- Opowiadanie: Kordylian - Rysa na metalu

Rysa na metalu

Oto i jest mój twór na hasło [USUNIĘTE, ZGADUJCIE, NA PROŚBĘ FUNTHESYSTEM]

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Rysa na metalu

– Coś się dzieje z Quasmusem! – Ta wiadomość pojawiła się nagle i rozprzestrzeniła się po mieście z szybkością błyskawicy.

– Zaniosłem mu wczoraj gwoździe, ale nie chciał ich przyjąć – ogłosił Ammet wszystkim obecnym na rynku. – Mówił, że nie ma czasu. No to przyszedłem i dzisiaj, ale odpowiedział tak samo. Zapytałem jeszcze, kiedy będzie wolny, to powiedział, że nie wie, może za tydzień. I że jak go będę nachodził, to na pewno tego nie przyspieszę.

– Może obraz robi? – rzucił ktoś z zebranych.

– Kogo było na to stać, już sobie taki załatwił.

– Może komuś się zachciało drugiego?

– A może sobie kogoś znalazł?

Dyskusja rozgorzała na dobre. Jeden stawiał hipotezę, drugi ją obalał. Trwało to, aż koło dziesiątej spadł deszcz i wszystkich rozgonił.

***

Quasmus, zupełnie nieświadomy tego, co działo się na rynku po tym, jak spławił Ammata, leżał na łóżku i klepał się dłonią po prawym policzku.

– Umiesz to zrobić. To nie jest trudne – motywował siebie.

Zrobił głęboki wdech i ponownie usiadł na swoim stanowisku.

Na stoliku stały dwa spore wypełnione cieczą naczynia. W każdym z nich unosił się jeden z końców nasączonego specjalnym płynem sznura. Obok leżał zwykły metalowy drut i dwie średniej grubości blaszki, szara i brązowa, nie większe niż ludzka dłoń. Quasmus połączył je drutem i umieścił w naczyniach. 

Szara blaszka była zrobiona z cynku, brązowa z miedzi. Gdy ktoś je zanurzał w odpowiednich cieczach, łącząc wszystko tak, jak zrobił to Quasmus, działa się magia – cynkowej ubywało, miedzianej przybywało. Dla niego i dla kogokolwiek uczonego w naukach przyrodniczych nie było w tym nic tajemniczego; zachodził po prostu naturalny proces. Natomiast wszystkim innym to wystarczało, żeby nazywać go wielkim magiem, który zmienia jeden metal w inny. Quasmus rzeczywiście miał moc, ale trochę inną. W normalnych warunkach cynku ubywało równomiernie na całej powierzchni blaszki. On samą myślą potrafił sprawić, by działo się to tylko w niektórych miejscach. Tworzył w ten sposób zapierające dech w piersiach obrazy. Co bogatsi chętnie zamawiali u niego swoje portrety wyryte w cynku.

Poza tym oferował jeszcze inną usługę, z której korzystali ci biedniejsi, mianowicie mocą samego umysłu odrdzewiał gwoździe, śruby i wszelkie inne metalowe przedmioty. To jednak nie było jego ambicją, robił to tylko po to, by mieć za co żyć. Bardziej ochoczo przyjmował zlecenia na obrazy – dostawał za nie większe wynagrodzenie, ale co ważniejsze – mógł spełnić się jako artysta.

Wziął do jedynej ręki rysunek dany mu jako wzór. Sam jego rozmiar stanowił trudność – było to koło o dwóch calach średnicy, a Quasmus miał na nim zmieścić szczyt wieży z blankami, lecącego nad nią ptaka i szereg liter dookoła, których nie potrafił przeczytać. Wszystko ubogacone całą masą szczegółów, a zleceniodawca mocno zaznaczył, że ma się zgadzać każda kreska, choćby i najmniejsza. Gdy Quasmus zapytał, po co taka dokładność, tamten odparł, że ma taką pamiątkę rodzinną i bardzo mu zależy na dobrej kopii. Zapłacił z góry sporą garścią srebrnych monet. Wychodząc powiedział, że wróci za tydzień i liczy, że obraz będzie wtedy gotowy.

Artysta skupił się mocno na cynkowej blaszce. Po pewnym czasie pojawiła się na niej pierwsza rysa, jakby ślad niewidzialnego dłuta. Quasmus pogłębił ją i wygładził brzegi. Spojrzał na wzór i wydłużył ją jeszcze odrobinę. Wziął się za kolejną. Żmudnie kreślił kolejne linie, zupełnie zatracając się w pracy.

Z transu wyrwało go trącenie mokrym nosem w kikut lewego przedramienia.

– Nobil! – skarcił kota Quasmus. – Dopiero co dostałeś jeść, zostaw mnie w spokoju, pracuję.

Zauważył jednak kątem oka promienie słońca wkradające się do pokoju przez południowe okno.

– Już tak późno? – zdziwił się i zaraz zaklął, zdając sobie sprawę, że ogniwo wciąż działało, co mogło spłycić linie.

Szybkim ruchem wyjął sznur, żeby natychmiast przerwać proces. Przeciągnął się i popatrzył z pobłażliwym uśmiechem na kota, który wykorzystał moment nieuwagi i wskoczył mu na kolana.

– Ty mały łobuzie – powiedział Quasmus i podrapał go za uchem. – Wszystkie koty szlachciców są takie nieporadne i same myszy nie upolują? Dobra, złaź, poszukamy ci czegoś – rzekł, kręcąc głową. – Jakby ktoś mi teraz zaproponował ciebie jako zapłatę za obraz, to w życiu bym cię nie przyjął. Mój ty kochany sierściuchu.

Po zjedzeniu obiadu i oddaniu co drugiego kęsa mięsa Nobilowi, Quasmus wrócił do stanowiska pracy, upewniwszy się jeszcze tylko, że kot zasnął w swoim legowisku. Do tej pory wyrył niecałą połowę liter. Wyglądało przyzwoicie. Zabrał się za resztę.

***

W środku nocy Quasmus ze łzami w oczach bił pięścią w ścianę. Frustracja sięgnęła zenitu. Trzecia próba, a wciąż pojawiał się ten sam problem – znaki wyżłobione na końcu były większe niż te z początku. Potrafił poprawiać pojedyncze pomyłki, ale tutaj takiej interwencji wymagała co najmniej jedna trzecia liter, a odwracanie procesu trawienia pochłaniało dużo więcej czasu niż tylko jego ograniczanie. Łatwiej i szybciej było zacząć od nowa.

Od nowa. I znowu mieć zero postępu. Quasmus był na skraju załamania. Chciał się poddać, oddać rysunek i srebro zleceniodawcy, kiedy ten przybędzie po obraz, ale z drugiej strony potrzebował tych pieniędzy. Odrdzewianie przynosiło marne zyski, nie dało się tylko z tego wyżyć, a portretu nikt nie zamówił od jakichś dwóch miesięcy. Jeszcze trochę i zaczną głodować, on i Nobil.

Nie, tak nie będzie, pomyślał. Trzeba się wziąć w garść i to skończyć.

Wstał jeszcze przed świtem. Zjadł coś na szybko, nakarmił kota i na nowo zdeterminowany siadł przed urządzeniem. Zanurzył sznur i czyste blaszki. 

Tym razem zamiast robić każdą linię od początku do końca, postanowił najpierw zarysować całość, tak żeby ledwie było coś widać. Potem dopiero stopniowo wszystko pogłębiał, łączył i wygładzał. Od czasu do czasu wciągał powietrze z sykiem, gdy gdzieś się pomylił. Wieczorem szkic faktycznie przypominał wzorcowy rysunek.

Dumny z siebie Quasmus wyprostował się na krześle i powiedział do kota znów siedzącego mu na kolanach:

– Widzisz? A jednak potrafię!

Kot z aprobatą wbił mu pazury w udo.

– Ał! – krzyknął Quasmus i w odwecie z uśmiechem wytarmosił Nobilowi ucho. – Wiesz, idę spać. Mamy jeszcze trzy dni, nie ma co siedzieć po nocach. I tak się wyrobimy.

***

Przez te trzy dni Quasmus szlifował i dopieszczał swoje dzieło, aż wreszcie stwierdził, że lepsze nie będzie. Zostało mu czekać na zleceniodawcę.

Ten pojawił się po południu. Jedyną różnicą w jego wyglądzie był parodniowy zarost.

– I jak? – zapytał, przekraczając próg.

– Gotowe – oznajmił Quasmus i wręczył mu blaszkę.

Zleceniodawca obejrzał ją dokładnie z każdej strony i pokiwał głową.

– Jest dobrze – stwierdził. – Powinno wystarczyć. Dziękuję, mistrzu.

Quasmus podał mu jeszcze płótno do zawinięcia obrazu ale ten odmówił, schował nabytek do torby i wyszedł.

***

Minęły dwa miesiące. Quasmus wrócił do domu, obładowany nowymi cynkowymi i miedzianymi blaszkami. Włożył je do kufra. Dał Nobilowi świeże udko z kurczaka i patrzył, jak znika w kociej paszczy. Zazwyczaj ten widok go radował, ale tym razem na jego twarzy nie gościł uśmiech.

– Mówią, że wojna – powiedział posępnie. – Że ludzi do wojska rekrutują. Ammat i jego synowie już poszli. Nie wiadomo, kogo jeszcze poniesie. Mnie nie wezmą, choćbym i chciał. – Uniósł kikut i westchnął. – Podobno nasz król zerwał porozumienie handlowe z jakimś innym królem. Tamten uważa to za zniewagę, a nasz się wypiera, że nie wysłał do niego żadnego posła. Tamten jednak twierdzi, że na piśmie była jego pieczęć, czy jakoś tak. Nie znam się na tych sprawach.

Nobil skończył jeść, zostawiając połowę mięsa i poszedł zadowolony do swojego legowiska. Quasmus podążył za nim, usiadł obok na podłodze i zaczął go drapać. Kot od razu zamruczał.

– Wiesz, trochę im zazdroszczę, Ammatowi, jego synom i całej reszcie. Pójdą, kawał świata zobaczą, powalczą, a jak wrócą, to będą mieli co dzieciom opowiadać. I inni będą o nich mówić jak o bohaterach. A ja będę tu siedział i czyścił gwoździe z rdzy. I czasem sprzedawał obrazki na cynku. I umrę, i nikt tego nawet nie zauważy.

Popatrzył smętnie przez okno.

– A może mnie zapamiętają przez te obrazki, co? – spytał Nobila z nutką nadziei w głosie.

Kot w odpowiedzi zamruczał głośniej i nadstawił do drapania drugi policzek.

– Też tak sądzę.

Koniec

Komentarze

A więc od razu chciałem jeszcze raz, tym razem publicznie, podziękować Issandrowi za betowanie. Zwłaszcza, że robił to o drugiej w nocy. Wielki to człowiek i brawa się mu należą.

Dziękuję za uwagę.

In a perfect world man like me would not exist. But this is not a perfect world.

Usuń z przedmowy hasło! Daj innym pozgadywać ;)

Tak, hasło w tytule to spojler, zwłaszcza że do tego opowiadania pasowałoby również inne z listy…

 

Ale ogólnie podobało mi się. Mam drobne uwagi:

 

Nie leży mi nazywanie tych jego wytworów obrazami, bo to się zazwyczaj stosuje do dzieł malarskich. Obrazek na cynku – OK, obraz w sensie coś przedstawionego – OK, ale całe dzieło – nie bardzo. Ale sama przyznaję, że to trochę czepialstwo, więc nie przejmuj się zbytnio ;)

 

“W każdym z nich unosił się jeden z końców nasączonego czymś sznura” – narracja jest z punktu widzenia Quasmusa, który raczej wie, co to było, więc nie pasuje to “czymś”, powinny być konkrety albo przynajmniej jakaś “mikstura, której sekret znał tylko Quasmus” (to oczywiście żart, ale ogólnie – cokolwiek, byle nie “coś”, jakby on nie wiedział, co to)

 

“Chciał się poddać, oddać rysunek i srebro, kiedy ten przybędzie po obraz, ale z drugiej strony potrzebował tych pieniędzy” – czytelnik oczywiście wie, kim jest “ten”, ale stylistycznie to zgrzyta. Prędzej tamten, jeśli chcesz koniecznie zaimek, albo ten człowiek, klient, zamawiający……

 

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Spoiler już usunąłem, nie sądziłem, że aż tak pałacie żądzą zgadywania hasła.

Nie śmiem odebrać Quasmusowi tej dumy, że tworzy obrazy.

Co do sznura, bardziej bym powiedział, że zmieniłem narrację. Może trochę zbyt raptownie. Może w ogóle nie powinienem.

I ostatni błąd – zdecydowanie moja wina, usunąłem o jedno słowo za dużo przy ostatnich poprawkach przed publikacją.

 

Dziękuję za komentarz i cieszę się, że się podobało :)

In a perfect world man like me would not exist. But this is not a perfect world.

Co do sznura, bardziej bym powiedział, że zmieniłem narrację.

Na moje oko za wyjątkiem pierwszego rozdzialiku cała narracja jest konsekwentnie z punktu widzenia Quasmusa. I bardzo dobrze. Tylko ten drobiazg w niej zgrzyta.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Nie wiem, czy jest w dobrym tonie posyłanie do biblioteki tekstów, które samemu się betowało, ale tak właśnie zrobię, gdyż jest to pierwsze opowiadanie, które spodobało mi się w trakcie betowania właśnie. Jest to pewien wyczyn, gdyż betując czytam zdanie po zdaniu, co chwila wyskakując z rytmu po to, by sprawdzić, czy wszystko jest poprawnie.

Dla zasady powtórzę to, co napisałem podczas betowania: opowiadanie czyta się płynnie, choć co prawda staje się nieco nudnawe w środku, to bardziej niż nadrabia końcówką, która znajduje się w idealnym balansie: z jednej strony, trzeba sekundkę pomyśleć, o co chodziło, a z drugiej czytelnik nie musi doszukiwać się znaczenia w tekście. Oprócz tego wylosowany temat, choć moim zdaniem trudny, został doskonale zrealizowany.

Niezła próba.

Co prawda przez mariaż realiów fantasy i naturalnych ziemskich pierwiastków trochę siadała mi immersja, ale w końcu i takie światy się zdarzają…

Poza tym domyślam się, że musiałeś to zrobić w ten sposób – czyżby hasło 27? ;P Pasuje też 14, no ale miałeś raczej to pierwsze.

Zakończenie zgrabnie rozwiązuje tajemnicę, choć jak dla Counta trochę to wszystko za, hmm… proste? Przydałoby się więcej meandrów fabularnych na tym obrazku ;)

Bohater w porządku, choć przydałaby mu się jakaś panienka – ten monolog w kierunku kota… brr.

Warsztat solidny.

Moim zdaniem opowiadanie typowo biblioteczne, stawiam primagrodzki stempel jakości.

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Co prawda przez mariaż realiów fantasy i naturalnych ziemskich pierwiastków

Ale dlaczego w fantasy nie ma być ziemskich pierwiastków? To już chyba przesadny hardkor…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ależ mogą być i są – przecież zaznaczyłem. Po prostu ten chemiczny opis z cynkiem/miedzią trochę za bardzo trącił mi realem.

Z drugiej strony, w nurt alchemii wpisuje się to chyba całkiem nieźle ;)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

OK, chodziło mi właśnie o to “takie światy się zdarzają” czyli sugerujesz, że są w mniejszości? Osobiście nie kojarzę dobrej fantasy, gdzie nie ma ziemskich pierwiastków, a są same wymyślone przez autora (choć nie wykluczam, że takowa istnieje). Ale zasadniczo wszędzie jest broń żelazna lub jakiś rodzaj stali (co wymaga żelaza i węgla), srebro, złoto, że o wodzie nie wspomnę, a co najwyżej czasami mithril… Dlaczego miedź i cynk mają być gorsze – tego nie rozumiem ;) Ale jeśli chodzi o proces chemiczny, to co innego. Ale też nie widzę, dlaczego w fantasy nie miałoby go być – to jest taka trochę bardziej urban fantasy i po kłopocie ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Pierwsze opowiadanie i już na podstawie hasła o którego znaczenie się pytałem :P

Technicznie jest napisane dobrze i płynnie się czyta. Jednak cała ta historia mnie nie porwała – ot gość zrobił pieczątkę – jestem przekonany, że znaleźliby się jacyś inni fałszerze potrafiący to zrobić, szczególnie że zleceniodawca musiał przejść kawał drogi aby trafić do Quasmusa.

Dodatkowo ekspozycyjny monolog na końcu do mnie nie przemawia – skąd w jakiejś małej wiosce, gdzie nie stać ich na nowe gwoździe można dowiedzieć się o problemach dyplomatycznych prowadzących do wojny? Były tam gazety?

Przykro mi, że opowiadanie mi nie podeszło. Podkreślę jeszcze raz – napisane dobrze, a i hasło nie proste.

Napisane ładnie, aczkolwiek potknęłam się – jak Drakaina – na “czymś”. Tu przyznaję jej rację – takie niedookreśloności brzmią co najmniej dziwnie. 

Natomiast co do fabuły, to jest coś, czego nie kupuję. Odniosłam wrażenie, że Quasmus mieszka w jakieś raczej nie za dużej miejscowości. Zastanawiam się też nad jej zamożnością, skoro ludzie przychodzą do niego odrdzewić gwoździe, zamiast kupić nowe. I taki magik nie ruszył w świat, zarobić konkretne pieniądze w dużych miastach, może w stolicy, tylko tkwi w zapadłej dziurze i narzeka, że nie ma z czego żyć? Wybitnie nielogiczne moim zdaniem. I nie wiem, czy nie przemyślałeś do końca tego aspektu, czy bohater celowo jest taką sierotą życiową. I ani jedno, ani drugie rozwiązanie nie jest na korzyść. 

Czytało się gładko, ale przez powyższe do pełni satysfakcji sporo zabrakło. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Podoba mi się pomysł na wykorzystanie hasła, a i historia na tym pomyśle oparta bardzo przypadła mi do gustu, szczególnie, że znalazło się w niej sporo miejsca dla kota. ;)

Kordylianie, życzę powodzenia w konkursie. ;)

 

roz­nio­sła się po mie­ście z szyb­ko­ścią bły­ska­wi­cy.

Za­nio­słem mu wczo­raj gwoź­dzie… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Zro­bił głę­bo­ki od­dech i po­now­nie usiadł na swoim sta­no­wi­sku. –> Raczej: Zro­bił głę­bo­ki w­dech/ Nabrał głęboko powietrza i po­now­nie usiadł na swoim sta­no­wi­sku.

 

Szyb­kim ru­chem wyjął sznur, żeby na­tych­mia­sto­wo prze­rwać pro­ces. –> Szyb­kim ru­chem wyjął sznur, żeby na­tych­mia­st prze­rwać pro­ces.

 

– Ty mały ło­bu­zie – po­wie­dział do niego Qu­asmus i po­dra­pał go za uchem. – Czy oba zaimki są konieczne?

Może wystarczy: – Ty mały ło­bu­zie – po­wie­dział Qu­asmus i po­dra­pał go za uchem.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg, poprawione wszystko oprócz oddechu, choć to też jeszcze może się zmienić, a to z prostego powodu “zrobić głęboki wdech” dla mnie znaczy tyle co nabrać powietrza i go nie wypuszczać przez dłuższy niż zwykle czas. Tu natomiast miałem na myśli głębokie, uspokajające oddechy. Ale jeżeli mylę się, co do swojej definicji, z pewnością poprawię.

 

Drakaino i Śniąca, “coś” w sznurze zmieniłem na “specjalny płyn”. Powinno pomóc.

 

Czemu właśnie Quasmus miał robić pieczęć? Może trochę naciągane, ale nie wiedział, co faktycznie robi, ani ile to jest warte. Inni fałszerze mogliby zaśpiewać dużo więcej, widząc sam wzór. Albo zadawać niewygodne pytania, albo odmówić, bo nie leży im to w interesach.

Dlaczego nie wyjechał? Żeby to odeprzeć, musiałbym zaznaczyć jego przywiązanie do ziemi, na której to się narodził. Czego nie zrobiłem i nie dziwię się, że to kole w oczy.

 

Bardzo wszystkim dziękuję za przeczytanie i zostawienie komentarzy!

In a perfect world man like me would not exist. But this is not a perfect world.

Kordylianie, oddech to wdech i wydech. Uważam, że można głęboko oddychać, ale czy można zrobić głęboki oddech

 

Tu natomiast miałem na myśli głębokie, uspokajające oddechy.

W takim razie zamiast: Zrobił głęboki oddech i ponownie usiadł na swoim stanowisku. – proponuję: Przez chwilę głęboko i równomiernie oddychał, po czym ponownie usiadł na swoim stanowisku.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

.

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Przeczytałam :) Komentarz po zakończeniu konkursu.

Takie konkursy jak ten uświadamiają mi, jak mało znam słów w mej ojczystej mowie, a jak wiele anglojęzycznych nazw technicznych :(

W każdym razie – opowiadanie fajne, ciekawe, z nastrojowym bohaterem i jego kotem. Mi się podobało, choć odczuwałem na koniec lekki głód, by Quasmus wyszedł bardziej trójwymiarowy w mych oczach. Ale wiadomo – limity :)

Kliczek za ten koncert fajerwerków się należy.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

No to cyk do biblioteki. Ciekawy pomysł na szorta, zwłaszcza przy takim trudnym haśle konkursowym.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Opowiadanie cierpi na przypadłość, na którą zdążyłem się już kilkakrotnie natknąć. Element fantastyczny niczemu nie służy i należałoby go amputować przy pomocy brzytwy pewnego angielskiego franciszkanina.

Pomijając powyższe zastrzeżenie, historia ma ręce i nogi, a nawet filuterny kapelusik.

wisielec – A nie przy pomocy brzytwy pewnego polskiego fantasty?

Misie. Fajny pomysł na wykorzystanie hasła. A trafiło Ci się dość trudne. Wybrnąłeś z klasą.

Aha, łatwo zgadnąć. Zahaczasz jeszcze o inne, ale koncentrujesz się na jednym.

– Ał! – krzyknął Quasmus

Au. To niekoniecznie oznacza złoto. Także ból. ;-)

Babska logika rządzi!

W tym wypadku można ciąć na dwa ostrza. Zgadzają się kryteria do użycia jednego i drugiego ;) Zwłaszcza, że brzytwa Lema jest niejako podzbiorem zastosowań brzytwy Ockhama (zakładając, że rozwiązania konwencjonalne są “oszczędniejsze” od fantastycznych).

O istnieniu Lemowego narzędzia uświadomił mnie dopiero niedawno kumpel, zresztą wielki poeta, udzielający się tu na forum.

It has begun!

 

.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Całkiem fajne. Zazdroszczę hasła. 

Mnie tam połączenie pierwiastków i scenerii fantasy nie przeszkadzało. 

Dobrze, że kot został “wykorzystany” w końcówce, bo bałem się, że to tylko ozdobnik. 

 

Uważam, że można głęboko oddychać, ale czy można zrobić głęboki oddech

Reg, polemizowałbym.

Znalezione obrazy dla zapytania spirometria

Maksymalny wydech + maksymalny wdech = głęboki oddech? :D 

Funie, nie miałam i nie mam najmniejszych wątpliwości, co do możliwości głębokiego oddychania. Dziabnęło mnie tylko sformułowanie robić głębokie oddechy. Jest dla mnie oczywiste, że oddychamy, nierzadko głęboko, ale zupełnie nie wyobrażam sobie, by mówić/ pisać, że robimy oddychanie/ robimy głębokie oddychanie.

Kiedy w czasie badania osłuchiwał mnie lekarz, a nie policzę już, ile razy to się zdarzyło, nigdy nie usłyszałam, żebym robiła głębokie oddechy, natomiast zawsze: proszę teraz głęboko oddychać.

Zdanie Kordyliana brzmi: Zrobił głęboki oddech i ponownie usiadł na swoim stanowisku. – Być może się mylę, ale jednorazowe zaczerpnięcie większej ilości powietrza, rozumiem jako głęboki wdech. Zrozumiałe jest także i oczywiste, że po głębokim wdechu następuje wydech.

Funie, dziękuję za czujność i obrazowe podejście do sprawy. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Popieram Reg – imho można zrobić głęboki wdech, ale nie oddech. Oddechu w ogóle chyba nie można zrobić.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Nie brzmi to najlepiej, racja. Ale można. Jednak jesteśmy na portalu literackim, a nie medycznym, więc chciałem tylko rzucić ciekawostką, a nie rozdmuchiwać temat :D

Już nabieramy wody w usta. ;-)

Babska logika rządzi!

Głęboko (nabieramy) ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Zakrztusiłam się… ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Poklepać w plecki? ;-)

Babska logika rządzi!

Opowiadanie podobało mi się na tyle, że chętnie bym przeczytał, co się działo dalej. Czy nastąpiły nieprzyjemne odwiedziny królewskich wysłanników u Quasmusa, czy też dożył on spokojnie swych dni, nie opuszczając swojego miasteczka? A może stał się znany jako doskonały fałszerz i zaczął mieć więcej tajemniczych klientów? Myślę, że historia ma potencjał na pociągnięcie jej dalej i choć szanuję decyzję o dosyć otwartym zakończeniu, to jednak pozostawiłeś mnie z lekkim niedosytem ;)  

Sama nie wiem do końca, co o tym tekście sądzę. Czytało się nieźle, bo lubię takie detaliczne opisywanie wydarzeń i przeciąganie tajemnicy, ale jak już się okazało, o co chodzi, to poczułam niedosyt. Odkrycie tajemnicy nadeszło niespodziewanie, mam nawet wrażenie, że finał jest w jakiś sposób oderwany od pozostałej części tekstu. Wolno sączysz szczegółowy opis, rozsmakowujesz czytelnika opisami, a potem dodajesz sprawiające wrażenie oderwanego zakończenie.

O już wiem! – to jest jak w tych programach kulinarnych, w których ktoś przychodzi pomóc restauratorom, potem jest przerwa i nadchodzi finał, w którym trzeba sprawdzić, jak restauracja sobie radzi. Tam jest “dwa miesiące później”, u Ciebie – “minęły dwa miesiące”. Ale schemat podobny.

Ocho, w zasadzie nawet przez myśl mi nie przemknęło, że te dwa miesiące można by czymś wypchać, a to nie brzmi na zły pomysł. A nie pomyślałem o tym chyba przez moje lenistwo. Lenistwo i trochę też strach. Żeby sensownie wypełnić tę lukę, musiałbym wymyślić nowe wydarzenia, może nowych klientów, ale żeby nie było zbyt nudno, każdy musiałby być trochę inny. Miałbym do wyboru albo mniej więcej takiej długości szort, albo sporego kolosa na jakieś 30k. Wtedy zakończenie wymagałoby trochę więcej, żeby w głowie wszystkie elementy układanki weszły na swoje miejsce. Plusy można mnożyć i mnożyć, ale chyba nie miałem na to siły. No i po drugie – strach. Kreowanie postaci jest dla mnie cholernie trudne, ilość możliwych potknięć jest niezliczona, a ja jestem dopiero początkującym bajarzem, który wstydzi się wszystkiego, co napisał, zanim dołączył do tego forum. Za wysokie progi, jak to mówią.

 

Światowiderze, cieszę się, że się podobało. A niedosyt był w zasadzie celem, który chciałem osiągnąć. Ostatnie trzy linijki to pierwsze, co napisałem.

 

Co do wielkiej dyskusji na temat oddychania – niechaj i Wam wszystkim będzie. Quasmus zrobił głęboki wdech. Za chwilę poprawię, tylko skończę to pisać.

 

Zarzucanie brzytew… mam mieszane uczucia. Z jednej strony rzeczywiście mógłby istnieć zwyczajny rzeźbiarz, który zrobiłby tę pieczęć, ale z drugiej – czy obcięcie fantastyki nie naruszy zbytnio podstaw opowiadania? Jeżeli rzeźbiarz byłby zwyczajny, to musiałby mieć obie ręce, jedną raczej się rzeźbić nie da. To z kolei trochę by zrujnowało zakończenie – jakby chciał, mógłby iść na wojnę, nic mu nie stoi na przeszkodzie, nie jest kaleką, wszystko inne ma sprawne, droga wolna!

In a perfect world man like me would not exist. But this is not a perfect world.

Nie chodzi mi nawet o to, żeby to czymś wypchać, bo to też mógłby być samobój. Tylko jakoś załagodzić te kanty. Już sam fakt, że zacząłeś ostatni fragment od “Minęły dwa miesiące” – pogłębia rozwarstwienie między częścią główną a finałem.

Ale może się czepiam…

Fajnie udało ci się wykorzystać hasło przewodnie. Ja osobiście bałam się, żeby przypadkiem na nie nie trafić. :)

Napisane ładnie, więc wciągnęło, choć mnie również lekko zgrzytało nazwanie obrazami tych jego… dzieł? No właśnie, w sumie trudno to nazwać jakoś inaczej, więc nie będę się czepiać.

Według mnie dobrym posunięciem było wprowadzenie kota, bo jego obecność nadaje całości taki sympatyczny klimat.

Fajny tekst. :)

Może cynkoryty?

Babska logika rządzi!

Tak. Kot.

Kot jest najlepszy.

Szkoda, że go zabrakło w pierwszej scenie.

Przyjemne :)

Mnie się też podobało: ładnie poprowadzona taka lekko ironiczna historia człowieka, który ma wielki talent, a jest przy tym nie natchnionym artystą, tylko dobrego serca facetem, dość prostolinijnym, i nawet mu do głowy nie przyjdzie, że odegrał w historii rolę nieświadomego języczka u wagi.

Mi najbardziej podobało się rzeźbienie siłą woli, a najbardziej niepokoiło podłączanie. Bo skoro podczas procesu trawienia prąd był potrzebny, to oznacza, że “rzeźbiarz” siłą woli raczej powstrzymywał cząsteczki cynku na płycie, a tam, gdzie nie ingerował ową siłą prąd zrobił swoje – Twoje rozwiązanie opisuje odwrotną sytuację. Ale mam w głowie obrazem faceta w skórzanym fartuchu, jak wzrokiem wycina wzorki. Czysta magia!

Jest mi niezmiernie miło, że poświęciliście czas na przeczytanie. I że się podobało :)

 

Oko, miało to działać dokładnie tak, jak to opisałeś. Quasmus najpierw jakby rzuca niewidzialną płachtę na całą blaszkę, powstrzymując działanie prądu, a potem wycina w niej dziurki i właśnie tam proces może zachodzić i pojawiają się wgłębienia.

In a perfect world man like me would not exist. But this is not a perfect world.

Nowa Fantastyka