- Opowiadanie: Palaio - Spontaniczna opowieść o Niczym

Spontaniczna opowieść o Niczym

Opowiadanie zostało kiedyś opublikowane na forum i spotkało się z mieszanym przyjęciem. Niedługo potem rzuciłem pisanie i usunąłem wszystkie teksty. Niestety po dwóch latach mi się odwidziało, a jedynym tekstem, który udało mi się odzyskać (wisiał w roboczych na mailu), był właśnie ten. Postanowiłem, że przyjrzę mu się raz jeszcze, przeredaguję, zmienię zakończenie – bo tamto mi się nie podobało – i wrzucę ponownie. Serdecznie dziękuję tym, którzy przeczytali i skomentowali ten tekst w jego poprzedniej wersji. Nie oczekuję, że będzie się Wam chciało czytać moje wypociny raz jeszcze, ale mam nadzieję, że opowiadanie komuś się spodoba.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Spontaniczna opowieść o Niczym

Siedzę, siedzę i myślę, jaką historię opowiedzieć. A nie mogę opowiadać byle jakiej historii, co to, to nie, musi ona mieć to coś, żeby od razu było czuć, że jest o czymś… W międzyczasie sprawdzam stan konta, ale wciąż Nic, znaczy pusto.

Biorę głęboki oddech i znowu siedzę… Aż rozbolało mnie siedzenie. Więc wstaję, podchodzę do okna, a za nim Nic. Znaczy, to samo, co zawsze: droga, drzewa, samochody, ludzie, czyli nic ciekawego.

Poprawiam pasek, bo lubię, gdy klamra jest na swoim miejscu, idealnie nad rozporkiem…

Nagle czuję głód… wybredny. Wybredny, naprawdę? I rozmyślając nad istotą mojego głodu, udaję się do kuchni, otwieram lodówkę, a w środku Nic. Znaczy, to samo, co zawsze: szynka, ser, jogurt, jajka, czyli nic ciekawego. A ja mam ochotę na coś zajebistego, czego jeszcze nigdy nie jadłem.

Ruszam popychany Wybrednym Głodem. Wpadam na korytarz i sunę po kafelkach lśniących niczym… niczym tafla jeziora w bezwietrzną księżycową noc, następnie jednym ruchem – szybkim, prężnym, zdecydowanym – ściągam z wieszaka kurtkę, ta zaś przylega do mnie, jak… jak…

Tu się zacinam i zmieszany wracam do prostego stylu. Zakładam trampki, którym ewidentnie – tak, ewidentnie, powtarzam – przydałoby się czyszczenie. Zawiązuje byle jak zszarzałe sznurówki i szurając z lekka… To zdanie brzmi okropnie, ale nie mogę nic zmienić, bo teraz idę ulicą, znaczy chodnikiem idącym wzdłuż ulicy… Idę! I widzę syna sąsiadów z psem.

– Widzę syna sąsiadów wy-pro-wa-dza-ją-ce-go psa! – poprawiam się na głos i sprawdzam, czy ktoś nie słyszał.

– Wariat! – krzyknęłaby wredna staruszka.

A ja jej na to:

– Co to już myśleć na głos nie można?!

Ona mi szybką ripostę:

– Normalny człowiek w myślach myśli!

No i konflikt byłby gotowy. Ale Nic, znaczy nikogo, tylko ten syn…

Tu naszła mnie taka paskudna myśl, że aż poczułem ciarki na plecach. Rozglądam się raz jeszcze, ale oprócz syna i tej paskudnej myśli – Nic. Wyciągam portfel i sprawdzam, ile mam gotówki – trzy stówy i drobne. Podchodzę więc do Syna.

– Synu – mówię. – Znaczy, cześć – poprawiam się szybko.

Ten staje zaskoczony.

– Cześć – odpowiada niepewnie.

– Słuchaj no, lubisz tego psa?

Syn patrzy na mnie pytająco, a jego pryszczata twarz przybiera wyraz niezrozumienia.

– Lubię, a co? – wydusza z siebie wreszcie.

– A nie męczysz pieska, kiedy nikt nie patrzy?

Synowska twarz się wykrzywia, krew do niej napływa, pryszcze nabrzmiewają, brwi łączą się w jedną wielką brew, która niczym granica oddziela pryszcze górne, większe i dojrzalsze, od pryszczy dolnych – drobnych jak kasza, ale zbitych w gęste skupiska, w… Gromady Pryszczy.

Odrywam wzrok od hipnotyzujących pryszczy Syna i patrzę tylko na jego usta, które otwierają się gwałtownie, ale po chwili zamykają, by za moment znów się otworzyć, tym razem powoli, odsłaniając zęby, język, i już czekam w napięciu, jak Syn wypowie kolejną kwestię…

– Pimpusia? Nie! Czemu? – wypowiada.

A takie to było słabe, takie płaskie, takie nieliterackie, że aż mi ręce opadły.

– Męczysz Pimpusia – tłumaczę poirytowany – nie wiem, żeby odreagować pogardę i szykany rówieśników, czy coś w tym stylu… Co się tak gapisz? Masz tu dwie stówy – wkładam Synowi pieniądze w dłoń – i wykaż się inwencją własną.

Syn nerwowo patrzy raz to na Pimpusia, raz na mnie, raz na pieniądze kurczowo trzymane w dłoni, a jego twarz – Syna, znaczy – wykrzywia się jeszcze mocniej.

Ale pryszcze górne monumentalnie stoją na synowskim czole, niewzruszone niczym wulkany, wyczekując chwili erupcji… Czy to porównanie ma sens? Nieważne, bo w tej chwili Gromady Pryszczy, formowane wciąż na nowo ciągłymi skurczami mięśni twarzy, zaczęły przybierać abstrakcyjne, wręcz fantastyczne kształty. I mógłbym przysiąc… więc przysięgam, przysięgam na wszystko, że widzę w tej twarzy cały świat, ba, wszechświat nawet…

– Ale tak nie można! – odzywa się Syn, psując mi narrację.

– No, jak nie można, jak można! W opowieści wszystko można – krzyczę, nie wytrzymując tępoty Syna, i wyciągam portfel. – Masz jeszcze stówę i męcz Pimpusia, póki nikogo nie ma, a ja to będę przeżywać… No, na co czekasz?

Pies chyba coś wyczuł, bo szczeka na mnie, chce się zerwać ze smyczy… Tam pies, dużo powiedziane, raczej wyrośnięty szczur – ciułała czy inny szitsu… Co ja gadam? Piesek, mały, kochany, pieszczoch Matki, najlepszy przyjaciel Ojca, okrutnie męczony przez zwyrodniałego Syna.

Noż kurwa! jak nie w jedną stronę, to w drugą. Ale dobra, liczy się Syn, w nim cała głębia, symbolika, metafizyka nawet… Wszystko w tej twarzy – tłustej, podzielonej, skonfliktowanej. A konflikt rysuje się wyraźny: pomiędzy Wulkanami a Gromadami.

Symbolika zaś jest jasna, klarowna, wręcz oczywista. Ale wytłumaczę, wszystko trzeba tłumaczyć, bo inaczej głębię, symbolikę, metafizykę nawet – szlag trafi. No więc, Wulkany Pryszczy są stałe, niezmienne, jak logos, kosmiczny rozum, który chce rządzić wszechświatem, kierując się logiką… Ale wulkan w każdej chwili może eksplodować i cała metafora pójdzie z dymem, znaczy łojem…

Nieważne, bo są jeszcze Gromady Pryszczy – wiecznie w ruchu, chaotyczne, przypadkowe – które wymykają się pojmowaniu, nie podlegają władzy logosu, nie słuchają go, zupełnie jak… jak emocje, które nie słuchają głosu rozsądku…

Ale już dość tej głębi, bo nudą powiało.

Tymczasem Syn toczy zaciętą walkę: z jednej strony chciałby pomęczyć pieska, wyżyć się na nim, pognębić, poniżyć, żeby ktoś, coś, cokolwiek miało gorzej niż on sam; choć z drugiej strony nie wypada męczyć zwierzątek, to złe, niedobre, tak go nauczono, tak mówi mu rozum… A nie sumienie? Zresztą nieważne, wszystko jedno, bo Syn bierze już Pimpusia na ręce i zaraz będzie męczyć pieska, widać to na synowskiej twarzy, widać, że Gromady Pryszczy zwyciężyły…

– Jesteś pojebany – mówi Syn i odchodzi.

No i co ja mam teraz robić? Tylko Syna mam, a oprócz Syna – Nic.

– Synu! – krzyczę.

I biegnę za Synem, bo przecież tyle pracy w niego włożyłem, tyle zainwestowałem, stworzyłem go, wykreowałem, cały świat, ba, wszechświat w nim zamknąłem, a ten, marnotrawny, odwrócił się na pięcie i poszedł.

– Synu, Synku, proszę…

– Odwal się, pojebie!

– Masz rację, Synu, masz rację, pojeb ze mnie, pojebany jestem, jebnięty wręcz. Znaczy, tak naprawdę to nie, wcale nie, ale staram się takim być, bo nie wiem, o czym opowiadać. A muszę o czymś opowiadać, bo inaczej – Nic… Synu, proszę. No co? Błagać cię mam? Po tym wszystkim, co dla ciebie zrobiłem? Tego chcesz?

Ale Syn nie słucha, tylko przekłada Pimpusia z jednej ręki do drugiej i gmera po kieszeniach, szukając kluczy. Ja jednak, pomimo obojętności Syna, podejmuję ostatnią rozpaczliwą próbę.

– Kiedyś, Synu – zaczynam, wzdychając głęboko – wiedziałbym, o czym opowiadać. Na przykład o tym, że musi być, jak ja chcę, bo jak nie, to przepadniemy. Albo że nie może być, jak ja nie chcę, bo jak nie, to zginiemy. I kiedyś wierzyłem, Synu, święcie w coś wierzyłem: że tak i tak jest dobrze, a tak i tak źle. Ale to wszystko głupie, naiwne, bo i tak zginiemy albo przepadniemy, no i już nie wiem, co jest dobre, a co złe. Wiem tylko, że jest Nic i tylko w Nic wierzę i gdyby nie ty, to moja opowieść na nic…

Urwałem, by złapać oddech, bo zmęczył mnie ten zawiły i pompatyczny monolog, tym bardziej, że okazał się nieskuteczny na bezdusznego Syna. I po chwili wytchnienia, co prawda z żalem, decyduję się zakończyć nieudany synowski wątek.

– Wiesz co, Synu? Pies cię trącał! Stworzę innego bohatera, jeszcze dziwniejszego i bardziej przekonującego… No, oddawaj kasę.

Syn, znaczy już tylko syn, dogrzebał się do kluczy i właśnie otworzył drzwi.

– Jaką kasę? – mówi ze zdziwioną miną, zatrzymując się w progu.

A muszę przyznać, że dobrze tę kwestię wypowiedział, przekonująco…

– No te, co ci dałem, żebyś został moim paskudnym bohaterem. Nie rżnij głupa i oddawaj.

– Nic mi nie dawałeś, odwal się, świrze. – Młokos kłamie bezczelnie i idzie do siebie, pod dwójkę.

Ja jednak nie poddaję się tak łatwo, szarpię go za ramię i ostatnie co widzę, to synowska pięść.

A potem Nic.

Z Niczego wyrywa mnie głód i od razu, wstając, poddaję w wątpliwość moje uczucia, bo to przecież psychologicznie nieprawdopodobne, żeby chwilę po uderzeniu pięścią w twarz poczuć głód.

Poprawiam klamrę i ruszam popychany wątpliwym Wybrednym Głodem. Szczęka trochę boli, ale Nic, znaczy chyba nic mi się nie stało, tak myślę. A może poszedłbym dla pewności do szpitala? Niech mi zrobią prześwietlenie czy coś. Tylko że to nudy straszne w tych kolejkach czekać, no, jakbym opowiedział poprzednią scenę bardziej dramatycznie, to szpital byłby uzasadniony, ale tak, to nie.

Chyba że jakąś pielęgniarkę bym poznał – dobrą, troskliwą – i szczerze zakochany w końcu mógłbym opisać miłość – własną, oryginalną… Tylko co to za oryginalna miłość z pielęgniarką? To może z pielęgniarzem? Ale do pielęgniarzy mnie nie ciągnie, więc Nic, znaczy, nic by z tego nie było.

I tak – w sposób naturalny, niewymuszony, spontaniczny – wytworzył się we mnie konflikt pomiędzy Oryginalną Miłością a Wybrednym Głodem, który, powróciwszy do pierwotnej formy, nie budzi już wątpliwości.

Powróciwszy? Kto tak jeszcze mówi? Ale teraz idę, więc tego nie zmienię, a gdy dochodzę, to staję przed drzwiami.

Z jednej strony chcę wejść, bo raczej znajdę tam coś, co zaspokoi mój Wybredny Głód. Tylko jakie jest prawdopodobieństwo, że w biedrze przeżyję Oryginalną Miłość? No i momentalnie poczułem, jak narastający konflikt rozrywa mnie – metaforycznie, rzecz jasna – na dwa stronnictwa.

Pierwsze, pod dyktatorskim przewodnictwem serca, nie chce, bym wchodził do sklepu, tylko żebym natychmiast poszukał odpowiedniego miejsca do przeżycia Oryginalnej Miłości. W drugim stronnictwie – pragnącym jak najszybciej zaspokoić Wybredny Głód – panuje triumwirat wątroby, trzustki i dwunastnicy, które zyskały posłuch, głosząc, że wiedzą lepiej, co jest najlepsze dla brzucha.

Prawa noga, zagorzała zwolenniczka Wybrednego Głodu, robi krok w przód, jednak lewej nodze – znajdującej się po lewej stronie, czyli będącej na terenie, gdzie organiczną przewagę ma Stronnictwo Oryginalnej Miłości – nie podoba się autorytaryzm serca, i stawiając bierny opór, nie postępuje ani w przód, ani w tył.

Ogromnym wysiłkiem poprawiam klamrę, żeby była idealnie nad rozporkiem, po czym wchodzę do sklepu, wewnętrznie skonfliktowany, używając tylko prawej nogi i ciągnąc nogę lewą. Gdy nagle lewa ręka, bezmyślna wyznawczyni serca, łapie drzwi. Ledwo stanąłem, a tu prawa ręka chwyta lewą dłoń i próbując ją oderwać, niemal wyłamuje mi palce ze stawów. Walka nie trwa długo, bo prawą rękę mam silniejszą od lewej, no i znowu idę, rzecz jasna tylko prawą nogą, natomiast prawa ręka pacyfikuje rękę lewą, trzymając ją mocno w nadgarstku.

Ale nie mogę tak dłużej, bo to bardzo męczące, wycieńczające wręcz…

I nagle mnie olśniło. Przemówię do brzucha językiem miłości:

– Można pokochać, o, na przykład taką porcję rosołową – znajduję wzrokiem towar akurat będący w promocji – to dopiero oryginalne…

– Czy wszystko w porządku? – pyta ochroniarz, wyłaniając się nie wiadomo, skąd.

– A czy widział pan kiedyś równie piękną porcję rosołową? – odpowiadam pytaniem na pytanie.

– Słucham?

– Myśli pan, że rosół zrobiony z tego wspaniałego, niepowtarzalnego, najpiękniejszego na świecie, ba, we wszechświecie, kurzego korpusu zaspokoi mój Wybredny Głód?

Lewa ręka się rozluźnia, prawa ją puszcza i obie, wspólnie, w zgodzie, odsuwają szybkę lodówki. Sięgając po opakowanie, widzę kątem oka, jak ochroniarz rusza za mną…

Ale nic mnie to nie obchodzi, bo rzeczywistość – szarą, ponurą, prozaiczną – rozjaśnia cudowne światło. I nagle spostrzegam, jak zastawione towarem półki nabierają kolorów, jak czas staje i jest tylko ta jedna jedyna chwila, a oprócz niej – Nic.

– Wybiorę dla ciebie najlepsze warzywa, bo zasługujesz na to, co najlepsze – szepczę do Mej Miłości. – Ale dlaczego tak ciebie pokochałem? – pytam i szybko, ukradkiem, sprawdzam datę ważności. – Kocham cię za to, że jesteś tania i świeża, przynajmniej do jutra… Chyba że cię zamrożę i zatrzymam na specjalną okazję… No, nie gniewaj się, tylko żartowałem, przecież muszę czym prędzej zaspokoić Wybredny Głód. Wiesz co – znowu szepczę, przybliżając do ust opakowanie z Mą Miłością – jak się trochę pogotujesz, to wrzucę ci gałązkę lubczyku i ze dwa goździki… No, daj spokój i nie bocz się już, wiem, że tak lubisz…

Wybieram najlepsze warzywa i idę do kasy. Normalnie poszedłbym do samoobsługowej, bo szybciej, ale konto mam puste… Chociaż to wkurwiające, jak maszyna mnie pogania, żebym się prędko pakował, wziął paragon i wypierdalał ze sklepu…

A cóż to za język? Jakże on nie pasuje do mojego stanu, stanu harmonii, równowagi między Wybrednym Głodem a Oryginalną Miłością. Lecę więc w miłosnym uniesieniu do ludzi, by podzielić się radością – dobrą, szczerą, zaraźliwą – i staję na końcu kolejki.

A spora ta kolejka, z dziesięć koszyków.

– Otworzy ktoś drugą kasę?! – krzyczy jakiś frustrat.

– Jak ktoś będzie wolny, to przyjdzie, dzwoniłam już – odpowiada poirytowana kasjerka.

– No to, kurwa, zadzwoń jeszcze raz, ludzie tu czekają – rzuca gniewnie Frustrat. I odwraca się do mnie, dodając: – Zawsze to samo, jakby nie mogli jeszcze kogoś zatrudnić.

Normalnie olałbym gościa, lecz dziś, teraz, w tej chwili muszę do niego przemówić z miłością:

– Kocham cię, Frustracie.

– Że co? – wydusza z siebie zaskoczony Frustrat.

– Kocham… kocham wszystkich na świecie, ba, we wszechświecie, kocham was odbiciem mojej miłości do Mej Miłości. I gdyby sklep zatrudnił jeszcze jedną osobę, która specjalnie dla ciebie, drogi Frustracie, zawsze otwierałaby kolejną kasę, to Ma Miłość – pokazuję opakowanie – nie byłaby już taka tania. Czy to pojmujesz? Poza tym, kochany Frustracie, może niedługo zostaną jedynie kasy samoobsługowe, a wtedy to ty będziesz poganiany…

Lecz on nie słucha – prawdopodobnie w ogóle nie słuchał – tylko leci niesiony na skrzydłach frustracji do nowo otwartej kasy. Ale to nieważne, bowiem opowieść zyskuje teraz wartość dydaktyczną…

– Ej, kochasiu! – Szturcha mnie stojąca z tyłu kobieta. – Kładźże tą swoją miłość, bo chcę się wyłożyć.

– Tę miłość.

– Co tam mruczysz?

– Nic, nieważne, drobiazg taki mały, no, malutki błąd pani popełniła, ale to błahostka, w dialogu ujdzie, więc Nic, znaczy, nic się nie stało.

– Pomyleniec jakiś – mówi kobieta, szukając wokół aprobaty.

Wykładam zakupy, najpierw warzywa, później kurę…

I patrząc na porcję rosołową sunącą na taśmie do kasy, zaczynam wątpić w Mą Miłość i momentalnie dopadają mnie czarne myśli: przecież to zwykła kura marketowa, a właściwie kurzy korpus, tam kurzy, z jakiegoś nafaszerowanego antybiotykami stwora, co wyrósł na trzech centymetrach kwadratowych.

Rzeczywistość znów staje się szara, ponura, prozaiczna. I mam ochotę zostawić tę ohydną kurę, te warzywa, no i ten nic niewarty konflikt – śmieszny, wydumany, dziwaczny.

Ale nie mogę teraz porzucić opowieści… A niby czemu nie? Bo to jakby, ot tak, życie zakończyć – nagle, nielogicznie, stojąc w kolejce w biedrze…

– Czternaście złotych i dwadzieścia trzy grosze – mówi kasjerka, nie patrząc na mnie.

Biorę się w garść i wyciągam portfel, który ożywia wspomnienie o Synu. Odruchowo macam pobolewającą szczękę i z lekkim strachem zaglądam do środka. Jest dycha, są też jakieś drobne: złoty, dwa, dwa pięćdziesiąt, siedemdziesiąt… i miedziaki.

Ożeż kurwa, nie starczy!

Palę buraka, myśląc, które warzywa odłożyć… Aż tu kolejny raz naszła mnie paskudna myśl.

– Jednak zapłacę kartą – rzucam niby od niechcenia i sięgam po torbę, bo przecież nie będę uciekać, trzymając wszystko w rękach, jeszcze coś zgubię.

Wyciągam kartę.

Wkładam do czytnika.

Mimochodem pakuję rzeczy.

Wstukuję PIN.

Spokojnie chwytam prawą ręką torbę.

Zerkam, czy droga jest wolna. Szybko poprawiam pasek, tak, żeby klamra była idealnie nad rozporkiem, po czym łapię kartę i lecę w długą do wyjścia.

Nagle – nie wiadomo, skąd – wyłania się ochroniarz, wyciąga ku mnie rękę… Ale nie zdąży, widzę, że nie zdąży. Przeciskam się bokiem przez ledwo uchylone drzwi i już jestem na zewnątrz. Mknę – wolny, bezkarny, szczęśliwy – przez parking, rozpędzony wskakuję na chodnik i biegnę dalej… Dokąd? No właśnie, nie wiem, bo przede mną jest – Nic.

Czuję, że mam coraz mniej czasu, a muszę jeszcze spiąć opowieść w całość, sklamrować, tak, by była o czymś…

Rzucam torbę i wracam myślami do początku opowieści. I znowu siedzę, wzdycham nad pustym kontem, idę popychany Wybrednym Głodem, napotykam syna – i tworzę Syna, który pozostaje moim najlepszym bohaterem i którego wciąż mi żal – wspominam wewnętrzny konflikt, Mą Miłość, Frustrata, utratę wiary, wstyd, kradzież. Lecz znowu dochodzę do Niczego.

Na koniec, rozpływając się, w ostatnim akcie bezradności poprawiam klamrę, by była idealnie na swoim miejscu.

Koniec

Komentarze

Pamiętam ten tekst i ciągle kojrzy mi się z tym samym. Coś między Gombrowiczem a Dniem Świra. Czyli na plus.

Czemu nic czasem z dużej, czasem z małej? Czemu generalnie z dużej?

 

Sporo powtórzeń i widzę, że chyba się nimi bawisz, ale mnie nużą.

 

Siedzę, siedzę i myślę, jaką historię opowiedzieć. A nie mogę opowiadać byle jakiej historii, co to to nie, musi ona mieć to coś, żeby od razu było czuć, że jest o czymś… W międzyczasie sprawdzam stan konta, ale wciąż Nic, znaczy pusto.

Biorę głęboki oddech i znowu siedzę… Aż rozbolało mnie siedzenie. Więc wstaję, podchodzę do okna, a za nim Nic. Znaczy to samo co zawsze: droga, drzewa, samochody, ludzie, czyli nic ciekawego.

 

Czemu członkowie rodziny z dużej?

 

Mnie niestety nie porwało.

"nie mam jak porównać samopoczucia bez bałaganu..." - Ananke

Cieszę się, kronosie, że jeszcze raz przeczytałeś i ciągle jest na plus. Dzięki, że wpadłeś.

 

Czemu nic czasem z dużej, czasem z małej? Czemu generalnie z dużej?

Bo nic znaczy coś innego niż Nic.

 

Czemu członkowie rodziny z dużej?

Bo są to postacie stworzone spontanicznie przez narratora, nie prawdziwi rodzicie chłopaka.

 

Sporo powtórzeń i widzę, że chyba się nimi bawisz, ale mnie nużą.

No to sorry. Tak, bawiłem się i myślałem, że budują rytm opowieści. Ale widocznie było tak tylko w mojej głowie.

 

Mnie niestety nie porwało.

Cóż. I tak fajnie, że przeczytałaś i zostawiłaś komentarz. Dzięki, Ambush.

Hej, Palaio

 

Fajny tekst, pomysłowy i trafiajacy w mój gust (aaaabsuuuuurd! xD).

– Ale tak nie można! – odzywa się Syn, psując mi narrację

Ta linijka zrobiła mi dzień, serio ;)

 

Fabuła gdzieś tam jest i jest też w niej jakaś szalona logika, ale nie jest to sedno opowiadania (też umiem w powtórzenia, ha!), bo nim jest forma;) zabawne, że tekst jednocześnie nie jest o niczym, ale zarazem jest właśnie o Niczym ;)

 

A teraz poważnie: powtórzenia momentami trochę wybijały z rytmu, ale bardzo dobrze się czytało, więc kliknę;)

Jak opisał mnie pewien zacny Bard: "Szyszkowy Czempion Nieskończoności – lord lata, imperator szortów, najwspanialsza portalowa Szyszunia"

Hej!

 

– Ale tak nie można! – odzywa się Syn, psując mi narrację

Ta linijka zrobiła mi dzień, serio ;)

Teraz to Ty zrobiłeś mi dzień, bo czytając opko po przypadkowym odkopaniu, sam się przy tym zaśmiałem. ;)

 

A teraz poważnie: powtórzenia momentami trochę wybijały z rytmu, ale bardzo dobrze się czytało, więc kliknę;)

No to na poważnie. Nic jest w opowiadaniu fizyczne, narrator je widzi, ucieka przed nim, dlatego wymyśla jakieś dziwaczne konstrukcje, nie znajduje dobrych porównań, gubi się, powtarza słowa, panicznie się bojąc, że jak straci zainteresowanie czytelnika, to ten po prostu przestanie czytać i biedaczek trafi w nicość. Sztuką było zrobienie tego w sposób atrakcyjny, więc nie dziwi mnie to, że w wielu miejscach poległem. Tak jak wspomniałem, czytając chyba z dziesiąty raz przed publikacją, wszystkie powtórzenia układały mi się w rytm, który pasował do opowieści. Ale możliwie, że tylko w mojej głowie. Jakoś się to nazywa, nie? xD

 

Dzięki za komentarz i klika.

Jakoś się to nazywa, nie? xD

Owszem, istnieje nazwa, ale nie będziemy jej głośno wymawiać (ani pisać!) bo jeszcze ONI się dowiedzą… :P

Jak opisał mnie pewien zacny Bard: "Szyszkowy Czempion Nieskończoności – lord lata, imperator szortów, najwspanialsza portalowa Szyszunia"

Przeczytałem. Lubię zabawy słowem, ale krótsze. Poziom absurdu okazał się być wyższy niż dopuszczalny przeze mnie, więc od połowy tekstu byłem zmęczony. :)

Za sukces uznaję to, że ktoś doczyta tekst do końca i pozwoli biednemu narratorowi pogodzić się z przeznaczeniem. Poziom absurdu rzeczywiście przewyższa tolerancję przeciętnego czytelnika, ale pasowało mi to do wizji artystycznej. Bo czy nicość nie jest czymś kosmicznie absurdalnym?

Cieszę się, że przeczytałeś ponownie i zostawiłeś po sobie ślad. :)

Jakoś się to nazywa, nie? xD

Tak, instrumentacja głoskowa XD Wpadnę później.

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Karta z edycją tekstu już czeka na Twój komentarz. ;)

Nie pamiętam, żebym to czytał, ale mam pamięć złotej rybki, więc może, skoro tak twierdzisz.

angel

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Nie spodobało Ci się, więc nic dziwnego, że zapomniałeś.

Trochę absurdalne, irracjonalne, niejednoznaczne, ale dobre. Powtórzenia może trochę przeszkadzały mi na początku, ale nie bardzo. Pojawiające się Nic jest gwoździem opowiadania i przynajmniej w moim odczuciu znaczy więcej niż nic. Kilka razy się uśmiechnęłam. Kliknę, bo moim zdaniem tekst biblioteczny :)

 

Cieszę się, że tytułowe Nic znaczy dla Ciebie więcej niż nic i że czytając, kilka razy się uśmiechnęłaś.

Dzięki za komentarz i klika. :)

Ociężała i zgrzytająca codzienność zderza się raz po raz z rozgadaniem myśli w dialektycznym tańcu tworzenia i nicowania, w którym o dziwo starczyło jeszcze miejsca na humor. Autor z dużym wdziękiem operuje słowem, zawsze serwując nam coś zaskakującego, gdy już myśleliśmy, że wyczuliśmy jego rytm.

facebook.com/tadzisiejszamlodziez

Jeśli kiedyś jakiś wydawca dostanie zaćmienia mózgu i wyda to opowiadanie, to będę nalegał, żeby dodał Twój komentarz jako blurp. Co do honorarium, to jakoś się dogadamy. Co powiesz na procent od zysków? xD

A tak serio, to dzięki, bardzo miły komentarz. :)

Wrażenia po lekturze tej wersji Spontanicznej opowieści o Niczym w zasadzie niczym się nie różnią od tych, których doznałam czytając wersję opublikowaną niemal dwa lata temu. Teraz też będę twierdzić, że spontaniczności tu niewiele, że opowiadanie dobrze pomyślane i napisane z rozmysłem. A że mnóstwo tu absurdu… A gdzie go nie ma?

Nieźle też wypadła klamra, która ostatecznie znalazła się na swoim miejscu, tak jak bohater lubi. ;)

 

bo teraz idę ulicą, zna­czy chod­ni­kiem idą­cym wzdłuż ulicy… → Czy dobrze rozumiem, że bohater szedł chodnikiem, który się poruszał i również szedł?

Dodam jeszcze, że chodniki są z reguły układane wzdłuż ulicy/ jezdni; chyba nie miałam okazji widzieć ulicy, na której chodnik byłby ułożony w poprzek.

 

może za nie­dłu­go zo­sta­ną je­dy­nie kasy sa­mo­ob­słu­go­we… → …może nie­dłu­go zo­sta­ną je­dy­nie kasy sa­mo­ob­słu­go­we

 

sto­jąc w ko­lej­ce w Bie­drze… → …sto­jąc w ko­lej­ce w bie­drze

 

roz­pę­dzo­ny wska­ku­je na chod­nik i bie­gnę dalej… → Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Opowiadanie pełne humoru. Dużo życiowych obserwacji. Te powtórzenia, wtręty, pojawiające się dziwne myśli bardzo dobrze budują rytm opowieści. Nie miałem problemu z rozróżnieniem czemu Syn, a innym razem syn, bo to przecież klarownie wynikało z tekstu.

Czytało się lekko, ale w pewnym momencie zmęczyło. Może dla mnie tekst o Niczym powinien być trochę krótszy? W każdym razie tekst o Niczym, które jest opowiedziane takim konkretnym stylem.

Bohater wredny, dobrze, że dostał w pysk.

 

Klikam. Pozdrawiam.

 

Hej, Reg!

Końcówkę z klamrą zmieniłem całkowicie i myślę, że wypada dobrze. Niech ta jedna rzecz narratorowi się uda, skoro tak mu na tym przez całą opowieść zależało. ;)

To zdanie brzmi okropnie, ale nie mogę nic zmienić, bo teraz idę ulicą, znaczy chodnikiem idącym wzdłuż ulicy… Idę!

Tutaj narrator ma problem z prostym opisem, decydując się w końcu na jednowyrazowe zdanie. Zastanowię się nad idącym, choć nie powiem, bardzo mi pasuje.

Resztę oczywiście poprawię. Dzięki za łapankę i za ponowne przeczytanie opka. :)

 

Cześć, AP!

Tak, bohater wredny, paskudny wręcz, i dobrze, że dostał w pysk. Ale nie o nim jest to opowiadanie i te jego paskudztwo było celowe, żeby czytelnik zbytnio się z nim nie utożsamił. W poprzedniej wersji kończył on dużo gorzej, ale uznałem, że mimo wszystko nie zasłużył na taki koniec, niech sobie spokojnie zniknie.

Masz rację, że opowieść o Niczym w tak charakterystycznym stylu mógłbym zamknąć w objętości szorta. Wtedy byłaby bardziej strawna. No ale potrzebowałem wyciągnąć z twarzy Syna filozoficzno-kosmologiczną pseudogłębie, w miarę przekonująco opisać ten absurdalny wewnętrzny konflikt i już naprawdę skrótowo zarysować Mą Miłość, która zamyka mi wątek Wybrednego Głodu. A to wszystko było dla mnie ważne i nie mogłem niczego wywalić. xD

Dzięki za komentarz i klika. :)

Pozdrawiam

Bardzo proszę, Palaio. Miło mi, że mogłam się przydać, ale też rozumiem, że wolisz niektóre zdania pozostawić w pierwotnym brzmieniu. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przeczytałam i miałam trochę mieszane uczucia. Nie wiem, może ten tekst wydał mi się nieco za długi? Po pewnym czasie zabawa słowem trochę mnie zmęczyła. Jednak pozytywne wrażenia przeważyły – ja lubię absurd, lubię ciekawe zabiegi, więc chyba się w Twoim świecie odnalazłam. No i jednak mimo zmęczenia nie odrywałam się od tekstu, byłam ciekawa jak to się wszystko potoczy.

Klikam, choćby i za formę.

„‬Człowiek, który potrafi druzgotać iluzje jest zarazem bestią i powodzią. Iluzje są tym dla duszy, czym atmosfera dla planety." - V. Woolf

Jestem świadomy, że opowiadanie będzie dla większości czytelników męczące. Niewiele się tu dzieje, bohater wymyśla jakieś skomplikowane abstrakty, w sens których nikt nie będzie wnikał, a całość napisana jest tak, że trzeba w miarę uważnie czytać.

Ale i tak się cieszę, że podobała Ci się forma, którą chciałem skontrastować z miałką treścią, co miało być metaforą kontrastu pojęć coś-nic.

Wiem, że nikt nie pytał, ale musiałem. xD

Dzięki, Rosso, za komentarz i klika. :)

Poprzednią Spontaniczną opowieść o Niczym uznałam za godną Biblioteki, więc teraz nadrabiam niedopatrzenie i już pędzę do klikarni. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cieszę się, że tym razem opowiadanie trafi jednak do biblioteki.

Dzięki, Reg. :)

 

Palaio, i ja się cieszę. :D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

 co to to nie

Co to, to nie.

 Znaczy to samo co zawsze

Znaczy, to samo, co zawsze.

 Znaczy to samo co

Jak wyżej. Minus za wyrazy.

 Ruszam popychany

Ruszam, popychany.

 ściągam kurtkę z wieszaka, ta zaś

Szyk: ściągam z wieszaka kurtkę, ta zaś.

 Tu się zacinam i zmieszany wracam do prostego stylu.

I masz rację :)

 Zawiązuje byle jak zszarzałe sznurówki i szurając z lekka… To zdanie brzmi okropnie, ale nie mogę nic zmienić

 znaczy chodnikiem idącym wzdłuż ulicy

Chodniki nie chodzą. Prowadzą, tak. Ale nie chodzą. Nie ja to wymyślam :)

 niepewnym głosem

Głos jest niepewny – czy Syn?

 pryszczata twarz przybiera wyraz niezrozumienia

Mmmm… wiem, że metafikcja i te sprawy, ale mam już alergię na "wyraz niezrozumienia"…

 wydusza wreszcie.

Wydusza z siebie wreszcie.

 patrzy raz to na Pimpusia, raz na mnie, raz na pieniądze kurczowo trzymane w dłoni

Albo: raz na Pimpusia, raz na mnie… albo: to na Pimpusia, to na mnie… (etc.).

No jak nie można

 No, jak nie można.

 krzyczę, nie wytrzymując tępoty Syna

Nie wytrzymawszy raczej.

Ciułała czy inny Szitsu

A co to za wielkie litery? Spasione takie? Minus pięć punktów za wyrazy.

jak nie to przepadniemy

Jak nie, to przepadniemy.

 bo jak nie to zginiemy

Bo jak nie, to zginiemy.

co jest dobre a co złe

Co jest dobre, a co złe. Rozważałeś terapię filozoficzną, drogi narratorze?

 okazał się nieskuteczny na bezdusznego Syna

Hmm.

 – Jakie pieniądze?

Jak poprzednio była "kasa" to i tu powinna być, skoro syn powtarza.

 ostatnie co widzę

Ostatnie, co widzę.

 ruszam popychany wątpliwym

Ruszam, popychany wątpliwym.

 Niech zrobią mi prześwietlenie

Niech mi zrobią prześwietlenie.

 rozrywa mnie – metaforycznie, rzecz jasna – na dwa stronnictwa.

https://sjp.pwn.pl/szukaj/stronnictwo.html Mocno metaforycznie.

 poszukał odpowiedniego miejsca dla przeżycia

Do przeżycia.

i stawiając bierny opór, nie postępuje ani w przód, ani w tył.

Hmm.

 używając tylko prawej nogi i ciągnę nogę lewą

Może: ciągnąc?

 idę, rzecz jasna tylko prawą nogą

Po "rzecz jasna" dałabym przecinek, ale tak w ogóle – hmm.

 nie wiadomo skąd

Nie wiadomo, skąd.

lodówki. Sięgając po opakowanie, widzę kątem oka, jak ochroniarz rusza za mną, mówiąc coś do krótkofalówki

Rym.

 No nie gniewaj się

No, nie gniewaj się.

 No daj spokój

No, daj spokój.

 konto mam puste

Portfel też, skoro oddał wszystko synowi… Minus dwa punkty (w sumie mamy już 9, z minusem, naturalnie).

 Normalnie zignorowałbym gościa

Zlekceważył… olał… proszę… (minus 1 punkt, razem 10).

 wydusza zaskoczony Frustrat

Brak dopełnienia: wydusza z siebie zaskoczony Frustrat.

 szukając wokół aprobaty

…?

 tam kurzy

Jeszcze jeden: tam, kurzy.

 nafaszerowanego stwora

Nafaszerowanego – czym?

 Bo to jakby ot tak życie zakończyć

Bo to jakby ot, tak życie zakończyć.

 Aż tu kolejny raz naszła mnie paskudna myśl.

Naszła – czy nachodzi?

tak, aby

Tak, żeby.

 nie wiadomo skąd

Nie wiadomo, skąd.

 No właśnie

No, właśnie.

 tworzę z niego Syna

Nie można tworzyć czegoś z czegoś, tworzy się ex nihilo.

 

No, cóż. Smutne to. W stylu "Dnia świra". Naliczyłam dziesięć bluzgów i nie wiem, na co były potrzebne, chyba na dowód, że życie jest złe, szare i bez sensu. Nie mój typ komedii, a metafikcję lubię.

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Hej!

 

 Minus za wyrazy.

Ale że niby co?

 

I masz rację :)

Ten paskudny narrator, to nie ja. :)

 

Chodniki nie chodzą. Prowadzą, tak. Ale nie chodzą. Nie ja to wymyślam :)

Wiem, ale to tak fajnie brzmi. Nie można tego uznać za błąd narratora, który nie umie się wysłowić? xD

 

Głos jest niepewny – czy Syn?

Jak Syn? Nie rozumiem.

 

Mmmm… wiem, że metafikcja i te sprawy, ale mam już alergię na "wyraz niezrozumienia"…

Polecam wapno. ;)

 

A co to za wielkie litery? Spasione takie? Minus pięć punktów za wyrazy.

Ej, to nie fair. Gdzie mogę złożyć protest?

 

Rozważałeś terapię filozoficzną, drogi narratorze?

Odpowiem za niego: nie! Zniknąłby w poczekalni.

 

Ruszam, popychany wątpliwym.

A po co ten przecinek, skoro nie chcę akcentować czasownika?

 

Mocno metaforycznie.

W stronnictwach nie ma ludzi, a części ciała, które – jak widać w tekście – mają własne cele i poglądy.

 

Portfel też, skoro oddał wszystko synowi… Minus dwa punkty (w sumie mamy już 9, z minusem, naturalnie).

Ha, nie! Bo zostały mu grosze.

Zamieniłem grosze na drobne.

 

Naszła – czy nachodzi?

Jeśli mam być konsekwentny, to naszła, bo już raz użyłem tej formy. Myślisz, że mogę użyć czasu przeszłego? Bo bohatera myśl nachodzi, a potem ocenia ją jako paskudną. Czy to zbyt duży fikołek?

 

No, cóż. Smutne to. W stylu "Dnia świra". Naliczyłam dziesięć bluzgów i nie wiem, na co były potrzebne, chyba na dowód, że życie jest złe, szare i bez sensu. Nie mój typ komedii, a metafikcję lubię.

No, smutne. :( Ale dla mnie jest też śmieszne. :)

Przekleństwa spełniają dwie funkcje: oddają stan psychiczny bohatera i jego paskudny charakter.

Nie mój typ komedii, a metafikcję lubię.

Bo to jest tragedia, tylko przedstawiona w absurdalnej i groteskowej formie.

 

Dzięki za komentarz i wskazanie błędów. Zaraz poprawię. :)

Wiem, ale to tak fajnie brzmi. Nie można tego uznać za błąd narratora, który nie umie się wysłowić? xD

Niby można, ale bez przesady :P

 Jak Syn? Nie rozumiem.

Kto tu jest niepewny? Czy głos może być czegoś pewny?

 Polecam wapno. ;)

To przesąd, nie pomaga :P

 A po co ten przecinek, skoro nie chcę akcentować czasownika?

Akcentowanie nie ma tu nic do rzeczy, czasowniki się rozdziela.

 Czy to zbyt duży fikołek?

Nie, dlaczego?

 Przekleństwa spełniają dwie funkcje: oddają stan psychiczny bohatera i jego paskudny charakter.

Hmmm, no, czemu nie.

 Bo to jest tragedia, tylko przedstawiona w absurdalnej i groteskowej formie.

Aha.

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Kto tu jest niepewny? Czy głos może być czegoś pewny?

Dobra, dobra. Napiszę: niepewnie brzmiącym.

 

Akcentowanie nie ma tu nic do rzeczy, czasowniki się rozdziela.

I po co te popisy?

 

Nie, dlaczego?

Nie wiem, jestem tylko grafomanem, piszącym na czuja.

 

Aha.

Postać narratora jest tragiczna, wydawało mi się, że to oczywiste. A że otoczka Ci nie podeszła, to trudno. I tak się cieszę, że przeczytałaś. :)

 

Napiszę: niepewnie brzmiącym.

Mmmm…

I po co te popisy?

Żebyś zapamiętał :P

heart

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Zostawiam ślad swojej wizyty, na merytoryczny komentarz chyba nie mam czasu, ale podobało mi się i też klikałbym do Biblioteki.

Слава Україні!

Ważne, że się podobało. Dzięki:)

Dzień dobry, nie czy­ta­łem wcze­śniej Two­je­go tek­stu, więc je­stem po pierw­szej lek­tu­rze.

Dla mnie na­pi­sa­łeś stru­mień świa­do­mo­ści na raz lub kilka razy, gdzie o ko­lej­nych wy­da­rze­niach de­cy­du­ją nie­jed­no­rod­ne sko­ja­rze­nia. Raz świat i akcję pcha po­do­bień­stwo dzie­dzi­ny, raz ja­kieś sko­ja­rze­nie oso­bi­ste, innym razem może jakaś me­ta­fo­ra (szcze­gól­nie ta z prysz­cza­mi, nad którą póź­niej się z lekka “pa­stwisz”).

 

Tekst jest na­pi­sa­ny nie naj­go­rzej, ale ca­łość jest mocno nie­ja­sna i je­że­li uwa­żasz go za dobry, to prze­ka­za­łeś czy­tel­ni­kom zna­czą­co za mało in­for­ma­cji i po­ło­wę tek­stu, któ­re­go my nie wi­dzi­my, masz w pa­mię­ci.

 

Wy­pi­sa­łem sobie kilka zdań:

 

A nie mogę opo­wia­dać byle ja­kiej hi­sto­rii, co to, to nie, musi ona mieć to coś, żeby od razu było czuć, że jest o czymś…

Po­ka­zu­je to ja­kieś iro­nicz­ne na­sta­wie­nie bo­ha­te­ra do świa­ta, który bę­dzie opi­sy­wał. Ale z czego wy­ni­ka jego po­sta­wa? A może to wła­ści­wie za­po­wiedź do­świad­cze­nia jakim jest tekst sam w sobie?

 

Ale prysz­cze górne mo­nu­men­tal­nie stoją na sy­now­skim czole, nie­wzru­szo­ne ni­czym wul­ka­ny, wy­cze­ku­jąc chwi­li erup­cji…

Ten temat prysz­czy potem jest kon­ty­nu­owa­ny. Wul­ka­ny prysz­czy nie są ra­czej ory­gi­nal­ną i za­ska­ku­ją­cą me­ta­fo­rą, więc jaka jest ich rola w tek­ście? Je­że­li iro­nicz­na, to z czego iro­ni­zu­je­my? Z bo­ha­te­rów czy tek­stu w ogóle? Cza­sem po­ja­wia­ją się też od­nie­sie­nia do samej hi­sto­rii, jakby tekst łamał świa­do­mie lub bez­wied­nie, “czwar­tą ścia­nę”.

 

Ale dobra, liczy się Syn, w nim cała głę­bia, sym­bo­li­ka, me­ta­fi­zy­ka nawet…

Czy te wstaw­ki o me­ta­fi­zy­ce coś zna­czą, czy są tylko wy­po­wie­dzia­mi? Je­że­li nie ma głębi, to autor pra­wi­dło­wo za­po­wie­dział, że tekst jest o ni­czym. Czy­tel­nik nie po­wi­nien mieć pre­ten­sji, że zo­stał oszu­ka­ny, bo ostrze­żo­ny był od sa­me­go po­cząt­ku.

 

 

A może po­szedł­bym dla pew­no­ści do szpi­ta­la? Niech mi zro­bią prze­świe­tle­nie czy coś. Tylko że to nudy strasz­ne w tych ko­lej­kach cze­kać, no, jak­bym opo­wie­dział po­przed­nią scenę bar­dziej dra­ma­tycz­nie, to szpi­tal byłby uza­sad­nio­ny, ale tak, to nie.

Chyba że jakąś pie­lę­gniar­kę bym po­znał – dobrą, tro­skli­wą – i szcze­rze za­ko­cha­ny w końcu mógł­bym opi­sać mi­łość – wła­sną, ory­gi­nal­ną… Tylko co to za ory­gi­nal­na mi­łość z pie­lę­gniar­ką? To może z pie­lę­gnia­rzem? Ale do pie­lę­gnia­rzy mnie nie cią­gnie, więc Nic, zna­czy, nic by z tego nie było.

To jest przy­kład tego jak mógł po­wstać tekst. Bo­ha­ter nagle coś stwier­dza (być może pi­szą­ca osoba au­to­iro­nicz­nie wpa­dła na po­mysł, że bo­ha­ter za­sta­no­wi się nad ra­cjo­nal­no­ścią hi­sto­rii opi­sa­nej w opo­wia­da­niu i zgło­si się w do­my­śle do szpi­ta­la, wia­do­mo ja­kie­go), a potem na tym stwier­dze­niu le­ci­my dalej.

 

Mamy Szpi­tal -> w szpi­ta­lu coś się pa­cjen­to­wi robi → w szpi­ta­lu są ko­lej­ki (wia­do­mo rok na za­bieg itd.), → po­twier­dze­nie mo­ty­wa­cji wpro­wa­dze­nia szpi­ta­la (jak zo­sta­ła na­pi­sa­na hi­sto­ria) → Och, są pie­lę­gniar­ki w szpi­ta­lu, miej­sce na wątek ero­tycz­ny → ale są też pie­lę­gnia­rze.

 

Wła­ści­wie nic nie stoi na prze­szko­dzie, by dalej roz­pi­sy­wać szpi­tal, do­da­jąc to­a­le­ty, sto­łów­ki, kost­ni­cę oraz karty pa­cjen­tów. Czy tekst nie po­szedł w tę stro­nę, bo plan za­kła­dał inny prze­bieg fa­bu­ły? A może po pro­stu inne nagłe sko­ja­rze­nie po­cią­gnę­ło wy­obraź­nię i tam po­gna­ły myśli, a za myślą pióro au­tor­skie? Nie wia­do­mo.

 

Oka­zu­je się jed­nak, że owe szpi­tal­ne szki­ce do­pro­wa­dzi­ły do po­wsta­nia ko­lej­nej idei:

 

I tak – w spo­sób na­tu­ral­ny, nie­wy­mu­szo­ny, spon­ta­nicz­ny – wy­two­rzył się we mnie kon­flikt po­mię­dzy Ory­gi­nal­ną Mi­ło­ścią a Wy­bred­nym Gło­dem, który, po­wró­ciw­szy do pier­wot­nej formy, nie budzi już wąt­pli­wo­ści.

 

Więc, czy nadal tekst jest o ni­czym?

 

 

Pod­su­mo­wu­jąc. Je­że­li opo­wia­da­nie zo­sta­ło­by wy­dru­ko­wa­ne w spe­cy­ficz­nej for­mie pod zna­nym na­zwi­skiem, być może tra­fi­ło­by nawet na stoły stu­den­tów po­lo­ni­sty­ki do ana­li­zy. Je­że­li autor byłby znany, do­szu­ki­wa­no by się au­to­bio­gra­fii, spo­łecz­nych uwa­run­ko­wań itd. Tekst mam przed ocza­mi bez kon­tek­stu i mam ogól­ne wra­że­nie, że jest tutaj dość swo­bod­nie przed­sta­wio­ny stru­mień myśli, z luź­ny­mi sko­ja­rze­nia­mi, pcha­ją­cy­mi treść ku fi­na­ło­wi. To co czy­tel­nik z tek­stu wy­nie­sie, za­le­ży tylko od jego do­brej woli oraz pracy wła­snej. Nie po­dej­mu­jąc nad­mia­ru wy­sił­ku, który może za­ciem­nić war­tość tek­stu, wy­da­je mi się, że jak na formę pró­bu­ją­cą być może za­sko­czyć, jest zbyt ty­po­wo, a przy tym jest za mało sensu. Dużo po­wsta­ło po­dob­nych wy­po­wie­dzi li­te­rac­kich, w któ­rych jed­nak nieco wię­cej po­sta­wio­no na lo­gi­kę wy­da­rzeń, a dy­gre­syj­ność i stru­mień świa­do­mo­ści słu­ży­ły może ubar­wie­niu, wy­zna­cze­niu stylu po­strze­ga­nia świa­ta. Można się za­sta­no­wić, czy warto tak pisać. Ja bym po­le­cał, nie­za­leż­nie od wy­bra­ne­go stylu, na­pi­sać jed­nak o czymś i bar­dziej świa­do­mie, nie rzu­ca­jąc jakichś gór­no­lot­nych okre­śleń na wiatr.

 

Za­uważ, że piszę o samej tre­ści i ide­ach, więc sam tekst wła­ści­wie prze­ma­wia do czy­tel­ni­ka :)

 

 

 

Artystom więcej, szybko!

Cześć!

Że Ci się chciało pisać tak długi komentarz… No ale dobra, skoro już się tak natrudziłeś, to ja też się nieco wysilę.

Zacznę od tego, że ten tekst to tylko grafomańska impresja. Dobrze się bawiłem, kiedy go pisałem i to mi wystarczy. A gdy wrzucałem go na portal, moją ambicją było, żeby trafił do biblioteki. Trafił, co mnie bardzo cieszy, i tam zostanie, bo szkoda na niego papieru.

Ale do rzeczy. Chciałem napisać opowiadanie o nicości. Tylko że, jak to ja, nie mogłem po prostu napisać normalnego opowiadania. Podszedłem więc do tematu oryginalne (przynajmniej ja nie słyszałem, żeby ktoś tak opowiadał o nicości).

Na poziomie treści opowiadanie to – co prawda składny i zamknięty w miarę logicznej strukturze, ale jednak – BEŁKOT. A fabularnie nic tu nie ma znaczenia. Bohater może iść w prawo albo w lewo, do bierdy czy do szpitala, spotkać syna sąsiadów czy nauczycielkę z liceum. Nie ma to znaczenia. Jest to zabieg, który wprowadziłem świadomie, by na poziomie treści opowiadanie nie oferowało niczego czytelnikowi (dlatego bardzo mnie cieszy każdy z portalowiczów, który je przeczytał). Widziałeś może Umarłą Klasę Tadeusza Kantora? (Jest na Youtubie). Zastosował on podobny zabieg, tylko że w skrajnej formie.

Treści zaczynają się dopiero na poziomie meta. Znaczy trzeba pomyśleć, zinterpretować tekst i spróbować znaleść do niego klucz. Na tym etapie 90% czytelników odpada. Bo po co się trudzić nad bełkotem jakiegoś nołnejma? Sam pewnie, gdybym czytał podobny tekst, wzruszyłbym ramionami i nawet nie skomentował. No więc zacznijmy od tego, że bohater wie, że jest narratorem opowieści, co można wywnioskować z pierwszego zdania. Tragizm bohatera polega na tym, że nie potrafi ciekawie opowiadać – sam też jest dość nieciekawą postacią – nie ma o czym opowiadać, a podświadomie czuje, że jak straci zainteresowanie czytelnika, to zniknie. Bo kto będzie pamiętał takiego nieciekawego gościa?

Tu masz odpowiedź na swoje pytanie:

Pokazuje to jakieś ironiczne nastawienie bohatera do świata, który będzie opisywał. Ale z czego wynika jego postawa? A może to właściwie zapowiedź doświadczenia jakim jest tekst sam w sobie?

Bohater nie spogląda na świat ironicznie, dla niego jest on śmiertelnie groźny, bo wszędzie czai się główny antagonista opowiadania: Nic.

 

Ten temat pryszczy potem jest kontynuowany. Wulkany pryszczy nie są raczej oryginalną i zaskakującą metaforą, więc jaka jest ich rola w tekście? Jeżeli ironiczna, to z czego ironizujemy? Z bohaterów czy tekstu w ogóle? Czasem pojawiają się też odniesienia do samej historii, jakby tekst łamał świadomie lub bezwiednie, “czwartą ścianę”.

Sprawa jest bardzo prosta. Bohater widzi na ulicy chłopaka dotkniętego trądzikiem, który wyprowadza pieska, i układa pod tą postać absurdalną narrację, by ze zwykłego syna sąsiadów, którego spotyka na codzień, zrobić postać, którą – w swoim mniemaniu – zainteresuje czytelnika. I nie miałem zamiaru naśmiewać się trądziku, sam zmagałem się z tą chorobą i doskonale wiem, jak to jest, gdy ludzie udają, że jesteś jak oni, a tak naprawdę odczuwają wobec ciebie odrazę. W opowiadaniu chciałem wyśmiać problem nicości, co było głównym zamysłem artystycznym opowiadania i co chyba w ogóle mi się nie udało. Zauważ, że narrator nie zwraca się nigdzie bezpośrednio do czytelnia i nie burzy do końca czwartej ściany.

 

Czy te wstawki o metafizyce coś znaczą, czy są tylko wypowiedziami? Jeżeli nie ma głębi, to autor prawidłowo zapowiedział, że tekst jest o niczym. Czytelnik nie powinien mieć pretensji, że został oszukany, bo ostrzeżony był od samego początku.

Na poziomie treści absolutnie nic. Znaczą coś na poziomie meta, ale już sobie daruję tłumaczenie, bo to nie jest kluczowe. I skoro tytuł opowiadanie brzmi Spontaniczna opowieść o Niczym, to gdzie tu oszustwo? xD

 

Właściwie nic nie stoi na przeszkodzie, by dalej rozpisywać szpital, dodając toalety, stołówki, kostnicę oraz karty pacjentów. Czy tekst nie poszedł w tę stronę, bo plan zakładał inny przebieg fabuły? A może po prostu inne nagłe skojarzenie pociągnęło wyobraźnię i tam pognały myśli, a za myślą pióro autorskie? Nie wiadomo.

 Ale zauważ, że motywatorem narratora jest Wątpliwy Głód. Przecież nie mogłem zawieść czytelnika i porzucić ten wątek na rzecz szpitala, nie? xD Tutaj celem jest wytworzenie konfliktu pomiędzy Wątpliwym Głodem a Oryginalną Miłością, co oczywiście nic nie znaczy na poziomie treści i coś tam znaczy na poziomie meta.

 

Więc, czy nadal tekst jest o niczym?

Powtórzę, tekst jest o niczym na poziomie treści, na poziomie meta jest to nieudolna próba wyśmiania nicości.

 

Podsumowując. Jeżeli opowiadanie zostałoby wydrukowane w specyficznej formie pod znanym nazwiskiem, być może trafiłoby nawet na stoły studentów polonistyki do analizy. Jeżeli autor byłby znany, doszukiwano by się autobiografii, społecznych uwarunkowań itd.

xD

 

Nie podejmując nadmiaru wysiłku, który może zaciemnić wartość tekstu, wydaje mi się, że jak na formę próbującą być może zaskoczyć, jest zbyt typowo, a przy tym jest za mało sensu.

Rozumiem. Ale jak wspomniałem, tekst pisałem dla siebie, więc nic dziwnego, że tylko ja go w pełni rozumiem.

 

Dużo powstało podobnych wypowiedzi literackich, w których jednak nieco więcej postawiono na logikę wydarzeń, a dygresyjność i strumień świadomości służyły może ubarwieniu, wyznaczeniu stylu postrzegania świata.

Znasz tekst, w którym autor podszedł podobnie do tematu nicości? Natychmiast dawaj tytuł!

 

Można się zastanowić, czy warto tak pisać.

Oczyście, że można. A moja twórczość nie wyjdzie poza Internet, więc spokojnie mogę pisać tak, jak mi się podoba.

 

Ja bym polecał, niezależnie od wybranego stylu, napisać jednak o czymś i bardziej świadomie, nie rzucając jakichś górnolotnych określeń na wiatr.

Pozwól, że sam zadecyduję, o czym będę pisał. A na poziom świadomości, niestety, nie mam wpływu. I co masz na myśli, pisząc, że rzucam górnolotne określenia na wiatr?

Zauważ, że piszę o samej treści i ideach, więc sam tekst właściwie przemawia do czytelnika :)

Przyznam, że nie do końca łapię, co masz na myśli, ale mogę odwzajemnić emotkę: :)

Jedyna ideą tekstu jest idea nicości, z którą sam się mierzę i z którą nie mogę sobie poradzić, więc postanowiłem, że się z niej trochę ponabijam.

Z ulgą przyjąłem to, że uznałeś tekst za nie najgorzej napisany.

Dziękuję za komentarz.

Mnie w tym tekście bardzo uderzył motyw miłości. A właściwie to, jak przejechałeś walcem po najpiękniejszym uczuciu, jakiego może doświadczyć człowiek. Po przeczytaniu tego pierwszy raz byłem zdruzgotany, w obecnej wersji jest podobnie. Ubrałeś w słowa to, co ciążyło mi od dawna, ale nie potrafiłem zdobyć się na sprecyzowanie tych myśli. Może nie dlatego, że nie umiałem – bardziej, że nie miałem odwagi.

Nie jestem pewny, czy chcę kontynuować tę wypowiedź publicznie. Wiedz jedynie, że ten tekst jest na swój sposób wyjątkowy. Pod niektórymi względami trafia w samo sedno, w samą istotę rzeczy, ale jest przy tym bezlitosny. 

Opowiadanie ma swoje słabsze i lepsze fragmenty. Ten z miłością uważam za lepszy, o ile nie najlepszy. I zarazem najbardziej dołujący, biorąc pod uwagę wymowę tekstu. Wiesz, raz mam tak, że absurdalna otoczka tekstu bardziej do mnie przemawia i nawet się zaśmieję pod nosem. A innym razem, to aż robi mi się zimno z poczucia bezsensu. Myślę, że tekst przemawia do tych, którzy mierzą się z podobnym problemem, co ja i do tego potrafią odnaleźć znaczenia w tym bełkocie (a może bardziej, którym chce się odnaleźć te znaczenia). Jak myślisz, jak duża to grupa? ;)

Dzięki za komentarz.

Przeczytałam do końca.

yes

Nowa Fantastyka