- Opowiadanie: maciekzolnowski - Zaczarowana pasieka wujaszka Władysława - Spacerkiem na dworzec

Zaczarowana pasieka wujaszka Władysława - Spacerkiem na dworzec

Oto ciąg dalszy “Zaczarowanej pasieki wujaszka Władysława” – tak zwanej prozy poetyckiej, zahaczającej ociupinkę o realizm magiczny. Ostatnio zamieszczony na forum tytuł zmieniłem, a i sama treść uległa zasadniczej metamorfozie. Dlatego pozwoliłem sobie na ponowną publikację tego opka.

Spokoju i wyciszenia, tym razem, życzy autor! ;) 

Oceny

Zaczarowana pasieka wujaszka Władysława - Spacerkiem na dworzec

W skwarne dni wakacyjne jeździłem wraz z babcią oraz jej siostrą, ciocią Jadzią, pociągiem na zakupy. W bardzo wielkim mieście babcia kupowała mi lody, lizaki albo watę cukrową, której smak, ledwie wyczuwalny, przekraczający to wszystko, co zawierało się w wyrazie „słodycz”, wybrzmiewał na końcu cienką melodią aeryjną i ziszczał w słowach: „delikatność”, „aksamitność”, „lepkość”, „miękkość”. Miasto tak naprawdę nie było wielkie, ale czy aby na pewno można ufać pamięci dziecka? Wieś, w której się wychowywałem wcale natomiast nieduża była – stąd może i ów kontrast, abis, w ramach którego jawił mi się cały ogrom miejscowości ościennych, gminnych i powiatowych, które z babcią odwiedzałem.

Wychodziliśmy z domu i wędrowaliśmy całe pół godziny na dworzec kolejowy, dostojny, ceglany, ze strupieszałym, spadzistym i efektownym dachem, a ciocia wychodziła nam naprzeciw.

I choć lekko lazurowa uliczka tonęła w wybujałej do granic możliwości zieleni, to jednak czuło się tu przestrzeń, jak nigdzie indziej. A w dni upalne, takie jak ten, obmacywały człowieka dodatkowo wścibskie spojrzenia natrętnego słońca. Były to tereny od święta zalewowe, grzeszące: swym nazbyt bliskim położeniem względem Osobłogi, rodzajem zdradzieckiego zbratania z rzeką, spoufalenia się z nią w czasie i przestrzeni. Toteż przypuszczano, iż wśród zwykłych tubylców znakomitą większość stanowili przedstawiciele któregoś z prastarych rodów wodników albo syren, i że wszystkie te istoty w owym czasie należały do jakiegoś zakonu słonecznego, czczącego swego bożka, spijającego całą słodycz dnia miododajnego, nakładającego swym członkom złote maski kultu bakchicznego, pozdrawiającego się grymasem w postaci: zmrużonych oczu, wywalonych na wierzch języków i podciągniętej aż do bólu górnej wargi.

Mijaliśmy najpierw ulicę Ogrodową – płaskie, gliniane klepisko, pełne widmowych ruin i niezbyt zadbanych domków, mając po lewej swej stronie niebosiężny komin manufakturowy z bocianim matecznikiem na wyniosłym czubie, gdzie czuło się słowiańskość jak nigdzie indziej, gnieżdżącą się od wiosny do babiego lata z całym dobrodziejstwem inwentarza, abociem było to właśnie rozklekotane błogosławieństwo tego sioła: liczne, nienażarte, krotochwilne. Tutaj ekstrahowała się jak gdyby cała polskość w substancjalną kolebkę. I nie dość na tym, że się ziszczała! Maćkowa Perć, to gniazdo, utkane było z wyschniętych źdźbeł krzewinek i trawska, trawsko zaś – poprzetykane mniszkiem lekarskim o szyi żyrafiej, łepetynie przyobleczonej w najgorszą tandetę lipca, z tymi charakterystycznymi żółtymi kapeluszami: lechickimi becikami, łużyckimi chustkami, ślężańskimi czepkami. (Zaprawdę wątpliwą mi się zdaje kwestia żółci opisanej, bo i czemuż by nie mogły być me feeryczne mlecze, na poły zmyślone, na poły realne, bieli i czerwieni pomieszaniem? Pamięć to dziwna rzecz, krucha rzecz. I doprawdy trudno jest jej ufać).

Podczas tego popołudnia zauważyło się mrówki – całe ich rojowisko, wykonujące swój mrówczy taniec godowy, a także winniczki, śniące radosne sny winniczków w falujących pieleszach pokrzywy, w betach z atomów kojącego cienia, w srebrze śluzu, połyskującego nanometrami: snopków, nitek oraz strużek. Te owady i te mięczaki – to była kwintesencja mego dzieciństwa, sprowadzona do skali mikro. (Pamiętam to doskonale, jak dziadek zabierał mnie na wycieczki do lasu, podczas których: on – zrywał dla królików dzięcielinę, ja natomiast – poszukiwałem tych rogatych stworzonek z muszlą na grzbiecie. Mówiłem wtedy na głos: „ślimak, ślimak, wystaw rogi, dam ci sera na pierogi”).

Ale oto teraz… oczekiwało się, że pociąg na stacji nie będzie stał w nieskończoność. Szliśmy więc dalej klepiskiem, niestrudzeni i wytrwali, niczym woda, drążąca głazy. Po chwili, w pobliżu poniemieckiego tunelu – surowego, zimnego i zastygłego jakby w tym swoim własnym sosie polodowcowym – droga nagle zakręcała w lewo o dziewięćdziesiąt stopni. Zmieniała przynależność partyjną i opcję geopolityczną, stając się gliniastym bohomazem, żółtoszarym szlaczkiem na chlorofilowym tle, polną ścieżyną pełną białych i czerwonych punkcików-kwiatostanów, tu i ówdzie pozarastaną chwastem aż do niemożebności, ginącą w nadopiekuńczych objęciach bodiaków, opasłych łopianów, w rozpaczliwych krzykach poskromionych pejczem upału pokrzyw.

I jęła się snuć ta złota droga-wić z powabem wysoko, hen w górę, wzdłuż majaczącego abrysu starego nasypu kolejowego, niczym ślad pędzla, pozostawiony przez jakiegoś flamandzkiego mistrza pejzażu. A gdyby ktoś przypadkiem nie wiedział, dokąd wiedzie owa najsekretniejsza, zapomniana bocznica tęczy, ta żyła rozżagwionego El Dorado, to mógłby śmiało zgadywać, że kończy się gdzieś na modrych, rajskich sadzawkach racławickich niebios.

I tak to przeprawialiśmy się z matką mojej matki ku kaskadom kolejarskich przystani, wąskich, poniemieckich przesmyków, cudzoziemskich, tajemniczych wysp i ramp; sunęliśmy ku mirażom kardamonowych szyn-tras, cynamonowych bocznic, miodowych alejek, jaśminowych fontann, polnych wytrysków, zielnych i pastewnych wodogrzmotów.

Po pewnym czasie ścieżynka krzyżowała się z asfaltówką i przechodziła następnie w skrót oraz tory, którymi nigdy nie dane mi było wędrować. Stąd być może pozostał w mym pacholęcym czerepie czarowny urok tego, co nieznane, niezbadane, nienazwane, buzujące w alembiku z potencjałem nigdy nietkniętej okowity. Podobno wielu przechodniów, bezimiennych niczym psy włóczykijów, zostało tutaj stratowanych przez lokomotywy – wielgachne, parowe monstra, nieznające ludzkiej ani boskiej litości… ni żadnych innych uczuć.

My tymczasem – wzrokiem z olśnienia po bokach zacienionych budynków wodząc, jak po wszystkich czterech strunach skrzypiec – szliśmy gościńcem, przechodząc pod wiaduktem na drugą stronę torów i zwiększając tym samym ambit naszej eksploracji. Te racławickie wiadukty – kawał historii – niczym gigantyczne, upiorne rzutniki, za dnia dawały cień, a w nocy – majaki duchów poległych podczas wojny esesmanów: ludzi złych i okrutnych, ludzi-zwierząt, ludzi-nieludzi.

Przemykając następnie na lewo w bok, niczym dziarski, pijany od ciągłych przypływów i odpływów radości surfista, człapaliśmy dalej. I przełamywaliśmy rozczapierzony wierzch krasnego stoku, na którym mościł się w całej swej okazałości przejazd – tak po chłopsku, wygodnie i rozłożyście – z tymi charakterystycznymi barami rogatek i ślepiami sygnalizatorów świetlnych, których przeszywającej, niemalże bestialskiej czerwoności zawsze tak bardzo się obawiałem.

I tak stopniowo dochodziliśmy z babcią do dworca, już kołataliśmy do jego wrót w imię staroitalskiego Janusa – boga przemian, czasu, początku i końca. Jeszcze mieliśmy do wyminięcia, po swej prawicy, w dole, pomiędzy nasypami kolejowymi, jakiś wyzwolony i zdziczały sad poniemiecki – z tajemniczymi, mięsistymi czereśniami, pełnymi soku pod przejrzałą skórką, z wonnymi, opalonymi niczym Murzyniątka wisienkami, których aromat przekraczał ludzkie możliwości poznawcze, z wciąż nie całkiem dojrzałymi owocami agrestu, pełnymi tanecznej gracji i muzycznego rozedrgania, niczym początkujące balerinki, nieukształtowane i nieuformowane. Lewicą zaś należało tylko musnąć – by wyminąć – racławickie rubieże Północy, pełne niesamowitego i niepojętego uroku, tak bardzo dla rubieży właściwego. Mijało się więc zmechaconą, starą rampę i ogródki działkowe, pełne wonnego kwiecia, zamknięte w sobie i zapadłe w ciszę pod przytłaczającym ciężarem kipiącej zieleni, lubieżnie oddające się nieskrępowanemu, wręcz orgiastycznemu kwitnieniu, masami listnymi oraz całą plątaniną rozplenionych chwastów zalane.

Po zejściu z nasypu, zdegradowana do niecki droga stopniowo nabierała utraconego swego decorum oraz wysokości, niczym nurek powietrza, by ostatecznie osiągnąć awansem najbardziej reprezentacyjny dla siebie pułap i stać się na powrót punktem widokowym. Był to w każdym razie, dumny jak psi champion, racławicki kres – jego podniebna Ultima Thule, gdzie znajdowała się, zagubiona wśród starodrzewu, stacyjka, do której wiodła długa alejka lipowa, wyłożona kostką brukową, niczym puzzlami, połyskująca w żarze leniwego, jak gdyby nigdy nie chcącego się skończyć popołudnia. A każda jedna taka kostka jarzyła się innym kolorem i zmieniała swe oblicze bez ustanku, niczym jakaś cząstka elementarna na trójwymiarowej pocztówce ze stereogramem.

W pobliżu dworca, gdzieniegdzie, znajdowały się przerdzewiałe siatki, a gdzie indziej – jakieś ceglane murki, urzekające samą tylko energią kształtu cegły, czerwone i jajeczne od słonecznych balsamów. Przyozdobione one były w mięsiste i śliniące się lubieżnie ozory chwastów – seksoholików, erotomanów, wyrzutków społecznych. Pół biedy, jeśli chuć tych zboczeńców rodziła się z nagości gruntu, okalającego murek, i go pożerała w sensie urodzaju, wybujałości czy metrażu, gorzej, jeśli owa frywolność wyrastała, czy wręcz wytryskiwała, wprost z samego jądra rozbuchanej od skwaru, ceglanej pustyni. Chwasty rosły więc gdzie popadło – i to nawet w tych miejscach, w których z zasady rosnąć nie powinny. Widziało się także, sporadycznie, pocącą się, rzadką, wręcz płynną od czarnych swych potów smołę. Wyglądała na wściekłą.

I tak po około trzydziestu minutach dotarliśmy z babcią na stację.

Koniec

Komentarze

Maćku, przeczytałam historię, którą już czytałam, tym razem napisana znacznie staranniej, ale chyba  jeszcze bardziej poetycko.

Czy wspomnienia chłopca na pewno przetrwały w tak bardzo niecodziennej formie? Czy chłopiec nie zapamiętał raczej, że było bardzo ciepło/ gorąco, że kwitły żółte mlecze, że pleniło się mnóstwo chwastów, że w ogródkach rosło wiele kolorowych kwiatów, że szedł drogą i mijał domki, że przyszedł na stację, gdzie stał parowóz, że czekała go podróż pociągiem…

Czy aby to, o czym opowiadasz, to jeszcze wspomnienia chłopca, czy już raczej Twoja obecna chęć przywołania fragmentu dzieciństwa, przedstawiona w formie nad wyraz rozpoetyzowanej, wykorzystującej Twoją artystyczną, nieokiełznaną wyobraźnię.

 

co za­wie­ra­ło się w wy­ra­zie „sło­dycz”, wy­brzmie­wał na końcu cien­ką me­lo­dią aeryj­ną i zisz­czał w wy­ra­zach –> Powtórzenie.

 

po­skro­mio­nych pej­czem upału po­krzyw (Urti­ca dio­ica). –> W tekście wymieniasz wiele roślin, ale żadnej nie opatrzyłeś łacińską nazwą; dlaczego więc wyróżniasz pokrzywę?

 

I jęła się piąć ta złota dro­ga-wić z po­wa­bem wy­so­ko, hen w górę… – Masło maślane. Czy droga mogła się piąć wy­so­ko, hen w dół?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Twa pomoc, Droga Reg., jest nieoceniona! I chwała Ci za nią. Chwała, chwała, chwała! Jeśli kiedyś NF przyzna Ci medal za zasługi, to ja chciałbym być przy jego wręczaniu, tudzież wręczyć Ci go osobiście. Mówię poważnie! :)

“Czy aby to, o czym opowiadasz, to jeszcze wspomnienia chłopca, czy już raczej Twoja obecna chęć przywołania fragmentu dzieciństwa”? – To jest bardzo ważna sprawa, uważam. Dokładnie to samo pytanie zadaję sobie czytając Schultza. Wydaje mi się, że raczej to drugie wchodzi tutaj w grę, a mianowicie: chęć ponownego przeżywania dzieciństwa uruchamia wyobraźnię, natomiast wspomnienia są jedynie paszą… pożywką dla tejże wyobraźni. 

“I jęła się piąć ta złota droga-wić z powabem”. – A może lepiej napisać to zdanie o tak: “I jęła się snuć ta droga” (celem uniknięcia rzeczonego “masła maślanego”), jak myślisz?

Zgodnie z Twym zaleceniem, dotyczącym m.in. terminologii botanicznej, pokrzyw, ale nie tylko, pozbyłem się wszystkich nazw łacińskich (takich jak np. Arcus caelestis). 

“Maćku, przeczytałam historię, którą już czytałam”. – A tak, z tą różnicą, że ci nasi bohaterowie gdzieś tam doszli. Szli, szli… no i trafili na dworzec. W końcu! ;) 

maciekzolnowski

Maćku, bardzo dziękuję za uznanie, ale na samą myśl, że miałoby mi być coś wręczane… Ech! Uwierz, że w zupełności wystarcza mi świadomość, że czasem mogę się do czegoś przydać. ;)

 

“I jęła się piąć ta złota dro­ga-wić z po­wa­bem”. – A może le­piej na­pi­sać to zda­nie o tak: “I jęła się snuć ta droga” (celem unik­nię­cia rze­czo­ne­go “masła ma­śla­ne­go”), jak my­ślisz?

Ano, myślę, że snucie się drogi będzie chyba lepsze, zważywszy także na to, że w dalszej części zdania piszesz: …wzdłuż ma­ja­czą­ce­go abry­su sta­re­go na­sy­pu ko­le­jo­we­go

 

A tak, z tą róż­ni­cą, że ci nasi bo­ha­te­ro­wie gdzieś tam do­szli. Szli, szli… no i tra­fi­li na dwo­rzec. W końcu! ;) 

Tyle że zdaje mi się, iż po drodze coś się stało z ciocią. Rozpoczynasz zdaniem: W skwar­ne dni wa­ka­cyj­ne jeź­dzi­łem wraz z bab­cią oraz jej sio­strą, cio­cią Ja­dzią, po­cią­giem na za­ku­py. – a trzy zdania dalej: Wy­cho­dzi­li­śmy z domu i wę­dro­wa­li­śmy całe pół go­dzi­ny na dwo­rzec ko­le­jo­wy, do­stoj­ny, ce­gla­ny, ze stru­pie­sza­łym, spa­dzi­stym i efek­tow­nym da­chem, a cio­cia wy­cho­dzi­ła nam na­prze­ciw.

Zastanawiam się, skąd ciocia Jadzia wychodziła? Czy nie pokonywała opisanej drogi razem z siostrą i jej wnukiem?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

“Tyle że zdaje mi się, iż po drodze coś się stało z ciocią”. – A tak, napiszę o niej już w części, dotyczącej dworca, samych wydarzeń na stacji. Cieszę się, że jesteś czujna, i że nie uszło to Twojej uwadze. A póki co, to chyba sobie zrobię malutką przerwę od prozy poetyckiej, odpocznę, odsapnę i powrócę z tekstem, jakby to ładnie powiedzieć, kolejarskim, a zarazem sentymentalnym. No i w końcu drabbelki też czekają (nie tylko ta nieszczęsna ciocia)! :)  

maciekzolnowski

W takim razie, Maćku, życzę Ci owocnej twórczości, niezależnie od tego, w jaki gatunek literacki zechcesz oblec swoje pomysły. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki!

Tak sobie myślę… dobrze, że babcia się gdzieś nie zawieruszyła po drodze. Wspomnienia o babci bez babci wyglądałyby raczej mizernie. ;)

 

maciekzolnowski

Od chwili wyjścia z domu, aż do dotarcia na dworzec, obecność babci była dla mnie oczywista – babcie się nie zawieruszają. To raczej zdolność, którą mogą szczycić się wnuczęta. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No tak, prawda! ;)

maciekzolnowski

;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hmm… spisek jakiś wyczuwam, bo to pióro wytarte już trochę od drapania po podbródku. :)

Przeczytałem tę wersję i stwierdzam, że ogromnie przyjemnie było się z babcią ponownie przespacerować na dworzec. 

Tak, Reg ma rację, ta wersja jeszcze bardziej poetycka… i magiczna… i klimatyczna… Mimo, że wiedziałem, jak się wszystko potoczy, przeczytałam z przyjemnością :)

“Stwierdzam, że ogromnie przyjemnie było się z babcią ponownie przespacerować”. – Cholernie mi miło! Nawet nie wiesz, Blackburn, jak bardzo się z tym tekstem zmagałem, jak bardzo mnie on sobą zmęczył (już sama świadomość tego, że mam go napisać). 

 

Cieszę się ogromnie, Katia, bo Widzisz… mogę upiec dwie pieczenie na jednym ogniu… Robię ostatnio research na temat Schulza, jego sposobów kreowania świata jak gdyby na nowo, metod nazywania tego, czego nazwać niepodobna (stosowanie metafor, przybliżanie znaczeń w zdaniach wielokrotnie złożonych, barokowych). Przy okazji przypominam sobie swoje dzieciństwo i je ponownie przeżywam. Bardzo fajna sprawa!

 

Mam nadzieję, że – w pogoni za próbą oddania atmosfery Racławic (lat 80-tych) ze wszystkimi możliwymi szczegółami – nie pogrążyłem tekstu (oraz siebie) nadmierną ilością opisów detalicznych, egzemplarycznych, atomowych, drobiazgowych itd.  

maciekzolnowski

Zdecydowanie nie pogrążyłeś :) I muszę przyznać, że z Schulzem… to nawet Ci się udaje :)

Bajeczne. Zwłaszcza po tym konkursie o legendach, którym już jestem trochę zmęczony.

Nie czytałem poprzedniej wersji, ta jest dla mnie pierwsza. I muszę przyznać, że niezwykle przyjemnie czytało się tak kunsztowny i przemawiający do wyobraźni opis. Jak widać, fascynacja Schulzem niektórym wychodzi na dobre! I ponawiam pytanie (być może retoryczne, bo chyba nie wymagam teraz odpowiedzi) – dałbyś radę w ten sposób z prawdziwym, pełnowymiarowym opowiadaniem, takim z fabułą, dialogami i tak dalej? Bo jeśli tak, to u hu hu… 

Znakomicie się czytało! 

Choć z całą pewnością na mój tak pozytywny odbiór tekstu duży wpływ ma fakt, iż wychowałem sie w latach osiemdziesiątych, w niewielkiej, podwrocławskiej wsi z małą stacyjką, na linii Wrocław – Międzylesie. Więc doskonale wiem o czym piszesz :-) 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Wielkie dzięki, cieszę się i zwyczajnie nie wiem, co mam napisać.

Katia, wszystko ładnie, pięknie, tylko trzeba uważać z tym Schulzem, ażeby jakiegoś plagiatu nie popełnić. ;)

Agroeling, a ja się właśnie zabieram za czytanie jednego z Twoich snów. Wbrew temu, co napisała Reg., akurat mnie oniryzmy na tym forum interesują bardzo. 

Thargone, zaintrygowała mnie nazwa miejscowości, w której się wychowywałeś. A trasa Wrocław – Międzylesie jest jak marzenie i najpiękniejszy sen jednocześnie. Odwiedziłem Twe strony w zeszłym roku, jadąc pociągiem do Bystrzycy Kłodzkiej. Starałem się wtedy o pracę w PTTK “Jagodna”. Może kiedyś o tym napiszę… ?

 

maciekzolnowski

Węgry, jakieś dwadzieścia parę kilometrów od Wrocławia,niemal dokładnie w połowie drogi między Wrocławiem, a Strzelinem. Wystarczająco daleko od miasta, by było zupełnie wiejsko, a wystarczająco blisko, by można było skwarnym popłudniem pojechać pociągiem na lody :-) 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Thargone, naprawdę pozazdrościć! :))

maciekzolnowski

Nowa Fantastyka