- Opowiadanie: Adexx - Księga imion. Część druga.

Księga imion. Część druga.

Dal­sze losy Ar­tu­sa. Część 2 z 4

Czy­ta­jąc tekst, może rzu­cić się w oczy fakt ciek­ną­cej krwi z już mar­twych zwłok elfki. Jest to za­mie­rzo­ne i zwią­za­ne z Ma­tro­na­mi Cie­nia oraz Bo­gi­nią Nocy, ale wię­cej na ten temat w opo­wia­da­niu o el­fach.

Be­to­wa­ła Am­bush. Dzię­ku­je za cier­pli­wość i be­to­wa­nie. 

Oceny

Księga imion. Część druga.

 

Artus spę­dził kilka dni w El­fic­kiej Przy­sta­ni. Elfy były do niego na­sta­wio­ne neu­tral­nie. Nie na­rze­ka­ły na jego obec­ność, choć nie kwa­pi­ły się do roz­mo­wy z chłop­cem. Artus leżał w łóżku, ob­my­śla­jąc dal­sze po­czy­na­nia. Jeśli chciał do­stać się na smoka, mu­siał po­wo­li szy­ko­wać się do drogi na naj­bliż­szy przy­sta­nek. Drzwi za­skrzy­pia­ły, a do domu wszedł el­fic­ki straż­nik.

– Szy­kuj się – po­wie­dział spo­koj­nie. – Damy ci za­pa­sy i odzież. Wy­ru­szysz jutro z na­szy­mi kup­ca­mi do naj­bliż­sze­go przy­stan­ku. Weź­miesz udział w ce­re­mo­nii po­grze­bo­wej. Wszy­scy miesz­kań­cy muszą w niej uczest­ni­czyć.

Artus po­czuł nie­po­kój. Po­grzeb? Nie wie­dział, czego się spo­dzie­wać, ale w jego wio­sce po­grze­by za­wsze były ciche i pełne smut­ku. Ski­nął głową.

– Już idę – po­wie­dział, wsta­jąc z łóżka.

– Będę cze­kać na ze­wnątrz – dodał straż­nik.

Artus wstał, po­ście­lił łóżko i wy­szedł na ze­wnątrz. Po­wie­trze było orzeź­wia­ją­ce, po­czuł ulgę – może dla­te­go, że spę­dził kilka dni za­mknię­ty w el­fic­kim domu. Na ze­wnątrz, wśród drew­nia­nych bu­dyn­ków, pa­no­wa­ła wrza­wa. Na głów­nym placu usta­wio­no stoły pełne je­dze­nia i trun­ków, a wokół ze­brał się tłum ga­piów. Na usła­nym bia­ły­mi kwia­ta­mi po­de­ście le­ża­ła naga elfka. Serce Ar­tu­sa za­bi­ło moc­niej. Spo­dzie­wał się smut­nej, pod­nio­słej at­mos­fe­ry, a tym­cza­sem wokół pa­no­wa­ła nie­mal świą­tecz­na wrza­wa. Było w tym coś nie­po­ko­ją­ce­go.

Straż­nik za­chę­cił Ar­tu­sa ge­stem ręki, by za nim po­dą­żał. Po­de­szli bli­żej. Na plac wkro­czy­ły el­fic­kie ko­bie­ty ubra­ne w czar­ne suk­nie, które nie­zwy­kle kon­tra­sto­wa­ły z bia­ły­mi wło­sa­mi i brą­zo­wą skórą. Włosy i uszy miały ozdo­bio­ne złotą bi­żu­te­rią, a w rę­kach nio­sły in­stru­men­ty smycz­ko­we i bębny. Sta­nę­ły przed po­de­stem, na któ­rym spo­czy­wa­ły nagie zwło­ki , i za­czę­ły grać pięk­ną, ryt­micz­ną me­lo­dię.

Artus po­czuł ciar­ki na ple­cach. Coś w tej mu­zy­ce przy­pra­wia­ło o ciar­ki – była pięk­na, ale jed­no­cze­śnie miała w sobie coś pier­wot­ne­go, dzi­kie­go.

– To, co zaraz zo­ba­czysz, może być kon­tro­wer­syj­ne – wy­szep­tał straż­nik.

Bębny za­czę­ły grać coraz szyb­ciej, a ko­bie­ty trzy­ma­ją­ce in­stru­men­ty roz­po­czę­ły ta­niec. W stro­nę po­de­stu po­de­szły dwie osoby ubra­ne na biało – męż­czy­zna i ko­bie­ta. Uklę­kli przy zwło­kach.

– To człon­ko­wie ro­dzi­ny – po­wie­dział straż­nik.

Mu­zy­ka nagle uci­chła, a tan­cer­ki za­sty­gły bez ruchu, wpa­tru­jąc się w ciało. To, co zo­ba­czył Artus, przy­pra­wi­ło go o mdło­ści. Krew­ni elfki po­chy­li się nad zwło­ka­mi i wto­pi­li zęby w ciało mar­twej ko­bie­ty. Chło­pak ze­sztyw­niał. Żo­łą­dek ści­snął się bo­le­śnie, a gar­dło zro­bi­ło się suche jak po­piół. Chciał od­wró­cić wzrok, ale coś – może strach, może szok – przy­ku­ło go do miej­sca.

Mu­zy­ka znów za­brzmia­ła, a tan­cer­ki pod­ję­ły rytm. Tym razem tempo stało się sza­leń­cze, a bębny dud­ni­ły po­tęż­nie, two­rząc echo.

– Prze­cież oni łamią prawo tabu – szep­nął Artus, pa­trząc, jak elfy kon­su­mu­ją zwło­ki.

Krew ście­ka­ła po ich twa­rzach i ka­pa­ła na białe kwia­ty, na któ­rych le­ża­ło ciało. Czuł, jak żo­łą­dek wy­wra­ca mu się na drugą stro­nę.

– Nie łamią prawa. Nasza Bo­gi­ni Nocy i Łowów usta­no­wi­ła taki zwy­czaj. Ich córka sta­nie się jed­no­ścią z nimi, życie bę­dzie kon­ty­nu­owa­ne w bli­skich. Przez wieki w ten spo­sób za­pew­nia­my na­sze­mu lu­do­wi umie­jęt­no­ści ma­gicz­ne – wy­ja­śnił spo­koj­nie straż­nik. – Wraz z kon­su­mo­wa­nym cia­łem ich magia wzro­śnie. Wła­śnie w ten spo­sób nasz lud od po­ko­leń uczy się magii ciem­no­ści.

Artus po­krę­cił głową, czu­jąc na­ra­sta­ją­cy nie­po­kój.

– My­śla­łem, że elfy czczą na­tu­rę – po­wie­dział, krzy­wiąc się.

– Tak jak ludz­ka rasa ma wiele odła­mów, tak i elfy. Czci­my Bo­gi­nię Nocy, Łowów i Po­dró­ży, nie­skoń­czo­ny cykl życia. Elfy z Krwa­we­go Gaju czczą na­tu­rę – od­parł straż­nik.

Mu­zy­ka po­now­nie przy­spie­szy­ła, a tań­czą­ce elfki, z za­mknię­ty­mi ocza­mi, po­grą­ży­ły się w tran­sie. Me­lo­dia brzmia­ła zło­wiesz­czo, jakby coś nad­cho­dzi­ło. Artus czuł się przy­tło­czo­ny, jakby był świad­kiem cze­goś, co nie po­win­no było ist­nieć. Gdy człon­ko­wie ro­dzi­ny wsta­li, mu­zy­ka urwa­ła się, a elfki ukło­ni­ły się w stro­nę po­de­stu, na któ­rym le­ża­ły nad­gry­zio­ne zwło­ki. Chło­pak po­czuł falę mdło­ści i ledwo po­wstrzy­mał się przed od­ru­chem wy­miot­nym.

Na­stęp­nie krew­ni elfki po­de­szli do sto­łów i za­ję­li ho­no­ro­we miej­sca w ich cen­trum. Po­zo­sta­li go­ście za­czę­li zaj­mo­wać wolne miej­sca. Artus i straż­nik zro­bi­li to samo.

Tym razem mu­zy­ka była spo­koj­na, we­so­ła i mo­no­ton­na. Wszy­scy przy stole uśmie­cha­li się, roz­ma­wia­li i zaj­mo­wa­li je­dze­niem. Artus spoj­rzał na pół­mi­ski pełne owa­dzi­ny i dziw­nych owo­ców. Jego żo­łą­dek nadal był ści­śnię­ty, ale wie­dział, że musi coś zjeść.

– Na­jedz się przed po­dró­żą – po­wie­dział straż­nik, się­ga­jąc po ta­lerz. – Mu­sisz póź­niej za­tań­czyć z człon­kiem ro­dzi­ny. 

Straż­nik wska­zał dwoje elfów w za­krwa­wio­nych ubra­niach. Artus po­czuł, jak wzbie­ra w nim pa­ni­ka.

– Mam po­pro­sić elfkę do tańca… na po­grze­bie? 

– Mo­żesz za­tań­czyć też z elfem. – Straż­nik uśmiech­nął się. – To tylko ta­niec. Ciesz się i baw. Jutro czeka cię droga.

*

Zie­mia za­drża­ła. Wiel­kie od­nó­ża smoka za­sty­gły w bez­ru­chu, wzbi­ja­jąc tu­ma­ny kurzu.

Ka­mie­ni­sty kra­jo­braz wokół nie wy­róż­niał się ni­czym szcze­gól­nym – to miej­sce od za­wsze no­si­ło ślady obec­no­ści tych po­tęż­nych stwo­rzeń. Głę­bo­kie dziu­ry w ziemi świad­czy­ły o tym, że smok prze­cho­dził tędy wiele razy.

To był wła­śnie ten dzień, zwany przez miesz­kań­ców Dniem Przy­sta­ni. Stwo­rze­nia te za­wsze w tym samym miej­scu i cza­sie za­pa­da­ły w sen, umoż­li­wia­jąc wej­ście na ich pan­cerz. Gdyby sta­ro­żyt­ni usły­sze­li słowo „smok”, wy­obra­zi­li­by sobie za­pew­ne wiel­kie­go gada zie­ją­ce­go ogniem, lecz w tym przy­pad­ku nazwa ta miała zu­peł­nie inne zna­cze­nie. Smoki Astrum nie były ga­da­mi, lecz seg­men­to­wa­ny­mi owa­da­mi o nie­bo­tycz­nych roz­mia­rach. Ich licz­ne od­nó­ża, po­tęż­ne rogi i wiel­kie żu­wacz­ki czy­ni­ły je jed­ny­mi z naj­bar­dziej im­po­nu­ją­cych istot, jakie kie­dy­kol­wiek prze­mie­rza­ły war­stwy Astrum.

Artus po raz pierw­szy wi­dział smoka z tak bli­ska. Za­wsze sły­szał huk jego kro­ków, które roz­brzmie­wa­ły po całej war­stwie, ale dotąd znał to stwo­rze­nie je­dy­nie z opo­wie­ści. Teraz stał po­śród tłumu, cze­ka­jąc na swoją kolej, by wejść na jego grzbiet. Brą­zo­wy płaszcz, w który był odzia­ny, ło­po­tał na wie­trze. Przy pasie ki­wa­ła się lampa, w któ­rej wnę­trzu świe­cił flu­ore­scen­cyj­ny grzyb. Miał ze sobą torbę w któ­rej trzy­mał księ­gę i drob­ne za­pa­sy. Obok niego ze­bra­ła się grupa kup­ców. El­fo­wie, któ­rych ko­ja­rzył z wi­dze­nia, stali nie­cier­pli­wie, spo­glą­da­jąc w górę. W po­bli­żu nich znaj­do­wał się wy­so­ki in­sek­to­id w ciem­nym płasz­czu. Jego wy­gląd bu­dził nie­po­kój. In­sek­to­idy przy­po­mi­na­ły stwo­rze­nia nocy, któ­rych miesz­kań­cy pa­nicz­nie się bali, co też spra­wia­ło, że nie byli lu­bia­ni. Spod kap­tu­ra wy­sta­wa­ły dłu­gie czuł­ki, które ner­wo­wo drga­ły w różne stro­ny.

Artus był już tak bli­sko celu. Jeśli miał do­wie­dzieć się, czym jest księ­ga, przez którą jego ple­mię zo­sta­ło wy­bi­te, to bi­blio­te­ka na smoku była naj­lep­szym miej­scem do po­szu­ki­wań. Dzień Przy­sta­ni był je­dy­ną oka­zją, by wejść na grzbiet smoka. W tym cza­sie kupcy han­dlo­wa­li z jego miesz­kań­ca­mi, or­ga­ni­zo­wa­no hucz­ne za­ba­wy, a po­dróż­ni mogli spę­dzić kilka dni w tym nie­zwy­kłym miej­scu.

Nagle usły­szał skrzy­pie­nie. Z ciem­no­ści po­wo­li wy­ło­ni­ła się wiel­ka, drew­nia­na winda, zdol­na po­mie­ścić cały tłum. Gdy opa­dła na zie­mię, wrota za­skrzy­pia­ły, a czło­wiek we­wnątrz wy­chy­lił się, za­pra­sza­jąc wszyst­kich ge­stem. Artus ru­szył wraz z in­ny­mi.

Gdy tylko wrota się za­mknę­ły, winda za­czę­ła wzno­sić się w wol­nym tem­pie.

Szorst­ki pan­cerz smoka lśnił w świe­tle flu­ore­scen­cyj­nych lamp. Więk­szość stwo­rzeń nocy uni­ka­ła kon­tak­tu z gi­gan­tem, dzię­ki czemu jego grzbiet był ide­al­nym miej­scem do za­miesz­ka­nia dla ludzi. Winda su­nę­ła coraz wyżej, po­twor­nie przy tym skrzy­piąc.

A co, jeśli ta kon­struk­cja spad­nie? – po­my­ślał Artus, ogar­nię­ty na­głym nie­po­ko­jem.

Po dłu­giej chwi­li winda wresz­cie do­tar­ła na szczyt. Wrota otwo­rzy­ły się, a kupcy ru­szy­li przed sie­bie. Artus wy­szedł z windy i ro­zej­rzał się. Znaj­do­wał się na roz­le­głym, ka­mien­nym placu, wokół któ­re­go roz­sta­wio­ne były już stra­ga­ny. W rów­nych od­stę­pach stały lampy, oświe­tla­jąc ka­mien­ną po­sadz­kę. W od­da­li ma­ja­czy­ły drew­nia­ne bu­dyn­ki, zda­ją­ce się wra­stać w pan­cerz smoka. Oprócz kup­ców roz­sta­wia­ją­cych to­wa­ry na sto­iskach krę­ci­ło się tu sporo ludzi, naj­praw­do­po­dob­niej tu­tej­szych. Wszy­scy no­si­li takie same ubra­nia: dłu­gie, szare ko­szu­le, brą­zo­we spodnie i czar­ne skó­rza­ne buty. Je­dy­ną róż­ni­cą był kolor pasa.

Jakim cudem bu­dyn­ki się tu utrzy­mu­ją? – za­sta­no­wił się Artus, przy­glą­da­jąc się ich kon­struk­cji.

Ru­szył przed sie­bie, sta­ra­jąc omi­nąć kup­ców. Nagle po­tknął się o coś i runął na zie­mię. Usły­szał war­cze­nie i dziw­ne mla­ska­ją­ce dźwię­ki. Od­wró­cił się. Przed nim stało nie­wiel­kie, ry­bo­po­dob­ne stwo­rze­nie, ledwo się­ga­ją­ce mu do kolan. Było po­dłuż­ne, czer­wo­ne, z czte­re­ma krót­ki­mi no­ga­mi i drob­ny­mi łap­ka­mi. Jego ciało po­kry­wa­ły po­ły­sku­ją­ce łuski. Miało okrą­głą głowę, małe, czar­ne oczy i wy­dłu­żo­ny pysk, z któ­re­go wy­sta­wał długi język. Po bo­kach głowy ner­wo­wo po­ru­sza­ły się po­dłuż­ne kształ­ty po­kry­te ko­lo­ro­wy­mi wło­ska­mi. Na szyi isto­ty wi­siał na­szyj­nik z mu­sze­lek, a zza jej ple­ców wy­sta­wa­ła długa, drew­nia­na fajka. Stwo­rze­nie mach­nę­ło ogo­nem i wark­nę­ło groź­nie na Ar­tu­sa, po czym po­drep­ta­ło w stro­nę jed­ne­go ze sto­isk.

Artus znał tę rasę zwaną Lu­mi­ne­ri. Pod­mo­kłe, wul­ka­nicz­ne te­re­ny dol­nej war­stwy miesz­kal­nej były ich domem. Jego matka czę­sto wspo­mi­na­ła o nich w opo­wie­ściach.

Gdzieś z boku roz­legł się dzie­cię­cy śmiech. Artus uniósł wzrok i zo­ba­czył grup­kę ma­lu­chów, które przy­glą­da­ły mu się z roz­ba­wie­niem.

– Prze­pra­szam – po­wie­dział, pod­no­sząc się z ziemi i otrze­pu­jąc płaszcz. – Może wie­cie, gdzie znaj­dę bi­blio­te­kę?

Jedno z dzie­ci, drob­na dziew­czyn­ka o ja­snych wło­sach, od­par­ła:

– Mu­sisz zejść na niż­szy seg­ment. Przy wej­ściu jest ta­blicz­ka.

– Spóź­ni­my się! – za­wo­łał chło­piec z rudą czu­pry­ną, po czym cała grupa rzu­ci­ła się bie­giem, zni­ka­jąc mię­dzy tłu­mem kup­ców.

Artus ru­szył w prze­ciw­ną stro­nę. Po pew­nym cza­sie opu­ścił plac. Zie­mia wokół usia­na była głę­bo­ki­mi otwo­ra­mi. Jak mogli miesz­kać w ta­kich dziu­rach? Po chwi­li do­strzegł przy jed­nej z dziur ta­blicz­kę z wy­ry­tym na­pi­sem.

Zaj­rzał do środ­ka. W mroku do­strzegł wi­ją­ce się w dół scho­dy. Z wa­ha­niem po­sta­wił stopę na pierw­szym stop­niu i za­czął ostroż­nie scho­dzić. Droga pro­wa­dzi­ła w głąb smo­cze­go pan­ce­rza. Po chwi­li do­tarł do du­że­go, okrą­głe­go po­miesz­cze­nia. Przy ścia­nach stały wy­so­kie re­ga­ły wy­peł­nio­ne księ­ga­mi, przy któ­rych roz­sta­wio­no drew­nia­ne biur­ka i krze­sła. Pośrod­ku po­miesz­cze­nia za ba­lu­stra­dą znaj­do­wa­ła się dziu­ra. Pod­szedł bli­żej kra­wę­dzi plat­for­my i spoj­rzał w dół – bi­blio­te­ka miała kilka po­zio­mów, a każdy z nich tonął w pół­mro­ku.

Ile tu jest ksiąg? Ile czasu za­ję­ło miesz­kań­com smoka wy­drą­że­nie tego miej­sca w jego pan­ce­rzu? – po­my­ślał z nie­do­wie­rza­niem.

Nagle w od­da­li zo­ba­czył świa­tło. Ktoś wcho­dził po spi­ral­nych scho­dach pro­wa­dzą­cych z niż­szych pię­ter. Spodnie, spię­te były fio­le­to­wym pasem. Męż­czy­zna za­trzy­mał się przed nim i spoj­rzał uważ­nie.

– Bądź twar­dy jak skała – po­wie­dział nagle.

– Niech Gaja trzy­ma cię w opie­ce – od­po­wie­dział na po­wi­ta­nie Artus.  

Star­szy bi­blio­te­karz zmru­żył oczy.

– Nie­zwy­kłe. Rzad­ko wi­du­je­my tu przy­by­szów z ze­wnątrz. Więk­szość ob­cych przy­cho­dzi je­dy­nie na po­ka­zy i han­del.

– Ja muszę coś zna­leźć.

Artus się­gnął do torby i ostroż­nie wyjął za­wi­nię­tą w ma­te­riał księ­gę. Pod­szedł do stołu i po­wo­li roz­wi­nął płót­no.

Męż­czy­zna pod­szedł bli­żej, wpa­tru­jąc się w starą księ­gę z wy­raź­nym za­cie­ka­wie­niem.

– Chcę wie­dzieć, co to za księ­ga. – Artus otwo­rzył ją na pierw­szej stro­nie.

Bi­blio­te­karz zmarsz­czył brwi, po­chy­lił się i prze­je­chał dło­nią po sta­rym pa­pie­rze.

– To może zająć tro­chę czasu. Mu­siał­byś zo­sta­wić ją u mnie.

Artus spoj­rzał na niego po­dejrz­li­wie.

– A co, jeśli mi ją ukrad­niesz?

Męż­czy­zna ro­ze­śmiał się cicho.

– Prawo na smoku jest su­ro­we. To nie dzi­kie te­re­ny, z któ­rych przy­by­łeś.

Artus przez chwi­lę mil­czał, po czym za­py­tał:

– A co mam robić w tym cza­sie?

– W Dzień Przy­sta­ni mamy miej­sca noc­le­go­we dla po­dróż­nych. Za­py­taj miesz­kań­ców, wska­żą ci drogę. – Bi­blio­te­karz spoj­rzał na niego ba­daw­czo. – Sko­rzy­staj z oka­zji. Po­zwie­dzaj. Zo­bacz coś cie­ka­we­go.

Za­wa­hał się na mo­ment, po czym dodał:

– Po­le­cam ci od­wie­dzić Plac Dwu­na­stu Naj­wyż­szych. Znaj­dziesz go obok Klasz­to­ru Ci­chych, jeden seg­ment dalej od placu na któ­rym są han­dla­rze. Nowi Cisi Mnisi wła­śnie prze­cho­dzą chrzest.

Mó­wiąc to, męż­czy­zna wy­raź­nie się skrzy­wił.

Artus wy­szedł na ze­wnątrz i, zgod­nie z radą męż­czy­zny z bi­blio­te­ki, ru­szył w stro­nę gór­nych seg­men­tów. Miał dziw­ne prze­czu­cie, że chrzest Ci­chych Mni­chów nie bę­dzie zwy­kłym re­li­gij­nym ob­rzę­dem.

Gdy prze­kro­czył plac, uj­rzał ka­mien­ny bu­dy­nek z ogrom­ny­mi wro­ta­mi. Wy­glą­dał su­ro­wo i zimno. Wiele osób wcho­dzi­ło do środ­ka. Coś ka­za­ło mu po­dą­żyć za nimi.

We­wnątrz zna­lazł się w ku­li­stym po­miesz­cze­niu, do­brze oświe­tlo­nym flu­ore­scen­cyj­ny­mi lam­pa­mi. Na ścia­nach i pod­ło­dze wy­ry­to sym­bo­le, któ­rych nie znał. Po­wie­trze pach­nia­ło zio­ła­mi. Na końcu sali stały rzędy ławek. Po­śród sie­dzą­cych ludzi pa­no­wa­ła na­pię­ta cisza. Mię­dzy ław­ka­mi oraz na samym przo­dzie kom­na­ty wzno­si­ły się po­są­gi – wy­so­kie, ludz­kie syl­wet­ki odzia­ne w szaty. Przy ich pod­sta­wach znaj­do­wa­ły się sku­lo­ne fi­gu­ry klę­czą­cych ludzi, któ­rzy wzno­si­li modły do ka­mien­nych Bóstw.

Artus za­czął li­czyć po­są­gi.

Jeden… sześć… dwa­na­ście.

– Dwu­na­stu Naj­wyż­szych… – wes­tchnął.

Każdy z po­są­gów miał na czole wy­ry­ty inny sym­bol. Dwa­na­ście Gwiazd Naj­wyż­szych. Tak w Astrum na­zy­wa­no naj­waż­niej­szych Bogów, pa­nu­ją­cych w nowym świe­cie po wiel­kiej ka­ta­stro­fie.

Artus usiadł na ławce, przy­glą­da­jąc się lu­dziom wokół. Na środ­ku po­miesz­cze­nia znaj­do­wał się duży drew­nia­ny stół, na któ­rym roz­ło­żo­no na­rzę­dzia. Po­czuł, jak serce pod­cho­dzi mu do gar­dła. Igły. Noże. Piły. Inne, dziw­ne przy­rzą­dy, któ­rych prze­zna­cze­nia mógł się je­dy­nie do­my­ślać. Na końcu sali znaj­do­wa­ły się wiel­kie, cięż­kie, drew­nia­ne drzwi.

Dźwięk dzwo­nów prze­rwał szep­ty ludzi. Drzwi za­skrzy­pia­ły. Z mroku wy­ło­ni­ła się grupa ludzi w sza­tach. Czte­rech męż­czyzn ubra­nych na biało, a za nimi mnich w czar­nej, po­strzę­pio­nej sza­cie.

Artus za­drżał.

– A więc tak wy­glą­da Cichy…

Teraz wie­dział, dla­cze­go męż­czy­zna w bi­blio­te­ce się skrzy­wił. Łysa głowa. Blada skóra. Wy­chu­dzo­na, nie­mal tru­pia twarz. Zszy­te oczo­do­ły i usta. Brak nosa, uszu. Na czole wy­ry­ty czer­wo­ny znak otwar­te­go oka. Nie przy­po­mi­nał wy­słan­ni­ka mi­ło­sier­nej Matki Gaji. Wy­glą­dał jak upiór.

Czte­rej męż­czyź­ni w bia­łych sza­tach we­szli na plac przed ław­ka­mi, uklę­kli w rów­nych od­stę­pach, ze zwie­szo­ny­mi gło­wa­mi. Cichy Mnich wy­szedł przed nich.

– Bądź­cie twar­dzi jak skała – za­brzmiał głos w gło­wach wszyst­kich obec­nych.

Artus ze­sztyw­niał. Mnich nie po­ru­szył usta­mi.

– Jak wie­cie, w sze­re­gi wy­słan­ni­ków Gaji wkro­czą dziś nowi człon­ko­wie.

Mnich wska­zał ręką klę­czą­cych męż­czyzn.

– Tak jak Gaja pod­da­ła pró­bom pierw­szych Ci­chych, tak i oni przej­dą Próby Ciszy. Czte­rech braci miało za za­da­nie iść pro­stą, wy­zna­czo­ną ścież­ką do celu.

Mnich pod­szedł do stołu i się­gnął po jedno z na­rzę­dzi.

– Pierw­szy z braci, idąc drogą wy­zna­czo­ną przez naszą Bo­gi­nię, cią­gle roz­ma­wiał. Gdy Bo­gi­ni ode­bra­ła mu mowę, zdał sobie spra­wę, że cią­gle ga­da­jąc nie­ustan­nie błą­dził. Brat za­prze­stał próby i za­wró­cił.

Pierw­szy z klę­czą­cych męż­czyzn pod­niósł się, wziął na­rzę­dzie i od­szedł przez drzwi, z któ­rych wy­szła grupa.

– Drugi z braci był za­ję­ty nie­ustan­nym ob­ser­wo­wa­niem tego, co robią jego to­wa­rzy­sze. Bo­gi­ni ode­bra­ła mu wzrok. Do­pie­ro wtedy pojął, że za­tra­cił się w ob­ser­wa­cji i zbo­czył z drogi.

Mnich podał ko­lej­ne na­rzę­dzie dru­gie­mu męż­czyź­nie. Ten wstał i rów­nież znik­nął za drzwia­mi.

– Trze­ci z braci nie­ustan­nie na­słu­chi­wał, sku­pio­ny na sło­wach brata obok. Bo­gi­ni ode­bra­ła mu słuch. W ciszy zro­zu­miał, że skon­cen­tro­wa­ny na tym, co dzia­ło się wokół niego, zbo­czył z wy­zna­czo­nej drogi.

Trze­ci z męż­czyzn, trzy­ma­jąc na­rzę­dzie, wy­szedł z sali. Zo­stał tylko jeden.

– Czwar­ty męż­czy­zna po­dą­żał wy­zna­czo­ną ścież­ką w sku­pie­niu i ciszy, lecz mimo to nie mógł dojść do celu. Bo­gi­ni wy­łu­pi­ła mu oczy, wy­rwa­ła język, ode­bra­ła słuch.

Artus po­czuł lo­do­wa­ty dreszcz na ple­cach.

– Mimo to brat nie za­nie­chał próby. Leżąc na ziemi, wy­czu­wa­jąc ją dłoń­mi, po­dą­żał przed sie­bie. Wtedy zro­zu­miał, że ścież­ka nigdy nie ist­nia­ła. Każda droga pro­wa­dzi­ła do tego sa­me­go celu. Gaja uczy­ni­ła go pierw­szym Ci­chym.

Ostat­ni z męż­czyzn opu­ścił salę.

– Mi­ło­sier­na Gaja kocha każ­de­go z nas. Daje nam życie, lecz jak za wszyst­ko, trze­ba za­pła­cić. Każdy z was ma obo­wią­zek spła­ty długu krwi, za­cią­gnię­te­go przy uro­dze­niu. Nasza su­ro­wa matka nie wy­ba­cza błę­dów. Krocz­cie wy­bra­ną drogą. Ale niech bę­dzie zgod­na z na­uka­mi na­szych Naj­wyż­szych. Tą oto skrom­ną ce­re­mo­nią otwie­ra­my Dzień Przy­sta­ni.

Mnich od­wró­cił się i wy­szedł z sali. Drzwi na końcu kom­na­ty za­mknę­ły się za nim, zo­sta­wia­jąc szep­czą­cych ludzi. Wszy­scy za­czę­li po­wo­li wsta­wać i wy­cho­dzić.

Ile bólu mu­sie­li do­świad­czyć, by stać się ka­pła­na­mi? Czy oni sami tego chcie­li? Czy to na­praw­dę była wola Gaji?

Artus prze­łknął ślinę i wstał. Nie po­tra­fił sobie wy­obra­zić, ja­kiej siły woli trze­ba, by po­zbyć się wszyst­kich zmy­słów tylko po to, by zo­stać mni­chem. Nie mógł sobie wy­obra­zić życia na Smoku, choć było bez­piecz­ne i po­zba­wio­ne za­gro­żeń ze stro­ny stwo­rzeń nocy. Miesz­kań­cy mu­sie­li prze­pra­co­wać okre­ślo­ną licz­bę okrą­żeń smoka, by móc być wol­ny­mi. Do­pó­ki nie spła­ci­li długu krwi, mu­sie­li słu­żyć spo­łe­czeń­stwu, od­da­jąc mu swoje ta­len­ty.

*

Prze­cho­dząc przez ka­mien­ny plac Artus za­cze­pił jed­ne­go z miesz­kań­ców.

– Prze­pra­szam, gdzie znaj­dę noc­leg? – spy­tał.

– W Seg­men­cie Ro­bot­ni­ków – od­po­wie­dzia­ła ko­bie­ta.

Artus czuł się nie­swo­jo. Wciąż miał przed ocza­mi zszy­te oczo­do­ły Ci­che­go mni­cha i męż­czyzn, któ­rzy znik­nę­li za drew­nia­ny­mi drzwia­mi. Czy kto­kol­wiek wie­dział, co tak na­praw­dę dzia­ło się za tam­ty­mi drzwia­mi? Wy­szedł na plac i wziął głę­bo­ki od­dech. Mu­siał się sku­pić. Po­trze­bo­wał od­po­czyn­ku. Artus ru­szył we wska­za­ną stro­nę. Po dro­dze za­uwa­żył kilka otwo­rów w pan­ce­rzu smoka, ciem­nych jak prze­paść.

Po­dob­no gęsta sieć tu­ne­li opla­ta­ła wnę­trze Smoka, a za­gu­bie­ni po­dróż­ni­cy umie­ra­li w nich z głodu. Po­czuł dreszcz. W końcu, przy jed­nym z tu­ne­li zo­ba­czył ta­blicz­kę. Wszedł do środ­ka za­uwa­żył drew­nia­ną ladę. Za nią sie­dzia­ła po­staw­na ko­bie­ta.

– Po­trze­bu­ję noc­le­gu – po­wie­dział spo­koj­nie.

Ko­bie­ta spoj­rza­ła na niego, po czym pod­nio­sła z ziemi skrzyn­kę i po­ło­ży­ła ją na ladę.

– W tę stro­nę do pa­row­ni. Gdy skoń­czysz, wska­żę ci miej­sce do spa­nia.

– Pa­row­ni?

– Nie wpusz­czę do łóżka ta­kie­go bru­da­sa – po­wie­dzia­ła z wy­raź­nym nie­sma­kiem.

Artus od­ru­cho­wo pod­niósł rękę do twa­rzy i po­wą­chał swoje ubra­nie. Rze­czy­wi­ście… tro­chę śmier­dział. Po­dróż i emo­cje ostat­nich go­dzin cał­ko­wi­cie wy­ma­za­ły z jego głowy myśl o ką­pie­li. Nie wie­dział, czym jest pa­row­nia, ale nie za­mie­rzał się sprze­czać. Pod­niósł skrzyn­kę i po­szedł w wy­zna­czo­nym kie­run­ku. Tuż obok du­że­go wej­ścia, po­ro­śnię­te­go dłu­gi­mi lia­na­mi, stała ko­bie­ta za ladą przy drew­nia­nej skrzy­ni, obok któ­rej znaj­do­wał się regał ze sta­ran­nie zło­żo­ny­mi ubra­nia­mi. Gdy zo­ba­czy­ła Ar­tu­sa, zmie­rzy­ła go wzro­kiem i bez słowa wy­ję­ła z szaf­ki kom­plet odzie­ży. Po­ło­ży­ła ciu­chy na la­dzie i spoj­rza­ła na niego py­ta­ją­co.

– Pierw­szy raz w pa­row­ni? – za­py­ta­ła cie­płym gło­sem.

– Tak… – przy­znał nie­pew­nie.

– Roz­bierz się do naga i daj mi stare ubra­nie. Po wyj­ściu włóż to – po­wie­dzia­ła, pod­cho­dząc bli­żej.

Artus za­wa­hał się.

– Mam się tu ro­ze­brać?

Ko­bie­ta ro­ze­śmia­ła się.

– Wi­dzia­łam już nie­jed­no, uwierz mi. No, szyb­ciut­ko, nie mam ca­łe­go dnia. Muszę wy­czy­ścić twoje ubra­nie. Bę­dzie cze­ka­ło na la­dzie, jak skoń­czysz. Na prawo pa­row­nia dla męż­czyzn.

Artus spu­ścił wzrok i za­czął się roz­bie­rać. Gdy oddał ubra­nie ko­bie­cie, ta spoj­rza­ła na niego obo­jęt­nie i wró­ci­ła do swo­ich zajęć. Ru­szył ku wej­ściu, od­sła­nia­jąc liany. Wszedł do ogrom­nej ja­ski­ni. Za­trzy­mał się. Po­wie­trze było wil­got­ne, pach­nia­ło solą. Sufit i ścia­ny po­ra­sta­ły liany, z któ­rych zwi­sa­ły fio­le­to­we, świe­cą­ce kwia­ty. Z ich wnę­trza wy­do­by­wał się złoty pył, który uno­sił się w po­wie­trzu ni­czym mgieł­ka.

Na po­sadz­ce le­ża­ły gład­kie ka­mie­nie, a na nich nadzy męż­czyź­ni, po­grą­że­ni w bło­gim od­po­czyn­ku. Artus pod­szedł do jed­ne­go z wol­nych ka­mie­ni i ostroż­nie się po­ło­żył.

Co teraz?

Nad nim, jak na za­wo­ła­nie, jeden z kwia­tów po­wo­li się otwo­rzył. Z jego wnę­trza wy­do­sta­ła się chmu­ra zło­te­go pyłu i, jakby po­sia­da­ła wła­sną wolę, za­czę­ła opa­dać na ciało Ar­tu­sa. Po­czuł ła­sko­ta­nie. De­li­kat­ne, cie­płe, setki dro­bi­nek gła­dzi­ły jego skórę. Za­mknął oczy. Wra­że­nie było przy­jem­ne, nie­mal hip­no­ty­zu­ją­ce. Ale potem coś w nim za­drża­ło. Co to wła­ści­wie było? Czy ten pył był bez­piecz­ny? Otwo­rzył oczy i po­de­rwał się z ka­mie­nia. Pył na­tych­miast uniósł się w po­wie­trze i za­to­czył wokół niego krąg. Ro­zej­rzał się. Inni męż­czyź­ni le­że­li spo­koj­nie, od­dy­cha­jąc mia­ro­wo. Nikt nie re­ago­wał. Serce Ar­tu­sa biło szyb­ciej, ale… nie czuł się źle. Wła­ści­wie było cu­dow­nie. Po­ło­żył się po­now­nie. Pył znów osiadł na jego skó­rze, a on po­czuł, zni­ka­ją­ce na­pię­cie. Mię­śnie, dotąd zmę­czo­ne i obo­la­łe, za­czę­ły się roz­luź­niać. Przy­mknął oczy. Tym razem nie wal­czył z uczu­ciem sen­no­ści. Nie pa­mię­tał, kiedy za­snął.

*

Obu­dził się po­wo­li. Otwo­rzył oczy i pod­niósł. Pył na­tych­miast uniósł się z jego ciała i wró­cił do kwia­tów.

Ile czasu mi­nę­ło?

Wy­szedł z pa­row­ni i za­uwa­żył, że na la­dzie cze­ka­ło na niego czy­ste ubra­nia. Obok stała ko­bie­ta, która wcze­śniej ka­za­ła mu się ro­ze­brać.

– Przy­snę­ło się? – za­py­ta­ła z uśmie­chem.

– Tak… Stra­ci­łem ra­chu­bę czasu – przy­znał, się­ga­jąc po ubra­nie.

– Nie ty jeden. To nie­zwy­kle przy­jem­ne uczu­cie. Nie­któ­rzy po­dróż­ni­cy spę­dza­ją tam cały swój czas Przy­sta­ni.

Artus wło­żył na sie­bie świe­że szaty, takie same jak te, które no­si­li miesz­kań­cy. Choć bra­ko­wa­ło mu pasa.

– Czym są ko­lo­ro­we pasy, które no­si­cie? – spy­tał z cie­ka­wo­ści.

– Każdy kolor ozna­cza inną funk­cję w spo­łe­czeń­stwie. Ja mam nie­bie­ski, co ozna­cza, że je­stem pracz­ką.

Ko­bie­ta uśmiech­nę­ła się, za­do­wo­lo­na z cie­ka­wo­ści chłop­ca.

– Im wyż­szą funk­cję spo­łecz­ną peł­ni­my, tym wyżej miesz­ka­my. Na ogo­nie smoka jest dziel­ni­ca bie­do­ty. Na czub­ku głowy miesz­ka­ją Cisi. Mo­gła­bym od­po­wia­dać go­dzi­na­mi, ale za­brak­nie mi czasu. W bi­blio­te­ce znaj­dziesz księ­gi, jeśli je­steś cie­ka­wy – po­wie­dzia­ła, ma­cha­jąc ręką.

Druga ko­bie­ta wska­za­ła mu wej­ście do innej kom­na­ty. We­wnątrz, w rów­nych od­stę­pach, usta­wio­no łóżka. Artus pod­szedł do jed­ne­go z nich, po­sta­wił torbę obok i uło­żył się wy­god­nie. Wciąż czuł się od­prę­żo­ny, jakby pa­row­nia wy­płu­ka­ła z niego całe zmę­cze­nie. Za­snął nie­mal na­tych­miast.

*

Obu­dził go dźwięk dzwo­nu. Ozna­czał po­czą­tek dnia. W tych wiecz­nie pa­nu­ją­cych ciem­nościach, dzwo­ny były je­dy­nym spo­so­bem mie­rze­nia czasu. Wstał, za­brał torbę i ru­szył w stro­nę wyj­ścia. Przy la­dzie cze­ka­ły miski i duży gar­nek z cho­chlą. Ko­bie­ta po­da­ła mu sztuć­ce oraz miskę wy­peł­nio­ną szarą, ma­zio­wa­tą sub­stan­cją.

Artus spoj­rzał na nią ze zdzi­wie­niem.

– Co to jest?

– To nie ra­ry­tas, ale daje ener­gię na cały dzień. Na­zy­wa­my to glut­kiem – po­wie­dzia­ła ko­bie­ta, opie­ra­jąc się o ladę. – Wszy­scy na smoku, poza Przy­sta­nią, jemy to cią­gle. Da się przy­zwy­cza­ić do glut­ka. 

Artus spoj­rzał na szarą, lekko drżą­cą sub­stan­cję w misce. Nie wy­glą­da­ło to za­chę­ca­ją­co. Wło­żył łyżkę do środ­ka i po­wo­li na­brał por­cję. Kon­sy­sten­cja była… ślu­zo­wa­ta. Prze­łknął ślinę i wsu­nął łyżkę do ust.

Ohyda…

Szla­mo­wa­ta kon­sy­sten­cja roz­la­ła się po ję­zy­ku, a zie­mi­sty, ni­ja­ki smak spra­wił, że mu­siał po­wstrzy­mać od­ruch wy­miot­ny.

– Z czego to ro­bi­cie? – za­py­tał, krzy­wiąc się.

– Nasi zie­la­rze wraz z ku­cha­rza­mi strze­gą re­cep­tu­ry. Nie mam po­ję­cia, z czego to robią –po­wie­dzia­ła ko­bie­ta obo­jęt­nie.

Artus wziął głę­bo­ki od­dech i zmu­sił się do ko­lej­nych kęsów. Im wię­cej jadł, tym mniej od­rzu­ca­ją­cy wy­da­wał mu się smak. A gdy skoń­czył, po­czuł coś dziw­ne­go. Fala ener­gii roz­la­ła się po ciele. Jakby na­pię­cie mię­śni znik­nę­ło, a on nagle miał siłę na cały dzień mar­szu. Od­sta­wił miskę i ode­tchnął głę­bo­ko.

– Fak­tycz­nie, coś w tym jest…

Uśmiech­nął się do ko­bie­ty, a ona od­wza­jem­ni­ła uśmiech z za­do­wo­le­niem.

– Mó­wi­łam.

Artus po­szedł do pa­row­ni po swoje ubra­nie. Zgod­nie z umową wy­mie­nił czy­ste szaty na swoje stare, które teraz pach­nia­ły świe­żo­ścią. Miał jesz­cze tro­chę czasu, więc po­sta­no­wił po­zwie­dzać i zo­ba­czyć co się dzie­je wokół.

Szedł po­wo­li przez seg­ment, na któ­rym kupcy roz­mie­ści­li sto­iska. Ludzi było wię­cej niż po­przed­nie­go dnia. Plac tęt­nił ży­ciem – śmie­chy, na­wo­ły­wa­nia, dźwię­ki kra­mów roz­sta­wia­nych na nowo. Na samym środ­ku, tam gdzie wcze­śniej było puste miej­sce, ze­brał się tłum. Artus pod­szedł bli­żej, za­cie­ka­wio­ny.

Na środ­ku placu stało dwóch przed­sta­wi­cie­li rasy Lu­mi­ne­ri. Nie­wiel­kie, smu­kłe rybie isto­ty trzy­ma­ły w łap­kach dłu­gie fajki. Jeden ko­niec spo­czy­wał w ich ustach, z dru­gie­go uno­si­ły się ko­lo­ro­we bańki. Bańki nie pę­ka­ły jak zwy­kłe – za­miast tego ukła­da­ły się w skom­pli­ko­wa­ne kształ­ty, two­rząc wi­ru­ją­ce wzory w po­wie­trzu. Sztu­ka. Magia. Obie rze­czy jed­no­cze­śnie.

Jedno ze stwo­rzeń zro­bi­ło ogrom­ną bańkę, a dru­gie wsko­czy­ło do środ­ka. Artus otwo­rzył sze­rzej oczy. Lu­mi­ne­ri uno­sił się w środ­ku bańki jak w ba­lo­nie, a z fajki wy­la­ty­wa­ło coraz wię­cej bą­bel­ków. Stwo­rze­nie za­czę­ło prze­ska­ki­wać z jed­nej bańki na drugą, jak akro­ba­ta na linie.

To było nie­sa­mo­wi­te. Dzie­ci pisz­cza­ły z za­chwy­tu, i pod­ska­ki­wa­ły w miej­scu. Do­ro­śli kla­ska­li.

Jeden z Lu­mi­ne­ri uniósł pysz­czek i wy­strze­lił z niego stru­mień wody, który w po­wie­trzu zmie­nił się w iskrzą­ce się ko­lo­ry. Potem oba stwo­rze­nia ukło­ni­ły się w stro­nę pu­blicz­no­ści. Tłum roz­szedł się z uśmie­cha­mi. Artus rów­nież ru­szył dalej.

Mi­ja­jąc ko­lej­ne stra­ga­ny, przy­glą­dał się sprze­da­wa­nym to­wa­rom. Pie­czo­na owa­dzi­na, eg­zo­tycz­ne owoce, wa­rzy­wa i ro­śli­ny, któ­rych nie znał.

Nie­któ­re sto­iska były wy­peł­nio­ne przed­mio­ta­mi, któ­rych prze­zna­cze­nia mógł się tylko do­my­ślać. Rze­mio­sło róż­nych ple­mion – bi­żu­te­ria z kości, amu­le­ty, broń, tka­ni­ny ple­mien­ne ry­tu­al­ne in­stru­men­ty. Ale jeden kram szcze­gól­nie przy­kuł jego uwagę. Lu­dzie omi­ja­li go sze­ro­kim łu­kiem. Na la­dzie stały dzie­siąt­ki szkla­nych sło­jów.

 Wy­peł­nio­ne były zie­lo­ną cie­czą, w któ­rej uno­si­ły się czę­ści ciała. Palce. Gałki oczne. Koń­czy­ny. Ale nie tylko ludz­kie. Wi­dział od­nó­ża stwo­rzeń nocy, frag­men­ty nie­zna­nych istot, nawet za­kon­ser­wo­wa­ne w ca­ło­ści małe po­two­ry. Artus prze­łknął ślinę.

Za ladą sie­dzia­ła ko­bie­ta. Miała bladą skórę, nie­bie­skie oczy i po­nęt­ne czer­wo­ne usta. Ubra­na była w coś nie­po­ko­ją­ce­go. Suk­nię uszy­tą z ludz­kiej skóry. Na jej dole wciąż wy­sta­wa­ły ręce. U pasa no­si­ła kości i czasz­ki róż­nych zwie­rząt. Pa­li­ła fajkę, a gdy zo­ba­czy­ła Ar­tu­sa, uśmiech­nę­ła się cie­pło. Zbyt cie­pło.

Kto nor­mal­ny ku­pił­by coś ta­kie­go? 

Artus nie mógł ode­rwać wzro­ku od sło­jów.

– Po­trze­bu­jesz uzdro­wie­nia, chłop­cze? – za­py­ta­ła ko­bie­ta.

– Nie, dzię­ki… – za­czął mówić.

– No­wo­na­ro­dzo­na! – roz­legł się dzie­cię­cy krzyk.

Artus zo­ba­czył, jak jedno z dzie­ci z tłumu bie­gnie w stro­nę sto­iska. 

– Czy to praw­da, że po­tra­fi­cie ule­czyć każdą cho­ro­bę? – spy­ta­ło.

– Tak. – Ko­bie­ta za­śmia­ła się cicho. – Po­tra­fi­my przy­wra­cać utra­co­ne koń­czy­ny. Le­czyć wszyst­kie cho­ro­by. Mo­że­my nawet dodać do wa­sze­go ciała do­dat­ko­we czę­ści… a nawet wskrze­sić zmar­łych.

Dziec­ko zro­bi­ło wiel­kie oczy.

– Łaał… czyli gdy­byś przy­cze­pi­ła mi skrzy­dła, mógł­bym latać?

– Może. – Uśmiech­nę­ła się. – Ale mu­siał­byś za­pła­cić. – Po­gła­ska­ła dziec­ko po gło­wie. – My, No­wo­na­ro­dze­ni, przyj­mu­je­my tylko jedną wa­lu­tę. – Ob­li­za­ła wargi. – Czę­ści ciała za inne czę­ści ciała. Two­rzy­my nowe isto­ty. Ko­lek­cjo­nu­je­my żywe. Mo­że­my ule­czyć, ale coś mu­si­my wziąć w za­mian.

Dziec­ko po­bla­dło i cof­nę­ło się o krok. Jego oczy roz­sze­rzy­ły się ze stra­chu. Nagle ob­ró­ci­ło się na pię­cie i ucie­kło w stro­nę tłumu. No­wo­na­ro­dzo­na za­śmia­ła się cicho, dum­nie. Artus po­czuł nie­przy­jem­ny dreszcz na ple­cach. Nie cze­kał na wię­cej. Od­wró­cił się i ru­szył w stro­nę bi­blio­te­ki.

*

Artus wszedł do bi­blio­te­ki, wciąż czu­jąc nie­po­ko­ją­ce dresz­cze po spo­tka­niu z No­wo­na­ro­dzo­ną.

Kim oni byli? Czy na­praw­dę po­tra­fi­li wskrze­szać zmar­łych? A jeśli tak… jaki był tego koszt?

Wstrzą­snął się i od­su­nął te myśli na bok. Mu­siał sku­pić się na tym, po co tu przy­szedł. Ro­zej­rzał się. Bi­blio­te­ka była cicha i chłod­na. Ka­mien­ne ścia­ny i re­ga­ły wy­peł­nio­ne sta­ry­mi księ­ga­mi spra­wia­ły, że czuł się tu, jakby prze­kra­czał próg in­ne­go świa­ta. Przy jed­nym ze sto­łów sie­dział zna­jo­my mu męż­czy­zna – ten sam, który po­przed­nie­go dnia mówił mu o Placu Dwu­na­stu Naj­wyż­szych. Koło niego le­ża­ła za­mknię­ta księ­ga Ar­tu­sa.

Męż­czy­zna czy­tał starą, opra­wio­ną w skórę księ­gę, jego twarz była sku­pio­na, ale gdy tylko Artus pod­szedł bli­żej, uniósł wzrok.

Artus usiadł na­prze­ciw­ko niego.

– Bądź twar­dy jak skała.

Męż­czy­zna skło­nił mu głowę.

– Niech Gaja trzy­ma cię w opie­ce – od­po­wie­dział męż­czy­zna na po­wi­ta­nie. 

– I co? Wiesz coś na temat księ­gi? – spy­tał Artus.

Męż­czy­zna spoj­rzał na nią i wes­tchnął.

– Mu­sisz ją stąd za­brać.

– Dla­cze­go? – spy­tał Artus.

– Mie­li­śmy kie­dyś coś po­dob­ne­go. Cisi wpi­sa­li te księ­gi do ka­te­go­rii za­ka­za­nych.

Artus po­czuł, jak wzbie­ra w nim nie­cier­pli­wość.

– Za­ka­za­nych? Prze­cież to tylko spis imion.

Męż­czy­zna po­krę­cił głową.

– Nie­ste­ty, nie mogę ci pomóc.

– Ale ktoś musi coś wie­dzieć!

Męż­czy­zna spoj­rzał na niego uważ­nie.

– Jest ktoś, kto może znać od­po­wiedź na twoje py­ta­nia.

– Kto?

– In­sek­to­idy.

– In­sek­to­idy?

– Za­wsze pod­czas Przy­sta­ni przy­cho­dzą tu na han­del. Ko­cha­ją wie­dzę i ko­lek­cjo­nu­ją księ­gi. Ich się za­py­taj. Mają swoje sto­isko na placu. Po­wo­dze­nia.

Męż­czy­zna wstał i od­szedł, zo­sta­wia­jąc Ar­tu­sa sa­me­go. Zre­zy­gno­wa­ny, Artus za­wi­nął księ­gę z po­wro­tem w ma­te­riał i wsu­nął ją do torby. Nie zo­sta­ło mu nic in­ne­go, jak po­szu­kać in­sek­to­ida wśród kup­ców.

*

Zna­le­zie­nie sto­iska nie za­ję­ło mu dużo czasu. Było pełne ksiąg. Za ladą sie­dzia­ło stwo­rze­nie odzia­ne w długi, ciem­ny płaszcz.

Spod kap­tu­ra wy­sta­wa­ły dłu­gie czuł­ki, a w jego głębi błysz­cza­ły licz­ne, okrą­głe oczy. Całą twarz po­kry­wa­ło gęste, brą­zo­we futro. Rasa in­sek­to­idów, jak po­wszech­nie ich na­zy­wa­no, sły­nę­ła z in­te­li­gen­cji i wie­dzy ma­gicz­nej. Two­rzy­li nie­zwy­kle skom­pli­ko­wa­ne spo­łe­czeń­stwa. Ich ciała wy­glą­da­ły jak mie­szan­ka ludz­kich i owa­dzich cech w róż­nych pro­por­cjach. Nie­któ­rzy przed­sta­wi­cie­le tej rasy byli nie­mal cał­ko­wi­cie owa­da­mi, inni przy­po­mi­na­li ludzi.

Artus wziął głę­bo­ki od­dech i pod­szedł bli­żej. In­sek­to­id za­re­ago­wał na­tych­miast – jego czuł­ki drgnę­ły gwał­tow­nie, wy­czu­wa­jąc go.

– W czym mogę pomóc? – za­py­tał chra­pli­wym gło­sem.

Artus nie­pew­nie wyjął księ­gę z torby i po­ło­żył ją na la­dzie.

– Sły­sza­łem, że mo­że­cie mi pomóc.

Spod płasz­cza in­sek­to­ida wy­ło­ni­ły się dło­nie. Ludz­kie… ale po­kry­te miej­sca­mi chi­ty­no­wym pan­ce­rzem. Ostroż­nie otwo­rzy­ły księ­gę. In­sek­to­id prze­chy­lił głowę, a jego licz­ne oczy sku­pi­ły się na za­pi­sa­nych stro­nach.

Artus po­czuł na­pię­cie.

– Chcę wie­dzieć, co to jest.

Dłuż­szą chwi­lę pa­no­wa­ła cisza. In­sek­to­id nie od­ry­wał wzro­ku od księ­gi. Oczy przy­mknę­ły się na mo­ment. Kiedy po­now­nie je otwo­rzył, głos był cichy.

– Nie po­mo­gę ci w tym.

Artus po­czuł ukłu­cie roz­cza­ro­wa­nia.

– Wiesz, co to jest? – za­py­tał ostroż­nie.

– Wy­rzuć tę księ­gę. Jak naj­szyb­ciej.

– Dla­cze­go?

– Z tej wie­dzy nie wy­nik­nie nic do­bre­go.

Artus za­ci­snął dło­nie w pię­ści.

– Przez tę księ­gę zgi­nę­ła cała moja ro­dzi­na. Moje ple­mię. Pro­szę. Pomóż mi.

In­sek­to­id przez dłuż­szą chwi­lę wpa­try­wał się w niego mil­czą­co. W końcu wes­tchnął.

– Je­steś słaby. Przy­pła­cisz to ży­ciem.

– Nie ob­cho­dzi mnie to. Chcę wie­dzieć, za co zgi­nę­ło moje ple­mię.

Za­pa­dła cisza. Artus czuł, jak coś ści­ska go w środ­ku. To był je­dy­ny trop. Nie mógł go stra­cić. In­sek­to­id w końcu ode­zwał się po­now­nie.

– Nie obie­cu­ję, że ci po­mo­gę. Jutro wra­cam do mia­sta in­sek­to­idów. Jeśli za­bie­rzesz się ze mną, wska­żę ci kogoś, kto może od­po­wie­dzieć na twoje py­ta­nia. Ale to, czy uzy­skasz od­po­wie­dzi, za­le­ży tylko od cie­bie. Jutro, w cza­sie trze­cie­go dzwo­nu, bądź tutaj go­to­wy do drogi.

Artus po­czuł, jak serce za­czy­na bić mu szyb­ciej. To mogło być to. Pierw­szy krok do po­zna­nia praw­dy.

– Będę.

In­sek­to­id za­mknął księ­gę i oddał. Artus scho­wał księ­gę do torby, od­wró­cił się i ru­szył w stro­nę wyj­ścia z placu. Jutro miał opu­ścić smoka. A w mie­ście in­sek­to­idów cze­ka­ła na niego praw­da.

 

 

Do­dat­ki:

Kasty smoka

 

 Wszyst­kie kasty są pod­po­rząd­ko­wa­ne pra­wom Bo­gi­ni Gaji oraz Za­ko­no­wi Ci­chych. Każdy oby­wa­tel miesz­ka­ją­cy na smoku za­czy­na od kasty ro­bo­czej. Co czte­ry pełne okrą­że­nia smoka wokół Wiel­kiej Ot­chła­ni od­by­wa­ją się próby or­ga­ni­zo­wa­ne przez Ci­chych. Pod­czas prób każdy ma szan­sę zmie­nić swoją kastę, pod wa­run­kiem że zda wszyst­kie testy i za­da­nia danej próby.

Każdy uro­dzo­ny na smoku ma obo­wią­zek spła­ce­nia tzw. Długu Krwi, który trwa dwa­dzie­ścia peł­nych okrą­żeń smoka. Każdy oby­wa­tel chcąc miesz­kać na smoku musi go spła­cić. Po tym cza­sie oby­wa­tel może nadal żyć na smoku lub zde­cy­do­wać się na ko­rzy­sta­nie z wol­no­ści. Wszy­scy, któ­rzy zdo­ła­li spła­cić Dług Krwi, otrzy­mu­ją od Ci­chych pie­nią­dze i to­wa­ry na nową ścież­kę życia.

Kasty Smoka:

Po­ma­rań­czo­wy pas – Ro­bot­ni­cy

Naj­licz­niej­sza grupa zaj­mu­ją­ca się upra­wą ro­ślin do spo­ży­cia i in­nych celów.

Ja­sno­nie­bie­ski pas – Pracz­ki

Osoby od­po­wie­dzial­ne za czysz­cze­nie odzie­ży oraz pie­lę­gna­cję kwia­tów w pa­row­ni.

Brą­zo­wy pas – Ku­cha­rze

Przy­go­to­wu­ją po­sił­ki za­pew­nia­ją­ce ener­gię innym na cały dzień.

Złoty pas – Ma­go­wie

Uczą się magii bo­jo­wej i czę­sto to­wa­rzy­szą wo­jow­ni­kom w po­dró­żach.

Zie­lo­ny pas – Zie­la­rze

Zaj­mu­ją się upra­wą ziół lecz­ni­czych i two­rze­niem mik­stur.

Czar­ny pas – Cisi

Ka­pła­ni za­rzą­dza­ją­cy ka­sta­mi oraz peł­nią­cy funk­cję wy­słan­ni­ków wiary Gaji.

Szary pas – Obroń­cy

Wo­jow­ni­cy chro­nią­cy smoka przed Stwo­rze­nia­mi Nocy i in­ny­mi za­gro­że­nia­mi.

Czer­wo­ny pas – Wo­jow­ni­cy

Wy­sy­ła­ni na misje zdo­by­wa­nia dóbr i po­lo­wań.

Fio­le­to­wy pas – Ar­chi­wi­ści

Kla­sy­fi­ku­ją wie­dzę i sym­bo­le magii.

Biały pas – Po­dróż­ni­cy

Wy­sy­ła­ni na dłu­gie misje poza smo­kiem; wy­mie­nia­ją to­wa­ry i po­zy­sku­ją nową wie­dzę.

Ró­żo­wy pas – Al­che­mi­cy

Two­rzą mik­stu­ry, na­wo­zy do grzy­bów i ba­da­ją fi­lo­zo­fię oraz magię ho­mun­ku­lu­sów.

Ciem­no­nie­bie­ski pas – Tre­se­rzy

Od­po­wia­da­ją za tre­su­rę wierz­chow­ców i zwie­rząt do­mo­wych.

Żółty pas – Bi­blio­te­ka­rze

Dbają o kon­ser­wa­cję ksiąg w bi­blio­te­ce.

Ciem­no­zie­lo­ny pas – Mi­to­lo­dzy

Spe­cja­li­zu­ją się w ho­dow­li grzy­bów.

Ciem­no­brą­zo­wy pas – Spe­cja­li­ści

Od­po­wie­dzial­ni za rze­mio­sło, ko­wal­stwo, bu­dow­nic­two i ko­pa­nie tu­ne­li.

Ja­sno­czer­wo­ny pas – Me­dy­cy 

Od­po­wie­dzial­ni za spra­wy zdro­wot­ne osób za­miesz­ku­ją­cych smoka.

Bor­do­wy pas – Ze­gar­mi­strze 

Osoby od­po­wie­dzial­ne za okre­śla­nie czasu.

Gra­fi­to­wy pas – Za­bój­cy Bogów

Nie­licz­na grupa opo­wie­dzial­na za usy­pia­nie obu­dzo­nych upa­dłych.

Ja­sno­brą­zo­wy pas – Kar­to­gra­fo­wie

Two­rzą i ak­tu­ali­zu­ją mapy, ka­mie­nie na­wi­ga­cyj­ne.

 

Pod­sta­wo­wa Orien­ta­cja po Astrum dla Przy­głu­pich Po­szu­ki­wa­czy Przy­gód

 

Przy­szłe po­ko­le­nia po­win­ny być wdzięcz­ne, że ja, Wiel­ki Al­bert Po­dróż­nik, zo­sta­wiam wam tę nie­zwy­kle cenną wie­dzę! Wszy­scy od­ra­dza­li mi pod­ję­cie tego fachu, ale moje po­czy­na­nia i ogrom­na wie­dza będą prze­ka­zy­wa­ne w le­gen­dach.

Więc chcesz zo­stać po­dróż­ni­kiem? Ta krót­ka notka jest dla cie­bie.

Na po­czą­tek:

1. Jeśli twoja in­te­li­gen­cja nie prze­wyż­sza moż­li­wo­ści fli­pe­rów, daj sobie spo­kój z dal­szą lek­tu­rą.

2. Jeśli twoja orien­ta­cja spro­wa­dza się do gu­bie­nia się na smoku, prze­stań czy­tać dalej.

3. Je­steś ciapą? Zo­stań tam, gdzie je­steś. Rów­nie do­brze mo­żesz sko­czyć w prze­paść albo dać się roz­szar­pać po­two­rom – na to samo wyj­dzie.

4. Wie­dza to po­tę­ga dla kogoś, kto chce prze­żyć. Jeśli nie masz ocho­ty się uczyć, daj sobie spo­kój z tym fa­chem.

5. Wiedz, że nic nie wiesz. Uświa­do­mie­nie sobie, że ta­jem­ni­ce skry­wa­ne w ciem­no­ści czę­sto wy­kra­cza­ją poza nasze ro­zu­mie­nie, ura­tu­je ci życie.

Do­tar­łeś do tego punk­tu? Czy­taj dalej!

Astrum dzie­li­my na war­stwy, które ota­cza­ją wiel­ką Ot­chłań – nie­skoń­czo­ną dziu­rę cią­gną­cą się w górę i w dół. Wokół Ot­chła­ni po­ru­sza­ją się smoki, na któ­rych żyje więk­szość miesz­kań­ców Astrum. Trzy głów­ne war­stwy są za­miesz­ka­ne przez różne rasy, które w mniej­szym lub więk­szym stop­niu zo­sta­ły zba­da­ne. War­stwy znaj­du­ją­ce się po­wy­żej i po­ni­żej tych głów­nych po­zo­sta­ją w dużej mie­rze nie­zba­da­ne z po­wo­du trud­no­ści w po­dró­żo­wa­niu.

Im wyżej lub niżej od głów­nych warstw, tym bar­dziej ra­dy­kal­nie zmie­nia­ją się biomy i śro­do­wi­sko. Smoki po­dró­żu­ją głów­nie po środ­ko­wej war­stwie miesz­kal­nej każdy swoją inną trasą. Raz na dzie­sięć okrą­żeń wcho­dzą lub scho­dzą na krót­ki czas po­wy­żej lub po­ni­żej war­stwy środ­ko­wej. Jako że nie wra­ca­ją tam przez bar­dzo długi czas, lu­dzie ra­czej nie scho­dzą ze smoka pod­czas po­sto­ju na tych war­stwach. Po­wrót na war­stwę środ­ko­wą jest nie­zwy­kle ry­zy­kow­ny.

Ot­chłań służy jako głów­ny punkt na­wi­ga­cyj­ny. Wokół niej znaj­du­ją się ogrom­ne for­ma­cje skal­ne z wy­rzeź­bio­ny­mi sym­bo­la­mi wska­zu­ją­cy­mi kie­run­ki oraz numer war­stwy. Dzię­ki nim można do­wie­dzieć się, gdzie się znaj­du­je­my i w którą stro­nę zmie­rza­my. Na szla­kach poza smo­kiem czę­sto można zna­leźć mniej­sze wer­sje tych ka­mie­ni, które wska­zu­ją kie­ru­nek, nazwę miej­sca i numer war­stwy. Wszyst­kie takie ka­mie­nie są kon­ser­wo­wa­ne za po­mo­cą magii przez kar­to­gra­fów i po­dróż­ni­ków. Za­da­niem tych osób jest ry­so­wa­nie map i do­star­cza­nie ich do ar­chi­wów po­szcze­gól­nych smo­ków.

W hi­sto­rii ist­nia­ło wiele prób zbu­do­wa­nia po­łą­czeń mię­dzy war­stwa­mi po­przez skom­pli­ko­wa­ną sieć tu­ne­li. Nie­ste­ty, tu­ne­le te są nie­zba­da­ne i za­miesz­ka­ne przez róż­no­rod­ne, wro­gie stwo­rze­nia nocy . Bu­do­wa szla­ków czy scho­dów w tym śro­do­wi­sku gra­ni­czy z cudem. Wła­śnie dla­te­go wszyst­kie war­stwy poza trze­ma głów­ny­mi na­zy­wa­my Cmen­ta­rzy­skiem Po­dróż­ni­ków.

Ow­szem, zda­rza­ły się przy­pad­ki po­dróż­ni­ków, któ­rzy wró­ci­li z in­nych warstw, ale ich stan psy­chicz­ny czę­sto unie­moż­li­wiał zwe­ry­fi­ko­wa­nie zdo­by­tej wie­dzy. Do­dat­ko­wo, mało kto od­wa­ża się na takie wy­pra­wy. Ist­nie­ją rów­nież pra­daw­ne mapy stwo­rzo­ne przez inne rasy, ale czę­sto są one nie­czy­tel­ne, nie­ak­tu­al­ne lub trud­ne do zro­zu­mie­nia. Wiecz­na ciem­ność oraz ska­li­ste te­re­ny do­dat­ko­wo utrud­nia­ją po­dró­że i orien­ta­cję w te­re­nie. To ko­niec pierw­sze­go wpisu i po­czą­tek mojej wspa­nia­łej przy­go­dy!

PS: To pierw­sza i ostat­nia notka au­tor­stwa „Wiel­kie­go” Po­dróż­ni­ka Al­ber­ta, przy­głu­pa, który wpadł na ge­nial­ny po­mysł prze­lo­tu na swoim wierz­chow­cu przez Ot­chłań. Wielu przed nim pró­bo­wa­ło tego sa­me­go z mi­zer­nym skut­kiem. Można się do­my­ślić efek­tów jego de­cy­zji po ilo­ści ist­nie­ją­cych wpi­sów. Trak­to­wać z przy­mru­że­niem oka! Ko­cha­ją­ca Żona dla Męża, który dużo chla­pał ję­zo­rem, a mało robił.

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

Witaj. :)

Skoro beta Ambush, to musi być solidna. :) 

Na pewno w podziw wprawia Twoja wyobraźnia oraz pomysł na całą opowieść. :) 

Dodatkowe wtrącenia pod koniec, jak rozumiem, będą oddzielone od fabuły, choć nieco zaskoczyły przy czytaniu. :)

Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :) 

Pecunia non olet

Te wtrącenia to krótkie formy informacyjne na temat świata – taki mały dodatek, który czytasz tylko z ciekawości. Pomyślałem, że w ten właśnie sposób rozszerzę świat, a mam tego sporo – od opisu systemu magii, roślinności, kultury, języka, religii, po rysunki map, istot itd. Lekko nawiązują do reszty opowiadań.

Dziękuję i również pozdrawiam.

Rozumiem, jasne. :)

Powodzenia, dzięki, pozdrawiam serdecznie. :)

Pecunia non olet

Już w poprzedniej części napisałam, że stworzyłeś interesujący świat, a teraz dodam, że jest on także mocno osobliwy. Wyjaśnienia pod tą częścią sprawiły, że opisywane sytuacje są bardziej zrozumiałe.

Po dość dramatycznych wydarzeniach w pierwszej części tu nastąpiło pewne uspokojenie akcji, co pozwoliło mi lepiej poznać zarówno Artusa, jak i środowisko w którym się znalazł. Mam nadzieję, że ciąg dalszy okaże się równie interesujący.

Wykonanie, niestety, nie należy do najlepszych i ze smutkiem wyznaję, że nie ułatwiało lektury.

 

Muzyka znów zaczęła grać, a tancerki podjęły rytm. → Muzyka znów zabrzmiała, a tancerki podjęły rytm.

Muzyka nie gra, grają muzycy na instrumentach.

 

Wokół pasa kiwała się lampa… → Nie bardzo wiem, jak lampa mogła kiwać się wokół pasa.

Pewnie miało być: U pasa/ Przy pasie kiwała się lampa

 

zapraszając wszystkich gestem ręki. → Zbędne dookreślenie – gest to ruch ręki, więc wystarczy: …zapraszając wszystkich gestem.

 

Po środku pomieszczenia… → Pośrodku pomieszczenia

 

–  A co mam robić w tym czasie? → Wystarczy jedna spacja po półpauzie.

 

Czworo braci miało za zadanie iść prostą… → Piszesz o mężczyznach, więc: Czterech braci miało za zadanie iść prostą

Czworo to mężczyźni i kobiety.

 

Brat poddał próbę i zawrócił. → Co to znaczy poddać próbę?

 

– Parowni ? → Zbędna spacja przed pytajnikiem.

 

– Rozbierz się do naga i daj mi swoje stare ubrania. Po wyjściu ubierz te – powiedziała… → Zbędny zaimek – Artus nie miał cudzego ubrania. Ubrania wiszą w szafie, leżą na półkach i w szufladach. Odzież, którą ktoś ma na sobie to ubranie.

Ubranie można włożyć, nosić, ubrać się w nie, odziać się w nie, przywdziać je, ale ubrania nie można ubrać!!!

Winno być: – Rozbierz się do naga i daj mi stare ubranie. Po wyjściu włóż to – powiedziała

 

Muszę wyczyścić twoje ubrania. Będą czekały na ladzie… → Muszę wyczyścić twoje ubranie. Będzie czekało na ladzie

 

Gdy oddał ubrania kobiecie… → Gdy oddał ubranie kobiecie

 

na ladzie czekały na niego czyste ubrania. → …na ladzie czekało na niego czyste ubranie.

 

przyznał, sięgając po ubrania. → …przyznał, sięgając po ubranie.

 

Na ogonie smoka są slumsy… → Skąd w Twoim świecie wiadomo, co to slumsy?

Proponuję: Na ogonie smoka mieszka biedota… Lub: Na ogonie smoka jest dzielnica biedoty.

 

położył torbę obok i ułożył się wygodnie. → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: …postawił torbę obok i ułożył się wygodnie.

 

Wciąż czuł się zrelaksowany, jakby parownia wypłukała z niego cały stres i zmęczenie. → Te słowa, jako zbyt współczesne, nie mają racji bytu w tym opowiadaniu.

Proponuję: Wciąż czuł się odprężony, jakby parownia wypłukała z niego całe zmęczenie.

 

W tych wiecznie panujących ciemnych dzwony były jedynym sposobem mierzenia czasu. → Pewnie miało być: W tych wiecznie panujących ciemnościach, dzwony były jedynym sposobem mierzenia czasu.

 

powiedziała kobieta, opierając się o ladę.– Wszyscy… → Brak spacji po kropce.

 

Ohyda…. → Ohyda

Po wielokropku nie stawia się kropki!

 

Cholera wie, z czego to robią –powiedziała kobieta obojętnie. → Skąd kobieta w tym świecie wie, co to cholera?

Proponuję: Nie mam pojęcia, z czego to robią powiedziała kobieta obojętnie.

 

Fala energii rozlała się po jego ciele. → Zbędny zaimek.

 

Artus udał się do parowni po swoje ubrania. → A może zwyczajnie: …Artus poszedł do parowni po swoje ubranie.

 

Ale jeden kram szczególnie przykuł jego uwagę. Ludzie omijali je szerokim łukiem. → Piszesz o kramie, który jest rodzaju męskiego, więc w drugim zdaniu: Ludzie omijali go szerokim łukiem.

 

Wypełnione były zieloną cieczą, a w ich wnętrzu unosiły się. Części ciała. → A może: Wypełnione były zieloną cieczą, w której unosiły się… części ciała.

 

Wooow… czyli gdybyś przyczepiła mi skrzydła, mógłbym latać? → – Łaaał… czyli gdybyś przyczepiła mi skrzydła, mógłbym latać?

 

Pogłaskała dziecko po głowie.– My… → Brak spacji po kropce.

 

Ich się spytaj. Ich zapytaj.

 

Spod kaptura wystawały długie czułki, a z głębi materiału błyszczały liczne, okrągłe oczy. → Materiał nie ma głębi. Głębię ma kaptur.

Proponuję: Spod kaptura wystawały długie czułki, a w jego głębi błyszczały liczne, okrągłe oczy.

 

Całą głowę pokrywało gęste, brązowe futro. → Skoro insektoid miał na głowie kaptur, to skąd wiadomo, że całą głowę pokrywało futro?

 

Rasa insektoidów, jak powszechnie ich nazywano, słynęła ze swojej inteligencji i wiedzy magicznej. → Zbędny zaimek – czy rasa mogła słynąć z cudzej inteligencji?

Wystarczy: Rasa insektoidów, jak powszechnie ich nazywano, słynęła z inteligencji i wiedzy magicznej.

 

– W czym mogę pomóc? – usłyszał chrapliwy głos. → Czy dobrze rozumiem, że insektoid, zadając pytanie, usłyszał chrapliwy głos?

A może miało być: – W czym mogę pomóc? – zapytał chrapliwym głosem.

 

Jego oczy przymknęły się na moment. Kiedy ponownie je otworzył, jego głos był cichy. → Czy oba zaimki są konieczne?

 

 Artus Schował księgę do torby i odwrócił się, odchodząc w stronę wyjścia z placu…. → Dlaczego wielka litera? Czy Artus umiał jednocześnie odwracać się i wychodzić?

Proponuję: Artus schował księgę do torby, odwrócił się i ruszył w stronę wyjścia z placu.

 

***

 

Czerwony pas – Wojownicy

Czerwony pas – Medycy → Dlaczego wojownicy i medycy mieli pasy w tym samym kolorze?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Postaram się poprawić tekst dziś. Bardzo mnie cieszy, że się podobał. Co do akcji – tak, akcja rozkręci się w trzeciej części, a kulminację będzie miała w czwartej. Dużo rzeczy jest wyjaśnionych w następnej. W ostatniej dowiemy się, jaką rolę będzie pełnić w głównej linii fabularnej .

Co do błędów – niestety wiem, że mam z nimi spory problem. Kiedy płynę z procesem twórczym, o niczym innym nie myślę.

Co do pasów – uciąłem jedno słowo przez przypadek.

Miejmy nadzieję, że uważność na błędy, której mi brak, przyjdzie mi z czasem.

Dziękuje za przeczytanie i pozdrawiam serdecznie. 

Bardzo proszę, Adeksie. Bardzo się cieszę, że uznałeś uwagi za przydatne i mam nadzieję, że z czasem będziesz pisać coraz lepiej. Powodzenia! :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję. Postaram się popracować nad tym, by lepiej się czytało. Tekstów, rysunków itd. mam dużo, tylko problem w tym, że były pisane na przestrzeni lat i czasami ciężko wszystko wyłapać. Czasami czytam parę razy, a głupie błędy i tak zostają – trochę wstyd.

Adeksie, życzę, aby Twoje starania zostały uwieńczone sukcesem. Może nie przyjdzie od razu, może będzie się zbliżał drobnymi kroczkami, ale w końcu przestaniesz popełniać głupie błędy i nie będziesz miał powodu do wstydu. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka