- Opowiadanie: RogerRedeye - Upiór z Widmowego Lasu

Upiór z Widmowego Lasu

Wbrew po­zo­rom, tytuł jest nieco my­lą­cy, cho­ciaż... Cho­ciaż nie do końca, bo obaj bo­ha­te­ro­wie opo­wie­ści, Mar­cus i Andre’, na po­cząt­ku opo­wia­da­nia dzie­ci, uwa­ża­ją, że nowo po­zna­ny zna­jo­my to upiór,  a jeden z nich miesz­ka w nie­spo­ty­ka­nym, bar­dzo dziw­nym borze, okre­śla­nym przez dru­gie­go jako Wid­mo­wy Las. Ale to ab­so­lut­nie małym bo­ha­te­rom nie prze­szka­dza, prze­ciw­nie, za­cie­ka­wia ich, a po­zna­wa­nie świa­tów od­mien­nych od tych, w któ­rych się uro­dzi­li i wy­cho­wu­ją, spra­wia im wiel­ką przy­jem­ność. W sumie jest to opo­wieść o dzie­cię­cej, a potem mło­dzień­czej przy­jaź­ni, nie­ty­po­wa fan­ta­sty­ka, bo, we­dług mnie, taka “cie­pła”.

Nie jest to też ty­po­we opo­wia­da­nie grozy i nieco się zdzi­wi­łem, że przy­ję­ła go “Hi­ste­ria”, w któ­rej uka­za­ło się w wrze­śnio­wym nu­me­rze, czyli cał­kiem nie­daw­no.

Anet dzię­ku­ję za cenne uwagi do tek­stu.

Spo­koj­nej lek­tu­ry, bo taka z pew­no­ścią bę­dzie...

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Upiór z Widmowego Lasu

 

Mały Mar­cus Jor­gen­sen sta­ran­nie na­sta­wiał bu­dzik w smart­fo­nie. Do­brze wie­dział, jak to się robi, pra­gnął jed­nak znacz­nie zwięk­szyć siłę sy­gna­łu. Do tej pory nigdy się tym nie zaj­mo­wał, ale spra­wa zin­ten­sy­fi­ko­wa­nia gło­śno­ści oka­za­ła się bar­dzo pro­sta.

Z za­do­wo­le­niem za­tarł piąst­ki i za­czął po­gwiz­dy­wać. Trud­nej sztu­ki świ­sta­nia na­uczył się dwa ty­go­dnie temu i lubił z niej ko­rzy­stać.  

Po­my­ślał, że dzi­siaj przed pół­no­cą na pewno do­pnie swego. Zbu­dzi się w środ­ku nocy i spraw­dzi coś, co od dawna go nie­po­ko­iło.

Uło­żył apa­rat na bla­cie noc­ne­go sto­li­ka. Po krót­kim na­my­śle wsu­nął go pod koł­der­kę. Mama nie­ba­wem przyj­dzie dać mu ca­łu­sa na do­bra­noc. Mogła coś za­uwa­żyć, a nie chciał przed­wcze­śnie zdra­dzić swo­ich za­mia­rów. Ran­kiem, przy śnia­da­niu, i tak z dumą wszyst­ko jej opo­wie.

Sze­ścio­let­ni chłop­czyk za­mie­rzał usta­lić, czy Wid­mo­wy Las ist­nie­je na­praw­dę, czy może, jak uzna­wa­ła jego ro­dzi­ciel­ka, po pro­stu uka­zu­je mu się w śnie. Twier­dzi­ła z uśmie­chem, że las jest ma­ja­kiem, sen­nym oma­mem, przy­wi­dze­niem bez zna­cze­nia.

Pew­nie, jak zwy­kle, miała rację, ale Mar­cu­sa wie­czo­ra­mi wciąż drę­czy­ła nie­za­spo­ko­jo­na cie­ka­wość. Prze­cież już dwa razy wi­dział ten bar­dzo dziw­ny bór… Przy­pad­kiem, bo prze­jadł się i nie mógł za­snąć.

Wy­star­cza­ło ze­rwać się w środ­ku nocy, od­su­nąć rąbek za­sło­ny w oknie i wdra­pać na krze­seł­ko. Par­kan z prę­tów, ota­cza­ją­cy ogród, znaj­do­wał się za­le­d­wie o kil­ka­na­ście kro­ków, a późne wie­czo­ry dzię­ki pełni księ­ży­ca i bez­chmur­ne­mu niebu były teraz bar­dzo jasne. Zer­k­nie tylko, czy za me­ta­lo­wym pło­tem wciąż znaj­du­je się as­fal­to­wa droga, łą­czą­ca oko­licz­ne po­sia­dło­ści i wio­dą­ca do mia­stecz­ka, czy też ten trakt znik­nie, a on po­now­nie zo­ba­czy bujną knie­ję. Bar­dzo dziw­ną… I malca na jej skra­ju, pil­nie wpa­tru­ją­ce­go się w prze­strzeń, za­pew­ne w dom na­prze­ciw­ko.

W willę jego ro­dzi­ców.

Mar­cus są­dził, że ten niby senny zwid jest jego ró­wie­śni­kiem. Wy­glą­dał na­praw­dę okrop­nie, pra­wie jak upiór. Za­wsze jed­nak uśmie­chał się. Chyba na kogoś cze­kał. Może wła­śnie na niego, Mar­cu­sa? Może wcze­śniej go pod­pa­trzył i do­wie­dział się, że miesz­ka bli­sko?

Cał­kiem nie­daw­no, z wiel­ką cie­ka­wo­ścią oglą­da­jąc jakiś ko­miks, naj­młod­szy miesz­ka­niec re­zy­den­cji do­kład­nie po­znał zna­cze­nie wy­ra­zu „upiór”. Pa­so­wał jak ulał do wy­glą­du zjawy z Wid­mo­we­go Lasu – tak na­zy­wał kra­jo­braz, oglą­da­ny no­ca­mi za oknem.  

Ale prze­cież – po­my­ślał chłop­czyk. – Mo­gli­by­śmy się razem po­ba­wić. Może on zna cie­ka­we za­ba­wy? No i w końcu prze­ko­nam się, czy to na­praw­dę sen… A jutro prze­ka­żę wszyst­ko mamie. I ta­tul­ko­wi, jak przy­je­dzie na urlop. Zdzi­wi się! Ha!

Po­now­nie ra­do­śnie za­tarł piąst­ki.

Szczęk­nę­ła klam­ka w drzwiach. Klara Jor­gen­sen przy­by­ła, jak czy­ni­ła każ­de­go wie­czo­ru, żeby czule utu­lić do snu swoją la­to­rośl.

 

***

 

Pa­trzy­li na sie­bie w mil­cze­niu.

– Cześć – po­wie­dział nie­pew­nie jeden z chło­pacz­ków. – Mam na imię Mar­cus. A ty?

Dzie­li­ło ich wy­so­kie, prę­to­we ogro­dze­nie, ale stali za­le­d­wie o krok od sie­bie.

– André – padła od­po­wiedź. – Tro­chę dziw­nie wy­glą­dasz… Nawet bar­dzo dziw­nie. I twój las też jest inny. Taki cher­la­wy…

– Nasz jest na­praw­dę cu­dow­ny! – dodał po chwi­li André z nie­kła­ma­ną dumą.

Mar­cu­so­wi mi­gnę­ła myśl, że w nocy za ogro­dze­niem nie ma ogro­dów, tylko bory. Teraz wi­dział do­kład­nie po­tęż­ne drze­wa, nie­zwy­kle wy­so­kie, z roz­le­gły­mi ko­ro­na­mi peł­ny­mi liści i dziw­nych owo­ców. Wszyst­kie były czar­ne. Wśród nich do­strzegł pię­tro­wy dom z czer­wo­nej cegły z roz­le­głym ta­ra­sem, usy­tu­owa­ny na nie­wiel­kiej po­la­nie. Spore okna od­bi­ja­ły świa­tło księ­ży­ca.

Pre­zen­to­wał się bar­dzo ład­nie, ale Mar­cus osą­dził, że jego ro­dzin­na willa w ni­czym mu nie ustę­pu­je.

– Wcale nie! – obu­rzył się na wcze­śniej­szą uwagę. – Prze­cież u nas nie ro­śnie las! Mamy wspa­nia­ły ogród – pod­kre­ślił. 

– Żebyś wie­dział, jak ro­dzi­ce o niego dbają! – dodał po chwi­li. – A jak p l o n u j e!

Z dumą użył nie­daw­no po­zna­ne­go słowa.

– W ogóle nie ku­pu­je­my owo­ców albo wa­rzyw. – Po­trzą­snął głową. – Ma­li­ny, bo­rów­ki i ożyny roz­pły­wa­ją się w ustach. Tak samo ja­błusz­ka i gru­szecz­ki, gdy doj­rze­ją. Uwierz mi.

Oczy André’a nie­spo­dzie­wa­nie bły­snę­ły, tak mocno, że Mar­cus od­ru­cho­wo się cof­nął.

– Nie wiem, o czym mó­wisz. My nie mamy cze­goś ta­kie­go… – stwier­dził chło­piec, sto­ją­cy po­śród drzew. – Chyba szko­da… Muszę po­wie­dzieć o tym mamie, na pewno coś za­ra­dzi.

Nocny przy­bysz zza dru­giej stro­ny me­ta­lo­we­go płotu z za­do­wo­le­niem uznał, że spra­wa ogro­du zo­sta­ła za­ła­twio­na. Za­gwiz­dał me­lo­dyj­nie.

– Ja tak nie umiem… Ład­nie brzmi – stwier­dził André z za­tro­ska­niem. – Pod­szko­lisz  mnie? Moja mama na pewno bę­dzie za­chwy­co­na. Spra­wię jej nie­spo­dzian­kę.

– Pew­nie – stwier­dził Mar­cus ocho­czo. – Wiesz, gwiz­da­nie nie jest łatwe… Ale, jak na­uczysz się od­po­wied­nio ukła­dać wargi i na­bie­rać po­wie­trza, idzie jak z płat­ka. Za­ła­twio­ne.

– Dobra, bar­dzo dzię­ku­ję.

Obaj pa­trzy­li na sie­bie z za­do­wo­le­niem.

– Może się po­ba­wi­my? Naj­le­piej w cho­wa­ne­go, bo nie mamy za­ba­wek – za­pro­po­no­wał André. – Na­stęp­nym razem przy­nio­sę swoje, a ty swoje. Tylko mu­sisz przejść przez płot. Dasz radę?

– Pew­nie. – Mar­cus po­now­nie za­tarł drob­ne dło­nie. – W rogu ogro­dze­nia jest l u k a.

Chło­piec, jak z za­do­wo­le­niem od­no­to­wy­wa­ła jego matka, bar­dzo szyb­ko przy­swa­jał usły­sza­ne nowe słowa, pytał o ich zna­cze­nie, za­pa­mię­ty­wał i czę­sto z lu­bo­ścią uży­wał. Miał jed­nak nawyk ich wy­ra­zi­ste­go ak­cen­to­wa­nia, co cza­sa­mi zda­niem do­ro­słych brzmia­ło śmiesz­nie. Klara nie stro­fo­wa­ła synka, bo wie­dzia­ła, że z upły­wem lat po­rzu­ci ten zwy­czaj.

– Wiem, bo kie­dyś spraw­dza­łem – cią­gnął. – Tata na­rze­kał, że ro­bot­ni­cy po­ża­ło­wa­li pręta i po­wstał o d s tę p. Prze­ci­snę się i zaraz będę u cie­bie! To po­trwa za­le­d­wie chwil­kę!

Nowy malec w Wid­mo­wym Lesie nawet się nie zdzi­wił, że ubra­ny tylko w pi­dżam­kę i bam­bosz­ki, wcale nie od­czu­wał chło­du.

Po pro­stu uznał, że prze­strzeń za ogro­dze­niem p r o m i e n i u j e cie­płem.

I był z tego faktu nie­zwy­kle za­do­wo­lo­ny.

 

***

 

Mar­cus i André spo­ty­ka­li się wiele razy, za­wsze głę­bo­ką nocą. Chłop­ców nie od­stra­szał od­mien­ny wy­gląd, ra­czej za­cie­ka­wiał. Przy­no­si­li za­baw­ki, wy­wo­łu­ją­ce u nich zdzi­wie­nie. Z roz­ko­szą uczy­li się no­wych gier i po­świę­ca­li temu sporo czasu.

Ran­kiem Mar­cus sta­ran­nie ukry­wał zie­wa­nie.

Oka­za­ło się, że André jest tro­chę star­szy. Cho­dził już do dru­giej klasy szko­ły pry­mar­nej, a po­to­mek ro­dzi­ny Jor­gen­se­nów koń­czył w tym roku przed­szko­le, o któ­rym zresz­tą no­we­mu ko­le­dze opo­wia­dał z wiel­kim za­do­wo­le­niem.

Jed­nak nie­znacz­na róż­ni­ca wieku w ni­czym im nie prze­szka­dza­ła. Spo­tka­nia za­czy­na­ły ich po­chła­niać.

Mar­cus nawet słów­kiem nie za­jąk­nął się mamie o swo­ich noc­nych wi­zy­tach. Pra­gnął opo­wie­dzieć o nich wtedy, gdy bę­dzie wie­dział w s z y s t k o. I prze­ka­zać te dziw­ne do­świad­cze­nia po przy­jeź­dzie ojca na urlop.

Olaf Jor­gen­sen był ar­chi­tek­tem, któ­re­mu do pro­jek­to­wa­nia i wy­ko­na­nia po­wie­rza­no coraz więk­sze i trud­niej­sze bu­do­wy. Spra­wia­ło mu to ogrom­ną ra­dość, ale jed­no­cze­śnie wią­za­ło się z czę­sty­mi po­by­ta­mi w od­le­głych miej­scach. Ostat­nio w domu bywał rzad­ko.

Mar­cus bar­dzo za nim tę­sk­nił. Myśl, że po przy­jeź­dzie ojca za­dzi­wi go nie­zwy­kłą opo­wie­ścią, wpra­wia­ła chłop­ca w za­chwyt, więc na razie mil­czał jak za­klę­ty. Tłu­ma­czył sobie, że na wszyst­ko przyj­dzie czas, po­wta­rza­jąc w ten spo­sób mak­sy­mę matki. Cią­gle wchła­niał, po­dob­nie jak André, nowe do­zna­nia i do­świad­cze­nia ze spo­tkań, więc stale od­su­wał w cza­sie chwi­lę, gdy wszyst­ko z r e l a c j o n u j e.

Wza­jem­ne wi­zy­ty obu mło­dzie­niasz­ków trwa­ły nadal, ale wraz z upły­wem dni i mie­się­cy sta­wa­ły się znacz­nie rzad­sze. Pew­nie po pro­stu spo­wsze­dnia­ły… Mieli też wielu no­wych zna­jo­mych i ko­le­gów tam, gdzie żyli.

I pew­nie dla­te­go już nie dzie­ciak, ale wy­ro­śnię­ty chło­pak, któ­rym stał się Mar­cus, nigdy nie opo­wie­dział ani matce, ani ojcu o tej bar­dzo dziw­nej przy­jaź­ni. I z wielu po­wo­dów nie speł­nił swo­je­go wcze­śniej­sze­go za­mia­ru, zwią­za­ne­go z czar­nym owo­cem. Cza­sa­mi bo­wiem bar­dzo po­waż­nie za­sta­na­wiał się, czy jed­nak stale nie prze­ży­wa po­wra­ca­ją­ce­go snu, tak dziw­ne­go, że wy­da­wał się być rze­czy­wi­sto­ścią.

Le­karz i psy­cho­log szkol­ny pod­czas ru­ty­no­wych badań stwier­dza­li, że im­po­nu­je siłą, spraw­no­ścią i jest nie­zwy­kle zrów­no­wa­żo­ny.

A jed­nak w umy­śle chłop­ca cień wąt­pli­wo­ści wciąż po­zo­sta­wał, a nawet na­ra­stał…  

 

***

 

Wid­mo­wy Las za­wsze bar­dzo za­cie­ka­wiał Mar­cu­sa. Był na­praw­dę oso­bli­wy… Chło­piec, cho­ciaż jesz­cze nie mło­dzie­niec, już dawno po­znał zna­cze­nie tego okre­śle­nia. Pa­so­wa­ło jak ulał.

Za domem z cegły, w któ­rym miesz­kał André, kryły się inne, nie­kie­dy więk­sze, cza­sa­mi mniej­sze, ale bar­dzo do sie­bie po­dob­ne bu­dyn­ki. Przy­bysz zza dru­giej stro­ny ogro­dze­nia szyb­ko od­krył, że łączą je do­brze utrzy­ma­ne ścież­ki. A od każ­de­go wi­docz­ne­go obej­ścia bie­gły ko­lej­ne, pew­nie do dal­szych go­spo­darstw. Chyba two­rzy­ły plą­ta­ni­nę.  

Tutaj za­wsze było cie­pło, Mar­cus nigdy nie czuł chło­du. To było dziw­ne.

– Ścież­ki są wy­gra­co­wa­ne – rzu­cił kie­dyś nowy ko­le­ga. – Co ty­dzień mój oj­ciec i są­sie­dzi je wy­rów­nu­ją.

Ten fakt nie­spe­cjal­nie za­in­te­re­so­wał Mar­cu­sa, o wiele bar­dziej cie­ka­wi­ło go to, że dziw­na knie­ja zda­wa­ła się nie mieć końca. W nocy, zwłasz­cza gdy nie świe­cił księ­życ, nie­wie­le było widać, ale przy bez­chmur­nym nie­bie ko­ro­ny czar­nych drzew roz­cią­ga­ły się aż po ho­ry­zont. Wy­glą­da­ło na to, że po­tęż­ny las po­kry­wał cały świat André’a.

Ten nie­ba­wem to po­twier­dził. I zdzi­wił się bar­dzo, że za willą Jor­gen­se­nów jest zu­peł­nie ina­czej.

– Co to są łąki, pola i pa­stwi­ska? – za­py­tał. – Do czego służą?

Mar­cus mocno się na­bie­dził, zanim wy­tłu­ma­czył, że sta­no­wią źró­dła paszy dla zwie­rząt i po­ży­wie­nia dla ludzi. Mu­siał wiele sobie przy­po­mnieć, a chciał, żeby André do­brze zro­zu­miał ich rolę. Sam nie wie­dział tego do­kład­nie, więc wy­ja­śnie­nie przy­cho­dzi­ło z trud­no­ścią.

– U nas jest znacz­nie le­piej, bo zwie­rząt­ka pasą się w lesie. Sporo ich mamy – stwier­dził z dumą André. – Zwier­zacz­ki są bar­dzo ładne.

Mar­cus chciał za­py­tać, co się z nimi teraz dzie­je, ale ugryzł się w język. Prze­cież było ciem­no i na pewno te by­dląt­ka, jak je dla sie­bie okre­ślił, smacz­nie śpią… Teraz już wie­dział, że za domem znaj­du­je się kilka mniej­szych za­bu­do­wań. Pew­nie sta­no­wi­ły schro­nie­nia miej­sco­wych zwier­zacz­ków.

– Jak wy­glą­da­ją i do czego służą? – za­py­tał z cie­ka­wo­ścią.

– Jak wy­glą­da­ją? Nor­mal­nie. – André wzru­szył ra­mio­na­mi. – Nie­któ­re są białe, inne czar­ne, cza­sa­mi brą­zo­we. Mają mię­ciut­kie fu­ter­ko. Dają mleko, a z niego wy­ra­bia się różne pro­duk­ty. Można też ho­do­wać je na mięso, ale mama tego nie robi. Jest we­ge­ta­rian­ką i mówi, że za­bi­ja­nie zwie­rzą­tek to obrzy­dli­stwo. 

Mar­cus za­ko­no­to­wał sobie w pa­mię­ci, że musi za­py­tać swoją mamę, co ozna­cza słowo we­ge­ta­rian­ka. Nie ro­zu­miał jego zna­cze­nia, ale nie chciał się do tego przy­znać.

– No i mają jeden róg po­środ­ku głowy – cią­gnął André z dziw­nie fi­lu­ter­nym uśmie­chem. – Wiesz, ty na pewno nie je­steś zwier­zacz­kiem, ale są tro­chę do cie­bie po­dob­ne. Ale mi to u cie­bie nie prze­szka­dza.

Mar­cus po­ki­wał głową. Uznał, że spo­strze­że­nie André’a jest słusz­ne. Ucie­szył się, że jego wy­gląd, od­mien­ny od wy­glą­du André’a, nie razi no­we­go zna­jo­me­go.

– Jak się na­zy­wa­ją? – zadał ko­lej­ne py­ta­nie. Nie miał za­mia­ru cią­gle uży­wać wy­ra­zu „zwie­rząt­ka”. Na pewno po­sia­da­ły ja­kieś miano.

– Jed­no­roż­ce – padła od­po­wiedź. – To prze­cież pro­ste.

– Aha… – skwi­to­wał Mar­cus. Nazwa nic mu nie mó­wi­ła, ko­ja­rzył tylko, że to chyba dobry stwór z bajek.

Roz­mo­wy, wcale nie takie dłu­gie, André i Mar­cus pro­wa­dzi­li pod­czas przerw w roz­gry­wa­niu gier. Czę­sto też w cza­sie ich trwa­nia, je­że­li przy­go­to­wa­nia do bitwy długo trwa­ły.

Oka­za­ło się, że André dys­po­nu­je bar­dzo dobrą kon­so­lą. I teraz obaj malcy sia­da­li pod wy­nio­słym czar­nym drze­wem – za­wsze stał tam sto­lik – i roz­po­czy­na­li star­cie, nie­raz trwa­ją­ce przez kilka spo­tkań.

Mar­cus za­uwa­żył ze zdzi­wie­niem, że źli bo­ha­te­ro­wie są bar­dzo do niego po­dob­ni, na­to­miast ci do­brzy, czę­sto cie­mię­że­ni i łu­pie­ni, usi­łu­ją­cy się wy­zwo­lić, sta­no­wią kopie André’a. Mocno go to zdzi­wi­ło. Mu­sia­ła być tego jakaś przy­czy­na.

Szyb­ko do­szli do wspól­ne­go wnio­sku, że będą grali na­prze­mien­nie, raz tymi, na­stęp­nym razem dru­gi­mi bo­ha­te­ra­mi. Mar­cus już nie do­cie­kał, czemu tak jest, bo takie gry oka­zy­wa­ły się bar­dzo pa­sjo­nu­ją­ce. Trud­no było od­nieść suk­ces.  

Za to Mar­cus czę­sto wra­cał do pytań o Wid­mo­wy Las.

Chyba za­czy­nał go fa­scy­no­wać.

– Da­le­ko się cią­gnie? – za­gad­nął kie­dyś.

– Jest wszę­dzie – pew­nym sie­bie tonem od­po­wie­dział André. – Po­kry­wa cały nasz świat.  Wiesz, może kie­dyś ogar­nie wasz.. Las jest… nie­skoń­czo­ny.

To było dziw­ne stwier­dze­nie. Mar­cus na­stęp­ne­go po­po­łu­dnia, w ro­dzin­nym domu, długo się nad nim za­sta­na­wiał.

Do­szedł do wnio­sku, że wcale nie byłby z tej e k s p a n s j i Wid­mo­we­go Lasu za­do­wo­lo­ny. Jego ogród był prze­cież wspa­nia­ły i bar­dzo lubił po­ma­gać mamie w pra­cach po­rząd­ko­wych. Po­cie­szył się myślą, że pew­nie wtar­gnię­cie Wid­mo­we­go Lasu nie na­stą­pi pręd­ko.

W na­tło­ku noc­nych roz­mów, zabaw i dys­ku­sji Mar­cus po­cząt­ko­wo za­po­mniał do­wie­dzieć się o jed­nej spra­wie.

Był bar­dzo cie­kaw, jak sma­ku­ją te dziw­ne owoce, gęsto ro­sną­ce na czar­nych drze­wach. Były duże, na­praw­dę wiel­kie, naj­bar­dziej ma­syw­ne ze wszyst­kich, które do tej pory wi­dział, i tro­chę przy­po­mi­na­ły ol­brzy­mie ki­ście wi­no­gron. I wszę­dzie do­oko­ła były takie same. Bar­dzo go in­try­go­wa­ły.

Ale szyb­ko, już pod­czas trze­cie­go spo­tka­nia, przy­po­mniał sobie o nich.  

– One są bar­dzo smacz­ne i bar­dzo… p o ż y w n e – od­po­wie­dział André. Nie­po­dzie­wa­nie, pew­nie wzo­rem Mar­cu­sa, też za­czął mocno ak­cen­to­wać nie­któ­re słowa.

Teraz, bez za­chę­ty, jakby czuł, że Mar­cus bar­dzo in­te­re­su­je się le­śny­mi owo­ca­mi, rzu­cił okiem na wy­ro­śnię­ty konar nad ich gło­wa­mi i kon­ty­nu­ował opo­wieść. 

– Jesz­cze nie­doj­rza­łe, ale potem wszyst­kie zbie­rze­my. Mamy takie spe­cjal­ne wy­się­gni­ki dla wyżej po­ło­żo­nych ga­łę­zi. Wiesz, wszy­scy póź­niej je suszą i skła­da­ją w spi­żar­niach. Moja mama mó­wi­ła, że są pod­sta­wą na­sze­go wy­ży­wie­nia. A jakie smacz­ne! Naj­lep­sze są świe­że.

– Za­ła­twisz mi jeden owoc do spró­bo­wa­nia? – za­py­tał nie­spo­koj­nie Mar­cus.

– Pew­nie. – André po­ki­wał głową. – Nie bę­dzie kło­po­tów. Ale pa­mię­taj, jeden star­cza na wiele dni… Nie­dłu­go za­cznie się zbiór, a on trwa parę mie­się­cy, bo owo­ców jest za­trzę­sie­nie. Teraz po­graj­my, bo czas leci.

To za­pew­nie­nie wy­star­czy­ło. Wró­ci­li do kon­so­li i kon­ty­nu­owa­li pa­sjo­nu­ją­cą roz­gryw­kę.

Mar­cus w duchu szy­ko­wał się na po­zna­nie smaku tego dziw­ne­go, barwą przy­po­mi­na­ją­ce­go smołę owocu.

I na opo­wie­dze­nie wszyst­kie­go mamie, gdy zdo­bę­dzie do­świad­cze­nie z po­by­tu w Wid­mo­wym Lesie. My­ślał też o tym, żeby po­pro­sić o jesz­cze jeden czar­ny owoc, przy­nieść go do domu i try­um­fal­nie po­ka­zać.

 

***

 

W ogro­dzie ka­mień na­grob­ny z czar­ne­go gra­ni­tu pre­zen­to­wał się wspa­nia­le. Mar­cus tępo się w niego wpa­try­wał.

Pod gła­zem spo­czy­wa­ła urna z pro­cha­mi jego ojca. Zgi­nął w głu­pim wy­pad­ku sa­mo­cho­do­wym, gdy wra­cał po za­koń­cze­niu ko­lej­nej waż­nej bu­do­wy. Jakiś chły­stek spie­szył się, do­ci­skał gaz do dechy, wy­mu­sił pierw­szeń­stwo…

Mama po­sta­no­wi­ła skre­mo­wać zwło­ki i po­cho­wać je obok domu, żeby mieć bli­sko do grobu uko­cha­ne­go męża. Tak czę­sto czy­nio­no. Nadal prze­ży­wa­ła cięż­kie za­ła­ma­nie psy­chicz­ne. Cał­ko­wi­cie po­si­wia­ła.

Po­grzeb za­koń­czył się kil­ka­na­ście minut temu.

Jedna myśl tłu­kła się w gło­wie mło­de­go Jor­gen­se­na – już nigdy nie opo­wie tacie o swo­ich stu­diach na wy­dzia­le me­cha­ni­ki kwan­to­wej. Nigdy, tak samo, jak o wielu in­nych spra­wach. Do­stał się na re­no­mo­wa­ną uczel­nię z bar­dzo wy­so­ką lo­ka­tą, a kon­ku­ren­cja była, jak to sam okre­ślił, mor­der­cza.

Już nie dowie się, co oj­ciec sądzi o Wid­mo­wym Lesie.

Bar­dzo dziw­na myśl przy­szła mu do głowy. Wła­ści­wie nie­po­waż­na i śmiesz­na za­chcian­ka, ale nie­zwy­kle ku­szą­ca.

Chciał na­sta­wić bu­dzik w smart­fo­nie, obu­dzić się w środ­ku nocy i w końcu usta­lić, czy Wid­mo­wy Las na­praw­dę ro­śnie tam, gdzie go wi­dział. I czy znowu spo­tka André’a.

Dzi­wacz­na pusz­cza nie po­win­na prze­cież ist­nieć… To było po pro­stu nie­moż­li­we. Eg­zy­sto­wa­ła tylko w jego dzie­cię­cych snach, trwa­ła upar­cie, on sam wy­my­ślił sobie ten baj­ko­wy świat.

Mar­cus uwa­żał, że jest to wi­nien swo­je­mu ko­cha­ne­mu ro­dzi­cie­lo­wi. Ran­kiem pój­dzie na grób i wszyst­ko mu opo­wie. Oj­ciec, gdyby żył, po pro­stu uśmiech­nął­by się do­bro­tli­wie.

Gdyby uczy­nił tak wcze­śniej, jesz­cze jako dzie­ciak, tata po­gła­skał­by go czule po głów­ce.

 

***

 

Z uwagą spo­glą­da­li na sie­bie. Mar­cus do­szedł do wnio­sku, że André bar­dzo pod­rósł. I zmęż­niał.

Wy­glą­dał tak samo dziw­nie, jak kie­dyś. Nic się nie zmie­ni­ło. Tylko teraz wy­da­wa­ło się, że jego po­stać jest nieco za­ma­za­na. Po pro­stu nie­wy­raź­na. 

– Teraz już nie prze­ci­snął­byś się przez tę swoją l u k ę. Dry­blas z cie­bie się zro­bił. – Z uśmie­chem za­uwa­żył mło­dzie­niec, sto­ją­cy po dru­giej stro­nie ogro­dze­nia. – Ja też już nie… Wiesz, nie­ostro cię widzę… Ale to wcale nie jest dziw­ne.

– Na­praw­dę ist­nie­jesz? – Mar­cus zadał py­ta­nie, na które nadal nie znał od­po­wie­dzi. – Wiesz, mój tata zgi­nął, a mama się za­ła­ma­ła… Chcia­łem – cią­gnął z wi­docz­nym tru­dem – pójść na grób i opo­wie­dzieć ojcu o nas. Dziw­na za­chcian­ka, ale wcze­śniej nawet nie na­po­mkną­łem o na­szych spo­tka­niach. Dzie­cię­ca ta­jem­ni­ca…

Rzu­cił okiem na Wid­mo­wy Las. Pnie czar­nych drzew jesz­cze bar­dziej spo­tęż­nia­ły, a ko­na­ry się roz­ro­sły. Wszyst­ko przy­po­mi­na­ło dzi­wacz­ną ko­lum­na­dę, usze­re­go­wa­ną w linie, gi­ną­ce gdzieś w od­da­li. Pra­wie prze­sło­ni­ły dom z czer­wo­nych ce­gieł ze sporą we­ran­dą.  

– Tak, je­stem bytem rze­czy­wi­stym, tak samo jak mój świat. – André uśmiech­nął się sze­ro­ko. – Tylko nie opo­wia­daj o tym ni­ko­mu, nawet mamie… Wezmą cię za wa­ria­ta. Wiesz, wy­tłu­ma­cze­nie jest bar­dzo pro­ste. Dzie­cin­nie pro­ste, i to, że wła­śnie dzie­cin­ne, jest klu­czem.

Oczy mło­dzień­ca bły­snę­ły w świe­tle księ­ży­ca. Mar­cus, tak jak kie­dyś, mi­mo­wol­nie się cof­nął.

– Je­stem star­szy od cie­bie o pół­to­ra roku, więc wcze­śniej do­sze­dłem do praw­dy. Też do­my­ślił­byś się, w czym rzecz. Wiel­cy z nas od­kryw­cy…

Nie­spo­dzie­wa­nie za­chi­cho­tał.

– Ten me­ta­lo­wy par­kan jest gra­ni­cą świa­tów rów­no­le­głych. – Wzru­szył ra­mio­na­mi. – I tyle. Styk jest chyba bar­dzo wąski, może je­dy­ny, i znaj­du­je się wła­śnie tutaj… Chyba zwie­ra się tylko nocą, dla­te­go przez długi czas by­li­śmy cią­gle nie­wy­spa­ni.

Nie­spo­dzie­wa­nie sze­ro­ko się uśmiech­nął.

– Nie­kie­dy widzą je dzie­ci – cią­gnął nie­spiesz­nie – tak jak my uj­rze­li­śmy. Ale kto wie­rzy w dzie­cię­ce fan­ta­zje? Ach!

Nie­spo­dzie­wa­nie klep­nął się otwar­tą dło­nią w czoło.

 – Wiesz, za­po­mnia­łem prze­ka­zać ci coś waż­ne­go – oznaj­mił try­um­fal­nie. – Po­słu­chaj!

Uło­żył od­po­wied­nio wargi i za­czął gwiz­dać, ład­nie brzmią­cą me­lo­dyj­kę. Nagle od­po­wie­dział mu świer­got ptaka w głębi Wid­mo­we­go Lasu, pew­nie zbu­dzo­ne­go mu­zycz­nym po­pi­sem André’a.

– Bar­dzo długo to trwa­ło, ale dałem radę – stwier­dził z sa­tys­fak­cją. – Pew­nie jed­nak mamy nieco ina­czej zbu­do­wa­ne stru­ny gło­so­we. Za­mie­rza­łem opo­wie­dzieć wszyst­ko swo­jej mamie i po­przeć hi­sto­rię świ­sta­niem, ale ze­szło… I tak by pew­nie nie uwie­rzy­ła.

Nagle André znowu po­wtó­rzył po­przed­ni gest, ude­rze­nie pal­ca­mi w czoło. Widać było, że po­czer­wie­niał, może z gnie­wu. Szpe­rał w kie­sze­niach oraz pa­zu­chą kurt­ki, jakby cze­goś szu­kał.

– Ależ ze mnie dureń! – Pra­wie krzyk­nął. – Wy­bacz! Chcia­łem dać ci przy­rze­czo­ny czar­ny owoc, ale albo za­po­mnia­łem go za­brać, albo zgu­bi­łem… Już nie po­znasz jego kon­sy­sten­cji i smaku, a tak cię in­te­re­so­wa­ły.

– Trud­no – Mar­cus po­ki­wał głową. – Mar­twe­mu tacie już nic nie po­wiem, a mamie… Jej to i tak nie za­in­te­re­su­je, cią­gle sądzi, że oj­ciec jed­nak wróci.

Obaj mil­cze­li przez chwi­lę.

– Czemu widzę cię nie­ostro? – za­py­tał młody Jor­gen­sen, za­cie­ka­wio­ny dziw­nym wi­do­kiem przy­ja­cie­la. Teraz to do­strzegł. – A po­gwiz­dy­wa­nie na­praw­dę świet­nie ci wy­cho­dzi.

– Czemu? Bo do­ro­śli­śmy – po­waż­nym tonem od­po­wie­dział André. – I sta­li­śmy się ra­cjo­nal­ni… A to po­wo­du­je, że tra­ci­my umie­jęt­ność do­strze­ga­nia cze­goś wy­my­ka­ją­ce­go się zwy­kłym do­zna­niom…

Za­my­ślił się.

– Chyba wi­dzi­my się ostat­ni raz, przy­ja­cie­lu – kon­ty­nu­ował ze smut­kiem w gło­sie. –Je­ste­śmy już za sta­rzy na wspól­ne za­ba­wy… Do­brze było cię znowu spo­tkać.

– Cie­ka­we wy­ja­śnie­nie… – stwier­dził Mar­cus po­waż­nym tonem. – Muszę je prze­my­śleć. Wiesz, wła­ści­wie nawet nie wiem, jak się na­zy­wasz… I co teraz po­ra­biasz?

– Ja­cob­sen. Stu­diu­ję fi­zy­kę i me­cha­ni­kę kwan­to­wą. – André wzru­szył ra­mio­na­mi. – Po pro­stu wy­ko­rzy­stu­ję na­by­tą do tej pory wie­dzę. Przy­da­je się.

– Tak jak ja. – Młody Jor­gen­sen uśmiech­nął się. – Nasze ży­cio­ry­sy ukła­da­ją się bar­dzo po­dob­nie. Cie­ka­we.

Wszyst­ko, co go ota­cza­ło, a także po­stać Ja­cob­se­na, od­da­lo­ne­go za­le­d­wie o dwa kroki, było rze­czy­wi­sto­ścią. Inną, do któ­rej na­wykł i w któ­rej żył, ale tak samo praw­dzi­wą.

Teraz na­resz­cie to wie­dział. Skon­sta­to­wał ze smut­kiem, że za późno.

– Po­wiedz jesz­cze jedno – Mar­cus nagle zadał py­ta­nie, które już daw­niej chciał wy­po­wie­dzieć, ale jakoś nie śmiał. Zresz­tą, po­chła­nia­ły go za­ba­wy. – Nie prze­stra­szy­łeś się mo­je­go wy­glą­du? Bo ja two­je­go bar­dzo, ale przy­zwy­cza­iłem się, cho­ciaż tak do końca do­pie­ro przed chwi­lą.  Teraz mnie już w ogóle nie razi widok dwóch oczu obok nosa.

André po­ki­wał głową.

– Ja byłem i je­stem cie­kaw­ski, więc twoja czer­wo­na źre­ni­ca po­środ­ku czoła nie­spe­cjal­nie mnie po­ru­szy­ła. Po­my­śla­łem sobie tylko, że je­steś ja­kimś dzi­wo­lą­giem. Od­mień­cem… Cóż, by­li­śmy dzieć­mi, wiele wtedy mo­gli­śmy sobie wy­obra­zić… I nic nas nie ra­zi­ło. Przy­zna­ję jed­nak, że spra­wi­łeś na­praw­dę nie­sa­mo­wi­te wra­że­nie.

W oku Mar­cu­sa syl­wet­ka Ja­cob­se­na coraz bar­dziej się roz­ma­zy­wa­ła. Nikła. Chyba André miał po­dob­ne od­czu­cia, bo nagle rzu­cił:

– Nad­szedł czas roz­sta­nia… Że­gnaj, przy­ja­cie­lu. Do­brze, że się jesz­cze spo­tka­li­śmy.

W otwo­rze mię­dzy prę­ta­mi uka­za­ła się już tylko dłoń i część ręki, resz­ta ciała po­zo­sta­ła nie­wi­docz­na. Chło­piec z jed­nym okiem uści­snął ją mocno, od­wró­cił się i ru­szył do domu.

Po przej­ściu kilku kro­ków obej­rzał się. Wi­dział już tylko jasno oświe­tlo­ny la­tar­nia­mi dro­go­wy­mi as­fal­to­wy go­ści­niec. W środ­ku nocy ruch był nie­wiel­ki, jezd­nię prze­mie­rza­ły głow­nie wiel­kie cię­ża­rów­ki i fur­go­ny do­staw­cze.

Wid­mo­wy Las znik­nął. Mar­cus ro­zu­miał, że bez­pow­rot­nie.

Serce mło­dzień­ca nagle prze­szy­ła iskier­ka żalu. Może dla­te­go, że do­brze wi­dział, że nigdy już nie spo­tka swo­je­go je­dy­ne­go przy­ja­cie­la z okre­su dzie­ciń­stwa, dwu­ocz­ne­go André’a Ja­cob­se­na.

 

 

7 czerw­ca 2020 r. Roger Re­deye

Koniec

Komentarze

Witaj.

 

Smut­ne to było… crying Bar­dzo pięk­ne i nie­sa­mo­wi­cie wzru­sza­ją­ce. crying

Bar­dzo dzię­ku­ję za tę opo­wieść i gra­tu­lu­ję Ci tak wiel­kiej wraż­li­wo­ści. heartcrying

 

  1. S. Nauczona doświadczeniem, unikam obecnie tutejszego oceniania, ale tym razem jednak złamię zasady. 

Po­zdra­wiam ser­decz­nie. smiley

Pe­cu­nia non olet

Bruce, dzię­ki za ko­men­tarz i wy­so­ką ocenę tek­stu. Nie tylko, że nie jest to ty­po­we opo­wia­da­nie grozy, ale jak na mój spo­sób kre­owa­nia świa­ta i przed­sta­wia­nia bo­ha­te­rów, to też jest tekst bar­dzo nie­ty­po­wy. Co praw­da, czę­sto przed­sta­wiam dzie­ci czy też mło­dzień­ców, ale nie aż tak mło­dziut­kich… I bar­dzo rzad­ko piszę spo­koj­ny tekst, bez krwi, walk i czę­sto dziw­nych zda­rzeń. 

Tym bar­dziej jest mi miło, że tak skon­stru­owa­na opo­wieść przy­pa­dła ci do gustu.

Po­zdra­wiam.

Też wy­czu­wa­łam tutaj jakiś nie­po­kój, grozę, coś ta­jem­ni­cze­go, cza­ją­ce­go się w gę­stwi­nie/wy­obraź­ni/wspo­mnie­niach/nie­do­po­wie­dze­niach/za­gad­kach/my­ślach. Za­koń­cze­nie mocno mnie wzru­szy­ło. Zna­ko­mi­ta opo­wieść, fe­no­me­nal­nie na­pi­sa­na, wiel­kie brawa! yessmileyheart

Pe­cu­nia non olet

Bar­dzo dzię­ku­ję za słowa uzna­nia. Jeszcz okaże się, że “Upiór…” jest piór­ko­wy…

Ale ten tekst to wy­ją­tek, je­że­li idzie o kre­owa­ny prze­ze mnie kli­mat, ko­lej­ne, “Po­czu­cie obo­wiąz­ku”, jest już opo­wie­ścią pełną krwi i okru­cień­stwa, cho­ciaż ma ono swoje uza­sad­nie­nie, i to mocne. 

Po­zdró­wecz­ka.

Moim skrom­nym zda­niem jest zde­cy­do­wa­nie piór­ko­wy. :)

I ja w swo­ich tek­stach sta­ram się cza­sem od­bie­gać od pew­ne­go za­zwy­czaj przy­ję­te­go stylu, pró­bu­jąc cze­goś nie­ty­po­we­go. :) Nie­ste­ty, moje skrom­ne próby są je­dy­nie ża­ło­sny­mi dzia­ła­nia­mi…

Tutaj mamy Kla­sykyes

Po­zdra­wiam ser­decz­nie. :)

Pe­cu­nia non olet

Wcale nie idzie ci tak kiep­sko, wręcz prze­ciw­nie. A wszyst­ko jest kwe­stią czasu.

Po­zdrów­ka.

Cześć!

 

Nie mam po­ję­cia, do ja­kiej grupy od­bior­ców jest skie­ro­wa­ny ten tekst. Nie pa­su­je na bajkę, bo ani słow­nic­two, ani styl nie są do­sto­so­wa­ne do dziec­ka. Fa­bu­ła choć pro­sta jest jed­no­cze­śnie pro­wa­dzo­na w spo­sób za­gma­twa­ny, są prze­sko­ki i za dużo tu wtrą­ceń, akcja kom­plet­nie się rwie.

Na opo­wia­da­nie dla do­ro­słych też to nie pa­su­je, bo wła­ści­wie nic się nie dzie­je, a motyw jest bar­dzo okle­pa­ny i na ko­niec jesz­cze za­koń­czo­ny sztucz­ną roz­mo­wą, w któ­rej bo­ha­te­ro­wie do­cho­dzą do oczy­wi­stych wnio­sków.

Nar­ra­tor jest w pe­wien spo­sób “roz­dwo­jo­ny” używa zdrob­nień i ak­cen­tu­je słowa po­dob­nie jak bo­ha­ter, a zaraz potem po­ja­wia­ją się okre­śle­nia do tej kon­wen­cji nie­pa­su­ją­ce, nie można więc uznać, że jest to nar­ra­cja per­so­nal­na. W dia­lo­gach też są nie­spój­ność, bo bo­ha­ter od­kry­wa słowo “od­stęp”, ale “za­le­d­wie” już mu pro­ble­mu nie spra­wia, po­dob­nie jak zro­zu­mie­nie słowa “cher­la­wy”.

Po­ja­wia się ta­jem­ni­czy owoc, ale ten wątek koń­czy się tylko… no wła­ści­wie ni­czym i myślę, że dla dziec­ka by­ło­by to rów­nie roz­cza­ro­wu­ją­ce, jak dla do­ro­słe­go, a może nawet bar­dziej. Opis wy­glą­du bo­ha­te­rów po­ja­wia się do­pie­ro na końcu i moim zda­niem jest to błąd. Mam wra­że­nie, że to opo­wia­da­nie jest kom­plet­nie nie­prze­my­śla­ne.

 

Ko­lej­ny raz, czy­ta­jąc na tym Por­ta­lu ko­men­tarz (tym razem Au­tor­stwa Ali­cel­li, którą ni­niej­szym ser­decz­nie po­zdra­wiam heart), widzę, jak krań­co­wo różne mogą być w od­bio­rze oraz oce­nie za­miesz­cza­ne tutaj tek­sty. :)

Tym le­piej pew­nie, bo to po­ka­zu­je, że mamy inne ocze­ki­wa­nia i inne wy­obra­że­nia co do ko­lej­nych czę­ści czy­ta­nych wła­śnie opo­wia­dań. :)

Ja je­stem tym tek­stem ab­so­lut­nie za­uro­czo­na, po­ru­szył mnie do głębi i pła­ka­łam pod­czas jego lek­tu­ry wła­ści­wie co naj­mniej od śmier­ci ojca, wra­ca­jąc jesz­cze potem do frag­men­tów wcze­śniej­szych, aby je sobie do­brze utrwa­lić w pa­mię­ci i pła­kać do­dat­ko­wo. :)

 

Po­zdra­wiam raz jesz­cze i dzię­ku­ję za dobre słowo oraz wzru­sze­nia. smiley

Pe­cu­nia non olet

Ali­cel­la – nigdy nie za­sta­na­wiam się, kto bę­dzie od­bior­cą mo­je­go tek­stu, czyli, jak się to teraz pięk­nie okre­śla, tar­ge­tem. Mia­łem po­mysł, na­pi­sa­łem tę opo­wieść, bo nie­wy­ko­rzy­sta­ne po­my­sły ucie­ka­ją. Wy­szło na to, że od­bior­cami oka­za­li się czy­tel­ni­cy “Hi­ste­rii”, a jest ich, jak wiem sporo. No i re­dak­cja tegoż e-zi­nu.

Bruce ma rację w twier­dze­niu, że od­biór opo­wia­da­nia bywa naj­prze­róż­niej­szy… Wie­lo­krot­nie to spraw­dzi­łem. Ostat­nio wy­sła­łem tekst do “Esen­sji”, zo­stał od­rzu­co­ny sto­sun­kiem opi­nii 2:1. Jed­nej re­cen­zent­ce po­do­bał się, i to bar­dzo, dru­giej nie. W tym opo­wia­da­niu jest opis stra­ce­nia na ga­ro­cie, dość do­kład­ny. Ko­lej­ny re­cen­zent na­pi­sał “ I kto to bę­dzie czy­tał?” i dalej już nie czy­tał. Zda­rza się. Tyle, że aku­rat ten tekst prze­czy­ta­li do końca re­cen­zen­ci “Snów Umar­łych” i przy­ję­li go do druku. Ukaże się albo w grud­niu, albo w przy­szłym kwar­ta­le. Od­mien­ność opi­nii jest bar­dzo czę­stym zja­wi­skiem.

Zwró­cę jesz­cze uwagę, że obaj bo­ha­te­ro­wi żyją w ob­cych nam świa­tach i w związ­ku z tym mogą mówić tak, jak mówią. Niby Mar­cus jest nam bar­dzo bli­ski, ale… Ale jest jed­no­ocz­ny, a oko lśni czer­wie­nią. Oka­zu­je się, że Andre’ to taki chło­pak, ja­kich znamy, tyle, że jego miej­scem ist­nie­nia jest Wid­mo­wy Las…

Dzię­ki za ko­men­tarz.

Po­zdrów­ka.

Ali­cel­la – nigdy nie za­sta­na­wiam się, kto bę­dzie od­bior­cą mo­je­go tek­stu, czyli, jak się to teraz pięk­nie okre­śla, tar­ge­tem. Mia­łem po­mysł, na­pi­sa­łem tę opo­wieść, bo nie­wy­ko­rzy­sta­ne po­my­sły ucie­ka­ją. Wy­szło na to, że od­bior­cami oka­za­li się czy­tel­ni­cy “Hi­ste­rii”, a jest ich, jak wiem sporo. No i re­dak­cja tegoż e-zi­nu.

I to ozna­cza, że nie wolno Two­je­go tek­stu kry­ty­ko­wać, ma się każ­de­mu po­do­bać? To tak nie dzia­ła. Na­pi­sa­łam, że nie wiem do ja­kiej grupy od­bior­ców jest skie­ro­wa­ny tekst, dla­te­go że pró­bo­wa­łam na niego spoj­rzeć pod róż­nym kątem, odejść od wła­snych pre­fe­ren­cji i zna­leźć co­kol­wiek do­bre­go, ale nie­ste­ty mi się nie udało.

Lubię kon­cep­cję świa­tów rów­no­le­głych. Czę­sto wsta­jąc rano mam wra­że­nie, że we śnie byłem w takim świe­cie. A tro­chę lat już za mną :)

Mi­sio­wi się po­do­ba­ło i za­cie­ka­wi­ło

Ali­cel­la – oczy­wi­ście, że można i nawet trze­ba kry­ty­ko­wać. Ja tylko wska­za­łem, że nie in­te­re­su­ję się tym, kto bę­dzie od­bior­cą tek­stu. W ogóle nad tą spra­wą nie za­sta­na­wiam się, jak zresz­tą wielu in­nych. Mam po­mysł, to sta­ram się go zre­ali­zo­wać, a jaki bę­dzie od­biór mo­je­go li­te­rac­kie­go płodu, to się zo­ba­czy. I wcale nie­źle na tym wy­cho­dzę. A tak ge­ne­ral­nie, praw­dzi­wa cnota kry­tyk się nie boi, i tej mak­sy­my się trzy­mam.

Nie po­do­ba­ło się, trud­no, ale to spra­wa na­tu­ral­na. Gusta czy­tel­ni­cze by­wa­ją naj­prze­róż­niej­sze, i bar­dzo do­brze.

Ko­ala­75 – chyba jesz­cze nie po­dej­mo­wa­łem pro­ble­ma­ty­ki świa­tów rów­no­le­głych, ale kie­dyś trze­ba było spró­bo­wać. Cie­szę się, że za­cne­mu mi­sio­wi po­do­bał się ten tekst i go za­cie­ka­wił. Pro­szę go czule po­dra­pać za uszkiem.

Po­zdrów­ka.

Hmmm. Mnie nie nie po­rwa­ło – za mało się dzie­je, za mało się zmie­nia w życiu bo­ha­te­rów. Spo­ty­ka­ją się, spo­ty­ka­ją, aż w końcu robią się zbyt do­ro­śli. Nawet o owocu za­po­mi­na­ją, cho­ciaż spo­tka­nia trwa­ły kil­ka­na­ście lat. Byłam cie­ka­wa za­leż­no­ści mię­dzy świa­ta­mi, mia­łam hi­po­te­zę, że to zje­dze­nie owocu przy­czy­ni­ło się do śmier­ci ojca, a tu nic z tych rze­czy.

Cie­ka­wi mnie, czy obaj chłop­cy mu­sie­li za­rwać noc, żeby zo­ba­czyć drugi świat, czy tylko jeden. Jeśli obaj, to dziw­ne, że już za pierw­szym razem się spo­tka­li. Jeśli tylko jeden – dziw­ne, że za każ­dym razem za­sta­wał są­sia­da – w końcu miał już swoje życie, cho­dził do szko­ły…

Bab­ska lo­gi­ka rzą­dzi!

Bo taka, a nie inna, jest uroda tej opo­wie­ści… Jed­nym się po­do­ba, dru­gim nie­spe­cjal­nie, ale z takim sta­no­wi­skiem li­czy­łem się. Są na po­cząt­ku dzieć­mi, uf­ny­mi, i nic ich nie dziwi i nie do­cie­ka­ją, czemu po dru­giej stro­nie ogro­dze­nia jest tak, a nie ina­czej. Po pro­stu jest, o wiele bar­dziej in­te­re­su­je ich to, jak to jest.

Czemu coś szcze­gól­ne­go mia­ło­by się dziać? Po pro­stu spo­ty­ka­ją się…

Szcze­gó­ła­mi się nie zaj­mo­wa­łem, bo i po co? To nie jest s-f… Myślę, że w dzień tego świa­ta nie było widać i nie można było go spo­tkać. Być może, ten bar­dzo wąski styk zwie­rał się tylko nocą, i moż­li­we, że na­le­ża­ło­by wpleść jedno zda­nie o tym fak­cie. No, ale jest już po pu­bli­ka­cji i re­dak­cji też brak ta­ko­we­go zda­nia nie prze­szka­dzał.

Dzię­ki za ko­men­tarz.

PS. Jed­na­ko­woż do­pi­sa­łem do ostat­nie­go roz­dzia­łu dwa zda­nia o tym, że styk tych świa­tów nie tylko jest bar­dzo wąski, ale zwie­ra sie tylko nocą. Na to wpadł Andre’. Teraz na pewno jest bar­dziej jasno, czemu wi­dy­wa­li się tylko no­ca­mi, cho­ciaż, jak było już w tek­ście, w końcu te wi­zy­ty im spo­wsze­dnia­ły…

Cześć, Roger!

 

Sporo już przed­pi­ś­cy na­pi­sa­li i w więk­szo­ści się zgo­dzę.

Ni to tekst dla do­ro­słych, ni dla dzie­ci. Gdy­bym tego nie czy­tał na NF, to bym nie do­czy­tał – urok por­ta­lu po­le­ga na tym, by po­ma­gać sobie w pracy twór­czej, oce­niać ją, więc do­czy­ta­łem do końca pa­trząc jak na bajkę, któ­rej bym dziec­ku do czy­ta­nia nie dał. Także tutaj lek­kie roz­dar­cie.

Fakt, że zo­ba­czy­li się przez płot świad­czy o tym, że obaj mu­sie­li na sie­bie na­wza­jem cze­kać. Albo to mu­siał być nie­zły zbieg oko­licz­no­ści ;)

Ale szyb­ko, już pod­czas trze­cie­go spo­tka­nia, przy­po­mniał sobie o nich.

Ta wstaw­ka o owo­cach strasz­nie mnie wy­bi­ła z rytmu. Raz, że osta­tecz­nie w sumie wątek za­ni­ka, a dwa, że mamy już zbu­do­wa­ną jakąś re­la­cję, spo­tka­nia trwa­ją od dawna, są czę­ste i nagle za­trzy­mu­jesz ma­chi­nę, którą le­d­wie roz­pę­dzi­łeś i wra­casz do po­cząt­ku. Jak dla mnie syp­ną­łeś tu pia­chem w tryby.

Na­to­miast nie na­rze­kał­bym na późny opis róż­nic w wy­glą­dzie – to uwa­żam, że wy­szło bar­dzo faj­nie. Wie­dzia­łem, że róż­ni­ce wy­stę­pu­ją, ale jed­no­cze­śnie były nie­istot­ne, bo tak je po­strze­ga­li chłop­cy. Mi to faj­nie za­gra­ło.

Osta­tecz­nie – nie po­rwa­ło, ale też nie od­rzu­ci­ło. W kilku miej­scach wy­szło cie­ka­wie, nawet in­spi­ru­ją­co, ale bra­kło może tro­chę tempa i pa­zu­ra.

Po­zdra­wiam!

Nie za­bi­ja­my pie­sków w opo­wia­da­niach. Nigdy.

Kro­kus, po­wi­tać.

W tym tek­ście nar­ra­cję pro­wa­dzi ob­ser­wa­tor ze­wnętrz­ny, tylko tyle, że pro­wa­dzi ją z per­spek­ty­wy jed­ne­go z bo­ha­te­rów, Mar­cu­sa. Dziec­ka, i wia­do­mo, że z chwi­lą roz­po­czę­cia opo­wie­ści miał on sześć lat, a wiemy też, że Andre’ był nie­speł­na dwa lata star­szy. I o to idzie w tej opo­wie­ści, że dziec­ka nic nie dziwi, to, co my uwa­ża­my za dziw­ne albo bar­dzo nie­po­ko­ją­ce, dla malca, któ­rym na po­cząt­ku jest Mar­cus, jest nor­mal­no­ścią.

Cie­ka­we, że pra­wie wszy­scy ocze­ku­ją, że w opo­wia­da­niu fan­ta­stycz­nym ko­niecz­nie musi się coś “dziać”. Wy­sze­dłem z za­ło­że­nia, że wcale nie…

To prze­ko­na­nie o “dzia­niu się” uwio­dło nawet bar­dzo do­bre­go ilu­stra­to­ra “Hi­ste­rii”. Oto “hi­ste­rycz­na” ilu­stra­cja do “Upio­ra…”,dum­nie teraz pre­zen­to­wa­na na stro­nie tego ma­ga­zy­nu. Ale za­wsze jest to re­kla­ma…

Link → https://www.facebook.com/magazynhisteria/

Dzie­ci wy­stą­pi­ły w moich tek­stach kil­ka­krot­nie, w “Wio­sce” także. A w “Wio­sce” ilu­stra­cja jest, nie tylko dla mnie, bar­dzo dobra, zna­ko­mi­cie ko­re­lu­je z tek­stem, tyle, że to au­ten­tycz­ne zdję­cie ro­syj­skich za­sie­ków z okre­su I Wojny Świa­to­wej pod Ło­dzią.

Link → https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/16769 

Ko­men­ta­rze do tego teksu nadal mile wi­dzia­ne.

Po­zdrów­ka.

 

To prze­ko­na­nie o “dzia­niu się” uwio­dło nawet bar­dzo do­bre­go ilu­stra­to­ra “Hi­ste­rii”. Oto “hi­ste­rycz­na” ilu­stra­cja do “Upio­ra…”,dum­nie teraz pre­zen­to­wa­na na stro­nie tego ma­ga­zy­nu. Ale za­wsze jest to re­kla­ma…

Link →

Ilu­stra­cja robi wra­że­nie, nie po­wiem. Mocno pod­kre­śla tytuł, w moim od­czu­ciu – nieco mniej nad­wraż­li­wy prze­kaz opo­wia­da­nia, ale jest super. yes

 

Cie­ka­we, że pra­wie wszy­scy ocze­ku­ją, że w opo­wia­da­niu fan­ta­stycz­nym ko­niecz­nie musi się coś “dziać”. Wy­sze­dłem z za­ło­że­nia, że wcale nie…

To praw­da. Za­zwy­czaj ocze­ku­je się wart­kiej akcji, bo ina­czej jest “nudno”. Ja na­to­miast, nieco prze­kor­nie, lubię sobie dużo do­po­wia­dać, a zatem – im mniej dzie­je się na kar­tach lek­tu­ry, tym bar­dziej dzia­ła wy­obraź­nia i to uwiel­biam. :) Wy­star­czy tylko za­sy­gna­li­zo­wa­nie pew­nych spraw. :)

Po­dob­nie jest z hor­ro­ra­mi – nie­ko­niecz­nie be­stia musi na oczach widza/czy­tel­ni­ka mor­do­wać i po­że­rać swe ofia­ry, lać po­to­ki krwi, wy­wle­kać to i owo na wierzch, cza­sem wy­star­czy tylko skry­cie się w mroku i wy­kań­cza­nie nie­szczę­śni­ków za ku­li­sa­mi Efekt – sto razy po­twor­niej­szy. :)

 

Po­zdra­wiam. :)

Pe­cu­nia non olet

Sama “hi­ste­rycz­na” ilu­stra­cja jest nie­wąt­pli­wie bar­dzo dobra, nie­po­ko­ją­ca, a za­ra­zem kli­ma­tycz­na, ale jakoś tak nie widzę jej bliż­szej ko­re­la­cji z tek­stem. Ale to na pewno jest kwe­stia gustu. Ale trze­ba przy­znać, że “Hi­ste­ria” do­ro­bi­ła się bar­dzo za­cne­go grona kilku gra­fi­ków i za­sa­dą jest, że w każ­dym nu­me­rze tek­sty są ilu­stro­wa­ne. Nie­któ­re gra­fi­ki są bar­dzo dobre, a wszyst­kie “trzy­ma­ją” nie­zły po­ziom.

W nie­ist­nie­ją­cym już od dawna “Szor­ta­lu na Wynos” było po­dob­nie. Szko­da, że ten por­tal prze­stał dzia­łać.

Po­zdrów­ka.

Tak, widzę z linku, który po­da­łeś, że gra­fi­ka stoi tam na bar­dzo wy­so­kim po­zio­mie. :)

 

jakoś tak nie widzę jej bliż­szej ko­re­la­cji z tek­stem

Mia­łam po­dob­nie z jed­nym moim wy­da­niem, też pięk­na okład­ka, ro­bią­ca pio­ru­nu­ją­ce wra­że­nie, nijak jed­nak nie od­no­szą­ca się do tre­ści, szcze­gól­nie – epoki. 

Po­zdra­wiam. ;)

Pe­cu­nia non olet

w tej spra­wie je­ste­śmy zgod­ni. A cóż to było za wy­da­nie, je­że­li mogę wie­dzieć? Za­wsze można prze­czy­tać. Albo kupić i prze­czy­tać.

PS. Dla za­in­te­re­so­wa­nych “hi­ste­rycz­na” ilu­stra­cja do “Upio­ra…”.

 

 

Po­zdró­wecz­ka.

Mam wra­że­nie, że tro­chę za­mo­ta­łeś do­ra­sta­nie chłop­ców, nie za bar­dzo to widać, a wręcz prze­ciw­nie. W pew­nym mo­men­cie pi­szesz o Mar­cu­sie, że to już chło­piec, choć jesz­cze nie mło­dzie­niec, a jed­no­cze­śnie on nie zna zna­cze­nia słowa we­ge­ta­rian­ka i no­tu­je w pa­mię­ci, żeby za­py­tać mamę.

Poza tym – po­do­ba­ło mi się. Może nie ma tu wiel­kiej hi­sto­rii, ale jest na­strój. Zga­dzam się z przed­piść­ca­mi, że to nie bajka dla dzie­ci, ra­czej wyraz tę­sk­no­ty do­ro­słe­go czło­wie­ka do cza­sów, kiedy wszyst­ko było prost­sze ;)

Chcia­ła­bym w końcu prze­czy­tać coś opty­mi­stycz­ne­go!

A ja już są­dzi­łem, że czas ko­men­to­wa­nia tego opo­wia­da­nia minął… Czło­wiek jed­na­ko­woż jest omyl­ny.

W isto­cie jest tak, jak na­pi­sa­łaś. To po pro­stu opo­wieść o przy­jaź­ni, pew­nie nie­uświa­da­mia­nej, mię­dzy dwoma mal­ca­mi, potem chłop­ca­mi, bar­dzo się róż­nią­cy­mi. Ale im to ab­so­lut­nie nie prze­szka­dza, a od­ręb­ne świa­ty, w któ­rych żyją, nie prze­ra­ża­ją, tylko za­cie­ka­wia­ją. Dzie­ci tak mają…

Wy­da­je mi się, że pro­ces do­ra­sta­nia jest do­brze przed­sta­wio­ny, ale oczy­wi­ście mogę się mylić. Każdy roz­dział tej opo­wie­ści przed­sta­wia star­sze­go już Mar­cu­sa. Nie wszyst­ko jesz­cze wie, dla­te­go ko­no­tu­je sobie w po­mię­ci, żeby spy­tać mamę o zna­cze­nie usły­sza­ne­go wy­ra­zu. Ba­dacz z niego wy­ra­sta… Głów­na cześć opo­wie­ści do­ty­czy czasu, gdy był mal­cem, ale to by­ło­by za mało i do­pro­wa­dzi­łem opo­wia­da­nie do chwi­li roz­sta­nia.

Kli­mat miał być spo­koj­ny i jest spo­koj­ny…

Dzię­ki za ko­men­tarz.

Po­zdra­wiam.

Utwór cie­ka­wy w opi­sach. Cał­kiem nie­źle wy­szło tobie przej­ście od dziec­ka do mło­dzień­ca – dało się po­czuć tę róż­ni­cę w Mar­cu­sie oraz jego cha­rak­te­ry­za­cji.

Faj­nie też pre­zen­tu­jesz ta­jem­ni­czość no­we­go świa­ta, jego ob­cość. Po­wścią­gasz się z opi­sem Andre, dając tylko od­po­wied­nie frag­men­ty. Jest tu jed­nak mała łyżka dzieg­ciu, mia­no­wi­cie gatka o świa­tach rów­no­le­głych na samym końcu. Po­czu­łem tutaj, jak­byś Ty, jako autor, ko­niecz­nie chciał mi wy­tłu­ma­czyć o co cho­dzi. Nie czu­łem, by to było po­trzeb­ne, a wręcz wy­szło z lekka nie­na­tu­ral­nie.

Ję­zy­ko­wo, jak to u Cie­bie – dużo opi­sów i przez to nie­śpiesz­nie. To Twój nie­po­wta­rzal­ny styl.

Tak więc przy­sze­dłem na kon­cert fa­jer­wer­ków “made by Ro­ger­Re­deye” i do­kład­nie to do­sta­łem :)

Won't so­me­bo­dy tell me, an­swer if you can; I want so­me­one to tell me, what is the soul of a man?

Zga­dzam się z Irką, w opo­wia­da­niu czuć na­strój i tę­sk­no­tę za cza­sa­mi dzie­ciń­stwa. Dłu­gie, kli­ma­tycz­ne opisy i at­mos­fe­ra ta­jem­ni­czo­ści przy­ku­wa­ją uwagę. Tekst do­brze się czy­ta­ło, sty­li­stycz­nie jest bez za­rzu­tu.

Wia­ry­god­nie opi­su­jesz przy­jaźń chłop­ców i zmia­ny spo­wo­do­wa­ne ich roz­wo­jem. Hi­sto­ria wy­da­je się w pełni zro­zu­mia­ła, a jed­no­cze­śnie za­wie­ra pole do wła­snej in­ter­pre­ta­cji. Zwró­ci­łam uwagę na de­ta­le po­ka­zu­ją­ce to­le­ra­cję chłop­ców dla od­mien­no­ści, to rów­nież zde­cy­do­wa­nie na plus. Ogól­nie, udane opo­wia­da­nie.

No­Whe­re­Man, ANDO, dzię­ki za ko­men­ta­rze. 

Od­no­śnie wy­ja­śnie­nia na końcu tek­stu – po pro­stu uzna­łem, że nie można czy­tel­ni­ka zo­sta­wiać w nie­pew­no­ści, o co wła­ści­wie idzie. Tym bar­dziej, że bar­dzo długo obaj bo­ha­te­ro­wie też tego nie wie­dzą, ale na po­cząt­ku zna­jo­mo­ści tym się ab­so­lut­nie nie in­te­re­su­ją. Do­pie­ro, gdy stają się mło­dzień­ca­mi, ten pro­blem za­czy­na in­te­re­so­wać Andre’. Od­kry­wa, w czym rzecz, ale jest to ostat­nia wia­do­mość, którą może jesz­cze prze­ka­zać. Już stali się za bar­dzo do­ro­śli, prze­sta­li być dzie­cia­ka­mi i nie zo­ba­czą wię­cej są­sia­du­ją­cy ze sobą o płot świa­tów…

ANDO, tak, to chyba jest siła tego tek­stu, że nie ma w nim nie­po­trzeb­ne bru­tal­no­ści, tylko dzie­cię­ca uf­ność i przyj­mo­wa­nie wszyst­kie­go jako oczy­wi­ste. Obaj, z punk­tu wi­dze­nia miesz­kań­ców ich ma­cie­rzy­stych świa­tów, są od­mień­ca­mi, może nawet po­two­ra­mi, ale oni mogą ze sobą roz­ma­wiać, grać w naj­prze­róż­niej­sze gry, i ta od­mien­ność ich nie prze­ra­ża, tylko za­cie­ka­wia…

Do­ro­śli lu­dzie mają, nie­ste­ty, czę­sto ina­czej… Czę­ste i chyba coraz po­wszech­niej­sze zja­wi­sko.

A ja my­śla­łem że czas ko­men­to­wa­nia tej opo­wie­ści już minął…

Po­zdra­wiam.

Cześć!

 

Cy­klop, nie­zły twist. Bar­dzo za­rad­ny, ro­zum­ny i re­zo­lut­ny jak na sze­ścio­lat­ka, ale może cy­klo­py tak mają. Tro­chę za­bra­kło mi tu głębi, re­la­cji, prze­żyć, po­ka­za­łeś ca­łość mocno spra­woz­daw­czo, bez emo­cji (ale, może cy­klo­py tak mają). Ot tak, zo­ba­czy­li się i za­czę­li się bawić i grać na kon­so­li. Po­dob­nie motyw śmier­ci ojca, bo­ha­ter dziw­nie tego nie prze­ży­wa (w prze­ci­wień­stwie do matki).

Wy­tłu­ma­cze­nie fe­no­me­nu świa­ta­mi rów­no­le­gły­mi jest nieco sztam­po­we i w za­sa­dzie nie nie­sie ze sobą żad­ne­go wy­tłu­ma­cze­nia (dla roz­mów­ców mo­gła­by to być zwy­kła kra­ina cza­rów czy inna Na­rnia), motyw me­cha­ni­ki kwan­to­wej nieco tu zgrzy­ta imho.

Z rze­czy edy­cyj­nych:

wio­dą­ca do mia­stecz­ka, czy też ten trakt znik­nie, a on po­now­nie zo­ba­czy bujną knie­ję.

ali­te­ra­cja

Nocny przy­bysz zza dru­giej stro­ny me­ta­lo­we­go płotu z za­do­wo­le­niem uznał → Nocny przy­bysz z dru­giej stro­ny me­ta­lo­we­go płotu uznał

Ran­kiem Mar­cus sta­ran­nie ukry­wał zie­wa­nie.

Dla sze­ścio­la­tak, który nie do­spał

Wid­mo­wy Las za­wsze bar­dzo za­cie­ka­wiał Mar­cu­sa. → Wid­mo­wy Las za­wsze bar­dzo cie­ka­wił Mar­cu­sa.

Wiesz, może kie­dyś ogar­nie wasz.. → Wiesz, może kie­dyś ogar­nie wasz…

I na opo­wie­dze­nie wszyst­kie­go mamie, gdy zdo­bę­dzie do­świad­cze­nie z po­by­tu w Wid­mo­wym Lesie.

To brzmi nieco oso­bli­wie.

Mama po­sta­no­wi­ła skre­mo­wać zwło­ki i po­cho­wać je obok domu, żeby mieć bli­sko do grobu uko­cha­ne­go męża. Tak czę­sto czy­nio­no. Nadal prze­ży­wa­ła cięż­kie za­ła­ma­nie psy­chicz­ne. Cał­ko­wi­cie po­si­wia­ła.

Po­grzeb za­koń­czył się kil­ka­na­ście minut temu.

Dziw­nie to wy­glą­da przed­sta­wio­ne za po­mo­cą wielu krót­kich zdań, in­for­ma­cja o po­grze­bie na końcu też tro­chę zgrzy­ta imho.

 

Po­zdra­wiam!

 

 

„Po­szu­ki­wa­nie praw­dy, która, choć­by naj­gor­sza, mo­gła­by tłu­ma­czyć jakiś sens czy choć­by kon­se­kwen­cję w tym, czego je­ste­śmy świad­ka­mi wokół sie­bie, przy­no­si je­dy­ną moż­li­wą od­po­wiedź: że samo po­szu­ki­wa­nie jest, lub może stać się, ową praw­dą.” J.Kaczmar­ski

A tu, panie dzie­ju-mo­ster­dzie­ju, w mię­dzy­cza­sie zro­bi­ła się nam zima… Nie taka zno­wuż sroga, ra­czej tylko le­ciut­ko mroź­na, jed­na­ko­woż zima.

Opo­wia­da­nie wła­śnie takie miało być.. To nie miała być “mię­si­sta”, krwa­wa fan­ta­sty­ka, z na­wią­za­niem do s-f. Powód jest bar­dzo pro­sty – bo­ha­te­ro­wie są na po­cząt­ku i długo potem jesz­cze dzieć­mi, więc za­ło­ży­łem, że za­cho­wu­ją się po­dob­nie, jak dzie­ci współ­cze­sne. Wszyst­ko przyj­mu­ją z uf­no­ścią i, tak przy oka­zji, cie­ka­wo­ścią. I nic ich nie dziwi… Chyba o tym już pi­sa­łem w od­po­wie­dzi na ko­men­ta­rze, ale warto to po­wtó­rzyć. Nie ma zna­cze­nia, dla­cze­go i po co ist­nie­ją te świa­ty rów­no­le­głe, ważne są za­cho­wa­nia mło­dziut­kich bo­ha­te­rów i ich re­ak­cje, cho­ciaż, jak się na końcu oka­zu­je, jeden z nich to kla­sycz­ny cy­klop. Tylko tyle i chyba aż tyle.

Zer­k­nę na su­ge­ro­wa­ne po­praw­ki, ale ten tekst jest po “hi­ste­rycz­nej” ko­rek­cie.

Dzię­ki za prze­czy­ta­nie i ko­men­tarz.

Po­zdrów­ka.

Hi­sto­ria mi się po­do­ba­ła. :-) Twist nie­spo­dzie­wa­ny. Do­brze wy­kre­owa­ny kli­mat i przed­sta­wio­ny spo­sób ro­zu­mo­wa­nia, po­dej­ścia dziec­ka. Czuć tę­sk­no­tę, dziw­ność, dzie­ciń­stwo, mi­łość matki, przy­jaźń Mar­cu­sa i Andre.

 

Za­trzy­ma­ły mnie dwie rze­czy zwią­za­ne z pew­nym, jak sadzę, ce­lo­wo na­rzu­co­nym przez Cie­bie za­pi­sem tej opo­wie­ści. 

za­mien­ni­ki – cza­sa­mi nie byłam od razu pewna, któ­re­go chłop­ca rzecz czy kwe­stia wy­po­wia­da­na do­ty­czy.

lek­kie po­mie­sza­nie z bie­giem opo­wie­ści, niby jest li­ne­ar­nie – chło­piec do­ra­sta od wieku przed­szkol­ne­go do stu­diów, lecz mamy jeden mo­ment, w któ­rym jest ina­czej. Co mnie zmy­li­ło znaj­dziesz po­ni­żej.

 

Dro­bia­zgi:

Dzie­li­ło ich wy­so­kie, prę­to­we ogro­dze­nie, ale stali za­le­d­wie o krok od sie­bie.

– André – padła od­po­wiedź. – Tro­chę dziw­nie wy­glą­dasz… Nawet bar­dzo dziw­nie. I twój las też jest inny. Taki cher­la­wy…

– Nasz jest na­praw­dę cu­dow­ny! – dodał po chwi­li André z nie­kła­ma­ną dumą.

Tu tro­chę dziw­nie, bo zapis lekko myli, mówi prze­cież ten sam bo­ha­ter. W za­sa­dzie prosi się, aby cią­gnąć pierw­szą wy­po­wiedź lub po­kom­bi­no­wać ina­czej.

 

– Wcale nie! – obu­rzył się na wcze­śniej­szą uwagę. – Prze­cież u nas nie ro­śnie las! Mamy wspa­nia­ły ogród – pod­kre­ślił. 

– Żebyś wie­dział, jak ro­dzi­ce o niego dbają! – dodał po chwi­li. – A jak p l o n u j e!

Tutaj uży­wasz po­dob­ne­go za­bie­gu. Wno­szę z tego, że ce­lo­wo. Sama nie wiem? 

Wy­mu­sza sto­so­wa­nie za­mien­ni­ków Mar­cus-->chło­piec, chłop­czyk, An­dre-->chło­piec, chłop­czyk. W pew­nym mo­men­cie za­trzy­my­wa­łam się czy­tel­ni­czo, chcąc się upew­nić, czy do­bre­go chłop­ca mam na myśli.

W tym dwóch przy­to­czo­nych frag­men­tach po­wie­lasz "dodał po chwi­li". Pod­czas czy­ta­nia po­my­śla­łam, że może jest tro­pem do so­bo­wtó­ra, jed­nak nie po­wtó­rzy­ło się

 

I z wielu po­wo­dów nie speł­nił swo­je­go wcze­śniej­sze­go za­mia­ru, zwią­za­ne­go z czar­nym owo­cem  […] A jed­nak w umy­śle chłop­ca cień wąt­pli­wo­ści wciąż po­zo­sta­wał, a nawet na­ra­stał.

Ten pas­sus mnie zmy­lił. Nie­ja­ko wy­prze­dza akcję, czyli wie­dzę czy­tel­ni­ka o ist­nie­niu owo­ców w Wid­mo­wym Lesie i o tym, że Mar­cus chciał jed­ne­go z nich skosz­to­wać. W za­koń­cze­niu frag­men­tu, gdy ze­sta­wia­my go z "cie­niem wąt­pli­wo­ści", obu­dzi­ła się we cie­ka­wość do­ty­czą­ca ta­jem­ni­cze­go owocu i prze­świad­cze­nie, że był owo­cem zguby. Potem mamy chyba frag­ment re­tro­spek­cji, bo wy­raź­nie tego nie za­zna­czasz, a dalej wra­ca­my do wła­ści­wej linii czasu i wtedy się zgu­bi­łam – w któ­rym mo­men­cie cza­so­wym życia Mar­cu­sa je­stem. Dalej już było ok.

Kwe­stia owocu się nie wy­ja­śni­ła. Co by było gdyby zjadł? Chyba nic, po pro­stu owoc z Wid­mo­we­go Lasu, a cień wąt­pli­wo­ści do­ty­czył wiary w ist­nie­nie rów­no­le­głej rze­czy­wi­sto­ści i przy­ja­cie­la, z któ­rym Mar­cus spę­dził tyle nocy.

 

Uro­kli­wa opo­wieść, skar­ży­py­tu­ję.

 

pzd srd

a

 

PS. Myślę, że chyba bar­dziej dla do­ro­słych. ;-)

Lo­gi­ka za­pro­wa­dzi cię z punk­tu A do punk­tu B. Wy­obraź­nia za­pro­wa­dzi cię wszę­dzie. A.E.

Wiel­kie dzię­ki za ko­men­tarz i za uwagi. Wy­ko­rzy­stam je, pew­nie już przy innym, nowym tek­ście. Opo­wia­da­nie wkle­iłem tutaj w ta­kiej for­mie, w ja­kiej opu­bli­ko­wa­ła je “Hi­ste­ria”, na­tu­ral­nie po re­dak­cyj­nej ko­rek­cie. I zno­wuż po­wta­rza się stara praw­da, że spo­sób kon­stru­owa­nia dia­lo­gów może być oce­nia­ny róż­nie: jed­nym on od­po­wia­da, innym nieco mniej. Tak bywa…

Tak w ogóle wcale nie byłem pewny, czy “Hi­ste­ria” przyj­mie ten tekst, bo jest to na pewno taka “cie­pła” opo­wieść grozy, hi­sto­ria przy­jaź­ni dzie­ci, potem mło­dzień­ców, któ­rzy nie zwra­ca­ją w ogóle uwagi na swoją od­mien­ność. Grozy w tym tek­ście jest mało… Ale tekst przy­ję­to, i bar­dzo do­brze.

Dzię­ki za no­mi­na­cję.

Ser­decz­nie po­zdra­wiam.

PS. Czy­tel­ni­ków za­pra­szam do naj­now­sze­go opo­wia­da­nia: są nimi “Twa­rze”. Ko­men­ta­rze mile wi­dzia­ne.

Tutaj → https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/29069

Nowa Fantastyka