Siedzę, siedzę i myślę, jaką historię opowiedzieć. A nie mogę opowiadać byle jakiej historii, co to, to nie, musi ona mieć to coś, żeby od razu było czuć, że jest o czymś… W międzyczasie sprawdzam stan konta, ale wciąż Nic, znaczy pusto.
Biorę głęboki oddech i znowu siedzę… Aż rozbolało mnie siedzenie. Więc wstaję, podchodzę do okna, a za nim Nic. Znaczy, to samo, co zawsze: droga, drzewa, samochody, ludzie, czyli nic ciekawego.
Poprawiam pasek, bo lubię, gdy klamra jest na swoim miejscu, idealnie nad rozporkiem…
Nagle czuję głód… wybredny. Wybredny, naprawdę? I rozmyślając nad istotą mojego głodu, udaję się do kuchni, otwieram lodówkę, a w środku Nic. Znaczy, to samo, co zawsze: szynka, ser, jogurt, jajka, czyli nic ciekawego. A ja mam ochotę na coś zajebistego, czego jeszcze nigdy nie jadłem.
Ruszam popychany Wybrednym Głodem. Wpadam na korytarz i sunę po kafelkach lśniących niczym… niczym tafla jeziora w bezwietrzną księżycową noc, następnie jednym ruchem – szybkim, prężnym, zdecydowanym – ściągam z wieszaka kurtkę, ta zaś przylega do mnie, jak… jak…
Tu się zacinam i zmieszany wracam do prostego stylu. Zakładam trampki, którym ewidentnie – tak, ewidentnie, powtarzam – przydałoby się czyszczenie. Zawiązuje byle jak zszarzałe sznurówki i szurając z lekka… To zdanie brzmi okropnie, ale nie mogę nic zmienić, bo teraz idę ulicą, znaczy chodnikiem idącym wzdłuż ulicy… Idę! I widzę syna sąsiadów z psem.
– Widzę syna sąsiadów wy-pro-wa-dza-ją-ce-go psa! – poprawiam się na głos i sprawdzam, czy ktoś nie słyszał.
– Wariat! – krzyknęłaby wredna staruszka.
A ja jej na to:
– Co to już myśleć na głos nie można?!
Ona mi szybką ripostę:
– Normalny człowiek w myślach myśli!
No i konflikt byłby gotowy. Ale Nic, znaczy nikogo, tylko ten syn…
Tu naszła mnie taka paskudna myśl, że aż poczułem ciarki na plecach. Rozglądam się raz jeszcze, ale oprócz syna i tej paskudnej myśli – Nic. Wyciągam portfel i sprawdzam, ile mam gotówki – trzy stówy i drobne. Podchodzę więc do Syna.
– Synu – mówię. – Znaczy, cześć – poprawiam się szybko.
Ten staje zaskoczony.
– Cześć – odpowiada niepewnie.
– Słuchaj no, lubisz tego psa?
Syn patrzy na mnie pytająco, a jego pryszczata twarz przybiera wyraz niezrozumienia.
– Lubię, a co? – wydusza z siebie wreszcie.
– A nie męczysz pieska, kiedy nikt nie patrzy?
Synowska twarz się wykrzywia, krew do niej napływa, pryszcze nabrzmiewają, brwi łączą się w jedną wielką brew, która niczym granica oddziela pryszcze górne, większe i dojrzalsze, od pryszczy dolnych – drobnych jak kasza, ale zbitych w gęste skupiska, w… Gromady Pryszczy.
Odrywam wzrok od hipnotyzujących pryszczy Syna i patrzę tylko na jego usta, które otwierają się gwałtownie, ale po chwili zamykają, by za moment znów się otworzyć, tym razem powoli, odsłaniając zęby, język, i już czekam w napięciu, jak Syn wypowie kolejną kwestię…
– Pimpusia? Nie! Czemu? – wypowiada.
A takie to było słabe, takie płaskie, takie nieliterackie, że aż mi ręce opadły.
– Męczysz Pimpusia – tłumaczę poirytowany – nie wiem, żeby odreagować pogardę i szykany rówieśników, czy coś w tym stylu… Co się tak gapisz? Masz tu dwie stówy – wkładam Synowi pieniądze w dłoń – i wykaż się inwencją własną.
Syn nerwowo patrzy raz to na Pimpusia, raz na mnie, raz na pieniądze kurczowo trzymane w dłoni, a jego twarz – Syna, znaczy – wykrzywia się jeszcze mocniej.
Ale pryszcze górne monumentalnie stoją na synowskim czole, niewzruszone niczym wulkany, wyczekując chwili erupcji… Czy to porównanie ma sens? Nieważne, bo w tej chwili Gromady Pryszczy, formowane wciąż na nowo ciągłymi skurczami mięśni twarzy, zaczęły przybierać abstrakcyjne, wręcz fantastyczne kształty. I mógłbym przysiąc… więc przysięgam, przysięgam na wszystko, że widzę w tej twarzy cały świat, ba, wszechświat nawet…
– Ale tak nie można! – odzywa się Syn, psując mi narrację.
– No, jak nie można, jak można! W opowieści wszystko można – krzyczę, nie wytrzymując tępoty Syna, i wyciągam portfel. – Masz jeszcze stówę i męcz Pimpusia, póki nikogo nie ma, a ja to będę przeżywać… No, na co czekasz?
Pies chyba coś wyczuł, bo szczeka na mnie, chce się zerwać ze smyczy… Tam pies, dużo powiedziane, raczej wyrośnięty szczur – ciułała czy inny szitsu… Co ja gadam? Piesek, mały, kochany, pieszczoch Matki, najlepszy przyjaciel Ojca, okrutnie męczony przez zwyrodniałego Syna.
Noż kurwa! jak nie w jedną stronę, to w drugą. Ale dobra, liczy się Syn, w nim cała głębia, symbolika, metafizyka nawet… Wszystko w tej twarzy – tłustej, podzielonej, skonfliktowanej. A konflikt rysuje się wyraźny: pomiędzy Wulkanami a Gromadami.
Symbolika zaś jest jasna, klarowna, wręcz oczywista. Ale wytłumaczę, wszystko trzeba tłumaczyć, bo inaczej głębię, symbolikę, metafizykę nawet – szlag trafi. No więc, Wulkany Pryszczy są stałe, niezmienne, jak logos, kosmiczny rozum, który chce rządzić wszechświatem, kierując się logiką… Ale wulkan w każdej chwili może eksplodować i cała metafora pójdzie z dymem, znaczy łojem…
Nieważne, bo są jeszcze Gromady Pryszczy – wiecznie w ruchu, chaotyczne, przypadkowe – które wymykają się pojmowaniu, nie podlegają władzy logosu, nie słuchają go, zupełnie jak… jak emocje, które nie słuchają głosu rozsądku…
Ale już dość tej głębi, bo nudą powiało.
Tymczasem Syn toczy zaciętą walkę: z jednej strony chciałby pomęczyć pieska, wyżyć się na nim, pognębić, poniżyć, żeby ktoś, coś, cokolwiek miało gorzej niż on sam; choć z drugiej strony nie wypada męczyć zwierzątek, to złe, niedobre, tak go nauczono, tak mówi mu rozum… A nie sumienie? Zresztą nieważne, wszystko jedno, bo Syn bierze już Pimpusia na ręce i zaraz będzie męczyć pieska, widać to na synowskiej twarzy, widać, że Gromady Pryszczy zwyciężyły…
– Jesteś pojebany – mówi Syn i odchodzi.
No i co ja mam teraz robić? Tylko Syna mam, a oprócz Syna – Nic.
– Synu! – krzyczę.
I biegnę za Synem, bo przecież tyle pracy w niego włożyłem, tyle zainwestowałem, stworzyłem go, wykreowałem, cały świat, ba, wszechświat w nim zamknąłem, a ten, marnotrawny, odwrócił się na pięcie i poszedł.
– Synu, Synku, proszę…
– Odwal się, pojebie!
– Masz rację, Synu, masz rację, pojeb ze mnie, pojebany jestem, jebnięty wręcz. Znaczy, tak naprawdę to nie, wcale nie, ale staram się takim być, bo nie wiem, o czym opowiadać. A muszę o czymś opowiadać, bo inaczej – Nic… Synu, proszę. No co? Błagać cię mam? Po tym wszystkim, co dla ciebie zrobiłem? Tego chcesz?
Ale Syn nie słucha, tylko przekłada Pimpusia z jednej ręki do drugiej i gmera po kieszeniach, szukając kluczy. Ja jednak, pomimo obojętności Syna, podejmuję ostatnią rozpaczliwą próbę.
– Kiedyś, Synu – zaczynam, wzdychając głęboko – wiedziałbym, o czym opowiadać. Na przykład o tym, że musi być, jak ja chcę, bo jak nie, to przepadniemy. Albo że nie może być, jak ja nie chcę, bo jak nie, to zginiemy. I kiedyś wierzyłem, Synu, święcie w coś wierzyłem: że tak i tak jest dobrze, a tak i tak źle. Ale to wszystko głupie, naiwne, bo i tak zginiemy albo przepadniemy, no i już nie wiem, co jest dobre, a co złe. Wiem tylko, że jest Nic i tylko w Nic wierzę i gdyby nie ty, to moja opowieść na nic…
Urwałem, by złapać oddech, bo zmęczył mnie ten zawiły i pompatyczny monolog, tym bardziej, że okazał się nieskuteczny na bezdusznego Syna. I po chwili wytchnienia, co prawda z żalem, decyduję się zakończyć nieudany synowski wątek.
– Wiesz co, Synu? Pies cię trącał! Stworzę innego bohatera, jeszcze dziwniejszego i bardziej przekonującego… No, oddawaj kasę.
Syn, znaczy już tylko syn, dogrzebał się do kluczy i właśnie otworzył drzwi.
– Jaką kasę? – mówi ze zdziwioną miną, zatrzymując się w progu.
A muszę przyznać, że dobrze tę kwestię wypowiedział, przekonująco…
– No te, co ci dałem, żebyś został moim paskudnym bohaterem. Nie rżnij głupa i oddawaj.
– Nic mi nie dawałeś, odwal się, świrze. – Młokos kłamie bezczelnie i idzie do siebie, pod dwójkę.
Ja jednak nie poddaję się tak łatwo, szarpię go za ramię i ostatnie co widzę, to synowska pięść.
A potem Nic.
Z Niczego wyrywa mnie głód i od razu, wstając, poddaję w wątpliwość moje uczucia, bo to przecież psychologicznie nieprawdopodobne, żeby chwilę po uderzeniu pięścią w twarz poczuć głód.
Poprawiam klamrę i ruszam popychany wątpliwym Wybrednym Głodem. Szczęka trochę boli, ale Nic, znaczy chyba nic mi się nie stało, tak myślę. A może poszedłbym dla pewności do szpitala? Niech mi zrobią prześwietlenie czy coś. Tylko że to nudy straszne w tych kolejkach czekać, no, jakbym opowiedział poprzednią scenę bardziej dramatycznie, to szpital byłby uzasadniony, ale tak, to nie.
Chyba że jakąś pielęgniarkę bym poznał – dobrą, troskliwą – i szczerze zakochany w końcu mógłbym opisać miłość – własną, oryginalną… Tylko co to za oryginalna miłość z pielęgniarką? To może z pielęgniarzem? Ale do pielęgniarzy mnie nie ciągnie, więc Nic, znaczy, nic by z tego nie było.
I tak – w sposób naturalny, niewymuszony, spontaniczny – wytworzył się we mnie konflikt pomiędzy Oryginalną Miłością a Wybrednym Głodem, który, powróciwszy do pierwotnej formy, nie budzi już wątpliwości.
Powróciwszy? Kto tak jeszcze mówi? Ale teraz idę, więc tego nie zmienię, a gdy dochodzę, to staję przed drzwiami.
Z jednej strony chcę wejść, bo raczej znajdę tam coś, co zaspokoi mój Wybredny Głód. Tylko jakie jest prawdopodobieństwo, że w biedrze przeżyję Oryginalną Miłość? No i momentalnie poczułem, jak narastający konflikt rozrywa mnie – metaforycznie, rzecz jasna – na dwa stronnictwa.
Pierwsze, pod dyktatorskim przewodnictwem serca, nie chce, bym wchodził do sklepu, tylko żebym natychmiast poszukał odpowiedniego miejsca do przeżycia Oryginalnej Miłości. W drugim stronnictwie – pragnącym jak najszybciej zaspokoić Wybredny Głód – panuje triumwirat wątroby, trzustki i dwunastnicy, które zyskały posłuch, głosząc, że wiedzą lepiej, co jest najlepsze dla brzucha.
Prawa noga, zagorzała zwolenniczka Wybrednego Głodu, robi krok w przód, jednak lewej nodze – znajdującej się po lewej stronie, czyli będącej na terenie, gdzie organiczną przewagę ma Stronnictwo Oryginalnej Miłości – nie podoba się autorytaryzm serca, i stawiając bierny opór, nie postępuje ani w przód, ani w tył.
Ogromnym wysiłkiem poprawiam klamrę, żeby była idealnie nad rozporkiem, po czym wchodzę do sklepu, wewnętrznie skonfliktowany, używając tylko prawej nogi i ciągnąc nogę lewą. Gdy nagle lewa ręka, bezmyślna wyznawczyni serca, łapie drzwi. Ledwo stanąłem, a tu prawa ręka chwyta lewą dłoń i próbując ją oderwać, niemal wyłamuje mi palce ze stawów. Walka nie trwa długo, bo prawą rękę mam silniejszą od lewej, no i znowu idę, rzecz jasna tylko prawą nogą, natomiast prawa ręka pacyfikuje rękę lewą, trzymając ją mocno w nadgarstku.
Ale nie mogę tak dłużej, bo to bardzo męczące, wycieńczające wręcz…
I nagle mnie olśniło. Przemówię do brzucha językiem miłości:
– Można pokochać, o, na przykład taką porcję rosołową – znajduję wzrokiem towar akurat będący w promocji – to dopiero oryginalne…
– Czy wszystko w porządku? – pyta ochroniarz, wyłaniając się nie wiadomo, skąd.
– A czy widział pan kiedyś równie piękną porcję rosołową? – odpowiadam pytaniem na pytanie.
– Słucham?
– Myśli pan, że rosół zrobiony z tego wspaniałego, niepowtarzalnego, najpiękniejszego na świecie, ba, we wszechświecie, kurzego korpusu zaspokoi mój Wybredny Głód?
Lewa ręka się rozluźnia, prawa ją puszcza i obie, wspólnie, w zgodzie, odsuwają szybkę lodówki. Sięgając po opakowanie, widzę kątem oka, jak ochroniarz rusza za mną…
Ale nic mnie to nie obchodzi, bo rzeczywistość – szarą, ponurą, prozaiczną – rozjaśnia cudowne światło. I nagle spostrzegam, jak zastawione towarem półki nabierają kolorów, jak czas staje i jest tylko ta jedna jedyna chwila, a oprócz niej – Nic.
– Wybiorę dla ciebie najlepsze warzywa, bo zasługujesz na to, co najlepsze – szepczę do Mej Miłości. – Ale dlaczego tak ciebie pokochałem? – pytam i szybko, ukradkiem, sprawdzam datę ważności. – Kocham cię za to, że jesteś tania i świeża, przynajmniej do jutra… Chyba że cię zamrożę i zatrzymam na specjalną okazję… No, nie gniewaj się, tylko żartowałem, przecież muszę czym prędzej zaspokoić Wybredny Głód. Wiesz co – znowu szepczę, przybliżając do ust opakowanie z Mą Miłością – jak się trochę pogotujesz, to wrzucę ci gałązkę lubczyku i ze dwa goździki… No, daj spokój i nie bocz się już, wiem, że tak lubisz…
Wybieram najlepsze warzywa i idę do kasy. Normalnie poszedłbym do samoobsługowej, bo szybciej, ale konto mam puste… Chociaż to wkurwiające, jak maszyna mnie pogania, żebym się prędko pakował, wziął paragon i wypierdalał ze sklepu…
A cóż to za język? Jakże on nie pasuje do mojego stanu, stanu harmonii, równowagi między Wybrednym Głodem a Oryginalną Miłością. Lecę więc w miłosnym uniesieniu do ludzi, by podzielić się radością – dobrą, szczerą, zaraźliwą – i staję na końcu kolejki.
A spora ta kolejka, z dziesięć koszyków.
– Otworzy ktoś drugą kasę?! – krzyczy jakiś frustrat.
– Jak ktoś będzie wolny, to przyjdzie, dzwoniłam już – odpowiada poirytowana kasjerka.
– No to, kurwa, zadzwoń jeszcze raz, ludzie tu czekają – rzuca gniewnie Frustrat. I odwraca się do mnie, dodając: – Zawsze to samo, jakby nie mogli jeszcze kogoś zatrudnić.
Normalnie olałbym gościa, lecz dziś, teraz, w tej chwili muszę do niego przemówić z miłością:
– Kocham cię, Frustracie.
– Że co? – wydusza z siebie zaskoczony Frustrat.
– Kocham… kocham wszystkich na świecie, ba, we wszechświecie, kocham was odbiciem mojej miłości do Mej Miłości. I gdyby sklep zatrudnił jeszcze jedną osobę, która specjalnie dla ciebie, drogi Frustracie, zawsze otwierałaby kolejną kasę, to Ma Miłość – pokazuję opakowanie – nie byłaby już taka tania. Czy to pojmujesz? Poza tym, kochany Frustracie, może niedługo zostaną jedynie kasy samoobsługowe, a wtedy to ty będziesz poganiany…
Lecz on nie słucha – prawdopodobnie w ogóle nie słuchał – tylko leci niesiony na skrzydłach frustracji do nowo otwartej kasy. Ale to nieważne, bowiem opowieść zyskuje teraz wartość dydaktyczną…
– Ej, kochasiu! – Szturcha mnie stojąca z tyłu kobieta. – Kładźże tą swoją miłość, bo chcę się wyłożyć.
– Tę miłość.
– Co tam mruczysz?
– Nic, nieważne, drobiazg taki mały, no, malutki błąd pani popełniła, ale to błahostka, w dialogu ujdzie, więc Nic, znaczy, nic się nie stało.
– Pomyleniec jakiś – mówi kobieta, szukając wokół aprobaty.
Wykładam zakupy, najpierw warzywa, później kurę…
I patrząc na porcję rosołową sunącą na taśmie do kasy, zaczynam wątpić w Mą Miłość i momentalnie dopadają mnie czarne myśli: przecież to zwykła kura marketowa, a właściwie kurzy korpus, tam kurzy, z jakiegoś nafaszerowanego antybiotykami stwora, co wyrósł na trzech centymetrach kwadratowych.
Rzeczywistość znów staje się szara, ponura, prozaiczna. I mam ochotę zostawić tę ohydną kurę, te warzywa, no i ten nic niewarty konflikt – śmieszny, wydumany, dziwaczny.
Ale nie mogę teraz porzucić opowieści… A niby czemu nie? Bo to jakby, ot tak, życie zakończyć – nagle, nielogicznie, stojąc w kolejce w biedrze…
– Czternaście złotych i dwadzieścia trzy grosze – mówi kasjerka, nie patrząc na mnie.
Biorę się w garść i wyciągam portfel, który ożywia wspomnienie o Synu. Odruchowo macam pobolewającą szczękę i z lekkim strachem zaglądam do środka. Jest dycha, są też jakieś drobne: złoty, dwa, dwa pięćdziesiąt, siedemdziesiąt… i miedziaki.
Ożeż kurwa, nie starczy!
Palę buraka, myśląc, które warzywa odłożyć… Aż tu kolejny raz naszła mnie paskudna myśl.
– Jednak zapłacę kartą – rzucam niby od niechcenia i sięgam po torbę, bo przecież nie będę uciekać, trzymając wszystko w rękach, jeszcze coś zgubię.
Wyciągam kartę.
Wkładam do czytnika.
Mimochodem pakuję rzeczy.
Wstukuję PIN.
Spokojnie chwytam prawą ręką torbę.
Zerkam, czy droga jest wolna. Szybko poprawiam pasek, tak, żeby klamra była idealnie nad rozporkiem, po czym łapię kartę i lecę w długą do wyjścia.
Nagle – nie wiadomo, skąd – wyłania się ochroniarz, wyciąga ku mnie rękę… Ale nie zdąży, widzę, że nie zdąży. Przeciskam się bokiem przez ledwo uchylone drzwi i już jestem na zewnątrz. Mknę – wolny, bezkarny, szczęśliwy – przez parking, rozpędzony wskakuję na chodnik i biegnę dalej… Dokąd? No właśnie, nie wiem, bo przede mną jest – Nic.
Czuję, że mam coraz mniej czasu, a muszę jeszcze spiąć opowieść w całość, sklamrować, tak, by była o czymś…
Rzucam torbę i wracam myślami do początku opowieści. I znowu siedzę, wzdycham nad pustym kontem, idę popychany Wybrednym Głodem, napotykam syna – i tworzę Syna, który pozostaje moim najlepszym bohaterem i którego wciąż mi żal – wspominam wewnętrzny konflikt, Mą Miłość, Frustrata, utratę wiary, wstyd, kradzież. Lecz znowu dochodzę do Niczego.
Na koniec, rozpływając się, w ostatnim akcie bezradności poprawiam klamrę, by była idealnie na swoim miejscu.