- Opowiadanie: None - Formularz Z-13

Formularz Z-13

Prze­pra­szam ju­ror­kę za prze­kro­cze­nie li­mi­tu, ale ba­wi­łom się przy pi­sa­niu tak do­brze, że nie mia­łom serca wy­ciąć z tek­stu tych 5k zna­ków.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Formularz Z-13

Było pięk­ne czwart­ko­we po­po­łu­dnie. Po­zor­nie zwy­czaj­ne, jed­nak obec­ność nar­ra­to­ra była pew­nym zna­kiem, że to tylko po­zo­ry – ów nie miał bo­wiem zwy­cza­ju opo­wia­dać o nor­mal­nych czwart­ko­wych po­po­łu­dniach, choć­by i naj­pięk­niej­szych.

Pierw­szym zwia­stu­nem nie­zwy­kło­ści był czar­ny SUV z przy­ciem­nio­ny­mi szy­ba­mi. Był to po­jazd z ro­dza­ju tych, na widok któ­rych każdy haker, anar­chi­sta, zwo­len­nik teo­rii spi­sko­wych, zdra­dzo­ny przez wła­sny rząd agent lub in­ne­go ro­dza­ju an­ty­esta­bli­sh­men­to­wy non­kon­for­mi­sta po­czuł­by silną po­trze­bę wy­pa­ro­wa­nia z oko­li­cy. Ale w po­bli­żu nie było ni­ko­go ta­kie­go. Zaś lo­kal­ni miesz­kań­cy le­d­wie za­szczy­ci­li sa­mo­chód spoj­rze­niem.

Z po­jaz­du wy­sia­dło dwóch męż­czyzn ubra­nych w iden­tycz­ne gar­ni­tu­ry. Rzecz jasna rów­nież czar­ne. Na no­sach mieli oku­la­ry prze­ciw­sło­necz­ne. Oczy­wi­ście, w tak pięk­ny dzień nie po­win­no to bu­dzić zdzi­wie­nia. Ale wy­star­czył jeden rzut oka na tę parę, by in­stynk­tow­nie wie­dzieć, że nie kie­ro­wa­ła nimi dba­łość o ochro­nę wzro­ku przed zdra­dziec­kim pro­mie­nio­wa­niem ul­tra­fio­le­to­wym. Wy­glą­da­li na ta­kich, któ­rzy no­si­li­by przy­ciem­nia­ne szkła nawet w ulew­ny li­sto­pa­do­wy wie­czór. Rów­nie do­brze mo­gli­by mieć nad gło­wa­mi neo­no­we strzał­ki z na­pi­sem „agent rzą­do­wy”. Można by­ło­by się wręcz za­ło­żyć, że „agent” zro­sło się z ich na­zwi­ska­mi do tego stop­nia, że nawet ich żony, o ile ta­ko­we po­sia­da­li, nie zwra­ca­ły się do nich ina­czej.

Ro­zej­rze­li się po oko­li­cy ze sta­ran­nie nie­ru­cho­my­mi twa­rza­mi, po czym ru­szy­li w kie­run­ku domu pod nu­me­rem dzie­więt­na­stym. Jed­nak zanim jesz­cze zdą­ży­li za­pu­kać, otwo­rzył im męż­czy­zna w śred­nim wieku. Cał­ko­wi­cie zwy­czaj­ny. Można by wręcz po­wie­dzieć, że do­sko­na­le prze­cięt­ny. Ja­ka­kol­wiek siła wyż­sza od­po­wia­da­ła za stwo­rze­nie owego je­go­mo­ścia, nie prze­wi­dzia­ła dla niego zna­czą­cej roli w żad­nym tek­ście li­te­rac­kim, zde­cy­do­wa­ła się więc ob­da­rzyć go wy­glą­dem po­sta­ci tła. Fakt, że przy­szło mu jed­nak na mo­ment sta­nąć w świe­tle ju­pi­te­rów świad­czy o tym, że nawet siły wyż­sze po­peł­nia­ją cza­sem błędy. Trud­no po­wie­dzieć, czy fakt ten na­le­ży uznać za po­cie­sza­ją­cy, czy wręcz prze­ciw­nie.

Agen­tów nie zaj­mo­wa­ły jed­nak po­dob­ne roz­wa­ża­nia. Zsyn­chro­ni­zo­wa­ny­mi ru­cha­mi wy­cią­gnę­li z we­wnętrz­nych kie­sze­ni ma­ry­na­rek le­gi­ty­ma­cje (w czar­nych opra­wach), po czym młod­szy z nich za­py­tał:

– Pan No­wa­ko­vsky?

– Tak, to ja.

– Je­stem agent Brown, to mój ko­le­ga, agent Jones. Je­ste­śmy z Fe­de­ral­nej Agen­cji Nad­zo­ro­wa­nia Wąt­ków. – Wiel­kie li­te­ry sta­nę­ły w sze­re­gu rów­niut­ko ni­czym żoł­nie­rze w trak­cie musz­try pa­rad­nej. – Ktoś z cen­tra­li dzwo­nił, żeby uprze­dzić o na­szej wi­zy­cie.

– Tak, oczy­wi­ście. Wejdź­cie pro­szę, pa­no­wie. Kawy? A może coś z bą­bel­ka­mi?

– Nie, dzię­ku­je­my.

– Usiądź­my może w sa­lo­nie. Chwi­lecz­kę, za­wo­łam tylko żonę. Ko­cha­nie! Przy­szli pa­no­wie z rządu! Zaraz bę­dzie. Tego… Nie­ste­ty Do­ro­thy jesz­cze nie do­tar­ła. Nie mo­że­my się też do niej do­dzwo­nić. Kilka razy mó­wi­łem jej wczo­raj, że pa­no­wie będą chcie­li z nią po­roz­ma­wiać, że po lek­cjach ma zaraz wra­cać do domu, ale cóż… Wie­dzą pa­no­wie, jakie są na­sto­lat­ki.

– Niech się pan nie przej­mu­je. Je­stem pe­wien, że się znaj­dzie – po­wie­dział agent Brown swo­bod­nym tonem kogoś, kto wie, że wspo­mnia­ne dziew­czę jest ob­ser­wo­wa­ne przez szóst­kę ludzi, dwa drony, he­li­kop­ter (czar­ny) i sie­dem spe­cjal­nie prze­szko­lo­nych, wy­po­sa­żo­nych w naj­no­wo­cze­śniej­sze wsz­cze­py śród­czasz­ko­we go­łę­bi. – Może zresz­tą to i le­piej. Pewne spra­wy chcie­li­by­śmy omó­wić z pań­stwem na osob­no­ści. 

Chwi­lę póź­niej pań­stwo No­wa­ko­vsky sie­dzie­li już na ka­na­pie, uśmie­cha­jąc się nieco sztyw­no. Pani domu co chwi­la ner­wo­wo po­pra­wia­ła włosy i su­kien­kę. Wczo­raj za­li­czy­ła fry­zje­ra i ko­sme­tycz­kę, a dziś przez cały ranek pra­co­wi­cie do­bie­ra­ła strój, chcąc za­bły­snąć jak naj­ja­śniej, gdy przyj­dzie jej być opi­sy­wa­ną przez nar­ra­to­ra. By­ła­by po­twor­nie roz­cza­ro­wa­na, gdyby do­wie­dzia­ła się, jak fak­tycz­nie ów opis wy­glą­dał. Na szczę­ście jed­nak nigdy do tego nie doj­dzie.

Ale nie uprze­dzaj­my fak­tów.

 Agen­ci usie­dli na krze­słach przy stole. Brown po­ło­żył na bla­cie tecz­kę i za­czął z niej wy­cią­gać ja­kieś do­ku­men­ty. Przez chwi­lę pa­no­wa­ło mil­cze­nie. W końcu go­spo­darz nie wy­trzy­mał.

– A więc… Do­ro­thy. Za­sta­na­wia­li­śmy się z żoną, co ta­kie­go się stało, że rząd się nią za­in­te­re­so­wał.

Rze­czy­wi­ście, od czasu te­le­fo­nu z FANW spę­dza­li wie­czo­ry głów­nie na snu­ciu naj­dzik­szych przy­pusz­czeń. Zgod­nie z ro­dzi­ciel­ski­mi zwy­cza­ja­mi byli pewni, że ich córka wpa­ko­wa­ła się w ja­kieś kło­po­ty, roz­wa­ża­li je­dy­nie cię­żar kon­se­kwen­cji, które przyj­dzie jej po­nieść. Jak to bywa w ta­kich sy­tu­acjach, z dnia na dzień fan­ta­zja po­no­si­ła ich coraz bar­dziej, więc wczo­raj­szej nocy uwię­zie­nie w Gu­an­ta­na­mo za­czę­ło być trak­to­wa­ne jako wa­riant opty­mi­stycz­ny.

– To zro­zu­mia­łe. Niech się pań­stwo nie mar­twią. Mu­si­my tylko zadać kilka pytań, prze­pro­wa­dzić pewną pro­ce­du­rę, ale pań­stwa córce nic nie grozi.

– Pytań? – Pan No­wa­ko­vsky wy­raź­nie czuł jed­no­cze­śnie ulgę i roz­cza­ro­wa­nie. – Po pro­stu? Nie można tego było za­ła­twić te­le­fo­nicz­nie? Prze­cież żeby się z pa­na­mi dzi­siaj spo­tkać, mu­sie­li­śmy z żoną wziąć urlop. Mój kie­row­nik nie był szcze­gól­nie za­chwy­co­ny. Po­wie­dział, że jutro czeka nas po­waż­na roz­mo­wa o moim na­sta­wie­niu do pracy. Jak nic od­bi­je się to na mojej rocz­nej pre­mii!

– Niech się pan nie oba­wia. Za­ła­twi­my wszyst­ko tak, by wy­so­kość pań­skiej rocz­nej pre­mii nie sta­no­wi­ła po­wo­du do zmar­twień – obie­cał agent Brown. Użył przy tym spe­cy­ficz­ne­go tonu, który su­ge­ro­wał, że choć mówi ab­so­lut­nie szcze­rze, to ma na myśli zu­peł­nie coś in­ne­go, niż jego roz­mów­ca. Pan No­wa­ko­vsky oczy­wi­ście ni­cze­go nie za­uwa­żył, jed­nak nar­ra­tor, gdyby tylko mógł, mru­gnął­by teraz zna­czą­co do czy­tel­ni­ka.

– No do­brze, może za­cznij­my – po­wie­dział agent Jones, chcąc po­pchnąć roz­mo­wę na wła­ści­we tory. Przed chwi­lą zer­k­nął przez okno. Niebo, do tej pory błę­kit­ne, za­czę­ło za­cho­dzić chmu­ra­mi. Nie­dłu­go za­cznie padać. Fa­bu­ła się to­czy­ła, chcie­li czy nie, a na for­mu­la­rzu Z-13 wciąż jesz­cze nie było pod­pi­sów tej pary.

– Racja – po­wie­dział jego part­ner. – Pań­stwa córka to Do­ro­thy Wel­l­ma No­wa­ko­vsky, lat je­de­na­ście?

– Tak, oczy­wi­ście.

– Uro­dzo­na dwu­dzie­ste­go szó­ste­go li­sto­pa­da dwa ty­sią­ce ósme­go roku?

– Tak.

– Za­miesz­ka­ła przy Spo­koj­nej dzie­więt­na­ście, Ty­pi­ca­lvil­le, Ka­li­for­nia?

– Hm… Tak. To dla­te­go tu pa­no­wie przy­je­cha­li.

Je­że­li agent zwró­cił uwagę na ką­śli­wość, nie dał tego po sobie po­znać. Po­ki­wał je­dy­nie głową i za­zna­czył coś na for­mu­la­rzu.

– Jak ro­zu­miem, córka uczęsz­cza do pią­tej klasy w lo­kal­nej szko­le pod­sta­wo­wej.

– Zga­dza się.

– Do­sko­na­le. Czy po­wie­dzie­li­by pań­stwo, że jest osobą zdol­ną, acz nie­przy­kła­da­ją­cą zbyt wiel­kiej wagi do nauki?

– A co to za py­ta­nie? – Pani domu zdu­mio­na unio­sła brwi.

– Ru­ty­no­we dla tego typu sy­tu­acji. Gdyby byli pań­stwo ła­ska­wi od­po­wia­dać na py­ta­nia bez za­da­wa­nia wła­snych, pój­dzie nam zde­cy­do­wa­nie szyb­ciej. A więc?

– Cóż, Do­ro­thy mo­gła­by pew­nie wię­cej czasu spę­dzać nad książ­ka­mi, ale jest bar­dzo by­stra i ma przy­zwo­ite stop­nie – od­rze­kła gło­sem po­brzmie­wa­ją­cym urazą.

– Czy córka ma grono wier­nych przy­ja­ciół i/lub przy­ja­ció­łek, zło­żo­ne w znacz­nej mie­rze lub wy­łącz­nie z osób, które z roz­ma­itych wzglę­dów (przy­kła­do­wo przez wzgląd na cho­ro­bę i/lub ka­lec­two, przy­na­leż­ność et­nicz­ną, nad­wa­gę, orien­ta­cję sek­su­al­ną, sta­tus ma­te­rial­ny lub zdol­no­ści po­za­zmy­sło­we) są nie­po­pu­lar­ne wśród po­zo­sta­łych uczniów?

– No… Sama nie wiem… Ko­le­gu­je się z dziew­czy­ną Adam­sów. Ona ma chyba pro­te­zę ręki. No i jest też ta, Ir­mi­na czy może Irina, fak­tycz­nie jest ra­czej, jak to się mówi, przy kości…

– Ostat­nio no­co­wa­ła u nas też córka Pa­pa­do­po­ulo­sów. Oni chyba nie­daw­no przy­je­cha­li do kraju – wtrą­cił pan No­wa­ko­vsky, w oczy­wi­sty spo­sób au­to­chton z dzia­da pra­dzia­da.

– Ro­zu­miem – od­po­wie­dział męż­czy­zna w czer­ni. – Czy córce zda­rza się po­pa­dać w kon­flik­ty z ró­wie­śni­ka­mi i/lub człon­ka­mi ciała pe­da­go­gicz­ne­go?

– Od czasu do czasu fak­tycz­nie zda­rzy się ja­kieś spię­cie, ale wie pan jak to jest, na­sto­lat­ki mie­wa­ją nie­wy­pa­rzo­ny język. – W gło­sie go­spo­da­rza za­czę­ły po­ja­wiać się pierw­sze nuty nie­pew­no­ści.

– Czy przy­czy­ną owych kon­flik­tów zwy­kle jest fakt, że pań­stwa córka staje w obro­nie wspo­mnia­nych już przy­ja­ciół, gdy ci są ata­ko­wa­niu i/lub szy­ka­no­wa­ni przez in­nych, ze szcze­gól­nym uwzględ­nie­niem che­er­le­ade­rek, szkol­nych przy­stoj­nia­ków, dzie­ci z bo­ga­tych, wpły­wo­wych ro­dzin, lo­kal­nych osił­ków oraz star­szych, nie­zwy­kle su­ro­wych i zna­nych z nie­spra­wie­dli­wo­ści na­uczy­cie­li do­wol­nej płci?

No­wa­ko­vscy spoj­rze­li na sie­bie z wa­ha­niem. Agent Brown nie­mal wi­dział, jak w ich gło­wach kieł­ku­ją nie­po­ko­ją­ce wnio­ski, kiedy łą­czy­li ze sobą fakty, które mieli przed no­sa­mi od lat. W końcu pani domu nie­pew­nie po­ki­wa­ła głową i po­wie­dzia­ła:

– Tak, można to chyba tak ująć. A przy­naj­mniej zwy­kle od tego się za­czy­na.

– Czy córka jest za­an­ga­żo­wa­na w re­la­cję na po­gra­ni­czu fa­scy­na­cji i nie­chę­ci z przy­stoj­nym, ta­jem­ni­czym mło­dzień­cem o nie­ja­snej prze­szło­ści?

– Wy­pra­szam sobie! Ona ma do­pie­ro je­de­na­ście lat!

– Ro­zu­miem, pro­szę pana. Nie­mniej zgod­nie z pro­ce­du­rą muszę spy­tać. A więc?

– Oczy­wi­ście, że nie! – Obu­rze­nie ojca wy­glą­da­ło na szcze­re, jed­nak nie­ja­sny, ukrad­ko­wy gry­mas na twa­rzy matki, która roz­sąd­nie po­sta­no­wi­ła się nie wtrą­cać, mógł su­ge­ro­wać coś zu­peł­nie in­ne­go. Po­sta­wił przy „Tak” na for­mu­la­rzu de­li­kat­ną krop­kę. Póź­niej za­py­ta part­ne­ra, co on myśli na ten temat.

– Przejdź­my więc dalej. Czy w oko­li­cy miały miej­sce ja­kieś dziw­ne i/lub nie­bez­piecz­ne wy­da­rze­nia, które w spo­sób zu­peł­nie nie­praw­do­po­dob­ny oka­zy­wa­ły się łą­czyć z osobą pań­stwa córki?

– Nie, ra­czej nie.

– Na pewno?

– No… – Pani No­wa­ko­vsky grze­ba­ła nie­pew­nie we wspo­mnie­niach. – Była ta spra­wa ze zbie­głym więź­niem, któ­re­go potem zna­le­zio­no zwią­za­ne­go pną­cza­mi i z so­lid­nym guzem na gło­wie, w miej­scu gdzie Do­ro­thy czę­sto ba­wi­ła się z przy­ja­ciół­ka­mi, ale to ra­czej nie ma związ­ku.

– Racja, racja – dodał jej mąż z na­my­słem, oglą­da­jąc dawne wy­da­rze­nia w zu­peł­nie nowym, nie­po­ko­ją­cym świe­tle. – Albo wtedy, kiedy na nie­bie po­ja­wia­ły się te dziw­ne świa­tła. To było nie­co­dzien­ne, praw­da? Ale nasza córka nie miała z tym nic wspól­ne­go. Jak tylko się za­czę­ło, znik­nę­ła na kilka dni i wró­ci­ła do­pie­ro po wszyst­kim. Pa­mię­tam do­kład­nie. Po­wie­dzia­ła nam, że była pod na­mio­tem z ko­le­żan­ką.

– No i był jesz­cze ten chło­pak u nich w szko­le, który oka­zał się być za­gra­nicz­nym księ­ciem in­co­gni­to. Chcie­li go zdaje się po­rwać ter­ro­ry­ści, ale któ­ryś z uczniów im prze­szko­dził. Nie wia­do­mo, który. To mógł być kto­kol­wiek.

– Wie­dzą pa­no­wie, to ra­czej nie­cie­ka­wa oko­li­ca, nie dzie­je się tu zbyt wiele.

Agent Brown po­ki­wał ze zro­zu­mie­niem głową i zro­bił jakiś do­pi­sek na for­mu­la­rzu, po czym odło­żył go do tecz­ki.

– Pań­stwo No­wa­ko­vsky… Nie ma ła­twe­go spo­so­bu, żeby prze­ka­zać tego typu wie­ści, więc będę mówił wprost. Oba­wiam się, że pań­stwa córka jest pro­ta­go­nist­ką.

– Pro­ta­go­nist­ką?! – wy­krzyk­nę­li go­spo­da­rze uni­so­no. Ład­nie im to wy­szło, po­my­ślał Jones, sie­dzą­cy na ubo­czu, gotów wkro­czyć do akcji, gdyby jego part­ne­ro­wi za­bra­kło swady. Cie­ka­we, czy ćwi­czy­li wspól­ne zdu­mio­ne okrzy­ki.

– Prze­cież ro­bi­li jej w szko­le testy! Po­ka­za­ła nam wy­ni­ki! Nie­ca­ły pro­cent szan­sy na to, że zo­sta­nie nie­na­zwa­ną po­sta­cią trze­cio­pla­no­wą! – Pani No­wa­ko­vsky wpa­try­wa­ła się w agen­tów zdez­o­rien­to­wa­na.

– Tak, wiemy o tym. – Sta­rał się mówić spo­koj­nym, ko­ją­cym gło­sem. – Wszyst­kim dzie­cia­kom po­da­je się mniej wię­cej taki re­zul­tat. Nie chce­my, żeby świa­do­mość wła­snych pre­dys­po­zy­cji wpły­wa­ła na ich za­cho­wa­nie. Póź­niej praw­dzi­we wy­ni­ki są prze­sy­ła­ne pocz­tą do ich ro­dzi­ców. Nie­ste­ty, pań­stwa list gdzieś za­gi­nął. Ktoś tego nie do­pa­trzył, za co ser­decz­nie prze­pra­szam w imie­niu rząd­ku Sta­nów Zjed­no­czo­nych. W rze­czy­wi­sto­ści nasze mo­de­le wy­ka­za­ły, że Do­ro­thy ma ponad dzie­więć­dzie­siąt dzie­więć pro­cent szans na zo­sta­nie na­zwa­ną po­sta­cią pierw­szo­pla­no­wą i około dzie­więć­dzie­siąt pięć pro­cent na to, że zo­sta­nie głów­ną bo­ha­ter­ką opo­wie­ści. W tych spra­wach trud­no o więk­szą pew­ność.

Go­spo­da­rze wpa­try­wa­li się w agen­ta, sta­ra­jąc się jakoś po­ra­dzić sobie z tą wie­ścią. Pierw­sza otrzą­snę­ła się ona.

– Czy wia­do­mo już, jaka to bę­dzie hi­sto­ria? Może ro­mans? – za­py­ta­ła z nie­śmia­łą na­dzie­ją.

– Trud­no po­wie­dzieć, ale wiele wska­zu­je na jakiś ro­dzaj fan­ta­sty­ki.

– Ro­mans pa­ra­nor­mal­ny? – W gło­sie pani No­wa­ko­vsky na­dzie­ja mie­sza­ła się z lę­kiem.

– Przy­kro mi, ale ra­czej nie. Naj­praw­do­po­dob­niej bę­dzie to jakiś ro­dzaj po­wie­ści young adult. Za­pew­ne urban fan­ta­sy, albo może jakiś ro­dzaj SF. Po­ja­wia­ją się też wzor­ce ty­po­we dla mło­dzie­żo­wej dys­to­pii, ale chwi­lo­wo nie mamy ty­rań­skie­go rządu do oba­le­nia, więc…

– Więc bę­dzie mu­sia­ła wal­czyć o życie? Do­ko­ny­wać nie­moż­li­wych wy­bo­rów i mie­rzyć się z wy­zwa­nia­mi ponad siły? Tego typu rze­czy?

– Za­pew­ne tak.

– Ale jak? – Wtrą­cił go­spo­darz, gło­sem pi­skli­wym z emo­cji. – Prze­cież to zwy­kła na­sto­lat­ka z przed­mieść!

– A mó­wi­łam ci, że­by­śmy ją za­pi­sa­li na lek­cje sa­mo­obro­ny! Ale nie, było ci za drogo! To teraz masz, bę­dzie mu­sia­ła się mie­rzyć z wro­ga­mi mając za sobą pod­sta­wy hisz­pań­skie­go i dwie lek­cje gry na gi­ta­rze!

– A skąd mia­łem wie­dzieć? Mamy jesz­cze tro­chę czasu, mo­że­my ją po­słać na ka­ra­te, czy coś. Albo może do szkół­ki strze­lec­kiej? Jak pan sądzi?

– Niech się tym pań­stwo nie kło­po­czą. Pro­ta­go­ni­ści zwy­kle nie po­zwa­la­ją, by takie dro­bia­zgi jak brak klu­czo­wych umie­jęt­no­ści prze­szko­dził im w od­nie­sie­niu suk­ce­su. Do­ro­thy fak­tycz­nie bę­dzie mu­sia­ła na­uczyć się tego i owego, ale to przyj­dzie tak jakby samo. Mu­si­my tylko za­pew­nić jej od­po­wied­nie wa­run­ki.

– Od­po­wied­nie wa­run­ki? A co to niby zna­czy? – Pan No­wa­ko­vsky wpa­try­wał się w agen­ta nie­uf­nie, po­dej­rze­wa­jąc, że bę­dzie to miało coś wspól­ne­go ze znacz­ny­mi wy­dat­ka­mi.

– Cóż… Jakby to pań­stwu… Trze­ba bę­dzie nie­ste­ty, tego… Zna­czy… – Przy­szła pora prze­ka­zać złe wie­ści, jed­nak agent Brown nie po­tra­fił zna­leźć od­po­wied­nich słów. Przy­go­to­wa­na wcze­śniej prze­mo­wa cał­kiem wy­le­cia­ła mu z głowy. Zer­k­nął na part­ne­ra, ten jed­nak osten­ta­cyj­nie zi­gno­ro­wał niemą proś­bę o wspar­cie. – Może ina­czej. Pa­mię­ta­ją pań­stwo dzień na­ro­dzin Do­ro­thy? W trak­cie po­ro­du do­szło do nie­ocze­ki­wa­nych kom­pli­ka­cji. Mimo, że była pani w do­sko­na­łym zdro­wiu, nie­ocze­ki­wa­nie po­gor­szył się pani stan, wy­glą­da­ło nawet na to, że może pani umrzeć.

– Skąd pan to wszyst­ko wie?

– Do­sta­je­my in­for­ma­cje o wszyst­kich ta­kich przy­pad­kach. To ty­po­we w przy­pad­ku na­ro­dzin przy­szłych pro­ta­go­ni­stów. Tak czy ina­czej, le­ka­rzom nie­ocze­ki­wa­nie i wbrew pro­ce­du­rom udało się panią od­ra­to­wać. Oczy­wi­ście to nie pani wina, jed­nak po­zba­wi­ło to Do­rthy pew­nych klu­czo­wych ele­men­tów roz­wo­ju.

– Oba­wiam się, że nie ro­zu­miem.

– Już tłu­ma­czę. żeby zo­stać po­rząd­nym głów­nym bo­ha­te­rem po­trze­ba w ży­cio­ry­sie ja­kiejś tra­ge­dii. Gdyby umar­ła pani wtedy, pan zo­stał­by sa­mot­nym ojcem, może zma­gał się z de­pre­sją i trud­no­ścia­mi fi­nan­so­wy­mi albo z ja­kimś na­ło­giem. Sta­rał­by się pan jak naj­le­piej, ale i tak by­ło­by dużo pro­ble­mów i tak dalej. Ale nie­ste­ty spra­wy po­to­czy­ły się nie­wła­ści­wym torem, przez co Do­ro­thy wy­cho­wa­ła się w szczę­śli­wej ro­dzi­nie na spo­koj­nym przed­mie­ściu. Pech, ale nie­ste­ty takie rze­czy się zda­rza­ją. Na szczę­ście wszyst­ko jesz­cze można nad­ro­bić, ale mu­si­my się do tego za­brać jak naj­szyb­ciej.

– To zna­czy, do czego tak kon­kret­nie? Mamy się prze­pro­wa­dzić do gor­szej dziel­ni­cy? Za­pi­sać ją do gangu, czy coś?

– Nie, nie cał­kiem. Pro­szę, oto for­mu­larz Z-13. Pro­sił­bym, żeby pań­stwo to pod­pi­sa­li.

Pani No­wa­ko­vsky wzię­ła pa­pier do ręki i szyb­ko go przej­rza­ła.

– Zgoda na eli­mi­na­cję? A co to niby ma zna­czyć?

– Żeby za­pew­nić Do­ro­thy od­po­wied­nio tra­gicz­ną prze­szłość mu­si­my nie­ste­ty pań­stwa zabić. W ta­jem­ni­czych oko­licz­no­ściach.

– Co? Czy ja do­brze ro­zu­miem? Przez to, że wy macie ba­ła­gan w pa­pie­rach, mam dać się za­dźgać?

– W za­sa­dzie to uży­je­my broni pal­nej, ale tak, ogól­nie rzecz bio­rąc tak, jest to nie­ste­ty ko­niecz­ne.

– Chyba pan sobie żar­tu­je! Ja mam plany! Zo­bo­wią­za­nia! Nie mogę sobie ot tak, umrzeć bez za­po­wie­dzi!

– Ko­cha­nie, nie rób sceny. – Jej mąż sta­rał się za­ła­go­dzić sy­tu­ację. – Pa­no­wie prze­cież tylko wy­ko­nu­ją swoją pracę. To nie ich wina, że spra­wy się nieco za­gma­twa­ły.

– Nie uci­szaj mnie! To prze­cież nie do po­my­śle­nia! Co o mnie sze­fo­wa po­my­śli?! Koń­czy­my wła­śnie duży pro­jekt, a ja się wy­mik­so­wu­ję na tam­ten świat? O, nie zo­sta­wi na mnie su­chej nitki pod­czas spo­tka­nia sze­fów dzia­łu!

– No fak­tycz­nie, tro­chę to nie­spo­dzie­wa­ne. Mogli pa­no­wie cho­ciaż uprze­dzić.

– Ro­zu­miem pań­stwa nie­za­do­wo­le­nie, jed­nak to musi być nie­ocze­ki­wa­ny, nagły zgon, więc nie­ste­ty nie mo­gli­śmy dać pań­stwu czasu na przy­go­to­wa­nia. Pro­szę się jed­nak nie mar­twić, damy znać, komu trze­ba, że stało się tak z przy­czyn fa­bu­lar­nych. No i niech pań­stwo po­my­ślą o swo­jej córce. Ona na­praw­dę po­trze­bu­je tej mo­ty­wa­cji. Ta hi­sto­ria z bo­ha­ter­stwem przy­da­rzy się jej bez wzglę­du na wszyst­ko, ale je­że­li nie bę­dzie mogła sko­rzy­stać z po­kła­dów de­ter­mi­na­cji, które dziś za­cznie­my bu­do­wać, może nie­ste­ty spaść do rangi po­sta­ci dru­go­pla­no­wej, umie­ra­ją­cej w pierw­szym star­ciu z czar­nym cha­rak­te­rem dla zwięk­sze­nia efek­tu dra­ma­tycz­ne­go.

– Toż to or­dy­nar­ny szan­taż emo­cjo­nal­ny! – ob­ru­szy­ła się pani domu. Mąż chrząk­nął się nie­pew­nie, jakby chciał coś po­wie­dzieć. – Cicho siedź. Wiem prze­cież. No do­brze, pod­pi­szę ten pana głupi for­mu­larz.

– Do­sko­na­le. Pro­szę o pa­raf­kę tu i tu, a tutaj peł­nym imie­niem i na­zwi­skiem. Świet­nie. Teraz pan.

– Chwi­la, ja też?

– Oczy­wi­ście.

– Wcze­śniej mówił pan, że wy­star­czy śmierć żony!

– Gdyby zmar­ła przy po­ro­dzie, tak. Ale w obec­nej sy­tu­acji nie­ste­ty musi to być zgon oby­dwoj­ga ro­dzi­ców.

– A nie mógł­bym po pro­stu za­gi­nąć bez wie­ści czy tam upo­zo­ro­wać wła­snej śmier­ci, żeby potem mogła mnie od­na­leźć? Sły­sza­łem o ta­kich sy­tu­acjach.

– Ow­szem, zda­rza­ją się. Ale mu­siał­by pan mieć po­ten­cjał na zło­czyń­cę. Albo cho­ciaż jego współ­pra­cow­ni­ka. Ewen­tu­al­nie gdyby był pan ge­nial­nym na­ukow­cem. Ale pan jest… księ­go­wym, zga­dza się? Nie­ste­ty więc nie jest to moż­li­we.

– A może…

– No, bo jak mnie trafi! – Pani No­wa­ko­vsky stra­ci­ła cier­pli­wość. – To też twoja córka! Widzą go pa­no­wie, kom­bi­na­to­ra jed­ne­go! Na wy­wia­dów­kę nie po­je­dzie, na gi­ta­rę jej nie od­wie­zie, jak raz mu­siał jej za­wieźć strój na WF do szko­ły, to potem przez mie­siąc opo­wia­dał, jak to się przez to spóź­nił do pracy! Wszyst­ko na mojej gło­wie. Jak była mała, to po nocy też mu się nigdy nie chcia­ło wstać! Ani pie­luch zmie­niać! O nie, mój panie, ja się tak dłu­żej trak­to­wać nie po­zwo­lę. Choć raz przy­łóż rękę do wy­cho­wa­nia dziec­ka! Dalej, bierz dłu­go­pis i pod­pi­suj!

– Do­brze, już do­brze, po co te krzy­ki. – Uśmiech­nął się ner­wo­wo do agen­tów, szu­ka­jąc z nimi nici mę­skie­go po­ro­zu­mie­nia, ci jed­nak stra­te­gicz­nie mil­cze­li. – Już nawet za­py­tać nie wolno. Pro­szę bar­dzo, za­do­wo­lo­na?

Agent Brown spraw­dził, czy do­ku­men­ty są w po­rząd­ku, ski­nął part­ne­ro­wi głową, po czym scho­wał for­mu­larz do tecz­ki.

– Do­sko­na­le, bar­dzo pań­stwu dzię­ku­ję. No, to bierz­my się do dzie­ła.

– Chwi­la, już? Chcia­ła­bym naj­pierw do­brać jakiś sto­sow­niej­szy do oka­zji strój, po­pra­wić ma­ki­jaż…

Agen­ci wy­mie­ni­li spoj­rze­nia. Jed­no­cze­śnie zer­k­nę­li za okno, gdzie pierw­sze kro­ple desz­czu ude­rza­ły wła­śnie o na­grza­ne chod­ni­ki. Potem zgra­ny­mi ru­cha­mi do­tknę­li ze­sta­wów słu­chaw­ko­wych, przez chwi­lę od­bie­ra­jąc ja­kieś ko­mu­ni­ka­ty. Jones po­krę­cił de­li­kat­nie głową.

– Nie­ste­ty, nie mamy na to czasu – od­po­wie­dział go­spo­dy­ni Brown. – Do­ro­thy już tu idzie, do­trze do domu za nie­ca­ły kwa­drans. Mu­si­my brać się do dzie­ła. Gdyby ze­chcia­ła pani sta­nąć tutaj. Co są­dzisz? – spy­tał part­ne­ra. Ten zer­k­nął kry­tycz­nie na go­spo­dy­nię i jej oto­cze­nie, po czym po­krę­cił głową.

– Nie, to ni jest dobre miej­sce. Zo­bacz, z tyłu masz ścia­nę po­ma­lo­wa­ną na gra­na­to­wo, krew nie bę­dzie się do­brze od­zna­cza­ła. Zero efek­tu dra­ma­tycz­ne­go.

– To może w ła­zien­ce? Tam mamy żółte ka­fel­ki. – Pan No­wa­ko­vsky sta­rał się być po­moc­ny.

– Nie żółte, tylko kre­mo­we. Zresz­tą, nie po to spę­dzi­łam cały week­end szo­ru­jąc fugi, że­by­ście mi je teraz za­chla­pa­li.

– Ła­zien­ka i tak nie na­da­je się zbyt do­brze. Hm, a tu, koło okna? Bryzg szkar­ła­tu na szy­bie, te spra­wy. No i mo­gła­by pani umie­ra­jąc dra­ma­tycz­nie chwy­cić się za­sło­ny, ścią­gnąć ją z kar­ni­sza na swoje bez­wład­ne ciało.

– Pan wie, ile one kosz­to­wa­ły? Nie ma mowy!

– No do­brze, już do­brze. To może tutaj? Tu mamy ładną, pustą ścia­nę.

– A żeby pan wie­dział, że pustą. Mąż już dawno miał mi tu po­wie­sić półki, ale cią­gle nie mógł się ze­brać w sobie. Czy nie tak ko­cha­nie?

– No i wi­dzisz, teraz bę­dzie w sam raz. Nie ma tego złego i tak dalej.

– No do­brze, w takim razie niech pani tu sta­nie, pro­szę. Tak, to bę­dzie dobre miej­sce. Ład­nie oświe­tlo­ne, ofe­ru­je dobry kon­trast. Wyj­dzie z tego po­rząd­ny opis. – Agent Brown wyjął z tecz­ki pi­sto­let i dwie pary ochra­nia­czy słu­chu. Podał jedną part­ne­ro­wi i za­ła­do­wał broń.

– Swo­bod­na po­sta­wa, pro­szę. Kiedy strze­lę, przy­ło­ży pani dłoń do rany, potem oprze się o ścia­nę i osu­nie się na zie­mię. Wszyst­ko jasne? Świet­nie. – Huk­nął strzał. Chwi­lę póź­niej go­spo­dy­ni le­ża­ła już na pa­ne­lach, a do­oko­ła niej roz­ra­sta­ła się ka­łu­ża krwi.

– Tak do­brze? – spy­ta­ła słabo.

– W po­rząd­ku, po­ra­dzi­ła sobie pani bar­dzo do­brze – po­chwa­lił agent Brown. Jones po­ki­wał głową z uzna­niem. Rze­czy­wi­ście, była na­praw­dę nie­zła. Aż dziw, że siła wyż­sza nie prze­wi­dzia­ła dla niej roli ofia­ry w ja­kimś kry­mi­na­le. Wielu ama­to­rów w klu­czo­wym mo­men­cie pa­ni­ko­wa­ło i od­wa­la­ło zu­peł­ną fu­szer­kę.

– No do­brze. Teraz pan. My­ślał pan może o ja­kichś ostat­nich sło­wach?

– Ostat­nich… Nie nigdy. A czemu?

– Wedle przy­ję­tej pro­ce­du­ry zo­sta­nie pan po­strze­lo­ny tak, by żyć jesz­cze, kiedy córka tu do­trze. Bę­dzie pan mógł wy­rzę­zić do niej kilka słów. No wie pan, żeby mogła je potem wspo­mi­nać i czer­pać z nich siłę.

– Hm… Nic mi nie przy­cho­dzi do głowy.

– Nie szko­dzi, nie spo­dzie­wał się pan. Je­ste­śmy przy­go­to­wa­ni na takie oka­zje. – Znowu zaj­rzał do ak­tów­ki, wyjął z niej tek­tu­ro­wą tecz­kę i za­czął prze­glą­dać zgro­ma­dzo­ne w niej pa­pie­ry. – Może „Pa­mię­taj, skąd po­cho­dzisz”?

– Nie, to dla et­nicz­nych. – Od­po­wie­dział agent Jones, zer­ka­jąc part­ne­ro­wi przez ramię. – Może to wiel­kiej mocy, wiel­kiej od­po­wie­dzial­no­ści? Po­nad­cza­so­wy kla­syk.

– Niby tak, ale ana­li­ty­cy nie prze­wi­du­ją u niej nad­przy­ro­dzo­nych zdol­no­ści. „Za­wsze byłem z cie­bie dumny”?

– Czy ja wiem… Co pan uważa?

– Mnie się po­do­ba. Takie bu­du­ją­ce ra­czej.

– No dobra, niech bę­dzie. Za­pa­mię­ta pan? Świet­nie. – Zwró­cił się w kie­run­ku part­ne­ra. – No dobra, daj panu ślad.

– Jaki znowu ślad? – za­py­tał go­spo­darz, coraz bar­dziej zdez­o­rien­to­wa­ny.

– Coś, co córka znaj­dzie przy panu, a co kie­dyś w przy­szło­ści na­pro­wa­dzi ją na trop ja­kiejś in­try­gi. Niech się pan tym za wiele nie przej­mu­je, tylko po pro­stu ści­ska go w ręce. No dobra, co mamy do wy­bo­ru?

– An­tycz­ną mo­ne­tę, strzę­pek je­dwa­biu z wy­ma­lo­wa­ny­mi ide­ogra­ma­mi, ze­rwa­ny wi­sio­rek z em­ble­ma­tem daw­ne­go boga, po­mię­ty ka­wa­łek pa­pie­ru z za­szy­fro­wa­ną wia­do­mo­ścią i po­łów­kę czar­no-bia­łej fo­to­gra­fii.

– To może zdję­cie?

– Czy ja wiem… Zdję­cia le­piej wy­pa­da­ją w fil­mach. Do książ­ki dał­bym wi­sior albo szyfr.

– Może i racja. W takim razie niech bę­dzie ten kod, i tak długo nam już za­le­ga.

Agent Brwon ski­nął głową i podał panu No­wa­ko­vsky’emu zmię­ty kar­te­lu­szek. Ten wziął go nie­pew­nie, po czym ostroż­nie za­ci­snął w dłoni.

– Świet­nie. Teraz pro­szę sta­nąć tutaj. Do­sko­na­le. Po­strze­lę teraz pana, po czym upad­nie pan na pod­ło­gę, pod­czoł­ga się kilka stóp do żony, zo­sta­wia­jąc za sobą dra­ma­tycz­ną, krwa­wą smugę, po czym tam za­cze­ka pan na córkę. Kiedy ta przyj­dzie, wy­po­wie pan ostat­nie słowa i umrze. Wszyst­ko jasne?

– A tego… Gdy­bym coś po­my­lił? No bo ra­czej nie bę­dzie oka­zji, żeby to prze­ćwi­czyć?

– Nie, oba­wiam się, że nie. Niech się pan nie mar­twi, da pan radę. To nie takie trud­ne. Go­to­wy?

– Jasne, jasne. Miej­my to z głowy. Przy­naj­mniej nie będę się jutro mu­siał tłu­ma­czyć sze­fo­wi. – Po­we­se­lał nieco.

Padł strzał, a No­wa­ko­vsky chwi­lę póź­niej.

– O szlag, jak boli! – wy­krzyk­nął, mimo nie­sprzy­ja­ją­cych oko­licz­no­ści pa­mię­ta­jąc, że to ma być hi­sto­ria od­po­wied­nia dla mło­dzie­ży i od­po­wied­nio do­bie­ra­jąc prze­kleń­stwa. –  Nie mó­wi­li­ście, że to bę­dzie tak bo­la­ło!

– Przy­kro mi, ale rany mają to do sie­bie. Pro­szę się teraz pod­czoł­gać w kie­run­ku mał­żon­ki.

– Jasne, już. Cho­le­ra, ale rwie! Go­rzej, niż kiedy skrę­ci­łem kost­kę gra­jąc w te­ni­sa. Może mógł­bym do­stać ta­blet­kę, czy coś?

– Przy­kro mi, ale nie. Zresz­tą i tak ra­czej nic by nie dała. Musi pan dać radę. Już nie­da­le­ko. Wy­cho­dzi panu bar­dzo ładna smuga.

– Tak? To do­brze, nie chciał­bym tego po­psuć, żona by mi nie wy­ba­czy­ła. Ona bar­dzo dba o to, żeby wszyst­ko robić jak na­le­ży.

– Niech się pan nie oba­wia, jest świet­nie. By­ła­by z pana dumna. No, jesz­cze kilka cali.

– Do­brze, już do­brze. Prze­cież peł­znę. Do dia­ska, by­ło­by ła­twiej, gdy­bym wcze­śniej zdjął ma­ry­nar­kę. Może mógł­by mnie pan, uch, ka­wa­łe­czek, że tak po­wiem, pod­cią­gnąć…

– No, no, pro­szę się tak łatwo nie pod­da­wać. Jesz­cze tylko tro­chę. No, tak może być. Ma pan ten świ­stek? Świet­nie. No, to my już bę­dzie­my się zbie­rać. Do­ro­thy po­win­na nie­dłu­go do­trzeć. Niech pan pa­mię­ta o ostat­nich sło­wach. W imie­niu Fe­de­ral­nej Agen­cji Nad­zo­ro­wa­nia Wąt­ków bar­dzo pań­stwu dzię­ku­je­my za współ­pra­cę.

Jakiś czas potem prze­mo­czo­na na­sto­lat­ka, kie­ro­wa­na złym prze­czu­ciem wbie­gła do domu przy Spo­koj­nej 19. Chwi­lę póź­niej ze środ­ka do­biegł jej prze­ra­żo­ny krzyk. Agen­ci, sie­dząc w swoim czar­nym SUV-ie, po­ki­wa­li z za­do­wo­le­niem gło­wa­mi, po czym ru­szy­li w dal­szą drogę. Były prze­cież inne opo­wie­ści, któ­rych mu­sie­li do­pil­no­wać. 

Koniec

Komentarze

Faj­nie mi się czy­ta­ło i przy­znam, że roz­ba­wił mnie mo­ment ogło­sze­nia dia­gno­zy, cho­ciaż na ogół nie prze­pa­dam za, jakby to ująć, opo­wia­da­nia­mi o opo­wia­da­niach.

Mia­łam tylko wra­że­nie, że od tego mo­men­tu ca­łość jakoś się roz­wle­kła, zo­sta­ła tak szcze­gó­ło­wo prze­ga­da­na przez bo­ha­te­rów, że humor sy­tu­acyj­ny się w moim od­bio­rze po pro­stu roz­cień­czył. Cho­ciaż przy samym końcu z ukła­da­niem się ro­dzi­ców znów zda­rzy­ło mi się uśmiech­nąć.

Cie­szę się, że opo­wia­da­nie wy­wo­ła­ło choć uśmiech – bio­rąc pod uwagę przy­ję­cie nie­któ­rych “kon­ku­ren­cyj­nych” tek­stów nie było to wszak oczy­wi­ste.

Szko­da, że frag­ment roz­mo­wy ci się dłu­żył – jest on moim ulu­bio­nym w tym tek­ście, więc tym bar­dziej żal, że nie bawi tak, jak­bym chcia­ło. Ale cóż, c’est la vie.

Jak dla mnie wresz­cie tekst, w któ­rym humor jest na pierw­szym pla­nie. I to nawet cał­kiem za­baw­ny, zwłasz­cza ten mo­ment z pro­ta­go­nist­ką. Nie­mniej mam wra­że­nie, że ścię­cie 5k zna­ków ra­czej by opo­wia­da­niu po­mo­gło, bo mo­men­ta­mi jest prze­ga­da­ne – to wła­ści­wie roz­wi­nię­ty skecz, a ske­cze nie po­win­ny być zbyt dłu­gie.

Może to wszyst­ko nie jest zbyt ory­gi­nal­ne, ale za­ba­wa po­sta­cia­mi i wąt­ka­mi (Adam­sów­na z pro­te­zą ręki) za­słu­gu­je na klicz­ka na za­chę­tę.

http://altronapoleone.home.blog

Może i fak­tycz­nie do­brze by­ło­by po­uci­nać temu tek­sto­wi to i owo. Ech, mięk­kie serce.

 

Za klik dzię­ku­ję pięk­nie.

Fajne, po­do­ba mi się, że humor jest tutaj sub­tel­ny, na­tu­ral­nie wy­ni­ka­ją­cy z po­my­słu. Zga­dzam się z przed­pi­ś­ca­mi, że można by to i owo skró­cić bez szko­dy dla tek­stu a z po­żyt­kiem dla dy­na­mi­ki. Może pro­ta­go­nist­ka pój­dzie w ślady Bruce’a Wayne’a . :)

„Czę­sto sły­szy­my, że ma­te­ma­ty­ka spro­wa­dza się głów­nie do «do­wo­dze­nia twier­dzeń». Czy praca pi­sa­rza spro­wa­dza się głów­nie do «pi­sa­nia zdań»?” Gian-Car­lo Rota

Może cho­ciaż te 63 znaki? To już drob­ny za­bieg.

lozanf@fantastyka.pl

Nie śmiem od­ma­wiać. Nawet z małym nad­dat­kiem.

Prze­czy­taw­szy.

Fin­kla

lozanf@fantastyka.pl

Do­brze się ba­wi­łam czy­ta­jąc Twój tekst. Wresz­cie coś co mnie rze­czy­wi­ście ba­wi­ło przez całą lek­tu­rę. Fajny po­mysł, dobre wy­ko­na­nie, prze­śmiew­cze na­wią­za­nia do in­nych ksią­żek i fil­mów. Po­stać pani No­wa­ko­vsky naj­bar­dziej przy­pa­dła mi do gustu.

 

Po­wo­dze­nia w kon­kur­siesmiley

Dzię­ku­ję pięk­nie, życzę tego sa­me­go, o ile rów­nież wy­star­tu­jesz.

Fajny tekst. To zna­czy taki do uśmiech­nię­cia, po­rząd­nie na­pi­sa­ny i z do­brze na­kre­ślo­ny­mi po­sta­cia­mi. Ogól­nie mi się :) Kli­kam :)

Jak zo­ba­czy­łem tytuł “For­mu­larz Z-13”, to byłem pe­wien, że na­pi­sa­łeś, Ano­ni­mie, opo­wia­da­nie o pe­ten­cie, który pró­bu­je za­ła­twić jakąś spra­wę/wy­wal­czyć ja­kieś świad­cze­nie w ZUS-ie. :)

Fajne. To jest w końcu taki tekst hu­mo­ry­stycz­ny, ja­kich ocze­ki­wa­łem po tym kon­kur­sie. Za­baw­ny, może tro­chę prze­śmiew­czy. Nie jest jakoś mocno śmiesz­ny, ale nie można tego na­zwać wadą. Bo on nie ma taki być. Jest to opo­wia­da­nie ba­zu­ją­ce na cie­ka­wym po­my­śle, lek­kiej for­mie, przede wszyst­kim na wyj­ściu poza pewne sche­ma­ty, o które to wyj­ście aż się w tym kon­kur­sie prosi, bo prze­cież humor po­zwa­la na to jak mało który ga­tu­nek. Ono nie kła­dzie na pod­ło­gę ze śmie­chu, ale bawi. I nie wiem, czy aby cza­sem nie tego wła­śnie po­win­ni­śmy ocze­ki­wać po opo­wia­da­niach kon­kur­so­wych.

Sło­wem, bar­dzo przy­jem­na lek­tu­ra. Daruj, że nie na­pi­szę wię­cej, ale znowu mam spore za­le­gło­ści w ko­men­ta­rzach i pró­bu­ję się jakoś od­ko­pać. W każ­dym razie, dla mnie naj­lep­szy tekst jak do tej pory.

Sa­mo­zwań­czy Lotny Dy­żur­ny-Par­ty­zant; Nie­ofi­cjal­ny czło­nek sto­wa­rzy­sze­nia Mal­kon­ten­tów i Hi­po­chon­dry­ków

Dzię­ku­ję uprzej­mie obu przed­pi­ściom, miło mi też wi­dzieć swój tekst w bi­blio­te­ce. Miło mi nie­zmier­nie, że udało mi się wzbu­dzić wasz uśmiech.

To i ja prze­czy­ta­łem i do­rzu­cę swoje trzy gro­sze. choć pew­nie nie­zbyt od­kryw­cze.

Tekst jest lekko prze­ga­da­ny, ale nie prze­szka­dza­ło to w od­bio­rze, na­to­miast rze­czy­wi­ście nieco roz­cień­czy­ło humor. Można by odro­bi­nę ba­dziej skon­den­so­wać i wy­ci­snąć wię­cej.

No ale wy­szło cał­kiem sym­pa­tycz­nie. Nie mam nic prze­ciw­ko pi­sa­nia o pi­sa­niu, toteż te­ma­ty­ka, szze­gól­nie jak na kon­kurs hu­mo­ry­stycz­ny, cał­kiem spoko. Za naj­moc­niej­szy mo­ment tek­stu, w któ­rym uśmiech­ną­łem się naj­bar­dziej uwa­żam oczy­wi­ście dia­gno­zę – pro­ta­go­nist­ka. Dru­gim za­baw­nym ele­men­tem było pla­no­wa­nie i przyj­mo­wa­nie pozy do za­bój­stwa.

Na­pa­dów śmie­chu nie wy­wo­ła­ło, ale czy­ta­ło się przy­jem­nie. Tytuł z kolei mi się nie spodo­bał, od­py­chał od klik­nię­cia i prze­czy­ta­nia.

 

Po­zdra­wiam!

"Taki ide­al­ny wy­lu­zo­wy­wacz do obia­du." NWM

Tutuł mi się z ZUS-em sko­ja­rzył, brr… po ponad dzie­się­ciu la­tach poza kra­jem jesz­cze pa­mię­tam. ;)

Wstęp odro­bi­nę prze­ga­da­ny, ale dalej bar­dzo mi się po­do­ba­ło. Spór mał­żon­ków dobry, scena śmier­ci ta­tu­sia – re­we­la­cyj­na i spis przed­mio­tów, które mogą mu w łapkę wci­snąć – mniam! Symp­to­my bycia pro­ta­go­ni­stą też dobre. Kpina na paru po­zio­mach. :)

Może i nie po­kła­da­łam się ze śmie­chu, ale uśmie­szek parę pary się po­ja­wił.

Chcia­ła­bym w końcu prze­czy­tać coś opty­mi­stycz­ne­go!

Nie przy­pusz­cza­łom, że tytuł sko­ja­rzy się aku­rat z ZUSem, a widzę, że to dość po­pu­lar­ny przy­pa­dek. Cóż, nie było na niego po­my­słu, to i wy­szło jak wy­szło.

Miło, że po­ja­wi­ły się uśmie­chy, na przy­szłość po­sta­ram się tro­chę od­wad­niać tek­sty. Może kupię su­szar­kę?

Z su­szar­ki wy­cho­dzą su­cha­ry…

lozanf@fantastyka.pl

parę pary

Kur­cze, roz­ba­wił mnie mój wła­sna ko­men­tarz plus su­szar­ka. :D

Chcia­ła­bym w końcu prze­czy­tać coś opty­mi­stycz­ne­go!

Nie­zły po­mysł za­owo­co­wał faj­nym opo­wia­da­niem. Humor nie wy­stę­pu­je tu w nad­mia­rze, ale za to w do­brym ga­tun­ku.

Wy­ko­na­nie, mimo kilku uste­rek, cał­kiem po­rząd­ne. ;)

 

Można byłby się wręcz za­ło­żyć… –> Li­te­rów­ka.

 

od­po­wia­da­ła za jego stwo­rze­nie, nie prze­wi­dzia­ła dla niego zna­czą­cej roli w żad­nym tek­ście li­te­rac­kim, zde­cy­do­wa­ła się więc ob­da­rzyć go wy­glą­dem po­sta­ci tła. Fakt, że przy­szło mu jed­nak… –> Czy wszyst­kie za­im­ki są ko­niecz­ne?

 

Nich się pan nie oba­wia. –> Li­te­rów­ka.

 

– Uro­dzo­na 26 li­sto­pa­da dwa ty­sią­ce ósme­go roku? –> – Uro­dzo­na dwu­dzie­ste­go szó­ste­go li­sto­pa­da dwa ty­sią­ce ósme­go roku?

Li­czeb­ni­ki za­pi­su­je­my słow­nie, zwłasz­cza w dia­lo­gach.

 

– Za­miesz­ka­ła przy Spo­koj­nej 19… –> – Za­miesz­ka­ła przy Spo­koj­nej dzie­więt­na­ście

 

Po­sta­wił przy „Tak” na for­mu­la­rzu de­li­kat­na krop­kę. –> Li­te­rów­ka.

 

– A nie mógł­bym po pro­stu za­gi­nać bez wie­ści… –> Li­te­rów­ka.

 

– Do­brze, już do­brze, po co te nerwy. – Uśmiech­nął się ner­wo­wo do agen­tów… –> Nie brzmi to naj­le­piej.

 

Mi się po­do­ba. –> Mnie się po­do­ba.

Gdyby ci, któ­rzy źle o mnie myślą, wie­dzie­li co ja o nich myślę, my­śle­li­by o mnie jesz­cze go­rzej.

Z su­szar­ki wy­cho­dzą su­cha­ry…

Dobry su­char nie jest zły, pro­szę Loży. Przy­naj­mniej od czasu do czasu.

Kur­cze, roz­ba­wił mnie mój wła­sna ko­men­tarz plus su­szar­ka. :D

Mówią, że Chry­zyp z Soloi umarł, śmie­jąc się z wła­sne­go dow­ci­pu – czyż może być pięk­niej­szy spo­sób, by odejść?

Humor nie wy­stę­pu­je tu w nad­mia­rze, ale za to w do­brym ga­tun­ku.

Dzię­ku­ję pięk­nie, cie­szę się, że przy­pa­dło do gustu.

 

Błędy po­pra­wi­łom, dzię­ku­ję za ła­pan­kę.

Bar­dzo pro­szę, Ano­ni­mie. ;)

Gdyby ci, któ­rzy źle o mnie myślą, wie­dzie­li co ja o nich myślę, my­śle­li­by o mnie jesz­cze go­rzej.

Jak na razie Twój tekst ano­ni­mie jest naj­lep­szy jaki czy­ta­łem w tym kon­kur­sie. Po­mysł bar­dzo dobry i wy­ko­na­nie na wy­so­kim po­zio­mie. Boków co praw­da nie zry­wa­łem ze śmie­chu ani nie ocie­ra­łem łez, ale przez więk­szość czasu czy­ta­nia mia­łem sym­pa­tycz­ny uśmiech na twa­rzy. Przed­nia lek­tu­ra.

Cie­szę się, że przy­pa­dło do gustu. 

Od po­cząt­ku do końca lek­tu­ry mia­łam uśmiech na twa­rzy. Świet­ny po­mysł, gra­tu­lu­ję! Humor sub­tel­ny, po­sta­cie do­brze wy­kre­owa­ne. Wplo­tła­łeś, Ano­ni­mie, ładne smacz­ki w opi­sach sy­tu­acji, np. przej­mo­wa­nie się wy­glą­dem, kłót­nie mał­żon­ków, przed­mio­ty, które miały to­wa­rzy­szyć zmar­łe­mu. Fajne! Zro­bi­ła­łeś z nar­ra­to­ra boga, który przy po­mo­cy agen­tów nad­zo­ru­je fa­bu­łę/życie bo­ha­te­rów. 

Po­wo­dze­nia w kon­kur­sie! :)

Dzię­ku­ję i na­wza­jem, o ile rów­nież star­tu­jesz.

No i cie­szę się, że przy­pa­dło do gustu.

Nie star­tu­ję, je­stem po­nu­ra­kiem ;)

W takim razie na­pisz coś, co nawet nie udaje, że jest śmiesz­ne, po czym na­zwij to hu­mo­rem post­mo­der­ni­stycz­nym. ;)

Dobre, humor post­mo­der­ni­stycz­ny XD

Lo­gi­ka za­pro­wa­dzi cię z punk­tu A do punk­tu B. Wy­obraź­nia za­pro­wa­dzi cię wszę­dzie. A.E.

Humor post­mo­der­ni­stycz­ny, haha! Może al­ter­na­tyw­ny? Mam pe­wien po­mysł, ale żeby go zre­ali­zo­wać, muszę mieć dobry humor, a nie mam xD Dla­te­go czy­tam kon­kur­so­we tek­sty. 

For­mu­larz Z-13 jest na­praw­dę po­ciesz­ny :)

Wy­jąt­ko­wo spodo­ba­ło mi się to opo­wia­da­nie i wcale nie uwa­żam, by po­czą­tek był prze­ga­da­ny, wręcz prze­ciw­nie ład­nie wpro­wa­dzał na­strój i całą ir­ra­cjo­nal­ność tej sy­tu­acji. Lubię takie za­ba­wy kon­wen­cją i ba­lan­so­wa­nie mię­dzy rze­czy­wi­sto­ścią i re­al­no­ścią, a abs­trak­cją. 

Po­do­ba­ło mi się jak po nitce do kłęb­ka do­cho­dzi­my do sedna spra­wy i po­zna­je­my praw­dę o wiel­kiej nie­obec­nej tego opo­wia­da­nia czyli Do­ro­thy. Fajne po­my­sły z tymi ana­li­za­mi i wy­ni­ka­mi badań na praw­do­po­do­bień­stwo zo­sta­nia taką czy inną po­sta­cią. A już naj­bar­dziej po­do­ba­ło mi się z jakim sto­ic­kim spo­ko­jem pań­stwo No­wa­ko­vscy przy­ję­li wia­do­mość, że muszą umrzeć. Bar­dzo to pa­so­wa­ło do ca­łe­go opo­wia­da­nia. 

Ogól­nie mó­wiąc, do­brze ba­wi­łam się czy­ta­jąc ten tekst i wie­rzę, że autor rów­nie do­brze bawił się przy jego pi­sa­niu, to po pro­stu w nim czuć. 

 

Po­zdra­wiam C. 

 

Ps. 

Mnie tytuł sko­ja­rzył się z Urzę­dem Skar­bo­wym :)

Dzię­ku­ję za wi­zy­tę i cie­szę się, że tekst przy­padł do gustu. Tylko ten tytuł…

Cie­ka­we opo­wia­da­nie, czar­ny humor, męż­czyź­ni w czer­ni:). Po­mysł in­try­gu­ją­cy – kra­ina

Niebo, do tej pory błę­kit­ne, za­czę­ło za­cho­dzić chmu­ra­mi. Nad­cho­dził deszcz.

pod­mie­ni­ła­bym.

Lo­gi­ka za­pro­wa­dzi cię z punk­tu A do punk­tu B. Wy­obraź­nia za­pro­wa­dzi cię wszę­dzie. A.E.

Dzię­ki za ko­men­tarz Asy­lum – choć mam wra­że­nie, że coś w nim za­gi­nę­ło, zdaje się nieco urwa­ny. 

 

Za wska­za­nie ba­bol­ka dzię­ku­ję, po­pra­wię.

Ano­ni­mie, jak­żeś się do­my­ślił, że ucie­kła mi prze­pió­recz­ka słow­na:) Od­świe­ża­łam stro­nę, ktoś za­dzwo­nił, klik­nę­łam i fruuu, a potem już nie spraw­dzi­łam. 

No to dal­szy ciąg ko­men­ta­rza, ten, który zwiał.

Twoje opo­wia­da­nie było dla mnie za­gwozd­ką, gdyż przy­cią­ga­ło i od­py­cha­ło jed­no­cze­śnie. 

Do­brze na­pi­sa­ne ( w kilku miej­scach przy wpro­wa­dze­niu i dia­lo­gu po­wal­czy­ła­bym), od­wo­łu­ją­ce się do moich uko­cha­nych, na­iw­nych „Men in black”, któ­rzy są he­ro­sa­mi, z cię­tym żar­tem i ra­tu­ją świat. Tutaj, są po­słań­ca­mi złych wie­ści, zmu­sza­jąc ro­dzi­ców do po­świę­ce­nia życia, aby za­fun­do­wać córce „trau­mę zwy­cię­stwa”, dać jej szan­sę na zo­sta­nie bo­ha­te­rem.

Dia­log mał­żeń­stwa z agen­ta­mi był za­baw­ny, lekka dulsz­czy­zna śmie­szy­ła, lecz w tle cza­iła się groza. Za­sta­na­wia­łam się, jak można by­ło­by to ina­czej roz­wi­nąć/za­koń­czyć, po­nie­waż po­mysł na świat, w któ­rym je­ste­śmy po­sta­cia­mi z planu po­wie­ścio­we­go, mamy bądź nie po­ten­cjał tego ro­dza­ju, w do­dat­ku ba­da­ny rzą­do­wy­mi te­sta­mi/kwe­stio­na­riu­sza­mi jest fajny, super fajny – dla mnie. Hm, naj­chęt­niej to wy­wi­nę­ła­bym psi­ku­sa agen­tom:)

pzd srd :) a

Lo­gi­ka za­pro­wa­dzi cię z punk­tu A do punk­tu B. Wy­obraź­nia za­pro­wa­dzi cię wszę­dzie. A.E.

Od­świe­ża­łam stro­nę, ktoś za­dzwo­nił, klik­nę­łam i fruuu, a potem już nie spraw­dzi­łam. 

Spi­sek! Rzą­do­wy, jak nic!

Dia­log mał­żeń­stwa z agen­ta­mi był za­baw­ny, lekka dulsz­czy­zna śmie­szy­ła, lecz w tle cza­iła się groza.

Bo to w grun­cie rze­czy strasz­ny kon­cept. Ge­ne­tycz­nie wy­lo­so­wa­na elita, wokół któ­rej kręci się cały świat i szara masa po­zo­sta­łych, ży­ją­cych i umie­ra­ją­cych pod dyk­tan­do nar­ra­cji.

Za­sta­na­wia­łam się, jak można by­ło­by to ina­czej roz­wi­nąć/za­koń­czyć,

Je­że­li coś przyj­dzie do głowy – po­dziel się, samo je­stem cie­ka­we.

Pierw­szym moim im­pul­sem było do­da­nie siły księ­go­we­mu. Do cho­le­ry, niech coś wy­my­śli, prze­cież for­mu­la­rze i exce­le to jego co­dzien­na bajka. W dru­giej ko­lej­no­ści po­sta­wi­ła­bym na żonę, bo żar w niej bu­zu­je, ale może po­sta­wić na po­ten­cjal­ne­go pro­ta­go­ni­stę-bo­ha­te­ra, aby oca­lił ro­dzi­ców.

Lo­gi­ka za­pro­wa­dzi cię z punk­tu A do punk­tu B. Wy­obraź­nia za­pro­wa­dzi cię wszę­dzie. A.E.

Też pięk­nie. Ale mimo wszyst­ko wolę moje za­koń­cze­nie – pa­syw­ność ro­dzi­ców była wpi­sa­na w kon­cept.

Fajne :)

Przy­no­szę ra­dość :)

Było za­baw­ne – za­rów­no w prze­wrot­nym au­to­te­ma­tycz­nym po­my­śle na opo­wia­da­nie o bo­ha­te­rach opo­wia­da­nia, jak i w prze­two­rze­niu mo­ty­wu Fa­ce­tów w Czer­ni. Zde­cy­do­wa­nie do­brze mi się ten tekst czy­ta­ło.

ninedin.home.blog

Anet, dzię­ki za fir­mo­we “fajne” :D

ni­ne­din, dzię­ki za wi­zy­tę i miło, że się spodo­ba­ło.

Może odro­bi­nę przy­dłu­gi po­czą­tek, ale nie wiem, co tam można uciąć. Dla­te­go “może”. 

Na dia­gno­zie ryk­ną­łem śmie­chem, głów­nie ze wzglę­du na in­si­de joke, któ­rym ope­ru­je moja pacz­ka zna­jo­mych, więc punk­ty za humor mamy.

A potem stała się resz­ta i czy­ta­łem, czy­ta­łem z coraz więk­szym szo­kiem. Wow. Na­praw­dę świet­ne opo­wia­da­nie. Na pewno je za­pa­mię­tam.

Cie­szę się, że się spodo­ba­ło. Uśmiech czy­tel­ni­ka naj­więk­szą na­gro­dą au­to­ra. :D

Oba­wiam się, że pań­stwa córka jest pro­ta­go­nist­ką.

Można się było spo­dzie­wać, ale i tak się uśmiech­ną­łem. Dobre!

A potem – czar­ny humor rodem z Monty Py­tho­na :)

Ogól­nie: uba­wi­ło. Po­mysł dow­cip­ny i ład­nie zre­ali­zo­wa­ny.

Total re­co­gni­tion is cliché; total sur­pri­se is alie­na­ting.

Re-we-la-cja. 

Ge­nial­ny po­mysł, tro­chę przy­po­mi­na mi “Czer­wo­ne ko­szu­le”. Pa­mię­tam że wtedy parę razy chcia­łem to rzu­cić w kąt, zanim zro­zu­mia­łem o co cho­dzi. Tutaj sy­tu­acja staje się jasna wraz z po­ja­wie­niem się słowa “pro­ta­go­ni­sta”. Tak sobie myślę, czy nie można było jesz­cze tro­chę dłu­żej wy­cze­kać?

Od sa­me­go po­cząt­ku, czy­ta­jąc to opo­wia­da­nie, czu­łem w nim ła­du­nek hu­mo­ru, nie­na­chal­ne­go, nie wy­wo­łu­ją­ce­go re­cho­tu ale ta­kie­go in­te­lek­tu­al­no-li­te­rac­kie­go.

Jeśli komuś się wy­da­je, że mnie tu nie ma, to spie­szę po­wia­do­mić, że mu się wy­da­je.

 

Witam już z otwar­tą przy­łbi­cą. 

Tak sobie myślę, czy nie można było jesz­cze tro­chę dłu­żej wy­cze­kać?

Może i można było, ale bio­rąc pod uwagę wcze­śniej­sze uwagi od­no­śnie prze­ga­da­ne­go po­cząt­ku, chyba nie byłby to dobry po­mysł.

Tak czy ina­czej obu wam dzię­ku­ję za lek­tu­rę i cie­szę się, że przy­pa­dło do gustu.

Fajny tekst, wresz­cie coś, co mnie uśmiech­nę­ło. Pa­ro­dia FBI, pod­śmie­chuj­ki z YA, ste­reo­ty­py głów­ne­go bo­ha­te­ra…

Fan­ta­sty­ka jest, bez niej tekst nie miał­by sensu.

Czy­ta­łam z za­in­te­re­so­wa­niem, chcia­łam wie­dzieć, jak to się skoń­czy.

Próba zbu­rze­nia czwar­tej ścia­ny wy­da­je mi się dość ory­gi­nal­na. No i te syn­dro­my pro­ta­go­ni­sty. Dobre, ory­gi­nal­ne rze­czy.

Bo­ha­te­ro­wie też w po­rząd­ku. Agen­ci agen­to­wa­ci, ro­dzi­ce bez­gra­nicz­nie ko­cha­ją­cy swoją po­cie­chę i chyba fak­tycz­nie z ame­ry­kań­skich przed­mieść.

Wy­ko­na­nie cał­kiem dobre, gdzieś tam mi­gnę­ła li­te­rów­ka.

Bab­ska lo­gi­ka rzą­dzi!

Dzię­ki za ko­men­tarz, cie­szę się, że mimo róż­nic w po­czu­ciu hu­mo­ru uśmiech­nę­ło. :D

Czy­ta­łem to wcze­śniej, kiedy jesz­cze nie byłem mi­siem. Dzi­siaj miś to prze­czy­tał i nie nu­dził się. Nawet się uśmie­chał po­now­nie. :)

Ne­kro­man­cji się za­chcie­wa? :P

Cie­szę się, że wzbu­dzi­łem uśmiech misia, uśmiech­nię­ty miś naj­lep­szym mi­siem.

Nowa Fantastyka