- Opowiadanie: Katy - Wezwanie

Wezwanie

Au­to­rze! To opo­wia­da­nie ma sta­tus ar­chi­wal­ne­go tek­stu ze sta­rej stro­ny. Aby przy­wró­cić go do głów­ne­go spisu, wy­star­czy do­ko­nać edy­cji. Do tego czasu moż­li­wość ko­men­to­wa­nia bę­dzie wy­łą­czo­na.

Oceny

Wezwanie

We­zwa­nie

 

Pro­log

 

 

Kiedy usły­szysz we­zwa­nie, nie za­wa­haj się. Po pro­stu daj się po­nieść wy­da­rze­niom. Bę­dziesz wie­dział, gdzie je­chać.

 

Tak, bę­dziesz też wie­dział, że to we­zwa­nie. Nie zi­gno­ruj we­zwa­nia.

 

To mówił oj­ciec. Dawno temu.

 

Oso­bo­wy po­ciąg wlókł się, prze­ci­na­jąc po­kry­te śnie­giem pola i brzyd­kie, za­po­mnia­ne, za­gu­bio­ne wśród zasp mia­stecz­ka. Mijał opusz­czo­ne sta­cje, po­sto­je dla tirów, gro­dzo­ne osie­dla jed­no­ro­dzin­nych dom­ków. Roz­ci­nał ciem­ność i mrok, świat wy­da­wał się tej nocy po­dzie­lo­ny na dwie pro­ste, jed­no­znacz­ne ka­te­go­rie: w po­cią­gu i poza po­cią­giem.

 

W po­cią­gu było dusz­no. Lu­dzie roz­ma­wia­li, drze­ma­li, ba­wi­li się te­le­fo­na­mi ko­mór­ko­wy­mi, do­kądś dzwo­ni­li, pró­bo­wa­li zdal­nie za­ła­twiać nie do końca za­ła­twio­ne in­te­re­sy.

 

Alek­san­der przy­mknął oczy i sku­lił się na po­cią­go­wym sie­dze­niu. Prze­dział od­bi­jał się w szy­bie, więc nie­wie­le było widać przez okno. Za­dzwo­ni­ła ko­mór­ka, ostry, przej­mu­ją­cy dźwięk wy­rwał Alek­san­dra z drzem­ki. Nie, nie mógł spać. Usiadł pro­sto i ob­ser­wo­wał, co dzie­je się wa­go­nie.

 

Od moc­ne­go bia­łe­go świa­tła świe­tló­wek pie­kły Alek­san­dra oczy. Cały dzień sie­dział przed mo­ni­to­rem.

 

Oso­bo­wy po­ciąg, roz­mo­wy stu­den­tów, któ­rzy wra­ca­li do domu, czy­jaś ra­dość i czy­jeś zmę­cze­nie, to wszyst­ko bu­dzi­ło wspo­mnie­nia. Alek­san­der nie chciał pa­mię­tać. Wy­rwa­ny z domu, ode­rwa­ny od pracy, od co­dzien­no­ści i od ter­mi­nów nie wie­dział za bar­dzo, o czym ma my­śleć. A po­ciąg pach­niał po­dró­ża­mi. Ko­ja­rzył się z dzie­ciń­stwem i mło­do­ścią, ra­do­ścią, latem, za­ba­wą, by­ciem razem, ko­lo­nia­mi, wy­jaz­da­mi i przy­go­da­mi. Wę­drów­ka, roz­jaz­dy, ból po­że­gnań. Alek­san­der zdał sobie spra­wę, że nie wy­trzy­ma trze­cie­go roku bez urlo­pu.

 

Po­ciąg pę­dził, a Alek­san­der za­czął się za­sta­na­wiać, co musi skoń­czyć w przy­szłym ty­go­dniu.

 

Sta­cja Ko­ścian. Po ple­cach prze­szedł Alek­san­dra dreszcz. Teraz już wie­dział, że się nie po­my­lił. Usły­szał We­zwa­nie.

 

1.

 

Au­to­bus PKSu, prze­rdze­wia­ła i po­obi­ja­na me­ta­lo­wa pusz­ka, wlókł się mi­ja­jąc ośnie­żo­ne pola i smut­ne, za­spa­ne wsie. Kie­row­ca gu­sto­wał w hip-ho­pie, ale płyta, któ­rej słu­chał za­wie­ra­ła je­dy­nie trzy prze­bo­je i jako trze­cia za­wsze po­ja­wia­ła się smęt­na pio­sen­ka o re­fre­nie "co by to było gdyby mnie nie było". Alek­san­der przy­biegł na au­to­bus na mi­nu­tę przed od­jaz­dem i zajął pierw­sze wolne miej­sce: z przo­du. Innym pa­sa­że­rom, parze sta­rusz­ków i grup­ce mło­dzie­ży naj­wi­docz­niej nie prze­szka­dzał hip-hop.

 

Klasz­tor Be­ne­dyk­ty­nów było widać z bar­dzo da­le­ka. Jasno oświe­tlo­na wieża ko­ścio­ła wy­raź­nie gó­ro­wa­ła nad in­ny­mi bu­dyn­ka­mi. To tu, my­ślał Alek­san­der, ale nie miał tej pew­no­ści, co przy sta­cji Ko­ścian.

 

Alek­san­der wy­siadł z au­to­bu­su, po­że­gnał się z kie­row­cą i z hip-ho­pem, za­rzu­cił ple­cak na ramię i po­szedł przez śnieg do bramy.

 

Oj­ciec fur­tian otwo­rzył mu drzwi i za­pro­wa­dził do domu gości, wy­dzie­lo­ne­go pię­tra tylko dla piel­grzy­mów. W dużej czy­stej sali no­co­wa­ło oprócz Alek­san­dra dwóch mło­dych męż­czyzn i chło­piec na­sto­la­tek.

 

Alek­san­der umył się pod prysz­ni­cem, spłu­ku­jąc zmę­cze­nie, nie­pew­ność i smu­tek. Zjadł ka­wa­łek chle­ba i po­szedł spać. Po raz pierw­szy od wielu dni spał spo­koj­nym, głę­bo­kim snem, bez wizji i bez ma­ja­czeń.

 

Wstał przed szó­stą i od­śpie­wał jutrz­nię razem z mni­cha­mi. Mo­no­ton­ne po­wta­rza­nie słów z bre­wia­rza za­miast usy­piać po­bu­dza­ło umysł do pracy.

 

2.

 

Co ja tu robię, my­ślał Alek­san­der przy­go­to­wu­jąc sobie śnia­da­nie. Nie chciał jeść z mni­cha­mi, od ja­kie­goś czasu krę­po­wa­ło go je­dze­nie przy ob­cych. Przy­zwy­cza­ił się do obia­dów in­stant, obia­dów z pacz­ki, przy­go­to­wy­wa­nych i je­dzo­nych w dzie­sięć minut, do pizzy z do­sta­wą do domu. Przy­zwy­cza­ił się do śnia­dań, ka­wał­ków chle­ba z pierw­szym co zna­lazł w lo­dów­ce, je­dzo­nych nie­chluj­nie i w po­śpie­chu.

 

Co ja tu robię? Służ­bo­wą ko­mór­kę zo­sta­wił w domu, wy­łą­czo­ną. Niech sobie dzwo­nią, niech go po­szu­ku­ją, raz w życiu ma prawo nie wy­ro­bić się z ter­mi­na­mi.

 

Co ja tutaj robię… Z gru­bych murów pro­mie­nio­wał spo­kój. Grube mury chro­ni­ły przed grze­chem, przed ze­wnętrz­nym świa­tem i przed sobą samym. Dawno nie czuł ta­kie­go spo­ko­ju. Świę­te­go i oso­bli­we­go. Spo­ko­ju, któ­re­go nic i nigdy nie zdoła mu za­brać…. Boże.

 

Co ja tutaj robię? Po­szedł do ka­pli­cy, cho­ciaż wcale nie miał na to ocho­ty. Uznał jed­nak, że głu­pio być w klasz­to­rze i nie od­wie­dzić ka­pli­cy. To tak jak być w Rzy­mie i nie wi­dzieć Pa­pie­ża. Do klasz­to­ru zwy­kle przy­jeż­dża się po to, żeby po­sie­dzieć i po­me­dy­to­wać w ka­pli­cy. A po co ja tutaj przy­je­cha­łem? No wła­śnie, co ja tutaj robię?

 

Usiadł w jed­nej z ostat­nich ławek. Kil­ku­set­let­nie ob­ra­zy, stare oł­ta­rze, da­le­ki, nie­obec­ny Chry­stus. Nie, nie chciał my­śleć. Nie chciał re­flek­sji. Co ja tutaj robię? Dla­cze­go tutaj przy­je­cha­łem?

 

Za klasz­tor­ny­mi mu­ra­mi zna­lazł w końcu uko­je­nie i spo­kój. Mury chro­ni­ły. Tylko przed czym? Dotąd wy­da­wa­ło mu się, że ma wy­god­ne i spo­koj­ne życie. Co praw­da za suk­ce­sy, jakie od­niósł, za­pła­cił po­wra­ca­ją­cą co jakiś czas bez­sen­no­ścią i bra­kiem nor­mal­nych kon­tak­tów to­wa­rzy­skich, ale wszyst­ko ma prze­cież swoją cenę. Od kiedy ze­rwa­ła z nim dziew­czy­na, za­rzu­ca­jąc, że coraz czę­ściej o niej za­po­mi­na, pra­co­wał szes­na­ście, osiem­na­ście go­dzin na dobę. Ale prze­cież nie było źle… Żył jak asce­ta, oszczęd­nie. Roz­li­czał się z każ­dej go­dzi­ny, je­dze­nie i spa­nie trak­to­wał jak sła­bo­ści, na które trze­ba sobie po­zwo­lić – byle nie za czę­sto. Prze­cież nie było źle… Do­brze za­ra­biał, agen­cja re­kla­mo­wa, w któ­rej pra­co­wał cią­gle się roz­wi­ja­ła. Wy­grał dwa kon­kur­sy na pla­kat, jego re­kla­ma za­ję­ła trze­cie miej­sce w "re­kla­mie roku".

 

Nie było źle… Czy na pewno? Czy ta­kie­go życia pra­gnął? Pie­nię­dzy na kon­cie przy­by­wa­ło, a Alek­san­der nie miał po­ję­cia, co ma z tymi pie­niędz­mi robić. Przez ostat­nie dwa lata nie był na urlo­pie. Nie chciał tułać się w au­to­ka­rze przez pół Eu­ro­py w środ­ku dusz­ne­go lata, z tłu­mem nud­nych tu­ry­stów, sta­rych babć i no­wo­bo­gac­kich ro­dzin, nie­zno­śnych dzie­ci. A potem okrop­ne ho­te­le, tłumy Niem­ców na plaży, za­byt­ki, któ­rych nie wolno fo­to­gra­fo­wać zwie­dza­ne byle jak i w zbyt­nim po­śpie­chu. Na or­ga­ni­zo­wa­nie urlo­pu na wła­sną rękę nie miał ani czasu ani po­my­słu. Wy­brał wyj­ście, jakie wy­da­wa­ło mu się opty­mal­ne: nie je­chać na urlop wcale.

 

Po­sta­cie ze sta­rych ob­ra­zów pa­trzy­ły smut­no i okrut­nie. One wie­dzą, co jest ważne, my­ślał Alek­san­der. Nawet ob­ra­zy wie­dzą. A dla­cze­go ja nie wiem?

 

We­zwa­nie przy­szło w nocy. Obu­dził się o trze­ciej nad ranem. Ciem­ne miesz­ka­nie wy­da­ło się po­dwój­nie smut­ne i opusz­czo­ne. Padał śnieg, duże, lep­kie płaty przy­kle­ja­ły się do szyby. Wtedy wie­dział, że to we­zwa­nie. Wie­dział, dokąd po­wi­nien je­chać. W in­ter­ne­cie spraw­dził po­łą­cze­nia. Widok nazw i ob­raz­ków, które po­ja­wia­ły się na ekra­nie, spra­wiał, że przez krę­go­słup, przez całe ciało prze­cho­dził dreszcz. Tak, bę­dziesz też wie­dział, że to we­zwa­nie. Czy miał się za­wa­hać? Cze­ka­ła go praca, cięż­ki dzień, nie­zre­ali­zo­wa­ne za­mó­wie­nia. Wziął dwie ta­blet­ki na sen i po­ło­żył się z po­wro­tem do łóżka.

 

Może do jutra minie. Może się po­my­li­łem.

 

Nie­ste­ty nie mi­nę­ło. Nie mógł się sku­pić na pracy. Re­kla­ma firmy "rurex", dużej kom­pa­nii zaj­mu­ją­cej się sprze­da­żą mie­dzia­nych rurek i ca­łych sys­te­mów grzew­czych wy­glą­da­ła coraz go­rzej. Alek­san­der wy­kań­czał piątą wer­sję, a każda ko­lej­na wer­sja wy­da­wa­ła się gor­sza od po­przed­nich.

 

Był pią­tek, a pan Ru­ro­sław, czyli Ra­do­sław Sie­kier­ka, wła­ści­ciel firmy, obie­cał zja­wić się w po­nie­dzia­łek. Panu Ra­do­sła­wo­wi, któ­re­go Alek­san­der zdą­żył już prze­zwać Ru­ro­sła­wem, zwy­kle nic się nie po­do­ba­ło. Sie­kier­ka pod­pi­sał umowę z firmą Alek­san­dra, ale zle­ce­nia na re­kla­mę każ­de­go no­we­go pro­duk­tu skła­dał osob­no. Zwy­kle przy­cho­dził, kiedy mieli wiele za­mó­wień, ze zdję­ciem no­we­go kotła lub ka­lo­ry­fe­ra i pro­sił, żeby umie­ścić to w nowym fol­de­rze i na stro­nie firmy. Sie­kier­ka nie uzna­wał zdjęć cy­fro­wych, płyt CD i DVD oraz te­le­fo­nów z ko­lo­ro­wym ekra­nem, ale za to stro­nę in­ter­ne­to­wą chciał mieć jak naj­bar­dziej no­wo­cze­sną, szyb­ką i w ja­skra­wych ko­lo­rach. Był jed­nym z pierw­szych i jed­nym z naj­wier­niej­szych klien­tów firmy, to zna­czy za­czął przy­cho­dzić zanim po­ja­wił się Alek­san­der i różne rze­czy ro­bio­no Sie­kier­ce po sta­rej zna­jo­mo­ści. Pan Ru­ro­sław z jed­nej stro­ny chciał wy­naj­mo­wać naj­lep­szą agen­cję re­kla­mo­wą, a z dru­giej chciał jak naj­mniej wy­da­wać na pro­mo­wa­nie swo­jej firmy. Do tego hoł­do­wał za­sa­dzie "płacę to wy­ma­gam".

 

Alek­san­der nie lubił robić nic na ostat­nią chwi­lę, więc za re­kla­mę „ru­re­xu" za­brał się od­po­wied­nio wcze­śnie. Myśl o ko­lej­nej nie­ła­twej kon­fe­ren­cji z Ru­ro­sła­wem wciąż wra­ca­ła, na­tręt­nie i czę­sto, i Alek­san­der nie mógł się sku­pić.

 

Wtedy po­czuł we­zwa­nie jesz­cze moc­niej niż w nocy. Spraw­dził w in­ter­ne­cie wie­czor­ne po­cią­gi, bo czuł, że sa­mo­chód po­wi­nien zo­sta­wić pod domem. Wy­szedł z pracy o szes­na­stej. Spa­ko­wał ple­cak i za­mó­wił tak­sów­kę na dwo­rzec.

 

Wiem, co tutaj robię, my­ślał Alek­san­der sku­lo­ny w ostat­niej ławce klasz­tor­nej ka­pli­cy. Wiem po co tu przy­je­cha­łem.

 

3

 

Po mo­dli­twie „anioł pań­ski" po­szedł na spa­cer. Na dwo­rze pa­no­wał mróz, śnieg padał i padał. Biały świat, za­mar­z­nię­te ka­łu­że, smut­ne pola, smut­ne myśli.

 

Alek­san­dro­wi było zimno. Cien­ka kurt­ka nie chro­ni­ła przed wia­trem, prze­stał czuć palce u stóp. Wiatr prze­wie­wał przez modne spodnie z cien­kie­go de­ni­mu. Je­dy­nie skó­rza­ne rę­ka­wicz­ki, ostat­ni pre­zent od dziew­czy­ny speł­nia­ły swoją funk­cję.

 

Wra­cał przez za­sy­pa­ną wieś. W skle­pie kupił kilka dań „in­stant", chleb i ser.

 

W kuch­ni dla piel­grzy­mów przy­go­to­wał obiad, sta­ra­jąc się jeść wol­niej niż zwy­kle, ale przy­zwy­cza­je­nie oka­za­ło się zbyt silne.

 

Mo­dlił się z mni­cha­mi o prze­pi­so­wych go­dzi­nach, dwa razy scho­dził i robił sobie her­ba­tę, przez resz­tę czasu bawił się te­le­fo­nem. Kiedy zro­bi­ło się ciem­no, jesz­cze raz po­szedł na spa­cer. Bał się, że w bu­tach na cien­kich i pła­skich po­de­szwach łatwo po­śliź­nie się na śnie­gu i lo­dzie, nie od­cho­dził więc zbyt da­le­ko od klasz­to­ru i świa­tła la­tarń.

 

Na cmen­ta­rzu pło­nę­ły zni­cze, smut­ne lamp­ki, małe świa­tła pa­mię­ci, wy­mie­rzo­ne prze­ciw­ko ośnie­żo­nym mar­twym polom i prze­ciw­ko ca­łe­mu świa­tu.

 

Wtedy za­dzwo­ni­ła ko­mór­ka. Numer pry­wat­nej ko­mór­ki Alek­san­dra mieli tylko oj­ciec, brat i dziew­czy­na. Mogła to być rów­nież po­mył­ka. Alek­san­der, pełen obaw, zdjął rę­ka­wicz­ki i na­ci­snął „zie­lo­ną słu­chaw­kę".

 

– Spa­kuj rze­czy i bie­gnij na au­to­bus. Po­ciąg od­jeż­dża o 18.32 ze sta­cji Ko­ścian. Po­spiesz się, po­ciąg nie bę­dzie na cie­bie cze­kał.

 

Mil­cze­nie. Cisza. Alek­san­der spraw­dził, z ja­kie­go nu­me­ru do niego dzwo­nio­no, jakby mogło to coś zmie­nić lub wy­ja­śnić. Głosu, który usły­szał w słu­chaw­ce nie sły­szał nigdy przed­tem. Był tego pe­wien.

 

"Brak nu­me­ru"…

 

Do­pie­ro gdy biegł po śnie­gu zro­zu­miał, że usły­szał drugą część we­zwa­nia. Po­śli­znął się na lo­dzie i upadł tuż przed klasz­tor­ną furtą.

 

Ręka krwa­wi­ła, ale zra­nie­nie było dość po­wierz­chow­ne. Alek­san­der biegł dalej, nie przej­mu­jąc się ani ręką ani śli­ski­mi bu­ta­mi. Wrzu­cił po­spiesz­nie wszyst­kie rze­czy do ple­ca­ka i za­pu­kał do po­ko­ju ojca, od­po­wie­dzial­ne­go za gości. Za­stał ojca, więc za­pła­cił za noc­leg.

 

– Synu – po­wie­dział oj­ciec cicho – Ro­zu­miem, że się spie­szysz, ale z taką ręką stąd nie wyj­dziesz.

 

Zna­la­zły się i ban­daż i opa­tru­nek i jo­dy­na. Ręce ojca były szorst­kie i nie­wpraw­ne, ban­daż za­ło­żo­ny sta­now­czo za cia­sno. Alek­san­der po­dzię­ko­wał za tro­skę i po­biegł na au­to­bus.

 

Kie­row­ca zdą­żył już za­mknąć drzwi, ale po­nie­waż za­uwa­żył, że ktoś bie­gnie i macha, otwo­rzył je po­now­nie. Alek­san­dra po­wi­ta­ło dusz­ne cie­pło i ta sama, hip ho­po­wa płyta. Znów z ko­niecz­no­ści usiadł z przo­du. „Co by to było gdyby mnie nie było", wyły gło­śni­ki. Alek­san­der wy­trzy­mał pierw­szy raz, wy­trzy­mał drugi, ale trze­cie­go już nie zniósł.

 

– Prze­pra­szam – po­wie­dział Alek­san­der gło­śno. Bał się, że nie zdoła prze­krzy­czeć mu­zy­ki. – Prze­pra­szam, czy mógł­by pan zmie­nić płytę?

 

– A, płyta – mruk­nął kie­row­ca – za­wsze za­po­mi­nam, że mia­łem zmie­nić… Nie po­do­ba się panu hip-hop?

 

– Po­do­ba, ale…

 

Dal­szą część po­dró­ży Alek­san­der spę­dził przy mar­szach po­grze­bo­wych.

 

4

 

Pi­ka­nie ko­mór­ki. Niby zna­jo­me, ale… Wi­bru­ją­ca ko­mór­ka zdaje się roz­sa­dzać kie­szeń.

 

SMS .

 

„Po­ciąg stoi na sta­cji i nie bę­dzie na cie­bie cze­kał. Po­spiesz się. Bie­gnij!"

 

Alek­san­der wy­siadł z au­to­bu­su i biegł przez nie­od­śnie­żo­ną jezd­nię, przez śli­ski chod­nik, przez dwor­co­wy ter­mi­nal. Prę­dzej…

 

Na sta­cji stał po­ciąg, dłu­gie, ciem­ne wa­go­ny, długa, stara lo­ko­mo­ty­wa bu­cha­ła parą. W spe­cjal­nym wa­go­ni­ku– do­czep­ce do lo­ko­mo­ty­wy zgro­ma­dzo­no wę­giel.

 

Na pe­ro­nie stał kon­duk­tor, szczu­pły, wą­sa­ty męż­czy­zna w ar­cha­icz­nym płasz­czu. Wy­da­wał się cze­kać tylko na Alek­san­dra. Po­ka­zał Alek­san­dro­wi pusty prze­dział, kazał usiąść i znik­nął. Po­ciąg ru­szył.

 

Alek­san­der nie wie­dział za bar­dzo co ma o tym wszyst­kim my­śleć. Tego po­cią­gu nie było w roz­kła­dzie jazdy. Alek­san­der spraw­dził to przez bram­kę wap.

 

Ta­kie­go po­cią­gu nie ma, my­ślał Alek­san­der. Tak jak nie ma we­zwa­nia i nie ma tego wszyst­kie­go, co nie­ra­cjo­nal­ne. Nie ma…

 

Po­czuł szarp­nię­cie jakby po­ciąg w coś ude­rzył. Szarp­nię­cie i ból, który roz­szedł się od serca, pro­mie­ni­ście, przez ko­la­na i barki, do stóp. Alek­san­dra za­czę­ła znów boleć oban­da­żo­wa­na ręka. Alek­san­dra wszyst­ko bo­la­ło.

 

Potem przy­szedł spo­kój, a po­ciąg znowu ru­szył. Oban­da­żo­wa­na ręka szczy­pa­ła, ale nie mocno.

 

– Niech się sza­now­ny pan prze­bie­rze z tego ak­tor­skie­go stro­ju – po­wie­dział kon­duk­tor otwie­ra­jąc drzwi ciem­ne­go prze­dzia­łu. – Niech pan to za­ło­ży.

 

Podał zdu­mio­ne­mu Alek­san­dro­wi ubra­nie: czy­stą ko­szu­lę, spodnie, swe­ter, buty i płaszcz, za­mknął drzwi i od­szedł.

 

Kon­duk­tor mówił z dziw­nym ak­cen­tem. Alek­san­der nie po­tra­fił okre­ślić, co jest z tym ak­cen­tem nie tak. Tak mó­wi­ła pra­bab­cia… Tak – me­lo­dyj­nie. Prze­cią­ga­ła słowa…

 

Alek­san­der prze­bie­rał się po­wo­li i sta­ran­nie skła­dał wła­sne ubra­nie w ple­ca­ku. Spodnie i swe­ter były grube i cie­płe, bar­dziej od­po­wied­nie na zimę niż ubra­nie Alek­san­dra. Dłu­gie buty uwie­ra­ły w oko­li­cach ko­stek i przy pal­cach.

 

Alek­san­der spa­ko­wał ubra­nie do ple­ca­ka, za­piął paski, usiadł na plu­szo­wym sie­dze­niu i cze­kał.

 

Czy tak miało wy­glą­dać we­zwa­nie?

 

Dokąd je­dzie w tym za­byt­ko­wym po­cią­gu? Dokąd wie­zie go ten kon­duk­tor, męż­czy­zna w stro­ju z epoki mó­wią­cy z dziw­nym ak­cen­tem? Dla­cze­go plu­szo­we sie­dze­nia są takie mięk­kie, takie sta­ran­nie od­re­stau­ro­wa­ne?

 

Dokąd jadę?

 

W prze­dzia­le było ciem­no, więc Alek­san­der mógł wy­glą­dać przez okno. Noc była dość jasna, księ­ży­co­wa. Na po­lach leżał śnieg. Pa­li­ło się sto­sun­ko­wo nie­wie­le świa­teł. Po­ciąg mijał domy, uśpio­ne mia­stecz­ka i wsie, mijał pola, mijał lasy, minął duży pła­ski ob­szar, który wy­da­wał się za­mar­z­nię­tym je­zio­rem.

 

Coś się w tym kra­jo­bra­zie nie zga­dza­ło, tak jak w ak­cen­cie kon­duk­to­ra.

 

Nie tylko brak świa­teł.

 

Alek­san­der nie ro­zu­miał, dla­cze­go tak jest.

 

Przy­mknął oczy i od razu za­padł w stan odrę­twie­nia, w płyt­ką drzem­kę, która z cza­sem prze­szła w głę­bo­ki sen.

 

– Niech się pan sza­now­ny obu­dzi! Zaraz pana sta­cja!

 

Wy­rwa­ny ze snu Alek­san­der ze spo­ko­jem na­cią­gnął płaszcz, i wło­żył rę­ka­wicz­ki. Nie­wy­god­ne buty cią­gle uwie­ra­ły w oko­li­cach ko­stek i pal­ców. Po­ciąg się za­trzy­mał.

 

– To już – po­wie­dział kon­duk­tor – niech pan wy­sia­da. Po­wrot­ny po­ciąg ma pan za dwie go­dzi­ny…

 

Kon­duk­tor wyjął z kie­sze­ni ze­ga­rek– de­wiz­kę i wło­żył do kie­sze­ni w płasz­czu Alek­san­dra.

 

– Niech pan pa­mię­ta. Musi pan zja­wić się tutaj przed je­de­na­stą – dodał szep­tem – nie radzę się spóź­nić…

 

Kon­duk­tor nie­mal wy­pchnął Alek­san­dra z po­cią­gu.

 

5

 

Na sta­cji, oprócz Alek­san­dra, wy­siadł jesz­cze jeden pa­sa­żer. Był to młody, wy­so­ki chło­pak z nie­wiel­ką wa­liz­ką, ubra­ny w pod­nisz­czo­ny i przy­krót­ki woj­sko­wy szy­nel.

 

Za dwor­co­wym bu­dyn­kiem za­czy­na­ła się droga, ob­szar po­kry­ty twar­dym śnie­giem, wy­jeż­dżo­ny pło­za­mi sań, udep­ta­ny przez konie i ludzi. Po dru­giej stro­nie torów ma­ja­czył ośnie­żo­ny las. Wy­glą­da­ło na to, że nie ma innej drogi ze sta­cji.

 

Alek­san­der nie miał po­ję­cia, dokąd idzie. Po pro­stu daj się po­nieść wy­da­rze­niom. Szedł przed sie­bie, i czuł, że się nie po­my­lił, że We­zwa­nie wła­śnie tu po­win­no go przy­pro­wa­dzić. Tylko dla­cze­go tutaj?

 

Drugi pa­sa­żer szedł tuż za Alek­san­drem. Alek­san­der sły­szał jego kroki, sły­szał, jak śnieg skrzy­pi pod bu­ta­mi.

 

– Niech się pan za­trzy­ma – po­wie­dział obcy chło­pak w ciem­ność – Idzie­my w tę samą stro­nę. Do mia­stecz­ka są pra­wie trzy ki­lo­me­try, więc je­ste­śmy ska­za­ni na swoje to­wa­rzy­stwo…

 

– Alek­san­der Mi­ko­łaj­ski – przed­sta­wił się Alek­san­der i wy­cią­gnął dłoń w rę­ka­wicz­ce– Pro­szę nie ty­tu­ło­wać mnie „panem". Pro­szę mówić mi Alek­san­der…

 

– Teo­fil … – Alek­san­der nie do­sły­szał na­zwi­ska– Je­steś tu nowy, praw­da?

 

– Tak…

 

– A wi­dzisz, ja wra­cam po pięt­na­stu la­tach w ro­dzin­ne stro­ny… Też je­stem tu jak nowy. – po­wie­dział Teo­fil i uśmiech­nął się – Sta­cji na przy­kład nie po­zna­łem. Prze­bu­do­wa­li ją kom­plet­nie…

 

– Z da­le­ka je­dziesz?

 

– Ano… Z sa­me­go Pa­ry­ża, przez Fran­cję i Prusy. Da­le­ka droga. Od trzech mie­się­cy je­stem w po­dro­ży… Ob­ra­bo­wa­li mnie po dro­dze źli lu­dzie. Do­brze, że mam pod Po­zna­niem wuja. To on dał mi ten płaszcz i tro­chę pie­nię­dzy. Na­le­gał żebym zo­stał na świę­ta, więc zo­sta­łem. A teraz w końcu do domu. Pięt­na­ście lat mnie nie było, zdo­by­łem wy­kształ­ce­nie, zmie­ni­łem się. Chcia­łem za­te­le­gra­fo­wać, żeby po­sła­li kogoś po mnie, ale się roz­my­śli­łem. Zro­bię im nie­spo­dzian­kę. Cie­kaw je­stem czy ro­dzi­na w ogóle mnie pozna?

 

– Matki chyba nie za­po­mi­na­ją… – mruk­nął Alek­san­der. Dzi­wi­ła go ga­da­tli­wość Teo­fi­la. Czy o to cho­dzi­ło w We­zwa­niu? Czy tak wła­śnie miało być?

 

– Je­stem teraz le­ka­rzem – po­chwa­lił się Teo­fil – Dok­to­rem me­dy­cy­ny. Ludzi umiem le­czyć. Słu­cha­łem naj­lep­szych wy­kła­dow­ców w Eu­ro­pie i chyba ze trzy razy zmie­nia­łem uni­wer­sy­te­ty…

 

Do­szli do roz­sta­jów. Na roz­sta­jach stał krzyż, stary i ol­brzy­mi, ob­le­pio­ny śnie­giem, w świe­tle księ­ży­ca wy­da­wał się upior­ny.

 

– Tutaj – po­wie­dział Teo­fil – Droga się roz­wi­dla. Jeśli pój­dziesz w prawo, doj­dziesz do mia­stecz­ka. Ja idę w lewo, bo to droga do domu ro­dzi­ców… Pew­nie nie znasz tu ni­ko­go i nie masz gdzie prze­no­co­wać, praw­da? – za­py­tał nagle Alek­san­dra.

 

– Praw­da – od­po­wie­dział Alek­san­der.

 

– Chodź ze mną, coś się znaj­dzie…

 

Szli dalej w mil­cze­niu. Alek­san­der czuł pod­nie­ce­nie Teo­fi­la, jego ra­dość z tego, że już nie­dłu­go zo­ba­czy dom i ro­dzi­nę. Pew­nie wiele razy wy­obra­żał sobie tę chwi­lę, wy­cze­ki­wa­ne spo­tka­nie, łzy w oczach ro­dzi­ców i ro­dzeń­stwa, widok domu, dawny pokój, zwie­rzę­ta, stare sprzę­ty.

 

Alek­san­dra ogar­nął nie­po­kój. Coś miało się wy­da­rzyć, nie­ocze­ki­wa­ne­go i tra­gicz­ne­go. Ręka znowu za­czę­ła piec owi­nię­ta zbyt cia­sno ban­da­żem, scho­wa­na pod zbyt wąską rę­ka­wicz­ką. Coś się miało zda­rzyć. Alek­san­der zda­wał sobie z tego spra­wę. Prze­czu­cie tra­ge­dii było w po­wie­trzu, w iskrzą­cym się śnie­gu i ra­do­ści Teo­fi­la.

 

Szli może 20 minut, może wię­cej. Buty ob­tar­ły Alek­san­dra do krwi w oko­li­cach ko­stek i pal­ców. Pal­ców u stop nie czuł już pra­wie wcale.

 

Teo­fil mil­czał, Alek­san­der od­niósł wra­że­nie, że to­wa­rzysz swoją ra­dość, tę­sk­no­tę i długą opo­wieść chce za­cho­wać dla ro­dzi­ny i dla­te­go mil­czy.

 

– Stać! – usły­sze­li głos, wy­raź­ny, mocny i męski– Stać, kto idzie?

 

Teo­fil otwo­rzył usta. Chyba chciał coś po­wie­dzieć. Nie mógł. Za­mknął usta, nawet przy księ­ży­co­wym świe­tle Alek­san­der był w sta­nie za­uwa­żyć na jego twa­rzy silne wzru­sze­nie.

 

– Liczę do trzech i strze­lam! – od­gra­żał się nie­wi­docz­ny głos – Raz,…

 

Alek­san­der wie­dział, że po­wi­nien coś krzyk­nąć, ale nie miał po­ję­cia co. Teo­fil nie był zdol­ny nic po­wie­dzieć, choć­by i nawet chciał. Wzru­sze­nie ode­bra­ło mu mowę.

 

– Dwa,…

 

– Nie! – wrza­snął Alek­san­der na całe gar­dło – Nie­eeee!

 

Za późno.

 

6

 

Krwa­we ślady i nikłe świa­tło lamp­ki. Szczu­pły mło­dzie­niec w woj­sko­wym szy­ne­lu leży wprost na śnie­gu, a po­chy­lo­ny nad nim męż­czy­zna roz­pa­cza i nie­mal­że wy­ry­wa sobie włosy z głowy.

 

– Teo­fil, sy­necz­ku naj­mil­szy… – Z oczu płyną łzy, na mło­dzień­ca, na śnieg, na krew.

 

Alek­san­der stoi z boku i nie wie, co ma z sobą robić.

 

We­so­ły Teo­fil nie opo­wie już o swo­ich przy­go­dach. Ni­ko­mu. Teo­fi­la już nie ma.

 

Za­czął padać śnieg i duże, lep­kie płaty spa­da­ją na płaszcz Alek­san­dra, na Teo­fi­la, na sty­gną­cą na mro­zie krew, na drze­wa wokół. Za­sy­pu­ją świat, za­sy­pu­ją nie­szczę­ście i ból. Lepią się na­tręt­nie do wszyst­kie­go, do butów, do drzew, nawet do twa­rzy.

 

Alek­san­der nie umie pła­kać. Stoi i nie wie, co robić.

 

Cał­kiem nie­da­le­ko jest duży dwór, i za­pa­li­ło się tam świa­tło. Ktoś bie­gnie z drugą lamp­ką. Bie­gnie ko­bie­ta w fu­trze za­rzu­co­nym na nocną ko­szu­lę.

 

Płat­ki spa­da­ją i spa­da­ją. Alek­san­der stra­cił po­czu­cie czasu. Wy­da­rze­nia roz­gry­wa­ją się wokół niego jak w ma­ka­brycz­nym śnie, w środ­ku kosz­ma­ru, li­sto­pa­do­wej nocy, w hor­ro­rze, wszę­dzie, tylko nie bli­sko, tylko nie przy Alek­san­drze.

 

Alek­san­der wie, że stoi już za długo, ale nie ma od­wa­gi się ru­szyć.

 

Boże… Wy­cią­ga ze­ga­rek. Za pięć je­de­na­sta. Nie zdąży.

 

Alek­san­der rzuca się bie­giem, przez śnieg, przez las, przez pola, przez ciem­ność. Nie zdąży.

 

Może jed­nak… Prę­dzej, prę­dzej, prę­dzej…

 

Płat­ki wi­ru­ją i wi­ru­ją, Alek­san­der wie, że po­my­lił drogę, zgu­bił się w śnież­nej za­mie­ci, zgu­bił wśród strasz­nych ob­ra­zów, za­krze­płej krwi i bólu, roz­dzie­ra­ją­ce­go krzy­ku, sam już nie wie: swo­je­go, nie swo­je­go…

 

Bie­gnie na oślep, pręd­ko, za­chłan­nie, byle jak. Nie ma po­ję­cia dokąd bie­gnie. Stra­cił orien­ta­cję. Mi­nu­ty stają się nagle dłu­gie, bar­dzo dłu­gie, prze­ra­ża­ją­co dłu­gie.

 

Płat­ki wi­ru­ją i wi­ru­ją, wiel­kie, pła­skie płaty, zdol­ne za­kryć cały świat, jak bez­piecz­na pie­rzy­na, jak cie­pły, weł­nia­ny pled.

 

Byle prę­dzej… Byle dalej…

 

Alek­san­der nie czuje ani ob­tar­tych do krwi stóp, ani od­mro­żo­nych pal­ców.

 

Ból, który przy­cho­dzi chwi­lę potem od­bie­ra mu przy­tom­ność.

 

7

 

Szpi­tal­ne łóżko wy­da­wa­ło się wiel­kie i czy­ste. Pierw­szym, co zo­ba­czył Alek­san­der były zie­lo­ne ścia­ny. Coś pi­ka­ło. Dość gło­śno. Dźwięk do­cho­dził zza głowy Alek­san­dra.

 

Alek­san­der spró­bo­wał się po­ru­szyć i spraw­dzić, co to ta­kie­go, ale oka­za­ło się, że jest przy­twier­dzo­ny do łóżka ze­sta­wem rurek i ban­da­ży.

 

Bo­la­ło go nie­mal wszyst­ko. Chciał się po­dra­pać po po­licz­ku, ale całą dłoń owi­nię­to ban­da­żem. W drugą wbito we­nflon, a we­nflon cien­ką rurką łą­czył się z kro­plów­ką. Na po­licz­ku też przy­kle­jo­no chyba ja­kieś opa­trun­ki.

 

Bo­la­ło.

 

*

 

– Panie Alek­san­drze – po­wie­dzia­ła pie­lę­gniar­ka – Pan po­wi­nien jesz­cze spać. We śnie or­ga­nizm się re­ge­ne­ru­je…

 

Alek­san­der chciał jej od­po­wie­dzieć, ale nie mógł. Z nosa wy­cho­dzi­ła ko­lej­na pa­skud­na rurka. Spoj­rzał na pie­lę­gniar­kę z nie­na­wi­ścią.

 

– Za­wo­łam le­ka­rza.

 

*

 

Le­karz za­rzą­dził odłą­cze­nie Alek­san­dra od czę­ści sprzę­tu me­dycz­ne­go i za­le­cił inne leki.

 

– Jak… się… tu… zna­la­złem… – wy­beł­ko­tał Alek­san­der – Nic… nie… pa­mię­tam…

 

– Spo­koj­nie, panie Alek­san­drze, tylko spo­koj­nie. Jak prze­sta­nie­my po­da­wać leki, to tro­chę po­pra­wi się panu pa­mięć. Niech pan od­po­czy­wa i dużo śpi. To bar­dzo ważne. Niech pan to robi dla wła­sne­go zdro­wia.

 

Syl­wet­ka le­ka­rza za­czę­ła się nagle roz­ma­zy­wać, pie­lę­gniar­ka na prze­mian po­ja­wia­ła się i zni­ka­ła, przy­bli­ża­ła i od­da­la­ła. Alek­san­der za­mknął oczy. Ciem­ność wy­da­wa­ła się ku­szą­ca, ak­sa­mit­na i cie­pła. Zu­peł­nie się w nią za­padł.

 

*

 

Obu­dził się do­pie­ro rano i czuł się znacz­nie le­piej. Przy łóżku sie­dział zgar­bio­ny i smut­ny oj­ciec. Chyba jesz­cze się po­sta­rzał od czasu, gdy Alek­san­der wi­dział go ostat­ni raz.

 

Alek­san­der uśmiech­nął się nie­śmia­ło.

 

– Dzień dobry, tato – po­wie­dział. Za­uwa­żył, że mó­wie­nie kosz­tu­je go mniej wy­sił­ku niż po­przed­nie­go dnia.

 

– Witaj, Alek­san­drze – po­wie­dział oj­ciec i spoj­rzał na Alek­san­dra

 

– Czy do­wiem się w końcu jak tu tra­fi­łem?

 

– My też chcie­li­by­śmy wie­dzieć… Zna­lazł cię ksiądz i we­zwał ka­ret­kę. Le­ża­łeś nagi w rowie, przy pięt­na­sto­stop­nio­wym mro­zie…

 

– Nagi?

 

– No, nie­zu­peł­nie. Mia­łeś na sobie bie­li­znę, skar­pe­ty i nie wie­dzieć czemu, rę­ka­wicz­ki. Te rę­ka­wicz­ki ura­to­wa­ły twoje palce przed am­pu­ta­cją, tak w każ­dym razie twier­dzi le­karz…

 

– Jak długo tu je­stem?

 

– Mi­nę­ła już trze­cia doba. Byłeś w sta­nie hi­po­ter­mii, zu­peł­nie nie­przy­tom­ny, 27 stop­ni to gra­ni­ca prze­ży­cia, ale chyba tra­fi­łeś na nie­złych le­ka­rzy…

 

Do odu­rzo­ne­go le­ka­mi umy­słu Alek­san­dra in­for­ma­cje do­cie­ra­ły z opóź­nie­niem. Przez chwi­lę obaj mil­cze­li.

 

– Alek­san­der – po­wie­dział cicho oj­ciec – Wiem, że je­steś w szoku i że do­sta­jesz dużo leków, ale po­wiesz mi co się tak na­praw­dę stało?

 

– Nie do­my­ślasz się?

 

– Usły­sza­łeś We­zwa­nie?

 

8

 

W po­miesz­cze­niu pra­co­wa­ła kli­ma­ty­za­cja, ale Alek­san­dro­wi wy­da­wa­ło się wciąż, że jest zbyt dusz­no. Alek­san­dra de­ner­wo­wał od­głos kom­pu­te­ro­wych wen­ty­la­to­rów, bul­got wody w ru­rach, dźwięk ude­rzeń kla­wi­szy do­bie­ga­ją­cy zza ścia­ny.

 

Za nic nie mógł się skon­cen­tro­wać.

 

Otwo­rzył okno, ale dotyk zim­ne­go po­wie­trza na od­mro­żo­nej twa­rzy też nie był ni­czym przy­jem­nym.

 

Stru­py goiły się bar­dzo po­wo­li, ale dło­niom wró­ci­ła już dawna spraw­ność. Duża ilość pla­strów i opa­trun­ków nie uła­twia­ła wcale ruchu pal­ców na kla­wia­tu­rze.

 

Swę­dzia­ły stopy, owi­nię­te ban­da­ża­mi, wci­śnię­te w cia­sne skar­pet­ki i rów­nie cia­sne, cho­ciaż dość luźno za­sznu­ro­wa­ne, pół­bu­ty.

 

Alek­san­der miał zwol­nie­nie le­kar­skie i mógł wcale nie przy­cho­dzić do pracy. Wy­szedł ze szpi­ta­la po dwóch ty­go­dniach, ale le­karz ra­dził, żeby Alek­san­der prze­le­żał jesz­cze ty­dzień w domu. „Czeka pana długa re­ha­bi­li­ta­cja" po­wta­rzał le­karz, „fi­zy­ko­te­ra­pia, ma­sa­że, na­świe­tla­nie lam­pa­mi kwar­co­wy­mi… Niech pan na sie­bie uważa. Niech pan się oszczę­dza."

 

Alek­san­der wy­trzy­mał w domu dwa dni. Trze­cie­go cie­pło się ubrał, od­szu­kał sa­mo­chód na pod­ziem­nym par­kin­gu i po­je­chał do pracy.

 

Znowu padał śnieg , duże lep­kie płaty kle­iły się do szyby, do ka­ro­se­rii, do prze­chod­niów. Była 7 rano. Zmę­cze­ni i nie­wy­spa­ni lu­dzie spie­szy­li się do pracy, do szkół, na wy­kła­dy. Płat­ki śnie­gu spa­da­ły na mia­sto na­tręt­nie, szyb­ko, in­ten­syw­nie.

 

Duże białe płaty, zdol­ne za­kryć świat, po­kryć nie­szczę­ście i ból, znik­nąć w pół­mro­ku razem z ludź­mi, do­ma­mi i sa­mo­cho­da­mi.

 

Dla­cze­go to wciąż wraca? Czy mo­głem po­stą­pić ina­czej?

 

*

 

Alek­san­der zda­wał sobie spra­wę z tego, że wy­glą­da jak Fran­ken­ste­in. Owi­nię­ty war­stwą opa­trun­ków i ban­da­ży przy­po­mi­nał egip­ską mumię, a sino – fio­le­to­wa twarz do­peł­nia­ła wi­ze­run­ku po­two­ra z daw­nych fil­mów grozy.

 

Ko­le­dzy z pracy ucie­szy­li się jed­nak na widok Alek­san­dra. Kom­pu­ter cze­kał na tym biur­ku co za­wsze, pro­spek­ty „ru­re­xu" le­ża­ły zło­żo­ne w schlud­ną ster­tę, tak jak je zo­sta­wił.

 

Alek­san­der my­ślał, że praca po­zwo­li mu za­po­mnieć, że dzię­ki pracy wy­zdro­wie­je szyb­ciej, nawet nie za­uwa­ży, kiedy stru­py za­mie­nią się bli­zny. Że bę­dzie tak, jak było za­wsze, praca i dom, dom i praca, nie­zbyt czę­ste wi­zy­ty u ro­dzi­ny, w ko­ście­le, spo­ra­dycz­ne spo­tka­nia z ko­le­ga­mi z li­ceum i stu­diów.

 

Przez pierw­sze dwa dni trud­no było wró­cić do daw­ne­go tempa i rytmu. Z pię­ciu wer­sji re­kla­my dla „ru­re­xu" wy­brał tę, która wy­da­wa­ła się naj­lep­sza, czyli pierw­szą.

 

Pra­co­wał nad lo­giem i całym sty­lem gra­ficz­nym dla firmy pa­pier­ni­czej. My­śla­ło mu się źle, nowe po­my­sły przy­cho­dzi­ły rzad­ko i prze­bi­ja­ły się z tru­dem. Szef po­wie­rzył Alek­san­dro­wi lżej­sze, mniej ob­cią­ża­ją­ce zle­ce­nia, ale mimo to Alek­san­dro­wi nie szło naj­le­piej.

 

Nie po­tra­fił się skon­cen­tro­wać.

 

*

 

– Tato – za­dzwo­nił Alek­san­der – Mo­żesz mi po­wie­dzieć, gdzie do­kład­nie zo­sta­łem zna­le­zio­ny?

 

– Przy X. To w wo­je­wódz­twie łódz­kim, na dro­dze mię­dzy Ło­dzią a Kiel­ca­mi.

 

– Tam uro­dził się dzia­dek, praw­da?

 

– Tak. Pra­dzia­dek, pra­pra­dzia­dek i dzia­dek. Tam był nasz ro­dzin­ny dwór, ale nic z niego nie zo­sta­ło po woj­nie…

 

– I w księ­gach pa­ra­fial­nych są wszy­scy za­pi­sa­ni, tak? Leżą tam na cmen­ta­rzu?

 

– Tak. Wszy­scy oprócz two­je­go dziad­ka, a mo­je­go ojca. Chcesz tam po­je­chać, praw­da Alek­san­drze?

 

– Tak. Chciał­bym od­na­leźć tego księ­dza, który we­zwał ka­ret­kę…

 

– Aku­rat. Do­brze wiesz, że to był przy­pa­dek. Wra­cał od umie­ra­ją­ce­go, do któ­re­go po­je­chał póź­nym wie­czo­rem z sa­kra­men­ta­mi… Usły­sza­łeś We­zwa­nie i dla­te­go tam je­dziesz. Wprost nie mo­żesz usie­dzieć na miej­scu…

 

– Tato! Prze­stań! Oszu­ka­łeś mnie z We­zwa­niem. Po­wie­dzia­łeś, żebym się nie wahał, żebym dał się po­nieść wy­da­rze­niom. Nie za­wa­ha­łem się i co z tego mam? Dobra, koń­czę już, szef idzie…

 

9

 

Była 5.30, kiedy Alek­san­der wy­siadł z po­cią­gu. Da­le­ko, na gra­ni­cy ho­ry­zon­tu za­czę­ły po­ja­wiać się ró­żo­wa­we roz­bły­ski, zwia­stu­ny świtu. Na sta­cji było zimno, ciem­no i mokro. Za­czę­ła się od­wilż.

 

Po­szedł na wprost, drogą pro­sto­pa­dłą do torów, tak jak za­pa­mię­tał to z We­zwa­nia. Alek­san­der mijał uśpio­ne domy. Słabo świe­ci­ły nie­licz­ne i za­nie­dba­ne la­tar­nie. Na dro­dze nie spo­tkał prze­chod­niów, minął je­dy­nie wra­ca­ją­ce­go po noc­nych li­ba­cjach pi­ja­ka, męż­czy­znę beł­ko­czą­ce­go przy­dłu­gie i dość nie­zro­zu­mia­łe mo­no­lo­gi.

 

Dotyk zim­ne­go po­wie­trza na twa­rzy po­wo­do­wał ból. Po­ci­ły się ręce w dłu­gich i cie­płych rę­ka­wi­cach do wspi­nacz­ki lo­dow­co­wej. Alek­san­der czuł, że jest już bli­sko.

 

Po 25 mi­nu­tach szyb­kie­go mar­szu ciem­nym i peł­nym kałuż chod­ni­kiem do­tarł w końcu do celu. Po prze­ciw­nej stro­nie drogi stał mały nie­oświe­tlo­ny ko­ściół. Alek­san­der prze­szedł przez pustą ulicę i ro­zej­rzał się w pół­mro­ku za furt­ką. Na­ci­snął klam­kę, ale oka­za­ło się, że furt­kę za­mknię­to na zamek.

 

Ogro­dze­nie ko­ścio­ła zo­sta­ło zbu­do­wa­ne dość spe­cy­ficz­nie. Na ka­mien­nym murku wy­so­kim na około pięć­dzie­siąt cen­ty­me­trów po­roz­sta­wia­no co kilka me­trów ka­mien­ne słup­ki. Mię­dzy słup­kiem a słup­kiem zo­sta­ły umiesz­czo­ne frag­men­ty zwy­kłe­go, drew­nia­ne­go płotu, ste­laż i nie­wiel­kie szta­che­ty.

 

Alek­san­der ob­szedł ko­ściół i po­szu­kał naj­słab­sze­go miej­sca w ogro­dze­niu. Z tyłu, za ko­ścio­łem, ktoś wy­ła­mał z płotu jedną szta­che­tę. Wy­kru­szo­ne z murku ka­mie­nie świad­czy­ły o tym, że Alek­san­der nie jest pierw­szym, który sko­rzy­sta z tego nie cał­kiem wła­ści­we­go przej­ścia.

 

Alek­san­der ję­cząc i prze­kli­na­jąc fi­zycz­ne nie­do­łę­stwo prze­szedł przez płot. Zna­lazł się na przy­ko­ściel­nym cmen­ta­rzu. Na jed­nym z gro­bów pa­li­ła się słaba lamp­ka, na innym zło­żo­no wie­niec. Była od­wilż i z więk­szo­ści mogił zdą­żył już spły­nąć śnieg.

 

Ko­ściół robił po­nu­re wra­że­nie. Ze ścian zwi­sa­ły duże, na wpół od­cze­pio­ne płaty tynku.

 

Alek­san­der wyjął z ple­ca­ka małą la­tar­kę. Kie­dyś od­wie­dził ten cmen­tarz. Dawno temu, jesz­cze w dzie­ciń­stwie… Był li­sto­pad, a do­je­cha­li z ojcem na miej­sce chyba w środ­ku nocy. Alek­san­der bał się wtedy iść na cmen­tarz. Oj­ciec wziął go na ręce, od­szu­kał ro­dzin­ne groby, po­sta­wił Alek­san­dra na ziemi i kazał mo­dlić się za wujka Teo­fi­la. Alek­san­der bał się nadal, ale głos ojca stał się wtedy tak strasz­ny, że mały Alek­san­der za­czął po­wo­li szep­tać mo­dli­twę.

 

Mógł mieć wtedy pięć lub sześć lat. Może nawet mniej.

 

Za­mknął oczy i usi­ło­wał przy­po­mnieć sobie drogę do gro­bów ro­dzi­ny. Pa­mię­tał do­brze jak oj­ciec wy­cią­gał go z sa­mo­cho­du. Pa­mię­tał jak stał nad gro­bem, nad wpół roz­wa­lo­ną płytą, a oj­ciec po­wta­rzał wraz z nim słowa mo­dli­twy. Mię­dzy jed­nym a dru­gim była luka.

 

Ob­szedł z la­tar­ką cały cmen­tarz. Groby po­win­ny znaj­do­wać się przy murze…

 

Ktoś za­dzwo­nił klu­cza­mi przy furt­ce. Zamek otwo­rzył się do­pie­ro po trze­ciej pró­bie. Alek­san­der scho­wał się po dru­giej stro­nie ko­ścio­ła i wy­łą­czył la­tar­kę. Spoj­rzał na ze­ga­rek. 6.40. Za dwa­dzie­ścia minut za­cznie się msza.

 

Zro­bi­ło się nieco ja­śniej, więc Alek­san­der po­cho­dził jesz­cze po cmen­ta­rzu, ale nie zna­lazł gro­bów swo­jej ro­dzi­ny. Stare i znisz­czo­ne po­mni­ki, po­wy­gi­na­ne krzy­że zda­wa­ły się pa­trzeć na Alek­san­dra z wy­rzu­tem. Dla­cze­go ktoś za­kłó­ca im spo­kój? Prze­cież wszy­scy już za­po­mnie­li…

 

Daj nam spo­kój, Alek­san­drze. Daj spo­kój, nic nie zmie­nisz. My śpimy wiecz­nym snem i ty też za­śniesz, gdy przyj­dzie twój czas. Daj spo­kój Alek­san­drze. Nie szu­kaj. W na­szym świe­cie wszyst­ko jest po­sta­no­wio­ne i wszyst­ko się do­ko­na­ło.

 

Nic nie zmie­nisz.

 

Nie teraz, Alek­san­drze.

 

Za­czął padać drob­ny, zimny deszcz. Alek­san­der wszedł do ko­ścio­ła.

 

W środ­ku było przy­jem­nie cie­pło. Star­sze ko­bie­ty od­ma­wia­ły ró­ża­niec. Je­dy­ny męż­czy­zna, siwy star­szy pan w wa­to­wa­nej nie­bie­skiej kurt­ce mo­dlił się cicho. Alek­san­der po­sta­no­wił zo­stać na mszy. W ciągu go­dzi­ny wy­schnie i roz­grze­je się.

 

Po skoń­czo­nej mszy, od­pra­wio­nej w pół go­dzi­ny, Alek­san­der po­szedł do za­kry­stii.

 

Star­szy ksiądz wła­śnie pa­ko­wał ornat do szafy.

 

– Nie, nie, nie mu­sisz się przed­sta­wiać, synu. Niech zgad­nę, je­steś Mi­ko­łaj­ski?

 

– Alek­san­der Mi­ko­łaj­ki…

 

– Tak jak my­śla­łem. Wy, Mi­ko­łaj­scy, za­wsze przy­jeż­dża­cie w ta­kich dziw­nych oko­licz­no­ściach…

 

– My – Mi­ko­łaj­scy? Skąd ksiądz zna moją ro­dzi­nę?

 

– Je­steś synem Pawła?

 

– Tak…

 

– Zna­łem two­je­go dziad­ka… Lu­bi­łem go, miły chło­pak… Wy­rósł na do­bre­go czło­wie­ka.

 

– Pro­szę księ­dza… – prze­rwał Alek­san­der

 

– Wiem, dla­cze­go tu przy­je­cha­łeś. Czy za­wsze je­ste­ście tacy nie­cier­pli­wi? A może to cecha ro­dzin­na, hę?

 

Alek­san­der mil­czał, a ksiądz jesz­cze raz zło­żył ornat i sta­ran­nie uło­żył w szu­fla­dzie szaf­ki.

 

– Chodź, po­ka­żę ci ten grób.

 

Alek­san­der podał księ­dzu płaszcz.

 

– Pró­bo­wa­łem szu­kać na wła­sną rękę – przy­znał się Alek­san­der – Przy­wie­zio­no mnie tu chyba w dzie­ciń­stwie… Do­tar­li­śmy w nocy, nie­wie­le pa­mię­tam.

 

Szli po­wo­li przez cmen­tarz.

 

– Za­sta­na­wia­łem się, co to za rabuś gra­su­je z la­tar­ką po cmen­ta­rzu. Wiele rze­czy już w życiu wi­dzia­łem i do ta­kich wi­do­ków też przy­wy­kłem. O – to ten.

 

Po­mnik był nowy, z czar­ne­go mar­mu­ru. Li­te­ry złote i sta­ran­ne. „Teo­fil Mi­ko­łaj­ski. 1875-1900. Zgi­nął śmier­cią tra­gicz­ną.". Obok po­sta­wio­no po­dob­ny po­mnik, dla Sta­ni­sła­wa i Mi­cha­li­ny Mi­ko­łaj­skich, ro­dzi­ców Teo­fi­la.

 

Alek­san­der wy­grze­bał z ple­ca­ka znicz, za­pa­lił i po­sta­wił na mar­mu­ro­wej pły­cie.

 

– Ale… Jak to…

 

– Ano­ni­mo­wy ofia­ro­daw­ca. Tak kazał sie­bie na­zy­wać. Prze­lał pie­nią­dze na konto, do­pła­cił do re­mon­tu dachu, a po­mni­ki za­mó­wił u ka­mie­nia­rza. Nie mogę ci po­wie­dzieć kto to był, ale ty prze­cież wiesz, praw­da, Alek­san­drze Mi­ko­łaj­ski?

 

– Nie do końca.

 

Lamp­ka pa­li­ła się ni­kłym bla­dym świa­tłem. Ro­bi­ło się coraz ja­śniej, wsta­wał zi­mo­wy po­nu­ry i smut­ny dzień. Na grób Teo­fi­la spa­da­ły kro­ple drob­ne­go desz­czu, drob­ne łzy, nie wia­do­mo czyje.

 

Czy mo­głem go uchro­nić? Wy­star­czy­ło lekko go ode­pchnąć, coś krzyk­nąć, byle w porę.

 

Czy mo­głem go ura­to­wać?

 

Czy wtedy losy świa­ta by­ły­by inne?

 

*

 

– Alek­san­der. Alek­san­der, drugi raz już po­wta­rzam, Alek­san­der, hej, obudź się chłop­cze! Pew­nie nie ja­dłeś śnia­da­nia, chodź, zjesz ze mną!

 

Alek­san­der spoj­rzał w stro­nę księ­dza, uważ­nie, wy­ry­wa­jąc się z za­my­śle­nia.

 

– Synu – po­wie­dział ksiądz zu­peł­nie po­waż­nie – Wiem, co was wszyst­kich drę­czy. Two­je­go dziad­ka, two­je­go ojca i cie­bie. Zro­zu­miesz sens tego, co cię spo­tka­ło, gdy na­dej­dzie wła­ści­wa pora.

 

Chodź synu, pora coś zjeść…

 

*

 

Po po­łu­dniu znów się ozię­bi­ło. Ksiądz od­wiózł Alek­san­dra na po­ciąg. Wiel­kie płat­ki śnie­gu spa­da­ły na ka­łu­że nie do końca ścię­te mro­zem, na brud­ny po­ciąg, na rę­ka­wi­ce Alek­san­dra.

 

Płat­ki wi­ru­ją i wi­ru­ją, wiel­kie, pła­skie płaty, zdol­ne za­kryć cały świat, jak bez­piecz­na pie­rzy­na, jak cie­pły, weł­nia­ny pled.

 

Dla­cze­go tutaj przy­je­cha­łem? Czy to co­kol­wiek zmie­ni­ło?

 

Nic nie zmie­nisz.

 

Nie teraz, Alek­san­drze.

 

10

 

Dni mi­ja­ły wolno, spo­koj­nie, do­stoj­nie. Dni mi­ja­ły mię­dzy pracą, sa­mo­cho­dem i domem. Lampa w miesz­ka­niu Alek­san­dra pa­li­ła się długo w noc, gło­śno pra­co­wa­ły wen­ty­la­to­ry kom­pu­te­ra i grało radio. Dzień w dzień to samo, szes­na­ście go­dzin pracy, sześć go­dzin snu, po­sił­ki, wi­zy­ty u le­ka­rzy i re­ha­bi­li­tan­tów.

 

Któ­re­goś dnia drze­wa po­kry­ły się zie­le­nią, w sza­lo­ny, dziki spo­sób. Zdu­mio­ny Alek­san­der mu­siał wyjść na chwi­lę z sa­mo­cho­du i do­tknąć peł­nej pąków i ma­łych list­ków ga­łąz­ki, żeby uwie­rzyć, że to już na­praw­dę wio­sna.

 

Cza­sem pie­kły Alek­san­dra dło­nie, ale po od­mro­że­niach zo­sta­ły tylko sine bli­zny. Pra­co­wał tak dużo, że nawet nie za­uwa­żył, kiedy prze­stał zmie­niać opa­trun­ki i wcie­rać spe­cjal­ne maści.

 

Pan Ru­ro­sław Sie­kier­ka po­chwa­lił re­kla­my Alek­san­dra. Rurex za­czął przy­no­sić więk­sze do­cho­dy i pan Sie­kier­ka od pew­ne­go czasu wy­pła­cał gra­fi­kom pre­mię extra.

 

Nie było źle.

 

Alek­san­der nie­kie­dy bu­dził się w nocy i nie wie­dział gdzie jest. Wy­da­wa­ło mu się, że je­dzie do­kądś po­cią­giem, że jest sam w wiel­kim sta­rym wa­go­nie. Czuł wtedy na­ra­sta­ją­cy strach, na­pię­cie, któ­re­go w żaden spo­sób nie po­tra­fił roz­ła­do­wać. Brał dwie ta­blet­ki na sen i za­pa­dał w stan, który bliż­szy był omdle­nia niż snu.

 

Cza­sem wra­ca­ły ob­ra­zy. Cza­sem mo­dlił się w nocy za „wujka Teo­fi­la", nie­zna­jo­me­go męż­czy­znę, który mógł­by być pra­dziad­kiem Alek­san­dra.

 

Cza­sa­mi bał się tak bar­dzo, że wy­cho­dził z domu i przez kil­ka­dzie­siąt minut włó­czył się po naj­więk­szym, naj­bar­dziej lud­nym dep­ta­ku w mie­ście, byle być mię­dzy ludź­mi, byłe czuć ich fi­zycz­ną, uspo­ka­ja­ją­cą bli­skość.

 

Nie było źle.

 

*

 

Oj­ciec za­pro­sił Alek­san­dra na Wiel­ka­noc­ne śnia­da­nie. Padał cie­pły, wio­sen­ny deszcz, nad mo­kry­mi uli­ca­mi uno­si­ła się mgła. Kiedy wra­ca­li z re­zu­rek­cji na dwo­rze pach­nia­ło desz­czem, dymem i mo­drze­wia­mi.

 

Śnia­da­nie zje­dli po­wo­li, w mil­cze­niu. Przy wiel­kim, ro­dzin­nym stole sie­dzie­li w troj­kę, oj­ciec, brat i Alek­san­der. Pokój wy­da­wał się ciem­ny i opusz­czo­ny, tak jak zresz­tą całe ogrom­ne miesz­ka­nie ro­dzi­ców, z któ­re­go dawno wy­pro­wa­dzi­ły się dzie­ci. Wy­pi­li wino, ale żaden z nich nie miał ocho­ty na roz­mo­wę. Alek­san­der ob­ser­wo­wał przez fi­ran­kę ja­dą­ce po mo­krej ulicy sa­mo­cho­dy. Brat Alek­san­dra, z za­wo­du le­karz in­ter­ni­sta, był tak zmę­czo­ny, że przy­sy­piał nad ta­le­rzem. Oj­ciec wstał i za­czął cho­dzić po po­ko­ju. Za­trzy­my­wał się przy każ­dym ob­raz­ku wi­szą­cym na ścia­nie, aż w końcu ścią­gnął z kre­den­su ro­dzin­ne zdję­cie. Usiadł i za­my­ślo­ny pa­trzył na ma­łych synów i na sie­bie sa­me­go, przy­stoj­ne­go męż­czy­znę w sile wieku.

 

Brat Alek­san­dra mu­siał iść na dyżur. Zo­sta­li sami z ojcem w wiel­kim, ciem­nym i pu­stym po­ko­ju.

 

– Źle wy­glą­dasz synu – za­uwa­żył oj­ciec – Schu­dłeś. Pra­wie wcale nie dzwo­nisz…

 

– Tato, ja… Ostat­nio dużo pra­cu­ję…

 

– Chodź, pój­dzie­my na spa­cer.

 

Za­mknę­li miesz­ka­nie i szli po­wo­li, obok sie­bie, przez wio­sen­ny deszcz, nie­rów­nym, peł­nym kałuż chod­ni­kiem.

 

– Drę­czysz się nadal Teo­fi­lem, praw­da?

 

Alek­san­der nie od­po­wie­dział.

 

– Alek­san­der, po­słu­chaj. Nie o to cho­dzi­ło w We­zwa­niu. Nie o to. To samo We­zwa­nie usły­szał twój pra­dzia­dek i twój dzia­dek. Ja też je usły­sza­łem. Nikt z nas… Do­pie­ro twój dzia­dek zro­zu­miał. On jako je­dy­ny zdą­żył na po­ciąg. Two­je­go dziad­ka przy­gar­nę­ła i wy­cho­wa­ła wojna. Nie do­my­ślił się, że jest rok ty­siąc dzie­więć­set­ny, usły­szał strza­ły i uciekł. My­ślał, że to Ro­sja­nie, że to Bóg wie kto. Długo do­cho­dził do sie­bie i długo nie mógł sobie da­ro­wać tchó­rzo­stwa. Wy­cho­wa­ny wśród par­ty­zan­tów, tchó­rzo­stwo uwa­żał za naj­gor­szą hańbę.

 

Potem zro­zu­miał. Alek­san­der, to nie było ani w jego, ani w mojej, ani w two­jej mocy ura­to­wać Teo­fi­la. Nie po to usły­sze­li­śmy We­zwa­nie. Mia­łeś tam po pro­stu być. Mia­łeś to zo­ba­czyć. Czy my­ślisz, że Bóg dałby nam taką wła­dzę, żeby zmie­niać hi­sto­rię? Żeby móc in­ge­ro­wać w prze­szłość, zmie­niać ją i to w każ­dym po­ko­le­niu? Jaki wpływ mo­gło­by to mieć na te­raź­niej­szość?

 

Po­słu­chaj, synu. Ro­dzin­na le­gen­da mówi, że Teo­fil przy­szedł z kimś ze sta­cji. Oj­ciec Teo­fi­la, pra­dzia­dek Sta­ni­sław, nie mógł spać, usły­szał roz­mo­wę i wła­śnie dla­te­go wy­szedł przed dom. Ponoć matka Teo­fi­la i kilka in­nych osób wi­dzia­ło ob­ce­go, który przy­był wraz z Teo­fi­lem. Ponoć, bo tutaj ze­zna­nia nie są jed­no­znacz­ne. Był to młody chło­pak, wy­so­ki, jedni twier­dzi­li, że w ko­żu­chu, inni, że w weł­nia­nym płasz­czu, jedni, że ja­sno­wło­sy, że bo­ga­to ubra­ny, inni, że jakiś nę­dzarz. Miał oban­da­żo­wa­ną rękę. Czy­stym, bia­łym ban­da­żem. Co do tego zgo­dzi­li się wszy­scy. Czy to była prawa czy lewa ręka – też nie wia­do­mo. Potem przy­bysz znik­nął i nigdy wię­cej go nie wi­dzia­no.

 

Po­słu­chaj, Alek­san­der. Nie mo­że­my zmie­nić prze­szło­ści. To praw­da, że prze­szłość w spo­rym stop­niu de­ter­mi­nu­je to, kim je­ste­śmy, że wy­cho­wa­nie, że geny. My­ślisz, że to ze­msta? To nie tak, synu.

 

Twój pra­pra­dzia­dek, a mój pra­dzia­dek od­po­ku­to­wał swoją winę. Do końca życia co roku cho­dził boso do Czę­sto­cho­wy. Za­wsze był rap­tu­sem, szyb­kim, po­ryw­czym, ką­pa­nym w go­rą­cej wo­dzie. Za­wsze prze­pra­szał za to, co zro­bił źle i za szyb­ko, ale tym razem prze­pro­si­ny nie mogły ni­cze­go zmie­nić. Od tam­te­go czasu stał się po­wol­ny, ostroż­ny, czte­ry razy my­ślał, zanim się do cze­goś za­brał. Nigdy nie da­ro­wał sobie winy. Teo­fi­la ko­chał naj­bar­dziej ze swo­ich synów i wła­śnie dla­te­go chciał, żeby Teo­fil się kształ­cił.

 

Po­słu­chaj, do­koń­czę. Prze­szłość się na nas nie mści. Prze­szłość ro­śnie w nas i owo­cu­je. Nie dla­te­go, że zbrod­nie ojców spa­da­ją na dzie­ci. We­zwa­nie to ostrze­że­nie i za­da­nie. Nie można zmie­nić prze­szło­ści, ale można zmie­niać te­raź­niej­szość. Można le­piej żyć. Można bar­dziej ko­chać. Można nie po­peł­nić tych błę­dów, które po­peł­ni­li przod­ko­wie.

 

To wszyst­ko, co mogę po­wie­dzieć.

 

Alek­san­der mil­czał.

 

*

 

Alek­san­der chciał wró­cić do pracy, ale nie po­tra­fił. Usiadł przy biur­ku, włą­czył kom­pu­ter i za­pa­lił lamp­kę.

 

W końcu są świę­ta. W końcu jest Wiel­ka­noc, naj­waż­niej­sze chrze­ści­jań­skie świę­to w roku.

 

Wy­łą­czył kom­pu­ter, zga­sił świa­tło i ubrał kurt­kę.

 

*

 

Na klat­ce scho­do­wej czuć było mo­czem, ko­ta­mi i stę­chli­zną. Scho­dy lekko się chwia­ły. Alek­san­dro­wi drża­ły ręce. Kwia­ty, które niósł, pach­nia­ły kwia­ciar­nią i wio­sną.

 

Na dru­gim pię­trze za­trzy­mał się na chwi­lę przy drzwiach. Znał to miesz­ka­nie. Przy dzwon­ku nadal tkwi­ła wi­zy­tów­ka. Ode­tchnął, wy­pro­sto­wał się i za­dzwo­nił.

 

Niech się dzie­je, co chce.

 

Mo­żesz otwo­rzyć albo i nie.

 

Może masz już kogoś in­ne­go.

 

Chcę cię prze­pro­sić.

 

Chcę, żeby przy­szłość na­le­ża­ła do nas.

 

*

 

Chło­pak jest wy­so­ki i szczu­pły, na rę­kach i twa­rzy bli­zny po od­mro­że­niach, sine kręgi pod ocza­mi. Drżą mu ręce.

 

Dziew­czy­na nie kryje za­sko­cze­nia, ale w oczach można do­strzec cień uśmie­chu, bladą, nie­wy­raź­ną ra­dość.

 

Po­bie­dzi­ska, li­piec 2006

 

 

 

Koniec

Komentarze

Dobre. Nie po­wa­la­ją­ce, tekst dość długi i można się zmę­czyć, ale prze­czy­ta­łam do końca, zdo­łał utrzy­mać mnie przy mo­ni­to­rze. Udało Ci się stwo­rzyć kli­mat, na­strój ta­jem­ni­cy, nie­pew­no­ści i to się chwa­li. Fa­bu­ła... nie po­ry­wa­ją­ca. Za dużo rze­czy nie zo­sta­je wy­ja­śnio­nych, wła­ści­wie można by ją stre­ścić w jed­nym zda­niu "Alek­san­der cofa się w cza­sie i oglą­da śmierć swo­je­go wujka". Ale nie, nie jest to wada;) Dla­cze­go? Bo na­praw­dę do­brze to wszyst­ko na­pi­sa­łaś. Od stro­ny ję­zy­ko­wej tekst jest bar­dzo dobry. Dla­te­go tak miło mi się go czy­ta­ło i dla­te­go też z czy­stym su­mie­niem wy­sta­wiam piąt­kę.
Po­zdra­wiam;)

Nie cho­dzi­ło mi o sam po­mysł... Ra­czej o spor­tre­to­wa­nie Alek­san­dra-pra­co­ho­li­ka wy­rwa­ne­go z wła­ści­we­go mu świa­ta, Alek­san­dra po­sta­wio­ne­go przed hm pew­nym pro­ble­mem, wąt­pli­wo­ścia­mi, Alek­san­dra, który cały czas usi­łu­je od­su­nąć od sie­bie spra­wy bar­dziej skom­pli­ko­wa­ne niż to, co ma skoń­czyć na przy­szły ty­dzień. I cho­dzi­ło mi o na­strój, a gdy­bym wszyst­ko zwy­czaj­nie wy­ja­śni­ła, to czar by prysł :P Może zo­sta­wia to wra­że­nie nie­do­sy­tu... ale nie­do­syt pro­wo­ku­je py­ta­nia. I cho­dzi­ło mi tez o prze­sła­nie, o to, że po pierw­sze, emo­cjo­nal­nie nie je­ste­śmy jakoś spe­cjal­nie inni od przod­ków, że coś dzie­dzi­czy­my, a po dru­gie, że cza­sem ro­dzin­na hi­sto­ria za­ta­cza koło, tylko że sce­ne­ria jest inna, i wy­da­rze­nia nieco inne...

I w ogóle dzię­ku­ję za taki miły ko­men­tarz :)

Wpa­dłam na to, że ra­czej fa­bu­ła nie jest naj­waż­niej­sza w tym opo­wia­da­niu. Na temat prze­słań się nie wy­po­wia­dam z za­sa­dy;) A tekst, jak mó­wi­łam przy­jem­ny i na­strój udało ci się zbu­do­wać.
Nie ma spra­wy;p

Do­ce­niam i na­strój i prze­sła­nie.

Dzię­ku­ję, szara.

Więc w co ubrał tę kurt­kę? Bo mnie to strasz­nie cie­ka­wi?

Opo­wia­da­nie ma kli­ma­cik, i ten kli­ma­cik to je­dy­ne, co się w opo­wia­da­niu broni.

Z kurt­ką - nie ro­zu­miem py­ta­nia.

@nie­zgo­da.b: no dobra, z tym ubie­ra­niem to może masz rację, ale po­nie­waż tak się mówi to w za­sa­dzie ni­ko­go poza po­lo­ni­sta­mi i re­dak­to­ra­mi to nie razi. 

:D
Droga au­tor­ko, chyba sobie ze mnie żarty ro­bisz...
"Po­nie­waż tak się mówi"?
I co, to ma być ar­gu­ment?
A u mnie na wsi się tak nie mówi.
I co teraz?

Cze­kam tylko aż od­pi­szesz coś w stylu: "By­naj­mniej ja pu­bli­ku­ję, a ty nie"...

Oczy­wi­ście jest to za­mie­rzo­na zło­śli­wość.
Fakt, że w Kra­ko­wie wy­cho­dzi się na pole, w Bia­łym­sto­ku po­ka­zu­je dla kogoś zdję­cia, itd nie ozna­cza, że to norma. I pro­szę się (na wszel­ki wy­pa­dek ostrze­gam) nie po­wo­ły­wać na Bral­czy­ka, który wszyst­ko do­pusz­cza, "bo tak się mówi".

nie za­mie­rzam się po­wo­ły­wać na Bral­czy­ka. Mój ar­gu­ment jest pro­sty jak drut: li­te­ra­tu­ra ma być za­pi­sem cza­sów, oby­cza­jów i ję­zy­ka. Nie­któ­rzy au­to­rzy ce­lo­wo do­da­ją prze­kleń­stwa, błędy or­to­gra­ficz­ne (vide Ma­riusz Ma­ślan­ka "Bidul") albo ko­lo­kwia­li­zmy... Po dru­gie na­praw­dę, jeśli "tak się mówi" to z re­gu­ły za­pi­sa­nie tego nie jest ja­kimś OGROM­NYM błę­dem.

Aaa, czyli do­pie­ro teraz twier­dzić bę­dziesz, nie­cna isto­to, że uży­łaś tego sfor­mu­ło­wa­nia "ce­lo­wo"? A jeśli po­wiem, że nie wie­rzę?

Jest ogrom­nym błę­dem. Po­sta­ram się po­krót­ce wy­ja­śnić, dla­cze­go. Dobry autor nie wali ba­bo­li. Dla­cze­go? Bo dobry autor jest mi­strzem w uży­wa­niu, wy­ko­rzy­sty­wa­niu ję­zy­ka, jest ar­cy­ma­giem ję­zy­ka, ko­wa­lem ję­zy­ka... I taka ilu­zja trwa, póki Ar­cy­mag Słowa nie pier...dyknie znie­nac­ka ba­bo­la, który po oczach wali nie ce­lo­wo­ścią, tylko zwy­kłym nie­chluj­stwem ję­zy­ko­wym. Le­gen­da ar­cy­ma­ga ubita. Nie­smak zo­sta­je i nie­chęć, że tyle się czasu zmar­no­wa­ło na po­ka­zy ja­kieś ma­gi­ka, za­miast nadal tro­pić ar­cy­ma­ga.

PS Faj­nie, że miesz­kasz w innej stre­fie cza­so­wej, przy­naj­mniej od­pi­sać mogę od razu.

ja nie twier­dzę, że to było ce­lo­we, ja do­ra­biam ide­olo­gię do błędu, który moim zda­niem jest ma­lut­kim po­tknię­ciem (takim jak brak prze­cin­ka albo pi­sa­nie "wy­szedł na pole"). Od tego jest re­dak­tor, żeby wy­ciąć po­dob­ne śmie­ci i wąt­pię, żeby pu­bli­ku­ją­cym au­to­rom tego nie wy­ci­nał (= żeby im się nie zda­rza­ło).
po­nad­to Ko­le­żan­ka gdzieś tu oświad­czy­ła, że dy­sor­to­gra­fia to dys­mó­zgo­wie, co nie jest praw­dą. Znam mnó­stwo śmier­dzą­cych leni któ­rzy pod uczo­ną nazwą kryli swój wstręt do słow­ni­ka i reguł or­to­gra­ficz­nych, ale znam przy­naj­mniej dwie bar­dzo in­te­li­gent­ne osoby, które mimo szcze­rych chęci, wy­sił­ków i tal­ne­tu w in­nych dzie­dzi­nach za cho­le­rę nie mogły na­uczyć się  pisać bez błe­dów. Jedna pisze nie­złe opo­wia­da­nia. To, że ktoś jest mi­strzem słowa nie zna­czy jesz­cze, że umie pisac po­praw­nie. Słowo - grec­ki logos - to sze­ro­kie po­ję­cie. Bycie mi­strzem słowa może więc ozna­czać albo bycie mi­strzem słów pi­sa­nych, albo słów sły­sza­nych, albo mó­wio­nych, albo zna­czeń....

Wiem, je­stem tylko po­ma­rań­czo­wym nic­kiem, jed­nym z setek na tym forum... Ale wy­star­czy prze­czy­tać wy­po­wiedź choć­by p. Ko­ło­dziej­cza­ka, żeby za­uwa­żyć, że nie je­stem je­dy­nym osob­ni­kiem, który uważa, że nie­dbal­stwo na­le­ży tępić.
O dys­mó­zgo­wiu pi­sa­łam rów­nież w in­nych wy­po­wie­dziach - ow­szem, dy­sor­to­gra­fia (praw­dzi­wa) się zda­rza, ale chwa­le­nie się nią to jak chwa­le­nie się małym pe­ni­sem. Zda­nie pod­trzy­mu­ję. Jak już kie­dyś na­pi­sa­łam, od tego są pro­gra­my. Zwy­kle też, jeśli ktoś mi wska­że błąd, po pro­stu dzię­ku­ję i prze­pra­szam, a na­stęp­nie sta­ram się go nie po­wta­rzać, za­miast uży­wać jak tar­czy dys­mó­zgo­wia (i mam tu na myśli wszel­kie dys-or­to­gra­fię, kal­ku­lię, etc, a nie brak mózgu) albo trud­ne­go dzie­ciń­stwa, albo fran­cu­sko­ję­zycz­nej kla­wia­tu­ry, albo złego na­stro­ju, albo złego cho­chli­ka, który ce­lo­wo wsta­wił ten błąd za mnie.

Wra­ca­jąc do te­ma­tu głów­ne­go - tutaj zwy­kle to autor jest swoim re­dak­to­rem. Więc albo na­le­ży zmie­nić re­dak­to­ra, albo prze­stać mu wy­pła­cać pre­mię, jeśli za­wa­lił ro­bo­tę.

Ja tam cho­ler­nie lubię twoje tek­sty. Mają taki swój nie­po­wta­rzal­ny kli­mat i bar­dzo do­brze mi się je czyta. Cze­kam na ko­lej­ne.

Za­ufaj Al­la­ho­wi, ale przy­wiąż swo­je­go wiel­błą­da.

Po­do­ba­ło mi się. Na po­cząt­ku wy­da­wa­ło mi się, że A przy­je­chał na re­ko­lek­cje, a "we­zwa­nie" bę­dzie po­wo­ła­niem do za­ko­nu. Jed­nak udało Ci się mnie za­sko­czyć.

Na 4+.

Oce­nio­ne

Nowa Fantastyka