- Opowiadanie: oicapznicikor - ZARAZ ZA

ZARAZ ZA

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

ZARAZ ZA

Tak się to już utar­ło. Nikt w za­sa­dzie nie pa­mię­tał, nie za­sta­na­wia­no się nawet, nad po­cho­dze­niem czę­sto uży­wa­ne­go po­ję­cia „Oni”. Zwrot ten wtrą­ca­no do roz­mów pod­czas ko­le­żeń­skiej wy­mia­ny zdań, w cza­sie kłót­ni ro­dzin­nych, dys­ku­sji na pry­wat­kach, przy­sło­wio­wym piwie w knaj­pie i pod­czas spły­wu ka­ja­ko­we­go. Na plaży, na ba­se­nie, na sta­dio­nie spor­to­wym, na skwer­kach, w par­kach, w skle­pach, w szko­le, u fry­zje­ra, den­ty­sty i u me­cha­ni­ka. Wszę­dzie. „Oni” byli od­po­wie­dzial­ni za roz­wój oraz do­bro­byt. Z ich przy­czy­ny po­ja­wia­ła się sta­gna­cja i kry­zy­sy go­spo­dar­cze. Od­po­wia­da­li za tra­ge­dię wojny i ogra­ni­cze­nia wol­no­ści. Za od­wil­że, drob­ne ra­do­ści i wi­do­wi­ska. Kli­mat. Modę. Ten­den­cje i pro­gno­zy. Za wszyst­ko. Oni. Naj­wyż­sza forma do­wo­dze­nia po­pu­la­cją. Od­po­wie­dzial­na za ca­ło­kształt i za nic. Od za­ra­nia dzie­jów. Wszech­obec­na, wszech­po­tęż­na siła. Ze wszech miar sku­tecz­na i ze wszech miar da­rem­na. Pierw­sza. Naj­bar­dziej ta­jem­ni­cza. Je­dy­na. Poza nią, tylko uni­wer­sum…

*

Roman Fi­li­pek wstał nad ranem. Ostat­niej nocy jakoś nie mógł spać. Po­dob­no pa­nu­ją­cy w kraju kli­mat sprzy­ja pro­ble­mom me­te­opa­tycz­nym. Na or­ga­nizm wpły­wa za­rów­no tem­pe­ra­tu­ra, jak i ci­śnie­nie, wiatr oraz wil­got­ność po­wie­trza… Tak sobie tłu­ma­czył tę bez­sen­ną noc. Zresz­tą lubił sobie tłu­ma­czyć wszyst­ko na swój spo­sób. Tro­chę hi­po­chon­dryk, nieco mal­kon­tent. Ską­d­inąd bar­dzo sym­pa­tycz­ny pan w śred­nim wieku. Nosił za­wsze schlud­nie skro­jo­ne gar­ni­tu­ry i śnież­no­bia­łe ko­szu­le. Nie uzna­wał kra­wa­ta. Nie uży­wał rów­nież ze­gar­ka ręcz­ne­go tłu­ma­cząc, że szczę­śli­wi prze­cież nie znają miary jaką jest czas. Ra­dził sobie z tym w miarę po­trze­by ko­rzy­sta­jąc z do­stęp­nych roz­wią­zań elek­tro­nicz­nych, obec­no­ści dru­gie­go czło­wie­ka albo wieży ko­ściel­nej. Fi­li­pek po­mi­mo swo­je­go nie­na­gan­ne­go wy­glą­du ze­wnętrz­ne­go, su­ge­ru­ją­ce­go na wskroś po­ukła­da­ne uspo­so­bie­nie, w sto­sun­ku do oto­cze­nia, kon­tak­tów mię­dzy­ludz­kich, punk­tu­al­no­ści oraz obo­wiąz­ków, – był ra­czej lu­za­kiem. Wszyst­ko po­zo­sta­wiał w tak zwa­nym ar­ty­stycz­nym nie­ła­dzie, co zresz­tą przy­spa­rza­ło mu tyleż sym­pa­ty­ków, co wro­gów. Kry­tycz­nie od­no­sił się do spraw wy­ma­ga­ją­cych we­dług niego sa­me­go kry­ty­ki i dość scep­tycz­nie oce­niał nie­spraw­dzo­ne no­wo­ści bry­lu­ją­ce na płasz­czyź­nie spo­łecz­no­oby­cza­jo­wej. Gar­dził ce­le­bry­ta­mi, a po­li­ty­kę miał jak czę­sto po­wta­rzał, po pro­stu gdzieś. Lubił wda­wać się w za­wi­łe dys­ku­sje, które z fi­lo­zo­ficz­nym za­cię­ciem zwykł roz­wi­jać w nie­skoń­czo­ność.

*

Minął już, trzy­sta trzy­na­sty dzień, odkąd pa­cjent zero po­ja­wił się w kraju. Mimo pier­wot­nej po­zor­nej sta­bi­li­za­cji, cho­ro­ba na całym świe­cie, po­cią­gnę­ła za sobą ponad mi­lion ist­nień ludz­kich, ruj­nu­jąc do­sta­tecz­nie życie spo­łecz­ne i eko­no­micz­ne oby­wa­te­li. Wpraw­dzie ogło­szo­no ofi­cjal­nie, że wirus zo­stał po­ko­na­ny, jed­nak kwa­ran­tan­na wy­mu­sza­ją­ca na wszyst­kich miesz­kań­cach, ko­niecz­ność po­zo­sta­wa­nia w od­osob­nie­niu, obo­wią­zy­wa­ła nadal. Roman wła­śnie wy­cią­gał przy­ru­mie­nio­ne krom­ki chle­ba z to­ste­ra. Jego sku­pie­nie spo­wo­do­wa­ne bez­sen­ną nocą, prze­rwał stłu­mio­ny, ale wy­raź­ny dźwięk. Z ko­ry­ta­rza dał się sły­szeć cichy stu­kot. Jakby nie­śmia­łe pu­ka­nie do drzwi wej­ścio­wych. Nie prze­ra­zi­ło go to. Ra­czej za­sta­no­wi­ło. Od pew­ne­go czasu był przy­zwy­cza­jo­ny do wizyt służb mun­du­ro­wych w swoim miesz­ka­niu. Tym razem jed­nak bez obaw przy­słu­chi­wał się dźwię­kom. De­li­kat­nie po­ło­żył krom­ki ciem­ne­go pie­czy­wa na bu­ko­wej, mocno sfa­ty­go­wa­nej desce do kro­je­nia chle­ba i lekko stą­pa­jąc bo­sy­mi sto­pa­mi po ku­chen­nym gre­sie, prze­su­nął się do pro­wa­dzą­cych na klat­kę scho­do­wą drzwi miesz­ka­nia. Chwi­lę na­słu­chi­wał. Wy­raź­ne pu­ka­nie lekko re­zo­no­wa­ło nieco stłu­mio­ne wy­ci­sze­niem drzwi ze­wnętrz­nych. Ostroż­nie spoj­rzał przez wi­zjer. Na klat­ce scho­do­wej, tuż przed drzwia­mi, stał czło­wiek w ma­secz­ce hi­gie­nicz­nej na twa­rzy, którą do­dat­ko­wo za­sła­niał na­rzu­co­ny na głowę kap­tur spor­to­wej kurt­ki. Ner­wo­wo roz­glą­dał się to na lewo, to na prawo, stu­ka­jąc zgię­tym pal­cem wska­zu­ją­cym w drzwi miesz­ka­nia. Roman był nie­mal pe­wien, że roz­po­znał sto­ją­cą po dru­giej stro­nie po­stać. To była Anna. De­li­kat­nie, lecz zde­cy­do­wa­nie chwy­cił za klam­kę. Lewą dłoń opie­rał o fu­try­nę, prawą lekko po­cią­gnął drzwi do sie­bie. Dziew­czy­na we­szła do miesz­ka­nia. Wi­dząc, prze­ni­ka­ją­ce do ko­ry­ta­rza nikłe ku­chen­ne świa­tło, na­tych­miast skie­ro­wa­ła się do są­sia­du­ją­ce­go z przed­po­ko­jem ciem­ne­go po­miesz­cze­nia. Roman za­mknął drzwi, prze­krę­cił dwu­krot­nie klucz w zamku i spoj­rzał po­now­nie przez wi­zjer ana­li­zu­jąc jesz­cze przez mo­ment dźwię­ki do­cho­dzą­ce z klat­ki scho­do­wej. Nic nie­po­ko­ją­ce­go nie zwró­ci­ło jego uwagi. Pod­szedł do ko­bie­ty. Co się stało? – Za­py­tał. Co tutaj ro­bisz? – Anna sie­dzia­ła na ka­na­pie, cho­wa­jąc twarz w dło­niach. Po chwi­li unio­sła głowę, spoj­rza­ła na Ro­ma­na od­chy­la­jąc włosy z czoła. W jej oczach widać było nie­po­kój, może nie­do­wie­rza­nie. Przyj­dą po mnie jutro! – Oznaj­mi­ła. W nocy otrzy­ma­łam maila i in­for­ma­cję ese­mes. W skrzyn­ce na listy rów­nież zna­la­złam we­zwa­nie. Dzi­siaj w nocy! Ro­zu­miesz? W nocy! Wia­do­mo, nie spa­łam. Jak my wszy­scy mam pro­blem ze spa­niem. Trud­no się przy­zwy­cza­ić do tego co się dzie­je wokół nas! Usły­sza­łam sy­gnał w te­le­fo­nie. A mia­łam go wy­łą­czyć na noc… Przyj­dą po mnie jutro…! – Roz­pła­ka­ła się. Roman pod­szedł do Anny. Usiadł obok od­gar­nia­jąc ster­tę nie­wy­pra­so­wa­nych ubrań z sie­dzi­ska ka­na­py. Objął ko­bie­tę ra­mie­niem i przy­tu­lił do sie­bie jak małe dziec­ko, ko­ły­sząc lekko na boki. Anna uspo­ko­iła się nieco. Od szó­stej rano co go­dzi­nę, będą spraw­dzać, czy je­stem w domu. – Tłu­ma­czy­ła. Mam im się spo­wia­dać, czy nie za­ży­łam cza­sem leków, które w skła­dzie mają „Ibu­pro­fen” Ro­zu­miesz!? Przyj­dą po mnie jutro o szó­stej rano! Wiesz co to ozna­cza?! Wiesz jak potem lu­dzie stam­tąd wra­ca­ją. Praw­da!? Kuźwa! Dla­cze­go padło na mnie!? Stary drew­nia­ny zegar Gu­stav Bec­ker, sto­ją­cy w miesz­ka­niu Ro­ma­na, roz­brzmiał głę­bo­kim dźwię­kiem. Anna wtu­lo­na w ra­mio­na męż­czy­zny, unio­sła lekko głowę na­słu­chu­jąc czte­rech, na­stę­pu­ją­cych po sobie do­stoj­nych ude­rzeń. Już czwar­ta. – Oznaj­mi­ła. Nie mam czasu. Nie mam czasu…

*

Je­de­na­sty sty­czeń dwa ty­sią­ce dwu­dzie­ste­go pierw­sze­go roku, był wy­jąt­ko­wo zim­nym dniem. Ter­mo­metr za oknem, wska­zy­wał minus 28 stop­ni Cel­sju­sza. We­wnątrz miesz­ka­nia pa­no­wa­ła tem­pe­ra­tu­ra nieco chłod­na, ale zno­śna. Ogra­ni­czo­ne do­sta­wy ener­gii ciepl­nej, umoż­li­wia­ły ko­rzy­sta­nie z niej w okre­ślo­nych po­rach dnia. Nocą obo­wią­zy­wał cał­ko­wi­ty zakaz ogrze­wa­nia miesz­kań i re­gla­men­to­wa­na moż­li­wość uży­wa­nia z ener­gii elek­trycz­nej. Prace biu­ro­we wy­ko­ny­wa­no tylko on­li­ne, z miej­sca za­miesz­ka­nia. Ucznio­wie i stu­den­ci ko­rzy­sta­li z plat­form „E-le­ar­nin­gu” od go­dzi­ny ósmej rano do czter­na­stej, a praca „Home Of­fi­ce” mogła trwać do go­dzi­ny szes­na­stej. Potem na­stę­po­wa­ła prze­rwa w do­sta­wach prądu, aż do go­dzi­ny dwu­dzie­stej. Ze wzglę­du na kwa­ran­tan­nę, w kraju obo­wią­zy­wał sze­reg ob­ostrzeń i usta­leń. Jedne na za­sa­dzie spo­łecz­ne­go przy­zwo­le­nia i wy­ro­zu­mia­ło­ści, inne usank­cjo­no­wa­nie praw­nie i ob­wa­ro­wa­ne od­po­wied­nim sta­tu­sem grzy­wien oraz kar ad­mi­ni­stra­cyj­nych. Więk­szość in­sty­tu­cji, firm i za­kła­dów pracy nie funk­cjo­no­wa­ło. Były za­mknię­te albo dzia­ła­ły w mi­ni­mal­nym stop­niu. Do­ty­czy­ło to wszel­kie­go ro­dza­ju hal han­dlo­wych, mar­ke­tów, skle­pów, punk­tów usłu­go­wych, warsz­ta­tów, obiek­tów uży­tecz­no­ści pu­blicz­nej. Urzę­dy nie pra­co­wa­ły w ogóle. Spra­wy urzę­do­we roz­pa­try­wa­no w sche­ma­cie elek­tro­nicz­nej wy­mia­ny, naj­czę­ściej jed­no­stron­nej via urząd-klient, in­for­mu­jąc o na­ka­zach i za­ka­zach, oraz we­zwa­niach. Ze wzglę­du na kwa­ran­tan­nę ogra­ni­czo­no stop­nio­wo moż­li­wość za­ku­pów bez­po­śred­nich, by osta­tecz­nie po­zo­stać je­dy­nie przy wer­sji on­li­ne. Raz w mie­sią­cu do­star­cza­no za­ma­wia­ją­cym, po­trzeb­ny sprzęt RTV i AGD, co dwa ty­go­dnie ar­ty­ku­ły dro­ge­ryj­ne, a raz w ty­go­dniu to­wa­ry spo­żyw­cze w re­gla­men­to­wa­nej ilo­ści. Rząd do­to­wał oby­wa­te­li po­zo­sta­ją­cych w do­mach, roz­licz­ny­mi pro­gra­ma­mi fi­nan­su­ją­cy­mi eg­zy­sten­cję na do­pusz­czal­nym po­zio­mie… Mó­wi­ło się, że tak zwani ozdro­wień­cy mogą prze­by­wać na ze­wnątrz. Po­dob­no pra­cu­ją, uczą się i ko­rzy­sta­ją z roz­ry­wek w udo­stęp­nio­nych spe­cjal­nie dla nich pla­ców­kach. Po­dob­no rze­czy­wi­ście ozdro­wień­cy ist­nie­li. Przy­pusz­cza­no, pró­bo­wa­no iden­ty­fi­ko­wać… Jed­nak ze wzglę­du na ogra­ni­czo­ną moż­li­wość wy­mia­ny in­for­ma­cji nie­kon­tro­lo­wa­nej, wie­ści te funk­cjo­no­wa­ły je­dy­nie na za­sa­dzie teo­rii spi­sko­wej i były trud­ne do po­twier­dze­nia.

*

Tro­chę tu chłod­no. – Po­wie­dział Roman. Ten pokój, to taka moja gar­de­ro­ba-pra­so­wal­nia. – Uśmiech­nął się. Przejdź­my do kuch­ni, tam jest cie­plej. Pod­łą­czy­łem stare sło­necz­ko ga­zo­we do butli tu­ry­stycz­nej i tak sobie do­ga­dzam cie­płem. Czuję się jak w Afry­ce. – Uśmiech­nął się po­now­nie. W kuch­ni pod czar­nym klo­szem w stylu „Loft” ża­rzy­ły się de­li­kat­ne diody ża­rów­ki LED Fi­la­ment. Żar pro­mien­ni­ka ga­zo­we­go i na­stro­jo­we świa­tło ory­gi­nal­nej lampy spra­wi­ły, że Anna uspo­ko­iła się na dobre. Roman wy­cią­gnął z szaf­ki ku­chen­nej biały por­ce­li­to­wy kubek z wy­gra­we­ro­wa­ną na nim ko­lo­ro­wą sen­ten­cją „Carpe diem” . Na­pi­jesz się her­ba­ty? – Za­py­tał. Ko­bie­ta uśmiech­nę­ła się. Kawy! Pro­szę zrób mi kawy! – Od­po­wie­dzia­ła. Musze się obu­dzić! Nie­zwy­kły, uwo­dzi­ciel­ski aro­mat kawy roz­szedł się swo­bod­nie po po­miesz­cze­niu. Anna ob­ję­ła dłoń­mi go­rą­cy kubek, prawą dło­nią chwy­ci­ła za ma­syw­ne por­ce­li­to­we ucho na­czy­nia, kciu­kiem lewej, gła­dzi­ła de­li­kat­nie wy­gra­we­ro­wa­ny na nim napis. Spo­glą­da­jąc w za­my­śle­niu na kubek z na­po­jem, gło­śno wy­re­cy­to­wa­ła frag­ment utwo­ru rzym­skie­go li­ry­ka. „Chwy­taj dzień, bo prze­cież nikt się nie dowie, jaką nam przy­szłość zgo­tu­ją bo­go­wie…”– Uśmiech­nę­ła się. Chi­chot losu. Szep­nę­ła, ki­wa­jąc po­twier­dza­ją­co głową. Ech, co za chi­chot losu. Roman spoj­rzał w stro­nę okna za­sło­nię­te­go za­ciem­nia­ją­cą ża­lu­zją. Nie­dłu­go dzień. – Po­wie­dział. Co za­mie­rzasz? Mu­sisz wró­cić do sie­bie przed szó­stą. Prze­cież będą Cię spraw­dzać. Może to nic złego? Prze­cież po­dob­no wielu ludzi wró­ci­ło, może nie trze­ba się bać ? – Anna spoj­rza­ła na niego. – Co ty mó­wisz? Ener­gicz­nym ru­chem dłoni, po­sta­wi­ła kubek na stole ku­chen­nym. Wsta­ła z krze­sła. – Nie trze­ba się bać? – Po­wtó­rzy­ła za męż­czy­zną.– Czy ja się boję? Ja się nie boję! Je­stem prze­ra­żo­na! Wi­dzia­łeś co się stało z tą star­szą panią spod piąt­ki? – Anna unio­sła sto­ją­cy na stole kubek, trze­ma ner­wo­wy­mi ły­ka­mi wy­chy­li­ła za­war­tość pra­wie do dna. Prze­szła kilka razy z jed­nej na drugą stro­nę kuch­ni. W końcu wy­pro­sto­wa­na przy­war­ła ple­ca­mi do lo­dów­ki, tył głowy opar­ła o drzwicz­ki urzą­dze­nia i spoj­rza­ła przed sie­bie w za­my­śle­niu. Ta pani Basia, ta z piąt­ki, przy­szłą do mnie, tak jakoś zaraz po świę­tach. – Kon­ty­nu­owa­ła Anna teraz już spo­koj­nym, ale jakby nieco za­klę­tym gło­sem. Przy­nio­sła mi we­zwa­nie, które ran­kiem zna­la­zła w skrzyn­ce na listy. Nie wie­dzia­ła co to jest, tzn. sły­sza­ła w te­le­wi­zji, że lu­dzie będą do­sta­wać we­zwa­nia, maile i ese­me­sy in­for­mu­ją­ce o obo­wiąz­ku sta­wie­nia się do kon­tro­li zdro­wia i in­iek­cji. Ale nie wie­dzia­ła, nie ro­zu­mia­ła jak to się od­bę­dzie, na czym to ma po­le­gać? Mó­wi­ła, że nigdy nie po­słu­gi­wa­ła się kom­pu­te­rem, ani smart­fo­nem. Nie było jej to nigdy do ni­cze­go po­trzeb­ne i za­wsze sta­ra­ła się uni­kać ta­kich no­wo­ści tech­nicz­nych. Nie miała żad­nej karty kre­dy­to­wej, je­dy­nie ra­chu­nek ban­ko­wy, na który spły­wa­ła jej eme­ry­tu­ra. Wtedy do­wie­dzia­łam się, z tego we­zwa­nia, że uro­dzi­ła się w trzy­dzie­stym dzie­wią­tym roku. Je­de­na­ste­go stycz­nia, ty­siąc dzie­więć­set trzy­dzie­ste­go dzie­wią­te­go. Dzi­siaj mia­ła­by do­kład­nie osiem­dzie­siąt dwa lata. Roman pa­trzył w pod­ło­gę. Spoj­rzał na Annę, uno­sząc nagle po­chy­lo­ną głowę. – Dla­cze­go mia­ła­by? – Za­py­tał. Dla­cze­go mó­wisz, mia­ła­by? Prze­cież nie mo­żesz tak mówić! Ow­szem zgo­dzę się, ta twoja pani Basia to już sta­rusz­ka, ale w dzi­siej­szych cza­sach wiele osób funk­cjo­nu­je zna­ko­mi­cie nawet w takim wieku. Sam mam sześć­dzie­siąt. Wy­da­wać by się mogło nie­wie­le mniej. Czym jest dzie­sięć, dwa­dzie­ścia lat róż­ni­cy teraz… Kiedy czło­wiek jest zdro­wy, może funk­cjo­no­wać. Ja sam czuje się nie­raz jak sta­rzec. Bolą mnie mię­śnie nóg, zęby, mam pro­ble­my ze snem. Potem to wszyst­ko mija i znowu je­stem jak młody bóg. Od czasu za­mknię­cia si­łow­ni, do któ­rej z ocho­tą cho­dzi­łem i w ogóle braku ro­bo­ty, znowu do­pa­da mnie me­lan­cho­lia. Tu mnie boli, tam mnie łupie… Ale ta pani Basia, to jesz­cze prze­cież cał­kiem rześ­ka sta­rusz­ka. Nie­raz, oczy­wi­ście kiedy jesz­cze można było wy­cho­dzić na ze­wnątrz, wi­dzia­łem ją wy­pro­sto­wa­ną, ma­sze­ru­ją­ca na spa­cer albo jak dłu­ba­ła coś po­chy­lo­na w przy­blo­ko­wym ogród­ku… – To wię­cej jej nie zo­ba­czysz! – Prze­rwa­ła Anna. – Przy­szli po nią na­stęp­ne­go dnia po jej wi­zy­cie u mnie. Awizo, które mi przy­nio­sła wów­czas, było iden­tycz­ne z tym… – Z tyl­nej kie­sze­ni spodni wy­cią­gnę­ła po­skła­da­ną kart­kę, którą po­da­ła Ro­ma­no­wi. Męż­czy­zna roz­ło­żył pa­pier. Jego oczom uka­zał się widok cha­rak­te­ry­stycz­ne­go pisma urzę­do­we­go. Z pra­wej stro­ny pisma wid­nia­ły dane per­so­nal­ne. Sza­now­na Pani Anna Fi­li­pek. Adres. Numer po­wszech­ne­go elek­tro­nicz­ne­go sys­te­mu ewi­den­cji lud­no­ści i data uro­dze­nia, -pierw­szy kwiet­nia dwa ty­sią­ce… Roman przy­po­mniał sobie w mgnie­niu oka ten dzień. Wró­ci­ły wspo­mnie­nia. Za­my­ślił się na chwi­lę. Anna ma już ponad dwa­dzie­ścia lat. – Po­my­ślał. To wszyst­ko tak szyb­ko mi­nę­ło. Spoj­rzał na dziew­czy­nę. Przez kilka se­kund wy­da­wa­ło mu się, że trzy­ma ją ma­lut­ką na rę­kach, potem pro­wa­dzi do przed­szko­la, od­bie­ra ze szko­ły. W lewym gór­nym rogu, wy­tłusz­czo­nym fon­tem błysz­cza­ła nazwa nadaw­cy ko­re­spon­den­cji – Kan­ce­la­ria Pre­ze­sa Rady Mi­ni­strów, a także Mi­ni­ster­stwo Zdro­wia i Cy­fry­za­cji. Niżej, wid­nia­ła wła­ści­wa treść okre­śla­ją­ca jed­no­znacz­nie in­ten­cje nadaw­cy oraz in­struk­cje skie­ro­wa­ne do ad­re­sa­ta. – Sza­now­na Pani, Kan­ce­la­ria Pre­ze­sa Rady Mi­ni­strów, Mi­ni­ster­stwo Zdro­wia, oraz Cy­fry­za­cji, w po­czu­ciu naj­wyż­szych war­to­ści na­ro­do­wych, ma za­szczyt za­pro­sić Panią do uczest­nic­twa w ba­da­niach ogól­ne­go stanu zdro­wia, oraz pod­da­niu się an­ty­wi­ru­so­wej in­iek­cji ochron­nej. Aby za­pew­nić Pani mak­sy­mal­ny kom­fort i od­po­wied­nie przy­go­to­wa­nie, dzi­siaj tj. je­de­na­ste­go stycz­nia dwa ty­sią­ce dwu­dzie­ste­go pierw­sze­go roku, po­cząw­szy od godz. 06,00, nasz kon­sul­tant w go­dzin­nych in­ter­wa­łach bę­dzie się kon­tak­to­wał w celu udzie­le­nia Pani od­po­wied­nich wska­zó­wek przy­go­to­waw­czych. Sta­now­czo za­bra­nia się sto­so­wa­nia leków an­ty­pro­sta­glan­dy­no­wych typu Ibu­pro­fen. Z przy­jem­no­ścią pra­gnie­my Panią po­in­for­mo­wać, że ba­da­nie jest w ca­ło­ści re­fun­do­wa­ne. Pro­si­my o przy­go­to­wa­nie pod­sta­wo­wych rze­czy oso­bi­stych i ocze­ki­wa­nie na wi­zy­tę kon­sul­tan­ta dnia dwu­na­ste­go stycz­nia dwa ty­sią­ce dwu­dzie­ste­go pierw­sze­go roku o go­dzi­nie szó­stej. Za­pew­nia­my od­po­wied­nią opie­kę oraz kom­for­to­wy trans­port. Sta­wien­nic­two obo­wiąz­ko­we… – Roman po­ło­żył lewą dłoń na karku, jakby chciał go roz­ma­so­wać po cięż­kiej pracy. Potem pod­szedł do wi­szą­cej szaf­ki ku­chen­nej, z któ­rej wy­cią­gnął szklan­kę, oraz brą­zo­wą bu­tel­kę Bal­lan­ti­ne. Na­peł­nił szkło al­ko­ho­lem po same brze­gi i dusz­kiem wypił za­war­tość. Spoj­rzał na Annę. Przez chwi­lę pa­trzy­li sobie pro­sto w oczy. Męż­czy­zna chciał coś po­wie­dzieć. Prze­ły­ka­jąc z tru­dem ślinę, zde­cy­do­wał się tylko na krót­kie – O kuźwa! Potem już swo­bod­niej dodał – Nie wró­ci­ła… Ta twoja pani Basia, nie wró­ci­ła. Czy tak? – Za­py­tał. Tak! – Anna na­tych­miast roz­wia­ła jego wąt­pli­wo­ści. – Nie wró­ci­ła. Nikt nie wie co się stało. Żaden z są­sia­dów, z któ­ry­mi mamy… Z któ­ry­mi mo­że­my jesz­cze mieć kon­takt. Nikt, nic nie wie, nikt ni­cze­go nie wi­dział. Czy żyje? Nie wiem. Jak wiesz od dawna nie ma po­grze­bów. Po­dob­no. Nie wiemy, nie wi­dzi­my ne­kro­lo­gów, nie wolno nam…! Nie wolno nam wy­cho­dzić na ze­wnątrz! Skąd mamy wie­dzieć ?! – Stary zegar Gu­stav Bec­ker, pię­cio­krot­nym dźwięcz­nym brzmie­niem przy­po­mniał o ist­nie­niu czasu. Anna opar­ta ple­ca­mi o lo­dów­kę osu­nę­ła się na pod­ło­gę i scho­wa­ła twarz w ko­la­nach. Mó­wi­łeś za­wsze, że szczę­śli­wi czasu nie mie­rzą… – Ode­zwa­ła się po­now­nie. Że nie sza­nu­jesz tej miary. Że za­wsze jest czas, na wszyst­ko, bo czas nie ist­nie­je. Za go­dzi­nę skon­tak­tu­ją się ze mną. Co mam im po­wie­dzieć? Co robić, jak się za­cho­wać…? Boję się. Roman pod­szedł do okna. Dło­nią od­sło­nił nieco ża­lu­zję i de­li­kat­nie wyj­rzał na ze­wnątrz. Jesz­cze ciem­no. – Ode­zwał się. O ile się nie mylę świ­tać za­cznie po siód­mej. Zdą­żysz wró­cić do sie­bie. Nikt cię nie za­uwa­ży. Spo­koj­nie. Pójdę z tobą i będę przy tobie, kiedy się skon­tak­tu­ją. Coś wy­my­śli­my. – Od­wró­cił się, pod­szedł do Anny i przy­kuc­nął przy niej. Dłoń po­ło­żył na kasz­ta­no­wych wło­sach ko­bie­ty spły­wa­ją­cych na jej ko­la­na, jakby sta­rał się ją ogrzać jakąś wy­ima­gi­no­wa­ną oj­cow­ską ener­gią, która roz­wią­że wszel­kie pro­ble­my. To nie moż­li­we, żeby ko­lej­ny raz prze­ży­wać to samo. – Ode­zwał się znowu szep­tem, w spo­sób de­li­kat­ny i ła­god­ny. To nie może tak być, że znowu ktoś sta­wia nas przed fak­tem. Za­bra­nia nam prawa wy­bo­ru. Od­bie­ra wol­ność. Tyle razy to prze­ży­wa­li­śmy w hi­sto­rii. Teraz prze­cież świat jest inny, doj­rza­ły. Jest dwu­dzie­sty pierw­szy wiek. Być może cały nasz czte­ro­wy­mia­ro­wy wszech­świat to nic in­ne­go, jak taki ko­smo­lo­gicz­ny obiekt za­nu­rzo­ny w prze­strze­ni o więk­szej licz­bie wy­mia­rów. I to wszyst­ko nie dzie­je się… Albo dzie­je się obok nas… Mu­si­my tylko to do­strzec. Albo nie wi­dzieć i wów­czas nie­świa­do­mych nic złego nas nie do­tknie. To tak jak te­le­widz ma­ni­pu­lo­wa­ny ne­ga­tyw­ny­mi in­for­ma­cja­mi, utoż­sa­mia się z nimi i za­czy­na­ją go do­ty­czyć, drą­żyć dziu­rę, która za­czy­na krwa­wić i boleć. Gdyby nie ro­zu­miał… Gdyby był ob­co­kra­jow­cem choć­by, nie wie­dział­by… Słowa z te­le­wi­zo­ra by­ły­by tylko syn­tak­ty­ką, skład­nią jakąś, nie­zro­zu­mia­łym szme­rem. Już w sta­ro­żyt­no­ści… – Roman nie do­koń­czył mo­no­lo­gu. Anna ode­pchnę­ła jego dłoń. Spoj­rza­ła na męż­czy­znę i po­wie­dzia­ła z po­li­to­wa­niem w gło­sie. – Prze­stań pier­do­lić, pro­szę cię. Nie mam za­mia­ru słu­chać tych wszyst­kich two­ich teo­rii i wy­wo­dów, do któ­rych mnie przy­zwy­cza­iłeś. O Pla­to­nie, który wie­rzył w ist­nie­nie prawd ab­so­lut­nych i Ary­sto­te­le­sie, przed­kła­da­ją­cym kon­kret ponad teo­rie pięk­ne, ale po­zo­sta­ją­ce w bli­żej nie­okre­ślo­nym związ­ku z rze­czy­wi­sto­ścią. To co się dzie­je, jest tu i teraz. Przy­szłam do cie­bie, bo się boję i po­trze­bu­ję. Sama nie wiem czego po­trze­bu­ję. Boję się. Boję się o sie­bie i o cie­bie. Oba­wiam się o wszyst­ko co się dzie­je do­oko­ła. – Anna skrzy­żo­wa­ła stopy i zbli­ży­ła łok­cie do kolan, w mgnie­niu oka na­prę­ży­ła mię­śnie ciała i jakby wy­sko­czy­ła ze swo­jej sie­dzą­cej po­zy­cji. Po­de­szła do stołu ku­chen­ne­go, na­la­ła do sto­ją­cej na nim szklan­ki nieco al­ko­ho­lu, pod­nio­sła do ust, po­wą­cha­ła i od­sta­wi­ła z po­wro­tem z obrzy­dze­niem. Tfu! Jak to śmier­dzi, jak ty mo­żesz to w ogóle pić? Co to za syf? – Spoj­rza­ła na Ro­ma­na. Nie chcę cię na­ra­żać. – Ode­zwa­ła się po­now­nie. Jest zakaz swo­bod­ne­go po­ru­sza­nia się, zwłasz­cza teraz nad ranem, to może być ry­zy­kow­ne. Wrócę sama. Sama tu przy­szłam, sama wrócę. Coś wy­my­ślę… Nie! – Roman ki­wa­jąc głową prze­rwał Annie. – Nie zga­dzam się! Pójdę z tobą. Uda nam się prze­mknąć. We dwoje mamy więk­sze pole ob­ser­wa­cji, zresz­tą to tylko kil­ka­dzie­siąt me­trów, na­stęp­ny blok –Bez­sze­lest­nie opu­ści­li miesz­ka­nie. Na pod­sta­wie roz­po­rzą­dze­nia ad­mi­ni­stra­cji osie­dla, windy w gma­chu po­zo­sta­wa­ły nie­czyn­ne. Nie­zau­wa­że­ni do­tar­li do ciem­nej klat­ki scho­do­wej i w ciszy scho­dzi­li mi­ja­jąc ko­lej­ne pię­tra. Roman szedł pierw­szy. Kiedy mi­nę­li par­ter, męż­czy­zna przy­po­mniał sobie, że tuż przed Bożym Na­ro­dze­niem, nieco ponad rok temu, wy­mie­nio­no w holu nie­dzia­ła­ją­ce oświe­tle­nie z czuj­ni­kiem ruchu. Ener­gicz­nie od­wró­cił się do idą­cej za nim Anny i chwy­cił sta­now­czo za ra­mio­na. Stój! – Szep­nął do ko­bie­ty. Jeśli zro­bi­my krok w przód, włą­czy się oświe­tle­nie holu. Anna zmru­ży­ła po­wie­ki. Zimne świa­tło o wiel­ko­ści prze­kra­cza­ją­cej pięć ty­się­cy Kel­wi­nów po­ra­zi­ło jej zmę­czo­ne oczy. Czuj­nik ruchu za­dzia­łał pre­cy­zyj­nie. Jasny gwint! Krzyk­nął Roman od­wra­ca­jąc się w stro­nę ja­skra­wej lampy LED. W pierw­szej chwi­li po­my­ślał, aby jak naj­szyb­ciej wy­biec z holu na ze­wnątrz bu­dyn­ku. Na­tych­miast jed­nak zre­zy­gno­wał z tego za­mia­ru. Szarp­nął Annę za rękę i po­cią­gnął za sobą wy­co­fu­jąc się stop­nio­wo w stro­nę par­te­ru. Po krót­kiej chwi­li oświe­tle­nie wy­łą­czy­ło się au­to­ma­tycz­nie i w holu po­ni­żej par­te­ru z po­wro­tem za­pa­no­wa­ła bez­piecz­na ciem­ność. Oboje sto­jąc na skra­ju dłu­gie­go ko­ry­ta­rza, pro­wa­dzą­ce­go do po­szcze­gól­nych miesz­kań przy­zie­mia, przez chwi­lę na­słu­chi­wa­li dźwię­ków, które mo­gły­by wzbu­dzić ich nie­po­kój. Było jed­nak cicho. Prze­raź­li­wie cicho. Żad­ne­go głosu, ka­sła­nia, sy­gna­łu z te­le­wi­zo­ra, czy zwy­czaj­nej po­ran­nej krzą­ta­ni­ny. Nic. Zu­peł­nie nic. Roman sły­szał wy­raź­nie tylko od­głos bicia serca Anny i dźwięk jego wła­snej krwi krą­żą­cej z im­pe­tem w or­ga­ni­zmie. Po chwi­li ich od­de­chy stały się mia­ro­we. Uspo­ko­ili się. Stra­ci­łam zu­peł­nie po­czu­cie czasu – Ode­zwa­ła się Anna. Rze­czy­wi­ście idąc do cie­bie, nawet nie za­uwa­ży­łam tego świa­tła. Ciem­no jak w dupie. Co teraz? Po co tu ślę­czy­my? To oświe­tle­nie holu sprzed chwi­li, mu­sia­ło być wi­docz­ne rów­nież na ze­wnątrz. Jeśli ktoś tam był, jeśli ktoś tam jest, to z pew­no­ścią za­uwa­żył ten nagły błysk w ciem­no­ści… W drzwiach ze­wnętrz­nych jest tylko mała szyb­ka. – Prze­rwał jej Roman. Nikt nie za­uwa­żył. Nawet jeśli, to teraz już prze­cież by­li­by tutaj. Przy­szli­by po nas. Anna wy­cią­gnę­ła smart­fon z kie­sze­ni kurt­ki. Jest piąta trzy­dzie­ści. – Po­wie­dzia­ła. Kuźwa za pół go­dzi­ny będą do mnie dzwo­nić albo nie wiem co? Pi­sa­li, że będą się kon­tak­to­wać. Kuźwa, rów­nie do­brze mogą przyjść do mnie do miesz­ka­nia. Może już tam cze­ka­ją? Co ro­bi­my? Prze­cież mu­si­my wyjść na ze­wnątrz, a oświe­tle­nie włą­czy się po­now­nie, kiedy zej­dzie­my po scho­dach do holu. Teraz to i tak nie ma zna­cze­nia. Jeśli ktoś zwró­cił uwagę na świa­tło, to i tak musz­tar­da po obie­dzie, mogą ob­ser­wo­wać to miej­sce. – Stwier­dził Roman i przy­po­mniał sobie nagle o ist­nie­niu okna na końcu ko­ry­ta­rza, po prze­ciw­nej stro­nie par­te­ru. Pod oknem, przy ze­wnętrz­nej ścia­nie bloku, stały kie­dyś po­jem­ni­ki na kar­to­ny dla po­trzeb po­bli­skie­go mar­ke­tu. Muszą tam nadal być. Chodź! – Chwy­cił Annę za ramię. Tam jest okno. – Wska­zał na ko­niec ko­ry­ta­rza. – Jeśli uda się je ode­mknąć, po­win­ni­śmy się wy­do­stać bez pro­ble­mu. Okno słu­żą­ce do do­świe­tle­nia ko­ry­ta­rza par­te­ru, było wy­star­cza­ją­co duże, aby przez nie przejść. Klam­ka w jed­nym i w dru­gim skrzy­dle nie sta­wia­ła oporu, lekko po­zwo­li­ła się prze­krę­cić. Prze­raź­li­we zimno buch­nę­ło w nich z im­pe­tem. Siar­czy­sty mróz stycz­nio­we­go po­ran­ka, wdzie­ra­ją­cy się do bu­dyn­ku przez sze­ro­ko otwar­te okno. Zła­zi­my! Nie ma co zwle­kać. – Po­wie­dział Roman i mru­żąc z zimna oczy wy­chy­lił się na ze­wnątrz. Po­wo­li zmie­rzył wzro­kiem oko­li­ce. Pod oknem w bez­piecz­nej od­le­gło­ści stały dwa sze­ro­kie, me­ta­lo­we po­jem­ni­ki. Usiadł na pa­ra­pe­cie z pra­wej stro­ny okna, potem uklęk­nął na nim i dłoń­mi uchwy­cił się dol­nej oścież­ni­cy. Trzy­ma­jąc się jej kur­czo­wo zgra­bia­ły­mi dłoń­mi, po­wo­li opusz­czał nogi, mocno przy­le­ga­jąc czub­ka­mi butów do ze­wnętrz­nej ścia­ny bu­dyn­ku, aż do mo­men­tu, kiedy po­czuł pod po­de­szwa­mi sta­bil­ną twar­dą bla­chę po­jem­ni­ka. Ro­zej­rzał się do­oko­ła. Było zu­peł­nie ciem­no i cicho. Wy­cią­gnął ra­mio­na ku górze i po­mógł zejść Annie. Stąd do two­je­go bloku jest tylko kil­ka­dzie­siąt me­trów – Po­wie­dział. – Przej­dzie­my szyb­ko. Zde­cy­do­wa­nym tem­pem, ru­szy­li w stro­nę bloku, w któ­rym miesz­ka­ła Anna. Śnieg skrzy­piał pod ich bu­ta­mi, a od­głos kro­ków wy­da­wał się re­zo­no­wać w ciszy od­bi­ja­jąc o ciem­ne syl­wet­ki bu­dyn­ków. Roman dawno nie wy­cho­dził ze swo­je­go miesz­ka­nia. Po­mi­mo zu­peł­nej ciem­no­ści, zwró­cił uwagę na sta­ran­nie od­śnie­żo­ne ko­ry­ta­rze chod­ni­ków z równo roz­miesz­czo­ny­mi ban­da­mi zasp śnież­nych. Z okien lo­ka­lu, który zaj­mo­wał widać było tylko część dzi­kie­go parku i za­bu­do­wa­nia sta­rej, nie­czyn­nej ce­giel­ni. Czę­sto ob­ser­wo­wał park. Tej zimy wie­lo­krot­nie spo­glą­dał przez okno. Udało mu się do­strzec tylko ptaki i kilka co­dzien­nie przy­cho­dzą­cych saren, za­chę­co­nych zu­peł­nym bra­kiem ludzi. Chod­ni­ki jed­nak nie od­śnie­ży­ły się same. Wie­lo­krot­nie roz­ma­wiał z są­sia­da­mi z pię­tra, miesz­ka­ją­cy­mi w lo­ka­lach po prze­ciw­nej stro­nie. Oni rów­nież nie wi­dzie­li od dłuż­sze­go czasu ludzi na ze­wnątrz. Chod­ni­ki jed­nak ja­kimś cudem były od­śnie­żo­ne. Teo­ria o ozdro­wień­cach, którą miał stale gdzieś z tyłu głowy, za­czę­ła przy­po­mi­nać o sobie i znowu ukła­dać pi­ra­mi­dy spi­sko­wych do­my­słów… Sta­nę­li przed wej­ściem do bloku. Udało się. – Po­wie­dzia­ła Anna. Chwy­ci­ła za wiel­ki me­ta­lo­wy uchwyt w drzwiach i po­cią­gnę­ła je do sie­bie. Te jed­nak nie drgnę­ły. – Przy­mar­z­ły kuźwa czy co? Obie­ma dłoń­mi mocno ob­ję­ła uchwyt po­now­nie i po­cią­gnę­ła z im­pe­tem. No niech to szlag! – Ode­zwa­ła się zdez­o­rien­to­wa­na. Drzwi wej­ścio­we naj­wy­raź­niej były za­mknię­te. Zgra­bia­łą dło­nią wy­do­by­ła smart­fon z kie­sze­ni, włą­czy­ła go z trud­no­ścią, dy­go­cząc z zimna. Wy­świe­tlacz w gór­nym lewym rogu po­ka­zał czte­ry cyfry roz­dzie­lo­ne dwu­krop­kiem. Zero, pięć, pięć, pięć…

*

Dzień dobry Pań­stwu! – Roman i Anna usły­sze­li tuż za sobą ła­god­ny męski głos. Taki, po­dob­ny do tych, które wie­lo­krot­nie sły­sze­li w radio. Głę­bo­ki, de­li­kat­ny i cie­pły. Wy­da­wał się przy­ja­zny. Mimo to nie mieli od­wa­gi się od­wró­cić. Stali jak za­klę­ci, skie­ro­wa­ni twa­rzą w stro­nę drzwi wej­ścio­wych. W ich gło­wach kłę­bi­ły się nie­zli­czo­ne myśli, cha­otycz­nie pró­bu­jąc zin­ter­pre­to­wać sy­tu­ację. Pani Anna i pan Roman, nie­praw­daż? – Męż­czy­zna zadał ko­lej­ne py­ta­nie. Pań­stwo wy­cho­dzą czy wcho­dzą? A, tak! Drzwi za­mknię­te. – Stwier­dził. A jeśli tak, to nie mo­gli­ście wyjść. Przy­naj­mniej nie teraz. Zatem wcho­dzi­cie. Czyli wcze­śniej wy­szli­ście. A jest prze­cież zakaz prze­miesz­cza­nia się, zakaz opusz­cza­nia lo­ka­li. Roman po­czuł, że musi się od­wró­cić. Teraz, po kilku zda­niach prze­ma­wia­ją­cej do nich po­sta­ci, po­dej­rze­wał, że to spo­tka­nie nie wróży nic do­bre­go. Sam nie wie­dział czy to cie­ka­wość czy strach. Bojąc się jakby nie­prze­wi­dzia­nej re­ak­cji, ostroż­nie ma­new­ru­jąc całym cia­łem od­wró­cił się do mó­wią­ce­go. Anna ob­ser­wu­jąc Ro­ma­na kątem oka, zro­bi­ła to samo. Przed nimi stał znany z wi­dze­nia czło­wiek, w mun­du­rze straż­ni­ka miej­skie­go. Roman nie bar­dzo znał się na hie­rar­chii woj­sko­wej, są­dził jed­nak, że ów straż­nik musi być kimś waż­nym, do­strzegł bo­wiem na pa­go­nach jego ciem­no­gra­na­to­wej kurt­ki służ­bo­wej, czte­ry żółte romby umiesz­czo­ne w jed­nej linii. Kształ­tem przy­po­mi­na­ły jeden z czte­rech ko­lo­rów w kar­tach typu fran­cu­skie­go. No tak… – Ode­zwał się po­now­nie straż­nik, ki­wa­jąc głową z po­bła­ża­niem. Na­zy­wam się Skrzy­nec­ki. Je­stem na­czel­ni­kiem stra­ży miej­skiej… W tym samym mo­men­cie w po­bli­skiej ulicz­ce po­ja­wił się po­jazd. Wy­sia­dło z niego dwóch męż­czyzn w mun­du­rach po­li­cyj­nych oraz ko­bie­ta ubra­na jak le­karz, wszy­scy w ma­secz­kach hi­gie­nicz­nych na twa­rzy. Zde­cy­do­wa­nym kro­kiem zbli­ży­li się do sto­ją­cych przy drzwiach bloku ludzi. Tak się skła­da, że peł­nie rów­nież funk­cję głów­ne­go kon­sul­tan­ta w kon­tak­tach z panią, pani Anno.– Kon­ty­nu­ował straż­nik, wska­zu­jąc otwar­tą dło­nią na Annę. A ci pań­stwo, – tu wska­zał na sto­ją­cych tuż za nim troje ludzi, – są aby mi w tym pomóc. Tak się rów­nież skła­da, że po­wie­rzo­ne mi za­da­nia wy­ko­nu­ję ze szcze­gól­ną sta­ran­no­ścią. Tak się też skła­da, że do­stą­pi­łem za­szczy­tu do­star­cza­nia we­zwań oso­bom wy­ty­po­wa­nym. I tak się wresz­cie skła­da, że pod­czas nie­zmier­nie dys­kret­ne­go do­star­cza­nia tych­że we­zwań, za­uwa­ży­łem panią wy­cho­dzą­ca ukrad­kiem ze swo­je­go miesz­ka­nia. Do­my­śli­łem się po­wo­du pani wyj­ścia, po­nie­waż wcze­śniej do­star­czy­łem rów­nież dla pani, po­dob­ny do­ku­ment. Nie wie­dzia­łem je­dy­nie, w któ­rym kie­run­ku się pani uda. Ale po­sze­dłem za panią, w ten spo­sób roz­wią­za­łem i tę ta­jem­ni­cę… I co, za­do­wo­lo­ny je­steś z sie­bie!? – Krzyk­nę­ła nagle Anna. Od­nio­słeś suk­ces kuźwa? Przy­punk­to­wa­łeś? – Roman ob­ser­wo­wał re­ak­cję straż­ni­ka. Wi­dział, że w Skrzy­nec­kim wzbie­ra­ją emo­cje. Jego mocno za­ci­śnię­te szczę­ki po­wo­do­wa­ły fa­lo­wa­nie po­licz­ków. Głowę skrę­cił nieco w prawą stro­nę i spo­glą­dał w dal mru­żąc oczy jakby szu­kał na ho­ry­zon­cie ja­kie­goś ledwo do­strze­gal­ne­go punk­tu. Spra­wiał wra­że­nie czło­wie­ka mocno zi­ry­to­wa­ne­go, który jed­nak chce po­ka­zać, że po­tra­fi trzy­mać nerwy na wodzy. Chwi­la ta wy­da­wa­ła się trwać wieki. Roman spo­glą­dał na twarz męż­czy­zny, sły­szał głos Anny, która cały czas coś krzy­cza­ła, nie po­tra­fił jed­nak zi­den­ty­fi­ko­wać słów. Wie­dział, że musi coś zro­bić. Prze­ska­ku­jąc z nogi na nogę i uno­sząc ra­mio­na chwy­cił się za dło­nie i za­czął je za­cie­rać z zimna na wy­so­ko­ści pier­si. Sza­now­ni pań­stwo! – Uśmiech­nął się nie­śmia­ło. Może się jakoś do­ga­da­my. Po­wie­dział. O ile mi wia­do­mo Anna miała być przy­go­to­wa­na na go­dzi­nę szó­stą i jest. Prze­cież wszy­scy się znamy. Je­ste­śmy miesz­kań­ca­mi tego sa­me­go osie­dla. No… Panie Skrzy­nec­ki, prze­cież się znamy z wi­dze­nia… Jest do­kład­nie pięt­na­ście po szó­stej. – Tym samym głę­bo­kim i spo­koj­nym tonem prze­rwał nagle straż­nik. Cały kwa­drans bez­praw­nie za­własz­czo­ne­go czasu. – Kon­ty­nu­ował ła­god­nie. W nor­mal­nych oko­licz­no­ściach by­ło­by już po kon­sul­ta­cjach. – Spoj­rzał na Annę i dodał. Pani, pani Anno, wie­dzia­ła­by już, że nie ma się czego oba­wiać i że pani obec­ne za­cho­wa­nie jest zu­peł­nie nie na miej­scu, a ja mógł­bym udać się spo­koj­nie do innej wy­ty­po­wa­nej do kon­sul­ta­cji osoby. – Zer­k­nął na chwi­lę w stro­nę swo­ich lekko przy­pró­szo­nych śnie­giem, wy­po­le­ro­wa­nych butów, stuk­nął jed­nym o drugi, potem zwró­cił się do Ro­ma­na. Po­dob­nie jak nie na miej­scu jest pana obec­ność tutaj, panie Fi­li­pek. Wszy­scy do­sko­na­le wiemy, że obo­wią­zu­je nakaz po­zo­sta­wa­nia w domu. Do­dat­ko­wo na­ru­szy­li­ście zakaz kon­tak­tów z oso­ba­mi w gru­pie ry­zy­ka. A Pan, panie Fi­li­pek, jak sądzę, uro­dził się w sześć­dzie­sią­tym roku, zatem jest pan pra­wie, w szcze­gól­nej gru­pie ry­zy­ka. Na­to­miast jeśli cho­dzi o to, czy się znamy? Ja pana nie znam. Nawet z wi­dze­nia. A nawet jeśli pana gdzieś może przy­pad­ko­wo wi­dzia­łem, to nie pa­mię­tam, nie przy­po­mi­nam sobie i nie za­mie­rzam przy­po­mnieć. Chyba się ro­zu­mie­my? Twarz straż­ni­ka przy­po­mi­na­ła teraz słyn­ny por­tret tu­sku­lań­ski. Wy­glą­dał ni­czym Gaius Ju­liusz Cezar. Głowę miał le­d­wie do­strze­gal­nie unie­sio­ną, czoło nieco zmarsz­czo­ne, usta w lek­kim uśmie­chu; wszyst­ko to su­ge­ro­wa­ło po­stać sku­pio­ną i tro­skli­wą, a jed­no­cze­śnie nie po­zba­wio­ną iro­nii i ary­sto­kra­tycz­nej re­zer­wy… Roman pró­bo­wał jesz­cze coś po­wie­dzieć, ale nie po­tra­fił wy­do­być z sie­bie żad­ne­go dźwię­ku. Tkwił w miej­scu jak spa­ra­li­żo­wa­ny, zu­peł­nie nie wie­dział co robić. Sy­tu­acja go prze­ro­sła. Jej tra­gizm i ko­mizm jed­no­cze­śnie. Oto stał przed nim straż­nik miej­ski, funk­cjo­na­riusz bę­dą­cy dotąd ra­czej te­ma­tem dow­ci­pów. Zawód trak­to­wa­ny w świa­do­mo­ści spo­łecz­nej z re­zer­wą, w naj­lep­szym przy­pad­ku po­błaż­li­wo­ścią i w ka­te­go­riach braku przy­dat­no­ści. Straż­nik, który teraz pod wpły­wem weny i szczę­śli­we­go zrzą­dze­nia losu, mógł urze­czy­wist­nić swój czem­pio­nat, udo­wod­nić war­tość pu­blicz­ną i dać upust ku­mu­lu­ją­cym się od lat fru­stra­cjom nie­speł­nie­nia… Oto rów­nież, stali przed nim dwaj uzbro­je­ni w ostrą broń po­li­cjan­ci sze­re­go­wi, któ­rych twa­rze przy­po­mi­na­ły fa­cja­ty za­wod­ni­ków mie­sza­nych sztuk walki i to­wa­rzy­szą­ca im na do­da­tek ko­bie­ta z fi­zjo­no­mią spło­szo­nej sarny, w na­rzu­co­nym na ra­mio­na bia­łym far­tu­chu i wiel­ką le­żą­cą tuż przy niej torbą le­kar­ską. Czyż można było ocze­ki­wać roz­sąd­ne­go wyj­ścia z ta­kiej kom­pi­la­cji? Roman po­mi­mo siar­czy­ste­go mrozu, po­czuł ude­rze­nia go­rą­ca i ciek­ną­cy po ple­cach wil­got­ny pot. Z pod­świa­do­me­go prze­ko­na­nia nie­moż­li­wo­ści zro­bie­nia cze­go­kol­wiek, swo­iste­go ma­ra­zmu sy­tu­acyj­ne­go, który zda­wał się trwać wiecz­ność, wy­rwa­ło go nagłe od­zy­ska­nie wraż­li­wo­ści na dźwię­ki. Jak strzał z dzia­ła hu­ko­we­go, po­ra­ził go krzyk Anny. Pier­wot­nie krzyk, który teraz za­czął ukła­dać się w słowa. Ty psie, kuźwa! – Ję­cza­ła Anna okła­da­jąc straż­ni­ka pię­ścia­mi na oślep. Komu kuźwa słu­żysz, ty psie!? Jak można coś ta­kie­go robić, kuźwa!? Jakim trze­ba być par­szy­wym psem! – Krzy­cza­ła. Je­steś kuźwa czło­wie­kiem czy psem!? Straż­nik znie­chę­co­ny za­cho­wa­niem Anny i jed­no­cze­śnie świa­dom swo­jej fi­zycz­nej prze­wa­gi, chwy­cił ko­bie­tę sil­nym uści­skiem obu dłoni za nad­garst­ki i ode­pchnął z im­pe­tem w stro­nę ma­syw­nych drzwi wej­ścio­wych. Anna wal­nę­ła całą sobą w twar­dą bla­chę. Wście­kłość jed­nak nie opusz­cza­ła ko­bie­ty, roz­ju­szo­na za­ci­ska­jąc pię­ści, za­czę­ła znowu wrzesz­czeć na całe gar­dło – ge­sta­po, ge­sta­po, ge­sta­po! Lu­udzie! Ge­esta­apo! Ge­est­sa­apo…! Po­li­cjan­ci sto­ją­cy zaraz za straż­ni­kiem re­cho­ta­li ze śmie­chu po­ro­zu­mie­waw­czo spo­glą­da­jąc na sie­bie. Sy­tu­acja fak­tycz­nie spra­wia­ła im dużo ra­do­ści. Je­dy­nie sto­ją­ca przy nich ko­bie­ta w bia­łym far­tu­chu wy­da­wa­ła się mieć wciąż ten sam za­tro­ska­ny, a jed­no­cze­śnie prze­ra­żo­ny wyraz twa­rzy… Skrzy­nec­ki od­wró­cił się do nich i ski­nął głową w ge­ście przy­zwo­le­nia. Po­li­cjan­ci na­tych­miast sko­czy­li w stro­nę wrzesz­czą­cej Anny i zdez­o­rien­to­wa­ne­go Ro­ma­na i spraw­ną tech­ni­ką taj­skie­go ju­jit­su, jako du­sze­nie i jako dźwi­gnia na kark, obez­wład­ni­li oboje. Straż­nik miej­ski z rę­ko­ma za­ło­żo­ny­mi za ple­ca­mi pod­szedł do po­skro­mio­nej Anny. No i co pani Fi­li­pek? – Po­wie­dział nie­zmien­nie ła­god­nym gło­sem. Nie bar­dzo się mo­że­my ru­szyć co? Dodał z sar­ka­stycz­nym uśmie­chem… Pani Kry­siu – Zwró­cił się do sto­ją­cej w bia­łym far­tu­chu ko­bie­ty. Niech pani przej­dzie do swo­ich czyn­no­ści. W związ­ku z za­ist­nia­łą sy­tu­acją zmu­sze­ni je­ste­śmy po­mi­nąć formę kon­sul­ta­cyj­ną i za­pro­sić panią Annę bez­po­śred­nio do wzię­cia udzia­łu w ba­da­niach ogól­ne­go stanu zdro­wia, oraz pod­da­niu się an­ty­wi­ru­so­wej in­iek­cji ochron­nej. Pana, panie Fi­li­pek zmu­sze­ni je­ste­śmy po­pro­sić o po­wrót do swo­je­go miej­sca za­miesz­ka­nia. Oczy­wi­ście po­mo­że­my panu w tym, na wy­pa­dek, gdyby przy­szło panu do głowy ja­kieś inne roz­wią­za­nie tej kwe­stii. Na­le­ży się spo­dzie­wać, że rów­nież i pan w naj­bliż­szym cza­sie otrzy­ma ad­mi­ni­stra­cyj­ne we­zwa­nie. Nie­ste­ty mimo szcze­rych chęci, nie je­stem w sta­nie okre­ślić, kiedy to na­stą­pi. Do tego czasu nadal pro­szę prze­by­wać w miesz­ka­niu… Roman z le­d­wo­ścią prze­ły­kał ślinę. Jego gar­dło du­si­ła wiel­ka łapa po­li­cjan­ta. Miał wra­że­nie, że ci­śnie­nie spo­wo­do­wa­ne moc­nym klesz­czo­wym uści­skiem oraz wszech­obec­ny siar­czy­sty mróz nie do znie­sie­nia, na­cią­ga­ją skórę na jego twa­rzy. Wi­dział tylko kątem oka pie­lę­gniar­kę, która zbli­ży­ła się do Anny, od­su­nę­ła peł­nym ru­ty­ny ru­chem fałdy ma­te­ria­łu kurt­ki z szyi dziew­czy­ny, od­ka­zi­ła skórę, wbiła igłę, na­ci­snę­ła strzy­kaw­kę i wpro­wa­dzi­ła lek do krwio­bie­gu. Anna nie była w sta­nie się po­ru­szyć w ob­ję­ciach funk­cjo­na­riu­sza. Bez­rad­nie i z prze­ra­że­niem pa­trzy­ła, na pie­lę­gniar­kę i nie­wiel­ką strzy­kaw­kę w jej dło­niach… Roman uj­rzał zaraz, jak ciało Anny wiot­cze­je, jak Po­li­cjant de­li­kat­nie pod­trzy­mu­je ko­bie­tę pod pa­cha­mi i kła­dzie bez­wład­ną na przy­pró­szo­nym śnie­giem chod­ni­ku. Prze­ra­ził się, po­nie­waż pie­lę­gniar­ka tym razem zbli­ży­ła się do niego z tą samą fa­cja­tą spło­szo­nej sarny, trzy­ma­jąc w dło­niach nie­wiel­ką strzy­kaw­kę. Po­czuł ukłu­cie. Zaraz potem cie­pło, roz­cho­dzą­ce się od szyi i prze­ni­ka­ją­ce do koń­czyn. Do­świad­czył dziw­ne­go stanu zo­bo­jęt­nie­nia. Nawet za­czę­ło mu się to po­do­bać… Potem już nic.

*

Anna obu­dzi­ła się spro­wo­ko­wa­na dźwię­kiem smart­fo­na. Wcze­śniej śniąc, prze­dzie­ra­ła się przez ja­kieś gę­stwi­ny, krza­ki nie­okre­ślo­ne, szu­wa­ry bez­kre­sne, chcąc bez­sku­tecz­nie do­trzeć do nie­okre­ślo­ne­go bli­żej celu… Roz­bu­dzo­na, za­czę­ła zda­wać sobie spra­wę, że znaj­du­je się w swoim łóżku, w swoim po­ko­ju, w swoim miesz­ka­niu… Le­ża­ła na ple­cach z otwar­ty­mi ocza­mi, a jej świa­do­mość z trud­no­ścią po­ko­ny­wa­ła ba­rie­rę mię­dzy snem, a rze­czy­wi­sto­ścią. Te­le­fon nie od­pusz­czał. Po chwi­li jed­nak za­milkł. Anna usia­dła na łóżku. Czuła się zdez­o­rien­to­wa­na. Tro­chę jakby zmę­czo­na. Po­ło­ży­ła dło­nie na twa­rzy i koń­ców­ka­mi pal­ców za­czę­ła roz­ma­so­wy­wać za­mknię­te po­wie­ki, de­li­kat­nie prze­cią­ga­jąc dło­nie w stro­nę ze­wnętrz­nej czę­ści twa­rzy. Spoj­rza­ła na prze­ciw­le­głą białą ścia­nę, na któ­rej zna­jo­my Anny wy­ko­nał gip­so­wy re­lief Trój­ką­ta Pen­ro­se’a, z któ­re­go w ga­lo­pie jakby pro­sto do po­ko­ju, wy­bie­ga roz­ju­szo­ny dziki mu­stang z roz­wia­ną grzy­wą… Lu­bi­ła przy­glą­dać się tej geo­me­trycz­nej fi­gu­rze nie­moż­li­wej. Za­miar i kunszt au­to­ra pła­sko­rzeź­by po­wo­do­wa­ły, że złu­dze­nie optycz­ne dzia­ła­ło na Annę re­lak­su­ją­co. Po­czu­ła się bez­piecz­nie. Była spo­koj­na, wciąż jed­nak miała w gło­wie jedną wiel­ką pust­kę. Zu­peł­nie jakby wie­czo­rem prze­sa­dzi­ła z ko­lej­ną lamp­ką wina… Smart­fon ode­zwał się po­now­nie sy­gna­li­zu­jąc po­łą­cze­nie, krę­cił się na po­wierzch­ni szaf­ki noc­nej na­pę­dza­ny wi­bra­cja­mi. Anna się­gnę­ła po apa­rat, spoj­rza­ła na wy­świe­tlacz, który wska­zy­wał nie­zna­ny numer. Zde­cy­do­wa­ła się jed­nak ode­brać po­łą­cze­nie. Tak słu­cham. Po­wie­dzia­ła. W słu­chaw­ce usły­sza­ła ła­god­ny męski głos. Taki, po­dob­ny do tych ra­dio­wych. Głę­bo­ki, de­li­kat­ny i cie­pły. Pani Anna Fi­li­pek? Dzień dobry. – Po­wie­dział męż­czy­zna. Na­zy­wam się Piotr Skrzy­nec­ki i je­stem kon­sul­tan­tem z ra­mie­nia mi­ni­stra zdro­wia. Jak się pani spało? Jak się pani czuje? Anna była tro­chę zdzi­wio­na, od­po­wie­dzia­ła jed­nak au­to­ma­tycz­nie – Dzię­ku­ję do­brze… To świet­nie. – Kon­ty­nu­ował męż­czy­zna we­so­ło. To zna­czy, że ba­da­nie ogól­ne­go stanu zdro­wia oraz in­iek­cja an­ty­wi­ru­so­wa nie są takie strasz­ne jak je ma­lu­ją… Anna zmarsz­czy­ła brwi, jakby nie do końca ro­zu­mia­ła co męż­czy­zna do niej mówi. Roz­mów­ca kon­ty­nu­ował jed­nak nadal – Zatem jak sły­szę jeden z po­wo­dów mo­je­go kon­tak­tu z panią zo­stał wy­ja­śnio­ny. Są jed­nak ko­lej­ne. Otóż jak pani z pew­no­ścią wie ba­da­nie, w któ­rym pani uczest­ni­czy­ła było w ca­ło­ści re­fun­do­wa­ne. Re­fun­da­cja ta obej­mu­je rów­nież pewną do­ta­cję sys­te­mo­wą, na tak zwane za­go­spo­da­ro­wa­nie. Pro­gram „Pierw­szy krok”. Są to środ­ki rzą­do­we prze­zna­czo­ne na kon­ty­nu­acje edu­ka­cji, pomoc w ak­ty­wa­cji za­wo­do­wej i so­cjal­nej… – Anna słu­cha­ła nadal. Słowa roz­mów­cy, wzbu­dza­ją­ce po­cząt­ko­wo kon­ster­na­cję, po­wo­li wpro­wa­dza­ły ją w stan swo­iste­go za­cie­ka­wie­nia i nawet pew­ne­go za­do­wo­le­nia.. Środ­ki te w pierw­szej fazie pro­gra­mu będą prze­le­wa­ne na pani konto oso­bi­ste. – Kon­ty­nu­ował głos w słu­chaw­ce. W ko­re­spon­den­cji ma­ilo­wej za­łą­czy­li­śmy od­po­wied­ni for­mu­larz, w któ­rym czer­wo­ną ramką za­zna­czy­li­śmy tre­ści, które na­le­ży prze­czy­tać, a ak­ty­wa­cja pro­gra­mu oraz prze­lew środ­ków do­ko­na się au­to­ma­tycz­nie. Nie­ste­ty mam dla pani rów­nież nie­mi­łą wia­do­mość. Zgod­nie z roz­po­rzą­dze­niem rady mi­ni­strów, pani oj­ciec, zresz­tą jak do­ce­lo­wo każdy oby­wa­tel, rów­nież zo­stał po­pro­szo­ny o obo­wiąz­ko­we uczest­nic­two w ba­da­niu ogól­ne­go stanu zdro­wia. Nie­ste­ty oka­za­ło się, że miał tak zwane cho­ro­by to­wa­rzy­szą­ce. Wie pani, był pra­wie w gru­pie ry­zy­ka. Przy­kro mi… Męż­czy­zna za­milk­nął na chwi­lę wy­mow­nie, po czym dodał. – Ze wzglę­du na sy­tu­ację w kraju, czyn­no­ści fu­ne­ral­nych do­ko­na­li­śmy w za­kre­sie cy­wil­nym. Po­nie­waż jest pani naj­bliż­szą osobą dla pana Fi­lip­ka, zo­bo­wią­za­ni je­ste­śmy na pani konto prze­lać po­zo­sta­łą kwotę za­sił­ku z za­kła­du ubez­pie­czeń spo­łecz­nych. W od­dziel­nej ko­re­spon­den­cji ma­ilo­wej za­łą­czy­li­śmy rów­nież od­po­wied­ni for­mu­larz, w któ­rym ko­lo­rem żół­tym za­zna­czy­li­śmy treść do­ty­czą­cą da­nych pana Fi­lip­ka z nu­me­rem konta, oraz ko­lo­rem zie­lo­nym treść do­ty­czą­cą pani peł­no­moc­nic­twa i da­ny­mi konta, na które prze­le­je­my środ­ki. Wy­star­czy, że prze­czy­ta pani wska­za­ne frag­men­ty. Oczy­wi­ście za­chę­ca­my do za­po­zna­nia się z po­zo­sta­łą tre­ścią do­ku­men­tów, ma ona jed­nak cha­rak­ter in­struk­ta­żo­wy i jest przy­dłu­ga­wa. To w za­sa­dzie tyle. Je­stem do pani dys­po­zy­cji. Chęt­nie służę po­mo­cą. Czy ma pani ja­kieś py­ta­nia? Anna z tru­dem prze­łknę­ła ślinę. Wła­śnie do­wie­dzia­ła się o śmier­ci uko­cha­ne­go ojca. Wia­do­mość ta była jed­nak gdzieś da­le­ko. Gdzieś na dnie kłę­bią­cych się w my­ślach tre­ści… Czy ma pani jesz­cze ja­kieś py­ta­nia? – Po­wtó­rzył męż­czy­zna… Tak. To zna­czy, nie wiem…Tak mam. – Od­po­wie­dzia­ła Anna nie­zde­cy­do­wa­nie. To zna­czy, że jeśli prze­czy­tam numer konta umiesz­czo­ny w for­mu­la­rzu, au­to­ma­tycz­nie do­ko­nam prze­le­wu…? Tak! – Od­po­wie­dział głos w słu­chaw­ce. Na do­wol­nym no­śni­ku. Nie tylko numer konta. Do­wol­ną treść. Przy­kła­do­wo może pani prze­czy­tać tekst w ga­ze­cie, potem włą­cza­jąc apli­ka­cje wia­do­mo­ści w smart­fo­nie, spoj­rzeć na pole tre­ści z za­mia­rem na­pi­sa­nia wcze­śniej prze­czy­ta­ne­go frag­men­tu i już. Na za­sa­dzie ko­piuj-wklej. My to na­zy­wa­my, – emi­sją in­ten­cji. Bę­dzie pani za­do­wo­lo­na. Mózg ludz­ki ma duże moż­li­wo­ści. A jesz­cze więk­sze ma jego mo­ni­to­ro­wa­nie… To fa­scy­nu­ją­ce. – Po­wie­dzia­ła Anna, tro­chę do słu­chaw­ki, tro­chę jakby do sie­bie… Praw­da? – Ode­zwał się głos w te­le­fo­nie. To wszyst­ko pani Anno. Ale będę się z panią jesz­cze kon­tak­to­wał w przy­szło­ści. Czy ma pani jesz­cze ja­kieś py­ta­nia?… Nie, dzię­ku­ję. – Od­po­wie­dzia­ła dziew­czy­na… Zatem do usły­sze­nia. – Od­parł głos w słu­chaw­ce i cha­rak­te­ry­stycz­nie klik­nął, potem za­milkł… Anna odło­ży­ła smart­fon na szaf­kę nocną, po czym opa­dła na po­dusz­kę. Po­czu­ła się zmę­czo­na. Za­mknę­ła oczy i na­tych­miast za­snę­ła, a na jej ustach ry­so­wał się błogi uśmiech….

 

Scrip­tum XVI/V/MMXX

oICAP z nI­CI­KOR ®

Koniec

Komentarze

Oicap­zni­ci­kor, by­ło­by miło z Two­jej stro­ny, gdy­byś ze­chciał na­le­ży­cie wy­edy­to­wać tekst, bo w tej chwi­li ra­czej nie zdaje się do czy­ta­nia. Zli­kwi­duj zbęd­ne en­te­ry i po­dziel zwar­te bloki tek­stu na mniej­sze aka­pi­ty. Po­praw też zapis dia­lo­gów – tu znaj­dziesz sto­sow­ne wska­zów­ki: https://fantazmaty.pl/pisz/poradniki/jak-zapisywac-dialogi/

Gdyby ci, któ­rzy źle o mnie myślą, wie­dzie­li co ja o nich myślę, my­śle­li­by o mnie jesz­cze go­rzej.

Ups! Dzię­ku­ję zu­peł­nie nie za­uwa­ży­łem, że się po­prze­sta­wia­ło… Sko­ry­go­wa­łem co nieco. Może teraz tekst bę­dzie ak­cep­to­wal­ny i treść zro­zu­mia­ła ? smiley Dzie­ku­je i po­zdra­wiam.

Coś co mnie oso­bi­ście po­wstrzy­ma­ło od czy­ta­nia, to zapis o któ­rym już mó­wi­ła re­gu­la­to­rzy, nie­wy­dzie­lo­ne dia­lo­gi oraz za­trwa­ża­ją­co wiel­ka licz­ba wie­lo­krop­ków – 228. Czy tak two­rzy się nie­do­po­wie­dze­nia i nie­pew­ność? Po­wąt­pie­wam, radzę to prze­my­śleć.

Na­dzie­je chyba się speł­nia­ją, skoro jest ich coraz mniej.

Sko­ry­go­wa­łem co nieco. Może teraz tekst bę­dzie ak­cep­to­wal­ny i treść zro­zu­mia­ła ?

Nie­ste­ty, Twoje dzie­ło nadal nie na­da­je się do czy­ta­nia. Ow­szem, po­pra­wi­łeś zbęd­ne en­te­ry, ale tekst nadal stra­szy wiel­ki­mi blo­ka­mi.

Na­le­gam też, abyś za­po­znał się ze wska­zów­ka­mi za­war­ty­mi w pod­lin­ko­wa­nym po­rad­ni­ku i na­le­ży­cie za­pi­sał dia­lo­gi, bo oba­wiam się, że nikt nie po­dej­mie się lek­tu­ry opo­wia­da­nia w obec­nym kształ­cie.

Gdyby ci, któ­rzy źle o mnie myślą, wie­dzie­li co ja o nich myślę, my­śle­li­by o mnie jesz­cze go­rzej.

Ok dzię­ku­je za re­pry­men­dę. Pro­po­nu­je jed­nak lek­tu­rę prozy – José Sa­ra­ma­go, tam mie­li­by Pań­stwo z pew­no­ścią dużo za­ba­wy z tek­stem, zwłasz­cza w kwe­stii dia­lo­gów… A jed­nak czyta się te po­zy­cje jed­nym tchem… I jak naj­bar­dziej ze zro­zu­mie­niem ;-) Po­zdra­wiam Pań­stwa ser­decz­nie.

Reg, to tam są ja­kieś dia­lo­gi?! Ja widzę tylko zwar­tą bryłę tek­stu, która – drogi au­to­rze – nie za­chę­ca do lek­tu­ry :(

Chcia­ła­bym w końcu prze­czy­tać coś opty­mi­stycz­ne­go!

Ow­szem, Irko. Z tru­dem, ale da się wy­ło­wić. Tylko po co łowić w czymś, co jest nie­czy­tel­ne, fa­tal­nie za­pi­sa­ne, a przez to mętne bar­dziej, niż naj­bar­dziej mętny staw?

Gdyby ci, któ­rzy źle o mnie myślą, wie­dzie­li co ja o nich myślę, my­śle­li­by o mnie jesz­cze go­rzej.

No wła­śnie.

Chcia­ła­bym w końcu prze­czy­tać coś opty­mi­stycz­ne­go!

Cześć,

 

nie trak­to­wał­bym uwagi od Re­gu­la­to­rzy jako re­pry­men­dy. Po pro­stu są ogól­nie przy­ję­te za­sa­dy for­ma­to­wa­nia tek­stu, za­pi­su dia­lo­gów czy roz­dzie­la­nia tek­stu aka­pi­ta­mi, które na­ru­szy­łeś.

Nie widzę tutaj celu za­sto­so­wa­nia zwar­tych blo­ków tek­stu, który uspra­wie­dli­wiał­by na­ru­sze­nie tych norm. Je­że­li jest to jakiś ro­dzaj słow­nej za­ba­wy – przy­bliż pro­szę, co masz na myśli. Bez kon­kret­ne­go celu, taki zapis jest po pro­stu nie­po­praw­ny i wy­dat­nie wpły­wa na trud­no­ści w lek­tu­rze – prze­czy­ta­łem dwie pierw­sze gwiazd­ki, ale duży blok tek­stu, który po nich na­stą­pił, mnie po­ko­nał.

 

Po­zdra­wiam!

Che mi sento di morir

tam mie­li­by Pań­stwo z pew­no­ścią dużo za­ba­wy z tek­stem, zwłasz­cza w kwe­stii dia­lo­gów…

Wszyst­ko spoko, tylko a) przy­rów­ny­wa­nie się do zna­nych pi­sa­rzy nie jest na tym eta­pie naj­lep­szym po­my­słem. Ogól­nie przy­rów­ny­wa­nie się do ko­go­kol­wiek jest czę­sto słabe b) sam zapis, który jest nie­czy­tel­ny, nie jest prze­ze mnie od­bie­ra­ny jako za­ba­wa z tek­stem, a jako próba do­ro­bie­nia ide­olo­gii do braku za­pi­su dia­lo­gów. 

Na­dzie­je chyba się speł­nia­ją, skoro jest ich coraz mniej.

Dzię­ku­je Sza­now­ni Pań­stwo za Wasze nie­wąt­pli­wie roz­sąd­ne wska­zów­ki i uwagi. Moją pracę, we­dług Pań­stwa zu­peł­nie nie godną uwagi, po­zo­sta­wię jed­nak w for­mie w ja­kiej do tej pory spo­tka­ła się z za­in­te­re­so­wa­niem. Do­tych­cza­so­wi czy­tel­ni­cy prze­brnę­li przez spo­sób for­ma­to­wa­nia tek­stu, za­pi­su dia­lo­gów czy roz­dzie­la­nia tek­stu aka­pi­ta­mi, któ­re­go za­sa­dy na­ru­szy­łem. Prze­czy­ta­li tekst ze zro­zu­mie­niem… Tutaj, na moje nie­szczę­ście, muszę się zmie­rzyć z nie­kła­ma­nym pro­fe­sjo­na­li­zmem. Nie prze­brnę przez to, je­stem zbyt le­ni­wy. Nie na­pi­sa­łem tej po­wiast­ki, kie­ru­jąc się chę­cią za­ist­nie­nia w Wa­szym gro­nie,– za­cnych au­to­rów. Na­pi­sa­łem ją. Tyle i tylko tyle… Jest coś ta­kie­go jak warsz­tat pi­sar­ski? To nie wy­star­czą ta­lent, na­tchnie­nie, kawa i pa­pie­ro­sy? Ołó­wek i kart­ka? Pokój z wi­do­kiem na dachy Ka­to­wic i cichy po­mruk skrzy­żo­wań nad ranem? – Ur­szu­la Glensk, Jak zo­stać pi­sa­rzem. Pierw­szy pol­ski pod­ręcz­nik dla au­to­rów. Po­zdra­wiam ser­decz­nie!

Oicap­zni­ci­kor, to Twoje opo­wia­da­nie i wy­łącz­nie od Cie­bie za­le­ży, w jaki spo­sób bę­dzie na­pi­sa­ne. Po­wi­nie­neś się jed­nak li­czyć z tym, że za­pre­zen­to­wa­na forma nie zo­sta­nie za­ak­cep­to­wa­na przez użyt­kow­ni­ków tego por­ta­lu i być może nikt nie skusi się na lek­tu­rę tak oso­bli­wie na­pi­sa­ne­go dzie­ła.

Gdyby ci, któ­rzy źle o mnie myślą, wie­dzie­li co ja o nich myślę, my­śle­li­by o mnie jesz­cze go­rzej.

„Opty­mi­ści to oso­bli­we stwo­rze­nia. Gdy na polu tylko oset, od­naj­dą za­wsze jakiś kwiat. Gdy wo­ko­ło wszyst­ko wy­schnię­te i w pu­sty­nię prze­obra­żo­ne, to oni są tymi dziw­ny­mi pta­ka­mi, któ­rzy jakąś oazę wy­śle­dzą”. Zatem jeśli garst­ka śmiał­ków skusi się na lek­tu­rę, to do­brze. Jeśli jeden śmia­łek,– suk­ces to dla mnie oso­bi­sty bę­dzie. Po­zdra­wiam bar­dzo!

Hej,

jeśli cho­dzi o ten blok tek­stu, cho­dzi po pro­stu oto, jakby ugo­to­wać po­si­łek pod wpły­wem na­tchnie­nia, a póź­niej kazać go­ściom jeść go z pa­tel­ni wciąż sto­ją­cej na pal­ni­ku. Można. Ale po co? :) Nie­po­trzeb­na eks­tra­wa­gan­cja, szcze­gól­nie że ładne po­da­nie po­sił­ku rów­nież wpły­wa po­nie­kąd na jego ocenę. Taki zbity tekst po pro­stu utrud­nia lek­tu­rę. Jakby cho­ciaż dia­lo­gi były wy­dzie­lo­ne, to można by to uznać za w pełni ce­lo­wy za­bieg :(

Jeśli cho­dzi o samo opo­wia­da­nie, jak tak przy­mknąć oko na po­sta­wio­ne nie­do­god­no­ści, nie jest źle. Cie­ka­wi mnie świat przed­sta­wio­ny, choć nie ro­zu­miem, czemu nocą wy­łą­cza­no ogrze­wa­nie? Wtedy prze­cież jest naj­zim­niej. Sama za­krę­cam na noc ka­lo­ry­fer w po­ko­ju, ale ja nie lubię się pocić pod koł­drą, ale stan­dar­dem jest, że wła­śnie w nocy grze­je. Za­sta­no­wi­łam się też nad tą sta­rusz­ką, która nie uży­wa­ła in­ter­ne­tu. Jak za­ma­wia­ła je­dze­nie? Przez te­le­fon?

Styl bar­dzo cięż­ko mi oce­nić, bo za­wy­ży­ła forma, która zwy­czaj­ne nie po­zwa­la w pełni do­ce­nić tek­stu. Efekt “czy­ta­nia jed­nym tchem” da się osią­gnąć rów­nież innym spo­so­bem :)

 

Po­wo­dze­nia w dal­szym pi­sa­niu!

Nie wy­sy­łaj kra­sno­lu­da do ro­bo­ty dla elfa!

Dzię­ku­je La­na­Val­len… Może z ogrze­wa­nia re­zy­gno­wa­no w nocy na po­czet uży­wa­nia go w ciągu dnia? Trud­no w dzień uczyć się w domu lub pra­co­wać on­li­ne, kiedy jest zimno, a jed­nak trze­ba było jakoś oszczę­dzać ener­gię. Noc wy­da­je się naj­lep­szym roz­wią­za­niem. Może sta­rusz­ka ko­rzy­sta­ła z życz­li­wo­ści naj­bliż­szych są­sia­dów, któ­rzy swo­bod­nie po­ru­sza­li się w sieci? Nie wiem, może tak to wła­śnie było i tak to trze­ba wła­śnie ro­zu­mieć? Spró­bu­je może jesz­cze kie­dyś coś na­pi­sać… Wów­czas z pew­no­ścią sko­rzy­stam z Two­je­go bło­go­sła­wień­stwa. Dzię­ku­ję

Cześć.

 

Prze­czy­ta­łem. Prze­brną­łem. Dałem radę. Potem prze­czy­ta­łem Twoje ko­men­ta­rze i trosz­kę się roz­cza­ro­wa­łem. Marny sar­kazm, po­par­ty cy­ta­ta­mi ma­ją­cy­mi w spo­sób niby nie­oczy­wi­sty na­igry­wać się z roz­mów­ców, trącą bu­fo­na­dą. Ale ja nie o Tobie ale o Twoim tek­ście.

Cze­piać się li­te­ró­wek, in­ter­punk­cji i po­wtó­rzeń nie będę, bo pew­nie do­wiem się, że taki był za­mysł.

Więc do tre­ści!

I tutaj jest za­ska­ku­ją­co do­brze. Gdyby po­roz­dzie­lać te wy­po­wie­dzi, przy któ­rych cza­sem się gu­bi­łem, by­ło­by na­praw­dę bar­dzo do­brze. Niby temat ogra­ny do po­rzy­gu, bo pan­de­mia, bo kwa­ran­tan­na, bo re­stryk­cje, a jed­nak jest w Twoim opo­wia­da­niu coś, co wcią­ga. W na­praw­dę udany spo­sób udało Ci się oddać nie­po­kój to­wa­rzy­szą­cy bo­ha­te­rom. Czy­ta­ło się to źle z po­wo­du formy, za to treść jest cie­ka­wa. Cho­ciaż za­sta­na­wiam się, że może rację mają ci, któ­rzy twier­dzą że “Dom z liści” Da­nie­lew­skie­go robi takie pio­ru­nu­ją­ce wra­że­nie na nie­któ­rych, bo ta forma w ja­kiej po­da­na jest fa­bu­ła wzbu­dza nie­po­kój bar­dziej niż gdyby zapis był sfor­ma­to­wa­ny we­dług reguł.

Twoje opo­wia­da­nie w pew­nym stop­niu przy­po­mnia­ło mi dwie po­wie­ści Ra­fa­ła Ko­si­ka – bar­dziej “Ró­ża­niec”, nieco mniej “Mars”. Ry­su­jesz bar­dzo nie­po­ko­ją­cą wizję. Mógł­bym się przy­cze­pić nie­lo­gicz­no­ści pew­nych mo­ty­wów – bo jak to jest, że Ro­bert spać nie po­tra­fi, czę­sto pa­trzy przez okno i nie do­strze­ga kto i kiedy od­śnie­ża chod­ni­ki? Ale nie będę, bo opo­wia­da­nie mi się po­do­ba.

Szko­da tylko, że ta koń­ców­ka nie unosi moim zda­niem cię­ża­ru fa­bu­ły. Do­sta­ła szcze­pion­kę z ja­ke­goś ro­dza­ju czi­pem czy czymś po­dob­nym i z wol­nej isto­ty za­mie­ni­ła się w drona. A ojca zli­kwi­do­wa­no, za­pew­ne z po­wo­du wieku. Ja­kieś to takie, cho­le­ra, zbyt pro­ste, ba­nal­ne, po­zba­wio­ne głęb­szej re­flek­sji, któ­rej ocze­ki­wa­łem po tak peł­nym nie­po­ko­ju tek­ście.

Ale nie będę już wię­cej ma­ru­dził, bo w ogól­nym roz­ra­chun­ku uwa­żam, że to jest dobry tekst.

 

Po­zdra­wiam

Q

Known some call is air am

Hej, @o­icap­zni­ci­kor. :-) Cza­sa­mi błą­kam się po opo­wia­da­niach, ko­men­ta­rzach, a zda­rza się to naj­czę­ściej wtedy, gdy pro­kra­sty­nu­ję, aby uciec od rze­czy, które muszę wy­ko­nać już zaraz, a są nudne i wy­ma­ga­ją wiele żmud­ne­go wy­sił­ku. Tym spo­so­bem tra­fi­łam do Cie­bie. Prze­scrol­lo­wa­łam ko­men­ta­rze i za­trzy­ma­ło mnie na­zwi­sko Sa­ra­ma­go. Przy­sta­nę­łam, za­czę­łam uważ­niej czy­tać ko­men­ta­rze.

 

No i…

Po­wiem tak, grzecz­ny i dow­cip­ny ra­czej nie je­steś, ale “gość w dom Bóg w dom”, bo mnie ten Jose na serio za­fra­po­wał i Twoja pew­ność w od­po­wie­dziach dla ko­lej­nych czy­tel­ni­ków, gra­ni­czą­ca z… hmm… może le­piej nie będę dalej roz­wi­ja­ła tego zda­nia.

Opko prze­czy­ta­łam i cóż, so-so. Z Sa­ra­ma­go za wiele wspól­ne­go ten tekst nie ma, bo prócz nie­kon­wen­cjo­nal­ne­go za­pi­su dia­lo­gów nie znaj­du­ję po­do­bień­stwa, a li­czy­łam choć­by na próbę pod­ro­bie­nia stylu i przede wszyst­kim myśli. Co mamy: oby­cza­jów­kę pan­de­micz­ną z Oni w tle. Tyle. 

Sa­ra­ma­go to: dłu­gie zda­nia (u Cie­bie ich niet), humor i praw­dy ży­cio­we (ra­czej nie wy­stę­pu­ją), ale­go­ria (???), mity (?), hi­sto­ria swo­je­go kraju (?), współ­czu­cie i iro­nia po­ma­ga­ją­ca za­ak­cep­to­wać/przy­jąć ilu­zo­rycz­ną rze­czy­wi­stość (nie mamy).

Myślę sobie tak, pisz dia­lo­gi, jak chcesz, niech bę­dzie super ory­gi­nal­nie, ale pol­skiej in­ter­punk­cji też za­mie­rzasz nie prze­strze­gać?

 

po­zdra­wiam

a

Lo­gi­ka za­pro­wa­dzi cię z punk­tu A do punk­tu B. Wy­obraź­nia za­pro­wa­dzi cię wszę­dzie. A.E.

Dzię­ku­ję Wszyst­kim za in­te­re­su­ją­ce i ważne ko­men­ta­rze! Jeśli zda­rzy mi się kie­dyś jesz­cze na­pi­sać tekst jakiś, będę pa­mię­tał o wszyst­kich kon­struk­tyw­nych uwa­gach i w miarę moż­li­wo­ści się nimi po­słu­żyć. Dzię­ku­ję jesz­cze raz za wszyst­ko! Teraz jed­nak nie chce mi się już nic zmie­niać w tek­ście. Po­zdra­wiam ser­decz­nie Wszyst­kich i mam na­dzie­je, że do prze­czy­ta­nia…;-)

Pro­szę bar­dzo, Pawle. Chęt­nie prze­czy­tam Twoje inne tek­sty, pi­sa­ne prozą, bo wier­sze rzad­ko mi pod­cho­dzą :)

Known some call is air am

Outta Sewer dzię­ku­je. Miło, że dzię­ki mojej pu­bli­ka­cji tutaj, zi­den­ty­fi­ko­wa­łeś i otwo­rzy­łeś ist­nie­ją­cą w ete­rze szu­fla­dę. Po­zdra­wiam.

 

Hmmm. Prze­czy­ta­łam ka­wa­łek i tekst męczy. Na kilku po­zio­mach. Mnie naj­bar­dziej prze­szka­dza­ła in­ter­punk­cja. Potem szcze­gó­ło­we opisy. Na­praw­dę trze­ba po­ka­zy­wać, w jaki spo­sób otwie­ra się drzwi? Ro­bi­łam to tyle razy, że nawet nie zwra­cam uwagi, więc prze­czy­ta­nie o czymś takim nie stwa­rza w mózgu wra­że­nia no­wo­ści, cze­goś cie­ka­we­go… Bloki tek­stu dzia­ła­ją od­stra­sza­ją­co.

Sam zapis dia­lo­gów mo­gła­bym łyk­nąć, bo daję radę zo­rien­to­wać się, co kto mówi. Ale w po­łą­cze­niu z po­wyż­szym – robi się trud­niej.

Bab­ska lo­gi­ka rzą­dzi!

Nowa Fantastyka