Lato 2018
W alejkach mieszało się światło lamp sodowych i coraz słabsze gasnącego dnia. Letni wieczór sprzyjał przechadzkom. Dwoje młodych, idąc powoli i trzymając się za ręce, co chwila mijało podobne im pary.
Dotarli na opustoszały placyk, na skraju którego błyszczała złotem w świetle lamp, zdająca unosić się w powietrzu, niezwykła instalacja. Przywodziła na myśl coś nie do końca określonego, coś dziwnie znajomego, czego znaczenie im w tej chwili umykało. Tak jak dobiegający z pomnika dźwięk, co do którego nie mogli się zgodzić, czy to zawodzenie, jak uważał młodzieniec, czy muzyka, czego pewna była dziewczyna.
Ta puściła dłoń towarzysza, podeszła bliżej i stanęła u wylotu jednej z rur składających się na grającą konstrukcję. Wiatr zmienił kierunek i uderzył w stalowe tuby z nową siłą. Muzyka ucichła, a jej miejsce zajął ptasi trel, wybijający się ponad szum liści. Kobieta wyciągnęła dłoń w stronę złocistej powierzchni, czubkiem palca dotknęła czegoś, co wyglądało jak odcisk rybiej łuski. W uszach zabrzmiał szum wody na kamieniach, plusk skaczącej ryby.
– Słyszysz? – wyszeptała, jakby w obawie, że głośniej wypowiedziane słowa spowodują, że czar pryśnie.
– Niby co?
Nie odpowiedziała, tylko gestem zaprosiła, by do niej dołączył. Młodzieniec posłusznie podszedł.
– Wsłuchaj się… Jestem pewna, że słyszę krzyki mew.
– W końcu jesteśmy nad morzem – odpowiedział, przytulając towarzyszkę.
– Lepiej słuchaj swojej damy.
Młodzi odwrócili się na dźwięk słów. Kilka kroków od nich stała starsza, nieco pulchna kobieta, ubrana w elegancki, niebieski płaszczyk do kolan. Na stopach miała czółenka na niewielkim obcasie, a na głowie burzę ufarbowanych na ciemno włosów. Uśmiechała się lekko. Zanim którekolwiek zdążyło odpowiedzieć, kobieta kontynuowała, wciąż zwracając się do mężczyzny:
– Jeśli chcesz mojej rady, to zamknij oczy i pozwól dźwiękom po prostu płynąć.
Młodzieniec posłusznie przymknął powieki, dziewczyna zrobiła to samo. Stali, trzymając się za ręce i wsłuchując w echo północnego sztormu, porykiwania niedźwiedzia, szelestu jesiennych liści, dzwonki sań. Gdzieś w tle starsza pani zaczęła opowieść. Słowa mieszały się z muzyką natury.
1962
Eilę Hiltunen obudziły wibrujące dźwięki trąbek, które wwiercały się w umysł i dzwoniły w uszach. I chociaż ze snu pamiętała zaledwie skrawek wypełniającej go melodii, potrafiłaby rozpoznać ją wszędzie. Muzyka Sibeliusa od miesięcy rozpraszała ciszę pracowni i towarzyszyła Eili całymi dniami, inspirując i pomagając się skupić.
Kobieta uniosła ciężkie powieki. W sypialni było całkiem ciemno, nie wiedziała, czy to z powodu pory, czy zamkniętych okiennic. Częściowo rozbudzona, niewyspana po pracy ciągnącej się długo w noc, była pewna, że wciąż słyszy nuty suity „Karelia”. Jednak zamiast gry orkiestry, ciszę nocy przecinały piski fujarki.
Starając się nie obudzić męża, Eila wyśliznęła się z łóżka, zarzuciła na ramiona szlafrok i boso podążyła za dźwiękami instrumentu.
Na skraju biurka ktoś siedział i grał, odwrócony do wchodzącej bokiem. Eila stanęła w progu pokoju, przyglądając się niewielkiej sylwetce, odcinającej się na tle rozświetlanego przedświtem okna.
Niski człowieczek w końcu zorientował się, że nie jest sam. Przerwał grę, odłożył fujarkę i uśmiechnął się do kobiety.
– Podoba nam się twój pomysł. – Machnął trzymającą instrument dłonią w stronę rozrzuconych na blacie szkiców i projektów. – Tak bardzo nam się podoba, że postanowiliśmy ci pomóc go zrealizować. Zwłaszcza że czujemy się też do tego zobowiązani wobec wielkiego Jeana. Będziemy w kontakcie.
Eila, milcząc, wciąż stała w drzwiach, obejmując się rękoma i zastanawiając, czy to jednak nie jest sen. Zerknęła na wiszący na ścianie zegar. Dochodziła czwarta rano.
Skrzat zamajdał odzianymi w botki ze skóry renifera nogami, po czym zeskoczył zwinnie na podłogę. Stare deski nawet nie drgnęły pod niewielkim ciężarem. Wyciągnął wetkniętą za pas ozdobną czapkę, wyszywaną liśćmi paproci, i ruszył w stronę wyjścia. Mijając w drzwiach gospodynię, pokłonił się na pożegnanie, prawie zamiatając pomponem przy czapie podłogę, i po prostu zniknął.
Nic już nie przerywało ciszy. Eila podeszła do biurka, usiadła przy nim i zaczęła przesuwać i przeglądać rysunki. W pewnym momencie trąciła dłonią obcy przedmiot. Ujęła w dwa palce miniaturową fujarkę, z pietyzmem wydrążoną w drewnie, którego gatunku nie rozpoznała. Zaczęła przyglądać się instrumentowi w pierwszych promieniach słońca wpadających przez niczym nieosłoniętą szybę. Spojrzenie kobiety zaczęło wędrować między zdobionym kawałkiem drewna, a jednym ze szkiców.
Po chwili grafit zostawił nowy ślad na papierze. I kolejny, zakrywający wcześniejsze kreski, zmieniający ich znaczenie i kształt.
W końcu ołówek wypadł ze zmęczonej dłoni, ciężkie powieki opadły, a czarne, półdługie włosy rozsypały się na kartki, gdy głowa oparła się o blat. Piszczałka stoczyła się poza biurko, spadła i utknęła w szczelinie podłogi pod ścianą.
Trzy godziny później, stojąc przy kuchence i chłonąc zapach parzącej się kawy, Eila zastanawiała się, co było snem, a co jawą. Czy w ogóle kładła się do łóżka? Czy może jednak zasnęła przy pracy i przy biurku spędziła całą noc, a wizyta menninkäinena była jedynie sennym majakiem? Gdy pomyślała o projekcie, poczuła nerwowe ssanie w żołądku. Myśli od razu zdryfowały w kierunku konkursu.
Z zaskoczeniem przyjęła wiadomość, że poza oficjalną piątką finalistów, wybranych spośród pięćdziesięciu zgłoszeń, jej praca została dodatkowo zakwalifikowana do drugiego etapu. Postanowiła więc dać z siebie wszystko.
Zawahała się przez chwilę w momencie pakowania dokumentacji projektu do koperty, ale ostatecznie włożyła najnowszą wersję. Sama dobrze widziała, jak bardzo różniła się od pierwotnej wizji, jak bardzo się rozwinęła. Ze zbitej, gęstej grupy rur przypominających organy wyewoluował lekki, prawie zwiewny kształt, który samej Eili kojarzył się z brzozowym zagajnikiem.
Ogłoszenie Komitetu o wyborze projektu Eili Hiltunen, który zatytułowała „Passio Musicae”, stanowiło jej prywatne święto, ale też początek ciężkiej pracy. I walki. Nie dało się ukryć, że znaczna część społeczeństwa nie była zadowolona z decyzji jurorów. Awangardowy pomysł, stojący w opozycji do klasycznych rozwiązań, nie mógł pomieścić się w głowach obywateli.
Jednak do Eili docierały jedynie słabe echa protestów. Rzeźbiarka zamknęła się w warsztacie na Lauttasaari i zabrała do pracy, prawie całkowicie odcinając się od świata zewnętrznego. Do pomocy miała jedynie młodego metalurga, Emila Kukkonena, i nową zdobycz techniki – spawarkę MIG.
Tak jej się przynajmniej wydawało.
Grudzień 1963
Sylwester tego roku był wyjątkowy. Prawdopodobnie nie byłby taki, gdyby Emil towarzyszył jej tego dnia i w porę przypomniał o dacie i wieczornych zobowiązaniach. Jednak artystka dała pomocnikowi wolne, by sam przygotował się do świętowania.
Najpierw Eila zapomniała o bożym świecie i czekającej na nią rodzinie, pochłonięta pracą. Miała tylko uporządkować papiery, ale błyszcząca stal rur przyciągała ją z siłą, której kobieta nie potrafiła się oprzeć. A gdy w końcu, już na granicy spóźnienia, zrzucała z siebie roboczy kombinezon, odwiedził ją menninkäinen. Ten sam, który wiele miesięcy wcześniej w jej domu urządził nocny koncert.
– Zaczynasz prace? To świetnie. Jak wspomniałem poprzednim razem, chcemy ci pomóc.
– My? – zapytała Eila, odkładając kombinezon i zarzucając na ramiona sweter.
– My, czyli Suomi i wszystkie jej istoty. Wielki Jean oddał także nam hołd swoją muzyką, nawet jeśli nieświadomie i wyłącznie z ludzko patriotycznych pobudek. Chcemy się odwdzięczyć. Projekt jest genialny w kształcie, ale martwy. A powinien żyć. Możesz go ożywić z naszą pomocą.
– Naszą? – Czarne brwi lekko się uniosły. Kobieta skrzyżowała ręce na piersiach i ze stoickim spokojem spoglądała z góry na skrzata. Artystki o bogatej wyobraźni nie zdziwiła za bardzo wizyta legendarnej istoty. Nawet teraz, na początku drugiej połowy dwudziestego wieku, wszystkie baśniowe stworki i duchy wciąż były żywe w ludzkich wierzeniach. Dlaczego więc nie mogły być prawdziwe?
– Ach! No tak, nie przedstawiłem się. – Skrzat pacnął się dłonią w czoło, aż mu się nieco zsunęła czapka. Zamiast ją poprawić, ściągnął z głowy i kłaniając się szarmancko, powiedział: – Ponieważ od urodzenia byłem wspaniały, matka nazwała mnie Mainio i od tamtej pory noszę takie miano. Zostałem oddelegowany przez Finlandię i jej nie-ludzkich mieszkańców…
– Takich jak ty? – Eila przerwała mu w pół zdania.
– Nie tylko. – Mainio uśmiechnął się szeroko. – Reprezentuję także zwierzęta, rośliny, jeziora, góry, równiny… Całego, bogatego różnorodnością, ducha kraju. Każdy wesprze, jak będzie mógł, przelewając swoją część w twoje dzieło. Daję ci na to moje słowo, słowo menninkäinena.
I rzeczywiście skrzat słowa dotrzymał. Co jakiś czas odwiedzał pracownię rzeźbiarki, przynosząc podarki z różnych zakątków kraju.
Styczeń 1966
Drzwi warsztatu uchyliły się z cichym skrzypnięciem, który uszedł uwadze Eili, zajętej spawaniem. Skrzat przecisnął się wąską szparą i stanął przy wejściu, nie zważając na wlatujące za nim płatki śniegu. Najpierw sprawdził, czy po warsztacie nie kręci się Emil. Gdy nigdzie nie spostrzegł blond czupryny pomocnika, zrobił krok w głąb pomieszczenia. Był tu nie pierwszy raz, ale zawsze zadziwiał go pozorny chaos panujący w pracowni. Stosy stalowych tub o różnych długościach i średnicach z miesiąca na miesiąc zmieniały położenie razem z kształtem. Przybysz trzymał w dłoniach zdjętą z ramienia torbę, ale nie otwierał jej, tylko przyglądał się artystce.
Eila siedziała okrakiem na rurze. Zza skrywającej twarz maski wystawały kosmyki czarnych włosów. Rażące bielą iskry strzelały dookoła i wypalały mikroskopijne dziurki w nogawkach czerwonego kombinezonu i połach starej, skórzanej kurtki, skwierczały na zimnej stali sąsiednich elementów. We wnętrzu warsztatu unosił się charakterystyczny zapach.
Zimny podmuch owionął Mainio, który wzdrygnął się, naciągnął głębiej na uszy czapę z pomponem i zatrzasnął za sobą drzwi. Eila uniosła głowę. Wyłączyła spawarkę i odłożyła na bok, zsunęła maskę, odsłaniając zmęczoną twarz i zaczerwienione, podrażnione oparami metalu oczy.
– Witaj, Mainio. Dawno cię nie było. Co mi dziś przynosisz?
– Oj, dawno, dawno. Ciągła wędrówka w tę i nazad przez zaspy jest mało przyjemna. Za to mam dla ciebie prawdziwe cudeńka.
Skrzat podszedł bliżej. Nierdzewna stal błyszczała złociście w świetle żółtych żarówek podwieszonych pod sufitem na luźno zwisających kablach. Eila zsunęła się na podłogę, przeciągając się i z lubością rozprostowując kości. Gestem wskazała stojący w kącie stolik, zawalony papierami, które natychmiast zgarnęła, robiąc nieco wolnej przestrzeni. Od razu postawiła tam termos i dwa różnej wielkości kubki. Usiadła na krześle, a skrzat z wprawą wdrapał się na stos skrzynek.
Mainio zaczął grzebać w torbie.
– Tu masz dzwonek z sań Joulupukki. Na początku trochę marudził, ale w końcu dla wielkiego Jeana poświęcił jeden. A tu jest śnieżynka z Koła Polarnego – powiedział gość, kładąc na blacie, obok srebrnego dzwonka, zamknięty w górskim krysztale płatek śniegu. – Od niej chyba musisz zacząć, żeby nie zdążyła stopnieć. Chociaż masz tu taki ziąb, że i do wiosny pewnie mogłaby przetrwać – dodał, zacierając zmarznięte ręce. – Jak ty tu wytrzymujesz?
– Trzymaj. – Eila podała gościowi gorące glöggi. – To ci poprawi humor. Jakoś wytrzymuję, praca mnie rozgrzewa. Co tam jeszcze masz?
Skrzat nie odpowiedział, bo ręce i usta zajęte miał kubkiem. Z głośnym siorbaniem pił aromatyczny napój, a z każdym łykiem jego zaczerwienione od mrozu oblicze rozjaśniało coraz większe zadowolenie.
– Zaraz, zaraz. Przepyszny przysmak. – Odstawił puste naczynie i wierzchem futrzanego rękawa przetarł usta. Wyjął kolejny kryształ, który migotał delikatnie zmieniającym się światłem. Nic nie mówiąc, podał go zaciekawionej artystce.
Eila przyglądała się przez chwilę feerii barw, zieleni przenikającej się z fioletem, oranżem, błyskającej miejscami bielą. Fala kolorowego światła przelewała się przez wnętrze minerału.
– Przepiękna… – szepnęła zachwycona kobieta. – Już dawno takiej nie widziałam.
– Bo za rzadko opuszczasz miasto. Powinnaś wybrać się na północ, w tundrę. Wiesz, że Kied-Kie-Jubmel zapewniłby ci transport, a zaprzyjaźnieni Saami nocleg. Kilka dni odpoczynku…
– Nie mogę, mam za dużo pracy. Sam się zresztą do niej dokładasz, przynosząc coraz to nowe, niezliczone fanty. – Eila uśmiechnęła się, zawadiacko mrugając okiem.
– À propos niezliczoności, chyba jednak przesadzasz, da się to policzyć. Ile już mamy? Dwieście?
Artystka wygrzebała ze stosu papierów niepozorny notatnik w szarej okładce. Przekartkowała go, znalazła odpowiednią stronę i powiedziała:
– Doliczając dzisiejsze elementy, mamy trzysta czterdzieści osiem.
– Aż tyle? – zdziwił się menninkäinen. – Nie pamiętam, żebym kursował do ciebie aż tak często…
– Bo nie kursowałeś. Część elementów dostarczyli inni. Za każdym razem miałam wrażenie, że robią to tylko dlatego, żeby mnie sobie obejrzeć, jak jakiś eksponat. Dziwnie się z tym czułam.
– Sławna jesteś, to dlatego. Cały kraj cię podziwia i chce wziąć udział w tym przedsięwzięciu. No dobrze, my tu gadu gadu, a przecież ciebie czeka robota, a mnie droga powrotna nad Kukkolankoski, do domu.
Mainio zeskoczył ze skrzynek, przewiesił torbę przez ramię, poprawił czapkę i ruszył do wyjścia.
– Pozdrów żonę! – Eila zdążyła jeszcze zawołać, zanim zniknął w ciemności zimowego południa. Dopiła swoje glöggi, dopisała w notesie trzy nowe elementy. Dzwonek i świecący kryształ schowała do szuflady, do innych, jeszcze nie wykorzystanych artefaktów, a śnieżynkę zabrała ze sobą.
Ponownie wdrapała się na stos połączonych ze sobą rur, usiadła okrakiem na jednej z nich i wróciła do przerwanej pracy. Obracała w palcach minerał i, zerkając na dotychczasowe postępy, zastanawiała się przez chwilę, jak wkomponować w tubę płatek śniegu.
W końcu wyjęła z kieszeni kurtki nożyk z diamentowym ostrzem, który przy jednej z wizyt podarował jej Mainio, i ostrożnie rozcięła kryształ. Pozwoliła, by śnieżynka opadła na zimną powierzchnię. Zamrożona w fantastyczny, skomplikowany, lodowy wzór kropla przywarła do stali, migocząc srebrzyście. Eila ujęła w dłoń uchwyt spawarki, przysunęła końcówkę do płatka. Łuk zajaśniał oślepiającym światłem, rozgrzana stal zaczęła się odkształcać, wchłaniając stopiony płatek.
Maj 1964
Trzy krople wody z jeziora Puruvesi spłynęły z miniaturowego flakonu na rozgrzany metal. Zaskwierczało, zasyczało. Biała mgiełka zawirowała, ale zamiast rozwiać się, zwinęła w spiralę i wkręciła w postrzępiony brzeg świeżo powstałego otworu.
Luty 1966
Żywe srebro popłynęło cieniutką strużką, która w akompaniamencie ledwo dosłyszalnego dźwięku dzwonka stworzyła na powierzchni stali błyszczącą kałużę. Strumień zimnej wody, smuga pary, syk stygnącego szybko metalu. I znów rozświetlony łuk i stal wymieszała się ze srebrem, tworząc nieregularny wzór.
Sierpień 1964
Połyskliwa łuska z grzbietu łososia z Kukkolankoski idealnie zlewała się z fakturowaną powierzchnią. Szkoda było ukrywać ją wewnątrz. Wymagało to szczególnej ostrożności, delikatności i dokładności, ale łuska w całości została przyspawana do wierzchu niejednolitej tekstury, stając się jej częścią.
Marzec 1966
Gdy przecięty kryształ rozpadł się, roztańczone światło rozlało się po warsztacie. Sunęło pod sufitem, wzdłuż ścian, wokół drewnianych podpór. Przelewało się przez stosy rur i spływało z nich niczym barwny wodospad. Za światłem pogonił śmiech. Po chwili kobieca dłoń chwyciła zielone pasmo i pociągnęła. Kolorowa wstęga posłusznie owinęła się wokół tuby. Barwne światło zblakło, przyćmione blaskiem rozżarzonego łuku, wciskającego smugę w głąb stali.
Kwiecień 1965
Trącony palcem biały brzeg lotki zabrzmiał echem trelu rokitniczki, który zgubił się w grzmocie, jaki przetoczył się przez warsztat, gdy potrącony przypadkiem stos rozpadł się, rozsypał po podłodze. Po chwili w powietrzu rozniósł się zapach palonego pióra, a ptasi świergot rezonował w wibrującej ledwo wyczuwalnie konstrukcji.
Styczeń 1967
Czerń polarnej nocy rozlała się między nierównościami nadtopionej stali, przepłynęła przez poszarpany brzeg wypalonego otworu. I tak zastygła, kryjąc się w cieniach chropowatej powierzchni.
Wrzesień 1965
Ten artefakt dostarczył osobiście Kied-Kie-Jubmel, który zjawił się pod postacią rena. Potrząsnął łbem, zahaczając koroną o zwisające z sufitu kable. Grzebnął, a gdy podniósł nogę, na drewnianej podłodze został cień kopyta.
Dwie dłonie delikatnie objęły go i przeniosły do wnętrza rozciętej tuby. Ciepły oddech rozwiał fantom, a jego strzępki osiadły na ściankach.
Lato 1967
Ostatni, sześćsetny element został zaklęty w stali. Ostatnia, sześćsetna rura dołączyła do jednego z czternastu około dwutonowych elementów składowych projektu. Czternaście ciężarówek ruszyło w stronę mostu i centrum Helsinek, by po przejeździe przez miasto zostawić ładunek w Parku Sibeliusa.
Eila osobiście nadzorowała przygotowujących teren i montujących całość robotników. Kręciła się między nimi, co rusz poprawiając opadającą szelkę niebieskich spodni roboczych. Sama też wciąż pracowała ze spawarką, łącząc poszczególne bloki w jedną całość. Lato mijało, siódmy września zbliżał się wielkimi krokami. Do tego czasu wszystko musiało być gotowe.
Z każdym dniem konstrukcja rosła i nabierała kształtu. Z każdym dniem Eilę rozpierała coraz większa duma. Z każdym dniem coraz mniej ludzi narzekało na jej awangardowy styl. Do usatysfakcjonowania części z nich wystarczyło prawdziwie ludzkie, pełne powagi i zadumy oblicze kompozytora, które zwieńczyło szczyt naturalnego, skalnego piedestału.
Aż nadszedł najważniejszy dzień – dzień odsłonięcia pomnika. Przewodniczący Towarzystwa Sibeliusza J.E. Niemi i prezydent Finlandii Urho Kekkonen wygłosili płomienne mowy, ale artystka ich nie słyszała. Wsłuchiwała się w muzykę Jeana Sibeliusa, w szum drzew, trele ptaków, szmer strumieni, w popiskiwania nowo narodzonych zwierząt, huk przelewających się przez progi rzeczne wody, w ciszę polarnej nocy. To wszystko spływało na nią, stojącą pod pomnikiem, ubraną w niebieski płaszczyk. I chociaż do oczu napływały jej łzy, uśmiechała się. Miała wrażenie, że cała Finlandia szepce jej na różne sposoby i różnymi głosami: „Dziękuję”.
***
– Zawsze lubiłam tu przychodzić. Passio jest taka sama, jak tamtego wrześniowego dnia, nic się nie zmieniło. – Westchnienie kobiety brzmiało jak szept wiatru, ledwo dosłyszalne. – Ukochane dziecko zawsze zostanie ukochanym dzieckiem.
Młoda para otworzyła oczy i odwróciła się, ale nieznajomej już nie było. Pozostały tylko refleksy światła, grające na przywodzącej na myśl polarną zorzę konstrukcji. I echo melodii. I oddalające się, charakterystyczne klikanie reniferowych kopyt.
.jpg)
.jpg)
.jpg)