- Opowiadanie: Vedymin - W białych rękawiczkach

W białych rękawiczkach

Opowiadanie inspirowane grafiką Jakuba Różalskiego – big role (ilustracja). Warto wejść w link, by zobaczyć ją w oryginalnym rozmiarze.

 

Fragment “Żołnierza Polskiego” z 19.08.1920 jest oryginalny, natomiast drugi fragment z tegoż czasopisma – fikcyjny.

 

Życzę przyjemnej lektury :)

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Biblioteka:

Finkla, Werwena, bemik, Użytkownicy II

Oceny

W białych rękawiczkach

 

 

Stanisław Fuchs miał łeb na karku. U schyłku zimy roku 1917, nie mając do stracenia nic, z wyjątkiem stu szesnastu marek, jako dziewiętnastolatek wyjechał ze zrujnowanego Kalisza do wielkiego Berlina. Pełne przepychu miasto początkowo zrobiło na nim duże wrażenie. W końcu oswoił się jednak z wszechobecnym blichtrem i dzięki udawanej zuchwałości, doprawionej odrobiną fantazji, wprosił się z marszu na raut niemieckich filmowców. Z niektórymi nawiązał bliskie kontakty. Pod okiem samego Roberta Wienego pracował pilnie jako operator, a w międzyczasie jeszcze pilniej się bawił. Wróciwszy do kraju po trzech latach, potrafił kręcić wcale dobre ujęcia, żyć jak bon vivant i posiadał małą fortunę, w postaci amerykańskiej kamery marki Mitchell. Był to pożegnalny prezent od mentora.

Rodzinny Kalisz zastał częściowo odbudowanym. Na tydzień zamieszkał u matki, odwiedził grób ojca, po czym przeprowadził się do Warszawy. Referencje od Wienego, poparte próbką umiejętności, wystarczyły, by zdobyć pewną posadę. Zatrudniony w wytwórni „Sfinks” Aleksandra Hertza, Stanisław całkiem nieźle zarabiał, ale po doświadczeniach z ekspresyjnym kinem niemieckim, nie sprawiało mu satysfakcji kręcenie jałowych, przesiąkniętych propagandą utworów. Szybko zorientował się, że mógłby być lepszy od Hertza. Ośmieliło go to do założenia własnej firmy.

– Po co ci to, Fuchs? Po co zaczynać od zera? Mamy pozycję… Jeśli się podzielimy, ten złodziej Towbin zniszczy nas obu – przekonywał Aleksander, zaniepokojony potencjalnym wzrostem konkurencji. Dość miał już kłopotów z przedsiębiorstwem sprytnego Żyda, który podbierał mu najlepszych aktorów.

– Nie zaczynam od zera, panie Hertz. Dziękuję za współpracę i życzę pomyślności.

W oficynie kamienicy, w której wynajmował mieszkanie, Stanisław urządził atelier i laboratorium wytwórni „Fuchs – Dwudzieste Stulecie”. Zatrudnił dwóch obrotnych pomocników i ruszył z realizacją własnych pomysłów.

Szło jak po grudzie. Żeby zarobić na czynsz, nocami dorabiał jako tragarz. Na pensje dla pomocników oczywiście nie stało grosza, więc był zmuszony ich odprawić. Rozważał nawet sprzedanie kamery, ale powstrzymał się. I dobrze na tym wyszedł.

Sukces przedsięwzięcia zapewniła kobieta, aktorka, Klara Łabęcka, którą Stanisław poznał w jednym z nowo założonych kabaretów. Zachwycony jej pełną gestu grą i niezaprzeczalną urodą, od razu po występie wpadł za kulisy, przedstawił się, i zaproponował współpracę.

Na pierwsze zdjęcia przyszła demonstracyjnie spóźniona. Przed obiektywem czuła się jak ryba w wodzie i z uroczą arogancją przyćmiewała innych aktorów, co, połączone z siłą wyrazu Fuchsowych ujęć, szybko przyniosło efekty, w postaci szerokiej, zadowolonej widowni, zbierającej się regularnie w stołecznych kinach. Hertz i Towbin musieli zadowalać się resztkami z pańskiego stołu.

Widzowie kochali Klarę. Stanisław też. Na majówkę zabrał ją w góry.

Zakopane, chociaż mniej wystawne niż Berlin, było równie mocno zanurzone w słodkiej atmosferze dekadencji. Dancing u Trzaski. Przydymione światło, w którym lśniły muśliny i jedwabie na zatłoczonym parkiecie. Bogato zastawione stoły. Szampan, sery, wódki, czekoladki, bakalie, paszteciki i pieczone bażanty. W rogu wielkiej sali jazzband, Karasiński i Kataszek z malowanymi henną, fałszywymi Murzynami. Gdy ci robili sobie krótką przerwę, przysnąć gościom nie dawał Alfred Melodysta, wirtuoz gry na pile. Od jego popisów niezawodnie cierpły zęby.

Wśród gości u Trzaski często skupiała się elita artystyczna. Tego wieczoru brylowali, jak zawsze gaszący wzrokiem innych dżentelmenów i tymże samym spojrzeniem uwodzący damy Witkacy, i wyniosła panna Łabęcka, w połyskującej srebrzyście sukience, białych rękawiczkach za łokieć i czarnej opasce, spinającej krótkie, rude loki. Mężczyźni plątali się u jej nóg jak dzieci i wychwalali za filmowe kreacje. Niemal dziesiątkami doskakiwali z zapalniczkami, gdy wystudiowanym ruchem siadała z cygaretką. Jej w to graj. Kokietowała zalotników, wystawiając na próbę cierpliwość Stanisława. On dla zachowania równowagi włączał się wtedy do rozmów współbiesiadników, porywał którąś z kobiet do tańca, albo wychylał kieliszek wódki. Kilka razy złapał powłóczysty wzrok Klary, pozornie przypadkowy, chcący się upewnić. Uśmiechał się wtedy nonszalancko, a w duchu spokojniał.

Trafiło się, że siedzieli razem, zmęczeni ceremoniałem udawanego ignorowania się, gdy orkiestra zmieniła nastrój i zaczęła z wolna grać walca François.

– Czy można panią prosić do tańca?

– W ostateczności… – odparła z przekorą, ale uśmiechnęła się serdecznie, jak nigdy wcześniej.

Tonęli wzajemnie w swoich oczach, ślepi na świat dookoła, a gdy skończył się walc, wyszli w noc. Turnie czerniały na granatowym niebie, potęgując wszystko, co działo się w obrębie ich korony. Powietrze było rozrzeźwione, późnowiosenne. Stary góral z kosą na ramieniu wracał do domu, pogwizdując.

Za wsią buty zakurzyły się i zmoczyły rosą, i coraz głośniej dało się słyszeć, jak świerszcze grają w trawach. Oddalały się brzęki fortepianu, jęki skrzypiec, wibrujące pomruki saksofonu. Później była cisza i usta zwarły się w długim jak wieczność pocałunku.

 

***

 

Klara Łabęcka i Stanisław Fuchs zawarli związek małżeński w Zakopanem, 26 czerwca 1920 roku.

 

***

 

„Żołnierz Polski”

19.08.1920

OBYWATELE WARSZAWY!

Rząd otrzymał wiadomości o zwycięskim pochodzie armji polskiej na flankę wroga, atakującego Warszawę.

Wojska nasze pod osobistym dowództwem Naczelnego Wodza osiągnęły już linję Garwolin – Żelechów – Parczew.

Z północy donoszą o rozbiciu czterech bolszewickich dywizji.

 

26.08.1920

WARSZAWA PRZEŁAMANA

Bolszewicy ukrywali za Bugiem potworną broń, przeczącą zasadom honorowej walki. Horda mechanicznych, opancerzonych pająków dotarła pod naszą stolicę w niecałe dwa dni, rozbijając zyskujące przewagę wojska polskie.

Naczelny Wódz wzywa obywateli do jeszcze większej mobilizacji i zarządza koncentrację sił w zachodniej części kraju.

Niech żywi nie tracą nadzieji! Łódź i Poznań mają zostać ostatnimi bastjonami Rzeczypospolitej.

 

***

 

Dowiedziawszy się o klęsce Polski, młodzi pozostali w Zakopanem. Wykupili skromny domek po zmarłej wdowie. W Warszawie z pewnością nie mieli już czego szukać, a w górach mogli liczyć na względny spokój. Większość dawnych, znamienitych bywalców kurortu rozpierzchła się po świecie. W najlepszym wypadku trafiali na zachód, a w najgorszym do zbiorowej mogiły.

Pod nadzorem bolszewików pojęcie własności stało się płynne, jak nigdy dotąd. Cukiernię u Trzaski przekształcono w piekarnię i upaństwowiono, a sala dancingowa, z racji rozmiarów, stanowiła doskonały magazyn. W tych okolicznościach najlepsze miejsce dla kamery Stanisława znajdowało się dobry metr w ziemi, za domem. Zakopując urządzenie, nie spodziewał się, że niedługo znów go użyje.

Do wsi zajechał komisarz, niejaki Morozow i kazał wezwać do siebie filmowca Fuchsa. Od razu wyłożył karty na stół.

– Jesli wy budietie sledować komandam wlasti, wy możecie zdieś żyć, jesć i kurit sigary, i ja garantiruju, szto wam niszto nie słuczitsia.

W Tatry miał przylecieć krążownik powietrzny (dawniej Bałtycki), a zadanie Fuchsa polegało na nagraniu krótkiego dokumentu z jego majestatycznego lotu. Zapłatą miała być spora suma pieniędzy i, przede wszystkim, święty spokój.

– Zrobię to – powiedział do Klary chwilę po tym, jak skończył relacjonować wizytę u komisarza. – Z przyjemnością będę pracował dla czerwonych…

– Upadłeś na głowę.

– Chodź na spacer, opowiem ci, o co mi dokładnie chodzi. Przy okazji znajdziemy dobre plenery.

 

***

 

Lietajuszyj zaczął swój powolny przelot na tle Giewontu, z którego dzień wcześniej wykarczowano palnikami gazowymi krzyż, a Stanisław w towarzystwie Klary czekał na Sarniej Skale, z rozstawioną na trójnogu kamerą. Widok był niewiarygodny, ale możliwy dzięki zmianie stalowego poszycia na cienką blachę aluminiową i wypełnieniu niemal całej objętości jednostki zbiornikami z wodorem. U dołu kadłub był sfatygowany, jednak dało się to zamaskować. W odpowiednim momencie, na znak dany przez Fuchsa, załoga wypuściła z klatek dziesiątki mew, co miało dodać ujęciu jeszcze większej fantazji.

Po kilku dniach intensywnej pracy przy montażu i retuszowaniu w warszawskiej pracowni, dzieło było gotowe. Reżyser pokazał film komisarzowi i odebrał szczerą pochwałę, uścisk ręki, i trzysta rubli. Z obiecanego świętego spokoju postanowił nie skorzystać.

Gdy Morozow wyszedł z sali, Fuchs zabrał ze sobą taśmę i zamontował w projektorze drugą, przygotowaną specjalnie na uroczystą premierę z udziałem dygnitarzy, która odbyła się następnego wieczoru.

 

***

 

WYTWÓRNIA FILMOWA „FUCHS – DWUDZIESTE STULECIE”

Z DUMĄ PRZEDSTAWIA

KRÓTKI FILM KOMEDIOWY

„LIETAJUSZYJ – CUD TECHNIKI”

 

Pasaż kamery wzdłuż okrętu, długie ujęcie lotu.

 

ZWRÓĆMY UWAGĘ NA GENIALNE ROZWIĄZANIA W DOLNEJ CZĘŚCI KADŁUBA. SĄ TO MODERNIZACJE SOWIECKIE, W ANGIELSKICH STOCZNIACH ORYGINALNIE NIEPRZEWIDZIANE.

 

Zbliżenie na zdewastowane części poszycia, kawały żelastwa chaotycznie wystają z pękatej bryły.

 

NICZYM BYŁBY NAJLEPSZY OKRĘT, BEZ ODPOWIEDNIEJ ZAŁOGI. TU JEDNAK WIDZIMY SAMYCH BOLSZEWIKÓW.

 

Zbliżenie na kapitana, stojącego dumnie na dziobie okrętu, przejazd wzdłuż pokładu. Marynarze rozweseleni machają do kamery.

 

NIECH OKRĘT LECI, PÓKI NIE WYBUCHNIE W NIEM WODÓR, TYMCZASEM ZAJMIJMY SIĘ CZYMŚ CIEKAWSZYM.

 

Panorama Tatr, absurdalnie wolny obrót kamery, zakończony na postaci Klary w czarnym kapeluszu, białej, zwiewnej sukience i rękawiczkach.

 

PANI ŁABĘCKA-FUCHS SERDECZNIE POZDRAWIA WIDOWNIĘ.

 

Klara wysyła całusa.

 

SERDECZNIE POZDRAWIA I REŻYSER – STANISŁAW FUCHS.

 

Roześmiana od ucha do ucha twarz zajmuje cały kadr.

 

KONIEC

 

***

 

Gdy szwindel wyszedł na jaw, Klara i Stanisław zajeżdżali już na dworzec w Hanowerze. Dwa tygodnie później, na pokładzie Aquitanii wypłynęli z Southampton do Nowego Jorku. Beztrosko jak dzieci przejechali koleją Amerykę i wydawszy na taksówkę ostatnie pieniądze (choć mieli jeszcze kamerę), siedząc na tylnej kanapie czarnego chevroleta, kluczyli serpentyną między jałowymi wzgórzami, w stronę wielkiego napisu „HOLLYWOODLAND”.

– To nasz nowy dom, skarbie. – Stanisław objął żonę. – Marny ze mnie Polak, Żyd i bolszewik, więc zostanę Amerykaninem. Pokażemy Jankesom, jak robi się filmy.

– Oj, Stasiu, Stasiu… A dokąd uciekniemy, jak będą chcieli nas zabić z zazdrości?

– Ot, choćby i na Księżyc – powiedział zupełnie serio.

Niecały miesiąc później dostał w prezencie od agenta czerwonych kulę w czoło, z serdecznymi pozdrowieniami od Morozowa.

Koniec

Komentarze

Zgrabnie i nie nudzi, choć tekst nie ucierpiałby, gdyby dodano mu nieco więcej fantastyki – po ogoleniu Twojego szorta brzytwą Lema wszystko pozostaje bez zmian i jedynie obraz reprezentuje fantastyczny aspekt. Sympatyczny ten Staś, miałam nadzieję na szczęśliwe zakończenie, więc mi trochę przykro. Masz beztroską łatwość w przekształcanie czegoś pozornie nudnego na ciekawe, co bardzo umiliło mi czytanie, zazdroszczę skilla :)

XXth Century Fox – :D!

Jeśli “rozżeźwione” pochodzi od “rzeźwości”, to ort Ci się zalągł niestety.

Wodór – zaczęto z niego rezygnować pod koniec wojny, bo sterowce wypełnione wodorem łatwo i nader efektownie wybuchały. Myślę, że latający okręt w roku 1920 powinien być już wypełniony helem. I jeszcze napis “Hollywood” – z tekstu wynikałoby, że Fuchs i Łabęcka znajdują się w USA w 1921, może 1922 roku, a napis ustawiono w 1923 roku.

A poza tym – opowiadanie z rodzaju takich, jakie lubię. Historia alternatywna, ciekawe smaczki i niebanalna historia. Mnie się bardzo!

"Z wiekiem romantyzm wypierany jest przez reumatyzm" - Arnubis

@ Żongler – Oprócz latającego statku zostaje jeszcze historia alternatywna (mechaniczne pająki i wynik bitwy). A Staś sam się prosił ;-) Dzięki.

@ Staruch – Błąd poprawiam blush. Co do wodoru, to był nim wypełniony jeszcze Hindenburg kilkanaście lat później, przez embargo na hel. Myślę, że w przypadku uzyskania takiej potęgi przez bolszewików, też mogliby liczyć na takie embargo ze strony USA. Co do napisu, to wcześniej stało tam właśnie HOLLYWOODLAND, a w 1923 usunięto cztery ostatnie litery. Dziękuję.

Hm, Vedyminie – Wiki podaje, że napis ustawiono w 1923 roku. I wtedy rzeczywiście był to “HOLLYWOODLAND”. A “LAND” usunięto w 1949 roku.

Ale to w końcu – historia alternatywna i Twoje opko :)!

"Z wiekiem romantyzm wypierany jest przez reumatyzm" - Arnubis

Rzeczywiście. Nawet korzystałem z tego samego źródła. Nie wiem, jak to czytałem. Ale czas nie jest ściśle określony, poza tym mógł wystąpić efekt motyla :P

Bardzo fajne :) Lubię takie opisywanie nieheroicznych detali alternatywnej rzeczywistości.

A kwestie helu i wodoru omijałbym z daleka, ponieważ tego typu konstrukcja za żadne skarby nie poleciałaby na jednym i drugim, bez jakiejś powierzchni nośnej, balona, albo czegokolwiek, co wyniosłoby tony żelaza w powietrze. A tutaj ewidentnie działa eter albo promienie z kosmosu :D

Z moich szacunków wynikało, że przy ograniczeniu objętości metalu (stop aluminium) do ok. 25 m^3, czyli grubości blachy rzędu 2-4 mm, byłoby to na granicy możliwości. Pytanie tylko, czy taka konstrukcja wytrzymałaby choćby statycznie.

Melduję, że przeczytałam.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Zupełny drobiazg: Robert Wiene był Niemcem, końcowe “e” w nazwisku się wymawia – a więc nie Roberta Wiene’a, tylko Wienego, jak Goethego i Rilkego. :)

Dzięki, Ninedin.

Veni, vidi, legi.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Interesujące podejście, mniej militarne, a bardziej filmowe i społeczne. Nawiązania do 20th Century Fox nawet ja rozpoznałam. ;-)

Szkoda, że bohater skończył jak skończył.

Fragmenty z gazet ładnie urozmaicają, nawet stylizacja jest.

szto z wami niczego ne sluszitsia.

Ja bym napisała “słuczitsia” albo jakoś podobnie.

Babska logika rządzi!

Interesujące podejście, mniej militarne, a bardziej filmowe i społeczne.

Cieszę się, że się to spodobało, bo było to jedno z głównych założeń.

 

Bohater przynajmniej spadł z wysokiego konia :-)

Transkrypcję zmieniam zgodnie z sugestią, słabo znam rosyjski.

Dzięki.

Z wysokiego lisa… ;-)

Babska logika rządzi!

Interesujące,  przeczytałam z przyjemnością.  Tym większą,  że tę grafikę również miałam na celowniku ;) Sposób prowadzenia narracji nasuwal mi na myśl reportaż czy artykuł z prasy popularnonaukowej i trudno mi zdecydować czy to mi się podobało czy nie. Przy opisie majówki nieco od tego odszedłeś na rzecz bardziej literackiego stylu i to chyba odpowiadało mi bardziej, ale kupuję to, że taką przyjales konwencję. Klikam z przyjemnością :)

Dziękuję. To, że styl jest w większości tekstu sprawozdawczy, wynika pewnie z obfitości twardych danych (daty, liczby, miejsca) i tego, że chciałem zawrzeć szeroką historię, mimo tak małego limitu.

Duży plus za niebanalną, oryginalną historię! Epizod z wojną 1920 roku jest jak dla mnie nawet niepotrzebny, obroniłaby się obyczajówka. Czy potrzeba więcej fantastyki? Moim zdaniem, nie, bo jest maszyna z obrazka, a to mają być opowiadania inspirowane obrazkami, czyli tyle fantastyki co u Różalskiego wystarczy… Plus za postacie z epoki, klimat i przymrużenie oka. Ogólnie plus :)

 

PS. Zapomniałam dodać jedyny minusik. W moim osobistym odczuciu – za zakończenie. Ta historia prosi się o happy end. Nie wiem, w sumie Fuchs mógłby mieć fuksa i zastrzelić Morozowa/agenta M. w obronie własnej albo co. Albo Morozow wraz z agentem (lub osobno) mogliby wpaść pod pociąg. Itede itepe.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ciekawe podejście. Stylizacja języka jaka trzeba, a poczucie humoru bardzo w stylu niektórych nowel pisanych sto lat temu. Do mnie jako mnie nie przemawia, ale jednocześnie jeśli odłożę własny gust na bok, to obiektywnie rzecz biorąc właśnie ta stylizacja (nie tylko w formie, ale i w treści) jest czymś niezłym i wartym uwagi. Co do tej treści, zgodność z ówczesnym stylem jest nawet w tej naiwnej beztroskiej formie ucieczki, która w świecie realnym pewnie skończyłaby się bez opuszczenia granic, ale w nowelach z tamtego czasu pewnie by wyszło właśnie w ten sposób.

Dzięki, Drakaino i Wilku.

Może rzeczywiście szczęśliwe zakończenie lepiej by pasowało, a pomysł z jednoczesnym wpadnięciem pod pociąg komisarza i agenta jest cudownie groteskowy, jak u Wesa Andersona.

Wilku, jeśli chodzi o formę, to trochę zaryzykowałem. Sam wolę choćby realizm magiczny :)

Fajne opowiadanie. Ale taki latający okręt z burtami z cienkiego alu, byłby do błskawicznego rozwalenia nawet nie z naszych armatek czy myśliwców, a już z prostego Mosina wz 1898. Co więcej – ruskie nie mieli wtedy aluminium. Ani, ani… (nie bez powodu w tamtych czasach zamiast folii aluminiowej uzywano cynofolii – czyli folii z cyny.) Więc mocno to gryzie się z klęską naszych;).

Zgadzam się z przedpiszącymi: znacznie lepiej niż ten latający humbug, sprawiłby się zwyczajny sterowiec… Albo ich flota. A one już wtedy były… I to jakie! Oraz większa eskadra przejętych przez czerwonych bombowców Ilia Muromiec – najwiekszych wowczas samolotów świata. O najwiekszym udżwigu, zasięgu i uzbrojeniu pokładowym i z niesamowitą celnością bombardowań, dzięki pierwszym na świecie urządzeniom do precyzyjnego celowania (made from Sikorsky, rosyjski konstruktor, który też jednak zwiał do Hameryki;) Brzytwa Lema się tu więc włącza jak najbardziej.

 

Brak happy endów też można było zagrać na różne sposoby :) Co zaś do eksperymentów… ja już parokrotnie przy różnych okazjach zaznaczałem, że eksperymenty są dobre. Bez względu na to, czy będą udane, czy nie, nieraz odblokowują jakieś kierunki, które mogą w przyszłości zaowocować czymś naprawdę fajnym. No i pozwalają wyrwać się ze schematu. Owszem, nie mój gust, ale "stylizowanie" sposobu prowadzenia fabuły to naprawdę sztuka trudniejsza od samego stylizowania języka – i to tutaj wyszło :-)

Z tym pociągiem to w sumie żartowałam, ale z drugiej strony – odrobina burleski by akurat temu opowiadaniu nie zaszkodziła.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Bardzo sympatyczne opowiadanie. Ale właśnie dlatego przydałby się happy end.

szto z wami niczego ne słuczitsia – nie jestem ekspertem, ale wydaje mi się, że to niezbyt poprawne. Może: szto wam niszto nie słuczitsia

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Bemik, wydaje mi się, że obecna wersja jest w miarę OK. Ale ja się nie znam.

Babska logika rządzi!

Ja też nie jestem specjalistką, ale jakoś tak na moje kształcone w rosyjskim sto lat temu ucho jakoś to brzmi niepoprawnie. Może jakiś przecinek uratowałby sprawę? 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

A mnie ta druga brzmi jak kalka z polskiego.

Babska logika rządzi!

Ech, dajmy sobie z tym spokój. To i tak nie jest zbyt istotna sprawa – każdy zrozumiał ten “rosyjski”, a to dla tekstu najważniejsze wink

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Ja nie zrozumiałam i w ogóle nie lubię wstawek w obcym języku, bo mnie to niepotrzebnie zatrzymuje. Jasne, staram się coś wyciągnąć z kontekstu, ale i tak to nie jest fajne :(

Z tym, że akurat w tym opowiadaniu nie bardzo mi to przeszkadzało ;)

W zasadzie w tym opowiadaniu nie przeszkadzało mi nic :)

Udało Ci się, Autorze, zmieścić prawie całe życie filmowca w szorcie, ładnie to opowiedzieć, dobrze skończyć (tak, mnie się podoba zakończenie). Czytałam z przyjemnością :)

Rybaku, dzięki za garść ciekawej wiedzy militarnej. Co do okrętu, zamysł był taki, że to tylko pokazówka, już po wojnie, nieprzeznaczona do walki zbrojnej, tylko informacyjnej (propaganda).

Bemik, dziękuję. Chciałem zakończyć efektownie i jakoś zrównoważyć to, że bohaterowi wszystko się raczej udawało. Wstawkę rosyjską przerobiłem.

Anet, cieszę się z pierwszej pozytywnej opinii o zakończeniu :P

 

Nie lubię szczęśliwych zakończeń ;)

Rzeczywiscie, ciekawa i oryginalna historia. Napisane też naprawdę nieźle, tak że czytało się bardzo przyjemnie. 

Minus – ja tam wolałbym to w formie długiego, solidnego opowiadania. Dużo się tam dzieje, fabuła też obejmuje całe lata – to wszystko dusi się w tych dziesięciu tysiącach znaków. Ale, konkurs to konkurs. Tak czy owak, mnóstwo wyciągnąłeś z tego jednego obrazu ;-) 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Zwykle teksty wychodzą mi dosyć zwięzłe i muszę się raczej starać, jeśli chcę, żeby były długie, więc nie miałem problemu z upchaniem tu dosyć rozległej fabuły, ale rzeczywiście trochę dla niej ciasno w dziesięciu tysiącach. Dzięki za komentarz.

.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Nowa Fantastyka