- Opowiadanie: Adexx - Luna bogini uzdrowienia

Luna bogini uzdrowienia

Opo­wia­da­nie na­pi­sa­ne o po­cząt­kach jed­nej z an­ta­go­ni­stek z mo­je­go uni­wer­sum . 

Inne opowiadania z uniwersum:

Z pamiętnika wolnego niewolnika – https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/33486

Nie wątp – https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/34155

Nie wątp część 2 – https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/34457

Księga imion – https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/32858

Sen Wieczności – https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/34143

Baśnie mroku i ciszy : kamień, kwiat i książka – https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/32750

 

 

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Biblioteka:

Użytkownicy

Oceny

Luna bogini uzdrowienia

– Luna, znów się ocią­gasz! – krzyk­nę­ła szczu­pła ko­bie­ta ubra­na w łach­ma­ny.

W ręku trzy­ma­ła mo­ty­kę, którą z im­pe­tem wbiła w mech obok świe­cą­ce­go grzy­ba. Dziew­czyn­ka sto­ją­ca obok niej wy­bie­ra­ła z mchów nie­po­trzeb­ne ro­śli­ny. Była chuda. Jasne, skle­jo­ne od brudu włosy opa­da­ły na jej ra­mio­na. Mlecz­no­bia­ła cera i oczy białe jak mar­mur nie były ni­czym nie­zwy­kłym w Astrum – w świe­cie, gdzie pa­no­wa­ła wiecz­na ciem­ność. Trud­no było okre­ślić wiek dziew­czyn­ki. Jak więk­szość ludzi ży­ją­cych w ciem­no­ściach, żyła z dnia na dzień. Nie li­cząc czasu. Można było po­wie­dzieć jedno – była jesz­cze dziec­kiem.

– Czemu mu­si­my to robić? – za­py­ta­ła cicho dziew­czyn­ka.

– Prze­cież wiesz, że bez świa­tła stwo­rze­nia nocy nas za­bi­ją.

Grzy­by osa­dzo­ne w mchu ota­cza­ły całą wio­skę, two­rząc mur od­dzie­la­ją­cy ich od mroku. Luna przy­sta­nę­ła i spoj­rza­ła w ciem­ność. W bla­sku fos­fo­ry­zu­ją­cych ka­pe­lu­szy do­strze­gła od­bi­cia – wie­lu okrą­głych ślepi pa­trzą­cych na nią z od­da­li. Po­śród ciszy dało się sły­szeć prze­cią­gły, me­ta­licz­ny dźwięk po­cie­ra­nych o sie­bie żu­wa­czek oraz stu­kot licz­nych od­nó­ży prze­su­wa­ją­cych się po ka­mien­nym pod­ło­żu.

– Mamo… czy wi­dzia­łaś kie­dyś z bli­ska stwo­rze­nia nocy? – za­py­ta­ła Luna, wciąż wpa­trzo­na w ciem­ność.

– Nie. I le­piej, by tak zo­sta­ło – od­po­wie­dzia­ła ko­bie­ta, wy­cią­ga­jąc mo­ty­kę z mchu. – Kie­dyś po­dróż­ny, który za­wi­tał do na­szej wio­ski, po­wie­dział, że więk­szość z nich to prze­ro­śnię­te in­sek­ty.

Luna do­tknę­ła chro­po­wa­tej po­wierzch­ni naj­bliż­sze­go grzy­ba. Biła od niego słaba, zie­lon­ka­wa po­świa­ta. Gdyby mieli świa­tło, tak jak sta­ro­żyt­ni, nie mu­sie­li­by żyć w wiecz­nych ciem­no­ściach. Byli zmu­sze­ni do ho­do­wa­nia grzy­bów – je­dy­nej rze­czy, która chro­ni­ła ich przed więk­szo­ścią stwo­rzeń nocy. Te nie zno­si­ły flu­ore­scen­cyj­ne­go świa­tła. Z od­da­li, z mroku, wy­ło­ni­ła się krępa ko­bie­ta.

– Przy­nio­słam wam coś na ząb – po­wie­dzia­ła, nio­sąc gar­nek i kilka misek ze sztuć­ca­mi.

Luna i jej matka po­de­szły bli­żej. Ko­bie­ta po­sta­wi­ła gar­nek na ziemi i na­bra­ła cho­chlą szarą, szla­mo­wa­tą ciecz, po czym po­da­ła dziew­czyn­ce jedną z misek. Luna skrzy­wi­ła się z nie­sma­kiem, wi­dząc, jak gęsta sub­stan­cja prze­le­wa le­ni­wie z jed­nej stro­ny na­czy­nia na drugą. Za­nu­rzy­ła w niej łyżkę i ostroż­nie wło­ży­ła do ust. Jak zwy­kle do­sta­li do je­dze­nia zupę z grzy­bów i ziół. Jedli to co­dzien­nie. Mo­no­to­nia tego po­sił­ku za­czy­na­ła ją przy­tła­czać.

Ko­bie­ta zo­sta­wi­ła matkę i Lunę, po czym ode­szła w stro­nę in­nych miesz­kań­ców, za­ję­tych pie­lę­gna­cją grzy­bów. Nagle ciszę roz­darł po­tęż­ny huk. Zie­mia za­drża­ła, a dro­bin­ki mchu unio­sły się w po­wie­trze. Luna wstrzy­ma­ła od­dech.

– Kie­dyś zo­sta­nę po­szu­ki­wacz­ką i za­miesz­kam na smoku – po­wie­dzia­ła nagle, pa­trząc w stro­nę, skąd do­bie­gał dźwięk.

Wszy­scy znali le­gen­dy o tych wiel­kich, opan­ce­rzo­nych stwo­rze­niach, które po­dró­żo­wa­ły mię­dzy war­stwa­mi Astrum. Lu­dzie bu­do­wa­li na ich grzbie­tach mia­sta, drą­ży­li tu­ne­le w ich pan­cer­zach, ho­do­wa­li i upra­wia­li grzy­by.

– Mu­sia­ła­byś spła­cić Dług Krwi. Poza tym… nie znasz magii. Jak niby bę­dziesz się bro­nić? Gdy tylko prze­kro­czysz gra­ni­cę wio­ski, roz­szar­pią cię stwo­rze­nia nocy.

– Dług Krwi? 

Luna spoj­rza­ła na matkę za­cie­ka­wio­na.

– Każdy miesz­ka­niec smoka musi spła­cić dług za­cią­gnię­ty przy uro­dze­niu. Mu­sia­ła­byś prze­pra­co­wać kilka lat na jego grzbie­cie, by zdo­być pełne prawo do życia na smoku.

– Skąd wiesz o tym tak dużo? – za­py­ta­ła dziew­czyn­ka.

– Kie­dyś zna­leź­li­śmy księ­gę wśród ru­pie­ci sta­ro­żyt­nych. Opi­sy­wa­ła Zakon Ci­chych, który spra­wu­je wła­dzę na smoku.

– Czy to praw­da, że smoki scho­dzą na inne war­stwy? 

Luna pa­trzy­ła na matkę z na­dzie­ją w oczach.

– Tak, ale nie na wszyst­kie. To po­dróż­ni­cy czę­ściej scho­dzą lub wspi­na­ją się na inne po­zio­my.

– Ja też kie­dyś prze­pro­wa­dzę się na inną war­stwę – oświad­czy­ła z de­ter­mi­na­cją.

Matka par­sk­nę­ła ci­chym śmie­chem.

– To nie takie pro­ste, Luna. Wspi­nacz­ka mię­dzy war­stwa­mi trwa mie­sią­ce. Gdyby to było takie łatwe, sama bym się wy­pro­wa­dzi­ła.

Wio­ska, w któ­rej miesz­ka­li, znaj­do­wa­ła się na środ­ko­wej war­stwie miesz­kal­nej. Nad nimi i pod nimi cią­gnę­ły się ko­lej­ne po­zio­my. Od­dzie­lo­ne od sie­bie la­bi­ryn­ta­mi tu­ne­li.

– Dosyć tej ga­da­ni­ny, czeka nas jesz­cze sporo pracy – po­wie­dzia­ła ko­bie­ta, pod­no­sząc się z ziemi.

Zo­sta­wi­ła pustą miskę na ka­mie­ni­stym pod­ło­żu i ru­szy­ła przed sie­bie. Luna po­słusz­nie po­dą­ży­ła za matką. Razem szły na drugi ko­niec wio­ski, mi­ja­jąc wa­lą­ce się drew­nia­ne domy. Kwa­dra­to­we bu­dyn­ki, cał­ko­wi­cie po­ro­śnię­te mchem, lśni­ły de­li­kat­nym bla­skiem flu­ore­scen­cyj­nych grzy­bów. Ho­do­wa­no je rów­nież na da­chach – nie­któ­re stwo­rze­nia nocy po­tra­fi­ły latać, więc cza­sa­mi uda­wa­ło im się prze­drzeć przez ba­rie­rę grzy­bów i wy­lą­do­wać w środ­ku osady. Gdy do­tar­ły na miej­sce, zo­ba­czy­ły kilku ro­bot­ni­ków krzą­ta­ją­cych się wokół za­po­ry świe­tli­stych grzy­bów.

– Szlag by to tra­fił – wy­mam­ro­tał męż­czy­zna w dłu­giej, zdo­bio­nej sza­cie, klę­cząc obok przy­ga­sa­ją­cych grzy­bów.

Opie­rał się o laskę, a spod kap­tu­ra za­kry­wa­ją­ce­go twarz wy­sta­wa­ła długa, siwa broda.

Za­po­ra z grzy­bów była naj­waż­niej­szą czę­ścią wio­ski. Gdy grzy­by przy­ga­sa­ły, do wio­ski mogła we­drzeć się ciem­ność, a wraz z nią stwo­rze­nia nocy. Tam, gdzie było świa­tło, ist­nia­ło życie. Ciem­ność przy­no­si­ła je­dy­nie śmierć.

– Bądź twar­dy jak skała – rzu­ci­ła matka Luny w stro­nę star­ca.

– Niech Gaja trzy­ma cię w ob­ję­ciach na wieki – od­po­wie­dział, pod­no­sząc się z klę­czek.

– Zdą­ży­my za­sa­dzić nowe? – za­py­ta­ła ko­bie­ta, przy­ku­ca­jąc przy za­po­rze.

– Będę pró­bo­wał od­ra­to­wać to, co mamy… ale jest nas za mało – wes­tchnął sta­rzec, dra­piąc się po bro­dzie.

Szata, którą nosił, świad­czy­ła o jego po­zy­cji w wio­sce. Był mi­to­lo­giem, ba­da­czem, eks­per­tem od grzy­bów, które w Astrum by­wa­ły cen­niej­sze niż złoto.

– Na razie mu­si­my wy­rwać wszyst­ko, co zbęd­ne – po­wie­dział.

– Luna, szyb­ko, wiesz, co robić – po­na­gli­ła ją matka.

Dziew­czyn­ka przy­kuc­nę­ła obok przy­ga­sa­ją­cych grzy­bów. Nie­któ­re z nich miały czar­ne, roz­to­pio­ne ka­pe­lu­sze – wy­raź­ny znak cho­ro­by. Wsu­nę­ła dłoń w mech i za­czę­ła wy­ry­wać splą­ta­ne ro­śli­ny. Matka była po­chło­nię­ta roz­mo­wą ze star­cem, gdy nagle coś przy­ku­ło uwagę Luny. Mię­dzy kłą­cza­mi do­strze­gła mały, czar­ny ka­mień. Z cie­ka­wo­ści pod­nio­sła go. Był gład­ki, chłod­ny. Nie za­sta­na­wia­jąc się długo, scho­wa­ła go do kie­sze­ni brud­nej tu­ni­ki.

– Luna, jak skoń­czysz, idź się umyć ! – za­wo­ła­ła matka.

Nagle prze­strzeń wy­peł­nił dźwięk dzwo­nu.

W końcu – po­my­śla­ła Luna z ulgą.

Dzwon wy­zna­czał pory dnia. Bił trzy­krot­nie – rano, gdy wszy­scy bu­dzi­li się do pracy, w po­łu­dnie, gdy ogła­sza­no prze­rwę, oraz wie­czo­rem, kiedy nad­cho­dził czas od­po­czyn­ku. Luna pod­bie­gła do naj­bliż­sze­go bu­dyn­ku, obok któ­re­go usy­pa­na była duża ster­ta żwiru. Zrzu­ci­ła z sie­bie brud­ne szaty, zo­sta­jąc tylko w bie­liź­nie.

Gar­ścia­mi na­bie­ra­ła suchy piach i wcie­ra­ła go w ra­mio­na. Szorst­kie dro­bin­ki tarły skórę, wci­ska­ły się pod pa­znok­cie, skrzy­pia­ły mię­dzy pal­ca­mi. Po­czu­ła, jak zdzie­ra­ją kurz i pot, po­zo­sta­wia­jąc po sobie uczu­cie su­ro­wej, dra­pią­cej czy­sto­ści. Piach wchła­niał wil­goć, tłuszcz ze skóry, po­zo­sta­wia­jąc ją ma­to­wą i suchą. Wcie­ra­ła go w szyję, w nad­garst­ki, aż w końcu po­czu­ła się lekka, jakby zmyła z sie­bie cały cię­żar dnia. Gdy skoń­czy­ła, po­now­nie wło­ży­ła brud­ną tu­ni­kę i ru­szy­ła w stro­nę domu.

Wio­ska, w któ­rej miesz­ka­ła, nie na­le­ża­ła do du­żych. Była jedną z wielu osad roz­sia­nych po Astrum, słu­żą­cych jako przy­stan­ki dla el­fic­kich han­dla­rzy. Luna po­de­szła do kwa­dra­to­we­go, drew­nia­ne­go bu­dyn­ku po­ro­śnię­te­go mchem. Chwy­ci­ła klam­kę i uchy­li­ła skrzy­pią­ce drzwi.

W środ­ku pa­no­wał pół­mrok. W po­miesz­cze­niu znaj­do­wa­ły się trzy łóżka, duża drew­nia­na skrzy­nia, kilka krze­seł i nie­wiel­ki stół, na któ­rym stała lampa ze świe­cą­cym grzy­bem.

Na jed­nym z krze­seł, tuż przy łóżku, sie­dział męż­czy­zna. Był umię­śnio­ny od cięż­kiej pracy w polu, miał wy­chu­dzo­ną twarz, dłu­gie wąsy i łysą głowę. Jego blade oczy wpa­try­wa­ły się w nie­przy­tom­ną dziew­czyn­kę le­żą­cą na po­sła­niu. Mokrą szma­tą de­li­kat­nie ocie­rał jej roz­pa­lo­ne czoło.

– Jak z Dianą? – za­py­ta­ła Luna.

 Męż­czy­zna odło­żył szma­tę i spoj­rzał na córkę zmę­czo­nym wzro­kiem.

– Go­rącz­ka nie spada – od­parł twar­dym, ochry­płym gło­sem. – Co z ba­rie­rą?

– Mi­to­log spró­bu­je ją na­pra­wić – od­po­wie­dzia­ła Luna, się­ga­jąc po jedno z krze­seł i sia­da­jąc obok ojca.

– Wyj­dzie z tego, tato? – spy­ta­ła cicho.

Męż­czy­zna nie od­po­wie­dział od razu. Przez dłuż­szą chwi­lę wpa­try­wał się w Dianę, my­śląc, czy wy­po­wie­dzieć praw­dę na głos.

– Nie wiem – mruk­nął w końcu.

Luna spoj­rza­ła na sio­strę. Jej pierś uno­si­ła się i opa­da­ła z wy­raź­nym tru­dem. Z każ­dym od­de­chem wy­da­wa­ła chra­pli­we dźwię­ki.

– Po­trze­bu­je­my leków – po­wie­dzia­ła w końcu dziew­czyn­ka, za­ci­ska­jąc dło­nie na brze­gach krze­sła.

– Nie stać nas na leki – od­po­wie­dział oj­ciec.

– Nie będę miała się z kim bawić… – po­wie­dzia­ła zre­zy­gno­wa­na Luna.

W wio­sce, oprócz niej i sio­stry, nie było in­nych dzie­ci. Więk­szość ro­dzin wy­pro­wa­dzi­ła się na bar­dziej przy­ja­zne te­re­ny. Żyjąc w ma­łych wio­skach, lu­dzie nie­chęt­nie de­cy­do­wa­li się na po­tom­stwo. Życie w ciem­no­ści było trud­ne, a wielu sta­ra­ło się prze­żyć, jak tylko po­tra­fi­ło. Ro­dzi­ny Luny nie było jed­nak stać na wy­na­jem el­fic­kiej eskor­ty. Mogli spró­bo­wać wy­ru­szyć sami, lecz bez spe­cja­li­stycz­nej wie­dzy po­szu­ki­wa­czy po­dróż za­zwy­czaj koń­czy­ła się tra­gicz­nie.

Oj­ciec spoj­rzał na nią z dez­apro­ba­tą, ale zi­gno­ro­wał jej słowa. Drzwi za­skrzy­pia­ły, gdy do domu we­szła matka. Wstał i ru­szył w jej stro­nę.

– Jak z Dianą? – za­py­ta­ła ko­bie­ta.

– Nic się nie zmie­ni­ło – od­po­wie­dział męż­czy­zna, się­ga­jąc po klam­kę.

Pra­co­wa­li na zmia­ny – ktoś za­wsze mu­siał zo­sta­wać w domu z chorą Dianą. Oj­ciec wy­szedł, cicho za­my­ka­jąc za sobą drzwi.

– Prze­śpij się, Luna – po­wie­dzia­ła matka, sia­da­jąc na krze­śle przy łóżku Diany.

– Nie chce mi się jesz­cze spać.

– To idź po­ba­wić się na ze­wnątrz.

Dziew­czyn­ka wes­tchnę­ła i, nie mając lep­sze­go po­my­słu, ru­szy­ła w stro­nę wyj­ścia. Na ze­wnątrz pa­no­wa­ła cisza, prze­ry­wa­na tylko od­le­głym stu­ko­tem ro­bot­ni­ków pra­cu­ją­cych przy za­po­rze z grzy­bów. W wio­sce nie było zbyt wielu atrak­cji.

Luna po­de­szła do ster­ty pia­chu usy­pa­nej obok domu, usia­dła i za­czę­ła ry­so­wać po niej dło­nią, prze­su­wa­jąc drob­ne zia­ren­ka w lo­so­we wzory.

– Ejjjjj. 

Po­czu­ła dziw­ne wi­bro­wa­nie w gło­wie. Ro­zej­rza­ła się ner­wo­wo, ale nie do­strze­gła ni­ko­go.

– Tu na dole. W two­jej kie­sze­ni. 

Luna wstrzy­ma­ła od­dech. Po­wo­li się­gnę­ła do kie­sze­ni tu­ni­ki, w któ­rej znaj­do­wał się zna­le­zio­ny wcze­śniej ka­mień. Unio­sła go w stro­nę świa­tła. We wnę­trzu, tkwiąc w bez­ru­chu, znaj­do­wa­ła się isto­ta. Była szka­rad­na – przy­po­mi­na­ła zde­for­mo­wa­ne­go czło­wie­ka. Jej koń­czy­ny były po­wy­krzy­wia­ne, gdzie­nie­gdzie po­kry­te łu­ska­mi, w in­nych miej­scach po­ro­śnię­te pió­ra­mi. Twarz miała gro­te­sko­wo zwie­rzę­ce rysy, a oczy były ciem­ne i puste.

– W końcu. Wołam cię już od dłuż­sze­go czasu.

– Czym je­steś? – za­py­ta­ła.

– Luna, z kim tam roz­ma­wiasz? – roz­legł się głos matki z wnę­trza domu.

– Tyl­ko ty mnie sły­szysz, mów ci­szej, bo wezmą cię za po­my­lo­ną.

Luna prze­łknę­ła ślinę.

– Z nikim! Bawię się! – od­krzyk­nę­ła i szyb­ko wsta­ła.

Od­da­li­ła się od domu, nadal ści­ska­jąc ka­mień w dłoni. Unio­sła go bli­żej twa­rzy, spo­glą­da­jąc na isto­tę w środ­ku.

– To, czym je­steś?

– Je­stem czło­wie­kiem, moje dziec­ko.

– Czło­wie­kiem? 

Luna zmarsz­czy­ła brwi.

– Jak niby czło­wiek miał­by się zmie­ścić w tak małym ka­mie­niu? Nie wy­glą­dasz jak czło­wiek.

– Kie­dyś byłem czło­wie­kiem, ale zo­sta­łem uwię­zio­ny.

Dziew­czyn­ka ob­ra­ca­ła ka­mień w dło­niach, nie do­wie­rza­jąc jego sło­wom.

– Mo­że­my sobie pomóc – po­wie­dział głos w jej gło­wie.

– Pomóc? W jaki spo­sób?

– Mogę ci pomóc uzdro­wić Dianę.

– Jak? – za­py­ta­ła z na­dzie­ją.

– Sły­szysz mnie, a więc masz pre­dys­po­zy­cje do magii. Gdy­byś na­uczy­ła się runy lecz­ni­czej, mo­gła­byś uzdro­wić swoją sio­strę.

Luna spoj­rza­ła na ka­mień z jesz­cze więk­szym za­cie­ka­wie­niem.

– A co ty bę­dziesz miał w za­mian?

– To­wa­rzy­stwo. 

Stwo­rze­nie w ka­mie­niu za­śmia­ło się cicho. 

– Wiesz, jak trud­no jest tak leżeć przez tyle czasu i nie móc z nikim po­roz­ma­wiać? Razem po­szu­ka­li­by­śmy spo­so­bu, by mnie uwol­nić.

– Na­praw­dę mo­gła­bym wy­le­czyć Dianę?

– Nie bę­dzie to łatwe, ale to moż­li­we. 

Luna za­ci­snę­ła palce na ka­mie­niu.

– Tak. Chcę ją uzdro­wić.

– Pa­mię­taj, do­ro­śli nie mogą się o mnie do­wie­dzieć.

– Dla­cze­go?

– Każdy z nich chciał­by moją wie­dzę dla sie­bie. 

Głos wi­bro­wał dum­nie.

– Wiem o magii i świe­cie wię­cej, niż mo­żesz sobie wy­obra­zić. 

Luna przy­gry­zła wargę, roz­wa­ża­jąc jego słowa.

– Co mam zro­bić?

– Przy­łóż czoło do ka­mie­nia i po­wiedz na głos, że ak­cep­tu­jesz wa­run­ki umowy.

Dziew­czyn­ka za­wa­ha­ła się tylko przez chwi­lę.

– Ak­cep­tu­ję wa­run­ki umowy – wy­szep­ta­ła i przy­ci­snę­ła ka­mień do czoła.

Nagle po­czu­ła ostre ukłu­cie w gło­wie. Za­ci­snę­ła po­wie­ki, ale nie pu­ści­ła ka­mie­nia.

– To, co teraz czu­jesz, to sku­tek za­war­cia Umowy Dusz. 

W gło­sie brzmia­ło za­do­wo­le­nie

– Żadna ze stron nie może zła­mać da­ne­go słowa.

Luna ode­tchnę­ła cięż­ko i spoj­rza­ła na ka­mień.

– A co się sta­nie, jeśli zła­mię umowę? 

Przez chwi­lę pa­no­wa­ła cisza.

– Czeka cię los gor­szy od śmier­ci.

– To, w jaki spo­sób na­uczysz mnie magii? – za­py­ta­ła Luna.

– Każdy mag w swoim życiu po­zna­je runy. Po­ja­wia­ją się one w za­leż­no­ści od tego, co robi. 

Głos w ka­mie­niu za­brzmiał z nutą ta­jem­ni­cy.

– Na pod­sta­wie swo­jej wie­dzy, cha­rak­te­ru i ży­cio­wych do­świad­czeń może od­kryć spe­cy­ficz­ne runy. Nie bez po­wo­du ma­go­wie mówią: "Pokaż mi swoje runy, a po­wiem ci, kim je­steś”. 

Isto­ta w ka­mie­niu za­śmia­ła się cicho, a wi­bra­cja tego dźwię­ku prze­szła Lunie po ple­cach.

– Runy? To zna­czy, że mogę po­znać ich wię­cej? – za­py­ta­ła z ro­sną­cą eks­cy­ta­cją.

– Każdy, w za­leż­no­ści od po­jem­no­ści swo­jej duszy, może od­kryć od trzech do dwu­na­stu run. Two­rzą one uni­kal­ne kom­bi­na­cje sym­bo­li magii.

– Więc jeśli mam na­uczyć się magii le­cze­nia, muszę le­czyć?

Luna zmarsz­czy­ła brwi.

– I tak, i nie. 

Głos stał się bar­dziej po­waż­ny.

– To nie tylko kwe­stia dzia­ła­nia, ale także wie­dzy o ana­to­mii, zio­łach oraz tego, w jaki spo­sób tę wie­dzę zdo­bę­dziesz. Pro­ces ten ma wiele czyn­ni­ków.

– Je­steś go­to­wa tro­chę po­cier­pieć? – dodał po chwi­li.

– Po­cier­pieć? – po­wtó­rzy­ła nie­pew­nie.

– Na kim bę­dziesz ćwi­czyć le­cze­nie? – za­py­tał ka­mień z pewną nutą roz­ba­wie­nia. – Albo zro­bisz to na swoim ciele, albo na cia­łach in­nych.

– To, co mam zro­bić?

– Przy­go­tuj nóż, nici i ban­da­że. Ziół po­szu­ka­my w po­bli­żu. Macie tu ja­kieś zwie­rzę­ta?

– Nie. Tylko cza­sa­mi małe stwo­rze­nia nocy wla­tu­ją do wio­ski – od­po­wie­dzia­ła dziew­czyn­ka.

– Bę­dzie mu­sia­ło nam to wy­star­czyć. Zbie­raj ka­wał­ki mchu ka­my­ki i ze­schłe ro­śli­ny. 

– Po co? – za­szep­ta­ła Luna.

– Zro­bi­my nową lalkę, co ty na to? 

Luna ski­nę­ła głową i wró­ci­ła do domu. Po­ło­ży­ła na łóżku i wpa­trzy­ła w sufit. Myśli kłę­bi­ły się w gło­wie. Czy to, co wła­śnie się wy­da­rzy­ło, było praw­dzi­we? Czy na­praw­dę miała na­uczyć się magii? Ka­mień spo­czy­wał cicho w dłoni, a jego cię­żar wy­da­wał się więk­szy niż wcze­śniej.

*

– Co ro­bisz? – za­py­ta­ła matka, pa­trząc na Lunę sie­dzą­cą przy stole.

Dziew­czyn­ka zszy­wa­ła ka­wał­ki tka­ni­ny, wy­py­cha­jąc je mchem.

– Lalkę! – od­po­wie­dzia­ła dum­nie, wpy­cha­jąc cien­ki patyk w miej­sce ręki.

Matka zmarsz­czy­ła brwi, przy­glą­da­jąc się, jak Luna sta­ran­nie wci­ska w ma­te­riał dwa małe ka­my­ki, ukła­da­jąc, tam, gdzie po­win­ny być oczy.

– Tyl­ko po­sprzą­taj potem – po­wie­dzia­ła, nie kry­jąc lek­kiej nie­pew­no­ści.

– Zro­bię taką samą dla Diany! – za­wo­ła­ła Luna, pod­no­sząc lalkę, by po­ka­zać ją matce. – Po­ba­wisz się ze mną, mamo? 

Ko­bie­ta wes­tchnę­ła, sia­da­jąc przy łóżku cho­rej córki.

– Do­brze wiesz, że nie mam teraz czasu. Kiedy Diana wy­zdro­wie­je, obie­cu­ję, że się z tobą po­ba­wię.

– To samo mó­wi­łaś, kiedy jesz­cze była zdro­wa – mruk­nę­ła Luna.

Ści­snę­ła lalkę w dło­niach i ru­szy­ła w stro­nę drzwi.

– Póź­niej uszy­ję ci coś nor­mal­ne­go – do­da­ła matka, rzu­ca­jąc szyb­kie spoj­rze­nie na dzie­ło córki.

Luna nic nie od­po­wie­dzia­ła. Wy­szła na ze­wnątrz, za­my­ka­jąc drzwi za sobą. Czuła zna­jo­me ukłu­cie smut­ku.

– Nie martw się, Luna. Masz mnie.

Wi­bru­ją­cy głos ka­mie­nia wy­peł­nił jej myśli. Dziew­czyn­ka za­cię­ła usta.

– Czemu ro­dzi­ce po­świę­ca­ją czas tylko Dia­nie? – za­py­ta­ła cicho.

– Lu­dzie lubią mówić o bez­gra­nicz­nej mi­ło­ści, ale mi­łość nigdy nie była i nigdy nie bę­dzie bez­gra­nicz­na.

– Mówią, że ko­cha­ją nas obie. Za­wsze zaj­mu­ją się tylko nią. To nie­spra­wie­dli­we.

– Życie nigdy nie było i nie bę­dzie spra­wie­dli­we, Luna.

Głos w jej gło­wie za­brzmiał nie­mal ła­god­nie.

– Za­wsze znaj­dzie się ktoś sil­niej­szy, mą­drzej­szy, ktoś, kto ma wię­cej, ktoś bar­dziej ko­cha­ny. Lu­bi­my mówić o mi­ło­ści, ale to po­ję­cie nie ist­nie­je w przy­ro­dzie.

Luna za­ci­snę­ła palce na swo­jej lalce.

– To, co mam robić? – za­py­ta­ła nie­pew­nie.

– Mu­sisz po­lu­bić sie­bie. Wtedy to stra­ci zna­cze­nie. Masz mnie, Luna. Ja ci po­mo­gę. 

Dziew­czyn­ka spoj­rza­ła na lalkę i uśmiech­nę­ła.

– Czas na krok do przo­du – zawi­bro­wał głos z cichą eks­cy­ta­cją.– Zrób­my nową lalkę.

*

Luna sie­dzia­ła po­chy­lo­na nad pół­ży­wym stwo­rze­niem. Małe , po­dłuż­ne stwo­rze­nie nocy le­ża­ło na ziemi, jego chi­ty­no­wy pan­cerz le­d­wie uno­sił się w rytm płyt­kich od­de­chów. Jedno ze skrzy­deł było zła­ma­ne, od­nó­ża bez­wład­nie opa­da­ły na pod­ło­że. Żu­wacz­ki ner­wo­wo ocie­ra­ły się o sie­bie, wy­da­jąc cichy, me­ta­licz­ny dźwięk. Na ziemi lśni­ła szara po­so­ka.

– Mu­sisz je zabić – za­brzmiał wi­bru­ją­cy głos ka­mie­nia w jej gło­wie.

Luna za­drża­ła.

– Mama mówi, że za­bi­ja­nie jest złe – po­wie­dzia­ła cicho.

– W na­tu­rze nie ma dobra ani zła. To tylko ludz­kie wy­my­sły. Luna, to stwo­rze­nie nocy. Jeśli go nie za­bi­jesz, uro­śnie i kie­dyś za­bi­je cie­bie.

Dziew­czyn­ka za­ci­snę­ła dło­nie na ka­mie­niu. Wzię­ła głę­bo­ki od­dech, pod­nio­sła rękę i z całej siły ude­rzy­ła. Stwo­rze­nie wy­da­ło prze­cią­gły, skrze­kli­wy dźwięk i opa­dło bez­wład­nie. Od­nó­ża drga­ły jesz­cze przez chwi­lę w po­śmiert­nym od­ru­chu.

– Teraz na­cię­cie – za­drżał Ka­mień . – Weź nóż i na­tnij pod­brzu­sze.

Luna nie­pew­nie się­gnę­ła po ostrze. Ręce drża­ły, ale w końcu przy­ło­ży­ła czu­bek noża do mięk­kie­go spodu stwo­rze­nia i roz­cię­ła skórę. Z wnę­trza wy­pły­nę­ła szara, lepka maź. Cien­kie, wi­ją­ce się wnętrz­no­ści wy­pa­dły na zie­mię, po­kry­wa­jąc zie­mię śli­ską, błysz­czą­cą po­wło­ką.

– To, co teraz wi­dzisz, to wnętrz­no­ści stwo­rze­nia – za­brzmiał głos z fa­scy­nu­ją­. – Przyj­rzyj się im do­brze. Nie róż­nią się aż tak bar­dzo od na­szych. 

Luna po­czu­ła, jak coś ści­ska jej żo­łą­dek.

– Wyj­mij wszyst­ko ze środ­ka.

Luna za­wa­ha­ła się, ale w końcu się­gnę­ła drżą­cy­mi pal­ca­mi do wnę­trza stwo­rze­nia. Jeden po dru­gim wy­cią­ga­ła or­ga­ny, ukła­da­jąc na ziemi. Ruchy były nie­zgrab­ne, ale sta­ra­ła się być do­kład­na.

– To jest serce. 

Ka­mień wy­da­wał się za­do­wo­lo­ny, gdy wy­ję­ła jedną z czę­ści ciała.

– Pom­pu­je krew – po­wtó­rzy­ła cicho, pró­bu­jąc za­pa­no­wać nad mdło­ścia­mi.

Cięła, od­dzie­la­ła, usu­wa­ła ko­lej­ne na­rzą­dy, a ka­mień szep­tał jej do ucha, opi­su­jąc każdy z nich. Po chwi­li przed Luną le­ża­ło puste stwo­rze­nie, wy­drą­żo­ne jak sko­ru­pa.

– Teraz naj­waż­niej­sza część. Ulecz je.

– Ale ono jest mar­twe. 

– To, jak ukła­da­nie kloc­ków. Spró­buj we­pchnąć za­war­tość z po­wro­tem i zszyć.

Dziew­czyn­ka wstrzy­ma­ła od­dech. Chwy­ci­ła mar­twe stwo­rze­nie. Szara po­so­ka spły­nę­ła po pal­cach, le­piąc się do skóry. Z wa­ha­niem za­czę­ła wpy­chać wnętrz­no­ści z po­wro­tem do pan­ce­rza, sta­ra­jąc się uło­żyć w od­po­wied­nich miej­scach. Potem wzię­ła igłę na­wle­czo­ną na grubą nić. Drżą­cy­mi dłoń­mi za­czę­ła zszy­wać roz­cię­ty brzuch. Ruchy miała nie­zdar­ne, su­peł­ki za­ci­ska­ły się nie­rów­no, a gdy skoń­czy­ła, z źle zszy­tej rany wciąż wy­sta­wa­ły frag­men­ty na­rzą­dów. Pa­trzy­ła na swoje dzie­ło z mie­sza­ni­ną od­ra­zy i ocze­ki­wa­nia.

– Zszy­łam…ale ono wciąż nie żyje – po­wie­dzia­ła cicho.

– Mu­sisz to zro­bić na więk­szej ilo­ści stwo­rzeń – za­brzmiał Ka­mień dum­nie. – Zro­bi­łaś pierw­szy krok. Po­szu­kaj in­nych stwo­rzeń. W wio­sce musi być ich wię­cej.

– Po co?

– Za­cznie­my je kom­bi­no­wać.

– Kom­bi­no­wać? 

Luna zmarsz­czy­ła brwi.

– Zszy­je­my kilka razem – za­wi­bro­wał głos z dziw­ną eks­cy­ta­cją. – Daj się po­nieść wy­obraź­ni, Luno. Stwórz coś no­we­go.

*

Luna sie­dzia­ła w mchu, pra­cu­jąc razem z in­ny­mi. Jak każ­de­go dnia, zaj­mo­wa­li się grzy­ba­mi. Nagle roz­le­gło się bicie dzwo­nu. Trzy dłu­gie ude­rze­nia. Luna od razu wie­dzia­ła, co to ozna­cza – wszy­scy mieli ze­brać się na głów­nym placu. Wsta­ła i po­spiesz­nie ru­szy­ła za matką.

Na środ­ku placu, za cięż­kim drew­nia­nym sto­łem, sie­dział Mi­to­log. Na bla­cie le­ża­ło coś za­wi­nię­te­go w ma­te­riał. Kiedy sta­rzec od­su­nął tka­ni­nę, Luna po­czu­ła, jak serce za­mie­ra jej w pier­si. Na stole spo­czy­wa­ła isto­ta. Była szka­rad­na – jakby ktoś nie­umie­jęt­nie skle­ił ją z wielu czę­ści róż­nych stwo­rzeń. Ciało było po­szar­pa­ne, zszy­te w po­śpie­chu, a koń­czy­ny wy­da­wa­ły się na­le­żeć do róż­nych ga­tun­ków. Luna za­drża­ła. Ukry­ła prze­cież swoje dzie­ło. Tłum ze­brał się do­oko­ła, spo­glą­da­jąc na za­krwa­wio­ne za­wi­niąt­ko z od­ra­zą i lę­kiem.

– Zna­leź­li­śmy to na krań­cu wio­ski, przy­kry­te mchem. 

Mi­to­log mówił po­wo­li, prze­cią­ga­jąc słowa.

– Czy ktoś z was wie, do kogo to na­le­ży?

W tłu­mie roz­le­gły się szep­ty. Głosy pełne obrzy­dze­nia.

– Ktoś w wio­sce upra­wia bez­boż­ne ry­tu­ały! – wark­nął sta­rzec. – Jak do­brze wie­cie, ła­ma­nie prawa da­ne­go nam przez Dwu­na­stu Naj­więk­szych Bogów ścią­gnie na nas ich gniew!

– Prze­szu­kaj­my ciała obec­nych! – krzyk­nął ktoś z tłumu.

Luna spoj­rza­ła z pa­ni­ką na Mi­to­lo­ga.

– Nie martw się – za­wi­bro­wał głos Ka­mie­nia w jej gło­wie. – Nie zła­ma­łaś prawa bogów. Nie bę­dziesz miała zna­mie­nia tabu.

Luna za­ci­snę­ła zęby. Pa­mię­ta­ła hi­sto­rie matki o ple­mio­nach Astrum, które prak­ty­ko­wa­ły ka­ni­ba­lizm. Jeśli ktoś zła­mał któ­reś z praw prze­ka­za­nych im przez bogów, na jego ciele po­ja­wia­ło się czer­wo­ne zna­mię tabu. Znak hańby. Zna­mię, któ­re­go nie można było usu­nąć. Ta­kich ludzi trak­to­wa­no jak wy­rzut­ków.

– Każ­de­go dnia od­wie­dzę kilka domów. 

Mi­to­log ro­zej­rzał się po tłu­mie.

– Znaj­dę win­ne­go i stłu­mię to w za­rod­ku! Wra­caj­cie do swo­ich domów. 

Luna po­czu­ła, jak dło­nie robią się lo­do­wa­te.

– I co ja teraz zro­bię? – po­my­śla­ła w pa­ni­ce.

– Nie masz zna­mie­nia – po­wie­dział Ka­mień spo­koj­nym gło­sem. – Nie zro­bi­łaś nic złego. Gdy spy­ta­ją, mo­żesz po­wie­dzieć, że to nie ty.

– Ale to kłam­stwo – wy­szep­ta­ła.

– Jeśli im po­wiesz, twoja sio­stra umrze.

 Wi­bra­cja w jej gło­wie stała się moc­niej­sza.

– Je­steś już tak bli­sko celu. Chyba nic ci się nie sta­nie, jeśli raz skła­miesz. W do­brej wie­rze.

– Luna, do domu. – Matka spoj­rza­ła na nią z nie­po­ko­jem.

Dziew­czyn­ka ski­nę­ła głową i ru­szy­ła za ro­dzi­ca­mi. Gdy tylko we­szli do środ­ka, matka usia­dła przy stole i spoj­rza­ła na córkę uważ­nie.

– Usiądź, Luna.

Dziew­czyn­ka po­wo­li za­ję­ła miej­sce na­prze­ciw­ko niej. 

– Wiesz coś o tym, co mówił Mi­to­log? – spy­ta­ła matka, wbi­ja­jąc w nią prze­ni­kli­we spoj­rze­nie.

– Nie, mamo. To nie ja. 

Luna po­czu­ła, jak jej głos lekko drży. Matka wes­tchnę­ła i wska­za­ła łóżko. Na po­sła­niu le­ża­ło kilka lalek. Po­kracz­ne, zszy­te z róż­nych zna­le­zio­nych śmie­ci.

– Ostat­nio szy­jesz ich bar­dzo dużo – za­uwa­ży­ła.

Drzwi skrzyp­nę­ły, gdy do domu wszedł oj­ciec. Spoj­rzał na żonę, potem na córkę.

– Luna, masz coś do po­wie­dze­nia? – za­py­tał ni­skim, twar­dym gło­sem.

Dziew­czyn­ka za­ci­snę­ła dło­nie na ma­te­ria­le su­kien­ki.

– Prze­cież to nie ja. Mo­że­cie mnie prze­szu­kać. Nie mam znaku tabu.

– Roz­bie­raj się. 

Głos ojca nie po­zo­sta­wiał miej­sca na sprze­ciw. Luna wsta­ła i po­słusz­nie zdję­ła ubra­nie, sta­jąc naga po­środ­ku izby. Matka po­de­szła bli­żej i za­czę­ła uważ­nie oglą­dać jej ciało. Każdy cen­ty­metr skóry.

– Nic tu nie widzę – po­wie­dzia­ła w końcu, ale w jej gło­sie po­brzmie­wa­ła nie­pew­ność.

– To skąd ta jej fa­scy­na­cja lal­ka­mi? – rzu­cił oj­ciec, pod­cho­dząc do łóżka.

– Nie mia­łam się czym bawić – od­po­wie­dzia­ła Luna szyb­ko.

Oj­ciec się­gnął po jedną z lalek i ob­ra­cał ją w dłoni, przy­glą­da­jąc się z mie­sza­ni­ną wstrę­tu i gnie­wu.

– Jeśli ktoś zo­ba­czy to w na­szym domu, prę­dzej czy póź­niej nas wy­gna­ją. 

W jego gło­sie czuć było na­pię­cie.

– Tato, zo­staw! – krzyk­nę­ła Luna, zry­wa­jąc się na równe nogi.

– Prze­cież mó­wi­łam, że uszy­ję ci coś póź­niej – do­da­ła matka cicho.

Oj­ciec, nie słu­cha­jąc, ze­brał wszyst­kie lalki i bez słowa wy­szedł z domu. Za­trza­snął za sobą drzwi. Luna przez chwi­lę stała w miej­scu. Potem, nie pa­trząc na matkę, pod­nio­sła ubra­nie, ubra­ła je i wy­szła. Matka nie za­trzy­ma­ła córki . Na ze­wnątrz Luna ro­zej­rza­ła się po placu, ale oj­ciec już znik­nął. Czuła się dziw­nie pusta.

– Czemu oni to robią? – wy­szep­ta­ła.

– Nie ro­zu­mie­ją jesz­cze two­je­go dzie­ła. 

Głos ka­mie­nia był cichy, ła­god­ny.

– Twoje lalki były pięk­ne, Luna. 

Dziew­czyn­ka przy­gry­zła wargę.

– Zro­zu­mie­ją, gdy uzdro­wisz swoją sio­strę.

– Tak my­ślisz? – spy­ta­ła nie­pew­nie.

– Lu­dzie za­wsze bali się tego, czego nie ro­zu­mie­li.

 Wi­bra­cja w jej dłoni stała się moc­niej­sza.

– Ale do wiel­kich czy­nów trze­ba wiel­kich po­świę­ceń. Ty dą­żysz do cze­goś do­bre­go. Zro­zu­mie­ją, gdy będą po­trze­bo­wa­li uzdro­wie­nia. 

Luna spoj­rza­ła w dal, za­ci­ska­jąc dłoń na ka­mie­niu. Przez ko­lej­ne dni Mi­to­log cho­dził od domu do domu, prze­szu­ku­jąc wio­skę. Szu­kał win­ne­go. Szu­kał jej. Ale nic nie zna­lazł. Luna kon­ty­nu­owa­ła swoje dzie­ło. Nie­ste­ty, rzad­ko uda­wa­ło jej się zna­leźć żywy ma­te­riał. Mu­sia­ła za­do­wo­lić się śmie­cia­mi, zszy­wać lalki z wy­rzu­co­nych resz­tek tka­nin, ka­wał­ków drew­na, mchów i pa­ty­ków. To nie było to samo.

– Bra­ku­je nam ma­te­ria­łów. 

Dziew­czyn­ka spoj­rza­ła na nie­do­koń­czo­ne dzie­ło, za­ci­ska­jąc usta.

– To źle. Bar­dzo źle – roz­legł się głos ka­mie­nia.

Za­brzmiał ina­czej niż zwy­kle. Nie­po­ko­ją­co.

– Jest jedna rzecz, którą mo­żesz zro­bić. Nie chcę cię na­ra­żać. Głos nagle się urwał.

Luna wstrzy­ma­ła od­dech.

– Co muszę zro­bić? – wy­szep­ta­ła.

– Nie… nie mogę – za­wa­hał się Ka­mień. – Je­steś moją przy­ja­ciół­ką. Nie mogę wy­sta­wiać cię na nie­bez­pie­czeń­stwo.

– Zro­bię wszyst­ko! – za­pro­te­sto­wa­ła dziew­czyn­ka.

Przez chwi­lę pa­no­wa­ła cisza. Potem ka­mień roz­brzmiał z cichą we­so­ło­ścią.

– Do­brze. Po­wiem ci. Tylko dla­te­go, że je­steś dla mnie ważna. 

Luna na­chy­li­ła się, wsłu­chu­jąc się uważ­nie w jego słowa.

– Weź nóż. Na­tnij swoją rękę. Potem za­szyj ranę i za­ban­da­żuj. 

Dziew­czyn­ka wstrzy­ma­ła od­dech.

– Ale… to bę­dzie boleć.

– Po­świę­ce­nie jest za­wsze ko­niecz­ne do wiel­kich czy­nów.

Głos był cichy, nie­mal ła­god­ny.

– Po­myśl o Dia­nie. Ona też cier­pi. Nie tylko cie­bie boli, Luna. Wszyst­kie żywe isto­ty czują ból. Wszy­scy cier­pi­my.

Luna za­ci­snę­ła zęby. Jeśli to był krok w stro­nę ura­to­wa­nia Diany… Drżą­cy­mi pal­ca­mi chwy­ci­ła nóż. Przy­sta­wi­ła ostrze do ręki.

– Wyżej, moje dziec­ko. 

Wi­bra­cja w jej gło­wie była nie­mal czuła.

– Tu się wy­krwa­wisz. Po­za­ tym mu­sisz ukryć rany przed do­ro­sły­mi. 

Luna za­mknę­ła oczy. Prze­cię­ła skórę. Ból był ostry, pa­lą­cy. Łzy na­pły­nę­ły jej do oczu. Czuła, jak cie­pła krew spły­wa po nad­garst­ku, ale nie otwie­ra­ła oczu. My­śla­ła o Dia­nie. O płyt­kich od­de­chach. O wy­chu­dzo­nym ciele, spo­co­nym czole, za­ci­śnię­tych war­gach. My­śla­ła o wszyst­kim, byle tylko nie sku­pić się na pie­ką­cym bólu w swo­jej wła­snej dłoni. Nie była słaba. Mu­sia­ła to zro­bić.

– Pa­mię­tasz zioła, które ka­za­łem ci scho­wać? – prze­rwał jej roz­my­śla­nia ka­mień.

Luna mru­gnę­ła, wy­trą­co­na z wła­snych myśli.

– Tak – się­gnę­ła do kie­sze­ni i wy­cią­gnę­ła wy­su­szo­ne ro­śli­ny.

– Jak tylko zszy­jesz ranę, włóż zioła do ust i roz­gryź. Potem przy­łóż papkę do rany i za­ban­da­żuj. 

Dziew­czyn­ka spoj­rza­ła na po­ra­nio­ną rękę. Drżą­cy­mi dłoń­mi chwy­ci­ła igłę i za­czę­ła zszy­wać skórę. Szwy były krzy­we, ale krew prze­sta­ła pły­nąć. Wło­ży­ła zioła do buzi. Miały zie­mi­sty, gorz­ki po­smak, który mo­men­tal­nie wy­peł­nił jej usta. Po chwi­li wy­plu­ła papkę i przy­ło­ży­ła ją do rany, po czym owi­nę­ła ban­da­żem.

– Mo­żesz zro­bić jesz­cze kilka na­cięć.

Głos ka­mie­nia był spo­koj­ny, nie­mal za­chę­ca­ją­cy. Luna wa­ha­ła się tylko przez chwi­lę. Przez ko­lej­ne dni ro­bi­ła nowe cię­cia. Z cza­sem za­uwa­ży­ła, że za­czy­na się do nich przy­zwy­cza­jać. Ból nie wy­da­wał się już taki strasz­ny. Nie spra­wiał jej więk­szej trud­no­ści. Wręcz prze­ciw­nie – czuła, jak coś w niej się uspo­ka­ja. Jakby każde cię­cie oczysz­cza­ło jej myśli, po­zwa­la­ło sku­pić się na czymś kon­kret­nym, czymś rze­czy­wi­stym.

– Przy­cho­dzi ci to coraz ła­twiej.

Głos ka­mie­nia za­wi­bro­wał z apro­ba­tą.

– Za­czy­nasz przy­zwy­cza­jać się do bólu.

– Nie jest to takie trud­ne – po­wie­dzia­ła cicho Luna, ob­ra­ca­jąc w pal­cach nóż.

– Wszy­scy boimy się bólu, ale to on nas roz­wi­ja. W ob­li­czu cier­pie­nia i śmier­ci mo­że­my od­na­leźć nową siłę, która po­py­cha nas ku lep­sze­mu. 

Ka­mień za­wi­bro­wał in­ten­syw­niej.

– Je­stem z cie­bie dumny, Luna. Nie każdy po­tra­fi zmie­rzyć się z bólem.

Luna po­czu­ła, jak coś nagle po­ja­wia się na skra­ju świa­do­mo­ści. Dziw­ny sym­bol wyrył się w umy­śle ni­czym bli­zna. Pul­so­wał rów­nym ryt­mem, jakby coś do niej szep­tał, przy­wo­ły­wał ją. Gdy sku­pi­ła na nim uwagę, po­czu­ła coś dziw­ne­go. Cie­pło, jakby matka obej­mo­wa­ła ją ra­mio­na­mi, jed­no­cze­śnie zimne, obce uczu­cie, prze­szy­wa­ją­ce jej wnę­trze.

– Brawo, Luna.

Głos ka­mie­nia był dumny.

– Wła­śnie po­zna­łaś swoją pierw­szą runę.

– A więc mogę teraz uzdro­wić Dianę?

– Nie wiem. Na po­czą­tek mu­sisz ją prze­te­sto­wać.

– Na czym?

– Czuję, że nie­da­le­ko stąd jest małe stwo­rze­nie nocy. 

Luna po­dą­ży­ła za wska­zów­ka­mi ka­mie­nia. Po­de­szła do za­po­ry z grzy­bów. Tuż przy gra­ni­cy, w cie­niu mchu, wił się długi, opan­ce­rzo­ny wij. Jego czer­wo­ny pan­cerz zdo­bi­ły ja­skra­we, żółte wzory. Nie zwra­cał na nią uwagi, czuł­ka­mi ba­da­jąc zie­mię, jakby szu­kał przej­ścia w za­po­rze.

– Za­mknij oczy. Skup się na sym­bo­lu.

Luna wy­ko­na­ła po­le­ce­nie.

– Wy­obraź sobie, że kie­ru­jesz go na to stwo­rze­nie. Prze­lej w niego ener­gię. 

Po­czu­ła, jak nagle traci siły. Usły­sza­ła prze­raź­li­we wycie. Otwo­rzy­ła oczy. Wij mio­tał się w kon­wul­sjach, pan­cerz po­krył się bul­go­czą­cy­mi bą­bla­mi. Wił się w bólu, ude­rzał od­nó­ża­mi o zie­mię, pró­bu­jąc uciec, ale ciało było spo­wol­nio­ne, jakby coś roz­ry­wa­ło je od środ­ka.

– Brawo! – po­wie­dział ka­mień, pełen dumy.

Luna cof­nę­ła się o krok.

– To spra­wi­ło mu ból, nie ule­czy­ło! – za­pro­te­sto­wa­ła.

– Spo­koj­nie, Luna. 

Głos był ła­god­ny.

– Zrób to jesz­cze raz. Tym razem wy­obraź sobie swoją runę od­wró­co­ną. 

Luna wzię­ła głę­bo­ki od­dech i po­now­nie za­mknę­ła oczy. Znów po­czu­ła, jak coś wy­sy­sa z niej ener­gię. Kiedy otwo­rzy­ła oczy, bąble na pan­ce­rzu stwo­ra znik­nę­ły. Wij prze­stał się mio­tać.

– Uzdro­wi­łam go? – za­py­ta­ła z nie­do­wie­rza­niem.

– Tak.

Ka­mień za­wi­bro­wał z sa­tys­fak­cją.

– Twoja runa jest inna niż zwy­kłe.

– Jak to?

– Jak my­ślisz, co jest prze­ci­wień­stwem le­cze­nia? 

Dziew­czyn­ka się za­wa­ha­ła.

– Cho­ro­ba?

– Otóż to. 

Wi­bra­cja ka­mie­nia była nie­mal czuła.

– Do­szłaś do tej runy przez ból. Dla­te­go dzia­ła ina­czej niż nor­mal­nie. Mo­żesz nią uzdra­wiać.

 Za­wa­hał się na chwi­lę.

– Ale mo­żesz też wy­wo­ły­wać cho­ro­bę i cier­pie­nie.

Luna spoj­rza­ła na wi­ją­ce się stwo­rze­nie. Wsta­ła i po­bie­gła w stro­nę domu. Z im­pe­tem otwo­rzy­ła drzwi i wpa­dła do izby. Wbie­gła do domu, zdy­sza­na, z ocza­mi błysz­czą­cy­mi od emo­cji.

– Mamo! Tato! Mogę uzdro­wić Dianę! – za­wo­ła­ła, nie po­tra­fiąc ukryć eks­cy­ta­cji.

Oj­ciec spoj­rzał na nią ostro, marsz­cząc brwi.

– O czym ty mó­wisz, Luna? – za­py­tał z wy­czu­wal­nym w gło­sie zde­ner­wo­wa­niem.

Matka ode­rwa­ła wzrok od sio­stry, która le­ża­ła nie­ru­cho­mo na po­sła­niu, jej od­dech płyt­ki, twarz blada jak kreda. Luna nie od­po­wie­dzia­ła. Nie chcia­ła tra­cić czasu. Za­mknę­ła oczy, sku­pia­jąc się na pul­su­ją­cej runie w swo­jej świa­do­mo­ści. Sym­bol roz­ja­rzył się w jej umy­śle mięk­kim świa­tłem, a gdy skie­ro­wa­ła go w stro­nę Diany, po­czu­ła drże­nie – jakby sama runa cie­szy­ła się, że w końcu zo­sta­nie użyta.

– Uwa­żaj, by nie wy­ko­rzy­stać zbyt wiele ener­gii. Mo­żesz stra­cić przy­tom­ność – ostrzegł ka­mień.

Luna po­czu­ła, jak siła po­wo­li ucho­dzi z jej ciała. Cie­pło prze­su­wa­ło się przez ra­mio­na, dło­nie, aż w końcu spły­nę­ło na Dianę ni­czym nie­wi­dzial­na fala. Przez chwi­lę nic się nie dzia­ło. Potem twarz sio­stry drgnę­ła. Ru­mie­niec za­czął wy­peł­zać na po­licz­ki. Od­dech stał się głęb­szy, spo­koj­niej­szy. Po­wie­ki za­drża­ły, a po chwi­li Diana otwo­rzy­ła oczy.

– Mamo? – wy­szep­ta­ła cicho Diana.

Matka wy­da­ła z sie­bie zdu­szo­ny dźwięk, po czym rzu­ci­ła się do córki i chwy­ci­ła ją w ra­mio­na, przy­ci­ska­jąc mocno do sie­bie. Oj­ciec pa­trzył na Lunę sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi.

– Luna… ty znasz magię? – za­py­tał cicho, jakby bał wy­po­wie­dzieć te słowa na głos.

Dziew­czyn­ka spoj­rza­ła na niego, a na ustach po­ja­wił się lekki uśmiech.

*

Ro­dzi­na Luny sie­dzia­ła przy stole. Matka dzie­li­ła na por­cje skrom­ny po­si­łek – wod­ni­stą zupę z grzy­bów i ziół, oj­ciec jadł w mil­cze­niu, Diana ba­wi­ła się pal­ca­mi, wpa­tru­jąc się w drew­nia­ny blat. Luna czuła na­ra­sta­ją­ce na­pię­cie w po­wie­trzu, ale zi­gno­ro­wa­ła je. Pod­sko­czy­ła na krze­śle, uno­sząc w górę lalkę, którą uszy­ła.

– Diana, patrz! Zro­bi­łam ci lalkę! – za­wo­ła­ła ra­do­śnie, wy­cią­ga­jąc swoje dzie­ło w stro­nę sio­stry.

Była dumna ze swo­jej pracy – szma­cia­na po­stać miała ręce i nogi z cien­kich pa­ty­ków, wy­peł­nie­nie z mchu i oczy z ma­łych, okrą­głych ka­my­ków. Diana spoj­rza­ła na lalkę i nie­pew­nie ją chwy­ci­ła. Dziew­czyn­ka skrzy­wi­ła się.

– Luna, prze­cież mó­wi­łam, że uszy­ję wam lalkę. – Wes­tchnę­ła matka, spo­glą­da­jąc na za­baw­kę z wi­docz­ną dez­apro­ba­tą.

– Mia­łaś nie wno­sić do domu tych szka­radztw – wark­nął oj­ciec, od­kła­da­jąc drew­nia­ną łyżkę.

Jego spoj­rze­nie było chłod­ne, nie­mal su­ro­we. Luna po­czu­ła ucisk w żo­łąd­ku. Diana, wi­dząc re­ak­cję ro­dzi­ców, nie­zgrab­nie odło­ży­ła lalkę na stół, jakby oba­wia­ła się, że jej dotyk mógł­by ją czymś ska­zić.

– Mamo, po­ba­wi­my się razem? – spy­ta­ła Luna, wciąż mając na­dzie­ję, że choć matka okaże tro­chę cie­pła.

– Luna, nie mam czasu. Mu­si­my pra­co­wać.

– A Diana?

– Diana jesz­cze do­cho­dzi do sie­bie po cho­ro­bie. 

Słowa matki brzmia­ły tak, jakby to wszyst­ko było oczy­wi­ste. Jakby to był dobry powód, by od­rzu­cić Lunę.

– Mamo obie­ca­łaś – głos Luny za­drżał. – Czemu cały czas po­świę­ca­cie się Dia­nie? 

Z jej oczu po­pły­nę­ły łzy.

– No już nie płacz – prze­wró­cił oj­ciec ocza­mi. – Nie mo­żesz się po­ba­wić na dwo­rze? Diana po­trze­bu­je spo­ko­ju. Musi dojść do sie­bie po cięż­kiej cho­ro­bie.

– Ale prze­cież ją uzdro­wi­łam magią ! – wy­buch­nę­ła. – Jest zdro­wa!

– Luna umie magię?

Diana spoj­rza­ła na sio­strę z za­sko­cze­niem i za­cie­ka­wie­niem.

– Luna, mia­łaś nie roz­ma­wiać na ten temat. 

Matka za­re­ago­wa­ła na­tych­miast. W gło­sie było coś ostre­go, czego Luna się nie spo­dzie­wa­ła.

– Dla­cze­go?!

– Lu­dzie w wio­sce mogą źle za­re­ago­wać – po­wie­dział oj­ciec.

Oj­ciec mil­czał przez chwi­lę, aż w końcu spoj­rzał na córkę z nową myślą w oczach.

– Mo­gli­by­śmy na tym za­ro­bić – mruk­nął, jakby mówił sam do sie­bie. – Uzdra­wia­jąc in­nych.

– Po­my­śli­my o tym, jeśli ktoś za­cho­ru­je – po­wie­dzia­ła matka, zby­wa­jąc temat. – Na razie le­piej mil­czeć. 

Luna po­czu­ła, jak całe jej ciało na­pi­na się ze zło­ści i bólu. Nie chcie­li się z nią bawić. Nie chcie­li dzię­ko­wać. Nie byli dumni. Tylko li­czy­li, czy da się na niej za­ro­bić. Z gar­dłem za­ci­śnię­tym tak mocno, że nie mogła mówić, wsta­ła gwał­tow­nie od stołu. Wy­szła na ze­wnątrz, trza­ska­jąc drzwia­mi. Nikt jej nie za­trzy­mał. Luna usia­dła na zim­nej ziemi, przy ster­cie pia­chu, i sku­li­ła, obej­mu­jąc ra­mio­na­mi ko­la­na. Była bez­u­ży­tecz­na. Mogła ura­to­wać Dianę, mogła do­ko­ny­wać cudów – a oni nadal jej nie chcie­li.

– Oni nadal nie chcą spę­dzać ze mną czasu – wy­szep­ta­ła, wbi­ja­jąc wzrok w zie­mię.

– Tak to już jest, Luno – za­brzmiał ła­god­ny głos ka­mie­nia , nie­mal współ­czu­ją­co. –Nie­któ­rzy nie po­tra­fią do­ce­nić two­je­go daru.

– Dla­cze­go?

– Bo nie ro­zu­mie­ją two­jej war­to­ści. Nie wie­dzą, jak wiel­ką masz moc. Ka­mień za­wi­bro­wał de­li­kat­nie, uspo­ka­ja­ją­co.

– Jest spo­sób, by zwró­ci­li na cie­bie uwagę.

– Jaki?

– Gdy­byś za­cho­ro­wa­ła, ro­dzi­ce za­czę­li­by się tobą opie­ko­wać? 

Dziew­czyn­ka ze­sztyw­nia­ła.

– Mam sama wy­wo­łać u sie­bie cho­ro­bę?

– Nikt nie wie, że masz taką moc. A nawet jeśli… za­wsze mo­żesz się ule­czyć. 

– Sama nie wiem.

– To tylko pro­po­zy­cja. 

Ka­mień za­śmiał się cicho, jakby nie chciał jej na­ci­skać. Ale słowa już za­pa­dły w umysł Luny. Myśl za­czę­ła kieł­ko­wać. Luna wsta­ła po­wo­li i za­czę­ła iść przez wio­skę, sta­ra­jąc nie my­śleć o tym, co po­wie­dział ka­mień. Ale to było trud­ne. Bar­dzo trud­ne. Luna szła po­wo­li, ko­piąc ka­my­ki le­żą­ce na dro­dze. Myśli błą­dzi­ły wokół tego, co po­wie­dział ka­mień. „Może jak­byś za­cho­ro­wa­ła, ro­dzi­ce za­ję­li­by się tobą?” To było ku­szą­ce. Ale… to nie by­ło­by praw­dzi­we. Za­trzy­ma­ła się i spoj­rza­ła na swoje dło­nie, za­ci­śnię­te w pię­ści. Co mogła zro­bić, by prze­stać być nie­wi­dzial­ną dla wła­snej ro­dzi­ny?

– Kogo my tu mamy? – roz­legł się nagle głos.

Luna unio­sła głowę. O ścia­nę drew­nia­ne­go bu­dyn­ku opie­rał się męż­czy­zna. Był wy­so­ki i umię­śnio­ny, jego krót­ko przy­strzy­żo­ne ciem­ne włosy nada­wa­ły mu su­ro­wy wy­gląd, ale uśmiech na twa­rzy wy­da­wał się przy­ja­zny. Pa­trzył na Lunę z cie­ka­wo­ścią, jakby za­sta­na­wiał się, co tu robi sama. Dziew­czyn­ka znała go. Czę­sto pra­co­wa­ła z nim w polu.

– Co tu ro­bisz, Luna? Sama? – za­py­tał cie­płym tonem.

– Nudzę się. Nie mam się z kim bawić – wes­tchnę­ła dziew­czyn­ka, spusz­cza­jąc wzrok.

– To nie­do­brze. Dzie­ci po­win­ny się bawić. 

Męż­czy­zna uśmiech­nął się sze­rzej.

– Mogę się z tobą po­ba­wić. 

Wska­zał głową na drzwi swo­je­go domu. Luna za­wa­ha­ła się.

– Mama za­bro­ni­ła mi wcho­dzić do domów ob­cych ludzi.

– Ale ja nie je­stem obcy – po­wie­dział śmie­jąc się . – Prze­cież mnie znasz. Pra­cu­je­my razem. 

Luna wciąż się wa­ha­ła.

– Lu­bisz książ­ki? – za­py­tał nagle.

– Nie umiem czy­tać.

– To do­brze się skła­da. 

Męż­czy­zna się roz­pro­mie­nił.

– Mogę ci coś prze­czy­tać. 

Luna spoj­rza­ła na męż­czy­znę, po czym prze­nio­sła wzrok na drzwi. Po­wo­li we­szła do środ­ka.

We­wnątrz było dusz­no i ciem­no, pach­nia­ło drew­nem. Luna za­trzy­ma­ła się, przy­glą­da­jąc wnę­trzu. Pokój był skrom­ny – stół, kilka krze­seł, pry­cza przy­kry­ta szorst­ką tka­ni­ną. Przy ścia­nie stał regał z książ­ka­mi, po­kry­ty war­stwą kurzu. Męż­czy­zna pod­szedł do niego i się­gnął po grubą, starą księ­gę.

– Tu mamy coś cie­ka­we­go – po­wie­dział, kła­dąc ją na stole.

Otwo­rzył ją, a po­żół­kłe stro­ny roz­chy­li­ły się, uka­zu­jąc ry­sun­ki. Luna zbli­ży­ła się ostroż­nie i usia­dła na­prze­ciw niego. Wzrok dziew­czyn­ki od razu przy­cią­gnę­ła mapa.

– Co to? – za­py­ta­ła, wska­zu­jąc pal­cem na ilu­stra­cję.

– Mapa Astrum. 

Męż­czy­zna prze­su­nął dło­nią po per­ga­mi­nie. Na ry­sun­ku widać było ko­lej­ne war­stwy świa­ta. Na środ­ku każ­dej znaj­do­wa­ła się ogrom­na, czar­na dziu­ra. Luna zmarsz­czy­ła brwi.

– Co to za czar­na dziu­ra w środ­ku?

– Ot­chłań – od­parł, jakby to było coś oczy­wi­ste­go. – Trud­no po­wie­dzieć, co jest w jej wnę­trzu. Wia­do­mo tylko, że cią­gnie się przez wszyst­kie pię­tra, a war­stwy świa­ta ota­cza­ją ją jak pier­ście­nie. 

Luna spoj­rza­ła na inne sym­bo­le. Po­dłuż­ne for­ma­cje skal­ne wy­rzeź­bio­ne na krań­cach Ot­chła­ni.

– A to?

– Ka­mie­nie na­wi­ga­cyj­ne – wy­ja­śnił męż­czy­zna. – Dzię­ki nim po­dróż­ni­cy wie­dzą, gdzie się znaj­du­ją. 

Luna pa­trzy­ła na mapę z fa­scy­na­cją.

– A my? Na któ­rej war­stwie miesz­ka­my?

– Na środ­ko­wej war­stwie miesz­kal­nej. To jedna z trzech głów­nych, po któ­rych po­dró­żu­ją smoki.

– Smoki? 

Oczy Luny roz­bły­sły.

– Tak. Ist­nie­ją trzy głów­ne war­stwy, na któ­rych lu­dzie mogą żyć, a mię­dzy nimi prze­miesz­cza­ją się smoki. Resz­tę warstw na­zy­wa­my cmen­ta­rzy­skiem po­dróż­ni­ków – nie­licz­ni tam scho­dzą, jesz­cze mniej wraca. 

Luna prze­łknę­ła ślinę.

– Wi­dzia­łeś kie­dyś smoka?

Męż­czy­zna uśmiech­nął się i prze­wró­cił kart­kę. Na ilu­stra­cji wid­nia­ło ogrom­ne stwo­rze­nie. Opan­ce­rzo­ny in­sekt, któ­re­go ciało skła­da­ło się z wielu seg­men­tów, a na przo­dzie wid­nia­ła ma­syw­na głowa z po­tęż­ny­mi żu­wacz­ka­mi i wiel­ki­mi ro­ga­mi.

– To jest smok – po­wie­dział z dumą. – Z bli­ska wy­glą­da jesz­cze le­piej.

– Wi­dzia­łeś go z bli­ska?

– Takie smoki za­wsze po­dró­żu­ją tą samą trasą. W okre­ślo­nym cza­sie za­trzy­mu­ją się i za­sy­pia­ją na kilka dni. Lu­dzie na­zy­wa­ją to przy­sta­nią. Można wtedy wejść na smoka, han­dlo­wać, a nawet za­miesz­kać.

– Smoki? Jest ich wię­cej?

– Z tego, co wiem, czte­ry. Każdy ma inną trasę. 

Męż­czy­zna uśmiech­nął się do niej po­now­nie. Ale tym razem jego spoj­rze­nie było inne.

– Może zmie­ni­my za­ba­wę? – za­py­tał nagle.

– Na jaką?

– Znam taką jedną fajną za­ba­wę. W po­ca­łun­ki – po­wie­dział, po­chy­la­jąc się w jej stro­nę.

Luna wstrzy­ma­ła od­dech.

– Ba­wi­łem się w nią już z twoją sio­strą. To bę­dzie nasza ta­jem­ni­ca. 

Jej serce ści­snę­ło się w pier­si.

– Na­uczę cię w nią grać. 

Jego dłoń spo­czę­ła na jej ko­la­nie. Luna ze­sztyw­nia­ła, nie wie­dząc, co robić.

– Luna. 

Głos ka­mie­nia za­wi­bro­wał ostrze­gaw­czo, pełen gnie­wu.

– Ten męż­czy­zna chce cię skrzyw­dzić.

Luna wzię­ła drżą­cy od­dech. Po­wo­li wsta­ła.

– Nie, dzię­ku­ję… może kiedy in­dziej – po­wie­dzia­ła cicho.

Od­wró­ci­ła się na pię­cie i ru­szy­ła w stro­nę drzwi, serce Luny wa­li­ło w pier­si jak osza­la­łe.

– Dokąd idziesz? – usły­sza­ła jego głos.

Nie od­po­wie­dzia­ła. Na­ci­snę­ła klam­kę. Męż­czy­zna coś jesz­cze mówił, ale już go nie słu­cha­ła. Gdy tylko zna­la­zła się na ze­wnątrz, za­czę­ła biec.

– Luna, opo­wiedz o tej za­ba­wie ro­dzi­com – za­wi­bro­wał cicho ka­mień.

– Co to za za­ba­wa? – za­py­ta­ła z cie­ka­wo­ścią.

– To spra­wy dla do­ro­słych. Kie­dyś ci opo­wiem. 

Ka­mień za­milkł, ale Luna czuła, że jego słowa nie dają jej spo­ko­ju. Coś było nie tak. Nie do końca ro­zu­mia­ła co, ale in­stynkt pod­po­wia­dał jej, że to ważne. Nagle po­de­rwa­ła się na nogi i po­bie­gła w stro­nę domu. Drzwi otwo­rzy­ły się z im­pe­tem, ude­rza­jąc o ścia­nę. Oj­ciec, sie­dzą­cy przy stole, uniósł głowę znad miski.

– Luna, gdzieś ty była? – za­py­tał z lek­kim znie­cier­pli­wie­niem.

Dziew­czyn­ka za­trza­snę­ła za sobą drzwi i po­de­szła do stołu. Diana spała zwi­nię­ta w kłę­bek na swoim po­sła­niu, jej od­dech był równy, spo­koj­ny. Luna spoj­rza­ła na ro­dzi­ców, czu­jąc dziw­ny ucisk w klat­ce pier­sio­wej.

– Tato. Co to za za­ba­wa w po­ca­łun­ki? – za­py­ta­ła cicho.

Cisza, jaka za­pa­dła po tych sło­wach, była cięż­ka jak ołów. Oj­ciec wpa­try­wał się w nią, jakby nie ro­zu­miał, co wła­śnie po­wie­dzia­ła. Matka ze­sztyw­nia­ła. Dłoń ko­bie­ty, która spo­czy­wa­ła na stole, lekko drgnę­ła.

– Dla­cze­go py­tasz?

Głos ojca był na­pię­ty. Luna prze­łknę­ła ślinę.

– Pan, u któ­re­go byłam, chciał się ze mną w to bawić. 

Oj­ciec zbladł. Matka spoj­rza­ła na nią z nie­do­wie­rza­niem.

– Może coś ci się prze­sły­sza­ło – po­wie­dzia­ła cicho, nie­mal bła­gal­nie.

Luna po­krę­ci­ła głową.

– Po­wie­dział, że już się w to bawił z Dianą. 

Matka gwał­tow­nie od­wró­ci­ła głowę w stro­nę łóżka, gdzie spała młod­sza córka. Po­de­szła do niej i po­trzą­snę­ła lekko za ramię.

– Diana! 

Dziew­czyn­ka otwo­rzy­ła za­spa­ne oczy, mru­ga­jąc zdez­o­rien­to­wa­na.

– Luna mówi dziw­ne rze­czy – ode­zwał się oj­ciec, jego głos był nie­pew­ny.

Spoj­rzał na Dianę z na­pię­ciem.

– Czy ktoś ostat­nio robił ci coś… dziw­ne­go? 

Diana zmarsz­czy­ła brwi, prze­cią­gnę­ła się i spoj­rza­ła na nich zdez­o­rien­to­wa­na.

– Nie. O co cho­dzi? 

Luna pa­trzy­ła na sio­strę, szu­ka­jąc w twa­rzy ja­kiejś wska­zów­ki, ja­kiej­kol­wiek ozna­ki kłam­stwa. Oj­ciec od­wró­cił się do Luny.

– Który to dom? – za­py­tał sucho.

– Na skra­ju wio­ski, na pół­noc. Pra­cu­je­my z tym panem razem. 

Oj­ciec za­ci­snął szczę­kę.

– Do­brze wiem, o kogo cho­dzi. – Wstał od stołu i pod­szedł do drzwi. – Luna, po­cze­kaj tutaj. 

Otwo­rzył drzwi i wy­szedł, za­trza­sku­jąc je za sobą z hu­kiem. Luna zer­k­nę­ła na matkę.

– Mamo, o co cho­dzi?

– To spra­wy do­ro­słych. Idź spać.

Luna nie za­pro­te­sto­wa­ła. Po­słusz­nie po­ło­ży­ła się na po­sła­niu, wpa­tru­jąc się w sufit. Ale sen nie przy­cho­dził. Czuła dziw­ną pust­kę w żo­łąd­ku, jakby coś ści­ska­ło ją od środ­ka. Oj­ciec wró­cił do­pie­ro po dłuż­szym cza­sie. Drzwi skrzyp­nę­ły, a cięż­kie kroki roz­le­gły się w izbie. Luna za­mknę­ła oczy i wstrzy­ma­ła od­dech, uda­jąc, że śpi. Usły­sza­ła sze­lest tka­ni­ny, gdy oj­ciec pod­szedł do stołu i usiadł.

– I co? – prze­rwa­ła cisze Matka.

– No jak to co. 

Coś me­ta­lo­we­go opa­dło na stół z brzę­kiem.

– Je­śli bę­dzie­my cicho, złoto jest nasze.

Głos ojca brzmiał spo­koj­nie, nie­mal za­do­wo­lo­ny.

– Weź­mie ją za żonę.

W Astrum wy­da­wa­nie mło­dych ludzi za mąż nie było ni­czym dziw­nym. Ludz­kie życie, z wy­jąt­kiem tych chro­nio­nych przez smoka, nie było dłu­gie. W ma­łych wio­skach, bę­dą­cych je­dy­nie punk­ta­mi prze­lo­to­wy­mi el­fic­kich szla­ków han­dlo­wych, czę­sto bra­ko­wa­ło je­dze­nia i wody, nie wspo­mi­na­jąc już o le­kach. Lu­dzie z mniej­szych re­jo­nów sta­ra­li się, by dzie­ci za­kła­da­ły ro­dzi­ny w mło­dym wieku, za­pew­nia­jąc im szan­sę na prze­trwa­nie. Gdy tylko uda­wa­ło się zgro­ma­dzić wy­star­cza­ją­ce fun­du­sze, całe ro­dzi­ny emi­gro­wa­ły do bez­piecz­niej­szych re­jo­nów tej samej war­stwy. Nie­ste­ty ze­bra­nie ta­kiej sumy było nie­zwy­kle trud­ne i nie wszyst­kim się to uda­wa­ło.

Serce Luny przy­spie­szy­ło.

– Prze­han­dlo­wa­łeś córkę za mie­szek złota?! – syk­nę­ła matka.

– Czasy są cięż­kie. 

Oj­ciec wes­tchnął, jakby to było coś oczy­wi­ste­go.

– Do­brze wiesz, że mło­dzi nie je­ste­śmy, a twoje łono wy­da­ło nam same córki. Bę­dzie­my mogli z Luną wy­pro­wa­dzić się z wio­ski. Wy­star­czy na opła­tę eskor­ty do więk­sze­go mia­sta.

– Ale Diana … ona…

– Co by było, gdyby lu­dzie się do­wie­dzie­li? – prze­rwał ostro. – By­li­by­śmy na ję­zy­kach całej wio­ski.

Cisza. Potem ko­lej­ny brzęk. Matka wzię­ła głę­bo­ki od­dech.

– Dużo tego.

– Star­czy nam na do­stat­nie życie. – od­po­wie­dział.

Ro­dzi­ce po­ło­ży­li się spać. A ona le­ża­ła w ciem­no­ści, nie mogąc zmru­żyć oka. W końcu po­wo­li wsta­ła i wy­szła na ze­wnątrz.

– Teraz widzę, jak małe i bez­war­to­ścio­we jest twoje życie w oczach two­ich ro­dzi­ców – za­wi­bro­wał ka­mień.

– Co masz na myśli? – spy­ta­ła Luna.

– Twoi ro­dzi­ce chcą oddać twoją sio­strę temu męż­czyź­nie. Razem stwo­rzą ro­dzi­nę. Wy­star­czy­ło tylko kilka sztuk złota. – W gło­sie ka­mie­nia dało się wy­czuć od­ra­zę.

– Z kim będę się bawić, jeśli ją za­bio­rą? – spy­ta­ła Luna.

– Lu­dzie za­wsze po­dej­mu­ją głu­pie de­cy­zje – za­bur­czał głos ka­mie­nia.

– Nie chcę, by ją za­bra­li! – za­pro­te­sto­wa­ła.

– W takim razie mu­sisz spra­wić, by zmie­ni­li zda­nie. Tylko w jaki spo­sób…

Głos ka­mie­nia nagle ucichł. Luna szła w mil­cze­niu, za­my­ślo­na.

– Może za po­mo­cą magii? – spy­ta­ła po chwi­li.

– Co masz na myśli? – za­py­tał ka­mień.

– Gdy za­da­wa­łam sobie rany, po pew­nym cza­sie umysł sta­wał się ja­śniej­szy…

– Chcesz spra­wić im ból? – za­brzmiał Ka­mień za­in­try­go­wa­ny.

– Wy­wo­łam cho­ro­bę za po­mo­cą magii, a potem ich ule­czę – po­wie­dzia­ła nie­pew­nie.

– Widzę, że nauki nie po­szły na marne! To dobry po­mysł, Luno! – usły­sza­ła za­do­wo­lo­ny głos ka­mie­nia. – Może za­cznij od męż­czy­zny, który chce za­brać twoją sio­strę?

– My­ślisz, że to po­dzia­ła? – za­py­ta­ła Luna.

– Lu­dzie czę­sto w ob­li­czu bólu zmie­nia­ją się na lep­sze.

Luna po­de­szła do domu męż­czy­zny.

– Nie mu­sisz wcho­dzić do środ­ka – za­wi­bro­wał ka­mień. – Stań jak naj­bli­żej drzwi.

Luna sku­pi­ła się na sym­bo­lu w swo­jej gło­wie. Prze­la­ła ener­gię, wy­obra­ża­jąc sobie męż­czy­znę. Po chwi­li usły­sza­ła jęki.

– Dobra ro­bo­ta. Wra­caj do domu. Le­piej, żeby nikt cię nie wi­dział – za­brzmiał Ka­mień za­do­wo­lo­ny.

*

– Sły­sza­łaś? Za­cho­ro­wał – po­wie­dział oj­ciec Luny do matki.

Dziew­czyn­ki sie­dzia­ły razem z nimi przy stole.

– I co teraz? – spy­ta­ła nie­pew­nie matka.

– Nie oddam złota. Gaja go po­ka­ra­ła – stwier­dził oj­ciec.

– A jeśli umrze? Bę­dzie­my mieli go na su­mie­niu… Z umów na­le­ży się wy­wią­zy­wać – po­wie­dzia­ła twar­do matka. – Może Luna go ule­czy?

– Prze­cież nikt we wio­sce nie wie o magii Luny – po­wie­dział oj­ciec, ści­sza­jąc głos.

– Mamo, mie­li­ście się ze mną po­ba­wić. – ode­zwa­ła się znu­dzo­na Luna.

– Luna, nie prze­szka­dzaj star­szym, kiedy roz­ma­wia­ją – skar­cił ją oj­ciec.

– Diana, po­ba­wisz się ze mną? – spy­ta­ła Luna, pa­trząc w stro­nę sio­stry.

Diana wsta­ła z krze­sła i usia­dła na ko­la­nach matki.

– Nie chce mi się – po­wie­dzia­ła, dłu­biąc w nosie.

– Je­steś już chyba na tyle duża, by sama zna­leźć sobie za­ję­cie – stwier­dzi­ła matka.

Luna wsta­ła i wy­szła z domu.

– Prze­cież mi obie­ca­li – szep­nę­ła, ku­ca­jąc przy ster­cie pia­chu.

W jej oczach za­lśni­ły łzy.

– Luna, nie płacz. Masz mnie – za­wi­bro­wał ka­mień.

Dziew­czyn­ka otar­ła oczy.

– Czemu oni mnie nie ko­cha­ją?

 – Ja cię ko­cham. 

Luna uśmiech­nę­ła się de­li­kat­nie w stro­nę ka­mie­nia.

– Oni na pewno też cię po­ko­cha­ją – usły­sza­ła głos ka­mie­nia. – Gdyby za­cho­ro­wa­li, a ty byś ich uzdro­wi­ła czy nie za­in­te­re­so­wa­li by się tobą bar­dziej ?

Luna spoj­rza­ła na ka­mień z nie­pew­no­ścią.

– Mam wy­wo­łać cho­ro­bę u moich ro­dzi­ców? – spy­ta­ła z nie­do­wie­rza­niem.

– Prze­cież ich uzdro­wisz, czy to ważne? Liczy się cel! – po­wie­dział we­so­ło ka­mień.

Luna się­gnę­ła do umy­słu, by od­na­leźć sym­bol magii. Na po­cząt­ku było trud­no. Usły­sza­ła wycie swo­ich ro­dzi­ców, ale im dłu­żej prze­le­wa­ła magię w sym­bol, tym ła­twiej to przy­cho­dzi­ło. Otwo­rzy­ła oczy, nie­pew­na tego, co czuje.

– Wi­dzisz? Nie było tak trud­no. 

Luna wsta­ła i we­szła do domu. Jej ro­dzi­ce sie­dzie­li przy stole, dra­piąc skórę po­kry­tą bą­bla­mi.

– Na Gaję, jak to swę­dzi! – ryk­nął oj­ciec. – Mu­sia­łem się za­ra­zić od tego by­dla­ka, gdy u niego byłem!

– I co teraz? – po­wie­dzia­ła matka, cią­gle się dra­piąc. – Luna, uzdro­wisz nas?

– Wo­lał­bym nie ko­rzy­stać z magii – po­wie­dział oj­ciec, nie­pew­nie pa­trząc na córkę.– Jutro pój­dzie­my do uzdro­wi­ciel­ki. Mamy za co kupić leki. To pew­nie zwy­kłe swę­dze­nie.

– Daj im tro­chę czasu, po­cierpią, i zro­zu­mie­ją. Cier­pie­nie uszla­chet­nia – usły­sza­ła za­do­wo­lo­ny głos ka­mie­nia.

*

Dom uzdro­wi­ciel­ki był za­ję­ty przez łóżka usta­wio­ne w róż­nych od­stę­pach przy ścia­nach. W jed­nym z nich leżał już znany Lunie męż­czy­zna. Wier­cił się na po­sła­niu, cią­gle opę­tań­czo dra­piąc ciało. Na końcu po­miesz­cze­nia, przy stole, sie­dzia­ła star­sza ko­bie­ta w bia­łych sza­tach. Na­prze­ciw niej sie­dział oj­ciec Luny. Uzdro­wi­ciel­ka prze­wra­ca­ła jego rękę, wpa­tru­jąc się w stru­py. Koło nich stała resz­ta ro­dzi­ny.

– I co? Zro­bisz coś z tym? – spy­tał uzdro­wi­ciel­kę.

– Pierw­szy raz widzę coś ta­kie­go – po­wie­dzia­ła ko­bie­ta. – Moje maści nie dzia­ła­ją. Na razie wy­glą­da na to, że to nie jest bar­dzo za­raź­li­we. Cho­ru­je­cie tylko wy.

– To co, mamy robić? – spy­ta­ła matka Luny.

– Dam wam maści, które ła­go­dzą świąd. Może przej­dzie – po­wie­dzia­ła uzdro­wi­ciel­ka.

– Też mi zie­lar­ka – mruk­nął z po­gar­dą oj­ciec Luny, wsta­jąc z krze­sła.

– Ciesz­cie się, że zo­sta­łam w tej wio­sce! Beze mnie po­mar­li­by­ście tu wszy­scy! – od­gry­zła się uzdro­wi­ciel­ka. – Kto przy­jął poród two­ich córek, co?!

– Luna może was uzdro­wić – po­wie­dzia­ła nagle Diana.

– Diana! – szturch­nę­ła ją matka.

– O czym ona gada? – za­py­ta­ła uzdro­wi­ciel­ka, wpa­tru­jąc się w dziew­czyn­kę.

– O ni­czym – za­czął mówić oj­ciec Diany.

– Chodź tu, dziec­ko – uzdro­wi­ciel­ka za­chę­ci­ła Dianę.

– Prze­cież ona głu­po­ty gada! – po­wie­dział oj­ciec, ła­piąc Dianę za rękę.

– Czy ja cie­bie py­ta­łam? – za­py­ta­ła uzdro­wi­ciel­ka, groź­nie uno­sząc kij.

Pod sto­pa­mi ojca za­czę­ły ro­snąć grube ko­rze­nie, opla­ta­jąc zdzi­wio­ne­go męż­czy­znę. Po chwi­li po­kry­ły się ko­lo­ro­wy­mi kwia­ta­mi, a w po­miesz­cze­niu uniósł się zio­ło­wy za­pach. Luna pa­trzy­ła na to z sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi.

– To magia – za­wi­bro­wał głos ka­mie­nia . – Jedna z wielu run na­tu­ry.

– Mów śmia­ło, dziec­ko – po­na­gli­ła ją uzdro­wi­ciel­ka.

– Luna też zna magię – po­wie­dzia­ła Diana.

– Tak? – spy­ta­ła uzdro­wi­ciel­ka, pa­trząc na Lunę z za­in­te­re­so­wa­niem.

– Ule­czy­ła mnie – po­wie­dzia­ła za­do­wo­lo­na Diana.

– Po­dejdź, Luna. Umiesz uzdra­wiać? – spy­ta­ła uzdro­wi­ciel­ka.

– Tak. Nie­daw­no się na­uczy­łam – od­po­wie­dzia­ła nie­pew­nie Luna.

– Czemu to ukry­wasz? – spy­ta­ła spo­koj­nym gło­sem uzdro­wi­ciel­ka.

– Ro­dzi­ce za­ka­za­li mi mówić. 

Ko­na­ry pu­ści­ły ojca Luny i scho­wa­ły się w drew­nia­ną pod­ło­gę.

– Ech – wes­tchnę­ła uzdro­wi­ciel­ka, krę­cąc głową. – Stare to i głu­pie – po­wie­dzia­ła do  ro­dzi­ców Luny. – Tylko w ta­kich wsiach jesz­cze uważa się magię za coś wy­jąt­ko­we­go. Tu nie ma czego ukry­wać, młod­sze dzie­ci od was uczą się magii – do­da­ła, po czym za­śmia­ła.

Na­stęp­nie spoj­rza­ła na Lunę i ski­nę­ła na nią ręką.

– Chodź, Luna. 

Uzdro­wi­ciel­ka wsta­ła i po­de­szła do łóżka, na któ­rym leżał dra­pią­cy się męż­czy­zna. Jego skórę po­kry­wa­ły licz­ne, wy­dra­pa­ne rany.

– Pokaż, co po­tra­fisz – za­chę­ci­ła Lunę.

Luna sku­pi­ła uwagę na swo­jej runie. Prze­peł­nia­ła ją magią i po­czu­ła ener­gię prze­pły­wa­ją­cą przez ciało. Na oczach wszyst­kich bąble na skó­rze męż­czy­zny za­czę­ły zni­kać, a rany stop­nio­wo się goiły. Męż­czy­zna uniósł dło­nie i do­tknął skóry. Drże­nie wstrzą­snę­ło jego cia­łem, a z oczu po­pły­nę­ły łzy.

– Od paru dni nie mo­głem się po­zbyć tego świą­du. My­śla­łem, że umrę – wy­szep­tał, pa­trząc na Lunę z wdzięcz­no­ścią. – Ja… prze­pra­szam, dziec­ko, za to, co zro­bi­łem. Nigdy już tego nie zro­bię. Wy­bacz mi. 

Jego głos drżał, a wargi ledwo po­ru­sza­ły się w ryt­mie szep­tu.

– Wi­dzisz? – za­wi­bro­wał głos ka­mie­nia. – W ob­li­czu bólu się zmie­nił. Ból go wy­zwo­lił.

– Szlo­chasz jak baba – skwi­to­wa­ła sucho uzdro­wi­ciel­ka, pa­trząc na męż­czy­znę z po­li­to­wa­niem. Po chwi­li prze­nio­sła wzrok na Lunę.

– Masz szczę­ście. Rzad­ko kiedy widzi się tak za­awan­so­wa­ne runy le­cze­nia – po­wie­dzia­ła, wra­ca­jąc do swo­je­go biur­ka. – Uzdrów ro­dzi­ców. 

Luna ski­nę­ła głową i wy­ko­na­ła po­le­ce­nie. Przy­ło­ży­ła dło­nie do ich skóry, po­zwa­la­jąc magii prze­pły­nąć przez ciało i ule­czyć bo­le­sne bąble. Gdy skoń­czy­ła, na twa­rzach ro­dzi­ców ma­lo­wa­ła się wy­raź­na ulga. Uzdro­wi­ciel­ka przy­glą­da­ła się w mil­cze­niu.

– Luna, czy chcia­ła­byś się uczyć? – spy­ta­ła w końcu spo­koj­nym gło­sem.

– A kto nam w polu po­mo­że?! – za­pro­te­sto­wał oj­ciec.

– Luna, nie zwra­caj na niego uwagi – po­wie­dzia­ła uzdro­wi­ciel­ka.

– Luna, to dla cie­bie szan­sa… – za­wi­bro­wał głos ka­mie­nia.

Luna spoj­rza­ła na zie­mię, czu­jąc dziw­ną mie­szan­kę stra­chu i eks­cy­ta­cji.

– Tak. Chcia­ła­bym – po­wie­dzia­ła cicho, ale sta­now­czo.

Na twa­rzy uzdro­wi­ciel­ki po­ja­wił się uśmiech za­do­wo­le­nia.

– Przyjdź do mnie jutro. A jeśli oj­ciec ci za­bro­ni… – Spoj­rza­ła na ojca Luny. – Sama do was przyj­dę.

*

– Co za pa­skud­na baba – mruk­nął oj­ciec Luny, sia­da­jąc do stołu.

Resz­ta ro­dzi­ny usia­dła na łóżku, wy­raź­nie zmę­czo­na tym, wy­da­rze­niem.

– Mamo, po­ba­wi­my się w końcu? – spy­ta­ła nie­pew­nie Luna.

Matka spoj­rza­ła na nią i uśmiech­nę­ła się cie­pło.

– Zaraz wyj­dzie­my razem na ze­wnątrz.

– Wi­dzisz? Mó­wi­łem, że to za­dzia­ła – usły­sza­ła za­do­wo­lo­ny głos ka­mie­nia.

*

Luna szła przez wio­skę. Wszy­scy, któ­rzy ją mi­ja­li, kła­nia­li się z sza­cun­kiem. Cho­ro­ba roz­prze­strze­ni­ła się, wię­cej ludzi za­cho­ro­wa­ło, a Luna była je­dy­ną, która mogła ich uzdro­wić.

– Wi­dzisz, jak ból zmie­nił wszyst­kich na lep­sze? – za­wi­bro­wał głos ka­mie­nia. – W końcu cię ko­cha­ją. Tak jak ja ko­cham cie­bie!

Luna uśmiech­nę­ła się, nie wie­dząc, co od­po­wie­dzieć.

– Mo­żesz ich od­mie­nić jesz­cze bar­dziej!

– W jaki spo­sób? – za­py­ta­ła Luna, spo­glą­da­jąc na ka­mień z za­cie­ka­wie­niem.

– Gdy śmierć pa­trzy czło­wie­ko­wi w oczy, uka­zu­je jego praw­dzi­we ob­li­cze. Lu­dzie, sto­jąc na skra­ju śmier­ci, zmie­nia­ją się na lep­sze.

– Mam ich zabić? – spy­ta­ła z nie­do­wie­rza­niem.

– Nie! Nigdy bym ci nie kazał robić cze­goś ta­kie­go. 

Ka­mień za­wi­bro­wał uspo­ka­ja­ją­co.

– Wy­star­czy, że przy­bli­żysz ich do skra­ju śmier­ci

*

Drew­nia­ny powóz, ob­wie­szo­ny lam­pa­mi, je­chał po­wo­li po nie­rów­nej dro­dze. Na koźle sie­dzia­ła ko­bie­ta w bia­łym płasz­czu. Spod kap­tu­ra wy­su­wa­ły się pięk­ne, krę­co­ne blond włosy. Powóz cią­gnę­ło czwo­ro­noż­ne, opan­ce­rzo­ne stwo­rze­nie o dużym, okrą­głym od­wło­ku i małej, ku­li­stej gło­wie. W rów­nych od­stę­pach zgrzy­ta­ło żu­wacz­ka­mi, prze­ry­wa­jąc ciszę nie­przy­jem­nym dźwię­kiem. Woź­ni­ca – męż­czy­zna o brą­zo­wej skó­rze, szpi­cza­stych uszach i dłu­gich, bia­łych wło­sach – uważ­nie ob­ser­wo­wał drogę. Na szla­kach rzad­ko kiedy można na­po­tkać stwo­rze­nie w nocy, ale nie było to nie­moż­li­we. Mu­siał za­cho­wać ostroż­ność.

– Masz szczę­ście, że cię za­bra­łem – po­wie­dział woź­ni­ca, nie od­ry­wa­jąc wzro­ku od drogi.

– Czemu? – za­py­ta­ła za­kap­tu­rzo­na po­stać, uno­sząc głowę w stro­nę woź­ni­cy.

– Sły­sza­łem, że w wio­sce nie­da­le­ko wy­bu­chła epi­de­mia. Nikt nie prze­żył. 

Ko­bie­ta uśmiech­nę­ła się lekko.

– Obiło mi się coś o uszy. 

Woź­ni­ca zer­k­nął na ko­bie­tę ukrad­kiem, za­in­try­go­wa­ny re­ak­cją.

– Dokąd zmie­rzasz ? – spy­tał z cie­ka­wo­ścią.

– Przed sie­bie. Jesz­cze nie my­śla­łam o celu po­dró­ży.

– Czym się zaj­mu­jesz, jeśli można spy­tać? – do­py­tał, nie kry­jąc za­in­te­re­so­wa­nia.

Ko­bie­ta od­wró­ci­ła się do niego i uśmiech­nę­ła cie­pło.

– Po­ma­gam lu­dziom od­kryć ich we­wnętrz­ny po­ten­cjał. Uzdra­wiam. 

Woź­ni­ca par­sk­nął ci­chym śmie­chem.

– We­wnętrz­ny po­ten­cjał? Nie wszy­scy go mają! – za­śmiał się. – Czasy są nie­pew­ne. Po­dzi­wiam was, uzdro­wi­cie­li, że wciąż chce wam się po­ma­gać.

– Każdy go ma – od­par­ła ko­bie­ta. – A ja po­tra­fię zaj­rzeć tak głę­bo­ko w duszę czło­wie­ka, by go od­na­leźć. Po­tra­fię zmie­nić każ­de­go. 

Za­pa­dła cisza. Powóz po­to­czył się dalej, zmie­rza­jąc ku nie­zna­ne­mu ce­lo­wi. 

Koniec

Komentarze

Witaj. :)

 

Ze spraw technicznych zatrzymały mnie następujące przykładowe fragmenty (zawsze – tylko do przemyślenia):

… niezwykłym w Astrum – (brak spacji?) w świecie, gdzie panowała wieczna ciemność.

W blasku fosforyzujących kapeluszy dostrzegła odbicia – (tu znowu?) wielu okrągłych ślepi patrzących się na nią z oddali. – dodatkowo nie mam pewności, czy „się” nie jest zbędne?

Byli zmuszeni do hodowania grzybów – (i tu brak spacji po myślniku?) jedynej rzeczy, która chroniła ich przed większością stworzeń nocy.

Opisywała Zakon Cichych który sprawuje władzę na smoku. – tu brak przecinka przed „który”?

Nad nimi i pod nimi ciągnęły się kolejne poziomy . – tu z kolei zbędna spacja przed kropką?

Hodowano je również na dachach – (tu znowu brak spacji po myślniku?) niektóre stworzenia nocy potrafiły lata …

Szata, którą nosił, świadczyła o jego pozycji we wiosce. – w?

Niektóre z nich miały czarne, roztopione kapelusze -wyraźny znak choroby. – w tym zdaniu to samo, brak spacji po myślniku, zatem trzeba poprawić w całym tekście te spacje, ja już reszty nie wypisuję.

 

– Luna, jak skończysz, idź się umyć – zawołała matka. – mam wątpliwość, czy przy wołaniu nie powinno być wykrzyknika?

Poczuła, jak zdzierają kurz i pot, pozostawiając po sobie uczucie surowej, drapiącej czystości. Piach wchłaniał wilgoć, pochłaniał tłuszcz ze skóry, pozostawiając ją matową i suchą. – powtórzenia?

 

– Potrzebujemy leków – powiedziała w końcu dziewczynka, zaciskając dłonie na brzegach krzesła.

– Nie stać nas na leki – powiedział ojciec

– Nie będę miała się z kim bawić… – powiedziała zrezygnowana Luna. – i tu?

 

Położyła się na łóżku, wpatrując się w sufit. Myśli kłębiły się w jej głowie. Czy to, co właśnie się wydarzyło, było prawdziwe? Czy naprawdę miała nauczyć się magii? Kamień spoczywał cicho w jej dłoni, a jego ciężar wydawał się większy niż wcześniej. – i tu?

 

A zatem pod kątem powtórzeń także trzeba dokładnie prześledzić i poprawić całość, ja już reszty nie wypisuj. Dodatkowo po „ojciec” brak kropki

 

Na zewnątrz panowała cisza, przerywana tylko odległym stukotem robotników pracujących przy zaporze z grzybów. – trochę mi to zgrzyta?

– Ejjjjj – Poczuła dziwne wibrowanie w głowie. – brak kropki w środku dialogu?

– Tu na dole. W twojej kieszeni. Luna wstrzymała oddech. Powoli sięgnęła do kieszeni tuniki, w której znajdował się znaleziony wcześniej kamień. – tu jest źle zapisana wypowiedź dialogowa.

-Tylko ty mnie słyszysz, mów ciszej, bo wezmą cię za pomyloną. Luna przełknęła ślinę. – tu podobnie i brak znowu spacji

– Nie będzie to łatwe, ale to możliwe. Luna zacisnęła palce na kamieniu. – i tu zły zapis

– Każdy z nich chciałby moją wiedzę dla siebie. – Głos wibrował dumnie. – Wiem o magii i świecie więcej, niż możesz sobie wyobrazić. Luna przygryzła wargę, rozważając jego słowa. – tu także

 

-Będzie musiało nam to wystarczyć. Zbieraj kawałki mchu kamyki i zeschłe rośliny – zawibrował kamień

– po co? – zaszeptała Luna – w tym fragmencie brak kropek, przecinka i wielkich liter

 

Całą interpunkcję oraz dialogi warto jeszcze dokładnie prześledzić i nanieść poprawki, ja już reszty nie wypisuję.

 

 

Stworzenie w kamieniu zaśmiała się cicho. – tu jest błąd gramatyczny/składniowy?

 

– Zrobimy nową lalkę, co ty na to?. – Luna skinęła głową i wróciła do domu. Położyła się na łóżku, wpatrując się w sufit. Myśli kłębiły się w jej głowie. Czy to, co właśnie się wydarzyło, było prawdziwe? Czy naprawdę miała nauczyć się magii? Kamień spoczywał cicho w jej dłoni, a jego ciężar wydawał się większy niż wcześniej.

*– Co robisz? – zapytała matka, patrząc na Lunę siedzącą przy stole. Dziewczynka zszywała kawałki tkaniny, wypychając je mchem. – ten fragment niejasny, czy ona siedziała, czy leżała?

 

Dziewczynka skinęła głową i ruszyła za rodzicami. – kolejna wątpliwość – skoro oni wymieniali się przy chorej, nie opuszczając wspólnie domu, czemu teraz oboje wyszli razem?

 

Pozatym musisz ukryć rany przed dorosłymi . – ortograficzny i znowu zbędna spacja?

 

Przez następne dni każdego dnia robiła nowe cięcia. Z czasem zauważyła, że zaczyna się do nich przyzwyczajać. Ból nie wydawał się już taki straszny. – mam wątpliwości – czy nacięć i bandaży nie widzieli rodzice?

 

Tym razem wyobraź sobie swoją run odwróconą. – tu kolejna literówka?

Możesz nią uzdrawia. – i tu?

 

Zatem literówki do końca tekstu także warto prześledzić. Ja już reszty nie wypisuję.

 

Powóz potoczył się dalej, zmierzając ku swemu nieznanemu celu . – końcowe zdanie do przerobienia i znowu jest tu zbędna spacja?

Spacje na końcu trzeba zredukować. 

 

Bardzo piękna, oryginalna, wciągająca opowieść, świetnie przedstawieni bohaterowie, wiele zwrotów akcji. :) Zakończenie nieprzewidywalne, brawa! :)

Klik, pozdrawiam serdecznie. :)

Pecunia non olet

Dziękuję za komentarz. Postaram się poprawić tekst jutro. Wczoraj pisałem go całą noc pod wpływem weny i nie spałem, więc dzisiaj jestem ledwo żywy. Pozdrawiam!

O, rozumiem, odpocznij zatem, to na spokojnie, jasne. :)

Pomysł na Uniwersum jest świetny. yes

Pozdrawiam serdecznie. :) 

Pecunia non olet

a jej jasne, sklejone od brudu włosy opadały na ramiona. Jej mlecznobiała cera… → Zbędne zaimki – wiadomo, że piszesz o dziewczynce.

 

– Dosyć tej gadaniny, jeszcze czeka nas sporo pracy… → – Dosyć tej gadaniny, czeka nas jeszcze sporo pracy…

 

spod kaptura zakrywającego jego twarz wystawała długa, siwa broda. → Zbędny zaimek.

 

– Luna, jak skończysz, idź się umyć ! – zawołała matka. → Zbędna spacja przed wykrzyknikiem.

 

– W końcu – pomyślała Luna z ulgą. Dzwon wyznaczał pory dnia. → Przed myśleniem nie stawia się półpauzy. Narrację zapisujemy w nowym wierszu.

Proponuję: W końcu – pomyślała Luna z ulgą.

Dzwon wyznaczał pory dnia.

Tu znajdziesz wskazówki, jak można zapisywać myśli bohaterów.

 

Wioska, w której mieszkała, nie była duża. Była jedną z wielu osad… → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję pierwsze zdanie: Wioska, w której mieszkała, nie należała do dużych.

 

Chwyciła za klamkę i uchyliła skrzypiące drzwi. Chwyciła klamkę i uchyliła skrzypiące drzwi.

 

– Jak z Dianą? – zapytała Luna, podchodząc do niego. → Czy zaimek jest konieczny?

 

– Gorączka nie spada -odparł twardym, ochrypłym głosem – Co z barierą? → Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza – ten błąd pojawia się w opowiadaniu wiele razy. Brak kropki po didaskaliach.

Winno być: – Gorączka nie spada odparł twardym, ochrypłym głosem. – Co z barierą?

Tu znajdziesz wskazówki jak zapisywać dialogi.

 

Każdy oddech wydawał z siebie ochrypłe, chrapliwe dźwięki… → Oddech może być ochrypły, ale oddech nic z siebie nie wydaje – to oddychający wydaje odgłosy. Zbędny zaimek – chora nie mogła wydawać dźwięków z kogoś innego. Ochrypłychrapliwy znaczą to samo. 

Proponuję: Z każdym oddechem wydawała chrapliwe dźwięki.

Za SJP PWN: ochrypły 1. «taki, który ochrypł» 2. «mający chrypliwe brzmienie»

 

W wiosce, poza nią i jej siostrą, nie było żadnych innych dzieci. → Wystarczy: W wiosce, poza nią i siostrą, nie było innych dzieci.

 

Ojciec, widząc ją, wstał i ruszył w jej stronę. → Czy gdyby nie widział matki to wstałby i ruszył ku niej?

Wystarczy: Ojciec wstał i ruszył w jej stronę.

 

Uniosła go w stronę światła. W jego wnętrzu zanurzona bezruchu znajdowała się istota. → Drugi zaimek jest zbędny.

Proponuję drugie zdanie: We wnętrzu, tkwiąc w bezruchu, znajdowała się istota.

 

spoglądając na istotę w środku.– To… → Brak spacji po kropce

 

Stworzenie w kamieniu zaśmiała się cicho.Stworzenie jest rodzaju nijakiego, więc: Stworzenie w kamieniu zaśmiało się cicho.

 

– Wiesz, jak ciężko jest tak leżeć przez tyle czasu bez nikogo do rozmowy? → A może: – Wiesz, jak trudno jest tak leżeć przez tyle czasu i nie móc z nikim porozmawiać?

https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/Ciezko-a-trudno;19058.html

 

Głos brzmiał zadowolony. → A może: W głosie brzmiało zadowolenie.

 

"Pokaż mi swoje runy, a powiem ci, kim jesteś.""Pokaż mi swoje runy, a powiem ci, kim jesteś”.

Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

 

zapytał kamień z niemal rozbawioną nutą. → Nuty nie bywają rozbawione.

Proponuję: …zapytał kamień z pewną nutą rozbawienia.

 

Położyła się na łóżku, wpatrując się w sufit. → Czy dobrze rozumiem, że kładła się na łóżku wpatrzona w sufit?

A może miało być: Położyła się na łóżku i wpatrzyła w sufit.

 

Myśli kłębiły się w jej głowie. → Czy zaimek jest konieczny?

 

Dziewczynka zszywała kawałki tkaniny, wypychając je mchem.

– Lalkę! – odpowiedziała dumnie, wpychając cienki patyk… → Nie brzmi to najlepiej.

 

– Pobawisz się ze mną, mamo?. → Po pytajniku nie stawia się kropki.

 

Dziewczynka spojrzała na swoją lalkę… → Zbędny zaimek – tam nie było innej lalki.

 

Mały, podłużny owad leżał na ziemi […]

– Musisz je zabić – zabrzmiał wibrujący głos… → Piszesz o owadzie, który jest rodzaju męskiego, więc w ostatnim zdaniu winno być: – Musisz go zabić – zabrzmiał wibrujący głos

 

gdy skończyła, że źle zszytej rany… → Literówka.

 

– Zszyłam…ale ono wciąż nie żyje… -Brak spacji po wielokropku.

 

po co?Po co?

 

 

Na razie tyle, reszta jutro.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki. Poprawię tekst, gdzie mogę. Przychodzi mi to jeszcze z trudnością i momentami się gubię.

Bardzo proszę, Adexxie. Mam wrażenie, że dość czytelnie wypisałam usterki i przy niektórych propozycje poprawy. Teraz czytam dalszy ciąg opowiadania i po nim też będzie łapanka.

Życzę wytrwałości w naprawianiu błędów i usterek, tudzież stałej poprawy warsztatu. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mam nadzieję, że jest mniej błędów niż poprzednio. To tobie raczej należy życzyć powodzenia i wytrwałości. Czytam tekst parę razy, a zawsze coś znajdę do poprawy.

Dziękuję, wytrwałości mi nie brakuje. :)

A poza tym każdy piszący wie, że najtrudniej poprawia się własne dzieło. We własnym tekście, który znasz dobrze, łatwo przeoczyć to, co dostrzegłbyś w cudzym opowiadaniu, dlatego zaleca się, aby między kolejnymi czytaniami minęły co najmniej dwa, a nawet trzy tygodnie. Niektórym pomaga zmiana czcionki – patrzysz wtedy na tekst jakby nowy i czytasz go uważniej.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

W sumie mam wątpliwości co do linijki: – Musisz je zabić – zabrzmiał wibrujący głos…

Napisałem „je”, bo to stworzenie nocy. W tym uniwersum w zasadzie nie ma owadów jako takich, tylko stworzenia owadopodobne, określane jako owadzie.

Nie znam jeszcze zbyt dobrze Twojego świata, ale w pierwszym zdaniu piszesz o owadzie, stąd moja uwaga.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cóż, Adexxie, widać zalążek pomysłu na szczególny świat i osadzoną w nim historię młodziutkiej Luny, ale rzecz, moim zdaniem została mocno przegadana. Sporo miejsca poświęciłeś zarówno sytuacji rodzinnej dziewczynki jak i jej osobliwym naukom pod kierunkiem Kamienia, ale żałuję, że brakło szerszego opisania świata, w którym cała rzecz się dzieje.

Zastanawiam się, ile lat mają siostry i dlaczego ich rodzice decydują się wydać młodsze dziecko za mąż, bo jakoś nie mieści mi się w głowie, że decyduje o tym ich chciwość. Chciałabym też wiedzieć, dlaczego w wiosce nie ma innych dzieci – czy inni mieszkańcy nie mają żadnego potomstwa? Sporo tu niejasności, a wyjaśnień brak.

Wykonanie, co stwierdzam z ogromnym smutkiem, pozostawia bardzo wiele do życzenia. Jest tu mnóstwo błędów i usterek – część z nich wymieniła Bruce, a mnie mocno przeszkadzał nadmiar zaimków, nie zawsze poprawnie złożone zdania, że o bardzo źle zapisanych dialogach i zlekceważonej interpunkcji nie wspomnę.

Mam wrażenie, że może zainteresować Cię ten wątek: http://www.fantastyka.pl/loza/17

 

– Luna, do domu. – Spojrzała na nią matka z niepokojem.– Luna, do domu. – Matka spojrzała na nią z niepokojem.

 

obracałw dłoni, przyglądając się jej z mieszaniną… → Drugi zaimek jest zbędny.

 

podniosła swoje ubranie, ubrała się i wyszła. → Nie brzmi to najlepiej. Zbędny zaimek.

Proponuję: …podniosła ubranie, włożyła je i wyszła.

 

Głos kamienia był cichy, łagodny. → Czasem piszesz o Kamieniu wielką literą, a czasem małą. Sugeruję ujednolicić zapis.

 

Czuła, jak ciepła krew spływa po jej nadgarstku… → Zbędny zaimek.

 

Dziewczynka spojrzała na swoją poranioną rękę. → Jak wyżej.

 

Przez następne dni każdego dnia robiła nowe cięcia. → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Przez kolejne dni robiła nowe cięcia.

 

na skraju jej świadomości. Dziwny symbol wyrył się w jej umyśle… → Czy oba zaimki są konieczne?

 

Przelej w niego energie. → Literówka.

 

– Jak myślisz, co jest przeciwieństwem leczenia? 

Dziewczynka się zawahała.

– Choroba?

Dokładnie. → – Otóż to. Lub: – Tak właśnie.

https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/Dokladnie;1075.html

 

Wstała i pobiegła w stronę domu. Z impetem otworzyła drzwi. Wbiegła do domu… → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Wstała i pobiegła w stronę domu. Z impetem otworzyła drzwi i wpadła do izby

 

– Mamo! Tato! Mogę uzdrowić Dianę! – zawołała głośno, nie potrafiąc ukryć ekscytacji. → Zbędne dookreślenie – wołanie jest głośne z definicji.

 

Zamknęła oczy, skupiając się na pulsującej runie w swojej świadomości. symbol rozjarzył się… → Postawiwszy kropkę, kolejne zdanie rozpoczynamy wielką literą.

 

…jakby sama runa cieszyła się, że w końcu zostanie użyta.

– Uważaj, by nie zużyć za dużo energii. → Nie brzmi to najlepiej.

Może w wypowiedzi: – Uważaj, by nie wykorzystać zbyt wiele energii.

 

Luna poczuła ścisk w żołądku. Luna poczuła ucisk w żołądku.

 

– Mamo obiecałaś.Zadrżał głos Luny. – Mamo obiecałaś – głos Luny zadrżał.

 

– No już nie płacz. – Przewrócił Ojciec oczami. → Dlaczego wielka litera w środku zdania? Formy grzecznościowe piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

No już nie płacz. – Ojciec przewrócił oczami.

 

Luna poczuła, jak łzy napływają jej do oczu. → Jak mogła teraz poczuć napływające łzy, skoro przed chwilą napisałeś: Z jej oczu popłynęły łzy.

 

Ciężko powiedzieć, co jest w jej wnętrzu.Trudno powiedzieć, co jest w jej wnętrzu.

 

Mężczyzna uśmiechnął się i przewrócił stronę.Mężczyzna uśmiechnął się i przewrócił kartkę.

Obawiam się, że strony przewrócić nie można.

 

gdzie spała jej młodsza córka. → Zbędny zaimek.

 

a ciężkie kroki rozległy się po izbie. → …a ciężkie kroki rozległy się w izbie.

 

Po chwili usłyszała jego obolałe jęki. → Można wydawać jęki z powodu bólu, ale jęki nie bywają obolałe. Obolały może być jęczący.

 

Na początku było jej ciężko. Na początku było jej trudno.

 

ciągle opętańczo drapiąc swoje ciało. → Zbędny zaimek.

 

przy stole, siedziała starsza kobieta w białych szatach. Naprzeciw niej siedział ojciec Luny. → Czy to celowe powtórzenie?

 

 – I co? Zrobisz coś z tym? – spytał w stronę uzdrowicielki.– I co? Zrobisz coś z tym? – spytał uzdrowicielkę.

Zadajemy pytanie komuś, nie w czyjąś stronę.

 

– Stare to i głupie.Powiedziała w stronę rodziców Luny.– Stare to i głupie – powiedziała do  rodziców Luny.

Mówimy do kogoś, nie w czyjąś stronę.

 

młodsze dzieci od was uczą się magii.Dodała, po czym zachichotała. → Czy to celowy rym?

Proponuję: …młodsze dzieci od was uczą się magii – dodała, po czym zaśmiała się.

 

Przepełniała ją magią, czując, jak energia przepływa przez jej ciało. → Czy dobrze rozumiem, że magia czuła, jak energia przepływa przez ciało Luny?

A może miało być: Przepełniała ją magią i poczuła energię przepływającą przez ciało.

 

Mężczyzna uniósł dłonie i dotknął swojej skóry. → Zbędny zaimek.

 

Na twarzy uzdrowicielki pojawił się zadowolony uśmiech. → Z czego zadowolony był uśmiech?

A może miało być: Na twarzy uzdrowicielki pojawił się uśmiech zadowolenia.

 

mruknął ojciec Luny, siadając do stołu.

Reszta rodziny usiadła na łóżku… → Nie brzmi to najlepiej.

 

W równych odstępach zgrzytało swoimi żuwaczkami… → Zbędny zaimek.

 

można było napotkać stworzenie w nocy, ale nie było to niemożliwe. Trzeba było zachować ostrożność. → Lekka byłoza.

 

Czym się zajmujesz, jeśli można spytać? → Przed chwilą woźnica pytał kobietę: – Dokąd pani zmierza? …i nagle mówi do niej ty?

 

zmierzając ku swemu nieznanemu celu. → …zmierzając ku nieznanemu celowi.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mam masę takich opowiadań. Wszystkie dzieją się w jednym uniwersum. Trudno w każdym opowiadaniu wałkować wciąż to samo (przynajmniej tak myślę). Luna to poboczna postać – chciałem pokazać jej początki. Widzimy ją w wydarzeniach z głównej linii fabularnej. Mam taki problem, że wyobraźnię mam bujną, ale z pisaniem jest już ciężej.

Rozumiem, ale postaraj się też zrozumieć czytelnika, który jest przekonany, że dostaje skończone opowiadanie, ale w trakcie lektury okazuje się, że raczej niełatwo zorientować się w świecie, w którym dzieje się historia. Że to zaledwie fragment świata, którego nie było dane poznać. No i cóż, w tej sytuacji pozostaje niedosyt a nawet pewne rozczarowanie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Masz jakieś rady, jak to rozwiązać?

Sama nie piszę, więc nie mam gotowych recept, ale mogę zasugerować abyś z kilku opowieści utworzył cykl.

Niech każde opowiadanie będzie zamkniętą całością, ale niech kolejne łączą się pewnymi elementami z poprzednimi. Nawet jeśli nie od razu pokażesz stworzony przez siebie świat, to w kolejnych częściach możesz dopisywać różne istotne sprawy, wyjaśniać wcześniejsze niedopowiedzenia, wprowadzać nowych bohaterów, zaskakiwać nieoczekiwanymi zwrotami akcji.

Opowiadania nie powinny być zbyt długie – im dłuższe opowiadanie, tym mniej chętnych do jego przeczytania. Nie powinieneś też publikować ich zbyt często, najlepiej co kilka, kilkanaście dni.

Poczekaj też na opinie innych użytkowników.

Powodzenia!

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Opowiadanie zawiera ciekawy pomysł. Myślę, że ma wartość/potencjał. Podobało mi się. :)

Dzięki za komentarz.

Nowa Fantastyka