- Opowiadanie: chroscisko - Szósty kręg szyjny

Szósty kręg szyjny

Opo­wia­da­nie na­pi­sa­ne dawno temu z myślą o pu­bli­ka­cji na ze­wnątrz. Mój po­za­por­ta­lo­wy de­biut.

Zo­sta­ło wy­da­ne w dzie­wią­tym nu­me­rze Bia­łe­go Kruka → https://magazyn.bialykruk.org/magazyn/

 

Tekst z po­zo­ru lekki, z wart­ką akcją, gdzie­nie­gdzie ru­basz­ny, gdzie­nie­gdzie spro­śny, jak to u kra­sno­lu­dów. Za barw­ną opo­wie­ścią kryje się jed­nak ra­czej dra­ma­tycz­na hi­sto­ria. A przy­naj­mniej taki był mój za­miar.

 

Za betę sprzed roku dzię­ku­ję czwór­ce su­per­bo­ha­te­rów:

Bel­la­trix, któ­rej nawet ro­dze­nie dzie­ci nie po­wstrzy­ma przed czy­ta­niem,

Wi­siel­co­wi, pierw­szej oso­bie po­zna­nej na tym forum,

Wik­to­rii, rów­nie by­strej co uta­len­to­wa­nej

i Mi­nu­sku­le, od­waż­nej tro­pi­ciel­ce wtór­nych ka­drów.

Dzię­ku­ję rów­nież Ka­ro­lo­wi Li­goc­kie­mu za ko­rek­tę do­ko­na­ną już z ra­mie­nia Bia­łe­go Kruka.

 

Opo­wia­da­nie z uni­wer­sum Dra­gens­bor­ga.

 

Cykl obej­mu­je sie­dem opo­wia­dań (ko­lej­ność chro­no­lo­gicz­na):

– Spro­śno­ści pięk­nej Kle­ma­tisz

Stra­te­gia gno­mie­go scru­uvi sztu­ce wo­jen­nej wbrew (NF 07/2022)

– Nie­chaj pło­nie (nie­pu­bli­ko­wa­ne)

– Pier­si białe jak wapno (nie­pu­bli­ko­wa­ne)

Sztol­nie Klat­ten­ste­igu

Szó­sty kręg szyj­ny

oraz

Wieśg­min (spin-off)

 

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Szósty kręg szyjny

Niski bro­dacz uchy­lił cięż­kie drzwi. Za­stał ciszę i pół­mrok roz­ja­śnia­ny przez ostat­ni tlący się oga­rek. Raj­mund Tow­rin, wszedł­szy do środ­ka, za­mknął mo­sięż­ną za­su­wę de­li­kat­nie, jakby nie chciał bu­dzić istot by­tu­ją­cych w za­tę­chłej mar­two­cie.

Kle­pi­sko, dę­bo­we ławy, stoły, a nawet brud­ne, po­rzu­co­ne garn­ce po­kry­wa­ła koł­der­ka kurzu. Smugi za­krze­płej krwi, po­zo­sta­łość po wy­wle­czo­nych awan­tur­ni­kach, dawno już sczer­nia­ły. Bu­dzi­ły me­lan­cho­lię, przy­wo­dząc na myśl nie­gdy­siej­szą glo­rię tego miej­sca, które obec­nie przy­po­mi­na­ło jedno z onych wy­mar­łych mia­ste­czek, po­rzu­co­nych przez Wa­alów, gdy w po­bli­skich gó­rach skoń­czył się kru­szec.

Mor­dow­nia nie była jed­nak cał­kiem pusta. Z od­le­głe­go kąta izby po­brzmie­wa­ły na prze­mian gwizd i chra­pa­nie człe­ka oraz bzyk gru­bej, na­tręt­nej muchy. Opój, który naj­wy­raź­niej peł­nił tu rolę karcz­ma­rza, leżał na wznak, a opa­sły brzuch z rzad­ka uno­sił się i opa­dał. Po twa­rzy śpią­ce­go ła­zi­ła mucha, przy­wie­dzio­na odo­rem prze­tra­wio­ne­go piwa, wy­do­by­wa­ją­cym się z jego ust.

Przy­bysz roz­wa­żał przez chwi­lę, żeby by­dle­ni­cę roz­gnieść, lecz po­nie­chał za­mia­ru. Obe­rży­sta jęk­nął, za­skrzy­piał, prze­cią­gnął się, po czym z szyb­ko­ścią jasz­czur­ki mla­snął ję­zo­rem. Mucha znik­nę­ła.

– Czego? – za­py­tał z wro­dzo­nym tak­tem, gdy otwo­rzył oczy.

– Bądź­cie zdro­wi, karcz­ma­rzu! – od­rzekł gość. – Piwa bym się napił.

– Jest tam, w kącie. – Obe­rży­sta wska­zał na kadź sto­ją­cą pod ścia­ną. – Na­lej­cie se!

Raj­mund Tow­rin od­na­lazł stą­giew z piwem, gli­nia­ne na­czy­nie, a nawet drew­nia­ną cho­chlę, którą za­nu­rzył pod gruby be­żo­wy ko­żuch upstrzo­ny owa­da­mi i ple­śnią. Nalał pełen gar­niec, a po skosz­to­wa­niu kwa­śne­go trun­ku zde­cy­do­wał się nalać ko­lej­ny. Do­siadł się do sa­mot­ne­go ogar­ka i sior­biąc na­pi­tek, koił zmę­czo­ne wie­lo­dnio­wym mar­szem nogi.

Nagłe chrap­nię­cie karcz­ma­rza zmą­ci­ło spo­kój. Obe­rży­sta za­klął pa­skud­nie, pod­niósł się nie­zdar­nie i za­to­czył. Wiel­kie ciel­sko wy­lą­do­wa­ło za sto­łem go­ścia, grube pa­lu­chy oplo­tły pę­ka­ty gar­niec, a mię­si­ste usta wy­peł­ni­ły się męt­nym pły­nem. Raj­mund spo­glą­dał na po­ru­sza­ją­cą się grdy­kę go­spo­da­rza z za­sko­cze­niem, mimo że już od dawna po­przy­siągł sobie ni­cze­mu się nie dzi­wić.

– Ktoś ty i ską­deś przy­był? – za­py­tał gru­bas, uga­siw­szy pożar w swych trze­wiach.

– Od kiedy to żoł­nierz Pierw­szej Dra­gens­bor­skiej musi się opo­wia­dać karcz­ma­rzom? – od­rzekł kra­sno­lud, a jego zdzi­wie­nie po­de­szło iry­ta­cją. – Dwa lata temu, gdym tu z kom­pa­nią po­pa­sał, zgoła inne zwy­cza­je u was pa­no­wa­ły.

– Dwa lata. Stare dzie­je – stwier­dził obe­rży­sta z no­stal­gią. – A więc z po­łu­dnia idziesz? – Nagle jakby otrzeź­wiał. – Z wojny?

– Z wojny – po­twier­dził przy­bysz – i le­piej, ga­gat­ku, śpie­waj wart­ko, co tu się wy­pra­wia, bo sty­li­sko to­po­ra już od wej­ścia pcha mi się w łapy.

– Nie go­rącz­kuj­cie się, żoł­nie­rzu. Od mie­się­cy żywej duszy trud­no tu uświad­czyć, to nie miej­cie za złe, żem pi­ja­ny. Jadło jakie może wpierw przy­nio­sę?

Na­strój Tow­ri­na wcale się nie po­pra­wił, gdy uj­rzał wę­dzo­ną ja­gnię­cą gicz, którą karcz­marz po­sta­wił na stole.

– Ba­ra­ni­na na zimno? Nie macie czego in­ne­go?

– Wy­bacz­cie, mało ostat­nio ku­cha­rzy­łem.

Raj­mund po­krę­cił tylko głową i wy­kro­ił sobie por­cję.

– Od mie­się­cy, po­wia­da­cie, ni­ko­go nie było? Jak to? – za­py­tał po chwi­li. – Prze­cie hejt­man goń­ców do Dra­kens­bor­ga słał nie raz, a kiedy woj­ska roz­pu­ścił, to wiara miała przy­ka­za­ne wra­cać do domu. Jakim cudem nikt tu nie do­tarł?

– Skąd mnie to wie­dzieć? Żad­ne­gom nie wi­dział. Pa­stu­chy jeno cza­sem przy­le­zo albo gwar­dia co na straż­ni­cy stoi, ale co ja się od nich do­wiem. Jedni gówno wie­dzą, a dru­dzy tylko pytać po­tra­fią. Od kupca bym się naj­wię­cej zwie­dział, ale odkąd człe­ki na Po­łu­dniu wo­ju­ją, to han­del za­marł na trak­cie.

I nie­pręd­ko to się zmie­ni – po­my­ślał Tow­rin – skoro Klat­ten­ste­ig padł. Na głos tego jed­nak nie wy­po­wie­dział.

 

 

Mia­stecz­ko Dra­gens­borg pach­nia­ło to­pio­ną cyną. Raj­mund Tow­rin z upodo­ba­niem wdy­chał białą mgieł­kę uno­szą­cą się znad kon­wi­sar­skich warsz­ta­tów. Zna­jo­ma woń, huk mło­tów, rdza­we błoto na uli­cach, wszyst­ko jak trze­ba, jesz­cze tylko szczyp­ta gder­li­we­go głosu Ma­tyl­dy i bę­dzie w domu.

Ma­tyl­do Tow­rin, gotuj się, mał­żo­nek wraca z wo­jacz­ki – od­gra­żał się w my­ślach, a przed ocza­mi wy­ra­sta­ły mu bujne kształ­ty wy­bran­ki, więk­sze wraz z każ­dym dniem roz­łą­ki. Śnież­no­bia­ła skóra z od­cie­niem różu, po­kry­ta cęt­ka­mi ru­da­wych pie­gów, grube war­ko­cze za­ple­cio­ne na­pręd­ce oraz per­ka­ty nosek i prze­sad­nie ru­mia­ne po­licz­ki, jak u każ­dej kra­sno­ludz­kiej baby. Do tego para na­brzmia­łych pier­si, zdol­nych wy­kar­mić kom­pa­nię ose­sków. Ma­tyl­da Tow­rin bar­dzo róż­ni­ła się od el­fic­kich mar­kie­ta­nek, smu­kłych i pła­skich, od­da­ją­cych swe prze­raź­li­wie chude ciała za pół krom­ki chle­ba. Raj­mund nie­je­den raz dumał, jak one to robią, że w spoj­rze­niach mają tyle po­gar­dy. Nawet do­szczęt­nie zbru­ka­ne, świad­cząc swe usłu­gi w ha­nieb­nych po­zy­cjach, wciąż pa­trzy­ły wy­nio­śle.

– Raj­mun­dzie Tow­rin, ko­men­dant na po­słu­cha­nie wzywa. – Głos miej­skie­go gwar­dzi­sty prze­rwał roz­pust­ne myśli wo­ja­ka.

– Jak to? Le­d­wie com bramy mia­sta prze­kro­czył, żony jesz­czem nie po­wi­tał, a już mam się sta­wiać na ko­men­dę? Nie godzi się tak we­te­ra­nów nękać.

– Czy­ście we­te­ran, czy de­zer­ter to już ko­men­dant usta­li. Z wo­jacz­ki sa­mo­pas wra­ca­cie, na straż­ni­cy że­ście się nie mel­do­wa­li, a do­wód­cy ani ofi­ce­ra przy was nie widzę. Le­piej tedy by­ście jaki glejt od hejt­ma­na mieli, bo w Dra­gens­bor­gu nadal prawo su­ro­we.

 

 

– Matko świę­ta kra­sno­ludz­ka, Raj­mund, cóżeś ty znów na­bro­ił? – Ma­tyl­da za­ła­ma­ła ręce, po czym pod­bie­gła do krat. Wieść o jej mężu do­tar­ła do niej rów­nie szyb­ko, jak on sam za te kraty.

– Ehh, nic to. Nie kło­po­taj się. Ko­men­dant służ­bi­sta, w dupie mu się po­przew­ra­ca­ło, ot co. Le­piej szy­kuj jadło już teraz, bo jak mnie wy­pusz­czą, to nie bę­dziesz miała głowy, by kuch­cić.

– Mów tu zaraz czemu cię za­mknę­li, za­miast drwić.

– Prze­ciem nie­win­ny. Co się zło­ścisz? To wszyst­ko żarty ja­kieś – od­rzekł z non­sza­lan­cją Tow­rin.

Wzrok Ma­tyl­dy miał w sobie po­tę­pie­nie. Zwy­kle tak nań pa­trzy­ła, gdy wra­cał w nocy pi­ja­ny.

– Utknę­li­śmy w Kat­ten­sta­igu – zde­cy­do­wał się za­cząć od po­cząt­ku. – Rok twier­dza w ob­lę­że­niu, ale­śmy wy­trzy­ma­li. Górę całą el­fo­wie oko­li­li tak szczel­nie, że mysz by się nie prze­śli­zgła. Stary Har­twig, jak już wie­dział, że król po­sił­ków nie przy­śle, za­mknął się w cy­ta­de­li z ofi­ce­ra­mi trze­ma, żeby obro­nę po­zo­ro­wać, a woj­sku kazał się roz­pro­szyć i do domu umy­kać. Sztol­nia­mi, każ­den sa­mo­pas. Ta­ke­śmy zro­bi­li, a ten stary chuj, ko­men­dant zna­czy się, o ni­czym nie wie i bie­rze mnie za de­zer­te­ra. Mówi, że re­gu­la­min Dra­gens­bor­skiej Kom­pa­nii za­bra­nia do­wód­cę na pa­stwę wroga osta­wiać, a jeśli roz­kaz o roz­pro­sze­niu wojsk padł, to wi­nien być na pi­śmie.

– O świę­ta babo chy­tra, Raj­mund, zetną cię prze­cież!

– Pie­przy, pies mu mordę lizał, o roz­ka­zie na pi­śmie. Na jakim pi­śmie, jak cały per­ga­min żeśmy ze­żar­li?

– Na cy­no­we zęby Dra­gens­bor­skiej Pani!

– Kurwi syn przy­obie­cał jeden mie­siąc po­cze­kać, po sta­rej zna­jo­mo­ści, ale jak nikt ze­znań nie po­twier­dzi, to szlus – po­wie­dział kra­sno­lud i przy­ło­żył otwar­tą dłoń do szyi.

– Mów, jak cię ra­to­wać.

– Sta­re­go Gol­den­ma­ie­ra od­najdź! Ten na pewno wyżył, bom go na trak­cie wi­dział. Konia miał, więc już dawno po­wi­nien wró­cić. Od­najdź par­szyw­ca, niech do ko­men­dan­ta leci i ze­zna­nia złoży, a nie zwle­ka.

Wy­bran­ka Raj­mun­da ze­rwa­ła się w kie­run­ku drzwi, jakby nie mie­siąc, a kilka chwil miała. Kra­sno­lud przy­trzy­mał ją jed­nak i przy­cią­gnął z po­wro­tem do zim­nych krat. Szorst­ka ręka, z wierz­chu wło­cha­ta, chwy­ci­ła po­śla­dek Ma­tyl­dy i ści­snę­ła mocno.

– Śpiesz się, ma­leń­ka, bo taka chuć we mnie go­re­je, że le­d­wie wy­trzy­mać mogę – wy­szep­tał jej do ucha.

Tow­ri­no­wa przez krót­ką chwi­lę za­po­mnia­ła o kło­po­tach i spoj­rza­ła na męża dra­pież­nie.

– Le­piej głów­kuj, jak się stąd wy­do­stać, bo z kaj­da­nia­rza­mi nie sy­piam. – Źre­ni­ce jej ciem­nych oczu roz­bły­sły w wy­zwa­niu.

 

 

W pół­noc­nej czę­ści mia­sta, tam, gdzie bru­ko­wa­ne ulicz­ki zwra­ca­ły swe grzbie­ty ku sto­kom gór, znaj­do­wał się plac nie­mal tak wiel­ki jak rynek. To na nim han­dlo­wa­no solą, krusz­cem, wy­ro­ba­mi z cyny, brązu, spiżu i wszel­kim że­la­stwem, jakie zdo­ła­ły z sie­bie wy­pluć ko­pal­nie i huty Dra­gens­bor­ga. Tam też udała się Ma­tyl­da. W tłu­mie prze­ku­pek doj­rza­ła wy­so­ką – jak na kra­sno­ludz­ką miarę, rzecz jasna – kor­pu­lent­ną blon­dyn­kę. Ko­bie­ta miała przed sobą brą­zo­wą misę, na któ­rej po­ły­ski­wa­ły żół­to­zło­te sa­mo­rod­ki.

– Dzień dobry, Brun­hil­do – rze­kła Ma­tyl­da przy­jaź­nie, siląc się na szcze­ry uśmiech.

– Dobry, Tow­ri­no­wo – od­po­wie­dzia­ła prze­kup­ka z dy­stan­sem. – Praw­dę baby plotą, że mąż twój wró­cił? Przy­niósł może wie­ści jakie?

– Ja wła­śnie w tej spra­wie. – Ru­do­wło­sa ro­zej­rza­ła się dys­kret­nie i do­koń­czy­ła szep­tem. – Raj­mun­do­wi po­mo­cy trze­ba. Twój Ka­sper musi ze­znać u ko­men­dan­ta, jak to z onym ob­lę­że­niem było, ina­czej zetną mi chło­pa.

– Prze­cie mój Ka­sper jesz­cze z wojny nie wró­cił – ob­ru­szy­ła się Brun­hil­da Gol­den­ma­ier. – Co mi tu Tow­ri­no­wa głu­po­ty wma­wia. Jakby wró­cił, to już dawno by się za­mel­do­wał gdzie trze­ba.

– Gol­den­ma­ie­ro­wo, miej­cież serce. Widzę, ile złota ostat­nio sprze­da­je­cie. Trzy­kroć tyle co za­wsze. Sama prze­cie byś tyle wy­płu­kać nie zdo­ła­ła.

– Wy­pra­szam sobie! To, że ci stary z wojny uciekł, to nie moja wina. Mnie w to nie mie­szaj – prze­kup­ka mó­wi­ła coraz gło­śniej. – Złota mam dużo, bo na nową żyłę tra­fi­łam, ot co!

– Żyłę? Łgać nawet nie po­tra­fisz. – Roz­cza­ro­wa­ny głos uwol­nił się z peł­nych, ma­li­no­wych ust. – Trzy po­ko­le­nia gór­ni­ków w ro­dzi­nie, a ta nie wie, że u nas złoto z rzecz­nych żwi­rów, a nie z żył się bie­rze.

 

 

Brun­hil­da Gol­den­ma­ier zdję­ła onuce, za­ka­sa­ła suk­nię, za­tknę­ła ją za pas i we­szła do by­stre­go stru­mie­nia. Ka­sper już tam cze­kał. Przy­sa­dzi­sty kra­sno­lud odzia­ny je­dy­nie w por­t­ki stał po ko­la­na w wo­dzie. Po­chy­lił się, wy­brał z dna ło­pa­tę żwiru i syp­nął na dru­cia­ne sito. Po­trzą­snął nim kil­ka­krot­nie, od­rzu­cił co więk­sze ka­mie­nie, a po­zo­sta­ły szlich wsy­pał do drew­nia­ne­go cebra. Brun­hil­da na­bra­ła z niego dwie przy­gar­ście, wsy­pa­ła do misy i za­nu­rzyw­szy w po­to­ku, po­czę­ła nią krę­cić. Róż­no­ko­lo­ro­we dro­bin­ki wi­ro­wa­ły, lek­kie zia­ren­ka mlecz­no­bia­łe­go kwar­cu ucie­ka­ły jako pierw­sze, póź­niej w ich ślady szły nieco cięż­sze, be­żo­we lub czar­ne okrusz­ki, aż w końcu na dnie misy zo­sta­wa­ły po­je­dyn­cze ka­wał­ki krusz­cu. Gol­den­ma­ie­ro­wa przy­glą­da­ła się im uważ­nie i skru­pu­lat­nie wy­bie­ra­ła żół­ta­we płat­ki. Kiedy zaś przy­tra­fił się więk­szy sa­mo­ro­dek, bie­gła ura­do­wa­na do męża, a ten wpa­try­wał się okiem znaw­cy w zło­cin­kę i po­ta­ki­wał.

– Ma­tyl­da od Tow­ri­na znów dziś na targ przy­la­zła – rze­kła Brun­hil­da. – Bła­ga­ła, byś wsta­wił się za Raj­mun­dem.

– Tow­rin za­wsze był dureń.

– Nie szko­da ci go? Wo­jo­wa­li­ście razem.

– Wła­snej głowy mi szko­da, by katu ją dawać. Po­cze­kam, aż kto star­szy szar­żą się zjawi i wszyst­ko od­krę­ci albo aż Tow­ri­na wy­pusz­czą. Wcze­śniej z lasu nie wyjdę.

Ko­lej­na por­cja szli­chu wy­peł­ni­ła misy. Tym razem płu­ka­li złoto we dwój­kę. Po­chy­le­ni nad by­strą wodą wi­dzie­li tylko piasz­czy­ste dro­bin­ki wi­ru­ją­ce w hip­no­tycz­nym ryt­mie. Sza­rość, brąz, czerń, biel, sza­rość, znowu brąz. Barwy zmie­nia­ły się przed ocza­mi, igno­ro­wa­ne so­li­dar­nie, póki wśród pstro­ka­ci­zny nie za­mi­go­ta­ła żółć.

Złota go­rącz­ka po­chło­nę­ła ich bez resz­ty. Nie usły­sze­li nad­cho­dzą­cych kra­sno­lu­dów. Nie do­strze­gli ich przy­cia­snych, bia­łych heł­mów.

– Szty­gar Gal­lus Ca­he­ra, Dra­gens­bor­ski Urząd Gór­ni­czy! – roz­brzmiał srogi głos. – Ka­sprze Gol­den­ma­ier, je­ste­ście aresz­to­wa­ni pod za­rzu­tem wy­do­by­wa­nia krusz­cu bez waż­nej kon­ce­sji! Po­nie­chaj­cie oporu!

– Ola­bo­ga, Ka­sprze, ubiją cię za to – roz­legł się la­ment Brun­hil­dy. W jed­nej chwi­li serce spły­nę­ło jej nie­mal do żo­łąd­ka.

– Za­cho­waj­cie spo­kój, a ni­ko­mu nie sta­nie się krzyw­da! – Głos szty­ga­ra sam w sobie brzmiał do­sad­nie, a sze­ściu sto­ją­cych za jego ple­ca­mi kusz­ni­ków do­da­wa­ło mu jesz­cze mocy.

Dwój­ka kra­sno­lu­dów we­szła do wody i spę­ta­ła Gol­den­ma­ie­ra. Brun­hil­da szlo­cha­ła, wrzesz­cza­ła, pró­bo­wa­ła za­sło­nić męża swoim cia­łem, lecz wszyst­ko to na nic.

– Babę też mamy wią­zać? – za­py­tał jeden z kra­sno­lu­dów.

– Babę ostaw­cie. Jak mąż jest na woj­nie, to żonie wolno płu­kać złoto bez kon­ce­sji. – Gal­lus Ca­he­ra wy­re­cy­to­wał frag­ment ma­ni­fe­stu gór­ni­cze­go.

– Ale jak na woj­nie? Prze­cie jej mąż jest tutaj.

– Ka­sper Gol­den­ma­ier ze służ­by zwol­nio­ny nie zo­stał, więc ofi­cjal­nie wciąż jest na woj­nie. Tedy w świe­tle prawa babie kru­szec płu­kać wolno.

 

 

Brun­hil­da gnała przez bru­ko­wa­ne ulicz­ki, pło­sząc stada wron ucztu­ją­cych w rynsz­to­kach. Prze­mknę­ła przez Kutną Bramę i za­pu­ści­ła się po­mię­dzy bo­ga­te ka­mie­ni­ce na­le­żą­ce do miej­skich raj­ców, bach­mi­strzów, bądź wła­ści­cie­li cy­no­wych hut. Tupot jej drob­nych kro­ków roz­brzmie­wał obco na gra­ni­to­wych kost­kach. Do­pa­dła do cięż­kich drzwi przy­ozdo­bio­nych wiel­ką złotą ko­łat­ką.

Za­stu­ka­ła tak mocno, że aż od­sko­czy­ła, gdy dro­go­cen­ny metal rąb­nął o dę­bo­we drew­no.

Mi­nę­ła dłuż­sza chwi­la, nim do­sły­sza­ła do­stoj­ne kroki. Re­be­ka Zin­n­ste­iger w fal­ba­nia­stej sukni upstrzo­nej mnó­stwem drob­nych gra­na­tów sta­nę­ła w progu.

– Pryn­cy­pa­ło­wo droga! – Brun­hil­da padła na ko­la­na, nie zwa­ża­jąc na żół­to­sza­ry pył po­kry­wa­ją­cy ulicę. – Ra­tuj­cież, do­bro­dziej­ko. Tylko w was na­dzie­ja.

– Cóż się ta­kie­go stało, Brun­hil­do Gol­den­ma­ier?

– Poj­ma­li mego męża. Z wojny wła­śnie wra­cał i spo­tkał mnie przy rzece, jakem płu­ka­ła złoto. Przy­szedł do mnie stę­sk­nio­ny, przy­cup­nął nie­opo­dal, może nawet po­mógł ociu­pin­kę, bo to dobry chło­pi­na, nie lza mu bez­czyn­nie sie­dzieć, jak baba przy nim za­ro­bio­na, a wtedy ten cap Ca­he­ra przy­lazł i go aresz­to­wał. Po­móż­cież, pryn­cy­pa­ło­wo! Tylem się wy­tę­sk­ni­ła za nim, a teraz, jak już wró­cił, to katu chcą do oddać.

– Dla­cze­go do mnie z tym Brun­hil­da przy­cho­dzi? Ja prze­cież nie sę­dzi­na.

– Upro­ścież męża swego, do­bro­dziej­ko! On prze­cie jest pryn­cy­pał w urzę­dzie. On wszyst­ko może. Słów­ko niech­by szep­nął, a zaraz Ka­spra wy­pusz­czą. Po­ra­tuj­cież! Ja się od­wdzię­czę. Rok cały słu­żyć wam będę bez za­pła­ty, a jak trze­ba to i dwa roki. Pryn­cy­pa­ło­wo złota!

– Brun­hil­da się uspo­koi, bo nie godzi się kra­sno­ludz­kiej babie łzy ronić ni­czym gno­miej młód­ce. Prawo w Dra­gens­bor­gu rzecz świę­ta, a wy­ro­ki spra­wie­dli­we. Sę­dzia roz­strzy­gnie. Mo­je­go męża w to nie mie­szaj­cie, bo nic mu do tego. Było kon­ce­sję opła­cić.

 

 

Re­be­ka Zin­n­ste­iger nie spała do­brze tej nocy. Cięż­kie gra­na­to­we chmu­ry prze­my­ka­ły po nie­bie już od wie­czo­ra, przy­no­sząc za­duch i ból głowy. Sa­mu­el Zin­n­ste­iger, pryn­cy­pał Urzę­du Gór­ni­cze­go oraz jej mał­żo­nek wier­cił się, ka­słał i po­chra­py­wał. Kiedy w po­ło­wie nocy w końcu za­snę­ła, przy­śnił jej się Ka­sper Gol­den­ma­ier wo­ła­ją­cy o li­tość z sza­fo­tu, pod­czas gdy kat z cięż­kim to­po­rem w ręce zbli­żał się do niego. Nie wy­śni­ła hi­sto­rii do końca. Kiedy mistrz ma­ło­do­bry był już bli­sko, Sa­mu­el, po raz ko­lej­ny tej nocy, wierz­gnął, a pom­pon jego szlaf­my­cy ude­rzył Re­be­kę w twarz. Obu­dzi­ła się i znów do­pa­dła ją bez­sen­ność. Do­pie­ro nad ranem udało jej się przy­snąć, a wów­czas pa­skud­ny kosz­mar po­wró­cił. Kat stu­kał cięż­ki­mi bu­cio­ra­mi po de­skach sza­fo­tu. Me­ta­lo­we sprzącz­ki dzwo­ni­ły, deski skrzy­pia­ły, a echo nio­sło te od­gło­sy po całym dra­gens­bor­skim rynku. Zgro­ma­dzo­na ciżba mil­cza­ła. Re­be­ka czuła na­ra­sta­ją­cy nie­po­kój. Nie cho­dzi­ło o los Gol­den­ma­ie­ra, szui, któ­rej sza­fot się na­le­żał, lecz o kata. Mistrz ma­ło­do­bry szedł sa­mo­je­den, pryn­cy­pa­ło­wa zaś sły­sza­ła wiele par tu­pią­cych bu­cio­rów. Coraz gło­śniej, coraz groź­niej, coraz go­rę­cej.

Tym razem to ona wierz­gnę­ła, zry­wa­jąc z sie­bie pu­cho­wą pie­rzy­nę.

Skrzy­pie­nie drew­nia­nych desek zlało się z od­gło­sem pę­ka­ją­cej fra­mu­gi. Do sy­pial­ni Zin­n­ste­ige­rów wtar­gnął od­dział gwar­dii miej­skiej pod przy­wódz­twem sa­me­go ko­men­dan­ta. Pół kroku za nim po­dą­ża­ła zna­jo­ma po­stać szty­ga­ra Ca­he­ry w przy­cia­snym, bia­łym heł­mie.

– Sa­mu­elu Zin­n­ste­iger, de­cy­zją Dra­gens­bor­skie­go Ju­ry­sty zo­sta­jesz za­trzy­ma­ny do wy­ja­śnie­nia pod za­rzu­tem na­stę­pu­ją­cych prze­win: primo, bez­praw­na kon­fi­ska­ta dwu­stu cent­na­rów cyny i od­sprze­da­nie jej ano­ni­mo­we­mu przed­się­bior­cy z Ku­nval­du; se­cun­do, przyj­mo­wa­nie ko­rzy­ści ma­jąt­ko­wych przy roz­strzy­ga­niu prze­tar­gów na kon­ce­sje wy­do­byw­cze; ter­tio, wy­sta­wia­nie li­cen­cji na po­zy­ski­wa­nie su­row­ców na­tu­ral­nych ze wstecz­ną datą; qu­atro, wstrzy­my­wa­nie prac gór­ni­czych w pod­le­głych sobie ko­pal­niach celem po­zy­ska­nia oka­zów ka­sy­te­ry­tu do pry­wat­nej ko­lek­cji.

– Ty mendo! – wrza­snął pryn­cy­pał do Ca­he­ry. – Ty pizdo nie­do­my­ta! Ty kurwi po­mio­cie!

Sa­mu­el, odzia­ny w białą nocną ko­szu­lę, sta­nął na swym wiel­kim dę­bo­wym łożu i lżył pod­wład­ne­go, pod­ska­ku­jąc w zło­ści.

– Znisz­czę cię! Bę­dziesz na przod­ku na trzy zmia­ny tyrał dzień i noc! Py­li­ca ci płuca wyżre! Oślep­niesz! Cynę bę­dziesz żarł i srał cyną bę­dziesz…

Szty­gar, mając za nic groź­by pryn­cy­pa­ła, skło­nił się ku ko­men­dan­to­wi i szep­nął mu do ucha kilka słów.

– Na wnio­sek obec­ne­go tu Gal­lu­sa Ca­he­ry – prze­ło­żo­ny gwar­dii wzno­wił swą prze­mo­wę – lista za­rzu­tów zo­sta­je po­sze­rzo­na o: qu­in­to, nie­do­peł­nie­nie obo­wiąz­ków przy kon­tro­li bez­pie­czeń­stwa i hi­gie­ny pracy w ko­pal­niach; oraz sexto, no­to­rycz­ne przy­zwa­la­nie na pracę gór­ni­ków w szko­dli­wych wa­run­kach.

 

 

Re­be­ka Zin­n­ste­iger rzad­ko wy­cho­dzi­ła z domu, a jeśli już, to zwy­kle po­zo­sta­wa­ła w sobie zna­nej i bez­piecz­nej dziel­ni­cy bo­ga­czy. Tym razem życie zmu­si­ło ją jed­nak, by wyjść aż za Solną Bramę. Brnę­ła teraz po­mię­dzy nędz­nie skle­co­ny­mi cha­ta­mi pie­co­wych, ko­pa­czy, try­bia­rzy oraz wszel­kiej maści rze­mieśl­ni­ków, któ­rych nazw nawet nie znała.

Szpar­kim kro­kiem prze­mie­rzy­ła Dolne Mia­sto. Trze­wi­ki z de­li­kat­nej skóry zdą­ży­ły już za­mok­nąć i po­kry­ły się ciem­no­sza­rym szla­mem. Nie­opo­dal Naj­to­lo­wych Jam, wóz z urob­kiem wje­chał w głę­bo­ką ko­le­inę i roz­chla­pał błot­ni­stą breję. Fal­ba­nia­sta suk­nia Re­be­ki po­dzie­li­ła los trze­wi­ków.

Wszę­do­byl­ski dym uno­sił się z ko­mi­nów hut i lu­dwi­sar­ni, dusił, gryzł w oczy. Wkrót­ce Re­be­ka do­tar­ła do nie­wiel­kiej chaty, sto­ją­cej na ubo­czu, poza mu­ra­mi mia­sta.

– Wi­taj­cie, pryn­cy­pa­ło­wo! – Ko­bie­ta, która otwo­rzy­ła drzwi, rze­kła z prze­ką­sem. – Cóż was spro­wa­dza w nasze plu­ga­we progi?

– Z proś­bą przy­by­wam do was. Mąż mój po­padł w kło­po­ty, za­wist­ne in­dy­wi­dua uknu­ły spi­sek prze­ciw niemu i chcą go wy­słać na sza­fot. On zaś jest nie­win­ny. W was je­dy­na na­dzie­ja, Anez­ko!

– Nie­win­ny, dobre sobie. – Anez­ka La­vo­isie­ro­wa, jak więk­szość kra­sno­ludz­kich bab, kpią­cą szcze­rość z mle­kiem matki wy­pi­ła i roz­rzut­nie ra­czy­ła nią wszyst­kich. – Każdy wie, że pryn­cy­pał to kan­ciarz i oszust. Do­igrał się i do­brze. Spra­wie­dli­wość w Dra­gens­bor­gu rzecz świę­ta.

– Anez­ko, to wszyst­ko czcze plot­ki. Gal­lus Ca­he­ra na po­sa­dę mego Sa­mu­ela dybie. Jego to spraw­ka. Po­móż­cie! Ju­ry­sta też prze­ciw nam stoi, a sę­dzia to wszak jego zna­jo­mek, spra­wie­dli­wo­ści tam ni krzty nie bę­dzie.

– A cóż ja mogę, pryn­cy­pa­ło­wo? Wi­dzi­cież, że tu na od­lu­dziu miesz­ka­my, a nikt się z nami nie liczy.

– Nie uda­waj­cie głu­piej, Anez­ko. W pra­wie stoi wy­raź­nie, że kat na każ­dych stu szu­braw­ców, któ­rych ze­tnie, jed­ne­go może pu­ścić wolno. Takie prawo kata w Dra­gens­bor­gu. Mąż wasz zaś nigdy z niego nie sko­rzy­stał, a prze­cież setkę już dawno ubił. Po­móż­cie.

– Kat to nie sę­dzia, nie jemu de­cy­do­wać o winie.

– Miesz­ka­cie tu na od­lu­dziu, wszy­scy wil­kiem na was pa­trzą. Co to za życie? Mąż mój ka­mie­ni­cę ma w Ku­nval­dzie. Pięk­ną, nad je­zio­rem. Tam nikt was nie zna. Nikt wam nie bę­dzie ubli­żać ani głowy ze stra­chu przed wami od­wra­cać. Nowy żywot za­cznie­cie. Okaż­cie mi­ło­sier­dzie, a ka­mie­ni­ca bę­dzie wasza.

 

 

Ma­tyl­da Tow­rin ob­la­na łzami przy­pa­dła do krat.

– Raj­mund, wszyst­ko prze­pa­dło. Ścię­li Gol­den­ma­ie­ra!

– Za de­zer­cję?

– Nie, za prawo gór­ni­cze.

Kra­sno­lud zdę­biał.

– Płu­kał złoto na lewo – do­po­wie­dzia­ła Ma­tyl­da.

– Aha, ale prze­słu­cha­li go? Co ze­znał?

– No wła­śnie nic. Uparł się, że o ob­lę­że­niu Kat­ten­ste­igu słowa nie pi­śnie, póki go nie uła­ska­wią. Wszy­scy nowin są strasz­nie cie­ka­wi, to my­ślał, że mu się uda. Sę­dzia zaś wściekł się i po­słał krę­ta­cza na sza­fot.

– Co teraz ze mną bę­dzie?

– Ko­men­dant wy­słał zwiad na Trakt Po­łu­dnio­wy, ale ni­ko­go nie zna­leź­li.

– Ni­ko­go? Z całej kom­pa­nii wró­ci­ło tylko dwóch? – Raj­mund za­du­mał się przez chwi­lę. – Mu­sie­li w sztol­niach po­błą­dzić albo… Pie­przo­ne so­wio­ła­ki, bo­daj­by im pióra obe­sra­ło.

– Nie ma komu za tobą po­świad­czyć. Są­dzić cię jesz­cze nie będą, bo gór­ni­cze­go pryn­cy­pa­ła poj­ma­li i pier­wej nim się zajmą, ale potem twoja kolej.

 

 

Anton La­vo­isier, dra­gens­bor­ski kat, stał opar­ty o cięż­ki topór i słu­chał prze­mo­wy he­rol­da. Ten zaś do­no­śnym gło­sem ob­wiesz­czał lu­do­wi listę prze­win Sa­mu­ela Zin­n­ste­ige­ra oraz wyrok sądu ska­zu­ją­cy tegoż na de­ka­pi­ta­cję.

Pryn­cy­pał Urzę­du Gór­ni­cze­go nie zwra­cał uwagi na he­rol­da, a bła­gal­nym wzro­kiem spo­glą­dał na za­kap­tu­rzo­ną po­stać. Anton mógł­by przy­siąc, że w oczach ska­za­ne­go uj­rzał pięk­ną ka­mie­ni­cę ze zdob­ny­mi gzym­sa­mi i pa­ste­lo­wych bar­wach.

Mi­ło­sier­dzie kata – po­my­ślał.

Tę le­gen­dę znało każde kra­sno­ludz­kie dziec­ko. Ba, wpi­sy­wa­ła się ona zło­ty­mi zgło­ska­mi w hi­sto­rię śród­gór­skie­go kraju. Była jej fi­la­rem nie­mal, się­ga­jąc do mrocz­nych cza­sów, kiedy Dra­gens­bor­giem wła­dał jesz­cze Mikuláš, gór­ni­czy mo­no­po­li­sta, a póź­niej jed­no­wład­ca, tyran i de­spo­ta. Ów Mikuláš wsła­wił się był tym, że wszel­ką opo­zy­cją gar­dził, a po­li­tycz­nych wro­gów katu od­da­wał bez sądu. Stało się tedy razu jed­ne­go, że de­spo­ta na­ka­zał ściąć Jana Ro­ha­cza, hejt­ma­na Pierw­szej Dra­gens­bor­skiej Kom­pa­nii. Miej­sco­wy mistrz ma­ło­do­bry od­mó­wił wy­ko­na­nia wy­ro­ku. Wście­kły Mikuláš kazał gwar­dii krnąbr­ne­go kata uśmier­cić, co ci uczy­ni­li po­słusz­nie. Akt ów jed­na­ko­woż prze­lał przy­sło­wio­wą czarę go­ry­czy. Zgro­ma­dzo­na ciżba ru­szy­ła sztur­mem na sza­fot, dzię­ki czemu ubó­stwia­ny przez wo­ja­ków hejt­man za­cho­wał życie, a kra­sno­ludz­kie­go ty­ra­na tłum go­ły­mi rę­ka­mi roz­szar­pał.

Hejt­man Ro­hacz nie­dłu­go po tych wy­da­rze­niach sam objął wła­dzę w Dra­gens­bor­gu, lecz za­miast po­żreć swoje dzie­ci, jak to u re­wo­lu­cjo­ni­stów bywa, rzą­dził spra­wie­dli­wie i mą­drze. Po dziś dzień z tam­tych cza­sów po­zo­sta­ły prawa, które w tra­dy­cję Dra­gens­bor­ga wro­sły już na stałe, a do póź­niej­sze­go roz­kwi­tu mia­sta przy­czy­ni­ły się wal­nie. Pierw­sze z nich to prawo gór­ni­cze. Su­ro­we, acz spra­wie­dli­we, daje do­stęp do ko­pa­lin każ­de­mu, byle tylko opła­cił kon­ce­sje. Dru­gie, prawo wo­jen­ne, za­bra­nia hejt­ma­na na polu bitwy po­rzu­cić, a na­ka­zu­je chro­nić go za wszel­ką cenę, choć­by i głową przy­szło za to pła­cić. Trze­cie zaś to prawo kata, który jeśli ska­zań­ca znaj­dzie nie­win­nym, kaźni może od­mó­wić i zwró­cić nie­szczę­śni­ko­wi wol­ność.

Anton La­vo­isier nigdy z tego prawa nie sko­rzy­stał. Ma­estria, z któ­rej sły­nął, na­ka­zy­wa­ła mu się sku­pić na swej pracy, a w kom­pe­ten­cje sę­dziów nie wcho­dzić.

Sa­mu­el Zin­n­ste­iger zło­żył głowę na pień­ku. Na dra­gens­bor­skim rynku, wy­peł­nio­nym ciżbą do ostat­nie­go miej­sca, za­pa­dła cisza. Tłum wstrzy­mał od­dech. Kat utkwił wzrok w szó­stym kręgu ska­zań­ca. Dla swego dobra pryn­cy­pał po­zwo­lił sobie wy­go­lić włosy na karku, co zwięk­sza­ło jego szan­se na śmierć od jed­ne­go, czy­ste­go cię­cia. Ści­na­nie kra­sno­lu­dów nie było wszak za­ję­ciem ła­twym. Krót­kie karki, grube trzo­ny krę­gów, wią­za­dła mię­śni gny­ko­wych umiej­sco­wio­ne tuż przy samej szyi, do tego kość po­ty­licz­na twar­da jak głaz, na któ­rej nie­jed­no że­la­zo pękło – żadna z tych rze­czy nie uła­twia­ła pracy mi­strzom ma­ło­do­brym. Anton jed­na­ko­woż nie bez przy­czy­ny miał re­pu­ta­cję fa­chow­ca. Nie tylko stała za nim wie­lo­let­nia prak­ty­ka, ale i lata eks­pe­ry­men­tów. Ów szó­sty kręg, pierw­szy z do­strze­gal­nych krę­gów na szyi kra­sno­lu­dów, po­dob­nie jak siód­my kręg u ludzi, miał wy­ro­stek kol­czy­sty usa­do­wio­ny sko­śnie i nada­wał się ide­al­nie na pro­wad­ni­cę dla sta­lo­we­go ostrza. To wła­śnie o dwa ziar­na po­wy­żej wy­rost­ka na­le­ża­ło ude­rzyć, by cię­cie było czy­ste, a śmierć bez­bo­le­sna.

Kat wzniósł cięż­ki topór nad głowę.

– Li­to­ści! – Ciszę miej­skie­go rynku zmą­cił la­ment Re­be­ki Zin­n­ste­iger.

Ostrze to­po­ra opa­dło ide­al­nie mię­dzy piąty a szó­sty kręg. Głowa pryn­cy­pa­ła wpa­dła do drew­nia­ne­go cebra i ob­ró­ci­ła się licem ku górze. Po­wie­ki ska­zań­ca mru­gnę­ły jesz­cze dwu­krot­nie.

 

 

Nocną porą ulicz­ki Dol­ne­go Mia­sta wy­da­wa­ły się rów­nie brud­ne, co w dzień. Ma­tyl­da do­tar­ła w oko­li­ce Sol­nej Bramy i we­szła do środ­ka ka­mien­ne­go bu­dyn­ku. Straż­nik łap­czy­wie przy­jął pę­ka­ty mie­szek oraz przy­kry­ty lnia­ną chust­ką ko­szyk, z któ­re­go uno­sił się za­pach wę­dzon­ki.

– Macie czas do świtu! – burk­nął pod nosem. – I ni­ko­mu ani słowa!

Ma­tyl­da we­szła do ciem­nej celi. Brzęk­nę­ła krata. Za­chrzę­ścił ob­ra­ca­ją­cy się klucz.

– I żad­nych ha­ła­sów! – Straż­nik dodał na od­chod­nym.

Raj­mund ze­rwał się z pry­czy i do­sko­czył do żony.

– Przy­szłaś!

– A coś ty sobie my­ślał? Prze­cież też mam serce.

Dło­nie kra­sno­lu­da na­tych­miast ob­ję­ły w pasie krępe, pulch­ne ciało, po czym zje­cha­ły niżej.

– Ej, po­wie­dzia­łam, że z kaj­da­nia­rza­mi nie sy­piam! – Ma­tyl­da pac­nę­ła owło­sio­ne dło­nie ob­ła­pia­ją­ce jej po­ślad­ki.

– Obej­dziem się bez snu, jeśli wola.

Ru­do­wło­sa kra­sno­lud­ka w od­po­wie­dzi wy­mu­si­ła z sie­bie ja­ło­wy śmiech.

– Dla­cze­go? – wy­szep­ta­ła z żalem. – Tyle cze­ka­łam, a ty mi na sza­fot ucie­kasz.

– Prze­pra­szam – wy­du­kał kra­sno­lud, a jego dło­nie znów po­wę­dro­wa­ły ku fał­dom gie­zła, sukni i dwóch far­tu­chów, jakie Ma­tyl­da miała na sobie.

Tym razem nie do­stał po ła­pach.

Za­chę­co­ny słab­ną­cym opo­rem, przy­ci­snął ją do krat i żar­łocz­nie do­padł jej de­kol­tu. Błą­dząc rę­ko­ma wśród za­ka­mar­ków żo­ni­nej gar­de­ro­by, usi­ło­wał roz­wią­zać ko­kard­ki skrzęt­nie ukry­tych ta­sie­mek. W de­spe­ra­cji szarp­nął moc­niej za suk­nię.

– Hola, hola, ka­wa­le­rze! – Ma­tyl­da zła­pa­ła Raj­mun­da za szyję i bez­par­do­no­wo od­su­nę­ła od sie­bie. – Czy tak ma wy­glą­dać nasza ostat­nia noc? Mgnie­nie oka, na kra­tach, jak z przy­god­ną dziew­ką?

Kra­sno­lud, za­gu­bio­ny wśród po­chop­nie roz­bu­dzo­nych żądz, spoj­rzał za­sko­czo­ny. Oprzy­tom­niał.

– Usiądź na pry­czy, ochłoń, a potem po­my­śli­my, co dalej. – Głos Ma­tyl­dy nie po­zo­sta­wiał miej­sca na sprze­ciw.

Sie­dzie­li przez chwi­lę obok sie­bie w mil­cze­niu, ni­czym dwoje pod­rost­ków na pierw­szej schadz­ce. Raj­mund na­brał po­wie­trza, jakby chciał coś rzec, po czym wy­pu­ścił je ukrad­kiem bez słowa.

– Ale jak? – W końcu ze­brał się na od­wa­gę. – Mam po­wie­dzieć, co my mie­li­by­śmy, ten tego, na głos? Prze­cież tak się nie godzi.

– A godzi się mał­żon­kę wdową zo­sta­wiać? Ja wiem, że kra­sno­lu­dy o spro­śno­ściach jeno w karcz­mach plotą, jak się ożło­pią piw­ska, a przy cno­tli­wiej żonie to im się nie godzi. Zważ jed­nak, że to noc nasza ostat­nia. Chcę ją za­cho­wać w pa­mię­ci na za­wsze. Łaknę po­znać se­kre­ty twego serca, nawet jeśli są plu­ga­we. Czy może wo­lisz płacz i la­ment? Na to będę miała cały żywot, ale jeśli tego ci trza, to za­cznę już teraz.

Raj­mund Tow­rin czer­wie­nił się jak nie­wia­sta, a po­mruk jego słów szu­miał nad uchem żony. Nie­wiel­ki ka­ga­nek pło­nął po dru­giej stro­nie krat, a cień dwóch ni­skich po­sta­ci, po­chy­lo­nych ku sobie, tań­czył na ścia­nie.

– Co? – unio­sła się Ma­tyl­da, a wojak wnet po­ża­ło­wał szcze­ro­ści. – Ja, cno­tli­wa kra­sno­ludz­ka nie­wia­sta, mia­ła­bym się nago przed chło­pem wdzię­czyć ni­czym elfia la­fi­ryn­da? Czy do­brze usły­sza­łam?

Raj­mund ubo­le­wał nad każ­dym sło­wem, które przed chwi­lą wy­szep­tał. Nawet w ni­kłym świe­tle ka­gan­ka, ru­mie­nił się jak burak.

– Do­brze – zgo­dzi­ła się Ma­tyl­da. – Chcesz mieć skar­la­łą el­fic­ką dziw­kę z du­ży­mi cyc­ka­mi, to ją bę­dziesz miał. Wiedz, że szłam za cie­bie z mi­ło­ści, a nie dla kuźni twego ojca. Nie myśl jed­nak sobie, że uj­dzie ci to pła­zem, roz­pust­ni­ku! Ja też cze­goś chcę od cie­bie!

Tym razem szep­ta­ła Ma­tyl­da, czer­wie­niąc się rów­nie mocno. Raj­mund zaś otwie­rał oczy coraz sze­rzej i sze­rzej. Przy­tłu­mio­ny pło­myk skrzył się na jego wil­got­nym od potu czole.

– Wąsy? Moje wąsy? – wy­krzyk­nął prze­ra­żo­ny.

– I brodę też – do­da­ła Ma­tyl­da ni­czym wy­traw­ny ku­piec ne­go­cju­ją­cy kon­trakt życia. – To jak bę­dzie?

 

Sta­nę­ła na środ­ku celi. Pa­rzy­ła mu pro­sto w oczy, hardo, tak hardo, jak tylko kra­sno­ludz­ka baba spo­glą­dać po­tra­fi. Od­wa­ga tych nie­wiast jed­nak­że zwy­kła się koń­czyć w progu ich al­ko­wy. Tam zmie­nia­ła się w skrom­ność i cno­tli­wość wpa­ja­ną od wie­ków przez po­ko­le­nia ma­tron.

Ma­tyl­da się­gnę­ła karku i roz­wią­za­ła ta­siem­kę pod­trzy­mu­ją­cą far­tuch. Druga ta­siem­ka, prze­wią­za­na w pasie, rów­nież pu­ści­ła, a lnia­na tka­ni­na osu­nę­ła się pod­ło­gę. Raj­mun­da wzrok opadł wraz z far­tusz­kiem. Kra­sno­lud wpa­try­wał się za­uro­czo­ny w ka­wa­łek płót­na le­żą­cy na prze­gni­łych de­skach.

Ko­bie­ta de­li­kat­nie chrząk­nę­ła, a wzrok mał­żon­ka po­wró­cił ku niej. Za­ko­ły­sa­ła bio­dra­mi. W nowej roli czuła się bar­dzo nie­swo­jo, wszak nie­ła­two jest prze­zwy­cię­żyć pie­lę­gno­wa­ny od tylu lat wstyd. Nie po­prze­sta­ła jed­nak. Skoro sama tę grę za­czę­ła, to i sama ją skoń­czy.

Ko­lej­ny far­tuch po­dzie­lił los po­przed­nie­go. Dalej sfru­nę­ła fal­ba­nia­sta suk­nia z licz­ny­mi kie­sze­nia­mi, w któ­rych kra­sno­ludz­kie baby trzy­ma­ły po­ło­wę do­byt­ku, oraz spodnia tu­ni­ka z wy­szy­tym srebr­ną nicią ko­wa­dłem, ślub­ny dar od te­ścio­wej. Raj­mund przy­pa­try­wał się żonie i dumał, jak wiele warstw odzie­nia mie­ści się na jed­nej nie­wie­ście.

Ka­ga­nek w rogu celi kop­cił, a peł­ga­ją­cy pło­mień rzu­cał oso­bli­wy cień. Na ścia­nie, za wid­mo­wy­mi kra­ta­mi tań­czy­ła pół­na­ga nie­wia­sta. Nie­zna­ne ar­ka­na opty­ki spra­wia­ły, że cień przy­sa­dzi­stej kar­li­cy wy­smu­klił się i wy­dłu­żył, a chy­bo­tli­wy pło­mień do­da­wał jej ru­chom fi­ne­zji, po­lo­tu i wdzię­ku. Raj­mund spo­glą­dał to na żonę, to na eg­zo­tycz­ną fi­gu­rę, nie mogąc się zde­cy­do­wać, który obraz po­cią­ga go bar­dziej.

Naga kra­sno­ludz­ka baba, żona nawet, wi­do­kiem była rów­nie rzad­kim co śnieg w środ­ku lata. Wszak one wszyst­kie po­kła­da­ły się do snu w zgrzeb­nych sza­tach, nie roz­dzie­wa­jąc się z nich nawet wtedy, gdy na­sta­wał czas, by po­tom­stwo pło­dzić. Z dru­giej stro­ny, wid­mo­wa ścien­na po­stać, wy­so­ka i po­nęt­na, do tego z wiel­kim biu­stem i kę­dzie­rza­wą czu­pry­ną, mo­gła­by ucho­dzić wśród wo­ja­ków za ideał pięk­na.

Wraz z ostat­nią sztu­ką odzie­nia, co opa­dła na deski – lnia­ną prze­pa­ską, któ­rej ist­nie­nia Raj­mund nawet nie po­dej­rze­wał – Ma­tyl­da po­de­szła do niego, a es­te­tycz­ny dy­le­mat stra­cił rację bytu.

 

 

Przez nie­wiel­ki świe­tlik wpa­da­ły do celi pierw­sze ju­trzen­ne pro­mie­nie. Pło­mień ka­gan­ka już dawno zgasł. Raj­mund leżał na pry­czy wtu­lo­ny w cie­płe plecy Ma­tyl­dy i wpa­try­wał się w cętki pie­gów na jej bla­do­ró­żo­wej skó­rze.

Świ­ta­ło, a straż­nik jesz­cze nie przy­szedł. Widać od­na­lazł dwie flasz­ki ja­rzę­bia­ka ukry­te w pę­tach kieł­ba­sy i osło­dził sobie nocne czu­wa­nie.

Naga ko­bi­ta w wię­zien­nej celi. Nie gwał­tem roz­dziać się zmu­szo­na, a wła­sno­wol­nie – roz­my­ślał, gła­dząc pulch­ne ramię mał­żon­ki.

Miesz­ki wło­so­we na bro­dzie pie­kły go nie­mi­ło­sier­nie. Skoł­tu­nio­ne wąsy i ich po­nadry­wa­ne ce­bul­ki draż­ni­ły skórę pełną le­d­wie za­krze­płych krwa­wych kro­pek.

Przy­po­mniał sobie chwi­lę, gdy Ma­tyl­da, owi­nąw­szy war­ko­cze jego wąsów wokół swo­ich kłyk­ci, do­sia­dła go ni­czym wa­ła­cha. No, może nie wa­ła­cha, wszak ni­cze­go mu nie bra­ko­wa­ło.

Do­tknął pal­ca­mi skóry pod nosem i syk­nął.

– Kruca fuks!

Naj­święt­sze rze­czy dla kra­sno­lu­da, wąsy i broda, on zaś po­zwo­lił babie ich do­ty­kać. Żeby tylko do­ty­kać – czo­chrać i szar­gać niby lejce. Do­praw­dy, nie­by­wa­łe.

Nie ża­ło­wał.

Słoń­ce wzno­si­ło się coraz wyżej. Gdzieś tam w rynku jasne pro­mie­nie pa­da­ły już na miej­ski sza­fot, a Raj­mund, choć z losem po­go­dzo­ny, pojął, że wcale nie chce umie­rać.

Ma­tyl­da spała w naj­lep­sze, jakby to było ich mał­żeń­skie łoże, a nie zbu­twia­ła pry­cza pełna plu­skiew. Dzie­sięć lat mał­żeń­stwa, dzie­sięć lat mi­ja­nia się, życia obok sie­bie, on zwy­kle na woj­nie, ona gdzieś mię­dzy tar­go­wi­skiem, a gro­mad­ką dzie­ci, któ­rym trze­ba wy­cie­rać za­smar­ka­ne nosy. Tyle zmar­no­wa­ne­go czasu. Tyle nie­wy­po­wie­dzia­nych słów. Tyle se­kre­tów i pra­gnień, skry­wa­nych dotąd przed sobą. Jaka szko­da. Jaki żal.

Zamek za­chro­bo­tał w drzwiach. Ma­tyl­da ze­rwa­ła się nagle i za­czę­ła go­rącz­ko­wo wkła­dać na sie­bie po­rzu­co­ny w bez­ła­dzie przy­odzie­wek. Raj­mund pa­trzył na swą mał­żon­kę urze­czo­ny, po­dzi­wiał ru­da­wy me­szek wło­sków na jej ciele oraz ob­fi­te pier­si, ko­ły­szą­ce się swo­bod­nie, pod­czas gdy ręce wal­czy­ły z krnąbr­nym gie­złem. Kra­sno­ludz­ka baba, przed nim, goła w świe­tle dnia. Za­iste nie­by­wa­łe.

 

 

Raj­mund Tow­rin po­rzu­cił wszel­ką na­dzie­ję. Jako wojak nie­je­den raz za­glą­dał śmier­ci w oczy i nie­je­den raz umy­kał jej spod klin­gi, zdą­żył więc przy­wyk­nąć do myśli, by nie trzy­mać się życia zbyt kur­czo­wo. Co in­ne­go jed­nak w boju zgi­nąć, od wra­żej strza­ły albo od to­po­ra, a co in­ne­go na sza­fo­cie, do tego we wła­snym mie­ście, za które tyle lat wal­czył.

Nie ma spra­wie­dli­wo­ści na tym świe­cie. Tyle lat wier­nej służ­by w śnie­gu, skwa­rze i sło­cie. Na co mi to wszyst­ko? Było z hejt­ma­nem zo­stać i z nim scze­znąć z głodu.

Raj­mund spoj­rzał ka­to­wi w oczy.

– Nie bądź głup­cem – usły­szał od mi­strza ma­ło­do­bre­go. – Bal­wierz czeka.

– Nie! – od­parł za­ja­dle. – Nie będę wy­go­lo­nym kar­kiem na sza­fo­cie świe­cił.

Wy­so­ki kat po­krę­cił głową w po­tę­pie­niu, jakby nie lubił buń­czucz­nych ska­zań­ców, co ob­no­si­li się z nie­win­no­ścią do sa­me­go końca.

Tow­rin zło­żył głowę na pień­ku. Topór z ciem­no­sza­rej stali po­wę­dro­wał ku górze, po czym opadł na owło­sio­ny kark. Głowa jed­nak nie spa­dła do ce­ber­ka. Ostrze wbiło się w śro­dek szó­ste­go kręgu i utkwi­ło w nim. Wy­ro­stek kol­czy­sty Raj­mun­da oka­zał się wy­jąt­ko­wo ma­syw­ny. Zdzi­wio­ny kat wy­rwał czym prę­dzej swe na­rzę­dzie i za­mach­nął się znowu, by na­pra­wić błąd. Zbyt szyb­ko, zbyt gwał­tow­nie, zbyt po­chop­nie. Tym razem koń­ców­ka to­po­ra ze­śli­znę­ła się po ży­la­stym mię­śniu czwo­ro­bocz­nym i utkwi­ła w trzo­nie siód­me­go kręgu. Anton La­vo­isier, otarł­szy pot z czoła, ude­rzył raz jesz­cze.

Sku­tecz­nie.

Ma­tyl­da Tow­rin zo­sta­ła wdową, a od­głos głu­che­go rąb­nię­cia jesz­cze długo po­brzmie­wał na dra­gens­bor­skim rynku.

 

 

Anaz­ka La­vo­isie­ro­wa stała u progu nie­po­zor­nej chaty, a serce dud­ni­ło jej jak ko­py­ta pę­dzą­cych ko­zio­roż­ców. Wdowa po Tow­ri­nie od­two­rzy­ła drzwi.

– Czego? – za­py­ta­ła.

– Wy­ba­cze­nia pro­sić przy­szłam – wy­du­ka­ła. – Mąż nie wie, jak to się mogło stać.

Ma­tyl­da nie ode­zwa­ła się sło­wem. Prze­krwio­ne oczy pełne zło­ści pa­trzy­ły świ­dru­ją­co.

– Pro­szę, nie wno­ście skar­gi. On jest jesz­cze za młody, by iść na spo­czy­nek. Mamy trój­kę dzie­ci.

– Ja też mam trój­kę dzie­ci. Trój­kę sie­rot.

– Bła­gam, okaż li­tość. Bądź­że kra­sno­ludz­ka!

– Wszy­scy­ście wie­dzie­li, że Raj­mund był nie­win­ny. Ten twój par­tacz także. Dra­gens­borg to nie miej­sce dla par­ta­czy.

Anez­ka po­czer­wie­nia­ła na twa­rzy, a jej oczy za­lśni­ły od wil­go­ci.

– On jeden mógł go ura­to­wać – szep­nę­ła Ma­tyl­da. W jej gło­sie było już wię­cej żalu niż zło­ści. – Dla­cze­go się nie za­wa­hał? Dla­cze­go?

 

 

Dra­gens­borg sły­nął z kunsz­tu rze­mieśl­ni­ków i su­ro­we­go prawa, czego sym­bol sta­no­wił do­brze utrzy­ma­ny sza­fot na miej­skim rynku. Mistrz ma­ło­do­bry zmie­rzał wła­śnie w kie­run­ku pod­wyż­sze­nia, na któ­rym tego dnia wy­jąt­ko­wo usta­wio­no gi­lo­ty­nę za­miast ka­tow­skie­go pień­ka. Wśród roz­wrzesz­cza­nej ciżby doj­rzał jesz­cze mil­czą­cą, starą Tow­ri­no­wą.

Mu­sia­ła go tak tu­czyć? ‒ po­my­ślał kat. Aż trzy cię­cia, co za wstyd.

An­to­na od za­wsze fa­scy­no­wa­ła śmierć. Pa­mię­tał do­brze, a dzia­ło się to jesz­cze w Ku­nval­dzie, jak oj­ciec po raz pierw­szy go za­brał, by obej­rzeć kaźń. Upior­ny kap­tur, wznie­sio­ny miecz, ob­le­pio­ne po­so­ką deski sza­fo­tu oraz tur­la­ją­ca się głowa ska­zań­ca. Już wów­czas, będąc jesz­cze chłop­cem, za­sta­na­wiał się, czy głowa od­cię­ta od ciała czuje co­kol­wiek.

Póź­niej, gdy sam zo­stał katem, nadal tego do­cie­kał. Setki de­ka­pi­ta­cji, do któ­rych się przy­czy­nił, nie dały od­po­wie­dzi. Ucze­ni twier­dzi­li, że głowa roz­dzie­lo­na od ciała nie czuje już nic. Bez­bo­le­sna śmierć. Mózg bez krwi umie­ra. A jed­nak prze­cież nie­raz wi­dy­wał pa­skud­ne gry­ma­sy na ścię­tych ob­li­czach, mru­ga­nie oczu, czy usta drżą­ce w nie­mym krzy­ku. Jak więc było na­praw­dę?

‒ Nasz mistrz z dniem dzi­siej­szym od­cho­dzi na spo­czy­nek ‒ wy­bu­dził go z za­my­śle­nia głos he­rol­da. ‒ Mi­strzu, czas na ostat­nią po­słu­gę. Czyń swoją po­win­ność!

Kat umo­ścił głowę na belce gi­lo­ty­ny i zde­cy­do­wa­nym ru­chem po­cią­gnął za sznur. Tym razem cię­cie było czy­ste.

Koniec

Komentarze

Ooo, bar­dzo lubię ten tekst! Super, że zna­lazł się na ła­mach “Bia­łe­go kruka”. Spraw­ny ję­zy­ko­wo, jak wszyst­kie Twoje opo­wia­da­nia, cie­ka­wy set­ting, bo­ha­te­ro­wie. Naj­bar­dziej po­do­ba­ła mi się scena ostat­nie­go seksu, o czym już pi­sa­łam przy oka­zji bety. Ru­basz­no­ści nie wy­kry­to, ra­czej doj­rze­wa­nie w emo­cjach i wspo­mnia­ną w przed­mo­wie dra­ma­tycz­ną hi­sto­rię.

Nie wiem, czy mogę klik­nąć, ale klik­nę!

"Bądź spo­koj­ny: za sto lat wszyst­ko minie!" ~Ralph Waldo Emer­son

Dzię­ku­ję :) Tym więk­sza przy­jem­ność, że po roku wciąż je pa­mię­tasz.

"Wol­ność po­le­ga na tym, że mo­że­my czy­nić wszyst­ko, co nie przy­no­si szko­dy bliź­nie­mu na­sze­mu". Paryż, 1789 r.

Tekst z po­zo­ru lekki, z wart­ką akcją, gdzie­nie­gdzie ru­basz­ny, gdzie­nie­gdzie spro­śny, jak to u kra­sno­lu­dów. Za barw­ną opo­wie­ścią kryje się jed­nak ra­czej dra­ma­tycz­na hi­sto­ria.

Wła­ści­wie to sam sobie wszyst­ko pod­su­mo­wa­łeś. Jest tak, jak to u kra­sno­lu­dów. Pi­szesz o zna­nych i lu­bia­nych ste­reo­ty­pach, wy­ko­rzy­stu­jąc znany i lu­bia­ny język, uży­wa­jąc zna­nych i lu­bia­nych kon­wen­cji. Mamy spro­śne i gbu­ro­wa­te, klną­ce wy­myśl­nie kra­sno­lu­dy oraz wy­nio­słe, wiecz­nie dumne elfy, mamy sche­mat świa­ta zbu­do­wa­ne­go na krusz­cu i dra­ma­cie wy­do­by­wa­ją­cych go (nie) ludzi, któ­rzy zma­ga­ją się jed­no­cze­śnie z dolą życia, jak to zwy­kle bywa: nie­spra­wie­dli­wą i krzyw­dzą­cą wojną.

 

Prze­czy­ta­łam bez przy­kro­ści, ale rów­nież bez więk­sze­go za­in­te­re­so­wa­nia, choć sam po­mysł jest pięk­nie po­nu­ry, czyli jak naj­bar­dziej dla mnie. Naj­cie­kaw­szy jest zde­cy­do­wa­nie sche­mat “przy­szła baba do… baby”, oraz po­da­wa­nie sobie ko­lej­nych ele­men­tów hi­sto­rii – taka “po­słań­co­wa” nar­ra­cja zgrab­nie wszyst­ko roz­wi­ja, zręcz­nie prze­pla­tasz spo­łecz­ne war­stwy i to­wa­rzy­szą­ce im pro­ble­my. Naj­cie­kaw­szą po­sta­cią był kat – ale cóż, kaci zwy­kle są sza­le­nie cie­ka­wi, mrok i nie­do­la pro­fe­sji jest wręcz ide­al­nym ma­te­ria­łem li­te­rac­kim. Moim zda­niem przy­da­ło­by się nieco mniej tego, kto, gdzie i z kim żył, a wię­cej ory­gi­nal­ne­go, wol­niej­sze­go, emo­cjo­nal­ne­go po­dej­ścia. Jakby nie pa­trzeć, opo­wie­dzia­łeś hi­sto­rię około dzie­się­ciu po­sta­ci w 34k, dwa­dzie­ścia minut czy­ta­nia; ro­zu­miem, że taki był za­mysł tek­stu? Jeśli tak, ga­wę­do­wy styl hi­sto­rii do­brze wpa­so­wu­je się do kro­ni­kar­skie­go za­my­słu opo­wia­da­nia (w końcu cho­dzi o ostat­ni dzień życia Raj­mun­da Tow­ri­na, plus sko­rum­po­wa­ne, pa­skud­ne spo­łe­czeń­stwo w tle).

Nie widzę tutaj od­bla­sko­we­go, wy­róż­nia­ją­ce­go się stylu (nie to co w “Ku­ma­ri”), nie lubię po­wta­rza­ją­cych się elfów i kra­sno­lu­dów (szcze­gól­nie ko­pio­wa­nych i wkle­ja­nych; nowa jest je­dy­nie ro­ze­bra­na kra­sno­ludz­ka baba), a ru­basz­ność mnie spe­cjal­nie nie bawi. Jako tekst pi­sa­ny mniej lub bar­dziej dla za­ba­wy jest zu­peł­nie okej, jako coś zo­sta­ją­ce­go na dłu­żej w mojej gło­wie – nie­ste­ty za­wo­dzi.

 

Mimo tego do­ce­niam, że się na­pra­co­wa­łeś – to so­lid­ny kawał tek­stu; do­brze, że po­wę­dro­wał w świat, gra­tu­lu­ję i kli­kam za “mi­strza ma­ło­do­bre­go” ;)

Dzię­ku­ję, Żon­gler­ko, za bar­dzo roz­bu­do­wa­ny ko­men­tarz.

Tę­sk­nisz za sty­lem Ku­ma­ri, a ja oba­wiam się, że jego już chyba nie ma. Zgi­nął gdzieś po dro­dze, pod­czas mej ewo­lu­cji. Grzecz­nie ustą­pił miej­sca prost­szej, bar­dziej skon­den­so­wa­nej for­mie bez wo­do­try­sków. Czy po­tra­fił­bym wró­cić do daw­nej pla­stycz­no­ści opi­sów okra­szo­nych wy­myśl­ny­mi słowy? Nie wiem. Dawno nie pró­bo­wa­łem.

"Wol­ność po­le­ga na tym, że mo­że­my czy­nić wszyst­ko, co nie przy­no­si szko­dy bliź­nie­mu na­sze­mu". Paryż, 1789 r.

No więc tak: pi­sa­na po Tol­kie­nie fan­ta­sy o el­fach i kra­sno­lu­dach to nie do końca jest moja bajka (spraw­dzić, czy nie Prat­chett, jed­na­ko­woż :D ). Piszę o tym ce­lo­wo – nie, żeby Cię kry­ty­ko­wać za temat, tylko żeby tym bar­dziej wy­szło, że do­ce­niam.

A do­ce­niam, zde­cy­do­wa­nie, bo to jest bar­dzo dobry tech­nicz­nie tekst. Ję­zy­ko­wo bez­błęd­ny, z udaną sty­li­za­cją, nie mia­łam ani chwi­li za­wa­ha­nia czy za­wie­sze­nia się na ję­zy­ko­wej uster­ce. Kon­struk­cyj­nie, z tymi ko­lej­ny­mi krę­ga­mi ska­zań­ców, też spój­ny i po­my­sło­wy. Bar­dzo ład­nie, efek­tow­nie opi­su­jesz – świat jest żywy, spo­łecz­ność wia­ry­god­na, w sce­nie nocy mał­żon­ków w wię­zie­niu świet­nie, IMHO, wy­wa­żasz pro­por­cje mię­dzy kra­sno­ludz­ką ru­basz­no­ścią a nie­na­chal­ną emo­cjo­nal­no­ścią; opis tego, że oni się szcze­rze ko­cha­ją, wy­cho­dzi ci zna­ko­mi­cie. Ge­ne­ral­nie, po­ka­zo­wy IMHO przy­kład, jak nie ła­miąc kon­wen­cji i tra­dy­cji, nie re­wo­lu­cjo­ni­zu­jąc jej, twór­czo ją wy­ko­rzy­stać. Klik ode mnie. 

ninedin.home.blog

Dzię­ku­ję, ni­ne­din, za miłe słowa. 

Są w tym świe­cie fan­ta­sy jesz­cze pewne na­wią­za­nia, o któ­rych do­tych­czas nikt nie wspo­mniał. Tak więc albo są bar­dzo oczy­wi­ste, albo bar­dzo dys­kret­ne.

 

Tol­kie­now­skie el­fo-kra­sno­lu­dy to tylko za­sło­na dymna. W rze­czy­wi­sto­ści rów­nie mocno czer­pa­łem z na­szej ludz­kiej hi­sto­rii. 

Za­pro­po­nu­ję więc za­ba­wę.

Jakim mia­stem i ja­ki­mi cza­sa­mi się in­spi­ro­wa­łem, opi­su­jąc Dra­gens­borg? Kto był pier­wo­wzo­rem kata i dla­cze­go wła­śnie on?

"Wol­ność po­le­ga na tym, że mo­że­my czy­nić wszyst­ko, co nie przy­no­si szko­dy bliź­nie­mu na­sze­mu". Paryż, 1789 r.

Kli­kam, bo póź­niej nie zdążę. Bar­dzo mi się po­do­ba­ło. i jesz­cze dzi­siaj po­sta­ram się roz­wi­nąć swój ko­men­tarz :)

Katko :). Ja dzi­siaj też mam cie­ka­wą lek­tu­rę w pla­nie. Ale cze­kam do póź­nej nocy, bo wtedy bę­dzie naj­przy­jem­niej.

Dzię­ku­ję wszyst­kim kli­ka­czom… nawet nie zdą­ży­łem zo­ba­czyć kto :)

"Wol­ność po­le­ga na tym, że mo­że­my czy­nić wszyst­ko, co nie przy­no­si szko­dy bliź­nie­mu na­sze­mu". Paryż, 1789 r.

Za­cznę od tego, że nie prze­pa­dam za kla­sycz­ną fan­ta­sty­ką, kra­sno­lu­da­mi i el­fa­mi, ale… ale wła­śnie u Cie­bie te kra­sno­lu­dy i elfy, zwłasz­cza kra­sno­lu­dy nie wy­da­ją mi się do końca kla­sycz­ne. To je­dy­nie przy­kry­wa dla opi­sa­nia re­la­cji, uczuć i emo­cji jak naj­bar­dziej ludz­kich. Poza tym ujął mnie spo­sób, jaki swą hi­sto­rię za­pre­zen­to­wa­łeś – nie­sa­mo­wi­ty warsz­tat, język i styl – nie czy­ta­łam, tylko pły­nę­łam po słow­nych fa­lach. Gra­tu­lu­ję pu­bli­ka­cji :)

Bar­dzo dzię­ku­ję. :)

"Wol­ność po­le­ga na tym, że mo­że­my czy­nić wszyst­ko, co nie przy­no­si szko­dy bliź­nie­mu na­sze­mu". Paryż, 1789 r.

Prze­czy­ta­łam przed­mo­wę i przy­stą­pi­łam do lek­tu­ry z prze­świad­cze­niem, że pew­nie ni­cze­go no­we­go o kra­sno­lu­dach się nie do­wiem, zwłasz­cza że po­czą­tek w karcz­mie nie za­po­wia­dał żad­nych re­wo­lu­cji. Jed­nak w miarę za­głę­bia­nia się w tekst było coraz cie­ka­wiej i do­strze­ga­łam, że choć opo­wia­dasz o spra­wach wia­do­mych, ro­bisz to od­mien­nie, nie­ty­po­wo, jakoś tak spo­koj­nie, roz­waż­nie, a i ko­lej­ne wy­da­rze­nia od­bie­ga­ją od normy – wię­cej tu dra­ma­ty­zmu niż we­soł­ko­wa­to­ści i na­stro­ju wła­ści­we­go dla hi­sto­rii kra­sno­ludz­kich, które do­tych­czas było mi dane po­znać.

No i wzru­szy­łam się losem mał­żon­ków Tow­rin i smut­no mi się zro­bi­ło, że Ma­tyl­da zo­sta­ła sama.

 

przy­wie­dzio­na odo­rem zjeł­cza­łe­go piwa… ―> Od kiedy to piwo jeł­cze­je?

Pro­po­nu­ję: …przy­wie­dzio­na odo­rem prze­tra­wio­ne­go piwa

Za SJP PWN: jeł­czeć «o tłusz­czach i ole­jach: roz­kła­dać się pod wpły­wem dzia­ła­nia tlenu lub drob­no­ustro­jów i na­bie­rać nie­przy­jem­ne­go smaku oraz za­pa­chu»

 

Obe­rży­sta wska­zał na pę­ka­ty ceber. ―> Ceber jest na­czy­niem o pro­stych ścia­nach, więc chyba nie może być pę­ka­ty.

 

Raj­mund Tow­rin od­na­lazł kadź z piwem… ―> Piwo miało być w ce­brze, a kadźceber, o ile mi wia­do­mo, to chyba nie to samo.

Może wy­star­czy: Raj­mund Tow­rin od­na­lazł na­czy­nie z piwem

 

– Prze­ciem nie­win­ny. Co się zło­ścisz? To wszyst­ko żarty ja­kieś. – od­rzekł z non­sza­lan­cją Tow­rin. ―> Zbęd­na krop­ka po wy­po­wie­dzi.

 

– Żyłę? Łżeć nawet nie po­tra­fisz. ―> – Żyłę? Łgać nawet nie po­tra­fisz.

 

w fal­ba­nia­stej sukni upstrzo­nej mnó­stwem drob­nych gra­na­tów… ―> Co to zna­czy, że suk­nia była upstrzo­na gra­na­ta­mi?

 

W pół kroku za nim po­dą­ża­ła zna­jo­ma po­stać… ―> Pół kroku za nim po­dą­ża­ła zna­jo­ma po­stać

 

Wart­kim kro­kiem prze­mie­rzy­ła Dolne Mia­sto. ―> Oba­wiam się, że o kro­kach ra­czej nie mówi się, że są wart­kie.

Pro­po­nu­ję: Szpar­kim kro­kiem prze­mie­rzy­ła Dolne Mia­sto.  

Za SJP PWN: wart­ki 1. «szyb­ko pły­ną­cy» 2. «szyb­ko się to­czą­cy»

 

– Wi­taj­cie, pryn­cy­pa­ło­wo! – ko­bie­ta, która otwo­rzy­ła drzwi… ―> – Wi­taj­cie, pryn­cy­pa­ło­wo! – Ko­bie­ta, która otwo­rzy­ła drzwi

 

Mąż mój ka­mie­ni­ce ma w Ku­nval­dzie. Pięk­ną, nad je­zio­rem. ―> Li­te­rów­ka.

 

ka­mie­ni­cę ze zdob­ny­mi gzym­sa­mi, po­ma­lo­wa­ną w pa­ste­lo­we barwy. ―> Ka­mie­ni­cę można po­ma­lo­wać far­ba­mi o pa­ste­lo­wych bar­wach, ale nie wy­da­je mi się, aby można po­ma­lo­wać ją w barwy, choć­by i pa­ste­lo­we.

 

„Mi­ło­sier­dzie kata” – po­my­ślał. ―> Skoro kur­sy­wa, to cu­dzy­słów jest zbęd­ny.

 

Ba, wpi­sy­wa­ła się ona wiel­ki­mi zgło­ska­mi w hi­sto­rię śród­gór­skie­go kraju. ―> Pew­nie miało być: Ba, wpi­sy­wa­ła się ona zło­ty­mi zgło­ska­mi w hi­sto­rię śród­gór­skie­go kraju.

Za­pi­sać się zło­ty­mi zgło­ska­mi to fra­ze­olo­gizm, czyli form usta­bi­li­zo­wa­na, utrwa­lo­na zwy­cza­jo­wo, któ­rej nie ko­ry­gu­je­my, nie do­sto­so­wu­je­my do współ­cze­snych norm ję­zy­ko­wych ani nie ad­ap­tu­je­my do ak­tu­al­nych po­trzeb pi­szą­ce­go/ mó­wią­ce­go.

 

za­bra­nia hejt­ma­na na polu bitwy po­rzu­cić, a na­ka­zu­ję chro­nić go za wszel­ką cenę… ―> Li­te­rów­ka.

 

W de­spe­ra­cji szarp­nął tka­ni­ną sukni. ―> A może wy­star­czy: W de­spe­ra­cji szarp­nął suk­nię/ spód­ni­cę.

 

Kra­sno­lud wpa­try­wał się za­uro­czo­ny w ka­wa­łek sukna le­żą­cy na prze­gni­łych de­skach. ―> Ma­tyl­da zdję­ła lnia­ny far­tuch, więc Raj­mund nie mógł wi­dzieć sukna, al­bo­wiem sukno jest tka­ni­ną weł­nia­ną.

 

po­kła­da­ły się do snu w zgrzeb­nych sza­tach, nie roz­dzie­wa­jąc ich nawet wtedy… ―> Tak jak nie można szat odziać, tak nie można ich także roz­dziać.

Pew­nie miało być: …po­kła­da­ły się do snu w zgrzeb­nych sza­tach, nie roz­dzie­wa­jąc się z nich nawet wtedy

 

A jed­nak prze­cież nie raz wi­dy­wał… ―> A jed­nak prze­cież nie­raz wi­dy­wał

 

‒ Mi­strzu, czas na ostat­nią po­słu­gę. Czyń swoją po­win­ność! ―> O ile mi wia­do­mo, ostat­nią po­słu­gą jest po­grzeb, nie wy­ko­na­nie wy­ro­ku śmier­ci.

Gdyby ci, któ­rzy źle o mnie myślą, wie­dzie­li co ja o nich myślę, my­śle­li­by o mnie jesz­cze go­rzej.

Reg, bar­dzo dzię­ku­ję za cenne uwagi. Wciąż nie chce mi się wie­rzyć, że nie byłaś na­uczy­ciel­ką. ;)

Po­praw­ki już na­nio­słem.

Co to zna­czy, że suk­nia była upstrzo­na gra­na­ta­mi?

Upstrzo­na jest tutaj użyte w zna­cze­niu po­tocz­nym → wpleść do cze­goś zbyt dużo nie­po­trzeb­nych ele­men­tów.

„Mi­ło­sier­dzie kata” – po­my­ślał. ―> Skoro kur­sy­wa, to cu­dzy­słów jest zbęd­ny.

 W tym przy­pad­ku kur­sy­wa od­no­si się do za­pi­su myśli, a cu­dzy­słów ozna­cza tytuł le­gen­dy. Mimo wszyst­ko zmie­ni­łem, zgod­nie z Twoją su­ge­stią, ze wzglę­dów es­te­tycz­nych.

‒ Mi­strzu, czas na ostat­nią po­słu­gę. Czyń swoją po­win­ność! ―> O ile mi wia­do­mo, ostat­nią po­słu­gą jest po­grzeb, nie wy­ko­na­nie wy­ro­ku śmier­ci.

Masz rację. Jed­nak tego zwro­tu uży­łem ce­lo­wo, bo ofe­ro­wał wiele moż­li­wo­ści in­ter­pre­ta­cyj­nych. Cho­dzi­ło mi o jego trój­znacz­ność, bo “ostat­nią po­słu­gę” można trak­to­wać jak zwrot w zna­cze­niu takim, jakie przy­to­czy­łaś, ale też można trak­to­wać jako dwa osob­ne wy­ra­zy, gdzie po­słu­ga jest użyta w zna­cze­niu “mi­ste­rium” lub zgod­nie ze słow­ni­kiem →  https://sjp.pwn.pl/sjp/posluga;2505740.html.

 

Dzię­ku­ję za wszyst­kie uwagi. Bar­dzo je sobie cenię.

"Wol­ność po­le­ga na tym, że mo­że­my czy­nić wszyst­ko, co nie przy­no­si szko­dy bliź­nie­mu na­sze­mu". Paryż, 1789 r.

Bar­dzo pro­szę, Cho­ści­sko. ;)

Wiel­cem rada, że uzna­łeś uwagi za przy­dat­ne. Dzię­ku­ję też za wy­ja­śnie­nia. ;)

No to le­piej uwierz, bo po­wie­dzia­łam praw­dę, ale mogę po­wtó­rzyć raz jesz­cze – NIGDY NIE BYŁAM NA­UCZY­CIEL­KĄ!. ;)

Gdyby ci, któ­rzy źle o mnie myślą, wie­dzie­li co ja o nich myślę, my­śle­li­by o mnie jesz­cze go­rzej.

Wie­rzę, wie­rzę, ale burzy mi to wy­obra­że­nie Cie­bie jako ta­kiej na­uczy­ciel­ki “sta­rej daty” (w zna­cze­niu ja­ko­ści, a nie wieku), uczą­cej z wiel­ką pasją nawet na eme­ry­tu­rze. :)

"Wol­ność po­le­ga na tym, że mo­że­my czy­nić wszyst­ko, co nie przy­no­si szko­dy bliź­nie­mu na­sze­mu". Paryż, 1789 r.

Chro­ści­sko, przy­kro mi, że zbu­rzy­łam Twoje wy­obra­że­nia, ale na po­cie­sze­nie dodam, że cza­sem, choć się sta­ram, nie na­dą­żam za współ­cze­sno­ścią, więc chyba je­stem tro­chę sta­rej daty. ;)

Gdyby ci, któ­rzy źle o mnie myślą, wie­dzie­li co ja o nich myślę, my­śle­li­by o mnie jesz­cze go­rzej.

Tekst czyta się z za­in­te­re­so­wa­niem, fa­bu­ła mnie na­praw­dę po­rwa­ła. Świet­nie za­wią­za­na spi­ra­la oskar­żo­nych i stra­co­nych, a jed­no­cze­śnie prze­bi­ja się ogrom­ny smu­tek, tym więk­szy, że przed samą śmier­cią zdą­ży­li speł­nić naj­skryt­sze, in­tym­ne ma­rze­nia. Bar­dzo mnie to ujęło.

Fi­shand­chips, cie­szę się bar­dzo. Faj­nie, że zaj­rza­łaś. :)

"Wol­ność po­le­ga na tym, że mo­że­my czy­nić wszyst­ko, co nie przy­no­si szko­dy bliź­nie­mu na­sze­mu". Paryż, 1789 r.

Bar­dzo smut­na, ale cie­ka­wa hi­sto­ria. Kra­sno­lu­dy, ko­ja­rzą­ce się przede wszyst­kim z walką, przed­sta­wiasz w nowej od­sło­nie i po­ka­zu­jesz pro­ble­my, które znacz­nie wy­kra­cza­ją poza wy­kre­owa­ny świat. Ład­nie na­pi­sa­ne, wy­wa­żo­ne w for­mie i tre­ści.

Jedna rzecz nie da­wa­ła mi spo­ko­ju w cza­sie czy­ta­nia – skąd po­mysł na taki tytuł? Czy rze­czy­wi­ście kat ce­lo­wał w szó­sty kręg?

po­kry­ta cęt­ka­mi ru­da­wych pie­gów

Po­nie­waż cętki i piegi to po­ję­cia o zbli­żo­nym zna­cze­niu, cętki pie­gów ozna­cza­ją tyle samo, co cętki cętek, a nawet piegi pie­gów.

 

Raj­mund pa­trzył na swą mał­żon­kę urze­czo­ny, po­dzi­wiał ru­da­wy me­szek wło­sków na jej ciele oraz ob­fi­te pier­si, ko­ły­szą­ce się swo­bod­nie, pod­czas gdy ręce wal­czą z krnąbr­nym gie­złem.

Czas te­raź­niej­szy?

 

Jest ok. Od stro­ny es­te­ty­ki (wła­snej, nie li­te­rac­kiej) wno­sisz wiele. ;)

www.instagram.com/mika.modrzynska.pisarka/

Ando,

Czy rze­czy­wi­ście kat ce­lo­wał w szó­sty kręg?

Wszak był pro­fe­sjo­na­li­stą, mi­strzem, jakże by mógł ina­czej? Żeby tylko ten upar­ty Tow­rin po­zwo­lił sobie wy­go­lić kark.

 

Kam,

Po­nie­waż cętki i piegi to po­ję­cia o zbli­żo­nym zna­cze­niu, cętki pie­gów ozna­cza­ją tyle samo, co cętki cętek, a nawet piegi pie­gów.

Ale piegi mogą być różne. Mogą być drob­ne w po­sta­ci kro­pe­czek lub więk­sze ni­czym cętki. Stąd też spre­cy­zo­wa­łem, jakie kon­kret­nie mia­łem na myśli.

Czas te­raź­niej­szy po­pra­wiam.

Od stro­ny es­te­ty­ki (wła­snej, nie li­te­rac­kiej) wno­sisz wiele.

Cudna je­steś. ;)

Kam cięta ri­po­sta jest nie­mal tak atrak­cyj­na, jak Kam rzu­ca­ją­ca mię­chem.

"Wol­ność po­le­ga na tym, że mo­że­my czy­nić wszyst­ko, co nie przy­no­si szko­dy bliź­nie­mu na­sze­mu". Paryż, 1789 r.

No no, dawno nie czy­ta­łem tak faj­ne­go opo­wia­da­nia, które tak mocno wstrze­li­ło się w moje gusta :)

Tekst o el­fach i kra­sno­lu­dach roz­po­czy­na­ją­cy się w karcz­mie. Wy­da­wać by się mogło, że coś, co za­czy­na się tak okle­pa­nie, dobre być nie może. A jed­nak! Zła­ma­łeś wszel­kie ste­reo­ty­py. Nie są­dzi­łem, że kie­dy­kol­wiek, czy­ta­jąc o ru­basz­nych i za­twar­dzia­łych kra­sno­lu­dach, będę w sta­nie się wzru­szyć. A wzru­szy­łem się i prze­ją­łem lo­sa­mi bo­ha­te­rów, na świę­tą babę chy­trą, i to kon­kret­nie!

Tak się chyba wy­da­rzy­ło, że to pierw­sze Twoje opo­wia­da­nie, jakie prze­czy­ta­łem. I je­stem za­chwy­co­ny. Sty­lem, w pełni ob­ra­zo­wy­mi opi­sa­mi, acz nie prze­sa­dzo­ny­mi, mię­si­sty­mi i wia­ry­god­ny­mi dia­lo­ga­mi, uży­tym ję­zy­kiem, który ide­al­nie wpa­so­wu­je się w kon­wen­cję.

Wciąż my­śla­łem, a może bar­dziej mia­łem na­dzie­ję, że ko­niec bę­dzie inny. Po­zy­tyw­niej­szy. Że Raj­mund ja­kimś spo­so­bem za­cho­wa życie. Jed­nak scena w celi i speł­nie­nie ukry­tych ma­rzeń, wzmian­ka o stra­co­nych w życiu szan­sach, to wszyst­ko cud miód. Choć przy­kre, zde­cy­do­wa­nie bar­dziej sa­tys­fak­cjo­nu­ją­ce roz­wią­za­nia.

Mie­szan­ka swoj­skie­go, kra­sno­ludz­kie­go kli­ma­tu z po­waż­ną, jakby nie było, hi­sto­rią oka­za­ła się dla mnie sil­nym po­wie­wem świe­żo­ści i strza­łem w szóst­kę. Tfu, zna­czy w dzie­siąt­kę, jesz­cze tę kręgi mam przed ocza­mi :D

No i cóż tu wię­cej rzec. Pięk­ne to było ni­czym fa­lu­ją­ce bio­dra kra­sno­ludz­kiej dziew­ki!

Po­zdra­wiam :)

Chro­ści­sko, ale cętki nie są jed­nost­ką miary pie­gów. Tak samo mógł­byś mówić war­ko­cze wło­sów. Cho­ciaż by­ło­by miło, gdyby ktoś jesz­cze się do tego od­niósł i wy­pro­wa­dził mnie z błędu, jeśli się mylę.

 

Resz­ty two­jej od­po­wie­dzi nie sko­men­tu­ję, bo je­steś po pro­stu bez­czel­ny. Dzie­sięć minut (a może nawet je­de­na­ście) my­śla­łam nad tym, jak ci do­piec, a ty mnie jesz­cze tak ob­ra­żasz. Bez­czel­ność, dro­dzy pań­stwo, bez­czel­ność.

www.instagram.com/mika.modrzynska.pisarka/

Cho­ciaż by­ło­by miło, gdyby ktoś jesz­cze się do tego od­niósł i wy­pro­wa­dził mnie z błędu, jeśli się mylę.

Nie wiem, Kam, czy wy­pro­wa­dzę Cię z błędu, ale tu zna­la­złam taki przy­kład: Usi­ło­wał przy­ozdo­bić uśmie­chem po­cęt­ko­wa­ną pie­ga­mi twarz… Mort. Dni I, 34

Gdyby ci, któ­rzy źle o mnie myślą, wie­dzie­li co ja o nich myślę, my­śle­li­by o mnie jesz­cze go­rzej.

Resz­ty two­jej od­po­wie­dzi nie sko­men­tu­ję, bo je­steś po pro­stu bez­czel­ny. Dzie­sięć minut (a może nawet je­de­na­ście) my­śla­łam nad tym, jak ci do­piec, a ty mnie jesz­cze tak ob­ra­żasz. Bez­czel­ność, dro­dzy pań­stwo, bez­czel­ność.

Dzię­ki za no­mi­na­cję, Kam :)

 

Re­aluc,

No no, dawno nie czy­ta­łem tak faj­ne­go opo­wia­da­nia

Cóż mogę rzec? Dawno nie czy­ta­łem tak mi­łe­go ko­men­ta­rza. :)

(No dobra, ko­men­tarz Kam był rów­nie miły, choć w nieco in­nych re­je­strach.)

"Wol­ność po­le­ga na tym, że mo­że­my czy­nić wszyst­ko, co nie przy­no­si szko­dy bliź­nie­mu na­sze­mu". Paryż, 1789 r.

Phi! Mój ko­men­tarz wcale nie był miły. Łatwo cię za­do­wo­lić, Chro­ści­sko.

 

Nie wiem, Kam, czy wy­pro­wa­dzę Cię z błędu, ale tu zna­la­złam taki przy­kład: Usi­ło­wał przy­ozdo­bić uśmie­chem po­cęt­ko­wa­ną pie­ga­mi twarz… Mort. Dni I, 34

 

Nie do końca je­stem za­do­wo­lo­na z tego przy­kła­du, bo po­cho­dzi sprzed trzy­stu lat i w do­dat­ku to nie do końca to samo, co w tym nie­szczę­snym zda­niu Chro­ści­ska, ale jeśli ty, re­gu­la­to­rzy, po­wiesz, że “cętki pie­gów” są wy­ra­że­niem po­praw­nym – uwie­rzę i grzecz­nie za­ko­pię topór.

www.instagram.com/mika.modrzynska.pisarka/

Kam, ja także, z racji że słow­nik W. Do­ro­szew­skie­go to dość wie­ko­we już dzie­ło, z pew­nym dy­stan­sem pod­cho­dzę do cy­ta­tów w nim za­war­tych, ale skoro pro­si­łaś o jakiś odzew, po­da­łam przy­kład. Rze­czo­ne zda­nie nie razi mnie i nie za­rzu­ci­ła­bym Chro­ści­sko ple­ona­zmu.

Poza tym, jak za­wsze w po­dob­nych przy­pad­kach, mogę tylko dodać, że to opo­wia­da­nie Chro­ści­sko i wy­łącz­nie od niego za­le­ży, ja­ki­mi sło­wa­mi bę­dzie na­pi­sa­ne. ;)

Gdyby ci, któ­rzy źle o mnie myślą, wie­dzie­li co ja o nich myślę, my­śle­li­by o mnie jesz­cze go­rzej.

Łatwo cię za­do­wo­lić, Chro­ści­sko.

Wiem, Kam, żona po­wta­rza mi to bar­dzo czę­sto. ;)

 

Co do pie­gów.

Chro­ści­sko, ale cętki nie są jed­nost­ką miary pie­gów.

Cętki nie od­no­si­ły się do miary ilo­ści pie­gów, a ich wy­glą­du. Mo­że­my mieć piegi drob­niut­kie, wtedy na­pi­sał­bym “kro­pe­czek pie­gów”, albo więk­sze, kla­sycz­ne tak jak tutaj, w for­mie cętek. Mo­że­my mieć też piegi bar­dzo in­ten­syw­ne, które nie wy­glą­da­ją już nawet jak cętki, a po­kry­wa­ją nie­re­gu­lar­nie całą po­wierzch­nię twa­rzy.

słow­nik W. Do­ro­szew­skie­go to dość wie­ko­we już dzie­ło

Ow­szem, i dla­te­go jest ide­al­nym źró­dłem do tek­stów sty­li­zo­wa­nych na dawne wieki.

"Wol­ność po­le­ga na tym, że mo­że­my czy­nić wszyst­ko, co nie przy­no­si szko­dy bliź­nie­mu na­sze­mu". Paryż, 1789 r.

Bar­dzo fajny tekst. Prze­my­śla­na fa­bu­ła, humor, bo­ha­te­ro­wi. Może kre­acja świa­ta nie po­wa­la na ko­la­na, ale tutaj bar­dziej cho­dzi i mię­si­stą fa­bu­łę no i świet­nie skro­jo­ne dia­lo­gi. Chyba pi­sa­łem ci już to przy po­przed­nim tek­ście z tego uni­wer­sum, że odro­bi­nę ko­ja­rzy mi się to z kra­sno­lu­da­mi z z Ham­dir­holm pióra świę­tej pa­mię­ci Woj­ciech Świ­dzi­niew­skie­go.

Ogól­nie dobre opo­wia­da­nie, które prze­czy­ta­łem z przy­jem­no­ścią. Gra­tu­lu­ję pu­bli­ka­cji w Bia­łym Kruku i cze­kam na ko­lej­ny tekst z tego uni­wer­sum :)

cze­kam na ko­lej­ny tekst z tego uni­wer­sum :)

Zo­ba­czy­my. Nie pla­no­wa­łem w naj­bliż­szej przy­szło­ści tego uni­wer­sum eks­plo­ato­wać, bo jak sam za­uwa­ży­łeś:

kre­acja świa­ta nie po­wa­la na ko­la­na

Choć nie ukry­wam, że jeden po­mysł cho­dzi mi po gło­wie. Kto wie?

 

Dzię­ku­ję za no­mi­na­cję.

"Wol­ność po­le­ga na tym, że mo­że­my czy­nić wszyst­ko, co nie przy­no­si szko­dy bliź­nie­mu na­sze­mu". Paryż, 1789 r.

Skoro cho­dzi po gło­wie to trze­ba go z niej wy­pu­ścić. Aku­rat ja je­stem tar­ge­tem ta­kich lek­kich, ru­basz­nych hi­sto­rii spod znaku fan­ta­sy. Sam lubię takie pisać, dla­te­go też lubię takie czy­tać :)

Skoro cho­dzi po gło­wie to trze­ba go z niej wy­pu­ścić.

Może nie­zbyt jasno się wy­ra­zi­łem. Ra­czej bar­dzo po­wo­li doj­rze­wa. :)

Sam lubię takie pisać, dla­te­go też lubię takie czy­tać :)

Chęt­nie się za­po­znam. Py­te­asz już czeka w ko­lej­ce na wie­czor­ny seans.

"Wol­ność po­le­ga na tym, że mo­że­my czy­nić wszyst­ko, co nie przy­no­si szko­dy bliź­nie­mu na­sze­mu". Paryż, 1789 r.

Niech więc doj­rze­wa, to ważna rzecz :)

Aku­rat przy­go­dy Py­te­asza na­pi­sa­ne są w innym kli­ma­cie (dość eks­pe­ry­men­tal­ny – za co do­sta­łem po gło­wie w ko­men­ta­rzach). Ale na por­ta­lu wiszą dwa opo­wia­da­nia (Sta­ro­ti­raj­skie prawo od­we­tu oraz Dia­ment i cyr­ko­nia), które wpi­su­ją się w sty­li­sty­kę lek­kiej fan­ta­sy.

Opo­wia­da­nie za­po­wia­da­ło się kla­sycz­nie. Koń­ców­ka jed­nak mnie zu­peł­nie za­sko­czy­ła. Ko­rup­cja wy­do­by­cie mi­ne­ra­łów, hi­sto­ria, w któ­rej po­wsta­je łań­cuch za­leż­no­ści, to wszyst­ko na­pi­sa­ne spraw­nie i w kon­wen­cji. Na końcu zaś kat musi ściać sam sie­bie, to za­sko­czył mnie.  Tylko albo czy­ta­łem nie­uważ­nie albo … No wła­śnie za co ścię­li kata? Ni­g­dzie nie było prze­słan­ki ani wy­ja­śnie­nie­nia.

 

Ostat­nio może nie je­stem w naj­lep­szej for­mie in­te­lek­tu­al­nej, ale z tego co czy­ta­łem to katów cza­sem tłum lin­czo­wał gdy za­wa­li­li spra­wę i mu­sie­li ude­rzać wie­lo­krot­nie, ale nor­mal­nie za błąd prawo kata nie ka­ra­ło. 

 

 

 

No wła­śnie za co ścię­li kata? Ni­g­dzie nie było prze­słan­ki ani wy­ja­śnie­nie­nia.

Za par­tac­two przy eg­ze­ku­cji Tow­ri­na.

ale z tego co czy­ta­łem to katów cza­sem tłum lin­czo­wał gdy za­wa­li­li spra­wę i mu­sie­li ude­rzać wie­lo­krot­nie

Sam sobie od­po­wie­dzia­łeś. ;)

 

Prze­sła­nek jest wiele:

 

  1. Opis egzekucji
  1. Odmowa skorzystania przez skazańca z usług balwierza, przez co kat nie widział dokładnie, w które miejsce uderzyć.
  1. Prośba żony kata o wycofanie skargi.

– Pro­szę, nie wno­ście skar­gi. On jest jesz­cze za młody, by iść na spo­czy­nek. Mamy trój­kę dzie­ci.

– Ja też mam trój­kę dzie­ci. Trój­kę sie­rot.

– Bła­gam, okaż li­tość. Bądź­że kra­sno­ludz­ka!

– Wszy­scy­ście wie­dzie­li, że Raj­mund był nie­win­ny. Ten twój par­tacz także. Dra­gens­borg to nie miej­sce dla par­ta­czy.

  1. Przemyślenia kata idącego na szafot:

Mu­sia­ła go tak tu­czyć? ‒ po­my­ślał kat. Aż trzy cię­cia, co za wstyd.

"Wol­ność po­le­ga na tym, że mo­że­my czy­nić wszyst­ko, co nie przy­no­si szko­dy bliź­nie­mu na­sze­mu". Paryż, 1789 r.

Oj, po­do­ba­ło się i to bar­dzo. I to od po­cząt­ku, a za­czą­łeś karcz­mą, ko­lej­ne, n-te już w tym mie­sią­cu opko, które za­czy­na się od sceny w karcz­mie. Twoje jed­nak od po­cząt­ku do­brze się czy­ta­ło, może to za spra­wą tej pust­ki w lo­ka­lu, albo ra­czej tej muchy. ;) Kra­sno­lud, też nie no­wi­na, ale ja tam nic do kra­sno­lu­dów nie mam, nawet lubię. Po­do­bał mi się łań­cu­szek wpa­da­ją­cych do lo­chów miesz­kań­ców Dra­gens­bor­ga, och te wku­rzo­ne kra­sno­ludz­kie baby…

A potem ta ostat­nia noc. I ru­basz­ny kra­sno­lud oka­zu­je się głę­bo­ko… chcia­łam na­pi­sać ludz­ki, ale po na­my­śle do­szłam do wnio­sku, że lep­szym okre­śle­niem bę­dzie hu­ma­ni­stycz­ny. Oj­czy­zna go zdra­dzi­ła, ale on po­tra­fi się wznieść ponad to, nie sie­dzi, nie wy­rze­ka, nie prze­kli­na, ale daje sobie i żonie naj­lep­sze, co może dać. To było na­praw­dę pięk­ne, kiedy tak sie­dzie­li obok sie­bie i czer­wo­ni ze wsty­du ła­ma­li uświę­co­ne tabu, roz­ma­wia­li o rze­czach, o któ­rych zwy­kle się mil­czy.

I ta ero­tycz­na scena, te cie­nie na ścia­nie. Zro­bi­łeś to świet­nie, sub­tel­nie, a jed­no­cze­śnie do­sad­nie. Cu­deń­ko. Może tylko:

Przy­po­mniał sobie chwi­lę, gdy Ma­tyl­da, owi­nąw­szy war­ko­cze jego wąsów wokół swo­ich kłyk­ci, do­sia­dła go ni­czym wa­ła­cha. No, może nie wa­ła­cha, wszak ni­cze­go mu nie bra­ko­wa­ło.

Wy­wa­li­ła­bym, nie żeby mi spe­cjal­nie prze­szka­dza­ło, ale do­ro­śli je­ste­śmy, odro­bi­nę wy­obraź­ni mamy i ło­pa­to­lo­gię uwa­żam za zbęd­ną. ;)

Poza tym jed­nak wście­kle Ci tej osta­niej nocy za­zdrosz­czę. ;)

I wresz­cie prze­czy­ta­łam za­koń­cze­nie i… jak ja się wku­rzy­łam. Kur­cze, je­dy­ny spra­wie­dli­wy, a tyś go nie tylko zabił. Za­mor­do­wa­łeś ze szcze­gól­nym okru­cień­stwem! No, jakże tak można, prze­cież ura­to­wać mo­głeś.

Kiedy mi już tro­chę złość prze­szła, do­szłam do wnio­sku, że pa­dłeś ofia­rą wła­snej opo­wie­ści. Jeśli Tor­wi­na za­bi­jesz, mu­sisz się li­czyć za ta­ki­mi re­ak­cja­mi,jak moja. Jeśli jed­nak go ura­tu­jesz, z krwi­ste­go bef­szty­ku zrobi się so­jo­wy mie­lo­ny. Więc sza­cun za kon­se­kwen­cję.

Poza tym, gdy­byś go ura­to­wał, nie wy­brzmia­ło­by to, co przy­naj­mniej ja na końcu usły­sza­łam. Bo co się tam wła­ści­wie stało? Czte­rech ludzi zgi­nę­ło, bo (pal sześć udział kra­sno­ludz­kich bab) banda wło­da­rzy, któ­rzy nigdy pro­chu nie wą­cha­li, w bi­twie udzia­łu nie brali, śmier­ci w oczy nie pa­trzy­li ro­ści­ła sobie prawo do wy­ro­ko­wa­nia co jest, a co nie jest ho­no­ro­we, czy tam pa­trio­tycz­ne.

Chęt­nie bym prze­czy­ta­ła opko, w któ­rym będą zmu­sze­ni skon­fron­to­wać swoje wznio­słe prze­ko­na­nia z bru­tal­ną rze­czy­wi­sto­ścią wojny.

 

I jesz­cze: gdy­byż tak kaci rze­czy­wi­ście sami po­cią­ga­li za sznu­rek.

I… czy tylko ja mam wra­że­nie, że to nie jest opo­wieść o Dra­gens­bor­gu, że tak na­praw­dę toczy się w innym świe­cie i in­nych cza­sach?

 

A tak w ogóle, tego… z za­zdro­ści… ;)

Chcia­ła­bym w końcu prze­czy­tać coś opty­mi­stycz­ne­go!

Bar­dzo dobre opo­wia­da­nie. Jedno z tych, które bie­rze ogra­ny temat (kra­sno­lu­dy i ich cechy), a na­stęp­nie bu­du­je wo­ko­ło nich dra­ma­tycz­ną hi­sto­rię. W tym wy­pad­ku bez happy endu, za co na­le­żą się do­dat­ko­we brawa.

Naj­moc­niej chyba prze­ma­wia uka­za­nie ty­po­wych cech ni­skich bro­da­czy w ciem­niej­szym świe­tle. Ob­se­sja prawa, nie­wy­ba­cza­nie ura­zów, kom­bi­na­tor­stwo – to wszyst­ko spro­wa­dza tra­ge­dię na mniej lub bar­dziej win­nych kra­sno­lu­dów. Szcze­gól­nie prze­ma­wia po­ka­za­nie, jak dra­mat się na­krę­ca. Tak więc ten ludz­ki ele­ment wy­cho­dzi naj­le­piej i naj­bar­dziej wpły­wa na imer­sję.

Było jed­nak po dro­dze kilka zgrzy­tów. Choć­by “primo”, “se­cun­do” oraz dwa po­zo­sta­łe wzię­te z ła­ci­ny wy­li­cze­nia mocno wy­bi­ja­ją – pa­su­ją może do ję­zy­ka, ale nie do fan­ta­stycz­ne­go uni­wer­sum, na któ­rym ba­zu­jesz.

To jed­nak mniej­sze drob­nost­ki, bo ca­łość kon­cer­tu fa­jer­wer­ków jest de­fi­ni­tyw­nie sa­tys­fak­cjo­nu­ją­ca :)

Won't so­me­bo­dy tell me, an­swer if you can; I want so­me­one to tell me, what is the soul of a man?

Irko, Twój ko­men­tarz spra­wił mi wiele przy­jem­no­ści. +100 punk­tów do mo­ty­wa­cji. +1000 do wła­sne­go ego. Szcze­gól­nie że mia­łem pewne obawy, jak tekst zo­sta­nie ode­bra­ny. Raz, bo takie kla­sycz­ne fan­ta­sy nie miewa tu naj­wyż­szych not, dwa, że płyta już dość zgra­na, trzy, że jak słusz­nie za­uwa­ży­łaś, bar­dziej ba­nal­nie za­czy­nać się nie może.

Jedna ta scena jest dla mnie szcze­gól­na. I myślę, że w po­dzię­ko­wa­niu za te wszyst­kie miłe słowa, które na­pi­sa­łaś, od­sło­nię Ci ka­wa­łek mej duszy i zdra­dzę dla­cze­go.

 

Dzia­ło się to latem ubie­głe­go roku, kiedy tra­fi­łem na por­tal. Kom­plet­na świe­żyn­ka, która z wy­jąt­kiem roz­praw na­uko­wych, nic nigdy nie pu­bli­ko­wa­ła, która nawet na żad­nym por­ta­lu li­te­rac­kim nie miała konta. Ot, przy­pa­łę­tał się taki zni­kąd i z ni­czym.

Po kilku ty­go­dniach dys­kret­ne­go czy­ta­nia, be­to­wa­nia oraz ob­ser­wo­wa­nia tej oso­bli­wej spo­łecz­no­ści, zy­ska­łem pew­ność, że tak, od­naj­dę się w tym miej­scu. Przy­szedł więc czas, by się przed­sta­wić.

Nie, Irko, nie sko­rzy­sta­łem z wątku po­wi­tal­ne­go jak każdy przy­zwo­ity użysz­kow­nik. Do­pa­dła mnie ułań­ska fan­ta­zja, więc po­sta­no­wi­łem się po­ka­zać w innym miej­scu, mrocz­nym i peł­nym złych ludzi, gdzie za­mie­rza­łem rzu­cić wy­zwa­nie miej­sco­wym sta­rym wy­ja­da­czom, a je­dy­nie, na co mo­głem li­czyć, to so­lid­ny wpier­dol. Tak, to nasza por­ta­lo­wa karcz­ma → https://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/18307

 

W ta­kich wła­śnie oko­licz­no­ściach po­wsta­ła pierw­sza scena tego opo­wia­da­nia. Wątek był wów­czas chwi­lo­wo po­rzu­co­ny, stąd też karcz­ma jest pusta, w po­stać karcz­ma­rza wcie­lał się zwy­kle Ba­ilo­ut, stąd ta mucha, aby go roz­sier­dzić.

Na­pi­sa­łem więc tę scenę, która miała być moim por­ta­lo­wym „entré”, jed­nak na nic mi się ona zdała, bo los chciał ina­czej. Kiedy wsze­dłem do karcz­my, ta była już pełna awan­tur­ni­ków go­to­wych do bitki i wy­star­czy­ła jedna nieco spro­śna uwaga w kie­run­ku do­stoj­nej Fin­kli, by wszy­scy chcie­li mnie wy­grzmo­cić.

 

Ehhh, stare dobre czasy. Ja zaś zo­sta­łem z tą kar­czem­ną sceną ni­czym Hi­mils­bach z an­giel­skim.

Dużo, dużo póź­niej, gdy pi­sa­łem już hi­sto­rię Raj­mun­da Tow­ri­na, przy­po­mnia­łem sobie o niej i stwier­dzi­łem, że bę­dzie ide­al­na na po­czą­tek tego opo­wia­da­nia. Nieco ją zmo­dy­fi­ko­wa­łem, ale kilka szcze­gó­łów zo­sta­ło. :)

 

Wra­ca­jąc do sa­me­go tek­stu.

Przy­po­mniał sobie chwi­lę, gdy Ma­tyl­da, owi­nąw­szy war­ko­cze jego wąsów wokół swo­ich kłyk­ci, do­sia­dła go ni­czym wa­ła­cha. No, może nie wa­ła­cha, wszak ni­cze­go mu nie bra­ko­wa­ło.

Wy­wa­li­ła­bym, nie żeby mi spe­cjal­nie prze­szka­dza­ło, ale do­ro­śli je­ste­śmy, odro­bi­nę wy­obraź­ni mamy i ło­pa­to­lo­gię uwa­żam za zbęd­ną. ;)

Ro­zu­miem co masz na myśli, bo masz rację, że te zda­nia kon­tra­stu­ją z wcze­śniej­szą sub­tel­no­ścią. Po­zwól jed­nak, że po­zo­sta­wię tak, jak jest.

Ta scena jest nieco zbyt de­li­kat­na, jak na kra­sno­lu­dy, więc ta ło­pa­to­lo­gia ma nieco dodać gru­biań­stwa (Poza tym zdra­dzę Ci, że w pier­wot­nej wer­sji tego zda­nia nie było, i moją żonę wiel­ce za­in­try­go­wa­ło, cóż ta­kie­go Ma­tyl­da z tymi wą­sa­mi ro­bi­ła. Mał­żon­ka do­ma­ga­ła się szcze­gó­łów, ćóż mo­głem zro­bić?).

Dzię­ku­ję Ci, Irko, jesz­cze raz za bar­dzo miłe słowa. I po­le­cam, wstąp cza­sem do na­szej por­ta­lo­wej karcz­my, o któ­rej wszel­ki słuch za­gi­nął. Dawno nie było tu żad­nej jatki.

 

No­Whe­re­Man, jakże pięk­ne są fa­jer­wer­ki Twe, jak miłe.

Co do ła­ci­ny, to spró­bu­je się wy­bro­nić. Czyż u Sap­kow­skie­go w Krwi Elfów nie­ja­ki ma­gi­ster Linus Pitt nie używa ła­ciń­skich nazw, przy okre­śla­niu ga­tun­ków? Używa. W moim opo­wia­da­niu zaś ła­ciń­skich nazw używa wy­słan­nik miej­skie­go ju­ry­sty, stąd też uzna­łem, że w jego ustach ła­ci­na bę­dzie jak naj­bar­dziej na miej­scu.

Druga spra­wa to, że moje uni­wer­sum jed­nak ba­zu­je na śre­dnio­wiecz­nej Eu­ro­pie, a nawet bar­dzo kon­kret­nym jej re­gio­nie, więc za­rów­no ła­ci­na, jak i pewne ślą­sko-nie­miec­kie, lub sta­ro­pol­skie, wtrą­ce­nia są ce­lo­we.

"Wol­ność po­le­ga na tym, że mo­że­my czy­nić wszyst­ko, co nie przy­no­si szko­dy bliź­nie­mu na­sze­mu". Paryż, 1789 r.

Ładna pętla. Acz ry­su­je się na tyle wy­raź­nie, że przed­wcze­śnie za­czę­łam się za­sta­na­wiać, co musi się stać, żeby żona z naj­wyż­szej war­stwy mu­sia­ła bła­gać o pomoc tę naj­niż­szą. Plus dla Cie­bie, że tego roz­wią­za­nia nie prze­wi­dzia­łam. :-)

Cie­ka­wi mnie za to, czy w po­zo­sta­łych przy­pad­kach też baby w ra­mach ze­msty le­cia­ły z do­no­sem, gdzie trze­ba. Bo jak na zbieg oko­licz­no­ści, to po­dej­rza­nie wy­glą­da…

Pięk­ny opis gry cieni. Pe­reł­ka.

I jesz­cze fajne na­zwi­ska. Nie wiem, jak miało być, ale ja tu do­strze­gam na­wią­za­nia do re­wo­lu­cji fran­cu­skiej.

Jeśli mia­ła­bym się cze­goś cze­piać, to prze­chy­łu na stro­nę oby­cza­jo­wą. W tej hi­sto­rii mamy kra­sno­lu­dy, bo Autor tak mówi. Ale gdyby za­stą­pić je ludź­mi, opo­wieść by się wiele nie zmie­ni­ła. I lu­dzie są zdol­ni do wojen, za­kła­da­nia osad gór­ni­czych i bu­do­wa­nia gi­lo­tyn. W sumie, naj­bar­dziej by chyba ucier­pia­ła ostat­nia noc mał­żon­ków… ;-)

W gło­so­wa­niu będę na TAK, czyli.

Bab­ska lo­gi­ka rzą­dzi!

Co do ła­ci­ny, to spró­bu­je się wy­bro­nić.

Ge­ne­ral­nie Sap­kow­ski bro­nił się czę­sto ar­gu­men­tem, że jeśli byśmy mieli wy­ru­go­wać słowa ob­ce­go po­cho­dze­nia, to on w “Wiedź­mi­nie” mu­siał­by wy­my­ślić nowe na­zew­nic­two na “króla”. Wszy­scy się zga­dza­my, że to aku­rat prze­sa­da :) Jed­nak po­wiem szcze­rze, że aku­rat uży­wa­nie tej ła­ci­ny w książ­ce i mnie wy­bi­ło. Po pro­stu jest mocno cha­rak­te­ry­stycz­na i jed­no­znacz­nie ko­ja­rzą­ca się z na­szym wła­snym świa­tem.

Won't so­me­bo­dy tell me, an­swer if you can; I want so­me­one to tell me, what is the soul of a man?

Finl­ko, 

Cie­ka­wi mnie za to, czy w po­zo­sta­łych przy­pad­kach też baby w ra­mach ze­msty le­cia­ły z do­no­sem, gdzie trze­ba.

W po­zo­sta­łych przy­pad­kach nie bar­dzo było na kogo do­no­sić, bo kat wy­ko­nał swe za­da­nie wła­ści­wie.

Co do do­no­sów, to były w sumie dwa, jeden to Gal­lus Ca­he­ra na szefa, drugi to skar­ga Ma­tyl­dy na par­tac­two kata, wy­ni­ka­ją­ca już bar­dziej ze zgorzk­nie­nia niż woli ze­msty.

Resz­ta wy­da­rzeń dzia­ła się już sa­mo­ist­nie. Teo­re­tycz­nie Ma­tyl­da mogła do­nieść uprzed­nio na Gol­den­ma­ie­rów za płu­ka­nie złota, ale rów­nie do­brze mogli wpaść przy­pad­kiem. Ta kwe­stia po­zo­sta­ła nie­do­po­wie­dzia­na, i myślę, że do­brze. Niech czy­tel­nik sam sobie od­po­wie, jak wiel­ka była de­spe­ra­cja Ma­tyl­dy.

I jesz­cze fajne na­zwi­ska. Nie wiem, jak miało być, ale ja tu do­strze­gam na­wią­za­nia do re­wo­lu­cji fran­cu­skiej.

Jest jedno kon­kret­ne na­wią­za­nie, ale z wy­ja­śnie­nia­mi po­cze­kam na Dra­ka­inę. Myślę, że zrobi to le­piej ode mnie. ;)

Jeśli mia­ła­bym się cze­goś cze­piać, to prze­chy­łu na stro­nę oby­cza­jo­wą. W tej hi­sto­rii mamy kra­sno­lu­dy, bo Autor tak mówi. Ale gdyby za­stą­pić je ludź­mi, opo­wieść by się wiele nie zmie­ni­ła. I lu­dzie są zdol­ni do wojen, za­kła­da­nia osad gór­ni­czych i bu­do­wa­nia gi­lo­tyn.

Masz rację. Ale też nigdy nie ukry­wa­łem, że dla mnie fan­ta­sy to ko­lo­ro­wa oby­cza­jów­ka, a pod po­sta­cią in­nych ras, kryją się ludz­kie hi­sto­rie. Zresz­tą przy kre­acji tego świa­ta i mia­sta, mia­łem w gło­wie kon­kret­ne miej­sce i kon­kret­ny czas. Je­dy­nie ta gi­lo­ty­na wy­szła nieco przed sze­reg.

Ale też od tego jest fan­ta­sy, po­zwa­la wy­prze­dzać re­alia epoki i mie­szać ze sobą różne wy­da­rze­nia. W przy­pad­ku kla­sycz­ne­go świa­ta byłby to zgrzyt.

W gło­so­wa­niu będę na TAK, czyli.

:), czyli

 

No­Whe­re­Man,

Jed­nak po­wiem szcze­rze, że aku­rat uży­wa­nie tej ła­ci­ny w książ­ce i mnie wy­bi­ło.

Wró­ci­łem wczo­raj do tego frag­men­tu Krwi Elfów. Mnie ta ła­ci­na nie prze­szka­dza­ła w ogóle. Co wię­cej, w tej sce­nie jest cie­ka­wy sma­czek. Imię na­ukow­ca, Li­nu­sa Pitta, na­wią­zu­je do Ka­ro­la Lin­ne­usza, ojca współ­cze­snej sys­te­ma­ty­ki, więc ta ła­ci­na tym bar­dziej jest tam na miej­scu.

"Wol­ność po­le­ga na tym, że mo­że­my czy­nić wszyst­ko, co nie przy­no­si szko­dy bliź­nie­mu na­sze­mu". Paryż, 1789 r.

Myślę, że to więc kwe­stia gustu i cze­pial­stwa w kwe­stii de­ta­li ;)

Won't so­me­bo­dy tell me, an­swer if you can; I want so­me­one to tell me, what is the soul of a man?

Ostat­nio rzad­ko czy­tam opo­wia­da­nia na stro­nie, ale tutaj się sku­si­łam, bo spodo­bał mi się tytuł, a przed­mo­wa za­cie­ka­wi­ła. I nie za­wio­dłam się, bo “Szó­sty kręg szyj­ny” to po­rząd­ne, ra­so­we fan­ta­sy, w do­dat­ku o kra­sno­lu­dach, do któ­rych, nie ukry­wam, mam ogrom­ną sła­bość. Udało ci się wyjść poza sche­ma­ty – nie dość da­le­ko, by można było mówić o re­wo­lu­cji ga­tun­ko­wej, co praw­da, ale wy­star­cza­ją­co, by moje za­in­te­re­so­wa­nie fa­bu­łą nie sła­bło aż do końca – i stwo­rzyć krwi­stą, dra­ma­tycz­ną hi­sto­rię. Szcze­gól­nie spodo­bał mi się spo­sób, w jaki ko­lej­ne wy­da­rze­nia same sie­bie na­krę­ca­ją, wszyst­ko jest po­wią­za­ne, two­rzy się taka tro­chę spi­ra­la nie­szczęść, z któ­rych żadne nie jest przy­pad­ko­we.

Na­pi­sa­ne bar­dzo po­rząd­nie, samo się czyta.

Po­sta­ci tro­chę to­por­ne, mało wy­ra­zi­ste, na jedno ko­py­to. Nie do końca udało ci się odejść od ste­reo­ty­pu ru­basz­ne­go, wło­cha­te­go kra­sno­lu­da, ale ro­zu­miem, że nie taka była twoja in­ten­cja. Nie­mniej, moim zda­niem, przy­da­ło­by się ob­da­rzyć bo­ha­te­rów ja­ki­miś ce­cha­mi, które wy­róż­nia­ją ich z tłumu in­nych ru­basz­nych, wło­cha­tych kra­sno­lu­dów.

Ko­niec koń­ców, lek­tu­ra była jed­nak bar­dzo przy­jem­na.

three go­blins in a trench coat pre­ten­ding to be a human

Po­sta­ci tro­chę to­por­ne, mało wy­ra­zi­ste, na jedno ko­py­to. Nie do końca udało ci się odejść od ste­reo­ty­pu ru­basz­ne­go, wło­cha­te­go kra­sno­lu­da, ale ro­zu­miem, że nie taka była twoja in­ten­cja. Nie­mniej, moim zda­niem, przy­da­ło­by się ob­da­rzyć bo­ha­te­rów ja­ki­miś ce­cha­mi, które wy­róż­nia­ją ich z tłumu in­nych ru­basz­nych, wło­cha­tych kra­sno­lu­dów.

Za­pa­mię­tam na przy­szłość, bo uwaga jak naj­bar­dziej słusz­na. :)

Dzię­ki za od­wie­dzi­ny, Gra­vel­ko.

"Wol­ność po­le­ga na tym, że mo­że­my czy­nić wszyst­ko, co nie przy­no­si szko­dy bliź­nie­mu na­sze­mu". Paryż, 1789 r.

I po­le­cam, wstąp cza­sem do na­szej por­ta­lo­wej karcz­my, o któ­rej wszel­ki słuch za­gi­nął. Dawno nie było tu żad­nej jatki.

Zaj­rza­łam i też wes­tchnę­łam… z za­zdro­ścią. ;)

Chcia­ła­bym w końcu prze­czy­tać coś opty­mi­stycz­ne­go!

Ale też nigdy nie ukry­wa­łem, że dla mnie fan­ta­sy to ko­lo­ro­wa oby­cza­jów­ka, a pod po­sta­cią in­nych ras, kryją się ludz­kie hi­sto­rie.

No tak, ale dla mnie oby­cza­jów­ka jest nu­uud­na. Jeśli w fan­ta­sy magia (czy coś tam) nie od­gry­wa po­waż­nej roli, to kręcę nosem. Ty się bro­nisz nie­ty­po­wą hi­sto­rią (bandy na­jem­ni­ków/ry­ce­rzy ra­tu­ją­cych świat chyba bym nie zdzier­ży­ła).

Bab­ska lo­gi­ka rzą­dzi!

Dawno nie czy­ta­łam fan­ta­sy i po­wrót do niej to miła od­mia­na :) Za­ba­wi­łeś się tu kon­wen­cją, wplo­tłeś szcze­rą, ży­cio­wą hi­sto­rię o nie­zbyt ko­lo­ro­wym wy­dźwię­ku i za­da­łeś osta­tecz­ny cios bo­ha­te­rom. Wcią­gnę­ło mnie, za­in­te­re­so­wa­ło, przed­sta­wie­nie nar­ra­cji w spo­sób wę­ży­ka bo­ha­te­rów bar­dzo do­brze za­gra­ło ze smut­ną praw­dą, że w isto­cie każdy dba o wła­sne in­te­re­sy, wła­sne bez­pie­czeń­stwo, ucie­ka­jąc od pro­ble­mów in­nych, by cza­sem się nie “za­ra­zić”.

Tytuł tra­fio­ny, do­brze brzmią­cy, in­try­gu­ją­cy :)

Wy­ko­na­nie – pierw­sza klasa, świet­nym wła­dasz tu ję­zy­kiem.

Moim zda­niem no­mi­na­cje jak naj­bar­dziej za­słu­żo­ne.

No tak, ale dla mnie oby­cza­jów­ka jest nu­uud­na.

Wiem, Fin­klo, pa­mię­tam. Sorry za 100k Mu­mi­na ;)

 

Aryo, dzię­ki za ko­men­tarz i kom­ple­men­ta. Może nie­dłu­go we Wro, któż to wie?

"Wol­ność po­le­ga na tym, że mo­że­my czy­nić wszyst­ko, co nie przy­no­si szko­dy bliź­nie­mu na­sze­mu". Paryż, 1789 r.

Świet­na hi­sto­ria. Niby za­po­wia­da się happy and, że kat oszczę­dzi Tor­wi­na, i nic z tego. To twar­de lą­do­wa­nie jest zna­ko­mi­te. Uni­wer­sum jest prze­ko­nu­ją­ce, kon­wen­cja kra­sno­ludz­ka za­cho­wa­na, ale bez ka­ry­ka­tu­ral­nych prze­sad. Mam jedno py­ta­nie: Kim jest “Świę­ta Matka kra­sno­ludz­ka”?

Może nie­dłu­go we Wro, któż to wie?

Za­iste, któż to wie :D Ale może jed­nak…?

Mam jedno py­ta­nie: Kim jest “Świę­ta Matka kra­sno­ludz­ka”?

Kra­sno­lud, jak więk­szość ro­zum­nych istot, też musi w coś wie­rzyć. :)

A w co? To już jest temat na cał­kiem nowe opo­wia­da­nie.

Dzię­ki za od­wie­dzi­ny, Ni­kol­zol­ler­nie.

"Wol­ność po­le­ga na tym, że mo­że­my czy­nić wszyst­ko, co nie przy­no­si szko­dy bliź­nie­mu na­sze­mu". Paryż, 1789 r.

Grat­ki, po­rząd­nie na­pi­sa­ne opo­wia­da­nie, z rzad­ko po­ja­wia­ją­cą się peł­no­krwi­stą bo­ha­ter­ką ko­bie­cą. Tym bar­dziej – taką bo­ha­ter­ką. Po­wiem tak – fan­ta­sy to nie moja bajka, wła­ści­wie Sap­kow­ski, Ur­su­la i długo długo nic. Dla­cze­go? Bo w fan­ta­sy naj­ła­twiej wpaść pod brzy­twę Lema. I u Cie­bie, oba­wiam się, taki wla­śnie przy­pa­dek za­ist­niał. Jest coś, co na­zwał­bym ro­bo­czo i prze­wrot­nie “Pro­ce­sem” w świe­cie kra­sno­lu­dów. Czyli stu­dium bez­rad­no­ści czło­wie­ka (i nie­waż­ne, że die do końca czło­wie­ka) wobec Sys­te­mu. Jesz­cze w po­wi­ja­kach, jesz­cze nie do końca bez­na­mięt­ne­go, ale już nie­wąt­pli­wie – Sys­te­mu. Ale… to by się mogło rów­nie do­brze dziać w ja­kimś księ­stwie nie­miec­kim w XVII wieku na przy­kład. Czy gdzieś. Cały szta­faż fan­ta­sy, choć mógł za­grać, u Cie­bie świa­do­mie chyba nie za­grał, bo nie do­strze­głem ani ani…

Tro­chę więc to Twoje nie­naj­gor­sze, lecz nie fan­ta­stycz­ne ga­tun­ko­wo opko przy­po­mi­na mi ry­sun­ko­we bajki (jesli wiesz, co mam na myśli) – dla dzie­ci, w któ­rych za­miast ludzi wy­stę­pu­ją zwie­rząt­ka. Choć nie wia­do­mo po co (poza przy­cią­gnię­ciem dzie­ci – lu­bia­cych zwie­rząt­ka wła­śnie w wieku lat kilku – ponad miarę, owe zwie­rząt­ka są do końca zan­tro­po­mor­fi­zo­wa­ne. w za­sa­dzie mo­gli­by za­miast nich wy­ste­po­wać zwy­kli lu­dzie , no ale wtedy wy­szło­by, że dzie­ciacz­ki do­sta­ją nie bajkę, lecz zwy­czaj­ną, tylko star­ge­to­wa­ną pod nie soap operę;).) . U Cie­bie wła­śnie coś ta­kie­go, po mo­je­mu, za­ist­nia­ło. Bez szta­fa­żu fan­ta­sy, by­ło­by to opko o zwy­czaj­nych lu­dziach, wła­ści­wie.

No chyba, że sta­no­wi­ło­by frag­ment wiek­szej ca­ło­ści, w któ­rej jed­nak jakaś fan­ta­sty­ka by była.

 

Że za mi­strza Gu­il­lo­ti­ne’a robi La­vo­isier – no trud­no, jakoś prze­bo­la­łem ;).

Pod­su­mo­wu­jąc – bar­dzo dobre opko an­ty­sys­te­mo­we i mó­wią­ce coś o lu­dziach.

Mało fan­ta­stycz­ne, nie­ste­ty.

Pozdr.

Zwró­cić piór­ko Sowom i Skow­ron­kom z Ke­ple­ra!

Nie czy­ta­łam ko­men­ta­rzy, więc może się po­wtó­rzę. 

Tag “kra­sno­lu­dy” od­stra­sza mnie sku­tecz­nie, jed­nak po­sta­no­wi­łam prze­czy­tać i nie ża­łu­ję. Na­pi­sa­ne na­praw­dę do­brze, mimo że język nie do końca współ­cze­sny. Bar­dzo po­do­ba­ła mi się ko­lej­ność wy­da­rzeń. Świet­nie wy­kre­owa­łeś bo­ha­te­rów, nie spo­sób ich nie lubić. Tro­chę mi Dra­gens­borg ko­ja­rzy się z Lu­bli­nem, a kon­kret­nie z ryn­kiem i oko­li­ca­mi. Taki kli­mat po­dob­ny wy­czu­łam. 

Bar­dzo po­do­ba­ły mi się cha­rak­ter­ki kra­sno­lu­dów. Wpa­da­nie w złość, rzu­ca­nie mię­sem (pizdo nie­do­my­ta? xD). Pięk­nie. 

Mia­łam na­dzie­ję na jakiś happy end, ale takie za­koń­cze­nie jest zde­cy­do­wa­nie lep­sze.

Bar­dzo dobre opo­wia­da­nie. Czy­ta­łam z przy­jem­no­ścią.

Rry­ba­ku, masz wiele racji, że te kra­sno­lu­dy mo­gły­by być rów­nie do­brze ludź­mi, bo i ludz­kie pro­ble­my są tu opi­sa­ne. Czy mo­gło­by się to dziać w XVII-wiecz­nym nie­miec­kim mia­stecz­ku? Teo­re­tycz­nie tak, jed­nak byłby to duży ogra­nicz­nik, bo trze­ba by wów­czas dbać o re­alizm hi­sto­rycz­ny. Wszak ni­g­dzie w hi­sto­rii zna­ne­go świa­ta nie było mia­sta o takim sys­te­mie praw­nym, ogra­ni­cza­ło­by to rów­nież fa­bu­łę i łą­cze­nie ele­men­tów śre­dnio­wiecz­nych z póź­niej­szy­mi (choć­by ów wspo­mnia­ny La­vo­isier).

Dla­te­go też, by nie wy­wo­ły­wać w czy­tel­ni­ku po­czu­cia sprzecz­no­ści z praw­dą hi­sto­rycz­ną, zde­cy­do­wa­łem się na kra­sno­lu­dy. Tym bar­dziej że po­zwo­li­ło to na roz­wi­nię­cie kwe­stii emo­cjo­nal­nej i uka­za­nie tej rasy w nieco innym świe­tle niż kla­sycz­na. Przy­znam rów­nież, że nie przy­po­mi­nam sobie scen sub­tel­nych czy ero­tycz­nych z udzia­łem tych stwo­rów, było więc to ko­lej­nym wy­zwa­niem, czy uda się przed­sta­wić pięk­no ko­bie­ty, która wedle współ­cze­snych ludz­kich stan­dar­dów za pięk­ną ucho­dzić by nie mogła.

Co do La­vo­isie­ra, gdy prze­czy­ta­łem hi­sto­rię jego śmier­ci, wie­dzia­łem, że to wła­śnie on musi być moim katem. Uoso­bie­nie pro­fe­sjo­na­li­zmu i pasji tak moc­nej, że nawet swoją śmierć wy­ko­rzy­stał dla po­trzeb nauki.

Wiem, Rry­ba­ku, że lu­bisz tek­sty na­wią­zu­ją­ce do współ­cze­snych wy­da­rzeń i za­ha­cza­ją­ce o po­li­ty­kę. Dla­te­go po­le­cę Ci jesz­cze jedno opo­wia­da­nie z tego uni­wer­sum, może nie tak dobre jak to, ale za to w dużo więk­szym stop­niu na­wią­zu­ją­ce do na­szej współ­cze­sno­ści, i tak, zde­cy­do­wa­nie prze­śmiew­cze za­rów­no dla tych z prawa, jak i z lewa → Wieśg­min.

 

Saro, dzię­ku­je za miłe słowa i pół­TA­Ka. Lu­blin? No nie do końca, choć znowu wcale nie tak da­le­ko. Zresz­tą, śre­dnio­wiecz­ne eu­ro­pej­skie mia­stecz­ka były za­pew­ne do sie­bie po­dob­ne.

 

 

"Wol­ność po­le­ga na tym, że mo­że­my czy­nić wszyst­ko, co nie przy­no­si szko­dy bliź­nie­mu na­sze­mu". Paryż, 1789 r.

Przy­znam rów­nież, że nie przy­po­mi­nam sobie scen sub­tel­nych czy ero­tycz­nych z udzia­łem tych stwo­rów,

Gdzieś (u Prat­chet­ta?) było wspo­mnia­ne, że kra­sno­lu­dzi­ce są bro­da­te i ja­kie­kol­wiek za­lo­ty za­czy­na­ją się od dy­plo­ma­tycz­ne­go wy­ba­da­nia płci wy­bran­ka. ;-)

Bab­ska lo­gi­ka rzą­dzi!

Gdzieś (u Prat­chet­ta?) było wspo­mnia­ne, że kra­sno­lu­dzi­ce są bro­da­te i ja­kie­kol­wiek za­lo­ty za­czy­na­ją się od dy­plo­ma­tycz­ne­go wy­ba­da­nia płci wy­bran­ka. ;-)

Rze­czy­wi­ście, ero­ty­ka sub­tel­na jak cho­le­ra ;)

"Wol­ność po­le­ga na tym, że mo­że­my czy­nić wszyst­ko, co nie przy­no­si szko­dy bliź­nie­mu na­sze­mu". Paryż, 1789 r.

Moją opi­nię mniej wię­cej znasz.

Dobre po­li­ti­cal fan­ta­sy ze słabą fa­bu­łą. Wpraw­nie po­ka­za­łeś re­la­cje mię­dzy człon­ka­mi spo­łecz­no­ści kra­sno­ludz­kiej, za­dba­łeś o world­bu­il­ding i sty­li­za­cję. Bo­ha­te­ro­wie, ich dia­lo­gi i dzia­ła­nia wy­szły na­tu­ral­nie, mo­men­ta­mi iro­nicz­nie. Jak­byś po­ka­zy­wał ludz­kość w krzy­wym zwier­cia­dle.

Po­do­ba mi się też, zresz­tą chyba naj­bar­dziej, kon­struk­cja opo­wia­da­nia. Bo­ha­te­ro­wie upa­da­ją jak kost­ki do­mi­na.

Pod wzglę­dem fa­bu­ły, jak wspo­mnia­łem, nie dzie­je się nic szcze­gól­ne­go. I to mnie naj­bar­dziej boli, bo uwa­żam, że hi­sto­ria jest wła­śnie ser­cem prozy. Bez niej… po pro­stu bra­ku­je mi cze­goś waż­ne­go. Tak jak tutaj: za­bi­jał, za­bi­jał, wresz­cie sam się zabił w ma­je­sta­cie prawa. Kur­ty­na.

Dla mnie mało, choć czy­ta­ło się bar­dzo do­brze.

 

Trzy­maj się.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu prze­strze­ni ani mi­ło­ści. Jest tylko cisza."

Dzię­ki, Co­un­cie.

Tak, opi­nie Twoją znam.

I tak, ten tekst po­ka­zu­je ludz­kość w krzy­wym zwier­cia­dle.

 

Tak jak tutaj: za­bi­jał, za­bi­jał, wresz­cie sam się zabił w ma­je­sta­cie prawa. Kur­ty­na.

Twoje pod­su­mo­wa­nie jed­nak trosz­kę to opo­wia­da­nie spły­ca. To nie kat był tutaj “clue”.

Ser­cem tej hi­sto­rii był dra­mat Tow­ri­na, który przez zbyt dro­bia­zgo­we prze­strze­ga­nie prawa, zbyt­ni kon­ser­wa­tyzm spo­łecz­no­ści oraz strach lub ego­izm jed­no­stek, mu­siał dać głowę, choć ni­czym nie za­wi­nił. 

"Wol­ność po­le­ga na tym, że mo­że­my czy­nić wszyst­ko, co nie przy­no­si szko­dy bliź­nie­mu na­sze­mu". Paryż, 1789 r.

No i mia­łem nie­złą huś­taw­kę opi­nii w trak­cie lek­tu­ry.

Bo za­czy­nasz sła­biut­ko:

Za­stał ciszę (…) Z od­le­głe­go kąta izby po­brzmie­wa­ły na prze­mian gwizd i chra­pa­nie człe­ka oraz bzyk gru­bej, na­tręt­nej muchy.

Poza tym wia­do­mo: karcz­ma. Ale czy­ta­jąc dalej, w czym już tech­ni­ka­lia nie prze­szka­dza­ły, po­my­śla­łem, że karcz­ma pusta, upa­dła to jed­nak nie kalka, a może świa­do­ma gra z kon­wen­cją.

Potem było coraz faj­niej – kupił mnie ten łań­cu­szek wza­jem­nych od­wie­dzin, po­ka­zu­ją­cy, że za sznur­ki mogą cią­gnąć kra­sno­ludz­kie ko­bie­ty, isto­ty zwy­kle sto­ją­ce w cie­niu (btw, czy ktoś zna ja­kieś opo­wia­da­nie o en­to­wych żo­nach?), przy tym po­zba­wio­ne tych wąsów i bród, które mnie jakoś nigdy nie prze­ko­ny­wa­ły. Zro­bi­ło się bar­dzo przy­jem­nie, tak jak lubię: coś sta­re­go, coś no­we­go, coś po­ży­czo­ne­go. In­ny­mi słowy pi­sa­łeś to w je­dy­ny spo­sób, w jaki można dzi­siaj pisać fan­ta­sy – prze­ła­mu­jąc kon­wen­cję, za­ra­zem w niej po­zo­sta­jąc. Gdy­byś po­cią­gnął to do końca – nie miał­bym wąt­pli­wo­ści.

Bo nagle ze­rwa­łeś ten łań­cu­szek, eli­mi­nu­jąc środ­ko­we ogni­wo – Gol­den­ma­ie­ra. No dobra, gramy w coś in­ne­go. Słab­szy i nie­po­trzeb­ny wydał mi się wtręt o ge­ne­zie ka­tow­skie­go prawa łaski. Ru­mień­ce przy­wró­ci­ła nocna scena w wię­zie­niu – motyw z cie­niem na ścia­nie na­praw­dę do po­zaz­drosz­cze­nia, a i koń­co­wa kon­sta­ta­cja smut­nie pięk­na, su­ge­ru­ją­ca moż­li­wy brak happy endu. I wła­ści­wie od tego mo­men­tu mam pre­ten­sje o ku­mu­la­cję twi­stów w koń­ców­ce. Jakoś ich za dużo, a co za dużo to nie­zdro­wo. Do­ce­niam ja­kość wy­ko­na­nia, zdol­ność utrzy­my­wa­nia na­pię­cia, nawet wy­dźwięk ca­ło­ści (choć to opo­wia­da­nie pod ko­niec jest już o czymś zu­peł­nie innym niż na po­cząt­ku, czy w środ­ku), ale mam trud­ne do wy­tłu­ma­cze­nia od­czu­cie, że po­sze­dłeś o jeden most za da­le­ko, że gdy­byś za­trzy­mał się odro­bi­nę wcze­śniej moja sa­tys­fak­cja by­ła­by więk­sza. Wy­da­je mi się, że ma to zwią­zek z siłą kon­wen­cji, że poza ra­ma­mi fan­ta­sy taka opo­wieść da­ła­by bar­dziej spój­ny efekt.

Nie pod­ją­łem jesz­cze de­cy­zji co do piór­ka. Po­cze­kam, jak mi się to z cza­sem ułoży.

Co­bol­dzie, a czy w dzi­siej­szych cza­sach można za­cząć fan­ta­sy bez karcz­my? Prze­cież każdy frag­ment fan­ta­sy na forum się tak za­czy­na. No, nie da się ina­czej. ;)

 

A tak już nieco po­waż­niej. Dzię­ku­ję bar­dzo za uwagi do tek­stu. Aż żal, że w przy­szłym roku nie bę­dzie już Two­ich ko­men­ta­rzy w pa­kie­cie, bo za­wsze na nie cze­ka­łem. Po­zo­sta­je mieć na­dzie­ję, że na­stęp­cy god­nie Cię za­stą­pią, a w przy­szłych la­tach sku­sisz się na wiel­ki co­me­back.

 

Wra­ca­jąc do tek­stu, jest pra­wem czy­tel­ni­ka po­strze­gać opo­wia­da­nie we­dług wła­snych kry­te­riów i nie mnie z tym po­le­mi­zo­wać.

Po­zwo­lę od­nieść się tylko do jed­nej kwe­stii. Czy ścię­cie Gol­den­ma­ie­ra ze­rwa­ło łań­cu­szek? A czy od Gol­den­ma­ie­ra się nie za­czął się drugi łań­cu­szek? Do­mi­no bez­sen­sow­nych zgo­nów wy­ni­ka­ją­cych jeden z dru­gie­go? Jego śmierć była dla fa­bu­ły nie­zbęd­na. 

 

Cze­kam z cie­ka­wo­ścią na de­cy­zję. I wiel­kie dzię­ki za wszyst­kie lata lo­żo­wa­nia i mnó­stwo cen­nych ko­men­ta­rzy.

"Wol­ność po­le­ga na tym, że mo­że­my czy­nić wszyst­ko, co nie przy­no­si szko­dy bliź­nie­mu na­sze­mu". Paryż, 1789 r.

Ty mnie, Chro­ści­sko, pod włos nie bierz, bo chyba nie trze­ba ;)

 

Z tym ze­rwa­niem łań­cusz­ka mia­łem na myśli wła­śnie to, że w pew­nym mo­men­cie, kiedy mam faj­nie po­ukła­da­ne fi­gu­ry, wy­wra­casz sto­li­czek do gry i pro­po­nu­jesz inna za­ba­wę (niech bę­dzie, że do­mi­no). I ja to ro­zu­miem, i ko­lej­ne gry też są fajne, tylko na­praw­dę nie je­stem pe­wien, czy mi się te zmia­ny zasad po­do­ba­ją.

Ty mnie, Chro­ści­sko, pod włos nie bierz, bo chyba nie trze­ba ;)

Eeee… to nie jest tak, jak my­ślisz. :)

 

PS.

Co za pa­skud­ne czasy, kiedy szcze­re słowo brane jest za po­chleb­stwo i próbę prze­kup­stwa. 

"Wol­ność po­le­ga na tym, że mo­że­my czy­nić wszyst­ko, co nie przy­no­si szko­dy bliź­nie­mu na­sze­mu". Paryż, 1789 r.

Fajne :)

Przy­no­szę ra­dość :)

<3 :)

"Wol­ność po­le­ga na tym, że mo­że­my czy­nić wszyst­ko, co nie przy­no­si szko­dy bliź­nie­mu na­sze­mu". Paryż, 1789 r.

Krót­kie karki, grube trzo­ny krę­gów, wią­za­dła mię­śni gny­ko­wych umiej­sco­wio­ne tuż przy samej szyi,

Nie ma ta­kich mię­śni. Nawet gdyby uznać ana­to­mię kra­sno­lu­dów za anor­mal­ną w oko­li­cy szyi, to umiej­sco­wie­nie ta­kich mię­śni na karku nie ma sensu, gdyż kość gny­ko­wa znaj­du­je się pod żu­chwą, a mię­śnie biorą nazwy od miejsc swo­ich przy­cze­pów – czyli hi­po­te­tycz­ny mię­sień gny­ko­wo-krę­go­wy mu­siał­by opa­sy­wać szyję w po­przek, co z kolei, nie mam bla­de­go po­ję­cia, na jaki ruch mia­ło­by się prze­kła­dać.

Czyli, krót­ko mó­wiąc, ja bym się tu nie pchał w spe­cja­li­stycz­ną ter­mi­no­lo­gię i zo­sta­wił samo “wię­za­dła mię­śni”. ;)

 

W moim od­czu­ciu pro­blem tego opo­wia­da­nia jest taki, że naj­bar­dziej fan­ta­stycz­ny jego ele­ment to wy­sta­ją­cy na karku wy­ro­stek owego ty­tu­ło­we­go szó­ste­go kręgu szyj­ne­go. Czyli pod tym wzglę­dem czuję mocny nie­do­syt.

Opo­wia­da­nie stoi re­we­la­cyj­nym ję­zy­kiem i, w moim od­czu­ciu, bar­dzo po­rząd­nym po­ka­za­niem re­la­cji mię­dzy po­sta­cia­mi. Sceny są zbu­do­wa­ne z so­czy­stych de­ta­li i od­nio­słem wra­że­nie, że wszyst­ko har­mo­nij­nie współ­gra­ło, błysz­cząc. Na uwagę za­słu­gu­je zwłasz­cza świet­na scena ostat­niej nocy mał­żon­ków.

Z dru­giej jed­nak stro­ny, mało widzę tutaj war­to­ści do­da­nej. Ele­ment fan­ta­stycz­ny mocno taki sobie, a po­sta­ci żyw­cem wy­rwa­ne Tol­kie­no­wi. Jak­kol­wiek re­la­cje mię­dzy kra­sno­lu­da­mi opi­sa­łeś za­cnie, tak one same, ich jakiś tam rys kul­tu­ro­wo-psy­cho­lo­gicz­ny, wy­pa­dły mocno od­twór­czo. Szko­da!

Jesz­cze po­świę­ca­jąc dwa słowa fa­bu­le, to ta pętla zda­rzeń wy­pa­dła, w mojej oce­nie przy­naj­mniej, do­brze, ale i nie­do­brze. Bo to motyw cie­ka­wy, ra­czej świe­ży i da­ją­cy dużo fraj­dy z od­kry­wa­nia po­wią­zań i wresz­cie samej pętli jako ta­kiej. Zde­cy­do­wa­łeś się jed­nak wy­ło­żyć spra­wę dość bez­po­śred­nio i szyb­ko udało mi się zo­rien­to­wać, że ist­nie­je sche­mat i do czego on pro­wa­dzi lub może pro­wa­dzić. Przez to za­sko­cze­nie w fi­na­le było mniej­sze niż mo­gło­by być.

Bar­dzo so­lid­na ro­bo­ta, po­mysł na wy­ko­rzy­sta­nie ty­po­wej sce­ne­rii fan­ta­sy zacny. Tech­nicz­nie też dobre, ale za­kła­dam, że w BK prze­szło jakąś re­dak­cję, więc nie dzi­wo­ta, bo i autor sam z sie­bie do­brze pisze.

Fa­bu­ła szcząt­ko­wa, ale tu ra­czej o po­mysł niż akcję cho­dzi, a że ja nie z tych ko­men­ta­to­rów, co się akcji ko­niecz­nie do­ma­ga­ją, to cze­piać się nie będę. Po­mysł wraz z od­nie­sie­nia­mi hi­sto­rycz­ny­mi cał­kiem przy­jem­ny, choć da­li­bóg nie ro­zu­miem wy­bo­ru na­zwi­ska dla kata, szcze­rze mó­wiąc, ten ele­ment wy­da­je mi się w kon­tek­ście hi­sto­rycz­nym na gra­ni­cy do­bre­go smaku.

Z hi­sto­rycz­ne­go cze­pial­stwa jesz­cze jedno: nazwa gi­lo­ty­na po­cho­dzi od na­zwi­ska, więc w ge­ne­ric fan­ta­sy­lan­dzie (nawet bę­dą­cym za­sło­ną dymną) na­zwa­ła­bym ją od na­zwi­ska lo­kal­ne­go wy­na­laz­cy. Myślę, że tekst nie stra­cił­by na zro­zu­mia­ło­ści, a by­ło­by za­baw­niej.

 

No i mia­łam ja­kieś tam drob­ne pro­ble­my z tymi krę­ga­mi. Oraz dla­cze­go aku­rat szó­sty zna­lazł się w ty­tu­le, skoro siód­my od­gry­wa więk­szą rolę, a na do­da­tek szó­sty ni­czym się ana­to­micz­nie nie wy­róż­nia.

 

Pod­su­mo­wu­jąc: zacna lek­tu­ra, ale jak dla mnie nie piór­ko­wa.

http://altronapoleone.home.blog

MrBri­ght­si­de,

 Nie ma ta­kich mię­śni. Nawet gdyby uznać ana­to­mię kra­sno­lu­dów za anor­mal­ną w oko­li­cy szyi, to umiej­sco­wie­nie ta­kich mię­śni na karku nie ma sensu,

Cho­dzi­ło mi o grupę mię­śni pod­gny­ko­wych, a ra­czej ich kra­sno­ludz­ki od­po­wied­nik.

I wcale nie muszą być na karku, by sta­no­wić opór dla to­po­ra. Nawet jak będą przy tcha­wi­cy, tak jak u ludzi, to w dal­szym ciągu będą sta­no­wić do­dat­ko­wą prze­szko­dę dla ostrza.

 

Dra­ka­ino,

Tech­nicz­nie też dobre, ale za­kła­dam, że w BK prze­szło jakąś re­dak­cję,

Szcze­rze mó­wiąc, to w BK prze­szło wła­ści­wie tylko ko­rek­tę, i to ra­czej taką de­li­kat­ną. Je­że­li mó­wi­my o re­dak­cji, to dużo wię­cej zro­bi­ły tu por­ta­lo­we bety.

Po­mysł wraz z od­nie­sie­nia­mi hi­sto­rycz­ny­mi cał­kiem przy­jem­ny, choć da­li­bóg nie ro­zu­miem wy­bo­ru na­zwi­ska dla kata, szcze­rze mó­wiąc, ten ele­ment wy­da­je mi się w kon­tek­ście hi­sto­rycz­nym na gra­ni­cy do­bre­go smaku.

Na gra­ni­cy do­bre­go smaku… można to i tak wi­dzieć.

Mnie po pro­stu za­fa­scy­no­wa­ła hi­sto­ria ścię­cia La­vo­isie­ra, a kon­kret­nie eks­pe­ry­men­tu, który prze­pro­wa­dził w trak­cie swo­jej eg­ze­ku­cji (kazał swo­je­mu asy­sten­to­wi li­czyć mru­gnię­cia ocza­mi, gdy już go zetną, aby do­wie­dzieć się, po jakim cza­sie na­stę­pu­je śmierć mózgu).

To mu­siał­by praw­dzi­wy pa­sjo­nat, czło­wiek nauki, za­fa­scy­no­wa­ny śmier­cią, a do tego pro­fe­sjo­na­li­sta. Do­kład­nie taką oso­bo­wość chcia­łem dać mo­je­mu katu.

(W pier­wot­nej wer­sji tek­stu, za­koń­cze­niem była wła­śnie wspo­mnia­na scena eks­pe­ry­men­tu, kiedy to kat mru­gał ocza­mi, ale ją osta­tecz­nie usu­ną­łem, bo wpro­wa­dza­ła zamęt). 

 

No i mia­łam ja­kieś tam drob­ne pro­ble­my z tymi krę­ga­mi. Oraz dla­cze­go aku­rat szó­sty zna­lazł się w ty­tu­le, skoro siód­my od­gry­wa więk­szą rolę, a na do­da­tek szó­sty ni­czym się ana­to­micz­nie nie wy­róż­nia.

Siód­my jest już przy oboj­czy­kach. Za bli­sko tu­ło­wia by mógł być atrak­cyj­ny dla kata. Śro­dek szyi to oko­li­ce pią­te­go, ale szó­sty ma dłuż­szy wy­ro­stek kol­czy­sty.

"Wol­ność po­le­ga na tym, że mo­że­my czy­nić wszyst­ko, co nie przy­no­si szko­dy bliź­nie­mu na­sze­mu". Paryż, 1789 r.

Hmm, po wy­ja­śnie­niu ro­zu­miem za­mysł au­tor­ski, ale w opo­wia­da­niu to kom­plet­nie nie wy­cho­dzi, więc po­zo­sta­je wra­że­nie, że na­zwi­sko jed­nej z naj­słyn­niej­szych ofiar dałeś katu.

 

Nie usto­sun­ko­wa­łeś się do mo­je­go naj­waż­niej­sze­go za­rzu­tu czyli nazwy urzą­dze­nia :P

http://altronapoleone.home.blog

Nie usto­sun­ko­wa­łeś się do mo­je­go naj­waż­niej­sze­go za­rzu­tu czyli nazwy urzą­dze­nia :P

Raz, że pi­sząc to, nie my­śla­łem nawet o ety­mo­lo­gii słowa “gi­lo­ty­na”. W ten spo­sób co dru­gie słowo można by kwe­stio­no­wać. Jed­nak skoro w przed­sta­wio­nym świe­cie wy­stę­pu­ją po­sta­ci o na­zwi­skach brzmią­cych z fran­cu­ska, to i gi­lo­ty­na wy­da­ła mi się na miej­scu.

Dwa, że two­rząc nową nazwę urzą­dze­nia, mógł­bym nie­po­trzeb­nie na­mo­tać, od­cią­ga­jąc uwagę czy­tel­ni­ka od głów­ne­go wątku.

"Wol­ność po­le­ga na tym, że mo­że­my czy­nić wszyst­ko, co nie przy­no­si szko­dy bliź­nie­mu na­sze­mu". Paryż, 1789 r.

Bez prze­sa­dy, że co dru­gie ;) Ow­szem, je­stem prze­ciw­nicz­ką “sia­da­nia po tu­rec­ku” w fan­ta­sy­lan­dach, zwłasz­cza że można to za­stą­pić innym sfor­mu­ło­wa­niem. Nie­chęt­nie widzę tam kolor bor­do­wy, ada­ma­szek czy ba­joń­skie sumy, acz­kol­wiek wiem, że tu mało kto ko­ja­rzy te słowa z kon­kret­nym po­cho­dze­niem. Stal da­ma­sceń­ska by­ła­by jesz­cze lep­szym przy­kła­dem. Uwa­żam, że aku­rat na nią le­piej by­ło­by wy­my­ślić inny przy­miot­nik i wy­ja­śnić w świe­cie przed­sta­wio­nym.

I na tej samej za­sa­dzie, za­łóż­my, że Twój wy­na­laz­ca na­zy­wa się Kra­sno­lud (nie chce mi się wy­my­ślać na­zwi­ska) – w tym świe­cie za­miast gi­lo­ty­ny bę­dzie kra­sno­lu­dy­na [czy co­kol­wiek in­ne­go], co wy­ja­śniasz jed­nym zda­niem, że na cześć wy­na­laz­cy urzą­dze­nie za­czę­to tak na­zy­wać. Nie sądzę, żeby to od­cią­gnę­ło czy­jąś uwagę, a mo­gło­by wielu uśmiech­nąć.

Tu zresz­tą jest luka fa­bu­lar­na, bo wrzu­casz tę gi­lo­ty­nę, a w sumie nie wia­do­mo, kto ją wy­na­lazł, wiemy tylko, jaka była ge­ne­za jej po­wsta­nia. Sam kat? Ma­tyl­da?

http://altronapoleone.home.blog

Że się wtrą­cę – zga­dza­jąc się z grub­sza z Dra­ka­iną, ja tam emo­cjo­nal­nie nie widzę miej­sca na takie słow­ne żar­ci­ki. Z dru­giej stro­ny słowo “gi­lo­ty­na” pada tylko dwa razy; w dru­gim przy­pad­ku jest do opusz­cze­nia, w pierw­szym za­stą­pił­bym je krót­kim opi­sem, w stylu “drew­nia­nej kon­struk­cji z trój­kąt­nym ostrzem”.

Hmmm. Ja bym po tym opi­sie wy­obra­zi­ła sobie coś w ro­dza­ju to­po­ra… Może przy­cze­pio­ne­go do ja­kie­goś ry­dwa­nu bo­jo­we­go, żeby uza­sad­nić kon­struk­cję.

Bab­ska lo­gi­ka rzą­dzi!

Masz rację, Fin­klo, ry­dwan bo­jo­wy, wy­pisz-wy­ma­luj.

Będę bro­nił gi­lo­ty­ny. Skoro katem zo­stał La­vo­isier (tu mogę przy­znać Dra­ka­inie rację, że for­tun­ność tej osoby w ta­kiej roli jest dys­ku­syj­na), to po pro­stu nie ma tu miej­sca na żadne inne na­rzę­dzie. Poza tym gi­lo­ty­na ko­ja­rzy się z re­wo­lu­cją. Kat po­przez tę gi­lo­ty­nę mówi tym kon­ser­wa­tyw­nym kra­sno­lu­dom “idzie nowe”. Tak to wi­dzia­łem. Za­ba­wa w sło­wo­twór­stwo zmie­ni­ła­by od­biór. 

"Wol­ność po­le­ga na tym, że mo­że­my czy­nić wszyst­ko, co nie przy­no­si szko­dy bliź­nie­mu na­sze­mu". Paryż, 1789 r.

Za­czę­łam tro­chę nad­ra­biać tek­sty, które wrzu­ci­łam sobie w ko­lej­kę i tak tra­fi­łam tutaj. I bar­dzo do­brze, bo tekst dobry – z na­zwi­ska­mi się tro­chę po­gu­bi­łam, ale nie zmie­nia to faktu, że trzy­mał w na­pię­ciu tak na­praw­dę do ostat­niej chwi­li. I nie­mal­że do ostat­niej są­dzi­łam, że jed­nak Raj­mund oca­le­je.

Ponoć robię tu za mo­de­ra­cję, więc w razie po­trze­by - pisz śmia­ło. Nie gryzę, naj­wy­żej na­pusz­czę na Cie­bie Lu­cy­fe­ra, choć Księż­nicz­ki na­le­ży bać się bar­dziej.

Verus, dzię­ki za od­wie­dzi­ny.

 

Nie­któ­re na­zwi­ska nio­sły ze sobą pod­po­wiedź:

Zin­n­ste­iger → dla cy­no­wych gór­ni­ków,

Gol­den­ma­ier → dla płu­ka­czy złota.

"Wol­ność po­le­ga na tym, że mo­że­my czy­nić wszyst­ko, co nie przy­no­si szko­dy bliź­nie­mu na­sze­mu". Paryż, 1789 r.

O kur­cze, nie zwró­ci­łam uwagi. Fakt, to mogło tro­chę uła­twić :D

Ponoć robię tu za mo­de­ra­cję, więc w razie po­trze­by - pisz śmia­ło. Nie gryzę, naj­wy­żej na­pusz­czę na Cie­bie Lu­cy­fe­ra, choć Księż­nicz­ki na­le­ży bać się bar­dziej.

Do­łą­czam i ja do grona Czy­tel­ni­ków.

“Szó­sty kręg szyj­ny” – kla­sycz­ne fan­ta­sy, wy­jąt­ko­wo do­brze wy­ko­na­ne. We wstę­pie czy­ta­my: Tekst z po­zo­ru lekki, z wart­ką akcją, gdzie­nie­gdzie ru­basz­ny, gdzie­nie­gdzie spro­śny, jak to u kra­sno­lu­dów. Za barw­ną opo­wie­ścią kryje się jed­nak ra­czej dra­ma­tycz­na hi­sto­ria. Tak mniej wię­cej od­czy­ta­łem opo­wia­da­nie.

Na pierw­szy plan rzu­ci­ła mi się sty­li­sty­ka, język oraz kom­po­zy­cja. W im­po­nu­ją­cy spo­sób uło­ży­łeś fa­bu­łę i rów­nie cie­ka­wie wpi­sa­łeś bieg wy­da­rzeń w do­brze opo­wie­dzia­ną hi­sto­rię. Mam tutaj na myśli bu­do­wa­ne ob­ra­zy, bu­do­wa­ne w od­po­wied­nio sty­li­zo­wa­nych zwro­tach, dzię­ki czemu tekst prze­no­sił czy­tel­ni­ka do mia­stecz­ka kra­sno­lu­dów. To wy­ko­na­nie mu­sia­ło wy­ma­gać so­lid­nej wy­obraź­ni, a także nie­ma­łej zna­jo­mo­ści kon­tek­stów hi­sto­rycz­nych.

Do­ce­niam tutaj le­gen­dę, która wy­peł­ni­ła kre­ację o pewną od­ręb­ność. Mam na myśli to, że mity i le­gen­dy opo­wia­da­ją o war­to­ściach i zwy­cza­jach danej grupy. Po­zwa­la­ją na na­kre­śle­nie wy­jąt­ko­wo­ści, eks­klu­zyw­no­ści da­ne­go kręgu. Oprócz tego po­ma­ga­ją zro­zu­mieć ludzi (albo kra­sno­lu­dy, elfy), tłu­ma­czą ich za­cho­wa­nia, eg­ze­kwo­wa­ne przez nich prawa. Wpi­sa­nie le­gen­dy do two­rzo­ne­go świa­ta wy­ma­ga rów­nież wy­obraź­ni, ale także an­tro­po­lo­gicz­ne­go za­cię­cia.

Koń­co­wa scena w celi bu­dzi­ła we mnie mie­sza­ne od­czu­cia pod­czas samej lek­tu­ry, lecz kiedy wy­brzmia­ła w ca­ło­ści, wy­da­ła się mi pełna uroku. Z po­cząt­ku wy­glą­da­ła na ko­lej­ny spro­śny mo­ment, lecz póź­niej prze­ro­dzi­ła się w scenę Ko­chan­ków Ostat­niej Nocy, ozdo­bio­ną opi­sem gry cie­nia i mru­ga­ją­ce­go świa­teł­ka świecz­ki. Wy­jąt­ko­wy frag­ment z ca­łe­go opo­wia­da­nia.

Nie po­wie­dział­bym o sobie, że je­stem wiel­kim fanem kla­sycz­ne­go fan­ta­sy. Twoje opo­wia­da­nie prze­mó­wi­ło jed­nak do mnie i do­da­łem dwa po­zo­sta­łe do ko­lej­ki. Z chę­cią rzucę na nie okiem. Wy­ko­na­nie bar­dzo dobre, a hi­sto­ria choć mo­men­ta­mi prze­wi­dy­wal­na to, jest cie­ka­wa i warta po­du­ma­nia chwi­lę. Gra­tu­lu­ję piór­ka. Uwa­żam, że w pełni za­słu­żo­ne.

Mer­say­ake, bar­dzo miło czyta się takie re­cen­zję. Dzię­ku­ję za od­wie­dzi­ny, ob­szer­ny ko­men­tarz, a przede wszyst­kim za dobre słowo.

"Wol­ność po­le­ga na tym, że mo­że­my czy­nić wszyst­ko, co nie przy­no­si szko­dy bliź­nie­mu na­sze­mu". Paryż, 1789 r.

Au­to­rze, bar­dzo faj­nie przed­sta­wi­łeś mi część kra­sno­ludz­kie­go świa­ta. Za­war­łeś dużo cen­nych szcze­gó­łów, łącz­nie ze zgrab­ny­mi imio­na­mi bo­ha­te­rów, które na ten barw­ny świat się skła­da­ją. W nie­wie­lu zna­kach za­war­łeś wiele, co tylko czyni tekst jesz­cze war­to­ściow­szym. Jest życie co­dzien­ne (choć­by spo­sób na zdo­by­wa­nie pie­nię­dzy), jest mi­łość (ta czy­sta – mał­żeń­ska, ale i ta sza­lo­na z wię­zien­nej celi), jest humor (z kra­sno­lu­da­mi tak bar­dzo zwią­za­ny) i jest śmierć (spra­wie­dli­wa, czy też nie, ale z pew­no­ścią spek­ta­ku­lar­na). Pi­sar­sko bar­dzo do­brze. I choć ze­wsząd czyha na bo­ha­te­rów jeno ostrze to­po­ra, to nie ulega wąt­pli­wo­ści: w mojej gło­wie opo­wia­da­nie tak łatwo nie zgi­nie :)

Cie­szą mnie Twe od­wie­dzi­ny, wo­jow­ni­ku. Cie­szy też, żeś kon­tent. :)

"Wol­ność po­le­ga na tym, że mo­że­my czy­nić wszyst­ko, co nie przy­no­si szko­dy bliź­nie­mu na­sze­mu". Paryż, 1789 r.

Praw­dzi­wy ma­ri­ne za­wsze wraca po to­wa­rzy­sza, po­zo­sta­wio­ne­go za linią wroga. Nawet, gdy minął mie­siąc i to­wa­rzysz nie żyje, albo zo­stał przy­wód­cą nie­for­mal­nej armii wy­rzut­ków, gdzieś w dżun­gli, w górze rzeki… Ekhm… No tak. Zna­czy, wy­pa­da w końcu po­in­for­mo­wać sza­now­ne­go au­to­ra, dla­cze­go Thar­go­ne w pre­kam­bryj­sko od­le­głej prze­szło­ści przy­znał opo­wia­da­niu Taka. 

Bę­dzie krót­ko, bo tłu­ma­cze­nie dla­cze­go TAK jest dużo nud­niej­sze niż wy­ja­śnia­nie dla­cze­go NIE. 

Zatem – fa­bu­lar­nie i kom­po­zy­cyj­nie nie bar­dzo mi się po­do­ba­ło. Pierw­sza scena robi, we­dług mnie, za takie mru­gnię­cie do czy­tel­ni­ka – pa­trz­cie, za­czy­nam ty­po­wą knaj­pą, ale czy taka ona rze­czy­wi­ście sztam­po­wa? Nie, pusta prze­cie, dru­ży­ny nie ma, roz­ru­by ni­ja­kiej… Fajne, ale nie­po­trzeb­ne, bo ni­cze­go nie wnosi, wszyst­kie in­for­ma­cje tam za­war­te znaj­du­ją się też w dal­szych czę­ściach tek­stu. Potem, gdy akcja się roz­wi­ja, ak­ty­wo­wa­ne są ko­lej­ne bo­ha­ter­ki a spra­wa za­ta­cza coraz szer­sze kręgi do­ty­ka­jąc nie­mal każ­de­go, kto coś w mia­stecz­ku zna­czy, robi się na­praw­dę cie­ka­wie. I czło­wiek, który zresz­tą siłą rze­czy ki­bi­cu­je Raj­mun­do­wi i Ma­tyl­dzie, spo­dzie­wa się ja­kie­goś za­ska­ku­ją­ce­go, nie­ty­po­we­go, ba, jak­kol­wiek sa­tys­fak­cjo­nu­ją­ce­go za­koń­cze­nia. 

A do­sta­je śred­nio zwią­za­ne z ca­ło­ścią, za­wo­do­wo-fi­lo­zo­ficz­ne roz­wa­ża­nia kata. 

Zbyt nagle koń­czy się ta hi­sto­ria, jak od (he, he) cię­cia ka­tow­skie­go to­po­ra. Tyle, że mimo tej zgod­no­ści tkan­ko­wej, za­koń­cze­nie nie robi do­bre­go wra­że­nia. Wy­da­je się być po­śpiesz­ne, jakby jakiś limit wi­siał jak topór ka­tow­ski… ekhem… No dobra, mia­łem chwa­lić. 

Ujął mnie styl. I to na tyle, że ola­łem fa­bu­lar­ne nie­do­cią­gnię­cia (pod­kre­ślę, że to we­dług mnie i tylko mnie nie­do­cią­gnię­cia, inni chyba nie na­rze­ka­li na fa­bu­łę) a ja do samej hi­sto­rii za­wsze przy­wią­zu­ję dużą wagę. Tekst jest na­pi­sa­ny zna­ko­mi­cie, bli­sko per­fek­cji (w od­nie­sie­niu do kon­wen­cji oczy­wi­ście, wia­do­mo, że na przy­kład hor­ror po­wi­nien być na­pi­sa­ny ina­czej) fan­ta­stycz­nie na po­zio­mie zda­nia, a i owe zda­nia ka­pi­tal­nie i nie­ru­szal­nie sie­dzą na swo­ich miej­scach, pa­su­ją do sie­bie jak try­bi­ki w skrzy­ni bie­gów, jak musz­tar­da do go­lon­ki. Niby nie ma for­mal­nych wy­gi­ba­sów, ale jest bo­ga­to, nie ma wy­myśl­nych me­ta­for, ale jest na­stro­jo­wo, nie ma wy­raź­nych żar­tów, ale jest za­baw­nie… To styl pełny, do­pra­co­wa­ny, pro­fe­sjo­nal­ny. Różne tek­sty się tu tra­fia­ją, oszczęd­nie skon­stru­owa­ne pod wzglę­dem formy, po­etyc­ko roz­bu­cha­ne, przy­tła­cza­ją­ce na­stro­jem czy za­ska­ku­ją­ce lek­ko­ścią dow­ci­pu, ale muszę przy­znać, że dawno nie czy­ta­łem tek­stu na­pi­sa­ne­go po pro­stu tak do­brze. Zwy­czaj­nie do­brze. Albo nad­zwy­czaj­nie do­brze :-) A to wy­star­czy na piór­ko :-) 

No dobra, dość tego, mia­łem chwa­lić dy­na­micz­ne opisy, zna­ko­mi­te dia­lo­gi, nie­tu­zin­ko­wych bo­ha­te­rów… Ale chwa­le­nie jest nudne. Poza tym czas ko­men­to­wać gru­dnio­we tek­sty, a nie ja­kieś sta­ro­cie :-) 

Po­zdra­wiam! 

Dla pod­kre­śle­nia wagi moich słów, Si­łacz pal­nie pię­ścią w stół!

My tu w dżun­gli w górze rzeki ba­wi­my się wy­śmie­ni­cie. Przy­łącz się tedy do nas, od­szpun­tu­je­my an­ta­łek, bę­dzie jak za daw­nych lat. 

Dzię­ki ci, to­wa­rzy­szu, za dobre słowo. Miło, żeś w tej Loży nie roz­stał się z czło­wie­czeń­stwem na­zbyt.

"Wol­ność po­le­ga na tym, że mo­że­my czy­nić wszyst­ko, co nie przy­no­si szko­dy bliź­nie­mu na­sze­mu". Paryż, 1789 r.

Bar­dzo wcią­ga­ją­ce opo­wia­da­nie. Po­do­ba­li mi się bo­ha­te­ro­wie, lekki język. Hi­sto­ria rów­nież cie­ka­wa i cał­kiem za­ska­ku­ją­ca.

:)

"Wol­ność po­le­ga na tym, że mo­że­my czy­nić wszyst­ko, co nie przy­no­si szko­dy bliź­nie­mu na­sze­mu". Paryż, 1789 r.

Chro­ści­sko, co ty tu wy­pra­wia­łeś na po­cząt­ku? :P Prze­czy­ta­nie dwóch pierw­szych aka­pi­tów było tor­tu­rą, na­ćka­łeś tam tyle nie­łą­czą­cych się ze sobą okre­śleń, że w moim od­czu­ciu bli­sko było temu do gra­fo­ma­nii. Na szczę­ście potem prze­sta­łeś. Rów­nież pierw­szy dia­log jest jakby na siłę, nie­wpraw­nie wy­sty­li­zo­wa­ny, potem jest znacz­nie le­piej, jak­byś prze­stał się sku­piać na udziw­nie­niach, a naj­waż­niej­sza stała się akcja.

Świat mi się po­do­ba, ale bo­ha­te­ro­wie, ich po­bud­ki, myśli i uczu­cia zu­peł­nie do mnie nie tra­fia­ły. I wła­ści­wie jaka jest pu­en­ta tego tek­stu, do czego to wszyst­ko zmie­rza­ło? Z jaką myślą czy po­czu­ciem miał mnie po­zo­sta­wić?

Na­pi­sa­łeś, że tekst jest z po­zo­ru lekki – on w ogóle nie jest w moim od­czu­ciu lekki, po­zor­nie rów­nież, ani w kwe­stii stylu, ani słow­nym, fa­bu­lar­nym. Nie prze­mó­wił do mnie ten “ru­basz­ny humor”. Nie zro­zum mnie źle, to była OK lek­tu­ra (po prze­brnię­ciu przez pierw­szą scenę), głów­nie przez twój po­mysł ogól­ny, ale wy­da­je mi się, że coś prze­szka­dza­ło ci się z tym tek­stem do końca do­ga­dać. 

"Po opa­no­wa­niu warsz­ta­tu na­le­ży go wy­rzu­cić przez okno". Vita i Vir­gi­nia

Chro­ści­sko, co ty tu wy­pra­wia­łeś na po­cząt­ku? :P Prze­czy­ta­nie dwóch pierw­szych aka­pi­tów było tor­tu­rą, na­ćka­łeś tam tyle nie­łą­czą­cych się ze sobą okre­śleń, że w moim od­czu­ciu bli­sko było temu do gra­fo­ma­nii.

Tak to jest jak czło­wiek zbyt dużo serca wkła­da w pierw­sze zda­nie ;) A tak bar­dziej na po­waż­nie, to gra­tu­lu­ję oka, pierw­sza scena była pi­sa­na pół roku wcze­śniej niż resz­ta… do­kład­nie pierw­sze pół roku po tym jak tu tra­fi­łem.

I wła­ści­wie jaka jest pu­en­ta tego tek­stu, do czego to wszyst­ko zmie­rza­ło? Z jaką myślą czy po­czu­ciem miał mnie po­zo­sta­wić?

Tekst w za­mie­rze­niu miał trak­to­wać o zbyt twar­dym kon­ser­wa­ty­zmie. O tym, co się może stać, gdy się ślepo sto­su­je prawo bez żad­nej re­flek­sji i bez kon­tek­stu, w ja­kich cza­sach było two­rzo­ne, i czy wciąż pa­su­je do cza­sów obec­nych.

Chcia­łem też po­ka­zać, że karma wraca, w tym przy­pad­ku w naj­gor­szym wy­da­niu. I nie jest to zwy­kły pech czy iro­nia losu, bo każda osoba miała swoją szan­sę, by ten łań­cuch zła prze­rwać.

"Wol­ność po­le­ga na tym, że mo­że­my czy­nić wszyst­ko, co nie przy­no­si szko­dy bliź­nie­mu na­sze­mu". Paryż, 1789 r.

Cie­ka­wy łań­cuch wy­da­rzeń i za­ska­ku­ją­cy ko­niec. Po­le­cam do czy­ta­nia, bo do­brze na­pi­sa­ne.

:)

"Wol­ność po­le­ga na tym, że mo­że­my czy­nić wszyst­ko, co nie przy­no­si szko­dy bliź­nie­mu na­sze­mu". Paryż, 1789 r.

Gre­en­horn je­stem, ale fan­ta­sty­kę czy­tam od gdzieś tak 77 roku, kiedy to ręki wpadł mi eg­zem­plarz Mło­de­go Tech­ni­ka. A po tem po­szło wedle klu­cza Lem, Trep­ka, Stru­gac­cy, Zaj­del i, i, i… Fan­ta­sy to nie jest moja ulu­bio­ną bajką, ale twoje “wy­po­ci­ny” prze­czy­ta­łęm z przy­jem­no­ścia. Kom­plet­nie, wedle Two­jej listy – szko­da, że te dwa ka­wał­ki nie są opu­bli­ko­wa­ne. Możę byś się sprę­żył i wrzu­cił? :)

 

A wiesz, że ostat­nio my­śla­lem o tym, by wrzu­cić… po­my­ślę bar­dziej :)

"Wol­ność po­le­ga na tym, że mo­że­my czy­nić wszyst­ko, co nie przy­no­si szko­dy bliź­nie­mu na­sze­mu". Paryż, 1789 r.

Nowa Fantastyka