
Przede wszystkim bardzo serdecznie dziękuję za betowanie tekstu przez bruce i BasementKey-a, w ogromnej mierze opowiadanie zyskało po ich poprawkach.
Mam nadzieję, że opowiadanie zatrzyma chociaż na chwilę.
Przede wszystkim bardzo serdecznie dziękuję za betowanie tekstu przez bruce i BasementKey-a, w ogromnej mierze opowiadanie zyskało po ich poprawkach.
Mam nadzieję, że opowiadanie zatrzyma chociaż na chwilę.
Teresa nie wiedziała, jakim cudem przetrwała, ani ile ma lat. Odzyskała przytomność po kilku godzinach. Rozejrzała się przestraszona. Znajdowała się w ogromnej jaskini. Próbowała sobie przypomnieć jakieś okoliczności, cokolwiek. Niestety, wyglądało na to, że ma całkowitą amnezję. Rzecz jasna, było to niebezpieczne w nowym miejscu. Pragnienie narastało. Obolała, po cichu ruszyła wzdłuż krętego korytarza jaskini, przy okazji poznając teren. Po kilkunastu metrach usłyszała najpiękniejszy dźwięk – kapanie. Przyśpieszyła kroku. Między skałami sączyła się niewielka strużka wody. Zamoczyła dłoń. Powąchała wodę, smakując ją niepewnie. Wiedziała, że nie może wypić zbyt wiele, bo istnieje prawdopodobieństwo, iż jest zatruta. Musiała przeczekać.
Poczuła się bezbronna, nie dosyć, że straciła pamięć, to jeszcze znalazła się w miejscu, które jest piekielnie niebezpieczne. Skuliła się w kłębek i znowu zasnęła. Kiedy po kilku godzinach obudziła się, otaczał ją mrok. Nawet nie drgnęła. Wiedziała, że teraz musi przeczekać do rana, kiedy znowu kilka wiązek światła wpadnie przez szczeliny. Na prawej ręce wyczuła jakąś opaskę, być może to zegarek? Dreszcze chłodu co rusz przenikały jej ciało, a w duszy wyła samotność.
Czas odmierzało odległe kapanie wody. Na początku liczyła jeszcze dźwięki, chwilami przysypiała. Kostniała z chłodu. Starała się być najciszej, jak potrafiła. Złowroga noc ciągnęła się w nieskończoność. Traciła nadzieję, że przetrwa to piekło.
Tymczasem w oddali słychać było jakieś dziwne odgłosy, jakby szmery. Jej ciało przeszywały co rusz dreszcze. Głód i pragnienie potęgowały bezradność. Nasłuchiwała uważnie, karmiąc narastającą panikę. Nagle o jej ciało otarła się jakaś dziwna istota. Znieruchomiała. Jej usta zacięły się, a suchość w ustach stała się nie do zniesienia. Z oczu wypłynęły łzy przerażenia. Wiedziała, że nie może wykonać żadnego ruchu. Przez moment wstrzymała oddech, tylko serce szalało, prawie rozrywając klatkę piersiową. Po kilku sekundach usłyszała stukot jakby skorupiaka.
Poszedł sobie w głąb jaskini. Teresa gubiła się w domysłach -“Co to za stwór? Jest jeden, a może żyje tutaj cała gromada?”. W ciemności trudno ujarzmić wyobraźnię. Jej morale topiło się szybciej od kostek lodu w szklance whisky. Nie miała na tyle siły, by wydostać się z jaskini. Tymczasem temperatura spadała coraz szybciej. Myśli Teresy zaczęły krążyć jak drony nad miastem. “Co mam zrobić? Jak przetrwać?” -mówiła do siebie w myślach. Z wyczerpania znowu na chwilkę przysnęła, jak mysz pod miotłą.
Zsunęła się po nierównościach ściany do pozycji siedzącej. Zawinęła się mocniej swetrem i nasłuchiwała. Po chwili usłyszała dziwne stukanie, echo potęgowało je złowieszczo. Poderwała się z miejsca i czym prędzej chciała opuścić ”jamę strachu”. Poślizgnęła się niefortunnie i coś zgrzytnęło w jej kostce. Oblała ją fala ciepła. Ból był przenikliwy. Sporo czasu zajęło jej kuśtykanie w stronę wiązki światła.
Ubrana jedynie w podkoszulkę, dżinsy i wełniany kardigan, nie miała zbyt wielu możliwości na zostawianie fantów, by wrócić. Idąc przed siebie o świcie, wypruła dwa dolne rzędy przedłużanego swetra, rwała je na dwu-centymetrowe paseczki włóczki i wieszała na skałach, na wysokości własnych żeber, by łatwo wyczuć je dłonią, w razie konieczności powrotu.
Starała się być zapobiegawcza. Narastała w niej obawa, że straci jedyne lokum – jaskinię. Przeczucie podpowiadało jej, by rozejrzeć się dookoła. Kiedy prześwity słońca stawały się mocniejsze, przyjrzała się opasce na ręce. Był to jakby zegarek. Wyświetlała się data dwudziestego ósmego marca dwa tysiące trzydziestego trzeciego roku. To znaczy, że prawdopodobnie tego dnia czas się dla niej zatrzymał …
Szła przed siebie uważnie. Zanim wyszła z jaskini upłynęły prawdopodobnie trzy kwadranse. Idąc, starała się zapamiętać jak najwięcej szczegółów. Otaczał ją pas niewysokich gór, przed nią było kilka niewielkich pagórków i wyschnięta ziemia, a wiatr unosił kurz. Zaczęła ciężko oddychać. Musiała odnaleźć jakieś pożywienie i wodę. To był priorytet. Temperatura wokół była znośna, około dwudziestu stopni Celsjusza. Czym bardziej oddalała się od miejsca, w którym odzyskała świadomość, tym większy odczuwała strach. Otaczał ją szarobury krajobraz. Gdzieniegdzie wystawały suche kikuty korzeni drzew.
Niebo obleczone sino-szarawym odcieniem, dodawało grozy. W jej polu widzenia nie było innego życia. Był to widok absolutnie destrukcyjny. Mimo to, jakaś niewidzialna siła pchała ją w nieznane, szła naprzód.
Co kilka metrów wbijała znaleziony korzeń w ziemię, albo układała go tak, by zostawić ślady, po których będzie mogła wrócić. Nagle zerwał się bardzo silny wiatr. Targał jej włosy i sweter. Nasilił się jeszcze bardziej. Ból nogi dawał się we znaki. Płacząc, szła przed siebie. Wiatr tymczasem stawał się jeszcze silniejszy i bardziej porywisty. Zatykało ją. Zakryła usta swetrem. Żywioł nie ustawał, z każdym krokiem wzmagał się i hamował jej ruchy, aż w pewnym momencie, coś przypominającego trąbę powietrzną połknęło ją.
*
Harry wyruszył na codzienny obchód swoich terenów. Był dzisiaj w złym nastroju, przez dziwne widzenia w nocy. Szczerze nienawidził wszelkich zmian. Uwielbiał rytuały, celebrował samotność. Spacer pozwalał mu delektować się spokojem i ciszą, to był jego prywatny raj. Od dawna zatracił się całkowicie w swojej samotni. Budował ją krok po kroku. Potrzebował izolacji, by czuć się całkowicie niezależnym od ludzkich sugestii. W końcu ciągle jeszcze miał nawyki z przeszłości, kiedy był przeciętnym człowiekiem.
W życiu miał szczęście do ludzi interesujących się przyszłością i sposobami, by móc przenosić się w czasie. Zgłosił się do programu próbnych teleportacji. Okazało się, że jest doskonałym materiałem do badań. Kiedy zdobył odpowiedni poziom wiedzy, zbuntował się i wybierając zaciszne miejsce, nie wrócił. Tym samym w laboratorium panowało przeświadczenie, że po prostu zaginął. On tymczasem poznał swojego nowego Mistrza Mgły, który z umiłowaniem przekazywał mu tajniki przywracania zawieszonych w czasie do życia. Poczuł wtedy, że chce w ten sposób spędzić resztę swojej duchowej egzystencji. Stał się stróżem bytu.
Był mężczyzną o krępej budowie ciała, lekko po pięćdziesiątce, chociaż wiek w tym miejscu nie miał żadnego znaczenia, raczej tylko odzwierciedlał fizyczność wybraną jako awatar. Umysł musiał utożsamiać się z ciałem. Siwe włosy spadały mu na czoło, a bystre oczy szkliły się. Śniada karnacja, szerokie dłonie, ot taki rodzaj własnej wizji wybrał. Szedł znudzony, kiedy to nagle dziwny kształt przykuł jego wzrok. Przyśpieszył kroku, tuż przy niewielkim zagłębieniu, podobnym do rowu, leżało kobiece ciało. Podszedł i obrócił je na plecy. Zauważył wiele otarć i ran na twarzy intruza. Westchnął głośno i powiedział do siebie :
– Masz swoje sny…Cholera!
Przez chwilę nasłuchiwał oddechu znajdy. Był miarowy, zatem nie było źle. Chciał iść dalej, ale wiedział, że jeśli ją zostawi, sumienie nie da mu spokoju. Zdjął z pleców grubą narzutę i rozłożył na ziemi, potem ułożył na niej znalezione ciało, złapał przy głowie poszkodowanej, i wściekły do granic możliwości, zaczął ciągnąć ją w kierunku swojego schronienia. Podobna sytuacja nie zdarzyła mu się od dawna. Zrozumiał, że będą kłopoty. Zastanawiał jakim cudem “ktoś” znalazł się w jego obiecanej samotni. Przeczuwał, że to niezwykła istota. A być może chciał tak myśleć. Do tego wyglądała na lekko wybrakowaną, ponieważ od dawna ludzki naskórek regeneruje się samoistnie w przeciągu kwadransa. A u niej nie zauważył żadnych zmian.
Po dwóch godzinach, z uczuciem ogromnej ulgi, dotarł z nieprzytomną kobietą do bazy. Wciągnął ją do wewnątrz i długo się przyglądał. Była inna, niż te, które pamięć podsuwała mu z wcześniejszych lat. Miała miękkie, niewielkie usta, lekkie zmarszczki w kącikach oczu, prosty nos i długie włosy.
Ułożył ją na wygodnym żelowym fotelu. Odchylił lekko głowę do tyłu, włączył fale magnetyczne. W tej chwili jej ciało prześwietlały promienie światła. Jakby skaner ludzkich cząsteczek. Ani drgnęła. Zorientował się, że stan jest poważny. Nigdzie się nie spieszył, więc mógł poczekać, by zadać jej pytania.
Z dosyć okazałej szkatuły wyciągnął malutką zieloną pigułkę. Roztarł ją w szklanym pojemniku, dolał kilka kropel wody, wlał rannej do ust.
Nie zareagowała. Zaniepokoił się, bowiem powinna już się ocknąć.
*
Harry niegdyś zwykły śmiertelnik, zasłużył się bardzo w szeregach sił nadprzyrodzonych. Był rzadkim osobnikiem, z wysokim poziomem empatii. Gdy jeszcze był człowiekiem, pracował w ludzkim życiu jako wolontariusz w różnych instytucjach. Niósł pomoc i nadzieję najbardziej samotnym, bowiem od najmłodszych lat to właśnie samotność go inspirowała. Poznawał ją także z opowiadań ludzi. Pozwalało mu to na szerszy wachlarz wiedzy.
Jako nastolatek borykał się z długotrwałą chorobą matki. Pomimo wysiłków podejmowanych wspólnie z ojcem, nie udało się jej wygrać walki z rakiem. Po pięciu latach prawdziwej huśtawki nastrojów, kiedy matka raz czuła się lepiej, raz gorzej, zamknął się w sobie. Niedługo po pogrzebie matki, życie doświadczyło go ponownie swoją bezwzględnością. Ojciec przeszedł bardzo poważny zawał serca. Ledwie uszedł z życiem. Wtedy Harry obiecał sobie, że kiedyś rozliczy się ze śmiercią.
Jego najlepszy przyjaciel zmarł młodo na SM, co całkowicie złamało Harry’ego. Bał się wiązać z kimkolwiek i wikłać w jakiekolwiek relacje. Sukcesywnie odsuwał się od ludzi, budując skwapliwie swoją samotność.
Zakochał się za późno. W pewnym szpitalu, w którym ówcześnie pracował poznał inspirującą kobietę. Była drobna i na pierwszy rzut oka bezbronna. Odwiedzał ją coraz częściej, została opuszczona przez bliskich. Przy głębszym poznaniu zyskała szybko w oczach Harry’ego. Miała łagodny i bezkonfliktowy charakter, niestety toczył ją nowotwór. Harry spędzał z nią wystarczająco dużo czasu, by odzwyczaić się od samotności. Bywały dni przegadane o wszystkich sprawach na świecie. Byli wobec siebie całkowicie szczerzy. Kiedy zakochał się, zostały jej trzy miesiące życia. Ona odrzuciła go z przyczyn oczywistych, jednak w jego myślach pozostała nieśmiertelna. Obiecał sobie, że kiedyś odnajdzie jej duszę.
Po niedługim czasie trafił jako wolontariusz do laboratorium próbnych teleportacji.
*
Regeneracja Teresy trwała kilka dni. Znakomita część jej komórek została odbudowana. Organizm na odpowiednim poziomie nawodniony, elektrolity i witaminy uzupełnione. Pozostały drobne blizny po rozległych otarciach. Harry zauważył, że ma dziwną opaskę na lewej ręce. Przyjrzał się jej uważnie. Nacisnął tarczę, ukazała się data, która przywołała złe wspomnienia. A więc to dlatego się tu znalazła?!
Jej stan zmieniał się z godziny na godzinę. Harry klął niemiłosiernie pod nosem, grzebiąc niecierpliwie w systemie. Znajdował wskazówki, co do następnych specyfików, które pospiesznie mieszał ze sobą, podając je Teresie w kroplówkach. Był zmęczony. Zbyt dotkliwie przypominała mu się historia matki. W końcu szóstego dnia aparatura zaczęła wskazywać miarowe tętno i oddech. Odetchnął z ulgą.
“Będzie dobrze” – pomyślał.
*
Harry patrzył na Teresę litościwie. Pewnie udało się jej nieświadomie przedostać do tunelu czasu. Dzisiaj jest osiemnasty stycznia dwa tysiące sto dwudziestego pierwszego roku, sobota. Dzień, jak każdy inny, od dawna. Tutaj czas biegnie inaczej. Wiek do przodu, czasami się lekko cofa, to znów przeskakuje o dekady. Trudno nadążyć, ale przyzwyczaił się do swojego życia na pograniczu światów. Miał wszystko, o czym marzył, czyli święty spokój, a najważniejsze, że do dzisiaj był z daleka od ludzkich istnień.
Ocknęła się, spojrzała na twarz Harry’ego. Oczywiście, nie rozpoznawała go, do tego nie miała pojęcia, co przez większą część czasu z nią się działo. Przeszył ją niewyobrażalny strach.
– Gdzie jestem? – zapytała cicho.
– W bezpiecznym miejscu, dopóki ja jestem – odpowiedział oschle.
– Byłam w jakiejś jaskini, to ostatnie co zapamiętałam, potem szłam przed siebie, szukając pożywienia, i potem nie wiem… Wiał dziwny wiatr… Teraz jestem tutaj… – zaczęła płakać.
– Spokojnie, będzie dobrze. Trafiłaś do miejsca, z którego można wrócić tam, skąd przybyłaś – próbował ją pocieszyć.
– Ale ja nic nie pamiętam. Nic. Nie wiem kim jestem, skąd jestem… Łkała coraz głośniej.
Harry przez chwilę zastanawiał się, czy powiedzieć jej prawdę, czy jednak dać jeszcze trochę czasu, by doszła do siebie. Poza tym trudno byłoby mu wyjaśnić, że widzi go tylko dlatego, iż sobie tego życzy i korzysta z awataru.
*
Teresa z niedowierzaniem błądziła wzrokiem po pomieszczeniu. Wyglądało jak wnętrze jakiegoś statku kosmicznego, a może było podobne do jakiegoś bardzo zaawansowanego technicznie bunkra? Panowała w nim sterylność. Na pewno były też filtry powietrza. Oddychało się jej o wiele łatwiej, niż w jaskini.
Jej wybawca miał na sobie w miarę dopasowany, czarny kombinezon. Sprawdzał coś na okazałym trójwymiarowym monitorze, dostrzegła jakieś dziwne sploty cząsteczek, które do złudzenia przypominały jej ludzkie DNA. Nagle fotel, na którym siedziała, wydał komunikat, że sesja 12-5-348 została pomyślnie zakończona i pacjent ma go opuścić. Wstała, o dziwo, nic jej nie bolało. Harry podał jej lustro.
– Poznajesz się? – zapytał intruza.
– Nie, nie mam pojęcia, kim jestem. Boję się siebie… Może miałam powód, by stracić tożsamość… – powiedziała szczerze. Docenił to, wiedział, że niełatwo jest w takiej sytuacji.
– Prawdopodobnie w panice, przed utratą najbliższych, zażyłaś tabletkę zapomnienia. Produkowali takie od dwa tysiące trzydziestego roku. Miały duży popyt, bo co drugi osobnik cierpiał na depresję, albo powiązane zaburzenia… – Harry starał się przybliżyć jej realia.
– Myślisz, że pochodzę z tamtych czasów? – Teresa poczuła iskierkę nadziei.
– Twój zegarek, jak i biologiczny wiek, który zbadałem, świadczą o tym. Za kilka godzin będę miał znacznie więcej analiz. Może dowiemy się nawet tego, czego sobie nie życzysz, jesteś na to gotowa? – mruknął.
– Tak, chcę znać chociażby najgorszą prawdę o sobie… Teraz czuję się jak nieużyteczny kawałek mięsa, pusty, bezwartościowy. Boję się, to jasne… Ale od amnezji nie ma nic gorszego… – zapewniła Harry’ego, po czym zapytała:
– Jak masz na imię? Znasz moje?
– Harry, a twoje niebawem poznamy…
*
Teresa ponownie przyjrzała się sobie w lustrze, które wisiało w niewielkiej łazience. Zobaczyła dojrzałą, smutną kobietę. Starała się bardzo przywołać wspomnienia, ale w dalszym ciągu trwał bunt jej szarych komórek. Pamięć schowała się w najbardziej podstępnym miejscu. Z jednej strony, miała szansę odbudować się wyłącznie z własnych wyobrażeń o sobie, albo też nadać wszystkie cechy, o których zawsze podświadomie marzyła, wskrzesić się wedle własnego pomysłu. Nie chciała tego, to byłoby fałszowaniem prawdy. I nie miałaby zresztą żadnej gwarancji, że nadal jest sobą. Co innego zmienić się przez pracę nad sobą, a co innego przywłaszczyć pożądane cechy i prawidła życia. Starała się myśleć jak najwięcej, słuchając muzyki poważnej, przeglądała na monitorze (który udostępnił jej Harry), wszelkie wiadomości, by tworzyły się nowe powiązania neuronowe. W każdej wolnej chwili ukradkiem spoglądała na Harry’ego. Fascynował ją swoją szorstką powierzchownością.
W tym czasie Harry wpisywał dane do sobie tylko znanego systemu, chwilami przeklinał pod nosem, niecierpliwił się. Wyglądało to na tworzenie jakiejś mikstury chemiczno-genetycznej. Był bardzo skupiony. Siwe kosmyki spadały mu na czoło, usta zacinały się tworząc linię prostą. Do nozdrzy Teresy dotarł jego zapach, był inny niż wszystkie. Pachniał nowością, takie było jej pierwsze spontaniczne skojarzenie.
Zdała sobie sprawę z tego, że Harry w ogóle nie potrzebuje snu, pewnie jest inną formą bytu. W tym momencie z końca pomieszczenia odwrócił się w jej stronę, zupełnie tak, jakby poczuł, że jest w niego wpatrzona. Zawstydziła się. Uśmiechnął się lekko i z pobłażaniem rzekł:
– Mam pierwsze wyniki. Chcesz je poznać? Jesteś gotowa? – zapytał.
– Owszem.
– Urodziłaś się czternastego lutego tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego dziewiątego roku w Krakowie. Jesteś jedynaczką. Twoi rodzice to Olimpia Roztocka, grafolog, i Gustaw Brzeziński, lekarz psychiatra. Rodzice zginęli w wypadku samochodowym, kiedy miałaś pięć lat. Wychowywała cię babcia Rozalia… Mówić dalej?
– A mam inne wyjście, by poznać swoją przeszłość? – Teresa zapytała rozczulona.
– Tak, mogę ci już sporo wiadomości wgrać do pamięci – odpowiedział bez namysłu – jednak lepiej jest chyba przyswajać własną historię częściowo, jest czas przede wszystkim na przemyślenia i dawkowanie wiedzy, no i ludzkie przyzwyczajanie się do siebie – oznajmił.
– Jak to wgrać do pamięci? Można robić z człowiekiem takie rzeczy? – zapytała z obawą.
– Oczywiście. Pamiętaj, że żyję na granicy czasu, mogę bardzo wiele albo prawie nic. Czas tutaj jest kapryśny, kiedyś może ci to wyjaśnię. Mam wiele narzędzi, by pomagać ludziom, to moja pasja. Ale nie bierz mnie za altruistę, jeśli mam być szczery, a chcę, właśnie zaszyłem się tutaj, by nie mieć nic wspólnego z ludźmi…
– W takim razie, jedno drugie wyklucza… – zauważyła Teresa.
– Nie. Sytuacja z tobą to potwierdza. Jeśli już kogoś znajdę, to pomagam, natomiast nie szukam towarzystwa sam. Ludzie to skomplikowane istoty, tak samo dobre jak i złe. Najbardziej mierzi mnie ich ciągłe pragnienie więcej, jakby w ogóle nie istniało słowo “STOP”, albo stwierdzenie, „naprawdę nic więcej nie potrzebuję”. Ta ich cholerna zachłanność i roszczeniowość, to wieczne przekonanie, że wszystko im się należy, chociaż z siebie tylko nieliczne jednostki dają więcej, niż biorą. Ogólnie to leniwe i wiecznie niezadowolone istoty… – Harry wpadł jakby w trans, widać było jego zaangażowanie w opowiadane. Zmarszczył brwi.
– A tam, cholera jasna! – zakończył.
– Wróćmy do mojej historii, ok? – poprosiła Teresa z nutką rozgoryczenia – Albo opowiedz mi, proszę, co działo się w moim świecie, chętnie posłucham dalszej części… – Uśmiechnęła się. Wiedziała, że musi natychmiast przenieść ciężar rozmowy na inne tory.
– Dobrze, więc po wynalezieniu tabletki zapomnienia, świat moim zdaniem stał się jeszcze gorszy. Ludzie masowo tchórzyli przed sobą, bo ciężar strat, a w końcu widok opustoszałych terenów budził grozę. Po licznych trzęsieniach ziemi niewiele zabudowań pozostało, nawet i tych strategicznych. Co innego z bogaczami. Ci jak to w życiu bywa mieli znakomicie wyposażone bunkry zapasy wody i żywności, budowane od lat dziewięćdziesiątych w wielkiej tajemnicy, systematycznie uzupełniane wynalazkami. Na nieszczęście ludzkości, nie były to jednostki wybitne, a jedynie idioci. Krocie zarabiali marni piosenkarze, aktorzy, celebryci, piłkarze… Bowiem ówczesny świat kochał rozrywkę i minimum wysiłku intelektualnego. Rządy przyzwyczajały do przejmowania całkowitej autonomiczności jednostki poprzez wieczne regulacje prawne, także i sfery moralności, etyki. Zawłaszczali wszystko. Ludzie godzili się, a garstka naukowców, solidnych dziennikarzy, pisarzy, filozofów, psychiatrów, wynalazców, wegetowała na pograniczu społeczeństwa – Harry podekscytowany i nabuzowany zamyślił się. Teresa patrzyła mu w przejrzyste jak niebo oczy. “Kim on naprawdę jest?” – pomyślała.
– Jesteś nieszczęśliwy? – zapytała spontanicznie.
– Wręcz przeciwnie, sam jestem bardzo szczęśliwy i powiem ci coś jeszcze, nigdy się ze sobą nie nudzę – stwierdził sucho.
– Opowiesz mi coś o sobie? – zapytała nieśmiało.
– Nie, wiedza o mnie nie ma żadnego znaczenia, ani teraz, ani potem – odciął temat.
– Ty wiesz o mnie wiele, zatem postaraj się być sprawiedliwy… – poprosiła niepewnie.
– Jestem tutaj, bo na to ciężko pracowałem, a pracy nienawidzę. Jak widzisz wątek zakończony.
*
Harry był niespokojny. Wiedział, że musi ją odesłać do miejsca, z którego zabłądziła w tunel czasowy. Miał już wszystkie procedury przygotowane na tak zwane „odcięcie od siebie”. Niemniej polubił ją, była w jakiś sposób niezwykle interesująca. Od większości różniła się tym, że potrafiła słuchać i to ze szczerym zainteresowaniem.
Kiedy Teresa zasnęła po zielonej herbacie z domieszką leków, dodanych przez Harry’ego, miał sporo czasu, by na swój sposób się z nią pożegnać. Podał jej szczególną kroplówkę, która pozwala szybko zregenerować uszkodzone organy i utrzymać je w doskonałym stanie przez około dekadę. Dodatkowo zrównoważył jej sferę emocjonalną, zostawiając jedynie lekki balans.
Zastanawiał się, w czym jeszcze mógłby jej pomóc na przyszłość. Usunął także z podświadomości wszelkie koszmary, od teraz Teresa będzie śniła relaksacyjnie. Najtrudniejsze zostawił na koniec, musiał całkowicie usunąć wszelką pamięć o sobie i kryjówce. Przez chwilę zamyślił się, po czym z impetem wcisnął klawisz „delete”, pojawił się komunikat „null” i po wszystkim.
*
Teresa otworzyła oczy. Pierwszym co zobaczyła, był to biały sufit. Nie miała pojęcia gdzie jest. Nagle skomplikowana aparatura zaczęła wydawać piszczące dźwięki, podbiegła pielęgniarka, potem następna, w końcu lekarz… Teresa bała się ruszyć.
“Co jest?” – pomyślała przerażona.
Zapalili wszystkie światła. „Jezus, co się dzieje?”– pomyślała.
– Witamy z powrotem! Brawo, pani Tereso! Brawo! – podniecony lekarz wykrzykiwał na całe gardło. Pielęgniarki słały do niej szerokie uśmiechy.
– O co chodzi? – zapytała zdumiona Teresa.
– Obudziła się pani z trzymiesięcznej śpiączki… To takie szczęście. Zaraz zadzwonimy po pani męża. Dzielnie czuwał przy pani łóżku – wyjaśniła młodsza pielęgniarka.
– Chce mi się pić… Mogę prosić o szklankę wody? – Teresa jak nigdy pragnęła spokoju. Była szczerze zdumiona zamieszaniem, które spowodowało otworzenie przez nią oczu. To zwykła czynność, ale odzyskanie świadomości, to bardziej skomplikowany proces.
– Jak się pani czuje? – zapytał lekarz.
-Doskonale, doskonale. Wolałabym być teraz w domu – wyznała szczerze.
– A tak, zaraz przyjedzie do pani mąż, a my porozmawiamy sobie rano, teraz proszę odpoczywać… – zalecił zakręcony lekarz.
*
“A więc to tak? Leżałam tutaj trzy miesiące jak w hibernacji, ciekawe dlaczego?, co się takiego wydarzyło? Pamiętam straszne bóle kręgosłupa i cukrzycę polekową, to może jakaś śpiączka cukrzycowa? Poza tym czuję się wspaniale, nic mnie nie boli. Mam rozpierającą od wewnątrz siłę, mogłabym wstać i wyjść… Moje dłonie są delikatne i gładkie. Mam ochotę każdy przespany dzień nadrobić podwójnie. Jezus, za oknem wiosna! Moja ukochana wiosna! Otwórzcie okna na oścież, chcę oddychać, głęboko oddychać!” – mówiła do siebie w myślach.
Opanowała ją euforia, jakie to cudowne uczucie być szczęśliwym, ot tak, zwyczajnie. Kątem oka zobaczyła błękit nieba i automatycznie pojawił się ogromy uśmiech na jej twarzy. Odniosła niesamowite wrażenie, że ma wszystko.
*
W tej chwili do pokoju wszedł Rafał, mąż Teresy. Łzy ciekły mu po policzkach, był roztrzęsiony. Kroki stawiał niepewne, jakby obawiał się, że to nie dzieje się naprawdę.
– Rafał, kochanie! – Teresa krzyknęła na całe gardło, wyciągając do niego szeroko ramiona.
– Wiedziałem… wiedziałem, że masz za wiele do powiedzenia, by zostawić mnie z milczeniem… – przytulił ją bardzo mocno. W tym momencie poczuła, co oznacza kogoś kochać. Roznosiła ją fala powiązanych ze sobą uczuć, zapachów, wspomnień, marzeń, muzyki, obrazów, to było niesamowite.
*
Harry przeglądał zapisy Teresy, nie był teraz do końca pewny, czy dobrze zrobił przypisując jej tak potężną moc, na razie jest bezpieczna, bo nie ma o niej pojęcia, ale… Niebawem będzie musiał skorzystać z jej pomocy, by plan się ziścił. Teresa została wybrana z wielu milionów, dlatego, że miała duszę nieskażoną ludzkimi przywarami. Co prawda nie była idealna, ale miała szlachetne pobudki. Starała się po prostu być człowiekiem dla drugiego człowieka.
Harry narzucił swój dziwaczny płaszcz, przeszedł przez śluzę i zaczął przemierzać swoje opustoszałe ziemie, w poszukiwaniu następnych zaplątanych w siatce czasu. Przypadek Teresy obudził w nim wzmożoną czujność.
Obraz przed Harrym był daleki od przyjemnego, pod butami chrzęściły suche gałęzie, wszędzie pył i spękana trudem ziemia. Niebo zasunięte szarością, jak poszarpaną płachtą. Gdzieniegdzie pagórki i nieliczne kikuty drzew. Brak ptaków i zwierząt, czasami tylko jakieś dziwaczne hybrydy wężo-skorpionów, lub jaszczurko-szczurów przebiegały bezdźwięcznie. Cisza tutaj była namaszczeniem śmierci…
Myśli o Teresie wracały do niego jak bumerang, denerwował się tym.
*
Po wnikliwych badaniach i obserwacji szpitalnej Teresy, zwołane konsylium nie mogło wyjść z podziwu nad jej idealnym stanem fizycznym po śpiączce, w której ciało i mięśnie zamiast się osłabiać nabrały pełnej mocy. Wszelkie wyniki były książkowe. Zgodziła się na cotygodniową obserwację na rzecz nauki, by dać szansę medykom na odnalezienie „tego czegoś”, co zamiast destrukcyjnie, zadziałało zbawczo na jej organizm. Po trzech dniach mogła wrócić z Rafałem do domu.
Mimo, że czuła się pewnie to coś w jej duszy zgrzytało niepokojem. Tak jakby nie znała się do końca. Powstała pewna złowieszcza luka, z którą nijak nie mogła sobie poradzić. Rafał starał się bardzo osłodzić każdą chwilę razem, dużo jej opowiadał, bywała nim po prostu zmęczona. Kochała go, ale teraz bardziej niż kiedykolwiek ceniła sobie ciszę i spokój. Lubiła zaszyć się w gabinecie, godzinami oglądać albumy z malarstwem, albo czytać namiętnie Agathę Christie. Rafał stawał się coraz bardziej zaniepokojony jej chęcią izolacji od świata.
Było w niej coś dziwnego, coś co każe zatrzymać się i napawa pragnieniem poznania. Z natury była przychylna ludziom i przy każdej sposobności (w życiu codziennym) szczerze życzyła, na przykład ekspedientce w sklepie wiele zdrowia, sąsiadom napotkanym w przelocie, lekarzom i pielęgniarkom ze szpitala, w którym bywała. Po jakimś czasie kilka osób ozdrowiało. Zaczęli łączyć ten fakt z osobą Teresy. Spirala popularności powoli zaczęła się nakręcać, a Teresa stawała się coraz mniej bezpieczna. Rzecz oczywista, była głęboko przekonana, że nie ma z tym nic wspólnego i kiedy to zajadle tłumaczyła, nikt jej nie słuchał. Ludzie zawsze są skorzy wierzyć w to, w co chcą.
*
Harry wybrał się do podświadomości Teresy, bo czuł, że zbliżają się ogromne kłopoty. Kiedy Teresa słodko spała, on wertował jej mózg jak układankę. Przejrzał wspomnienia z ostatniego miesiąca i sprawa stała się jasna, dar uzdrawiania pierwotną energią przyjął się, i sprawnie działa. Zatem trzeba ją wysłać jeszcze w kilka miejsc, żeby masowo niszczyła choroby. Wpisał do jej pamięci kilka Klinik Dziecięcych, DPS-ów, szpitali. Wystarczy, że wejdzie i będzie współczuć, a taka jest jej natura. Poza tym zrobi to, czego Harry nie może. Meduza już upomina się o jego duszę. Wygrała zakład.
Harry wiedział, że kiedy naprawdę człowiekowi zaczyna zależeć na drugim, stara się być najlepszą wersją siebie i to jest motywujące. To czas, kiedy rozwijasz się najszybciej, a wrażliwość na zewnętrzne bodźce jest najczystsza. Harry starał się nigdy nie przekraczać granicy zażyłości z drugim człowiekiem, bo wówczas zniknęłaby jego wolność. Nie chciał być za nikogo odpowiedzialny. Właśnie zdał sobie sprawę, że obdarzył Teresę wieloma ojcowskimi uczuciami. O to właśnie chodziło Meduzie – by zrozumiał jak złożone są relacje międzyludzkie. Uczucia potrafią kruszyć mury, ale także stawiać najwymyślniejsze więzienia i pułapki.
Harry miał niewiele czasu, by podjąć decyzję, kto go zastąpi na pograniczu czasu, gdzie trafiają wszystkie zagubione dusze. Czasami na dłużej, czasami na kilka sekund. Harry dbał o to, aby odnaleźli we wspomnieniach najpiękniejsze momenty, by wrócić z powrotem do rzeczywistości. Uratował całe masy niedoszłych samobójców, z przeróżnymi pomysłami, sporo osób po wypadkach samochodowych, kiedy ostry flesz ciął życie i śmierć na równe części. Pomagał topielcom “złapać brzytwę”.
Miał stalowe nerwy, zawsze opanowany, potrafił siłą perswazji, i mocnym kopniakiem wracać zatraceńców do żywych. Ludzie wówczas mówili, że cudem uniknęli śmierci. Tym cudem był Harry. Prawdą jest to, że Harry czuje się już zmęczony, jego energia wyczerpuje się, a rutyna po setkach lat wżarła się w niego i umościła niezłe gniazdko. Działa prawie mechanicznie, czasami przeoczy drobny wątek, który okazuje się bezcenny do podniesienia szali.
*
Na ekranie, przed którym spędzał znakomitą część swojego życia, pojawiła się Meduza. Harry’ego przeszył zimny dreszcz. Nie lubił jej, po pierwsze dlatego, że zawsze deptała mu po piętach, po drugie, nieraz niweczyła jego plany, odbierając bezlitośnie życie podopiecznemu. Była nieproszonym gościem, niemniej tak potężnym, z niewyobrażalną mocą, iż należało się jej bać. Zjawiała się w jego kryjówce dosyć często, próbowała nawiązać z nim bliższy kontakt, jednak Harry starał się, by między nimi nigdy nie topniał spory dystans. On szanował jej moc, a ona jego.
– No i mam cię robaczku… Wiedziałam, że prędzej, czy później twoja ludzka natura zwycięży, ale przyznam, niezły jesteś… Tyle czasu musiałam czekać… – Meduza sączyła słowa jak jadowita żmija.
– Daj spokój, umowa to umowa. Jestem gotowy, tylko co ze stacją, mądralo? – Harry wściekły burknął.
– Masz dwa dni, pomyśl i obsadź stanowisko na tyle sprawnie, i odpowiedzialnie, by dusze wracały do ciał, a nie błąkały się latami po zgliszczach – Meduza patrzyła na niego władczo.
– Pomóż mi w tym… – Harry zadrwił z niej.
Meduza zmarszczyła rozwścieczona brwi. Patrzyła na niego przez chwilę, głaszcząc swoją zabawkę, którą trzymała w ręce. Była to niewielka srebrna kosa, udekorowana diamentami. Harry zaniepokoił się bardzo.
– Skoro ciągle w tobie tyle niepotrzebnej buty, niech to będzie ostatnia dusza, którą gościłeś na uzdrowieniu podejścia do życia… – Meduza uśmiechnęła się wrednie.
– Nie!
– Tak. Masz dwa dni. Żegnam! – rozpłynęła się równie szybko, jak się pojawiła, pozostawiając za sobą podmuch śmierci.
Harry wściekł się na siebie. Popełnił błąd pychy. Zamiast raz ustąpić, znowu zaognił sytuację. Wiedział, że Meduza ma do niego ogromną słabość, stąd jego buta. Zostały mu dwa dni, by ogarnąć kilka miejsc, a Teresa musi uzdrowić jak największą ilość ludzi.
*
Harry rozwarstwił czas, aby ukryć się z zamiarami przed Meduzą, a przede wszystkim by móc z aptekarską precyzją dopracować plan; między innymi dla Teresy. Czas ziemski naglił, za to potrafił nieźle żonglować wymiarami, więc jego przełożona, poczeka w jakimś wymyślnym zakrzywieniu lustra rzeczywistości.
Wiedział, że jeśli się wyda jego krecia robota, wprowadzą zabezpieczenia śluz i skończy się szkolenie Aniołów Opatrzności. Tego by sobie nie życzył. Przeszukał pospiesznie wszystkie tajne pliki, odnalazł kilka tysięcy nawróconych osób w ostatnim ziemskim roku, po czym narzucając jedne dane na drugie, selekcjonował największe przewodnictwo, ponad podziałami. Ostatecznie miał już grupę trzynastu poborowych. Nadał im taką roboczą nazwę z powodu nie całkiem jasnej sytuacji, gdyż w rzeczy samej postępował z nimi nieetycznie i niemoralnie, bez pytania o ich zgodę na pełnienie funkcji ochronnej i przekaźnikowej. Dla zaspokojenia własnych pobudek i ambicji najlepiej predysponowane jednostki sumiennie przygotowywał na powrót dobrego.
W tej trzynastce była Teresa. Kiedy przebywała w bazie Harry’ego, ten nieustannie manipulował w jej świadomości, podświadomości, podprogowo. Tworzył wiele miliardów bodźców, alby powstawały nowe połączenia neuronowe, wówczas mózg będzie pracował na najwyższych obrotach. Dzięki temu Teresa nie mając pojęcia jak wiele wie i ile potrafi przetransferować energii, pomoże (jak pozostała dwunastka) ziścić marzenie Harry’ego przed odejściem do Wiecznej Mgły.
*
Obudziła się w dziwnym nastroju. Nie wiedziała dokładnie co nią powoduje. Rafał był w pracy. Pośpiesznie napisał krótki liścik:
„Rafał, muszę załatwić kilka pilnych spraw.
Za długo by tłumaczyć. Muszę coś przemyśleć.
Wrócę do Ciebie na pewno.
Kocham Cię T.
P.S. Jestem bezpieczna, nie dzwoń.”
Ubrała czarny golf i czarne dżinsy, związała włosy. Narzuciła czarny kardigan, ciemne okulary, wzięła torebkę. W międzyczasie podjechała taksówka. Wsiadła. Poprosiła o podwiezienie do Szpitala Uniwersyteckiego (w Krakowie), który jest największym obiektem w Europie Środkowej. Mieści tysiąc łóżek, złożony jest z ośmiu budynków. Nie zastanawiała się, skąd ma takie dokładne dane w pamięci. Wiedziała, że musi wejść na Oddział Pediatryczny. Nie było to proste, bo pandemia zaostrzyła przepisy i zablokowała spacery po Oddziałach.
Pełna determinacji wysiadła, zdecydowanym krokiem ruszyła do odpowiedniego budynku, jakby była stałym bywalcem. Miała przy sobie kartę magnetyczną otwierającą drzwi. Szła rytmicznie. Nie zwracała na siebie uwagi. Prześlizgnęła się obok dyżurki, zaspana pielęgniarka nie zauważyła na monitorach intruza.
Stanęła prawie w centrum, plecami dotykała nośnej ściany na korytarzu. Dla pacjentów, lekarzy, personelu medycznego, rodziców – to co się za chwile wydarzy nie będzie ani widzialne, jedynie lekko odczuwalne. W tym momencie Harry podzielił czas na nanosekundy, przy pomocy potężnych akceleratorów i rozsypuje po wszystkich powierzchniach niezwykle skoncentrowaną energię elektryczną, w pasmach reaktywujących uszkodzone organy. Wszelkie ogniska chorobowe rozbiją się na miliardowe części atomów. Ozdrowieńcy poczują zaledwie mrowienie i lekko mdły smak w ustach.
Harry natomiast zobaczył ogromną kopułę utworzoną z niewyobrażalnej ilości punkcików energii ludzkiej, kosmicznej, energii przyrody, jedna na drugą nakładała się tworząc życiodajny „dach”. Teresa była najprościej mówiąc uziemieniem i przekaźnikiem. Masowy proces uzdrawiania potrwa około dwóch ziemskich sekund.
Teresa, mokra jakby dosłownie przed chwilą wzięła prysznic, starała się wyjść incognito. Czuła przemożną słabość. Udało się. Taksówkarz podwiózł ją pod następny szpital.
*
Harry w ten sam sposób sterował świadomością i wolą pozostałych Aniołów. Niebawem wyjdą na jaw pierwsze ozdrowienia, ludzie zaczną wymyślać teorie, snuć domysły i w końcu tropić szczegóły. Wówczas Anioły muszą być już w Oazie.
Mimo wszystko Harry nie był dumny z siebie, bo jakby nie patrzeć przywłaszczał sobie ogromne ilości energii, którą Meduza chętnie zużyłaby na podtrzymanie swojej wieczności. Każdy człowiek miał swój indywidualny profil z DNA. Łatwo się domyślić ile potrzebowała dziennie energii, by odwiedzać różne miejsca na świecie w tej samej chwili. Znudzona potrafiła zabierać życie tysiącom ludzi dziennie, dla niej licznik dni ludzkich był znakomitą zabawką. Czasami nad kimś się ulitowała, ale jej zdaniem była idealnym przeznaczeniem dla każdego.
*
Harry był dumny. Jego grupa spisała się na medal, pomocnicy Aniołów także. Taksówkarze oczywiście nic nie pamiętają, kto, i dlaczego prosił o kursy pod szpitale. Przekazującym energię również skasował pamięć, zatem nie ma żadnej możliwości, by cokolwiek od nich wyciągnąć, nawet torturami. Niemniej największe piekło właśnie się zaczyna.
Minęły trzy dni, w szpitalach w całej Popisce, ordynatorzy ogłaszają cuda ozdrowienia, lub wspaniałe działanie leków. Pacjentom do transplantacji, ich własne organy zaczęły funkcjonować ze wspaniałą wydajnością. Pacjenci mają rewelacyjne wyniki i samopoczucie. Zbiorowa histeria matek, tym razem ze szczęścia, ich dzieci mogą wracać do domów, by wreszcie zacząć korzystać z życia.
Dziennikarze, reporterzy, śledczy oszaleli. Nieustające wywiady i ustalanie jakichkolwiek podejrzanych faktów. Nijak nie da się logiczne wytłumaczyć tego, co zdarzyło się w kilkudziesięciu szpitalach w tym samym czasie. Katolicy uwierzyli, że to Bóg dał znak litości i miłosierdzia dla najbardziej cierpiących. Ateiści byli zdania, że to zmasowana energia kosmiczna – dobra. Sceptycy, doszukiwali się oszustwa, by można było zareklamować największe szpitale i nakręcać łapówkarstwo. Telefony do rejestracji dzwonią non stop. Zwiększono liczbę obsługi, gdyż było niemożliwością opanować dziki szał.
Tego najbardziej obawiał się Harry. Jakby nie patrzeć ludzie muszą choćby największe szczęście nakrapiać podejrzeniami, wątpliwościami, niepisanym prawem do poznania prawdy. A prawda? Prawdy nie ma. Po prostu. To tylko pomost do zrozumienia siebie. Jak zło i dobro. Nic nie jest jednoznaczne.
Prawda może być kłamstwem, a kłamstwo prawdą. Wszystko jest kwestią czasu i kreatywności osobnika. Harry za to właśnie najmniej cenił gatunek ludzki, chociaż mimo wszystko kochał ludzi takimi jakimi są naprawdę, z całym pakietem doskonałości i ułomności, ale nie oznacza to, że się nie złościł, albo nie bywał mocno rozczarowany.
*
Z zasady przeprowadził miliony badań nad wyborami ludzkimi, krzyżowymi czynnikami, uwarunkowaniem społecznym i jakby nie wyliczył, wniosek zawsze miał jeden. Człowiek chce więcej, więcej. Politycy zaś mierzili go niewymownie. Byli bezpośrednim zagrożeniem dla demokracji, samostanowienia, dbania o wspólne dobro. Ludzie ci odznaczali się bardzo niskim morale, zatem łatwo sobie wybaczali wszelkie bezeceństwa. To ich chroniło od masowych samobójstw.
*
Teresa leżała od tygodnia całkowicie wykończona fizycznie. Nie miała pojęcia co się z nią dzieje, do tego sporo straciła na wadze. Rafał bardzo się niepokoił, podejrzewał ją o jakiś mroczny sekret. W nocy nękały ją koszmary (skutek uboczny po akcjach w szpitalach). Pogrążyła się w apatii. Wiedziała, że nie jest sobą, poczuła się jak „przedpokój”, po którym może chodzić ktoś obcy.
Mieszało się jej sporo faktów. Najgorsze było jednak to, że Rafał z dnia na dzień stawał się jej coraz bardziej obcy. Odcinała się od niego z premedytacją, jakby chciała go chronić przed sobą.
Tym samym atmosfera między nimi stawała się nie do zniesienia.
– Martwię się o ciebie, jesteś taka niedostępna… Dziwnie się zachowujesz. Boję się, że zrobiłaś coś złego. Wiesz, wtedy wróciłaś tak cholernie blada, i fizycznie wykończona… Musiałem cię wnieść do mieszkania po schodach… – Rafał postanowił uzyskać jakieś informacje.
– Przykro mi, ale nic nie pamiętam… Nic… Nie wiem gdzie byłam i dlaczego. Chyba zaczynam znowu cierpieć na amnezję. Ta śpiączka mnie zmieniła . Przykro mi Rafał, ale wydaje mi się, że nie jestem już tą Teresą, w której się zakochałeś – Teresa postawiała wszystko na jedną kartę. Cholernie bała się samotności, ale czuła, że Rafał zasługuje na coś więcej, niż tylko na miano opiekuna.
– Zauważyłem, że jesteś wycofana, wyciszona, jak nie ty. Martwi mnie to, że chyba mi nie ufasz… – smutno wyznał.
– Nie wiem co mam powiedzieć. Ufam ci, ale są rzeczy, których sama w sobie nie rozumiem… Nie potrafię się odnaleźć… Wybacz – po tym ostatnim słowie znowu zasnęła.
Rafał okrył ją grubym pledem i wpatrywał się w jej jaśniejącą twarz. Jej cera była delikatna jak pergamin. Mimo upływu lat zachowała w sobie dziewczęcy urok. Umówił się ze swoim kolegą, neurologiem i psychiatrą, może on pomoże mu to zrozumieć, bo internet zostawia zbyt wiele znaków zapytania.
*
Harry spojrzał na czasomierz, pozostało mu jeszcze trzydzieści dziewięć godzin i dwa kwadranse, by bezpiecznie sprowadzić do siebie Aniołów. Obecnie musi ich skutecznie (niestety na odległość) zregenerować. Doznali potężnych wstrząsów organów wewnętrznych, a ich samopoczucie daleko odbiega od stanu gotowości do następnego zadania. Najgorszy stan odnotował u Teresy, chociaż to przeczuwał, ona zawsze brała na siebie więcej, niż mogła udźwignąć.
Meduza nie odpuści mu zastępstwa. Harry postanowił stworzyć surogata Teresy, tak by wyprowadzić Meduzę w pole. Zaryzykował własnym istnieniem, ale to już nie ma większego znaczenia. Za pięć godzin będzie jednoznaczny wynik… Nie miał na tyle odwagi cywilnej, by skazać Teresę, na wieczne dryfowanie wśród pogranicza ludzkiego życia i śmierci. Zbyt dobrze znał te rozterki wyborów. Stąd jego plan, by utworzyć hybrydę złożoną z częścią swojej wiedzy i asertywności wobec Meduzy, a ludzkich pierwiastków, i intuicji Teresy. Surogat miał chronić Teresę przed Meduzą.
EPILOG
Harry dokończył ostatni obchód swojej wyimaginowanej posiadłości, bo w istocie była to tylko pusta przestrzeń. Przeszedł dwa klawisze w górę i znalazł się w roku dwa tysiące sto dwudziestym pierwszym. Po uzdrowieniach pół wieku temu, ludzie nieco się zmienili. Zwłaszcza ci, którzy doświadczyli cudu. Ich logiczne myślenie i empatia wobec wszelkich form życia, skutkowały zakładaniem fundacji zajmujących się szeroko rozumianą ochroną środowiska.
Harry był szaleńczo zmęczony idealizmem, brakowało mu dawnej zaciętości, czegoś co zmuszałoby go, do ciągłej mobilizacji na rzecz przetrwania populacji ludzkiej. Z drugiej strony jego etyka nie pozwalała mu bez zgody drugiego istnienia – zastąpić się. Pragnął schować się w Wielkiej Mgle i przypominać sobie najpiękniejsze widoki świata…
Minęły cztery godziny od uruchomienia akcji „SUROGAT T”. Sprawdził jeszcze raz postępy drukarki, która prawie kończyła rekonstrukcję składu chemicznego ciała Teresy. Pozostały jeszcze do wykończenia stopy, w międzyczasie kopiował się monochromatycznie mózg, by zaoszczędzić na pojemności pamięci. Czuł się trochę ojcem, nigdy przedtem nie udało mu się w tak ogromnej skali, wytworzyć ludzkiego klona. Ale też i stracił wiele wieków, by naprawiać błędy w nieskończoność. Przeszukiwał najwybitniejsze mózgi fizyków jądrowych, biologów, mechatroników, chirurgów, psychologów, socjologów i tak w nieskończoność, ciągle poszukując odpowiedzi na proste pytania.
*
Los Harry’ego nie był łatwy. Cechy jakie w sobie wypracował, kosztowały go utratę wielu najbliższych, przyjaciół, wybranki życia. Czuł, że biorąc na siebie jakiekolwiek zobowiązania, będzie uwiązany wiecznym strachem o bliskich. Stąd już po pierwszym swoim ludzkim życiu, nigdy z nikim się nie związał. Miał pecha, trafił na Meduzę. Jej intuicja od razu utwierdziła ją w tym, że Harry zajdzie daleko. Jego wola była chwilami silniejsza od jej wymagań. Zatem urażona, brakiem zainteresowania z jego strony, odesłała go na peryferia czasu, gdzie może zdarzyć się wszystko w ogromnej nicości, a i nicość może zawładnąć wszystkim. Była potężna, potrafiła niewyobrażalnie podjudzać wolną wolę ludzi, która nieraz kończyła się tragicznymi błędami. Harry był głosem rozsądku. Zachowywał harmonię pomiędzy głodem egzystencji, a jej przesytem.
*
Piąta godzina zaowocowała klonem (pod igłę) Teresy. Harry był zadowolony. Nawiązał z nią kontakt wzrokowy i przeprowadził krótką rozmowę. Genialna kopia. Tak więc jeszcze kilka programów dopracowujących unerwienie skóry, odczuwanie wewnętrznej harmonii i doświadczenie Harry’ego w samotnym prowadzeniu przytułku dla wszystkich zagubionych dusz. O tak! Surogat T poradzi sobie doskonale.
*
Mimo wszelkich starań Teresie nie udało się odbudować związku z Rafałem. Ciągle była między nimi jakaś niewidzialna zadra, która ciągle się jątrzyła. Rafał wyprowadził się po pół roku całkiem zrezygnowany. Teresa tymczasem jakby odżyła. Poczuła w końcu przestrzeń i spokój. Zrozumiała też, że jej szczęściem nie jest drugi człowiek, a wolność. W tym doskonale rozumiał ją Harry. Czuwał nad nią jak ojciec.
Postawił ją na nogi, pomógł robić to, co kochała. W wieku pięćdziesięciu pięciu lat porzuciła lokalną gazetę, w której prowadziła dział o polityce, a zajęła się tworzeniem poezji. Poezji, która delikatnością i przesłaniem trafiała do świadomości ludzi. Nie mogła wiele zmienić w porządku świata, ale najważniejsze, że była strażnikiem nadziei i wiary w dobrych ludzi. Potrafiła jak nikt docenić zwyczajne życie, z jego zaletami i wadami. Świat stał się czarodziejski, a każda chwila i stworzenie godne opisania.
Przeprowadziła się w góry, które szczególnie sobie umiłowała. Tam też, po jakim czasie, zaprzyjaźniła się z Antonim. Wspólnie zdobywali, w zachwycie nowe szczyty górskie. Czasami tylko śniła o Harrym nie mając w ogóle pojęcia, skąd i dlaczego ta twarz jest jej taka bliska…
*
– Witam Harry, jak z umową? – na ogromnym trójwymiarowym pulpicie pojawiła się Meduza, sprawnie żonglując swoją kosą.
– W porządku. Jest jak chciałaś – ochryple rzucił – oto ona – wskazał ręką na klona Teresy.
– Jestem pod wrażeniem twojego posłuszeństwa… Hmmm… Ale coś mi podpowiada, żeby ci nie ufać… – Meduza wiła się w mglistej poświacie, świdrując wzrokiem Teresę.
Klon Teresy tymczasem odważnie zbliżył się do pulpitu. „Teresa dwa” spojrzała prosto w oczy Meduzy i rzekła:
– Jestem gotowa do współpracy, mam nadzieję, że będziemy wzajemnie się szanowały. Liczę na szansę u ciebie, byśmy ugodowo rozwiązywały kwestie powrotu do życia… – płynnie zadeklarowała.
– Uuuu… Harry, gratuluję… Ma w sobie pokorę, której tobie zawsze brakowało– Meduza zaśmiała się jak szalona. Cały czas przyglądając się uważnie Teresie “dwa”.
Harry aż zaniemówił. Nie spodziewał się, że stworzył tak doskonałego klona Teresy, w której odnalazł sporo cech swojej ukochanej ze szpitala – Weroniki. Poczuł się dumny.
– Na mnie czas moje drogie, liczę na waszą owocną współpracę – uśmiechnął się smutno.
Po chwili rozpłynął się w przestrzeni Wielkiej Mgły.
Witaj ewidentna literówka: Nagle fotel, na którym siedziała wydał komunikat że sekcja 12-5– 342 została pomyślnie zakończona i pacjent ma go opuścić. Sesja– po sekcji zwłaszcza zakończonej pomyślnie raczej trudno opuścić fotel o własnych siłach :)
Za horyzontem,
dziękuję za uwagę i trudno się z nią nie zgodzić.:))
Poprawiłam.
Pozdrawiam serdecznie – Goch.
"bądź dobrej myśli, bo po co być złej" Lem
bruce– niema, przynajmniej ja ich nie widzę.
GOCHAW Przeczytałem ponownie, udało mi się jakiś czas temu załapać na tekst pierwotny wrzucony na portal. Niestety tak jak poprzednio nie pojąłem istoty konfliktu między meduzą a Harrym (i nie pamiętam czy była to meduza)
Z istotami wszechmogącymi tworzącymi na dodatek pętle czasowe jest duży kłopot.
Zmierzyli się z nimi udanie bracia Strugaccy opisując paradoks omnipotencji w powieści Poniedziałek zaczyna się w sobotę.
Za horyzontem,
dziękuję za komentarz. Meduza to śmierć, która czyha na zagubione dusze. Chodziło mi o moment zawieszenia między życiem a śmiercią, jak np. śpiączka. Harry zdecydowanie to ten dobry.;)))
Mam nadzieję, że z czasem wprawię się na tyle w pisaniu, iż będę potrafiła czytelniej opisać bohaterów.
Pozdrawiam jeszcze raz ciepło – Goch.
"bądź dobrej myśli, bo po co być złej" Lem
bruce,
jeszcze raz dziękuję za wszystko, i czas poświęcony na betę.
Świetnie się z Tobą pracuje.
"bądź dobrej myśli, bo po co być złej" Lem
Cześć,
przesyłam cześć sugestii, ale nie dotarłam nawet do połowy opowiadania, więc jeszcze tu wrócę ;) i wtedy napisze też coś o całościowym odbiorze tekstu. Na razie czuję się zaintrygowana.
Poczuła się bezbronna do szpiku kości, nie dosyć, że straciła pamięć, to jeszcze znajduje się w miejscu, które jest piekielnie niebezpieczne.
Nie bardzo przemawia do mnie określenie bezbronna do szpiku kości, do szpiku kości można raczej zmarznąć. Myślę, że “znajdować” powinno być w czasie przeszłym.
Wiedziała, że nie może wypić zbyt wiele, bo być może jest zatruta. Musiała przeczekać.
Za dużo “może”.
Kiedy po kilku godzinach obudziła się, otaczał ją wszędobylski mrok.
Nie jest to błąd, biorąc pod uwagę definicję słowa “wszędobylski”, ale jeśli chciałaś osiągnąć atmosferę strachu to lepiej zdanie brzmiałoby bez niego.
Czas odmierzał się odległym kapaniem wody.
Czas odmierzało odległe kampanie wody.
Nasłuchiwała uważnie, karmiąc ogólne wrażenie paniki.
Rozumiem zamysł stojący za tym zdaniem, ale trzeba by je przeredagować. Nie wiem, czy uda mi się coś zaproponować, bo ja mam bardzo oszczędny styl, ale może tak: Nasłuchiwała uważnie, karmiąc narastającą panikę.
Jej usta zacięły się, a
ślina uciekła w głąb.Suchość w ustach stała się nie do zniesienia.
Proponuję połączyć te zdania w jedno i część usunąć. Jej wargi zacisnęły się, a suchość w ustach stała się nie do zniesienia.
Narastała w niej obawa, że straci jedyne lokum, które teraz sobie kojarzy – jaskinię.
Nie jest to zrozumiała konstrukcja.
Zanim wyszła z jaskini trwało to prawdopodobnie trzy kwadranse.
Upłynęły prawdopodobnie
a wiatr unosił do góry kurz.
Nie można unosić w dół.
Generalnie w jej polu widzenia nie było innego życia.
Nie jest żaden błąd, ale słowo “generalnie” osłabia przekaz tego zdania. Taka sugestia na temat odbioru tekstu.
W końcu ciągle jeszcze drążyły go nawyki z przeszłości, kiedy był przeciętnym człowiekiem.
Za duże nagromadzenie słów o niemal tym samym znaczeniu, “drążyły” zdecydowanie tu nie pasuje.
On tymczasem poznał swojego nowego Mistrza Mgły, który z umiłowaniem przekazywał mu tajniki przywracania zawieszonych w czasie do życia. Poczuł wtedy, że chce w ten sposób spędzić resztę swojego duchowego życia. Stał się stróżem życia.
Za dużo życia.
Alicella,
dziękuję serdecznie za uwagi. Już biorę się do korekty…
Czekam niecierpliwie na Twoje zdanie.
Pozdrawiam ciepło – Goch.
"bądź dobrej myśli, bo po co być złej" Lem
Alicella,
wszystkie wskazane przez Ciebie poprawki naniosłam.:))
Dziękuję, dziękuję, dziękuję.
"bądź dobrej myśli, bo po co być złej" Lem
GOCHAW to akurat jest jasne. Pytanie o przyczynę istnienia posterunku, rodzaj umowy między nią a strażnikiem i źródło jego boskiej mocy? Facet potrafi zapisywać i kasować ludzką pamięć i to hurtem: taksówkarze obsługa szpitali domów dziecka na dodatek poza swoim czasem. To tylko początek pytań. Pytam bo opowiadanie jest interesujące jednak niespójne. Na dodatek pstryknięciem palca obdarza ludzi sztuk12 mocą leczenia masowego.
dzięki fantasy, wszystko staje się możliwe. Wyobraź sobie, że gdzieś w odległej przestrzeni jest ktoś, będący “przeznaczeniem” i czuwa, dba o dusze (zagubione), by wracały do życia.
Jeśli istnieje w nich odpowiednio silne i motywujące do powrotu uczucie, to Harry pomaga.
Moja wyobraźnia jest nieograniczona. Lubię ją, bo w obecnych czasach, nic bardziej nie pomaga, od wiary w cuda.
To co jest naprawdę, wszyscy odczuwamy…
Sztuk 13, bo zapomniałeś o Teresie, Harry jest na pograniczu czasów i może na nie wpływać. Jest jeden. Wybrany przez śmierć, bo pewnie ma świetną intuicję, komu na życiu zależy, komu nie.
I nawet śmierć, ma czasami rozterki, zostawia niektórych przy życiu, czyż nie?
Pozdrawiam ciepło – Goch.
"bądź dobrej myśli, bo po co być złej" Lem
Gratuluje wyobraźni i przestrzegam przed czynieniem cudów, są niebezpieczne. W efekcie przynoszą więcej szkody niż pożytku :(
Za horyzontem,
dziękuję Ci za wnikliwość. Cenię ją. Uwierz mi, że gdybym mogła być Harry’m, szpitale od dawna byłyby puste!
Pozdrawiam Cię naprawdę serdecznie – Goch.
Czym więcej ozdrowień, tym lepiej!
"bądź dobrej myśli, bo po co być złej" Lem
Jeden taki próbował niecałe dwa tysiąclecia temu. Pamiętasz jak skończył? Ilu ludzi wymordowano w jego imieniu?
bruce,
jeszcze raz dziękuję za wszystko, i czas poświęcony na betę.
Świetnie się z Tobą pracuje.
Dziękuję za wyrozumiałość i raz jeszcze za zaproszenie. :)
Pozdrawiam, GOCHAW.
Pecunia non olet
wolna wola, to temat rozległy.
Ja też, mogę napisać, że działam w imieniu Lema. Czy to jest prawdą?
Każdy myślący człowiek, wie, że nie. Dlaczego? Bo, ma wiedzę.
I tak to, historia toczy się kołem.
Czas oderwać się od schematów. Dzisiaj jest teraz, nie wcześniej.
Goch.
"bądź dobrej myśli, bo po co być złej" Lem
bruce,
"bądź dobrej myśli, bo po co być złej" Lem
wolna wola, to temat rozległy.
Ja też, mogę napisać, że działam w imieniu Lema. Czy to jest prawdą?
Każdy myślący człowiek, wie, że nie. Dlaczego? Bo, ma wiedzę.
I tak to, historia toczy się kołem.
Czas oderwać się od schematów. Dzisiaj jest teraz, nie wcześniej.
Bardzo mądrze napisane.
Myślę, że warto skupić się na komentowanym opowiadaniu. :)
Pecunia non olet
bruce
p.s. Lema KOCHAM!
"bądź dobrej myśli, bo po co być złej" Lem
Gocha, ależ nie ma za co.
Druga część uwag.
Był dzisiaj w złym nastroju, przez dziwne widzenia w nocy. Nie lubił tego, bowiem szczerze nienawidził wszelkich zmian. Uwielbiał rytuały, celebrował samotność.
Tu się trochę pogubiłam. Nie lubił czego? Widzeń w nocy? Jeśli tak, to w jaki sposób one wiążą się ze zmianą. Konstrukcja “Nie lubił tego, bowiem szczerze nienawidził” jest myląca.
Był mężczyzną o silnej kości,
Rozumiem, że chodzi o masywną budowę, ale nigdy nie spotkałam się z takim określeniem.
Siwe włosy spadały mu na czoło, a bystre oczy szkliły się jak wyrocznia.
Czemu jak wyrocznia?
Westchnął głośno i powiedział do siebie – Masz swoje sny…Cholera!
Błędny zapis. Dialog zawsze rozpoczyna się od nowej linii.
Westchnął głośno i powiedział do siebie:
– Masz swoje sny…Cholera!
Zdjął z pleców dziwną narzutę
Dlaczego narzuta była dziwna, jeśli jest to istotne dla kreacji świata, to przydałoby się doprecyzowanie.
Często pracował w ludzkim życiu jako wolontariusz w różnych instytucjach.
To brzmi, jakby ludzkie życie było miejscem pracy. Może lepiej coś w stylu: Gdy jeszcze był człowiekiem pracował…
Chciał ją poznać także z opowiadań ludzi, i ich odczucia.
Nie klei się to zdanie.
Była drobna i na pierwszy rzut oka cholernie bezbronna.
Wulgaryzmy w narracji prowadzonej w trzeciej osobie nie mają prawa się pojawiać.
Miała męski i bezkonfliktowy charakter, niestety toczył ją nowotwór.
Łagodny
Dzisiaj jest osiemnastego stycznia dwa tysiące sto dwudziestego pierwszego roku, sobota.
Osiemnasty
– W bezpiecznym miejscu, dopóki ja jestem – oschle odpowiedział.
– W bezpiecznym miejscu, dopóki ja jestem – odpowiedział oschle.
– Ale ja nic nie pamiętam. Nic. Nie wiem kim jestem, skąd jestem… – łkała coraz głośniej.
Łkanie nie jest uznawane za czasownik określający mówienie, więc należy to potraktować, jako narrację odnoszącą się do dialogu.
– Ale ja nic nie pamiętam. Nic. Nie wiem kim jestem, skąd jestem… – Łkała coraz głośniej.
co przez większą część czasu z nią się działo.
Większość czasu.
– A mam inne wyjście, by poznać swoją przeszłość? – Teresa rozczulona zapytała.
– A mam inne wyjście, by poznać swoją przeszłość? – zapytała Teresa rozczulona.
– Jak to wgrać do pamięci? Można robić z człowiekiem takie rzeczy? – zdziwiona zapytała z obawą.
Za dużo zdziwienie i błąd zapisu.
– Jak to wgrać do pamięci? Można robić z człowiekiem takie rzeczy? – zapytała z obawą.
– Ogólnie to leniwe i wiecznie niezadowolone istoty… – Harry wpadł jakby w trans, widać było jego zaangażowanie w opowiadane. Zmarszczył brwi – a tam, cholera jasna! – zakończył, zrozumiał, że popłynął słowem za daleko.
Błędny zapis dialogu. I ostatnie zdanie trochę niespójne.
– Ogólnie to leniwe i wiecznie niezadowolone istoty… – Harry wpadł jakby w trans, widać było jego zaangażowanie w opowiadane. Zmarszczył brwi. – A tam, cholera jasna! – zakończył, zrozumiawszy, że popłynął słowem za daleko.
– Wróćmy do mojej historii, ok? – Teresa z nutką rozgoryczenia poprosiła – albo opowiedz mi, proszę, co działo się w moim świecie, chętnie posłucham dalszej części… – uśmiechnęła się.
Błędny zapis dialogu.
– Wróćmy do mojej historii, ok? – poprosiła Teresa z nutką rozgoryczenia. – Albo opowiedz mi, proszę, co działo się w moim świecie, chętnie posłucham dalszej części… – Uśmiechnęła się.
– Zawłaszczali wszystko. Ludzie godzili się, a garstka naukowców, solidnych dziennikarzy, pisarzy, filozofów, psychiatrów, wynalazców, wegetowała na pograniczu społeczeństwa – Harry podekscytowany i nabuzowany zamyślił się…
Jeśli po myślniku jest narracja dialogowa, to wypowiedź kończy się kropką.
– Zawłaszczali wszystko. Ludzie godzili się, a garstka naukowców, solidnych dziennikarzy, pisarzy, filozofów, psychiatrów, wynalazców, wegetowała na pograniczu społeczeństwa. – Harry podekscytowany i nabuzowany zamyślił się.
– Jesteś nieszczęśliwy? – spontanicznie zapytała.
Didaskalia dialogowe zaczynamy od czasownika określającego mówienie. Masz takich błędów sporo, nie będę ich wszystkich punktować. Po prostu przejrzyj opowiadanie pod tym kątem.
– Jesteś nieszczęśliwy? – zapytała spontanicznie.
– Nie, wiedza o mnie nie ma żadnego znaczenia, ani teraz, ani potem… – odciął temat.
Trzykropek moim zdaniem zbędny. Uciął
– Jestem tutaj, bo na to ciężko pracowałem, a pracy nienawidzę. Jak widzisz wątek zakończony – chirurgicznie uciął dialog.
Właściwie to nie dawałabym tu didaskaliów.
– Co jest? – przerażona pomyślała.
Błędny zapis myśli.
„Co jest?” – pomyślała przerażona.
Pierwsze co zobaczyła, był to biały sufit.
Pierwszym co zobaczyła, był biały sufit.
Mimo, że czuła się z gruntu pewnie, to coś w jej duszy zgrzytało niepokojem.
Zbędny przecinek i to „z gruntu” nie pasuje.
Przeszedł dwa klawisze w górę i znalazł się w roku dwutysięcznym sto dwudziestym pierwszym.
Dwa tysiące.
Na koniec kilka przemyśleń do całości.
Narracja jest chaotyczna, a duża liczba krótkich scen nie ułatwia odbioru. Jest dużo informacji o przeszłości Harrego, a niewiele wiemy o zasadach funkcjonowania świata. Kim był i jaką rolę odegrał Mistrz Mgły? Umknęła mi też motywacja Meduzy i to czemu potrzebowała Teresy. Dlaczego Teresa miała przedziwne płatki małżowin?
Zastanów się, czy wszystkie sceny są potrzebne np. ta wzmianka o babce Harrego. Jest to osobna scena, z której dowiadujemy się tylko jednej informacji.
Dla mnie najciekawszy był motyw przestrzeni między światami. Pomysł na historię jest interesujący, ale wymaga uporządkowania i płynniejszej narracji.
Alicella,
wszystko poprawiłam, dzisiaj jeszcze raz przejrzę cały tekst.
Bardzo serdecznie Ci dziękuję za wskazówki.
Co do opowiadania, liczę że tutaj nauczę się dobrze pisać i z czasem moje opowiadania będą lepsze. To moje drugie “długie” opowiadanie w życiu.
Mam sporo pomysłów, gorzej z ich poprawnym ubraniem w słowa.
Pozdrawiam Cię bardzo ciepło – Goch.
"bądź dobrej myśli, bo po co być złej" Lem
Cześć, Gochaw,
początkowo mnie wkręciło, później niestety traciłam zainteresowanie. Jest tutaj bowiem dużo niepotrzebnych dla fabuły fragmentów, wychodzi więc trochę chaotycznie. Napisałaś, że nie masz w tym wprawy. W takim razie lepiej zacznij od krótszych form, bo 45 tys. na “nowicjusza” to dużo. Szczególnie tutaj im dłuższy tekst, tym mniej czytelników, a więc możliwych rad (no chyba że wszyscy będą cię już doskonale kojarzyli ;))
Tutaj bardzo wychodzi ta obszerność początkującego – większość ludzi na początku się rozpisuje, powieści debiutantów często są długie. A to źle, gdy nie ma się pewnego stylu. Także postaraj się krócej, bo pomysł był, warsztatowo też nie najgorzej. Lektura sama nie była nieprzyjemna, ale nie wszystko załapałam, bo moje zainteresowanie ogromnie spadło. Zgadzam się z Alicellą. Następnym razem podczas pisania, ale też po napisaniu, zastanów się, czy wszystko jest faktycznie potrzebne ;)
– Ale ja nic nie pamiętam. Nic. Nie wiem kim jestem, skąd jestem… [+–] Łkała coraz głośniej.
Jak widzisz, zabrakło półpauzy.
– Wręcz przeciwnie, sam jestem bardzo szczęśliwy i powiem ci coś jeszcze, nigdy się ze sobą nie nudzę – sucho stwierdził.
”stwierdził sucho”
-Doskonale, doskonale. Wolałabym być teraz w domu – szczerze wyznała.
”wyznała szczerze”
Poza tym brak spacji po półpauzie.
– Masz dwa dni, pomyśl i obsadź stanowisko na tyle sprawnie, i odpowiedzialnie, by dusze wracały do ciał, a nie błąkały się latami po zgliszczach[+.] – Meduza patrzyła na niego władczo.
Powodzenia w dalszym pisaniu!
Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!
LanoVallen ,
bardzo serdecznie dziękuję Ci za przeczytanie tekstu, jak i zamieszczenie uwag.
Błędy poprawiłam.
Tekst jest dla mnie bardzo waży, przyznam że nie posłuchałam BK, bo miał podobne zdanie. Zależało mi bardzo na zachowaniu treści, bo to dla mnie sentymentalny tekst.
Dzisiaj, z perspektywy pracy nad tym tekstem i wkładzie pomocy bruce i BK, zrozumiałam jak ważne dla czytelnika jest utrzymanie zainteresowania swoją opowieścią.
Postaram się już nie pisać takich długich “stworów”. Póki co muszę wszystko przetrawiać i przemyśleć. To prawda, jestem nowicjuszem, ale już mniej optymistycznie nastawionym do własnych opowiadań.
To dla mnie prawdziwa przyjemność, że zechciałaś mnie odwiedzić.
Pozdrawiam bardzo serdecznie – Goch.
"bądź dobrej myśli, bo po co być złej" Lem
Dzisiaj, z perspektywy pracy nad tym tekstem i wkładzie pomocy bruce i Bk, zrozumiałam jak ważne dla czytelnika jest utrzymanie zainteresowania swoją opowieścią.
Gocha, pamiętaj że jest też perspektywa autora ;) Chciałaś napisać i opublikować tekst i zrobiłaś to, nie zawsze trzeba robić wszystko dla czytelników. Piszemy również, a może przede wszystkim, dla siebie.
Che mi sento di morir
BasementKey,
dziękuję Ci za dobre słowo.
Pozdrawiam ciepło – Goch.
p.s. zapamiętam, że piszę też dla siebie.:))
"bądź dobrej myśli, bo po co być złej" Lem
Hmmm. Tekst mnie nie uwiódł.
Teresa jest bezwolna, to Harry grzebie w niej, jak chce. Jak lalkarz i kukiełka.
Harry z kolei jest prawie wszechmocny. Przy takich możliwościach trudno, żeby dowolny plan się nie powiódł. W rezultacie nie przejmowałam się bohaterami, byli mi obojętni.
Nie rozumiem, dlaczego Meduza jest szefową Harry’ego. Nie pasują do siebie, mają różne cele. OK, ona się uparła. Ale czy Harry nie miał absolutnie nic do gadania? Nie mógł sabotować pracy tak, żeby wylecieć z roboty?
Ubrała czarny golf i czarne dżinsy,
Ubrań się nie ubiera.
Babska logika rządzi!
serdecznie dziękuję za komentarz i czytanie.
To prawda, mam problem z przypisywaniem bohaterom charakterystycznych emocji.
Postaram się jednak pracować nad warsztatem, który póki co jest słaby:)
Pozdrawiam ciepło – Goch.
"bądź dobrej myśli, bo po co być złej" Lem