- Opowiadanie: blacken - Czarna krew

Czarna krew

Hi­sto­ria oby­cza­jo­wa/dra­mat z ele­men­ta­mi kla­sycz­ne­go (‘naj­kla­sycz­niej­sze­go‘ wręcz :p) hor­ro­ru.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Czarna krew

Do­pi­ła her­ba­tę i wy­łą­czy­ła te­le­wi­zor. Za­pa­dła cisza, tylko cza­sem prze­ry­wa­na do­bie­ga­ją­cym zza ścia­ny krzy­kiem dziec­ka, klak­so­nem za oknem czy innym pro­za­icz­nym od­gło­sem mia­sta.

Czte­ro­po­ko­jo­we miesz­ka­nie Ady, odkąd jej ro­dzi­na się roz­pa­dła, było zde­cy­do­wa­nie za duże dla jed­nej osoby. Ży­wi­ła jed­nak cichą na­dzie­ję na zmia­ny; prze­cież wszyst­ko może się jesz­cze zda­rzyć… oby tylko coś do­bre­go.

Zer­k­nę­ła na gli­nia­ne­go sło­nia, któ­re­go do­sta­ła w pre­zen­cie od sio­stry, gdy ta wró­ci­ła z Indii. Rzeź­ba była po­rząd­nie wy­ko­na­na, choć Ada tę­sk­ni­ła za cza­sa­mi, w któ­rych za­miast fi­gur­ki stało jej ro­dzin­ne zdję­cie z mężem i synem.

Przy­nie­sie ci szczę­ście. Ręcz­nie ro­bio­ny przez lo­kal­ne­go ar­ty­stę, żadna ma­sów­ka!

Nie przy­niósł. Czy dla­te­go że nie lu­bi­ła słoni? Wrzu­ci­ła go do szu­fla­dy, li­cząc po cichu, że się uszko­dzi.

Spraw­dzi­ła, czy drzwi wej­ścio­we są za­mknię­te i po­szła do ła­zien­ki.

 

Woda po­wo­li wy­peł­nia­ła prze­stron­ną wannę. Wło­ży­ła dłoń pod stru­mień, któ­re­go szum za­wsze ją uspo­ka­jał; spra­wiał, że była obec­na tu i teraz, a zmar­twie­nia od­pły­wa­ły w nie­byt.

Mimo to, na­szło ją wspo­mnie­nie wspól­nych ką­pie­li z Tom­kiem. Ode­pchnę­ła je, nim na­bra­ło siły.

Przyj­rza­ła się swemu od­bi­ciu w lu­strze. Jasne świa­tło ha­lo­ge­nów ujaw­nia­ło całą nagą praw­dę. Z lu­stra spo­glą­da­ła na nią zmę­czo­na twarz; sińce pod ocza­mi, usta, nie­gdyś skore do śmie­chu, teraz miała ścią­gnię­te. Trud­no było uwie­rzyć, jak zmar­nia­ła na prze­strze­ni ostat­nich lat.

Roz­my­śla­ła jak wy­glą­da­ło­by jej życie za­wo­do­we, gdyby skoń­czy­ła me­dy­cy­nę. Tylko czy te roz­wa­ża­nia miały sens? Mu­sia­ła rzu­cić stu­dia. Za­szła w ciążę.

Ro­ze­bra­ła się do naga. Skrzy­żo­wa­ła ręce na pier­siach (czy mogą się jesz­cze komuś spodo­bać?), potem prze­su­nę­ła dło­nie wzdłuż talii, już nie tak szczu­płej jak kie­dyś. Do­strze­gła ró­żo­we linie na brzu­chu. Ich widok bolał naj­bar­dziej. Z tak wielu po­wo­dów.

W końcu na­de­szła wy­cze­ki­wa­na chwi­la zmy­cia z sie­bie tru­dów dnia.

„Znów prze­sa­dzi­łam z tem­pe­ra­tu­rą” – po­my­śla­ła wcho­dząc do wanny.

Książ­ka, thril­ler który po­le­ci­ła jej sio­stra, le­ża­ła na szaf­ce w za­się­gu ręki, ale Ada nie miała sił czy­tać.

Prze­pro­wa­dzi­ła dziś wiele roz­mów re­kru­ta­cyj­nych i choć żaden kan­dy­dat nie wydał jej się od­po­wied­ni, mu­sia­ła kogoś wy­brać. Po­trze­bo­wa­li wspar­cia, szcze­gól­nie teraz, w okre­sie urlo­po­wym.

Wes­tchnę­ła i opar­ła głowę o brzeg wanny. Fale go­rą­ca raz po raz mu­ska­ły twarz. Na czole za­per­li­ły się pierw­sze kro­ple potu. Serce za­czę­ło bić szyb­ciej. Z uj­ścia kranu co jakiś czas ska­py­wa­ła woda.

„Trze­ba wy­mie­nić uszczel­kę”. – Ża­ło­wa­ła, że nie ma mę­skiej ręki, która by się tym za­ję­ła. Wszyst­ko tylko na jej gło­wie. Po­czu­ła ukłu­cie za­zdro­ści na myśl o Pio­trze. Sio­stra miała szczę­ście.

Lu­stro za­pa­ro­wa­ło. Cza­sem z ko­mi­na za­wia­ło rześ­kie po­wie­trze. Mi­ja­ły mi­nu­ty. Za­duch usy­piał.

„Tylko na chwi­lę”. ­– Za­mknę­ła oczy.

Tra­wił ją nie­spo­koj­ny sen, gdy w otwo­rze prze­le­wo­wym po­ja­wi­ła się czar­na kro­pla. Chwi­lę wi­sia­ła na chro­mo­wa­nej ob­rę­czy, by wresz­cie po­wę­dro­wać zyg­za­kiem i, nie zo­sta­wia­jąc żad­ne­go na­lo­tu, roz­pły­nąć się w wo­dzie.

Wkrót­ce po­ja­wi­ła się ko­lej­na. I ko­lej­na. Coraz szyb­ciej. Czę­ściej. Gę­ściej. Ska­py­wa­ły jedna po dru­giej, aż w końcu utwo­rzy­ły struż­kę.

 

Po­czu­ła chłód. Gdy otwo­rzy­ła oczy, zmę­cze­nie pry­sło jak bańka.

Ze­wsząd ota­cza­ła ją czerń. Woda była nie­przej­rzy­sta, jakby ktoś wlał do niej bu­tel­kę barw­ni­ka.

Chcia­ła wy­sko­czyć z wanny, ale po­śli­znę­ła się, wpa­da­jąc w czar­ną toń.

 

Le­ża­ła zwi­nię­ta w kłę­bek, przy­kry­ta po szyję koł­drą. Dy­go­ta­ła z zimna, choć było cie­płe lato. Ra­mio­na po­kry­ły się gęsią skór­ką. Zęby stu­ka­ły o sie­bie, a na­pię­te mię­śnie ple­ców od­zy­wa­ły się tępym bólem.

Nim wsko­czy­ła do łóżka, za­pa­li­ła świa­tła w każ­dym po­miesz­cze­niu. Wzię­ła też ko­mór­kę z myślą, by obej­rzeć coś śmiesz­ne­go, albo cho­ciaż prze­czy­tać wia­do­mo­ści z dzi­siej­sze­go dnia. Chcia­ła zro­bić co­kol­wiek, co przy­wró­ci ją do nor­mal­no­ści. Nie dała rady; smart­fon wciąż leżał nie­tknię­ty na szaf­ce noc­nej.

Pra­gnę­ła, by to, co się wy­da­rzy­ło, było tylko przy­krym snem, ma­ja­kiem wy­wo­ła­nym zmę­cze­niem. Jed­nak gdy spo­glą­da­ła na nad­gar­stek, w któ­re­go ży­łach pul­so­wa­ła czar­na ciecz…

Się­gnę­ła do szu­fla­dy i wy­ję­ła bli­ster. Zo­sta­ły czte­ry ta­blet­ki es­ta­zo­la­mu. Po­łknę­ła je naraz.

 

Wokół niej kłę­bi­ły się gęste brud­no­żół­te opary. Żar pa­rzył skórę.

Nagle wy­ro­sła przed nią mo­nu­men­tal­na że­la­zna brama, wyż­sza niż biu­ro­wiec w któ­rym pra­co­wa­ła. Na każ­dym ze skrzy­deł wrót była wy­ry­ta głowa de­mo­na i ta­jem­ni­cze in­skryp­cje, któ­rych nie ro­zu­mia­ła. Odrzwia roz­wie­ra­ły się ze zgrzy­tem. Usły­sza­ła wy­le­wa­ją­cy się zza nich po­twor­ny śmiech, ja­zgot, re­chot, rzę­że­nie, kwi­cze­nie i co tylko naj­gor­sze­go można sobie wy­obra­zić. Upior­ne głosy sta­wa­ły się coraz gło­śniej­sze. Dzi­kie. Wie­dzia­ła, że co­kol­wiek tam jest, to z niej się śmie­ją. To na nią cze­ka­ją. Sza­le­ją z jej po­wo­du.

 

Obu­dzi­ła się zlana potem. Głowę ści­ska­ła ob­ręcz bólu. Była po­twor­nie słaba, nie miała sił usiąść, a co do­pie­ro wstać. Po chwi­li znów od­pły­nę­ła w sen.

 

Czer­wo­ne pro­mie­nie słoń­ca prze­zie­ra­ły przez ro­le­ty. Wy­cień­cze­nie da­wa­ło o sobie znać, ale na szczę­ście ból głowy znik­nął bez śladu. Spoj­rza­ła na zegar, który wska­zy­wał dwu­dzie­stą dwa­dzie­ścia. Czyż­by prze­spa­ła noc i cały na­stęp­ny dzień? Z tru­dem wy­gra­mo­li­ła się z łóżka i skie­ro­wa­ła do ła­zien­ki. Naraz lęk ści­snął jej serce. Zer­k­nę­ła na nad­garst­ki, ale nie zo­ba­czy­ła nic nie­po­ko­ją­ce­go.

Otwo­rzy­ła drzwi.

Czy to moż­li­we, że miała tylko kosz­mar? A może to prze­pra­co­wa­nie? Es­ta­zo­lam? Nie, prze­cież wzię­ła go do­pie­ro po tym, co się wy­da­rzy­ło…

Wanna wciąż była wy­peł­nio­na wodą, któ­rej po­ziom wy­raź­nie opadł. Nic jed­nak nie wska­zy­wa­ło na to, by kolor wody był kie­dy­kol­wiek inny. Mimo to, oba­wia­ła się wy­cią­gnąć korek.

„Nie mogę tego tak zo­sta­wić”. ­– Spu­ści­ła wodę. Nic się nie wy­da­rzy­ło.

Się­gnę­ła po ko­mór­kę. Pięć nie­ode­bra­nych po­łą­czeń, sześć ese­me­sów. Przej­rza­ła je po­bież­nie. Jedna wia­do­mość od sio­stry, resz­ta z pracy. Parę ob­cych nu­me­rów, pew­nie klien­ci. Zro­bi­ło jej się przy­kro, że nikt zna­jo­my, prócz Ewy, nie kon­tak­to­wał się z nią.

Wyj­rza­ła przez okno. Zmar­twia­ła na myśl, że czeka ją ko­lej­na noc.

 

Urlop za­czy­na­ła za nie­ca­łe dwa ty­go­dnie, ale nie pój­dzie do pracy choć­by na jeden dzień. O zwol­nie­nie się nie mar­twi­ła. Swo­je­go in­ter­ni­stę znała od lat i nigdy nie pro­si­ła o L4 bez istot­nej przy­czy­ny.

 

­­– Pani Ad­rian­no, może pój­dzie pani do psy­chia­try – po­wie­dzia­ła dy­plo­ma­tycz­nie le­kar­ka. – Może jakąś te­ra­pię za­pro­po­nu­je. Pani za­wsze taka prze­mę­czo­na, to się na zdro­wiu od­bi­ja.

­– Mam wielu pa­cjen­tów le­czą­cych się w po­rad­niach zdro­wia psy­chicz­ne­go – do­da­ła wi­dząc ro­sną­ce za­sko­cze­nie w oczach pa­cjent­ki.

Na słowa o psy­chia­trze Ada po­czu­ła smu­tek.

I złość.

Za­wsze wio­dła życie po­rząd­ne­go, twar­do stą­pa­ją­ce­go po ziemi czło­wie­ka. Pra­co­wa­ła su­mien­nie, pła­ci­ła po­dat­ki. I co? Czy jest pie­przo­nym ro­bo­tem? Nie może mieć chwi­li sła­bo­ści? Naj­le­piej od razu do wa­riat­ko­wa. Jak za­re­ago­wa­li­by współ­pra­cow­ni­cy, gdyby ktoś się przy­pad­kiem do­wie­dział? A klien­ci? Nie, nie, to był ab­sur­dal­ny po­mysł, kom­plet­nie nie­war­ty roz­wa­że­nia.

Po­roz­ma­wia­ły jesz­cze chwi­lę. Zbie­ra­jąc się do wyj­ścia Ada wzię­ła re­cep­tę i obie­ca­ła, że wy­pocz­nie.

 

Szła uli­ca­mi mia­sta, w któ­rym się uro­dzi­ła i prze­ży­ła więk­szość życia, a mimo to czuła się jak za­gu­bio­ny tu­ry­sta w obcym kraju. Nie po­strze­ga­ła sie­bie jako czę­ści tęt­nią­cej trój­miej­skiej me­tro­po­lii, którą tak do­brze znała. Była gdzieś obok. My­śla­mi, du­chem i, co wy­da­wa­ło jej się szcze­gól­nie dziw­ne, cia­łem.

Skrę­ca­jąc w bocz­ną ulicz­kę, za­uwa­ży­ła przy swoim bloku ka­ret­kę i ka­ra­wan, do któ­re­go wkła­da­no ciało.

 Nim do­szła do klat­ki scho­do­wej, sa­mo­cho­dy od­je­cha­ły, a cie­kaw­scy miesz­kań­cy po­cho­wa­li się w głębi miesz­kań.

Za­pu­ka­ła do Ireny, są­siad­ki z par­te­ru, z którą cza­sem roz­ma­wia­ła. Drzwi otwo­rzy­ła pra­wie na­tych­miast, zu­peł­nie jakby tylko cze­ka­ła, aż za­pu­ka.

„Pew­nie przy­fi­lo­wa­ła mnie, gdy szłam ulicą”.

– Dzień dobry pani Ado, się po­ro­bi­ło, no nie? – po­wie­dzia­ła. – Wej­dzie pani, nie bę­dzie­my roz­ma­wiać na ko­ry­ta­rzu – do­da­ła szep­tem roz­glą­da­jąc się po klat­ce.

Ada od progu po­czu­ła przy­jem­ny słod­ki za­pach cia­sta z tru­skaw­ka­mi. I pa­pie­ro­sów. Pani Irena, gdy była czymś prze­ję­ta, wy­pa­la­ła jed­ne­go za dru­gim.

– A co się stało? Wi­dzia­łam, że kogoś za­bie­ra­ją. To z na­szej klat­ki?

– To spod dwu­dziest­ki trój­ki, nad panią! – na­chy­li­ła się ku Adzie. – Ta dziew­czy­na, ta dziw­na taka. Sły­sza­łam, że się za­bi­ła. I to w wan­nie! Uto­pi­ła się czy żyły sobie pod­cię­ła.

– Chry­ste – od­par­ła Ada, a gdy wy­po­wia­da­ła to słowo, za­kłu­ło ją w trze­wiach. – A kto ją zna­lazł? Prze­cież ona sama miesz­ka?

– Pani mało wie. Pra­cu­je pani od rana do wie­czo­ra, to i nie ma po­ję­cia co i jak – rze­kła z nutką wyż­szo­ści. – Matka ją zna­la­zła. Co jakiś czas do niej za­glą­da­ła. Ostat­nio nawet czę­ściej. Może ta dziew­czy­na wie­dzia­ła, że matka przyj­dzie i się za­bi­ła? Ale czemu? Boże świę­ty. To bied­ne dziec­ko było, tak sobie żyła bez ro­dzi­ców, bez wspar­cia, to i się po­gu­bi­ła… – Irena za­cią­gnę­ła się pa­pie­ro­sem i za­to­pi­ła w my­ślach.

– Jak ona wła­ści­wie miała na imię?

– A wie pani, nie je­stem pewna. – Oży­wi­ła się nagle. – Pau­li­na? Pa­try­cja? Coś na pe, tak mi się wy­da­je…

Kiedy to się stało? Czy mogło mieć coś wspól­ne­go z jej kosz­ma­rem? Ponoć cza­sem lu­dzie i zwie­rzę­ta od­czu­wa­ją zło, które się wy­da­rzy­ło, ale prze­cież ta dziew­czy­na była dla niej obca. Z tego, co sły­sza­ła już wcze­śniej, utrzy­my­wa­li ją ro­dzi­ce. Rzad­ko mie­wa­ła gości. Nie pra­co­wa­ła i chyba nawet się nie uczy­ła. A przy­naj­mniej nikt nie wi­dział jej z torbą czy ple­ca­kiem, choć to jesz­cze żaden dowód. No­si­ła się na czar­no, uni­ka­ła wzro­ku są­sia­dów kry­jąc twarz pod kap­tu­rem. Cza­sem zja­wia­ło się u niej dziw­ne to­wa­rzy­stwo, ale nigdy nie drę­czy­li są­sia­dów im­pre­za­mi czy nawet gło­śną mu­zy­ką.

Raz jakiś dzie­ciak z bloku po­wie­dział, że to cza­row­ni­ca. I tak się za­czę­ło. Potem każdy, tak jak w za­ba­wie w głu­chy te­le­fon, dodał coś od sie­bie (wi­dzia­łem jak szła z czar­nym kotem, ale strasz­ny był!), a potem prze­ina­czył (za­bi­ła kota, wi­dzia­łam, wy­ję­ła nóż i roz­cię­ła mu szyję) i tak po­wsta­ła lo­kal­na sen­sa­cja i po­żyw­ka dla plo­tek. Z po­cząt­ku drwio­no z niej, wy­śmie­wa­no pod nosem, ale póź­niej, gdy opo­wie­ści o dziew­czy­nie sta­wa­ły się coraz bar­dziej po­nu­re i nie­po­ko­ją­ce, dali jej spo­kój, bojąc się ze­msty cza­row­ni­cy.

Ada do tych wszyst­kich re­we­la­cji pod­cho­dzi­ła z dy­stan­sem. Czy tylko ta dziew­czy­na ubie­ra­ła się w ciem­ne ciu­chy? Mało to zbun­to­wa­nych, wy­co­fa­nych na­sto­la­tek? Chyba nie sły­sze­li o Ca­stle Party.

Po­że­gna­ła się z są­siad­ką i po­szła do miesz­ka­nia. Spoj­rza­ła na sufit. Sły­sza­ła czy­jeś kroki, nie­wy­raź­ne głosy.

 

Pierw­sze dni zwol­nie­nia mi­nę­ły bez­pro­duk­tyw­nie. Snuła się po domu, po­pa­da­jąc w coraz więk­szą me­lan­cho­lię. Nie zno­si­ła urlo­pów, bo wtedy mu­sia­ła mie­rzyć się ze swoim ży­ciem, któ­re­go pro­ble­my były znacz­nie trud­niej­sze i za­wi­łe niż te w pracy.

Rzad­ko opusz­cza­ła miesz­ka­nie. Czuła się źle wśród ludzi. Była jak sa­mot­na ska­li­sta wyspa nie­da­le­ko nad­mor­skie­go mia­sta. Niby bli­sko cy­wi­li­za­cji, a jed­nak poza na­wia­sem jej życia. Z każdą upły­wa­ją­cą dobą prze­ko­ny­wa­ła się, że jest coraz go­rzej.

 

Jed­ne­go po­po­łu­dnia wy­ję­ła fi­gur­kę sło­nia i po­sta­wi­ła w to samo miej­sce co przed­tem – koło te­le­wi­zo­ra, który teraz grał bez prze­rwy, nawet nocą. Roz­pacz­li­wie po­trze­bo­wa­ła sły­szeć czyjś głos w swoim domu.

Może przy­gar­nie kota? Miej­sca ma pod do­stat­kiem.

 

Mi­nę­ły dwie doby. Le­ża­ła krzy­żem na pod­ło­dze. Życie du­cho­we nie za­przą­ta­ło jej głowy od cza­sów mło­do­ści, ale teraz czuła nie­od­par­tą po­trze­bę mo­dli­twy. Nie­po­kój wciąż wzbie­rał. Uci­skał klat­kę pier­sio­wą, cią­żył jak ka­mień za­wie­szo­ny u szyi.

Ktoś mógł­by po­my­śleć, że w ciągu ty­go­dnia po­sta­rza­ła się co naj­mniej o dzie­sięć lat. Oba­wia­ła się, że to do­pie­ro po­czą­tek… Po­czą­tek cze­goś, czego sobie nawet nie wy­obra­ża. W głębi sie­bie czuła coś dziw­ne­go i ob­ce­go.

Coś było w niej samej.

 

*

 

Ewa pich­ci­ła w kuch­ni, gdy przy­szedł ese­mes. Odło­ży­ła szpa­tuł­kę, wy­tar­ła ręce w far­tuch i zer­k­nę­ła na wy­świe­tlacz.

Ada.

Chcia­ła prze­czy­tać wia­do­mość, ale po­czu­ła smród spa­le­ni­zny. Szyb­ko ścią­gnę­ła przy­pa­lo­ny na­le­śnik.

– Ten bę­dzie dla mnie – mruk­nę­ła. Do­da­ła odro­bi­nę tłusz­czu i wy­la­ła na pa­tel­nię ko­lej­ną por­cję cia­sta.

Nagle po­czu­ła kop­nię­cie. Uśmiech­nę­ła się i od­ru­cho­wo po­gła­ska­ła brzuch. Dzi­dziuś dawał o sobie znać już od prze­szło mie­sią­ca, ale jego ruchy wciąż spra­wia­ły nie­wy­sło­wio­ną ra­dość. Ese­mes wy­le­ciał jej z głowy.

Za­czę­ła roz­sta­wiać ta­le­rze. Lada chwi­la zjawi się Piotr. Ulży­ło jej, gdy zna­lazł lep­szą pracę. Tro­chę to trwa­ło, my­śla­ła nawet, że od­pu­ści sobie, co nie by­ło­by dla nich ko­rzyst­ne fi­nan­so­wo. W końcu nie­dłu­go po­ja­wi się dziec­ko, a to ozna­cza nowe wy­dat­ki.

„Byle tylko uro­dzi­ło się zdro­we, a wszyst­ko się ułoży”.

Piotr wra­cał do domu późno. Za­pew­nił jed­nak Ewę, że gdy tylko ogar­nie obo­wiąz­ki po po­przed­ni­ku, wszyst­ko wróci do normy. My­śląc tak o pracy męża, przy­po­mnia­ła sobie o sio­strze i prze­czy­ta­ła ese­me­sa.

Przyjdź. Pro­szę.

Skrzy­wi­ła się. Ko­cha­ła sio­strę i wie­dzia­ła, że gdy roz­pa­dło się jej mał­żeń­stwo po­trze­bo­wa­ła wiele wspar­cia, ale cza­sem czuła się jak słu­żą­ca. Ow­szem, jest w ciąży i nie pra­cu­je teraz za­wo­do­wo, ale czy to zna­czy, że nic nie robi?

Za­brzę­czał dzwo­nek do drzwi. Ewa szyb­ko za­po­mnia­ła o Adzie.

 

Przy­po­mnia­ła sobie o niej na­stęp­ne­go dnia. Wra­ca­jąc z za­ku­pa­mi do sa­mo­cho­du, do­sta­ła od sio­stry iden­tycz­ne­go ese­me­sa jak wczo­raj. Tro­chę się za­nie­po­ko­iła, tym bar­dziej, że nie ode­bra­ła te­le­fo­nu.

Wło­ży­ła za­ku­py do ba­gaż­ni­ka i pod­je­cha­ła do Ady.

– Mo­gła­by wpu­ścić tro­chę świa­tła – mruk­nę­ła, pa­trząc na spusz­czo­ne ro­le­ty w sy­pial­ni.

Po­sa­pu­jąc, wdra­pa­ła się na trze­cie pię­tro. Sama miesz­ka­ła na pierw­szym i róż­ni­cę w licz­bie scho­dów, które trze­ba do­dat­ko­wo prze­być, od­czu­ła wy­raź­nie.

Za­pu­ka­ła, pa­mię­ta­jąc, że Ada nie znosi dzwon­ka do drzwi, który przy­po­mi­nał jej alarm na okrę­cie pod­wod­nym. W któ­rymś z miesz­kań na dole ko­bie­ta wy­dar­ła się na dziec­ko.

„Może jest w ła­zien­ce?”

Na szczę­ście miała klucz do jej miesz­ka­nia. Cza­sem zo­sta­wia­ła Adzie różne dro­bia­zgi i tak było im ła­twiej funk­cjo­no­wać.

Miesz­ka­nie za­mknę­ła tylko na górny zamek, co wska­zy­wa­ło na to, że jest w domu.

Otwo­rzy­ła drzwi i miała już za­wo­łać sio­strę od progu, gdy tknię­ta na­głym im­pul­sem, po­wstrzy­ma­ła się. Zu­peł­nie jakby pod­świa­do­mość za­re­je­stro­wa­ła coś złego, co nie do­tar­ło jesz­cze do świa­do­mo­ści.

W miesz­ka­niu pa­no­wał pół­mrok. Ro­le­ty za­cią­gnę­ła nie tylko w sy­pial­ni, ale w całym miesz­ka­niu. Za­wa­ha­ła się.

– Ada?

Od­po­wie­dzia­ła jej cisza. Stała chwi­lę w im­pa­sie, gdy usły­sza­ła słaby głos.

– Przyjdź. Pro­szę.

Dreszcz prze­szedł ją wzdłuż krę­go­słu­pa. To z pew­no­ścią jej sio­stra, nie miała cie­nia wąt­pli­wo­ści, ale…

– Ada, co się dzie­je? – za­py­ta­ła tonem czło­wie­ka, któ­re­go nie bawią głu­pie żarty i we­szła do środ­ka.

To co zo­ba­czy­ła, od­rzu­ci­ło ją na ścia­nę.

– Chry­ste, Ada! Co… ?

Sio­stra sie­dzia­ła na łóżku ze skrzy­żo­wa­ny­mi no­ga­mi, ręce le­ża­ły wzdłuż ciała. Twarz miała białą jak kreda. Ciem­ne worki pod ocza­mi, spierzch­nię­te wargi. Głowa lekko prze­chy­lo­na… jed­nak prze­krwio­ne oczy, zwró­co­ne ku niej, pil­nie ją ob­ser­wo­wa­ły.

– Ewo… – za­czę­ła. Chcia­ła dodać, że się boi, że nie jest sama, ale nie była w sta­nie. Zo­sta­ła bru­tal­nie ze­pchnię­ta w głąb sie­bie, zo­sta­jąc je­dy­nie wi­dzem wy­po­wie­dzi i dzia­łań swego ciała.

– To z prze­pra­co­wa­nia, nie spa­łam ostat­nie trzy dni. – Uśmiech­nę­ła się ką­ci­ka­mi ust. – Za­wro­ty też do­ku­cza­ją.

Ewa za­pa­rzy­ła her­ba­tę, wy­wie­trzy­ła miesz­ka­nie i po­od­sła­nia­ła okna. Zer­ka­ła ukrad­kiem na sio­strę, ale nic dziw­ne­go nie za­uwa­ży­ła. Usia­dły w po­ko­ju, po­roz­ma­wia­ły. At­mos­fe­ra wy­raź­nie się roz­luź­ni­ła.

„Ewa! Po­mo­cy!!!”

Jed­nak, żaden krzyk nie wy­do­by­wał się z ust. Wszyst­ko sły­sza­ła i wi­dzia­ła, choć nie mogła nawet mru­gnąć. Naraz to ona stała się obca we wła­snym ciele. Nie mo­gła­by nawet ode­brać sobie życia. Czy w ogóle jesz­cze je miała?

– Je­dzie­my w pią­tek do ro­dzi­ców – po­wie­dzia­ła Ewa. – Zo­sta­je­my do nie­dzie­li. Za­bie­rzesz się z nami? Mama dawno cię nie wi­dzia­ła. Od­pocz­niesz.

Ro­dzi­ce mieli dwu­hek­ta­ro­wą dział­kę z dwoma do­ma­mi – jed­nym let­ni­sko­wym dla gości, a dru­gim ca­ło­rocz­nym, około go­dzi­ny drogi autem z Gdań­ska. Latem spę­dza­ją w swoim pry­wat­nym azylu wiele czasu, a po przej­ściu na eme­ry­tu­rę pla­nu­ją osiąść w nim na stałe.

Ada drgnę­ła, ale sio­stra nic nie za­uwa­ży­ła. Do­la­ła sobie her­ba­ty z dzban­ka.

Obie uwiel­bia­ły Ka­szu­by, na któ­rych czas pły­nął zu­peł­nie ina­czej niż w mie­ście.

Świer­got pta­ków, bory pełne jagód, roz­le­głe je­zio­ra, kieł­ba­ski z ogni­ska.

Je­dy­ne miej­sce, które wciąż od­wie­dza­ła, mimo wielu wspo­mnień z Tom­kiem i Fi­li­pem, ich synem.

– Dobry po­mysł. – Uśmiech­nę­ła się.

Zbie­ra­jąc się do wyj­ścia, Ewa przy­tu­li­ła Adę i spoj­rza­ła jej w oczy. Ada po­my­śla­ła, że sio­stra chce za­pew­nić ją, że wszyst­ko się ułoży i bę­dzie do­brze, ale naj­wy­raź­niej zre­zy­gno­wa­ła z tego po­my­słu.

 

*

 

Wsia­da­jąc do forda, Ewa zer­k­nę­ła w okno sio­stry, ale nie zo­ba­czy­ła jej. Nie mogła, bo Ada le­ża­ła na pod­ło­dze, zwi­nię­ta w kłę­bek.

– Ojcze nasz… – za­czę­ła.

„Nie je­stem prze­ciw tobie”.

– Któ­ryś jest w nie­bie: święć się imię Twoje… – Mo­dli­ła się, ale nie czuła żad­nej mocy. Słowa wy­da­wa­ły się bez­war­to­ścio­we. Nie po­zo­sta­ło jed­nak nic in­ne­go.

„Przyj­mij mnie. Je­stem twą na­dzie­ją”.

– Przyjdź kró­le­stwo Twoje…

„On nie słu­cha. On od­szedł”.

Pra­gnę­ła wziąć nóż, albo wy­sko­czyć przez okno. Gdyby tylko zna­la­zła tro­chę sił…

„Twój syn zo­stał z ojcem. Wolał ojca”.

Naj­bo­le­śniej­szy cios od życia. Czy kie­dy­kol­wiek była dobrą matką? Nie mogła zro­zu­mieć dla­cze­go Filip od­szedł. Sta­ra­ła się, pra­co­wa­ła wtedy jako sze­re­go­wy pra­cow­nik, a mimo to za­wsze znaj­do­wa­ła dla niego czas na za­ba­wy po go­dzi­nach. Dla­cze­go? Za jakie grze­chy? Co zro­bi­ła źle?

„Je­stem jak ty. Mnie też opusz­czo­no. Ro­zu­miem. Jak nikt inny. Po­czuj, co jest we mnie od eonów”.

I po­czu­ła.

Nie­skoń­czo­ną pust­kę, któ­rej nic nie może wy­peł­nić. Ani ra­dość, ani żal, a nawet gniew, które zdają się je­dy­nie po­je­dyn­czy­mi kro­pla­mi na bez­kre­snej pu­sty­ni. Dusza de­mo­na przy­po­mi­na­ła ja­ło­wą zie­mię spra­gnio­ną ulewy, by wresz­cie stać się czymś wię­cej i wydać owoce. Móc wzra­stać, prze­obra­żać się. A za­miast tego była ska­za­na na życie bez życia, bez żad­nej na­dziei na zmia­nę.

„Wpuść mnie. Nie od­sy­łaj w ni­cość. Wiesz jak to boli. Nie je­steś zła. Po­mo­gę ci. Spra­wię, że znów bę­dziesz no­si­ła dziec­ko na rę­kach”.

Syn, który wolał odejść z ojcem, niż zo­stać z nią. Ucie­ka­ła przed praw­dą, cho­wa­ła się za sto­sem obo­wiąz­ków w pracy, ale to była tylko fa­sa­da. Usy­cha­ła od we­wnątrz. Nie chcia­ła tego, bała się. Zbru­ka­na na pod­ło­dze wła­sne­go miesz­ka­nia, pod­da­ła się zu­peł­nie.

 

*

 

Sie­dzie­li w czwór­kę przy ogni­sku. Piotr do­rzu­cił drew, które szyb­ko za­ję­ły się ogniem. Al­ko­hol krą­żył mu we krwi, bo jak na ra­czej ci­che­go czło­wie­ka strasz­nie się roz­ga­dał. Mama roz­ma­wia­ła z Ewą o dziec­ku, szpi­ta­lach i po­ro­dzie. Ada tym­cza­sem spo­glą­da­ła na wędkę opar­tą o ścia­nę. Pa­mię­ta jak kie­dyś po­ma­ga­ła tacie za­ło­żyć przy­nę­tę. Uśmiech­nę­ła się na wspo­mnie­nie jakie było to dla niej obrzy­dli­we, ale ko­niecz­nie chcia­ła po­ka­zać jaka jest harda.

Oj­ciec za­czął mówić o po­li­ty­ce. Nie­unik­nio­ny temat. Mieli z Pio­trem zbież­ne po­glą­dy, więc przy­po­mi­na­ło to ra­czej wza­jem­ne po­kle­py­wa­nie się po ple­cach niż dys­ku­sję.

Wzrok Ady spo­czął na szo­pie le­d­wie wi­docz­nej w mroku.

Gdy wszy­scy będą spać, wpierw roz­bi­je głowy ro­dzi­com. Potem pój­dzie do dru­gie­go domu, tego dla gości. Nie chce, by Piotr umarł od razu, więc zdzie­li go drew­nia­nym po­bi­ja­kiem i zwią­że.

– Jak znowu wy­gra­ją wy­bo­ry, to czas ucie­kać! We­ne­zu­elę w Eu­ro­pie bę­dzie­my mieli! – Zer­k­nę­ła na Pio­tra, któ­re­go pod­nie­sio­ny głos wy­trą­cił ją na mo­ment z za­my­śle­nia.

A potem przyj­dzie czas na noże, se­ka­to­ry, szczyp­ce… i dia­beł wie co jesz­cze. Zrobi z nich wła­ści­wy uży­tek.

„Uj­rzysz, Pio­trze, syna jesz­cze przed swoją śmier­cią, nie martw się o to. Będę go tulić do pier­si nad tru­chłem twej żony”.

Uśmiech­nę­ła się i upiła so­lid­ny łyk kawy.

– Pi­jesz o tej go­dzi­nie? Nie za­śniesz. – Zdzi­wi­ła się matka.

– Za­po­wia­da się pięk­na noc. – Spoj­rza­ła na Ewę i uśmiech­nę­ła się. – Nie chcę jej prze­spać.

Koniec

Komentarze

We­dług mnie opo­wia­da­nie jest do­brze i czy­tel­nie na­pi­sa­ne, że nie mu­sia­łem co jakiś czas prze­wi­jać do góry bo w czymś bym się gubił. Cie­ka­wie też bu­do­wa­łeś na­pię­cie np w frag­men­cie wej­ścia do miesz­ka­nia Ady. Ko­lej­ny plus to prze­skok na per­spek­ty­wę Ewy. Ogól­nie do­brze czy­ta­ło mi się to opo­wia­da­nie, mimo tych kla­sycz­nych ele­men­tach hor­ro­ru jak to na­pi­sa­łeś we wstę­pie, ale to co mi się nie spodo­ba­ło to prze­wi­dy­wal­ność od mo­men­tu ta­kie­go ty­po­we­go ujaw­nie­nia się de­mo­na, przez co spo­dzie­wa­łem się jak to pew­nie dalej się po­to­czy, bo od kiedy za­czął “prze­ma­wiać”, to na­pię­cie ucho­dzi­ło. Takie tam parę zdań ode mnie :)

Dzię­ki za po­świę­co­ny czas. Zdaję sobie spra­wę, że nie jest to od­kryw­cze opo­wia­da­nie, a do­dat­ko­wo w hor­ro­rach w mo­men­cie, gdy ‘zło’ na­bie­ra kon­kret­nej formy to czę­sto na­pię­cie opada. Dla­te­go po­sta­wi­łem na zwię­złość (pier­wot­nie było dłuż­sze z więk­szą ilo­ścią wąt­ków).

Od po­cząt­ku czu­łam w opo­wia­da­niu dziw­ną at­mos­fe­rę i mia­łam nie­od­par­te wra­że­nie, że nic do­bre­go z tego nie wy­nik­nie. I jak­kol­wiek dziw­ne stany Ady można było kłaść na karb zmę­cze­nia, prze­pra­co­wa­nia czy fa­tal­nej kon­dy­cji psy­chicz­nej, to za­koń­cze­nie nie­zwy­kle su­ge­styw­nie daje do zro­zu­mie­nia, że Ada ma okre­ślo­ne plany na naj­bliż­szą przy­szłość.

Lubię hor­ro­ry, więc mogę śmia­ło wy­znać, że prze­czy­ta­łam z przy­jem­no­ścią.

Wy­ko­na­nie mo­gło­by być lep­sze.

 

Za­pa­dła cisza, tylko cza­sem prze­ry­wa­na krzy­kiem dziec­ka do­bie­ga­ją­cym zza ścia­ny… ―> W pierw­szej chwi­li zro­zu­mia­łam, że to dziec­ko do­bie­ga­ło zza ścia­ny.

A może: Za­pa­dła cisza, tylko cza­sem prze­ry­wa­na do­bie­ga­ją­cym zza ścia­ny krzy­kiem dziec­ka

 

Cięż­ko było uwie­rzyć, jak zmar­nia­ła na prze­strze­ni ostat­nich lat. ―> Trud­no było uwie­rzyć…

 

Na ra­mio­nach wy­sko­czy­ła gęsia skór­ka. Zęby stu­ka­ły o sie­bie, a na­pię­te mię­śnie ple­ców od­zy­wa­ły się tępym bólem.

Nim wsko­czy­ła do łóżka… ―> Po­wtó­rze­nie.

Może w pierw­szym zda­niu: Ra­mio­na po­kry­ły się gęsią skór­ką.

 

Spoj­rza­ła na zegar, który wska­zy­wał na dwu­dzie­stą dwa­dzie­ścia. ―> Spoj­rza­ła na zegar, który wska­zy­wał dwu­dzie­stą dwa­dzie­ścia.

Zegar wska­zu­je go­dzi­nę, nie na go­dzi­nę.

 

Pięć nie­ode­bra­nych po­łą­czeń, sześć smsów. ―> Pięć nie­ode­bra­nych po­łą­czeń, sześć ese­me­sów.

 

kom­plet­nie nie warty roz­wa­że­nia. ―> …kom­plet­nie nie­war­ty roz­wa­że­nia.

 

od­par­ła Ada, a wy­po­wia­da­jąc to słowo, za­kłu­ło ją w trze­wiach. ―> …od­par­ła Ada, a wy­po­wia­da­jąc to słowo, po­czu­ła ukłu­cie w trze­wiach. Lub: …od­par­ła Ada, a gdy wy­po­wia­da­ła to słowo, za­kłu­ło ją w trze­wiach.

 

Po­że­gna­ła się z są­siad­ką i wró­ci­ła do miesz­ka­nia. ―> Ada we­szła do Ireny pro­sto z ulicy, więc ra­czej: Po­że­gna­ła się z są­siad­ką i po­szła do miesz­ka­nia.

 

pro­ble­my były znacz­nie cięż­sze i za­wi­łe niż te w pracy. ―> …pro­ble­my były znacz­nie trud­niej­szebar­dziej za­wi­łe niż te w pracy.

 

gdy przy­szedł sms. ―> …gdy przy­szedł SMS/ ese­mes.

 

Od­sta­wi­ła szpa­tuł­kę… ―> Odło­ży­ła szpa­tuł­kę

Nie bar­dzo wiem, jak można od­sta­wić szpa­tuł­kę.

 

Sms wy­le­ciał jej z głowy. ―> SMS/ ese­mes wy­le­ciał jej z głowy.

 

iden­tycz­ne­go smsa jak wczo­raj. ―> …iden­tycz­ne­go ese­me­sa jak wczo­raj.

 

róż­ni­cę w ilo­ści scho­dów, które trze­ba do­dat­ko­wo prze­być… ―> …róż­ni­cę w licz­bie scho­dów, które trze­ba do­dat­ko­wo prze­być

 

Miesz­ka­nie za­klu­czy­ła tylko na górny zamek… ―> Ra­czej: Miesz­ka­nie za­mknę­ła tylko na górny zamek

 

– Ada, co się dzie­je? – od­par­ła tonem czło­wie­ka… ―> Skoro jest py­taj­nik, to ra­czej: – Ada, co się dzie­je? – za­py­ta­ła tonem czło­wie­ka

 

Wsia­da­jąc do swo­je­go forda… ―> Zbęd­ny za­imek ― czy wsia­dła­by do cu­dze­go auta?

 

bo Ada le­ża­ła na ziemi, zwi­nię­ta w kłę­bek. ―> Ada była w miesz­ka­niu, więc: …bo Ada le­ża­ła na pod­ło­dze, zwi­nię­ta w kłę­bek.

 

Naj­cięż­szy cios od życia. ―> Ra­czej: Naj­bo­le­śniej­szy cios od życia.

 

wpierw roz­bi­je głowę ro­dzi­com. ―> Ro­dzi­ców jest dwoje, więc: …wpierw roz­bi­je głowy ro­dzi­com.

Gdyby ci, któ­rzy źle o mnie myślą, wie­dzie­li co ja o nich myślę, my­śle­li­by o mnie jesz­cze go­rzej.

Reg, wiel­kie dzię­ki za prze­czy­ta­nie i po­praw­ki i cie­szę się, że pierw­szy raz udało mi się Cie­bie czy­tel­ni­czo za­do­wo­lić ;)

 

Mam py­tan­ko od­no­śnie “za­klu­czy­ła”. Jak mia­łem dziew­czy­nę, która po­cho­dzi­ła z innej czę­ści Pol­ski, to strasz­nie draż­ni­ło ją to słowo, bo nigdy go nie sły­sza­ła, ale u nas za­wsze się tak mó­wi­ło (po­mor­skie). Cho­dzi o to, że słowo jest za bar­dzo “lo­kal­ne” i le­piej użyć uni­wer­sal­ne­go ?

 

PS. Błędy po­pra­wio­ne.

Ży­wi­ła jed­nak cichą na­dzie­ję na zmia­ny; prze­cież wszyst­ko może się jesz­cze zda­rzyć… oby tylko na lep­sze.

Coś może się zmie­nić na lep­sze, nie zda­rzyć.

Na samym po­cząt­ku pi­szesz o zmia­nach, ok, ale nijak ma się to do frag­men­tu po wie­lo­krop­ku, gdy w mię­dzy­cza­sie mowa jest o tym, że wszyst­ko się może zda­rzyć.

 

Zer­k­nę­ła na gli­nia­ne­go sło­nia, któ­re­go do­sta­ła w pre­zen­cie od sio­stry, gdy ta wró­ci­ła z Indii. Rzeź­ba była po­rząd­nie wy­ko­na­na, choć Ada tę­sk­ni­ła za cza­sa­mi, w któ­rych za­miast fi­gur­ki stało jej ro­dzin­ne zdję­cie z mężem i synem.

Gdzie stał słoń/zdję­cie? Bra­ku­je mi tutaj tej in­for­ma­cji. Za­stę­pu­jesz jeden przed­miot, dru­gim, przy czym czy­tel­nik nie po­tra­fi sobie wy­obra­zić tej sceny (przy­naj­mniej ja) bo jest ona nie­spre­cy­zo­wa­na. Może to drob­ny szcze­gół, ale razi.

 

Wło­ży­ła dłoń pod stru­mień, któ­re­go szum za­wsze ją uspo­ka­jał

Stru­mień w wan­nie sam w sobie nie szumi. Dźwięk do­by­wa się z wody tuż pod nim. Można mówić o szu­mie wo­do­spa­du, stru­mie­nia pły­ną­ce­go ko­ry­tem, bo fak­tycz­nie jako ca­łość szu­mią.

 

 

usta, nie­gdyś skore do śmie­chu, teraz miała ścią­gnię­te. Trud­no było uwie­rzyć, jak zmar­nia­ła na prze­strze­ni ostat­nich lat.

Roz­my­śla­ła jak wy­glą­da­ło­by teraz jej życie za­wo­do­we,

Po­wtó­rze­nie.

 

Odrzwia roz­wie­ra­ły się ze szczę­kiem

Źle do­pa­so­wa­ny dźwięk. Szczęk, to od­głos ude­rza­nia o sie­bie np. me­ta­lu. Może być więc szczęk klu­czy nie­sio­nych w pęku, albo za­pa­dek w zamku.

 

wy­ję­ła fi­gur­kę sło­nia i po­sta­wi­ła w to samo miej­sce co przed­tem – koło te­le­wi­zo­ra, który teraz grał bez prze­rwy, nawet nocą.

O, to jest to, czego bra­ku­je na po­cząt­ku.

 

 

Przyjdź. Pro­szę.

Skrzy­wi­ła się. Ko­cha­ła sio­strę i wie­dzia­ła, że gdy roz­pa­dło się jej mał­żeń­stwo po­trze­bo­wa­ła wiele wspar­cia, ale cza­sem czuła się jak słu­żą­ca. Ow­szem, jest w ciąży i nie pra­cu­je teraz za­wo­do­wo, ale czy to zna­czy, że nic nie robi?

Za­brzę­czał dzwo­nek do drzwi. Ewa szyb­ko za­po­mnia­ła o Adzie.

Kom­plet­nie mnie to nie prze­ko­nu­je. Każda nor­mal­na osoba od­dzwo­ni­ła­by, żeby spraw­dzić o co cho­dzi. Tym bar­dziej, że wia­do­mość po­cho­dzi­ła od sio­stry. Nie wy­obra­żam sobie nawet nie od­dzwo­nić do wła­snej sio­stry w ta­kiej sy­tu­acji… mało tego. Za­po­mnieć, że w ogóle jakiś SMS od niej przy­szedł. Dzię­ki tej jed­nej sce­nie wy­kla­ro­wał mi się obraz cał­ko­wi­cie dys­funk­cyj­nej ro­dzi­ny.

 

Sio­stra sie­dzia­ła na łóżku ze skrzy­żo­wa­ny­mi no­ga­mi, ręce le­ża­ły wzdłuż ciała. Twarz miała białą jak kreda. Ciem­ne worki pod ocza­mi, spierzch­nię­te wargi. Głowa lekko prze­chy­lo­na… jed­nak prze­krwio­ne oczy, zwró­co­ne ku niej, pil­nie ją ob­ser­wo­wa­ły.

– Ewo… – za­czę­ła. Chcia­ła dodać, że się boi, że nie jest sama, ale nie była w sta­nie. Zo­sta­ła bru­tal­nie ze­pchnię­ta w głąb sie­bie, zo­sta­jąc je­dy­nie wi­dzem wy­po­wie­dzi i dzia­łań swego ciała.

– To z prze­pra­co­wa­nia, nie spa­łam ostat­nie trzy dni. – Uśmiech­nę­ła się ką­ci­ka­mi ust. – Za­wro­ty też do­ku­cza­ją.

Ewa za­pa­rzy­ła her­ba­tę, wy­wie­trzy­ła miesz­ka­nie i po­od­sła­nia­ła okna. Zer­ka­ła ukrad­kiem na sio­strę, ale nic dziw­ne­go nie za­uwa­ży­ła. Usia­dły w po­ko­ju, po­roz­ma­wia­ły. At­mos­fe­ra wy­raź­nie się roz­luź­ni­ła.

„Ewa! Po­mo­cy!!!”

Jed­nak, żaden krzyk nie wy­do­by­wał się z ust. Wszyst­ko sły­sza­ła i wi­dzia­ła, choć nie mogła nawet mru­gnąć. Naraz to ona stała się obca we wła­snym ciele. Nie mo­gła­by nawet ode­brać sobie życia. Czy w ogóle jesz­cze je miała?

Ada w tym opi­sie wy­glą­da jak ktoś, kto wy­ma­ga na­tych­mia­sto­wej po­mo­cy me­dycz­nej. Byłam świę­cie prze­ko­na­na, że pod­cię­ła sobie żyły czy coś i lada mo­ment wy­kor­ku­je. Po­gu­bi­łam się tez w dia­lo­gach. Kto mówi – To z prze­pra­co­wa­nia…? Ewa czy Ada? Nie­lo­gicz­ne jest też to, że ko­bie­ta wy­glą­da tak tra­gicz­nie, a sio­stra jak dyby nigdy nic robi her­ba­tę i uzna­je, że nic dziw­ne­go się nie dzie­je. takie tro­chę po­mie­sza­nie z po­plą­ta­niem w tym frag­men­cie.

 

Ada drgnę­ła, ale sio­stra nic za­uwa­ży­ła.

Bra­ku­je (nie)

 

Obie uwiel­bia­ły Ka­szu­by, na któ­rych czas pły­nął zu­peł­nie ina­czej niż w mie­ście.

Świer­got pta­ków, bory pełne jagód, roz­le­głe je­zio­ro, kieł­ba­ski z ogni­ska.

Je­zio­ro w licz­bie mno­giej. Na Ka­szu­bach jest wię­cej niż jedno je­zio­ro.

 

 

 

Opo­wia­da­nie śred­nie. Pro­sty po­mysł, wał­ko­wa­ny chyba w każdą moż­li­wą stro­nę. Hi­sto­ria, choć nie­skom­pli­ko­wa­na i po­zba­wio­na szyb­szej akcji, ra­czej nie nuży. Chwi­la­mi można się trosz­kę po­gu­bić, wkra­da­ją się nie­do­po­wie­dze­nia, ja­kieś nie­lo­gicz­no­ści. Ten demon, który po­ja­wił się pod­czas mo­dli­twy, jakoś mnie nie prze­ko­nał. Wy­sko­czył sobie tak nagle. Za­cho­wa­nie Ady przy­po­mi­na­ło ra­czej, roz­wi­ja­ją­ce się nad wyraz szyb­ko, za­ła­ma­nie ner­wo­we, może po­cząt­ki schi­zo­fre­nii… ale opę­ta­nie? Do tego ta ste­reo­ty­po­wa dziew­czyn­ka w czer­ni… No nie wiem.

 

Myślę, że do­dat­ko­wo, wszyst­ko psuje za­koń­cze­nie. “Za­mor­du­ję całą ro­dzi­nę… Bo tak.”

Ca­łość tej hi­sto­rii bar­dziej przy­po­mi­na dą­że­nie do au­to­de­struk­cji, ale to nagłe wy­eli­mi­no­wa­nie ro­dzi­ny? Ni z grusz­ki ni z pie­trusz­ki. Dla­cze­go?

 

We­dług mnie, fa­bu­lar­nie hi­sto­ria mocno do do­pra­co­wa­nia. Za­bra­kło tez ja­kie­goś świe­że­go po­my­słu na tę te­ma­ty­kę. Tak ra­czej po­le­co­ne po naj­prost­szym sche­ma­cie. Bez mo­ra­łu, czy plot twi­stu.

Hej, dzię­ki za prze­czy­ta­nie. Wrócę z ko­men­ta­rzem póź­niej, bo na tel. pi­sa­nie to mor­dę­ga ;)

Mam py­tan­ko od­no­śnie “za­klu­czy­ła”. Jak mia­łem dziew­czy­nę, która po­cho­dzi­ła z innej czę­ści Pol­ski, to strasz­nie draż­ni­ło ją to słowo, bo nigdy go nie sły­sza­ła, ale u nas za­wsze się tak mó­wi­ło (po­mor­skie). Cho­dzi o to, że słowo jest za bar­dzo “lo­kal­ne” i le­piej użyć uni­wer­sal­ne­go ?

Wła­ści­wie to sam sobie od­po­wie­dzia­łeś, Blac­ke­nie. ;)

Uży­wa­nie re­gio­na­li­zmów/ gwary/ slan­gu bywa dość ry­zy­kow­ne – o ile nie jest uza­sad­nio­ne tre­ścią tek­stu – al­bo­wiem to co jest oczy­wi­ste dla au­to­ra i jego współ­ziom­ków, wcale nie musi być takie dla czy­tel­ni­ka po­cho­dzą­ce­go z innej czę­ści kraju.

Gdyby ci, któ­rzy źle o mnie myślą, wie­dzie­li co ja o nich myślę, my­śle­li­by o mnie jesz­cze go­rzej.

Reg, ok, zmie­ni­łem, tak bę­dzie chyba fak­tycz­nie le­piej.

 

P.J.Otter:

 

Gdzie stał słoń/zdję­cie? Bra­ku­je mi tutaj tej in­for­ma­cji. Za­stę­pu­jesz jeden przed­miot, dru­gim, przy czym czy­tel­nik nie po­tra­fi sobie wy­obra­zić tej sceny (przy­naj­mniej ja) bo jest ona nie­spre­cy­zo­wa­na. Może to drob­ny szcze­gół, ale razi.

Istot­ny był dla mnie prze­kaz, że nie ma już tam ro­dzin­ne­go zdję­cia. Stwier­dzi­łem, że nie ma po­trze­by po­da­wać in­for­ma­cji czy stoi na półce, ko­mo­dzie, koło lamp­ki czy te­le­wi­zo­ra itp.

 

Stru­mień w wan­nie sam w sobie nie szumi. Dźwięk do­by­wa się z wody tuż pod nim. Można mówić o szu­mie wo­do­spa­du, stru­mie­nia pły­ną­ce­go ko­ry­tem, bo fak­tycz­nie jako ca­łość szu­mią.

Zo­sta­wiam jak jest. Bez stru­mie­nia (wody) nie by­ło­by szumu, boby woda pod takim ci­śnie­niem, że two­rzy ów stru­mień, nie ude­rza­ła w żadną prze­szko­dę (szum wy­do­by­wa się też z kranu, któ­rym pły­nie woda). Sądzę, że można to tak zo­sta­wić.

 

Kom­plet­nie mnie to nie prze­ko­nu­je. Każda nor­mal­na osoba od­dzwo­ni­ła­by, żeby spraw­dzić o co cho­dzi. Tym bar­dziej, że wia­do­mość po­cho­dzi­ła od sio­stry. Nie wy­obra­żam sobie nawet nie od­dzwo­nić do wła­snej sio­stry w ta­kiej sy­tu­acji… mało tego. Za­po­mnieć, że w ogóle jakiś SMS od niej przy­szedł. Dzię­ki tej jed­nej sce­nie wy­kla­ro­wał mi się obraz cał­ko­wi­cie dys­funk­cyj­nej ro­dzi­ny.

 

Z tą uwagą naj­bar­dziej się nie zga­dzam. Ja sobie nie wy­obra­żam, że można sobie nie wy­obra­żać, by nie od­dzwo­nić do sio­stry;) Treść SMS jest neu­tral­na. Wszyst­ko za­le­ży w jaki spo­sób sio­stry się ze sobą ko­mu­ni­ko­wa­ły, w jaki spo­sób pi­sa­ły do sie­bie. Pa­mię­taj­my, że ese­me­sy są z za­ło­że­nia krót­kie i tre­ści­we, a przy­naj­mniej do tego zo­sta­ły stwo­rzo­ne. Poza tym z tek­stu do­wia­du­je­my się, że Ewa czuła się cza­sem jak słu­żą­ca. Być może wcze­śniej już do­sta­wa­ła po­dob­ne ese­me­sy i cho­dzi­ło o bła­host­ki? Miesz­ka­ły w tym samym mie­ście, Ewa miała klucz do miesz­ka­nia Ady, bo czę­sto tam by­wa­ła, więc pew­nie z re­gu­ły cho­dzi­ło o pro­za­icz­ne spra­wy.

Poza tym, gdy dzie­je się coś po­waż­ne­go, to lu­dzie dzwo­nią, nie piszą. Więc Ewa spo­koj­nie mogła za­ło­żyć, że nie cho­dzi o nic wy­ma­ga­ją­ce­go szyb­kiej in­ter­wen­cji. Przy­jął­bym za­rzut, gdyby oprócz ese­me­sa zo­ba­czy­ła od sio­stry kilka(na­ście) nie­ode­bra­nych po­łą­czeń.

 

Ada w tym opi­sie wy­glą­da jak ktoś, kto wy­ma­ga na­tych­mia­sto­wej po­mo­cy me­dycz­nej. Byłam świę­cie prze­ko­na­na, że pod­cię­ła sobie żyły czy coś i lada mo­ment wy­kor­ku­je. Po­gu­bi­łam się tez w dia­lo­gach. Kto mówi – To z prze­pra­co­wa­nia…? Ewa czy Ada? Nie­lo­gicz­ne jest też to, że ko­bie­ta wy­glą­da tak tra­gicz­nie, a sio­stra jak dyby nigdy nic robi her­ba­tę i uzna­je, że nic dziw­ne­go się nie dzie­je. takie tro­chę po­mie­sza­nie z po­plą­ta­niem w tym frag­men­cie.

 

OK, wy­glą­da­ła dziw­nie, ale sy­tu­acja/stan sio­stry szyb­ko wró­cił do normy. By dzwo­nić na po­go­to­wie też trze­ba do­wie­dzieć się o co cho­dzi. Czę­sto coś wy­glą­da groź­nie, ale mija. Też mia­łem po­dob­ne sy­tu­acje w życiu. Krew z pod­cię­tych żył by­ła­by wi­docz­na na ciele czy po­ście­li.

 

Przyj­mu­ję za­rzut, że hi­sto­rie o opę­ta­niach były wał­ko­wa­ne. Dla­te­go na­pi­sa­łem we wstę­pie, że znaj­dzie­my wątek kla­sycz­ne­go hor­ro­ru. Poza tym bar­dziej cho­dzi­ło mi o przed­sta­wie­nie Ady, prze­cięt­ne­go bo­ha­te­ra i jej pro­ble­mów ży­cio­wych, a opę­ta­nie było tylko do­dat­kiem.

Co do ste­reo­ty­po­wej dziew­czy­ny. Prę­dzej od­izo­lo­wa­na dziew­czy­na, słu­cha­ją­ca cięż­kiej mu­zy­ki/me­ta­lu (wno­sząc po stro­ju, choć nie jest to re­gu­ła) za­in­te­re­su­je się okul­ty­zmem czy bę­dzie miała skłon­no­ści sa­mo­bój­cze niż prze­cięt­na dzioł­cha z ulicy jakie mija się w hur­to­wych ilo­ściach ;) pa­trząc sta­ty­stycz­nie oczy­wi­ście!

 

Myślę, że do­dat­ko­wo, wszyst­ko psuje za­koń­cze­nie. “Za­mor­du­ję całą ro­dzi­nę… Bo tak.

 

Za­kła­da­jąc, że fak­tycz­nie demon ją opę­tał to nic dziw­ne­go, że z chę­cią chciał­by wy­mor­do­wać ludzi, mając oka­zję. Tym bar­dziej, że to ro­dzi­na osoby, którą opę­tał. Poza tym pa­trze­nie na czy­jeś szczę­śli­wie ukła­da­ją­ce się życie, gdy sa­me­mu się cier­pi? Różne chore rze­czy dzie­ją się na tym świe­cie…

 

Co do resz­ty – wpro­wa­dzi­łem po­praw­ki

 

po­zdra­wiam

No nie wiem, opo­wia­da­nie jest takie po­spo­li­te, zu­peł­nie nie dzia­ła jako hor­ror. W ogóle nie za­cie­ka­wia, może dla­te­go, że po­spo­li­ta jest bo­ha­ter­ka (wła­sci­wie nic o niej nie wiemy) jej życie, i wresz­cie sam demon. I samo za­koń­cze­nie, jest takie byle jakie, jakby au­to­ro­wi skoń­czy­ła się ener­gia do pi­sa­nia.

Dzię­ki za od­wie­dzi­ny i lek­tu­rę

Fajne :)

Przy­no­szę ra­dość :)

dzię­ki za od­wie­dzi­ny

Nowa Fantastyka