- Opowiadanie: MrBrightside - Transgresja

Transgresja

Z pewnością wiele można by w tym tekście jeszcze poprawić, ale zabrakło czasu i umiejętności.

Ukłony dla NoWhereMana i Nerissy za konsultacje.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Biblioteka:

Użytkownicy, Użytkownicy V, katia72

Oceny

Transgresja

Krew bez entuzjazmu wypłynęła z zaciętego policzka, plamiąc rękaw oblekający przykurczone niedołężnością ramię.

– Przepraszam – szepnął Maxim Mounire. Postawny, choć mocno już szpakowaty mężczyzna. Dłonią zdobioną dwoma pierścieniami o zniewalających kamieniach barwy szkarłatu sięgnął po kawał szmaty.

Oporządzany staruch pisnął nie dlatego, że odrobinę zapiekło, gdy ścierka spotkała ranę. Łzawił nie z powodu przeczulicy, jaka już dawno zajęła zapadnięte policzki. Nie z zimna drżał.

Tak bolała bezradność. Aldric Mounire nigdy nie pogodził się z faktem, że starość i kalectwo przychodziły w parze, a na dodatek postępowały szybciej, niż pozwalałaby na to jakakolwiek przyzwoitość. Czas z bezdusznością wprawnego kata przekreślał dobytek dokonań całego życia, zostawiając raptem cień – żałosną imitację człowieka, niezdolną choćby utrzymać w ręku brzytwę. Po bohaterze, który zjednoczył zachodnią marchię z kontrolowanym przez Serapha Południem, nie pozostało już nawet wspomnienie. Nawet ono zaczęło zanikać w strudzonym życiem umyśle.

Maxim obejrzał swoją pracę. Nie licząc zacięcia, był nawet zadowolony. Aldric natomiast powoli się uspokajał. Po tylu latach razem, Maxim znał już niemal wszystkie dziadczyne zwichrowania. Od lat sam również przygotowywał się do roli niedołężnego ciężaru, a i tak nie potrafił sobie wyobrazić siebie pozostającego na łasce innych. Maxim już dawno przestał więc reagować, bo zazwyczaj użalanie się tylko pogłębiało starczą melancholię, wywołując stan, który trudno było potem znieść i opanować. U obu z nich. To pasjonujące jak relacja przodek-potomek rozkwita z czasem w przepiękne partnerstwo, by wraz z biegiem tej niepowstrzymanej siły poddać się regresji, wytwarzając na nowo ową pierwotną zależność.

Ptasie trele były wszystkim, co mąciło ciszę bretońskiej prowincji, jednak wystarczały, by zagłuszyć zgiełk wojny toczonej daleko stamtąd. W beztroskiej scenerii jawiła się ona jako coś nierzeczywistego. Serce, trącane sumieniem, wymagało przejęcia, lecz nie wiedzieć czemu, jakby kapryśnie, ono wcale nie chciało nadejść. Jakby konflikt angażujący cały kontynent był czymś, co toczyło się obok. O czym można, ale nie trzeba mieć zdania. Liczyło się tylko dokończenie toalety. Przycięcie paznokci na powykrzywianych palcach. Maxim, zostawiwszy Aldrica przed chatą, zniknął w przedsionku, zmierzając po cążki.

Wrócił szybko i bez przyboru, gdy doszło go zawodzenie Aldrica, które lata temu brzmiałoby pewnie jak donośne wołanie. Maxim stanął w progu, a chwilę później wszelkie nawoływania i trele zamilkły. Przed chatą zgromadził się mały tłum, ze trzy tuziny najmniej, a każdy z przybyłych nosił czuprynę czarną jak smoła i stężałe, zadziorne oblicze. Stali tak w bezruchu, wszyscy za wyjątkiem mężczyzny z zakolami, nazwiskiem Breq Looke, który wyszedł przed szereg, bez powodu podniecony. Maxim wyprzedził jego zamiar odezwania się:

– Co wy sobie myślicie, przychodząc tutaj?

Aldric ciężko sapał, a z ust pociekła mu ślina. Zacietrzewionym spojrzeniem świdrował przybyszy.

– Staruch już wie, co was czeka. Imponujesz mi tym spokojem, Maximie. Ale nawet ty nie sprostasz furii całego rodu.

Tłum ożywił się, jakby celem poparcia tych słów. Ród Looke parał się nekromancją, więc przybyli robić to, co potrafili najlepiej – mordować i babrać się w zwłokach.

– Nie jestem już namiestnikiem Zachodu. Tracicie czas. Wasze cele dobierają się teraz najpewniej do skóry cudownemu Uriahowi.

– Nasz cel jest tutaj. Każdy namiestnik Zachodu liczy się ze zdaniem Mounire’ów, a najważniejszy z nich od lat nie chce zdechnąć. Powiedz, Maximie, jakie to uczucie móc w końcu sczeznąć po ponad wieku bycia uważanym za bóstwo? Co czuje człowiek, którego własny syn zamienił się w starca szybciej niż on sam?

– Wnuk. Syn już dawno nie żyje.

Cisza, która zapadła, gniotła, miażdżyła spokojem. Całe pokolenia Looke’ów zwątpiły i w jednej chwili stały się małe w tym swoim zwątpieniu. Z panicznego marazmu pierwszy wyrwał się Breq, który zacisnął pięści, zagryzł zęby i wycedził:

– Bracia! Nasz wielki brat, Uriah, sam jeden opiera się teraz trzem armiom omamionym pięknymi słówkami kapłanów fałszywego boga! Czymże zatem dla nas będzie dobić tego głupca? Ten symbol ślepego oddania naszych ojczyzn w łapy Serapha! Maximie, nikogo dziś nie obchodzi, jak wielką legendą zdołałeś obrosnąć przez ostatni wiek. Liczy się tu i teraz.

Podziałało. Zabrzęczały trupie wisiory w rękach nekromantów. Aldric Mounire oddychał coraz szybciej. Jego dziad z kolei splótł palce i w zamyśleniu przyłożył je sobie do ust.

– Tu i teraz – powtórzył z uderzającym bólem. – Dlaczego po prostu nie przestaniecie bluźnić? Aeon wam wybaczy. Jest łaskawy. Po co przelewać krew?

– Seraph omamił was wszystkich jak dzieci! Usta wypchane frazesami o cnotliwości, a jedyne na czym mu zależy, to złoto! Jak możesz tego nie dostrzegać?! Błądzisz i w błąd wprowadzasz całe pokolenia!

Z lasu nieopodal nadciągnął pomruk. Niski, gardłowy, rezonujący – jakby monstrum zbudzone z odwiecznego letargu.

Maxim w tamtej chwili pomyślał o człowieku, z którym toczył bój blisko wiek temu. Eylanie, gdy nadszedł twój czas, ciągle konsekwentnie odwracałeś się od Aeona. Z jego pomocą z pewnością to ty stałbyś dzisiaj na moim miejscu. Jak byś postąpił? Nadal byłbyś równie pewny?…

Ja tak nie potrafię.

– Tylko Aeon może nas sądzić.

 

Gun Kyurnaca, chłopak zazwyczaj szybki w działaniu dzięki swej umiejętności, a jeszcze szybszy w myśleniu dzięki rodowej krwi, tym razem upadł na kolana i zastygł cały ociężały. Oto Maxim Mounire, były namiestnik zachodniej marchii, leżał bez życia z sercem przeszytym własnym cieniem.

– Dokonało się – obwieścił na widok przybysza drżący z podniecenia Breq Looke. Jego Muśnięcie Zdradliwej Śmierci miało przejść do historii jako czar, którym zamordowano najwspanialszego z magów.

Bitwa kosztowała Breqa utratę ramienia. Krew Mounire’a, choć bezcenna, stanowiła jednak ledwie ułamek przelanej juchy w tamtej bretońskiej wsi, po której nie ostał się nawet ślad. Dookoła, jak okiem sięgnąć, wznosiły się ku chmurnemu firmamentowi drzewa o pniach grubych niczym wieże zamków. Wszystkie splamione posoką buntowniczego rodu Looke’ów, większość wciąż chciwie dzierżąca ludzkie mięso w objęciach masywnych konarów. Puszcza przesiąkła mocą po ostatni liść w koronach, po ostatnią igłę w ściółce. Tak wielką potęgą władali Mounire’owie – najwspanialszy z dziesięciu Wielkich Rodów. A Maxim był najwspanialszym z Mounire’ów.

– Nie zabiję cię – rzekł, siląc się na spokój. – Ktoś musi przekazać dalej dobrą nowinę.

Nogi i dłonie Kyurnaci nie przestawały drżeć. Zaciskał pięści, walczył z myślami. Nie dawaj się prowokować, powtarzał Maxim Mounire, gdy chłopak wracał poharatany z kolejnych bijatyk. Waż siły na zamiary, a zostaniesz magiem wybitnym.

– Zapłacisz za to…

Chłopak rozwarł pięść, szukając siły w niewielkim amulecie boga Aeona. Dostał go od Givaoo, namiestnika północnej marchii, nim ten przeniósł front poza kontynent swym niewyobrażalnym zaklęciem, a potem skonał, rozszarpany przez hordę Uriaha. To również on nakazał Kyurnacę czym prędzej dotrzeć do Maxima Mounire’a. Ach, gdybym tylko był szybszy!

– Twój żałosny bożek nic nie może. – Ostatni ocalały nekromanta zauważył rozterkę chłopaka i jego amulet. – A Pan zza lądolodu gardzi słabością. Obawiam się, że nie ma dla ciebie na tym świecie przyszłości.

Kyurnaca podniósł wzrok. Sapał. Nie musiał nic mówić. Do przelania czary brakowało kropli.

– Cóż za spojrzenie! Nienawidzisz mnie? Dobrze… chodź. Wygaszę ostatnią linię twojego żałosnego rodu.

– Ty morderco!

Gun Kyurnaca zgarnął z ziemi lekki miecz; zaszarżował na wroga z wrzaskiem. A potem zniknął. Świsnęło. Znikał i pojawiał się w pozornie przypadkowych lokalizacjach dookoła nekromanty, z każdym skokiem zaciskając okrąg i wywołując ułudę, że nagle się powielił. Breq pamiętał tę sekwencję kroków z bitew toczonych dziewiętnaście lat wstecz, kiedy to ród Looke wybił w pień Kyunarców i zajął ich miejsce wśród wielkiej dziesiątki. Efektywnie się bronił, szukając okazji do śmiertelnej kontry, licząc, że starczy mu sił na jeszcze jedno zaklęcie.

Gun był przekonany, że wreszcie znalazł dziurę we wrogiej defensywie i cięciem prosto w tętnicę pozbawi Looke’a życia. Tymczasem cień nekromanty pociemniał, zakotłował się. Wyczekiwał kontaktu z zarysem przeciwnika, by owinąć jego ciało, przeszyć pierś…

Lecz Gun Kyunarca w ostatniej chwili odpuścił, zaparł się stopą i niezgrabnie przetoczył kawałek dalej, bo zobaczył to, czego Looke nie zdążył jeszcze zauważyć. Wkrótce ukazał się jeździec nadciągający od wschodu. Kobieta. Bez wątpienia arystokratka, choć odziana bardziej wygodnie niż wytwornie, by móc podróżować na rumaku. Zwierzę uparcie odmawiało przeciskania się pomiędzy niebotycznie grubymi pniami, jednak jego pani znajdowała sposób, by posuwał się naprzód. Wkrótce ściągnęła wodze i ukazała się w pełnej krasie – włosy miała równie czarne co Looke’owie, gdzieniegdzie poprzetykane tylko siwymi nićmi. Na palcu klejnot jarzący się szkarłatem. Na twarzy bezkresną zgrozę.

– C-ciotka Mira!

Mirę Looke ogłoszono głową rodu nekromantów po tym, jak jej syn poprowadził krewniaków na zwycięską batalię z klanem Kyurnaca. Poszukiwano go później jako ludobójcę we wszystkich trzech marchiach i ostatecznie został zamordowany, gdy próbował przekroczyć lądolód oddzielający wschodnią prowincję od Dalekiego Imperium.

– Gdyby chłopak się nie zawahał, byłbyś martwy. Zabity nie z ręki boga magów, lecz przez własną głupotę.

W odpowiedzi usłyszała prychnięcie.

– Mogę umierać, wypełniłem misję. Wszyscy wypełniliśmy. – Breq głową wskazał po zasnutej krwią i ludzkim mięsem okolicy.

– Rozumiem.

Zsiadła z wierzchowca.

– Co tutaj robisz, ciotko? Uriah i tobie wydał polecenia. Czyżby Imperator okazał się być niegościnnym?

Gun Kyurnaca podniósł się i stanął, pochylony, na drżących nogach. Spojrzenie miał jeszcze bardziej zacietrzewione niż wcześniej. Zwrócił uwagę nekromanty.

– Znowu te oczy. Ach, gdyby wzrokiem dało się zabijać… – powiedział Breq i zbliżył się o trzy kroki do chłopaka, ciekaw jego reakcji.

Kyurnaca instynktownie spróbował się cofnąć, ale zupełnie zapomniał o drzewie za plecami. Wpadł na nie. Choć zdezorientowało go to tylko na krótką chwilę, Breq Looke zdołał wychwycić w jego oczach, oprócz gniewu, także nieudolnie skrywany popłoch.

– Jak zwierzę… – skonstatował wyszczerzony nekromanta. – Nie wiesz, co zrobić. Rozsądek nakazuje uciekać. Duma walczyć. Do tego Okruch na palcu ciotki Miry to ten sam, który przez wieki przekazywała sobie twoja rodzina.

Kobieta ruszyła niespiesznie, by stanąć u boku krewniaka. Gun uniósł przed siebie miecz, ale nie potrafił ukryć drżenia ciała, czym tylko rozochocił Looke’a:

– Twój ukochany namiestnik miał aż dwa Okruchy. – Spojrzał na sygnety zdobiące kciuk i wskazujący palec na zwłokach Mounire’a. – Może wystarczyło poprosić, a dałby ci jeden? Twój nic nie warty ród znów mógłby się chełpić przydomkiem „wielki”…

Nekromanta urwał, bo Mira Looke złożyła mu pocałunek na policzku, szepcząc:

– Muśnięcie.

Cienie obojga Looke’ów połączyły się, by za moment ścisnąć ciało Breqa i przebić mu serce. Mężczyzna zakrztusił się, splunął krwią. Czerwień pociekła po brodzie.

– Co?… – Podniósł obolały wzrok. – Nie pozwolę!…

Ścisnął trupi wisior, aż z dłoni pokapała jucha. Na piersi nekromanty pojawił się złoty ciąg symboli, ekspandujący w kierunku kończyn. To Zapomniane Znamię Umierających, zauważyła Mira. Skąd ten drań ma ciągle siłę, by czarować?!

– Uciekaj! – krzyknęła do Kyurnaki. – Zamierza się wysadzić!

Chłopak błyskawicznie posłuchał i wpadł pomiędzy drzewa.

Miała odrobinę czasu. Zaklęcie nabierze mocy dopiero, gdy symbole obejmą całe ciało. Zdąży się oddalić, by go dobić… Ale… coś blokowało nogi… Skąd ten cień? Niebywałe! Drugie zaklęcie! Breq używał szczątków braci jako medium, żeby spowolnić Mirę.

W ostatniej sekundzie życia Breq Looke zobaczył najżywszy strach na twarzy nestorki swojego wymierającego rodu. Odszedł przez to w poczuciu spełnienia.

Niemniej nie udało mu się nikogo zabić. Gun Kyurnaca, uciekając, spojrzał za siebie i widząc obrót spraw, natychmiast podjął decyzję. W czterech skokach dotarł do Miry, przeniósł ją byle dalej od umierającej bomby, a gdzieś w głębi serca chował przeświadczenie, że czynił słusznie. Gdy lądowali, odepchnął nekromantkę precz od siebie. Odszukał miecz; trzymając go, czuł się pewniej. Mira Looke długo nie wstawała.

Jej krewniak klęczał, cały sztywny, z opuszczoną głową. Złote symbole zniknęły.

– Niewypał? – Gun nie wytrzymał, nie wiedząc, czy powinien spodziewać się dalszych działań. Breq mógł tylko wyglądać na martwego.

– Zdążyłam go dobić, nim dopełnił się czar.

Okrutnie przytłaczające poczucie bezradności i własnej słabości ogarnęło nagle Guna Kyurnakę. Z tego wszystkiego aż opuścił broń wzdłuż nogi. Gniewne wzburzenie ustąpiło miejsca rozumowi, a do teleportera dotarło, że dla głowy rodu pokroju Miry Looke był jedynie nic nie znaczącą płotką.

– Musimy się spieszyć – rzekła jednak kobieta i wreszcie wstała, dyskretnie ocierając policzki. Ruszyła w stronę niedoszłego epicentrum eksplozji. – Uriah ma kurwę, która pochodzi z Van Hoennów. Jest sensorem. Na pewno już mu doniosła, co tutaj zaszło.

Chłopak, skołowany, podszedł do dwóch ciał i nekromantki. Uklęknął przy głowie Mounire’a i pierwszy raz w życiu zobaczył z bliska niezasklepione rany na ciele swojego mistrza. Potem spytał arystokratkę:

– Po czyjej ty właściwie jesteś stronie?

– Po stronie rozsądku. Uriah nie może wygrać tej wojny. Powtarza, że Aeon jest fałszywym bogiem, a zbawienie czeka jedynie wyznawców wiary zza lądolodu. Tylko że ja tam byłam, chłopcze. Na dalekim wschodzie to imperator jest bóstwem. Dosłownie. Jeśli nasze marchie nadal będą toczone konfliktem, nie będzie komu powstrzymać jego marszu.

– Jakim cudem niby dotarłaś do Imperium? Przekraczanie lądolodu jest zakazane, Wschód go strzeże jak oka w głowie!

Mira odepchnęła zwłoki Breqa tak, że padły na ziemię, jednocześnie robiąc miejsce przy ciele namiestnika. Z pietyzmem, uważając aby niczego przypadkiem nawet nie musnąć, podeszła do zwłok Mounire’a. Ściółka wrastała w jego ciało, łączyła się z nim w cudowny sposób niczym setki wici przytwierdzonych do tkanek. A więc tak wygląda Hymn Boskiej Kreacji, zamyśliła się na moment. W życiu nie widziałam czegoś podobnego.

– Mów!

– Oni się w jakiś sposób porozumieli. Uriah nie jest naiwny, nie rzucałby się z motyką na słońce, mając za dowód jedynie słowo. Jego moc przekroczyła limity dzięki błogosławieństwu Imperatora. Kto wie, może osiągnął poziom Maxima Mounire’a z czasów jego świetności?

Miecz Guna powędrował za pas. Mira Looke sięgnęła po mieszek z ziołami, mówiąc:

– Namiestnik Północy wykonał kawał wspaniałej roboty, przenosząc front spod Wiecznego Miasta na pustynię za Wielkim Morzem. Przydałby się jeszcze… – Rozsypywała garściami po zwłokach i dookoła nich. – Uriah na pewno znajdzie sposób, by odwrócić czar Givaoo.

Chłopak spuścił głowę.

– A więc wszystko stracone – odezwał się cicho. – Może Breq miał rację i Aeon tak naprawdę nic nie może… Uriah prawie sam odpiera armię trzech marchii tym swoim zakazanym zaklęciem. Jak oprzeć się takiej mocy? Jedyny, który mógł tego dokonać…

Urwał, gdyż ani jedno słowo więcej nie przeszło mu przez zaciśnięte gardło.

– Odwagi, młody Kyurnako. Seraph wybłaga łaskę u naszego pana. Odwrócona Droga Zbawienia to przerażający czar, ale jak każdy, ma swoją słabość.

– Niby jaką? – podchwycił chłopak, choć spytał bez przekonania.

Kobieta przerwała posypywanie zwłok ziołami. Spojrzała na teleportera.

– Maxima Mounire’a. Ciągle jest nadzieja, by uratować twojego mentora, chłopcze!

– Co? W okolicy jest ktoś z Van Hoennów?

– Nawet jeśli był, bitwa zmiotła z powierzchni ziemi miasto i jego mieszkańców. Chodzi mi o to, że nie tylko Uriah zna zakazane zaklęcia rodu Looke…

Kyurnaca trawił te słowa dłuższą chwilę. Potem uśmiechnął się gorzko.

– Lady Looke, z całym szacunkiem, ale nie pozwolę, byś uczyniła z lorda Mounire’a ożywieńca i marionetkę. Zasłużył na więcej godności po śmierci!

– Nie mówię o Odwróconej Drodze Zbawienia. Uriah jest jedynym, który potrafi ją wykonać. Natomiast istnieje inna formuła. Coś, czego nawet Van Hoennowie nie potrafili osiągnąć. Transmigracja Boskiego Tchnienia. Zaklęcie przenoszące życie z jednego ciała na inne.

Teleporter aż wstrzymał oddech.

– Ale… dlaczego?!

Mira zsunęła z palca sygnet i na chwilę zastygła, wpatrzona w lśniący szkarłatem kamień.

– Mój ród nie dojrzał do bycia nazywanym „wielkim” – rzekła, wciskając pierścień młodzieńcowi. – Jeśli Looke’owie mają dziś zniknąć z tego świata, chcę, aby nasze imię było kojarzone z czym innym niż bunt i zdrada. Przynajmniej tyle mogę naprawić.

Klejnot był przepiękny. Każdy Wielki Ród posiadał własny. Według legendy stanowił skamieniałą krew boga Aeona, toczącego przed wiekami bój z siłami ciemności, by bronić przed nimi swych wyznawców. Z poranionego ciała Aeona miała wycieknąć moc, która zadomowiła się w ludziach, dając początek kontrolowaniu magii.

Gun wpatrywał się w sygnet jak urzeczony. Co podłe i niegodne, za zupełnie nieistotne uważał w tamtej chwili kwestie wiary. Pierścień nie był relikwią, a pamiątką. Trofeum, które wielcy przodkowie rodu Kyurnaca wywalczyli pośród innych wspaniałych rodzin. Iskrą nadziei, że nie wszystko jeszcze stracone.

– Gdy zaklęcie nabierze mocy – kontynuowała Mira Looke – Mounire będzie zdezorientowany, ale nie możesz tracić czasu. Będziesz musiał natychmiast zabrać go na front. Teraz, gdy Uriah czuje się bezpieczniej, najpewniej przywoła jedynego maga, który kiedykolwiek równał się mocą z Mounirem. Na wojnie między wzniecającymi iskry a rozmawiającymi z duchami to byłaby rzeź. Tylko Mounire może powstrzymać to szaleństwo, dlatego spiesz się. Rozumiesz? Powiedz, czy rozumiesz!

Potrząsnęła nadal nieco oszołomionym chłopakiem, upewniając się, że na pewno jej słucha.

– T-tak… Rozumiem.

Nekromantka odetchnęła. Puściła Guna.

– Dobrze… Jeśli uda się zamordować Serapha… Inwazja będzie nieunikniona! Szczęścia, przyjaciele.

Odstąpiła od teleportera nieobecna, pogrążona w myślach. Kyurnaca ułożył ciało namiestnika na wznak. Wówczas nekromantka usiadła na piętach przy zwłokach, złożyła dłonie, zamknęła oczy. Jej trupi wisior wibrował, lecz ona sama zastygła.

Niesłychane, że swoim Hymnem Świętej Kreacji potrafiłeś praktycznie w pojedynkę mierzyć się z całym rodem, Maximie. Tak monstrualne zdolności tworzenia i regeneracji są nieosiągalne żadnemu innemu człowiekowi. Nawet wśród Mounire’ów nigdy nie miałeś dla siebie konkurenta.

Rozwarła powieki. Uśmiechnęła się lekko.

Wyglądasz młodziej niż ja, a ponoć żyjesz już na tym świecie sto trzydzieści lat. Twój ród jest długowieczny, ale nawet Mounire’owie rzadko dożywali setki… Może faktycznie sam Aeon cię wybrał i namaścił dawno temu na kolejne bóstwo?

A może to tylko zwykłe szczęście.

Powietrze zgęstniało wokół Miry Looke. Rozrzucone przez nią zioła uniosły się i zawisły w powietrzu.

Nekromantka rozrzuciła ręce na boki. Łączył je teraz łańcuch bladych, świetlistych kul różnej wielkości, skrzących się wściekle, lecz nie wydających najcichszego dźwięku. Gun Kyurnaca przyglądał się, oczarowany.

Napraw moje błędy, Maximie.

– Transmigracja Boskiego Tchnienia!

 

*

 

– Lordzie Van Hoenn! Raport z pola! – zawołał zlany potem giermek, rozpalony od szaleńczego biegu i lejącego się z nieba, pustynnego żaru.

Wśród mrowia żywych i martwych ciał oraz pochylonych nad nimi medyków, uwagę przykuwał szarowłosy arystokrata w sile wieku, wznoszący ręce ku niebu, ni to modląc się, ni to podtrzymując zaklęcie. Lord stał nieruchomo, plecami do hałaśliwego giermka.

– Nie ja dowodzę armią! Szukaj generała Aslaniiego i jemu raportuj!

– Lordzie…

– Niech ktoś stąd zabierze chłystka, do cholery!

Silne ramiona momentalnie chwyciły chłopaka i pociągnęły za sobą. Młody wierzgał, ale na nic mu to było.

– To generał Aslanii mnie przysyła! – krzyczał giermek. – Osobiście dołączył do bitwy po tym, co odkrył! Zaklęcie Looke’a zostało ulepszone! Ożywieńców nie da się zamordować!

Medyk naraz spojrzał za siebie.

– Co takiego?! – szepnął poruszony. – Krylya, Niibe, Fodeliusie, przejmijcie czar!

– Wuju – odezwała się jedna z wywołanych – jeśli przerwę, ten człowiek…

– Już!

Trójka medyków wzięła na siebie zaklęcie. Niewysoki, szczupły Quiss Van Hoenn żwawym krokiem podszedł do wyswobodzonego z uścisku chłopaka, mrucząc pod nosem:

– Jakby było mało, że w armii tego szaleńca są prawie same trupy… Mów, co wiesz, dzieciaku!

– Ożywieńcy leczą się, zamiast umierać. Ich ciała same reagują i wysysają siły z przeciwników.

Podstarzały kapłan Aeona przysłuchiwał się temu znad czyjegoś konającego ciała.

– Jak to wygląda?

– Tak jakby… wydobywali z człowieka takie blade kule, a potem je pożerali.

Quiss Van Hoenn zagryzł zęby i spojrzał ku największej wydmie w okolicy, zwieńczonej kamienną kopułą, pod którą krył się sprawca całej tej tragedii. Draniu… Połączyłeś Odwróconą Drogę Zbawienia z Transmigracją Boskiego Tchnienia. Czyżby wreszcie narodził się geniusz większy niż Mounire i Hougan?

– Generał Aslanii powiedział, że tylko Van Hoennowie mogą coś z tym zrobić…

Lord położył dłoń na ramieniu giermka. Obłędny, krwawy klejnot na palcu arystokraty wprawił chłopaka w oszołomienie. Przez to nie od razu zauważył, że czoło Van Hoenna rosi pot, a zazwyczaj gładko ogolone policzki niedbale porosła szczecina. Lord z bliska wyglądał zatrważająco ludzko.

– I zrobimy. Dobra robota…

Wtem piach eksplodował, by po chwili przekształcić się w monstrualną łapę, która złapała Quissa Van Hoenna jak kukłę i poczęła wciągać w czeluść, w objęcia śmierci. Najbliższa okolica, niczym grzęzawisko, pochłonęła dwóch leżących nieopodal, nieprzytomnych rannych.

Tonąc już niemal po pas, lord Van Hoenn uniósł ręce, by przygotować się do rzucenia czaru, lecz przerwał, gdy z ruchomego podłoża wyrosło popiersie na wpół ludzkie, a na wpół zbudowane z piachu. Wreszcie ujawnił się któryś z Espenskogarów, niegdyś najbardziej wpływowego rodu północy – władającego ziemią; członek jednej z pięciu prastarych rodzin, które opanowały magię żywiołów. Głowę na wysokości czoła miał przepasaną świetlistą nicią, lecz nie sposób było rozpoznać twarzy. Ożywieniec milczał. Wszystko to dlatego, że kosztem zwiększenia swej kontroli nad mocą, mag za bardzo upodobnił się do piachu, niemal się z nim scalił. Espenskogarowie, wieloletni namiestnicy Północy, wystrzegali się tego zabiegu i sięgali po niego tylko w ostateczności, świadomi, że kosztować mógł ich życie.

Z hukiem, tuż nieopodal obozu, wylądował namiestnik Zachodu i generał armii, śniadolicy Bahar Aslanii. Jego umiejętności, choć spektakularnie potężne, nigdy nie zdołały przesiąknąć gracją. Nosił na palcu kolejny z krwawych pierścieni Wielkich Rodów.

Na jego widok Quiss Van Hoenn natychmiast wrzasnął:

– Nie wstrzymuj się! Wytrzymam!

Jakby ćwiczyli tę sekwencję przez pół życia. Aslanii wykręcił młynek mieczem, wyjmując go zza pasa i uderzył nim w grunt. Piach pokrył czarny wzór przypominający sieć naczyń, a gdy dotarł do Espenskogara, eksplodował całą salwą.

Opadający kurz ukazał ociekające krwią poranione przedramiona Quissa, którymi Van Hoenn osłonił głowę. Ożywieniec z kolei tracił kształt. Coraz mniej przypominał człowieka. Tylko świetlista obręcz doskonale oparła się zaklęciu Aslaniiego, pozostając nienaruszoną. A potem zaindukowała regenerację, rzucając półżywym ciałem w stronę najbliższego celu – w stronę lorda Van Hoenna.

Blade świetliste kule, z początku niechętnie i nielicznie, wynurzyły się z piersi medyka. Ten instynktownie powlókł dłonie żółtawym, leczniczym fluidem i złapał za łańcuch stworzony z własnej mocy, by siłować się z zaklęciem trupa. Medyk spowolnił ekstrakcję, lecz nie potrafił jej zatrzymać. A więc tak to działa. Używa mojej krwi jako medium. Lecznicze czary są na nic, póki kradnie mi siły, a nie zadaje fizycznych obrażeń. Więc może…

Medyk oblizał poranione przedramię, a chwilę później fluid wokół jego dłoni przybrał krwawą barwę. Witalna Igraszka to jedno z nielicznych zaklęć stworzonych przez ród Van Hoennów z myślą o walce. Zadając obrażenia, wyciągało energię z wroga, jednocześnie uzdrawiając przypartego do muru medyka.

Sznur uformowany z bladych kul, niczym pochód pielgrzymów, znikał w ciele Espenskogara, który z każdą chwilą znów coraz bardziej przypominał siebie. Quiss jedną ręką złapał łańcuch, a drugą szybkim ruchem go przeciął, czym wreszcie skutecznie zablokował dalszą regenerację truposza. Kule szybko zniknęły w ciele właściciela.

Wówczas świetlista aureola zniknęła z głowy Espenskogara, a jego ciało zastygło, by po chwili zamienić się w pył i rozpierzchnąć na wietrze. Nabrzmiały okoliczny piach jakby odetchnął i zrobił się luźniejszy.

– Co tu się dzieje, Quiss? Wiesz, jak powstrzymać tę zarazę?

Ciągle roztrzęsiony, medyk starał się opanować oddech. Odpowiedział po chwili:

– Transmigracja Boskiego Tchnienia nie została pomyślana jako zaklęcie ofensywne. Łatwo je przerwać wykonując inny czar bazujący na własnej krwi, zwyczajnie nadpisujący polecenie Uriaha.

– Zgłupiałeś?! Mało kto używa tak ryzykownego medium!

– Do tego trzon armii to niemagiczni żołnierze…

Kapłan Aeona pomógł Van Hoennowi wygrzebać się z piachu. Wszyscy milczeli, trawiąc trudne wnioski.

Naraz do obozu dotarł gwar dobiegający wprost z pola walki. Żołnierze wiwatowali, a obłoki pyłu wirowały wysoko ponad ich głowami.

– Gdzie się, do chuja pana, podziała armia Looke’a?! – pierwszy skonstatował Bahar Aslanii.

Wyczerpany walką i zmrożony własnymi przypuszczeniami, Quiss Van Hoenn aż usiadł.

– Ja… Nie wiem.

– Looke anulował zaklęcie. Co ten skurwiel znowu uknuł?

– Raczej przekierował moc. Jeśli zniknięcie aury Maxima Mounire’a faktycznie oznacza jego śmierć, być może zamierza przywołać teraz właśnie jego. Jego albo samego Hougana…

Wszyscy obserwowali wzburzone, granatowe chmury, które nadchodziły zza kopuły Uriaha, od strony Wielkiego Morza. Bahar Aslanii zacisnął zęby. A potem ryknął:

– Uspokoić się! Gotować szyk! Bitwa nie skończona!

 

*

 

Atmosfera pod kopułą namacalnie zgęstniała, gdy niepozorny, jasnowłosy młodzieniec krztusił się i wił w piachu niczym odurzony. Wydobywające się znikąd drobiny dokańczały zadane im dzieło. Ciało chłopaka było niemalże gotowe.

– Cóż za rozczarowanie – oznajmił chudy dryblas, jedną ręką opierający się o ścianę schronu. – Wygląda jak chuchro.

Tymczasem niemożebnie otyły, łysy mag tłuste dłonie trzymał przy twarzy, splecione palcami, pomiędzy którymi przewlókł ogniwa łańcuszka. Trupi wisior zwisał poniżej, kołysząc się z wolna.

– Pospieszyłaś się, Leno – przemówił, obserwując wijącego się w konfuzji ożywieńca i leżącą obok, nieprzytomną dziewczynę. – Wygląda na to, że Breq jednak nie podołał. Co za szkoda.

Lena Van Hoenn wznosiła ręce, by kontrolować skradziony Givaoo gigantyczny portal, sięgający od piachu wydmy po sklepienie kopuły. Po jego drugiej stronie rozciągał się śródziemnomorski pejzaż widziany z lotu ptaka, a czar nieustannie lustrował okolicę. Co prawda Lena stała plecami do zgromadzonych, lecz spoglądała za siebie, niedowierzając. Patrzyła na pochylonego, nieruchomego olbrzyma, a w głowie setki myśli doprowadzały biedaczkę na skraj rozpaczy, ale i szału. Zachodziła w głowę, czy to nadal ten sam człowiek, którym kiedyś tak się zachwyciła.

– Uriahu… Co ty najlepszego zrobiłeś? – Lena czujnie pilnowała, by nie zapłakać nad losem towarzyszek, choć oczy same się szkliły. Tylko jedną udało się wykorzystać jako naczynie dla Odwróconej Drogi Zbawienia. Ale żałowała zdradzenia obu.

Pisnęła, gdy truposz przemówił, nieporadnie próbując poderwać się z piachu:

– Jak śmiesz…

– Namierz wreszcie Wieczne Miasto – odpowiedział Looke Lenie, nawet się nie odwracając. – Przydaj się albo będziesz następna.

Nie było sensu patrzeć dalej za siebie. Te dwa krótkie zdania wyjaśniły wszystko. Lena nie potrafiła dłużej powstrzymywać szlochu, choć szlochała w ciszy. W życiu nie czuła się bardziej samotnie niż tamtego dnia u boku swego ukochanego.

– Jak śmiesz – powtórzył chłopak, przyglądając się swej wyciągniętej, nieruchomej dłoni. A potem przeniósł spojrzenie oczu tak ciepłych jak groźnych na Uriaha Looke’a i dokończył – przyzywać mnie z powrotem na ten zepsuty świat?

Cios migreny zmógł ożywieńca, gdyż dusza opierała się przed synchronizacją z cudzym ciałem. Zesztywniałymi z bólu palcami złapał się za głowę i wymacał świetlistą aureolę.

– Niebywałe, że udało ci się mnie przyzwać. Odwrócona Droga Zbawienia wymaga szczątków ofiary, a gdy umierałem, z mojego ciała prawie nic się nie ostało.

W końcu usiadł. Z nieustępującym grymasem rozejrzał się. Dopiero wtedy zauważył leżącą obok dziewczynę.

– Nie wszystko poszło po twojej myśli. Planowałeś wskrzesić kogoś jeszcze. I co teraz zrobisz, Looke’u? Nie widzę na twoim palcu Okrucha, czyżbyś właśnie walczył o jeden dla swojego śmiesznego rodu?

– Euforia mija. Przegrupowują się – oznajmił dryblas, wyglądając przez litą skałę kopuły jak przez okno.

Twarz Uriaha nieznacznie stężała, a ożywieniec stanął na chwiejnych nogach i nie krył zaskoczenia, gdyż jego ciało poruszyło się samo.

– Jesteś w błędzie, posądzając mnie o niepowodzenie. To prawda, planowałem uderzyć w dwóch miejscach jednocześnie. Ale równie dobrze sam jeden możesz wyrżnąć w pień moich wrogów za tą ścianą, a później zrównać z ziemią twoje ukochane Wieczne Miasto. Sława uzurpatora urosła okrutnie przez ostatni wiek.

– Wiek?… – podchwycił przyzwany.

– Bardzo chętnie sprawdzę, ile z tego było prawdą.

Gość zauważył, że widoki za gargantuicznym portalem nie były mu obce. Van Hoenn krążyła wokół stolicy Zachodu, będąc o włos od namierzenia jej.

– Toż to prastare zaklęcie Inuitów do przenoszenia ciepła w razie srogich zim. Zamierzasz go użyć na ludziach?!

– Znalazł się już taki, który użył. Muszę przyznać, że masz olbrzymią wiedzę. Tego oczekiwałem po jedynym pogromcy Maxima Mounire’a.

– Tamtego dnia to Maxim mnie pokonał. I zabił. Gromiłem wielu magów, ale Maxim Mounire nie był jednym z nich.

Brzydki uśmiech wykrzywił nalaną twarz nekromanty.

– Mam podstawy twierdzić, że trochę mijasz się z prawdą, Eylanie. Ale teraz idź. – Głowa przyzwanego odwróciła się od Uriaha na jego rozkaz, pomimo oporu. – Kup nam jeszcze trochę czasu. A gdy skończysz, z rozkoszą obejrzę, jak obracasz w pył serce kultu fałszywego boga.

Nowopowstałe ciało samo zareagowało na intencje nekromanty.

– Masz ludziom coś lepszego do zaoferowania niż kult Aeona?

– To samo, co oferowałeś im ty przed laty. Bóg zza lądolodu nie żąda danin. Nie karze za głupstwa. Nie trapi się doczesnością. Jest prawdziwie doskonały. Lecz przede wszystkim nie namaszcza chciwych starców do ogłupiania tłuszczy. Dlatego sektę Aeona należy wymazać z historii.

– Rozumiem… Twoi krewniacy też zawsze lubili podniosłe słowa.

– Nie ma potrzeby, byś był cyniczny. Te kurwy w ornatach zrobiły z ciebie mordercę i potwora. Nienawidziłeś kultu podobnie jak ja. Naprawdę nie chcesz obić tych zdradzieckich gęb wycieranych od lat oszczerstwami?!

– Rozprosz się jeszcze raz, a sam zobaczysz, czy kapłani rzeczywiście kłamali.

Wisior Uriaha zastygł w bezruchu. Chwila uniesienia i Eylan niemalże wyrwał się spod kontroli. To szalone, ale nekromanta musiał skupić się bardziej niż podczas kierowania tłumem ożywieńców. Może lepiej się stało. Odwrócona Droga wymaga tym wyższych nakładów mocy, im potężniejszy jest kontrolowany mag. A poziom tego człowieka… był niewyobrażalny. Gdyby przyszło mi kierować jeszcze Mounirem, kto wie jak mogłoby się to skończyć.

Eylan odwrócił się i ruszył przed siebie, drżąc, wciąż nieprzyzwyczajony do roli marionetki. Na życzenie dryblasa kolejne powłoki ściany schronu ustępowały, tworząc szczelinowate przejście.

– Wielowarstwowe krycie – skonstatował ożywieniec. – Czyżbyś pochodził z Espenskogarów?

Dryblas uśmiechnął się krzywo i wściekle, cały rozochocony, nie wiadomo właściwie czym.

– Tej ściany nie da się przebić. – Wyszczerzył zęby.

– Coś takiego… Cóż cię skłoniło, by zdradzić waszą ukochaną Północ?

– Nie będzie zgody, by rządziły nami dzikusy zza koła.

A potem światło oślepiło ożywieńca, gdy nogi poniosły go poza schron. Mrowie żołnierzy i magów zgromadzonych pod wydmą raptownie umilkło na widok niespodziewanego gościa przekraczającego granicę kamiennej ściany. Eylan z trudem obejmował wzrokiem całe to zgromadzenie, pełne rannych i niedobitków. Widać chorągwie wszystkich trzech królestw. Looke wypowiedział wojnę całemu światu?

Czarne chmury znad morza zasnuły już niemal całe niebo. Eylan raz jeszcze obejrzał twarze żołnierzy, młodych i starych, wystawionych na pierwszej linii. Nie poznawał nikogo.

– Lepiej szybko znajdźcie sposób, by sprowadzić tu Maxima Mounire’a. W przeciwnym razie…

Spojrzał w niebezpieczne niebo, nieco rozkładając ręce, a tłum nagle umilkł, by za moment eksplodować falą podenerwowanych szeptów.

– …zamorduję was wszystkich.

Niektórzy bacznie obserwowali nowoprzyzwanego. Większość jednak zadarła głowy, część nawet wyciągnęła ręce.

– Śnieg?… – szeptali z nabożnością nie mniejszą niż podczas świątecznych modłów, gdy na dłoniach błyskawicznie roztapiały im się białe płatki.

Przedwczesna radość opuściła już serca wszystkich. Zrezygnowane, skonsternowane, wreszcie wystraszone twarze patrzyły bez przekonania. Opuszczeni z wiary, opuszczali broń i gardę. Mag czy wojak, każdy truchlał równo.

– Niezwyciężeni! Nie lękajcie się! Aeon nie pozwoli tryumfować grzesznikom! – zaryczał siwy, lecz nie taki stary kapłan z głębi obozu i począł przeciskać się pomiędzy rannymi w stronę dowództwa. – Magowie, miejcie litość! To tylko jeden człowiek, martwy od wieku! Trzeba zamknąć usta temu bluźniercy, Looke’owi!

– Ma rację – mruknął Bahar Aslanii i powoli ruszył w stronę wydmy z kopułą, motywowany coraz śmielszymi okrzykami niektórych z żołnierzy, słyszących przemówienie klechy. Quiss Van Hoenn rzucił się za nim, zastępując mu drogę.

Śnieg prószył coraz gęściej. Piasek zaczynał się bielić.

– Miejże Aeona w sercu, Baharze! Eylan Hougan obrócił wschodnią granicę w lodowiec, nim Mounire się go pozbył. On ma rację. Prócz Mounire’a nie ma drugiego, który mógłby się z nim mierzyć!

– Przepuść mnie, Van Hoenn! – ryknął Aslanii i odtrącił medyka na bok. – Mam dość twojego tchórzostwa! Jeżeli Looke śmie twierdzić, że da radę trzem zjednoczonym armiom przy pomocy jednej kukły, to z przyjemnością wyprowadzę go z błędu, a potem rozkwaszę ten jego nalany ryj!

– Jeśli zginiesz, armie zostaną bez namiestnika! Givaoo już nie żyje, a Berener utknęła w Wiecznym Mieście przy Seraphie. Bądź roztropny, do cholery! Potrzeba nam planu, zaufaj swoim ludziom…

– Jeśli ja bym im nie ufał, nikt by tego nie robił.

Ikhar i Quhar, dwaj bracia Bahara, pojawili się na wezwanie generała.

Siwy kapłan padł na kolana i modlił się tak żarliwie, że sprawiał wrażenie katatonika. Eylan Hougan schodził właśnie powoli z wydmy w kierunku struchlałych żołnierzy, którzy oświeceni przez co bardziej oczytanych kapłanów, rozpoznali w niepozornym chłopaku niemożebne zagrożenie.

– Jego ruchy są sztywne, wymuszone – zauważył medyk. – Uriah musiał się przeliczyć w ustalaniu proporcji mocy i ciągle nie ma pełnej kontroli nad ciałem Hougana. Niech się Aeon zlituje, jeśli to nie jest nasza jedyna szansa by powstrzymać to monstrum.

 

Eylan wszedł pomiędzy wojaków, którzy nieśmiało otoczyli go półkolem, lecz mimo miażdżącej przewagi liczebnej, nie potrafili choćby sprawiać wrażenia groźnych. Zdradzało ich pobrzękiwanie zębów i kolczug.

– Nie posłuchaliście. – Chłopak sztywno powiódł palcem po zgromadzonych w pierwszym rzędzie. Wszyscy drżeli ze strachu i przenikliwego wiatru prószącego śniegiem. – Mówiłem poważnie. Bez Maxima jesteście skończeni.

Wykonał pełen obrót. Chwilę później cały pierwszy rząd runął na piach z poderżniętymi nie wiadomo kiedy i czym gardłami. Pozostałych zmroziło tylko na krótką chwilę. Nikt nie zamierzał dawać się zabić w tak żałosny sposób, toteż motywowani krzykami kapłanów, żołnierze i magowie rzucili się na wroga, na co ten tylko czekał.

– Pod żadnym pozorem nie dajcie mu się dotknąć! – ryknął Van Hoenn, przygotowując z pomocą krewnych masowe zaklęcie lecznicze.

Eylan, niczym wirtuoz, niczym dzikie zwierzę przemykał przez napierający tłum, a każdy, kogo dotykał, padał trupem, zamrożony w części lub w całości. Nie unikał wszystkich ciosów; Uriah mu nie pozwalał. Transmigracja momentalnie leczyła rany, korzystając z tak wielkiej ludzkiej zbieraniny.

– Cóż to za niemożliwe zaklęcie?! – zapiał siwy kapłan, któremu widmo śmierci przerwało modły.

– To nie zaklęcie… – mruknął Quiss.

Historia znała tylko dwóch magów potrafiących bez kumulacji mocy i inkantacji używać magii. To Eylan Hougan, dotykiem obracający w lód co tylko zapragnął i Maxim Mounire, bezwiednie regenerujący każdą ranę. Mówi się, że Van Hoennowie opanowali magię życia, a Looke’owie magię śmierci, myślał medyk. Ale nasze rody są niczym przy tej dwójce. Hougan jest uosobieniem śmierci, więc jeśli nie sprowadzimy tutaj uosobienia życia, jak sam radził…

Spojrzał na braci Aslaniich. Ciągle zbierali siły.

Otaczający Eylana przeciwnicy rozpierzchli się, a ich miejsce zajęły wstęgi przezroczystej cieczy, które odgrodziły Hougana od reszty wojsk. Trzy wiedźmy z rodu Hakkinen wysysały wodę ze zwłok poległych i własnych ciał, a czwarta z nich manipulowała płynem, nadając mu kształt.

– Uciekaj, głupia! – wrzasnął Hougan, widząc, co się szykuje.

Wirująca, wijąca się wściekle woda zwolniła, a wkrótce zawisła bez ruchu w powietrzu. Czarownice zgłupiały.

Mag przyklęknął i opuszkami palców musnął piach pod stopami.

– Nieskończone Eksplozje.

Woda z chrzęstem przeistoczyła się w lód i wybuchła całą sekwencją, bazując na cieczy wyciągniętej ze zwłok, wzmacniana ciągle dosypującym śniegiem. Cztery wiedźmy stały się pierwszymi ofiarami zaklęcia. Dalej żołnierze, niczym kukły, wystrzeliwali w niebo i na boki, nijak nie mogąc się bronić przed takim ogromem siły. Zaklęcie Hougana było prawdziwym narzędziem masowej eksterminacji, wszak w chwilę podwoił liczbę trupów względem ofiar starć z całą armią ożywieńców.

 

Przez uczynioną przezroczystą, zielonkawą ścianę schronu, Uriah Looke obserwował przebieg bitwy z powściągliwą satysfakcją.

– Mam! – wrzasnęła nagle Lena Van Hoenn.

Nekromanta spojrzał za siebie. Za wcześnie! Za portalem rozciągały się zabudowania metropolii. Górowała nad nią świątynia dwukrotnie większa niż najwyższe budynki. Na dziedzińcu wielkości małej wsi, wśród zgromadzonego tłumu magów, żołnierzy i duchownych, wyróżniał się mędrzec w lśniącej szacie, ze złotym pastorałem w ręku. Seraph. Kapłan uznawany za inkarnację pierwszego sługi Aeona. Uriah był pewien, że mimo olbrzymiego dystansu, patrzy on prosto na niego. A gdy Seraph upewnił się, że został zauważony, zniknął za murami świątyni-twierdzy w towarzystwie najbliższych popleczników.

– Looke, ty skurwysynu! – ryczała jedna z pozostałych na placu. – Idę po ciebie!

To Raidana Berener, namiestniczka wschodniej marchii, zobowiązana bronić Serapha pod nieobecność Bahara Aslaniiego. Dała się wystrzelić w niebo wprost w oko portalu. Jej zdolność przetwarzania stanu swego ciała na lotny pozwoliła nabrać pędu potrzebnego do osiągnięcia olbrzymiej wysokości, na której Givaoo otworzył portal.

Wystarczyło jedno spojrzenie Uriaha. Espenskogar oderwał rękę od ściany i klasnął w dłonie. Struktura schronu zmieniła się jak na zawołanie, dzieląc go na połowy z tunelem wypełnionym skrzącymi drobinami pośrodku. Częściowo zamieniona w obłok Berener z impetem wpadła w tę pułapkę, a malutkie skalne elementy nie pozwoliły jej się scalić na powrót w ludzką formę. Namiestniczka stoczyła się po wydmie na wpół przytomna i zatrzymała dopiero u jej stóp.

Quiss Van Hoenn, widząc, co się dzieje, natychmiast rozkazał przynieść ranną do siebie. Klnąc pod nosem, zerknął raz jeszcze na Aslaniich, ale nigdzie ich nie było. W końcu ruszyli.

Pocisk magmy przejęty od jednego z braci skondensował się wokół pięści Bahara, dzięki czemu generał przepruł przez lodowy poligon, wymierzając celnie prosto w głowę wroga. Hougan błyskawicznie zareagował postawieniem tuż przy ciele lodowej tarczy, która na nic się zdała w starciu z szalejącymi płomieniami, choć swą rolę spełniła. Poparzony na twarzy i ciele mag wycofał się o trzy kroki, niby pokonany, lecz po chwili to on napierał, otoczony chmarą lśniących sfer wypompowanych z Aslaniiego; wyciągał przed siebie rękę, by zabić.

Looke zaczyna coraz lepiej kontrolować Transmigrację, odkąd steruje tylko jednym ciałem. Van Hoenn rekompensował ubytek sił generała zdalnym transportem swoich własnych, mając świadomość, że to nie jest długofalowa strategia. Równocześnie cucił sprowadzoną do niego Berener. To się ociera o zdolności regeneracji Mounire’a! Trzeba zmienić strategię…

…i uderzyć z dystansu. Generał rzucił się biegiem przed siebie, by zyskać na odległości. Lecz śnieg, ciągle wzburzony Nieskończonymi Eksplozjami, nie chciał mu na to pozwolić. Poruszał się niczym żywa tkanka, utrudniając bieg i grożąc śmiercią.

Quhar padł pierwszy. Wrzeszczał, wciągany w lej ze śniegu i piachu, a potem raptownie zamilkł, wysadzony wewnątrz. Pozostali bracia z ogromnym bólem zarejestrowali jego błyskawiczną śmierć, lecz brnęli naprzód. Ożywieniec nie biegł, a szedł, emanując przy tym upiornie zimnym spokojem.

Ikhar wytworzył kulisty ładunek i wystrzelił go ku bratu, by ten wymierzył rozstrzygający cios. Ledwie to uczynił, śnieg skorzystał z jego nieuwagi i pochłonął kolejnego Aslaniiego.

Bahar nie mógł tego przeboleć. Zatrzymał się. Dokończył ładowanie bomby, odwrócił się. Eylan Hougan stał, niepewnie patrząc wrogowi w oczy pośród wirujących drobin śniegu.

Generał wystrzelił, wrzeszcząc:

– Żryj to!

Eksplozja ogłuszyła najbliżej zgromadzonych. Ciało Hougana, zamienione w krwawą, częściowo zwęgloną sieczkę rozpierzchło się na wszystkie strony. Bahar zdążył się tylko skrzywić w uśmiechu, nim zauważył, że mięso jeszcze przed zetknięciem z piaskiem zamieniało się w lodowy pył rozganiany wiatrem.

Ostatnie, co poczuł, to chłodna dłoń ożywieńca na plecach. Później od pasa w górę obrócił się w twardy jak kamień lód. Hougan, poruszony, obejrzał tylko ponownie swą nieruchomą dłoń.

– Cholera! – pisnął Van Hoenn, uderzył pięścią w zaśnieżony piach. Nie powstrzymywał łez. – Jak on tego uniknął? Przecież to było bezpośrednie trafienie!

I oto na środku pola pojawili się oni. Gun Kyurnaca, wykończony niezliczoną liczbą skoków, jakie musiał wykonać w drodze na front, padł, bliski omdlenia. Towarzysz pomógł mu usiąść. Maxim Mounire spojrzał ku swemu zapomnianemu przez historię rywalowi, który na jego widok oniemiał.

– Żołnierze! – zawołał były namiestnik Zachodu. – To wojna pomiędzy magami. Nie musicie ginąć za naszą sprawę. Wycofajcie się.

 

– Niemożliwe – przelękła się Lena. – Wyczuwam w nim aurę Mounire’ów i Looke’ów. Zupełnie jakby był ożywieńcem, ale przecież nie jest… Nie ma aureoli. Nie jest, prawda, Uriahu?

Ta starucha miała czelność użyć Transmigracji? I to na wrogu? Looke zacisnął zęby, lecz na nic więcej sobie nie pozwolił. Nic się nie stało. To tylko mała niedogodność.

– Mam szczątku ich obu. Którykolwiek wygra, będę w stanie wskrzesić drugiego w pełni sił i dobić pierwszego. Bądźcie gotowi.

Portal zakotłował się, zabulgotał, a potem zniknął. Jednocześnie Uriah poczuł na plecach ciepło.

– Co ty wyprawiasz…

– Krwawisz – szepnęła mu do ucha Lena.

Wówczas nekromanta poczuł ciepłą ciecz spływającą po wargach i brodzie. Kontrolowanie Hougana pochłaniało niemożebne ilości mocy. Wkrótce jednak dojmujące wyczerpanie poczęło opornie ustępować.

– Dziękuję.

 

– Dopiero teraz widzę, jak wiele lat minęło. – Eylan podziwiał siwiznę Mounire’a.

Wciąż obolała namiestniczka Wschodu stanęła u boku swego zachodniego odpowiednika, oznajmiając:

– Pomogę ci, Maximie.

– Nie. Zabierz stąd i magów, niech nikt więcej nie ginie. Zwłaszcza ty, Raidano, przetrwaj. Przynajmniej jeden namiestnik musi przeżyć…

Nigdy nie spodziewałaby się usłyszeć takie słowa z ust samego Maxima Mounire’a. Niemo przytaknęła i spełniła jego polecenie.

– Uważaj – rzekł Hougan. – Moje ciało jest inne…

Zniknął i pojawił się pomiędzy namiestnikami z nieludzką szybkością. Berener nie zdążyła postawić gardy, lecz to nie o nią chodziło ożywieńcowi. Niosącą śmierć dłoń celował w gardło Mounire’a.

Gun obserwował niewiarygodne ruchy Hougana, niewiele pojmując z zasady działania jego zaklęcia. Moc chaotycznie migotała dookoła zgromadzonych. Coś jest nie tak. To nie teleportacja. Nie da się kontrolować tak rozproszonego medium!

– Więc tak uniknął ciosu Aslaniiego. – Quiss Van Hoenn obserwował z niedowierzaniem, jak Maxim łapie Eylana za przegub, wchłania otaczające dłonie lodowate obłoki, a potem ciska przeciwnikiem precz. Ten nie upada. Ponownie znika. – To Taniec Migotliwych Zwierciadeł! Maximie, on szybkością dorównuje Kyurnakom!

Któż mógł o tym lepiej wiedzieć od Maxima Mounire’a? Ciągle przed oczami majaczyła batalia sprzed wieku. To miało być tylko dyplomatyczne spotkanie szóstki delegatów na neutralnym gruncie Wschodu. By wreszcie zjednoczyć toczony konfliktami, podzielony na dwie frakcje Zachód.

Na rozkaz Mounire’a życie tchnięte w pustynne żyjątka oszalało i przepoczwarzyło je w oka mgnieniu w zajadłe, opancerzone kule, które ruszyły, plując żrącą cieczą, na wroga. Żadne nie zdołało dosięgnąć Eylana, czmychającemu każdemu tuż przed uderzeniem, a potem pojawiającemu się w niedorzecznie odległych lokalizacjach.

– Migotliwe Zwierciadła nie zwiększają mojej szybkości; wszystko to miraż! Medium jest każdy płatek śniegu – zawołał Hougan. – A dalej odtwarzając nasz pojedynek sprzed lat, zginiesz, Maximie.

Sto lat temu przyzwane potwory skutecznie zaskoczyły Hougana. Ale chłopak miał rację. Mag pokroju Eylana nie nabierze się dwukrotnie na ten sam fortel. Do tego śnieżyca nie przestawała kąsać, przez co ciało Mounire’a ledwie nadążało z regeneracją. Namiestnik zacharczał więc, wydobył coś z głębi trzewi i splunął w śnieg. Oto znikąd wyrosła roślina wielka jak kamienica, która naraz rozkwitła, rozsiewając dookoła mdły pyłek.

Ciepło? Roztapiasz płatki. Użyjesz teraz Hymnu, jak wtedy? Tym razem to będzie twój koniec.

Hymn Świętej Kreacji przed wiekiem rozszalał się na rubieży wschodniej marchii, gdy Hougan przerwał rozmowy i zamordował towarzyszkę Mounire’a. Eylan skończył w klatce z niemal niezniszczalnych pnączy, gotowych w każdej chwili mordować.

Nie nastał jednak jeszcze czas Hymnu. W zamian gigantyczne cielsko, przypominające ropuchę, wynurzyło się spod zwałów piachu i śniegu, tocząc z pyska gęsty śluz i zamierzając się łapą na Eylana Hougana. Stwór przygwoździł cel, choć kosztem utraty kończyny, bo ta wkrótce obróciła się w lód. Monstrum przejmująco zajazgotało. Mounire nie tracił czasu. Przytknął dłoń do wielkiego cielska, by naładować je mocą i wysadzić bez cienia litości, nim ożywieniec zdoła wypełznąć spod kamiennych zwałów. Bąbel eksplozji i krycie lodem ścigały się po zesztywniałym w agonii cielsku, a ostateczna siła wybuchu była mniejsza, niż można by oczekiwać.

Namiestnik Zachodu przykląkł na jedno kolano i dyszał z wysiłku.

– Lordzie Van Hoenn – zawołał siwy kapłan. – Zróbże coś! Pomóż Mounire’owi tak jak Aslaniiemu przedtem!

Medyk przygryzł jedynie bezradnie wargę.

– Lord Mounire zakazał komukolwiek go leczyć. Nie sposób zregenerować jego gigantycznych pokładów mocy. Bezwiednie wyssałby wszystkie moje siły i mnie zabił.

Z kłębów wznieconego piachu i wirującego śniegu wystrzelił nisko nad ziemią biały promień, zatrzymując się na wydmie. Drugi poszybował w niebo. Mounire niezgrabnie spróbował się przemieścić, jednak trzecie uderzenie dosięgnęło jego barku. Po świetlistym promieniu, jak po sznurku, popędziły lśniące sfery.

– Mówiłem, że moje ciało jest teraz inne – wycharczał odzyskujący w oka mgnieniu siły Hougan, wstając na drżące nogi. – Looke regeneruje ciało Transmigracją Boskiego Tchnienia. Nawet ty tego długo nie wytrzymasz.

Nie zdołał się jednak nawet wyprostować, gdy przytłoczył go fioletowy obłok, z którego wyłoniła się Raidana Berener. Namiestniczka skrępowała ruchy ożywieńca, uczepiając się jego pleców i blokując regenerację.

– Teraz, Maximie! Bij!

Nie! Mounire pomknął pędem przed siebie, bo wiedział, co zaraz nastąpi. Hougan instynktownie skulił się, a cieniutka warstewka szronu na jego plecach eksplodowała, mnożąc się po wielokroć. Zmienionej w dym Berener nie sposób było obrócić w kamień, lecz i tak odniosła obrażenia od nagłego spadku temperatury. Na powrót przyjęła ludzką formę i jeszcze zanim upadła, Hougan wytworzył z unoszących się lodowych drobin bicz, którym smagnął bez wahania.

Maxim dopadł pomiędzy nich w ostatnim momencie, przyjmując cios, który przeżarł mu bok aż do żeber. Z kolei do Berener dopadł Gun Kyurnaca i szybkim skokiem ewakuował ranną.

Głupcy! Eylan Hougan uniósł ręce na polecenie Uriaha.

Tymczasem Kyurnaca wylądował tuż obok Van Hoenna i z bólem spojrzał za siebie. Nie zdążę!

Ożywieniec wymachiwał rękoma, jakby dyrygował potężną orkiestrą, a na jego życzenie zwały śniegu nakładały się jedne na drugie, topiąc namiestnika. Wszyscy, którzy jeszcze nie uciekli i z duszą na ramieniu obserwowali ów pojedynek, zamarli, gdy na środku pustyni wyrosła gigantyczna lodowa piramida.

– Cesarskie Arktyczne Sanktuarium! – obwieścił niemal z nabożnością Hougan, z rękami wzniesionymi ku niebu.

Na jednej ze ścian pojawiła się rysa, później ręka i głowa autentycznie przerażonego namiestnika Zachodu. Drogę do wolności wytyczały mu okrągłe, plujące kwasem stwory. Hougan tylko dołożył kolejne warstwy lodu. Poskutkowało to urwaniem lewej ręki Mounire’a, która stoczyła się na piach, a jedna ze ścian Sanktuarium spłynęła czerwienią. Ponad jej gładkość wystawała jedynie głowa pojmanego namiestnika. Na pustyni zapadła cisza przejmująca jak nigdy dotąd.

– Zdradź mi… – charczał upokorzony Mounire. – Jak cię powstrzymać?

Przyzwany założył ręce na piersiach i zwlekał z odpowiedzią.

– Nie – przemówił wreszcie. – Powiedziałem ci już tak wiele, a ty nadal nie potrafisz dać mi rady. Być może popełniłem błąd, ufając ci wtedy, przed laty?

– Eylanie… Uriah nie może wygrać tej wojny…

– Co z ciebie za przywódca, skoro doprowadziłeś do buntu całego klanu?!

– Nie jestem już przywódcą…

Hougan szybko omiótł okolicę wzrokiem.

– A jednak oni wszyscy wpatrują się w ciebie jak w obrazek! Ktokolwiek nosiłby tytuł, to ty jesteś wśród nich najpotężniejszy. Czyż nie dlatego trzymałeś się życia podczas naszego starcia? Żeby dać im lepszą przyszłość?

Maxim Mounire gorzko zapłakał. Skonsternowało to z początku Hougana, lecz ostatecznie tylko go rozjuszyło. Czas powtórzyć jedyne zaklęcie zdolne przełamać Hymn.

Rozrzucił ręce. Spojrzał w niebo. Całe ciało ożywieńca rozbłysło najczystszą mocą, która niczym błękitne płomienie wystrzelała w firmament. Sam Hougan unosił się tuż nad ziemią, a pod jego stopami wykwitały lodowe wzory, ekspandujące w stronę każdej z okolicznych wydm. Wokół niego lewitowały blade sfery, bez końca znikające w rozpalonym ciele.

– Jeszcze nie jest za późno, by pomóc temu światu. Czasu nie cofnę. Ale być może, dla dobra naszych nacji, powinieneś odejść, Maximie.

Niczym drapieżnik, przechadzał się przed piramidą, aż nagle przystanął i rzucił za siebie, do struchlałych żołnierzy skrytych za wydmami:

– Przekażcie gnojkowi od Looke’ów, że niektórych zaklęć zakazano nie bez powodu.

 

Uriah cały drżał z podniecenia, ale i z niepewności. Wyrwał się!

 

Wszyscy kapłani Aeona padli na twarz, błagając pana o litość. Z każdą chwilą powietrze stygło, robiąc się nie do zniesienia zimnym. Lód skuwał piach grubą, twardą warstwą.

– Czy to zaklęcie, którym Hougan stworzył lodowiec na Wschodzie? – Gun struchlał, na widok emanującej wprost do nieba mocy.

– Używa całego ciała jako medium! – zauważył Van Hoenn. – To musi być jednorazowe zaklęcie; tak nieludzkie obciążenie powinno zabić na miejscu! Ale w skojarzeniu z Transmigracją… On jest niepokonany!

– To poziom boga – jęknęła Raidana Berener.

– Wszyscy uciekać!

– Broń się, Maximie! – ryknął Hougan i pochylił się. Wyglądał jak lodowy ptak obleczony świetlistym suknem. – Broń się albo giń!

Z prędkością błyskawicy Eylan dopadł przeciwnika i za głowę wytargał go z lodowej piramidy. Gdy przed wiekiem eksplozja mocy roztrzaskała więzienie wytworzone Hymnem, Mounire zdawał się być mniej zaskoczony niż obecnie. A teraz nie miał Hymnu, nie miał ręki, nie miał nawet woli, by przetrwać. Obaj wznieśli się ku niebu, jak wtedy. Jak wtedy, Mounire zdrętwiał pod gradem ciosów, a lodowiec przyrastał z zastraszającą szybkością, pochłaniając co wolniej uciekających magów i żołnierzy, nie pozostawiając po nich nic ponad wspomnienie. Kyurnaca, widząc do czego to zmierza, złapał Van Hoenna i Berener i rozpoczął serię skoków.

Eylan Hougan zawahał się. Nie chciał wymordować, jak ostatnim razem, wszystkiego co żywe. Spojrzał na Mounire’a, a ten z oczami czarnymi jak niebo w bezksiężycową noc, zaciskał pięści, a przez gruby lód w dole przebijały się pojedyncze drzewa. A jednak Hymn. Nie pozwolę!

Hougan cisnął namiestnikiem w dół, jak za pierwszym razem, i dopadł go, równie skołowanego jak wtedy. Wówczas nie zadał śmiertelnego ciosu. Zawisł na świetlanych skrzydłach nad bezbronnym magiem wspartym na rzadkiej kępce krzewu pośród lodowej pustyni, zerknął na swe rozedrgane dłonie. Jesteś winien uwagi swoim poddanym bardziej niż jakiemukolwiek bóstwu, powiedział wtedy. Pamiętaj o tych, którzy ci zaufali. A potem po pretendencie to tytułu namiestnika Zachodu został tylko szkarłatny sygnet jego rodu.

Tym razem Eylan Hougan nie zamierzał się hamować. Ale tym razem to nie on rozdawał karty. Nim wylądował, nadział się na jedyną rękę namiestnika, która przeszyła serce i przedarła ciało od piersi po plecy. Błękitna poświata jak na zawołanie zniknęła, podobnie jak i sfery Transmigracji, gdy ożywieniec krztusił się krwią. Mounire jednak nie pozwolił mu upaść i ułożył konającego sobie na kolanach. Pustynia przeistoczyła się w puszczę.

Z oddali nadciągała Raidana Berener w towarzystwie dwóch mężczyzn ze swojego rodu.

– Przeklnijcie go, nim się odrodzi! – rozkazała.

– Stać! – ryknął Maxim Mounire, a tamci naraz zatrzymali się, zdumieni.

 

Trupi wisior trzasnął i odpadł od łańcuszka, grzęznąc w piachu. Van Hoenn, wyczerpana, na granicy przytomności, anulowała lecznicze zaklęcie. Uriah dłużej go nie potrzebował. Odwrócona Droga Zbawienia przechodziła do historii. Wyrwał się spod mojej kontroli, a teraz siłą woli zakończył zaklęcie. Eylanie Houganie… Naprawdę byłeś magiem niewyobrażalnej klasy.

 

– Przez sto długich lat nie było dnia, żebym nie wracał myślami do tamtego pojedynku. Pamiętam wszystko.

Hougan próbował odkrztusić krew, ale był na to zbyt słaby. Czerwona strużka mimo to wyciekła mu z ust.

– Byłeś nie tylko potężniejszy, ale i rozsądniejszy. Jak małolat dałem się sprowokować, gdy zabiłeś wtedy tamtą dziewczynę. Nie wiem, skąd wiedziałeś, że była szpiclem Imperatora. To bardzo w twoim stylu nie mówić wprost… Tyle lat, minuta po minucie, taksowałem wspomnienia. Przypuszczałem, że być może, jeśli oderwiesz się tak wysoko od ziemi, Hymn przełamie zdolność lodotworzenia. Bo to nie zaklęcie, prawda? To pełna forma twojej naturalnej umiejętności.

– Ta moc mnie zabijała.

– To nie był powód, by okazywać mi litość! Van Hoennowie na pewno znaleźliby jakiś sposób. Byłbyś o wiele lepszym namiestnikiem niż ja.

Mounire drżał na granicy szlochu. Korzystając z przerwy w jego przemowie, ożywieniec z trudem obrócił głowę i pomiędzy drzewami ujrzał już nie tylko Berenerów, ale i wiele twarzy z innych rodów, a także zwykłych żołnierzy. Wszyscy w napięciu obserwowali, nikt nie ośmielał się kalać tego momentu słowami.

– Wtedy… musiałem mieć pewność, że jesteś gotowy na Imperium. Zobacz tych wszystkich ludzi – i to nie tylko z naszego królestwa. Ufają ci. Cieszę się, że nie zapomniałeś moich słów.

Mounire pokręcił głową. Chciał zaoponować. Hougan jednak, czując nadchodzący kres, dodał wątłym szeptem:

– Moja dusza jest już zmęczona… ale bohaterowie muszą żyć dalej. Słyszysz, Maximie? Musisz… żyć…

Z niewyobrażalnym trudem uniósł dłoń, by musnąć brody namiestnika.

Następnie jego ciało rozproszyło się, zamieniło w pył i uniosło na wietrze, wirując pomiędzy konarami drzew. Maxim Mounire nadal klęczał, już nie powstrzymywał łez i tęskno spoglądał w górę za człowiekiem, który miał odwagę odejść.

 

Schron wykonany techniką wielokrotnego krycia miał być nie do pokonania, toteż Uriah Looke zdumiał się okrutnie, gdy w ścianie pojawiła się wyrwa. Instynktownie przyciągnął do siebie Lenę Van Hoenn i nie pomylił się, gdyż nim jeszcze opadł pył, biała włócznia przeszyła nekromantę, a także medyczkę, którą się zasłonił.

– To koniec. – W przejściu stanął Maxim Mounire, przytrzymując jadzącą się ranę po oderwanym ramieniu. Naraz stało się jasne, że włócznia to tak naprawdę kość.

Uriah zacisnął zęby z bólu i niemocy. Spojrzał na Espenskogara – z wielkim rozczarowaniem – i nagle wszystko się wyjaśniło. Gdy moc Hougana eksplodowała po okolicy, mag zamienił się w przytwierdzoną do ściany lodową figurę.

– Nie masz skrupułów, że bez zawahania ją poświęciłeś.

– Nie jest bez winy. Za niewłaściwie ulokowane uczucia także się płaci.

Nekromanta tytanicznym wysiłkiem odepchnął Van Hoenn. Kość z paskudnym mlaśnięciem wysunęła się z rany medyczki, a ona sama upadła, drżąc. Tymczasem Looke zafiksowany na trupim wisiorze, nie mógł dosięgnąć skrępowanej, nieprzytomnej wiedźmy.

– Przegrałeś.

– Czy ty tego nie widzisz?! Jak powoli zatracamy własną tożsamość? W imię czego? Boga, który pragnie tylko władzy i wpływów?

Maxim Mounire wysłuchiwał tego bez cienia wzruszenia.

 – Nawet nie zauważyliśmy jak z dumnych królestw staliśmy się marchiami. A czymże jest marchia? Rubieżą! Tylko że pomiędzy Wschodem, Zachodem i Północą nie ma żadnego królestwa! Seraph traktuje wiernych jak swoją własność, a nazywanie naszych dumnych ojczyzn marchiami jest najlepszym dowodem naszego upodlenia! Powinniśmy się odciąć od tego pasożyta! Czyż nie tego pragnął Eylan Hougan? Wiary dającej nadzieję? Boga dobrego i sprawiedliwego?

– Nic o nim nie wiesz.

Uriah Looke bardzo chciał coś jeszcze dodać bardzo przekonywującym tonem, ale nie dostał takiej szansy.

– I nie tobie o tym wszystkim decydować. Świat magów wydał na ciebie wyrok. – Namiestnik zacisnął pięść. Z bólem, bo naraz dotarło do niego, że Eylan i Uriah dzielili ten sam sceptycyzm, który i jemu wlewał się do serca. – Niebiańska Schizma.

Kość rozkrzewiła się w ciele nekromanty, dziurawiąc je jak sito. Krew zbryzgała wnętrze schronu, gdy Looke padał bez życia, z rozkosznym wyrazem zaskoczenia na twarzy. Obok Lena Van Hoenn popiskiwała, cała umorusana juchą kochanka, a delikatnym, żółtawym fluidem nieporadnie próbowała zasklepić ranę w brzuchu.

Gdzieś z oddali, spomiędzy drzew, dochodziły pokrzykiwania żołnierzy. Nadchodzili. Mounire spojrzał na drżącą rękę. Dwoiło mu się w oczach. Spodziewałem się, że wraz z moją śmiercią cała ta olbrzymia energia witalna bezpowrotnie przepadnie. Siły Miry Looke, które zwykłemu człowiekowi starczyłyby na wiele lat życia, ja zużyłem w kilka chwil.

Upadając, Maxim Mounire sukcesywnie tracił jasność umysłu.

Wybacz mi, Eylanie. Chyba nie spełnię twego życzenia i spotkamy się szybciej, niż sądziłem.

Na czele nadbiegających znalazł się lord Van Hoenn, głęboko przejęty nagłą niemocą bohatera Zachodu.

Może miałeś rację i czas ustąpić miejsca nowym pokoleniom. Quissie, bądź pewniejszy, a nasza marchia… nie, nasze królestwo rozkwitnie.

Ten, który puszczę zamienił w pustynię. I ten, który pustynię przeobraził w puszczę. Odeszli tego samego dnia, choć nigdy nie zostali zapomnieni.

Koniec

Komentarze

Fiuu, tekst napisany jest zaiste znakomicie. Niezwykle obrazowo, dynamicznie, a walka rozmachem zapiera dech. Czapki z głów.

Tyle, że przez liczne odniesienia do innych wątków, historii i przeszłych wydarzeń, oraz mnogość postaci, miałem bardzo mgliste pojęcie kto, kogo, po co i dlaczego. I gdyby rzecz nie była tak świetnie napisana, pewnie nie doczytalbym do końca, bo fabuła właściwie przeszła bokiem. 

Ale i tak jestem usatysfakcjonowany, bo dzięki sugestywnym opisom, moja wyobraźnia pląsała, niczym rusałka pośród nenufarów.

Na marginesie – te wszystkie Mutacje, Transmediacje, Tchnienia i Nieskończone Eksplozje – były wręcz epicko fajne, poza tym stanowią nieodłączną część obrazu Twojego świata, nie tylko ozdobę. Ale nie mogłem pozbyć się wspomnienia jakiejś erpegowej sesyjki sprzed wieków, kiedy MG na chybcika wymyślił potężny czar masowego rażenia – Fatalną Orkę. Gdy się to rzuciło na jakieś miasteczko, po osadzie zostawało tylko zaorane pole. Naturalnie sesja, z poważnej bitki, natychmiast zmieniła się w totalną głupawkę… 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Lejesz miód na me serduszko tymi uwagami o warsztacie, Thargone, bo przyznam, że publikowałem ten tekst z duszą na ramieniu, po licznych poprawkach, będąc ciągle z niego nie do końca zadowolonym. Zarzuty co do fabuły przyjmuję na klatę. Prawda jest taka, że naszła mnie ochota spisać epicką bitwę magów, do tego właściwie debiutując w konwencji fantasy, więc cieszę się, że mój upadek nie był spektakularny! Co do mnogości bohaterów i wydarzeń, to NWM świadkiem, że było ich więcej o całe tabuny, ale poprzycinałem, przystrzygłem i cieszę się, że chociaż mgliste pojęcie Ci się wyłuskało. :)

Co do marginesu – rozumiem, że któraś z nazw podobnie Cię rozbawiła? ;D

Czuję się przytłoczony…

Skoro istnieje hard SF, to opowiadanie MrB to very hard fantasy. Zrozumiałem tylko, że się tłuką, ale kto, po co i dlaczego – już nie. Lektura była jak oglądanie pojedynku szermierczego na dziesięciokrotnym przyspieszeniu – słychać tylko świst oręża i widać błyskanie kling. Ale pisarska sprawność jest w Tobie silna, MrB ;).

Przyczepić się muszę do tego i owego:

– “starość i kalectwo przychodziły w parze” – jako człowiek wiekowy stanowczo protestuję – kaleką (jeszcze) nie jestem ;P;

– “nie trzeba mieć zdanie” – mieć zdania;

– “nosił czuprynę czarną jak smoła i stężałe, zadziorne oblicze” – oblicze też nosił?;

– “odwracałeś się Aeona” – zabrakło “od”;

– “szybki w działaniu przez swą umiejętność” – raczej dzięki umiejętności;

– “niebotycznie grubymi pniami” – słowo “niebotycznie” oznacza, że coś tyka nieba; tusza takich sensacji nie wywołuje; jeszcze raz masz tę niezręczność w tekście później;

– “usłyszeć takie słowa z ust” – takich słów;

– “Schron wykonany techniką wielokrotnego krycia miał być niepowstrzymany” – “niepowstrzymany” to taki, którego nie można powstrzymać; czy tan schron parł do przodu gdzieś?;

– “jadzącą się ranę” – “jadzącą” – jest takie słowo?

 

Od oceny się powstrzymam, bo po prostu nie zrozumiałem.

"Z wiekiem romantyzm wypierany jest przez reumatyzm" - Arnubis

Very hard fantasy – no dobra. :D

Jak już wspomniałem wyżej, w tej konwencji dopiero raczkuję, więc wielce możliwym jest, że to i owo jest jeszcze do wyważenia. ;) Spodziewałem się, że wyjdzie mi tekst nie dla każdego, a raczej dla fanów gatunku. Niemniej taki był plan, że mieli się tłuc i to szybko!

Szkoda, że nie zrozumiałeś – następnym razem postaram się o jaśniejszy (i wolniejszy) tekst. Dzięki za komentarz i wyłapanie baboli!

No, może i very hard fantasy, ale kiedy już czytelnik zacznie ogarniać o co chodzi ( w moim przypadku mniej więcej od połowy tekstu) to jednak uznaje, że to też very good fantasy. ;) 

Stworzyłeś bardzo (może nawet nieco zbyt) bogaty świat przedstawiony i ciekawą historię, ale, podobnie jak u Thargone sama opowieść przeszła mi trochę bokiem. 

Uważam, że obrazowość tekstu i opisy mogą dużo wynagrodzić czytelnikowi, który zagubi się w fabule. Hmm… może brzmi to dziwnie, ale zabrakło mi odrobiny łopatologii. 

 

Na pewno dużym atutem jest pierwsza scena, lepiej, nawet pierwsze zdanie. Aż się wyszczerzyłam pod nosem, niczym wygłodniały wąpierz, na krew co to spływa bez entuzjazmu. Początek opowiadania to obietnica dobrego tekstu, co najważniejsze obietnica spełniona.

 

Podsumowując, to dobre opowiadanie, na pewno warte biblioteki. Ale warto przeczytać je po kawie i na spokojnie, by mieć czytelniczą satysfakcję. :)

 Very hard fantasy, tak tak. Hard niestety momentami również do czytania, bo w sumie to się trochę pogubiłam w gąszczu bohaterów i zdarzeń. Świat przekonujący, tylko za diabła nie rozumiem, co tam robi ta bretońska prowincja?? chyba że coś przegapiłam, bo chwilowo pochłaniam w tempie ekspresowym wszystko, co się namnożyło w ostatnim dniu konkursu… Ale miałam wrażenie, że za wyjątkiem tego jednego przymiotnika cały świat, sugestywny i ciekawy, jest właśnie vhf. Niby nazwisko Mounire pasuje do Bretanii, ale potem wszystko się rozłazi (nie w sensie negatywnym) w świat vhf.

 

“Krew bez entuzjazmu wypłynęła z zaciętego policzka” – miałam dokładnie odwrotnie niż przedpiśczyni, tzn. natychmiast zaznaczyłam jako coś nie tak ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Rosso, dzięki za komentarz. Dokładnie o tym samym – niedostatecznej łopatologii – rozmawialiśmy w becie i próbowałem wyłuszczyć sprawę jaśniej, najwidoczniej niedostatecznie się postarałem. Cieszę się, że mimo wszystko się podobało.

Pierwsza scena powstała jako… ostatnia. ;D Co za szczęście, że zdecydowałem się ją jednak dodać!

 

Drakaino, i Tobie dziękuję za opinię. Bretońska prowincja jest jak najbardziej na miejscu. Pozostałe wskazówki co do przedstawionego świata nie są pokazane tak wprost, ale pojawiają się i równiny na wschodzie, i wielkie morze na południu, za którym rozciąga się pustynia i wreszcie stolicę nazywaną Wiecznym Miastem, będącą siedzibą przywódcy kultu. Nie ma tu przypadku. ;D

[Słabe połączenie zeżarło mi długą odpowiedź, więc się streszczę] Przyjmuję wyjaśnienia :) Niemniej Bretania mi nadal odbiega “realistycznością” od pozostałych “słabszych” aluzji (Wieczne Miasto przyjęłam jako nazwę uniwersalną, bo w marchiach i innych takich pogubiła mi się geografia realna). Armoryka, która obejmowała m.in. Bretanię, byłaby może mniej dosłowna i imho lepiej pasująca do reszty fikcyjno-ogólnych określeń.

Z wszystkich wrzuconych na ten konkurs opowiadań z tagiem fantasy to wydaje mi się światotwórczo najciekawsze, więc jeszcze do niego na spokojniej wrócę, to może mi się świat poukłada.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ach, umiesz prawić komplementy! ;) Zatem zapraszam ponowie!

To był szczery komplement: fantasy, w którym kilku conanów okłada siebie oraz okolicznych orków, krasnoludów, elfów (skład obu drużyn dowolny) bronią pozbieraną z całego historycznego panoplium, ewentualnie drużynowo szuka zaginionego artefaktu, ewentualnie opowiada historię miłosną conana i elfki (lub dowolnych innych dwóch istot z listy zamieszkujących światy fantasy), a wszystko w świecie, który można wymienić na dowolny inny z sąsiedniej bajki, zazwyczaj mnie śmiertelnie nudzi. Tu podoba mi się np. pomysł na magię (i dlatego nie przeszkadza mi, że sią nią tłuką, bo jest tu coś więcej niż walka), a świat i jego opisanie podobał mi się od początku, tylko ta Bretania przysłoniła mi w komentarzu resztę ;) Fabuła może nie powala, ale zakończenie mi się podoba. Choć właściwie o tej koncepcji magii chętnie przeczytałabym coś jeszcze, może jakiś prequel…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Przeczytałam opowiadanie. Kwalifikuje się do konkursu.

 

Drobne uwagi:

 

jednak jego pani znajdowała sposób, by jednak posuwał się naprzód.

– Namierz wreszcie Wieczne Miasto. – Looke odpowiedział Lenie, nawet się nie odwracając. ← nie podoba mi się ten zapis, bo on odpowiedział = czynność gębowa = bez kropki

– Lordzie Van Hoenn – zawołał siwy kapłan(+.) – Zróbże coś!

patrzą na ciebie jak w obrazek! ← wpatrują się w ciebie jak w obrazek? Jak można patrzyć NA coś jak W coś?

Wyrwał się spod mojej kontroli(+,) a teraz siłą woli zakończył zaklęcie.

Zobacz tych wszystkich ludzi – i to nie tylko z naszego królestwa. ← półpauza out

jadzącą się ranę ← dzięki, nie znałam tego słowa ;)

bardzo chciał coś jeszcze dodać bardzo przekonywującym tonem

 

Opinia o fabule po zakończeniu konkursu.

Życzę powodzenia.

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Och, jak dawno nie czytałem pełnokrwistego fantasy :)

Jest tu dużo akcji, naprawdę dużo, napisanej z godnym podziwu rozmachem. Warsztatowo pierwsza klasa. Wykreowałeś bogaty świat, ale trochę się w tej historii pogubiłem. Wynika to zapewne z mnogości postaci oraz wydarzeń. Gdy jednak wróciłem na właściwą ścieżkę, mogłem z przyjemnością czytać kawał naprawdę solidnego fantasy. Fajnie oddałeś klimat wojny, niektóre zdania to prawdziwe perełki. Nie przedstawiłeś niczego nowego, ale zrobiłeś to w sposób przemyślany, widać, że wszystko jest zapięte na ostatni guzik. 

Mam zastrzeżenia co do ostatniego akapitu, który brzmi dość sztampowo. Nie licząc tego czytało się świetnie :)

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Naz, dzięki za poprawki. O parę rzeczy dopytam:

– Namierz wreszcie Wieczne Miasto. – Looke odpowiedział Lenie, nawet się nie odwracając. ← nie podoba mi się ten zapis, bo on odpowiedział = czynność gębowa = bez kropki

Kropka poszła się paść, natomiast myślałem, że doczepisz się do kolejności słów w didaskaliach. Gdzieś mi kiedyś przemknęło, że “czynność gębowa” powinna bezwzględnie didaskalia rozpoczynać, ale w tym przykładzie jest, że ktoś odpowiedział komuś, a zatem “odpowiedział Looke Lenie” brzmi mi jakoś dziwacznie.

Zobacz tych wszystkich ludzi – i to nie tylko z naszego królestwa. ← półpauza out

Tutaj natomiast potrzebuję wyjaśnień, bo za grosz się nie znam na nazewnictwie tych wszystkich rodzajów kresek i to zdanie, IMO, bez kreski zupełnie zmienia znaczenie. Sugerujesz więc wywalić zupełnie kreskę, co byłoby dla mnie niezrozumiałe, czy zastąpić ją kreską o innej długości? ;)

jadzącą się ranę ← dzięki, nie znałam tego słowa ;)

Ach, używam go już któryś raz, a ono zawsze wywołuje u kogoś poruszenie. ;)

 

Drakaino, ja również sztampowego fantasy unikam jak ognia i może to jest powód, dla którego nie przepadam za tym gatunkiem, bo zbyt często korzysta się w nim z klisz. Mimo iż sam z nich gdzieniegdzie skorzystałem, starałem się jednak wyjść poza ramkę. Jeszcze raz powiem, że cieszę się, że się podobało, a jeśli chodzi o prequel… czas pokaże. ;)

 

Soku, dzięki za komentarz. Fakt, że uznałeś jakieś zdania za perełki raduje mnie niezmiernie!

Mam zastrzeżenia co do ostatniego akapitu, który brzmi dość sztampowo.

Cóż, ja mam zastrzeżenia do limitu, był tak o 40k za mały. ;D

Sądziłam, że twoja kolejność ma maskować czynność gębową. Jeśli usuwasz kropkę, to jak najbardziej zmień szyk.

Wybacz skrótowość z półpauzą, chodziło mi o to, że w fantazmatowej fromatce wywalamy zbędne półpauzy z wypowiedzi, czyli te niewprowadzające didaskaliów. Nie musisz się z tym zgadzać, ale jeśli trafiłbyś do antologii, ona zostałaby usunięta, czego jestem zwolenniczką ;) Według mnie łatwo ją zastąpić, np. tworząc dwa zdania.

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Wymiękłem, Jasna Strono. :) Przeczytałem jakąś jedną trzecią i dałem sobie spokój. Pamiętam, jak rozmawialiśmy, że czas napisać coś na poważnie (znaczy Ty ;) ), ale poniosło Cię. :) Nawet punktu do biblioteki nie mogę dać, bo przecież nie przeczytałem… Mam jak reszta, za dużo tego, taki NWM w świecie fantasy, nie dziwię się, że do niego poszedłeś na konsultacje. To jest materiał na powieść, nie na opowiadanie. Zwyczajnie się zgubiłem.

Fakt, utwór napisany z dużym rozmachem, dobry warsztatowo, gładko się czyta, ale na opko to połowę faktów i infodata należałoby wyciąć. :)

Pozdrawiam.

Witaj, Darconie. Cieszę się, że w ogóle spróbowałeś!

“Transgresję” traktuję raczej jako miejsce do wypróbowania paru technicznych rzeczy, które podpatrzyłem ostatnimi czasy w różnych książkach. Coś “na poważnie” powoli nabiera kształtów i mam nadzieję, że zdąży się uformować przed końcem Twojego konkursu. ;) Wiem, rozmawialiśmy prawie rok temu… powiedzmy, że lożowanie pochłania trochę więcej czasu niż się spodziewałem, ale nie ma co narzekać!

Jest coś pulpowego w Twoim tekście (u mnie to komplement) – dużo się dzieje i na pierwszy rzut oka, wydawałoby się, że to tylko magiczna naparzanka. Doceniam świetny warsztat, a nazwy zaklęć zaskakiwały i powodowały parokrotnie uśmiech. Ciekawe co brałeś przed ich spisywaniem ;) A jedyną przeszkodą, żebym naprawdę polubiła ten tekst, to tylko i wyłącznie moje osobiste preferencje. Takie naparzanki dla mnie to tylko w kosmosie, space opery i inne science fantasy. Twój tekst jest “niestety” high fantasy. Chyba, że rozwijasz uniwersum i będzie science fantasy potem. Kupuję od razu :D

Rozumiem, Deidriu, z preferencjami nie wygram, ale tym bardziej doceniam próbę. ;) Science fantasy, powiadasz? Cóż, jakiś czas temu popełniłem takie opowiadanie, więc można rzec, że science fantasy było przed high fantasy, choć chronologicznie występują w odwrotnej kolejności. Nie nazwałbym tego może rozwijaniem uniwersum, ale jeśli masz ochotę, to zapraszam!

Tak, tamte jest dobre.

Hmmm. Nie porwało. Bardzo widowiskowa magiczna naparzanka. Odniosłam wrażenie, że w Twoim świecie są różne rody, które władają różnymi rodzajami magii. I wszyscy tłuką się ze sobą, a niekiedy także w ramach jednej rodziny. Ale poskąpiłeś informacji, o co w tym wszystkim chodzi, do jakiego celu każdy z walczących dąży. Nie miałam więc pojęcia, komu kibicować. Czułam się, jakbym oglądała trailer ze scenami bazującymi na efektach specjalnych, z całkowitym pominięciem motywów działania, czyli najciekawszych rzeczy i głębi.

Przez to ciężko się śledziło fabułę. Nie wiem nawet, czy opisywane walki następują po pierwszej scenie, czy też stanowią retrospekcję.

Bohaterów mnóstwo i nawet ciekawi. Tylko migają jak w kalejdoskopie, trudno utrzymać dłużej wzrok na jednym.

Legendy mało. Ot, któryś zrobił coś niespotykanego i stał się sławny.

Walka opisana widowiskowo. Za to plus.

Warsztatowo całkiem przyzwoicie, tylko z rzadka coś mi zgrzytnęło.

Babska logika rządzi!

Dzięki za opinię, Finklo. Miało być raczej rozrywkowo, ale rozumiem, że tempo może być zbyt intensywne.

Co do legendy – są dwie. Spotykają się po latach, przekraczając granicę śmierci i potwierdzając tylko swój status. ;)

Krew, pot, walka… walka… walka… Bardziej oglądałam film, wykreowany w mojej głowie przez Twoje słowa niż czytałam. Niezwykle widowiskowe opowiadanie. Czy to wada? Zarówno w życiu jak i w opowiadaniach lubię różnorodność :) Szybkie zmiany, przeskoki, niezwykła dynamika, jak dla mnie zasługuje na klika :)

Dzięki za opinię i klika, Katio. Na widowiskowość już parę osób przed Tobą zwracało uwagę, ale w takim tonie, że nie wiem, czy uważali to za wadę, czy za zaletę. Mnie się efekt w każdym razie całkiem podoba, co jednak nie oznacza, że pisywać teraz będę tylko tak. ;)

Krew bez entuzjazmu wypłynęła z zaciętego policzka, plamiąc rękaw oblekający przykurczone niedołężnością ramię.

Yyy… Nie ma pojęcia, jak krew wypływa z entuzjazmem, a jak bez.

– Mam szczątku ich obu.

Nie bardzo rozumiem, kto z kim walczy i o co, ale czytało mi się dobrze :)

Szybko, krwawo, fantastycznie, wybuchowo … i można tak długo ;) I tak jak inni będę potrzebował to przeczytać jeszcze chociaż raz, żeby wyłapać wszystkie smaczki i zajarzyć kto jest kim, kto jest z kim i na końcu kto wygrał ;)))

Przydały by się mapki świata, plansze z rozstawieniem wojsk na polach bitew, strefy wpływów frakcji i wrogów, a i chronologiczne umiejscowienie walk i wyniki bitew.

Dodatkowo zestawienie postaci i ich umiejscowienie w rodach i stronach konfliktu.

Jednym słowem MrBrigtside musisz to rozpisać tak na trzy tomy, z czego ze dwa w dwóch częściach ;)))

Fajnie, że wpadłaś, Anet. Cieszę się, że dobrze się czytało. :)

 

Enderku, jeśli tylko masz ochotę przeczytać opowiadanie kolejny raz, uznaję to za mój mały sukces. :> Co do tomów, to wątpię, czy upisałbym chociaż jeden, że już o braku moich kartograficznych umiejętności nie wspomnę… Dzięki za komentarz.

Przeczytałem ponownie. I właściwie obecne uwagi pokrywają się z częścią z bety.

Zaczynając od światotworzenia – sporo nazw, sporo informacji, do tego nie zawsze powiązanych w jasny sposób. Część z nich to fajne smaczki (co ciekawe, doradzałem wycięcie motywu z imperium za lądolodem, ale to je najbardziej zapamiętałem), ale niemal wszystko, co dotyka wielkich rodów miesza się jak w kotle i nie chce trafić w jakąś półeczkę.

To całe nieprzywiązanie się do rodów wynika pewnie z tego, że rzucasz narrację między jednymi postaciami a drugimi, przez co nie potrafię złapać kotwicy – kogoś, kogo oczami mogę spojrzeć i zrozumieć ten świat. Gdybym przejął się jednym bohaterem i jego rodem, potrafił uszeregować stosunki innych względem niego, pewnie łatwiej przełknąłbym część informacji.

Za to pochwalić muszę usprawnienie walk. Albo przynajmniej mi się staje, że wyzbyłeś się sporej ilości opisów analizowania sytuacji przez postacie, a dałeś więcej dynamizmu. To definitywnie na plus.

Tak więc taki to jest ten koncert fajerwerków. Dynamiczny i przytłaczający wykonaniem ;)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dzięki za jeszcze jedną opinię, NWM! Teraz już mogę spokojnie wywalić betę z listy, bo czekałem, czy może życzyłbyś sobie przekleić któryś komentarz. ;)

Co do opisu starć, to poszedłem dość konkretnie za twoją radą i ciąłem i kondensowałem właśnie tam. Co do jednej wiodącej postaci – co też przewinęło się przez betę – myślałem nad tym, nawet podjąłem próbę przerobienia opowiadania pod tym kątem, ale szybko doszedłem do wniosku, że wiązało się to właściwie z napisaniem opowiadania na nowo. A że krótkie nie jest, zwyczajnie zabrakło mi na to czasu. Poza tym chciałem przedstawić dwie legendy bez faworyzowania żadnej z nich i myślę, że czas pomiędzy Hougana i Mounire’a podzieliłem po równo.

Już początek okazał się trudny do ogarnięcia, a z każdym zdaniem wszystko zagęszczało się coraz bardziej i niebawem przestałam wiedzieć o czym czytam. Zawzięłam się jednak i postanowiłam, że dotrwam do końca, że może wtedy coś do mnie dotrze. Niestety, im bardziej zgłębiałam się w tekst, tym mniej rozumiałam, a jakikolwiek sens – bo zakładam, że jakiś niewątpliwie tu był – umykał jak króliczek i nie pozwolił się dogonić.

 

Stali tak w bez­ru­chu, wszy­scy za wy­jąt­kiem męż­czy­zny z za­ko­la­mi na­zwi­skiem Breq Looke… –> Czyżby zakola miały nazwisko?

 

Z pa­nicz­ne­go ma­ra­zmu pierw­szy wy­rwał się Breq… –> Czym się objawia paniczny marazm?

 

który za­ci­snął pię­ści, za­gryzł zęby i wy­ce­dził: –> Zęby, owszem, służą do gryzienia, ale czy można zagryźć zęby… Mnie udało się tylko zacisnąć.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Szkoda. :<

Aczkolwiek cieszą mnie tylko trzy babole na prawie 60k tekstu. :D

Tak po prawdzie, kiedy już całkiem zagubiłam się w tekście, to i babole, jeśli jakieś były, przestałam dostrzegać. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Niech to szlag! Reg, odebrałaś mi ostatni promyczek nadziei. :c

Jednakowoż, MrBrightside, gdybym przeczytała zdanie, w którym babol jakiś byłby, pewnie bym go wyłowiła. Bo poszczególne zdania rozumiem, gorzej z ogarnięciem całości.

I niech Ci promyczek nadziei nigdy nie zagaśnie… ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przeczytałem. Nie wiem, czy ta widowiskowość, to wada czy zaleta. Podobnie, jak Reg, pogubiłem się. Brakuje mi tu jednego POV, który w takiej historii jest wszystkim – czyli kogoś, kto czegoś chce, ale różne wydarzenia przeszkadzają mu to dostać – wtedy cała historia jest o nim. Rozpisz na trzy tomy ; D

Nie wiem, MrBrightside. Zawiązanie akcji jest o Maximie, potem historia dotyczy innych bohaterów, rozpływa się i koniec końców Mounier jest tak samo pobocznym bohaterem, jak wszyscy inni.

Przeczytałem i nie wiem. Pisz jeszcze.

 

Pozdrawiam,

Marlow 

"Without education, we are in a horrible and deadly danger of taking educated people seriously."

Dzięki za opinię, Marlow!

Jeden POV, powiadasz? To już któryś głos tej treści w tej kwestii. Przyznam jednak, że takie rozwiązanie wydało mi się zbyt klasyczne. Chciałem trochę poeksperymentować z budowaniem historii dotyczącej dwóch głównych bohaterów, którzy spotykają się w finale. Jak mi to wyszło, to już dyskusyjna kwestia, ale z pewnością ta próba to cenne doświadczenie na przyszłość. ;)

A trzech tomów nie będzie. :D

Kurczę, Brightside, dziwnie to jakoś napisane, chyba rzeczywiście zabrakło czasu na porządne szlify.

Weźmy taki np. akapit:

Wrócił szybko i bez przyboru, gdy doszło go zawodzenie Aldrica, które lata temu brzmiałoby pewnie jak donośne wołanie. Maxim stanął w progu, a chwilę później wszelkie trele zamilkły.

– nie wiem czy “trele” to te starcze zawodzenia, odgłosy zgromadzonych przed chatą, czy po prostu śpiewy jakichś ptaków (bo te zwykle nazywa się trelami, a do dwóch wcześniejszych to słowo mi nie pasuje).

 Przed chatą zgromadził się mały tłum, ze trzy tuziny najmniej, a każdy z przybyłych nosił czuprynę czarną jak smoła i stężałe, zadziorne oblicze.

– nosili oblicza?

Stali tak w bezruchu, wszyscy za wyjątkiem mężczyzny z zakolami nazwiskiem Breq Looke, który wyszedł przed szereg, bez powodu podniecony.

– dwa zgubione podmioty i mamy “zakola nazwiskiem” i “podniecony szereg”. Czemu szereg, albo i sam Breq mieli być podnieceni bez powodu, skoro przyszli zabić legendę – nie wiem.

 

Kawałek dalej masz:

Aldric Mounire oddychał coraz szybciej. Jego dziad z kolei splótł palce i w zamyśleniu przyłożył je sobie do ust.

– a to Aldric, to nie jest ten starszy?

 

Dotarłem do:

To również on nakazał Kyurnacę czym prędzej dotrzeć

– i nie mogłem zrozumieć, czemu oni “docierali Kyurnacę”, dla zachowania sensu powinno chyba być “Kyurnacy” ?

Przyznaję, że póki co, odpadłem w tym momencie. Wiem, że potrafisz pisać, ale tym razem stało się coś dziwnego.

 

Doceniam próbę, Coboldzie. :)

Co do fragmentów, na które zwróciłeś uwagę – trele i zakola poprawiłem. Noszenie oblicza moim zdaniem ma sens. Chodzi o niejako przybranie maski – stężałej miny, nadającej powagi, czyniącej bardziej groźnym w sytuacji, gdy jest się oprychem, gotującym się by kogoś skrzywdzić, jednocześnie pewnym swoich pobudek.

Aldric jest starszy wizualnie, ale to Maxim jest jego dziadem. Zaś odmienianie nazwiska “Kyurnaca” to koszmar i w sumie nie wiem co z tym fantem zrobić. :p

Dzięki za komentarz.

Gdybyś tak zaopatrzył się w tęczową siatkę na wytwory bujnej wyobraźni, a potem wyłapał je wszystkie do wielkiego kałamarza i oswoił, to Twoje zręczne i dobrze zaostrzone pióro wyczarowałoby moc czytelniczych przeżyć. Trzymam kciuki! ;)

Pozdrawiam!

 

P.S. Tęczową siatkę na wytwory bujnej wyobraźni tworzy się mentalnie, nie trzeba jej szukać w sklepach na Pokątnej czy innych magicznych bazarach… :)

Ale czemu tęczową? ;D

Bo jest ładna. :D I skuteczna.

A tak naprawdę skojarzyła mi się z magią, światem jednorożców i kolorowymi bytami zamieszkującymi wyobraźnię (nie, nic dzisiaj jeszcze nie piłem; tak, jest bardzo duszno i mój umysł zrobił się bardziej galaretowaty :D)

Cóż, krajobraz wyobraźni raczej nie jest uniwersalny. Nie powiesz chyba, że po umyśle Beksińskiego fikały różowe jednorożce. ;)

Nie powiem nic o umyśle Beksińskiego. No może tylko tyle, że robi wrażenie (wciąż). :)

Nowa Fantastyka