- Opowiadanie: dantes - Prorok z Czarnobyla

Prorok z Czarnobyla

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Prorok z Czarnobyla

Po­ciąg stu­kał i tur­ko­tał. Ko­ły­sał i usy­piał. Uspo­ka­jał. Za oknem mi­ga­ły świa­tła mi­ja­nych miej­sco­wo­ści, se­ma­fo­ry. Czar­ne, zni­ka­ją­ce w mroku nocy bryły domów zle­wa­ły się w jedną masę. Był gdzieś w Eu­ro­pie, gdzieś mię­dzy Stras­bur­giem i Mo­na­chium, a to naj­waż­niej­sze. Kiedy za­padł zmrok, stra­cił orien­ta­cję, ale wię­cej nie trze­ba mu było wie­dzieć.

Chap­man wy­cią­gnął nogi na sie­dze­nie na­prze­ciw­ko. Lata spę­dzo­ne w eli­tar­nej, bry­tyj­skiej szko­le nie od­uczy­ły go ta­kie­go za­cho­wa­nia. Nie od­uczy­ły, bo nie chciał. To był jego spo­sób obro­ny przed cał­ko­wi­tym pod­po­rząd­ko­wa­niem się kon­wen­cji, przed sztyw­nym koł­nie­rzy­kiem i kra­wa­tem. Przed ciem­ny­mi ko­lo­ra­mi gar­ni­tu­rów wie­czo­ro­wą porą, przed py­ta­nia­mi, które wy­pa­da zadać i te­ma­ta­mi, na które trze­ba roz­ma­wiać. Przed drin­ka­mi, które wolno pić i miej­sca­mi, które na­le­ży od­wie­dzać. Wszyst­ko to wy­peł­niał su­mien­nie. Z jed­nej prze­strze­ni wol­no­ści nie re­zy­gno­wał, zwłasz­cza że co­dzien­nie zmie­niał skar­pe­ty. Cza­sa­mi ku­si­ło go, żeby za­mla­skać przy je­dze­niu i nie uży­wać sztuć­ców, ale od­ru­cho­wo bro­nił się przed tym za­cho­wa­niem. To już była gra­ni­ca, któ­rej nie wolno było prze­kro­czyć.

Wyjął z kie­sze­ni ma­ry­nar­ki pier­siów­kę z osiem­na­sto­let­nią whi­sky. Otwo­rzył Bi­blię i wcią­gnął po­wie­trze. Dobry sin­gle malt i psal­my to były jego naj­lep­sze le­kar­stwa na czar­ne myśli. Naj­chęt­niej ko­rzy­stał z obu jed­no­cze­śnie, a teraz miał ku temu do­sko­na­łą oka­zję. Znów coś po­szło nie tak. Znów usły­szał, że tak dłu­żej nie można, że cią­głe roz­sta­nia i sa­mot­ne week­en­dy są nie do znie­sie­nia. A gdzie ro­dzin­ne obia­dy? Czy znaj­dzie ko­bie­tę, która to wy­trzy­ma? Eh, nie czas na takie roz­my­śla­nia. Kie­dyś się­gnął­by po Kier­ke­ga­ar­da, ale w pew­nym mo­men­cie życia wydał mu się zbyt po­nu­ry i mdły.

„Zmi­łuj się nade mną Boże, w ła­ska­wo­ści swo­jej, w ogro­mie swej li­to­ści zgładź moją nie­pra­wość”.

Po­cią­gnął spory łyk. Wtedy usły­szał na ko­ry­ta­rzu kroki, ja­kieś za­mie­sza­nie. Ktoś szyb­ko szedł, otwie­rał drzwi prze­dzia­łów, a potem z trza­skiem je za­my­kał. Męż­czy­zna odło­żył książ­kę, na­słu­chi­wał. Już chciał stra­cić za­in­te­re­so­wa­nie, bo zro­bi­ło się spo­koj­nie, gdy w szy­bie po­ka­za­ła się twarz: bro­da­ta ze zmierz­wio­ny­mi wło­sa­mi.

„Kurwa” po­my­ślał Chap­man, prze­łknął whi­sky i uśmiech­nął się. Zdjął nogi z sie­dze­nia na­prze­ciw­ko, a to mię­dzy­na­ro­do­wy znak, za­pra­sza­ją­cy do wej­ścia do prze­dzia­łu. Bar­dziej przy­ja­zny gest nie przy­cho­dził mu do głowy. Nie­zna­jo­my, sto­jąc za szybą coś po­wie­dział, a potem otwo­rzył drzwi. Bez słowa roz­piął kurt­kę i usiadł. Na chwi­lę za­stygł, tylko od­dy­chał szyb­ko, a ocza­mi cały czas ucie­kał na boki. Zer­kał za okno, wy­glą­dał na ko­ry­tarz, pa­trzył na pod­ło­gę. Po­de­rwał się, ubło­co­ny­mi bu­ta­mi wsko­czył na ka­na­pę obok Chap­ma­na, przy­glą­dał się ja­kiejś pla­mie wy­so­ko, pod su­fi­tem. Po­tarł ją, po­li­zał palce, wresz­cie usiadł. Kiedy po­ciąg ru­szył, wziął głę­bo­ki od­dech i chyba do­pie­ro wtedy za­uwa­żył, że nie jest w prze­dzia­le sam. Uśmiech­nął się, wy­cią­gnął rękę.

– Dobry wie­czór… Ści­ga­ją mnie – po­wie­dział i po­trzą­snął ręką to­wa­rzy­sza po­dró­ży.

Było to jedno z naj­bar­dziej ab­sur­dal­nych po­wi­tań jakie Ale­xan­der Chap­man usły­szał w życiu, a sły­szał wiele bar­dzo nie­ty­po­wych. Uśmiech­nął się je­dy­nie w od­po­wie­dzi i uniósł brwi, jakby chciał po­wie­dzieć, że co jakiś czas każ­de­mu się taka hi­sto­ria może przy­da­rzyć i on ni­cze­go dziw­ne­go w tym nie do­strze­ga. Bo prze­cież może być tak, że wy­cho­dzisz w po­nie­dzia­łek rano z domu do pracy, a we wto­rek wie­czo­rem już je­steś zbie­giem, ści­ga­nym przez po­li­cję. A co się wy­da­rzy­ło po­mię­dzy, to nie­istot­ne. Znów za­pa­dło mil­cze­nie i słu­chać było tylko stu­kot kół wa­go­nów, to­czą­cych się gdzieś po Eu­ro­pie.

– Na­praw­dę mnie ści­ga­ją. Chyba zdą­ży­łem im uciec i nie wsie­dli do po­cią­gu – po­wie­dział przy­bysz, zer­ka­jąc na ze­ga­rek. Chap­man był wła­śnie przy Psal­mie 62 „Do­ką­dże bę­dzie­cie na­pa­dać na czło­wie­ka/i wszy­scy go prze­wra­cać/jak ścia­nę po­chy­lo­ną?” Uśmiech­nął się, sły­sząc wy­zna­nie nie­zna­jo­me­go.

– Ucie­kam już 30 lat. Nie mam domu, nie mam pie­nię­dzy, nie mam ro­dzi­ny. Ci, któ­rzy mnie znali, to albo zmar­li, albo ze­rwa­li kon­takt. Zresz­tą, mało kto z tam­tych lat jesz­cze żyje. Ilu nas było, stra­ża­ków ga­szą­cych ten je­ba­ny re­ak­tor, tak wszyst­kich rak ze­żarł. Chyba tylko ja zo­sta­łem… Pan ma wódkę? – nie­zna­jo­my łyp­nął na pier­siów­kę Chap­ma­na. – Można by?

Chap­man wy­cią­gnął rękę. Chciał­by mieć spo­kój, wró­cić do psal­mów, albo nawet po­pa­trzeć za okno. Może jak się na­pi­je, to się tro­chę uspo­koi? Przyj­rzał się no­we­mu, który nie wy­glą­dał na kogoś, kto ucie­ka od 30 lat, chyba że stał się zbie­giem w wieku lat pię­ciu.

– To whi­sky – po­wie­dział, po­da­jąc bu­tel­kę. – Pro­szę się czę­sto­wać.

Nie­zna­jo­my prze­że­gnał się i wziął kilka łyków.

– Może być – po­wie­dział, ale bu­tel­ki nie oddał. Przez chwi­lę mil­czał, spoj­rzał na ko­ry­tarz, gdzie wła­śnie prze­cho­dził kon­duk­tor.

– Pa­mię­tam tamtą ku­rew­ską noc. Pa­mię­tam łunę, pa­mię­tam pożar. Pa­mię­tam po­piół i ka­wał­ki cze­goś, co potem oka­za­ło się gra­fi­tem. Wy­sła­li nas tak, jak sta­li­śmy, w sa­mych kurt­kach, heł­mach, bu­tach. To jakby komuś kazać gołe jaja po­ło­żyć na piecu i mówić, że wszyst­ko bę­dzie do­brze. Ro­zu­mie pan? – nie­zna­jo­my po­cią­gnął łyk i wes­tchnął.

Chap­man pa­trzył, jak męż­czyź­nie cho­dzi grdy­ka i coraz bar­dziej iry­to­wał się, że za chwi­lę na­czy­nie bę­dzie puste.

– Można? – za­py­tał, wy­cią­ga­jąc rękę. Nie­zna­jo­my po­cią­gnął jesz­cze łyk i oddał bu­tel­kę. – Ro­zu­miem, że pan gasił Czar­no­byl?

– Tak. Potem, kiedy wszy­scy za­czę­li cho­ro­wać, to brali nas do szpi­ta­la w Mo­skwie, jed­ne­go po dru­gim. Pie­lę­gnia­rze bali się nas do­ty­kać. Wszyst­ko przez gu­mo­we rę­ka­wicz­ki, w ma­skach, w far­tu­chach. Mało bra­ko­wa­ło, a od razu za­mknę­li­by nas w oło­wia­nych trum­nach, jak Ła­du­nek 200. Nie po­wiem, kar­mi­li nas, po­da­wa­li leki, ale co to mogło dać, jak chło­pa­kom to­pi­ły się ciała… Wszyst­kim, tylko nie mnie. Umie­ra­li, nie mogąc nawet wyć z bólu, a ja wy­zdro­wia­łem.

Męż­czy­zna za­milkł i za­czął szar­pać brodę. Chap­man chciał wyjść na ko­ry­tarz, żeby roz­pro­sto­wać nogi, ale wtedy nie­zna­jo­my na­chy­lił się do niego i znów za­czął mówić.

– Za­czę­li mnie badać, na­kłu­wać, po­bie­rać krew. Mia­łem szczać i srać na roz­kaz, nawet konia ka­za­li walić ba­daw­czo. I potem krę­ci­li gło­wa­mi. A naj­dziw­niej­sze było, że wszyst­ko, każda rana, goiło się na mnie, jak na psie. Nie po­wie­dzia­łem chyba, że mnie po­pa­rzy­ło w tym po­ża­rze i jakaś belka spa­dła mi na oboj­czyk? A po ty­go­dniu już byłem zdro­wy. Od­wie­dził mnie nawet ofi­cer z KGB, pytał jak się czuję. Ro­dzi­na nie mogła do mnie przy­je­chać, a ja ma­lut­kie dziec­ko mia­łem i żonę w ciąży. W końcu chcie­li mnie gdzieś za­brać – nie­zna­jo­my umilkł. Wbił oczy w pod­ło­gę, ręce opu­ścił na ko­la­na, prze­stał się ru­szać.

Chap­man przy­glą­dał się temu dziw­ne­mu czło­wie­ko­wi. Usnął? Wy­glą­dał na wa­ria­ta, a z ta­ki­mi le­piej mieć się na bacz­no­ści. Przy­su­nął się bli­żej okna. Ma­ry­nar­kę po­ło­żył obok sie­bie, w kie­sze­ni cze­ka­ła jego ko­le­żan­ka Be­ret­ta. Za­mknął Bi­blię – z czy­ta­nia psal­mów i tak już nic nie bę­dzie, ale po­cią­gnął łyk whi­sky.

– Nie chce pan chyba po­wie­dzieć, że zo­stał uwię­zio­ny? To by­ło­by nie­ludz­kie.

– Wieź­li mnie gdzieś. – nie­zna­jo­my wy­rwał się z odrę­twie­nia. – Je­cha­łem suką, z tyłu na pace, obok mnie dwóch taj­nia­ków, nawet za­pa­lić nie dali. Pew­nie chce pan wie­dzieć, gdzie wieź­li? – Nie­zna­jo­my spoj­rzał na Chap­ma­na, który uniósł brwi i wy­ko­nał gest, ma­ją­cy ozna­czać, że chce jak naj­bar­dziej. – A gdzie mogą wy­wo­zić w Rosji? Za Ural, na Sy­be­rię. Tak. Tłu­kli­śmy się tą cię­ża­rów­ką, pew­nie na lot­ni­sko. Coraz bar­dziej się de­ner­wo­wa­łem. Py­ta­łem, co się dzie­je, bo prze­cież nic złego nie zro­bi­łem. Wie­dzia­łem, gdzie mnie wiozą, zaj­rza­łem w ich głowy. Chcia­łem wyjść, a nie da­wa­li. Jeden zła­pał mnie za rękę, wy­cią­gnął kaj­dan­ki. Wtedy coś we mnie wstą­pi­ło. Po­czu­łem moc, ja­kiej wcze­śniej nie zna­łem. Nawet dziś nie wiem, co tam się dzia­ło, w tym sa­mo­cho­dzie, ale pa­mię­tam, jak ci dwaj, sta­rzy cze­ki­ści, pa­trzy­li na mnie i pa­trzy­li, i oczy im się otwie­ra­ły coraz sze­rzej. W końcu jeden się­gnął po pi­sto­let. Mach­ną­łem ręką i wy­le­ciał razem z drzwia­mi. Drugi za­czął krzy­czeć, rzu­cił się na mnie. Zła­pa­łem go za mordę i sto­pi­ła mu się skóra. Wy­sko­czy­łem z sa­mo­cho­du. Ktoś do mnie strze­lił. Po­czu­łem mro­wie­nie w krę­go­słu­pie, pod kar­kiem.

Nie­zna­jo­my prze­rwał, roz­piął kurt­kę i na­chy­lił się do Chap­ma­na. Nie było żad­ne­go śladu tam, gdzie po­ka­zy­wał ten dziw­ny, sza­lo­ny czło­wiek.

– To do­praw­dy in­te­re­su­ją­ce, co pan opo­wia­da – Chap­man strzep­nął jakiś pyłek ze spodni.

– Wszyst­ko znik­nę­ło, roz­pły­nę­ło się samo. Nie ma śladu, a prze­cież do­sta­łem tak, że po­wi­nie­nem już nie żyć. Bie­głem. Skrę­ci­łem w jakąś ulicz­kę, sły­sza­łem tupot nóg, do­pa­dłem do furt­ki. Usły­sza­łem pie­śni, pchną­łem drzwi, byłem w cer­kwi. Kiedy zo­ba­czy­łem ba­tiusz­kę, pod­bie­głem do niego i za­czą­łem uda­wać, że się spo­wia­dam. Przy­krył mnie stułą, było dużo ludzi, mi­nę­li mnie. Potem się tam ukry­wa­łem. W te­le­wi­zji zo­ba­czy­łem swoje zdję­cie. Mó­wi­li, że ucie­kłem z wię­zie­nia, je­stem nie­bez­piecz­ny, że sie­dzia­łem za gwałt na nie­let­niej i roz­bój. Ba­tiusz­ka za­py­tał, o co cho­dzi, to mu wy­zna­łem, że byłem stra­ża­kiem z Czar­no­by­la i teraz ściga mnie KGB, nie wiem za co. O tym, że mam jakąś dziw­ną siłę w sobie, nie wspo­mnia­łem, Boże prze­bacz – szep­nął i prze­że­gnał się.

Drzwi się uchy­li­ły i sta­nął w nich młody, czer­wo­ny na twa­rzy męż­czy­zna, w roz­pię­tej do trze­cie­go gu­zi­ka ko­szu­li i bor­do­wej ka­mi­zel­ce.

– Do je­dze­nia, do picia coś? – spoj­rzał na obu pa­sa­że­rów. Chap­man po­krę­cił głową.

– Nie mam pie­nię­dzy – po­wie­dział bro­da­ty. Kel­ner już miał za­my­kać drzwi, a wtedy Chap­man się­gnął do kie­sze­ni.

– Po­pro­szę ka­nap­kę i colę – kel­ner jesz­cze raz spoj­rzał na bro­da­te­go, który znów za­stygł w bez­ru­chu. – Ka­nap­kę i colę, pro­szę – po­wtó­rzył Chap­man, a kiedy drzwi się za­mknę­ły, po­ło­żył je­dze­nie obok to­wa­rzy­sza po­dró­ży

Przez dłuż­szą chwi­lę było cicho, więc Chap­man ob­ró­cił się do okna i pa­trzył w noc, aż po­czuł ude­rze­nie w ko­la­no. Wy­pro­sto­wał się, na­piął mię­śnie. Nikt nie lubi ta­kich nie­spo­dzia­nek.

– Wie pan, teraz za­czę­ło się dziać naj­dziw­niej­sze – nie­zna­jo­my żuł ka­nap­kę, pa­trząc mu w oczy. – Za­ro­słem tro­chę tam, w tej cer­kwi. Pra­co­wa­łem w ogro­dzie, na ty­łach świą­ty­ni. Kwia­ty pod moimi rę­ka­mi rosły jak osza­la­łe.  Opo­wie­dzia­łem, co się stało, bo prze­cież py­ta­li. To nie mogło zo­stać w ta­jem­ni­cy. Jed­ne­go dnia przy­cho­dzi do mnie inny ba­tiusz­ka i mówi, że mnie stąd wy­cią­gnie, bo są lu­dzie, któ­rzy mogą mnie wy­wieźć z tego gów­nia­ne­go kraju. Tak po­wie­dział „gów­nia­ne­go kraju”. Mówił mi: za dwa dni po­je­dziesz do Parku Pie­trow­skie­go, ku­pisz oran­ża­dę i bę­dziesz spa­ce­ro­wał, trzy­ma­jąc ją w lewej ręce. Po­dej­dzie do cie­bie ko­bie­ta w zie­lo­nej su­kien­ce i po­pro­si o dwa pa­pie­ro­sy. Po­wiesz jej tylko, że nie pa­lisz od 12 lat i potem ob­ró­cisz się w lewo. Pój­dziesz za czło­wie­kiem, który bę­dzie trzy­mał w ręku „Praw­dę” i pa­ra­sol­kę. Bałem się strasz­nie, ale po­je­cha­łem, bo wie­dzia­łem, że mnie prę­dzej czy póź­niej znaj­dą. Wszyst­ko było, jak po­wie­dział. Ła­zi­łem po tym parku, już wie­czór się robił. Po­de­szła ko­bie­ta, ładna, rude włosy miała. Za­py­ta­ła, od­po­wie­dzia­łem. Skrę­ci­łem w lewo, ru­szy­łem za czło­wie­kiem z „Praw­dą” w ręku. Mi­nę­li­śmy jakiś mur. Usły­sza­łem kłó­cą­cą się parę. Na chwi­lę od­wró­ci­łem wzrok. Czło­wiek z „Praw­dą” sie­dział na ławce i wy­glą­dał, jakby spał, ale z nosa cie­kła mu krew. Nad nim stał jakiś szpa­ko­wa­ty koleś w czar­nym gol­fie. Spoj­rzał na mnie i po­wie­dział, że sły­szał o mnie od przy­ja­cie­la, i jeśli chcę uciec od KGB, to może mi pomóc. Po­wie­dzia­łem, że mnie ści­ga­ją, nie wiem, za co i chcę wy­je­chać, ale muszą też za­brać moją żonę i dziec­ko. I wie pan, co mi od­po­wie­dział…?

Chap­man znów uniósł brwi, trzy­ma­jąc przy ustach bu­tel­kę. Po­cią­gnął łyk i podał nie­zna­jo­me­mu.

– Po­wie­dział mi – męż­czy­zna ob­tarł usta wierz­chem dłoni – po­wie­dział mi, żebym nie pier­do­lił, bo on do­brze wie, za co mnie ści­ga­ją. Wie, że ga­si­łem Czar­no­byl i za­miast umrzeć, jak inni, to mam nad­ludz­ką siłę. Sły­szał, że za­bi­łem dwóch cze­ki­stów i on, zanim zor­ga­ni­zu­je co­kol­wiek, musi zo­ba­czyć, co po­tra­fię. A ja nic nie byłem w sta­nie po­ka­zać. Za­śmia­łem się tylko. I chcia­łem odejść, ale przy­trzy­mał mnie za ramię. Wtedy po­de­szło jesz­cze dwóch. Nie pa­mię­tam, skąd wy­chy­nę­li, wy­glą­da­li jak prze­chod­nie. Jed­ne­go, to nawet na­zwał­bym kom­so­mol­cem. Oto­czy­li mnie, ten „kom­so­mo­lec” zła­pał za rękę. Drugi wy­cią­gnął strzy­kaw­kę. To jesz­cze nic. Bo za tam­ty­mi po­ja­wi­li się ko­lej­ni, chyba było ich z pię­ciu – wszy­scy na czar­no. Pa­mię­tam, że jeden śmier­dział Bie­ło­mo­ra­mi. Do­pa­dli tam­tych trzech. To już byli nasi, zna­czy z KGB.

Nie­zna­jo­my za­czął się trząść. A Chap­man słu­chał i czuł, jak coraz moc­niej chce mu się palić. Wa­ria­ci za­wsze go iry­to­wa­li, ale od czasu do czasu zda­rza­ło się, że go taki za­cze­pił.

– Ręce przy sobie, po­wie­dział ten „Bie­ło­mor”. Wtedy jeden z Ame­ry­ka­nów wy­cią­gnął le­gi­ty­ma­cję dy­plo­ma­tycz­ną. Na to ktoś z KGB: „Wsadź sobie to w dupę” i wyjął pi­sto­let. Pa­trzę, wszy­scy mają pi­sto­le­ty w rę­kach, a ja tam stoję jak kutas i nie wiem, co robić. I wtedy znowu się to stało. Wpa­dłem w pa­ni­kę. Pchną­łem naj­bliż­sze­go tak, że po­le­ciał na ko­niec alei, dru­gie­go chwy­ci­łem za rękę i do­słow­nie prze­cią­łem ją na pół. Ktoś do mnie strze­lił, ude­rzy­łem i za­czą­łem biec. Rzu­ci­li się za mną, skrę­ci­łem w lewo. Jakiś mi­li­cjant za­czął gwiz­dać. Na­prze­ciw mnie też był mi­li­cjant, ucie­kłem na prawo. Pa­trzę: mur. Do­bie­ga­li do mnie, od­wró­ci­łem się, zro­bi­łem dwa kroki w tył i nagle… byłem po dru­giej stro­nie muru. Ru­szy­łem w stro­nę ulicy. Za chwi­lę był tram­waj, ale nie wsia­dłem do niego. Po­bie­głem. Ucie­kłem im, ale wie­dzia­łem, że nie mogę zo­stać w Mo­skwie. Tylko, gdzie mia­łem pójść? Znów po­bie­głem do tam­tej cer­kwi. Spo­tka­łem tam­te­go ba­tiusz­kę, który mnie wy­słał do parku. Nie spał, sie­dział przy wej­ściu. Nie był zdzi­wio­ny, że przy­sze­dłem. Po­pro­sił, żebym po­cze­kał, to przy­nie­sie mi coś do je­dze­nia. Za chwi­lę wró­cił, ale nie sam, tylko z dru­gim oj­czul­kiem, tym „Bie­ło­mo­rem” i jesz­cze jed­nym… Mój ba­tiusz­ka szedł przo­dem. Szli do mnie i mie­rzy­li z pi­sto­le­tów. Ten drugi ba­tiusz­ka wy­cią­gnął w moją stro­nę krzyż i mówił, żebym był spo­koj­ny. Ale ja nie byłem spo­koj­ny. Tak. Za­je­ba­łem ich wszyst­kich, go­ły­mi rę­ka­mi… Boże, prze­bacz. Trze­ba było ucie­kać. Prze­bra­łem się w strój ba­tiusz­ki, nawet do­ku­men­ty tam miał i wy­je­cha­łem z Mo­skwy na Sy­be­rię. Do ro­dzi­ny nie mo­głem po­je­chać…

Chap­man miał coraz więk­szą ocho­tę, żeby za­pa­lić. W prze­dzia­le nie mógł, nie chciał też wy­cho­dzić i zo­sta­wiać rze­czy z tym dzi­wa­kiem. Przy­po­mnia­ły mu się też opo­wie­ści o ru­skich ju­ro­di­wych, bo­żych sza­leń­cach. Chciał coś po­wie­dzieć, ale tylko się skrzy­wił. Za­pa­dło mil­cze­nie, które prze­rwał Chap­man.

– Zabił pan czte­rech ludzi? Jak to moż­li­we, że KGB pana nie zna­la­zło?

– Ucie­kłem stam­tąd. Za­pa­dła noc. Po­je­cha­łem na dwo­rzec. Mó­wi­łem już, że za­ro­słem? Wy­glą­da­łem jak ksiądz pra­wo­sław­ny. Ku­pi­łem bilet na po­ciąg. O mało tam nie zmar­łem ze stra­chu. Mi­li­cjan­ci pa­trzy­li na mnie spode łba. Na pewno krę­ci­li się tam jacyś taj­nia­cy. Wsia­dłem do po­cią­gu, ukry­łem się w kiblu. Sie­dzia­łem tam i cały się trzą­słem. Pa­trzy­łem na palce, a za pa­znok­cia­mi mia­łem jesz­cze za­schnię­tą krew. My­śla­łem, o tym, co zro­bi­łem i nie ro­zu­mia­łem tego, co się ze mną dzia­ło. Jaka siła mną kie­ro­wa­ła, oprócz stra­chu? Nie chcia­łem tego. Chcia­łem tylko, żeby mnie wy­pu­ści­li i, żebym mógł wró­cić do żony i dziec­ka.

Nie­zna­jo­my cały się trząsł, po­grą­żo­ny we wspo­mnie­niach. Chap­man znów mu podał bu­tel­kę.

– Sie­dzia­łem tak, a po­ciąg je­chał przez mia­sta i wsie. Nie pa­mię­tam, ile czasu upły­nę­ło, ale na pewno była jesz­cze noc, kiedy ktoś po­cią­gnął za klam­kę. Nawet nie pod­nio­słem głowy. Za­re­ago­wa­łem do­pie­ro, gdy usły­sza­łem: pop, tu sie­dzi pop. Pod­nio­słem wzrok. Nade mną stała młoda ko­bie­ta, z wło­sa­mi do ra­mion. Ka­za­ła mi wy­siąść, ale się nie pod­nio­słem. „Wsta­waj, czar­ny”. Trą­ci­ła mnie butem. Do­pie­ro wtedy zo­ba­czy­łem mun­dur mi­li­cjant­ki. Nie pod­nio­słem się, ale ona coraz bar­dziej się de­ner­wo­wa­ła. Wo­ła­ła na mnie, chcia­ła do­ku­men­ty, więc ze­rwa­łem się, za­kry­łem jej usta i wcią­gną­łem do środ­ka. Pa­trzy­łem tak w jej oczy, które coraz bar­dziej i bar­dziej się roz­sze­rza­ły. Znów przy­szło do mnie świa­tło i zaj­rza­łem jej w głowę… Wi­dzia­łem, jak nisz­czy­ła krzy­że, czu­łem jej nie­na­wiść, a potem usły­sza­łem głos „Jest opę­ta­na”. Za­py­ta­łem, kto mówi, ale ni­ko­go nie było, a po­mi­mo tego znów, za pra­wym uchem usły­sza­łem ten głos. Spoj­rza­łem w górę. Ża­rów­ka ża­rzy­ła się mocno, a potem zmie­ni­ła kolor na krwa­wy. Ko­bie­ta pró­bo­wa­ła się wy­rwać, a ja za­sła­nia­łem jej usta dło­nią. Usły­sza­łem głos „ulecz ją” i wtedy, tam w tym brud­nym kiblu już wszyst­ko po­ją­łem. Wie­dzia­łem, że zo­sta­łem wy­bra­ny, że mam dawać lu­dziom pokój, dobro i mi­łość. Wzią­łem jej głowę w swoje ręce, opar­łem się o umy­wal­kę, pa­trzy­łem jej w oczy. Wni­ka­łem w jej świa­do­mość i wy­cho­dzi­łem, jak tylko chcia­łem. Już nie było dla mnie ta­jem­nic. Wi­dzia­łem, kim była, co ro­bi­ła, jak żyła. Na po­cząt­ku pró­bo­wa­ła krzy­czeć, ale potem była coraz cich­sza i cich­sza, a ja wy­ry­wa­łem jej z głowy i z serca sza­ta­na.

– Jak pan to niby robił? Bi­blię znam do­brze i cze­goś ta­kie­go nie czy­ta­łem – Chap­man za­ło­żył ręce na pier­siach.

– Wal­czy­łem z nim. To było takie mo­co­wa­nie się. Ści­sną­łem go mocno za ra­mio­na. Miał pa­skud­ną twarz, która nie­mal­że gniła. Miał rany na sto­pach i chra­pli­wy głos.

Chap­man pa­trzył na to­wa­rzy­sza i pró­bo­wał za­cho­wać na­tu­ral­ny wyraz twa­rzy. Znał wa­ria­tów, któ­rym w gło­wach po­mie­sza­ła wojna. Wi­dział ta­kich na Bał­ka­nach i potem w Afga­ni­sta­nie.

– Pan mi nie wie­rzy, a ja się wtedy zmie­ni­łem w anio­ła. Wy­ro­sły mi skrzy­dła. Mia­łem nad­ludz­ką siłę. Wnik­ną­łem w jej głowę i nagle tam, w tym kiblu sta­nął prze­ciw­ko mnie sza­tan. I biłem się z nim. I zwy­cię­ży­łem. W innym świe­cie, w któ­rym się to wszyst­ko dzia­ło, roz­je­ba­li­śmy ten kibel w drob­ny mak. Ale sza­tan w końcu uciekł. A ja po­sa­dzi­łem tę ko­bie­tę na se­de­sie, ob­tar­łem jej krew ciek­ną­cą z nosa i wy­sze­dłem.

– Pan ją zabił?

– Ule­czy­łem ją. Spała, kiedy od­cho­dzi­łem. Ni­cze­go się już wtedy nie bałem. Sia­dłem w prze­dzia­le i je­cha­łem przed sie­bie.

– Co się potem z panem dzia­ło?

– Przy­cza­iłem się. Za­miesz­ka­łem z drwa­la­mi, wódkę z nimi piłem, rą­ba­łem drze­wo, ale szyb­ko się oka­za­ło, że te moce, które mam, to za mną idą. Do­tkną­łem kogoś i ozdro­wiał z cho­rych nerek. Jed­ne­go z pi­jań­stwa wy­le­czy­łem, jedną czy drugą ko­bie­tę wy­rwa­łem z bez­płod­no­ści. Krowy się do­brze cie­li­ły, mer Mi­lu­siń­ska wy­zdro­wiał z grzy­bi­cy po tym, jak go do­tkną­łem. Lu­dzie za­czę­li do mnie przy­cho­dzić, coraz ich było wię­cej, a ja nie chcia­łem żad­nej sławy, bo wie­dzia­łem, że prę­dzej czy póź­niej przyj­dzie za nimi KGB. Coraz wię­cej do mnie przy­jeż­dża­ło. Mó­wi­li, że je­stem me­sja­szem i pro­ro­kiem. Chcie­li miesz­kać obok mnie. Ze­bra­ło się ich z pięć­set osób. Na­pi­sa­ła o mnie prasa. I w końcu przy­szli, cho­ciaż już się na­zy­wa­li FSB. Sie­dzia­łem w drew­nia­nej cha­cie i roz­ma­wia­łem wła­śnie z Bo­giem Ojcem, bo tam na Sy­be­rii Bóg jest mocno obec­ny. Piłem czaj. Pach­nia­ło mchem i so­sna­mi. Sta­nę­li we drzwiach. Jed­ne­go z nich pa­mię­ta­łem z parku, z Mo­skwy. Drugi był młody. Trze­ci wy­glą­dał na idio­tę, ale to tylko po­zo­ry, bo w bez­pie­ce nie ma głu­pich. Po­de­szli do mnie, ka­za­li moim to­wa­rzy­szom wyjść. Za­czę­li pytać, kim je­stem, skąd po­cho­dzę, jakie mam do­ku­men­ty i kto za mną stoi? Po­wie­dzia­łem, że stoi za mną Bóg, a lu­dzie uwa­ża­ją mnie za pro­ro­ka i mam moc uzdra­wia­nia. Ka­za­li mi iść ze sobą.

Bro­da­ty wstał, roz­ło­żył ręce. Chap­man pa­trzył na wa­ria­ta, wci­snął się w kąt prze­dzia­łu.

– Przed domem stało ich jesz­cze trzech i trzy sa­mo­cho­dy. Wtedy zaj­rza­łem im w głowy. Wi­dzia­łem wszyst­ko. Wi­dzia­łem, jak ści­ga­ją ich de­mo­ny. Zo­ba­czy­łem, że ten naj­star­szy był w Afga­ni­sta­nie. Kradł i za­bi­jał. Zgwał­cił dziew­czy­nę, za­strze­lił żoł­nie­rza, który to wi­dział. Wi­dzia­łem, że ten „głu­pek” szpie­go­wał i za­ka­po­wał wła­sną na­rze­czo­ną, i jej ro­dzi­ców. Dziew­czy­na po­wie­si­ła się w celi. Czu­łem, jak tego mło­de­go oj­ciec bił w dzie­ciń­stwie ka­blem, a on się kulił i sikał pod sie­bie. Potem tra­fił do domu dziec­ka, a stam­tąd do armii. Chciał mieć wła­dzę i mścić się na wszyst­kich. Wsze­dłem w ich umy­sły, ob­ja­wi­łem im praw­dę. Pu­ści­li mnie, sta­ną­łem na środ­ku po­dwó­rza i roz­ło­ży­łem ręce tak, jak teraz. Po­zo­sta­li nie wie­dzie­li, co się dzie­je, a moi wy­znaw­cy cho­wa­li się po ką­tach, albo ucie­kli. Pró­bo­wa­łem wnik­nąć w umy­sły wszyst­kich, spra­wić, by od­je­cha­li, ale nie byłem w sta­nie. Nie roz­ma­wia­li ze mną. Pod­cho­dzi­li coraz bli­żej i bli­żej…

Wa­riat przy­mknął oczy, uniósł głowę, roz­cza­pie­rzył palce. Mil­czał i od­dy­chał głę­bo­ko, wy­pusz­cza­jąc po­wie­trze przez usta. Chap­man pa­trzył i coraz sze­rzej otwie­rał oczy. Do Mo­na­chium zo­stał jesz­cze kawał drogi. Jak po­dró­żo­wać z kimś takim? Może ta whi­sky tak za­dzia­ła­ła? Chap­man lubił czy­tać psal­my, cza­sem nawet wzdy­chał do Boga, ale za­cho­wy­wał zdro­wy roz­są­dek.

– Byli już na­praw­dę bli­sko, unie­śli broń. Ota­cza­li mnie szczel­nym pier­ście­niem. Wtedy wsze­dłem w umysł tego mło­de­go, Ju­ri­ja. On nie­na­wi­dził naj­moc­niej, mo­głem go wy­ko­rzy­stać. Za­wład­ną­łem nim, spra­wi­łem, że się­gnął po broń i przy­wo­ła­łem wiatr. Unio­słem się nad zie­mię… – Bro­dacz przy­mknął oczy. Roz­ło­żył ręce. Uniósł głowę.

Wtedy do­stał kolbą w łeb. Osu­nął się na sie­dze­nie, oczy mu się roz­je­cha­ły, skrzy­żo­wa­ły nogi. Padł bez życia. Chap­man stał, trzy­ma­jąc pi­sto­let i za­sta­na­wiał się, czy trze­ba po­pra­wić. Wi­docz­nie do­brze przy­mie­rzył, więc scho­wał Be­ret­tę do kie­sze­ni ma­ry­nar­ki i za­sło­nił okna prze­dzia­łu. Po­pra­wił bro­da­cza na ka­na­pie i usiadł na­prze­ciw­ko.

– Mia­łem mu nie robić krzyw­dy i tylko do­star­czyć na miej­sce, ale mnie de­ner­wo­wał. Ile można pie­przyć takie scien­ce-fic­tion i jesz­cze mie­szać w to Boga?

Do prze­dzia­łu zaj­rzał kon­duk­tor. Spoj­rzał na męż­czyzn.

– Słu­cham? – Chap­man chciał, by kon­duk­tor po­szedł jak naj­szyb­ciej. – Kon­tro­la bi­le­tów już była.

– Po prze­kro­cze­niu gra­ni­cy spraw­dza­my jesz­cze raz. Po­pro­szę bilet i pasz­port. A ten tutaj – kon­tro­ler po­ka­zał dłu­go­pi­sem na bro­da­cza, a drugą ręką się­gnął do kie­sze­ni. – Wy­glą­da na bez­dom­ne­go. Z da­le­ka je­dzie?

– Nie zwró­ci­łem uwagi, kiedy wsiadł. Śpi od dawna – Chap­man wy­cią­gnął do­ku­men­ty z port­fe­la.

Kon­duk­tor po­trzą­snął bro­da­czem, wziął pa­pie­ry od Chap­ma­na, przyj­rzał mu się. Za­pi­sał coś w no­te­sie.

– Tro­chę się pan zmie­nił – po­wie­dział, od­da­jąc do­ku­men­ty.

– Życie – od­parł Chap­man i zdzi­wił się, gdy kon­duk­tor chwy­cił go za rękę. – Co pan robi? Bilet i do­ku­men­ty mam w po­rząd­ku

Nie zdą­żył za­re­ago­wać, gdy w jego nad­gar­stek wbiła się igła.

– Co jest…? – Czuł, że traci przy­tom­ność, od­pły­wa.

Wi­dział, jak w prze­dzia­le po­ja­wił się jesz­cze jeden czło­wiek, wi­dział jak wzię­li bro­da­cza pod ra­mio­na i po­czuł za­pach Bie­ło­mo­rów. Jego ciało było jak spa­ra­li­żo­wa­ne, ale sły­szał i wi­dział wszyst­ko. Sły­szał, jak kon­duk­tor mówi: „Mamy Pro­ro­ka. Niech na sta­cji czeka wóz”.

– Co tam Alek­san­drze? Po­lo­wa­li­ście na niego, jeź­dzi­li­ście po Eu­ro­pie. A my za wami. Kiedy by­li­ście w Bar­ce­lo­nie, to nasz czło­wiek też tam był. To zbyt cenny okaz, że­by­śmy go wy­pu­ści­li. A pa­mię­ta­cie, jak w Bil­bao mu­sie­li­ście ucie­kać przed po­li­cją, która zna­la­zła nar­ko­ty­ki w wa­szym ba­ga­żu i mu­sie­li­ście ucie­kać przez okno z ho­te­lu? Do tej pory uni­ka­cie Hisz­pa­nii, praw­da? Co się stało z tam­ty­mi funk­cjo­na­riu­sza­mi? Pra­wie już wtedy mie­li­śmy tego wa­ria­ta, ale się nam wy­mknął. Teraz nie zdoła.

Kon­duk­tor za­cią­gnął się pa­pie­ro­sem, wyj­rzał na ko­ry­tarz, spoj­rzał na boki, jakby kogoś wy­pa­try­wał. Od­wró­cił się do Chap­ma­na.

– To już ko­niec tej za­ba­wy. Mel­duj­cie w nie­bie, że misja się nie po­wio­dła, a Rosja znów wy­gra­ła.

Za szybą po­ja­wił się kel­ner w roz­pię­tej ko­szu­li.

– Coś podać?

– Pa­no­wie ni­cze­go nie chcą. Idą spać – kon­duk­tor chciał za­mknąć drzwi.

Chap­ma­no­wi wszyst­ko się w oczach roz­my­wa­ło, tra­ci­ło kon­tu­ry. Zda­wa­ło mu się, że kel­ne­ro­wi wy­ro­sły skrzy­dła. Wi­dział jed­nak, jak kon­tro­ler się cofa, jak pada na ko­la­na, a za kel­ne­rem po­ja­wia­ją się dwaj drwa­le z pło­ną­cy­mi sie­kie­ra­mi. Reszt­ka­mi sił sta­rał się nie wie­rzyć w to, co widzi, nawet wtedy, kiedy kel­ner ze skrzy­dła­mi po­sa­dził na­prze­ciw­ko niego kon­tro­le­ra rodem z FSB.

– My­śle­li­ście, że pro­rok jest sam i nikt nad nim nie czuwa? My­śle­li­ście, że to sa­mot­ny sza­le­niec – głos kel­ne­ra szu­miał i dud­nił w uszach. – Po­ma­ga mu wielu ludzi i wiele in­nych istot. Każdy, kto go spo­tkał, jest gotów, go bro­nić. Jego życie jest zbyt cenne.

W gło­wie Chap­ma­na ko­ła­ta­ło się py­ta­nie „kim jest?”, któ­re­go nie był w sta­nie wy­po­wie­dzieć.

– Pro­ro­kiem… – Kel­ner się uśmiech­nął. – Za­bie­rze­my go teraz w bez­piecz­ne miej­sce, a ty za chwi­lę uśniesz. Obu­dzisz się do­pie­ro w Mo­na­chium.

Bi­blia zsu­nę­ła się na pod­ło­gę. Kel­ner pod­niósł ją, odło­żył na półkę pod oknem, a potem spoj­rzał jesz­cze raz na Chap­ma­na.

– Czy­tasz Słowo Boże, to do­brze, ale i tak ni­cze­go nie ro­zu­miesz, Alek­san­drze. Wy, na tym wa­szym za­cho­dzie, już nie słu­cha­cie pro­ro­ków. – Le­piej czy­taj Je­re­mia­sza, a nie psal­my.

Chap­man chciał krzy­czeć, że on wszyst­ko słu­cha i ro­zu­mie, ale nie był w sta­nie wy­do­być słowa, tylko przy­po­mnia­ło mu się: „A jed­nak, Panie, Ty je­steś dla mnie tar­czą”. I za­padł w ciem­ność.

Koniec

Komentarze

Hi­sto­ria cał­kiem nie­zła i pełna wcią­ga­ją­cej tre­ści, więc czy­ta­ło się na­praw­dę do­brze, a by­ło­by jesz­cze le­piej, gdyby wy­ko­na­nie było lep­sze.

Za­sta­na­wiam się tylko, dla­cze­go oso­bli­wy pa­sa­żer, skoro był ści­ga­ny i ukry­wał się, opo­wie­dział wszyst­ko przy­god­ne­mu to­wa­rzy­szo­wi po­dró­ży. Chcia­ła­bym też wie­dzieć, w jakim ję­zy­ku roz­ma­wia­li Ale­xan­der Chap­man i ro­syj­ski stra­żak?

 

i te­ma­ta­mi, o któ­rych trze­ba roz­ma­wiać. ―> Można roz­ma­wiać na jakiś temat, ale chyba nie roz­ma­wia się o te­ma­tach.

 

pier­siów­kę z 18-let­nią whi­sky. ―> …pier­siów­kę z osiem­na­sto­let­nią whi­sky.

Li­czeb­ni­ki za­pi­su­je­my słow­nie.

 

Dobry Sin­gle Malt i psal­my… ―> Dobry sin­gle malt i psal­my

 

w ogro­mie swej li­to­ści zgładź moją nie­pra­wość.” ―> …w ogro­mie swej li­to­ści zgładź moją nie­pra­wość”.

Krop­kę sta­wia­my po za­mknię­ciu cu­dzy­sło­wu.

 

„Kurwa” po­my­ślał Chap­man… ―> Tu znaj­dziesz wska­zów­ki, jak za­pi­sy­wać myśli: Zapis myśli bo­ha­te­rów

 

– Ucie­kam już 30 lat. ―> – Ucie­kam już trzy­dzie­ści lat.

Li­czeb­ni­ki za­pi­su­je­my słow­nie, zwłasz­cza w dia­lo­gach.

 

Chyba tylko ja zo­sta­łem… Pan ma wódkę? – nie­zna­jo­my łyp­nął na pier­siów­kę Chap­ma­na. – Można by? ―> Chyba tylko ja zo­sta­łem… Pan ma wódkę? – Nie­zna­jo­my łyp­nął na pier­siów­kę Chap­ma­na. – Można by?

Tu znaj­dziesz wska­zów­ki, jak za­pi­sy­wać dia­lo­gi: https://fantazmaty.pl/pisz/poradniki/jak-zapisywac-dialogi/

 

nie wy­glą­dał na kogoś, kto ucie­ka od 30 lat… ―> …nie wy­glą­dał na kogoś, kto ucie­ka od trzy­dzie­stu lat

 

Nie­zna­jo­my prze­że­gnał się i wziął kilka łyków. ―> Nie­zna­jo­my prze­że­gnał się i upił kilka łyków.

Łyków się nie bie­rze.

 

w kie­sze­ni cze­ka­ła jego ko­le­żan­ka Be­ret­ta. ―> …w kie­sze­ni cze­ka­ła jego ko­le­żan­ka be­ret­ta.

Nazwy broni pi­sze­my małą li­te­rą. http://www.rjp.pan.pl/index.php?view=article&id=745

 

Pa­mię­tam, że jeden śmier­dział Bie­ło­mo­ra­mi. ―> Pa­mię­tam, że jeden śmier­dział bie­ło­mo­ra­mi.

 

byłem po dru­giej stro­nie muru. Ru­szy­łem w stro­nę ulicy. ―> Nie brzmi to naj­le­piej.

 

więc scho­wał Be­ret­tę do kie­sze­ni… ―> …więc scho­wał be­ret­tę do kie­sze­ni

 

Bilet i do­ku­men­ty mam w po­rząd­ku ―> Brak krop­ki na końcu zda­nia.

 

po­czuł za­pach Bie­ło­mo­rów. ―> …po­czuł za­pach bie­ło­mo­rów.

 

Chap­man chciał krzy­czeć, że on wszyst­ko słu­cha i ro­zu­mie… ―> Chap­man chciał krzy­czeć, że on wszyst­ko sły­szy i ro­zu­mie

Gdyby ci, któ­rzy źle o mnie myślą, wie­dzie­li co ja o nich myślę, my­śle­li­by o mnie jesz­cze go­rzej.

Po­wtó­rzę za Reg, hi­sto­ria wcią­ga­ją­ca i do­brze mi się ją czy­ta­ło. Kilka smacz­ków wy­pi­sa­łem po­ni­żej, nie raz się uśmiech­ną­łem i po­ki­wa­łem głową z uzna­niem.

Ja, dla od­mia­ny, przy­cze­pię się do po­sta­ci Chap­ma­na. O ile do­brze ro­zu­miem, oka­zał się on ame­ry­kań­skim szpio­nem, ści­ga­ją­cym pro­ro­ka, tym­cza­sem przez więk­szość tek­stu wszech­wie­dzą­cy nar­ra­tor przed­sta­wiał go jako znu­dzo­ne­go po­dróż­ne­go, znie­chę­co­ne­go to­wa­rzy­stwem wa­ria­ta. To mi nie gra.

Do­dat­ko­wo sama koń­ców­ka, jest bar­dzo cha­otycz­na, dużo się tam dzie­je, a ja nie wszyst­ko ro­zu­miem. Kel­ner oka­zu­je się anio­łem, Chap­man taj­nym agen­tem, kon­tro­ler bi­le­tów agen­tem FSB, z to­wa­rzy­szem bie­ło­mo­rem pod rękę. IMO, je­że­li pro­rok ma ochro­nę anio­łów, to FSB czy inne CIA mogą mu na­gwiz­dać, czy te tajne służ­by są sil­niej­sze od sa­me­go Boga i jego sług? ;)

 

Kilka uwag do tek­stu jesz­cze:

 

 

Pa­trzę, wszy­scy mają pi­sto­le­ty w rę­kach, a ja tam stoję jak kutas i nie wiem, co robić

 

Za­je­ba­łem ich wszyst­kich, go­ły­mi rę­ka­mi… Boże, prze­bacz.

 

– dwa moje ulu­bio­ne zda­nia, prze­pra­szam, pro­stak ze mnie wy­ła­zi, wiem ;)

 

 

 Mia­łem mu nie robić krzyw­dy i tylko do­star­czyć na miej­sce, ale mnie de­ner­wo­wał. Ile można pie­przyć takie scien­ce-fic­tion i jesz­cze mie­szać w to Boga?

 

– nie bar­dzo wia­do­mo, do kogo Chap­man to mówi. Poza tym, scien­ce-fic­tion tutaj nie pa­su­je, może “bajki”?

 

Che mi sento di morir

re­gu­la­to­rzy i Ba­se­ment­Key: dzię­ku­ję za prze­czy­ta­nie i ko­men­ta­rze. Na po­cząt­ku ucie­szę się z opi­nii, że hi­sto­ria była wcią­ga­ją­ca, bo “nie nu­dzić” to moje na­czel­ne za­ło­że­nie przy pi­sa­niu.

Co zaś do uwag . Za re­dak­tor­skie bar­dzo dzię­ku­ję. Ar­ty­ku­ły od­no­śne prze­czy­tam i po­sta­ram się o tych za­sa­dach pa­mię­tać przy ko­lej­nych opo­wia­da­niach.

Jakie ję­zy­ki? Ha! Za­pew­ne za­ło­ży­łem, że roz­mo­wa od­by­wa się po an­giel­sku, skoro jako pierw­sza po­stać po­ja­wił się Chap­man. Tylko skąd pro­sty stra­żak by ten język znał? W tre­ści po­ja­wia się wzmian­ka, że Chap­man słu­żył w Afga­ni­sta­nie i dużo bar­dziej praw­do­po­dob­ny staje się wtedy ro­syj­ski, tylko po­wi­nie­nem był o tym wspo­mnieć.

Czemu pa­sa­żer tak łatwo się wy­ga­du­je? Ma to pod­kre­ślać wra­że­nie, że pro­rok jest wa­ria­tem. Cza­sem takie po­sta­ci można spo­tkać. Ktoś je­dzie po­cią­giem, na­wią­zu­je kon­takt wzro­ko­wy, za­ga­du­je i za­czy­na snuć opo­wieść. Można było to jed­nak le­piej uza­sad­nić, choć­by tym, że pró­bu­je wy­cy­ga­nić pie­nią­dze na je­dze­nie.

Z dru­giej jed­nak stro­ny – jego wa­riac­two pa­su­je do kon­cep­cji opo­wia­da­nia i tego, o co pyta Ba­se­ment­Key. Koń­ców­ka być może jest cha­otycz­na (braki warsz­ta­to­we?), jed­nak ma pod­kre­ślać to, że Chap­man sam nie wie­rzy (nie chce wie­rzyć) w to, co widzi. Nie wie, czy to jest praw­dą, czy tylko pod­su­wa mu to umysł, ogłu­pio­ny jakąś tru­ci­zną. “Wy, na tym wa­szym za­cho­dzie, już nie słu­cha­cie pro­ro­ków” – może le­piej by to brzmia­ło “Wy, na tym wa­szym za­cho­dzie, już nie wie­rzy­cie w pro­ro­ków”.

Ale jeśli pój­dzie­my w re­al­ną ochro­nę anio­łów, to jest to nie­spój­ność. Pa­so­wa­ło­by to le­piej wpro­wa­dzić. Mo­gło­by to wy­glą­dać tak, że anio­ły muszą dzia­łać nie­zau­wa­żo­ne w świe­cie ludzi – przy dłuż­szej for­mie chyba by­ło­by na to miej­sce.

Chap­man miał tylko wy­glą­dać na znu­dzo­ne­go, dzię­ki czemu przy końcu opo­wia­da­nia byłby switch, ale wy­szedł mi za bar­dzo znu­dzo­ny (nie tylko po­wierz­chow­nie). 

Cie­szę się z wy­bo­ru ulu­bio­nych zdań, bo mnie też się one aku­rat po­do­ba­ją :)

Czemu pa­sa­żer tak łatwo się wy­ga­du­je? Ma to pod­kre­ślać wra­że­nie, że pro­rok jest wa­ria­tem. Cza­sem takie po­sta­ci można spo­tkać. Ktoś je­dzie po­cią­giem, na­wią­zu­je kon­takt wzro­ko­wy, za­ga­du­je i za­czy­na snuć opo­wieść. Można było to jed­nak le­piej uza­sad­nić, choć­by tym, że pró­bu­je wy­cy­ga­nić pie­nią­dze na je­dze­nie.

Dla mnie to jest okej – też tak to od­bie­ram. Zresz­tą zda­rza­ły mi się takie przy­pad­ki w PKS, PKP, nie po­wiem :)

Che mi sento di morir

Dan­te­sie, bar­dzo dzię­ku­ję za wy­ja­śnie­nia i po­zo­sta­ję z na­dzie­ją, że Twoje przy­szłe opo­wia­da­nia będą rów­nie zaj­mu­ją­ce i znacz­nie le­piej na­pi­sa­ne. :)

Gdyby ci, któ­rzy źle o mnie myślą, wie­dzie­li co ja o nich myślę, my­śle­li­by o mnie jesz­cze go­rzej.

Dzię­ku­ję bar­dzo. Coś tam skro­bię i jak bę­dzie go­to­we, to nie za­wa­ham się użyć :)

Cie­ka­wy po­mysł, nie­źle się czy­ta­ło. Przy­znam, że anioł na końcu tro­chę mnie za­sko­czył, dia­bli wie­dzą, skąd się tam wziął. Czyim pro­ro­kiem był wła­ści­wie bo­ha­ter? I co pro­ro­ku­je? Bo ja cały czas my­śla­łam, że na­pro­mie­nio­wa­nie tak zmo­dy­fi­ko­wa­ło jego DNA, że na­ba­wił się jakiś nad­przy­ro­dzo­nych mocy, zdol­no­ści uzdro­wi­ciel­skich, ale przy oka­zji nieco stra­cił zmy­sły. Na­to­miast pro­ro­ko­wa­nia to jakoś nie wi­dzia­łam.

Chcia­ła­bym w końcu prze­czy­tać coś opty­mi­stycz­ne­go!

Hmmm. Na­tłok po­rwań i walk mnie przy­gniótł. Też wy­da­je mi się dziw­ne, że Chap­man był znu­dzo­ny opo­wie­ścią fa­ce­ta, któ­re­go ści­gał przez pół Eu­ro­py. I że mu ża­ło­wał whi­sky. A jeśli pro­ro­ka tak wszy­scy ści­ga­ją, to ja na jego miej­scu la­ta­ła­bym po no­cach, a nie jeź­dzi­ła po­cią­ga­mi.

Bab­ska lo­gi­ka rzą­dzi!

Nowa Fantastyka