- Opowiadanie: grymir - Czort i gadzina

Czort i gadzina

Autorze! To opowiadanie ma status archiwalnego tekstu ze starej strony. Aby przywrócić go do głównego spisu, wystarczy dokonać edycji. Do tego czasu możliwość komentowania będzie wyłączona.

Oceny

Czort i gadzina

Trzeba przyznać, że Rysiek to gadzina, jednakże gadzina pierwszej klasy, niemalże magiczna gadzina. Pamiętam jak się święcie o tym przekonałem, kiedy zeszłej jesieni objawił mi się ten aspekt Ryśka osobowości. Od tej pory miewam koszmary od nowa i od nowa odgrywające sceny z tamtego dnia. Za każdym razem budząc się z tego tremendum obiecuje sobie, że winowajca kiedyś mi za to zapłaci. Niestety zazwyczaj kończy się na jednym postawionym Harnasiu albo jeszcze tańszym trunku. Rysiek nie jest rozrzutnym człowiekiem.

Co się działo owego listopada, trudno będzie opowiedzieć. Pamiętam, umówiłem się z Ryśkiem na spotkanie u pewnej staruszki, zapalonej piromanki. Owa kobieta, przez cały rok gromadziła zapasy na zimę. Robiła to tak skrupulatnie, że na moje oko, z całym tym zapasem drewna opałowego mogłaby żyć ciepło nawet z nastaniem zlodowacenia. Mimo wszystko sympatyczna to była osoba i obaj z Ryśkiem bardzo ją lubiliśmy. Zwykliśmy przesiadywać u niej godzinami przy kawie i słuchaniu powtarzanych po raz setny opowieści. Bardziej niż ich treści przysłuchiwaliśmy się rytmowi opowiadania…

Był właśnie pierwszy listopada i całe zdążające na cmentarz stworzenie zakorkowało ulice na tyle skutecznie, że myśli o dotarciu na miejsce o czasie już dawno przestały mnie zajmować. Już tylko tępo wpatrywałem się w szybę autobusu, którym jechałem. Rysiek, kiedy do niego zadzwoniłem był już oczywiście na miejscu i pomiędzy jednym a drugim łykiem kawy, tłumaczeniem staruszce, kto dzwoni oraz wprowadzaniem nieświadomą kobietę w świat telefonii komórkowej powiedział mi, że nie ma sprawy i z przyjemnością poczeka. Dodał złośliwie, że nie muszę się spieszyć. Jechałem pogrążony w ponurych rozmyślaniach nad karą śmierci dla ludzi hamujących ruch drogowy, niosących w swoich reklamówkach nieprzebrane zasoby zniczy, zapychających środki komunikacji miejskiej tymi zapasami czyli wszystkich, którzy byli akurat w polu mojego widzenia. Wszystko jednak ma swój koniec, i ja więc dojechałem na właściwy przystanek autobusowy.

Wysiadłem i od razu poczułem, że świat jest piękniejszy. Miałem do przejścia jeszcze ze sto metrów, była to bowiem, mimo niedalekiej odległości od centrum miasta, dosyć odludna okolica. Jak to zazwyczaj bywa w polskich miastach, pomiędzy zgrupowaniami zszarzałych bądź cukierkowych blokowisk – piętna miejskiego imperializmu występowały tu gdzieniegdzie śladowe ilości przeróżnego rodzaju chatek, dworków i chałup. Właśnie w takiej chałupie mieszkała nasza staruszka – pani Miedziakowa.

Mój raźny krok połączony z kontemplacją jesiennych krajobrazów został zmylony w pewnym momencie. Wynikało to nie tylko z dość grząskiego podłoża lecz przede wszystkim z faktu iż nagle okolica została odcięta od słońca i nadciągnęły egipskie niemal ciemności. Przez moment straciłem orientację i mając nadzieje na dalsze utrzymanie równowagi postanowiłem wstrzymać swój krok. Kiedy oczy przywykły już do nagłej zmiany oświetlenie spojrzałem w górę i ujrzałem całe zagony czarnych postaci latające nad całą okolicą: ubrane na czarno młode, takie-o-których wieku-się-nie-mówi i stare kobiety. Na miotłach, ławkach, krzesłach i w fotelach wykonywały zwariowane lotnicze akrobacje. Przez moje otwarte ze zdziwienia usta zaczęły wydobywać się obłoki pary wodnej ponieważ w przeciągu minuty temperatura w całej okolicy spadła o kilka stopni Celsjusza. Mój tępy podziw został jednak brutalnie przerwany.

  • Patrz jak się te jędze cieszą. Odezwał się do mnie nie wiadomo skąd przybyły, niewysoki staruszek.
  • Że co proszę? Odpowiedziałem niepewny własnego zdrowia psychicznego.
  • No jędze, wiedźmy, Jagi, te cholery na niebie! Krzyknął poirytowany i splunąwszy dodał:
  • Ostatni sabat miały z pięćdziesiąt lat temu. Później nic bo czorta zabrakło. Teraz znów widać pojawił się, więc wirują.
  • Co to jest ten Czart? Zapytałem, odpuszczając sobie zdroworozsądkowe podejście do świata ponieważ w tej chwili i tak na nic by mi się ono nie przydało.
  • Żaden Czart tylko czort: drewniany diaboł. Gadzi dziw… no czort taki drewniany, co wokół niego jędze się mnożą.
  • Mówi pan, że to jakaś figurka drewniana?
  • A kto by tam wiedział! Czy to samo wyrasta czy czarownik albo inny bezbożnik struże, nie odpowiem. Bo i po co to znać: z czego i jak to zrobione; że jest złe, to wystarczy porządnemu człowiekowi. Idź pan, jeszcze zapamięta pana która a wtedy kłopoty na całe życie.
Nie miałem jednak odwagi ruszyć się z miejsca. Staruszek wprost przeciwnie, raz podpierając się swoją laską, raz wymachując nią w powietrzu klął na latające nad nim niewiasty, używając przy tym chyba całego zasobu przekleństw jaki znajdował się w jego posiadaniu. Wkrótce zasapany przystanął i zamilkł. Nie marnował jednak zbytnio czasu na odpoczynek. Wystarczyło mu kilka spokojnych oddechów aby z nową energią ponowić swoje egzorcyzmy. W zapamiętaniu podniósł niewielki kamień i, przechodząc od słów do czynów, cisnął nim z całą swoją mocą. Na odpowiedź nie musiał długo czekać. Chociaż, sam przecież widziałem, kamień w żadną z pań nie trafił i nawet nie zdążył jeszcze opadać a już mściwa niewiasta spłynęła z nieboskłonu i na zakończenie tego lotu nurkowego zdzieliwszy niepoprawnego dziadka pięścią w czubek głowy pozbawiła go ludzkiej postaci – krzykliwy staruszek zamienił się w ujadającego psa.

Nauczony tym przykładem wolałem nie podnosić głosu ani ręki lecz ukrywszy moją obecność na tyle dobrze na ile umiałem, wyciągnąłem telefon i wysłałem Ryśkowi wiadomość: żeby wyszedł przed dom zobaczyć, co się z tym światem wyprawia. Nie minęła minuta od wysłania a wiedźmy, jak jeden mąż (chociaż w tym przypadku właściwszym wydawałoby się powiedzieć żona) wydały z siebie pełen wściekłości i żalu wrzask i w tej samej chwili zniknęły.

I znów był pogodny dzień. Znów słońce świeciło bez przeszkód na tą polską ziemię i tylko dzwonienie w uszach – wynik wiedźmiego żalu i ciągłe ujadanie pasa nie pozwalało umieszczać tego dziwnego przeżycia w sferze snów czy przywiedzeń. Chociaż i pies ucichł po chwili, pobiegł w stronę idącego ku mnie Ryśka zaczął skomleć żałośnie, jakby z pretensjami i żalem. Rysiu zbył to psie nagabywanie poklepując kundla po pysku i zatrzymawszy się obok mojej osoby zaczął się wypytywać: „Co się stało?", „Po co wyciągałem go z chałupy Miedziakowej?", „Co to był za dziwny huk?", „O co chodzi z tym kundlem?" itd., itp.

Uznawszy, że moja opowieść wyda się Ryśkowi śmieszna i nieprawdopodobna, zmyśliłem na poczekaniu opowieść o bójce pseudokibiców albo zwariowanym happenerze grasującym z megafonem po okolicy albo jeszcze inną. Nie jestem do końca pewny jak ale udało mi się nadać jej pozory prawdopodobieństwa. Kiedy już usiedliśmy w kuchni, koło starego kaflowego pieca.

Kiedy pijąc kawę usłyszałem już kilka zwariowanych opowieści pani Miedziakowej, Rysiu, korzystając z chwilowej przerwy w słowotoku starszej pani, powiedział:

  • Wiesz ze mnie też jest artysta. Sam byś przyznał gdybyś przyszedł wcześniej. Rzeźbiłem sobie kiedy ci nie było. Wyszła mi całkiem kształtna karykatura twojej osoby. Pani Miedziakowo nie widziała czasem pani mojej dzieła?
  • Co? A, diaboł! Wrzuciłam go pod grupkę bo w piecu gasło.

 

 

Koniec

Komentarze

Grafomania.

Jeżu kolczasty... --- i wszystko jasne.

Nowa Fantastyka