- Opowiadanie: Mglisty - Bliska Wola

Bliska Wola

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Bliska Wola

– Bzzzt! – za­dzwo­nił dzwo­nek do­mo­fo­nu. Był no­wiut­ki i błysz­czą­cy, jesz­cze za­bez­pie­czo­ny fa­brycz­ną taśmą.

– Kto tam? – Ode­zwał się de­li­kat­ny ko­bie­cy głos, było też sły­chać od­gło­sy im­pre­zy w tle. Wy­rwa­ły mnie z dziw­ne­go odrę­twie­nia.

 – To my! – krzyk­nę­ły­śmy ra­do­śnie, wy­ma­chu­jąc re­kla­mów­ką z Bie­dron­ki w któ­rej we­so­ło stu­ka­ły bu­tel­ki z winem i sze­le­ści­ły chip­sy.

Wy­sta­wi­ły­śmy swoje uśmiech­nię­te twa­rze do ka­me­ry przy drzwiach.

– Bzzzt! – ode­zwał się do­mo­fon raz jesz­cze i zo­sta­ły­śmy wpusz­czo­ne do środ­ka klat­ki. Kasia po­szła przo­dem, zła­pa­ła mnie za rękę i rzu­ci­ła w moją stro­nę:

– Dzi­siaj bę­dzie­my się świet­nie bawić! – wcią­gnę­ła mnie za drzwi, które za­mknę­ły się z ak­sa­mit­ną gład­ko­ścią.

We­szły­śmy do środ­ka, do no­we­go bloku na Bli­skiej Woli, osie­dlu o któ­rym mó­wi­li wszy­scy – nie­któ­rzy po­zy­tyw­nie, nie­któ­rzy ne­ga­tyw­nie. Nie miało to dla nas więk­sze­go zna­cze­nia, li­czy­ło się głów­nie to, że jedno z miesz­kań na 7 pię­trze ku­pi­ła Iza, nasza ko­le­żan­ka, i ro­bi­ła dzi­siaj pa­ra­pe­tów­kę. A my strasz­nie chcia­ły­śmy się skuć. Ostat­nie kilka ty­go­dni na stu­diach i w pracy dały wszyst­kim ostro w kość. Po­trze­bu­je­my tego. Ja po­trze­bu­ję tego. My­śla­łam, że za­ha­ru­ję się na śmierć.

We­szły­śmy z Kasią, moją współ­lo­ka­tor­ką, do środ­ka. Przy­wi­ta­ły nas szare, pół­ma­to­we po­wierzch­nie pod­łóg, kilka in­te­re­su­ją­cych gra­ni­to­wych ak­cen­tów na ścia­nach przy wej­ściu, a tak wszech­obec­na biel – ścian, su­fi­tów, lamp – spra­wia­ła ty­po­we pseu­do­no­wo­cze­sne wra­że­nie jak we wszyst­kich blo­kach si­lą­cych się na modny mi­ni­ma­lizm. Po­pra­wi­łam to­reb­kę na ra­mie­niu i na­ci­snę­łam przy­cisk wzy­wa­ją­cy windę.

– Otis, mój skry­bo, no rusz się na dół – po­wie­dzia­łam do Kasi. Ta się za­śmia­ła; wy­pi­ła już dwa piwa pod żabką i było jej nawet we­so­ło. Winda była na dzie­sią­tym pię­trze i po­wo­li zmie­rza­ła w naszą stro­nę. Kasia w tym cza­sie wy­cią­gnę­ła ko­lej­ną Pe­reł­kę i po­cią­gnę­ła łyka z bu­tel­ki. Po­da­ła mi, i też tro­chę upi­łam.

Ding!

Drzwi windy po­wo­li się otwo­rzy­ły, i po­je­cha­ły­śmy na górę. Miesz­ka­nie 77, to po pra­wej.

Za­to­czy­ły­śmy się – bo już spe­cjal­nie trzeź­we nie by­ły­śmy – pod od­po­wied­nie drzwi. Do­cho­dził zza nich przy­tłu­mio­ny dźwięk im­pre­zy. Za­pu­ka­ły­śmy, na­ci­snę­ły­śmy dzwo­nek kil­ka­na­ście razy, aż ktoś przy­szedł i otwo­rzył nam drzwi. Try­um­fal­nie we­szły­śmy do środ­ka, wzno­sząc ręce i bu­ja­jąc się w rytm mu­zy­ki.

– Siema wszyst­kim, je­ste­śmy! – krzyk­nę­ły­śmy w tłum może dwu­dzie­stu osób w miesz­ka­niu, tań­czą­cych i pi­ją­cych al­ko­hol. Rów­nież wznie­śli ręce.

Po­czu­łam za­pach spa­le­ni­zny i dymu, ale to pew­nie z kuch­ni. Byłam dia­bel­nie głod­na.

– Kasia, zjesz coś? Nie można tak pić na pusty żo­łą­dek – po­wie­dzia­łam, ale w tym samym mo­men­cie za­dzwo­nił te­le­fon. Wy­cią­gnę­łam go z to­reb­ki, i ocho, świet­ny taj­ming. Wła­ści­ciel­ka miesz­ka­nia dzwo­ni. O tej go­dzi­nie nie wró­ży­ło to wiele do­bre­go. Ode­bra­łam.

– Majka? Cześć, prze­pra­szam że prze­szka­dzam, ale spra­wa jest po­waż­na – po­wie­dzia­ła szyb­ko, i nie­wy­raź­nie, przez jakiś szum w tle. – Pękła głów­na rura w miesz­ka­niu, za­le­wa pię­tro, wszyst­kie wasze rze­czy, nie da się tego za­krę­cić, bo to nie z miesz­ka­nia, przy­jeż­dżaj szyb­ko i ratuj co się da! – krzyk­nę­ła. W tle było sły­chać wrza­ski ludzi i dziw­ny nie­po­ko­ją­cy szum. Wody może.

Noż kurwa mać, a miało być tak pięk­nie.

Wzię­łam Kasię pod pachę, szyb­ko jej stre­ści­łam co się dzie­je i wy­bie­gły­śmy z miesz­ka­nia. Winda była na par­te­rze, a że nie było czasu, wy­bra­ły­śmy scho­dy. Po zej­ściu kilku pię­ter Kasia dziw­nie na mnie po­pa­trzy­ła i po­wie­dzia­ła:

– Majka, a gdzie Ty masz to­reb­kę?

Noż kurde. Zo­sta­wi­łam na ka­na­pie. Wra­ca­my, mia­łam tam port­fel z kasą i bi­le­tem mie­sięcz­nym. Wcho­dzi­my po scho­dach, mi­ja­my pię­tro piąte, szó­ste, ósme.

Cze­kaj cze­kaj, coś jest nie tak. Gdzie pię­tro siód­me?

– Jaki tutaj jest numer miesz­ka­nia? – pytam Kasi.

– Osiem­dzie­siąt. Zejdę niżej, po­szły­śmy za da­le­ko. – Kasia szyb­ko wy­trzeź­wia­ła i po­bie­gła po scho­dach. Usły­sza­łam kilka ner­wo­wych kro­ków i usły­sza­łam krzyk z dołu:

– Majka, nie wiem co się dzie­je, ale tutaj jest szó­ste pię­tro! Nie ma siód­me­go. Ostat­nie miesz­ka­nie to 62! – Wbie­gła z po­wro­tem do mnie, wy­raź­nie pa­ni­ku­jąc.

Prze­cież to nie­moż­li­we. Schla­ne je­ste­śmy i tyle. Za­pu­kaj­my do kogoś, po­mo­że nam.

Po­szły­śmy pod pierw­sze drzwi obok, pu­ka­my, głu­cho. Nikt nie otwie­ra.

Na­stęp­ne, iden­tycz­ne drzwi. To samo. Ko­lej­ne, bez róż­ni­cy. Wy­glą­da jakby cały blok opu­sto­szał. Wyj­rza­łam przez okno – widać było co praw­da świa­tła na ze­wnątrz, ale było dziw­nie cicho, i ani jed­ne­go sa­mo­cho­du czy osoby.

Znowu po­czu­łam ten za­pach spa­le­ni­zny, tym razem był sil­niej­szy. Jakby słod­ki. Od­wró­ci­łam się do Kasi – wy­raź­nie pa­ni­ko­wa­ła. Miała w ręce te­le­fon.

– Majka, kurwa mać, co się dzie­je. Nikt nie od­bie­ra. Dzwo­ni­łam do Ma­riol­ki, nic. Do matki, też nic. Cho­le­ra, nawet do by­łe­go dzwo­ni­łam, i też nie łączy! Tutaj był dobry za­sięg Majka! – krzyk­nę­ła mi w twarz.

– No prze­cież wiem – pró­bo­wa­łam ją uspo­ko­ić – Lan­dlord dzwo­ni­ła i było ok. Może sieć tylko padła, damy radę. Weź idź na dół, i spró­buj zna­leźć pomoc, ja pójdę w górę? Prze­cież pię­tro nie mogło tak po pro­stu znik­nąć. Kasia przy­tak­nę­ła.

Z każ­dym pię­trem ro­bi­ło się jakby ciem­niej. Ża­rów­ki za­czę­ły czę­ściej mi­go­tać, ścia­ny zda­wa­ły się zwę­żać i pul­so­wać. Prze­sta­ły być rów­nież śnież­no­bia­łe – bar­dziej wpa­da­ły w brąz. Albo to tylko ja świ­ru­ję?

W każ­dym bądź razie, nie zna­la­złam miesz­ka­nia 77, ani 7 pię­tra, ani ko­go­kol­wiek sko­re­go do po­mo­cy. Nawet świa­tła za oknem wy­da­wa­ły się dal­sze niż zwy­kle.

Za to za­pach ognia – strasz­ny, gry­zą­cy, słod­ki, przy­wo­łu­ją­cy pa­skud­ne wspo­mnie­nia – za­czy­nał być nie do znie­sie­nia. Zro­bi­ło mi się nie­do­brze, za­krę­ci­ło w gło­wie – zwy­mio­to­wa­łam.

– Wy­star­czy – po­wie­dzia­łam cicho pod nosem, wy­cie­ra­jąc usta w rękaw. – Trze­ba stąd spier­da­lać. Po­szłam w dół, po scho­dach – winda prze­sta­ła jeź­dzić, co w tych oko­licz­no­ściach prze­sta­ło mnie dzi­wić – szu­ka­jąc Kasi.

Zna­la­złam ją w oko­li­cach trze­cie­go pię­tra. Cała dy­go­ta­ła, sku­lo­na w kucki pod ścia­ną, blada. Ża­rów­ka nad nią mi­go­ta­ła. Mam­ro­ta­ła coś cicho pod nosem, ale nie zwra­ca­ła na mnie uwagi. Po­de­szłam bli­żej po­słu­chać.

… je­ste­śmy zgu­bio­ne, zgi­nie­my tutaj, On nie po­zwo­li nam stąd nigdy wyjść, nie chcę być ofia­rą, nie chcę być ofia­rą, nie CHCĘ być OFIA­RĄ, nie jego, jego nie, przy­sta­nek ogień i dym, i wiecz­ne po­tę­pie­nie, na wieki… – strze­li­łam ją w twarz.

– Kasia, co z Tobą, zbie­raj się, ucie­ka­my! – Nie za­re­ago­wa­ła. Jesz­cze raz ude­rzy­łam z li­ścia. Struż­ka krwi po­cie­kła jej z prze­cię­te­go pa­znok­ciem po­licz­ka. To chyba za­dzia­ła­ło; spoj­rza­ła na mnie bez wy­ra­zu, ale spoj­rza­ła. Po­mo­głam jej wstać. Nie było to łatwe, nadal mam­ro­ta­ła, i nie­spe­cjal­nie chcia­ła iść.

Boże, scho­dze­nie tylko jed­ne­go pię­tra za­ję­ło nam z wiecz­ność. Nie było to łatwe, bo na klat­ce pa­no­wał pół­mrok. Cza­sem ża­rów­ki za­pa­la­ły się z pełną mocą, i wy­da­wa­ło mi się że kątem oka wi­dzia­łam jakiś kształt na skra­ju pola wi­dze­nia, ale ża­rów­ki od razu gasły i nie zdą­ża­łam się przy­pa­trzeć.

My­śla­łam tylko o uciecz­ce. Pal licho miesz­ka­nie, lan­dlor­da, to­reb­kę. Chcę uciec stąd, nic wię­cej.

Gdy ze­szłam na pię­tro dru­gie, zo­ba­czy­łam źró­dło za­pa­chu. Były to pło­ną­ce drzwi, otwar­te na oścież.

Drzwi z mo­je­go sta­re­go miesz­ka­nia na Tar­gów­ku, miesz­ka­nia które spło­nę­ło jak byłam mała.

Po­rzu­ci­łam Kasię, po­czu­łam się dziw­nie wcią­gnię­ta do środ­ka. Gdy we­szłam, wi­dzia­łam tą samą, brzo­zo­wą bo­aze­rię na ścia­nach. Zdję­cia z wuj­kiem na ścia­nie. Pło­ną­cą kuch­nię, z pa­tel­nią z ole­jem która się za­ję­ła gdy stary za­snął pi­ja­ny na ka­na­pie ro­biąc obiad. Ogień mnie nie pa­rzył, po­ru­szał się jakby w zwol­nio­nym tem­pie. Wcho­dzi­łam głę­biej, i głę­biej, do­cho­dząc do mo­je­go sta­re­go po­ko­ju.

Na­sze­go sta­re­go po­ko­ju, szyb­ko się po­pra­wi­łam. Mo­je­go i Anie­li.

Jej łó­żecz­ko już stało w pło­mie­niach. Miała tylko ro­czek gdy to się stało, pró­bo­wa­ła z niego wyjść, ale nie umia­ła przejść przez szcze­bel­ki, a jej pi­żam­ka, jej słod­ka nie­bie­ska pi­żam­ka w sło­ni­ki pło­nę­ła żywym ogniem. Wi­dzia­łam tam też sie­bie, pró­bo­wa­łam po­dejść ale bez­sku­tecz­nie. Byłam nie­wie­le star­sza, spa­rzy­łam strasz­nie dło­nie, pró­bu­jąc ją wy­cią­gnąć.

Ogień był zbyt silny. Ogień był zbyt wy­so­ki. Pła­ka­łam.

Nagle do po­ko­ju we­szła mama, każe mi ucie­kać, i pró­bu­je wy­cią­gnąć sio­strę. Jakaś siła cofa mnie za drzwi wej­ścio­we, które za­trza­sku­je z hu­kiem. Ze środ­ka sły­chać krzy­ki, które szyb­ko cich­ną. Po­pa­rzo­ny­mi dłoń­mi pró­bu­ję otwo­rzyć drzwi, bez­sku­tecz­nie.

Zo­sta­ję sama. Znowu. Tylko ja i pło­ną­ce drzwi. Pło­ną­ce brą­zo­we drzwi na Tar­gów­ku.

– Nie je­steś sama. Masz mnie, od za­wsze masz mnie – sły­szę głos za sobą. Od­wra­cam się, i widzę Kasię, ta jed­nak opie­ra się o ścia­nę, ledwo żywa, prze­ra­żo­na. Ha­lu­cy­na­cja?

Od­wra­cam się raz jesz­cze, zo­ba­czyć pło­ną­ce drzwi. Tych już nie ma, są zwy­kłe, do miesz­ka­nia 23. Stoję jak wryta, ze łzami w oczach.

Trze­ba stąd ucie­kać. Biorę znowu Kasię pod pachę, i scho­dzi­my niżej, na pierw­sze pię­tro. Ciem­no, cicho, choć czuć ciąg po­wie­trza, tam, i z po­wro­tem. Jak od­dech. De­li­kat­ny po­wiew. Ścia­ny już nie są brą­zo­we, o nie. Wy­glą­da­ją za­ska­ku­ją­co or­ga­nicz­nie. Ludz­ko. Jakby po­kry­te skórą, a nie farbą. Po­prze­ci­na­ne ży­ła­mi a nie ka­bla­mi.

Uff, je­ste­śmy na pierw­szym pię­trze. Do drzwi już nie­da­le­ko. Je­stem po­twor­nie zmę­czo­na, mokra, czuję się chora. Kasia tez nie wy­glą­da naj­le­piej, ledwo zipie. Wy­cho­dzi­my zza ba­rier­ki, i widzę… Kasię, która do mnie macha, po­cząt­ko­wo z uśmie­chem, i szyb­ko z na­ra­sta­ją­cym prze­ra­że­niem.

– Majka, kogo Ty masz ze sobą…?

Zmro­zi­ło mnie. Sta­nę­łam jak wryta. Po­czu­łam, jak to coś co pro­wa­dzę na ra­mie­niu, nagle się sku­pi­ło, spię­ło wszyst­kie mię­śnie. Od­wró­ci­łam głowę de­li­kat­nie w stro­nę „Kasi”. To coś, co jesz­cze przed chwi­lą wy­glą­da­ło jak moja umę­czo­na ko­le­żan­ka, teraz miała sze­ro­ko otwar­te czar­ne oczy, i twarz wy­krę­co­ną w sza­leń­czym uśmie­chu.

– Mam Was – wy­szep­ta­ła i rzu­ci­ła się bły­ska­wicz­nie w stro­nę Kasi, po­wa­la­jąc mnie na zie­mię. Mocno rąb­nę­łam głową o po­sadz­kę, nie­mal­że tra­cąc przy­tom­ność. Usły­sza­łam krót­ki krzyk i gar­dło­we mokre pla­śnię­cie, po tym jak be­stia prze­gry­zła Kasi szyję. Wi­dzia­łam, jak pró­bo­wa­ła się bro­nić, ale ten demon śmiał się z nie­bo­gło­sy i wy­ry­wał jej je­li­ta żyw­cem, pró­bu­jąc ją nimi udu­sić. W prze­ra­że­niu pod­czoł­ga­łam się do ścia­ny. Krew Kasi wy­cie­ka­ła z niej sze­ro­ką stru­gą, która do­się­gnę­ła moich bia­łych butów.

„Kasia” po­ży­wia­ła się moją współ­lo­ka­tor­ką, prze­gry­za­jąc jej szyję, wy­sy­sa­jąc szpik, i chi­cho­cząc podle co chwi­lę. Wy­da­ła mega obrzy­dli­wy, gar­dło­wy głos roz­ko­szy, i skie­ro­wa­ła wzrok w moją stro­nę.

– Teraz Ty. – po­wie­dzia­ła, wy­krzy­wia­jąc nie­na­tu­ral­nie głowę, i za­czę­ła się do mnie zbli­żać.

W prze­ra­że­niu wy­ma­ca­łam za mną ka­wa­łek stłu­czo­nej szyby, praw­do­po­dob­nie z drzwi hy­dran­tu, który strza­ska­łam gdy ude­rzy­łam w ścia­nę. Zła­pa­łam go, ka­le­cząc się wście­kle, i za­mach­nę­łam w kie­run­ku isto­ty.

Udało mi się ciąć po oczach, ośle­pia­jąc po­two­ra. „Kasia” za­wy­ła w po­twor­nym okrzy­ku, zło­rze­cząc w okrop­nym ję­zy­ku któ­re­go nigdy wcze­śniej nie sły­sza­łam. Szu­ka­ła mnie po omac­ku, by mnie zabić, czy się ze­mścić, ale nie za­mie­rza­łam dać jej tej sa­tys­fak­cji. Obok skrzyn­ki z hy­dran­tem zna­la­złam ga­śni­cę i za­czę­łam bić jej kan­tem po­two­ra po gło­wie, mocno, raz za razem, aż za­czął skom­leć, bła­gać o li­tość, za­czął mówić „sio­stro, nie krzywdź” gło­sem Anie­li… Tego już było za wiele. Wście­kła okła­da­łem ją ga­śni­cą aż prze­sta­ła od­dy­chać.

Moje ręce były rów­nie znisz­czo­ne jak w dniu śmier­ci mojej ro­dzi­ny, Byłam brud­na i po­twor­nie zmę­czo­na. Prze­wró­ci­łam się obok tru­pów Kaś i le­ża­łam w ich wspól­nej ka­łu­ży krwi i juchy. Było tam tak cicho, a mi – dziw­nie cie­pło i do­brze. Jak­bym wró­ci­ła do domu.

Nie wiem ile tam prze­le­ża­łam. W tym cza­sie krew skrze­pła i stała się chłod­na, le­piąc mi włosy. Ozna­cza­ło to, że czas wstać, i iść do wyj­ścia, na par­ter.

Ze­bra­łam się w sobie, zmę­czo­na, obita, i po­szłam w kie­run­ku scho­dów. Te wy­raź­nie pul­so­wa­ły. Par­ter kom­plet­nie nie przy­po­mi­nał klat­ki scho­do­wej.

Ścia­ny, stwo­rzo­ne z ludz­kiej tkan­ki, miały oczy, w naj­róż­niej­szych kształ­tach i roz­mia­rach, mru­ga­ją­ce w moją stro­nę, a cuch­ną­cy od­dech po­ru­szał się tam i z po­wro­tem przez mię­si­ste wrota które kie­dyś praw­do­po­dob­nie były drzwia­mi. Teraz za­miast drzwi był płat skóry sku­tecz­nie blo­ku­ją­cy wyj­ście.

Nadal mia­łam ze sobą ka­wa­łek szkła, w mojej po­cię­tej ręce. Uda­łam się w kie­run­ku wyj­ścia, ale usły­sza­łam Głos.

Oczy pa­trzy­ły w moim kie­run­ku, a głos w mojej gło­wie opo­wia­dał mi bym zo­sta­ła. Że tutaj bę­dzie mi do­brze. Że mogę już na za­wsze być z moimi zna­jo­my­mi, z ro­dzi­ną.

Mó­wiąc to, stwo­rzył z mię­snej masy ide­al­ne re­pli­ki moich zna­jo­mych, uśmie­cha­ją­cych się sze­ro­ko do mnie, tylko oczy mieli czar­ne i puste. Za­pra­sza­li mnie do sza­rej na­giej jamy w ścia­nie, gdzie mo­gła­bym się z Gło­sem po­łą­czyć, już na za­wsze.

Głos był miły. Był szcze­ry. Był roz­kosz­ny. Wie­dzia­łam, że nie chce mnie skrzyw­dzić. No, przy­naj­mniej nie tak jak „Kasia” chcia­ła.

Po­de­szłam do sza­rej na­giej jamy. Wy­glą­da­ła za­chę­ca­ją­co. Jej kształt ide­al­nie pa­so­wał do moich wy­mia­rów, nawet moja to­reb­ka już tam była. Sku­szo­na, wy­cią­gnę­łam ku niej rękę. Głos wes­tchnął w roz­ko­szy, a jego od­dech stał się bar­dziej in­ten­syw­ny. Ku moim pal­com wy­strze­li­ły de­li­kat­ne skó­rza­ne macki, pró­bu­jąc mnie wcią­gnąć. To był jego błąd. Pra­wie mnie miał, ale jego chci­wość go zgu­bi­ła.

Ock­nę­łam się z roz­kosz­ne­go otę­pie­nia, wy­rwa­łam to­reb­kę z za­głę­bie­nia w mię­sie i po­bie­głam co sił w no­gach ku skó­rza­nej bło­nie, prze­ci­na­jąc ją szkłem. Głos krzyk­nął okrop­nie, zło­wiesz­czo, a z błony sik­nę­ła krew, a zza niej bły­snę­ło białe świa­tło. Przedar­łam się przez nią i bie­głam co sił w no­gach, w kie­run­ku ja­sno­ści.

Zda­wa­ło mi się że usły­sza­łam głos Anie­li mó­wią­cy że je­stem już bli­sko, gdy coś zła­pa­ło mnie za nogę, po­cią­gnę­ło mocno i wtedy ude­rzy­łam głową o zie­mię.

Stra­ci­łam przy­tom­ność. Gdy się obu­dzi­łam, byłam w win­dzie, w dro­dze na 7 pię­tro, z re­kla­mów­ką z Bie­dron­ki w ręce.

Kasia stała obok, miała twarz uśmiech­nię­tą – może ciut za bar­dzo.

– Dzi­siaj bę­dzie­my się świet­nie bawić – za­pew­ni­ła.

Koniec

Komentarze

Mgli­sty, ponad trzy­na­ście i pół ty­sią­ca zna­ków to już nie szort. Bądź uprzej­my zmie­nić ozna­cze­nie na OPO­WIA­DA­NIE. Na tym por­ta­lu szor­ty koń­czą się na dzie­się­ciu ty­sią­cach zna­ków.

Gdyby ci, któ­rzy źle o mnie myślą, wie­dzie­li co ja o nich myślę, my­śle­li­by o mnie jesz­cze go­rzej.

Wy­bacz, prze­oczy­łem ten pa­ra­metr. Już po­pra­wio­ne.

OK. Dzie­ku­ję. I nie ma czego wy­ba­czać. :)

Gdyby ci, któ­rzy źle o mnie myślą, wie­dzie­li co ja o nich myślę, my­śle­li­by o mnie jesz­cze go­rzej.

Hej!

Ko­men­tarz na bie­żą­co.

 

z Bie­dron­ki w któ­rej

Brak prze­cin­ka. Dalej też nie ma prze­cin­ków, więc po­le­cam po­szu­kać i wsta­wić. ;)

 

z ak­sa­mit­ną gład­ko­ścią.

Za­my­ka­nie drzwi i ak­sa­mit­na gład­kość? Śred­nio to pa­su­je.

 

7 pię­trze

siód­mym pię­trze

 

żabką

Żabką

 

ocho

oho

 

Ty masz

ty masz

Zwro­ty grzecz­no­ścio­we wiel­ką li­te­rą tylko w li­stach, In­ter­ne­cie.

 

Sporo po­wtó­rzeń (zwłasz­cza od­mian cza­sow­ni­ka być), więc nie wy­mie­niam wszyst­kie­go.

 

Cie­ka­wy po­mysł ze zni­ka­ją­cym pię­trem. Chyba gdzieś były zni­ka­ją­ce drzwi, ale brak pię­tra cie­kaw­szy, zwłasz­cza że przy­po­mniał mi pe­wien film.

 

za­sięg Majka

Prze­ci­nek.

 

uspo­ko­ić – Lan­dlord

uspo­ko­ić. – Lan­dlord

 

Kasia przy­tak­nę­ła.

Od nowej li­nij­ki.

 

jej z prze­cię­te­go pa­znok­ciem po­licz­ka

Trud­no to sobie wy­obra­zić. Ude­rze­nie z li­ścia ra­czej nie po­wo­du­je za­ha­cze­niem pa­znok­ciem o twarz i prze­cię­cie po­licz­ka.

 

Błę­dów jest tak dużo, że nie na­dą­ży­ła­bym z wy­mie­nia­niem. Po­le­cam po­czy­tać po­rad­ni­ki z forum:

https://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

Niżej są od­no­śni­ki do in­nych.

 

Fa­bu­lar­nie – chaos. Nie wiem, co na­pi­sać, bo od próby im­pre­zy, do zni­ka­ją­ce­go pię­tra, jesz­cze jakoś tak było w miarę… Ale póź­niej te wspo­mnie­nia z dzie­ciń­stwa, ścia­ny jak z ludz­kich skór, so­bo­wtór Kasi zja­da­ją­cy ją i chcą­cy zjeść bo­ha­ter­kę, nagłe się­gnię­cie po szkło i za­ata­ko­wa­nie stwo­ra, do tego “Głos”, wa­bie­nie do jamy, macki… To jak po­łą­cze­nie kilku opo­wia­dań.

A na ko­niec bo­ha­ter­ka się budzi.

To sen? Ech.

 

No cóż, nie po­rwa­ło, ale po­le­cam dużo czy­tać i pisać dalej, z każ­dym razem bę­dzie le­piej. :)

Po­zdra­wiam,

Anan­ke

To są pierw­sze po­waż­niej­sze po­dry­gi z mojej stro­ny, dzię­ku­ję za opi­nię. Po­wo­li i do przo­du :)

Ro­zu­miem, wszy­scy tu się uczy­my, cały czas. ;) Warto przej­rzeć po­rad­ni­ki z forum, dzię­ki któ­rym sam tekst bę­dzie bar­dziej przej­rzy­sty i po­zwo­li czy­tel­ni­kom sku­pić się na fa­bu­le, a w dal­szej ko­lej­no­ści na błę­dach. :)

Życzę dużo cier­pli­wo­ści i po­wo­dze­nia w dal­szym pi­sa­niu. :)

Sporo w tym tek­ście cie­ka­wych po­my­słów, a i na­pię­cie jest na swoim miej­scu. Jest tu tro­chę cha­osu i przy­dał­by się ca­ło­ści jakiś więk­szy szlif, ale nie jest to zły tekst.

Ode­zwał się de­li­kat­ny ko­bie­cy głos, było też sły­chać od­gło­sy im­pre­zy w tle. Wy­rwa­ły mnie z dziw­ne­go odrę­twie­nia.

Głos może być ła­god­ny, miły, ści­szo­ny – ale nigdy "de­li­kat­ny". Nie wiem, czy nie po­dzie­li­ła­bym tych zdań ina­czej.

krzyk­nę­ły­śmy ra­do­śnie

A jak to się ma do "dziw­ne­go odrę­twie­nia"?

re­kla­mów­ką z Bie­dron­ki w któ­rej

Re­kla­mów­ką z Bie­dron­ki, w któ­rej.

Wy­sta­wi­ły­śmy swoje uśmiech­nię­te twa­rze do ka­me­ry przy drzwiach.

"Swoje" zbęd­ne (czy można wy­sta­wić cudzą twarz?), ale nie dam głowy za po­łą­cze­nie wy­sta­wie­nia z ka­me­rą.

zo­sta­ły­śmy wpusz­czo­ne do środ­ka klat­ki

"Do środ­ka" albo "do klat­ki" – wy­bierz jedno.

Kasia po­szła przo­dem, zła­pa­ła mnie za rękę i rzu­ci­ła w moją stro­nę:

Hmm. Coś mi się Eu­kli­des bun­tu­je. Zo­bacz, Kasia idzie przo­dem – i do­pie­ro po tym, jak się wy­sfo­ro­wa­ła, łapie nar­ra­tor­kę?

wcią­gnę­ła mnie za drzwi, które za­mknę­ły się z ak­sa­mit­ną gład­ko­ścią.

… wut. Poza tym, że pierw­sza li­te­ra po­win­na być duża ( https://fantazmaty.pl/pisz/poradniki/jak-zapisywac-dialogi/ ) – co ma ak­sa­mit do drzwi? Mogą się za­mknąć cicho, łatwo, nawet gład­ko, jeśli weź­mie­my to w sen­sie me­ta­fo­rycz­nym (czyli za­mknę­ły się bez trud­no­ści), ale ak­sa­mit kon­kre­ty­zu­je tę gład­kość, przy­wo­łu­je wra­że­nie zmy­sło­we, które nijak tu nie pa­su­je.

We­szły­śmy do środ­ka, do no­we­go bloku na Bli­skiej Woli, osie­dlu o któ­rym mó­wi­li wszy­scy – nie­któ­rzy po­zy­tyw­nie, nie­któ­rzy ne­ga­tyw­nie.

Zda­nie jest roz­dę­te. Nie można mówić po­zy­tyw­nie ani ne­ga­tyw­nie – można chwa­lić albo ganić, ale róż­ni­ca opi­nii nie jest ni­czym nie­zwy­kłym. Że we­szły, to już wiemy: By­ły­śmy w nowym bloku na Bli­skiej Woli, osie­dlu, o któ­rym mó­wi­li wszy­scy.

na 7 pię­trze

Li­czeb­ni­ki pi­sze­my słow­nie.

A my strasz­nie chcia­ły­śmy się skuć. Ostat­nie kilka ty­go­dni na stu­diach i w pracy dały wszyst­kim ostro w kość. Po­trze­bu­je­my tego.

Jaki tu po­wi­nien być czas? Chyba prze­szły, bo te­raź­niej­szy wy­ska­ku­je znie­nac­ka. Ostat­nie kilka ty­go­dni dało wszyst­kim nie­źle w kość.

Ja po­trze­bu­ję tego.

Szyk: Ja tego po­trze­bu­ję.

We­szły­śmy z Kasią, moją współ­lo­ka­tor­ką, do środ­ka.

Jeśli fakt wspól­ne­go za­miesz­ki­wa­nia bo­ha­te­rek nie jest ważny dla fa­bu­ły, to nie ma co nim za­wra­cać głowy czy­tel­ni­ko­wi.

pół­ma­to­we po­wierzch­nie pod­łóg

Hmm? Ma­to­wy to nie­błysz­czą­cy, więc – pół­nie­błysz­czą­ce? Uwa­żaj na ali­te­ra­cje (ko­lej­ne słowa za­czy­na­ją­ce się tak samo) – to jest śro­dek sty­li­stycz­ny (jak rym), ale nie widzę tutaj, żeby był za­sto­so­wa­ny świa­do­mie, a jest mocny i le­piej, żeby nie pa­no­wał nad au­to­rem.

a tak wszech­obec­na biel – ścian, su­fi­tów, lamp – spra­wia­ła ty­po­we pseu­do­no­wo­cze­sne wra­że­nie jak we wszyst­kich blo­kach si­lą­cych się na modny mi­ni­ma­lizm

Hmm. Tro­chę cha­otycz­ny opis. Do­brze by go było przy­strzyc.

no rusz się na dół

No, rusz się na dół.

po­wie­dzia­łam do Kasi. Ta się za­śmia­ła; wy­pi­ła już dwa piwa pod żabką i było jej nawet we­so­ło.

Skró­ci­ła­bym, ale – dla­cze­go "nawet"? Dla­cze­go we­so­łość Kasi dziwi czy obu­rza nar­ra­tor­kę?: po­wie­dzia­łam, a Kasia za­chi­cho­ta­ła. Wy­pi­ła już dwa piwa pod Żabką i było jej nawet we­so­ło.

Winda była na dzie­sią­tym pię­trze i po­wo­li zmie­rza­ła w naszą stro­nę.

Hmm.

Kasia w tym cza­sie wy­cią­gnę­ła ko­lej­ną Pe­reł­kę i po­cią­gnę­ła łyka z bu­tel­ki. Po­da­ła mi, i też tro­chę upi­łam.

Hmmm. Może: Kasia tym­cza­sem wy­cią­gnę­ła ko­lej­ną Pe­reł­kę i po­cią­gnę­ła łyk. Po­da­ła mi bu­tel­kę i też tro­chę upi­łam.

Drzwi windy po­wo­li się otwo­rzy­ły, i po­je­cha­ły­śmy na górę.

Zbęd­ny prze­ci­nek.

– bo już spe­cjal­nie trzeź­we nie by­ły­śmy –

Tłu­ma­czysz tro­chę za bar­dzo – prze­cięt­ny czy­tel­nik po­wi­nien się orien­to­wać, że kto się za­ta­cza (w tym kon­tek­ście), nie jest trzeź­wy.

Do­cho­dził zza nich przy­tłu­mio­ny dźwięk im­pre­zy.

Hmm.

Za­pu­ka­ły­śmy, na­ci­snę­ły­śmy dzwo­nek kil­ka­na­ście razy, aż ktoś przy­szedł i otwo­rzył nam drzwi.

Po­wta­rza­ją się "drzwi", można by to też zdy­na­mi­zo­wać.

krzyk­nę­ły­śmy w tłum może dwu­dzie­stu osób w miesz­ka­niu, tań­czą­cych i pi­ją­cych al­ko­hol

Nie le­piej opi­sać ten tłum?

Rów­nież wznie­śli ręce.

Kto wzniósł ręce, bo na pewno nie "osobi"? Pod­miot do­myśl­ny "dzie­dzi­czy" ro­dzaj i licz­bę po ostat­nim pod­mio­cie nie­do­myśl­nym, a tym był "tłum".

ocho, świet­ny taj­ming

https://sjp.pwn.pl/szukaj/oho.html Ro­zu­miem sty­li­za­cję, ale bę­dziesz mi fun­do­wał den­ty­stę za ten "taj­ming" (brrrrrrr).

Wła­ści­ciel­ka miesz­ka­nia dzwo­ni. O tej go­dzi­nie nie wró­ży­ło to wiele do­bre­go. Ode­bra­łam.

Skró­ci­ła­bym, zdy­na­mi­zo­wa­ła. "Ode­bra­łam" cho­ciaż­by jest zbęd­ne – wy­ni­ka z kon­tek­stu (bo­ha­ter­ka nie może roz­ma­wiać z kimś, kto dzwo­ni, jeśli nie od­bie­rze).

prze­pra­szam że prze­szka­dzam

Prze­pra­szam, że prze­szka­dzam.

szyb­ko, i nie­wy­raź­nie, przez jakiś szum w tle

Nie ma co tego robić wtrą­ce­niem, więc prze­cin­ki bym ska­so­wa­ła. Ale wła­ści­ciel­ka mówi wy­raź­nie, tylko źle ją sły­chać, hmm.

ratuj co się da!

Ratuj, co się da!

dziw­ny nie­po­ko­ją­cy szum

"Nie­po­ko­ją­cy" osią­ga efekt prze­ciw­ny do za­mie­rzo­ne­go, zob. https://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842859 , pt "Ob­ja­śnia­nie za­miast po­ka­zy­wa­nia" i "Śmiech z taśmy".

szyb­ko jej stre­ści­łam co się dzie­je

Zda­nie pod­rzęd­nie zło­żo­ne: szyb­ko jej stre­ści­łam, co się dzie­je.

Po zej­ściu kilku pię­ter

Nie po pol­sku. Ale jak to zmie­nić, żeby zda­nie się do końca nie po­sy­pa­ło, nie wiem.

a gdzie Ty masz to­reb­kę?

Za­im­ki oso­bo­we pi­sze­my dużą li­te­rą tylko i wy­łącz­nie wtedy, kiedy to autor zwra­ca się do ad­re­sa­ta (albo ad­re­sa­tem jest Bóg). W dia­lo­gach nie.

Cze­kaj cze­kaj

Brak prze­cin­ka.

pytam Kasi.

Pytam kogo? Kasię.

Kasia szyb­ko wy­trzeź­wia­ła

Dla­cze­go? Na razie nic strasz­ne­go się nie dzie­je, nie na tyle, żeby to uza­sad­nić. "Zni­ka­ją­ce" pię­tro może być prze­cież po­mył­ką.

Usły­sza­łam kilka ner­wo­wych kro­ków i usły­sza­łam krzyk z dołu

To nie pod­ręcz­nik lo­gi­ki :P (a kroki nie są ner­wo­we) Mo­gło­by być na przy­kład: Usły­sza­łam tupot, potem krzyk.

nie wiem co się dzie­je

Nie wiem, co się dzie­je.

Wbie­gła z po­wro­tem do mnie, wy­raź­nie pa­ni­ku­jąc.

Spa­ni­ko­wa­na, ale pokaż to. Zdy­sza­na pew­nie bę­dzie i tak, bo biega po scho­dach, ale jak wy­glą­da spa­ni­ko­wa­na dziew­czy­na?

Wy­glą­da jakby

Wy­glą­da, jakby. Za­pew­niasz.

Wyj­rza­łam przez okno – widać było co praw­da świa­tła na ze­wnątrz, ale było dziw­nie cicho, i ani jed­ne­go sa­mo­cho­du czy osoby.

Osoba to ter­min tech­nicz­ny, a uży­cie myśl­ni­ków le­piej ogra­ni­czyć do dia­lo­gów, wtedy le­piej się czyta: Wyj­rza­łam przez okno. Widać było, co praw­da, świa­tła na ze­wnątrz, ale ani jed­ne­go sa­mo­cho­du, żad­nych ludzi. I było bar­dzo cicho.

Znowu po­czu­łam ten za­pach spa­le­ni­zny, tym razem był sil­niej­szy. Jakby słod­ki.

Słod­ki? "Był" mo­żesz spo­koj­nie wy­ciąć.

Od­wró­ci­łam się do Kasi – wy­raź­nie pa­ni­ko­wa­ła. Miała w ręce te­le­fon.

Nie za­pew­niaj, że pa­ni­ko­wa­ła, pokaż to. Na przy­kład: Od­wró­ci­łam się do Kasi, któ­rej ręce tak się trzę­sły, że nie mogła wy­brać nu­me­ru na ko­mór­ce.

co się dzie­je.

Nie miało tu być py­taj­ni­ka?

Tutaj był dobry za­sięg Majka!

Wo­łacz od­dzie­la­my: Tutaj był dobry za­sięg, Majka!

No prze­cież wiem – pró­bo­wa­łam ją uspo­ko­ić

No, prze­cież wiem – pró­bo­wa­łam ją uspo­ko­ić. Po tym zda­niu musi być krop­ka, p. po­rad­nik.

Może sieć tylko padła, damy radę. Weź idź na dół, i spró­buj zna­leźć pomoc, ja pójdę w górę? Prze­cież pię­tro nie mogło tak po pro­stu znik­nąć. Kasia przy­tak­nę­ła.

Gdzie się koń­czy wy­po­wiedź bo­ha­ter­ki? Poza tym szyk ma zna­cze­nie: Może to tylko sieć padła, damy radę. Weź, idź na dół, i spró­buj zna­leźć pomoc, ja pójdę na górę.

Ża­rów­ki za­czę­ły czę­ściej mi­go­tać

Czyli już wcze­śniej mi­go­ta­ły?

ścia­ny zda­wa­ły się zwę­żać i pul­so­wać. Prze­sta­ły być rów­nież śnież­no­bia­łe – bar­dziej wpa­da­ły w brąz. Albo to tylko ja świ­ru­ję?

Co to zna­czy "zwę­żać"? Czy w ciem­no­ści widać, że coś jest białe? Wy­ja­śnia­nie za­bi­ja at­mos­fe­rę ta­jem­ni­cy i dzi­wacz­no­ści – bo­ha­ter może tro­chę po­spe­ku­lo­wać, ale bez prze­sa­dy.

miesz­ka­nia 77, ani 7 pię­tra

Li­czeb­ni­ki słow­nie, przy­naj­mniej te mniej­sze.

ani ko­go­kol­wiek sko­re­go do po­mo­cy

A w ogóle ko­go­kol­wiek zna­la­zła? Poza tym – nie zna­la­złam ni­ko­go.

Nawet świa­tła za oknem wy­da­wa­ły się dal­sze niż zwy­kle.

Hmm. Jest tu pierw­szy raz, więc – zwy­kle?

za­czy­nał być

A może: sta­wał się?

winda prze­sta­ła jeź­dzić, co w tych oko­licz­no­ściach prze­sta­ło mnie dzi­wić

Rym.

Mam­ro­ta­ła coś cicho pod nosem

Drugi raz "pod nosem" – zmie­ni­ła­bym, albo wy­cię­ła.

Po­de­szłam bli­żej po­słu­chać.

Ot, tak sobie? To zgrzyt psy­cho­lo­gicz­ny – jedną ręką wska­zu­jesz na Strasz­ne, Nie­na­zwa­ne Zło, a drugą po­da­jesz mi bo­ha­ter­kę, która trak­tu­je to zło jak pro­gram te­le­wi­zyj­ny. Wi­dzi­my ten świat za po­śred­nic­twem jego miesz­kań­ców – jeśli oni się nie boją, to może nie ma się czego bać?

strze­li­łam ją w twarz.

Dużą li­te­rą, p. po­rad­nik.

co z Tobą

Za­imek małą.

Struż­ka krwi po­cie­kła jej z prze­cię­te­go pa­znok­ciem po­licz­ka.

Ję­zy­ko­wo w po­rząd­ku, ale jak Majka tego do­ko­na­ła, bijąc pła­ską dło­nią?

To chyba za­dzia­ła­ło; spoj­rza­ła na mnie bez wy­ra­zu, ale spoj­rza­ła.

To chyba za­dzia­ła­ło. Spoj­rza­ła na mnie, bez wy­ra­zu, ale spoj­rza­ła.

Po­mo­głam jej wstać. Nie było to łatwe, nadal mam­ro­ta­ła, i nie­spe­cjal­nie chcia­ła iść.

To bym zdy­na­mi­zo­wa­ła, na przy­kład: Pod­cią­gnę­łam ją do pionu. Kasia mam­ro­ta­ła, po­włó­czy­ła no­ga­mi, nagle wa­ży­ła chyba tonę.

Boże, scho­dze­nie tylko jed­ne­go pię­tra za­ję­ło nam z wiecz­ność.

"Z" się prze­su­nę­ło.

Nie było to łatwe, bo na klat­ce pa­no­wał pół­mrok

"Nie było to łatwe" mor­du­je całą at­mos­fe­rę. Nie dość, że za­pew­nia­ją­ce, to jesz­cze słabe, jakby cho­dzi­ło o jakąś za­gad­kę w ga­ze­cie, a nie o uciecz­kę przed Złem. Ja na­pi­sa­ła­bym po pro­stu: Po­ty­ka­ły­śmy się w pół­mro­ku.

wy­da­wa­ło mi się że kątem oka wi­dzia­łam jakiś kształt na skra­ju pola wi­dze­nia, ale ża­rów­ki od razu gasły i nie zdą­ża­łam się przy­pa­trzeć.

Con­se­cu­tio tem­po­rum, masło ma­śla­ne, "zdą­żyć" nie ma aspek­tu nie­do­ko­na­ne­go, zresz­tą nie­po­trzeb­nie za­pew­niasz: wy­da­wa­ło mi się, że kątem oka widzę jakiś kształt, ale ża­rów­ki zaraz gasły.

Chcę uciec stąd, nic wię­cej.

Nie­po­lski szyk: Chcę stąd uciec, nic wię­cej.

Gdy ze­szłam na pię­tro dru­gie, zo­ba­czy­łam źró­dło za­pa­chu. Były to pło­ną­ce drzwi, otwar­te na oścież.

Hmm. Może tak: Na dru­gim pię­trze pło­nę­ły drzwi, otwar­te na oścież. Tutaj za­pach był nie­mal do­ty­kal­ny.

Drzwi z mo­je­go sta­re­go miesz­ka­nia na Tar­gów­ku, miesz­ka­nia które spło­nę­ło jak byłam mała.

Drzwi mo­je­go sta­re­go miesz­ka­nia na Tar­gów­ku, miesz­ka­nia, które spło­nę­ło, jak byłam mała.

Po­rzu­ci­łam Kasię, po­czu­łam się dziw­nie wcią­gnię­ta do środ­ka.

? Czyli?

z pa­tel­nią z ole­jem która się za­ję­ła gdy stary za­snął pi­ja­ny na ka­na­pie ro­biąc obiad

Z pa­tel­nią z ole­jem, która się za­ję­ła, gdy stary za­snął pi­ja­ny na ka­na­pie, ro­biąc obiad. I teraz zrzu­casz na nas całą trau­ma­tycz­ną prze­szłość Majki? Przy­da­ło­by się ją trosz­kę za­po­wie­dzieć wcze­śniej (wi­dzia­łam jedną wzmian­kę o złych sko­ja­rze­niach, to nic kon­kret­ne­go).

Ogień mnie nie pa­rzył, po­ru­szał się jakby w zwol­nio­nym tem­pie.

Hmm?

Wcho­dzi­łam głę­biej, i głę­biej, do­cho­dząc do mo­je­go sta­re­go po­ko­ju.

Imie­sło­wy ozna­cza­ją jed­no­cze­sność: Szłam coraz dalej w głąb, aż do­tar­łam do mo­je­go po­ko­ju.

Miała tylko ro­czek gdy to się stało

Miała tylko ro­czek, gdy to się stało. Ale wy­star­czy: Miała tylko ro­czek.

Wi­dzia­łam tam też sie­bie, pró­bo­wa­łam po­dejść ale bez­sku­tecz­nie.

Tu imie­słów ujed­no­znacz­nił­by zda­nie, bo nie wia­do­mo, czy pró­bu­je po­dejść Majka te­raź­niej­sza, czy dawna: Wi­dzia­łam też sie­bie, pró­bu­ją­cą po­dejść, ale bez­sku­tecz­nie.

Byłam nie­wie­le star­sza, spa­rzy­łam strasz­nie dło­nie, pró­bu­jąc ją wy­cią­gnąć.

O psy­cho­lo­gii się nie wy­po­wiem: Byłam nie­wie­le star­sza, strasz­nie po­pa­rzy­łam dło­nie, pró­bu­jąc ją wy­cią­gnąć.

Ogień był zbyt silny.

Ogień nie jest z tego ro­dza­ju, żeby mógł być silny. Chyba że to me­ta­fo­ra.

Nagle do po­ko­ju we­szła mama, każe mi ucie­kać, i pró­bu­je wy­cią­gnąć sio­strę.

Ujed­no­li­ci­ła­bym czasy: Nagle do po­ko­ju wcho­dzi mama, każe mi ucie­kać i pró­bu­je wy­cią­gnąć sio­strę.

Jakaś siła cofa mnie za drzwi wej­ścio­we, które za­trza­sku­je z hu­kiem

Siła za­trza­sku­je drzwi?

bez­sku­tecz­nie

Mocne słowo, le­piej go nie po­wta­rzać, kiedy nie ma bu­do­wać rytmu.

Od­wra­cam się, i widzę Kasię, ta jed­nak opie­ra się o ścia­nę, ledwo żywa, prze­ra­żo­na.

A jak opie­ra­nie się wy­klu­cza z by­ciem wi­dzia­ną?

Od­wra­cam się raz jesz­cze, zo­ba­czyć pło­ną­ce drzwi.

Żeby zo­ba­czyć.

Tych już nie ma

Nie ma ich już. "Tych" i po­dob­ne za­im­ki są nad­uży­wa­ne.

Stoję jak wryta, ze łzami w oczach.

Uwaga, śmiech z taśmy.

Biorę znowu Kasię pod pachę, i scho­dzi­my niżej

Zbęd­ny prze­ci­nek.

tam, i z po­wro­tem

Ten też bym wy­cię­ła.

De­li­kat­ny po­wiew.

Le­piej "ła­god­ny".

Ludz­ko.

An­giel­ska­we.

Po­prze­ci­na­ne ży­ła­mi a nie ka­bla­mi.

Po­prze­ci­na­ne ży­ła­mi, a nie ka­bla­mi.

czuję się chora

Kon­kret­niej.

Kasia tez nie wy­glą­da

Li­te­rów­ka.

po­cząt­ko­wo z uśmie­chem, i szyb­ko z na­ra­sta­ją­cym prze­ra­że­niem.

"Szyb­ko" nie ozna­cza do końca tego, co Ci się zdaje. I jak ma­chać z prze­ra­że­niem? https://wsjp.pl/haslo/podglad/15979/szybko

kogo Ty masz ze sobą

Mało na­tu­ral­ne, więk­szość ludzi spy­ta­ła­by po pro­stu: kto to jest?

Zmro­zi­ło mnie. Sta­nę­łam jak wryta.

Nie wiem, czemu ska­czesz z czasu na czas.

Po­czu­łam, jak to coś co pro­wa­dzę na ra­mie­niu, nagle się sku­pi­ło, spię­ło wszyst­kie mię­śnie.

C.t.: Po­czu­łam, jak to coś, co pro­wa­dzę, nagle się sku­pia, spina wszyst­kie mię­śnie.

Od­wró­ci­łam głowę de­li­kat­nie w stro­nę

"De­li­kat­nie" NIE ozna­cza "tro­chę". Ale w ogóle można to skró­cić: zer­k­nę­łam w stro­nę.

To coś, co jesz­cze przed chwi­lą wy­glą­da­ło jak moja umę­czo­na ko­le­żan­ka, teraz miała sze­ro­ko otwar­te czar­ne oczy, i twarz wy­krę­co­ną w sza­leń­czym uśmie­chu.

Nie prze­sa­dzaj­my: To coś, co jesz­cze przed chwi­lą wy­glą­da­ło jak moja zmę­czo­na ko­le­żan­ka, teraz miało sze­ro­ko otwar­te czar­ne oczy i twarz wy­krę­co­ną w sza­leń­czym uśmie­chu.

Mam Was

Za­imek małą.

wy­szep­ta­ła i rzu­ci­ła się

Ja­kie­go ro­dza­ju (gra­ma­tycz­ne­go) jest ten po­twór? Mu­sisz się na coś zde­cy­do­wać.

Mocno rąb­nę­łam głową o po­sadz­kę, nie­mal­że tra­cąc przy­tom­ność.

Nie można rąb­nąć słabo: Rąb­nę­łam głową o po­sadz­kę, tro­chę mnie za­mro­czy­ło.

gar­dło­we mokre pla­śnię­cie, po tym jak be­stia prze­gry­zła Kasi szyję

Co do­sko­na­le wi­dzia­łam, leżąc za­mro­czo­na na po­sadz­ce? Mniej wię­cej w tym miej­scu at­mos­fe­rę osta­tecz­nie szlag tra­fił. Ka­wa­łek z drzwia­mi był cał­kiem strasz­ny, ale tutaj – to już tylko krew i flaki. A, i: po tym, jak.

Wi­dzia­łam, jak pró­bo­wa­ła się bro­nić

C.t.: jak pró­bu­je się bro­nić.

z nie­bo­gło­sy

Wnie­bo­gło­sy.

wy­ry­wał jej je­li­ta żyw­cem, pró­bu­jąc ją nimi udu­sić

Abs­trak­cyj­ne, nie­wia­ry­god­ne (tj. jak opi­sać taką scenę? Co bo­ha­ter­ka fak­tycz­nie widzi? Czy opi­sa­ła­by coś ta­kie­go tak bez­na­mięt­nie?) i epa­tu­ją­ce obrzy­dli­wo­ścia­mi bez szcze­gól­ne­go po­wo­du.

W prze­ra­że­niu pod­czoł­ga­łam się do ścia­ny. Krew Kasi wy­cie­ka­ła z niej sze­ro­ką stru­gą, która do­się­gnę­ła moich bia­łych butów.

Prze­ra­że­nie jest tu tak oczy­wi­stą re­ak­cją, że na­zy­wa­jąc je, psu­jesz za­wie­sze­nie nie­wia­ry. Bo zwra­ca się uwagę na to, co oczy­wi­ste nie jest, a jeśli prze­ra­że­nie takie nie jest, to co tu się wła­ści­wie dzie­je? Dru­gie zda­nie po pierw­sze su­ge­ru­je, że krew wy­pły­wa ze ścia­ny, a po dru­gie – tylko szcze­gól­ny ro­dzaj czło­wie­ka myśli w ta­kiej chwi­li o bu­tach.

„Kasia” po­ży­wia­ła się moją współ­lo­ka­tor­ką

"Po­ży­wiać się" to takie sztucz­ne słowo. A w tej sce­nie przy­da­ło­by się coś moc­niej­sze­go, ocen­ne­go.

chi­cho­cząc podle co chwi­lę

… podle? Coś jej żre ko­le­żan­kę, a ona to oce­nia jako po pro­stu wred­ne?

Wy­da­ła mega obrzy­dli­wy, gar­dło­wy głos roz­ko­szy

Abs­trak­cyj­ne, poza tym nie je­stem w sta­nie po­trak­to­wać po­waż­nie "mega".

i skie­ro­wa­ła wzrok w moją stro­nę.

A może na przy­kład: wle­pi­ła we mnie spoj­rze­nie żół­tych ślepi?

– Teraz Ty. – po­wie­dzia­ła, wy­krzy­wia­jąc nie­na­tu­ral­nie głowę, i za­czę­ła się do mnie zbli­żać.

A skąd Majka wie, co jest dla tego cze­goś na­tu­ral­ne? – Teraz ty – syk­nę­ła, od­rzu­ca­jąc głowę, i po­peł­zła do mnie.

W prze­ra­że­niu wy­ma­ca­łam za mną ka­wa­łek stłu­czo­nej szyby, praw­do­po­dob­nie z drzwi hy­dran­tu, który strza­ska­łam gdy ude­rzy­łam w ścia­nę. Zła­pa­łam go, ka­le­cząc się wście­kle, i za­mach­nę­łam w kie­run­ku isto­ty.

Ad­re­na­li­na tłumi ból, zresz­tą skąd ona to wszyst­ko wie?: Wy­ma­ca­łam za sobą zimny, twar­dy ka­wa­łek stłu­czo­nej szyby. Za­mach­nę­łam się na po­two­ra.

Udało mi się ciąć po oczach, ośle­pia­jąc po­two­ra.

Nie po pol­sku: Cię­łam po oczach.

„Kasia” za­wy­ła w po­twor­nym okrzy­ku, zło­rze­cząc w okrop­nym ję­zy­ku któ­re­go nigdy wcze­śniej nie sły­sza­łam.

Raz, tnij. Dwa – język może brzmieć jak Czar­na Mowa, ale skoro Majka pierw­szy raz go sły­szy, nie jest w sta­nie roz­po­znać, co tamta mówi. I czy to w ogóle jest język: „Kasia” za­wy­ła, ośle­pio­na.

Szu­ka­ła mnie po omac­ku, by mnie zabić, czy się ze­mścić, ale nie za­mie­rza­łam dać jej tej sa­tys­fak­cji.

Pokaż to. Pokaż tego ma­ca­ją­ce­go na oślep po­two­ra.

Obok skrzyn­ki z hy­dran­tem zna­la­złam ga­śni­cę i za­czę­łam bić jej kan­tem po­two­ra po gło­wie, mocno, raz za razem, aż za­czął skom­leć, bła­gać o li­tość, za­czął mówić „sio­stro, nie krzywdź” gło­sem Anie­li… Tego już było za wiele. Wście­kła okła­da­łem ją ga­śni­cą aż prze­sta­ła od­dy­chać.

To jest stresz­czo­ne. Tak stresz­czo­ne, że traci wy­mo­wę. Co chcesz tu osią­gnąć? Bo­ha­ter­ka za­bi­ja swoją trau­mę? Anie­la jest upio­rem? O co cho­dzi?

Moje ręce były rów­nie znisz­czo­ne jak w dniu śmier­ci mojej ro­dzi­ny,

Kto tak mówi?

, Byłam brud­na i po­twor­nie zmę­czo­na

Zda­nie zbęd­ne, poza tym tu chyba miała być krop­ka.

Prze­wró­ci­łam się obok tru­pów Kaś i le­ża­łam w ich wspól­nej ka­łu­ży krwi i juchy.

Śmiesz­nie to brzmi, jakby Kasie miały ka­łu­żę na spół­kę i dzie­li­ły się obo­wiąz­ka­mi przy kar­mie­niu ki­ja­nek.

Było tam tak cicho, a mi – dziw­nie cie­pło i do­brze.

Mnie, ale to wy­pa­da nie­na­tu­ral­nie, a mo­gło­by być sa­tys­fak­cjo­nu­ją­cym roz­wią­za­niem akcji.

Nie wiem ile tam prze­le­ża­łam. W tym cza­sie krew skrze­pła i stała się chłod­na, le­piąc mi włosy.

Nie wiem, ile tam prze­le­ża­łam. Krew zdą­ży­ła skrzep­nąć i po­zle­piać mi włosy.

Ozna­cza­ło to, że czas wstać, i iść do wyj­ścia, na par­ter.

Bar­dzo dziw­na uwaga. Wy­glą­da to tak, jakby przez cały czas mogła wstać, tylko jej się nie chcia­ło.

Te wy­raź­nie pul­so­wa­ły.

"Te" zbęd­ne. Wia­do­mo, co pul­so­wa­ło.

Par­ter kom­plet­nie nie przy­po­mi­nał klat­ki scho­do­wej.

W ogóle nie przy­po­mi­nał, ale my­śla­łam, że to już ko­niec?

Ścia­ny, stwo­rzo­ne z ludz­kiej tkan­ki

Ścia­ny mogą być zro­bio­ne, zbu­do­wa­ne, ale prze­nig­dy "stwo­rzo­ne". Stwa­rza się z ni­cze­go.

miały oczy, w naj­róż­niej­szych kształ­tach i roz­mia­rach, mru­ga­ją­ce w moją stro­nę

Wi­dzia­łam ten od­ci­nek. Był nie­zły, choć Rory się wy­głu­pił. Ale co to ma do Majki, nie mam po­ję­cia.

cuch­ną­cy od­dech po­ru­szał się tam i z po­wro­tem przez mię­si­ste wrota które kie­dyś praw­do­po­dob­nie były drzwia­mi

…? Wrota to drzwi. Tylko więk­sze. Przed "które" prze­ci­nek.

Teraz za­miast drzwi był płat skóry sku­tecz­nie blo­ku­ją­cy wyj­ście.

"Sku­tecz­nie" ma iro­nicz­ny wy­dźwięk.

Nadal mia­łam ze sobą ka­wa­łek szkła, w mojej po­cię­tej ręce.

Nie po pol­sku: W po­cię­tej ręce nadal ści­ska­łam ka­wa­łek szkła.

Uda­łam się w kie­run­ku wyj­ścia,

Po co te wy­so­kie słowa, nie mam po­ję­cia: Po­szłam do wyj­ścia.

Oczy pa­trzy­ły w moim kie­run­ku, a głos w mojej gło­wie opo­wia­dał mi bym zo­sta­ła.

Oczy pa­trzy­ły na mnie, a głos w gło­wie na­ma­wiał, żebym zo­sta­ła.

stwo­rzył z mię­snej masy

Sfor­mo­wał, ufor­mo­wał, wy­two­rzył…

uśmie­cha­ją­cych się sze­ro­ko do mnie, tylko oczy mieli czar­ne i puste.

Sze­ro­ko uśmiech­nię­tych, tylko oczy mieli czar­ne i puste.

Za­pra­sza­li mnie do sza­rej na­giej jamy w ścia­nie

Jak jama może być przy­odzia­na? https://wsjp.pl/haslo/podglad/24877/nagi

nie tak jak

Nie tak, jak.

Jej kształt ide­al­nie pa­so­wał do moich wy­mia­rów

Kształ­ty i wy­mia­ry – to nie to samo.

Głos wes­tchnął w roz­ko­szy

Z roz­ko­szy.

jego od­dech stał się bar­dziej in­ten­syw­ny

Co to zna­czy?

Ku moim pal­com wy­strze­li­ły de­li­kat­ne skó­rza­ne macki, pró­bu­jąc mnie wcią­gnąć

"De­li­kat­ne" – wy­strze­li­ły? I – imie­słów nie ozna­cza przy­czy­no­wo­ści. https://sjp.pwn.pl/sjp/delikatny;2451669.html

To był jego błąd. Pra­wie mnie miał, ale jego chci­wość go zgu­bi­ła.

Ko­men­tarz wy­ry­wa z za­wie­sze­nia nie­wia­ry.

otę­pie­nia, wy­rwa­łam to­reb­kę z za­głę­bie­nia

Rym.

po­bie­głam co sił w no­gach ku skó­rza­nej bło­nie, prze­ci­na­jąc ją szkłem

Co sił w no­gach po­bie­głam ku skó­rze. Prze­cię­łam ją szkłem.

a z błony sik­nę­ła krew, a zza niej bły­snę­ło białe świa­tło

Po­wta­rza­nie "a" wpro­wa­dza tutaj pe­wien za­dzior­ny rytm, który nijak się ma do sy­tu­acji.

Przedar­łam się przez nią i bie­głam co sił w no­gach, w kie­run­ku ja­sno­ści.

"Co sił w no­gach" było już zda­nie temu.

Zda­wa­ło mi się że usły­sza­łam głos Anie­li mó­wią­cy że je­stem już bli­sko, gdy coś zła­pa­ło mnie za nogę, po­cią­gnę­ło mocno i wtedy ude­rzy­łam głową o zie­mię.

Zda­wa­ło mi się, że usły­sza­łam głos Anie­li mó­wią­cy, że je­stem już bli­sko, gdy coś zła­pa­ło mnie za nogę, po­cią­gnę­ło mocno i wtedy ude­rzy­łam głową o zie­mię.

Gdy się obu­dzi­łam, byłam w win­dzie, w dro­dze na 7 pię­tro, z re­kla­mów­ką z Bie­dron­ki w ręce.

Obu­dzi­łam się w win­dzie, w dro­dze na siód­me pię­tro, z re­kla­mów­ką z Bie­dron­ki w ręku.

Kasia stała obok, miała twarz uśmiech­nię­tą – może ciut za bar­dzo.

Kasia stała obok, uśmiech­nię­ta, może ciut za sze­ro­ko.

 

Tro­chę kli­nicz­ne, tro­chę obrzy­dli­we. Za bar­dzo się si­lisz na strasz­ne szcze­gó­ły: po co ten "po­twor­ny język", cho­ciaż­by? A cier­pi na tym i wia­ry­god­ność psy­cho­lo­gicz­na (kto szcze­gó­ło­wo ana­li­zu­je oto­cze­nie, kiedy ma go ze­żreć po­twór?) i at­mos­fe­ra, bo skąd niby bo­ha­ter­ka ma wie­dzieć, że to w ogóle jest język? I uwaga czy­tel­ni­ka zjeż­dża na bok. 

Nie ma po­trze­by tłu­ma­czyć, skąd się wziął ka­wa­łek szkła, skoro to i tak kosz­mar­ny sen, zresz­tą można naj­pierw po­ka­zać, jak szkło się tłu­cze, a potem to wy­ko­rzy­stać, a nie w ostat­niej chwi­li przy­po­mi­nać sobie "a, ja tego szkła jesz­cze nie wy­ja­śni­łem". Poza tym z psy­cho­lo­gicz­ne­go hor­ro­ru i trau­my nagle prze­ska­ku­jesz na akcję i bycie po­ten­cjal­nie ze­żar­tą przez po­two­ra, a to dosyć różne rze­czy i wy­cho­dzi dy­so­nans. I jesz­cze ta rama snu… wielu czy­tel­ni­ków jej nie lubi, bo czują się oszu­ka­ni, kiedy nagle wy­cho­dzi na jaw, że nic z tego się nie zda­rzy­ło.

W re­zul­ta­cie nie wiem, czy to blok jest po­two­rem zja­da­ją­cym ludzi (nikt się nie po­ła­pał?) czy bo­ha­ter­ka ma zwidy po pi­ja­ku (ale ile ona wy­pi­ła?) i ogól­nie o co cho­dzi. W hor­ro­rze nie jest to aż takim man­ka­men­tem (ma być strasz­nie, nie musi być sen­sow­nie), ale nad­miar bez­sen­su jed­nak uru­cha­mia w gło­wie ob­wo­dy lo­gicz­ne, a one tłu­mią strach. Poza tym, jak po­wie­dzia­łam, hor­ror "zaraz coś mnie zeżre" i hor­ror "moje strasz­li­we urazy z dzie­ciń­stwa" to dwa różne hor­ro­ry, które nie za­wsze do­brze się mie­sza­ją.

W sumie wy­szło mocno nie­po­rząd­nie, cho­ciaż po­ten­cjał jest.

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Nowa Fantastyka