
Mój pokój wypełnia się ciemnością. Na stole stoją zielone butelki. W jednej z nich na dnie, niedopita resztka wina, jest dla mnie niczym wyrzut sumienia. O tak! Wyborny ze mnie kłamca. Potrafię oszukiwać sam siebie w sposób wyjątkowy. Robię to z precyzją godną neurochirurga. Nie czuję bólu. Nie żałuję straconego czasu, cennych godzin życia.
Stoję przed lustrem i widzę starca. Długie, siwe włosy dotykają nagich ramion; oczy są wyblakłe, a białka przekrwione. Zdaję sobie sprawę, jak wynędzniały obraz przedstawiam. Wystające żebra, a na nich cienka warstwa skóry. Mam blisko metr osiemdziesiąt sześć centymetrów wzrostu i ważę niecałe siedemdziesiąt kilogramów.
Widzę jak jeden z cieni przesuwa się bardzo powoli przez moją twarz. Zapadnięte policzki i wystające kości policzkowe zdają się krzyczeć: Janie! Twoje dni są policzone.
Do tej chwili nie zastanawiałem się, że każda sekunda mojego życia jest na wagę złota. Teraz mogę z ręku na sercu powiedzieć, że jest cenniejsza. Uważam, że kłamcą jest ten, kto twierdzi, że nie boi się śmierci. Myślę też, patrząc przez pryzmat własnej osoby, że jesteśmy tutaj jedynie gośćmi; wędrowcami, i świat w którym żyjemy, nie jest naszym miejscem docelowym. Tak. Boję się śmierci.
Budzę się w nocy i czuję strach. Problemem nie są koszmary. Zazwyczaj nie śni mi się nic. Siadam na skraju łóżka. Stopami dotykam zimnej podłogi. Nie widzę niczego niezwykłego. Nie mam omamów wzrokowych ani słuchowych. Tylko to przeczucie… Czuję czyjąś obecność. Kiedyś, gdy mój dziadek opowiadał podobne rzeczy, nie chciałem mu wierzyć.
Podnoszę prawą rękę. Mam wrażenie, że lada moment może się złamać jak suchy cienki patyk. Widzę jak zwisa z niej skóra. Dotykam pomarszczonej twarzy. Czas nikogo nie oszczędza.
Będąc nastolatkiem nie uwierzyłbym, że zamienię się w człowieka, którym się stałem. Nie myślałem wtedy o śmierci.
Widywałem często martwe zwierzęta leżące w rowach. Potrącone przez samochody, spychane później na pobocza, rozkładały się tygodniami. Lubiłem jeździć rowerem i pędzić jak szalony na złamanie karku. Zatrzymywałem się tylko przy nich. Roje much żerowały na padlinie. Zdawały się walczyć między sobą o zgniłe mięso. Patrzyłem zafascynowany na setki owadów, które jak czarny, ruchomy dywan, pokrywa truchła, lecz kiedy poczułem słodki, mdły odór zgnilizny, uciekałem jak najszybciej.
W nocy czuję zimno, które mnie przenika. Zaczynam się trząść jak galareta. Tak. Czuję czyją obecność. To coś milczy. Jestem pewien, choć nie widzę, że obserwuje i śledzi każdy mój ruch. Pewnego razu nie mogąc tego znieść krzyknąłem:
– Preeeeeeeeeeeeeeecz!!!
Wtedy wskazówka sekundnika na zegarze ściennym zatrzymała się, a drzwi do pokoju nieznacznie otworzyły. Byłem przerażony, ale jednocześnie zadowolony, że wreszcie znalazłem w sobie odwagę. Myliłem się myśląc, że po tym wydarzeniu, to COŚ odpuści. Owszem, tamtej nocy wyszło. Ale teraz wiem, że powodem nie był mój okrzyk. Opuściło pokój dlatego, że zostało przeze mnie zdemaskowane.
Minął tydzień i nie działo się nic, co by zakłócało mój sen. Przestałem się wybudzać. Miałem cichą nadzieję, że również dzięki temu, stan mojego zdrowia się poprawi. Tak się też stało. Wrócił mi apetyt. Wstawałem rano wypoczęty i zacząłem przybierać na wadze.
Ubrałem się w koszulę. Wyglądam jak siedem nieszczęść. Zarzuciłem na lustro stary koc. Włączyłem światło. Niewielka żarówka, którą kupiłem kilka dni temu, przygasa i rozbłyska co chwilę; nie wiem dlaczego. Zgłaszałem to do spółdzielni mieszkaniowej, ale niczego konkretnego się nie dowiedziałem. Powiedzieli mi tylko, że to skoki napięcia i nie mam się czym przejmować. Ponoć zgłoszenia są nie tylko ode mnie. Nie wiem czy to prawda.
Niedawno, chyba w połowie tygodnia, wyrwał mnie ze snu cichy trzask. Przynajmniej tak mi się wydawało. Dźwięk skojarzył mi się z łamaniem suchych patyków. Nasłuchiwałem z uwagą przez kilka minut, ale nic więcej się nie wydarzyło. Położyłem się z powrotem i nakryłem kołdrą. Noc była wyjątkowo chłodna. Nadchodziła zima, ale sezon grzewczy jeszcze się nie zaczął. Za drugim razem nie obudziłem się, ale dosłownie zostałem zrzucony z łóżka. Uderzyłem lewym biodrem o podłogę. Poczułem tępy ból. Niewidoczna siła ciągnęła mnie w stronę ściany, na której wisiało lustro. Miałem na sobie koszulę i kalesony. Zazwyczaj śpię w koszulce i slipkach, ale jak wspomniałem, było zimno. To coś przeciągnęło mnie po podłodze kilka metrów jak szmacianą lalkę i uniosło. Zobaczyłem siebie w odbiciu. Moje stopy znajdowały się w powietrzu. Zawieszony w ten sposób nie mogłem się poruszyć. Jakby ktoś rzucił zaklęcie i zamienił mnie w posąg. Czułem się bezsilny i zdałem sobie sprawę z tego, że to COŚ, co trzyma mnie w swoich szponach jest potężne; przerasta mnie jako człowieka w każdej sferze. Posiadając ogromną moc, może zrobić ze mną co tylko chce. Jakże mały i nic nie znaczący byłem w obliczu siły, która mnie trzymała jak w metalowych kleszczach.
Nie wiem teraz, nie mogę dokładnie powiedzieć, jak długo byłem zmuszony patrzeć na siebie w lustrze. Również nie potrafię stwierdzić, w którym momencie moja świadomość urwała się jak cienka nić.
Obudziłem się rano w łóżku. To wszystko było jak zły sen. Jednak byłem pewien, że wydarzyło się naprawdę. Podniosłem się do pozycji siedzącej, po czym zsunąłem nogi i dotknąłem stopami zimnej podłogi. Podszedłem wolnym krokiem do lustra. Zobaczyłem rozmazany, słabo widoczny napis. Pochyłe litery układały się w słowa:
MEMENTO MORI
Uważam, że kłamcą jest ten, kto twierdzi, że nie boi się śmierci.
A ja uważam, że to zbyt daleko idąca konkluzja…
Hmm, czy spanie w koszuli i kalesonach to zaraz horror? Raczej anachronizm.
Memento mori – więc carpe diem za Horacym “…bo nikt się nie dowie, jaką nam
przyszłość zgotują bogowie…”
dum spiro spero
Fascynator, dzięki za komentarz. Nie wiem dlaczego akurat całość szorta podsumowałeś jako nie horror, odwołując się tylko do tego, że bohater spał w kalesonach i koszuli. Było chłopu zimno. Owszem, jest to anachronizm, ale całkowicie uzasadniony. Bohater to starzec. Starsze osoby mają swoje przyzwyczajenia, i nie ma w tym nic dziwnego. Wg Ciebie carpe diem, wg mnie nie do końca. Pozdrawiam
Ubrałem koszulę.
W co? ;)
Przyjemnie się czytało :)
Przynoszę radość :)
Anet, dziękuję. Racja. Powinno być: Ubrałem na siebie koszulę. Pozdrawiam
Nie dopatrzyłam się tu horroru, a raczej opisu przykrych przeżyć starego mężczyzny. Myślę, że podobne koszmary mogą się też przytrafiać ludziom jeszcze nie posuniętym w latach.
Długie, siwe włosy dotykają moich nagich ramion. Moje oczy są wyblakłe, a białka przekrwione. → Czy zaimki są konieczne?
Ściągam szarą koszulę. → Skoro teraz ściąga koszulę, to jak chwilę wcześniej mógł mieć nagie ramiona?
Najczęściej wtedy, kiedy światło księżyca pada mi na twarz. Zostaję wtedy wyrwany ze snu i czuję przerażenie. → Skoro to takie przykre doświadczenie, to może wystarczyło zasłonić okno.
Siadam na skraju łóżka, a moje stopy dotykają zimnej podłogi. → Czy zaimek jest konieczny?
Kiedyś, gdy mój dziadek opowiadał mi podobne rzeczy, nie chciałem mu wierzyć. Jego opowieści wydawały mi się śmieszne. Obecnie jest odwrotnie. → Odwrotnie to znaczy jak – czy teraz dziadek nie wierzy wnukowi?
…wskakiwałem szybko na swój stalowy dwukołowiec i oddalałem się jak najszybciej. → Nie brzmi to najlepiej.
Ubrałem koszulę. → W co i ubrał koszulę???
Koszuli, tak jak żadnej odzieży, nie ubiera się! Można ją włożyć, przywdziać, ubrać się w nią, ale nie można jej ubrać.
Gdzieś chyba w połowie tygodnia wyrwał mnie ze snu cichy trzask. → A może: Niedawno, chyba w połowie tygodnia, wyrwał mnie ze snu cichy trzask.
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
regulatorzy, dziękuję. Wprowadziłem poprawki. Zmieniłem też z – horror, na – inne.
Pozdrawiam
Bardzo proszę, Heskecie. Miło mi, że mogłam się przydać. :)
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
Ciekawe opowiadanie. Jest w nim mrok i coś niepokojącego, mimo że w zasadzie nic się nie stało.
Fajnym pomysłem była narracja pierwszoosobowa. Jesteśmy dzięki temu niesamowicie blisko obiektu.
"nie mam jak porównać samopoczucia bez bałaganu..." - Ananke
Hej!
No, źle nie jest, ale też nie jakoś bardzo dobrze. Masz w tekście kilka potknięć, jakieś literówki, ale to akurat nie problem. Bardziej skupiłbym się na tym, czym chcesz mnie przestraszyć i w jaki sposób to zrobić, bo – choć sprzyja godzina, a ja bardzo chciałem poczuć jakiś dreszcz – nie zostałem przestraszony.
To COŚ jest OK, w nim drzemie potencjał do straszenia, w jego obecności i na końcu w jego sile, tylko, że narrator pierwszoosobowy sam zbyt sucho, zbyt mało emocjonalnie podchodzi do tego CZEGOŚ i jego obecności – nie czuję tej gęstej atmosfery, którą życzyłbym sobie poczuć. Momentami ten wewnętrzny monolog protagonisty przypomina sprawozdanie z uświadamiania sobie pewnych rzeczy. Na ogół lubię takie zabiegi jak poznawanie siebie, jednak tutaj to wyszło zbyt sucho, żebym po lekturze był kontent.
To nie jest zły tekst, mógłby być nawet niezły, gdyby doszlifować go tu i ówdzie, a tak pozostaje przeciętny na tle portalowej twórczości nie pozostanie w mojej głowie na dłużej. Oczywiście to tylko moja opinia podparta odbiorem po lekturze o drugiej w nocy, więc się nie przejmuj zanadto :)
Pozdrawiam serdecznie
Q
Known some call is air am
Outta Sewer, dziękuję. Cenię sobie krytyczne uwagi. Działam bardziej w innej dziedzinie twórczości niż pisanie: maluję obrazy, rzeźbię, a jak mam tylko wolne to gram na gitarze i bawię się w wokalistę. Wierz mi, gdybym się przejmował, już dawno musiałbym przestać robić to wszystko. Krytykę trzeba brać na klatę i wyciągać wnioski – z tej konstruktywnej, a nie biadolić i płakać. Natomiast nie lubię krytykanctwa, które niczego nie wnosi. Ciekawe, że najczęściej parają się nim osoby, które nic same nie robią. Śmieszne, to są najwięksi znawcy. Pozdrawiam.
dum spiro spero
Fascynator :-) Pozdrawiam
To dobrze, Heskecie, że masz zdrowe podejście i dystans – dzięki temu łatwiej się rozwijać :)
Known some call is air am
Mroczne, ale m się podobało. Przede wszystkim podziwiam, jak rozumiesz starca. Nie to, że się bałam, ale od strony psychologicznej bardzo dobre. Wciągnęło mnie.
Pozdrawiam :)
Dziękuję Milis. Pozdrawiam.
Mój pokój wypełnia się ciemnością. Na stole stoją zielone butelki.
To jest dobre, ale jakieś powiązanie tych butelek z ciemnością by było fajne. Inaczej te dwa zdania jakość dziwnie stoją obok siebie, jedno poetyczne i procesowe, drugie statyczne i szczegółowe.
W jednej z nich na dnie, niedopita resztka wina
Sugeruję: “Na dnie jednej z nich”
Widzę [przecinek chyba] jak jeden z cieni przesuwa się bardzo powoli przez moją twarz.
Do tej chwili nie zastanawiałem się, że każda sekunda mojego życia jest na wagę złota.
Hmm, sugeruję albo “zastanawiałem się nad tym…” albo zmienić “zastanawiałem”, bo to nie jest temat rozmyślań, tylko niejako wniosek.
Podnoszę prawą rękę. Mam wrażenie, że lada moment może się złamać jak suchy [chyba przecinek] cienki patyk.
Widzę [jw] jak zwisa z niej skóra.
Czuję czyją obecność.
Ortograf i cz-cz.
Jakoś przy tym ważeniu się i spółdzielni klimat nieco odpuścił.
Hehe, groza grozą, potwory potworami, ale jest w życiu, a raczej po życiu, tylko jedna naprawdę straszna rzecz.
Bardzo klimatyczne opowiadanie, zarażające lękiem bohatera, przeczytałem nie bez uznania.
Dyżuny jak z żurnala
facebook.com/tadzisiejszamlodziez
Starość nie radość. :(
GreasySmooth, dzięki. Koala75, młodość nie wieczność :-(