peryklesa), ciąg obaw i wątpliwości (podyktowanych zimnym głosem wodza) oraz prośby o przesunięcie terminu ostatecznego ujawnienia opinii (o co błagał Peryklesa przez kilka godzin). 

Sam przywódca mógł odetchnąć z ulgą. Ponownie udało mu się zażegnać niebezpieczeństwo i odsunąć od siebie wizje ze snu, który nawiedzał go mimo odniesionego zwycięstwa. Nie zagrażało mu żadne niebezpieczeństwo, nie miał wrogów zdolnych obalić jego zamierzenia, nie musiał obawiać się głosów innych owadów, bo już przed laty postanowił umieścić je w dolnych częściach odwłoka. Mógł się poświęcić budowaniu pomnika swemu wielkiemu bratu, co było ważniejsze od wszystkich pozostałych spraw. 

Stawianie wiekopomnej konstrukcji nie przebiegało jednak według jego zamierzeń. Braki w dostawach, opóźnienia i coraz bardziej chwiejąca się konstrukcja Mrowiska nie pozwalały na wyniesienie pomnika ponad pierwsze poziomy. W ścianach kopca przybywało pęknięć i szczelin, które łatano w największej tajemnicy. Próby tuszowania groźnej prawdy okazywały się jednak niezbyt skuteczne. Mimo praw Katona, uległych Mrówynałów i całej reszty zabiegów, ciągle nie brakowało mrówek, które podważały sens zarówno budowy wielkiego pomnika, jak i wielkiego Mrowiska. Na dodatek uszkodzenia kopca dostrzeżono także w pozostałych siedliskach. Jeden z owadzich banków odmówił zgody na udzielenie pożyczki, co zaprzepaściło szanse zakupu kolejnej partii różowego marmuru.

To decyzja, nie mająca nic wspólnego z budową pomnika, czy oskarżeniami o niechybne zawalanie naszego Mrowiska – oznajmił łysy dyrygent Skarbca. Parę tygodni, jakie spędził z dala od rodziny, w specjalnym ośrodku Dobrej Zmiany dla niepokornych pretorianów, pozwoliło mu na powrót do łask Peryklesa. Teraz nie miał nawet cienia wątpliwości, czy na edykty i zakupy znajdzie się wystarczająco dużo złota.

– Opinia tego banku, zresztą tylko jednego spośród wielu innych, o wiele bardziej wiarygodnych banków, jest dowodem jego sprzedajności, oszustwa, udziału w spisku i innych, jeszcze bardziej podejrzanych interesach. Nie należy zastanawiać się tutaj nad wydumanymi przyczynami wydania takiej oceny, a nad jej rzeczywistymi inspiratorami. Nie od dzisiaj wiadomo, że układ sięga o wiele dalej niż ściany tego Mrowiska. Nasza sprawiedliwa walka i nieustanne próby odkrycia jego podstępnych macek budzą opór, ale my się nie poddamy. Takie odmowy nie mogą nas powstrzymać, nie mogą przeszkodzić w budowie tego arcydzieła. Pomnik powstanie chociażby wszystkie banki owadziego świata odmówiły nam pożyczek. Postawimy go własnymi odnóżami i nie będziemy oglądać się na ich oślizgłe odnóża. Wzywam wszystkie mrówki do pomocy! To co? Pomożecie?

Jego apel przeszedł jednak bez wielkiego echa. Mrowisko wiedziało, kto pisze mu przemówienia i nie uwierzyło w ani jedno słowo. Nawet zagorzali zwolennicy Dobrej Zmiany przyznawali, że budowa wielkiego pomnika mogła jeszcze trochę poczekać. Konstrukcja Mrowiska, nadwyrężona niefrasobliwością termitowego reżimu, wciąż był zbyt krucha na jej całkowite przemodelowanie. Kucie, rycie i wysadzanie wszystkiego co stało na przeszkodzie planom Peryklesa musiało zakończyć się katastrofą. 

Wódz pozostał jednak głuchy na wszelkie podszepty. Jego wielka wizja nie mogła ugiąć się pod ciężarem fałszywych oskarżeń. Przysiągł sobie, tuż po poniesieniu pierwszej klęski, że kolejne z jego rządów będą parły jedynie do przodu. Poza tym nie był już najmłodszą mrówką. Przeżył wiele tygodni i czuł, że powoli zbliża się do granicy, za którą pozostaje już tylko wysuszony pancerzyk. Przed odejściem chciał mieć pewność, że dzieło jego życia przetrwa na wieki i postawi w mrówczej świadomości pomnik trwalszy niż ze spiżu.

– Exegi monumentum, exegi monumentum, exegi monumentum… – pokrzykiwał w nocy, gdy koszmar nawracał. Kolejne przebudzenie uświadamiało mu z dość wilgotną stanowczością, że jego władza pozostaje w cieniu zagrożenia.

Zamocowany tuż przy łóżku alarm oznajmił, że w Mrowisku doszło do kolejnego protestu DOM-u. Potencjometr mrówczego nastroju znów przesunął się na niezadowolenie i Perykles zaczął się pospiesznie ubierać. Przez przypadek założył dwie inne skarpety i zostawił jeden z trzewików, lecz czas naglił, bo ekran w jamie pokazywał całkiem spore tłumy.

Jego gniew, a raczej zimną wściekłość, obudził jednak dopiero telegram, jaki wystrzelił wprost z rury nad głową. Mała kulka papieru odbiła się od nabrzmiałych czułków i potoczyła po podłodze, gdzie dopadł ją po krótkim pościgu. Już pierwsze zdanie sprawiło, że świat dookoła pociemniał:

Pomnik legł w gruzach. Stop. Zbyt krucha konstrukcja. Stop. Trzeba wszystko budować od nowa. Stop.

Lektyka wodza przemknęła bocznymi korytarzami wprost do siedziby Wielkiej Izby. Perykles widział jedynie ruiny monumentu, który miał wynieść jego brata i całe Mrowisko ku samemu niebu. Roztrzaskane korytarze, zwalone ściany, ohydne dziury, z których ziała ciemność. Po drodze miał też szanse zobaczyć, a raczej usłyszeć (bo na ten widok zaciągnął szczelnie firanki) kolejne z haseł przeciwników Dobrej Zmiany. Wykrzykiwano je bez strachu, czy obaw, jakie usiłował zaszczepić przez ostatnie miesiące.

Czy to z tej, czy z innej beczki, ciągle grają z nami w teczki!

Okręt kłamstwa spotkał rafę – nikt nie wierzy w nocną szafę!

Chociaż rzeka fałszu wzbiera, nie odbierzesz nam Montera!

Razem! Wszyscy! Solidarnie! Niech Perykles skończy marnie!

Runął pomnik, runie rząd – już się gnicia niesie swąd.

Coraz bardziej wściekły Perykles zdołał jednak dostrzec, że wokół tłumów stoją funkcjonariusze Czujności. Roiło się tam również od wozów z antenkami mierzącymi nastrój. Nikt jednak nie próbował nawet powstrzymać tłumu przed wznoszeniem kolejnych okrzyków. To z wolna zgłuszyło gniew i napełniło jego tchawkę przerażeniem.

Czyżby Fouché szykował zdradę? Koszmar nie przynosił jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie. Wskazywał jedynie, że zamach może nastąpić z własnych szeregów. Dookoła panowała jednak mgła, którą będzie musiał rozwiać. Rozgoni ją, niczym pancerne hufce. Wystarczy mu jedno przemówienie, jedno błyskotliwe oratorium, porywające pretorianów do dalszej, słusznej walki.

A tak się złożyło, że całkiem przypadkowo miał je przy sobie.

Pokrzepiony tą myślą, wytoczył się z lektyki. Nie zważał na spojrzenia zdumionych strażników, którzy nie zdążyli podłożyć puchowego podnóżka. Oddalił się od nich w samotności, chociaż zwykle nie pozwalał im odchodzić. Czuł się lepiej otoczony potrójną gardą pancerzyków, które mogły przyjąć na siebie ewentualny zamach. Pozostawienie żywej, mrówczej tarczy za sobą, miało zdradzić, jak bardzo jest wzburzony. On, Wielki Inspirator, Strateg i Prognosta, jest zdolny do największych poświęceń. W chwilach takich, jak ta, gdy Mrowisko potrzebuje jego wsparcia, nie dba o narażenie na szwank cennego oddechu. Jest gotów na każdą ofiarę, na wszelkie wyrzeczenie, na złożenie daru z samego siebie (tutaj zatrzymał się na chwilę, zastanawiając, czy aby nie zaszedł za daleko). 

Szedł, a łzy wypełniły mu oczy. Oto on, samotny jak wszyscy inni wielcy przywódcy przed nim. Pozostawiony w dniu próby, zmuszony do przemknięcia się pod żyrandolem, który drżał od narastającego tupania. Rozdarty gniewem i bólem na widok kurzu, jaki kłębił się na marmurowych schodach, zdjęty grozą, gdy odnóże dotknęło nie należycie wypolerowanej poręczy. Także tutaj dopuszczono się zdrady. Zaniedbano rzeźbione w stiuku rozety i portale, porzucono rżnięte ręcznie kryształy i witraże. Wszędzie, bez wyjątku, dostrzegał ślady spisku. Szare macki, ohydne i oślizgłe, wyłaniające się ze szczelin i zakamarków. Zbliżały się do niego, próbowały omotać i powalić na ziemię, gdzie niechybnie wydusiłyby ostatnie tchnienie…

Wodzu, nasz wodzu… – słowa powitania zakończyły heroiczną odyseję.

Perykles rozejrzał się i stwierdził (nie bez ulgi), że zdołał dotrzeć do Sali Plenarnej. Półkoliste rzędy siedzeń wydały z siebie serię jęków i skrzypnięć, gdy mrówki powstawały, aby go pozdrowić. Ukłonom Świeżości i Ciepłej Wody nie poświęcił zbyt wiele czasu. Od wielu lat nie wierzył w ich pozorowaną grzeczność, a po dzisiejszym przemówieniu nie będzie musiał ich nawet oglądać.

Tym, co przykuwało jego uwagę, były oblicza pretorianów i dyrygentów Dobrej Zmiany. To im należało poświęcić najwięcej czasu. Udawał, ze opuszcza głowę, że nie spogląda na nie spod przymrużonych powiek, ale widział wszystko. Maski lojalności, uległe uśmiechy i grymasy posłuszeństwa nie mogły go zwieść. Czuł, całym swoim pancerzykiem, że także wśród czają się faryzeusze. 

Pe –ryk – les! Pe – ryk – les! – Zbawca! Zbawca!

Pe – ryk – les! Pe – ryk – les!

Ryk podniósł się gdzieś z tylnych ław i rozszedł po całej Sali. Wódz kroczył w jednolitej wrzawie aż do podwyższenia, za którym zniknął na chwilę. To również musiał być jeden z podstępów. Schody, które prowadziły w górę, najpierw zawijały się serpentyną w dół, gdzie nakazał zbudować tunel ewakuacyjny. Wejście do korytarza wciąż nie było gotowe, a przecież mogła pojawić się potrzeba opuszczenia tej sali. 

Siła okrzyków wzrosła, gdy ponownie ukazał się na mównicy. Łaskawie zezwolił na trzy kwadranse owacji oraz braw, jakie wznoszono wszystkimi odnóżami. Wolał, aby zmęczyli się oklaskami, niż próbą sięgnięcia po kamień, lub coś jeszcze gorszego. Zbyt długo dzielił te mrówki, szydził z nich i osądzał o zdradę, aby pozwolić od razu na zajęcie miejsc.

Własne odnóże wzniósł w górę dopiero, gdy zauważył pierwsze omdlenia i zasłabnięcia. Teraz już wszyscy byli gotowi na przyjęcie jego słów. Już nikt nie będzie miał siły, aby odrzucić kolejny Wielki Plan. Sąd Ostateczny, bo taką nadał mu nazwę, leżał gotowy w jego szufladzie od dawna. Te Mrowisko, te wszystkie niepokorne i zbuntowane untermrówki nie pozostawiły mu wyjścia.

Drżące z przejęcia odnóża rozwijały sfatygowany pergamin. Perykles spisywał go wytrwale za każdym razem, gdy przeżuł inne z wielkich przemówień ludzi, lecz zawarł tam przede wszystkim własne przemyślenia. Dzisiaj, gdy słuchano go nie tylko w tej izbie, ale w całym kopcu (przy pomocy specjalnie rozstawionych mikrofonów), mógł przekazać swoją wizję wszystkim mrówkom:

– Obywatelki i obywatele! – głos wodza załamał się dramatycznie. Perykles chrząknął jednak i dalej mówił już bez żadnych przerw. – Zwracam się do was, w godzinie największej próby, przed jaką stanęło nasze Mrowisko. Zwracam się do wszystkich, którzy wspólne dobro przekładają nad prywatne pragnienia swej tchawki. Zwracam się do tych, którzy mnie słuchali od zawsze i do tych, którzy od dzisiaj będą już zawsze mnie słuchać.

Nigdy nie sądziłem, że znowu nadejdzie taki dzień. Dzień kolejnej, ohydnej i strasznej, ogólnomrówczej zdrady, która tak wiele razy strącała nasz kopiec w otchłań niewoli, w odnóża owadów obcych, nie znających naszego wspaniałego narzecza i pragnących tylko jednego – zniszczenia pamięci o tradycjach wielkich ojców naszych ojców i ich jeszcze większych ojców. Ja, który za sobą pozostawiłem tak wiele innych dni; dni walki o Dobrą Zmianę, jaka miała nas wszystkich przywieść do jedynej słusznej wizji wielkiego Mrowiska, zostałem zmuszony do stanięcia przed wami i wyjawienia okrutnej prawdy. Prawdy, która ostatecznie wyzwoli nas z niejasnych układów, z kajdan poddaństwa, z brzemienia uległości, jakie narzucono nam po odejściu dyktatury termitów.

Obywatele! Czy kiedykolwiek w waszych mrówczych umysłach, tak bardzo różniących się od mojego wielkiego umysłu, zrodziła się ta myśl? Czy jesteśmy naprawdę wolnymi mrówkami? Od lat wmawiano nam, że nasze Mrowisko jest niepodległe, że jego odbudowa musi tak długo trwać i kosztować nas wiele wyrzeczeń. Wmawiano nam, że jedni mogą mieć więcej niż drudzy, że porządek rzeczy jest taki, jaki jest i nie macie prawa go zmieniać. Wmawiano nam, że zmiana nie jest możliwa, że porzucenie w potrzebie, zapomnienie i szydzenie z trosk, jakie spadały co roku na umęczone pancerzyki to koszt budowy tej wolności. Ja mówię wam, że to wszystko było paskudnym kłamstwem, wierutną blagą i ohydnym oszustwem. Stopień zaś tej ohydności jest tym większy, że to wielu z naszych pozornych braci, z tych, którzy mienią się prawdziwymi i wiernymi mrówkami, przez lata wmawiało to przy każdej okazji. A prawda jest straszna. Straszna i okrutna. Nasze Mrowisko nigdy nie odzyskało prawdziwej wolności. Zmiana, pozorowana zmiana i upadek termitów był zagraniem zdrajców niegodnych imienia mrówki. 

Dzisiaj krążycie po korytarzach coraz bardziej pogrążeniu w smutku i gniewie. Jakaż to siła i jakaż podstępna potęga sprawia, że nie prostujecie swych pancerzyków, że nie podnosicie głów, że jakieś nienawistne moce budują pomiędzy nami granice, utrwalają podziały, niszczą piękną i wspaniałą, mrówczą wspólnotę? Czy nasze Mrowisko jest zbyt biedne, abyśmy wszyscy żyli godziwie, bogato, cudownie? Nie obawiajmy się powiedzieć tego głośno, całą mocą tchawki – nie jest. Nie jest i nigdy nie byłoby, gdyby nie ci zdrajcy. Ich rola w utrwalaniu tego poddaństwa przez dziesięciolecia pozostawała sekretem. Ustawiono ich na piedestałach, każąc bić pokłony i czcić w imię fałszywych haseł równości, braterstwa i wolności. Oni sami skrywali się pod okryciem szynszyli i srebrnych lisów, które wciągają na pancerzyki podczas swych nienawistnych marszów.

I właśnie ci zdrajcy, wszystkie untermrówki, które być może tupią tuż koło was, są naszym wrogiem zaprzysięgłym, prawdziwym i jedynym. To one próbują znowu wmówić, że zagrożona jest nasza wolność, że nastąpił jakiś zamach i że ktoś pragnie zamknąć was w kopcu własnych wyobrażeń. A przecież to one, przez te wszystkie lata, gdy u władzy nie było Dobrej Zmiany, bez pracy i bez wysiłku budowały sobie prawdziwe pałace. Ich jamy, w odróżnieniu od naszych jam, błyszczały się od sreber i złoceń, pyszniły się kryształami i klejnotami. Ich futra ogrzewały ich, gdy my marzliśmy, a ich jadło było dla nas jedynie marzeniem.

Przez te wszystkie lata mogliśmy tylko patrzeć i łzy bezsilności toczyły się z naszych oczu, gdy kawałek po kawałeczku oni wyprzedawali nasze Mrowisko. Banki, szpitale, fabryki – to wszystko niemal w całości jest w obcych odnóżach. W odnóżach owadów, które ośmielają się ze swych siedlisk dyktować nam, jak winno działać Mrowisko. Oni, ze swych wygodnych foteli, gdzieś daleko na zachodzie lasu, mają czelność wysyłać swoje komisje, ważą się rzucać bezpodstawne oskarżenia i szkalować dobre imię Dobrej Zmiany. I kto im w tym pomaga? Mrówki. Niby podobne do nas, niby takie same, ale jednak fałszywe i zdradzieckie, pełne zakłamania i obłudnej troski.

Szklanka wody pozwoliła wodzowi zwilżyć przełyk i prześlizgnąć się spojrzeniem po zgromadzeniu Wielkiej Izby. Ze zgrozą dostrzegł, że wiele mrówek zaczyna ziewać i tylko straż, jaką ustawił pretorianin Trzcinka pilnowała, aby nie opuszczali siedzeń. 

Musiał kończyć, ale żaden z nich, nawet najwierniejsi z wiernych nie wiedzieli, co zaplanował.

– A ja mam dość! – wrzasnął bez ostrzeżenia. – Ja mam dość, cholera jasna, niech to mrówkojad zeżre, mam dość! Jarzmo, które spleciono odnóżami zdrajców, powróz poddaństwa, którego nikt nie miał odwagi przeciąć przez tak wiele lat, będzie zerwany. Zrobię to ja, wasz Perykles. Tak jak nie ma odwrotu od Dobrej Zmiany, tak nie ma powrotu do błędnych metod i praktyk sprzed naszego zwycięstwa. Nigdy więcej, powtarzam, nigdy więcej nie pozwolimy, aby wmówiono nam, że wolność wymaga trwania w bliżej nieokreślony zasadach. To my, prawdziwi mieszkańcy Mrowiska ustalimy, czym jest nasza wolność. To my pokażemy zdrajcom, jak kończy się próba zamachu na Mrowisko. Wtedy i tylko wtedy nasze życie stanie się lepsze, moje kochane mróweczki, nasze życie stanie się weselsze. Tworzenie tego życia zaczniemy od odbudowy pomnika mojego brata, jeszcze większego i jeszcze wspanialszego niż ten, zniszczony podstępnie przez zdrajców. Teraz nauczymy się zaś nowego mrówczego hymnu Stary nie wzywał nas wystarczająco mocno do walki, był echem dziejów dawnych i nie przystających do potrzeby dzisiejszej walki ze zdradą. A tylko walka, tylko wojna i tylko surowe ukaranie zdrady, jaka czai się wszędzie i dookoła, mogą powieść nas wszystkich ku lepszemu życiu. Śpiewajmy zatem! 

W tym miejscu korytarze w całym kopcu, na wszystkich poziomach, w jamach i norach rozświetliły specjalne ekrany. Na polecenie Peryklesa montowano je od dłuższego czasu. Ich kamery pozwalały na śledzenie mrówczych nastrojów, ale dzisiaj pojawiły się tam pierwsze słowa mrówczonalistycznej pieśni. Jasne i nie pozostawiające żadnych złudzeń, co do wodzowskiej wizji. Przez mikrofony wytoczyła się melodia z piosenki, której tytuł wyleciał Peryklesowi z pamięci. Rzecz tyczyła jakiegoś ostatecznego odliczania, co dość dobrze kojarzyło się z rachubami twórcy.

 

(na melodię The Final Countdown)  

 

Byliśmy braćmi, byliśmy rodziną,

dzisiaj czujemy jedynie gniew.

Drżyjcie więc zdrajcy, wasz czas przeminął. 

nie chcemy w Mrowisku paskudnych plew.

 

Dość podłych kłamstw, chamstwa, obłudy

nikt wam nie będzie kłaniał się w pas,

wasz owoc zdrady przed laty zatruty

więcej nie skusi żadnego z nas

 

To już ostatnie jest odliczanie,

czas wyciąć zdrajców w pień

i nie przeszkodzi w tym żadne kazanie

– Mrowisku potrzebny jest nowy rdzeń

 

Byliśmy braćmi, lecz światło pochodni,

którą wciąż dzielnie dzierży nasz wódz

odkryło wiele potwornych tak zbrodni,

że dzisiaj chcemy was tylko tłuc.

 

Niechaj przemówią pałki, kańczugi

bicze, kłonice, nahaje i kije

krwią trzeba spłacić z przeszłości długi,

choć waszej zdrady krew żadna nie zmyje.

 

To już ostatnie jest odliczanie,

czas wyciąć zdrajców w pień

i nie przeszkodzi w tym żadne kazanie

– Mrowisku potrzebny jest nowy rdzeń

 

Byliśmy braćmi, lecz dzisiaj drżenie

napełnia odnóża wasze i tchawki,

bo twardej prawdy ostre kamienie

bić będą aż po ostatnie drgawki

 

i spadną wnet fałszywe maski

i płacz wasz usłyszą daleko stąd,

lecz tu nie będzie już żadnej łaski

oto Mrowiska ostatni sąd.

 

Uśmiechnięty Perykles w końcu wyłączył mikrofon. Nie potrzebował już, aby słyszano go w całym Mrowisku. Rozkazy, które rozesłał tuż po zwycięstwie Dobrej Zmiany, z całą pewnością zostaną wykonane. Poza tym przekazał swoje przesłanie dla tłuszczy. Niech szeregowe mrówki same zajmą się wielbicielami tych marszów i wierszyków. 

Reszta słów, nie spisanych w oracji, należała do Wielkiej Izby. To tutaj rozegra się największa batalia, ale i na to był przygotowany również i na to starcie. Nie musiał też długo czekać. Mrówka z opozycji zerwała się ze swojego miejsca, a odnóże Peryklesa powstrzymało włócznię strażnika. – Nie ważysz się! 

Wódz nie przestawał się uśmiechać.

Hańba!

Na twarzy Peryklesa wciąż nie było widać żadnej zmiany.

Hańba! – głos wzburzonej mrówki przedarł się w końcu przez rzeszę szeptów.

Hańba! – wsparło go kilka innych okrzyków.

Hańba! Hańba! Hańba!

Oblicze przywódcy Dobrej Zmiany okazywało jedynie znudzenie.

Kłamca! Jesteś kłamcą, Peryklesie!

W Wielkiej Izbie dało się zauważyć poruszenie. Niektóre mrówki sięgały po telefony, jakich tym razem Perykles nie nakazał im odebrać. Wpatrywano się w maleńkie ekrany i kręcono łepkami, jakby nie mogąc uwierzyć w pojawiające się tam obrazy. Na wszystkich korytarzach i poziomach Mrowiska pojawiły się wojska Obronności, a ich wozy i czołgi rozjeżdżały protestujące mrówki. Widać było również brunatne koszule zwolenników Dobrej Zmiany, którzy rozpędzali tłumy za pomocą kijów i pałek.

Szerokie masy zawsze łatwiej ulegają wielkiemu kłamstwu niż małemu – Perykles powiódł dookoła wzrokiem. – Poza tym zwycięzcy nikt nie będzie się pytał, czy mówił prawdę.

Uśmiech spełzł z nalanego oblicza niczym martwa larwa. Cienkie wargi zacisnęły się, gdy Perykles nakazał ruszyć strażnikom. Włócznie pochyliły się i zaczęły wypychać z Wielkiej Izby każdą mrówkę, która odważyła się choćby podnieść głowę. Wkrótce na siedzeniach pozostali jedynie pretorianie Dobrej Zmiany. Wódz chciał do nich przemówić, rozwiać wątpliwości.

Zobaczył jednak, że część z nich wstaje. W milczeniu zaczęli zmierzać w stronę wyjścia.

Co to ma znaczyć? – krzyknął. – Wracajcie! Natychmiast wracajcie!

Odwrócił się do Sprengera i Fouche`go. Ich oblicza nie wyrażały niczego. Były obojętne, lecz cień tej obojętności wywoływał w jego tchawce nieokreślony lęk. Zmarszczył brwi widząc uśmieszek Katona. Nigdy nie wierzył tej podstępnej mrówce. Nigdy nie ufał jej tak jak Talleyrandowi, który teraz jednak odwrócił się i udawał, że go w tej Izbie nie ma. Przecież to nie mogła być prawda. Nie teraz, gdy udało odnieść się kolejne zwycięstwo.

Zatrzymajcie ich! Czemu tak stoicie!

Nikt go nie chciał słuchać. Pretorianie wychodzili. Jeden po drugim opuszczali Wielką Izbę. Nie przeszkodził im Torquemada, stojący gdzieś w cieniu. Nie piszczała już nawet Paprotka, która przez tak wiele dni nie miała odwagi sprzeciwić się nawet szeptem. Nigdzie nie widział też Stempla, któremu nakazał pojawienia się w tej sali i przekazanie całej władzy tylko w swoje odnóża.

Zaczynał się bać. Zimny pot pociekł po pancerzyku, przypominając wstydliwy sekret nocnych koszmarów. Żaden z wezwanych, mimo że dawał im umówione znaki, nie uczynił nawet kroku, aby spełnić wolę przywódcy.

Wy też? Wy też mnie zdradziliście! – płaczliwy głos nie brzmiał już tak groźnie. Perykles zobaczył, jak do Wielkiej Sali wchodzą ubrane na biało postacie. W ich odnóżach widniał kaftan, którego przeznaczenia nie musiał się już domyślać. Jedna z nich wyciągała w jego stronę ogromną strzykawkę, a jej uśmiech zdradzał, gdzie ma zamiar wbić igłę.

Koszmar, prawdziwy koszmar. 

Ale jak to możliwe? Teraz? Gdy wygrał? Gdy niezaprzeczalnie i bez żadnej dyskusji sięgnął po pełnię władzy nad Mrowiskiem?

Próbował zerwać się do ucieczki, ale białe postacie były o wiele szybsze. Oplotły go odnóżami i przycisnęły do ziemi. Chciał jeszcze krzyknąć, ponownie wezwać pretorianów, ale już nikt go nie słyszał. Już nikt go nie chciał słuchać.

 

15 -

 

„Pacjent zdradza objawy paranoi, manii prześladowczej, połączonej z silną neurozą oraz fiksacji na punkcie spisku i zdrady. Wstępne badanie wskazują na znaczne upośledzenie funkcji poznawczych i deformację uczuć. Pacjent nie ukrywa swojej wrogości wobec znacznej części otaczającej go rzeczywistości. Wykazuje przy tym wysoki poziom agresji słownej i werbalnej, co objawia za pomocą obelg, gróźb i wezwań innych pacjentów do buntu przeciwko personelowi szpitala. Pacjent z wysokim przekonaniem o własnej nieomylności, niesłychanie drażliwy i skory do niekontrolowanych zachowań w szczególności, gdy ktoś nie zgadza się z jego zdaniem. Pacjent o dość ograniczonych horyzontach umysłowych, jednak całkowicie odrzucający tezę o stworzeniu wymyślonego świata. Mimo przeprowadzonej terapii odporny na większość lekarstw, niechętnie współpracujący, ulegający znacznym wahaniom nastroju. Odrzuca jakiekolwiek autorytety, oskarżając je o stronniczość i udział w wyimaginowanym spisku. Skory do manipulacji i prowadzenia intryg, mających na celu uzyskanie osobistych korzyści. Niekiedy uczestniczy w terapii, udaje częściowe wyciszenie i przybiera pozę uległości, po czym jego zachowanie zmienia się i intensyfikuje w sferach paranoicznych i agresywnych. Nie liczy się ze zdrowiem i życiem innych pacjentów oraz personelu szpitala. Jak zdradza: „Jestem gotów poświęcić was w imię Dobrej Zmiany”, jednak nie określa, na czym miałaby owa zmiana polegać. Pacjent próbuje zastraszać, wygłasza długie przemowy, w których bez szczegółowej analizy można dostrzec elementy nienawiści, wzajemnego podjudzania, szczucia i wrogości przeciwko regulaminowi szpitala i zaleceniom lekarzy. Ogólna konkluzja opiera się na wdrożeniu rygorystycznej terapii elektrowstrząsowej. Zalecenia na przyszłość dotyczą także znacznego zwiększenia podawanych medykamentów, szczególnie ze sfery leków potępieńczych i uspokajających. Należy również rozważyć konieczność lobotomii, co usunęłoby sporą części martwego mózgowia. Można tutaj założyć, że rozpoczęty przed laty proces gnilny może skutkować jeszcze większym natężeniem objawów chorobowych”.

Doktor Normalność przestał stukać na maszynie. Jego spojrzenie prześlizgnęło się po zapisanej właśnie kartce. Nie miał pewności, czy wnioski, jakie tam zawarł wystarczą, aby uspokoić najbardziej kłopotliwego pacjenta. Mrówka, która była najstarszym z mieszkańców jego szpitala, wciąż nie chciała odpowiedzieć na żadną z zaaplikowanych terapii. Ostatnio, niemal o włos, doprowadziłaby w całym szpitalu do buntu. Jej przemowy trafiły do głów pacjentów, a spryt i znajomość reguł, jakie panowały w Mrowisku, stały się budulcem kolejnego z szalonych planów.

Na całe szczęście wróciłem w samą porę – doktor Normalność wyjął kartkę z maszyny i włożył ją do teczki. Bez większego wahania przycisnął swoją pieczątkę, złożył podpis i zamknął teczkę. Jeżeli szpital Mrowisko miał pozostać prawdziwym szpitalem, ten pacjent potrzebował specjalnego traktowania.

Zgasił światło, gdy wychodził z pokoju. Cienie zatańczyły na tekturze, zasłaniając większość liter, które zdradzały imię pacjenta. Trudno było dostrzec kim była ta mrówka. Czas, jaki spędziła w szpitalu jeszcze bardziej poszarzał ciemną obwolutę. Osiem słabych zarysów wyjaśniało tajemnicę, ale widać było jedynie dwa z nich.

 

J_ _ _ _ _ _ w.

 

Koniec

Komentarze

Przeczytałam dwie pierwsze części.

To czysta polityka, tylko przekładasz ludzkie pojęcia na mrówcze i zmieniasz imiona. Nie odczuwam chęci czytania długiego tekstu o czymś, co już kiedyś przeżywałam i co mi się nie podobało.

Dodatkowo trochę zgrzyta fakt, że większość mrówek to samice, a Ty masz prawie samych samców.

Babska logika rządzi!

Czy niekiedy nie warto jest zainteresować się polityką, skoro tak często to polityka interesuje się nami? Błędy w entomologii wynikają z niewiedzy (co do której nie potrafię odnaleźć usprawiedliwienia), ale z drugiej strony – czym lepiej byłoby zastąpić Mrowisko? Poza tym to w tej polityce cały czas więcej mężczyzn (i to pozujących na macho), zatem nie miałem większego wyjścia.

Chyba lepiej wyjechać w Bieszczady niż babrać się w tym łajnie.

Rozumiem, że analogia do mrowiska zacna. I nie mam lepszego pomysłu na inną. Tak tylko uprzejmie donoszę, że mi trochę przeszkadza to niedopasowanie płci.

Babska logika rządzi!

Prostacka prop-agitka, odrzucająca zarówno wulgarnymi analogiami, jak i składnią pozbawioną coniunctivu. Anglicy 300 lat temu nazwali ten gatunek pamfletem politycznym. Potrafił być literaturą przez wielkie L: Podróż Guliwera, Czarnoksiężnik z krainy Oz… Ale widzisz, żeby twoje dziełko było czymś więcej niż tylko politycznym łajnem, musiałbyś najpierw zamaskować nuworyszowską nienawiść do swego Arcywroga;). Rozprawiać się z nim na łamach swego pamfletu na zimno, beznamiętnie, z lekkim dystansem, rodzącym elegancję stylu, a w następstwie – myśli. Inaczej zawsze Twoje dzieła odebrane zostaną jak, najdelikatniej ujmując, odpad kuchenny, niezależnie przeciw komu aktualnie byś je pisał. Walka polityczna niekoniecznie wymaga machania piórem jak cepem, zwłaszcza gdy się wchodzi na salony. Wśród ludzi dobrze wychowanych trzeba mieć rozum niezaćmiony objawonymi prawdami, ofertę inteletualną będącą czymś odrobinę choćby większym niż zaproszenie do gry w salonowca, zwanego też niekiedy dupniakiem, i czyste buty, starannie wyczyszczone z gnoju partyjnych hejterowni. WSZELKICH hejterowni, niezależnie od ich właścicieli . Za stary jestem, by ekscytować się tu jakimiś przelotnymi politycznymi fascynacjami nowych "pryszczatych". Wszystko już było. A teraz idę umyć ręce. Wbrew temu, do czego zachęcasz, w wodzie z mydłem, nie zaś bratniej krwi.

 

Przychylając się do ogólnej opinii przedpiśców dodam jeszcze, że te wierszydła “na melodię Roty” nijak nie dałyby się na tęż melodię zaśpiewać.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Nowa Fantastyka