
Piątka nieznajomych kroczyła w błocie po kostki, przeklinając moment, w którym zdecydowali się na podróż przez bagna. Przed nimi, gdzie tylko sięgnąć wzrokiem, widać było zgniłą roślinność i martwe drzewa, które swoimi gałęziami wydawały się sięgać w stronę wędrowców. Zupełnie jakby chciały owinąć gałąź wokół ich szyi i mocno zacisnąć.
Elistr podniósł stopę i próbował opróżnić but z wody i błota.
– Cholerne bagna. – Odwrócił się i jeszcze raz spojrzał w miejsce, z którego przyszli.
Coś w tym krajobrazie sprawiało, że czuł ciarki na plecach. Jeszcze przed chwilą przemierzali zielony las pełen zwierzyny. Wszystko urwało się w jednym momencie. Nienaturalnie prosta linia zwana przez tubylców Granicą wyznaczała koniec bezpiecznego dla człowieka szlaku i tym samym początek bagien. Elistr nie wierzył w magię i zabobony, nie mógł jednak się nie zgodzić ze stwierdzeniem, że te bagna miały w sobie ukryty pierwiastek zła. Wiecznie panująca mgła tylko potęgowała uczucie grozy.
Mężczyzna poprawił przewiązany na szyi skrawek materiału. Zasłonił nim usta i nos. Tylko to chroniło jego nozdrza przed zgnilizną i smrodem. Zauważył, że pozostali również nie wyglądali, jakby znaleźli się tu z własnej woli. Musieli mieć cholernie dobry powód, aby zdecydować się na to przejście.
Długo kroczyli w błocie, zmęczeni i zniechęceni, na domiar złego zaczęło się ściemniać. Nic dziwnego, że podróżnicy znikali bez wieści. W taki sposób jak oni można było podróżować tylko z trzech powodów. Porywali się na to szaleńcy albo osoby, którym zależało na czasie. Trzecia grupa to handlarze chcący ominąć kontrolę wojskowych – przemytników było na pęczki.
Nad błotnistym pustkowiem rozległ się krzyk rozpaczy. Jakby ryczało krojone na kawałki zwierzę. Towarzysze zatrzymali się, nerwowo patrząc we wszystkie strony. Część z nich oparła dłonie na orężu. Tylko Gontur wyjął łuk. Był to wysoki łowca z gęstą brodą i włosami nie pamiętającymi dotyku wody od wielu świtów. Wyglądało na to, że czuł on przemożną chęć wypuszczenia strzały, nawet gdyby miał ustrzelić tylko martwe drzewo.
Na bagnach wszystko brzmiało jak zagrożenie. Czasem słyszeli skradanie a innym razem szepty. Źródło niektórych dźwięków wydawało się czyhać niepokojąco blisko. Opowieści głosiły, że zanim podróżnik zejdzie ze szlaku (o ile nie zabłądzi i nie zostanie wypatroszony), przyzwyczai się do tutejszych odgłosów. Od przekroczenia Granicy podróżnicy przestali martwić się o suche ubrania czy jedzenie. Priorytetem było dla nich przeżycie.
– Zmierzcha. Dziś daleko nie zajdziem – przemówił Budness. – Musim rozbić obóz.
Po jakimś czasie udało im się wreszcie znaleźć suche wzniesienie, które było wystarczająco duże, aby pomieścić całą grupę. Rzucili tam swoje rzeczy i rozpoczęli zabezpieczanie obozu. Ifse ogołocił drzewo z gałęzi. Przygotowane kije powbijał jako oznaczenie miejsca, z którego przyszli. Przy tak gęstej mgle stracić orientację w terenie było łatwo.
Gontur rozstawił pułapki. Z dumą opowiadał o samotrzaskach, w które złapał niejednego niedźwiedzia. Ifse przyniósł suche gałęzie na opał, następnie poszedł do łowcy z ofertą pomocy. W tym czasie Elistr z Wibellem przygotowali ognisko i strawę. Złapany wcześniej królik obracał się powoli nad paleniskiem.
Mięso wciąż wyglądało na surowe.
Panowała niezręczna cisza, przerywana tylko ostrzeniem topora przez Budnessa. Co jakiś czas mokre drwa strzelały snopem iskier i oświetlały pobliskie drzewa.
– Jaka jest wasza historia? – zapytał Gontur. – Chodzi mi o to, że wybraliście podróż przez Granicę z garstką nieznajomych, zamiast czekać w Zahel na Przejście. – Łowca zauważył, że nikt nie kwapi się do odpowiedzi, dlatego pogładził delikatnie swój wąs i sam podjął temat: – Chodzę tędy już od jakiegoś czasu. Za głowę każdego stworzenia z bagien w królestwie płacą dziesięć razy więcej niż za futrzaki z lasu. Jakbym miał czekać na skorzystanie z Przejścia, to moje dzieciaki pomarłyby z głodu. A co z tobą?
Zaskoczony Elistr został wyrwany z zadumy. Przejściem miejscowi określali przeprawę bagnami, gdzie droga była oznaczona chorągwiami, a opłaceni przez królestwo tropiciele i wojownicy dbali o bezpieczeństwo. Do najbliższej takiej wyprawy należało czekać jeszcze tydzień. Elistr nie mógł tyle zwlekać – szmuglował informacje. Na fali zbliżających się starć pomiędzy królestwami, dane, jakie sprzedawał, mogły mu sprawić wiele kłopotów, bo pozostał wierny jednej stronie konfliktu. Podróż bagnami miała zapewnić mu szybsze dostarczenie informacji i tym samym większy zarobek.
– Normalna droga dookoła bagien to dwa tygodnie. Od czekania na szlak chorągwi odrętwiałaby mi rzyć. Tędy to raptem trzy, cztery dni. Wybór jest prosty – odpowiedział, wiedząc, że lepiej nie mówić wszystkiego.
Każdy, kto decydował się na jak najszybsze przekroczenie Granicy w towarzystwie garstki nieznajomych spotkanych w Ostatniej Ostoi, miał sporo za uszami. Na pewno otaczali go złodzieje i mordercy. Gontur też mógł nie mówić całej prawdy.
– Budness, łowca nagród – przedstawił się gigant z toporem. – Sram na was i na to kim jesteście. Śledze zbiega. Nieraz szłem tendyk sam. Musim mieć oczy szeroko otwarte. Dlatego skończta pierdolić. Przed nami ciężki poranek.
Elistr szczerze wątpił, aby ktokolwiek był w stanie przeżyć na bagnach samemu. Zatrzymał jednak te przemyślenia dla siebie.
– Chciałbym zabrać wam dosłownie chwilkę – odezwał się Ifse. – Jestem kupcem. Ifse Dunn. Jak to elokwentnie podkreślił nasz przyjaciel – wskazał gestem na Budnessa, który tylko prychnął z ustami pełnymi króliczego mięsa – na bagnach dzieje się coś dziwnego. Każdy słyszał pogłoski, jednakże faktów nie znamy. Podróżnicy znikają bez wieści.
Pokiwali zgodnie głowami, nawet wojownik chrząknął na znak, że się zgadza.
Ifse przysunął się do ogniska, tak żeby wszyscy mogli zobaczyć jego podłużną twarz i długie czarne włosy.
– Chciałbym zapytać każdego z was. Jak sądzicie? – Powoli powiódł wzrokiem po twarzach zgromadzonych. – Jaka jest tajemnica bagien? Dlaczego tak wielu znika bez śladu?
– Od razu powiem, magia nie istnieje! – wykrzyknął Gontur. – Zawsze jest jakieś logiczne wyjaśnienie. Trochę tu polowałem, zdarzyła się jakaś dziwna zwierzyna, której nikt w królestwie wcześniej nie widział. Jakby nie wpadła w sidła, to mogłaby dziabnąć. – Złapał się za szyję i zasymulował upadek na ziemię. Po chwili wstał i powiedział: – No i po człowieku. Wszystko kwestia dzikich zwierząt. Z takimi pułapkami nic nam nie grozi.
Elistr zaklaskał, ubawiony przedstawieniem. Mężczyzna zgromił go tylko spojrzeniem.
Gdyby wiedział, że ludzie na szlaku są tak barwni i utalentowani aktorsko, to może wcześniej zdecydowałby się na podróż.
– Ludzie so gupi! – odezwał się Budness. Wyglądało na to, że nie mógł się doczekać, aby zabrać głos. – Nie patrzo pod nogi i wpierdalają się po pas w gówno… znaczy w bagno. – Splunął na ziemię. – Gdyby byli wojownikami takimi jak łowcy nagród, w pełni skupionymi na zadaniu, to nie byłoby umirania. – Budness dumnie przyłożył topór do piersi.
– Bynajmniej, mój przyjacielu – powiedział Elistr, kiwając głową.
Nieświadomy prawdziwego sensu tych słów, wojownik podziękował skinieniem. Reszta wymieniła między sobą ukradkowe spojrzenia.
Powoli zaczął robić się z tego konkurs mierzenia przyrodzenia, zamiast sensownej rozmowy, dlatego Elistr oparł się wygodnie, skubał królika i przysłuchiwał się innym.
– Moi drodzy – przemówił Ifse. – Wasze pomysły, choć banalne i przyziemne, mają jedną podstawową wadę. Atak zwierzęcia? Czasem zdarzają się takie przypadki. Ginie jedna, dwie osoby. Tym bardziej, jeżeli… – Ifse spojrzał wymownie na chlubę łowców nagród, wciąż pochłoniętego królikiem – …jakiś tępak wpadłby w błoto czy ruchome piaski. Reszta by przeżyła. Co z całymi drużynami, które dosłownie znikają? Na szlaku nie pozostaje po nich nawet kawałek ciała. Z takimi sytuacjami mamy do czynienia najczęściej.
– Jaką masz teorię? – zapytał Wibell.
– Nie nazwałbym tego zaraz teorią. Jest to bardziej historia zasłyszana kiedyś w gospodzie koło Zahela, od osoby, której przodkowie pochodzili z okolicznych wsi. – Mężczyzna pochylił się w stronę ognia. – Kiedyś było tu zielono, w lasach mieszkały ludy wierzące w pradawne bóstwo. Zachłanne królestwa używały ich wioski jako zwykłej drogi. Maszerowały tędy wielkie armie, przy okazji tratując plony, zabijając miejscowych i gwałcąc kobiety. W tamtych czasach trwała Wielka Wojna, dlatego sielankowe życie tubylców zostało zakłócone. Słyszałem, że złożyli w ofierze swoich, aby wzbudzić gniew boga wobec najeźdźców. W ciągu kilku miesięcy z krainy dobrobytu powstało coś takiego. – Zrobił zamaszysty gest dłonią, aby pokazać parszywe miejsce, w jakim się znaleźli. – Gniewne bóstwo zniszczyło nawet swoich czcicieli. Zaczęło żerować na ludzkim strachu i niszczyć wszystkich w najgorszy możliwy sposób.
– Czyli jaki?
– Każdy ginął inaczej. Jednych miażdżył, innych rozszarpywał, jeszcze innych wbijał na pale. Kluczem jest to, że każdy ginął właśnie w taki sposób, jakiego najbardziej się obawiał. Zabijał ludzi ich własnymi koszmarami i lękami.
– Czyli co? Jeżeli bałbym się bestii, to zginąłbym przez nie rozszarpany? – zapytał poirytowany Gontur. – A nasz dzielny wojownik zostałby wchłonięty przez bagno, jak jakiś głąb?
Budness warknął groźnie, lecz nie poruszył się nawet o cal.
– Oczywiście nie mówię, że tak jest. – Gontur po raz kolejny poprawił sobie wąs i rozejrzał się po twarzach pozostałych. – Nie boję się bestii. To one powinny się mnie bać. Przecież to ja na nie poluję. Prawda?
– Nic takiego nie powiedziałem. – Ifse uniósł dłonie w obronnym geście. – Po prostu coś tu śmierdzi. Ludzie znikają. Ci, którzy przeżyli, twierdzą, że widzieli demony o czerwonych ślepiach. Inni zarzekają się, że w nocy zaatakowały ich dzikie zwierzęta. Jeszcze inni myślą, że umarli ożywają i wciągają mężczyzn pod taflę wody. Może po prostu widzieli to, co chcieli ujrzeć? A może to kolejna bajka mająca przestraszyć podróżnych?
Elistr był zawiedziony. Miał dostać mrożącą krew w żyłach opowieść, a zamiast tego usłyszał zwykłą bajeczkę dla niegrzecznych dzieci.
– Magia nie istnieje. – Wstał od ogniska i zaczął szykować miejsce do spania. – Gdyby takie rzeczy miałyby być prawdziwe, już dawno temu byśmy o tym wiedzieli. Jeżeli to bóstwo jest takie silne, to dlaczego tylu podróżnych dociera do celu? Jakiś pijak opowiedział ci słabą bajeczkę i pewnie dostał za nią o jeden kufel piwa za dużo. I to przy założeniu, że nie kupiłeś mu więcej.
– Może masz rację. – Ifse uśmiechnął się szeroko i również wstał od ogniska. – Przed nami długa droga.
– Ustalmy warty, cobyśmy rano ruszyli w pełnym składzie. Ja mogem pierwszy. Kto chętny towarzyszyć? – zapytał Budness.
***
Krzyk towarzysza postawił wszystkich w stan gotowości. Elistr z mieczem w dłoni popędził w stronę miejsca zamieszania. Zaraz za nim biegli Ifse z Willbelem.
Budness wymachiwał toporem i warczał groźnie w kierunku pobliskich drzew.
Elistr niewiele widział w ciemności, dlatego zdziwił się, gdy stanął na czymś innym niż piasek. Pod stopami leżała bowiem ręka, oderwana lub odgryziona nieco powyżej łokcia. Rozejrzał się dokładniej, jego oczy powoli przyzwyczaiły się do mroku. Wszędzie widział krew i rozrzucone wnętrzności Gontura. Gdzieniegdzie leżały większe kawałki: tu ręka, tam noga. Ciało jeszcze nie ostygło, a owady zaczęły zlatywać się na ucztę.
– Zostawiłem go, polezłem lać. Wtedy to usłyszałem – powiedział wojownik. – Jak przylezłem, to już nie było co zbirać. Wielkie zwierzoki o czerwonych ślipiach rozerwały go na kawałki. Dwa. O takich paszczach, że hoho. Jedna bestia odgryzła mu łeb. Jak mnie obaczyły, to uciekły. Ło tamuj. – Wskazał jakiś ciemny punkt w oddali.
Cały ten czas Elistr obserwował Ifse, który wróżył myśliwemu taką właśnie śmierć. Widział na jego twarzy zaskoczenie, wiedział też, że spał tuż obok, gdy to się wydarzyło.
– Mówiłem wam – odezwał się Ifse, jak tylko trochę ochłonął. – Bóstwo wyczuło słabość w naszym towarzyszu i zgotowało mu los, którego tak się obawiał.
Elistr podszedł do Ifse i powiedział cicho:
– Stul dziób. Nie pomagasz.
– Zobaczcie. – Wlibell podszedł do pułapek zastawionych przez Gontura. – Ominęły je.
Elistr spojrzał z zaciekawieniem. Rzeczywiście, ślady po wielkich łapach świadczyły o tym, że bestie ominęły każdą pułapkę. Nawet linki, które ściągnięte miały wprawić w ruch metalowe obiekty i narobić hałasu. Samotrzaski leżały ukryte częściowo w piachu. Inne pułapki wciąż były ukryte pod śmierdzącą wodą. Wyglądały jak rozwarte szczęki metalowego potwora, czekającego na choćby kroplę krwi z pobliskiej masakry.
– Jakie zwierzę tak robi?
***
Niewiele spali. We trójkę przejęli wartę. Dali wypocząć Budnessowi, choć bardzo się przed tym opierał, twierdząc, że nie potrzebuje snu.
– Będziemy cię potrzebować w pełni sił wielkoludzie – powiedział Ifse, ostatecznie go tym przekonując.
Elistr zauważył, że nikt inny nie kwapił się do pogrzebania zmarłego. Nie miał odpowiednich narzędzi, dlatego za pomocą dłoni wykopał płytki grób i tam złożył szczątki Gontura.
Później podzielili między siebie przydatne rzeczy nieboszczyka i gdy tylko widoczność się poprawiła, ruszyli w dalszą drogę. Co jakiś czas słyszeli krzyki przypominające ludzkie oraz ciche szepty rozlegające się po okolicy.
Budness zaczął baczyć na każdy krok, jakby w obawie, że historia się wypełni i zginie jak Gontur. Ifse natomiast wciąż podsycał parszywy nastrój grupy. Opowiedział historię, wedle której tutejsze istoty rozrywają człowieka na części tak, żeby nie mógł uciec. Nieszczęśnik, niezdolny do poruszania się, ogląda z przerażeniem ucztę, w której sam jest daniem głównym.
Ilość wrzasków i dziwnych dźwięków przytłaczała. Elistr zaczął wierzyć, że tak bestie zwabiają swoje ofiary. Zastanawiające było to, jak ludzko te krzyki brzmiały. W jaki sposób musiały rozwinąć się tutejsze stworzenia, aby móc wydawać takie odgłosy? Brakowało tylko, aby zaczęły krzyczeć “pomocy”.
Dotarli do miejsca, gdzie wody było mniej. Przez chwilę szli nawet po suchym piasku. Zatrzymali się, aby odpocząć i zjeść.
Elistr wraz z Wibellem usiedli na powalonym drzewie. Elistr po raz kolejny ściągnął buty, aby oczyścić je ze szlamu, a Wibell obserwował bacznie okolicę.
Pozostała dwójka dołączyła do nich dopiero po chwili. Elistr widział, jak szeptali między sobą, a Ifse podał wielkoludowi jakąś paczuszkę. Wyglądało na to, że bajkopisarz parał się handlowaniem nielegalnymi substancjami. Takich jak on przechodziło tędy wielu – bagna ułatwiały przemyt. Wibell również zauważył, co się święci.
O łowcach nagród można było powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że brali. Dlatego Elistr był spokojny. Narkotyk w zachodnim królestwie służył głównie jako waluta pozwalająca dostać się do miejsc, które normalnie były zamknięte, albo wymiganie się od kłopotów.
Szli przez długi czas. Słońce zaczęło zbliżać się ku horyzontowi. Rozproszyli się tak, aby łatwiej znaleźć odpowiednie miejsce do obozowania. Mgła gęstniała z każdą chwilą.
Elistr natrafił na duży zbiornik z bulgoczącą wodą, pewnie pozostałość po ciepłych źródłach. Oddalił się od towarzyszy, przez chwilę zupełnie zniknęli we mgle. Musiał obejść zbiornik, aby kontynuować przeprawę. Nawet nie chciał myśleć, co może znajdować się pod taflą wody. Przeciskał się między gałęziami martwych drzew i brodził w błocie, aby za chwilę wejść na bardziej suchy kawałek terenu.
– Ratujta! Pomocy! – krzyknął Budness.
Elistr błyskawicznie zerwał się do biegu. Nic jeszcze nie widział, ale słyszał, skąd dochodzi wołanie o pomoc. Teren zmieniał się błyskawicznie. Jego stopy, przy każdym kroku zapadały się w suchy, jasny piasek. Przed nim zaczęła majaczyć sylwetka mężczyzny stojącego bezczynnie nad wojownikiem zakopanym po pas w ruchomych piaskach.
– Pomóż mu! – krzyknął Elistr.
Czyżby to Ifse?
Był tuż obok, gdy zorientował się, że to jednak Wibell. Towarzysz brutalnie zatrzymał go w miejscu.
– Co robisz? – wycedził przez zęby Elistr.
– Stój! Zaraz sam zginiesz. – Wskazał piasek. – Patrz.
Wyglądało na to, że wielkolud zaszedł w piach dość daleko, mógł się przewrócić. Jedno było pewne, gdyby Wibell go nie zatrzymał, Elistr wpadłby w niezłe tarapaty.
– Szybko, wyrzuć wszystko z torby, zwiążemy je i może w ten sposób go wyciągniemy.
W duchu podziękował za to, że Wibell go zatrzymał. Obaj zrzucił tobołki z pleców i wysypali zawartość. Topór byłby lepszym narzędziem do wyciągnięcia mężczyzny, ale już dawno zniknął pod ziemią.
– Chceta, żebym zdechł? – Wielkolud szarpał się, przez co jego sytuacja była coraz gorsza.
Wibell rzucił mu związane torby i położył się na piasku. Wojownik natychmiast chwycił swoją jedyną szansę na wygrzebanie się z kłopotów. Elistr trzymał Wibella za nogi i ciągnął z całych sił, ale tamten niebezpiecznie przesuwał się w stronę ruchomych piasków. Nie mieli wystarczająco siły, aby go uwolnić.
– Gdzie do cholery jest Ifse?!
– Mam linę! – Ifse pojawił się znikąd. Rzucił sznur w stronę wojownika. – Złap się tego.
– Ja pierd… – Głowa Budnessa była już pod piaskiem, jego włochate ręce złapały jednak linę.
We trójkę zaczęli ciągnąć z całych sił. Po chwili szorstki materiał rozciął dłonie Elistra, jednak ten się nie poddawał. Trzymał się nadziei, że dadzą radę. Wtedy właśnie lina pękła, a oni padli z impetem na plecy. Zanim ktokolwiek zdążył podnieść wzrok po wielkoludzie nie pozostał nawet ślad.
Elistr spojrzał na swoje zakrwawione dłonie; piekły go, jakby miały na sobie tysiące małych igiełek. Krople krwi powoli spadały na ziemię i mieszały się z piaskiem.
– Jakim cudem? – szepnął do siebie i złapał linę. Przyciągnął ją bliżej, spoglądając na miejsce, w którym pękła.
***
Zbliżała się noc. Trzeba było przygotować obóz.
– Co o tym sądzisz? – zapytał Elistr, zerkając, czy Ifse odszedł wystarczająco daleko.
– Niepotrzebna śmierć – odparł ponuro Wibell, nie przerywając pracy.
Gdy buchnął ogień, Elistr dołożył kilka gałązek.
– Myśliwy obawia się dzikich stworzeń – drążył dalej temat – następnego dnia ginie, rozszarpany na strzępy. Łowca nagród kpi z ludzi, co nie patrzą pod nogi. – Elistr przełknął głośno ślinę. – Potem sam wpada w ruchome piaski. Do tego Ifse opowiada historyjkę o tym, jak każdy ginie na swój sposób.
– Magia nie istnieje – odpowiedział Wibell. – Może i myśliwy bał się bestii, a łowca nagród bez przerwy patrzył pod nogi, ale nie dowodzi to prawdziwości historii Ifse o jakimś magicznym bóstwie.
– No właśnie! Jego historii… – zamilkł, widząc, że towarzysz zmierza w ich kierunku.
Ifse rzucił kilka mokrych konarów i spojrzał spode łba. Nie odezwał się ani słowem. Prychnął tylko na niewielki stos gałęzi i odszedł powoli.
– Właśnie o jego historię chodzi – podjął temat Elistr, gdy tamten znów się oddalił. – Nigdy wcześniej jej nie słyszałem.
– Nic dziwnego. Takich bajek jest mnóstwo.
– Sam powiedziałeś, magia nie istnieje. Dlatego mam racjonalne wytłumaczenie tego bałaganu.
Wibell przerwał pracę i spojrzał na niego z zaciekawieniem. Oparł się o duże, suche drzewo, przy którym rozstawili obóz.
– Słucham.
– Ifse opowiada bajkę o magii i strachu. Ludzie giną tak, jak sobie wywróżyli. Zakładamy, że magia nie istnieje. Co nam to daje? – zapytał retorycznie. – Jedynym wytłumaczeniem jest to, że autor bajki jest odpowiedzialny za morderstwa. Zastanów się nad tym. Może nie zwróciłeś uwagi, ale te pułapki Gontura były na tyle zmyślne, że niejeden człowiek miałby problem z ich ominięciem. Wczoraj nie skojarzyłem faktów, ale to Ifse skończył wcześniej zbierać drwa i zaoferował pomoc Gonturowi. Nasz bajkopisarz pomagał w ich rozłożeniu. Stwory omijają pułapki? Przecież nie ma stworzeń tak inteligentnych! On mógł maczać we wszystkim palce.
– Nie rozumiem, jak miałby przeprowadzić dzikie zwierzęta koło pułapek, ani po co właściwie miałby to robić. No i skąd mógł wiedzieć, że stworzenia zaatakują tylko myśliwego? Sam poszedł spać, a co jakby zjadły ofiarę i zdrajcę? Równie dobrze mogłyby rozszarpać nas wszystkich.
Elistr zastanowił się chwilę nad słowami towarzysza. Tamten miał rację, wszystko to było grubymi nićmi szyte.
– To nieważne. Mógł nawet wsadzić łowcy kawał krwistego steku do kieszeni jako przynętę – powiedział Elistr. Irytował go fakt, że rozmowa nie idzie po jego myśli. – Dobra, ale to nie wszystko. Widzieliśmy na własne oczy, jak handlował jakimś świństwem z Budnessem. Naraził nas w ten sposób na niebezpieczeństwo. Załóżmy nawet, że wpadka wojownika to przypadek. Ciekawe jest to, że nasz kochany bajkopisarz pojawił się w ostatnim momencie z liną. Gdzie do cholery siedział wcześniej? Chował się jak jakiś pijak w kurwidołku i czekał na rozwój sytuacji? No i dał nam linę, tyle że trefną.
– Nie mógł przewidzieć, że…
– Mógł, jeżeli sam ją naciął. Trzymaj. – Elistr podał mu mały skrawek liny.
Na twarzy Wibella pojawiło się zrozumienie.
– Była nacięta. Przygotował ją wcześniej. – Wibell przyjrzał się dokładnie sznurowi. – Wiedział, że pęknie.
– Może nie wszystkie okoliczności są jasne, ale faktem jest to, że zabił Budnessa.
– To prawda – powiedział z namysłem Wibell.
– Do tej pory nie podziękowałem ci za uratowanie mi życia. Wpadłbym pod ziemię, gdybyś mnie nie zatrzymał.
– Nie ma sprawy. To samo zrobiłbyś dla mnie. – Uśmiechnął się Wibell. – Co do naszego zdrajcy. Musimy zakończyć to dziś. Budness może nie grzeszył rozumem, ale nie zasłużył na taki los.
– Już wszystko. – Ifse pojawił się tuż obok nich. – Jak idzie wam z ogniem?
Wibell spojrzał na Elistra porozumiewawczo. Zupełnie jakby chciał powiedzieć: “zaufaj mi”.
***
Dzięki całemu zdarzeniu Elistr polubił Wibella. Tamten zdradził mu nawet, że jest Baleitą. Baleici, ze względu na swoje rytuały, byli znienawidzeni w społeczeństwie. Nie robili krzywdy ludziom, jednak jedzenie surowych, padłych na trasie zwierząt, stanowiło jeden z dziwniejszych obrzędów. W ten sposób oddawali szacunek naturze.
Wszyscy zasiedli do ogniska. Do Elistra zaczęło docierać to, że stawali się coraz łatwiejszym celem. Każdy miał swoje pakunki do zabrania, a należało również podzielić między siebie niezbędne do przeżycia rzeczy od wojownika. Pułapek Gontura mieli zamiar się pozbyć. Jeszcze rano ruszali niepotrzebnie zabierając prawie wszystko, lecz każda dodatkowa rzecz tylko opóźniała ich marsz.
Zostało ich trzech. Do świtu, ustalili z Wibellem, że dotrwają tylko we dwóch. Elistr stanowczo odmówił propozycji, aby pozbyć się problemu pod osłoną nocy w niehonorowy sposób. Nawet jeżeli mieli związać zdrajcę za pomocą podstępu i uniknąć walki, było to o wiele lepsze rozwiązanie niż podcięcie gardła podczas snu.
– Przepraszam was – zaczął Ifse. – Gdybym wiedział, że życie naszych towarzyszy skończy się w ten sposób, nigdy nie opowiedziałbym tej historii. – Odgarnął brudne włosy sprzed oczu i podniósł głowę. – Chciałem was za to przeprosić i zapewnić, że nie miałem nic wspólnego z ich śmiercią, choć wiem, że tak może się wydawać.
– Po cholerę dałeś Budnessowi to świństwo? – Elistr postanowił, że najpierw trochę przyciśnie zdrajcę, żeby potem mu wybaczyć. Dzięki temu nie będzie spodziewał się ataku. – Masz go na sumieniu.
– Nie spodziewałem się takiego obrotu spraw. Twierdził, że potrzebuje towaru do przekupienia zbrojnych w Ladun.
Elistr mógłby mu nawet uwierzyć, gdyby nie nacięta lina.
– Co się stało, to się nie odstanie – rzekł pojednawczo Wibell. – Musimy radzić sobie we trójkę. Jako drużyna mamy większe szanse.
– Może moja opowieść jest prawdziwa? – zaczął Ifse. – Co jeżeli dzieje się tu coś dziwnego… magicznego? Co jeżeli to wszystko jest prawdą? Ktoś spogląda na nas z góry i bawi się jak marionetkami? Odcina sznurki, a my upadamy.
– Nie bądź śmieszny – prychnął Elistr.
Wibell wykonał ruch. Wyciągnął sztylet i zaczął obracać go w dłoniach.
– Udowodnię ci, że to są tylko zabobony – powiedział idąc powoli w kierunku Ifse. – Boję się śmierci. Boję się, że zanim do ciebie dotrę, przewrócę się i nadzieję na własny sztylet.
Elistr musiał przyznać, że pomysł towarzysza był genialny. Nie wzbudzając podejrzeń, mógł bez problemu zbliżyć się do zdrajcy, i to z wyciągniętym orężem. Elistr ziewnął udając, że to go nudzi.
– Róbcie, co chcecie, ja idę spać. – Wstał i otrzepał spodnie. Dzięki pozycji stojącej mógł szybciej ruszyć i pomóc towarzyszowi. – Bierzecie pierwszą wartę.
Wibell powoli zbliżał się do zdrajcy.
– Zostało raptem parę kroków do śmierci – powiedział do nic niespodziewającego się Ifse – Siedem. Sześć. Pięć. Cztery. Trzy…
Odliczanie nagle ustało. Wibell przewrócił się i jęknął cicho, zupełnie jakby życie z niego uchodziło.
Mężczyźni równocześnie ruszyli w stronę towarzysza. Ifse wyglądał, jakby chciał sprawdzić, co się stało i pomóc. Elistr po prostu z całej siły kopnął pochylającego się handlarza w twarz. Chwilę później poprawił drugim kopnięciem. Krew chlusnęła i zmieszała się z piachem. Ifse stracił przytomność.
– Wstawaj. Załatwiliśmy go – powiedział zbliżając się do leżącego Wibella. – Na początku myślałem, że rzeczywiście się nadziałeś, ale twój plan… genialny. Szkoda, że nie widziałeś jego miny.
Wibell jednak nie wstawał.
Zaniepokojony mężczyzna obrócił go na plecy.
– Cholera!
Z piersi leżącego wystawał sztylet. Krew obficie wypływała z rany oraz ust.
– M-masz szansę… – wykrztusił umierający.
– Nie mogę cię tak zostawić – powiedział Elistr, lecz wiedział, że Wibell był skazany na śmierć. Jeżeli przeczeka noc tutaj, a rano ruszy bez zbędnego balastu, to powinien mieć szansę na przejście bagien przed zmrokiem.
– Z-ostaw mnie.
Wibell wyzionął ducha. Jego słowa stanowiły również ostatnią wolę. Baleici nie wierzyli w pochówek w ziemi. Pożerali surowe zwierzęta – tak samo chcieli, aby ich ciała wystawiano w jaskiniach. To z kolei kończyło się rozszarpaniem przez dzikie zwierzęta. Na samą myśl o takim losie Elistrowi robiło się niedobrze. Postanowił jednak uszanować ten zwyczaj. Upewnił się tylko czy rzeczywiście jest już martwy, kładąc mu rękę na piersi.
Okoliczności, w jakich zginął towarzysz, dały mu wiele do myślenia. Niemożliwe, żeby doświadczony w walce wojownik zginął nadziany na własny sztylet. Czarna magia czy ślepy los; Elistr nie chciał się o tym przekonywać. Postanowił, że nie dopuści do tego, żeby jego więzień odzyskał przytomność. Przywiązał go do drzewa, unieruchomił dłonie i zakneblował usta. Na głowę naciągnął szmatę. Nie wiedział, jak działa magia, ale zdrajca na pewno nie wykona żadnego skomplikowanego gestu dłonią ani nie wypowie zaklęcia.
Wszystko było gotowe. Usiadł i rozpoczął swoją wartę. Siedzenie obok nieboszczyka i zdrajcy nie należało do najprzyjemniejszych. Mężczyzna pocieszał się faktem, że miała to być tylko jedna noc.
***
Całą noc Elistr siedział i słuchał wrzasków dochodzących z ciemności. Wielokrotnie wstawał z wyciągniętym w gotowości mieczem. Wysuszony teren pozwolił mu wreszcie na zajęcie się swoim strojem. Przez ten czas zupełnie zapomniał, jak to jest chodzić w suchych butach.
Potwornie niewyspany, rozejrzał się po krajobrazie wyglądającym jak zamglona plaża. Gdyby nie groźnie wyglądające, suche drzewo na samym środku obozowiska, mógłby pomyśleć, że bagna skończyły się już na dobre. Czekał go jednak jeszcze pełny dzień marszu po błocie i wodzie.
Miał dużo czasu na rozmyślanie i wiedział dokładnie, co zrobić ze zdrajcą. Ocucił Ifse. Chlusnął mu prosto w twarz wodą.
– Budź się. Nie mam czasu na zabawy – krzyknął kopiąc więźnia w żebra i ściągając szmatę z głowy.
Mężczyzna zmrużył oczy i powoli podniósł głowę. Spojrzał na niego wściekle.
– Zastanawiałem się co, z tobą zrobić. Zabić? – Elistr kroczył powoli, udawał, że się zastanawia. – Nie chcę tego robić. Równocześnie nie mogę pozwolić na to, abyś dalej za mną szedł. – Wyciągnął miecz z pochwy i zbliżył się do związanego. – Najchętniej kazałbym ci iść w przeciwnym kierunku. Sam jednak rozumiesz, że nie mogę ryzykować.
Z całej siły dźgnął mieczem, przebijając stopę mężczyzny. Krew chlusnęła i zmieszała się z piaskiem. Jakaś niezrozumiała wiązanka przekleństw poleciała w jego kierunku, całe szczęście ze względu na knebel nie musiał tego słuchać. Obszedł więźnia i machnął mieczem w stronę związanych z tyłu rąk. Dwa odcięte palce upadły na ziemię.
– Teraz mnie nie dogonisz, ani nie pokonasz w walce, nawet gdybyś oswobodził się z więzów – stwierdził z zadowoleniem. – Zostawiam wszystkie rzeczy i idę. Mam zamiar pokonać bagna jeszcze przed zmrokiem. Co do mojej śmierci. – Spojrzał uważnie na więźnia. – Nie jestem przesądny, ale zachowam przemyślenia dla siebie. Jednak najbardziej obawiam się, że zabiję ostatniego towarzysza, który pozostał ze mną na bagnach. Mam nadzieję, że tu zdechniesz.
Elistr ruszył w dalszą drogę. Już po krótkim marszu, dotarł na grząskie i mokre tereny. Bagna dały mu o sobie zapomnieć tylko na chwilę. Dnia wciąż ubywało, a szlak sprawiał trudności. Jeżeli miał zdążyć, nie mógł zatrzymywać się na postój.
***
Zostawiony na śmierć Ifse poczuł, że dalsze szarpanie na nic się nie zda. Kałuża krwi powiększała się z każdą chwilą. Ból towarzyszył nieustannie.
Spojrzał z żalem na leżące nieopodal ciało Wibella i zapłakał. Od zawsze miał za długi język, lubował się w straszeniu opowieściami. Nie wiedział, że ta okaże się prawdziwa.
Usłyszał cichy jęk.
– Cholera – wycedził przez zęby Wibell.
Ifse nabrał nagle nadziei, że wszystko skończy się dobrze. Zaczął hałasować i krzyczeć tyle, na ile pozwalał mu na to knebel.
Wibell ocknął się i podjął nieudaną próbę wstania z piachu zmieszanego z jego własną krwią. Rozejrzał się dookoła i spostrzegł towarzysza. Zaczął się powolny proces, mężczyzna wyciągnął sztylet ze swojego ciała. Minęła chwila, zanim ponownie spróbował się podnieść, tym razem z sukcesem.
– Wdepnęliśmy w niezłe gówno nie? – zapytał, zdejmując mu knebel z ust. Zanim zdążył go jednak rozwiązać, padł zmęczony na ziemię. – Daj mi chwilę.
– Dziękuję! – krzyknął Ifse. Ponownie mógł mówić. Machnął głową, żeby odrzucić włosy wchodzące do oczu. – Ja naprawdę nie miałem z tym nic wspólnego. To była tylko głupia historia, a tamtemu odbiło zupełnie. Okaleczył mnie i związał. Nie wiem, jak to wszystko się stało.
– Wierzę ci – powiedział Wibel.
Mimo bólu, który czuł ze względu na rany, Ifse ulżyło. Odetchnął głęboko.
– Wierzę ci, bo to moja sprawka – zaśmiał się, lecz zaraz jęknął z bólu. – Żebyś widział teraz swoją minę.
Ifse nie wiedział, czy to miał być żart. Spojrzał badawczo na rannego towarzysza.
– Odwiąż mnie, proszę.
– Pamiętasz tę swoją historyjkę z początku naszej wyprawy? Tubylcy zmienili las w bagno, dlatego że ludzie są źli? Pozwól, że opowiem trochę inną wersję tej historii – zaproponował Wibell, siadając tak, aby widzieć związanego. – Zacznijmy od tego, że żadne bóstwo nie istnieje. Radziliśmy sobie doskonale bez takich bzdur. Żyliśmy tutaj, w krainie dobrobytu. Życie było piękne, dopóki nie pojawili się ludzie. Plądrowali, gwałcili i… nie wiem, robili wszystko to, co zawsze robicie. W pewnym momencie rzeczywiście zmieniliśmy las w bagno. Sami mieliśmy wtedy wystarczająco dużo magii, aby tego dokonać. Zniszczyliśmy to, na co tak ciężko pracowaliśmy, dla zemsty. Jak my nie będziemy tego mieli, to wy też nie. – Uśmiechnął się, jakby przypomniał sobie coś zabawnego. Przycisnął dłoń do rany, przez chwilę wyglądał na zdezorientowanego. – O czym to ja? Mniejsza o stare dzieje, porozmawiajmy o tym, co wydarzyło się teraz. Myśliwy bał się zwierząt, a ty opowiedziałeś tę swoją bajkę o zabijaniu strachem. No to wysłałem kilka swoich zwierzątek, żeby załatwiły sprawę. Są dobrze wyszkolone. Musiałem im tylko wskazać kierunek.
– Jesteś szalony – odezwał się Ifse.
Wibell spojrzał na niego i sparaliżował go wzrokiem.
Ifse nie mógł złapać oddechu, zaczął się krztusić. Kaszlnął, a z jego ust wypłynęła strużka krwi. Czy rzeczywiście mężczyzna mógł władać magią?
– Niegrzecznie jest przerywać – powiedział spokojnie Wibell. – Zwłaszcza że to ty jesteś mordercą! Zgadza się! Wielkiego, głupiego wojownika zabiłeś ty sam! Dałeś mu jakieś świństwo, które brali wasi żołnierze przed gwałceniem naszych kobiet. Tępak sam wpadł w dziurę. Potem oczywiście podałeś nam naciętą linę. Elistr sam mi ją przyniósł i pokazał.
– Co!? Nic takiego nie zrobiłem.
– Racja, pomyliło mi się. To ja naciąłem linę i zadbałem o to, żeby nasz towarzysz to zauważył. Choć nie wiem, jak miałbym naciąć twoją linę? Przecież wszyscy tam byliście. Na pewno coś byście zauważyli – powiedział Wibell i machnął gwałtownie dłonią.
Ifse poczuł ból w klatce piersiowej. Jego skórzana zbroja została w magiczny sposób rozcięta. Krew zaczęła powoli wypływać ze świeżej rany.
– Zresztą, o Elistra też się nie martw. Moi na pewno już się nim zajęli.
Wibell podniósł się z ziemi. Wyglądało, jakby nabrał sił i znów mógł się poruszać.
Ifse spojrzał z niedowierzaniem na mężczyznę.
– Nadziałeś się na własny sztylet? Jesteś szalony.
– Bez obaw. Zregeneruję się bardzo szybko, mam to po rodzicach. Od tego leżenia bez ruchu, już zaczęły boleć mnie plecy. Szkoda, że musiałem tak długo udawać martwego. Czego się nie robi dla dobrego przedstawienia? – zaśmiał się głośno.
– Zrobiłeś to dla zabawy?
– Dla zemsty! Przecież ci mówiłem. Jest jednak w tym trochę racji. Nie mamy nic lepszego do roboty na bagnach. W twojej historii zobaczyłem potencjał. Normalnie podcinam wszystkie gardła już pierwszej nocy.
– Ci ludzie nic ci nie zrobili!
– Wszyscy ludzie są tak samo źli. Nie robię żadnych wyjątków – odpowiedział Wibell. – Wracając jednak do przedstawienia, dostarczyliście mi dużo rozrywki. Całe szczęście, zaplanowałem wszystko dobrze, powiedziałem naszemu towarzyszowi, że jestem Baleitą i zapamiętał to. Gdyby próbował mnie pochować to przedstawienie nie udałoby się. Ogólnie dobrze, że żyjesz, dzięki temu mogę oglądać teraz twoją minę. Cieszę się jeszcze z jednego powodu. Zastanawiałeś się, czemu część osób przechodzi przez nasze bagna, a inni giną?
– Nie wiem. Powiedz mi – odrzekł Ifse, czując zbliżający się koniec.
– Mamy całe społeczeństwo. Hodujemy zwierzęta, które was zabijają, wnikamy w wasze szeregi, nie tylko na bagnach, ale i w miastach. To, co szykujemy dla twojego ukochanego królestwa jest zupełnie inną kwestią – powiedział z dumą. – Szkoda, że nie zobaczysz jak płoną. Jednak wracając do tematu. Żyjecie i przechodzicie cali, bo po prostu wam na to pozwalamy. Ci, co natrafiają na nasz lud, muszą zginąć. Moglibyśmy zabić was wszystkich, ale wtedy pewnie przestalibyście korzystać z tej drogi. Nasz lud byłby wtedy bardzo smutny i głodny. Bo widzisz – zbliżył się do niego na wyciągnięcie ręki – nie ma tu wystarczająco dużo zwierzyny, aby wykarmić nas wszystkich. Dlatego zwierzyna przychodzi do nas z zewnątrz. Dawno nie miałem w ustach czegoś tak świeżego.