- Opowiadanie: Artemisia - Pętla

Pętla

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Pętla

hasło: wro­dzo­na nad­wraż­li­wość

 

 

Tram­waj hu­czał i dy­go­tał, pę­dząc przez ciem­ność.

Każdy hałas od­bi­jał się w gło­wie Ewe­li­ny bo­le­snym echem i nawet mu­zy­ka w słu­chaw­kach nie była w sta­nie go za­głu­szyć. Dziew­czy­na wci­snę­ła twarz w mokry sza­lik i przy­mknę­ła po­wie­ki. Było koło sie­dem­na­stej, pią­tek, po­pu­lar­na trasa, więc ścisk dawał się we znaki. Szcze­gól­nie ta­kiej oso­bie jak Ewe­li­na. Ostre żółte świa­tło, za­pach potu i per­fum, szum gło­sów zle­wa­ją­cy się w do­kucz­li­we brzę­cze­nie. Nigdy nie czuła się do­brze w tłu­mach; przy­tła­czał ją na­tłok bodź­ców, twa­rzy, ko­mu­ni­ka­tów, onie­śmie­la­ły obce twa­rze. Jesz­cze miała tak chu­jo­wy dzień. Boże, taki chu­jo­wy.

Sta­nął przy niej jakiś męż­czy­zna. Na­uczo­na przy­krym do­świad­cze­niem, uda­wa­ła, że go nie widzi. Do­pie­ro po chwi­li zo­rien­to­wa­ła się, że coś do niej mówi i to już pe­wien czas. Nie­chęt­nie wy­ję­ła jedną słu­chaw­kę z ucha i pod­nio­sła wzrok.

– Słu­cham?

Męż­czy­znę na chwi­lę za­tka­ło, więc mogła do­kład­niej mu się przyj­rzeć. Mógł­by być jej dziad­kiem – zu­peł­nie siwy, w kurt­ce khaki, z wy­sta­ją­cym brzu­chem i zmarszcz­ka­mi dez­apro­ba­ty wokół oczu. Od­kaszl­nął z po­tę­pie­niem. Ewe­li­na aż skrzy­wi­ła się w duchu.

– Cóż – po­wie­dział sucho. – Mó­wi­łem, że już dawno chcia­łem się przy­wi­tać, bo my się tu tak in­te­gru­je­my, a pani…

Ewe­li­nę prze­szył zimny dreszcz. Po­nie­waż jed­nak była zde­cy­do­wa­nie zbyt miła, nie prze­rwa­ła od razu.

– …no bo wi­dzi­my, że pani tak sama, a skoro jesz­cze spę­dzi­my tu tro­chę czasu, to można się przed­sta­wić, my tu na przy­kład z panią Mał­go­rza­tą…

– Mhm, nie dzię­ku­ję, mój przy­sta­nek, do wi­dze­nia – wy­du­si­ła z sie­bie ledwo sły­szal­nie, prze­śli­zgu­jąc się pod ra­mie­niem męż­czy­zny.

Gwał­tow­nie prze­pchnę­ła się na tył tram­wa­ju, to­ru­jąc sobie drogę ple­ca­kiem i wzbu­dza­jąc po­iry­to­wa­ne po­mru­ki. Wci­snę­ła się w kąt na schod­kach, przy nie­otwie­ra­ją­cych się drzwiach. Pod­krę­ci­ła mu­zy­kę gło­śniej i za­mknę­ła oczy, w końcu ła­piąc od­dech.

Te­le­fon za­wi­bro­wał, sy­gna­li­zu­jąc na­dej­ście wia­do­mo­ści.

*

Mżaw­ka stu­ka­ła lekko w szybę po­jaz­du, jak nie­mra­we palce wy­gry­wa­ją­ce me­lo­dię – jakby stwo­rzo­ną, żeby do­pro­wa­dzić Ewe­li­nę do sza­leń­stwa. Wy­łą­czy­ła apli­ka­cję z wia­do­mo­ścia­mi, gdzie trzy na­tar­czy­we znaki za­py­ta­nia po­na­gla­ły ją do od­po­wie­dzi. Pod­krę­ci­ła mu­zy­kę, naj­bar­dziej pre­ten­sjo­nal­ne, na­sto­lat­ko­we emo, jakie tylko mogła zna­leźć. Udało jej się przy­cup­nąć w ostat­nim rzę­dzie sie­dzeń, mię­dzy dwie­ma ko­bie­ta­mi w śred­nim wieku – za­hu­ka­ną bru­net­ką i far­bo­wa­ną blon­dyn­ką z siat­ką po­ma­rań­czy. Z ust śpią­ce­go męż­czy­zny na­prze­ciw­ko bu­cha­ły jej w twarz opary al­ko­ho­lu. Jakaś wsta­wio­na grupa chło­pa­ków śmia­ła się gło­śno.

Dla­cze­go, ka­to­wa­ła się ryt­micz­nie, dla­cze­go, dla­cze­go nigdy nie po­tra­fię po­wie­dzieć tego co trze­ba?

– Hej! – wrza­snął ktoś.  

Ewe­li­na pod­nio­sła wzrok. Po­staw­ny, ły­sie­ją­cy męż­czy­zna walił w za­mknię­te drzwi tram­wa­ju i darł się wnie­bo­gło­sy.

– Hej! Chcę wy­siąść! Sły­szysz, zje­bie? Wy­puść mnie, chcę wy­siąść! 

W jego gło­sie sły­chać było roz­pacz. Pew­nie pi­ja­ny, po­my­śla­ła Ewe­li­na, z lek­kim nie­sma­kiem ob­ser­wu­jąc, jak męż­czy­zna prze­dzie­ra się w stro­nę ka­bi­ny mo­tor­ni­cze­go, nadal wy­wrza­sku­jąc obe­lgi.

– Czy on nie wie – po­wie­dzia­ła dziw­nie mar­two bru­net­ka – że i tak nie wy­sią­dzie?

Słowa za­wi­sły po­nu­ro w po­wie­trzu i Ewe­li­na wzdry­gnę­ła się mi­mo­wol­nie. Ko­bie­ta z po­ma­rań­cza­mi wes­tchnę­ła. Męż­czy­zna za­czął sztur­mo­wać ka­bi­nę mo­tor­ni­cze­go, bez skut­ku. Ktoś pró­bo­wał go od niej od­cią­gnąć.

Ekran te­le­fo­nu roz­ja­śnił się i wy­pluł dymek z wy­mow­nym „I jak?”. Ewe­li­na wes­tchnę­ła i z cięż­kim ser­cem wy­stu­ka­ła ocze­ki­wa­ną od­po­wiedź.

Tram­waj skrę­cił gwał­tow­nie. Chyba wje­chał na pętlę. Ewe­li­na pró­bo­wa­ła doj­rzeć coś za szybą, ale wi­dzia­ła tylko swoje od­bi­cie w męt­nym żół­tym świe­tle.

*

W pod­sta­wów­ce grały z ko­le­żan­ka­mi w taką grę. „Gdy­bym była”. „Gdy­bym była zwie­rzę­ciem, by­ła­bym ży­ra­fą”, takie tam rze­czy. Nie­któ­re oszu­ki­wa­ły i na­zy­wa­ły się rze­cza­mi, któ­ry­mi chcia­ły­by być, a nie z któ­ry­mi na­praw­dę się utoż­sa­mia­ły. Ewe­li­na też zresz­tą.

No to teraz szcze­rze, bez wci­ska­nia kitu. Gdyby była de­se­rem, by­ła­by za­wi­nię­tym w sie­bie śli­ma­kiem z cy­na­mo­nem. Gdyby była owo­cem, by­ła­by zgnie­cio­nym, pry­ska­nym mango z Bie­dron­ki, z dala od swo­jej na­tu­ral­nej stre­fy kli­ma­tycz­nej. Gdyby była ro­śli­ną, by­ła­by mi­mo­zą – tą, która pod wpły­wem do­ty­ku zwija li­ście.

Tram­waj ko­ły­sał się mia­ro­wo, cza­sem opa­da­jąc z szarp­nię­ciem. Wła­śnie przy takim szarp­nię­ciu młody, nie­ogo­lo­ny wy­ro­stek, któ­re­mu przy­pa­try­wa­ła się kątem oka, spoj­rzał na nią i mru­gnął po­ro­zu­mie­waw­czo.

– Pa­trzysz na krze­sło?

Ewe­li­na drgnę­ła tak gwał­tow­nie, że pra­wie spa­dła z sie­dze­nia. Jak nic, mi­mo­za.

– Mmhm, tak.

Chło­pak za­miast zwy­kłe­go sie­dze­nia zaj­mo­wał bo­wiem cięż­kie, drew­nia­ne krze­sło. Do tego po­kry­te skom­pli­ko­wa­ny­mi rzeź­bie­nia­mi i kwie­ci­stą ta­pi­cer­ką. Dwóch ko­le­gów po­moc­nie trzy­ma­ło za rzeź­bio­ne gałki u wez­gło­wia, chro­niąc przed upad­kiem. Wszy­scy wy­glą­da­li na nieco, jak to się mówi, nie bar­dzo.

– Mar­cin je­stem – przed­sta­wił się Mar­cin.

– Mhm – wy­do­by­ła z sie­bie Ewe­li­na. – Ewe­li­na.

– Wszyst­ko gra?

Unio­sła brwi, za­sko­czo­na.

– Słu­cham?

Mar­cin w obron­nym ge­ście uniósł ręce. Odzia­ne w nar­ciar­skie rę­ka­wi­ce.

– Wy­glą­dasz na smut­ną. Ten te­le­fon. I wzdy­chasz dużo. I w ogóle. Już któ­ryś raz to widzę.

Ewe­li­nie zdało się nagle, że w tram­wa­ju jest dziw­nie cicho, więc rzu­ci­ła okiem na po­zo­sta­łych pa­sa­że­rów. Jakaś star­sza ko­bie­ta szyb­ko od­wró­ci­ła wzrok. Ewe­li­na po­czu­ła się tro­chę nie­swo­jo. Ści­szy­ła głos.

– No, tak. To nie jest mój dzień, że tak po­wiem.

Mar­cin prze­chy­lił ja­jo­wa­tą głowę. Ko­le­ga po jego lewej le­ni­wie zwi­jał pa­ra­gon w tutkę. Gwar w tram­wa­ju znowu wez­brał, po­dob­nie, z ja­kie­goś nie­wy­tłu­ma­czal­ne­go po­wo­du, słowa w ustach Ewe­li­ny. Może dla­te­go, że tak długo nie miała tego komu po­wie­dzieć, a oczy Mar­ci­na, choć lekko za­mglo­ne, pa­trzy­ły z za­in­te­re­so­wa­niem.

– Jakby to po­wie­dzieć… za bar­dzo się wszyst­kim przej­mu­ję. To chyba głów­na przy­czy­na. Tak prze­ży­wam każde krzy­we spoj­rze­nie, że zro­bię wszyst­ko, żeby go nie do­świad­czyć. Ro­zu­miesz?

Po­ki­wał fi­lo­zo­ficz­nie głową.

– Nie bar­dzo.

Och.

– No tak. – Skrzy­żo­wa­ła ra­mio­na na pier­si. – O co cho­dzi z tym krze­słem?

– Aaa, no wła­śnie. – Mar­cin ewi­dent­nie ucie­szył się ze zmia­ny te­ma­tu. – No wła­śnie nie wiemy. To zna­czy, nie pa­mię­ta­my. Nikt z nas nie pa­mię­ta, skąd je mamy. Co nie, chło­pa­ki?

Jeden z chło­pa­ków po­waż­nie ski­nął głową.

– Ni chuja.

Ewe­li­na chrząk­nę­ła.

– No, to chyba nie­zła im­pre­za była.

– No, dosyć. – Mar­cin uśmiech­nął się tro­chę zbyt sze­ro­ko. – No i tak sobie sie­dzi­my i roz­k­mi­nia­my. Nawet nie cho­dzi o to, żeby komuś oddać, no bo już nie od­da­my, co nie, ale tak sobie za­bi­ja­my czas, kiedy…

Jeden z ko­le­gów szturch­nął go mocno.

– Tego mia­łeś nie mówić – wy­sy­czał.

– Aaa, no, praw­da. – Mar­cin klep­nął się w czoło tak mocno, że aż się skrzy­wił. – No, to od­da­my, oczy­wi­ście, że od­da­my – po­wie­dział ze sztucz­ną we­so­ło­ścią.

Ewe­li­na uśmiech­nę­ła się nie­pew­nie. Wy­ko­rzy­sta­ła mo­ment, w któ­rym Mar­cin zbie­rał myśli i dys­kret­nie zmie­ni­ła miej­sce.

*

Błoto na bu­tach zdą­ży­ło już za­schnąć. Ewe­li­na po­ru­szy­ła jed­nym i dru­gim bot­kiem. Gu­mo­wy uchwyt wy­śli­zgi­wał jej się ze spo­co­nej ręki. Wy­pu­ści­ła ze świ­stem po­wie­trze, pró­bu­jąc ze­pchnąć dud­nie­nie tram­wa­ju na tył głowy.

Spoj­rza­ła w stro­nę ka­bi­ny mo­tor­ni­cze­go. Nie­bie­skie oczy w lu­ster­ku spo­koj­nie śle­dzi­ły prze­su­wa­ją­ce się tory.

Ewe­li­na zer­k­nę­ła na wy­świe­tlacz te­le­fo­nu. Pią­tek, po­my­śla­ła le­ni­wie. Znowu.

*

Tępo prze­le­cia­ła wzro­kiem in­sta­gra­mo­we­go feeda. Zda­wa­ło jej się, że wszyst­ko już wi­dzia­ła.

Każde słowo wy­sła­nej wła­śnie wia­do­mo­ści prze­cho­dzi­ło teraz przez młyny jej nad­po­bu­dli­we­go mózgu.  Brak wiel­kich liter (miało być non­sza­lanc­ko, może wy­szło sztucz­nie?), źle po­sta­wio­ny prze­ci­nek, uśmiech­nię­ta emot­ka, na prze­mian zda­ją­ca się głu­pia, zbyt en­tu­zja­stycz­na, zbyt sta­ro­mod­na. No i treść. Treść cią­ży­ła Ewe­li­nie ni­czym, po­zo­sta­jąc przy me­ta­fo­rze, ka­mień młyń­ski u szyi.

Pró­bo­wa­ła prze­ko­nać się, że zro­bi­ła do­brze. Nie po­tra­fi­ła. Zi­gno­ro­wa­ny in­stynkt wył jak zra­nio­ne zwie­rzę.

Prze­bie­gła pu­stym wzro­kiem po pa­sa­że­rach. Była w tram­wa­ju. Znowu. Cza­sem zda­wa­ło jej się, że więk­szość życia spę­dza w do­jaz­dach. Tym razem stała w naj­bar­dziej znie­lu­bio­nym miej­scu, w wą­skim przej­ściu mię­dzy sie­dze­nia­mi. Spu­ści­ła wzrok na dłoń sie­dzą­cej obok star­szej ko­bie­ty. Ewe­li­na prze­chy­li­ła głowę. Po­marsz­czo­na ręka sta­rusz­ki po­kry­ta była za­pi­ska­mi zro­bio­ny­mi nie­bie­skim atra­men­tem. Dziew­czy­na unio­sła brwi. Sama czę­sto za­pi­sy­wa­ła sobie na dłoni coś, co ko­niecz­nie mu­sia­ła za­pa­mię­tać, nigdy nie wi­dzia­ła jed­nak cze­goś ta­kie­go u osoby star­szej. Z tej od­le­gło­ści nie mogła od­cy­fro­wać liter; zda­wa­ło jej się jed­nak, że widzi po­gru­bio­ny, nieco znie­kształ­co­ny przez zmarszcz­ki i błę­kit­ne żyły znak nie­skoń­czo­no­ści.

Do­pie­ro po chwi­li zo­rien­to­wa­ła się, że sta­rusz­ka za­uwa­ży­ła jej spoj­rze­nie. Do­zna­ła dziw­ne­go uczu­cia déjà vu.

Ko­bie­ta uśmiech­nę­ła się do niej miło. Miała tur­ku­so­wy płasz­czyk, kra­cia­stą wa­li­zecz­kę przy nodze i nieco prze­rze­dzo­ne siwe włosy. Mię­dzy licz­ny­mi zmarszcz­ka­mi błysz­cza­ły przy­jem­nie by­stre oczy.

– Nie przej­muj się, ko­cha­nie. Dużo ludzi zwra­ca na to uwagę. – Po­tar­ła za­pi­sa­ny kciuk. – Cza­sem ko­niecz­nie trze­ba coś za­pa­mię­tać, a to trud­ne. Jesz­cze w moim wieku…

Ewe­li­na nie­pew­nie od­wza­jem­ni­ła uśmiech.

– Szko­da, że „pa­pier” już nie taki. – Ko­bie­ta pu­ści­ła oko.

Ewe­li­na wciąż się uśmie­cha­ła, nie­pew­na, co od­po­wie­dzieć. Mimo apa­ry­cji po­ciesz­nej sta­rusz­ki pa­sa­żer­ka pa­trzy­ła nie­po­ko­ją­co prze­ni­kli­wie.

– Coś cię trapi, ko­cha­nie?

Dziew­czy­na ro­ze­śmia­ła się nie­pew­nie.

– Nie. Dla­cze­go?

– Wy­da­jesz się bar­dzo prze­ję­ta. – Spoj­rze­nie sta­rusz­ki stało się tro­chę zbyt świ­dru­ją­ce.

Ewe­li­na od­ru­cho­wo przy­ję­ła obron­ną pozę.

– Wszyst­ko w po­rząd­ku, dzię­ku­ję.  

Ko­bie­ta cze­ka­ła chwi­lę. Kiedy zo­ba­czy­ła, że Ewe­li­na nie ma ocho­ty na zwie­rze­nia, uśmiech­nę­ła się tylko, jakby tro­chę smut­no.

– To do­brze. Prze­pra­szam.

*

Dziew­czy­na od­wró­ci­ła się tyłem do kie­run­ku jazdy; prak­tycz­nie przy­tu­lo­na do żół­te­go uchwy­tu i swo­je­go te­le­fo­nu. Mał­go­rza­ta, usa­do­wio­na przy ka­bi­nie mo­tor­ni­cze­go, mogła więc przy­pa­try­wać się jej bez prze­szkód.

– Nie wiem, po co się tak ba­wi­my – burk­nął Ru­dolf, a zmarszcz­ki przy oczach jesz­cze mu się po­głę­bi­ły. – Chyba pra­wie wszy­scy już wie­dzą. 

Mał­go­rza­ta wes­tchnę­ła, nie spusz­cza­jąc wzro­ku z ple­ców Ewe­li­ny.

– Szko­da dziew­czy­ny. Taka mło­dziut­ka.

Ru­dolf prych­nął po­gar­dli­wie.

– I co z tego? Dzi­siaj mło­dzi to takie de­li­ka­te­sy. Po­wiesz jedno słowo i dwa mie­sią­ce u te­ra­peu­ty, żeby sobie z tym po­ra­dzić.

Anka, młoda pun­kó­wa ze wście­kle nie­bie­ską grzy­wą, prze­wró­ci­ła wy­ma­lo­wa­ny­mi ocza­mi. Nogę w gla­nie non­sza­lanc­ko opar­ła o an­tycz­ne krze­sło z kwie­ci­stym obi­ciem.

– Okej, bo­omer.

– Pro­szę?

– Ru­dolf, bez urazy, gdyby ktoś tak do mnie za­ga­dał w tram­wa­ju, chyba da­ła­bym mu w jaja.

Ru­dolf aż syk­nął z obu­rze­nia.

– Nawet nie po­dej­rze­wa­łem, że jesz­cze można się nie zo­rien­to­wać. Poza tym – wy­ce­dził chłod­no – to było bar­dzo. Po­wta­rzam: bar­dzo nie­kul­tu­ral­ne. Przy­po­mi­nam o na­szej róż­ni­cy wieku, młoda…

– Swoją drogą, to nie­sa­mo­wi­te, że jesz­cze się nie zo­rien­to­wa­ła – gład­ko zi­gno­ro­wa­ła go Anka.

– Jest taka za­to­pio­na w my­ślach – mruk­nę­ła Mał­go­rza­ta.

Po­wo­li roz­pro­sto­wa­ła palce po­marsz­czo­nej, po­kry­tej nie­bie­ski­mi li­te­ra­mi ręki. My­śla­ła nad czymś w sku­pie­niu, tylko marsz­cząc brwi, gdy trzech męż­czyzn z krze­słem dys­ku­to­wa­ło zbyt gło­śno. De­ba­to­wa­li nad po­cho­dze­niem mebla. Znowu. Wła­ści­wie de­ba­ta trwa­ła odkąd Mał­go­rza­ta się­ga­ła pa­mię­cią.

– No bo – mówił po­wo­li Mar­cin, jakby nie chciał zgu­bić wątku. – To na pewno nie jest nasze krze­sło, co nie?

Jeden z jego ko­le­gów po­krę­cił głową.

– Ni chuja – stwier­dził ka­te­go­rycz­nie.

Ru­dolf po­słał im cięż­kie spoj­rze­nie.

– Wciąż nie widzę po­wo­du, dla któ­re­go mamy trzy­mać to w ta­jem­ni­cy – po­wie­dział sucho.

– Więk­szość z nas nie wie, co musi zro­bić. – Mał­go­rza­ta po­now­nie zgię­ła palce. – Po dziew­czyn­ce widać, że coś się stało. Może je­dy­ne czego po­trze­bu­je to roz­mo­wa, zro­zu­mie­nie?

– No do­brze – nie pod­da­wał się Ru­dolf – nie są­dzi­cie, że ła­twiej bę­dzie nam to zna­leźć, kiedy po­wie­my jej, że musi to zna­leźć?

Mał­go­rza­ta wes­tchnę­ła.

– Cza­sem za­sta­na­wiam się – po­wie­dzia­ła po­wo­li – czy tak bez­po­śred­nie uświa­da­mia­nie nie­któ­rych nie było błę­dem. – Mach­nę­ła ręką, uci­sza­jąc Ankę, która już otwie­ra­ła usta. – Nie was. Pięk­nie sobie ra­dzi­cie. – Uśmiech­nę­ła się słabo. – Ale nie­któ­rzy znie­śli to go­rzej.

Wszy­scy spoj­rze­li na pełen tram­waj. Wła­ści­cie­le krze­sła gło­śno my­śle­li nad tym, czy krze­sło ukra­dli czy ku­pi­li, bo było w zbyt do­brym sta­nie, żeby za­bra­li je ze śmiet­ni­ka. Dużo osób sie­dzia­ło jed­nak cicho, pu­stym wzro­kiem pa­trząc w okna. Bru­net­ka w śred­nim wieku mia­ro­wo i bez­sku­tecz­nie na­ci­ska­ła guzik otwie­ra­nia drzwi.

– By­ła­byś bar­dzo sa­mot­na – po­wie­dzia­ła Anka cicho.

– W każ­dym razie. – Mał­go­rza­ta wy­pro­sto­wa­ła się na tyle, na ile po­zwa­la­ły na to bo­lą­ce stawy. – Mamy moż­li­wość eks­pe­ry­men­tu. Po­mo­cy bez trau­ma­ty­zo­wa­nia dziew­czy­ny. Może uda jej się wy­siąść spo­koj­nie.

Spoj­rze­li w stro­nę ka­bi­ny mo­tor­ni­cze­go. Oczy w lu­ster­ku, tym razem duże i piwne, od­wza­jem­ni­ły spoj­rze­nie, po czym spo­koj­nie zwró­ci­ły się z po­wro­tem ku torom.

Każde z nich wie­dzia­ło jed­nak, bo spraw­dzi­li to już wie­lo­krot­nie, że ka­bi­na jest pusta.

*

Na­praw­dę się sta­ra­li.

Po trzech po­raż­kach po­sta­no­wi­li wy­słać Ankę. Nikt nie do­ga­da z młodą dziew­czy­ną tak jak młoda dziew­czy­na, praw­da? Anka miała wąt­pli­wo­ści, była bo­wiem z na­tu­ry i na­wy­ku onie­śmie­la­ją­ca. Obie­ca­ła jed­nak, że spró­bu­je.

Po­de­szła śmia­łym kro­kiem do Ewe­li­ny, za­wi­sła nad nią całym swoim metr sie­dem­dzie­siąt sie­dem i huk­nę­ła:

– Siema, masz po­wer­ban­ka?

Ewe­li­na, jak można było przy­pu­ścić, sku­li­ła się w sobie i wy­mam­ro­ta­ła, że prze­pra­sza, ale nie ma. Anka na chwi­lę stra­ci­ła ra­chu­bę, ale szyb­ko rzu­ci­ła bra­wu­ro­wo:

– To mogę sko­rzy­stać z two­je­go te­le­fo­nu? Mój się roz­ła­do­wał, a muszę do kogoś na­pi­sać. Super, dzię­ki, je­steś ko­cha­na.

Ewe­li­na tro­chę po­we­se­la­ła. Anka eks­pre­syj­nie wy­stu­ka­ła wia­do­mość, wciąż za­le­wa­jąc dziew­czy­nę po­to­kiem słów.

– Bar­dzo po­do­ba mi się twój płaszcz, gdzie ku­pi­łaś? Okej, ze wzglę­dów etycz­nych tam nie ku­pu­ję, ale ładny. To za­brzmia­ło oce­nia­ją­co? Mam na­dzie­ję, że nie za­brzmia­ło oce­nia­ją­co. Cho­dzisz do szko­ły, stu­diu­jesz?

Mał­go­rza­ta i Ru­dolf ob­ser­wo­wa­li to wszyst­ko, ona z na­dzie­ją, on chmur­nie; przez cały prze­jazd miał zresz­tą par­szy­wy humor. Od pierw­szej pętli, kiedy oskar­żył Ankę o oszu­ki­wa­nie w kółko i krzy­żyk na za­pa­ro­wa­nej szy­bie, aż do psio­cze­nia na tego okrop­ne­go pi­ju­sa, który cią­gle śpi, dar­mo­zjad jeden. Teraz znowu pod­jął temat Ewe­li­ny.

– Ja bym się tak nie cac­kał – burk­nął. – Z moimi dzieć­mi też się tak nie cac­kał… – urwał.

Mał­go­rza­ta wie­dzia­ła czemu, więc mil­cza­ła. Spu­ści­ła wzrok na swoje dło­nie, po­kry­te gęstą sie­cią nie­bie­skie­go atra­men­tu. Z nieco już roz­ma­za­ne­go gąsz­czu można było wy­ło­wić kilka wy­ra­zów. Pa­mię­ta­ła, jak je za­pi­sy­wa­ła, naj­pierw tknię­ta wra­że­niem, że coś jej umyka; póź­niej coraz czę­ściej, coraz bar­dziej go­rącz­ko­wo. Pa­mię­ta­ła sa­mot­ne brnię­cie przez mgli­ste wspo­mnie­nia, dziw­nie zna­jo­me twa­rze, ko­lej­ne ele­men­ty skła­da­ją­ce się w ca­łość, wy­do­by­wa­nie się z le­tar­gu ciem­no­ści, go­rą­ca i mia­ro­we­go dud­nie­nia. „Nie za­trzy­mu­je”, „pętla”à „za­po­mnie­nie”, „krze­sło”, „zni­ka­ją”, „krzyk”, „szkło”, „wy­pa­dek?”.

– Może to krze­sło We­ro­ni­ki? – nie pod­da­wał się tym­cza­sem Mar­cin. – By­li­śmy u ja­kiejś We­ro­ni­ki, praw­da?

Ru­dolf wcią­gnął gwał­tow­nie po­wie­trze i zanim Mał­go­rza­ta zdą­ży­ła go po­wstrzy­mać, ze­rwał się i za­wisł nad chło­pa­kiem.

– Czy nie mo­że­cie dać spo­ko­ju z tym krze­słem?! Nie­od­po­wie­dzial­ni gów­nia­rze! Pew­nie któ­ryś usiadł i był tak wcię­ty, że wstał i po­szedł z krze­słem przy dupie!

Twarz Mar­ci­na po­wo­li za­czę­ła się roz­ja­śniać.

– Rze­czy­wi­ście! Tak! Pa­mię­tam! Krzy­siek, to było w tej ka­wiar­ni, co nie? Tej ta­kiej ele­ganc­kiej, co nas z niej wy­rzu­ci­li?

Krzy­siek zmru­żył oczy.

– Cze­kaj. Tej ta­kiej z me­bla­mi dziw­ny­mi?

– No!

Krzy­siek uśmiech­nął się od ucha do ucha w na­głym oświe­ce­niu.

– Ty, rze­czy­wi­ście! I od­ru­cho­wo wzią­łem ze sobą krze­sło, a za­po­mnia­łem kurt­ki.

Ru­dolf opadł na sie­dze­nie koło Mał­go­rza­ty, po­ko­na­ny. Tram­waj po­wo­li za­czął skrę­cać.

*

Ewe­li­na zmru­ży­ła oczy. Wy­so­ka dziew­czy­na z ja­skra­wo­nie­bie­ski­mi wło­sa­mi o wy­glą­dzie pun­kó­wy uśmie­cha­ła się nie­na­tu­ral­nie sze­ro­ko.  

– Czy my się nie znamy? – po­wie­dzia­ła Ewe­li­na po­wo­li.

Dziew­czy­na za­mru­ga­ła.

– Jeż­dżę czę­sto tą trasą w sumie.

– Ach, moż­li­we. Cze­kaj, może nawet…

– Po­wer­bank – wtrą­ci­ła pun­kó­wa szyb­ko. – Pa­mię­tasz? Py­ta­łam cię o po­wer­ban­ka jakiś czas temu. Po­ży­czy­łaś mi te­le­fon.

– Rze­czy­wi­ście – po­wie­dzia­ła Ewe­li­na po­wo­li. – Hm. Prze­pra­szam, mo­żesz po­wtó­rzyć py­ta­nie?

– Czego słu­chasz?

Ewe­li­na zer­k­nę­ła na te­le­fon, nieco spło­szo­na.

– Za bar­dzo sły­chać?

– Nie, nie – rzu­ci­ła pun­kó­wa szyb­ko. – Po pro­stu je­stem cie­ka­wa.

– My Che­mi­cal Ro­man­ce? – bar­dziej za­py­ta­ła niż stwier­dzi­ła Ewe­li­na.

Kącik ust pun­kó­wy drgnął w wy­ra­zie po­gar­dy. Szyb­ko się jed­nak opa­no­wa­ła.

– O, lubię ich – po­wie­dzia­ła nie­szcze­rze. – Tak pytam, bo my­śla­łam, że może coś smut­ne­go, taka je­steś za­my­ślo­na. Lubię smut­ne rze­czy.

Brwi Ewe­li­ny wę­dro­wa­ły coraz wyżej.

– Nie, nic ta­kie­go.

– Ach. No to, hm, wszyst­ko do­brze?

Ewe­li­na za­ci­snę­ła usta.

– Czę­sto sły­szę to py­ta­nie ostat­nio – rzu­ci­ła oschle. – Tak, wszyst­ko do­brze.

Te­le­fon za­wi­bro­wał. Z ulgą spoj­rza­ła na wy­świe­tlacz, ale ką­ci­ki ust szyb­ko opa­dły jej w dół.

 – Prze­pra­szam, muszę od­pi­sać – rzu­ci­ła me­cha­nicz­nie.  

Pun­kó­wa po­sta­ła nad nią jesz­cze chwi­lę, bo czym wes­tchnę­ła i ode­szła.

*

Ru­dolf chuch­nął na szybę, żeby za­pa­ro­wa­ła. Na­ry­so­wał kilka linii do gry w kółko i krzy­żyk. Obej­rzał się na tram­waj, dziw­nie cichy i pusty.

– Nie wie­rzę – po­wie­dział, krę­cąc głową.

Mał­go­rza­ta ze smut­kiem spoj­rza­ła w miej­sce, gdzie ostat­nio sie­dzie­li wła­ści­cie­le krze­sła. Nie było ani wy­rost­ków, ani mebla.

– No cóż, taka kolej rze­czy – po­wie­dzia­ła. – Będę za nimi tę­sk­nić.

Ru­dolf mach­nął nie­cier­pli­wie ręką.

– Krzy­żyk na drogę. Nie mogę uwie­rzyć, że to było wszyst­ko, co mu­sie­li skoń­czyć. Cho­ler­ne krze­sło. – Po­now­nie po­krę­cił głową.

– Każdy ma swoje spra­wy – spró­bo­wa­ła Mał­go­rza­ta.

– Ka­ta­rzy­na mu­sia­ła skoń­czyć pracę ma­gi­ster­ską i osią­gnąć na­uko­wą sa­tys­fak­cję. Mi­chał mu­siał od­słu­chać igno­ro­wa­ne wia­do­mo­ści od byłej żony i zro­zu­mieć, że ją kocha. Ta z po­ma­rań­cza­mi przy­zna­ła, że od lat gryzą ją po­peł­nio­ne oszu­stwa fi­nan­so­we. A oni… – Ru­dolf mach­nął bez­sil­nie ręką. – Mu­sie­li przy­po­mnieć sobie, skąd wzię­li krze­sło.

Anka par­sk­nę­ła śmie­chem. Za­ło­ży­ła nogę na nogę i z dziu­ry w dżin­sach wy­do­sta­ło się gołe ko­la­no.

– Może po­wi­nie­neś sku­pić się na sobie?

Ru­dolf prych­nął gniew­nie, z dez­apro­ba­tą pa­trząc na jej spodnie.

– Po­waż­nie. – Anka skrzy­żo­wa­ła ręce na pier­siach. – Każdy pró­bu­je sobie jakoś pomóc, ale nigdy nie wi­dzia­łam, żebyś pró­bo­wał zna­leźć swoją przy­czy­nę tego gówna.

– Może dla­te­go, że nic wam do moich przy­czyn? – od­pa­ro­wał Ru­dolf.

Za­pa­dła krót­ka cisza.

– Zresz­tą – rzu­cił tro­chę mniej gniew­nie – może nie­któ­rych rze­czy nie da się na­pra­wić. Nie, kiedy sie­dzi się w tej pusz­ce.

Cisza prze­cią­gnę­ła się nie­przy­jem­nie.

– Jak idzie z małą? – spy­ta­ła wresz­cie Mał­go­rza­ta.

– Fa­tal­nie – po­wie­dzia­ła Anka szyb­ko. – Jezu. Nie mam po­ję­cia jak ją po­dejść. Jeśli po­trze­bu­je roz­mo­wy, to źle to widzę bez uświa­do­mie­nia jej.

Mał­go­rza­ta wes­tchnę­ła.

– To na­stą­pi wcze­śniej czy póź­niej, Gosiu – po­wie­dzia­ła Anka ła­god­nie.

Tram­waj skrę­cił ostro. Wszy­scy umil­kli, cze­ka­jąc, aż za­to­czy pełne okrą­że­nie na pętli. Koła za­zgrzy­ta­ły po­tę­pień­czo, świa­tło w ze­psu­tej lamp­ce za­mi­go­ta­ło, kor­pus zgiął się jak gą­sie­ni­ca i po chwi­li tram­waj przy­spie­szył, ru­sza­jąc przed sie­bie.

W tyle po­jaz­du Ewe­li­na za­mru­ga­ła, ro­zej­rza­ła się pół­przy­tom­nie i z po­wro­tem za­to­pi­ła w te­le­fo­nie.

*

Ru­dolf po­trze­bo­wał chwi­li sa­mot­no­ści. W tram­wa­ju było to prak­tycz­nie nie­moż­li­we, oczy­wi­ście, za­szył się jed­nak naj­le­piej jak mógł, z przo­du po­jaz­du. Dla­te­go gdy ktoś klap­nął na sie­dze­nie na­prze­ciw­ko, w pierw­szym od­ru­chu chciał po­słać mu pio­ru­nu­ją­ce spoj­rze­nie. Gromy za­mar­ły jed­nak, gdy Ru­dolf pod­niósł wzrok na twarz in­tru­za.

Ewe­li­na była po­grą­żo­na w te­le­fo­nie, oczy­wi­ście. Pa­trzy­ła w ekran ze zmarsz­czo­ny­mi brwia­mi. Mó­wi­ła coś bez­gło­śnie. Ru­dolf sie­dział jak na szpil­kach i zaraz skar­cił się za tę ner­wo­wość.

– Jasne czy pew­nie – mruk­nę­ła cicho Ewe­li­na.

W Ru­dol­fa nagle coś wstą­pi­ło.

– Pew­nie – po­wie­dział.

Ewe­li­na pod­nio­sła wzrok. Ru­dolf od­chrząk­nął, za­kło­po­ta­ny.

– Jeśli chce pani wie­dzieć, co le­piej brzmi – sko­ry­go­wał tak grzecz­nie, jak tylko mógł – to wy­brał­bym pew­nie. Brzmi… no cóż, pew­niej.

Ewe­li­na pa­trzy­ła na niego przez chwi­lę. Uśmiech­nę­ła się słabo.

– Gdy­bym tylko była tak pewna – po­wie­dzia­ła dziew­czy­na.

Ru­dolf skrzy­wił się w duchu na ten prze­jaw nie­kon­kret­no­ści i roz­mem­ła­nia. Zmu­sił się jed­nak do wy­ro­zu­mia­ło­ści.

– Może w takim razie le­piej nie od­pi­sy­wać od razu – za­su­ge­ro­wał.

Po­krę­ci­ła głową, spusz­cza­jąc wzrok.

– Wtedy chyba nigdy nie od­pi­szę. 

Mil­cze­li przez chwi­lę.

– Coś waż­ne­go?

Ewe­li­na za­wa­ha­ła się. Ru­dol­fa ude­rzy­ło, że naj­pew­niej była w wieku jego star­sze­go wnuka. Ostat­nio wi­dział go jesz­cze jako dziec­ko. Coś za­kłu­ło go w pier­si. 

– Cóż – za­czę­ła dziew­czy­na opor­nie. – Ktoś pyta mnie o pomoc. Wła­ści­wie o zro­bie­nie cze­goś za niego. Taki pro­jekt. To duża rzecz, zo­bo­wią­za­nie na ko­lej­ne pół roku.

– I chce pani to zro­bić?

Ewe­li­na za­mknę­ła oczy.

– Nie. Wła­ści­wie bar­dzo nie chcę.

Ru­dolf nie wie­dział co od­po­wie­dzieć. Sam nigdy nie miał ta­kich pro­ble­mów i tro­chę ra­zi­ło go to nie­zde­cy­do­wa­nie.

– Coś panią zmu­sza do zro­bie­nia tego? – za­czął po­wo­li. – Lubi pani tę osobę?

– Nie. – Ewe­li­na po­krę­ci­ła głową. – Nie. Nie mam żad­ne­go po­wo­du, żeby się zgo­dzić. A jed­nak wiem, że się zgo­dzę. – Bez­sil­nie prze­je­cha­ła ręką po twa­rzy. – Wiem, że w końcu ule­gnę, bo nie chcę na­ra­zić się na utra­tę sym­pa­tii. To ża­ło­sne, ale tak zro­bię.

Ru­dolf za­sta­no­wił się przez chwi­lę. Kie­dyś wzgar­dził­by tym jako sła­bo­ścią. Ale teraz…

– Co naj­chęt­niej by pani na­pi­sa­ła? – rzu­cił po chwi­li za­sta­no­wie­nia.

Ewe­li­na za­mru­ga­ła, za­sko­czo­na.

– Mogę za­kląć?

Ru­dolf ski­nął głową z roz­ba­wie­niem.

– Żeby spier­da­lał.

Ru­dolf na­chy­lił się do niej po­waż­nie.

– To niech pani to zrobi. Może nie do­słow­nie tymi sło­wa­mi. Ale pro­szę to zro­bić. Bez za­sta­no­wie­nia. Teraz.

Ewe­li­na spoj­rza­ła na niego zdu­mio­na.

– Pro­szę. Zanim znowu za­cznie pani o tym my­śleć.

Wa­ha­ła się.

– Nie bę­dzie pani ża­ło­wać, za­pew­niam. Szcze­gól­nie – prze­łknął ślinę – jeśli w na­stęp­nym pół­ro­czu zda­rzy się coś cie­ka­we­go.  

Ewe­li­na za­ci­snę­ła usta i od­pi­sa­ła coś szyb­ko. Za­blo­ko­wa­ła te­le­fon i ode­tchnę­ła głę­bo­ko. Ru­dolf uśmiech­nął się mi­mo­wol­nie. Spoj­rze­li na sie­bie i po jej twa­rzy też prze­mknął uśmiech.

Do­pie­ro po chwi­li zo­rien­to­wa­li się, że tram­waj stoi.

Ewe­li­na nie­pew­nie spoj­rza­ła w ciem­ność za oknem. Za­mru­ga­ła. 

– To chyba mój przy­sta­nek – po­wie­dzia­ła.

Ru­dolf ro­zej­rzał się po po­zo­sta­łych pa­sa­że­rach. Trwa­li za­mro­że­ni w bez­ru­chu. Anka z za­cię­tą miną zer­ka­ła na ja­kie­goś chło­pa­ka, który za­stygł z usta­mi sze­ro­ko roz­war­ty­mi w śmie­chu. Mał­go­rza­ta sie­dzia­ła, wpa­trzo­na z za­du­mą w okno.

Ewe­li­na wy­da­wa­ła się tym nie­po­ru­szo­na. Uśmiech­nę­ła się do niego nie­pew­nie.

– No to… do wi­dze­nia. Dzię­ku­ję.

Ru­dolf otwo­rzył i za­mknął usta. Znowu spoj­rzał w kie­run­ku Mał­go­rza­ty, czu­jąc, jak w gar­dle ro­śnie mu wiel­ka gula. Zer­k­nął w stro­nę ka­bi­ny mo­tor­ni­cze­go. Wy­da­ło mu się, że oczy w lu­ster­ku pa­trzą pro­sto na niego. Być może Ru­dolf do­pi­sy­wał sobie coś, co chciał zo­ba­czyć, ale brwi zda­wa­ły się unie­sio­ne po­na­gla­ją­co.

– To… – ode­zwał się po­wo­li – to chyba też mój przy­sta­nek.

Ewe­li­na zmarsz­czy­ła brwi, ale ski­nę­ła głową. Wsta­ła, za­rzu­ca­jąc ple­cak na ramię i ru­szy­ła w stro­nę drzwi. Otwo­rzy­ły się ze zgrzy­tem.

Ru­dolf wstał i na mięk­kich no­gach pod­szedł do Mał­go­rza­ty. Do­tknął lekko jej ra­mie­nia, ale nie za­re­ago­wa­ła. Po­trzą­snął nią gwał­tow­nie, ale jej ciało było bez­wład­ne, jak u lalki. Ru­dolf czuł, jak oczy za­czy­na­ją go piec. Zer­k­nął w stro­nę drzwi, wciąż za­pra­sza­ją­co otwar­tych. Po­ma­rań­czo­wa la­tar­nia rzu­ca­ła na przy­stan­ko­wą wiatę man­da­ryn­ko­we świa­tło. Resz­ta była po­grą­żo­na w nie­na­tu­ral­nej ciem­no­ści.

Od­wró­cił się do Mał­go­rza­ty.

– Nie­dłu­go – po­wie­dział, chyba bar­dziej do sie­bie niż do niej. Może tro­chę chciał się uspra­wie­dli­wić, kto wie.

Ode­tchnął, od­wró­cił się i po­wo­li, na mięk­kich no­gach wy­siadł z tram­wa­ju.

 

Koniec

Komentarze

Cześć. Na po­czą­tek garść uwag. Za­zna­czam, że to mój punkt wi­dze­nia i wcale nie mu­sisz go ak­cep­to­wać.

Każdy hałas od­bi­jał się w gło­wie Ewe­li­ny bo­le­snym echem i nawet mu­zy­ka w słu­chaw­kach nie była w sta­nie go za­głu­szyć. Dziew­czy­na wci­snę­ła twarz w mokry sza­lik i przy­mknę­ła po­wie­ki.

Kreśl słowa, które nie są po­trzeb­ne. Im wię­cej ich wy­ła­piesz, tym lep­szy bę­dzie tekst.

Sta­nął przy niej jakiś męż­czy­zna.

Wy­da­je mi się, że nar­ra­tor po­wi­nien wie­dzieć, kim jest facet. 

Pod­krę­ci­ła mu­zy­kę gło­śniej i za­mknę­ła oczy, w końcu ła­piąc od­dech.

[…]

Pod­krę­ci­ła mu­zy­kę,

Tutaj nawet nie rzecz w tym, że od­no­szę wra­że­nie po­wtó­rze­nia. Po­patrz. Chcia­ła za­głu­szyć ha­ła­sy w tram­wa­ju, więc mu­sia­ła słu­chać gło­śno, potem znów pod­krę­ci­ła dźwięk, a potem w krót­kim cza­sie znów. Tro­chę mi to zgrzy­ta lo­gicz­nie.

Dla­cze­go, ka­to­wa­ła się ryt­micz­nie, dla­cze­go, dla­cze­go nigdy nie po­tra­fię po­wie­dzieć tego co trze­ba? 

Jedno zda­nie i dwa ro­dza­je nar­ra­cji. Nie bar­dzo też ro­zu­miem, jak można ka­to­wać się ryt­micz­nie. Je­dy­ne wy­ja­śnie­nie to w okre­ślo­nym ryt­mie. Ale tutaj nie pa­su­je. Zresz­tą, gdyby wy­rzu­cić to zda­nie, opko nie­wie­le stra­ci. :-) 

 – Hej! – wrza­snął jakiś głos.

Nie zga­dzam się. Głos nie może wrza­snąć. Ewe­li­na mogła usły­szeć głos. Ktoś (naj­le­piej kon­kret­ny ktoś) mógł wrza­snąć.

 – Mmhm, tak. – Spu­ści­ła wzrok na rze­czo­ne.

Nie wiem na co spu­ści­ła wzrok.

 – Mar­cin je­stem – przed­sta­wił się Mar­cin.

– Mhm – wy­do­by­ła z sie­bie Ewe­li­na. – Ewe­li­na.

Tutaj wy­szedł Ci nie­zły “po­two­rek” :-) Może tak:

– Mar­cin je­stem – przed­sta­wił się.

– Ewe­li­na – od­par­ła.

 

Poza tym nie je­stem fanem wszyst­kich tych “Mmhm, ekh, khmy”. To spraw­dza się w ko­mik­sach. W pro­zie wy­pa­da dźwię­ki na­zwać, albo opi­sać. 

 

Może dla­te­go, że tak długo nie miała tego komu po­wie­dzieć, a oczy Mar­ci­na, choć lekko za­mglo­ne, pa­trzy­ły z za­in­te­re­so­wa­niem.

– Jakby to po­wie­dzieć… za bar­dzo się wszyst­kim przej­mu­ję. To chyba głów­na przy­czy­na. Tak prze­ży­wam każde krzy­we spoj­rze­nie, że zro­bię wszyst­ko, żeby go nie do­świad­czyć. Ro­zu­miesz?

Po­ki­wał fi­lo­zo­ficz­nie głową.

– Nie bar­dzo.

Po­sta­wi­łem się na miej­scu dziew­czy­ny i za­sta­no­wi­łem się, czy tak bym się za­cho­wał. Czy od­krył­bym naj­więk­szą ta­jem­ni­cę przed kimś kom­plet­nie nie­zna­nym w tram­wa­ju, w sy­tu­acji, kiedy nie mam ocho­ty z nikim roz­ma­wiać. Od­po­wiedź brzmi: nie. Zresz­tą nie­re­al­ność tej sy­tu­acji świet­nie tłu­ma­czy sam Mar­cin, tuż po tym, jak po­ki­wał fi­lo­zo­ficz­nie głową. Gdy­byś na­pi­sa­ła na przy­kład, że w oczach było coś ma­gicz­ne­go, coś co wdzie­ra­ło się w umysł, itd. No to może da­ło­by się to jakoś wy­tłu­ma­czyć. 

Mar­cin uśmiech­nął się tro­chę zbyt sze­ro­ko. 

Zbyt sze­ro­ko, czyli jak? 

Przy­znam, że w tym miej­scu skoń­czy­łem wy­pi­sy­wać za­strze­że­nia. Moim zda­niem, jeśli uznasz, że choć w czę­ści moje su­ge­stie mogą się Ci przy­dać, przej­rzyj jesz­cze raz ten tekst. Skre­ślaj nie­po­trzeb­ne słowa i przy każ­dym zda­niu za­da­waj sobie py­ta­nia. Dla­cze­go tak się dzie­je? Czy to ważne dla fa­bu­ły? Czy jest to moż­li­we? Czy słowa są użyte we wła­ści­wym zna­cze­niu?

 

 

Cześć, 

Dzię­ki za pierw­szy ko­men­tarz i uważ­ne przej­rze­nie! Już od­no­szę się do uwag :)

 

Każdy hałas od­bi­jał się w gło­wie Ewe­li­ny bo­le­snym echem i nawet mu­zy­ka w słu­chaw­kach nie była w sta­nie go za­głu­szyć. Dziew­czy­na wci­snę­ła twarz w mokry sza­lik i przy­mknę­ła po­wie­ki.

Tutaj “dziew­czy­na” miała aku­rat za­zna­czyć pod­miot; bałam się, że z po­przed­nie­go zda­nia może wy­ni­kać, że to mu­zy­ka wci­ska twarz w sza­lik :) 

 

Co do zda­nia z rze­czo­nym:

– Pa­trzysz na krze­sło?

Ewe­li­na drgnę­ła tak gwał­tow­nie, że pra­wie spa­dła z sie­dze­nia. Jak nic, mi­mo­za.

– Mmhm, tak. – Spu­ści­ła wzrok na rze­czo­ne.

Cho­dzi­ło o wspo­mnia­ne w po­przed­niej wy­po­wie­dzi krze­sło; ale może rze­czy­wi­ście zda­nie roz­dzie­la­ją­ce spra­wia, że można się zgu­bić.

 

 – Mar­cin je­stem – przed­sta­wił się Mar­cin.

– Mhm – wy­do­by­ła z sie­bie Ewe­li­na. – Ewe­li­na.

Tu aku­rat nie­zgrab­ność zu­peł­nie za­mie­rzo­na, miała słu­żyć efek­to­wi ko­micz­ne­mu. 

 

Dla­cze­go, ka­to­wa­ła się ryt­micz­nie, dla­cze­go, dla­cze­go nigdy nie po­tra­fię po­wie­dzieć tego co trze­ba? 

Jedno zda­nie i dwa ro­dza­je nar­ra­cji. Nie bar­dzo też ro­zu­miem, jak można ka­to­wać się ryt­micz­nie. Je­dy­ne wy­ja­śnie­nie to w okre­ślo­nym ryt­mie. Ale tutaj nie pa­su­je. Zresz­tą, gdyby wy­rzu­cić to zda­nie, opko nie­wie­le stra­ci. :-)

Ryt­micz­ne ka­to­wa­nie wy­ni­ka­ło, w moim za­mie­rze­niu przy­naj­mniej, z ryt­micz­ne­go po­wta­rza­nia tego sa­me­go słowa; co do dwóch ro­dza­jów nar­ra­cji – w opo­wia­da­niu dość czę­sto uży­wam mowy po­zor­nie za­leż­nej, stąd np. “jakiś” głos (jest “jakiś” dla Ewe­li­ny). Chyba w żad­nym miej­scu nar­ra­tor nie jest tak na­praw­dę obiek­tyw­ny. Nie spo­tka­łam się jesz­cze z uwagą, żeby to był błąd, ale zo­ba­czę, co po­wie­dzą ew. inni czy­tel­ni­cy. 

Po­sta­wi­łem się na miej­scu dziew­czy­ny i za­sta­no­wi­łem się, czy tak bym się za­cho­wał. Czy od­krył­bym naj­więk­szą ta­jem­ni­cę przed kimś kom­plet­nie nie­zna­nym w tram­wa­ju, w sy­tu­acji, kiedy nie mam ocho­ty z nikim roz­ma­wiać. Od­po­wiedź brzmi: nie. Zresz­tą nie­re­al­ność tej sy­tu­acji świet­nie tłu­ma­czy sam Mar­cin, tuż po tym, jak po­ki­wał fi­lo­zo­ficz­nie głową. Gdy­byś na­pi­sa­ła na przy­kład, że w oczach było coś ma­gicz­ne­go, coś co wdzie­ra­ło się w umysł, itd. No to może da­ło­by się to jakoś wy­tłu­ma­czyć. 

Pi­sząc tę scenę, wi­dzia­łam to tak, że wła­ści­wie Ewe­li­na bar­dzo chce się komuś wy­ga­dać; do­pie­ro fia­sko (za­po­mnia­ne po ko­lej­nej pętli, ale gdzieś tam pod­świa­do­mie może pa­mię­ta­ne), spra­wia, że się wy­co­fu­je przy roz­mo­wach z ko­lej­ny­mi bo­ha­te­ra­mi. Po­my­śla­łam też, że nie­spo­dzie­wa­nie szcze­re roz­mo­wy z nie­zna­jo­my­mi (cza­sem ła­twiej po­wie­dzieć coś oso­bie zu­peł­nie z ze­wnątrz) szcze­gól­nie w ta­kiej nieco sen­nej, nie­re­al­nej at­mos­fe­rze, mogą się zda­rzyć; choć praw­da, rzad­ko. Moż­li­we, że tro­chę za bar­dzo pchnę­łam to w stro­nę, która była mi po­trzeb­na dla fa­bu­ły :)

 

Uważ­ność przy pi­sa­niu zdań i pil­no­wa­nie, czy są po­trzeb­ne, to zde­cy­do­wa­nie traf­na uwaga.

 

Jesz­cze raz dzię­ki! 

Do­py­tam: ro­zu­miem, że po od­da­niu pracy kon­kur­so­wej nie można nic po­pra­wiać?

Pi­sząc ko­men­ta­rze, do­pusz­czam, że mogę się mylić, a nawet wy­ka­zać igno­ran­cją :-)

 Do­py­tam: ro­zu­miem, że po od­da­niu pracy kon­kur­so­wej nie można nic po­pra­wiać?

Nie mam po­ję­cia. Ale myślę, ze jak za­py­tasz na przy­kład na cza­cie, to z pew­no­ścią otrzy­masz od­po­wiedź. Po­szu­kał­bym jesz­cze w po­ście kon­kur­so­wym.

Kli­ma­tycz­ne, po­do­ba­ło mi się. Po­wo­li wpro­wa­dzasz bo­ha­te­rów i fak­tycz­ny “stan rze­czy”, jeśli tak można po­wie­dzieć. Cie­ka­wi bo­ha­te­ro­wie, różni, wy­ra­zi­ści, pra­wie każ­de­mu do­pi­sa­łaś choć krót­ką hi­sto­rię. To lubię, wtedy bo­ha­ter nie jest tylko pustą twa­rzą.

Do­brze po­pro­wa­dzi­łaś głów­ną po­stać – Ewe­li­nę. Przez to, że nie wie­rzy lub udaje, że nie wie­rzy, jest inna od resz­ty, wy­róż­nia się i jed­no­cze­śnie świet­nie pa­su­je na głów­ną bo­ha­ter­kę. Za­sta­na­wia­łem się, jak to wszyst­ko się skoń­czy i finał speł­nił moje ocze­ki­wa­nia. Jest kli­ma­tycz­ny, jak całe opo­wia­da­nie.

Po­zdra­wiam.

Dar­co­nie, dzię­ku­ję za miłe słowa i klika, bar­dzo się cie­szę! 

Żon­gler, ob­ra­zek nawet te­ma­tycz­ny :D 

Lubię mo­ty­wy ko­mu­ni­ka­cji miej­skiej :) Po­mysł na ‘pętlę’ w tram­wa­ju, który wjeż­dża na swoją pętlę i tak to wszyst­ko za­pę­tla – bar­dzo zgrab­ny. Do­brze za­ry­so­wa­na bo­ha­ter­ka, wia­ry­god­na, kon­se­kwent­na. Jej pro­blem – niby taki ba­nal­ny, a tak długo się mę­czy­ła. Po­sta­cie z tła też cie­ka­we (chło­pa­ki z krze­słem mnie roz­wa­li­li:)). Finał sa­tys­fak­cjo­nu­ją­cy. Dziw­ne, że tak mało kli­ków. Do­rzu­cam od sie­bie :)

Bel­la­trix, bar­dzo dzię­ku­ję za miłe słowa :) Też mam sła­bość do ko­mu­ni­ka­cji miej­skiej. Dzię­ku­ję za kliki!

Hejka! 

To Twoje pierw­sze opo­wia­da­nie tutaj i przy­znam że udane. 

Wcią­gnę­ło. 

Po­do­ba­ło mi się, że było tu sporo dia­lo­gów, przez co in­te­rak­cja mię­dzy pa­sa­że­ra­mi wy­szła bar­dzo do­brze. 

Na­pi­sa­ne pro­sto i spraw­nie, więc sty­lo­wo rów­nież przy­pa­dło mi do gustu. 

Dla rów­no­wa­gi za­zwy­czaj znaj­du­ję coś co mi się mniej po­do­ba, ale tutaj mu­siał­bym się mocno do­szu­ki­wać. 

Ode mnie bę­dzie klik. Nie­dłu­go po­wi­nien do­le­cieć ;p

Po­zdra­wiam ser­decz­nie i po­wo­dze­nia w kon­kur­sie!

 

 

Do góry głowa, co by się nie dzia­ło, wiedz, że każdą walkę mo­żesz wy­grać tu przez K.O - Chada

Hej Ne­ar­De­ath, dzię­ku­ję bar­dzo! Sza­le­nie mi miło. 

Bar­dzo udane opo­wia­da­nie. Przede wszyst­kim cie­ka­wy po­mysł osa­dzo­ny w do­brze zna­nym wszyst­kim oto­cze­niu – świet­na re­cep­ta na krót­ką formę. Dzię­ki temu mo­głaś sku­pić się na pa­sa­że­rach za­pę­tlo­ne­go tram­wa­ju, każ­de­mu dałaś in­dy­wi­du­al­ny rys (trio z krze­seł­kiem, ech, stu­denc­kie czasy… :-). ). Głów­na bo­ha­ter­ka po­pro­wa­dzo­na wia­ry­god­nie, kon­se­kwen­cją, jej pro­blem niby pro­sty, a jed­nak mę­czy­ła się tak, że mia­łem ocho­tę przy­tak­nąć Ru­dol­fo­wi (który, no­ta­be­ne, też do­sta­je swoją prze­mia­nę, to na prop­sie). Oczy­wi­stych błę­dów nie widzę, ale ostrość spoj­rze­nia mam da­le­ko gor­szą od re­gu­la­to­rzy. Zde­cy­do­wa­nie Bi­blio­te­ka, sio, na półkę.

"Świ­ryb" (Ba­ilo­ut) | "Fi­sho­lof." (Cień Burzy) | "Wiesz, je­steś jak brud i za­raz­ki dla ma­lu­cha... niby syf, ale jak dzie­cia­ka uod­par­nia... :D" (Emel­ka­li)

Mnie też się po­do­ba­ło, za­rów­no kon­cep­cja, jak i wy­ko­na­nie (w tym – spo­sób scha­rak­te­ry­zo­wa­nia po­sta­ci). W tek­ście jest nie­po­kój, jakaś nie­pew­ność o stan świa­ta i los bo­ha­ter­ki, ale jed­no­cze­śnie – nie ma cha­osu ani sztucz­ne­go bu­do­wa­nia za­gad­ki dla za­gad­ki. Zde­cy­do­wa­nie na plus. 

ninedin.home.blog

Fajne :)

Przy­no­szę ra­dość :)

Dzię­ku­ję wszyst­kim za miłe słowa i @P­sy­cho­Fish za “ode­sła­nie” do Bi­blio­te­ki heart cie­szę się, że się po­do­ba­ło. 

Dobry tekst – i pod kątem po­my­słu, i wy­ko­na­nia. Two­rzysz kil­ko­ro bo­ha­te­rów, każdy z nich ma swój cha­rak­ter i to wy­raź­nie widać. Ża­łu­ję, że nie po­zna­li­śmy po­wo­du utknię­cia w pętli Mał­go­rza­ty, jej chyba byłam naj­bar­dziej cie­ka­wa. Motyw z go­ść­mi z krze­słem – zna­ko­mi­ty, fakt, że znik­nę­li po roz­wią­za­niu tej “za­gad­ki” wy­wo­łał u mnie szcze­ry uśmiech. Mimo to, opo­wia­da­nie jest ra­czej mrocz­ne i nie­po­ko­ją­ce. Moim zda­niem w pełni udane.

Może to gdzieś z tek­stu wy­ni­ka wy­raź­niej, ale przy­znam, że pewna nie je­stem, więc wolę spy­tać, bo mnie to za­in­te­re­so­wa­ło: czy pa­sa­że­ro­wie są mar­twi? Oczy­wi­ście nie mu­sisz od­po­wia­dać, jeśli nie chcesz.

Ponoć robię tu za mo­de­ra­cję, więc w razie po­trze­by - pisz śmia­ło. Nie gryzę, naj­wy­żej na­pusz­czę na Cie­bie Lu­cy­fe­ra, choć Księż­nicz­ki na­le­ży bać się bar­dziej.

Po pierw­sze bar­dzo do­brze mi się czy­ta­ło, prze­le­cia­łem przez tekst bły­ska­wicz­nie. Fajny po­mysł z pętlą szcze­gól­nie bio­rąc pod uwagę miej­sce akcji. Po­do­ba­ły mi się te mo­men­ty re­al­no­ści, która choć jest dziw­na, to ta­ko­wa nie wy­da­je się Ewe­li­nie, ona nawet tego nie za­uwa­ża, za­my­ślo­na nad swo­imi spra­wa­mi. Bo­ha­ter­ka jest też au­ten­tycz­na w swoim wy­co­fa­niu i ugrzecz­nie­niu. Faj­nie, że się prze­mo­gła w końcu :)

Motyw z tym, że je­ste­śmy w jakiś spo­sób uwię­zie­ni, do­pó­ki nie za­ła­twi­my swo­jej spra­wy, mo­głem już gdzieś wi­dzieć, ale do­brze tu pa­so­wał.

Przy­jem­na lek­tu­ra.

@Ve­rus – bar­dzo dzię­ku­ję, miło mi! Też tro­chę szko­da mi, że pro­blem Mał­go­rza­ty po­zo­stał nie­ujaw­nio­ny, ale krót­ki czas an­te­no­wy nie po­zwo­lił na roz­wi­nię­cie jej wątku. Tak, pa­sa­że­ro­wie są, naj­pew­niej, mar­twi. Na dłoni Mał­go­rza­ty wśród na­pi­sów znaj­du­ją się m.in. szkło (być może po pęk­nię­ciu szyb) czy wy­pa­dek. Bar­dzo sta­ra­łam się, żeby nie było to po­wie­dzia­ne aż tak wprost, cie­szę się, że się udało i jest jed­nak ele­ment nie­ja­sno­ści :)

 

@E­dward, dzię­ku­ję, bar­dzo się cie­szę! 

 

Ekhm, nie bez po­wo­du tram­wa­je to mój ulu­bio­ny śro­dek trans­por­tu miej­skie­go. To takie miej­sce, że aż prosi się o jakiś fan­ta­stycz­ny plot twist typu pętla czasu. Po­do­ba mi się też ten za­mie­rzo­ny zgrzyt mo­men­tów re­al­nych i gro­te­sko­wych ty­po­wy dla we­ir­da, który widać do­brze w dia­lo­gach. 

Dzię­ku­ję oidrin, bar­dzo mi miło! 

Ja tu jesz­cze wra­cam, uzu­peł­nić ko­men­tarz:

 

Po­do­ba­ło mi się w tym opo­wia­da­niu jak wy­ko­rzy­sta­ne zo­sta­ły ste­reo­ty­py ludz­kie: nad­wraż­li­wej pa­sa­żer­ki, bun­tow­nicz­ki, “bo­omer­sa”, star­szej pani, we­soł­ków z krze­słem – wszyst­ko niby z kli­szy, ale w umie­jęt­ny spo­sób wy­ko­rzy­sta­ne. To, w po­łą­cze­niu z do­brym po­my­słem na pętlę, sta­no­wi o do­bro­ci tek­stu.

 

Kilka zdań, po po­now­nej lek­tu­rze, zde­cy­do­wa­nie su­ge­ro­wał­bym prze­re­da­go­wać.

"Świ­ryb" (Ba­ilo­ut) | "Fi­sho­lof." (Cień Burzy) | "Wiesz, je­steś jak brud i za­raz­ki dla ma­lu­cha... niby syf, ale jak dzie­cia­ka uod­par­nia... :D" (Emel­ka­li)

Dzię­ki, Psy­cho. Tekst na pewno przej­dzie jesz­cze so­lid­niej­szą re­dak­cję i ko­rek­tę, już teraz widzę, że mu się przy­da. Tak się koń­czy pi­sa­nie na ostat­nią chwi­lę :)

Które zda­nia ci zgrzyt­nę­ły? 

Kwe­stia stylu, skra­ca­nia, do­bra­nia lep­szych sfor­mu­ło­wań. Kilka przy­kła­dów (nie będę wy­pi­sy­wał wszyst­kie­go – czas – tylko tak wska­żę; naj­le­piej odło­żyć tekst na kilka ty­go­dni, wró­cić, zmie­nić czcion­kę i jej roz­miar i wtedy samo na cię wsko­czy to i owo ;-) ):

 

Jesz­cze miała tak chu­jo­wy dzień, Boże. Tak chu­jo­wy. → Jesz­cze miała taki chu­jo­wy dzień. Boże, jaki chu­jo­wy…

 

 

Na­uczo­na przy­krym do­świad­cze­niem dziew­czy­ny co­dzien­nie po­dró­żu­ją­cej ko­mu­ni­ka­cją miej­ską, uda­wa­ła, że go nie widzi. → skra­cał­bym wy­tłusz­czo­ny frag­ment, kwe­stia stylu

 

 

– Pa­trzysz na krze­sło?

Ewe­li­na drgnę­ła tak gwał­tow­nie, że pra­wie spa­dła z sie­dze­nia. Jak nic, mi­mo­za.

– Mmhm, tak. – Spu­ści­ła wzrok na rze­czo­ne.

 

wy­tłusz­czo­ny frag­ment imo do zmia­ny

 

 

Wszy­scy wy­glą­da­li na nieco, jak to się mówi, nie tego. → “nie tego” bez wy­róż­nie­nia można łatwo po­my­lić z “nie­tę­go”, np. wtrą­ce­nie bym usu­nął lub prze­re­da­go­wał “jak to się mówi: nie bar­dzo” (przy­kład na szyb­ko)

 

No, to nie, od­da­my, oczy­wi­ście, że od­da­my → kwe­stii dia­lo­go­wych sta­ram się nie po­pra­wiać za bar­dzo, ale tutaj “No, to nie” po­wo­du­je, że muszę ją prze­czy­tać dwu­krot­nie, by zła­pać sens; może “No, to ten, od­da­my, oczy­wi­ście, że od­da­my”?

 

 

 

"Świ­ryb" (Ba­ilo­ut) | "Fi­sho­lof." (Cień Burzy) | "Wiesz, je­steś jak brud i za­raz­ki dla ma­lu­cha... niby syf, ale jak dzie­cia­ka uod­par­nia... :D" (Emel­ka­li)

O, dzię­ki wiel­kie. Rze­czy­wi­ście mogą po­ja­wić się nie­po­ro­zu­mie­nia czy zgrzy­ty, o “rze­czo­nym” wy­po­wia­dał się już zresz­tą Ma­ne­Te­kel­Fa­res. Dam sobie jesz­cze czas i na spo­koj­nie usią­dę do tek­stu, po za­koń­cze­niu kon­kur­su wsta­wię po­praw­ki. 

Ejże, nie­złe to było.

Dość szyb­ko do­my­śli­łam się, o co bę­dzie cho­dzi­ło – zwłasz­cza w ze­sta­wie­niu z ty­tu­łem „Pętla” – ale prze­wi­dy­wal­ność opo­wia­da­nia ab­so­lut­nie mi nie prze­szko­dzi­ła, wręcz prze­ciw­nie. Lek­kość, z jaką zo­sta­ło na­pi­sa­ne, i swo­iste świa­do­me wpi­sa­nie się w ramy mo­ty­wu oko­ło­śmiert­ne­go za­pę­tle­nia wokół rze­czy, która nie zo­sta­ła do­pil­no­wa­na, czy­ni­ły tę lek­tu­rę na­praw­dę przy­jem­ną. Co wy­da­je mi się szcze­gól­nie istot­ne – i za co daję punkt do do­dat­ko­wych wa­lo­rów tek­stu – udało Ci się na­praw­dę nie­źle za­ry­so­wać po­stać. Bo­ha­ter­ka wpierw mnie wku­rza­ła, bo nie je­stem en­tu­zjast­ką po­sta­wy „de­li­ka­te­sów” (swoją drogą – nie­złe!), a to już czyni tekst in­te­re­su­ją­cym, skoro bo­ha­ter po­tra­fi wy­krze­sać z czy­tel­ni­ka emo­cje, nawet jeśli jest to złość. Tym­cza­sem po­pro­wa­dzi­łaś ją w taki spo­sób, że za­czę­łam… hm, może nie tyle jej „współ­czuć”, co mia­łam wra­że­nie, że odro­bi­nę za­czy­nam ją ro­zu­mieć. Nie współ­dzie­lę ta­kich do­świad­czeń – nie je­stem osobą nad­wraż­li­wą, nie prze­szka­dza mi szum i hałas, nie mam wra­że­nia, że „po całym dniu muszę psy­chicz­nie od­po­cząć” – i zwy­kle, jak się zdaje, tego ro­dza­ju twier­dze­nia bu­dzi­ły we mnie coś na wzór po­li­to­wa­nia, ale Twoje opo­wia­da­nie spra­wi­ło, że być może będę pod­cho­dzić do spra­wy z więk­szą wy­ro­zu­mia­ło­ścią. Świet­na ro­bo­ta, dzię­ki.

Tech­nicz­nie nie­na­gan­ne, choć w paru miej­scach myślę, że przy­da­ło­by się ostrzej­sze­go sty­li­stycz­ne­go „pa­zu­ra”. Roz­czu­la­ją­cy ko­le­ga-trick­ster z tym swoim za­pę­tlo­nym „Ni chuja”. W ogóle ab­so­lut­nie ku­pi­ły mnie losy im­pre­zo­wi­czów – na pierw­szy rzut oka budzą za­że­no­wa­nie, że to wła­śnie drę­czy­ło ich w mi­nu­cie śmier­ci, ale z dru­giej stro­ny: może po pro­stu żyli do­brym ży­ciem i aku­rat nie zna­la­zło się nic in­ne­go, co przy­spa­rza­ło­by im zmar­twień? A życie skoń­czy­ło się tak zu­peł­nie nagle, zo­sta­wia­jąc ich z de­bil­nym dy­le­ma­tem krze­sła. Za­dzi­wia­ją­co to było wy­mow­ne i praw­dzi­we, Ar­te­mi­sio.

Nad­wraż­li­wość jest, wpraw­dzie nie wiem, czy wro­dzo­na, czy ra­czej na­by­ta, ale że prze­bodź­co­wa­nym in­tro­wer­ty­kiem ra­czej się rodzi i jest, a nie bywa, hasło kon­kur­so­we uzna­ję za zre­ali­zo­wa­ne.

Fajne!

@Wik­tor, dzię­ku­ję za tak ob­szer­ny ju­ror­ski ko­men­tarz! Cie­szę się, że się po­do­ba­ło i może też wnio­sło coś wię­cej. 

W ra­mach cie­ka­wost­ki po­wiem, że two­rząc Ewe­li­nę zro­bi­łam re­se­arch na temat tzw. wy­so­kiej wraż­li­wo­ści/nad­wy­daj­no­ści men­tal­nej – ukła­dy ner­wo­we wy­so­ko wraż­li­wych osób są po pro­stu bar­dziej czułe na bodź­ce i jest to jak naj­bar­dziej wro­dzo­ne, i na­tu­ral­ne :) a przy tym na­praw­dę cie­ka­we. 

Raz jesz­cze dzię­ki! 

Do­cze­sna re­flek­sja, smut­na i gorz­ka. Motyw za­pę­tle­nia śmier­ci jest sto­sun­ko­wo wy­god­ny, można wiele po­dzia­łać “od sie­bie”; każdy raz wy­da­je się nieco inny, choć cel jest znany. Tutaj czuć współ­cze­sność. Wia­do­mo, kiedy opo­wia­da­nie się dzie­je i czego do­ty­czy, dzię­ki szcze­gó­łom jest aku­rat wy­ra­zi­ście. W ta­kiej “umie­ral­ni” po­sta­ci ra­czej za­wsze wpi­szą się w ten czy inny ste­reo­typ, stąd swo­bo­da w za­ba­wie ro­la­mi. Myślę, że dia­lo­gi mo­gły­by być lep­sze, bo­ha­te­ro­wie bar­dziej tłu­ma­czą, niż roz­ma­wia­ją, by pod­szep­nąć roz­wią­za­nie czy­tel­ni­ko­wi, nie Ewe­li­nie (jed­nak uspra­wie­dli­wia ich to, że nikt wła­ści­wie nie wie, ile razy to­czy­li mię­dzy sobą tę samą roz­mo­wę).

Ryt­mi­ka bar­dzo dobra, ko­twi­ca – te­le­fon rów­nież do­brze wy­ko­rzy­sta­ny.

 

“Gdyby była owo­cem, by­ła­by zgnie­cio­nym, pry­ska­nym mango z Bie­dron­ki, z dala od swo­jej na­tu­ral­nej stre­fy kli­ma­tycz­nej.”

Zgrab­nie i po­my­sło­wo opi­sa­ne emo­cje.

 

Co to we­ir­du. “Pętla” to na pewno hor­ror. Pro­blem roz­bi­ja się o umie­ra­nie i o świa­do­mość śmier­ci, czy ta świa­do­mość na pewno jest? Czy­tel­nik się do­my­śla, jest to ryt­micz­nie su­ge­ro­wa­ne, ale sama Ewe­li­na jest mniej zo­rien­to­wa­na, ucie­ka przed kon­fron­ta­cją w głąb te­le­fo­nu. Inni bo­ha­te­ro­wie wie­dzą wię­cej, pod­po­wia­da­ją więk­szą grozę. Czy jest strasz­nie? Jest nie­po­ko­ją­co – dla­cze­go wciąż jadą, dokąd jadą, o co cho­dzi? – lecz ta­jem­ni­ca nie budzi aż tak dru­zgo­czą­cze­go prze­ra­że­nia, żeby wydać jed­no­znacz­ny wer­dykt, choć wy­ci­nek tego za­bu­rzo­ne­go re­ali­zmu jest jak naj­bar­dziej WF-owy. Sama “we­ir­do­wość” jest ru­cho­ma. Od sie­bie dodam, że wiecz­na jazda roz­pa­da­ją­cym się tram­wa­jem do­ni­kąd jest bar­dzo nie­przy­jem­ną wizją.

 

Dzię­ku­ję za udział w kon­kur­sie.

 

Dzię­ku­ję za ko­men­tarz, Żon­gler(ko). Już ktoś mówił mi, że dia­lo­gi by­wa­ją nieco zbyt ło­pa­to­lo­gicz­ne, na za­sa­dzie “wy­tłu­macz­my sobie w ja­kiej sy­tu­acji je­ste­śmy”. Nie­ste­ty tro­chę zmu­sił mnie do tego limit zna­ków, ale mam na­dzie­ję, że osta­tecz­nie wy­szło moż­li­wie na­tu­ral­ne :) 

Cie­szę się, że jest nie­po­kój (tram­wa­je, zwłasz­cza te dusz­ne, za­tło­czo­ne i zde­ze­lo­wa­ne za­wsze bu­dzi­ły we mnie skłon­ność do fan­ta­zjo­wa­nia) i że zda­nie z mango się po­do­ba. To chyba oso­bi­ście mój ulu­bio­ny frag­ment. 

Jesz­cze raz dzię­ki. 

Fajny po­mysł. Nie tylko tram­waj mar­twych (co po­wo­li staje się ogra­nym po­my­słem), ale po­jazd, w któ­rym każdy ma coś do za­ła­twie­nia. To mi się po­do­ba­ło.

I dobra jest jesz­cze róż­no­rod­ność rze­czy do zro­bie­nia.

Bab­ska lo­gi­ka rzą­dzi!

@Fin­kla dawno mnie tu nie było, dla­te­go do­pie­ro teraz za­uwa­ży­łam Twój ko­men­tarz. Dzię­ki, że wpa­dłaś, miło mi. 

Nowa Fantastyka