- Opowiadanie: Rearnakedbite - Szewczyk Dratewka

Szewczyk Dratewka

Cześć i czo­łem wszyst­kim. Pre­zen­tu­ję al­ter­na­tyw­ną wer­sję zna­nej wszyst­kim le­gen­dy o tym, jak szew­czyk Dra­tew­ka po­ko­nał smoka. Życzę mi­łe­go czy­ta­nia.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Szewczyk Dratewka

Król Krak sie­dział za­sę­pio­ny na bo­ga­to zdo­bio­nym tro­nie. Na zmia­nę to pod­krę­cał wąsa, to po­szar­py­wał brodę, nie wie­dząc co po­cząć z prze­klę­tym smo­kiem, który od dłuż­sze­go czasu po­ry­wał krowy, owce oraz kozy, sie­jąc po­strach wśród po­spól­stwa i nie tylko. Ostat­ni ry­cerz, który od­wa­żył się wejść do ja­ski­ni be­stii, zgi­nął wyjąc tak prze­raź­li­wie, że od mie­się­cy nikt wię­cej nie zgła­szał się z chę­cią rzu­ce­nia mu wy­zwa­nia. Nie po­mo­gła ofer­ta ręki księż­nicz­ki, a po­ło­wy kró­le­stwa król wciąż jesz­cze nie był gotów się po­zby­wać. Przy­naj­mniej, do­pó­ki osta­ły się ja­kieś zwie­rzę­ta, które po­two­ro­wi trze­ba było raz w ty­go­dniu pod­rzu­cać, by sam nie wy­szedł na więk­sze po­lo­wa­nie.

– Panie mój, zgło­sił się do nas szew­czyk Dra­tew­ka z proś­bą o au­dien­cję – za­anon­so­wał ci­chym gło­sem Ra­do­mir, pierw­szy do­rad­ca króla, wcho­dząc do sali tro­no­wej. Ukło­nił się głę­bo­ko i cze­kał na re­ak­cję wład­cy.

– Jeśli nie zna spo­so­bu na po­zby­cie się tego po­two­ra, to niech nie za­wra­ca mi głowy! – huk­nął król po­iry­to­wa­nym gło­sem i chwy­cił głowę w obie dło­nie. – Przy­ślij mi tu me­dy­ka, łeb mi już pęka od my­śle­nia o tym zwie­rzę­ciu.

– Tak jest, mój panie. Już wzy­wam, ale ten szew­czyk twier­dzi, że wła­śnie smoka chce się po­zbyć – Ra­do­mir dodał ci­chym i spo­koj­nym gło­sem. Zer­k­nął przez ramię na sto­ją­ce­go przy wej­ściu do sali gońca i ski­nął głową, by ten pod­szedł do niego czym prę­dzej.

– Pędź po me­dy­ka, ma tu być na­tych­miast – szep­nął, gdy chło­pak się zbli­żył. Ten nie­zwłocz­nie pu­ścił się bie­giem zo­sta­wia­jąc do­rad­cę sa­me­go z wład­cą.

– Tak? I jak chce to zro­bić? Uszy­je mu nie­wy­god­ne buty?

Król się nie za­śmiał, lecz pa­trzył czuj­nym wzro­kiem na Ra­do­mi­ra.

– Tego nie wiem, mój panie. Chcia­łem go wy­gnać precz, ale tak na­le­gał, że nawet wzro­ku nie od­wró­cił, jak go żem chciał na odlew zdzie­lić za bez­czel­ność.

– Od­wa­gi mu nie bra­ku­je, ale ro­zu­mem chyba też nie grze­szy. Cóż robić. Niech wej­dzie. Może mnie za­sko­czy.

Pół go­dzi­ny póź­niej Krak stał przy oknie igno­ru­jąc me­dy­ka. Głowa prze­sta­ła go boleć, gdy usły­szał plan Dra­tew­ki. To mogło się udać. Zo­sta­ło mu tylko cze­kać na efek­ty pracy szew­czy­ka, które miały być wi­docz­ne już na­stęp­ne­go dnia.

Dra­tew­ka tym­cza­sem dziar­sko za­brał się do pracy i nad ranem udał się w stro­nę ja­ski­ni smoka, tar­ga­jąc na ple­cach wy­pcha­ne­go siar­ką do­rod­ne­go ba­ra­na. Zbli­żał się po­wo­li i wi­dział już wej­ście, gdy nagle przy akom­pa­nia­men­cie gło­śne­go grzmo­tu buch­nął z niego ogień tak po­tęż­ny, że na­tych­miast za­pa­li­ły się ro­sną­ce na­prze­ciw­ko dwa stare drze­wa. Huk wy­la­tu­ją­cych z ol­brzy­mią pręd­ko­ścią pło­mie­ni prze­stra­szył chło­pa­ka na tyle, że nie­sio­ny przez niego baran spadł mu z ple­ców. Po chwi­li ogień ze­lżał i hałas przy­po­mi­na­ją­cy od­głos wo­do­spa­du ścichł, aż w końcu za­nik­nął.

Dra­tew­ka prze­stał się trząść ze stra­chu, chwy­cił ba­ra­na i za­rzu­cił sobie znów na plecy, gotów pod­rzu­cić go tuż obok wej­ścia, po czym za­czął się ku niemu skra­dać. Krok po kroku, po­wo­li po­ru­szał się przed sie­bie, naj­ci­szej jak mógł.

– A ty co, chu­chro jedne, nawet zbroi nie masz? – Roz­legł się nagle grom­ki głos z ja­ski­ni.

Szew­czyk stru­chlał. Po chwi­li za­sta­na­wiał się, gdzie zrzu­cić cię­żar z ple­ców, by na­stęp­ny pokaz ognia w wy­ko­na­niu be­stii, nie spa­lił go przed zje­dze­niem.

– No chodź­że tu, krzyw­dy ci nie zro­bię. Widzę, że masz coś dla mnie? – Głos po raz ko­lej­ny się ode­zwał.

Szew­czyk pa­trzył w stro­nę ja­ski­ni, a po chwi­li wy­szedł z niej prze­dziw­nie ubra­ny cudak. Całe jego odzie­nie bły­ska­ło, od­bi­ja­jąc pro­mie­nie słoń­ca, jak woda w stru­my­ku. Sze­ro­ki, okrą­gły koł­nierz nie­spo­dzie­wa­ne­go tutaj go­ścia lśnił jak po­le­ro­wa­ny ry­cer­ski miecz.

– Ja, eee, ten, a pan to kto? – wy­du­kał za­sko­czo­ny Dra­tew­ka przy­glą­da­jąc się ob­li­czu swego roz­mów­cy. Zląkł się naraz, gdy roz­po­znał smo­cze łuski na twa­rzy cu­da­ka.

– Moje imię nic ci nie powie. Ale jeśli przy­by­łeś tu, by po­ko­nać smoka, to masz dzie­cia­ku szczę­ście. Mo­żesz wra­cać do króla i po­wie­dzieć mu, że już nie będę po­trze­bo­wał krów. Zna­czy się, że smo­ko­wi nie po­trzeb­ne są już krowy. Od­la­tu­ję stąd jesz­cze dziś. Cała chwa­ła za po­ko­na­nie go, na­le­ży się tobie.

– O, co to to nie. Ja je­stem może i bied­ny, ale ho­no­ro­wy. Muszę go zgła­dzić, to zgła­dzę. Tylko to tu zo­sta­wię i już sobie idę – od­parł dziel­nie Dra­tew­ka wska­zu­jąc na wy­pcha­ne ba­ra­nie tru­chło. – A panu me­dy­ka nie trze­ba? Trąd pana żre jakiś, czy co? – dodał za­nie­po­ko­jo­ny wy­glą­dem twa­rzy roz­mów­cy.

– Weź to gdzieś zakop i daj sobie spo­kój. Smoka już tu nie ma. No wy­ja­śnił­bym ci, ale za głupi je­steś, by to pojąć – stwier­dził cudak, pod­niósł rękę i pal­ca­mi odzia­ny­mi w błysz­czą­cą rę­ka­wi­cę za­czął ma­ni­pu­lo­wać przy rę­ka­wie.

– Ja, za głupi? A co to za świa­tła tam macie panie? – spy­tał szew­czyk, wi­dząc czer­wo­ny blask, jaki za­czął bić spod rę­ka­wi­cy dziw­nie wy­glą­da­ją­ce­go czło­wie­ka. Po­cząt­ko­wy strach prze­ro­dził się teraz w za­cie­ka­wie­nie.

– No masz ci los, cie­kaw­ski się jakiś zna­lazł. Mogę ci opo­wie­dzieć, ale i tak nie zro­zu­miesz, albo po­mie­sza ci się we łbie i osza­le­jesz. Odsuń się na bok.

Cudak po­now­nie po­maj­stro­wał przy rę­ka­wie, kolor bla­sku zmie­nił się z czer­wo­ne­go na zie­lo­ny, i znów z ja­ski­ni try­snął pę­dzą­cy wście­kle ogień. Po chwi­li zgasł rów­nie nagle jak się za­pa­lił.

– Chodź, sia­daj tu i słu­chaj. Nie wiem po co ci to mówię, może jesz­cze kie­dyś tu wró­ci­my, jak się tro­chę roz­wi­nie­cie? Wtedy wszy­scy, być może, do­wie­my się wię­cej o sobie na­wza­jem.

Nie­zna­jo­my za­pro­sił go ge­stem i usiadł na po­bli­skim gła­zie. Szew­czyk pod­szedł do cu­da­ka i usiadł za­fa­scy­no­wa­ny sze­lesz­czą­cym, gład­kim ma­te­ria­łem z ja­kie­go zro­bio­ne było jego odzie­nie oraz ta­blicz­ką ze świa­teł­ka­mi, którą teraz do­strzegł na jego rę­ka­wie.

– Parę mie­się­cy temu mój gwiezd­ny okręt miał awa­rię i roz­bił się tuż przed tą ja­ski­nią. Wio­złem na swoją pla­ne­tę, taką po­dob­ną jak ta, nowy okaz z wa­szej za­mierz­chłej prze­szło­ści, zdo­by­ty cudem na targu mniej wię­cej tam. – Nie­zna­jo­my wska­zał pal­cem na niebo, igno­ru­jąc kom­plet­nie coraz niżej opa­da­ją­cą szczę­kę szew­czy­ka i kon­ty­nu­ował. – Bydle się obu­dzi­ło z hi­ber­na­cji, a ko­mo­ra cze­ka­ła na kolej na­pra­wy. Czymś go mu­sia­łem kar­mić, po to mi były po­trzeb­ne krowy, ale wczo­raj au­to­ma­ty na­praw­cze przy­wró­ci­ły spraw­ność sil­ni­ków, a potem samej ko­mo­ry i uśpi­łem w końcu to zwie­rzę, tuż przed po­dró­żą. No, to w skró­cie tyle. Ogniem z ja­ski­ni się nie przej­muj, to był tylko test sil­ni­ków ra­kie­to­wych. A z resz­tą, po co ja się tru­dzę, jak ty nie wiesz co to jest sil­nik. No, na mnie już pora. Za­pa­mię­tam waszą pla­ne­tę. A teraz idź stąd i po­chwal się kró­lo­wi, jaki je­steś od­waż­ny. Acha, może nawet ci po­mo­gę. Be­stia tro­chę się rzu­ca­ła i na­gu­bi­ła łusek. Zbierz i pokaż two­je­mu wład­cy, że tyle ze smoka zo­sta­ło. Tam je po­rzu­ci­łem, za tą skałą. – Wska­zał na lewo od ja­ski­ni.

– To, ja, ale ja nic nie ro­zu­miem. Co to za mowa? Zna­czy, że smoka nie bę­dzie, ale…

– Słu­chaj młody, nie mam czasu na pier­do­ły. I tak już je­stem o parę mie­się­cy spóź­nio­ny. Zmy­kaj stąd – prze­rwał mu bez­ce­re­mo­nial­nie cudak i bez dal­sze­go słowa udał się do ja­ski­ni. Po chwi­li do­biegł z niej świst i coś świe­cą­ce­go ośle­pia­ją­cym bla­skiem wy­strze­li­ło z niej z ol­brzy­mią pręd­ko­ścią, unio­sło się ku niebu i w mgnie­niu oka od­le­cia­ło.

Dra­tew­ka sie­dział jesz­cze chwi­lę nie­wie­le z tego ro­zu­mie­jąc, po czym ze­brał się na od­wa­gę, pod­niósł pło­ną­cą nie­opo­dal gałąź sta­re­go drze­wa i uży­wa­jąc jej jak po­chod­ni wszedł do ja­ski­ni. We­wnątrz, im dalej się po­su­wał, tym gło­śniej sły­szał chra­pa­nie tak zwie­lo­krot­nio­ne, jakby bli­sko sie­bie spało naraz pół wio­ski. Szedł tak po­wo­li, aż do za­krę­tu, za któ­rym uj­rzał rzędy sie­dzą­cych pod ścia­na­mi ry­ce­rzy. Mu­sie­li to być chyba wszy­scy śmiał­ko­wie, jacy do tej pory po­ja­wi­li się, by ubić be­stię. Szew­czyk po­dra­pał się po gło­wie, szturch­nął naj­bliż­sze­go mu ry­ce­rza i spró­bo­wał go obu­dzić. Ten chrząk­nął tylko i spał dalej jak za­bi­ty. Chyba będę mu­siał opo­wie­dzieć wszyst­ko Ra­do­mi­ro­wi. Oby mnie tylko któ­ryś z tych śpią­cych wasz­mo­ściów nie ubiegł o rękę kró­lew­ny. Po­my­ślał, po czym wy­szedł z ja­ski­ni, prze­cią­gnął wy­pcha­ne­go ba­ra­na w po­bli­że pło­ną­ce­go drze­wa i dla pew­no­ści rzu­cił na niego pło­ną­cą gałąź. Szyb­ko ze­brał garść łusek i czym prę­dzej udał się wprost do zamku.

Koniec

Komentarze

Przede wszyst­kim wy­wa­lił­bym ten przy­dłu­gi wstęp, w któ­rym przed­sta­wiasz sy­tu­ację, wpro­wa­dzasz króla i jego do­rad­cę – jest to zu­peł­nie zbęd­ne, bo, jak sam za­uwa­żasz, wszy­scy znamy le­gen­dę.

Do­pra­co­wa­nia wy­ma­ga­ła­by rów­nież po­stać ko­smi­ty, któ­re­go mo­ty­wy są dość nie­ja­sne – naj­pierw sam zwra­ca się do Dra­tew­ki, pro­wo­ku­je sy­stu­ację, a potem pró­bu­je się z niej wy­mi­gać, w końcu opo­wia­da szew­co­wi wszyst­ko, choć sam wie, ze nie ma to naj­mniej­sze­go sensu, bo ten nic nie zro­zu­mie. No i jak na swego ro­dza­ju pa­ro­dię bra­ku­je w tym wszyst­kim ja­kiejś bły­sko­tli­wej po­in­ty. 

 

Żeby nie było, że tylko kry­ty­ku­ję – po­mysł jest cał­kiem przy­jem­ny, choć spo­dzie­wa­łem się ra­czej, że to ten ko­smi­ta jest smo­kiem, który nie po­że­ra krów tylko po­ry­wa je do celów ba­daw­czych :)

 

 

 

Dzię­ku­ję za ko­men­tarz. Za­no­tu­ję, prze­my­ślę i po­pra­wię w miarę moż­li­wo­ści :)

Na­ukow­cy to wszech­świat ba­da­ją­cy sam sie­bie.

Miś prze­czy­tał z za­cie­ka­wie­niem, co jesz­cze można wy­ci­snąć ze zna­nej wszyst­kim le­gen­dy. Twój po­mysł się spodo­bał, bo miś my­ślał, że ten cudak jest smo­kiem i za­sko­czy­łeś misia. Koń­co­wy po­śpiech Dra­tew­ki też uśmiech­nął.

Dzię­ki Misiu, cie­szę się, że się po­do­ba­ło :)

Na­ukow­cy to wszech­świat ba­da­ją­cy sam sie­bie.

Chyba od­na­la­złeś ry­ce­rzy pod Gie­won­tem.

A wła­śnie za­sta­na­wia­łam się czemu sobie autor po­my­lił ozna­cze­nie tek­stu;)

Bar­dzo przy­jem­nie na­pi­sa­ny szor­cik. 

"nie mam jak po­rów­nać sa­mo­po­czu­cia bez ba­ła­ga­nu..." - Anan­ke

Dzię­ku­ję. Cie­szę się, że nie stra­ci­łaś na nim czasu Am­bush :)

 

Na­ukow­cy to wszech­świat ba­da­ją­cy sam sie­bie.

Za­baw­ne i cie­ka­we, choć tro­chę jesz­cze warsz­tat ku­le­je. Masz tro­chę nie­zgrab­no­ści w tek­ście, ale ogól­nie to je­stem za­do­wo­lo­ny z lek­tu­ry, po­mysł na smo­ka-ra­kie­tę i ko­smi­tę kar­mią­ce­go ja­kie­goś kar­no­zau­ra, tar­ga­ne­go na inną pla­ne­tę w ce­lach ba­daw­czych, może nie jest mo­ty­wem świe­żym, jed­nak broni się w kon­tek­ście baśni o szew­czy­ku. Mam jed­nak wąt­pli­wo­ści co do łusek, bo duże mię­so­żer­ne ga­dzi­ny po­kro­ju Kar­no­tau­ra, Ty­ra­no­zau­ra, Al­lo­zau­ra czy Al­ber­to­zau­ra łusek nie miały, a za­miast tego twar­dą skórę. No, ale cał­kiem przy­jem­na to była lek­tu­ra :)

 

Po­zdra­wiam ser­decz­nie

Q

Known some call is air am

Cześć,

 

Ostat­ni ry­cerz, jaki od­wa­żył się wejść do ja­ski­ni be­stii, zgi­nął wyjąc tak prze­raź­li­wie, że od mie­się­cy nikt wię­cej nie zgła­szał się z chę­cią rzu­ce­nia zwie­rzę­ciu wy­zwa­nia.

Który

 

– Panie mój, zgło­sił się do nas szew­czyk Dra­tew­ka z proś­bą o au­dien­cję –za­anon­so­wał ci­chym gło­sem Ra­do­mir,

zje­dzo­na spa­cja przed za­anon­so­wał (pew­nie przez smoka)

 

pod­niósł pło­ną­cą nie­opo­dal gałąź pa­lą­ce­go się wciąż drze­wa

jedno okre­śle­nie do wy­rzu­ce­nia – albo nawet cała druga część zda­nia. 

 

Cał­kiem udany re­tel­lig, cho­ciaż z kil­ko­ma warsz­ta­to­wy­mi po­tknię­cia­mi, które jed­nak mocno nie za­bu­rzy­ły przy­jem­no­ści z czy­ta­nia ;) 

Cześć!

 

Po­mysł sam w sobie nie jest zły, ale mam wra­że­nie, że ten szor­cik wy­padł­by dużo le­piej bez po­wią­za­nia z hi­sto­rią o Dra­tew­ce. W obec­nej wer­sji po­do­bieństw jest za dużo, żeby ta fa­bu­ła wcią­gnę­ła. Głów­na róż­ni­ca spro­wa­dza się do roz­mo­wy z ko­smi­tą i wy­ja­śnie­nia czym jest smok. Po­wiem, że chęt­nie po­zna­ła­bym tę hi­sto­rię wła­śnie z per­spek­ty­wy tego ko­smi­ty, bo to mo­gło­by być cie­ka­we.

A więc stąd się wzię­li ry­ce­rze spod góry…

Outta Sewer, jak ze­chciał­byś wy­tknąć te nie­zgrab­no­ści, będę bar­dzo wdzięcz­ny :)

Old Guard – już po­pra­wiam. Dzię­ku­ję!

Na­ukow­cy to wszech­świat ba­da­ją­cy sam sie­bie.

Masz tego tro­chę, a ja nie bar­dzo mam czas, żeby wszyst­ko punk­to­wać, jed­nak podam Ci kilka przy­kła­dów, żeby nie być go­ło­słow­nym :)

 

Król Krak sie­dział za­sę­pio­ny na swym bo­ga­to zdo­bio­nym tro­nie.

Usu­waj za­im­ki oso­bo­we gdzie się da. To zda­nie też le­piej brzmia­ło­by, gdyby prze­sta­wić szyk → Za­sę­pio­ny Krak sie­dział na bo­ga­to zdo­bio­nym tro­nie.

 

Ostat­ni ry­cerz, który od­wa­żył się wejść do ja­ski­ni be­stii, zgi­nął wyjąc tak prze­raź­li­wie, że od mie­się­cy nikt wię­cej nie zgła­szał się z chę­cią rzu­ce­nia zwie­rzę­ciu wy­zwa­nia. Nie po­mo­gła ofer­ta ręki księż­nicz­ki, a po­ło­wy kró­le­stwa Król wciąż jesz­cze nie był gotów się po­zby­wać. Przy­naj­mniej, do­pó­ki osta­ły się ja­kieś zwie­rzę­ta, które po­two­ro­wi trze­ba było raz w ty­go­dniu pod­rzu­cać, by sam nie wy­szedł na więk­sze po­lo­wa­nie.

Pro­ble­mem jest to, że uży­wasz jako jed­ne­go z sy­no­ni­mów do smoka słowa “zwie­rzę”. A w ko­lej­nym zda­niu pi­szesz o zwie­rzę­tach, które trze­ba pod­rzu­cać smo­ko­wi, a to wpro­wa­dza chaos. Wy­kre­ślo­ne usu­nął­bym, w szcze­gól­no­ści to “jesz­cze” po sło­wie “wciąż”. Ko­lej­na rzecz to “Nie po­mo­gła ofer­ta ręki księż­nicz­ki”, co jest za­baw­ne, bo wy­cho­dzi na to, że ręka księż­nicz­ki zło­zy­ła jakąś ofer­tę. Po­wi­nie­neś ra­czej na­pi­sać “nie po­mo­gła ofer­ta w po­sta­ci ręki księż­nicz­ki”.

 

– Tak jest, mój panie. Już wzy­wam, ale ten szew­czyk twier­dzi, że wła­śnie smoka chce się po­zbyć – Ra­do­mir dodał ci­chym i spo­koj­nym gło­sem. Zer­k­nął przez ramię w stro­nę sto­ją­ce­go przy wej­ściu do sali gońca i ski­nął głową, by ten pod­szedł do niego czym prę­dzej.

– Pędź po me­dy­ka, ma tu być na­tych­miast – po­le­cił mu ci­chym gło­sem, gdy chło­pak się zbli­żył.

Co ten Ra­do­mir taki cichy? “W stro­nę” za­mień na “na” – po co kom­pli­ko­wać?

 

No i jesz­cze tro­chę dalej jest tego kilka. Mu­sisz przej­rzeć opo­wia­da­nie pod tym kątem :)

Known some call is air am

Tak jak moi przed­mów­cy wska­za­li – po­ja­wia się kilka po­wtó­rzeń i in­nych uste­rek, które jed­nak nie upo­śle­dza­ły tek­stu aż tak bar­dzo, żeby nie czy­ta­ło się go płyn­nie.

Cie­ka­wa re­in­ter­pre­ta­cja słyn­nej bajki!

 

Po­zdra­wiam!

Qu­idqu­id La­ti­ne dic­tum sit, altum vi­de­tur.

Dzię­ku­ję po sto­kroć :)

Na­ukow­cy to wszech­świat ba­da­ją­cy sam sie­bie.

Hi­sto­rię szew­czy­ka Dra­tew­ki i smoka, znaną i po wie­lo­kroć opi­sy­wa­ną, wzbo­ga­ci­łeś po­sta­cią ko­smi­ty, co za­sko­czy­ło za­rów­no Dra­tew­kę jak i mnie. ;)

Wy­ko­na­nie po­zo­sta­wia sporo do ży­cze­nia.

 

a po­ło­wy kró­le­stwa Król wciąż… → Dla­cze­go wiel­ka li­te­ra?

 

za­rzu­cił sobie znów na plecy, gotów pod­rzu­cić go… → Nie brzmi to naj­le­piej. Zbęd­ny za­imek.

 

Krok po kroku, po­wo­li po­ru­szał się przed sie­bie… → Zbęd­ne do­po­wie­dze­nie, czy­tel­nik wiek, że szew­czyk się nie cofał.

 

ta­blicz­ką ze świa­teł­ka­mi, jaką teraz do­strzegł na jego rę­ka­wie. → …ta­blicz­ką ze świa­teł­ka­mi, którą teraz do­strzegł na jego rę­ka­wie.

 

Wio­złem na swoją pla­ne­tę, taką po­dob­ną jak ta→ Wio­złem na swoją pla­ne­tę, taką po­dob­ną do tej

Coś jest po­dob­ne do cze­goś, nie jak coś.

 

A z resz­tą, po co ja się tru­dzę… → A zresz­tą, po co ja się tru­dzę

 

i coś świę­cą­ce­go ośle­pia­ją­cym bla­skiem… → Li­te­rów­ka.

 

jakby bli­sko sie­bie spało na raz pół wio­ski. → …jakby bli­sko sie­bie spało naraz pół wio­ski.

 

Oby mnie tylko ci śpią­cy wasz­mo­ścio­wie nie ubie­gli o rękę kró­lew­ny.Oby mnie tylko któ­ryś z tych śpią­cy wasz­mo­ściów nie ubie­gł w do­sta­niu ręki kró­lew­ny.

Wszy­scy nie mogli go ubiec, rękę kró­lew­ny mógł do­stać tylko jeden.

Gdyby ci, któ­rzy źle o mnie myślą, wie­dzie­li co ja o nich myślę, my­śle­li­by o mnie jesz­cze go­rzej.

Dzię­ku­ję ser­decz­nie za ko­men­tarz Re­gu­la­to­rzy, jak za­wsze cenne uwagi!

Na­ukow­cy to wszech­świat ba­da­ją­cy sam sie­bie.

Bar­dzo pro­szę, Re­ar­na­ked­bi­te, miło mi, że mo­głam się przy­dać. ;)

Gdyby ci, któ­rzy źle o mnie myślą, wie­dzie­li co ja o nich myślę, my­śle­li­by o mnie jesz­cze go­rzej.

Uśmiech­nę­ło mi się. Fajny po­mysł na od­świe­że­nie sta­rej le­gen­dy :) Gdy­byś jesz­cze ba­bol­ki po­pra­wił, do­stał­byś klicz­ka.

Chcia­ła­bym w końcu prze­czy­tać coś opty­mi­stycz­ne­go!

Sym­pa­tycz­nie wy­pa­dło po­że­nie­nie Dra­tew­ki z SF. Tylko wiel­kie wy­ja­śnie­nie ko­smi­ty tro­chę sztucz­ne – ani roz­mów­ca nie zro­zu­mie, ani sensu to nie ma… Ale uza­sad­nie­nie ognia bu­cha­ją­ce­go z ja­ski­ni miod­ne.

Ostat­ni ry­cerz, który od­wa­żył się wejść do ja­ski­ni be­stii, zgi­nął wyjąc tak prze­raź­li­wie, że od mie­się­cy nikt wię­cej nie zgła­szał się z chę­cią rzu­ce­nia mu wy­zwa­nia.

Do kogo od­no­si się "mu" pod ko­niec zda­nia i dla­cze­go do ry­ce­rza?

Bab­ska lo­gi­ka rzą­dzi!

Nowa Fantastyka