- Opowiadanie: tsole - Czas utracony

Czas utracony

Coś na za­dusz­ko­we re­flek­sje. Stę­że­nie akcji i fan­ta­sty­ki bli­skie zeru. Opo­wia­da­nie pu­bli­ko­wa­ne w mie­sięcz­ni­ku “W dro­dze”; znaj­du­je się także w moim zbior­ku “Mu­zy­ka Sfer Nie­bie­skich”.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Czas utracony

Zbu­do­wać zegar.

Zbu­do­wać zegar na miarę na­szych cza­sów.

Zegar, który po­zwo­lił­by ochło­nąć nam, pę­dzą­cym na oślep w trze­wiach tech­no­lo­gicz­ne­go mo­lo­cha.

Zegar, który ni­we­czył­by prze­ra­że­nie kar­ko­łom­ną ga­lo­pa­dą zda­rzeń w ster­ro­ry­zo­wa­nym eko­no­mią świe­cie.

Zegar, który wy­zwo­lił­by wszyst­kich sfru­stro­wa­nych cią­głym na­ra­sta­niem dy­stan­su do li­de­rów sza­leń­cze­go wy­ści­gu mó­zgów.

Zbu­do­wać zegar mie­rzą­cy upływ czasu nie­utra­co­ne­go.

Zegar, który jak wy­rzut su­mie­nia tkwił­by nad czło­wie­kiem i po­ka­zy­wał mu, kiedy i gdzie, jak i dla­cze­go mar­no­tra­wi bez­cen­ne, nie­od­wra­cal­ne chwi­le swego życia.

To pra­gnie­nie uro­sło w nim do roz­mia­rów ob­se­sji.

 

***

Za­pew­ne dla­te­go tak czę­sto drę­czy­ły go ma­ja­ki senne. Wi­dział w nich zdzi­cza­ły, ła­mią­cy ba­rier­ki tłum gna­ją­cy na wy­prze­daż w su­per­mar­ke­cie. Przy bram­kach wej­ścio­wych tłum spię­trzał się, co uru­cha­mia­ło ma­chi­nę łokci ha­ła­su­ją­cą w swym peł­nym bez­względ­no­ści dzia­ła­niu skrzy­pem or­dy­nar­nych wy­zwisk. Z na­prze­ciw­ka wra­ca­li szczę­śliw­cy, przy­tu­la­ją­cy do pier­si, ni­czym bez­cen­ny skarb, do­pie­ro co na­by­te że­laz­ka, od­ku­rza­cze, mik­se­ry, smart­fo­ny, lap­to­py… Ich nie­przy­tom­ne jak w mi­stycz­nej eks­ta­zie spoj­rze­nia po­zwa­la­ły mnie­mać, że po­czy­nio­ny przed chwi­lą zakup sta­no­wi do­nio­słe wy­da­rze­nie, mi­lo­wy krok w re­ali­za­cji ży­cio­wych dążeń.

Czy można zbu­do­wać przy­rząd, który po­ka­że tym lu­dziom, że jed­nak drep­czą w miej­scu?

Z roz­pa­czą i bez­sil­no­ścią ob­ser­wo­wał mło­de­go re­wo­lu­cjo­ni­stę mio­ta­ją­ce­go się na za­im­pro­wi­zo­wa­nej mów­ni­cy. Słu­chał wart­kie­go po­to­ku gład­kich słów ukła­da­ją­cych się nad gło­wa­mi słu­cha­czy w ba­jecz­nie ko­lo­ro­we wizje przy­szło­ści.

– Trze­ba krwi! – wołał mło­dzie­niec, od­gar­nia­jąc opa­da­ją­ce na oczy pło­mie­ni­ste ki­ście wło­sów.

– Trze­ba krwi! – ry­czał tłum po­rwa­ny rów­nie pło­mie­ni­stą mową. I wzno­sił w górę za­ci­śnię­te pię­ści.

Jaki zegar umiał­by po­ka­zać temu czło­wie­ko­wi ilu­zo­rycz­ność prze­ko­na­nia, że jest on zbaw­cą świa­ta?

Oglą­dał prze­stron­ne ga­bi­ne­ty mężów stanu i me­ne­dże­rów z wy­twor­ny­mi fo­te­la­mi i zie­lo­ny­mi pal­ma­mi przy oknach. Ze sto­ła­mi kon­fe­ren­cyj­ny­mi o nie­ska­zi­tel­nie lu­strza­nych bla­tach i bu­dzą­cy­mi re­spekt biur­ka­mi. Le­żą­ce tam, gru­bo­ścią po­dob­ne Bi­blii ter­mi­na­rze zda­wa­ły się mówić z dumą: „Pa­trz­cie, ile obo­wiąz­ków ma mój wła­ści­ciel! Za­iste, nie ma chyba na świe­cie dru­gie­go czło­wie­ka, od któ­re­go tak wiele za­le­ży!”.

Jakie cza­so­mie­rze na­le­ża­ło­by po­sta­wić na tych biur­kach, by roz­bie­ga­ne oczy, nie­do­strze­ga­ją­ce dotąd sto­ją­cej obok palmy, znie­ru­cho­mia­ły choć na mo­ment w za­chwy­cie nad pięk­nem mi­ster­nej sieci pa­ją­ka, który za­gnieź­dził się tutaj, zmy­liw­szy czuj­ność sprzą­tacz­ki?

 

***

Po dniach, w któ­rych pra­co­wał in­ten­syw­niej niż zwy­kle, prze­śla­do­wa­ły go wizje ze­ga­rów spa­da­ją­cych z nieba. Nie były to senne mary; od­no­sił wra­że­nie, że ob­ser­wu­je jakiś al­ter­na­tyw­ny świat, w któ­rym Ruch i Spo­kój żyją w sym­bio­zie. Prze­róż­ne cy­fer­bla­ty, od sta­ro­świec­kich ze zło­co­ny­mi wska­zów­ka­mi i rzym­ski­mi zna­ka­mi o cien­kich sze­ry­fach do elek­tro­nicz­nych z zie­lon­ka­wą po­świa­tą kan­cia­stych rów­no­le­gło­bo­ków cyfr i pul­su­ją­cym dwu­krop­kiem, wszyst­kie spa­da­ły spo­koj­nie i ma­je­sta­tycz­nie. Ru­cha­mi po­dob­ne płat­kom śnie­gu, kła­dły się wokół bez­sze­lest­nie jak je­sien­ne li­ście i gi­nę­ły pod war­stwą na­stęp­nych…

 

***

Cza­sem my­ślał, że pod­jął się za­da­nia ponad siły. Ogar­nia­ło go zwąt­pie­nie. Ry­chło jed­nak otrzą­sał się z niego, my­śląc, ile ko­rzy­ści przy­nie­sie ludz­ko­ści taki przy­rząd. Gdyby każdy czło­wiek umiał roz­po­znać, kiedy i dla­cze­go traci czas! O ile ła­twiej mógł­by zor­ga­ni­zo­wać swą drogę ży­cio­wą. Jakie pro­ste by­ło­by wów­czas omi­ja­nie zdra­dli­wych mie­lizn bła­ho­stek. De­ma­sko­wa­nie pro­ble­mów try­wial­nych, lecz pod­stęp­nie two­rzą­cych mi­ra­że wiel­ko­ści, prze­bie­gle do­ma­ga­ją­cych się dla sie­bie prio­ry­te­tów, przy­ćmie­wa­ją­cych spra­wy rze­czy­wi­ście ważne, o któ­rych ist­nie­niu, ośle­pie­ni, czę­sto­kroć nie mamy po­ję­cia.

Więc pra­co­wał. Mo­zol­nie po­chła­niał stro­ni­ce na­uko­wych pu­bli­ka­cji na­je­żo­ne ostro­ko­ła­mi rów­nań i sym­bo­li za­zdro­śnie strze­gą­cych do­stę­pu ro­zu­mu do pięk­na ma­te­ma­tycz­ne­go raju. Wer­to­wał opa­słe tomy pod­ręcz­ni­ków hi­sto­rii i mo­no­gra­fii po­świę­co­nych wiel­kim tego świa­ta, pra­gnąc do­strzec, jakie to wspól­ne cechy zde­cy­do­wa­ły o tym, że mają oni swoje ulice, place i po­mni­ki.

Jako pierw­szy po­ja­wiał się w czy­tel­ni uni­wer­sy­tec­kiej bi­blio­te­ki i jako ostat­ni ją opusz­czał. Bi­blio­te­karz, po­czci­wy sta­ru­szek, któ­re­mu udało się wy­bro­nić przed eme­ry­tu­rą, witał go życz­li­wym uśmie­chem jak sta­re­go zna­jo­me­go. Od­wza­jem­niał ten uśmiech ma­chi­nal­nie i szyb­ko za­głę­biał się w lek­tu­rze, jakby go ktoś gonił.

Istot­nie, gonił go czas. Ten nie­ubła­ga­ny fi­zycz­ny czas, który mimo re­wo­lu­cyj­nych od­kryć Ein­ste­ina nadal zda­wał się biec na new­to­now­ską, jed­no­staj­ną modłę, jak gdyby wbrew ludz­kim pra­gnie­niom okieł­zna­nia go. Coraz czę­ściej na­tręt­nie do­ku­cza­ła mu myśl, że nie zdąży i wtedy całe nie­mal życie okaże się cza­sem utra­co­nym. Ogar­niał go pa­nicz­ny lęk na myśl, że los mógł­by tak okrut­nie za­drwić wła­śnie z niego.

 

***

Pew­ne­go ranka, gdy sie­dział już nad książ­ka­mi, po­czuł, że coś jest nie tak. Pod­niósł od­ru­cho­wo głowę. Na miej­scu sta­rusz­ka sie­dział młody czło­wiek z prze­sad­nie długą czu­pry­ną. Pod­szedł do niego, tknię­ty złym prze­czu­ciem.

– Prze­pra­szam – za­gad­nął nie­pew­nie – gdzie jest pan… – za­jąk­nął się. Nie znał nawet na­zwi­ska sta­re­go bi­blio­te­ka­rza. – No, ten pan, ten star­szy pan, który tu pra­cu­je od lat?

– Pra­co­wał – od­parł mło­dzie­niec. – Pan Wil­son zmarł wczo­raj wie­czo­rem.

– Zma… zmarł? Ach tak… to okrop­ne – wy­mam­ro­tał. – Dzię­ku­ję panu.

Zdru­zgo­ta­ny wró­cił na swoje miej­sce. Pró­bo­wał kon­ty­nu­ować lek­tu­rę, ale nie mógł. Przed ocza­mi miał wciąż po­god­ną, spo­koj­ną twarz sta­re­go bi­blio­te­ka­rza. Wy­szedł z gma­chu. Do obia­du wa­łę­sał się bez celu po mie­ście. Nie zda­rzy­ło mu się to od lat. Tępo pa­trzył na tłum roz­le­wa­ją­cy się bez­kształt­ną ka­łu­żą po skwe­rach i pla­cach. Go­nią­cy za zbun­to­wa­ny­mi ze­ga­ra­mi lu­dzie zde­rza­li się ze sobą, jak mo­le­ku­ły gazu w brow­now­skich ru­chach.

 

***

Stał nad świe­żą mo­gi­łą sta­rusz­ka, ogar­nię­ty cmen­tar­ną ciszą. Nie­licz­ni uczest­ni­cy po­grze­bu roz­pierz­chli się po­śpiesz­nie, wcią­ga­ni nie­wi­dzial­ną siłą w ko­ło­wrót co­dzien­nych zajęć. On zo­stał tutaj, ujęty uro­kiem miej­sca, które opar­ło się nie­wo­lą­cym po­dmu­chom czasu. Le­ni­wa pan­to­mi­ma odar­tych z liści to­po­li była jak ża­łob­ny, pełen za­du­my ta­niec, wy­ko­ny­wa­ny w hoł­dzie tym, któ­rzy już ni­g­dzie nie muszą się śpie­szyć.

Lecz trzy­ma­ło go coś jesz­cze. Miał wra­że­nie, że sta­ru­szek za­brał ze sobą do grobu skarb, za któ­rym on bez­sku­tecz­nie gonił przez całe nie­mal życie. Wra­że­nie to po­tę­go­wa­ło się, gdy przed ocza­mi sta­wa­ła mu twarz Wil­so­na. Twarz pełna spo­ko­ju i życz­li­wo­ści. Twarz, któ­rej nie tar­ga­ły ner­wo­we tiki. Twarz, która nigdy nie zwra­ca­ła się w peł­nym obaw ruchu ku tar­czy ze­ga­ra.

Rozum kazał mu otrzą­sać się z tych nie­roz­sąd­nych myśli. Niby dla­cze­go stary bi­blio­te­karz miał­by znać se­kret czasu nie­utra­co­ne­go? Cóż on zro­bił ta­kie­go, czego w życiu do­ko­nał, by można było twier­dzić, że nie zmar­no­wał jed­nej chwi­li w swoim życiu? Czy był wiel­kim wy­na­laz­cą? Czy na­pi­sał ja­kieś wie­ko­pom­ne dzie­ło li­te­rac­kie, sym­fo­nię? A może był od­kryw­cą leku, który wy­rwał ze szpo­nów śmier­ci cho­rych na okrut­ną, nie­ule­czal­ną cho­ro­bę? Może po­ło­żył za­słu­gi w roz­wią­za­niu jed­ne­go z kry­zy­sów po­li­tycz­nych?

Nie. Ani ta­kich, ani po­dob­nych za­sług sta­ru­szek nie miał. Był bi­blio­te­ka­rzem, zwy­kłym sza­rym czło­wie­kiem, ja­kich pełno na uli­cach, w urzę­dach, fa­bry­kach…

A jed­nak ten spo­kój na twa­rzy… Ten spo­kój kazał przy­pusz­czać, że Wil­son znał spo­sób, by omi­jać zdra­dli­we pu­łap­ki stra­co­ne­go czasu. Czuł to.

Ostat­nio wizje z tar­cza­mi ze­ga­rów na­wie­dza­ły go szcze­gól­nie in­ten­syw­nie. A dziś… dziś cy­fer­bla­ty jęły roz­my­wać się i prze­kształ­cać w wi­ze­run­ki ludz­kich twa­rzy. Ob­ser­wo­wał je z lę­kiem i cie­ka­wo­ścią. Co chwi­la od­kry­wał ob­li­cza skądś zna­jo­me. A to ko­le­ga ze stu­diów, z któ­rym głu­pio jakoś wy­szło przy eg­za­mi­nie z ana­li­zy funk­cjo­nal­nej… A to dziew­czy­na, którą ode­pchnął za­uro­czo­ny per­spek­ty­wa­mi, jakie roz­ta­cza­ły się przed nim: mło­dym i żąd­nym roz­gło­su na­ukow­cem… To znów ta sta­rusz­ka, którą grze­bią­cą w koszu z od­pad­ka­mi ob­ser­wo­wał z okna ho­te­lu asy­stenc­kie­go… Żona… żona, która ode­szła z dzieć­mi, nie mogąc znieść jego ob­se­sji… A oto i dzie­ci. Twa­rze za­mglo­ne ja­kieś… Kim są, co robią? Nie wie­dział.

Twa­rze, twa­rze, twa­rze… Po­god­ne tar­cze ze­ga­rów od­mie­rza­ją­ce czas je­dy­nie istot­ny dla czło­wie­ka…

Doj­rzał twarz sta­rusz­ka. Kiedy na nią pa­trzył, bi­ją­ce z niej pełne uf­no­ści spoj­rze­nie od­kry­wa­ło wy­raź­nie wła­sną ma­łość. Ma­łość wła­sne­go życia. Ilu­zję wiel­ko­ści wła­snych do­ko­nań i am­bi­cji.

Wizja skoń­czy­ła się, lecz twarz Wil­so­na zo­sta­ła. Utkwi­ła w nim, niby bo­le­sna zadra. A teraz przy­gna­ła go tutaj, w je­sien­ną sce­ne­rię cmen­ta­rza, gdzie do końca zro­zu­miał, że tra­cił dotąd czas.

Od­wró­cił się, ru­szył po­wo­li aleją wio­dą­cą w kie­run­ku cmen­tar­nej bramy. Cięż­kie, si­no­sza­re chmu­ry tro­skli­wie otu­la­ły kła­dą­ce się do snu mia­sto.

Lecz on wi­dział wscho­dzą­ce słoń­ce.

Koniec

Komentarze

Po­je­dyn­ku­jesz się z te­ma­tem nie­no­wym, nie­sa­mo­wi­cie ogra­nym – wręcz, mam wra­że­nie, mo­ty­wem prze­wod­nim więk­szo­ści płyt­szych i głęb­szych roz­wa­żań na­szych cza­sów. Na ogół nie lubię, kiedy ktoś ar­bi­tral­nie okre­śla, co jest mar­no­wa­niem czasu, a co nie. Jed­no­cze­śnie trud­no za­prze­czyć, że ta go­ni­twa jest obec­na i na­praw­dę cięż­ko na­zwać nie­któ­re jej przed­mio­ty ina­czej, niż bła­host­ka­mi. 

Jed­nak koń­ców­ka spra­wia, że wy­cho­dzisz z tej po­tycz­ki obron­ną ręką. Bo ta re­flek­sja, na do­da­tek tak ład­nie ujęta, że czas na­sze­go życia mie­rzą re­la­cje, nie wska­zów­ki, że ten czas od­mie­rza­ją za­uwa­ża­ne przez nas na zna­jo­mych twa­rzach zmarszcz­ki – to jest dla mnie coś mą­dre­go, cho­ciaż pro­ste­go. Nie od­kryw­cze­go, ale jed­no­cze­śnie nie w pełni uświa­do­mio­ne­go. Sam tekst jest bar­dzo po­etyc­ki, miej­sca­mi ba­lan­su­je już na gra­ni­cy prze­sy­tu, ale we­dług mnie jej nie prze­kra­cza. Do­dat­ko­wo zro­bi­ło na mnie wra­że­nie to, w jak wiele róż­nych me­ta­for ują­łeś to samo prze­sła­nie, które prze­wi­ja się przez tekst nie­mal ryt­micz­nie jak ty­ka­nie ze­ga­ra.

I jesz­cze sa­miut­ka koń­ców­ka, tu jest coś pięk­ne­go – w tym wscho­dzie i za­cho­dzie jed­no­cze­śnie po­ka­za­łeś, że bo­ha­te­ra czas i ob­se­sja na jego punk­cie już nie do­ty­czy. Uwiel­biam takie za­bie­gi – nie mówić wprost, ale po­ka­zy­wać.

Fan­ta­sty­ki fak­tycz­nie nieco brak, po­brzmie­wa je­dy­nie w ma­rze­niu o zbu­do­wa­niu tak nie­sły­cha­nej ma­szy­ny. Nie­mniej jed­nak sko­rzy­stam ze świe­żo na­by­te­go prawa do no­mi­no­wa­nia tek­stów do bi­blio­te­ki :)

Dzię­ku­ję Nir, czuję się wzru­szo­ny, jak każdy autor gdy znaj­du­je w czy­tel­ni­ku brat­nią duszę. Wy­czy­ta­łaś w tym tek­ście wszyst­ko, co było do wy­czy­ta­nia, a może nawet wię­cej, bo w li­te­ra­tu­rze to jest pięk­ne i fa­scy­nu­ją­ce, że w sy­tu­acji gdy wy­stą­pi re­zo­nans mię­dzy au­to­rem i czy­tel­ni­kiem czę­sto po­ja­wia się war­tość do­da­na, dzię­ki czemu opo­wia­da­nie żyje wła­snym ży­ciem i “ge­ne­ru­je” nowe re­flek­sje.

Rze­czy­wi­ście, temat jest pe­ne­tro­wa­ny od za­ra­nia dzie­jów, lecz wciąż ak­tu­al­ny. Mnie przede wszyst­kim fa­scy­nu­je pa­ra­doks, że czasu cią­gle nam brak i za­ra­zem tyle go mar­no­tra­wi­my :) Lecz powód owej pe­ne­tra­cji leży chyba w tym, że na­tu­ra czasu jest ta­jem­ni­cza i do dziś nie bar­dzo wiemy, czym on jest, a po­ja­wia­ją się także twier­dze­nia, że w ogóle go nie ma, że jest ilu­zją. Po­zwo­lę sobie przy­to­czyć po­gląd współ­cze­sne­go bry­tyj­skie­go fi­zy­ka Ju­lia­na Bar­bo­ura, który, na­wią­zu­jąc do zna­nej baśni Hansa An­der­se­na, mówi: W od­róż­nie­nia od Króla, który nie był ubra­ny w nic, czas jest ni­czym ubra­nym w szaty. Można opi­sać je­dy­nie te szaty.

Ja fan­ta­sty­kę znaj­du­ję tu je­dy­nie w ste­reo­ty­pie sza­lo­ne­go wy­na­laz­cy. Kilka lat po jego na­pi­sa­niu za­sta­na­wia­łem się, czy nie wzmoc­nić tego mo­ty­wem fau­stow­skim, lecz osta­tecz­nie zre­zy­gno­wa­łem.

Bar­dzo dzię­ku­ję też za klika, zwłasz­cza, że to świe­żut­ki :)

Po­zdra­wiam!

Za­le­ży mi na do­brej opi­nii u tych ludzi, o któ­rych mam dobrą opi­nię

A tak czy­ta­łam i cały czas my­śla­łam, że facet wła­śnie mar­nu­je czas. Fakt, za­ku­po­lo­gia, wy­ścig szczu­rów to dla mnie też mar­no­wa­nie czasu, ale cza­sem bywa ono bar­dziej sub­tel­ne. Faj­nie, że gość sobie to w końcu uświa­do­mił, szko­da, że po­trze­ba było aż czy­jejś śmier­ci, ale tak to już nie­ste­ty bywa.

 

Chcia­ła­bym w końcu prze­czy­tać coś opty­mi­stycz­ne­go!

Dzię­ki Irko za wi­zy­tę, ko­men­tarz i klika!

szko­da, że po­trze­ba było aż czy­jejś śmier­ci, ale tak to już nie­ste­ty bywa

A ja myślę, ze jed­nak stety :) Prze­cież to ostat­ni dobry uczy­nek sta­rusz­ka, nawet na łożu śmier­ci nie mar­no­wał czasu :)

Za­le­ży mi na do­brej opi­nii u tych ludzi, o któ­rych mam dobrą opi­nię

Ładny tekst, ale jak dla mnie jed­nak za mało tej fan­ta­sty­ki. Niby jest ma­szy­na, ale cią­gle tylko w pla­nach. A pró­bo­wać zbu­do­wać ja­kieś nie­re­al­ne per­pe­tu­um mo­bi­le na pewno można.

Przy­dał­by się taki zegar. Cie­ka­we, co by po­ka­zy­wał w kilku miej­scach…

Bab­ska lo­gi­ka rzą­dzi!

Pa­ra­doks uczo­ne­go mar­nu­ją­ce­go życie na wy­na­le­zie­nie chro­no­me­tru, który po­zwa­lał­by wy­ko­rzy­sty­wać czas z sen­sem. Nie­źle po­ka­za­ne jak ważne jest, aby po­tra­fić ock­nąć się w od­po­wied­niej chwi­li, do­strzec mo­ment, kiedy jesz­cze nie jest za późno…

Prze­czy­ta­łam z praw­dzi­wą przy­jem­no­ścią. ;)

 

Le­żą­ce tam, gru­bo­ścią po­dob­ne Bi­blii ter­mi­na­rze zda­wa­ły się mówić z dumą: „Pa­trz­cie, ile obo­wiąz­ków ma mój wła­ści­ciel! Za­iste, nie ma chyba na świe­cie dru­gie­go czło­wie­ka, od któ­re­go tak wiele za­le­ży!” ―> Bra­ku­je krop­ki za­my­ka­ją­ce zda­nie z cy­ta­tem.

 

Zdru­zgo­ta­ny wró­cił na swoje miej­sce. Pró­bo­wał wró­cić do lek­tu­ry… ―> Po­wtó­rze­nie.

Może: Zdru­zgo­ta­ny wró­cił na swoje miej­sce. Pró­bo­wał pod­jąć/ kon­ty­nu­ować lek­tu­rę

 

Twarz, która nigdy nie zwra­ca­ła się w peł­nym obaw ge­ście ku tar­czy ze­ga­ra. ―> Twarz, która nigdy nie zwra­ca­ła się w peł­nym obaw ruchu ku tar­czy ze­ga­ra.

Gesty wy­ko­nu­je się rę­ka­mi, nie głową.

 

A może był od­kryw­cą leku, który wy­rwał ze szpon śmier­ci… ―> A może był od­kryw­cą leku, który wy­rwał ze szpo­nów śmier­ci

 

Może po­ło­żył za­słu­gi w roz­wią­za­niu jed­ne­go z kry­zy­sów po­li­tycz­nych`? ―> czemu służy gra­wis przed py­taj­ni­kiem?

 

zdra­dli­we pu­łap­ki stra­co­ne­go czasu. Czuł to. W ostat­nim cza­sie wizje z tar­cza­mi ze­ga­rów… ―> Nie brzmi to naj­le­piej.

Gdyby ci, któ­rzy źle o mnie myślą, wie­dzie­li co ja o nich myślę, my­śle­li­by o mnie jesz­cze go­rzej.

Fin­kla, dzię­ku­ję za wi­zy­tę i ko­men­tarz. Uprze­dza­łem, że stę­że­nie fan­ta­sty­ki jest bli­skie zeru, przy­naj­mniej w takim ro­zu­mie­niu tego ga­tun­ku jaki jest obec­ny w tu­tej­szym ma­in­stre­amie. Rze­czy­wi­ście nie ma tu żad­ne­go har­dwa­re, ale prze­cież jest wątek obec­no­ści bo­ha­te­ra w ja­kimś al­ter­na­tyw­nym świe­cie, co jest fan­ta­sty­ką par excel­len­ce. A dla mnie cały ten szor­cik jest fan­ta­stycz­ny, bo, po­dob­nie jak Irka, nie wy­obra­żam sobie, żeby taki zegar był (w sen­sie har­dwa­re wła­śnie) do zbu­do­wa­nia.

Reg, także dzię­ku­ję za ko­men­tarz, miło, że lek­tu­ra dała Ci przy­jem­ność! Dzię­ku­ję także za ła­pan­kę, zaraz wpro­wa­dzę, mam tylko wąt­pli­wość co do pierw­szej uwagi – to jak ma być: tak? !”.

Za­le­ży mi na do­brej opi­nii u tych ludzi, o któ­rych mam dobrą opi­nię

Hmmm. Jaki al­ter­na­tyw­ny świat? Uwa­żasz, że bi­blio­te­ka z miłym star­szym panem nie ist­nie­je? Czy to re­flek­sje nad gro­bem zna­jo­me­go nie wcho­dzą w grę? ;-)

Nie­moż­li­wa do zbu­do­wa­nia ma­szy­na. Per­pe­tu­um mo­bi­le też jest nie­moż­li­we, ale praw­dzi­wi lu­dzie po­świę­ca­ją sporo czasu na próby. IMO, to za mało na fan­ta­sty­kę. Tak, uprze­dza­łeś, że nie bę­dzie jej dużo. Zwy­czaj­nie dzie­lę się wra­że­nia­mi, na wszel­ki wy­pa­dek ob­wa­ro­wu­jąc za­strze­że­nia­mi, że “dla mnie”.

Bab­ska lo­gi­ka rzą­dzi!

Jaki al­ter­na­tyw­ny świat?

“Po dniach, w któ­rych pra­co­wał in­ten­syw­niej niż zwy­kle, prze­śla­do­wa­ły go wizje ze­ga­rów spa­da­ją­cych z nieba. Nie były to senne mary; od­no­sił wra­że­nie, że ob­ser­wu­je jakiś al­ter­na­tyw­ny świat, w któ­rym Ruch i Spo­kój żyją w sym­bio­zie. Prze­róż­ne cy­fer­bla­ty, od sta­ro­świec­kich ze zło­co­ny­mi wska­zów­ka­mi i rzym­ski­mi zna­ka­mi o cien­kich sze­ry­fach do elek­tro­nicz­nych z zie­lon­ka­wą po­świa­tą kan­cia­stych rów­no­le­gło­bo­ków cyfr i pul­su­ją­cym dwu­krop­kiem, wszyst­kie spa­da­ły spo­koj­nie i ma­je­sta­tycz­nie. Ru­cha­mi po­dob­ne płat­kom śnie­gu, kła­dły się wokół bez­sze­lest­nie jak je­sien­ne li­ście i gi­nę­ły pod war­stwą na­stęp­nych…”

 

Mało ale jest :)

Za­le­ży mi na do­brej opi­nii u tych ludzi, o któ­rych mam dobrą opi­nię

Oj tam, oj tam. Zwidy facet miał. Z prze­mę­cze­nia albo z ner­wów. ;-)

Dla mnie wizje i wra­że­nia to nadal za mało na po­rząd­ny kawał fan­ta­sty­ki.

Bab­ska lo­gi­ka rzą­dzi!

Fin­kla: Wyrok przyj­mu­ję z po­ko­rą.

Za­le­ży mi na do­brej opi­nii u tych ludzi, o któ­rych mam dobrą opi­nię

Cie­ka­we opo­wia­da­nie, tekst przy­ja­zny dla oka. Szko­da, że sam nie po­tra­fię tak skła­dać zdań. Po­do­ba­ło mi się, że po­mi­mo śmier­ci bi­blio­te­ka­rza opo­wia­da­nie za­koń­czy­ło się wizją wscho­dzą­ce­go słoń­ca.

Dzię­ku­ję za wi­zy­tę i ko­men­tarz. Zer­k­ną­łem na Twój tekst i myślę, że skła­dasz zda­nia cał­kiem do­brze. A na­bio­rą zwiew­no­ści, gdy bę­dziesz dużo pisać, bo tre­ning czyni mi­strza :)

Za­le­ży mi na do­brej opi­nii u tych ludzi, o któ­rych mam dobrą opi­nię

Prze­cież to ostat­ni dobry uczy­nek sta­rusz­ka, nawet na łożu śmier­ci nie mar­no­wał czasu :)

Na są­dzie osta­tecz­nym pew­nie bę­dzie mu po­li­czo­ne, ale sądzę, że sta­ru­szek po pro­stu był sobą i nawet nie zda­wał sobie spra­wy ze swo­ich “do­brych uczyn­ków”. ;)

Chcia­ła­bym w końcu prze­czy­tać coś opty­mi­stycz­ne­go!

Chyba tak było, ale tą uwagą wska­za­łaś mi na jesz­cze jeden kie­ru­nek po­zwa­la­ją­cy bar­dziej “ufan­ta­stycz­nić” szor­ta :)

Za­le­ży mi na do­brej opi­nii u tych ludzi, o któ­rych mam dobrą opi­nię

:O

Chcia­ła­bym w końcu prze­czy­tać coś opty­mi­stycz­ne­go!

Ko­lej­ny pięk­ny tekst Two­je­go au­tor­stwa. Po­ru­szasz za­gad­nie­nie, z pew­no­ścią nie nowe, ale czyż nie wciąż bar­dzo ak­tu­al­ne, a może dzi­siaj jesz­cze bar­dziej ak­tu­al­ne niż kie­dyś? A poza tym ro­bisz to w bar­dzo umie­jęt­ny, sub­tel­ny i ory­gi­nal­ny spo­sób. Czas i ma­rze­nie o ma­gicz­nym ze­ga­rze, ma­rze­nia i utra­ta tego, co re­al­ne… Wzru­sza­ją­ce za­koń­cze­nie. 

Bar­dzo przy­jem­na lek­tu­ra. Kli­kam :)

Bar­dzo przy­jem­ny ko­men­tarz Katiu! Dzię­ku­ję! Także za klika. Cie­szę się, że Ci się po­do­ba­ło a nawet wzru­szy­ło.

Masz rację, dziś go­ni­twa w świe­cie więk­sza niż kie­dy­kol­wiek w hi­sto­rii. Lu­dzi­ska gonią za wszyst­kim: do­bra­mi ma­te­rial­ny­mi, po­pu­lar­no­ścią, sławą, ucie­ka­ją­cym cza­sem… Tym­cza­sem on zmie­rza… no wła­śnie dokąd? Kie­dyś na­pi­sa­łem taką po­etyc­ką mi­nia­tu­rę na ten temat:

 

sze­dłem za Cza­sem

skrzęt­nie zbie­ra­jąc gu­bio­ne prze­zeń okru­chy

(zwane u nas chwi­la­mi)

 

wtedy On za­trzy­mał się

na cząst­kę sie­bie

(zwaną u nas mo­men­tem)

i rzekł:

 

czemu idziesz za mną czło­wie­cze?

nie wi­dzisz, że zmie­rzam

do nikąd?

Za­le­ży mi na do­brej opi­nii u tych ludzi, o któ­rych mam dobrą opi­nię

Ooo… Po­do­ba­ło mi się. Pięk­nie na­pi­sa­ne, kli­ma­tycz­nie, na­stro­jo­wo. Moje ulu­bio­ne:

“Tępo pa­trzył na tłum roz­le­wa­ją­cy się bez­kształt­ną ka­łu­żą po skwe­rach i pla­cach. Go­nią­cy za zbun­to­wa­ny­mi ze­ga­ra­mi lu­dzie zde­rza­li się ze sobą, jak mo­le­ku­ły gazu w brow­now­skich ru­chach.”

Uwiel­biam takie po­rów­na­nia, któ­rych u cie­bie dużo.

Temat nowy nie jest. Myślę, że wiele osób czę­sto miewa po­dob­ne prze­my­śle­nia. Za­koń­cze­nie bar­dzo ładne. Fan­ta­sty­ki fak­tycz­nie mało, ale cza­sem można coś ta­kie­go prze­czy­tać, zwłasz­cza kiedy jest tak po­da­ne. :)

Dzię­ki Saro, cie­szę się, że wpa­dłaś i że Ci się po­do­ba­ło. Cie­ka­we, też byłem za­do­wo­lo­ny z tego zda­nia gdy go na­pi­sa­łem :)

A z fan­ta­sty­ką to jest tak: gdy­bym po­pro­wa­dził akcję tak, że gość zre­ali­zo­wał swoją ob­se­sję, zbu­do­wał taki zegar, gdy­bym jesz­cze skle­cił im­po­nu­ją­ce­go in­fo­dum­pa po­ka­zu­ją­ce­go jak ten zegar dzia­łał, to stę­że­nie fan­ta­sty­ki wedle tu wy­zna­wa­nych reguł by­ło­by duże. Skoro jed­nak facet re­flek­tu­je się, że nie tędy droga i od­no­si in­ne­go ro­dza­ju suk­ces, no to już fan­ta­sty­ki jest mało :)

Ser­decz­no­ści i dzię­ki za klika!

Za­le­ży mi na do­brej opi­nii u tych ludzi, o któ­rych mam dobrą opi­nię

Tsole, no wła­śnie. Czy to fan­ta­sty­ka czy nie?

Od razu na­pi­szę, że mi się po­do­ba­ło, choć już kon­wen­cji kon­sump­cjo­ni­zmu mam po­wy­żej uszu, bo moim zda­niem prze­sta­ła opi­sy­wać rze­czy­wi­stość, ale to po­cząt­ki, prze­czu­cie, zwa­żyw­szy na czas po­wsta­nia opo­wia­da­nia.

Wrócę do fan­ta­sty­ki. czyż fan­ta­sty­ką był metal sre­brzy­sty, lżej­szy od po­wie­trza w “Lalce”, a prze­cież ta scena – dla mnie – zbu­do­wa­ła tę po­wieść, wpro­wa­dza­jąc ele­ment praw­dzi­wy-nie­praw­dzi­wy, zgoła dzi­wacz­ny. Tak, czas i ze­ga­ry są dla mnie zgoła ele­men­tem fan­ta­stycz­nym.

Choć i Fin­kli zda­nie po­dzie­lam, cze­góż on tam szu­kał w tych księ­gach bi­blio­tecz­nych. Za­trzy­ma­nia czasu? Unie­ru­cho­mie­nia go? Cze­goś in­ne­go? Czego?  Pi­szesz, że wiel­ko­ści, więc może cho­dzi o za­pa­mię­ta­nie, bycie poza cza­sem. Stąd wprost by­ło­by do kon­klu­zji (patrz za­koń­cze­nie), że za­pi­su­jesz się w pa­mię­ci re­la­cyj­nej. To praw­da, acz wo­la­ła­bym za­trzy­mać ze­ga­ry tego świa­ta na pit stop, pew­nie po­trze­ba by­ło­by ich wiele.

Ano kli­kam, a oso­bi­ście dzię­ki za in­spi­ra­cję do opka, może po­wsta­nie:)

Lo­gi­ka za­pro­wa­dzi cię z punk­tu A do punk­tu B. Wy­obraź­nia za­pro­wa­dzi cię wszę­dzie. A.E.

Hmmm. Chyba je­stem dziw­na, ale dla mnie “blasz­ka pły­wa­ją­ca po wo­dzie” po­ło­ży­ła po­wieść. Te lżej­sze od H2O me­ta­le, które znam, re­agu­ją z wodą bar­dzo ży­wio­ło­wo. Więc jakby Autor po­ło­żył laskę na re­se­ar­chu… A skoro jemu się nie chcia­ło, to czym ja mam się przej­mo­wać?

Bab­ska lo­gi­ka rzą­dzi!

:D, Fin­klo. To, dla mnie, było tak od czapy, że od­pły­nę­łam. Do tej pory, jak wi­dzisz, mnie to drę­czy i po­nie­wie­ra. 

Lo­gi­ka za­pro­wa­dzi cię z punk­tu A do punk­tu B. Wy­obraź­nia za­pro­wa­dzi cię wszę­dzie. A.E.

…to jak ma być: tak? !”.

Wła­śnie tak, Tsole. Krop­ka koń­czy cały frag­ment z wple­cio­nym cy­ta­tem.

Gdyby ci, któ­rzy źle o mnie myślą, wie­dzie­li co ja o nich myślę, my­śle­li­by o mnie jesz­cze go­rzej.

Tylko jesz­cze bez spa­cji przed wy­krzyk­ni­kiem.

Bab­ska lo­gi­ka rzą­dzi!

Fin­klo, w tek­ście przed wy­krzyk­ni­kiem nie ma spa­cji.

Gdyby ci, któ­rzy źle o mnie myślą, wie­dzie­li co ja o nich myślę, my­śle­li­by o mnie jesz­cze go­rzej.

Tsole – mi­nia­tu­ra tak samo pięk­na jak opo­wia­da­nie :)

Asy­lum: Dzię­ki za ko­men­tarz i klika! Masz rację, w la­tach kiedy opko po­wsta­ło, w na­szym kraju kon­sump­cja była na kart­ki, a w wol­nym han­dlu tylko ocet na pół­kach :) Więc nie ba­zo­wa­łem tu na au­top­sji tylko do­nie­sie­niach z kra­jów roz­pa­sa­nej kon­sump­cji, czyli tzw. zgni­łe­go ka­pi­ta­li­stycz­ne­go Za­cho­du (ale przed pu­bli­ka­cją tutaj do­da­łem lap­to­py i smart­fo­ny, by rzecz nieco zak­tu­ali­zo­wać).

Co do wątku fan­ta­stycz­ne­go w “Lalce” – zga­dzam się, że miał w tej po­wie­ści duże zna­cze­nie (choć twier­dze­nie że ją “zbu­do­wał” uwa­żam za ciut prze­sa­dzo­ne).

cze­góż on tam szu­kał w tych księ­gach bi­blio­tecz­nych

Z tek­stu wy­ni­ka, że jego po­szu­ki­wa­nia były in­ter­dy­scy­pli­nar­ne. Z jed­nej stro­ny pu­bli­ka­cje na­je­żo­ne ostro­ko­ła­mi rów­nań i sym­bo­li ma­te­ma­tycz­nych, z dru­giej pod­ręcz­ni­ki hi­sto­rii i mo­no­gra­fii po­świę­co­nych oso­bom wy­bit­nym, za­słu­żo­nym, któ­rzy – wg jego ro­zu­mo­wa­nia – czasu nie mar­no­wa­li. Zegar na­le­ży tu trak­to­wać bar­dziej jako me­ta­fo­rę (so­ftwa­re) niż fi­zycz­ny byt (har­dwa­re). Chyba ni­g­dzie nie su­ge­ru­ję, że szu­kał spo­so­bu na za­trzy­ma­nie czasu lub moż­li­wo­ści po­ru­sza­nia się w nim.

Ale ten “pit stop” to bar­dzo dobry motyw na opo­wia­da­nie SF :)

Katia: Cie­szy mnie, że Ci się mi­nia­tu­ra spodo­ba­ła, ale tak serio to ja nie wie­rzę, że czas zmie­rza do nikąd :)

Za­le­ży mi na do­brej opi­nii u tych ludzi, o któ­rych mam dobrą opi­nię

Tsole – miej­my na­dzie­ję, że masz rację :)

Pacz­pan, a ja po la­tach  naj­wy­raź­niej pa­mię­tam z “Lalki” tylko tę scenę, no i Paryż i ogrom­nie ża­ło­wa­łam, że nie było dal­sze­go ciągu. Ta scena od­re­al­ni­ła mi tę po­wieść, uczy­ni­ła ja czymś wię­cej niż po­wie­ścią oby­cza­jo­wą, hi­sto­rycz­ną. Po­ka­za­ła Wo­kul­skie­go w innym świe­tle, jego duszę.

Lo­gi­ka za­pro­wa­dzi cię z punk­tu A do punk­tu B. Wy­obraź­nia za­pro­wa­dzi cię wszę­dzie. A.E.

Asy­lum, w pełni się z Tobą zga­dzam, ja też jako już za młodu mi­ło­śnik fan­ta­sty­ki tę scenę wspo­mi­nam rzew­nie. Lecz mam też świa­do­mość, że to przy­staw­ka do dania głów­ne­go jakim jest jed­nak “oby­cza­jów­ka”. Ale kto za­prze­czy, że przy­staw­ki kształ­tu­ją smak ca­łe­go dania, cza­sem wręcz de­cy­du­ją o jego smaku? :)

Za­le­ży mi na do­brej opi­nii u tych ludzi, o któ­rych mam dobrą opi­nię

To się zga­dza­my, przy­jem­na to rzecz:)

A może czasu nie ma, jest wy­my­ślo­ny? Wtedy po­zba­wi­li­by­śmy go zna­cze­nia, może…

Lo­gi­ka za­pro­wa­dzi cię z punk­tu A do punk­tu B. Wy­obraź­nia za­pro­wa­dzi cię wszę­dzie. A.E.

A może czasu nie ma

Oczy­wi­ście, są takie opi­nie, sam Ein­ste­in tak uwa­żał,a w mojej od­po­wie­dzi do Nir znaj­dziesz za­baw­ny ar­gu­ment fi­zy­ka Bar­bo­ura na ten temat :)

Za­le­ży mi na do­brej opi­nii u tych ludzi, o któ­rych mam dobrą opi­nię

Tekst może nie bar­dzo od­kryw­czy, ale prze­sła­nie przy­jem­nie po­da­ne, z ładną sceną w koń­ców­ce.

 

Wy­bacz Tsole, ale muszę zro­bić of­ftop do Fin­kli i Asy­lum: nie do­ce­ni­ły­ście ge­niu­szu Prusa. Sto­sun­ko­wo nie­daw­no od­kry­to kry­sta­licz­ną po­stać glinu o gę­sto­ści około 0.6g/cm3. Pływa toto po wo­dzie, nie re­agu­jąc z nią.

OK, od­szcze­ku­ję. Trze­ba bę­dzie prze­czy­tać “Lalkę” jesz­cze raz…

Bab­ska lo­gi­ka rzą­dzi!

Bello, ale cie­ka­we:D Kry­sta­licz­na, po­wia­dasz. Pięk­na!

Lo­gi­ka za­pro­wa­dzi cię z punk­tu A do punk­tu B. Wy­obraź­nia za­pro­wa­dzi cię wszę­dzie. A.E.

Bel­la­trix: Miło, że wpa­dłaś, dzię­ku­ję! Co do of­fto­pu, to nie ma spra­wy, był­bym szczę­śli­wy gdyby pod moimi tek­sta­mi pole ko­men­ta­rzy kon­ku­ro­wa­ło z sho­ut­bo­xem :)

od­kry­to kry­sta­licz­ną po­stać glinu

Oho, teraz po­wie­dze­nie “kolos na gli­nia­nych no­gach” na­bie­rze no­we­go zna­cze­nia :)

 

Za­le­ży mi na do­brej opi­nii u tych ludzi, o któ­rych mam dobrą opi­nię

Gli­nia­ne nogi to chyba od gliny nie glinu ;)

Witam! 

Na razie klik bez ko­men­ta­rza, parę dni nie za­glą­da­łem i muszę się wpierw ro­zej­rzeć, po­czy­tać to i owo a potem za­brać za so­lid­niej­sze ko­men­to­wa­nie. 

No i muszę przy­znać, że to tro­chę z le­ni­stwa – wo­la­łem prze­czy­tać kró­cia­ka, niż prze­lo­go­wy­wać się i kli­kać bi­blio­te­kę z konta Użyt­kow­ni­ków, potem lo­go­wać się na konto z innym nu­me­rem Użyt­kow­ni­ków, żeby klik­nąć inne tek­sty z wątku bi­blio­tecz­ne­go… Potem lo­go­wać się na konto Thar­go­na… To na czym po­le­ga ta ta­jem­ni­ca czasu nie­utra­co­ne­go? :-) Bo bym sko­rzy­stał :-) 

Dla pod­kre­śle­nia wagi moich słów, Si­łacz pal­nie pię­ścią w stół!

o na czym po­le­ga ta ta­jem­ni­ca czasu nie­utra­co­ne­go?

No wła­śnie na tym, co tutaj upra­wiasz i re­la­cjo­nu­jesz – na uprasz­cza­niu sobie życia dążąc wprost do celu a nie ja­kimś sla­lo­mem po lo­go­wa­niach, wy­lo­go­wy­wa­niach, prze­lo­go­wy­wa­niach i tak w kółko Ma­cie­ju :)

Za­le­ży mi na do­brej opi­nii u tych ludzi, o któ­rych mam dobrą opi­nię

Gli­nia­ne nogi to chyba od gliny nie glinu ;)

Wła­śnie dla­te­go piszę o nowym zna­cze­niu :)

Za­le­ży mi na do­brej opi­nii u tych ludzi, o któ­rych mam dobrą opi­nię

Tym razem bę­dzie krót­ko (na­praw­dę!:)), ale nie ma czego ża­ło­wać, bo jesz­cze kilka dni temu za­le­ga­łem Ci w sumie z czte­re­ma ko­men­ta­rza­mi, więc do końca ty­go­dnia zdążą Ci się te moje opi­nie “prze­jeść”. :)

Czy­ta­jąc tego szor­ta od razu sko­ja­rzy­ło mi się takie fajne zda­nie, jakim Prat­chett opi­sał jed­ne­go ze swo­ich bo­ha­te­rów, bę­dą­ce­go wy­na­laz­cą. Na­pi­sał on, że jest to czło­wiek skłon­ny nie spać całą noc, by wy­na­leźć bu­dzik, który zbu­dzi go ran­kiem. :) Wy­pisz wy­ma­luj pa­su­je mi to do Two­je­go bo­ha­te­ra.

Sku­pia­jąc się już na samej tre­ści: wiesz, co jest w tym szor­cie naj­bar­dziej po­nu­re? Pi­szesz hi­sto­rię nie­no­wą, wał­ko­wa­ną już setki, jeśli nie ty­sią­ce razy. Koń­czysz pu­en­tą dość do­brze znaną, bo i stwier­dze­nie, by zbu­dzić się, nim bę­dzie za późno, po­ja­wia­ło się już w li­te­ra­tu­rze nie­raz i pew­nie wie­lo­krot­nie po­ja­wiać się bę­dzie. A jed­nak, mimo cią­głe­go wał­ko­wa­nia te­ma­tu, ludz­kość jakoś nie po­tra­fi przy­swo­ić sobie tego wnio­sku na tyle oczy­wi­ste­go, że po­ję­ło­by go nawet śred­nio roz­gar­nię­te dziec­ko. Zu­peł­nie, jak­by­śmy upar­li się, że życie jest nie­sa­mo­wi­cie zło­żo­ne, trud­ne, skom­pli­ko­wa­ne, gdy tym­cza­sem, w rze­czy­wi­sto­ści po­tra­fi być ono pro­ste do bólu, czego zro­zu­mieć albo nie po­tra­fi­my, albo nie chce­my, bo ta jego pro­sto­ta nam, lu­dziom in­te­li­gent­nym i dum­nym, uwła­cza. Bo prze­cież życie nie może być pro­ste! I wiesz, je­stem jakoś dziw­nie prze­ko­na­ny, że nawet po ko­lej­nych kilku ty­sią­cach tego typu tek­stów i wnio­sków, nic się w tej kwe­stii nie zmie­ni.

Dobra, pod­da­ję się. Ja nie po­tra­fię na­pi­sać zwię­złe­go ko­men­ta­rza. :(

Sa­mo­zwań­czy Lotny Dy­żur­ny-Par­ty­zant; Nie­ofi­cjal­ny czło­nek sto­wa­rzy­sze­nia Mal­kon­ten­tów i Hi­po­chon­dry­ków

CM, dzię­ku­ję bar­dzo za ten ko­men­tarz. Zda­nie Prat­chet­ta po­wa­li­ło mnie swoją cel­no­ścią, do­brze że nie piłem w tym mo­men­cie kawy :)

A cały Twój ko­men­tarz pisz wy­ma­luj pa­su­je do zda­nia, które na­pi­sa­łem pod ko­men­ta­rzem od Nir: “Mnie przede wszyst­kim fa­scy­nu­je pa­ra­doks, że czasu cią­gle nam brak i za­ra­zem tyle go mar­no­tra­wi­my”. No i pod tym wzglę­dem jako ga­tu­nek rze­czy­wi­ście je­ste­śmy nie­po­praw­ni.

Pi­sząc te słowa, ob­ser­wu­ję śpią­ce­go na wer­sal­ce kota. Trwa w tym śnie już gdzieś od kilku go­dzin; za­pew­ne zaraz pod­nie­sie się, wy­gnie w łuk trium­fal­ny, może le­ni­wym ru­chem skie­ru­je w stro­nę misek z żar­ciem, skosz­tu­je i wróci na wer­sal­kę, by pod­jąć drzem­kę od nowa. Ob­ser­wu­jąc, myślę: traci czas, czy też ra­czej speł­nia swoją kocią po­win­ność? :)

 

Za­le­ży mi na do­brej opi­nii u tych ludzi, o któ­rych mam dobrą opi­nię

Ładna, li­rycz­na hi­sto­ria. Prze­czy­ta­łam z praw­dzi­wą przy­jem­no­ścią. Po­ka­zu­jesz czas w róż­nych zna­cze­niach, a bo­ha­ter za­sta­na­wia się nad rze­cza­mi, które są ważne dla każ­de­go czło­wie­ka. Za­sta­na­wiam się, czym jest czas nie­utra­co­ny. Być może nie tylko odej­ściem od kon­sump­cjo­ni­zmu, ale też czymś tro­chę innym, oso­bi­stym. Do­brze, że opo­wia­da­nie tra­fi­ło już do bi­blio­te­ki.

Dzię­ku­ję ANDO! Cie­szę się, że lek­tu­ra spra­wi­ła Ci przy­jem­ność. Zga­dzam się, że czas nie­utra­co­ny jest czymś oso­bi­stym, że ma wy­miar su­biek­tyw­ny, dla każ­de­go może coś in­ne­go ozna­czać. Gdy­bym miał szu­kać ja­kie­goś ele­men­tu wspól­ne­go, to pew­nie po­sta­wił­bym na sens. Czyli że mamy po­czu­cie nie­utra­co­ne­go czasu, gdy po­świę­ca­my go ja­kiejś ak­tyw­no­ści, któ­rej sens wi­dzi­my i spra­wia nam to sa­tys­fak­cję, ra­dość. Gdzieś kie­dyś czy­ta­łem, że ka­tor­ga to praca, któ­rej sensu nie do­strze­ga­my. Coś w tym jest.

Po­zdra­wiam cie­pło!

Za­le­ży mi na do­brej opi­nii u tych ludzi, o któ­rych mam dobrą opi­nię

Ależ mi się spodo­ba­ło! In­te­re­su­ją­co przed­sta­wio­na hi­sto­ria jak na tak krót­ki tekst. Opo­wia­da­nie mimo, że na swój spo­sób smut­ne, to ostat­nie zda­nie daje na­dzie­ję :) Przy­znam rów­nież, że umie­jęt­ność bu­do­wa­nia zdań – pierw­sza klasa! Zgo­dzę się z użyt­kow­ni­kiem Ryt­ma­ty­sta – rów­nież bym tak chciał, ale jed­nak ta­kiej umie­jęt­no­ści nie po­sia­dam.  No nie mogę do­cze­pić się do cze­go­kol­wiek, re­we­la­cja! Co do czasu utra­co­ne­go, to aż strach by­ło­by po­znać wła­sne sta­ty­sty­ki ;) 

Do góry głowa, co by się nie dzia­ło, wiedz, że każdą walkę mo­żesz wy­grać tu przez K.O - Chada

Ne­ar­De­ath: Dzię­ku­ję za wi­zy­tę i ko­men­tarz, który cie­szy po­dwój­nie – raz, że jest kom­ple­men­tu­ją­cy, dwa, że jest krze­pią­cy, bo mamy takie ak­sjo­lo­gicz­ne po­ro­zu­mie­nie ponad po­ko­le­nia­mi! :)

Za­le­ży mi na do­brej opi­nii u tych ludzi, o któ­rych mam dobrą opi­nię

Po­dob­nie jak CM pierw­sze zda­nia sko­ja­rzy­łem z Prat­chet­tem, ale u mnie jakoś na myśl przy­szedł Ko­siarz. To tam Śmierć za­sta­na­wiał się po co lu­dzie mon­tu­ją w do­mach ze­ga­ry, skoro prze­cież po­ka­zu­ją upływ czasu i każ­dej se­kun­dy, która już nie wróci. I jakim cudem nie mają jesz­cze ob­se­sji na punk­cie tra­ce­nia czasu.

Po­mysł wyj­ścio­wy jest cie­ka­wy i choć na po­cząt­ku wy­da­je się ogra­ny, to wpra­wia w za­du­mę, bo prze­cież nie tra­ci­my czasu je­dy­nie na bez­myśl­ne roz­ryw­ki, ale rów­nież rze­czy ważne, a ra­czej te, które tracą na waż­no­ści z per­spek­ty­wy czasu (młody re­wo­lu­cjo­ni­sta). Od razu rodzi mi się w gło­wie py­ta­nie, jak wy­glą­dał­by czło­wiek, który ma do­stęp do ta­kie­go urzą­dze­nia. Pe­sy­mi­stycz­na część mnie pod­po­wia­da, że albo czło­wiek bałby się z niego ko­rzy­stać albo po­padł­by w cał­ko­wi­tą apa­tię bo wiele jego ma­rzeń le­gło­by w gru­zach.

Po­do­ba mi się za­war­ta w za­koń­cze­niu re­flek­sja, że bo­ha­ter w po­go­ni za cza­sem nie­utra­co­nym mi­mo­wol­nie go mar­no­tra­wi. Choć spo­dzie­wa­łem się ta­kie­go za­pro­sze­nia, to do­brze że nie­któ­re rze­czy da się jesz­cze cof­nąć.

 

Dzię­ku­ję za wi­zy­tę i cie­ka­wy ko­men­tarz. Ko­sia­rza nie czy­ta­łem i teraz widzę, że coś tracę, więc będę chciał :)

jak wy­glą­dał­by czło­wiek, który ma do­stęp do ta­kie­go urzą­dze­nia

Dawno temu wi­dzia­łem w te­atrze TV sztu­kę, już nie pa­mię­tam kogo, w któ­rej jest kilka wąt­ków cof­nię­cie sie w cza­sie – już nie pomnę: za spra­wą anio­ła czy sza­ta­na. W każ­dym z nich ktoś chciał cof­nąć czas by za­po­biec ja­kie­muś nie­szczę­ściu, ale w każ­dym przy­pad­ku bieg zda­rzeń do­pro­wa­dzał do niego, choć inną ścież­ką. Jeśli to praw­da, to po­szu­ki­wa­nie ta­kie­go urzą­dze­nia rze­czy­wi­ście jest cza­sem utra­co­nym :)

Za­le­ży mi na do­brej opi­nii u tych ludzi, o któ­rych mam dobrą opi­nię

Być może nie naj­śwież­szy temat, ale po­da­ny w tak pięk­nej sty­li­stycz­nie opra­wie, że prze­czy­ta­łem z przy­jem­no­ścią :)

De­li­kat­nie of­fto­pu­jąc, nie dzi­wię się, że bo­ha­ter nie zna­lazł od­po­wie­dzi na nur­tu­ją­ce go py­ta­nie w książ­kach hi­sto­rycz­nych. Sam czy­ta­łem taką bio­gra­fię Zyg­mun­ta III, w któ­rej autor stwier­dzał bez­rad­nie, że nie umie stwier­dzić, w jaki spo­sób król znaj­do­wał czas na wszyst­kie swoje za­ję­cia (a było ich sporo) :D

Bar­dzo dzię­ku­ję, nie spo­dzie­wa­łem się, że ktoś tu jesz­cze zaj­rzy, to miłe. Tak na mar­gi­ne­sie, nie tylko temat nie naj­śwież­szy, ale i opo­wia­da­nie (na­pi­sa­ne w po­ło­wie lat 80. XX wieku).

Ta of­fto­po­wa uwaga do­ty­czyć może nie tylko Zyg­mun­ta III, ale wielu ludzi. Choć cza­sem ule­ga­my tylko wra­że­niu, bo tak na­praw­dę mul­tum róż­ne­go ro­dza­ju czyn­no­ści wy­ko­nu­ją inni lu­dzie a inni (wiel­cy i uty­tu­ło­wa­ni) tylko się pod tym pod­pi­su­ją. Tu przy­po­mi­na mi się taka aneg­do­tycz­na hi­sto­ria: na wy­dzia­le fi­zy­ki jed­ne­go z uni­wer­sy­te­tów młody ad­iunkt pla­no­wał wydać na­uko­wą pu­bli­ka­cję. Był wiel­ce znie­sma­czo­ny gdy dy­rek­tor owego wy­dzia­łu zło­żył mu pro­po­zy­cją nie do od­rzu­ce­nia: na­pi­szę wstęp i opu­bli­ku­je­my to jako wspól­ne dzie­ło. Ko­le­dzy po­cie­sza­li go jak mogli (że to niby nor­mal­ka w tym świe­cie), a on ar­gu­men­to­wał: nie mam nic prze­ciw temu żeby się do­pi­sał, ale tym wstę­pem to on mi całą pracę ze­psu­je!

Za­le­ży mi na do­brej opi­nii u tych ludzi, o któ­rych mam dobrą opi­nię

Masz oczy­wi­ście rację, choć w po­da­nym prze­ze mnie przy­kła­dzie nie ule­ga­my chyba złu­dze­niu, bo w przy­pad­ku Zysia cho­dzi głów­nie o roz­licz­ne hobby, jakim się od­da­wał, a wąt­pię by przy nich wy­rę­czał się in­ny­mi ;)

Może ten ad­iunkt po­wi­nien był sam na­pi­sać wstęp i od dy­rek­to­ra wziąć tylko pod­pis, wtedy by­ło­by i współ­au­tor­stwo i nie­zep­su­ta praca :D

Może ten ad­iunkt po­wi­nien był sam na­pi­sać wstęp

Do­pie­ro wtedy by miał prze­je­cha­ne! Pro­fe­sor miał wy­so­kie mnie­ma­nie o swo­ich na­uko­wych do­ko­na­niach, tu­dzież o wstę­pach. Wg niego takim wstę­pem przy­da­wał (a wła­ści­wie nada­wał) pu­bli­ka­cji war­tość :D

Za­le­ży mi na do­brej opi­nii u tych ludzi, o któ­rych mam dobrą opi­nię

Pięk­ne opo­wia­da­nie. Krót­kie, tre­ści­we, z nie­zwy­kle spraw­nie uję­tym pro­ble­mem go­ni­twy za cza­sem i bła­host­ka­mi na któ­rym go tra­ci­my. 

Dodam tylko jesz­cze, że to chyba wła­śnie ten Czas, ten nie­ma­te­rial­ny byt, który wciąż po­zo­sta­je dla wielu za­gad­ką, skło­nił mnie do prze­czy­ta­nia tego opo­wia­da­nia do­kład­nie w okre­sie, w któ­rym dość czę­sto za­sta­na­wiam się nad tym jak le­piej z niego sko­rzy­stać, gdzie po­wi­nie­nem go ‘przy­ciąć’ a gdzie ‘dodać’, tak żebym z czy­stym su­mie­niem u swego kresu mógł gło­śno po­wie­dzieć, do świa­ta, a przede wszyst­kim do sie­bie – Od­wa­li­łem kawał do­brej ro­bo­ty !

P.S – Dzię­ku­je raz jesz­cze za ten świet­ny tekst!

P.S 2 – Już teraz wiem, że w naj­bliż­szym cza­sie prze­czy­tam resz­tę Two­ich opo­wia­dań z por­ta­lu. Mam na­dzie­ję, że rów­nież trzy­ma­ją tak wy­so­ki po­ziom :D

Po­zdra­wiam

Dzię­ku­ję Fo­sken, bar­dzo bu­du­ją­cy ko­men­tarz. Oczy­wi­ście, za­pra­szam do in­nych tek­stów, choć u mnie po­ziom nie­ste­ty, równy nie jest. Z ob­ser­wa­cji ko­men­ta­rzy pod moimi tek­sta­mi wy­ni­ka, że naj­lep­sze opi­nie ze­bra­ły Fi­de­ina i Nu­po­le.

Po­zdra­wiam wza­jem­nie!

Za­le­ży mi na do­brej opi­nii u tych ludzi, o któ­rych mam dobrą opi­nię

Do­brze mi się czy­ta­ło :)

Przy­no­szę ra­dość :)

To do­brze. Mam na­dzie­ję, że nie masz po­czu­cia stra­co­ne­go czasu po lek­tu­rze… :)

Za­le­ży mi na do­brej opi­nii u tych ludzi, o któ­rych mam dobrą opi­nię

Nowa Fantastyka