- Opowiadanie: Szatansky07 - Św. Mikołaj z.o.o.

Św. Mikołaj z.o.o.

Opo­wieść o Mi­ko­ła­ju, który jest nam zna­jo­my, a kom­plet­nie nie­zna­ny. A w tym wszyst­kim w jego domu nagle znaj­du­je się dia­beł.

Wy­ko­rzy­sta­ne słowa kon­kur­so­we:
cho­in­ka, Świę­ty Mi­ko­łaj, pre­zen­ty, ro­dzi­na, śnieg, ko­lę­dy, bomb­ki, re­ni­fer, sanie, wi­gi­lia, Pa­ster­ka, Dzia­dek Mróz, elf

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Biblioteka:

Użytkownicy III, Finkla

Oceny

Św. Mikołaj z.o.o.

– Świę­ty Mi­ko­ła­ju, świę­ty Mi­ko­ła­ju! – krzy­czał zdy­sza­ny skrzat. – Wiesz, że już dzi­siaj jest Wi­gi­lia?

– Na­praw­dę, El­drycz­ku? A we­dług ja­kie­go ka­len­da­rza? – za­py­tał bro­da­ty sta­rzec ni­skim gło­sem.

– Tego… na­sze­go…  świą­tecz­ne­go.

– Nie­moż­li­we.

Mi­ko­łaj ru­szył ku ścia­nie, na któ­rej wi­siał ka­len­darz. Długo wpa­try­wał się w ko­lej­ne dni na nim uka­za­ne, by po chwi­li zo­rien­to­wać się, że wła­śnie pa­trzy na kwie­cień. Ner­wo­wym ru­chem wy­tar­gał ko­lej­ne kart­ki z mie­sią­ca­mi za­sła­nia­ją­cy­mi mu gru­dzień.

– Czy dzi­siaj nie mamy przy­pad­kiem do­pie­ro piąt­ku?

– Ow­szem, świę­ty Mi­ko­ła­ju.

– Toć prze­cie wi­gi­lia jest do­pie­ro za pięć dni! – Uśmiech­nął się Mi­ko­łaj i za­to­pił w wiel­kim wy­god­nym fo­te­lu, z któ­re­go nie za­mie­rzał wsta­wać do końca tego dnia.

Zdzi­wio­ny skrzat pod­szedł do tej samej ścia­ny.

– To ka­len­darz sprzed je­de­na­stu lat!

– Nie­moż­li­we – od­rzekł i spoj­rzał na za­trwa­ża­ją­cą licz­bę wska­zu­ją­cą rok.

– Świę­ty Mi­ko­ła­ju mogę mieć do cie­bie jedno py­ta­nie?

– Ależ oczy­wi­ście, El­drycz­ku, za­wsze mo­żesz mieć py­ta­nie do Świę­te­go Mi­ko­ła­ja.

– Dla­cze­go wła­ści­wie nie wo­zi­my już pre­zen­tów? Tak jak daw­niej?

– Wiesz, El­drycz­ku, czasy się zmie­nia­ją. Teraz Świę­ty Mi­ko­łaj nie jest już po­trzeb­ny jak daw­niej. Lu­dzie sami ku­pu­ją sobie pre­zen­ty, sami je sobie wrę­cza­ją i sami naj­le­piej wie­dzą, co sobie po­da­ro­wać. Zresz­tą jest ich na świe­cie tylu, że nie da­ło­by się ob­je­chać wszyst­kich domów w tę jedną noc. Dla­te­go też już tego robić nie mu­si­my.

– Co za fan­ta­stycz­na bzdu­ra – rzu­cił do­no­śnym gło­sem męż­czy­zna wcho­dzą­cy przez drzwi.

– Ki dia­beł? – mruk­nął bro­da­ty sta­rzec.

– Bingo! – Chudy męż­czy­zna wska­zał pal­cem na go­spo­da­rza. – Oto ja!

– Jak pan tu wszedł?

– Wi­dzisz, drogi Mi­ko­ła­ju, świę­ty czy też nie… Na świe­cie ist­nie­je taki wy­na­la­zek, który zowią drzwia­mi. I nimi wła­śnie wsze­dłem.

– Kto pana tu wpu­ścił? To jest re­zy­den­cja świę­te­go Mi­ko­ła­ja! Nie może sobie tu wcho­dzić byle kto.

– W pełni się z tobą zga­dzam. Nie wolno wpusz­czać do ta­kie­go pa­ła­cu byle kogo. Skąd to wiem? W końcu je­stem za­rząd­cą tego miej­sca.

Trzy­ma­ny do tej pory w ręku pa­pier, ma­je­sta­tycz­nym ru­chem roz­wi­nął się po całej dłu­go­ści biur­ka. Gość oparł się o blat, usta­wia­jąc się ple­ca­mi do Mi­ko­ła­ja.

– Wiesz, mały elfie, dla­cze­go Mi­ko­łaj nie wozi pre­zen­tów? Po­nie­waż za­mie­nił za­przęg re­ni­fe­rów na ogrom­ne­go czer­wo­ne­go tira pew­ne­go czar­ne­go na­po­ju. Wy­rzu­cił mitrę i za­ło­żył za­miast niej cza­pecz­kę z pom­po­ni­kiem, po­rzu­cił bied­nych, od­da­jąc się w ręce ka­pi­ta­li­zmu, gdzie każdy po­tra­fi ra­dzić sobie sam. Prze­stał być osobą świę­tą. Stał się in­sty­tu­cją, kor­po­ra­cją, marką samą w sobie.

– Nie­moż­li­we! – mruk­nął Mi­ko­łaj, ścią­ga­jąc oku­la­ry na nos. – Je­steś kar­nym za­rząd­cą mo­je­go sta­no­wi­ska?

– Re­wi­zo­rem – uśmiech­nął się dia­bel­sko męż­czy­zna. – Cier­pli­wość jest boską cnotą, ale i ona ma swoje gra­ni­ce.

– Dla­te­go wy­sła­li do mnie dia­bła?

– Wszyst­ko scho­dzi na psy, praw­da? Magia, re­li­gia, świę­ci, mi­ko­ła­je. Nawet dia­bły.

– Co masz wła­ści­wie tu zro­bić? Skon­tro­lo­wać mnie?

– Mi­ko­ła­ju, nie ośmie­szaj się. Zwy­kła kon­tro­la nic tu nie da. Wy­ka­że tylko, że nadal speł­niasz swoją funk­cję. Licz­ba ga­le­rii han­dlo­wych, w któ­rych lu­dzie mogą ku­po­wać pre­zen­ty sami, a na któ­rych znaj­du­je się twoja po­do­bi­zna, jest nie­wy­obra­żal­na. Ilość kul­tur, która dzię­ki temu przy­ję­ła cie­bie jako „wrę­cza­ją­ce­go” pre­zen­ty, także świet­nie wy­glą­da w ra­por­tach. Ogrom fa­bryk pro­du­ku­ją­cych ma­so­wo za­baw­ki rów­nież robi wra­że­nie. Zwłasz­cza w od­le­głych kra­jach nie­ma­ją­cych wiele wspól­ne­go z twoją osobą.

– To o co cho­dzi?

– Po pro­stu ktoś tu za­po­mniał o tym, kim wła­ści­wie miał być świę­ty Mi­ko­łaj.

– Ho! Ho! Ho! – żach­nął się swoim ba­so­wym gło­sem go­spo­darz. – Mia­łem spra­wić, by świę­ta ist­nia­ły. Ist­nie­ją? Dzie­ci miały otrzy­my­wać pre­zen­ty. Otrzy­mu­ją? Miały wie­dzieć, że to świę­ty je wrę­cza. Wie­dzą? Co jesz­cze ma robić świę­ty Mi­ko­łaj, do dia­bła?

– Rzekł­bym, że nie po­bie­rać tak wiel­kich tan­tiem za swój nie­świę­ty wi­ze­ru­nek. Nie­ste­ty nie w tej spra­wie tutaj je­stem… Mia­łeś za­dbać o magię świąt. O to, by każdy je czuł. By cho­in­ka, bomb­ki, ko­la­cja wi­gi­lij­na i zwień­cza­ją­ce wszyst­ko pre­zen­ty two­rzy­ły nie­sa­mo­wi­tą at­mos­fe­rę świą­tecz­ną, obec­ną tylko w tym okre­sie.

 – To wszyst­ko nadal zo­sta­ło za­cho­wa­ne!

– Do­praw­dy? Zadam może po­moc­ni­cze py­ta­nie… Kiedy ostat­nio stąd wy­cho­dzi­łeś?

– Ho! Ho! Ho! Cóż to za py­ta­nie?

– Nie wi­dzia­łaś ni­cze­go oprócz tej wła­snej re­zy­den­cji od kil­ku­dzie­się­ciu lat. Na­praw­dę uwa­żasz, że wiesz, co dzie­je się na świe­cie?

– Ośmie­szasz się. Na­praw­dę dużo czy­tam, nieco oglą­dam…

– Ży­jesz w bańce! Wstań i chodź ze mną. Po­ka­żę ci, jak wy­glą­da­ją świę­ta!

– Ni­g­dzie nie idę. Już dziś wsta­łem rano i wy­star­czy.

– Nie chcesz, czy nie da­jesz rady? Za­pu­ści­łeś się, Mi­ko­ła­ju. Strasz­li­wie! Gdzie się po­dział ten szczu­pły bi­skup Miry? Nie­waż­ne… Mały elfie, szy­kuj re­ni­fe­ry i sanie. Po­le­ci­my trosz­kę po­zwie­dzać.

– Tak jest! – El­dry­czek  za­sa­lu­to­wał, lecz po chwi­li na jego twa­rzy uka­za­ła się skwa­szo­na mina. – Tylko że nie mamy re­ni­fe­rów od pra­wie stu lat.

– To czym, na nie­bio­sa, lata teraz świę­ty Mi­ko­łaj?

– Chodź, po­ka­żę ci – od­rzekł za­py­ta­ny – tylko pomóż mi wstać.

**********

Po nie­bie ni­czym bły­ska­wi­ca mknął bar­dzo szyb­ko czer­wo­ny punkt. Czy to ptak? Czy to sa­mo­lot? Nie, to su­per­spor­to­wy, prze­ro­bio­ny na la­ta­ją­ce sanie Dodge Chal­len­ger SRT Hel­l­cat Re­deye Express wy­ko­na­ny na za­mó­wie­nie sa­me­go świę­te­go Mi­ko­ła­ja.

Za ich kie­row­ni­cą sie­dział dia­beł, tym­cza­so­wo peł­niąc funk­cję szo­fe­ra naj­bar­dziej zna­nej osoby z La­po­nii. Pę­dził z nad­dźwię­ko­wą pręd­ko­ścią, spraw­nie mi­ja­jąc ko­lej­ne ptaki, drony i nisko le­cą­ce he­li­kop­te­ry. Zwol­nił do­pie­ro nad pew­nym więk­szym mia­stem, które mie­ni­ło się na nie­bie mi­lio­na­mi świa­teł.

– Czego chcesz, dia­ble? – pytał Mi­ko­łaj, ob­ser­wu­jąc miej­sco­wość. –  Widzę prze­pięk­ną cho­in­kę na rynku, ogrom lam­pek prze­wie­szo­nych nad uli­ca­mi, jar­mar­ki bo­żo­na­ro­dze­nio­we. Jest nawet śnieg. Dla­cze­go twier­dzisz, że nie ma magii świąt?

Dia­beł bez słowa ob­ni­żył pułap lotu i zręcz­nie wy­lą­do­wał na pła­skim dachu jed­ne­go z wie­żow­ców. Wy­siadł z po­jaz­du i cze­kał na pa­sa­że­ra opar­ty o maskę spor­to­wych sań. Mi­ko­łaj po wielu pró­bach zdo­łał wy­ka­ra­skać się z wła­sne­go po­jaz­du  i do­łą­czyć do roz­mów­cy.

– Po­zna­jesz ten sprzęt? – za­py­tał re­wi­zor, wrę­cza­jąc mu po­dłuż­ny przed­miot.

– Lu­ne­ta do pod­glą­da­nia ma­łych dzie­ci?

– To za­brzmia­ło źle – stwier­dził dia­beł z lek­kim nie­sma­kiem. – Pro­szę. Weź ją. Zo­bacz, jak wy­glą­da świę­to w każ­dym z tych domów.

Prych­nąw­szy pod nosem, Mi­ko­łaj ode­brał lu­ne­tę i spoj­rzał na pierw­sze lep­sze miesz­ka­nie, długo się po nim roz­glą­da­jąc.

– Ho! Ho! Ho! I patrz, wszyst­ko ład­nie i świą­tecz­nie. Jest ogrom­na cho­in­ka, jest kilka pre­zen­tów, w tle lecą ko­lę­dy z te­le­wi­zo­ra… Dalej nie ro­zu­miem, co ci nie pa­su­je?

– Przez swoje le­ni­stwo, nie­umiar­ko­wa­nie w je­dze­niu i piciu, a także ode­rwa­nie od rze­czy­wi­sto­ści, na wszyst­ko pa­trzysz po­wierz­chow­nie. Przyj­rzyj się do­kład­nie!

W sa­lo­nie nie było żywej duszy. Gdzieś w kącie leżał nie­dba­le rzu­co­ny roz­szar­pa­ny pre­zent. W kuch­ni ko­lej­ną nudną pio­sen­kę świą­tecz­ną cicho grało radio, a przy stole, nad garn­kiem stała ko­bie­ta. Po całym miesz­ka­niu roz­no­sił się spe­cy­ficz­ny za­pach go­to­wa­ne­go barsz­czu. Nie był on jed­nak przy­pra­wia­ny roz­ma­ry­nem, a ka­pią­cy­mi z jej oczu łzami.

– Coś złego mu­sia­ło stać się w tym domu… – rzekł Mi­ko­łaj po dłuż­szym na­my­śle.

– Jej mę­żo­wi nie spodo­bał się pre­zent. Dla­te­go też kop­nął go w kąt, a sam, wy­zy­wa­jąc ją od naj­gor­szych zna­nych i nie­zna­nych mu ko­biet, wy­szedł, trza­snąw­szy drzwia­mi. Świą­tecz­na at­mos­fe­ra, praw­da?

– To po­je­dyn­czy przy­pa­dek.

Świę­ty prze­niósł lu­ne­tę na inne do­mo­stwo.  W dwóch osob­nych po­ko­jach na łóż­kach le­ża­ła dwój­ka ro­dzeń­stwa. Jedno z nich wpa­try­wa­ło się w sufit, po­cią­ga­jąc nosem raz po raz, a dru­gie bez­myśl­nie prze­wi­ja­ło ko­lej­ne czę­ści stro­ny z ob­raz­ka­mi. Obok le­ża­ły roz­tar­ga­ne pacz­ki, a wy­cią­gnię­te z nich pre­zen­ty le­ża­ły nie­od­pa­ko­wa­ne na biur­kach.

– To strasz­ne. Prze­brzy­dłe, roz­wy­drzo­ne dzie­ci. Nie cie­szą się z pre­zen­tów, które zo­sta­ły im wrę­czo­ne! To nie zna­czy jed­nak, że nie ma at­mos­fe­ry – pod­kre­ślił szyb­ko Mi­ko­łaj. – Ktoś się dla nich sta­rał, by świę­ta były takie, jak trze­ba!

– Pa­trzysz, a nie wi­dzisz, Mi­ko­ła­ju. Słu­chasz, a nie sły­szysz. Uj­rza­łeś tam ja­kie­goś do­ro­słe­go? Nie? Bo ich nie ma. Miesz­ka­ją w innym mie­ście, w innym pań­stwie. Nawet nie zje­cha­li na świę­ta. Dro­gie pre­zen­ty, któ­rych dzie­ci nawet nie po­trze­bo­wa­ły, miały sta­no­wić ich na­miast­kę. Na­miast­kę świąt z ro­dzi­ca­mi… To na­zy­wasz świą­tecz­ną at­mos­fe­rą?

Świę­ty wciąż nie prze­ko­na­ny, nie dawał za wy­gra­ną i raz po raz za­glą­dał w ko­lej­ne go­spo­dar­stwa.

– O! – krzyk­nął za­chwy­co­ny. – Pro­szę! Bar­dzo ład­nie ubra­ne do­mo­stwo. Pełno ślicz­nych lam­pek, gwiaz­dy w oknie, cała ro­dzi­na przy stole, wszy­scy za­do­wo­le­ni z pre­zen­tów, nikt nie ma­ru­dzi, wszy­scy szczę­śli­wi. Wciąż ist­nie­je magia świąt!

– Spójrz w miesz­ka­nie obok. – Dia­beł prze­su­nął lu­ne­tę w prawo. – Wi­dzisz tę star­szą panią, która sie­dzi bez słowa, w pu­stym, ciem­nym miesz­ka­niu z opłat­kiem w ręku? Wiesz, kim ona jest? Mamą tam­te­go mał­żeń­stwa. Ceny leków po­wo­du­ją, że nie ma nawet na opła­ty prądu. A oni nawet jej nie za­pro­si­li na wi­gi­lię. Magia świąt?

– Prze­klę­ty dia­beł! Za­bra­łeś mnie w miej­sce, które jest pełne złych ludzi, by udo­wod­nić swoje teo­rie.

Mi­ko­łaj prze­szedł na drugi ko­niec dachu.

– Twier­dzisz, że po­wi­nie­nem pa­trzyć sze­rzej. Spójrz­my więc na tamtą wio­skę, gdzie sły­chać dzwo­ny. Pa­ster­ki nad­szedł czas. Widzę grono ludzi w ko­ście­le. Wszy­scy po­grą­że­ni w mo­dli­twie, od­da­ją się daw­nym zwy­cza­jem du­cho­wej kon­tem­pla­cji. Dla nich świę­ta, to prze­ży­cie. Oni wciąż to czują.

– Dwój­ka dwu­dzie­sto­lat­ków w pierw­szym rzę­dzie uma­wia się na nie­ślub­ne igrasz­ki w sa­mo­cho­dzie po za­koń­cze­niu mszy. Czter­dzie­sto­la­tek w bocz­nej ławie zdra­dza żonę i za go­dzi­nę je­dzie do ko­chan­ki…

– Skąd niby to wiesz?

– Z tego SMS-a. – Dia­beł wy­cią­gnął te­le­fon, za po­mo­cą któ­re­go prze­jął wia­do­mość. – „Żona zo­sta­ła w domu, wi­dzi­my się po pa­ster­ce, nie mogę się do­cze­kać, dziub­dzia­sku”. Tam w krza­kach mło­dzież po­szła się upić, a w bra­mie pa­pie­ro­sy palą trzy­dzie­sto­lat­ko­wie, do któ­rych nawet nie do­cho­dzą dźwię­ki or­ga­nów. Tylko bab­cia w ostat­niej ławce prze­ży­wa te świę­ta, mar­twiąc się tym, że za całą eme­ry­tu­rę ku­pi­ła pre­zen­ty wnu­kom. Przy­po­mnij­my sobie… Kto miał wrę­czać te pre­zen­ty?

– Nie może być aż tak źle… Nie może być.

Nagle… Ni­czym zba­wie­nie z sa­me­go nieba, przed oczy­ma Mi­ko­ła­ja po­ja­wił się obraz wspa­nia­łe­go domu. Domu, w któ­rym w ten wspa­nia­ły czas przy stole ze­bra­ła się cała wie­lo­po­ko­le­nio­wa ro­dzi­na, za­pa­lo­ne zo­sta­ły świe­ce, a dzie­ci ob­da­ro­wa­ne drob­ny­mi pre­zen­ta­mi bie­ga­ły ucie­szo­ne, pusz­cza­jąc na ziemi bącz­ka.

– Ho! Ho! Ho! Spójrz, dia­beł­ku, tam, gdzie i ja. Wi­dzisz to?

– Ow­szem. Widzę też na­ra­sta­ją­cą coraz moc­niej iro­nię. Al­bo­wiem naj­wię­cej świą­tecz­nej at­mos­fe­ry zna­la­złeś, Mi­ko­ła­ju, w ży­dow­skiej ro­dzi­nie ob­cho­dzą­cej Cha­nu­kę. Ich też już prze­ją­łeś w swoją ju­rys­dyk­cję? Tak jak Chiń­czy­ków jako Sta­ru­szek Bo­żo­na­ro­dze­nio­wy i Ro­sjan jako Dzia­dek Mróz?

– Nie…

Do tej pory pewny sie­bie Mi­ko­łaj spu­ścił głowę. To wszyst­ko nie tak miało wy­glą­dać. To wszyst­ko nie tak zo­sta­ło mu przed­sta­wio­ne. Czuł się oszu­ka­ny ha­sła­mi re­kla­mo­wa­ny­mi, neo­na­mi i wizją świa­ta, gdzie lu­dzie sami wrę­cza­ją sobie pre­zen­ty, noszą cie­pło oraz roz­grze­wa­ją świą­tecz­ną at­mos­fe­rę. Po­stęp, tech­no­lo­gia, glo­ba­li­za­cja i kor­po­ra­cje za­wio­dły go.

– Masz rację, dia­ble. Mu­si­my coś z tym zro­bić. Prze­cież musi się dać coś zro­bić! Mi­nę­ła setka lat, odkąd zo­sta­wi­łem lu­dziom or­ga­ni­za­cję świąt i pre­zen­tów. Wiem, że nie na­pra­wi­my tego w jeden dzień. Nie na­pra­wia­my w ty­dzień ani mie­siąc. Być może nie uda nam się tego na­pra­wić i za ko­lej­ne sto lat. Ale mu­si­my coś zro­bić!

– A co jeśli ci po­wiem, że można to na­pra­wić w jedną se­kun­dę?

Dia­beł się­gnął ręką pod pa­zu­chę dłu­gie­go płasz­cza. Wy­cią­gnął z niego po­dłuż­ny przed­miot z dużym czer­wo­nym przy­ci­skiem na jego szczy­cie.

– Ko­ja­rzysz to urzą­dze­nie, praw­da?

– Nie zro­bisz tego.

– Na­praw­dę? Jeden klik i wszyst­ko zo­sta­nie na­pra­wio­ne.

– Nie mo­żesz tego zro­bić.

– Jedna chwi­la i wszyst­ko to, co zo­sta­ło za­nie­dba­ne przez tyle lat, po­pad­nie w za­po­mnie­nie.

– Oni sobie na to nie za­słu­ży­li

– Pierw­szy raz się z tobą zga­dzam. Nie za­słu­ży­li sobie. Nie za­słu­ży­li sobie na tak mi­zer­ne świę­ta.

– Pro­szę cię ostat­ni raz. Na Boga, pro­szę!

– Pra­gnę przy­po­mnieć, kto mnie tu przy­słał.

–Boże, wiem! Ja to na­pra­wię, obie­cu­ję. Ale w inny spo­sób.

– Za późno.

Klik­nię­cie roz­nio­sło się ci­chym echem. Mi­ko­łaj za­ci­snął po­wie­ki i przy­ło­żył dło­nie do uszu. Nie usły­szał nawet wy­bu­chu. Nie sły­szał już zresz­tą ni­cze­go. W jed­nej se­kun­dzie znikł szum sa­mo­cho­dów, ulicz­ne stra­ga­ny prze­sta­ły grać mo­no­fo­nicz­ną wer­sję zna­nej ko­lę­dy, a tram­waj za­dzwo­nił dzwon­kiem po raz ostat­ni.

Cisza utrzy­my­wa­ła się przez dłuż­szą chwi­lę. Świę­ty z prze­stra­chem uniósł do góry jedną po­wie­kę. Wciąż stał na szczy­cie wie­żow­ca, wciąż obok niego tkwi­ły jego no­wo­cze­sne sanie. Całe mia­sto wciąż stało w tym samym miej­scu. Prze­sta­ło być jed­nak ko­lo­ro­we, zda­wa­ło się stra­cić całe za­war­te w sobie życie. Po­grą­żo­ne było w ab­so­lut­nej ciem­no­ści ciszy, jakby ktoś…

– Wy­łą­czy­łeś cały prąd!

– Prąd, te­le­fo­nię ko­mór­ko­wą, sieć in­ter­ne­to­wą, te­le­wi­zję. Za­trzy­ma­łem też sa­mo­cho­dy, tram­wa­je i po­cią­gi. Zga­si­łem wszyst­kie lampy. Od­cią­łem po­stęp i tech­no­lo­gię.

– Za­bra­nie im wszyst­kie­go ma pomóc? Na­pra­wić świę­ta?

– Ma przy­po­mnieć, jak to było kie­dyś. Pew­nych rze­czy nie na­pra­wi­my, Mi­ko­ła­ju. Teraz jed­nak oni wszy­scy muszą wró­cić do domu, zna­leźć świecz­ki, za­pa­lić je i usiąść razem. Odejść od swo­ich kom­pu­te­rów, te­le­fo­nów czy ta­ble­tów i po pro­stu ze sobą po­roz­ma­wiać. Muszą spró­bo­wać ob­cho­dzić świę­ta tak jak daw­niej. Po­roz­ma­wiać ze sobą tak jak daw­niej. Tak jak daw­niej po­czuć przy­naj­mniej cząst­kę tej wspa­nia­łej at­mos­fe­ry.

– I to wy­star­czy?

– Pew­nie nie. Za­pew­ne więk­szość ludzi tego dnia uzna, że ktoś ze­psuł im świę­ta. Wielu z nich stra­ci całą noc, by go­rącz­ko­wo od­na­leźć to, co im za­bra­łem. Nie­któ­rzy po­grą­żą się w jesz­cze więk­szej apa­tii.

– To jaki ma cel to wszyst­ko?

– Wi­dzisz, Mi­ko­ła­ju, tym róż­ni­my się od sie­bie, że cho­ciaż je­steś świę­ty, wciąż pa­trzysz na wszyst­ko w ludz­ki spo­sób. Od­da­jąc swój wi­ze­ru­nek, wi­dzia­łeś te­raź­niej­szość, nie my­śląc nawet o przy­szło­ści. Tego dnia w wielu oczach uj­rzy­my roz­pacz, by po la­tach zo­ba­czyć no­stal­gię za tym dniem. Jed­nak dziś, w któ­rymś z tych do­mostw, jest czło­wiek, który dzię­ki temu wszyst­kie­mu, być może po raz pierw­szy, po­czu­je magię świąt. Czy nie warto tego zro­bić tylko dla niego?

Wy­po­wie­dziaw­szy te słowa, dia­beł wy­mow­nie spoj­rzał na Mi­ko­ła­ja, cze­ka­jąc na od­po­wiedź. A ten nie za­uwa­żył nawet jego wzro­ku. Z dzie­cię­cą ra­do­ścią ob­ser­wo­wał spa­da­ją­ce z nieba płat­ki śnie­gu.

„A może tym kimś… bę­dziesz ty?”

Koniec

Komentarze

Miś prze­czy­tał. Po­wo­dze­nia w kon­kur­sie.

Prze­czy­ta­ne.

Bar­dzo bru­tal­na i przy­gnę­bia­ją­ca wizja, choć miej­sca­mi za­baw­na. Jed­nak kon­klu­zje są takie bar­dziej oklap­nię­te.

"nie mam jak po­rów­nać sa­mo­po­czu­cia bez ba­ła­ga­nu..." - Anan­ke

Cześć, Sza­tan­sky!

 

Ła­pan­ka wy­biór­cza:

Dia­beł bez słowa opu­ścił pułap lotu

Czy nie cza­sem “ob­ni­żył”

na pła­skim bu­dyn­ku jed­ne­go z wie­żow­ców.

pew­nie “dachu” ;)

Po całym miesz­ka­niu roz­no­sił się spe­cy­ficz­ny za­pach go­to­wa­ne­go barsz­czu.

Jak mógł oke­ślić za­pach przez lu­ne­tę – my­śla­łem, że opi­su­jesz to co widzi

Dla­te­go też kop­nął go w kąt, a sam, wy­zy­wa­jąc ją od naj­gor­szych zna­nych i nie­zna­nych mu ko­biet(+,) wy­szedł, trza­snąw­szy drzwia­mi. Świą­tecz­na at­mos­fe­ra, praw­da?

tu ra­czej prze­ci­nek

Miesz­ka­ją +w innym mie­ście, w innym pań­stwie.

„A może nim… bę­dziesz ty?”

Brzmi nieco dziw­nie, bo “nim” może też zna­czyć “zanim” – po­le­cał­bym “A może tym kimś… bę­dziesz ty”

 

Na po­czą­tek pa­trzy­łem krzy­wo, do tego przez pry­zmat ty­tu­łu, my­śla­łem, że pój­dziesz w te­ma­ty nie­biań­sko-pie­kiel­nej biu­ro­kra­cji, a to bar­dzo śli­skie. Póź­niej na­stą­pi­ła zmia­na kli­ma­tu i po­sze­dłeś w mocne tony – moje za­in­te­re­so­wa­nie wzro­sło. Koń­ców­ka z prą­dem, który ma być ja­kim­kol­wiek roz­wią­za­niem jest dla mnie… iście dia­bel­ska. Myślę, że znacz­nie wię­cej osób po­czu­je kosę śmier­ci nić magię świąt, bo ogrze­wa­nie chyba też im wy­sia­dło, nie? Świecz­ki mogą nie dać rady. Do mnie to nie prze­mó­wi­ło.

Na­pi­sa­ne jest dość przy­zwo­icie, ale jeśli cho­dzi o wy­dźwięk, to mie­li­śmy prze­błysk w środ­ku (choć też nie był jakiś ory­gi­nal­ny). Jest na pewno świą­tecz­nie i gorz­ko, ostat­nie zda­nie pa­su­je (poza lo­gi­ką sa­me­go wy­łą­cze­nia ener­gii) i faj­nie za­my­ka tekst, daje jakąś na­dzie­ję.

 

Po­zdra­wiam, po­wo­dze­nia w kon­kur­sie!

Nie za­bi­ja­my pie­sków w opo­wia­da­niach. Nigdy.

Hej!

Fajne to opo­wia­da­nie, smut­ne nieco, ale po­do­ba­ło mi się. Żeby to dia­beł po­ka­zy­wał Mi­ko­ła­jo­wi, co to się na świe­cie dzie­je? Nie­zły po­mysł, tro­chę prze­wrot­ny.

Twoje opo­wia­da­nie przy­wo­łu­je na myśl “Opo­wieść wi­gi­lij­ną”. Na­pi­sa­ne przy­zwo­icie, gdzieś tam po dro­dze zja­dłeś krop­kę, ale do­brze się czy­ta­ło.

 

Po­wo­dze­nia w kon­kur­sie!

Cie­ka­we opo­wia­da­nie, do­brze się czy­ta­ło.

Ogół nie chce wie­dzieć, że jest my­ślą­cą masą zło­żo­ną z bez­myśl­nych jed­no­stek

Wi­taj­cie ko­men­tu­ją­cy!

Ser­decz­nie dzię­ku­ję za wszyst­kie na­pi­sa­ne opi­nie, każda w nich jest dla mnie nie­zmier­nie ważna!

Przede wszyst­kim po­dzię­ko­wa­nia dla Kro­ku­sa. Błędy oczy­wi­ście po­pra­wi­łem, ewi­dent­nie za szyb­ko wy­pu­ści­łem je na świa­tło dzien­ne. Co do samej opi­nii… Sam dia­beł ujął to, tak, że więk­szość osób stwier­dzi, że ktoś ze­psuł im świę­ta. Prąd też nie zo­stał im wy­łą­czo­ny na wiecz­ność, ot je­dy­nie na okres wi­gi­lij­nej nocy. 

Oso­bi­ście z dzie­ciń­stwa pa­mię­tam, takie mo­men­ty, gdy elek­trow­nie w zimie po­tra­fi­ły bez ostrze­ga­nia odłą­czyć do­sta­wę prądu. Oczy­wi­ście po­ja­wia­ły się na­rze­ka­nia na “psu­cie lo­dó­wek, kom­pu­te­rów i te­le­wi­zo­rów”, a jed­no­cze­śnie były to mo­men­ty, w któ­rych, nieco ro­man­tycz­nie, sie­dzie­li­śmy wspól­nie przy bla­sku świec. Mie­li­śmy czas, który mo­gli­śmy spę­dzić razem w ro­dzin­nym gro­nie. Gra­li­śmy w karty lub plan­szów­ki (w które dało grać się przy świe­cach). Na swój spo­sób miło to wspo­mi­nam i, choć by­naj­mniej nie było to świą­tecz­ne, były to pięk­ne chwi­le jed­no­czą­ce ludzi.

Oczy­wi­ście ro­zu­miem, że mogło to nie przy­paść do gustu. Po pro­stu pi­sa­łem to nieco, na pod­sta­wie wła­snych od­czuć z dzie­ciń­stwa, stąd moje wy­tłu­ma­cze­nie.

Go­rą­co po­zdra­wiam i życzę wszyst­kim we­so­łych świąt!

Wasz Sza­tan­sky­07!

Słowo i po­ezja czy coś!

Po­czą­tek za­in­try­go­wał, ale szyb­ko za­czął mnie nużyć. Po­ja­wie­nie się dia­bła dało na mo­ment kopa, ale dia­log wydał mi się strasz­nie nie­na­tu­ral­ny, przez co nieco mi się cią­gnę­ło. Ale naj­więk­szy za­rzut to nie­lo­gicz­nośc py­ta­nia El­drycz­ka. Skoro od tak wielu lat nie roz­wo­żą pre­zen­tów, skoro re­ni­fe­rów nie ma już od stu lat, to jakim cudem El­dry­czek nie znał po­wo­dów obec­ne­go stanu rze­czy? El­dry­czek po­wi­nien to wie­dzieć, a pyta. Czemu pyta? Zdaje się, że tylko po to, by autor mógł usta­mi Mi­ko­ła­ja wy­ja­śnić kilka spraw. To jest ten ro­dzaj za­bie­gu, który mnie mocno razi swoją nie­na­tu­ral­no­ścią.

Druga scena, a ra­czej jej po­czą­tek, jest mocno prze­ry­so­wa­na, skrę­casz w nar­ra­cyj­ną kon­wen­cję czy­ta­nek dla dzie­ci. Potem jest nieco le­piej, choć za­sta­na­wia mnie, jak przez lu­ne­tę do pod­glą­da­nia dzie­ci (ten żart Ci się udał :)) Mi­ko­łaj może czuć za­pach świą­tecz­nych po­traw. Choć może się cze­piam, w końcu to baj­ko­wa kon­wen­cja :) Ale nawet jeśli się cze­piam, to po­niż­sze zda­nie:

Nie był on jed­nak przy­pra­wia­ny roz­ma­ry­nem, a ka­pią­cy­mi z jej oczu łzami.

Jest tak pur­pu­ro­wo pre­ten­sjo­nal­ne, że bar­dziej chyba nie można :)

A potem jest już coraz le­piej i czy­ta­ło mi się coraz przy­jem­niej tę dys­ku­sję po­mię­dzy Mi­ko­ła­jem i dia­błem w trak­cie wy­ciecz­ki kra­jo­znaw­czej. Tylko to od­cię­cie wszyst­kie­go tak nagle jakoś mi nie za­gra­ło, bo

Czy nie warto tego zro­bić tylko dla niego?

Nie warto. Ale to moje zda­nie, no i może też tych ludzi pod­pię­tych do apa­ra­tu­ry pod­trzy­mu­ją­cej życie w szpi­ta­lach ;P

 

Nie było to nie­ste­ty lek­tu­ra sa­tys­fak­cjo­nu­ją­ca od po­cząt­ku do końca, ale też nie mogę po­wie­dzieć, że ten tekst jest do ni­cze­go. On może się po­do­bać, jed­nak trze­ba by go do­szli­fo­wać i ob­ro­bić.

 

Po­zdra­wiam ser­decz­nie

Q

Known some call is air am

Cześć, Outta Sewer!

Nie­zwy­kle miło mi po­znać Twoją opi­nię na temat mo­je­go opo­wia­da­nia. Je­stem oczy­wi­ście prze­ko­na­ny, że wy­ma­ga ono nieco szli­fu i do­pra­co­wa­nia, nie­mniej uwa­żam, że mo­men­ta­mi szu­kasz błę­dów na siłę.

 

Szu­ka­nie lo­gi­ki w tego typu opo­wie­ściach, to tro­chę jak wy­ty­ka­nie Czer­wo­ne­mu Kap­tur­ko­wi, że za­da­je babci (którą już zdą­żył ze­żreć wilk), tak głu­pie py­ta­nia o wy­gląd. Za­da­je je po to, by wilk mógł krzyk­nąć “PO TO BY CIĘ ZJEŚĆ!!!”. Ina­czej cała bajka nie mia­ła­by sensu. XD

 

Całą opo­wieść miała nieco przy­po­mi­nać bajkę dla dzie­ci, więc ten ar­gu­ment uzna­ję za kom­ple­ment. Zgo­dzę się, że tro­chę mnie po­nio­sło z tymi za­pa­cha­mi przez lu­ne­tę. Na wy­tłu­ma­cze­nie dodam, że miało to dzia­łać na za­sa­dzie “prze­nie­sie­nia się w dane miej­sce”, ale rze­czy­wi­ście to wy­ma­ga do­pra­co­wa­nia. Nie chcę jed­nak tego zmie­niać przed ogło­sze­niem wy­ni­ków kon­kur­su.

 

Z cy­to­wa­nym zda­niem masz też tro­chę racji i spró­bu­ję je wpleść nieco ina­czej. Jed­nak… tak jak wyżej, po ogło­sze­niu wy­ni­ków.

 

Co do samej pu­en­ty, to ko­lej­ne małe cze­pial­stwo. Gdy Aven­ger­si po roz­wa­le­niu ca­łe­go mia­sta twier­dzą, że ura­to­wa­li świat, a gdzieś tam wła­śnie wa­lą­cy się wie­żo­wiec spada na szpi­tal, jakoś nikt nie za­sta­na­wia się, ilu nie­win­nych ludzi zgi­nę­ło, “bo Aven­ger­si ra­tu­ją świat”. W ten spo­sób można się do­cze­pic do każ­dej hi­sto­rii.

Nie cho­dzi mi więc o fakt samej lo­gi­ki, bo oczy­wi­ście masz rację bied­ni lu­dzie pod re­spi­ra­to­ra­mi by umar­li (choć może wła­śnie wtedy po­czu­li­by magię świąt XD), ale też w tak krót­kiej opo­wie­ści nie ma czasu, by dia­beł mógł wy­ja­śnić, że wy­łą­czył prąd wszę­dzie prócz “szpi­ta­li, po­sto­ju ka­re­tek, stra­ży po­żar­nej i domu Mak­sia, który nie za­śnie bez świa­tła”.

Dobra roz­pi­sa­łem się. Dzię­ku­ję jesz­cze raz za ko­men­tarz i za po­świę­co­ny czas, za­rów­no na prze­czy­ta­nie, jak i na­pi­sa­nie wła­snej opi­nii. Tego typu ko­men­ta­rze są dla mnie bar­dzo ważne i do wielu Two­ich ar­gu­men­tów po­sta­ram się od­nieść w po­praw­kach. Mam na­dzie­ję, że świę­ta upły­nę­ły Ci w miłej at­mos­fe­rze i żaden dia­beł nie od­piął Ci prądu. XD Wszyst­kie­go do­bre­go Nowym roku!

Po­zdra­wiam!

Słowo i po­ezja czy coś!

nie­mniej uwa­żam, że mo­men­ta­mi szu­kasz błę­dów na siłę

Toż sam to stwier­dzi­łem, cze­pia­jąc się za­pa­chów przez lu­ne­tę w baj­ko­wej kon­wen­cji :D

 

Całą opo­wieść miała nieco przy­po­mi­nać bajkę dla dzie­ci, więc ten ar­gu­ment uzna­ję za kom­ple­ment.

Spoko, tylko, że ca­łośc jest baj­ko­wa, a po­czą­tek dru­giej sceny jest jak z czy­tan­ki dla trze­cio­kla­si­sty i moim zda­niem nar­ra­cyj­nie od­sta­je od resz­ty.

 

Co do samej pu­en­ty, to ko­lej­ne małe cze­pial­stwo. Gdy Aven­ger­si po roz­wa­le­niu ca­łe­go mia­sta twier­dzą, że ura­to­wa­li świat, a gdzieś tam wła­śnie wa­lą­cy się wie­żo­wiec spada na szpi­tal, jakoś nikt nie za­sta­na­wia się, ilu nie­win­nych ludzi zgi­nę­ło, “bo Aven­ger­si ra­tu­ją świat”. W ten spo­sób można się do­cze­pic do każ­dej hi­sto­rii.

Tak, cze­pial­stwo, ale z tym po­rów­na­niem do Aven­ger­sów wy­jąt­ko­wo nie tra­fi­łeś. Cały event Civil War, w trak­cie któ­re­go śmierć po­niósł Ka­pi­tan Ame­ry­ka (pisze tu o ko­mik­sach, a kon­kret­niej tych osa­dzo­nych w Earth-616) wła­śnie był kon­se­kwen­cją wa­lą­cych się na szpi­ta­le wie­żow­ców. W Aven­gers: Age of Ul­tron też się za­czy­na ten event w fil­mo­wym uni­ver­sum. Po­nad­to w X-me­nach czę­sto był po­ru­sza­ny temat stra­chu przed mu­tan­ta­mi, bo ich dzia­ła­nia, a szcze­gól­nie star­cia, po­wo­du­ją wiele śmier­ci. No i jest jesz­cze Da­ma­ge Con­trol :)

A tak w ogóle, to chyba jed­nak nie cze­pial­stwo, tylko mój wła­sny po­gląd. Bo nawet jeśli by­ło­by to z wy­łą­cze­niem szpi­ta­li i tak dalej, to dla jed­ne­go czło­wie­ka nadal nie warto. To oczy­wi­ście moje pry­wat­ne zda­nie :)

 

Po­zdra­wiam ser­decz­nie

Q

 

Known some call is air am

Przy­jem­nie się czy­ta­ło :)

Przy­no­szę ra­dość :)

Prze­czy­ta­łam.

"Myślę, że jak czło­wiek ma w sobie tyle nie­sa­mo­wi­tych po­my­słów, to musi zo­stać pi­sa­rzem, nie ma rady. Albo do czub­ków." - Jo­na­than Car­roll

In­te­re­su­ją­cy po­mysł, żeby wplą­tać dia­bła w świę­ta. Czyż­by nick zo­bo­wią­zy­wał? ;-)

No, roz­le­ni­wił się ten nie­świę­ty, za­pu­ścił… Szko­da, że je­stem już za duża, żeby w niego wie­rzyć i ra­czej je­stem skłon­na zwa­lać winę na ludzi.

Czy­ta­ło się przy­jem­nie.

A szpi­ta­le chyba mają ge­ne­ra­to­ry na wszel­ki wy­pa­dek? W końcu zda­rza­ją się nie­dia­bel­skie awa­rie, celne pio­ru­ny, wi­chu­ry, ko­par­ki zry­wa­ją­ce kable itp., a nie­któ­re ma­szy­ny po pro­stu muszą dzia­łać.

Bab­ska lo­gi­ka rzą­dzi!

Nowa Fantastyka