– Luna, znów się ociągasz! – krzyknęła szczupła kobieta ubrana w łachmany.
W ręku trzymała motykę, którą z impetem wbiła w mech obok świecącego grzyba. Dziewczynka stojąca obok niej wybierała z mchów niepotrzebne rośliny. Była chuda. Jasne, sklejone od brudu włosy opadały na jej ramiona. Mlecznobiała cera i oczy białe jak marmur nie były niczym niezwykłym w Astrum – w świecie, gdzie panowała wieczna ciemność. Trudno było określić wiek dziewczynki. Jak większość ludzi żyjących w ciemnościach, żyła z dnia na dzień. Nie licząc czasu. Można było powiedzieć jedno – była jeszcze dzieckiem.
– Czemu musimy to robić? – zapytała cicho dziewczynka.
– Przecież wiesz, że bez światła stworzenia nocy nas zabiją.
Grzyby osadzone w mchu otaczały całą wioskę, tworząc mur oddzielający ich od mroku. Luna przystanęła i spojrzała w ciemność. W blasku fosforyzujących kapeluszy dostrzegła odbicia – wielu okrągłych ślepi patrzących na nią z oddali. Pośród ciszy dało się słyszeć przeciągły, metaliczny dźwięk pocieranych o siebie żuwaczek oraz stukot licznych odnóży przesuwających się po kamiennym podłożu.
– Mamo… czy widziałaś kiedyś z bliska stworzenia nocy? – zapytała Luna, wciąż wpatrzona w ciemność.
– Nie. I lepiej, by tak zostało – odpowiedziała kobieta, wyciągając motykę z mchu. – Kiedyś podróżny, który zawitał do naszej wioski, powiedział, że większość z nich to przerośnięte insekty.
Luna dotknęła chropowatej powierzchni najbliższego grzyba. Biła od niego słaba, zielonkawa poświata. Gdyby mieli światło, tak jak starożytni, nie musieliby żyć w wiecznych ciemnościach. Byli zmuszeni do hodowania grzybów – jedynej rzeczy, która chroniła ich przed większością stworzeń nocy. Te nie znosiły fluorescencyjnego światła. Z oddali, z mroku, wyłoniła się krępa kobieta.
– Przyniosłam wam coś na ząb – powiedziała, niosąc garnek i kilka misek ze sztućcami.
Luna i jej matka podeszły bliżej. Kobieta postawiła garnek na ziemi i nabrała chochlą szarą, szlamowatą ciecz, po czym podała dziewczynce jedną z misek. Luna skrzywiła się z niesmakiem, widząc, jak gęsta substancja przelewa leniwie z jednej strony naczynia na drugą. Zanurzyła w niej łyżkę i ostrożnie włożyła do ust. Jak zwykle dostali do jedzenia zupę z grzybów i ziół. Jedli to codziennie. Monotonia tego posiłku zaczynała ją przytłaczać.
Kobieta zostawiła matkę i Lunę, po czym odeszła w stronę innych mieszkańców, zajętych pielęgnacją grzybów. Nagle ciszę rozdarł potężny huk. Ziemia zadrżała, a drobinki mchu uniosły się w powietrze. Luna wstrzymała oddech.
– Kiedyś zostanę poszukiwaczką i zamieszkam na smoku – powiedziała nagle, patrząc w stronę, skąd dobiegał dźwięk.
Wszyscy znali legendy o tych wielkich, opancerzonych stworzeniach, które podróżowały między warstwami Astrum. Ludzie budowali na ich grzbietach miasta, drążyli tunele w ich pancerzach, hodowali i uprawiali grzyby.
– Musiałabyś spłacić Dług Krwi. Poza tym… nie znasz magii. Jak niby będziesz się bronić? Gdy tylko przekroczysz granicę wioski, rozszarpią cię stworzenia nocy.
– Dług Krwi?
Luna spojrzała na matkę zaciekawiona.
– Każdy mieszkaniec smoka musi spłacić dług zaciągnięty przy urodzeniu. Musiałabyś przepracować kilka lat na jego grzbiecie, by zdobyć pełne prawo do życia na smoku.
– Skąd wiesz o tym tak dużo? – zapytała dziewczynka.
– Kiedyś znaleźliśmy księgę wśród rupieci starożytnych. Opisywała Zakon Cichych, który sprawuje władzę na smoku.
– Czy to prawda, że smoki schodzą na inne warstwy?
Luna patrzyła na matkę z nadzieją w oczach.
– Tak, ale nie na wszystkie. To podróżnicy częściej schodzą lub wspinają się na inne poziomy.
– Ja też kiedyś przeprowadzę się na inną warstwę – oświadczyła z determinacją.
Matka parsknęła cichym śmiechem.
– To nie takie proste, Luna. Wspinaczka między warstwami trwa miesiące. Gdyby to było takie łatwe, sama bym się wyprowadziła.
Wioska, w której mieszkali, znajdowała się na środkowej warstwie mieszkalnej. Nad nimi i pod nimi ciągnęły się kolejne poziomy. Oddzielone od siebie labiryntami tuneli.
– Dosyć tej gadaniny, czeka nas jeszcze sporo pracy – powiedziała kobieta, podnosząc się z ziemi.
Zostawiła pustą miskę na kamienistym podłożu i ruszyła przed siebie. Luna posłusznie podążyła za matką. Razem szły na drugi koniec wioski, mijając walące się drewniane domy. Kwadratowe budynki, całkowicie porośnięte mchem, lśniły delikatnym blaskiem fluorescencyjnych grzybów. Hodowano je również na dachach – niektóre stworzenia nocy potrafiły latać, więc czasami udawało im się przedrzeć przez barierę grzybów i wylądować w środku osady. Gdy dotarły na miejsce, zobaczyły kilku robotników krzątających się wokół zapory świetlistych grzybów.
– Szlag by to trafił – wymamrotał mężczyzna w długiej, zdobionej szacie, klęcząc obok przygasających grzybów.
Opierał się o laskę, a spod kaptura zakrywającego twarz wystawała długa, siwa broda.
Zapora z grzybów była najważniejszą częścią wioski. Gdy grzyby przygasały, do wioski mogła wedrzeć się ciemność, a wraz z nią stworzenia nocy. Tam, gdzie było światło, istniało życie. Ciemność przynosiła jedynie śmierć.
– Bądź twardy jak skała – rzuciła matka Luny w stronę starca.
– Niech Gaja trzyma cię w objęciach na wieki – odpowiedział, podnosząc się z klęczek.
– Zdążymy zasadzić nowe? – zapytała kobieta, przykucając przy zaporze.
– Będę próbował odratować to, co mamy… ale jest nas za mało – westchnął starzec, drapiąc się po brodzie.
Szata, którą nosił, świadczyła o jego pozycji w wiosce. Był mitologiem, badaczem, ekspertem od grzybów, które w Astrum bywały cenniejsze niż złoto.
– Na razie musimy wyrwać wszystko, co zbędne – powiedział.
– Luna, szybko, wiesz, co robić – ponagliła ją matka.
Dziewczynka przykucnęła obok przygasających grzybów. Niektóre z nich miały czarne, roztopione kapelusze – wyraźny znak choroby. Wsunęła dłoń w mech i zaczęła wyrywać splątane rośliny. Matka była pochłonięta rozmową ze starcem, gdy nagle coś przykuło uwagę Luny. Między kłączami dostrzegła mały, czarny kamień. Z ciekawości podniosła go. Był gładki, chłodny. Nie zastanawiając się długo, schowała go do kieszeni brudnej tuniki.
– Luna, jak skończysz, idź się umyć ! – zawołała matka.
Nagle przestrzeń wypełnił dźwięk dzwonu.
W końcu – pomyślała Luna z ulgą.
Dzwon wyznaczał pory dnia. Bił trzykrotnie – rano, gdy wszyscy budzili się do pracy, w południe, gdy ogłaszano przerwę, oraz wieczorem, kiedy nadchodził czas odpoczynku. Luna podbiegła do najbliższego budynku, obok którego usypana była duża sterta żwiru. Zrzuciła z siebie brudne szaty, zostając tylko w bieliźnie.
Garściami nabierała suchy piach i wcierała go w ramiona. Szorstkie drobinki tarły skórę, wciskały się pod paznokcie, skrzypiały między palcami. Poczuła, jak zdzierają kurz i pot, pozostawiając po sobie uczucie surowej, drapiącej czystości. Piach wchłaniał wilgoć, tłuszcz ze skóry, pozostawiając ją matową i suchą. Wcierała go w szyję, w nadgarstki, aż w końcu poczuła się lekka, jakby zmyła z siebie cały ciężar dnia. Gdy skończyła, ponownie włożyła brudną tunikę i ruszyła w stronę domu.
Wioska, w której mieszkała, nie należała do dużych. Była jedną z wielu osad rozsianych po Astrum, służących jako przystanki dla elfickich handlarzy. Luna podeszła do kwadratowego, drewnianego budynku porośniętego mchem. Chwyciła klamkę i uchyliła skrzypiące drzwi.
W środku panował półmrok. W pomieszczeniu znajdowały się trzy łóżka, duża drewniana skrzynia, kilka krzeseł i niewielki stół, na którym stała lampa ze świecącym grzybem.
Na jednym z krzeseł, tuż przy łóżku, siedział mężczyzna. Był umięśniony od ciężkiej pracy w polu, miał wychudzoną twarz, długie wąsy i łysą głowę. Jego blade oczy wpatrywały się w nieprzytomną dziewczynkę leżącą na posłaniu. Mokrą szmatą delikatnie ocierał jej rozpalone czoło.
– Jak z Dianą? – zapytała Luna.
Mężczyzna odłożył szmatę i spojrzał na córkę zmęczonym wzrokiem.
– Gorączka nie spada – odparł twardym, ochrypłym głosem. – Co z barierą?
– Mitolog spróbuje ją naprawić – odpowiedziała Luna, sięgając po jedno z krzeseł i siadając obok ojca.
– Wyjdzie z tego, tato? – spytała cicho.
Mężczyzna nie odpowiedział od razu. Przez dłuższą chwilę wpatrywał się w Dianę, myśląc, czy wypowiedzieć prawdę na głos.
– Nie wiem – mruknął w końcu.
Luna spojrzała na siostrę. Jej pierś unosiła się i opadała z wyraźnym trudem. Z każdym oddechem wydawała chrapliwe dźwięki.
– Potrzebujemy leków – powiedziała w końcu dziewczynka, zaciskając dłonie na brzegach krzesła.
– Nie stać nas na leki – odpowiedział ojciec.
– Nie będę miała się z kim bawić… – powiedziała zrezygnowana Luna.
W wiosce, oprócz niej i siostry, nie było innych dzieci. Większość rodzin wyprowadziła się na bardziej przyjazne tereny. Żyjąc w małych wioskach, ludzie niechętnie decydowali się na potomstwo. Życie w ciemności było trudne, a wielu starało się przeżyć, jak tylko potrafiło. Rodziny Luny nie było jednak stać na wynajem elfickiej eskorty. Mogli spróbować wyruszyć sami, lecz bez specjalistycznej wiedzy poszukiwaczy podróż zazwyczaj kończyła się tragicznie.
Ojciec spojrzał na nią z dezaprobatą, ale zignorował jej słowa. Drzwi zaskrzypiały, gdy do domu weszła matka. Wstał i ruszył w jej stronę.
– Jak z Dianą? – zapytała kobieta.
– Nic się nie zmieniło – odpowiedział mężczyzna, sięgając po klamkę.
Pracowali na zmiany – ktoś zawsze musiał zostawać w domu z chorą Dianą. Ojciec wyszedł, cicho zamykając za sobą drzwi.
– Prześpij się, Luna – powiedziała matka, siadając na krześle przy łóżku Diany.
– Nie chce mi się jeszcze spać.
– To idź pobawić się na zewnątrz.
Dziewczynka westchnęła i, nie mając lepszego pomysłu, ruszyła w stronę wyjścia. Na zewnątrz panowała cisza, przerywana tylko odległym stukotem robotników pracujących przy zaporze z grzybów. W wiosce nie było zbyt wielu atrakcji.
Luna podeszła do sterty piachu usypanej obok domu, usiadła i zaczęła rysować po niej dłonią, przesuwając drobne ziarenka w losowe wzory.
– Ejjjjj.
Poczuła dziwne wibrowanie w głowie. Rozejrzała się nerwowo, ale nie dostrzegła nikogo.
– Tu na dole. W twojej kieszeni.
Luna wstrzymała oddech. Powoli sięgnęła do kieszeni tuniki, w której znajdował się znaleziony wcześniej kamień. Uniosła go w stronę światła. We wnętrzu, tkwiąc w bezruchu, znajdowała się istota. Była szkaradna – przypominała zdeformowanego człowieka. Jej kończyny były powykrzywiane, gdzieniegdzie pokryte łuskami, w innych miejscach porośnięte piórami. Twarz miała groteskowo zwierzęce rysy, a oczy były ciemne i puste.
– W końcu. Wołam cię już od dłuższego czasu.
– Czym jesteś? – zapytała.
– Luna, z kim tam rozmawiasz? – rozległ się głos matki z wnętrza domu.
– Tylko ty mnie słyszysz, mów ciszej, bo wezmą cię za pomyloną.
Luna przełknęła ślinę.
– Z nikim! Bawię się! – odkrzyknęła i szybko wstała.
Oddaliła się od domu, nadal ściskając kamień w dłoni. Uniosła go bliżej twarzy, spoglądając na istotę w środku.
– To, czym jesteś?
– Jestem człowiekiem, moje dziecko.
– Człowiekiem?
Luna zmarszczyła brwi.
– Jak niby człowiek miałby się zmieścić w tak małym kamieniu? Nie wyglądasz jak człowiek.
– Kiedyś byłem człowiekiem, ale zostałem uwięziony.
Dziewczynka obracała kamień w dłoniach, nie dowierzając jego słowom.
– Możemy sobie pomóc – powiedział głos w jej głowie.
– Pomóc? W jaki sposób?
– Mogę ci pomóc uzdrowić Dianę.
– Jak? – zapytała z nadzieją.
– Słyszysz mnie, a więc masz predyspozycje do magii. Gdybyś nauczyła się runy leczniczej, mogłabyś uzdrowić swoją siostrę.
Luna spojrzała na kamień z jeszcze większym zaciekawieniem.
– A co ty będziesz miał w zamian?
– Towarzystwo.
Stworzenie w kamieniu zaśmiało się cicho.
– Wiesz, jak trudno jest tak leżeć przez tyle czasu i nie móc z nikim porozmawiać? Razem poszukalibyśmy sposobu, by mnie uwolnić.
– Naprawdę mogłabym wyleczyć Dianę?
– Nie będzie to łatwe, ale to możliwe.
Luna zacisnęła palce na kamieniu.
– Tak. Chcę ją uzdrowić.
– Pamiętaj, dorośli nie mogą się o mnie dowiedzieć.
– Dlaczego?
– Każdy z nich chciałby moją wiedzę dla siebie.
Głos wibrował dumnie.
– Wiem o magii i świecie więcej, niż możesz sobie wyobrazić.
Luna przygryzła wargę, rozważając jego słowa.
– Co mam zrobić?
– Przyłóż czoło do kamienia i powiedz na głos, że akceptujesz warunki umowy.
Dziewczynka zawahała się tylko przez chwilę.
– Akceptuję warunki umowy – wyszeptała i przycisnęła kamień do czoła.
Nagle poczuła ostre ukłucie w głowie. Zacisnęła powieki, ale nie puściła kamienia.
– To, co teraz czujesz, to skutek zawarcia Umowy Dusz.
W głosie brzmiało zadowolenie
– Żadna ze stron nie może złamać danego słowa.
Luna odetchnęła ciężko i spojrzała na kamień.
– A co się stanie, jeśli złamię umowę?
Przez chwilę panowała cisza.
– Czeka cię los gorszy od śmierci.
– To, w jaki sposób nauczysz mnie magii? – zapytała Luna.
– Każdy mag w swoim życiu poznaje runy. Pojawiają się one w zależności od tego, co robi.
Głos w kamieniu zabrzmiał z nutą tajemnicy.
– Na podstawie swojej wiedzy, charakteru i życiowych doświadczeń może odkryć specyficzne runy. Nie bez powodu magowie mówią: "Pokaż mi swoje runy, a powiem ci, kim jesteś”.
Istota w kamieniu zaśmiała się cicho, a wibracja tego dźwięku przeszła Lunie po plecach.
– Runy? To znaczy, że mogę poznać ich więcej? – zapytała z rosnącą ekscytacją.
– Każdy, w zależności od pojemności swojej duszy, może odkryć od trzech do dwunastu run. Tworzą one unikalne kombinacje symboli magii.
– Więc jeśli mam nauczyć się magii leczenia, muszę leczyć?
Luna zmarszczyła brwi.
– I tak, i nie.
Głos stał się bardziej poważny.
– To nie tylko kwestia działania, ale także wiedzy o anatomii, ziołach oraz tego, w jaki sposób tę wiedzę zdobędziesz. Proces ten ma wiele czynników.
– Jesteś gotowa trochę pocierpieć? – dodał po chwili.
– Pocierpieć? – powtórzyła niepewnie.
– Na kim będziesz ćwiczyć leczenie? – zapytał kamień z pewną nutą rozbawienia. – Albo zrobisz to na swoim ciele, albo na ciałach innych.
– To, co mam zrobić?
– Przygotuj nóż, nici i bandaże. Ziół poszukamy w pobliżu. Macie tu jakieś zwierzęta?
– Nie. Tylko czasami małe stworzenia nocy wlatują do wioski – odpowiedziała dziewczynka.
– Będzie musiało nam to wystarczyć. Zbieraj kawałki mchu kamyki i zeschłe rośliny.
– Po co? – zaszeptała Luna.
– Zrobimy nową lalkę, co ty na to?
Luna skinęła głową i wróciła do domu. Położyła na łóżku i wpatrzyła w sufit. Myśli kłębiły się w głowie. Czy to, co właśnie się wydarzyło, było prawdziwe? Czy naprawdę miała nauczyć się magii? Kamień spoczywał cicho w dłoni, a jego ciężar wydawał się większy niż wcześniej.
*
– Co robisz? – zapytała matka, patrząc na Lunę siedzącą przy stole.
Dziewczynka zszywała kawałki tkaniny, wypychając je mchem.
– Lalkę! – odpowiedziała dumnie, wpychając cienki patyk w miejsce ręki.
Matka zmarszczyła brwi, przyglądając się, jak Luna starannie wciska w materiał dwa małe kamyki, układając, tam, gdzie powinny być oczy.
– Tylko posprzątaj potem – powiedziała, nie kryjąc lekkiej niepewności.
– Zrobię taką samą dla Diany! – zawołała Luna, podnosząc lalkę, by pokazać ją matce. – Pobawisz się ze mną, mamo?
Kobieta westchnęła, siadając przy łóżku chorej córki.
– Dobrze wiesz, że nie mam teraz czasu. Kiedy Diana wyzdrowieje, obiecuję, że się z tobą pobawię.
– To samo mówiłaś, kiedy jeszcze była zdrowa – mruknęła Luna.
Ścisnęła lalkę w dłoniach i ruszyła w stronę drzwi.
– Później uszyję ci coś normalnego – dodała matka, rzucając szybkie spojrzenie na dzieło córki.
Luna nic nie odpowiedziała. Wyszła na zewnątrz, zamykając drzwi za sobą. Czuła znajome ukłucie smutku.
– Nie martw się, Luna. Masz mnie.
Wibrujący głos kamienia wypełnił jej myśli. Dziewczynka zacięła usta.
– Czemu rodzice poświęcają czas tylko Dianie? – zapytała cicho.
– Ludzie lubią mówić o bezgranicznej miłości, ale miłość nigdy nie była i nigdy nie będzie bezgraniczna.
– Mówią, że kochają nas obie. Zawsze zajmują się tylko nią. To niesprawiedliwe.
– Życie nigdy nie było i nie będzie sprawiedliwe, Luna.
Głos w jej głowie zabrzmiał niemal łagodnie.
– Zawsze znajdzie się ktoś silniejszy, mądrzejszy, ktoś, kto ma więcej, ktoś bardziej kochany. Lubimy mówić o miłości, ale to pojęcie nie istnieje w przyrodzie.
Luna zacisnęła palce na swojej lalce.
– To, co mam robić? – zapytała niepewnie.
– Musisz polubić siebie. Wtedy to straci znaczenie. Masz mnie, Luna. Ja ci pomogę.
Dziewczynka spojrzała na lalkę i uśmiechnęła.
– Czas na krok do przodu – zawibrował głos z cichą ekscytacją.– Zróbmy nową lalkę.
*
Luna siedziała pochylona nad półżywym stworzeniem. Małe , podłużne stworzenie nocy leżało na ziemi, jego chitynowy pancerz ledwie unosił się w rytm płytkich oddechów. Jedno ze skrzydeł było złamane, odnóża bezwładnie opadały na podłoże. Żuwaczki nerwowo ocierały się o siebie, wydając cichy, metaliczny dźwięk. Na ziemi lśniła szara posoka.
– Musisz je zabić – zabrzmiał wibrujący głos kamienia w jej głowie.
Luna zadrżała.
– Mama mówi, że zabijanie jest złe – powiedziała cicho.
– W naturze nie ma dobra ani zła. To tylko ludzkie wymysły. Luna, to stworzenie nocy. Jeśli go nie zabijesz, urośnie i kiedyś zabije ciebie.
Dziewczynka zacisnęła dłonie na kamieniu. Wzięła głęboki oddech, podniosła rękę i z całej siły uderzyła. Stworzenie wydało przeciągły, skrzekliwy dźwięk i opadło bezwładnie. Odnóża drgały jeszcze przez chwilę w pośmiertnym odruchu.
– Teraz nacięcie – zadrżał Kamień . – Weź nóż i natnij podbrzusze.
Luna niepewnie sięgnęła po ostrze. Ręce drżały, ale w końcu przyłożyła czubek noża do miękkiego spodu stworzenia i rozcięła skórę. Z wnętrza wypłynęła szara, lepka maź. Cienkie, wijące się wnętrzności wypadły na ziemię, pokrywając ziemię śliską, błyszczącą powłoką.
– To, co teraz widzisz, to wnętrzności stworzenia – zabrzmiał głos z fascynują. – Przyjrzyj się im dobrze. Nie różnią się aż tak bardzo od naszych.
Luna poczuła, jak coś ściska jej żołądek.
– Wyjmij wszystko ze środka.
Luna zawahała się, ale w końcu sięgnęła drżącymi palcami do wnętrza stworzenia. Jeden po drugim wyciągała organy, układając na ziemi. Ruchy były niezgrabne, ale starała się być dokładna.
– To jest serce.
Kamień wydawał się zadowolony, gdy wyjęła jedną z części ciała.
– Pompuje krew – powtórzyła cicho, próbując zapanować nad mdłościami.
Cięła, oddzielała, usuwała kolejne narządy, a kamień szeptał jej do ucha, opisując każdy z nich. Po chwili przed Luną leżało puste stworzenie, wydrążone jak skorupa.
– Teraz najważniejsza część. Ulecz je.
– Ale ono jest martwe.
– To, jak układanie klocków. Spróbuj wepchnąć zawartość z powrotem i zszyć.
Dziewczynka wstrzymała oddech. Chwyciła martwe stworzenie. Szara posoka spłynęła po palcach, lepiąc się do skóry. Z wahaniem zaczęła wpychać wnętrzności z powrotem do pancerza, starając się ułożyć w odpowiednich miejscach. Potem wzięła igłę nawleczoną na grubą nić. Drżącymi dłońmi zaczęła zszywać rozcięty brzuch. Ruchy miała niezdarne, supełki zaciskały się nierówno, a gdy skończyła, z źle zszytej rany wciąż wystawały fragmenty narządów. Patrzyła na swoje dzieło z mieszaniną odrazy i oczekiwania.
– Zszyłam…ale ono wciąż nie żyje – powiedziała cicho.
– Musisz to zrobić na większej ilości stworzeń – zabrzmiał Kamień dumnie. – Zrobiłaś pierwszy krok. Poszukaj innych stworzeń. W wiosce musi być ich więcej.
– Po co?
– Zaczniemy je kombinować.
– Kombinować?
Luna zmarszczyła brwi.
– Zszyjemy kilka razem – zawibrował głos z dziwną ekscytacją. – Daj się ponieść wyobraźni, Luno. Stwórz coś nowego.
*
Luna siedziała w mchu, pracując razem z innymi. Jak każdego dnia, zajmowali się grzybami. Nagle rozległo się bicie dzwonu. Trzy długie uderzenia. Luna od razu wiedziała, co to oznacza – wszyscy mieli zebrać się na głównym placu. Wstała i pospiesznie ruszyła za matką.
Na środku placu, za ciężkim drewnianym stołem, siedział Mitolog. Na blacie leżało coś zawiniętego w materiał. Kiedy starzec odsunął tkaninę, Luna poczuła, jak serce zamiera jej w piersi. Na stole spoczywała istota. Była szkaradna – jakby ktoś nieumiejętnie skleił ją z wielu części różnych stworzeń. Ciało było poszarpane, zszyte w pośpiechu, a kończyny wydawały się należeć do różnych gatunków. Luna zadrżała. Ukryła przecież swoje dzieło. Tłum zebrał się dookoła, spoglądając na zakrwawione zawiniątko z odrazą i lękiem.
– Znaleźliśmy to na krańcu wioski, przykryte mchem.
Mitolog mówił powoli, przeciągając słowa.
– Czy ktoś z was wie, do kogo to należy?
W tłumie rozległy się szepty. Głosy pełne obrzydzenia.
– Ktoś w wiosce uprawia bezbożne rytuały! – warknął starzec. – Jak dobrze wiecie, łamanie prawa danego nam przez Dwunastu Największych Bogów ściągnie na nas ich gniew!
– Przeszukajmy ciała obecnych! – krzyknął ktoś z tłumu.
Luna spojrzała z paniką na Mitologa.
– Nie martw się – zawibrował głos Kamienia w jej głowie. – Nie złamałaś prawa bogów. Nie będziesz miała znamienia tabu.
Luna zacisnęła zęby. Pamiętała historie matki o plemionach Astrum, które praktykowały kanibalizm. Jeśli ktoś złamał któreś z praw przekazanych im przez bogów, na jego ciele pojawiało się czerwone znamię tabu. Znak hańby. Znamię, którego nie można było usunąć. Takich ludzi traktowano jak wyrzutków.
– Każdego dnia odwiedzę kilka domów.
Mitolog rozejrzał się po tłumie.
– Znajdę winnego i stłumię to w zarodku! Wracajcie do swoich domów.
Luna poczuła, jak dłonie robią się lodowate.
– I co ja teraz zrobię? – pomyślała w panice.
– Nie masz znamienia – powiedział Kamień spokojnym głosem. – Nie zrobiłaś nic złego. Gdy spytają, możesz powiedzieć, że to nie ty.
– Ale to kłamstwo – wyszeptała.
– Jeśli im powiesz, twoja siostra umrze.
Wibracja w jej głowie stała się mocniejsza.
– Jesteś już tak blisko celu. Chyba nic ci się nie stanie, jeśli raz skłamiesz. W dobrej wierze.
– Luna, do domu. – Matka spojrzała na nią z niepokojem.
Dziewczynka skinęła głową i ruszyła za rodzicami. Gdy tylko weszli do środka, matka usiadła przy stole i spojrzała na córkę uważnie.
– Usiądź, Luna.
Dziewczynka powoli zajęła miejsce naprzeciwko niej.
– Wiesz coś o tym, co mówił Mitolog? – spytała matka, wbijając w nią przenikliwe spojrzenie.
– Nie, mamo. To nie ja.
Luna poczuła, jak jej głos lekko drży. Matka westchnęła i wskazała łóżko. Na posłaniu leżało kilka lalek. Pokraczne, zszyte z różnych znalezionych śmieci.
– Ostatnio szyjesz ich bardzo dużo – zauważyła.
Drzwi skrzypnęły, gdy do domu wszedł ojciec. Spojrzał na żonę, potem na córkę.
– Luna, masz coś do powiedzenia? – zapytał niskim, twardym głosem.
Dziewczynka zacisnęła dłonie na materiale sukienki.
– Przecież to nie ja. Możecie mnie przeszukać. Nie mam znaku tabu.
– Rozbieraj się.
Głos ojca nie pozostawiał miejsca na sprzeciw. Luna wstała i posłusznie zdjęła ubranie, stając naga pośrodku izby. Matka podeszła bliżej i zaczęła uważnie oglądać jej ciało. Każdy centymetr skóry.
– Nic tu nie widzę – powiedziała w końcu, ale w jej głosie pobrzmiewała niepewność.
– To skąd ta jej fascynacja lalkami? – rzucił ojciec, podchodząc do łóżka.
– Nie miałam się czym bawić – odpowiedziała Luna szybko.
Ojciec sięgnął po jedną z lalek i obracał ją w dłoni, przyglądając się z mieszaniną wstrętu i gniewu.
– Jeśli ktoś zobaczy to w naszym domu, prędzej czy później nas wygnają.
W jego głosie czuć było napięcie.
– Tato, zostaw! – krzyknęła Luna, zrywając się na równe nogi.
– Przecież mówiłam, że uszyję ci coś później – dodała matka cicho.
Ojciec, nie słuchając, zebrał wszystkie lalki i bez słowa wyszedł z domu. Zatrzasnął za sobą drzwi. Luna przez chwilę stała w miejscu. Potem, nie patrząc na matkę, podniosła ubranie, ubrała je i wyszła. Matka nie zatrzymała córki . Na zewnątrz Luna rozejrzała się po placu, ale ojciec już zniknął. Czuła się dziwnie pusta.
– Czemu oni to robią? – wyszeptała.
– Nie rozumieją jeszcze twojego dzieła.
Głos kamienia był cichy, łagodny.
– Twoje lalki były piękne, Luna.
Dziewczynka przygryzła wargę.
– Zrozumieją, gdy uzdrowisz swoją siostrę.
– Tak myślisz? – spytała niepewnie.
– Ludzie zawsze bali się tego, czego nie rozumieli.
Wibracja w jej dłoni stała się mocniejsza.
– Ale do wielkich czynów trzeba wielkich poświęceń. Ty dążysz do czegoś dobrego. Zrozumieją, gdy będą potrzebowali uzdrowienia.
Luna spojrzała w dal, zaciskając dłoń na kamieniu. Przez kolejne dni Mitolog chodził od domu do domu, przeszukując wioskę. Szukał winnego. Szukał jej. Ale nic nie znalazł. Luna kontynuowała swoje dzieło. Niestety, rzadko udawało jej się znaleźć żywy materiał. Musiała zadowolić się śmieciami, zszywać lalki z wyrzuconych resztek tkanin, kawałków drewna, mchów i patyków. To nie było to samo.
– Brakuje nam materiałów.
Dziewczynka spojrzała na niedokończone dzieło, zaciskając usta.
– To źle. Bardzo źle – rozległ się głos kamienia.
Zabrzmiał inaczej niż zwykle. Niepokojąco.
– Jest jedna rzecz, którą możesz zrobić. Nie chcę cię narażać. Głos nagle się urwał.
Luna wstrzymała oddech.
– Co muszę zrobić? – wyszeptała.
– Nie… nie mogę – zawahał się Kamień. – Jesteś moją przyjaciółką. Nie mogę wystawiać cię na niebezpieczeństwo.
– Zrobię wszystko! – zaprotestowała dziewczynka.
Przez chwilę panowała cisza. Potem kamień rozbrzmiał z cichą wesołością.
– Dobrze. Powiem ci. Tylko dlatego, że jesteś dla mnie ważna.
Luna nachyliła się, wsłuchując się uważnie w jego słowa.
– Weź nóż. Natnij swoją rękę. Potem zaszyj ranę i zabandażuj.
Dziewczynka wstrzymała oddech.
– Ale… to będzie boleć.
– Poświęcenie jest zawsze konieczne do wielkich czynów.
Głos był cichy, niemal łagodny.
– Pomyśl o Dianie. Ona też cierpi. Nie tylko ciebie boli, Luna. Wszystkie żywe istoty czują ból. Wszyscy cierpimy.
Luna zacisnęła zęby. Jeśli to był krok w stronę uratowania Diany… Drżącymi palcami chwyciła nóż. Przystawiła ostrze do ręki.
– Wyżej, moje dziecko.
Wibracja w jej głowie była niemal czuła.
– Tu się wykrwawisz. Poza tym musisz ukryć rany przed dorosłymi.
Luna zamknęła oczy. Przecięła skórę. Ból był ostry, palący. Łzy napłynęły jej do oczu. Czuła, jak ciepła krew spływa po nadgarstku, ale nie otwierała oczu. Myślała o Dianie. O płytkich oddechach. O wychudzonym ciele, spoconym czole, zaciśniętych wargach. Myślała o wszystkim, byle tylko nie skupić się na piekącym bólu w swojej własnej dłoni. Nie była słaba. Musiała to zrobić.
– Pamiętasz zioła, które kazałem ci schować? – przerwał jej rozmyślania kamień.
Luna mrugnęła, wytrącona z własnych myśli.
– Tak – sięgnęła do kieszeni i wyciągnęła wysuszone rośliny.
– Jak tylko zszyjesz ranę, włóż zioła do ust i rozgryź. Potem przyłóż papkę do rany i zabandażuj.
Dziewczynka spojrzała na poranioną rękę. Drżącymi dłońmi chwyciła igłę i zaczęła zszywać skórę. Szwy były krzywe, ale krew przestała płynąć. Włożyła zioła do buzi. Miały ziemisty, gorzki posmak, który momentalnie wypełnił jej usta. Po chwili wypluła papkę i przyłożyła ją do rany, po czym owinęła bandażem.
– Możesz zrobić jeszcze kilka nacięć.
Głos kamienia był spokojny, niemal zachęcający. Luna wahała się tylko przez chwilę. Przez kolejne dni robiła nowe cięcia. Z czasem zauważyła, że zaczyna się do nich przyzwyczajać. Ból nie wydawał się już taki straszny. Nie sprawiał jej większej trudności. Wręcz przeciwnie – czuła, jak coś w niej się uspokaja. Jakby każde cięcie oczyszczało jej myśli, pozwalało skupić się na czymś konkretnym, czymś rzeczywistym.
– Przychodzi ci to coraz łatwiej.
Głos kamienia zawibrował z aprobatą.
– Zaczynasz przyzwyczajać się do bólu.
– Nie jest to takie trudne – powiedziała cicho Luna, obracając w palcach nóż.
– Wszyscy boimy się bólu, ale to on nas rozwija. W obliczu cierpienia i śmierci możemy odnaleźć nową siłę, która popycha nas ku lepszemu.
Kamień zawibrował intensywniej.
– Jestem z ciebie dumny, Luna. Nie każdy potrafi zmierzyć się z bólem.
Luna poczuła, jak coś nagle pojawia się na skraju świadomości. Dziwny symbol wyrył się w umyśle niczym blizna. Pulsował równym rytmem, jakby coś do niej szeptał, przywoływał ją. Gdy skupiła na nim uwagę, poczuła coś dziwnego. Ciepło, jakby matka obejmowała ją ramionami, jednocześnie zimne, obce uczucie, przeszywające jej wnętrze.
– Brawo, Luna.
Głos kamienia był dumny.
– Właśnie poznałaś swoją pierwszą runę.
– A więc mogę teraz uzdrowić Dianę?
– Nie wiem. Na początek musisz ją przetestować.
– Na czym?
– Czuję, że niedaleko stąd jest małe stworzenie nocy.
Luna podążyła za wskazówkami kamienia. Podeszła do zapory z grzybów. Tuż przy granicy, w cieniu mchu, wił się długi, opancerzony wij. Jego czerwony pancerz zdobiły jaskrawe, żółte wzory. Nie zwracał na nią uwagi, czułkami badając ziemię, jakby szukał przejścia w zaporze.
– Zamknij oczy. Skup się na symbolu.
Luna wykonała polecenie.
– Wyobraź sobie, że kierujesz go na to stworzenie. Przelej w niego energię.
Poczuła, jak nagle traci siły. Usłyszała przeraźliwe wycie. Otworzyła oczy. Wij miotał się w konwulsjach, pancerz pokrył się bulgoczącymi bąblami. Wił się w bólu, uderzał odnóżami o ziemię, próbując uciec, ale ciało było spowolnione, jakby coś rozrywało je od środka.
– Brawo! – powiedział kamień, pełen dumy.
Luna cofnęła się o krok.
– To sprawiło mu ból, nie uleczyło! – zaprotestowała.
– Spokojnie, Luna.
Głos był łagodny.
– Zrób to jeszcze raz. Tym razem wyobraź sobie swoją runę odwróconą.
Luna wzięła głęboki oddech i ponownie zamknęła oczy. Znów poczuła, jak coś wysysa z niej energię. Kiedy otworzyła oczy, bąble na pancerzu stwora zniknęły. Wij przestał się miotać.
– Uzdrowiłam go? – zapytała z niedowierzaniem.
– Tak.
Kamień zawibrował z satysfakcją.
– Twoja runa jest inna niż zwykłe.
– Jak to?
– Jak myślisz, co jest przeciwieństwem leczenia?
Dziewczynka się zawahała.
– Choroba?
– Otóż to.
Wibracja kamienia była niemal czuła.
– Doszłaś do tej runy przez ból. Dlatego działa inaczej niż normalnie. Możesz nią uzdrawiać.
Zawahał się na chwilę.
– Ale możesz też wywoływać chorobę i cierpienie.
Luna spojrzała na wijące się stworzenie. Wstała i pobiegła w stronę domu. Z impetem otworzyła drzwi i wpadła do izby. Wbiegła do domu, zdyszana, z oczami błyszczącymi od emocji.
– Mamo! Tato! Mogę uzdrowić Dianę! – zawołała, nie potrafiąc ukryć ekscytacji.
Ojciec spojrzał na nią ostro, marszcząc brwi.
– O czym ty mówisz, Luna? – zapytał z wyczuwalnym w głosie zdenerwowaniem.
Matka oderwała wzrok od siostry, która leżała nieruchomo na posłaniu, jej oddech płytki, twarz blada jak kreda. Luna nie odpowiedziała. Nie chciała tracić czasu. Zamknęła oczy, skupiając się na pulsującej runie w swojej świadomości. Symbol rozjarzył się w jej umyśle miękkim światłem, a gdy skierowała go w stronę Diany, poczuła drżenie – jakby sama runa cieszyła się, że w końcu zostanie użyta.
– Uważaj, by nie wykorzystać zbyt wiele energii. Możesz stracić przytomność – ostrzegł kamień.
Luna poczuła, jak siła powoli uchodzi z jej ciała. Ciepło przesuwało się przez ramiona, dłonie, aż w końcu spłynęło na Dianę niczym niewidzialna fala. Przez chwilę nic się nie działo. Potem twarz siostry drgnęła. Rumieniec zaczął wypełzać na policzki. Oddech stał się głębszy, spokojniejszy. Powieki zadrżały, a po chwili Diana otworzyła oczy.
– Mamo? – wyszeptała cicho Diana.
Matka wydała z siebie zduszony dźwięk, po czym rzuciła się do córki i chwyciła ją w ramiona, przyciskając mocno do siebie. Ojciec patrzył na Lunę szeroko otwartymi oczami.
– Luna… ty znasz magię? – zapytał cicho, jakby bał wypowiedzieć te słowa na głos.
Dziewczynka spojrzała na niego, a na ustach pojawił się lekki uśmiech.
*
Rodzina Luny siedziała przy stole. Matka dzieliła na porcje skromny posiłek – wodnistą zupę z grzybów i ziół, ojciec jadł w milczeniu, Diana bawiła się palcami, wpatrując się w drewniany blat. Luna czuła narastające napięcie w powietrzu, ale zignorowała je. Podskoczyła na krześle, unosząc w górę lalkę, którą uszyła.
– Diana, patrz! Zrobiłam ci lalkę! – zawołała radośnie, wyciągając swoje dzieło w stronę siostry.
Była dumna ze swojej pracy – szmaciana postać miała ręce i nogi z cienkich patyków, wypełnienie z mchu i oczy z małych, okrągłych kamyków. Diana spojrzała na lalkę i niepewnie ją chwyciła. Dziewczynka skrzywiła się.
– Luna, przecież mówiłam, że uszyję wam lalkę. – Westchnęła matka, spoglądając na zabawkę z widoczną dezaprobatą.
– Miałaś nie wnosić do domu tych szkaradztw – warknął ojciec, odkładając drewnianą łyżkę.
Jego spojrzenie było chłodne, niemal surowe. Luna poczuła ucisk w żołądku. Diana, widząc reakcję rodziców, niezgrabnie odłożyła lalkę na stół, jakby obawiała się, że jej dotyk mógłby ją czymś skazić.
– Mamo, pobawimy się razem? – spytała Luna, wciąż mając nadzieję, że choć matka okaże trochę ciepła.
– Luna, nie mam czasu. Musimy pracować.
– A Diana?
– Diana jeszcze dochodzi do siebie po chorobie.
Słowa matki brzmiały tak, jakby to wszystko było oczywiste. Jakby to był dobry powód, by odrzucić Lunę.
– Mamo obiecałaś – głos Luny zadrżał. – Czemu cały czas poświęcacie się Dianie?
Z jej oczu popłynęły łzy.
– No już nie płacz – przewrócił ojciec oczami. – Nie możesz się pobawić na dworze? Diana potrzebuje spokoju. Musi dojść do siebie po ciężkiej chorobie.
– Ale przecież ją uzdrowiłam magią ! – wybuchnęła. – Jest zdrowa!
– Luna umie magię?
Diana spojrzała na siostrę z zaskoczeniem i zaciekawieniem.
– Luna, miałaś nie rozmawiać na ten temat.
Matka zareagowała natychmiast. W głosie było coś ostrego, czego Luna się nie spodziewała.
– Dlaczego?!
– Ludzie w wiosce mogą źle zareagować – powiedział ojciec.
Ojciec milczał przez chwilę, aż w końcu spojrzał na córkę z nową myślą w oczach.
– Moglibyśmy na tym zarobić – mruknął, jakby mówił sam do siebie. – Uzdrawiając innych.
– Pomyślimy o tym, jeśli ktoś zachoruje – powiedziała matka, zbywając temat. – Na razie lepiej milczeć.
Luna poczuła, jak całe jej ciało napina się ze złości i bólu. Nie chcieli się z nią bawić. Nie chcieli dziękować. Nie byli dumni. Tylko liczyli, czy da się na niej zarobić. Z gardłem zaciśniętym tak mocno, że nie mogła mówić, wstała gwałtownie od stołu. Wyszła na zewnątrz, trzaskając drzwiami. Nikt jej nie zatrzymał. Luna usiadła na zimnej ziemi, przy stercie piachu, i skuliła, obejmując ramionami kolana. Była bezużyteczna. Mogła uratować Dianę, mogła dokonywać cudów – a oni nadal jej nie chcieli.
– Oni nadal nie chcą spędzać ze mną czasu – wyszeptała, wbijając wzrok w ziemię.
– Tak to już jest, Luno – zabrzmiał łagodny głos kamienia , niemal współczująco. –Niektórzy nie potrafią docenić twojego daru.
– Dlaczego?
– Bo nie rozumieją twojej wartości. Nie wiedzą, jak wielką masz moc. Kamień zawibrował delikatnie, uspokajająco.
– Jest sposób, by zwrócili na ciebie uwagę.
– Jaki?
– Gdybyś zachorowała, rodzice zaczęliby się tobą opiekować?
Dziewczynka zesztywniała.
– Mam sama wywołać u siebie chorobę?
– Nikt nie wie, że masz taką moc. A nawet jeśli… zawsze możesz się uleczyć.
– Sama nie wiem.
– To tylko propozycja.
Kamień zaśmiał się cicho, jakby nie chciał jej naciskać. Ale słowa już zapadły w umysł Luny. Myśl zaczęła kiełkować. Luna wstała powoli i zaczęła iść przez wioskę, starając nie myśleć o tym, co powiedział kamień. Ale to było trudne. Bardzo trudne. Luna szła powoli, kopiąc kamyki leżące na drodze. Myśli błądziły wokół tego, co powiedział kamień. „Może jakbyś zachorowała, rodzice zajęliby się tobą?” To było kuszące. Ale… to nie byłoby prawdziwe. Zatrzymała się i spojrzała na swoje dłonie, zaciśnięte w pięści. Co mogła zrobić, by przestać być niewidzialną dla własnej rodziny?
– Kogo my tu mamy? – rozległ się nagle głos.
Luna uniosła głowę. O ścianę drewnianego budynku opierał się mężczyzna. Był wysoki i umięśniony, jego krótko przystrzyżone ciemne włosy nadawały mu surowy wygląd, ale uśmiech na twarzy wydawał się przyjazny. Patrzył na Lunę z ciekawością, jakby zastanawiał się, co tu robi sama. Dziewczynka znała go. Często pracowała z nim w polu.
– Co tu robisz, Luna? Sama? – zapytał ciepłym tonem.
– Nudzę się. Nie mam się z kim bawić – westchnęła dziewczynka, spuszczając wzrok.
– To niedobrze. Dzieci powinny się bawić.
Mężczyzna uśmiechnął się szerzej.
– Mogę się z tobą pobawić.
Wskazał głową na drzwi swojego domu. Luna zawahała się.
– Mama zabroniła mi wchodzić do domów obcych ludzi.
– Ale ja nie jestem obcy – powiedział śmiejąc się . – Przecież mnie znasz. Pracujemy razem.
Luna wciąż się wahała.
– Lubisz książki? – zapytał nagle.
– Nie umiem czytać.
– To dobrze się składa.
Mężczyzna się rozpromienił.
– Mogę ci coś przeczytać.
Luna spojrzała na mężczyznę, po czym przeniosła wzrok na drzwi. Powoli weszła do środka.
Wewnątrz było duszno i ciemno, pachniało drewnem. Luna zatrzymała się, przyglądając wnętrzu. Pokój był skromny – stół, kilka krzeseł, prycza przykryta szorstką tkaniną. Przy ścianie stał regał z książkami, pokryty warstwą kurzu. Mężczyzna podszedł do niego i sięgnął po grubą, starą księgę.
– Tu mamy coś ciekawego – powiedział, kładąc ją na stole.
Otworzył ją, a pożółkłe strony rozchyliły się, ukazując rysunki. Luna zbliżyła się ostrożnie i usiadła naprzeciw niego. Wzrok dziewczynki od razu przyciągnęła mapa.
– Co to? – zapytała, wskazując palcem na ilustrację.
– Mapa Astrum.
Mężczyzna przesunął dłonią po pergaminie. Na rysunku widać było kolejne warstwy świata. Na środku każdej znajdowała się ogromna, czarna dziura. Luna zmarszczyła brwi.
– Co to za czarna dziura w środku?
– Otchłań – odparł, jakby to było coś oczywistego. – Trudno powiedzieć, co jest w jej wnętrzu. Wiadomo tylko, że ciągnie się przez wszystkie piętra, a warstwy świata otaczają ją jak pierścienie.
Luna spojrzała na inne symbole. Podłużne formacje skalne wyrzeźbione na krańcach Otchłani.
– A to?
– Kamienie nawigacyjne – wyjaśnił mężczyzna. – Dzięki nim podróżnicy wiedzą, gdzie się znajdują.
Luna patrzyła na mapę z fascynacją.
– A my? Na której warstwie mieszkamy?
– Na środkowej warstwie mieszkalnej. To jedna z trzech głównych, po których podróżują smoki.
– Smoki?
Oczy Luny rozbłysły.
– Tak. Istnieją trzy główne warstwy, na których ludzie mogą żyć, a między nimi przemieszczają się smoki. Resztę warstw nazywamy cmentarzyskiem podróżników – nieliczni tam schodzą, jeszcze mniej wraca.
Luna przełknęła ślinę.
– Widziałeś kiedyś smoka?
Mężczyzna uśmiechnął się i przewrócił kartkę. Na ilustracji widniało ogromne stworzenie. Opancerzony insekt, którego ciało składało się z wielu segmentów, a na przodzie widniała masywna głowa z potężnymi żuwaczkami i wielkimi rogami.
– To jest smok – powiedział z dumą. – Z bliska wygląda jeszcze lepiej.
– Widziałeś go z bliska?
– Takie smoki zawsze podróżują tą samą trasą. W określonym czasie zatrzymują się i zasypiają na kilka dni. Ludzie nazywają to przystanią. Można wtedy wejść na smoka, handlować, a nawet zamieszkać.
– Smoki? Jest ich więcej?
– Z tego, co wiem, cztery. Każdy ma inną trasę.
Mężczyzna uśmiechnął się do niej ponownie. Ale tym razem jego spojrzenie było inne.
– Może zmienimy zabawę? – zapytał nagle.
– Na jaką?
– Znam taką jedną fajną zabawę. W pocałunki – powiedział, pochylając się w jej stronę.
Luna wstrzymała oddech.
– Bawiłem się w nią już z twoją siostrą. To będzie nasza tajemnica.
Jej serce ścisnęło się w piersi.
– Nauczę cię w nią grać.
Jego dłoń spoczęła na jej kolanie. Luna zesztywniała, nie wiedząc, co robić.
– Luna.
Głos kamienia zawibrował ostrzegawczo, pełen gniewu.
– Ten mężczyzna chce cię skrzywdzić.
Luna wzięła drżący oddech. Powoli wstała.
– Nie, dziękuję… może kiedy indziej – powiedziała cicho.
Odwróciła się na pięcie i ruszyła w stronę drzwi, serce Luny waliło w piersi jak oszalałe.
– Dokąd idziesz? – usłyszała jego głos.
Nie odpowiedziała. Nacisnęła klamkę. Mężczyzna coś jeszcze mówił, ale już go nie słuchała. Gdy tylko znalazła się na zewnątrz, zaczęła biec.
– Luna, opowiedz o tej zabawie rodzicom – zawibrował cicho kamień.
– Co to za zabawa? – zapytała z ciekawością.
– To sprawy dla dorosłych. Kiedyś ci opowiem.
Kamień zamilkł, ale Luna czuła, że jego słowa nie dają jej spokoju. Coś było nie tak. Nie do końca rozumiała co, ale instynkt podpowiadał jej, że to ważne. Nagle poderwała się na nogi i pobiegła w stronę domu. Drzwi otworzyły się z impetem, uderzając o ścianę. Ojciec, siedzący przy stole, uniósł głowę znad miski.
– Luna, gdzieś ty była? – zapytał z lekkim zniecierpliwieniem.
Dziewczynka zatrzasnęła za sobą drzwi i podeszła do stołu. Diana spała zwinięta w kłębek na swoim posłaniu, jej oddech był równy, spokojny. Luna spojrzała na rodziców, czując dziwny ucisk w klatce piersiowej.
– Tato. Co to za zabawa w pocałunki? – zapytała cicho.
Cisza, jaka zapadła po tych słowach, była ciężka jak ołów. Ojciec wpatrywał się w nią, jakby nie rozumiał, co właśnie powiedziała. Matka zesztywniała. Dłoń kobiety, która spoczywała na stole, lekko drgnęła.
– Dlaczego pytasz?
Głos ojca był napięty. Luna przełknęła ślinę.
– Pan, u którego byłam, chciał się ze mną w to bawić.
Ojciec zbladł. Matka spojrzała na nią z niedowierzaniem.
– Może coś ci się przesłyszało – powiedziała cicho, niemal błagalnie.
Luna pokręciła głową.
– Powiedział, że już się w to bawił z Dianą.
Matka gwałtownie odwróciła głowę w stronę łóżka, gdzie spała młodsza córka. Podeszła do niej i potrząsnęła lekko za ramię.
– Diana!
Dziewczynka otworzyła zaspane oczy, mrugając zdezorientowana.
– Luna mówi dziwne rzeczy – odezwał się ojciec, jego głos był niepewny.
Spojrzał na Dianę z napięciem.
– Czy ktoś ostatnio robił ci coś… dziwnego?
Diana zmarszczyła brwi, przeciągnęła się i spojrzała na nich zdezorientowana.
– Nie. O co chodzi?
Luna patrzyła na siostrę, szukając w twarzy jakiejś wskazówki, jakiejkolwiek oznaki kłamstwa. Ojciec odwrócił się do Luny.
– Który to dom? – zapytał sucho.
– Na skraju wioski, na północ. Pracujemy z tym panem razem.
Ojciec zacisnął szczękę.
– Dobrze wiem, o kogo chodzi. – Wstał od stołu i podszedł do drzwi. – Luna, poczekaj tutaj.
Otworzył drzwi i wyszedł, zatrzaskując je za sobą z hukiem. Luna zerknęła na matkę.
– Mamo, o co chodzi?
– To sprawy dorosłych. Idź spać.
Luna nie zaprotestowała. Posłusznie położyła się na posłaniu, wpatrując się w sufit. Ale sen nie przychodził. Czuła dziwną pustkę w żołądku, jakby coś ściskało ją od środka. Ojciec wrócił dopiero po dłuższym czasie. Drzwi skrzypnęły, a ciężkie kroki rozległy się w izbie. Luna zamknęła oczy i wstrzymała oddech, udając, że śpi. Usłyszała szelest tkaniny, gdy ojciec podszedł do stołu i usiadł.
– I co? – przerwała cisze Matka.
– No jak to co.
Coś metalowego opadło na stół z brzękiem.
– Jeśli będziemy cicho, złoto jest nasze.
Głos ojca brzmiał spokojnie, niemal zadowolony.
– Weźmie ją za żonę.
W Astrum wydawanie młodych ludzi za mąż nie było niczym dziwnym. Ludzkie życie, z wyjątkiem tych chronionych przez smoka, nie było długie. W małych wioskach, będących jedynie punktami przelotowymi elfickich szlaków handlowych, często brakowało jedzenia i wody, nie wspominając już o lekach. Ludzie z mniejszych rejonów starali się, by dzieci zakładały rodziny w młodym wieku, zapewniając im szansę na przetrwanie. Gdy tylko udawało się zgromadzić wystarczające fundusze, całe rodziny emigrowały do bezpieczniejszych rejonów tej samej warstwy. Niestety zebranie takiej sumy było niezwykle trudne i nie wszystkim się to udawało.
Serce Luny przyspieszyło.
– Przehandlowałeś córkę za mieszek złota?! – syknęła matka.
– Czasy są ciężkie.
Ojciec westchnął, jakby to było coś oczywistego.
– Dobrze wiesz, że młodzi nie jesteśmy, a twoje łono wydało nam same córki. Będziemy mogli z Luną wyprowadzić się z wioski. Wystarczy na opłatę eskorty do większego miasta.
– Ale Diana … ona…
– Co by było, gdyby ludzie się dowiedzieli? – przerwał ostro. – Bylibyśmy na językach całej wioski.
Cisza. Potem kolejny brzęk. Matka wzięła głęboki oddech.
– Dużo tego.
– Starczy nam na dostatnie życie. – odpowiedział.
Rodzice położyli się spać. A ona leżała w ciemności, nie mogąc zmrużyć oka. W końcu powoli wstała i wyszła na zewnątrz.
– Teraz widzę, jak małe i bezwartościowe jest twoje życie w oczach twoich rodziców – zawibrował kamień.
– Co masz na myśli? – spytała Luna.
– Twoi rodzice chcą oddać twoją siostrę temu mężczyźnie. Razem stworzą rodzinę. Wystarczyło tylko kilka sztuk złota. – W głosie kamienia dało się wyczuć odrazę.
– Z kim będę się bawić, jeśli ją zabiorą? – spytała Luna.
– Ludzie zawsze podejmują głupie decyzje – zaburczał głos kamienia.
– Nie chcę, by ją zabrali! – zaprotestowała.
– W takim razie musisz sprawić, by zmienili zdanie. Tylko w jaki sposób…
Głos kamienia nagle ucichł. Luna szła w milczeniu, zamyślona.
– Może za pomocą magii? – spytała po chwili.
– Co masz na myśli? – zapytał kamień.
– Gdy zadawałam sobie rany, po pewnym czasie umysł stawał się jaśniejszy…
– Chcesz sprawić im ból? – zabrzmiał Kamień zaintrygowany.
– Wywołam chorobę za pomocą magii, a potem ich uleczę – powiedziała niepewnie.
– Widzę, że nauki nie poszły na marne! To dobry pomysł, Luno! – usłyszała zadowolony głos kamienia. – Może zacznij od mężczyzny, który chce zabrać twoją siostrę?
– Myślisz, że to podziała? – zapytała Luna.
– Ludzie często w obliczu bólu zmieniają się na lepsze.
Luna podeszła do domu mężczyzny.
– Nie musisz wchodzić do środka – zawibrował kamień. – Stań jak najbliżej drzwi.
Luna skupiła się na symbolu w swojej głowie. Przelała energię, wyobrażając sobie mężczyznę. Po chwili usłyszała jęki.
– Dobra robota. Wracaj do domu. Lepiej, żeby nikt cię nie widział – zabrzmiał Kamień zadowolony.
*
– Słyszałaś? Zachorował – powiedział ojciec Luny do matki.
Dziewczynki siedziały razem z nimi przy stole.
– I co teraz? – spytała niepewnie matka.
– Nie oddam złota. Gaja go pokarała – stwierdził ojciec.
– A jeśli umrze? Będziemy mieli go na sumieniu… Z umów należy się wywiązywać – powiedziała twardo matka. – Może Luna go uleczy?
– Przecież nikt we wiosce nie wie o magii Luny – powiedział ojciec, ściszając głos.
– Mamo, mieliście się ze mną pobawić. – odezwała się znudzona Luna.
– Luna, nie przeszkadzaj starszym, kiedy rozmawiają – skarcił ją ojciec.
– Diana, pobawisz się ze mną? – spytała Luna, patrząc w stronę siostry.
Diana wstała z krzesła i usiadła na kolanach matki.
– Nie chce mi się – powiedziała, dłubiąc w nosie.
– Jesteś już chyba na tyle duża, by sama znaleźć sobie zajęcie – stwierdziła matka.
Luna wstała i wyszła z domu.
– Przecież mi obiecali – szepnęła, kucając przy stercie piachu.
W jej oczach zalśniły łzy.
– Luna, nie płacz. Masz mnie – zawibrował kamień.
Dziewczynka otarła oczy.
– Czemu oni mnie nie kochają?
– Ja cię kocham.
Luna uśmiechnęła się delikatnie w stronę kamienia.
– Oni na pewno też cię pokochają – usłyszała głos kamienia. – Gdyby zachorowali, a ty byś ich uzdrowiła czy nie zainteresowali by się tobą bardziej ?
Luna spojrzała na kamień z niepewnością.
– Mam wywołać chorobę u moich rodziców? – spytała z niedowierzaniem.
– Przecież ich uzdrowisz, czy to ważne? Liczy się cel! – powiedział wesoło kamień.
Luna sięgnęła do umysłu, by odnaleźć symbol magii. Na początku było trudno. Usłyszała wycie swoich rodziców, ale im dłużej przelewała magię w symbol, tym łatwiej to przychodziło. Otworzyła oczy, niepewna tego, co czuje.
– Widzisz? Nie było tak trudno.
Luna wstała i weszła do domu. Jej rodzice siedzieli przy stole, drapiąc skórę pokrytą bąblami.
– Na Gaję, jak to swędzi! – ryknął ojciec. – Musiałem się zarazić od tego bydlaka, gdy u niego byłem!
– I co teraz? – powiedziała matka, ciągle się drapiąc. – Luna, uzdrowisz nas?
– Wolałbym nie korzystać z magii – powiedział ojciec, niepewnie patrząc na córkę.– Jutro pójdziemy do uzdrowicielki. Mamy za co kupić leki. To pewnie zwykłe swędzenie.
– Daj im trochę czasu, pocierpią, i zrozumieją. Cierpienie uszlachetnia – usłyszała zadowolony głos kamienia.
*
Dom uzdrowicielki był zajęty przez łóżka ustawione w różnych odstępach przy ścianach. W jednym z nich leżał już znany Lunie mężczyzna. Wiercił się na posłaniu, ciągle opętańczo drapiąc ciało. Na końcu pomieszczenia, przy stole, siedziała starsza kobieta w białych szatach. Naprzeciw niej siedział ojciec Luny. Uzdrowicielka przewracała jego rękę, wpatrując się w strupy. Koło nich stała reszta rodziny.
– I co? Zrobisz coś z tym? – spytał uzdrowicielkę.
– Pierwszy raz widzę coś takiego – powiedziała kobieta. – Moje maści nie działają. Na razie wygląda na to, że to nie jest bardzo zaraźliwe. Chorujecie tylko wy.
– To co, mamy robić? – spytała matka Luny.
– Dam wam maści, które łagodzą świąd. Może przejdzie – powiedziała uzdrowicielka.
– Też mi zielarka – mruknął z pogardą ojciec Luny, wstając z krzesła.
– Cieszcie się, że zostałam w tej wiosce! Beze mnie pomarlibyście tu wszyscy! – odgryzła się uzdrowicielka. – Kto przyjął poród twoich córek, co?!
– Luna może was uzdrowić – powiedziała nagle Diana.
– Diana! – szturchnęła ją matka.
– O czym ona gada? – zapytała uzdrowicielka, wpatrując się w dziewczynkę.
– O niczym – zaczął mówić ojciec Diany.
– Chodź tu, dziecko – uzdrowicielka zachęciła Dianę.
– Przecież ona głupoty gada! – powiedział ojciec, łapiąc Dianę za rękę.
– Czy ja ciebie pytałam? – zapytała uzdrowicielka, groźnie unosząc kij.
Pod stopami ojca zaczęły rosnąć grube korzenie, oplatając zdziwionego mężczyznę. Po chwili pokryły się kolorowymi kwiatami, a w pomieszczeniu uniósł się ziołowy zapach. Luna patrzyła na to z szeroko otwartymi oczami.
– To magia – zawibrował głos kamienia . – Jedna z wielu run natury.
– Mów śmiało, dziecko – ponagliła ją uzdrowicielka.
– Luna też zna magię – powiedziała Diana.
– Tak? – spytała uzdrowicielka, patrząc na Lunę z zainteresowaniem.
– Uleczyła mnie – powiedziała zadowolona Diana.
– Podejdź, Luna. Umiesz uzdrawiać? – spytała uzdrowicielka.
– Tak. Niedawno się nauczyłam – odpowiedziała niepewnie Luna.
– Czemu to ukrywasz? – spytała spokojnym głosem uzdrowicielka.
– Rodzice zakazali mi mówić.
Konary puściły ojca Luny i schowały się w drewnianą podłogę.
– Ech – westchnęła uzdrowicielka, kręcąc głową. – Stare to i głupie – powiedziała do rodziców Luny. – Tylko w takich wsiach jeszcze uważa się magię za coś wyjątkowego. Tu nie ma czego ukrywać, młodsze dzieci od was uczą się magii – dodała, po czym zaśmiała.
Następnie spojrzała na Lunę i skinęła na nią ręką.
– Chodź, Luna.
Uzdrowicielka wstała i podeszła do łóżka, na którym leżał drapiący się mężczyzna. Jego skórę pokrywały liczne, wydrapane rany.
– Pokaż, co potrafisz – zachęciła Lunę.
Luna skupiła uwagę na swojej runie. Przepełniała ją magią i poczuła energię przepływającą przez ciało. Na oczach wszystkich bąble na skórze mężczyzny zaczęły znikać, a rany stopniowo się goiły. Mężczyzna uniósł dłonie i dotknął skóry. Drżenie wstrząsnęło jego ciałem, a z oczu popłynęły łzy.
– Od paru dni nie mogłem się pozbyć tego świądu. Myślałem, że umrę – wyszeptał, patrząc na Lunę z wdzięcznością. – Ja… przepraszam, dziecko, za to, co zrobiłem. Nigdy już tego nie zrobię. Wybacz mi.
Jego głos drżał, a wargi ledwo poruszały się w rytmie szeptu.
– Widzisz? – zawibrował głos kamienia. – W obliczu bólu się zmienił. Ból go wyzwolił.
– Szlochasz jak baba – skwitowała sucho uzdrowicielka, patrząc na mężczyznę z politowaniem. Po chwili przeniosła wzrok na Lunę.
– Masz szczęście. Rzadko kiedy widzi się tak zaawansowane runy leczenia – powiedziała, wracając do swojego biurka. – Uzdrów rodziców.
Luna skinęła głową i wykonała polecenie. Przyłożyła dłonie do ich skóry, pozwalając magii przepłynąć przez ciało i uleczyć bolesne bąble. Gdy skończyła, na twarzach rodziców malowała się wyraźna ulga. Uzdrowicielka przyglądała się w milczeniu.
– Luna, czy chciałabyś się uczyć? – spytała w końcu spokojnym głosem.
– A kto nam w polu pomoże?! – zaprotestował ojciec.
– Luna, nie zwracaj na niego uwagi – powiedziała uzdrowicielka.
– Luna, to dla ciebie szansa… – zawibrował głos kamienia.
Luna spojrzała na ziemię, czując dziwną mieszankę strachu i ekscytacji.
– Tak. Chciałabym – powiedziała cicho, ale stanowczo.
Na twarzy uzdrowicielki pojawił się uśmiech zadowolenia.
– Przyjdź do mnie jutro. A jeśli ojciec ci zabroni… – Spojrzała na ojca Luny. – Sama do was przyjdę.
*
– Co za paskudna baba – mruknął ojciec Luny, siadając do stołu.
Reszta rodziny usiadła na łóżku, wyraźnie zmęczona tym, wydarzeniem.
– Mamo, pobawimy się w końcu? – spytała niepewnie Luna.
Matka spojrzała na nią i uśmiechnęła się ciepło.
– Zaraz wyjdziemy razem na zewnątrz.
– Widzisz? Mówiłem, że to zadziała – usłyszała zadowolony głos kamienia.
*
Luna szła przez wioskę. Wszyscy, którzy ją mijali, kłaniali się z szacunkiem. Choroba rozprzestrzeniła się, więcej ludzi zachorowało, a Luna była jedyną, która mogła ich uzdrowić.
– Widzisz, jak ból zmienił wszystkich na lepsze? – zawibrował głos kamienia. – W końcu cię kochają. Tak jak ja kocham ciebie!
Luna uśmiechnęła się, nie wiedząc, co odpowiedzieć.
– Możesz ich odmienić jeszcze bardziej!
– W jaki sposób? – zapytała Luna, spoglądając na kamień z zaciekawieniem.
– Gdy śmierć patrzy człowiekowi w oczy, ukazuje jego prawdziwe oblicze. Ludzie, stojąc na skraju śmierci, zmieniają się na lepsze.
– Mam ich zabić? – spytała z niedowierzaniem.
– Nie! Nigdy bym ci nie kazał robić czegoś takiego.
Kamień zawibrował uspokajająco.
– Wystarczy, że przybliżysz ich do skraju śmierci
*
Drewniany powóz, obwieszony lampami, jechał powoli po nierównej drodze. Na koźle siedziała kobieta w białym płaszczu. Spod kaptura wysuwały się piękne, kręcone blond włosy. Powóz ciągnęło czworonożne, opancerzone stworzenie o dużym, okrągłym odwłoku i małej, kulistej głowie. W równych odstępach zgrzytało żuwaczkami, przerywając ciszę nieprzyjemnym dźwiękiem. Woźnica – mężczyzna o brązowej skórze, szpiczastych uszach i długich, białych włosach – uważnie obserwował drogę. Na szlakach rzadko kiedy można napotkać stworzenie w nocy, ale nie było to niemożliwe. Musiał zachować ostrożność.
– Masz szczęście, że cię zabrałem – powiedział woźnica, nie odrywając wzroku od drogi.
– Czemu? – zapytała zakapturzona postać, unosząc głowę w stronę woźnicy.
– Słyszałem, że w wiosce niedaleko wybuchła epidemia. Nikt nie przeżył.
Kobieta uśmiechnęła się lekko.
– Obiło mi się coś o uszy.
Woźnica zerknął na kobietę ukradkiem, zaintrygowany reakcją.
– Dokąd zmierzasz ? – spytał z ciekawością.
– Przed siebie. Jeszcze nie myślałam o celu podróży.
– Czym się zajmujesz, jeśli można spytać? – dopytał, nie kryjąc zainteresowania.
Kobieta odwróciła się do niego i uśmiechnęła ciepło.
– Pomagam ludziom odkryć ich wewnętrzny potencjał. Uzdrawiam.
Woźnica parsknął cichym śmiechem.
– Wewnętrzny potencjał? Nie wszyscy go mają! – zaśmiał się. – Czasy są niepewne. Podziwiam was, uzdrowicieli, że wciąż chce wam się pomagać.
– Każdy go ma – odparła kobieta. – A ja potrafię zajrzeć tak głęboko w duszę człowieka, by go odnaleźć. Potrafię zmienić każdego.
Zapadła cisza. Powóz potoczył się dalej, zmierzając ku nieznanemu celowi.