- Opowiadanie: Niebieski_kosmita - Jak się pozbyć ludzkości w trzech prostych krokach

Jak się pozbyć ludzkości w trzech prostych krokach

Dzień dobry, cześć i czołem! Nie pytajcie, skąd się wziąłem...

Po lekkim kryzysie twórczym moją motywację do pisania przywróciło wydanie opowiadania “Następna stacja: Katastrofa” w antologii “Fantazmaty” (jeśli ktoś nie słyszał, do pobrania za darmo tutaj). Oto i rezultat tej nowej motywacji.

Akcja opka rozgrywa się wcześniej niż pięciu poprzednich (konkretnie – dwa lata przed “Rokowaniami“), więc powiązania powinny być szczątkowe, ale jakieś występują na pewno. Cztery osoby - soku, drakaina, Światowider i wilk-zimowy - przejrzały pierwszą wersję tekstu i zgłosiły różne pomysły, jak go poprawić, z czego skorzystałem i za co dziękuję serdecznie :)

Strona Zegara Zagłady.

Cytat z “Nowego Wspaniałego Świata” w przekładzie Bogdana Barana.

Życzę przyjemnej lektury.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Biblioteka:

NoWhereMan, regulatorzy, Finkla

Oceny

Jak się pozbyć ludzkości w trzech prostych krokach

Krok pierwszy: dopiero w ostatniej chwili zorientuj się, jak bardzo jest źle

– A co tu można zrobić?!

– Mam plan. Leć dalej, ja wezmę szmaciarza z drugiej strony.

– Zabije mnie…!

– No to będzie problem.

Po ostatnich słowach rozległ się chrapliwy śmiech.

Gerard Stirling – pilot kosmicznego ścigacza – spojrzał z dezaprobatą na głośnik, jakby mógł w ten sposób przekazać swoje emocje. Uważał, że w obecnej sytuacji należałoby raczej zachować powagę – w końcu ścigał ich smok wielkości sporego księżyca, którego powstrzymali od ataku na Ziemię, ratując w ten sposób miliardy istnień.

Zatrzymał jednak ten komentarz dla siebie. I tak był uważany za sztywniaka.

– Zaraz dmuchnie – ocenił Alvin Popow, siedzący za sterami drugiego statku. – Odbijam na lewo, zajmij go.

– I tak ma jeszcze z bilion punktów życia! Co chcesz osiągnąć?

– Zobaczysz.

Pojazd Alvina gwałtownie skręcił, znikając z radaru Gerarda. Smok nie zwrócił większej uwagi na ten manewr, ponieważ był zajęty ładowaniem Oddechu Antymaterii – swojej najgroźniejszej broni – i wybrał już cel ataku. Nawet ścigacz Stirlinga (model Z4, pole siłowe najnowszej generacji, wyrzutnie rakiet z głowicami termojądrowymi i perskie dywany w kabinie pilota) nie mógł długo wytrzymać pod takim ostrzałem.

– Tarczy mam na dwie minuty, pospiesz się trochę!

– Co? Jaja sobie robisz? Nie kupiłeś więcej?!

– Nie mogłem… – Powódź antymaterii, wydobywająca się z pyska smoka, zalała statek. Wskaźniki mocy natychmiast zaczęły wariować. – Kurwa, nawet mniej! Ten śmieć jest chyba na doładowaniu!

– Szybko, uciekaj w hiperprzestrzeń, idioto!

Gerard poczuł, że traci panowanie nad sobą.

– Nie musisz mnie wyzywać! Komputer, aktywuj…

– Bo co, naskarżysz tatusiowi?

Zapadło niezręczne milczenie. Zapas energii statku błyskawicznie się kurczył.

– Nie – odparł w końcu Stirling. – Nie o to mi chodziło…

– Dobra odpowiedź. Patrz.

Smok nagle zakołysał się i zwolnił, a Oddech zniknął. Gerard aż gwizdnął z podziwu, po czym wyłączył tarczę, by zachować chociaż resztki mocy.

– Jak to zrobiłeś?

– Rzuciłem mu wielką asteroidą prosto w nos! Oj… teraz patrzy na mnie…

– Czekaj, lecę!

Stirling wykonał zwrot, ale w tym czasie smok też zdążył się obrócić; ogon potwora, długi na setki kilometrów, zataczał już po prawej ogromny łuk. I – jakżeby inaczej – statek Gerarda znalazł się dokładnie na jego drodze.

– No nie…! – Zanim zdążył zareagować, otoczyła go ciemność, w której po chwili zapłonął napis: ZGINĄŁEŚ, ALE WALCZYŁEŚ DZIELNIE. – Do dupy taka misja! Co miałem niby zrobić?!

– Kupić więcej tarczy – odpowiedział chłodno Alvin. – Pewnie myślałeś, że zajebanie Abaddona jest szybkie, łatwe i przyjemne?

– Nie! Po prostu… miałem trochę innych wydatków, a poza tym…

– Aha, rozumiem! Tatuś przykręcił kurek z forsą?

– Przestań wspominać o moim ojcu – warknął Stirling.

– Wsadzicie mnie do więzienia? Wyślecie na przymusowe roboty do Pasa Asteroid? No, czego mam oczekiwać?

Żadna błyskotliwa riposta nie spłynęła na język Gerarda.

– Tak myślałem – mruknął Popow.

– Łatwo ci tak mówić! Nie masz apodyktycznego ojca, który wyżywa się na tobie… – Uświadomił sobie, co właśnie powiedział. – To znaczy… nie chciałem…

– Racja, nie mam. Trudno byłoby staremu mi rozkazywać, zwłaszcza, że sześć lat temu wylądował na cmentarzu – ton głosu Alvina zbliżał się do zera absolutnego.

– Dobra, nic nie mówiłem, zapomnij o wszystkim! Spróbujmy jeszcze raz, brakuje mi tylko tego questa do następnego poziomu…

– Wiesz co? Dziewczyna wypomina mi, że za dużo czasu marnuję na granie… Powinna zobaczyć ciebie. Jesteś wręcz kwintesencją przegrywu.

Słowa uwięzły Stirlingowi w gardle.

– Chyba jej posłucham – stwierdził po namyśle Popow, a następnie się rozłączył.

*

Twarz Bernarda Stirlinga, Imperatora Europy i Afryki, wyrażała przede wszystkim zmęczenie.

– Co u ciebie, synu?

– Nikt już nie chce ze mną grać – odparł chłopak martwym głosem. – Alvin był ostatni.

Spojrzenie ojca nie zmieniło się ani o jotę. Nic mnie nie obchodzą twoje problemy, życie i tak nie ma sensu – sugerowało.

– Przykro mi to słyszeć, ale w takim razie nie był prawdziwym przyjacielem.

– Tak? Tylko że nie miałem innych, wiesz?!

– Gerardzie…

– Taki już chyba mój los, prawda? – Znowu puszczały mu nerwy. Zauważył, że ostatnio zdarza się to coraz częściej. – Syn cholernego Imperatora, jedyny kandydat do przejęcia stołka! Każdy się przymila, ale nikt nie pomyśli, że…

– Dosyć – przerwał mu Bernard. – Owszem, jestem cholernym Imperatorem. Rządzę sporym kawałkiem tego śmietnika, który niektórzy nazywają Ziemią. I na pewno nie będę słuchał, jak mój syn się nad sobą użala.

Oho! Uaktywniamy tryb „moralizatorskie przemówienie”. Pasy zapięte, czas zaczynać!

– To, że zostałeś ofiarą losu, nie jest moją winą – kontynuował Imperator. – Byłeś nią już wcześniej, zanim zmniejszyłem wpłaty na twoje konto. Jeśli nie zrobisz czegoś ze swoim życiem, do następnych urodzin zostaniesz wydziedziczony.

– Ale robisz to specjalnie, bo nie wmówisz mi, że nie masz pieniędzy! Co złego zrobiłem? Dlaczego się nade mną znęcasz?!

Ojciec pokręcił głową.

– To nie jest znęcanie się. Może kiedyś zrozumiesz…

Jasne! Oczywiście!

– Stare, oklepane i żałosne teksty… czy to już wszystko?

– Nie, nie wszystko. Masz w ogóle pojęcie, jakie zmiany ostatnio zaszły na świecie? Kiedy ostatni raz interesowałeś się czymkolwiek, co nie miało związku z wirtualem?

Chłopak zatrzymał strumień gorzkich słów, które cisnęły mu się na usta, i zadał sobie to samo pytanie.

– Miesiąc temu… organizowaliście chyba wyprawę do Obłoku Oorta, tak?

– Minęło już prawie pół roku, to raz. Organizowała ją Australazja, to dwa. I nie, nie o tym mówiłem. Projekt… – urwał w pół słowa. – Zresztą, po cholerę z tobą gadam?! Siedź sobie w swojej rzeczywistości, skoro tam czujesz się lepiej!

Poczuł, że płomień wstydu pali jego wnętrzności. Jeszcze nigdy nie czuł się tak głupio.

– Tato… ja…

– Do usłyszenia. Albo i nie. Jak wolisz – stwierdził Bernard, a potem rozłączył się.

Czyżby déjà vu?

*

Nie miał wyjścia – grał solo.

Przez osiem dni dawał radę oszukiwać samego siebie, że wszystko jest w porządku. Potem jednak brutalna prawda zaczęła przesączać się do jego umysłu.

Żadnych przyjaciół.

Rodzina odwraca się plecami.

Szansa na studia dawno stracona.

Uzależnienie od głupiej gry.

Zero życia…

Syn Imperatora był nikim.

Dwunastego dnia takiej egzystencji, po przebudzeniu, po raz pierwszy pomyślał, że powinien coś zmienić. Leżał na łóżku i patrzył w górę, czekając, aż spłynie na niego jakieś objawienie.

– Pokaż najgorętsze wątki z Omninetu – rzucił do komputera.

Trzy nagłówki, które chwilę później wyświetliły się na suficie, zdawały się wręcz krzyczeć do Gerarda.

 

PROJEKT INTERSTELLAR: EUROPA RZUCA WYZWANIE ŚWIATU

Poszukiwacz II, wysłany przed dwoma tygodniami na tajną misję, powrócił z oryginalną płytką Pioneera 10, zabraną prosto z pokładu słynnej sondy. Już sama odległość, jaką przebył Poszukiwacz w tak krótkim czasie – ponad 120 miliardów kilometrów – zasługuje na uznanie. Umożliwił mu to silnik nowej generacji, który – jak twierdzi rzecznik prasowy ESA – zostanie niedługo zamontowany w statkach pasażerskich, kursujących…

 

BOMBA ANTYMATOWA OFICJALNIE POTWIERDZONA

Imperator Obu Ameryk oświadczył z dumą, że jego technicy dokonali niemożliwego: skonstruowali w pełni funkcjonalną bombę, której ładunek stanowi czysta antymateria. Już od kilku miesięcy pojawiały się doniesienia o zniszczeniach górniczych w Pasie Asteroid, tak potężnych, że nie mogły być wywołane przez konwencjonalne eksplozje termojądrowe. Amerykanie dotąd odcinali się od tych informacji, ale w końcu…

 

EL DORADO NA MIARĘ DWUDZIESTEGO DRUGIEGO WIEKU

Karawana z Australazji, przebywająca w Obłoku Oorta, przesyła fantastyczne dane na temat ogromnego obiektu planetarnego, odnalezionego na odległych rubieżach Układu Słonecznego. Nowa planeta – roboczo nazwana „El Dorado” – jest większa od Merkurego i posiada ogromne złoża platyny, irydu, złota i innych rzadkich pierwiastków. Imperium Australazyjskie zastrzega jednak, że sprzedaż praw do wydobycia surowców na El Dorado nie wchodzi w grę, ponieważ…

 

– O, chuj… – wykrztusił po chwili.

Każde z trzech Imperiów od zawsze chciało udowodnić, że jest lepsze od dwóch pozostałych, ale Gerard nie miał pojęcia, jakiego rozpędu nabrał ten proces.

Oczami wyobraźni zobaczył samolot z napisem „Ludzkość”, który mknął na spotkanie z twardym gruntem. Pasażerowie kulili się ze strachu w fotelach, a w kabinie pilotów trwała kłótnia o najmodniejszy kolor dla garnituru.

Absurd.

Koniec świata był już przepowiadany tyle razy, że już chyba nikt nie wierzył w to, że w ogóle kiedyś nadejdzie.

– Strona Zegara Zagłady – poprosił, tym razem bardziej niepewnie. Podejrzewał, że będzie żałował swojej decyzji, i miał rację.

Ostatni raz, kiedy tu zaglądał (kiedy to było? Chyba jeszcze w czterdziestym czwartym… albo piątym), Zegar pokazywał trzydzieści sekund do północy.

Teraz zniknął. Obecnie cała strona składała się z dwóch zdań:

 

17 CZERWCA 2146 ROKU UZNALIŚMY, ŻE DALSZE PROWADZENIE TEJ STATYSTYKI NIE MA SENSU, PONIEWAŻ WSZYSTKO PRAKTYCZNIE W KAŻDEJ CHWILI MOŻE SIĘ ROZPIERDOLIĆ. Z POWAŻANIEM, EKIPA ZEGARA ZAGŁADY.

 

Siedemnastego czerwca. Dwa dni temu.

Gerard Stirling zakrył twarz poduszką i udał, że świat nie istnieje.

 

Krok drugi: upewnij się, że wszyscy chętni są odpowiednio uzbrojeni

– …i nawet wtedy nie zdążyliby uruchomić tarczy antyrakietowej, sonda leci zdecydowanie za szybko. Pewnie jeszcze nie wiedzą, co…

– Marika, po jaką cholerę mówisz mi to wszystko?

Urwała.

– Chyba jestem trochę zdenerwowana.

Hologram Imperatora uśmiechnął się ponuro. Jego rozmówczyni, Marika Cohen – od niedawna minister ds. technologii militarnych – wzdrygnęła się.

– Coś nie w porządku?

Zostałam głównym architektem masowego mordu, to tak na początek…

– Absolutnie nie.

Jak się tu znalazła? Jeszcze dwa lata temu była zwykłym urzędnikiem wojskowym, podlegającym jednemu z mniej ważnych generałów. Kiedy na horyzoncie zamajaczyła perspektywa awansu – otrzymała propozycję wykonania dużej symulacji bitewnej – nie wahała się ani chwili.

Spróbowała sobie przypomnieć motywy, które nią wtedy kierowały. Duma? Ambicje? Chęć udowodnienia wszystkim – a w szczególności matce – że jest najlepsza?

Tak, zwłaszcza to ostatnie…

Sto osiemdziesiąt sekund – odezwał się komputer. – Sonda na optymalnym kursie.

Marika, jej dwóch ochroniarzy i troje techników obserwowali pozycję Poszukiwacza III na panoramicznym ekranie, rozciągającym się na całą szerokość ściany. Towarzyszyła im projekcja Bernarda Stirlinga, która po słowach komputera wyraźnie się ożywiła.

– Nareszcie, będą fajerwerki! Może powinienem tam zadzwonić? Jak sądzisz? Zapytam Ewora, jakie jest jego ostatnie życzenie.

Bakom Ewor, przywódca Luny, wywoływał grymas wściekłości na twarzy Imperatora, ilekroć pojawiał się w holowizji.

– Ja… dlaczego chce pan to zrobić?

– To był żart – Stirling skrzywił się. – Nie wyczułaś ironii?

Boże, dopomóż.

– Przykro mi, w obecnej chwili nie mam nastroju do żartów.

– I właśnie przez takich jak ty, Mariko, popadam w depresję…

Utracono łączność z sondą – oznajmił niespodziewanie komputer.

Oboje zamarli. Milczenie pierwszy przerwał Imperator.

– To się nie stało.

Ten głos przepełniało przekonanie, że słowa, które wypowiada, natychmiast stają się faktem. Że jeśli stwierdzi: „Niebo jest żółte w zielone paski”, to zjawi się eskadra myśliwców, która zabarwi nieboskłon dymem w zamówionych kolorach.

Że jeśli rozkaże, by wysadzono w powietrze księżycowe miasto, to bomba wodorowa o odpowiedniej sile rażenia zostanie skierowana na Srebrny Glob. A cała akcja będzie przeprowadzona w taki sposób, by wszyscy uwierzyli w nieszczęśliwy wypadek.

Marika przygotowała już nawet wiadomość dla BBC – miała zostać wyemitowana po zbombardowaniu Luny.

Z ostatniej chwili: trzecia sonda projektu Interstellar, która wystartowała z Ziemi kilka godzin temu, rozbiła się o powierzchnię Księżyca, uszkadzając kopułę nad państwem lunariańskim. Na razie nie wiadomo, co poszło nie tak. Wiele wskazuje na to, że Luna jest w poważnym niebezpieczeństwie… większość Lunarian właśnie teraz umiera z braku tlenu, jeśli chodzi o ścisłość, ale akurat tę informację spiker by pominął.

Przynajmniej taki był plan.

– Trajektoria się zmienia! Cohen, zrób coś, do cholery!!!

Widząc, że minister oniemiała, jej podwładni sami rzucili się do konsoli sterującej.

– A co ja mogę?! – krzyknęła w końcu. – Ktoś z Luny musiał wyłączyć autopilota i przejąć kontrolę!

– Przecież… jak to?

Niesamowite! Zatkało go!

Wyraz twarzy Imperatora był naprawdę komiczny, ale Marika powstrzymała wybuch śmiechu.

– Jesteśmy zagłuszani! – zawołał jeden z techników. – Muszą mieć gdzieś niedaleko nadajnik!

– Szybko się uczą, dranie – wymamrotała Cohen.

Nie zauważyła nawet, jak hologram Stirlinga znika. Patrzyła tylko, jak Poszukiwacz III rozbija się o powierzchnię Księżyca, kilkaset kilometrów od Luny, a potem wybucha, wyrzucając w górę gigantyczną chmurę pyłu.

Patrz, mamo, zupełnie jak sztuczne ognie na Święto Zjednoczenia… tylko trochę mocniej… i trochę dalej od domu. Ale wszyscy cali i zdrowi, spokojnie!

Mimowolnie uśmiechnęła się.

*

Była przerażona.

Eksplozja na Srebrnym Globie nie uszła, oczywiście, uwadze świata – Omninet aż kipiał od spekulacji. Lunarianie twierdzili, że to był zamach, a rzecznicy Stirlinga uparcie odpierali wszelkie zarzuty. Ameryka, Australazja i Mars zajęły swoje stanowiska, stając częściowo po jednej, a częściowo po drugiej stronie. Federacja Osiedli Kosmicznych nie miała jeszcze zdania. W końcu, po czterech dniach burzliwych dyskusji, postanowiono zwołać nadzwyczajne zebranie ONZ.

Przerażenie Mariki zmieniło się w panikę, kiedy zrozumiała, że będzie musiała polecieć na Międzynarodową Stację Kosmiczną, gdzie odbywały się posiedzenia… i to osobiście, a nie jako projekcja.

Nigdy wcześniej nie była w kosmosie, unikała nawet wsiadania do samolotu.

Siedziała w swoim mieszkaniu i szperała w sieci, odnajdując kolejne newsy, które coraz bardziej pogarszały jej samopoczucie, gdy usłyszała za swoimi plecami głos.

– Mariko…

Wrzasnęła i wyprężyła się na krześle, prawie z niego spadając. Rozejrzała się po pokoju, ale nie zobaczyła nikogo.

– Widzę, że nie jesteś w najlepszej kondycji psychicznej – warknął niewidzialny intruz. – Nie mam jednak czasu na bzdury, więc będę się streszczał.

Tylko jedna osoba zwracała się do Mariki w podobny sposób. Gdy sobie to uświadomiła, rozpoznała głos Stirlinga… ale dziwnie zmieniony, jakby Imperator powstrzymywał wybuch gniewu. Niedobrze…

– Słucham – powiedziała cicho. Pytania w rodzaju „Gdzie pan jest? Mam ukryte głośniki w domu, o których nie wiem?” nie wydawały się teraz dobrym pomysłem.

– Za czterdzieści godzin zaczyna się konferencja Narodów Zjednoczonych. Usiądziesz po mojej lewej i będziesz wyglądać na pewną siebie, zdecydowaną kobietę. Ubierzesz się w najlepsze szmaty, jakie masz w szafie, umalujesz się i pójdziesz do fryzjera. A kiedy zapytają nas o eksplozję na Księżycu, wstaniesz i opowiesz im historię, w którą uwierzą. Jasne?

Marice zabrakło tchu.

– Rozumiem, że tak. Po drugie, jeśli doniesienia o bombie antymatowej są prawdziwe… i nie stanowią tylko czczych przechwałek Amerykanów… to za dwa tygodnie chcę mieć na biurku jej plany.

– C-co? – zdołała wydusić. – N-na pew-wno jest p-pilnie strzeż-żona…

Stirling milczał przez chwilę.

– Wiesz, jaką dostałem dzisiaj wiadomość? Na moją prywatną, zaszyfrowaną skrzynkę mailową? „Szanowny Panie Imperatorze! HA HA HA! Z poważaniem, Lunarianie”. Zeżrę miskę gówna, jeśli to nie sam Ewor.

To musi być koszmar! Mamo, chcę się obudzić!!!

– J-j-ja…

– Jąkasz się, Cohen. Weź sobie jakieś pigułki na uspokojenie. Oczekuję prostej odpowiedzi: zrozumiałaś wszystko?

– Tak – pisnęła.

 

Jak na razie proste, prawda?

– To nie do końca tak…

Sprzedawca przekrzywił głowę, świdrując Gerarda wzrokiem.

– Młady czławieku, nie żartuj sabie ze mnie. Od dwadziestu lat nikt nie zapytał mnie o książkę – prawdziwą książkę – jeśli nie chadziło o zadanie damowe z historii, antropologii, albo czagoś padobnego.

Już po tej pierwszej dłuższej wypowiedzi chłopak wiedział, że zapas cierpliwości do faceta szybko się wyczerpie. Co to za okropny akcent?!

– Dobrze, zgadł pan! Profesorka od literatury kazała ją znaleźć! Ile kosztuje?

Mężczyzna usiadł przed monitorem i zaczął pisać coś na klawiaturze. Stirling prychnął.

– Co, mam starożytny sprzęt? To w kańcu antykwariat. – Sprzedawca wyszczerzył zęby, ale sposępniał, widząc wyraz twarzy Gerarda. – A biznes nie należy do najbardziej dachodowych, wierz mi. Pawnie będziesz dzisiaj jadynym klientem.

Chłopak nadal milczał.

– Nie jasteś zbyt razmowny.

Przestań tak gadać! Natychmiast!

– Ostatnio rzadko wychodziłem z domu.

– To widać. Dwadzieścia eurodolców i Rok 1984 jast twój na miasiąc.

– Ile?! Mam tylko siedem, a chciałem jeszcze coś wszamać na mieście!

– Hm… Dawniej tak nie rabiłem, ale trachę się pazmieniało… Słuchaj, dasz piątaka i przyniesiesz książkę za tydzień, zgada?

– Może być.

Zgarnął z lady łup, rzucił na nią pięć eurodolarów i pospiesznie wyszedł.

*

Gerard czytał książkę w drodze do baru, podczas jedzenia i powrotu do domu. Londyn przelewał się wokół niego, wrzeszcząc, trąbiąc, mrugając neonami i hologramami. Ludzie krzyczeli „Jak leziesz?”, „Uważaj trochę, gówniarzu!”, a on zatapiał się coraz głębiej i głębiej w tekst.

Trzy Imperia…

Wielki Brat…

Ogólnoświatowa, wyniszczająca wojna…

Ruch oporu…

Kiedy skończył, naszło go nieodparte wrażenie, że – gdyby był na miejscu głównego bohatera – zrobiłby wszystko inaczej.

Lepiej.

Była też inna, bardziej przyziemna refleksja: następne książki będzie musiał ściągnąć nielegalnie z Omninetu, bo nie stać go na takie wydatki…

 

Może myślisz, że gdzieś musi być haczyk?

Dziewięcioletnia dziewczynka wsiada do windy. Drży na myśl o powrocie do domu, ale nie śmie wyobrażać sobie, co by się stało, gdyby z tym zaczekała.

Dzisiaj nauczyciele wręczyli uczniom listę ocen semestralnych, a cyfrowe kopie zostały rozesłane do rodziców i opiekunów. Marika wie, że mama nie będzie zadowolona.

Winda jedzie bardzo długo, bo budynek ma aż sto dwadzieścia pięter. Dziewczynka ma wrażenie, że trwa to całe miesiące, ale w końcu kabina się zatrzymuje. To tutaj.

Jest jeszcze gorzej, niż myślała – mama stoi już w drzwiach mieszkania.

Musimy poważnie porozmawiać, smarkulo – mówi.

Marika przeprowadziła wśród koleżanek ostrożne badania i stwierdziła, że rodzice zazwyczaj zwracają się do swoich córek w zupełnie inny sposób. Na razie nie wie, co o tym myśleć.

Tak, mamo.

Do środka, szybko.

Dorosła Marika przewraca się niespokojnie na łóżku.

Spuszcza wzrok, wchodzi, siada na krześle i czeka. Coś siedzi w jej brzuchu i skręca wszystkie flaki… ups! pomyślała „flaki”, a w końcu nie zapytała Cathy, czy to jest przekleństwo…

Mama pokazuje dziewczynce główny dowód zbrodni: wydrukowała sobie całą listę ocen. Marika musi przyznać, że nawet dla niej samej nie wygląda to dobrze.

Spróbuj się wytłumaczyć.

Dziewczynka omiata spojrzeniem zestawienie – dzisiaj już po raz tysięczny. Stopnie są podzielone dość równomiernie: jedną połowę stanowią literki „E”, drugą „F”. Wyróżnia się tylko jedno „B” z logistyki.

Końcowe będą lepsze, obiecuję… na pewno zdam…

Jakoś na razie tego nie widać.

Marika czuje, że w jej oczach zaczynają się zbierać łzy.

– Nie – mamrocze.

Jason, podejdź tutaj – mama woła starszego brata Mariki. Chłopiec zjawia się w mgnieniu oka. Czysta, nienaganna koszula, włosy gładko ulizane, ani jednego pryszcza na twarzy – oto cały Jason. Niedługo skończy trzynaście lat.

Powiedz, jak poszedł ostatni sprawdzian? – pyta go mama, nie odrywając wzroku od dziewczynki.

Dziewięćdziesiąt siedem punktów na sto – odpowiada automatycznie Jason. Na twarzy chłopca pojawia się złośliwy uśmieszek. – Drugim wynikiem w klasie było osiemdziesiąt pięć.

Nie jestem taka mądra, jak on – odzywa się cicho Marika, usiłując powstrzymać płacz. – Nic nie poradzę. Wszystko przez… przez ten rozwód, mamo, nie mogę się przyzwyczaić, że tata…

Jason jakoś sobie poradził.

Marika mruczy coś niewyraźnie. Postronny obserwator mógłby uznać, że mówi „Jest mężczyzną, do tego o trzy lata starszym”.

Skoro rozpraszasz się nawet przez takie rzeczy, to nie widzę dla ciebie przyszłości. Świat pożera słabych żywcem.

Powoli uświadamia sobie, że śni. Świadomość kobiety zaczyna wędrówkę ku górnym warstwom umysłu.

Dziewczynka prostuje się na krześle i patrzy prosto w oczy swojej matki. Pojedyncza łza spływa po jej prawym policzku.

Nieprawda, mamo. To, że nie pójdę w twoje ślady, nie oznacza jeszcze, że będę nikim – mówi trzydziestodwuletnia Marika Cohen ustami dziewięciolatki.

Musiałabyś odgrodzić się murem od świata, żeby cię nie zranił. Myślisz, że takie rozwiązanie jest dobre? Że można tak żyć?

Lepsze takie, niż żadne!

Gwałtownie siada na łóżku.

Odgrodzić się murem…

Przez następne pół godziny obdzwania najlepszych specjalistów od holografii.

 

Krok trzeci: zbierz dużą grupę ważnych osób w jednym miejscu i czekaj

– Proszę już o spokój! Drodzy państwo, naprawdę…

Z politowaniem popatrzył na Sekretarza Generalnego. Drobny, łysy człowieczek stojący na podium w środku sali, próbował zaprowadzić porządek, ale jego starania nie przynosiły rezultatów – poziom chaosu cały czas rósł.

Właściwy facet na właściwym miejscu, można by rzec.

Bernarda Stirlinga nie bawiły już nawet własne dowcipy. Rozejrzał się, szukając potencjalnych rozrywek.

Każda z delegacji zajmowała w sali trójkątny sektor, mieszczący w sobie piętnaście miejsc – od jednego krzesła na samym dole, przy centralnym podwyższeniu, do pięciu w górnej części pomieszczenia. Sektory otaczały podium ze wszystkich stron, tworząc sześciokąt. Przywódca zawsze zajmował środkowe miejsce w trzecim rzędzie, a osoby, siedzące bezpośrednio przy nim, były w pewnym sensie wyróżnione.

I tak – po lewej stronie Stirlinga tkwiła Marika Cohen, która co chwilę nerwowo przygładzała włosy i mamrotała pod nosem, tak cicho, że Bernard nie był w stanie rozróżnić słów. Po prawej – jego syn, Gerard, oglądał coś na soczewkach VR.

Imperator żałował obu tych decyzji.

Marikę przymusił, by tu przyleciała, ale teraz widział, że nawet spora dawka proszków relaksacyjnych nie była w stanie jej pomóc. Z kolei Gerard – co było dla Bernarda dużym zaskoczeniem – zgłosił się sam.

– Tato, zabierz mnie jutro na ISS – wypalił wtedy, bez żadnego powitania, słowa wyjaśnienia, czegokolwiek.

– Nie odzywałeś się przez cztery tygodnie – zaczął ostrożnie Imperator.

– Tak, wiem. Przemyślałem wiele spraw… i postanowiłem coś pozmieniać w swoim życiu. Wierzysz mi? Mogę lecieć?

– Jakby to powiedzieć… na twoje miejsce wybrałem już kogoś innego…

– Czy to dobry pomysł, tato? Tradycyjnie po prawej ręce przywódcy zasiada jego pierworodny, przynajmniej od dnia, kiedy osiągnie pełnoletniość. A ja skończyłem już dziewiętnaście lat i naprawdę chcę tam być. Jaka byłaby reakcja mediów, gdybym się nie pojawił? Zaczęliby spekulować, że mnie wydziedziczyłeś, a Imperium nie ma następcy tronu…

– Nie istnieje żaden tron – warknął Bernard. Nie cierpiał porównań rodem ze średniowiecznej monarchii; najchętniej używałby tytułu „Zarządcy”, nie „Imperatora”, ale ten drugi był już zbyt mocno zakorzeniony w świadomości społecznej.

– W teorii nie, tato, ale w praktyce… och, nieważne. Nie kłóćmy się. Proszę jak syn ojca: weźmiesz mnie na to zebranie?

Jak mógł odmówić? Przecież właśnie po to nawrzeszczał na chłopaka i zmniejszył ilość pieniędzy, które mu przelewał, by popchnąć Gerarda do działania. By syn Imperatora przestał być życiową kaleką.

Tylko że teraz Bernarda ogarniały wątpliwości. Miał wrażenie, że smarkacz coś ukrywa.

Używając wyłącznie poleceń wzrokowych, uruchomił na własnych soczewkach podgląd tego, czemu przyglądał się Gerard. Gdyby było to porno, montaż scen z gry albo nawet widok z ukrytej kamery, śledzącej czyjeś prywatne życie – na przykład dziewczyny, w której potajemnie był nieszczęśliwie zakochany – naprawdę odetchnąłby z ulgą.

Tymczasem chłopak… czytał książkę.

I to jaką! Aldous Huxley – „Nowy Wspaniały Świat”.

„A czyż wy chcecie być niewolnikami? – mówił właśnie Dzikus, gdy wchodzili do wnętrza szpitala. Twarz mu płonęła rumieńcem, oczy jarzyły się blaskiem zapału i oburzenia. – Czyż chcecie być dziećmi? Tak, dziećmi, które kwilą i rzygają – dodał zirytowany ich zwierzęcą tępotą…”

Stirling naprawdę nie sądził, że jego działania przyniosą taki rezultat.

I teraz bał się, czy nie popełnił błędu, zabierając Gerarda na zebranie ONZ.

*

Minęło kilkadziesiąt minut, w czasie których atmosfera na sali podgrzała się jeszcze bardziej.

– …otwarcie nam grożą! W mediach amerykańskich nieustannie pojawiają się informacje o nowych rodzajach broni i spustoszeniu, jakie mogłyby wywołać w naszym państwie! – krzyczała jedna z Australazjatek… Bernard nie mógł sobie przypomnieć jej nazwiska. Tang? Może Chujang? – A już absolutnym szczytem są doniesienia o bombie antymatowej!!!

Na ekranie, który wisiał za plecami kobiety, wyświetliło się zdjęcie z amerykańskiej telewizji. ZASIĘG CAŁKOWITYCH ZNISZCZEŃ, głosił podpis, a zaznaczony na mapie obszar – zapewne tylko przypadkowo – obejmował całą metropolię Pekin – Tianjin.

– Sprzeciw! – rzucił Imperator Obu Ameryk, Daniel Green. – Takie symulacje mają charakter poglądowy i demonstrujemy je również na innych przykładach, także w obrębie kontynentu amerykańskiego…

– Hipokryzja!

– Absurd!

– Republika Marsjańska uważa, że to odpowiedź wymijająca…

Stirling po raz kolejny rozważył, czy nie zamówić paczki popcornu. Fabuła widowiska rozwijała się w fantastycznym tempie.

Zabawne – Osiedlowcy w ogóle się nie odzywają.

– A wy to jesteście niby tacy święci? No to spójrzcie tutaj!!! – już niemal wrzasnął tykowaty mężczyzna, minister gospodarki w rządzie Bernarda, zabrany na ISS głównie ze względu na umiejętność przekrzyczenia dowolnego przeciwnika. – Tak wygląda współczesna struktura górnictwa kosmicznego! Czy to jest normalne? Właściwe? Sprawiedliwe?!

Pojawił się diagram, pokazujący udział poszczególnych państw w wydobyciu najcenniejszych surowców. ZŁOTO – 98% AUSTRALAZJA; PLATYNA – 97% AUSTRALAZJA; IRYD – 92%…

Wykres sprawił, że Stirling poczuł się głupio. Wiedział, oczywiście, o monopolistycznych dążeniach żółtków, ale miał wrażenie, że te konkretne liczby naprawdę do niego krzyczą.

– No i co? – zapytał spokojnie Wen Yang, który niedawno nakazał, by nazywać go „cesarzem” Australazji; chodziły słuchy, że choruje na serce i obawia się rychłej śmierci. – Chcecie oskarżyć nasz naród o bycie lepszym? Które prawo tego zabrania?

– Przejęcia całego rynku, dyktatury ekonomicznej? Każde!

– Kłamstwa!

– Ma rację!

– Republika Marsjańska twierdzi, że takie oskarżenia są bezpodstawne…

– A jednak nie oni wpychają ładunki wybuchowe do „sond badawczych”, które następnie posyłają w stronę bezbronnego miasta na Księżycu, prawda? – zawołał jeden z Lunarian.

– Do tej kwestii zmierzamy, proszę się opanować… – apelował zrozpaczony Sekretarz.

– To była próba ludobójstwa, nie widzicie? A może pan, Sekretarzu, jest z Europą w zmowie?!

– Nonsens!

– Odwołać go!

– Przeinaczają fakty!

– Powiedzcie prawdę!

– Republika Marsjańska również wnosi o wyjawienie stanu faktycznego…

– Właśnie! Prawda! Chcemy prawdy!!!

Sekretarz błagalnie spojrzał na Stirlinga.

– Czy zechciałby pan wygłosić jakieś oświadczenie?

– Nie. Posłuchacie natomiast mojej zaufanej podwładnej, Mariki Cohen.

Uśmiechnął się do niej. Lepiej tego nie spieprz.

Trwało to dobre kilka sekund, ale – o dziwo – Marika opanowała drżenie rąk, wstała i zaczęła przemowę.

– Cztery dni temu, to jest pierwszego lipca, z portu kosmicznego Kisumu wystrzelono rakietę Vega X, która wyniosła na orbitę trzecią sondę typu „Poszukiwacz”, wchodzącą w skład projektu Interstellar

– Do rzeczy! – ktoś wszedł jej w słowo, ale Cohen kontynuowała, niewzruszona.

– …jej głównym zadaniem było przetestowanie na orbicie okołosłonecznej nowego typu silnika anihilacyjnego.

Imperator był pod wrażeniem.

– Sonda zabrała zapas paliwa w postaci stu miligramów antywodoru. Należałoby zaznaczyć, że taka ilość magazynuje energię równoważną dwóm kilotonom trotylu. Antywodór był przechowywany w pułapce magnetycznej o podwyższonym poziomie bezpieczeństwa…

– I my mamy w to uwierzyć?!

– …i nie mógł stanowić zagrożenia dla otoczenia, chyba że nastąpiłaby poważna kolizja.

Głos, który co chwila przerywał Marice, należał do Bakoma Ewora – Stirling tym bardziej podziwiał swoją minister, w dalszym ciągu nie dającą się wyprowadzić z równowagi. Coś jednak zwróciło jego uwagę… chociaż… może jestem przewrażliwiony?

Wydawało się, że powietrze wokół Cohen migocze, jeśli patrzeć pod odpowiednim kątem.

– Sonda skierowała się w stronę Księżyca, by wykonać manewr asysty grawitacyjnej, mającej pomóc w osiągnięciu docelowej orbity. Plan misji został opublikowany w Omninecie kilka dni wcześniej.

Im dłużej się przyglądał, tym większej nabierał pewności, że dostrzega migotanie – jakby kilka drobnych okruchów szkła wisiało w powietrzu. Przebiegł wzrokiem po sali, wypatrując, czy ktoś jeszcze widzi coś dziwnego, ale nie zauważył żadnej zaniepokojonej twarzy. Mało tego – większość obecnych przyglądała się Marice z uznaniem, a nawet… nadzieją?

– Krótko po starcie łączność z „Poszukiwaczem” została jednak przerwana. Błyskawiczne dochodzenie, jakie przeprowadziliśmy, wykazało, że na kosmodromie ukryto nadajnik o wysokim stopniu zaawansowania technologicznego, który zagłuszył nasz sygnał i zmienił tor lotu sondy.

Ewor już się nie odzywał.

– Oto oficjalny zapis telemetryczny z misji.

Ekran za Mariką zapełnił się tabelami, wykresami i schematami. Stirling rzucił na niego przelotne spojrzenie; Cohen zmieniła dane w dwóch, może trzech miejscach, ale w taki sposób, że całość naprawdę wyglądała wiarygodnie.

Coś innego zaprzątało jednak umysł Imperatora.

Tylko ja widzę, co jest grane, bo siedzę najbliżej. Nikt mi nie wmówi, że zwariowałem.

Przełączył swoje soczewki w tryb podczerwony.

Tak, jak podejrzewał – Marika Cohen nadal siedziała na krześle i dygotała ze strachu, zasłonięta walcowatym ekranem, na którym wyświetlał się trójwymiarowy obraz – jej projekcja. Rolę rzutnika pełniła chmara mikroskopijnych, unoszących się w powietrzu dronów.

– Jak widać, sonda początkowo zmierzała bezpiecznym kursem, omijającym Księżyc o prawie dwieście kilometrów. Po siedmiu minutach lotu kontrolę przejął…

Stirling musiał użyć całej swojej siły woli, by nie wpaść w szał. Wziął kilka głębokich oddechów, a następnie posłał wiadomość do Cohen: „Można wiedzieć, co ty odpierdalasz?!”

– …nadajnik prawdopodobnie pochodził z fabryki europejskiej, czemu nie zamierzamy zaprzeczać, ale używała go grupa terrorystów…

„Nie dałabym rady inaczej”, brzmiała odpowiedź. Bernarda nagle zupełnie przestało obchodzić, jak działa ta sztuczka, co mówi hologram, a także – jak Marika w ogóle śmiała oszukać Imperatora.

„Masz pojęcie, że każdy – dosłownie, kurwa, KAŻDY – może to przejrzeć, zwyczajnie przechodząc na podczerwień, ultrafiolet, cokolwiek?!”

Tym razem nie było żadnego odzewu.

Możesz już pożegnać się ze stołkiem, ty tchórzliwa, słaba dziwko.

*

Przemówienie Mariki – tfu, projekcji Mariki – dobiegło końca jakieś dziesięć minut później.

– …i dlatego oświadczam, że podaję się do dymisji. Mamo, wiem, że to oglądasz. Przepraszam, że cię zawiodłam. Dziękuję za uwagę.

Hologram usiadł i zlał się z prawdziwą Cohen. Drony wleciały do jednej z jej kieszeni, a ekran – rozpuścił się, wręcz rozwiał, jakby był zrobiony z pary wodnej. Niewspomagane oko niczego by nie zarejestrowało, ale Stirling i tak czekał na lincz.

Zamiast tego rozległy się brawa. Imperator wytrzeszczył oczy.

– Właśnie byliśmy świadkami czegoś przełomowego – stwierdził Sekretarz, gdy oklaski ucichły. – Pani Cohen udowodniła, że Imperium Europy i Afryki nie próbowało zniszczyć Luny, ale również – co doprawdy jest niezwykłe! – przez cały kwadrans nie zarzuciła nic żadnemu z obecnych. – Uśmiechnął się. – To wielki krok naprzód w stosunkach międzynarodowych. Panie Ewor, zechce pan skomentować?

Ten głupi, odrażający pyszałek… to znaczy Bakom… podniósł się z miejsca.

– Zgadzam się – powiedział powoli. – Duży postęp. Podkreślam, że nie zmieniamy swojego stanowiska, ale dostrzegam chęć współpracy. Dymisja pani Cohen stanowiła jeden z punktów ugody, którą chcieliśmy podpisać z Imperium Europejskim, ale nie sądziliśmy, że to rzeczywiście nastąpi.

– Doskonale! Czy ktoś jeszcze chce wyrazić swoje zdanie w tej kwestii?

Pozostali Imperatorzy zaczęli się gorączkowo naradzać ze swoimi ministrami, generałami i asystentami. Sekretarz wręcz tryskał radością. Nawet Stirling musiał to przyznać – wyszło nieźle.

Inne narody ostrożnie przedstawiały swoje opinie – tak, podobało się, napięcie ewidentnie osłabło, być może zdołamy znaleźć pokojowe rozwiązanie sytuacji… Jeśli Europa i Luna mogą się dogadać, to i my będziemy mogli… I jeszcze więcej, dużo więcej pierdolenia o Szopenie…

 

Nie przejmuj się chwilowymi trudnościami – wszystko będzie dobrze

– …ponadto Republika Marsjańska sądzi, że nadrzędną wartością dla Narodów Zjednoczonych jako takich – wręcz z definicji – powinien być pokój, gdyż…

SYSTEM BEZPIECZEŃSTWA WYKRYŁ ZBLIŻAJĄCY SIĘ DO STACJI POCISK RAKIETOWY.

Wszyscy zamarli. Marsjanin, który przemawiał, rozdziawił usta ze zdziwienia.

PROSIMY ZACHOWAĆ SPOKÓJ. TARCZA ANTYRAKIETOWA AKTYWOWANA.

– To żart? – spytał Daniel Green.

POCISK W TRAKCIE NAMIERZANIA. TRZYDZIEŚCI SEKUND DO ZDERZENIA.

Wen Yang złapał się za pierś.

POCISK NAMIERZONY I ZNEUTRALIZOWANY W BEZPIECZNEJ ODLEGŁOŚCI.

– On ma zawał!!! – krzyknął ktoś.

A potem rozgorzało prawdziwe piekło.

*

Pół godziny później, gdy z medycznej sekcji ISS nadeszła wiadomość o śmierci Imperatora Australazji, wszyscy wrzeszczeli już na wszystkich, oskarżając się o atak rakietowy.

*

– Musimy skończyć z tym cyrkiem.

Wielokrotnie wzmocniony głos przewodniczącej FOK-i przebił się przez zamęt, który panował na sali. Stirling przerwał kłótnię z pewnym Marsjaninem – Marika, siedząca pomiędzy nimi, skuliła się do pozycji embrionalnej – i obrzucił kobietę nienawistnym spojrzeniem. Przemyciła jakieś niedozwolone głośniki.

– W innym świecie, ponad dwieście lat temu, kilkadziesiąt państw – świeżo po Drugiej Wojnie Światowej – powołały do życia Organizację Narodów Zjednoczonych. Obrażacie je.

Wrzawa powoli cichła. Ten i ów zaczął obrzucać przewodniczącą wyzwiskami, ale szybko zorientował się, że Osiedlowcy nie zwracają na nich uwagi.

– Obrażacie pamięć tamtych ludzi, mając czelność nazywać się Narodami Zjednoczonymi. Przez cały czas trwania dzisiejszej farsy – bo nie zmuszę się do użycia słowa „posiedzenie” – siedzieliśmy cicho, zdegustowani tym, co widzimy.

– Więc po cholerę w ogóle przylecieliście?! – krzyknął jeden z Amerykanów.

– Zadajemy sobie to samo pytanie. Dlatego też składamy jedyny możliwy wniosek, jaki należałoby w obecnej sytuacji przyjąć – rozwiązania ONZ ze skutkiem natychmiastowym. Sekretarzu, proszę zarządzić głosowanie.

Oczy wszystkich zwróciły się na środek sali.

– Ja… nie możecie tego zrobić – wykrztusił Sekretarz.

– Jeśli odmawia pan przeprowadzenia głosowania, możemy pana usunąć ze stanowiska, a następnie wybrać nowego Sekretarza…

– Sprzeciw!

Stirling z początku nie mógł uwierzyć w to, co słyszy. Powoli obrócił głowę w prawo.

– Wyrażam stanowczy i zdecydowany sprzeciw wobec tego wniosku – mówił Gerard. – Zabraniam wam rozwiązywania Organizacji.

– Imperatorze Stirling, niech pan coś powie swojemu synowi – rzuciła przewodnicząca. – Nie mamy czasu na takie bzdety.

– Jestem pełnoprawnym członkiem Zgromadzenia i mogę wyrazić swoją opinię na dowolny temat! – odparował chłopak.

– Gerardzie, proszę… przymknij się – powiedział łagodnie Bernard.

– Nie! Zbyt długo już milczałem. Zbyt długo przypatrywałem się, jak prowadzicie wyniszczającą wojnę propagandową. Teraz moja kolej!!!

Wstał. Reszta Zgromadzenia milczała, rozbawiona.

– Ludzie! Nie możecie tak po prostu zerwać porozumienia, które przez dwa wieki chroniło cały świat przed zagładą! Ocknijcie się, otwórzcie oczy! Może jestem młody i moje zdanie nic nie znaczy, ale ja przynajmniej dostrzegam, do czego próbujecie doprowadzić!

Bernarda zaczęła ogarniać rozpacz.

– Wszystkie te oskarżenia, obelgi, spory świadczą nie tylko o nieokrzesaniu, ale także o złej woli – zwłaszcza o złej woli! Chcecie zniszczyć ONZ, by uwolnić się od Karty, dzięki której od stu lat nie rozpętała się następna Wojna Światowa!

– Synu…

– Gdzie się podziały wspaniałe wartości, wielkie i szlachetne ideały, wspominane tak często w Karcie? Wspólnota, bezpieczeństwo, dobro powszechne, równość? Zamiast przywrócić je do życia, wcielać w czyn, wy postanawiacie się ich pozbyć?

– Synu, dosyć.

– Pomyślcie o miliardach istnień, w strachu oczekujących na decyzje, które zostaną podjęte na tym zebraniu. Pomyślcie o nich! Powiecie swoim rodakom, że zamiast podpisywać traktaty pokojowe, wy zlikwidowaliście ONZ – co w praktyce będzie oznaczać tyle, że oficjalnie przygotowujecie się do wojny?!

– Gerardzie, nakazuję ci natychmiast zamilknąć!!! – krzyknął Imperator, podrywając się z krzesła.

Chłopak zerknął na ojca.

– Tylko jednomyślna decyzja może rozwiązać Organizację Narodów Zjednoczonych – powiedział jeszcze, chociaż już dużo ciszej. – Pamiętajcie o tym.

I usiadł.

– Po jakże czarującym przemówieniu mojego pierworodnego – zaczął po chwili Bernard, z wielkim trudem powstrzymując inne, cisnące się na usta słowa – możemy już chyba przystąpić do głosowania. Sekretarzu, czyń swoją powinność.

Mężczyzna zbladł jak ściana, ale nie powiedział ani słowa. Nachylał się już nad pulpitem, gdy rozbrzmiało jeszcze siedem słów.

– Chciałam tylko powiedzieć – wyjąkała Marika Cohen, podnosząc się na drżących ramionach – że popieram tego chłopca.

Przełknęła głośno ślinę i opadła z powrotem na miejsce.

*

Kiedy na ekranie przed Stirlingiem pojawiło się pytanie: „Czy jesteś za rozwiązaniem wszystkich struktur ONZ?”, Imperator bez wahania nacisnął jeden z przycisków.

Przyglądając się pozostałym przywódcom – w tym ministrowi wojny Australazji, głosującemu zamiast Yanga – zauważył, że oni też nie zastanawiali się długo.

*

– Uratowałem świat, tato – szepnął Gerard.

Czekali na oficjalne rozstrzygnięcie głosowania.

– Patrz tam – odrzekł krótko Imperator, wskazując główny telebim. – Zaraz zobaczysz, co osiągnąłeś.

Rzeczywiście, w chwilę później wyświetlił się napis WYNIKI GŁOSOWANIA. Obaj Stirlingowie mimowolnie wstrzymali oddech.

ZA: 6

PRZECIW: 0

WSTRZYMAŁO SIĘ: 0

– Drogi synu – powiedział smutno Bernard Stirling, obserwując, jak na twarzy chłopaka pojawia się wyraz niedowierzania, a potem przerażenia – musisz się jeszcze wiele nauczyć o ludziach…

 

Gotowe!

Koniec

Komentarze

Dzień dobry, cześć i czołem! Nie pytajcie, skąd się wziąłem…

Ależ ja wiem skąd się wziąłeś, masz to wypisane pod nickiem :)

Teraz przechodząc do tekstu – podobał mi się bardzo. Pisane pogrubionym tekstem tytuły rozdziałów to fajny pomysł. Gerard może i stereotypowy “bamboccini” (zarazem też prawdziwy, patrząc po znanych mi przypadkach), ale ciekawie prowadzisz jego postać przez całą historię. Marika w większości przypadła mi do gustu, ale jeden element z jej życiorysu mocno nadwyrężył odbiór tej postaci. Konkretnie chodzi mi o motyw lepszego braciszka, który jest stawiany za wzór – to było tak stereotypowe, że nie potrafiłem tego kupić. Bernard z kolei to mój faworyt – na swój sposób rozsądny, czasem dziecinny w zachowaniach, ale mający pojęcie o świecie. Choć niestety też miałem wrażenie, że niekiedy nie traktuje całej sytuacji “na serio”, choć powinien.

No właśnie i z tym “na serio” mam lekki problem. Ogółem obraz ciągle bawiącej się ludzkości (a przynajmniej przywódców), która na pełnej parze leci na spotkanie ze ścianą, wyszedł naprawdę nieźle. Nie wiem jednak, czy nie za bardzo podkręciłeś absurd (scena w ONZ przypominała mi za bardzo dyskusję z pokoju wojennego w “Dr Strangelove”), by pokazać to zagubienie. Ja sam miałem problem, by brać wszystkie poczynania przywódców na poważnie, zwłaszcza, że Bernard rzuca co i rusz jakiś ironiczny tekst (jak ten z popcornem). Pewnie odbiór będzie zależał od indywidualnych gustów czytelnika.

Tytuł bardzo fajny, ale też dołożył swoje do tych “absurdalnych” wibracji w tekście.

Podsumowując: fajny koncert fajerwerków, czasem może jak na mój gust przedobrzający w dziedzinie absurdu. Wart jednak klika.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dziękuję bardzo :)

Ludzkość już dzisiaj pędzi na spotkanie ze ścianą, ja zmieniłem tylko czas akcji – i możliwe, że troszkę całość przerysowałem. Możliwe również, że troszkę taki był mój cel… :P

Precz z sygnaturkami.

No cóż, Kosmito, choć postraszyłeś mnie tagami, które sugerowały, że opowiadanie nie może mi się spodobać, jako że porusza sprawy, którymi zupełnie się nie interesuję, to lektura okazała zaskakująco przystępna i satysfakcjonująca, a opisane sprawy przedstawione na tyle zajmująco, że nie miałam najmniejszych problemów ze zrozumieniem czegokolwiek. ;)

Niezbyt wiarygodna wydała mi się tylko nagła przemiana Gerarda – czy to możliwe, aby nieco ponad dwa tygodnie spędzone na czytaniu, potrafiły na niego tak wpłynąć, że zaczął inaczej postrzegać świat?

 

Cięż­ko by­ło­by sta­re­mu mi roz­ka­zy­wać… –> Raczej: Trudno by­ło­by sta­re­mu mi roz­ka­zy­wać

 

Ubie­rzesz naj­lep­sze szma­ty, jakie masz w sza­fie… –> W co ma ubrać szmaty?!

Jeśli ubrania nazywa się szmatami, to szmat też nie można ubrać. Można je włożyć, założyć, przywdziać, odziać się w nie, ubrać się w nie, ale szmat, tak jak innej odzieży, nie ubiera się!

Za ubieranie szmat/ ubrań grozi sroga kara – trzy godziny klęczenia na grochu, w kącie, z twarzą zwrócona ku ścianie i z rękami w górze!

Proponuję: Ubie­rzesz się w naj­lep­sze szma­ty, jakie masz w sza­fie

 

Po­stron­ny ob­ser­wa­tor mógł­by uznać, że mówi „Jest męż­czy­zną, do tego o trzy lata star­szym”. –> Skoro Marika ma dziewięć lat, a Jason trzynaście, to chłopiec jest starszy o cztery lata.

 

Wie­lo­krot­nie wzmoc­nio­ny głos prze­wod­ni­czą­cej FOKi… –> Wie­lo­krot­nie wzmoc­nio­ny głos prze­wod­ni­czą­cej FOK-i

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Witam :)

 

Przepraszam za te szmaty. Sam raczej tak nie mówię, więc nie przyszło mi to do głowy, że nie można ich ubrać :P Natomiast Jason niedługo skończy trzynaście lat, więc ma jeszcze dwanaście, a zatem jednak trzy lata :)

Precz z sygnaturkami.

No tak, dat urodzin dzieci nie znamy.

I nie przepraszaj za szmaty, ale też ich nie ubieraj. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ratunku! Kosmici knują, jak wytłuc ludzkość!

Fajny tekst, jest przemiana głównego bohatera i to jest dobre.

Ciekawa tematyka, więcej niż globalna. Kurczę, ci przywódcy zachowują się tak ludzko, że to aż wstyd.

Każda z delegacji zajmowała w sali piętnaście miejsc, rozmieszczonych w rzędach na planie sześciokąta – od jednego krzesła na samym dole, przy centralnym podwyższeniu, do pięciu w górnej części pomieszczenia.

Hmmm. ja tu widzę trójkąt.

Babska logika rządzi!

Narysuję plan tego sześciokątnego trójkąta, jak wrócę dzisiaj z uczelni :)

 

EDIT: oto i on, narysowany na szybko w Paincie, proszę o nie linczowanie mnie.

 

Precz z sygnaturkami.

Nieprawdopodobieństwo pierwsze: syn Imperatora, jako postać ważna, nie może ot tak sobie łazić po antykwariatach czy gdziekolwiek bez ochrony. Następstwa porwania lub zabicia zbyt poważne byłyby, również w sytuacji, kiedy ojciec nie ma kontaktu ze synem, ma go za głupka, niedorajdę… Wymóg polityczny.

Nieprawdopodobieństwo drugie. Syna, oficjalnego dziedzica władzy, przygotowuje się do przejęcia funkcji ojca, a nie puszcza samopas.

 

Dla równowagi: spodobał mi się styl, język. Typografia też dobra, ale to standard.

Coś takiego! Adam się odezwał!

OK, Kosmito, teraz widzę, co miałeś na myśli. Ale ze zdania to nijak nie wynikało. Wręcz tam napisałeś, że 15 krzeseł tworzyło sześciokąt, a tak nie jest. 15 miejsc to sektor i dopiero 6 sektorów daje komplet.

Babska logika rządzi!

Rozważałem wyrzucenie opka z Poczekalni i wrzucenie go tu z powrotem, gdy sprawa Mechów, Strzechów i Polskich Języków przycichnie, ale po wizycie takiego gościa odrzucam ten pomysł :)

 

Zgadzam się, jest to spore nieprawdopodobieństwo – nie jestem wszak sam synem Imperatora i nie pomyślałem o tym. Natomiast – jeśli jest to największy błąd, jaki dostrzegasz w tym tekście, Adamie, to czuję się dumny :)

 

Fifi, spróbuję to trochę poprawić/wyklarować/ulepszyć (niepotrzebne skreślić).

Precz z sygnaturkami.

Moim zdaniem, bardzo ciekawe, aktualne (aż mi się przypomina “Status ofiary ściśle reglamentowany” NowhereMana), niepozbawione wdzięku i humoru. To, że syn imperatora nie może ot tak sobie łazić po mieście, już kilka osób zauważyło, więc się znęcać nad tym nie będę. Scena na ISS – perełka!

Dziękować, Obsydianno :) Starałem się, by było aktualne. Tylko trochę głupio zrobiłem, wrzucając tekst w sam środek zawieruchy dwukonkursowej, dlatego każdy komentarz jest tu na wagę złota.

Precz z sygnaturkami.

Nowa Fantastyka