- Opowiadanie: Filip - Et in terra pax

Et in terra pax

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Biblioteka:

Użytkownicy, Użytkownicy II

Oceny

Et in terra pax

Pa­mię­tał ło­mo­ta­nie serca, gdy stło­cze­ni jeden obok dru­gie­go, jak kule w ma­ga­zyn­ku, cze­ka­li na roz­kaz. Zgra­bia­łe dło­nie kur­czo­wo, bo­le­śnie za­ci­skał na swoim ka­ra­bi­nie Lee-En­field. Ktoś mo­dlił się na głos, ktoś ostat­ni raz ca­ło­wał zdję­cie swo­jej dziew­czy­ny. Ri­chard, któ­re­go znał jesz­cze z ro­dzin­ne­go New­port, spoj­rzał na niego i uśmiech­nął się ner­wo­wo.

– Po­wo­dze­nia na górze, Tommy.

Bar­dzo chciał od­po­wie­dzieć uśmie­chem, lecz udało mu się tylko wy­wo­łać drob­ne drgnię­cie ką­ci­ków ust. Sku­pił pusty, nie­obec­ny wzrok na sza­lun­ku ścia­ny okopu przed sobą i wy­tę­żał wolę, by nie zwy­mio­to­wać żół­cią z pu­ste­go żo­łąd­ka. Usły­szał plusk kro­ków na błot­ni­stej ziemi. To młody po­rucz­nik z re­wol­we­rem w pra­wej dłoni i gwizd­kiem sy­gna­ło­wym w lewej prze­szedł mię­dzy nimi i zajął po­zy­cję przy dra­bi­nie. Był jed­nym z tych ofi­ce­rów, któ­rzy ra­czej mówią: “za mną”, niż: “na­przód”. Ale w tam­tej chwi­li nie czuł dla niego po­dzi­wu, czy przy­wią­za­nia, bo w miej­scu, gdzie po­wi­nien mieć uczu­cia, była tylko twar­da, zimna gula.

Pa­mię­tał za­kła­da­nie ba­gne­tu na broń i wy­so­ki, świ­dru­ją­cy dźwięk gwizd­ków. Za­ko­tło­wa­ło się i nie­mal w tym samym mo­men­cie usły­szał huk ka­ra­bi­no­wych wy­strza­łów. Za­ję­ło mu chwi­lę, nim zmu­sił cięż­kie jak z oło­wiu nogi do wdra­pa­nia się na górę. Po­wziąw­szy w końcu de­cy­zję, po­czuł pe­wien przy­pływ sił, gdy ści­ska­jąc ka­ra­bin, sku­lo­ny, za­czął biec w stro­nę oko­pów wroga. Obok niego pa­da­li ko­le­dzy i nie­zna­ni żoł­nie­rze, on jed­nak brnął dalej przez zwoje kol­cza­ste­go drutu, ka­łu­że błota, przez prze­ora­ną wo­jen­ny­mi bruz­da­mi, nagą zie­mię ni­czy­ją. 

Pa­mię­tał moź­dzie­rzo­wy gra­nat, który pękł z hu­kiem kilka jar­dów za jego ple­ca­mi. Po­dmuch go­rą­ce­go po­wie­trza rzu­cił go w lej po bom­bie. Sły­szał prze­cią­gły, iry­tu­ją­cy pisk, przez który prze­bi­ja­ły się z rzad­ka wy­bu­chy, ter­kot ka­ra­bi­nów i na­wo­ły­wa­nia żoł­nie­rzy. Leżąc na wznak, wi­dział jesz­cze przez chwi­lę białe, gru­dnio­we niebo, z któ­re­go pró­szył drob­ny śnieg. Potem osu­nął się w ciem­ność.

 

Gdy się ock­nął, świat ogar­nia­ła po­wo­li sza­rość wie­czo­ru. Od­gło­sy walki uci­chły, ustę­pu­jąc miej­sca krzy­kom ran­nych, jękom umie­ra­ją­cych, na­wo­ły­wa­niom, mo­dli­twom bądź zło­rze­cze­niu. Ro­zej­rzał się i zo­ba­czył dwa trupy, le­żą­ce wraz z nim w za­głę­bie­niu w ziemi. Jed­ne­mu gra­nat urwał nogę, a z brzu­cha wy­nu­rza­ły się zwoje jelit, drugi zaś leżał ma­ka­brycz­nie po­skrę­ca­ny, bez głowy. W po­wie­trzu uno­sił się mdlą­cy smród zgni­li­zny i ostry swąd pa­lo­ne­go ciała. Tego dla Tho­ma­sa było za wiele. Zwy­mio­to­wał i w pa­ni­ce spró­bo­wał pod­nieść się, by uciec jak naj­da­lej od tego zim­ne­go grobu, w któ­rym się znaj­do­wał. Wtedy oka­za­ło się, że jest jesz­cze go­rzej, bo nogi od­mó­wi­ły mu po­słu­szeń­stwa, cał­ko­wi­cie nie­wład­ne. Po­wo­li do­cie­rał do niego ból, za­czy­na­ją­cy się ostro trosz­kę po­wy­żej krzy­ża i roz­le­wa­ją­cy się na całe plecy. Czuł też na­ra­sta­ją­cy chłód, tylko nogi wy­da­wa­ły się cie­płe i… nie tyle nie­bo­le­sne, co nie­obec­ne. 

Po prze­ła­ma­niu po­cząt­ko­we­go nie­do­wie­rza­nia i stra­chu, spró­bo­wał pod­czoł­gać się na kra­wędź leja. Gdy jed­nak tylko tro­chę wy­chy­lił woj­sko­wą czap­kę, strą­cił mu ją z głowy ka­ra­bi­no­wy wy­strzał. Sto­czył się do ka­łu­ży na dnie za­głę­bie­nia. Prze­klął swoją głu­po­tę. Mógł prze­cież się do­my­ślić, że po roz­bi­ciu na­tar­cia, Niem­cy nie po­szli grzecz­nie schla­fen, tylko czu­wa­ją, wy­pa­tru­jąc naj­drob­niej­sze­go ru­cho­me­go punk­tu. Zro­zu­miał, że sam się stąd nie wy­ka­ra­ska. Jego po­ło­że­nie zro­bi­ło się na­praw­dę nie­cie­ka­we. Użył ko­szu­li po­le­głe­go to­wa­rzy­sza by, na­bi­ja­jąc skra­wek ma­te­ria­łu na swój ba­gnet, otrzy­mać za­im­pro­wi­zo­wa­ną flagę. Uniósł ją dla za­zna­cze­nia po­zy­cji i krzyk­nął w stro­nę swo­ich.

– Hej! Hej, chło­pa­ki, po­mo­cy! Tu Tho­mas Brown! Nie mogę się ru­szyć, nogi mam drę­twe!

Po­cząt­ko­wo od­po­wie­dzia­ła mu cisza. Po chwi­li jed­nak ku swo­jej ra­do­ści, usły­szał od­le­gły krzyk Ri­char­da.

– Tommy? Tommy, gdzie je­steś?!

– Tutaj! – Po­ma­chał ka­ra­bi­nem.

– Cze­kaj spo­koj­nie!

Przez dłu­gie mi­nu­ty, wy­da­ją­ce mu się wiecz­no­ścią, nic się nie dzia­ło. W końcu jed­nak usły­szał strza­ły ka­ra­bi­nów. Ostroż­nie wyj­rzał znad kra­wę­dzi leja. To chłop­cy z jego kom­pa­nii, ci któ­rzy prze­ży­li, osła­nia­li ogniem Ri­char­da, ru­sza­ją­ce­go na ra­tu­nek. Przy­ja­ciel biegł za­ko­sa­mi, nisko przy ziemi, po­szu­ku­jąc osłon. Od wy­kro­tu, do zwa­lo­ne­go drze­wa, od koń­skie­go trupa, do sa­mot­ne­go głazu. Był coraz bli­żej i już miał wsko­czyć do leja, gdy cel­nie mie­rzo­ny strzał prze­bił mu pierś. Tho­mas od­wró­cił wzrok, za­gryzł w roz­pa­czy palce i za­szlo­chał.

 

Ri­chie, Ri­chie… – po­wta­rzał w my­ślach, ude­rza­jąc po­ty­li­cą o roz­mo­kłą zie­mię. Drżał na ma­ja­czą­cą mu po­wo­li myśl, że przyj­dzie mu zgi­nąć w tej zim­nej, mo­krej dziu­rze. Mimo to po­wziął mocne po­sta­no­wie­nie, że drugi raz nie za­wo­ła. 

– Cho­ler­ny świat – rzekł gorz­ko do sie­bie. – Cho­ler­ni Hu­no­wie, cho­ler­ny rząd i ge­ne­ra­li­cja i, o ile w ogóle ist­nie­je, po sto­kroć cho­ler­ny Pan B…

Nie do­koń­czył, bo ktoś za­sło­nił mu usta. Tho­mas spró­bo­wał się szarp­nąć, ale usły­szał uspo­ka­ja­ją­ce, acz sta­now­cze:

– Ciii… nie bluź­nij. Je­steś u kresu. A przy­naj­mniej na skra­ju. – Zo­ba­czył ku­ca­ją­ce­go przy nim mło­de­go czło­wie­ka o ja­śnie­ją­cej, po­cią­głej twa­rzy o re­gu­lar­nych ry­sach, który po­ja­wił się jakby zni­kąd. Mło­dzie­niec miał dłu­gie, czar­ne, fa­lu­ją­ce włosy. Odzia­ny był w sza­fi­ro­wą tu­ni­kę, ha­fto­wa­ną złotą nicią i się­ga­ją­cą do kolan, skó­rza­ne san­da­ły i pas z pro­stym, ry­cer­skim mie­czem. Z ple­ców oso­bli­wej po­sta­ci wy­ra­sta­ła zaś para roz­ło­ży­stych, bia­łych skrzy­deł, któ­ry­mi ota­czał ich obu.

– Je­stem twoim anio­łem stró­żem, a ty je­steś na skra­ju. Zo­bacz. – Mło­dzie­niec wstał i za­to­czył krąg ręką.

Thom­so­wi za­par­ło dech. Spoj­rzał na wie­czor­ne niebo, nie­daw­no szare i za­snu­te jed­no­li­cie chmu­ra­mi, teraz pełne ja­śnie­ją­cych chó­rów aniel­skich, wzbi­ja­ją­cych się w górę spi­ra­la­mi i ka­ska­da­mi, zdob­nych sza­ta­mi o bar­wach tak ży­wych i nie­sa­mo­wi­tych, że raj­skie ptaki wy­glą­da­ły­by przy nich, jak polne wró­ble. Twa­rze du­chów były z jed­nej stro­ny ścią­gnię­te w bólu, z dru­giej zaś pełne go­re­ją­ce­go współ­czu­cia. I do­szedł go po­tęż­ny głos ich śpie­wu, mi­lion tonów pły­ną­cych har­mo­nij­nie, przej­mu­ją­co, od­bi­ja­ją­cych od­wiecz­ne pięk­no.

 

Mi­se­re­re, mi­se­re­re, mi­se­re­re…

 

Brzmia­ła pieśń prze­bła­gal­na, wzno­szą­ca się coraz wyżej i wyżej, ku nie­biań­skim świa­tłom. Ale to nie było wszyst­ko. Tho­mas uj­rzał drugi tłum anio­łów, cich­szy i mniej wspa­nia­ły, choć może przez to bliż­szy lu­dziom. Roili się w oko­pach, na ziemi ni­czy­jej, przy ran­nych, umie­ra­ją­cych, pła­czą­cych, przy zu­chwa­łych i trwoż­li­wych, do­wód­cach i pod­wład­nych, żół­to­dzio­bach i we­te­ra­nach. Wy­da­wa­ło się, że jest ich zbyt dużo, by mogli się zmie­ścić na ta­kiej po­wierzch­ni, a jed­nak byli i dzia­ła­li.

 

Mi­se­re­re…

 

Anioł po­cie­szał nie­miec­kie­go żoł­nie­rza, który stra­cił brata sta­cjo­nu­ją­ce­go o kilka mil dalej. Sol­dat do­wie­dział się o stra­cie z listu, który przy­szedł przed chwi­lą i był wi­docz­nie zdru­zgo­ta­ny. Szara, wy­chu­dzo­na twarz, za­pa­dłe, czar­ne oczy, w któ­rych chwiej­nie tliły się reszt­ki na­dziei. Stróż sta­rał się pod­trzy­my­wać te iskier­ki, roz­nie­cać do­bry­mi pod­szep­ta­mi, osła­niać jak pło­myk świecz­ki. Nawet nie­po­strze­że­nie po­pra­wił mu pi­kiel­hau­bę, by nie zo­stał zru­ga­ny przez ofi­ce­ra za nie­chluj­ny wy­gląd. Drob­nost­ka, która mo­gła­by prze­cież prze­peł­nić czarę go­ry­czy.

 

Mi­se­re­re…

 

Inny szep­tał do ucha wa­lij­skie­mu fi­zy­lie­ro­wi słowa dawno za­po­mnia­nej mo­dli­twy, któ­rej żoł­nie­rza przed laty na­uczy­ła bab­cia. Tho­mas wi­dział, jak modły, a może nawet bar­dziej myśl o domu, o bli­skich, spra­wia­ły, że dusza to­wa­rzy­sza broni krze­pła i ja­śnia­ła. Za­uwa­żył też sznu­ry bo­skich po­słań­ców, któ­rzy przy­by­wa­li ze wszyst­kich stron, z pie­czo­ło­wi­to­ścią nio­sąc w dło­niach jakby świa­tła lam­pio­nów.

– To mo­dli­twy, dobre słowa, wes­tchnie­nia i myśli – wy­ja­śnił ja­śnie­ją­cy mło­dzie­niec.

 

Mi­se­re­re…

 

Z za­chwy­ce­nia wy­rwał Tho­ma­sa szczęk oręża i głu­chy war­kot. Widok zmro­ził mu krew w ży­łach. Trze­wia­mi po­now­nie za­czę­ły wstrzą­sać kon­wul­sje, sil­niej­sze chyba nawet, niż wcze­śniej. Za­marł, mogąc je­dy­nie pa­trzeć. Stwór czar­ny jak sama pust­ka, ni pies, ni czło­wiek, po­ru­sza­ją­cy się na czte­rech koń­czy­nach, zbli­żał się do ciała Ri­char­da, który swój bieg za­koń­czył tak bli­sko celu. Demon ły­skał ob­sy­dia­no­wy­mi kłami, wbi­jał ogni­sty wzrok w zdo­bycz i już wy­cią­gał rękę, by po­rwać duszę przy­ja­cie­la do Pie­kła, kiedy spadł cios ogni­ste­go mie­cza.

– Precz, wężu! Precz, smoku! On nie twój! On bar­dzo umi­ło­wał, więc wiele mu wy­ba­czo­ne bę­dzie, precz!

Ka­ko­fo­nia uja­da­nia, syków, po­tę­pień­czych wrza­sków roz­le­gła się, gdy spod ziemi, w opa­rach siar­ki, za­czę­ły wy­cho­dzić ko­lej­ne po­two­ry, po­dob­ne pierw­sze­mu. Roz­bie­gły się po polu bitwy na żer. Aniel­ski hu­fiec odłą­czył się od jed­ne­go z chó­rów i ru­szył w bój. Stró­że zbi­ja­li się w grupy przy umie­ra­ją­cych żoł­nier­zach, pró­bu­jąc chro­nić ich przed pie­kiel­ny­mi za­ku­sa­mi. W niebo, prócz pie­śni, wzbił się teraz od­głos du­cho­wej walki.

 

I tylko jeden anioł nie śpie­wał: Mi­se­re­re…

 

Był wy­so­ki, o szla­chet­nej, nie­wzru­szo­nej twa­rzy bez ust. Rude włosy spły­wa­ły mu fa­la­mi na plecy. Odzia­ny w zbro­ję pły­to­wą ko­lo­ru sta­re­go złota, która ga­si­ła po­ci­ski de­mo­nów, jakby to były za­pał­ki rzu­ca­ne w mor­skie od­mę­ty. Uno­sił się nie­ru­cho­mo po­mię­dzy dwoma tłu­ma­mi anio­łów, po­mię­dzy zie­mią a nie­bem, na dwóch pa­rach skrzy­deł: sza­fi­ro­wej i bia­łej. W lewej dłoni trzy­mał ogni­sty miecz, długi jak on sam, w pra­wej zaś że­la­zną wagę. 

Słoń­ce scho­wa­ło się za ho­ry­zon­tem. Tho­mas uj­rzał, jak na nie­bie za­bły­sła pierw­sza gwiaz­da. Jej świa­tło, po­cząt­ko­wo nikłe, rosło i zwięk­sza­ło swą siłę, sta­jąc się wkrót­ce ośle­pia­ją­ce. Usły­szał pieśń zbli­ża­ją­ce­go się or­sza­ku du­chów, która wkrót­ce za­głu­szy­ła Mi­se­re­re:

 

Glo­ria in excel­sis Deo!

Et in terra pax ho­mi­ni­bus bonae vo­lun­ta­tis!

 

Na prze­dzie po­dą­żał uskrzy­dlo­ny, krzep­ki sta­rzec, z wło­sa­mi i brodą jak wełna. Jego dłu­gie, po­włó­czy­ste szaty były śnież­no­bia­łe, a skroń zdo­bi­ła po­je­dyn­cza, oliw­na ga­łąz­ka. Sta­nął przed zbroj­nym w miecz i wagę anio­łem. Ten po­kło­nił się i wzle­ciał w nie­bio­sa, opusz­cza­jąc pole bitwy. Sta­rzec zajął jego miej­sce i za­wo­łał do­no­śnym gło­sem:

– Oto zwia­stu­ję wam ra­dość wiel­ką! Dziś w mie­ście Da­wi­da uro­dził się wam Zba­wi­ciel, któ­rym jest Me­sjasz, Pan!

Nie­bie­skie za­stę­py pod­nio­sły ra­do­sny okrzyk, za­czy­na­jąc try­um­fo­wać i spy­chać de­mo­ny do pod­zie­mi. Anioł kon­ty­nu­ował:

– Je­stem Sza­lom-El, Pokój Boży! To mówi Pan Za­stę­pów: Oto na­de­szła go­dzi­na, gdy po­skro­mię wo­jow­ni­ka, jarz­mo na­ło­żę kró­lo­wi wsz­czy­na­ją­ce­mu gwałt. Na krót­ką chwi­lę przy­gnę ich karki, żeby zo­ba­czyć – może się opa­mię­ta­ją? Idź­cie więc, słu­dzy Pana Za­stę­pów. Idź­cie i czyń­cie pokój mię­dzy lu­da­mi, ro­zejm mię­dzy ję­zy­ka­mi!

 

Glo­ria in excel­sis Deo!

 

Tho­mas uj­rzał, jak de­mo­ny za­sła­nia­ją swe twa­rze i zni­ka­ją w ogni­stych roz­pa­dli­nach, za­wra­ca­jąc do pie­kieł. Po­rwa­ły ze sobą nie­któ­re dusze, lecz anio­ło­wie oca­li­li bar­dzo wielu żoł­nie­rzy i unie­śli w nie­bio­sa. Ku jego ra­do­ści, rów­nież bied­ny Ri­chie zo­stał za­bra­ny w stro­nę świa­tło­ści. Po sło­wach star­ca wśród du­chów za­pa­no­wa­ło wiel­kie po­ru­sze­nie. O ile zro­zu­miał, do­sta­li wła­śnie moc do­ko­ny­wa­nia więk­szej niż zwy­kle in­ge­ren­cji w świat. I za­mie­rza­li skwa­pli­wie z niej sko­rzy­stać. 

 

Glo­ria in excel­sis Deo!

 

Jeden z anio­łów w nie­miec­kich oko­pach ob­lu­zo­wał wieko skrzyn­ki tak, że wy­sy­pa­ły się z niej świe­ce. Horst po­my­ślał, że do­brze by­ło­by przy­ozdo­bić je czer­wo­ną wstąż­ką, którą ktoś, zu­peł­nie nie­po­trzeb­nie, wło­żył mu do kie­sze­ni, jesz­cze gdy ru­szał na front. Jak po­my­ślał, tak zro­bił, tym­cza­sem Jo­hann wy­trza­snął skądś za­pał­ki i zaraz wszyst­kie nagie, kar­ło­wa­te drzew­ka w za­się­gu, lśni­ły bla­skiem świec. Przy­wie­zio­no ko­la­cję. Kuch­ni udało się dziś na­go­to­wać gar praw­dzi­wej kawy. Twa­rze po­ja­śnia­ły, za­czę­ły się przy­ja­ciel­skie roz­mo­wy o domu, ro­dzi­nach po­zo­sta­wio­nych w kraju. Żoł­nie­rze peł­nią­cy wartę z za­sko­cze­niem i uśmie­chem przyj­mo­wa­li wcze­snych zmien­ni­ków, nio­są­cych im kawę.

 

Glo­ria in excel­sis Deo!

 

Po wa­lij­skiej stro­nie, po­mi­mo cięż­kich strat po­nie­sio­nych w na­tar­ciu, lu­dzie byli skłon­ni dać po­słuch krze­pią­cym szep­tom anio­łów. Wspo­mi­na­li ra­czej po­le­głych, niż ich opła­ki­wa­li. Rzew­ne­mu na­stro­jo­wi do­po­mo­gła z pew­no­ścią whi­sky, która za­czę­ła krą­żyć mię­dzy żoł­nie­rza­mi, za ci­chym przy­zwo­le­niem ofi­ce­rów. Ktoś za­in­to­no­wał Auld Lang Syne, od­da­jąc cześć to­wa­rzy­szom broni, któ­rzy ode­szli. Z kuch­ni po­lo­wej do­tarł so­lid­ny zapas jesz­cze pa­ru­ją­ce­go, śliw­ko­we­go pud­din­gu.

 

Glo­ria in excel­sis Deo!

 

Anio­ło­wie znik­nę­li a ból po­wró­cił ze zdwo­jo­ną siłą. Tho­mas jed­nak po­czuł się po­krze­pio­ny tym, czego wła­śnie był świad­kiem. Choć był jesz­cze nieco oszo­ło­mio­ny, serce już mu tak nie cią­ży­ło, a i wiel­ka gula w gar­dle gdzieś znik­nę­ła. Chciał coś zjeść i napić się kawy. Spoj­rzał na ziem­skie po­wło­ki wzię­tych do nieba żoł­nie­rzy. Teraz nie bu­dzi­ły już ta­kiej grozy. Wtem, od stro­ny nie­miec­kich oko­pów do­bie­gło go ciche: stil­le nacht, he­ili­ge nacht… Słu­chał jak urze­czo­ny, oczy za­lśni­ły wzru­sze­niem, a na ustach za­go­ścił od dawna nie wi­dzia­ny uśmiech.

– Za­po­mnia­łeś, jak śpie­wa się ko­lę­dy? – Usły­szał tuż przy uchu szept anio­ła stró­ża. Tho­mas za­śmiał się, od­chrząk­nął i mimo spie­czo­ne­go gar­dła, pod­jął ton bo­żo­na­ro­dze­nio­wej pie­śni.

 

Cicha noc, świę­ta noc

Pokój nie­sie lu­dziom wszem…

 

Roz­le­ga­ło się po oko­pach, coraz dalej i dalej w noc, bu­dząc w lu­dziach na­dzie­ję i nio­sąc po­cie­chę. Wkrót­ce, po­cząt­ko­wo po­je­dyn­czo i nie­pew­nie, póź­niej ca­ły­mi gru­pa­mi, żoł­nie­rze za­czę­li wy­cho­dzić na zie­mię ni­czy­ją i iść ku sobie. Już bez strze­la­ni­ny, bez pa­ra­li­żu­ją­ce­go stra­chu, lecz ufnie i życz­li­wo­ścią. Padły pierw­sze świą­tecz­ne ży­cze­nia i uści­ski dłoni. Roz­ma­wia­li ze sobą tak, jakby znali się od dawna. Po­ka­zy­wa­li zdję­cia bli­skich, wy­mie­nia­li po­dar­ki. Z rąk do rąk prze­cho­dzi­ła cze­ko­la­da, wino, pa­pie­ro­sy, a także gu­zi­ki, na­szyw­ki i czap­ki. Nie­któ­rzy wpi­sy­wa­li swoje ad­re­sy do no­tat­ni­ków i za­pra­sza­li do sie­bie, gdy już do­cze­ka­ją lep­szych, bar­dziej cy­wi­li­zo­wa­nych cza­sów.

Na Tho­ma­sa, dalej le­żą­ce­go w leju po bom­bie, na­tknę­ło się dwóch fi­zy­lie­rów. Męż­czy­zna ode­tchnął głę­bo­ko i bły­snął zę­ba­mi w uśmie­chu.

– No, chłop­cy. My­śla­łem już, że się was nie do­cze­kam.

 

Był dwu­dzie­sty czwar­ty grud­nia ty­siąc dzie­więć­set czter­na­ste­go roku, Wi­gi­lia. Chwi­la wy­tchnie­nia w Wiel­kiej Woj­nie, która, kto wie, może fak­tycz­nie mogła za­koń­czyć wszyst­kie wojny?

 

Glo­ria in excel­sis Deo!

Et in terra pax ho­mi­ni­bus bonae vo­lun­ta­tis!

Koniec

Komentarze

Cześć Fi­li­pie. 

Bar­dzo mi się to Twoje opo­wia­da­nie spodo­ba­ło. Po pierw­sze dla­te­go, że jest po pro­stu do­brze na­pi­sa­ne, świet­nie Ci wy­szło pole bitwy i wo­jen­na otocz­ka. Kiedy po­ja­wił się pierw­szy “ele­ment fan­ta­stycz­ny” (nie chcę spo­ilo­wać tym, któ­rzy za­czy­na­ją lek­tu­rę opo­wia­dań od ko­men­ta­rzy), pierw­szą moją re­ak­cją było “meh”, ale póź­niej już, ku­pi­łem całą resz­tę. Co praw­da do­sta­ję wy­syp­ki w re­ak­cji na re­li­gij­ne/re­li­gij­no-fan­ta­stycz­ne tre­ści i teraz też mnie letko sypło, ale chrza­nić to – ca­łość wy­szła po pro­stu ład­nie i nieco wzru­sza­ją­co nawet. 

Nie je­stem pe­wien, czy zła­pa­łem tutaj głów­ny prze­kaz, ale też nie będę o to wy­py­ty­wał i na­ma­wiał Cię na wy­ja­śnia­nie. I po­do­ba mi się za­koń­cze­nie. 

 

To chłop­cy z jego kom­pa­nii, ci któ­rzy prze­ży­li, osła­nia­li ogniem Ri­char­da, który ru­szał na ra­tu­nek.

Może tak? → To chłop­cy z jego kom­pa­nii, ci któ­rzy prze­ży­li, osła­nia­li ogniem Ri­char­da, ru­sza­ją­ce­go na ra­tu­nek.

 

Brzmia­ła pieśń prze­bła­gal­na

Hm. Ra­czej bła­gal­na.

 

Z za­chwy­ce­nia wy­rwał Tho­ma­sa szczęk oręża i głu­chy war­kot.

Ra­czej “Z za­chwy­tu”.

 

 

Nie­zły, bu­du­ją­cy na­pię­cie wstęp. Póź­niej jest już ciut go­rzej – od mo­men­tu po­ja­wie­nia się anio­łów akcja wy­tra­ca tempo i przy­zna­ję, że tro­chę ska­ka­łam przez aka­pi­ty. Na­pi­sa­ne jest nie­źle, ale fa­bu­lar­nie zu­peł­nie nie moje kli­ma­ty.

three go­blins in a trench coat pre­ten­ding to be a human

Dzię­ki za ko­men­ta­rze.

 

Ło­siot – Cie­szę się, że się po­do­ba­ło, po­mi­mo wy­syp­ki. Bałem się tro­chę wła­śnie tej in­ten­syw­no­ści mo­ty­wów re­li­gij­nych, ale jak widzę, da radę prze­żyć. 

Dzię­ki, że nie do­py­tu­jesz o wy­ja­śnie­nie głów­ne­go mo­ty­wu, bo mo­gło­by się skoń­czyć chyba wię­cej, niż wy­syp­ką. ;)

 

gra­vel – Po­wtó­rze­nie po­pra­wio­ne, dzię­ki.

 

Pieśń zo­sta­je prze­bła­gal­na, zde­cy­do­wa­nie.

 https://sjp.pwn.pl/doroszewski/przeblagalny;5482623.html

 

“Za­chwy­ce­nie” za­miast “za­chwy­tu” to tro­chę taki re­li­gij­ny żar­gon. Wy­stę­pu­je np. w Bi­blii Gdań­skiej w kon­tek­ście wi­dze­nia św. Jana. Taki za­chwyt plus mi­stycz­ne prze­ży­cia re­li­gij­ne, ob­ja­wie­nia. Tak przy­naj­mniej ro­zu­miem to słowo w tym przy­pad­ku.

Okej, mi po pro­stu te dwa słowa dziw­nie brzmią w tych kon­tek­stach ;)

three go­blins in a trench coat pre­ten­ding to be a human

Ro­zu­miem. Dzię­ku­ję za uwagi. :)

Nie prze­ko­nał mnie ten tekst. Może gdy­byś nie wal­nął na ko­niec kon­kre­tem, może gdyby anio­ło­wie nie byli tak do­słow­ni?

Bu­du­jesz na­strój bez­na­dziei w oko­pach, a potem do­wia­du­je­my się, że to gru­dzień 1914 – tro­chę za wcze­śnie na aż taką eska­la­cję po­czu­cia, że to Wiel­ka Wojna. Wells użył sfor­mu­ło­wa­nia “the war to end war” zaraz po wy­bu­chu I wojny, tak, ale ono wtedy miało inne zna­cze­nie, po­nie­waż nikt w 1914 roku nie spo­dzie­wał się, że wojna za­to­czy aż tak sze­ro­kie kręgi, bę­dzie trwa­ła tak długo i okaże się aż takim kosz­ma­rem. Z re­aliów można wnio­sko­wać, że je­ste­śmy na fron­cie za­chod­nim, gdzie od 1915 roku za­czy­na się wojna na wy­czer­pa­nie i mam wra­że­nie, że do­pie­ro wtedy, zwłasz­cza po pierw­szych za­sto­so­wa­niach broni che­micz­nej, Twój na­strój miał­by rację bytu (nie­za­leż­nie od hi­sto­rycz­no­ści sy­tu­acji).

No a sama scena z anio­ła­mi nie­ste­ty też mnie wy­bi­ła z rytmu, bo jest zbyt do­słow­na, zbyt pa­te­tycz­na. Sam po­mysł opi­sa­nia świąt w oko­pach by mi się pew­nie po­do­bał, ale gdyby ten ele­ment nad­przy­ro­dzo­ny był choć­by tro­chę mniej jed­no­znacz­ny.

 

Edyta z kom­pu­te­ra, nie ko­mór­ki. Irka już wy­pi­sa­ła błąd w schla­fen, więc do­rzu­cam za­pa­mię­ta­ny nie­po­trzeb­ny prze­ci­nek:

 

Po sło­wach star­ca[-,] wśród du­chów za­pa­no­wa­ło wiel­kie po­ru­sze­nie.

http://altronapoleone.home.blog

Po­do­ba mi się, że wy­ko­rzy­sta­łeś au­ten­tycz­ne wy­da­rze­nia przy pi­sa­niu swo­je­go opka. Praw­dę po­wie­dziaw­szy, gdy­bym nie wie­dzia­ła, że to nie­for­mal­ne za­wie­sze­nie broni rze­czy­wi­ście miało miej­sce, mój od­biór Two­je­go tek­stu byłby pew­nie inny. Bo scena z anio­ła­mi rze­czy­wi­ście jest pa­te­tycz­na, a to z re­gu­ły wy­wo­łu­je u mnie od­ruch obron­ny. Jed­nak tamte wy­da­rze­nia wy­da­ją mi się na tyle nie­sa­mo­wi­te, że anio­ły jakoś tu pa­su­ją i nie wy­wo­łu­ją moich pro­te­stów.

Do­brze mi się czy­ta­ło, na­praw­dę fajny tekst Ci wy­szedł. :)

Ode mnie kli­czek. :)

 

shla­fen

Schla­fen.

 

Mło­dzie­niec miał dłu­gie, czar­ne, fa­lo­wa­ne włosy

Jakoś to nie brzmi, może fa­lu­ją­ce.

 

 

Chcia­ła­bym w końcu prze­czy­tać coś opty­mi­stycz­ne­go!

Dzię­ku­ję za ko­lej­ne ko­men­ta­rze.

 

dra­ka­ina – Zga­dzam się co do pa­te­tycz­no­ści sceny z anio­ła­mi. To zna­czy, ona w za­ło­że­niu miała być pa­te­tycz­na i ba­ro­ko­wa. Naj­więk­szą in­spi­ra­cją był tu obraz Hansa Mem­lin­ga “Sąd Osta­tecz­ny” (wiem, to nie barok). W za­my­śle miało to po­ka­zać ogrom i za­zna­czyć wagę tego, co nie­wi­docz­ne, kon­flik­tu “gó­ra-dół” i jaki wpływ ma na świat ma­te­rial­ny. 

Co do do­słow­no­ści anio­łów, to znów, taki był za­mysł. Chcia­łem przed­sta­wić je do­słow­nie, wręcz or­ga­nicz­nie, jako peł­no­praw­nych człon­ków wy­da­rzeń, ma­ją­cych duży wpływ na to, co dzie­je się w świe­cie wi­dzial­nym. 

Od­no­śnie na­stro­ju bez­na­dziei w oko­pach, ow­szem, jest to wcze­sna faza wojny, choć po fia­sku planu Schlief­fe­na zdą­ży­ła już prze­ro­dzić się w wojnę po­zy­cyj­ną, z całym uro­kiem za­sie­ków, wy­ko­rzy­sta­nia na sze­ro­ką skalę ka­ra­bi­nów ma­szy­no­wych, rzu­ca­nia mas pie­cho­ty na umoc­nio­ne po­zy­cje bez więk­sze­go po­my­ślun­ku. Za­uważ pro­szę, że po­mi­mo trze­co­oso­bo­wej nar­ra­cji, sku­piam się na po­je­dyn­czym żoł­nie­rzu, a on już miał w ogóle pełne prawo czuć bez­na­dzie­ję wie­dząc, że za chwi­lę z dużym praw­do­po­do­bień­stwem może zgi­nąć w bar­dzo bo­le­sny i nie­przy­jem­ny spo­sób. In­ny­mi słowy, przed uży­ciem broni che­micz­nej ogień z broni ma­szy­no­wej nie był mniej strasz­ny.

Prze­ci­nek usu­wam. ;)

 

Ir­ka­_Luz – Dzię­ku­ję za ko­men­tarz i klika. Cie­szę się, że się po­do­ba­ło. Oj, widzę że z tym pa­to­sem ba­lan­su­ję na kra­wę­dzi. ;)

Na tle dzia­łań wo­jen­nych, każde ludz­kie za­cho­wa­nie ro­śnie do rangi sym­bo­lu i na­bie­ra szcze­gól­nej wy­mo­wy, zwłasz­cza dwu­dzie­ste­go czwar­te­go grud­nia. I tyle by mi wy­star­czy­ło.

Pew­nie dla­te­go nalot anio­łów i wy­peł­za­nie be­stii zdało mi się wy­eks­po­no­wa­ne nad­mier­nie, a przy tym zbyt pod­nio­słe i pełne pa­to­su.

Wiem, miał być ele­ment fan­ta­stycz­ny, ale od­nio­słam wra­że­nie, że do po­ja­wie­nia się nie­bie­skich za­stę­pów pa­trzy­łam na bar­dzo ład­nie ubra­ną cho­in­kę, która nagle zo­sta­ła przy­kry­ta nie­wia­ry­god­ną wręcz masą la­me­ty, a ta prze­sło­ni­ła gwiazd­ki, bomb­ki, łań­cu­chy i ła­ko­cie. Wi­dzia­łam tylko aniel­skie włosy.

 

Za­ję­ło mu chwi­lę, nim zmu­sił… ―> Trwa­ło chwi­lę, nim zmu­sił

 

Twa­rze du­chów były z jed­nej stro­ny ścią­gnię­te w bólu, z dru­giej zaś pełne go­re­ją­ce­go współ­czu­cia. ―> Czy tu aby nie miało być: …pełne go­rą­ce­go współ­czu­cia.

Go­re­ją­cy to ina­czej pło­ną­cy.

 

na dwóch pa­rach skrzy­deł: sza­fi­ro­wej bia­łej. ―> Jeśli do­brze ro­zu­miem, anioł miał dwie pary skrzy­deł, ale to nie pary miały okre­ślo­ną barwę, a skrzy­dła, więc chyba: …na dwóch pa­rach skrzy­deł: sza­fi­ro­wychbia­łych.

Gdyby ci, któ­rzy źle o mnie myślą, wie­dzie­li co ja o nich myślę, my­śle­li­by o mnie jesz­cze go­rzej.

Przy­kro mi, ale bar­dzo mę­czą­ce było dla mnie to opo­wia­da­nie – i wcale nie przez jego “cięż­ki” temat.

Po­czą­tek był bar­dzo obie­cu­ją­cy i co naj­waż­niej­sze cał­kiem do­brze na­pi­sa­ny, jed­nak­że od mo­men­tu w któ­rym po­ja­wił się anioł, opo­wia­da­nie stało się pła­skie i wła­śnie mę­czą­ce. Przy­po­mi­na­ło mi tro­chę buk­su­ją­cy w bło­cie sa­mo­chód – koła się kręcą, a sa­mo­chód stoi w miej­scu. Opi­su­jesz i opi­su­jesz, słowa płyną, ale nic z nich nie wy­ni­ka – akcja się nie po­su­wa do przo­du, świat się nie roz­ja­śnia. 

A prze­sła­nie? No cóż, też nie prze­ko­nu­je.

Jeśli komuś się wy­da­je, że mnie tu nie ma, to spie­szę po­wia­do­mić, że mu się wy­da­je.

Po­do­ba­ła mi się ta opo­wieść, cho­ciaż w dru­giej czę­ści mo­ra­li­za­tor­stwo prze­szka­dza i tro­chę przy­tła­cza. Być może same suche fakty mia­ły­by więk­szą siłę eks­pre­sji miast emo­cjo­nal­nych wy­krzyk­ni­ków i eg­zal­ta­cji ;) Jak to mówią, “nie ma rymu, ale jest sens”. Prze­sła­nie i za­koń­cze­nie prze­ko­nu­je.

Dzię­ki za ko­men­ta­rze. Czyli wy­glą­da na to, że prze­szar­żo­wa­łem z anio­ła­mi, ge­ne­ral­nie. ;) No nic. Bę­dzie nauka na przy­szłość. @re­gu­la­to­rzy, po­praw­ki wpro­wa­dzę, dzię­ki. :)

Zbie­giem oko­licz­no­ści ostat­nio fejs mi pod­rzu­cił w ra­mach mnó­stwa ob­ser­wo­wa­nych stron hi­sto­rycz­nych re­la­cję z tej “oko­po­wej wi­gi­lii” – była tam nie­sa­mo­wi­ta scena, jak jeden z żoł­nie­rzy, poza tym śpie­wak ope­ro­wy, śpie­wał ko­lę­dę. To robi więk­sze wra­że­nie niż za­stę­py anio­łów.

http://altronapoleone.home.blog

Cho­ler­nie smut­ny tekst. Nie tylko ze wzglę­du na koń­ców­kę, nawet takie dro­bia­zgi, jak to, że anioł prze­wa­ża­ją­cy w bi­twie ma imię “Pokój” jest swego ro­dza­ju iro­nią – py­ta­nie czy przez au­to­ra za­mie­rzo­ną.

Cie­ka­wie wy­szło też to, że cała wizja z anio­ła­mi wcale nie musi być do­słow­na, jak to ode­bra­ła Dra­ka­ina i jak sam przy­zna­jesz, chcia­łeś zro­bić. To rów­nie do­brze może być wizja cięż­ko ran­ne­go żoł­nie­rza. W sumie je­dy­ne, czego tu na­praw­dę bra­kło, to brudu pola bitwy. Jest za to bar­dzo mocne wra­że­nie, ze nawet anio­ło­wie nie mają moż­li­wo­ści peł­nej ochro­ny nie­któ­rych żoł­nie­rzy.

Mo­ment ko­lę­do­wa­nia i dzie­le­nia się – tu mozna róż­nie oce­niać, moim zda­niem wy­szedł do­brze, zwłasz­cza bio­rąc pod uwagę, ze to coś bar­dzo trud­ne­go do opi­sa­nia (wcale nie przez limit, nad­miar opisu nie zro­bił­by tu do­brze, wy­szedł­by ra­czej jak próba tłu­ma­cze­nia).

 

Czy ja do­brze ko­ja­rze, że taka bitwa z chwi­lo­wą prze­rwą od walk w Wi­gi­lię fak­tycz­nie się od­by­ła? Jeśli tak, czy mo­żesz przy­po­mnieć, o które star­cie cho­dzi­ło? Bo coś ko­ła­cze w gło­wie, ale nie wiem czy to nie jakaś “le­gen­da”.

 

Pod Ypres, tym samym, które rok póź­niej miało za­sły­nąć z pierw­sze­go w hi­sto­rii uży­cia gazów bo­jo­wych.

http://altronapoleone.home.blog

Heh, co tym bar­dziej na­da­je ostat­niej sce­nie bo­le­sne­go ak­cen­tu.

Prze­czy­ta­łam.

"Myślę, że jak czło­wiek ma w sobie tyle nie­sa­mo­wi­tych po­my­słów, to musi zo­stać pi­sa­rzem, nie ma rady. Albo do czub­ków." - Jo­na­than Car­roll

Tekst bie­rze na warsz­tat bar­dzo cie­ka­we wy­da­rze­nie, za to plus. Po­czą­tek i ko­niec – nie­złe. Scena z anio­ła­mi tro­chę zbyt do­sad­na.

Ładne :)

Przy­no­szę ra­dość :)

Wła­ści­wie mo­gła­bym po­wtó­rzyć ko­men­tarz Zyg­fry­da. Mia­łeś cie­ka­wy po­mysł, wia­ry­god­nie przed­sta­wi­łeś wy­da­rze­nia na polu bitwy. Tro­chę zgrzy­ta­ło w sce­nie z anio­ła­mi i de­mo­na­mi, która wy­da­ła mi się zbyt pa­te­tycz­na. Szko­da, że nie przed­sta­wi­łeś istot fan­ta­stycz­nych w inny spo­sób niż ogól­nie znany. Jed­nak ca­łość zde­cy­do­wa­nie na plus, zgła­szam do bi­blio­te­ki.

Hmmm. Nie prze­mó­wi­ło do mnie.

Sama nie wiem, czy to z po­wo­du pa­to­su, mo­ra­li­za­tor­stwa, czy jesz­cze cze­goś in­ne­go. No, wy­glą­da w moich oczach jak ka­te­chet­ka prze­ko­nu­ją­ca dzie­ci przed pierw­szą ko­mu­nią, że cuda się zda­rza­ją.

Bab­ska lo­gi­ka rzą­dzi!

Dzię­ku­ję za wszyst­kie ko­men­ta­rze. Na przy­szłość biorę sobie do serca nie prze­gi­na­nie z pa­to­sem. Ale może warto wró­cić do wo­jen­nej te­ma­ty­ki w takim razie.

Hej,

 

cie­ka­we uka­za­nie dość zna­nej hi­sto­rii, o ile do­brze pa­mię­tam, po ten motyw się­gnął takę Whar­ton, a jego hi­sto­rię sfil­mo­wa­no.

 

Patos mi w Two­jej hi­sto­rii nie prze­szka­dza, myślę, że sta­no­wi dobrą prze­ciw­wa­gę dla grozy, brudu i stra­chu, któ­rym prze­peł­nio­na jest wojna. Ca­łość mi się po­do­ba :)

 

Jakiś twist na końcu pew­nie mógł­by zo­sta­wić efekt “wow”, być może rów­nież nieco wy­róż­nić Twoją hi­sto­rię, nadać jej Twój au­tor­ski wy­dźwięk.

 

Po­zdra­wiam z grud­nia 2020!

 

 

Che mi sento di morir

Nowa Fantastyka