- Opowiadanie: Zygi_Sonar - Smartfonistrz

Smartfonistrz

We Wro­cła­wiu przy­szło­ści dwój­ka mło­dych ludzi od­wie­dza ta­jem­ni­cze­go rze­mieśl­ni­ka – smart­fo­ni­strza.  
Krót­ka i cie­pła opo­wieść o po­szu­ki­wa­niu wła­snych ko­rze­ni, z ele­men­ta­mi cy­ber­pun­ku i fi­lo­zo­fii, do­pra­wio­na szczyp­tą me­lan­cho­lii i no­stal­gii. Tro­chę nauki, tro­chę baśni… i za­ro­zu­mia­ły ptak, który wie i mówi wię­cej, niż po­wi­nien.

 

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Smartfonistrz

– Coraz czę­ściej lękam się, że moja praca pój­dzie na marne. Nikt jej nie chce, nikt jej nie ro­zu­mie. Je­stem stary i sa­mot­ny, a tyle pro­ble­mów zo­sta­ło do roz­wią­za­nia – żalił się smart­fo­nistrz gwar­ko­wi. 

– Nikt! Nikt nie przy­cho­dzi! – za­wtó­ro­wał ptak za­dzior­nym tonem.

– Ale dziś… dziś ktoś nas od­wie­dzi…

– Cie­ka­we! Cie­ka­we! Czyż­byś sko­rzy­stał z…? – Za­in­try­go­wa­ny ptak chciał zadać py­ta­nie, ale smart­fo­nistrz uciął spe­ku­la­cje.

– Nie, mój mały, to tylko sta­ro­świec­kie prze­czu­cie. Gdyby ktoś przy­szedł, po­sta­raj się być miły. – Za­wsze ba­wi­ła go szorst­kość gwar­ka wobec ob­cych. Uśmiech­nął się lekko, lecz zaraz potem wpadł w głę­bo­ki, nie­po­ko­ją­cy ka­szel.

Tym­cza­sem dwoje mło­dych ludzi, zmę­czo­nych trud­ną po­dró­żą z War­sza­wy do Wro­cła­wia, nie miało po­ję­cia, co ich tam czeka.

– Prze­stań się guz­drać, mu­si­my iść! – Tymek po­cią­gnął dziew­czy­nę za rękaw fio­le­to­wej, or­ta­lio­no­wej bluzy. Prze­ci­skał się przez za­tło­czo­ną alej­kę sta­rów­ki w po­bli­żu placu Sol­ne­go, ale Kiko wciąż zo­sta­wa­ła w tyle.

– Auć! – krzyk­nę­ła, gdy ktoś na­dep­nął jej na stopę.

Z roz­pa­lo­ne­go nieba lał się żar, a blade, po­ma­rań­czo­we słoń­ce przy­ćmie­wa­ła py­ło­wa mgieł­ka. Czuła się fa­tal­nie – pot spły­wał po twa­rzy, roz­ma­zu­jąc fio­le­to­wo-zie­lo­ny ma­ki­jaż, a ró­żo­wa grzyw­ka kle­iła się do czoła.

Tymek zer­k­nął na ze­ga­rek, spraw­dza­jąc po­ziom pro­mie­nio­wa­nia. „Prze­kro­czo­ne normy. Ba­rie­ra elek­tro­ma­gne­tycz­na fak­tycz­nie nie dzia­ła. Le­piej się po­śpie­szyć, fi­zy­ka nie przy­mknie na to oka” – po­my­ślał.

Nie­ste­ty tuż za ro­giem na­tknę­li się na ulicz­ny stra­gan z je­dze­niem. W po­wie­trzu roz­ta­czał się za­pach orien­tal­nych przy­praw i przy­pa­lo­ne­go tłusz­czu. Kiko unio­sła nos. Roz­sze­rza­jąc noz­drza zi­gno­ro­wa­ła sprze­ciw chło­pa­ka – od razu usta­wi­ła się za ladą, go­to­wa zło­żyć za­mó­wie­nie. 

– Szisz kebab! Ramen! Pie­ro­gi! – na­wo­ły­wał wy­chu­dzo­ny męż­czy­zna o azja­tyc­kich ry­sach, po­trzą­sa­jąc nad ogniem wiel­kim wo­kiem. 

– Mmm, czu­jesz za­pach? Ten ramen pach­nie obłęd­nie! Osza­le­ję, jeśli go nie zjem! 

Pod dasz­kiem wózka wi­siał sta­ro­świec­ki ekran LED z trzesz­czą­cy­mi gło­śni­ka­mi. Wy­świe­tlał pro­gram z pre­zen­te­rem w fio­le­to­wej gar­son­ce i zie­lo­nej ko­szu­li, nie­na­tu­ral­nie pod­eks­cy­to­wa­ne­go wy­krzy­ki­wa­ny­mi wia­do­mo­ścia­mi.

– To już trze­ci dzień, gdy Wroc­law zmaga się z awa­rią sys­te­mu ba­rier pyło– i pro­mie­nio­chron­nych! Halo? Czy ktoś mnie sły­szy? Pre­zy­den­cie, rusz pan tyłek i weź się pan do ro­bo­ty, bo tem­pe­ra­tu­ra dziś w po­łu­dnie prze­kro­czy trzy­dzie­ści osiem stop­ni! 

– Tymek, bła­gam, zrób­my prze­rwę! – Tup­nę­ła nogą jak roz­ka­pry­szo­ne dziec­ko. 

– A wiatr? Niby umiar­ko­wa­ny, ale wy­star­cza­ją­co silny, żeby pod­bić ci oko. Burzy pia­sko­wej dziś nie prze­wi­du­ją – jesz­cze.

– Nikt ci nie kazał wczo­raj pić, ani je­chać tutaj na kacu! – wark­nął Tymek. Z na­tu­ry wy­jąt­ko­wo opa­no­wa­ny mło­dzie­niec do­cie­rał do gra­nic cier­pli­wo­ści.

– Ma­gne­to­pa­ci, całe szczę­ście, twier­dzą że nie wy­czu­wa­ją zbli­ża­ją­cych się roz­bły­sków słoń­ca, które mo­gły­by wy­wo­łać elek­tro­ma­gne­tycz­ne burze. Za­gro­że­nie w tym za­kre­sie jest umiar­ko­wa­ne… hope so! 

– Je­steś nie­oce­nio­nym wspar­ciem, czyli tak jak obie­cy­wa­łaś… – iro­ni­zo­wał Tymek. Syk­nął tak ką­śli­wie, że Kiko za­po­mnia­ła o wszyst­kich bo­lącz­kach.

 – Ale sami wie­cie, jak jest… Uży­wa­nie urzą­dzeń elek­trycz­nych jak zwy­kle na wła­sną od­po­wie­dzial­ność. Ale jak to mówią „No risk, no story!”.

– No do­brze, prze­pra­szam! Wy­bacz mi, pro­szę. – Po­ła­sko­ta­ła go po bro­dzie. – Może po wszyst­kim zjemy coś tutaj?

 Po prze­rwie – setna rocz­ni­ca rze­ko­me­go lą­do­wa­nia Ame­ry­ka­nów na Księ­ży­cu! Wy­czy­nu, któ­re­go do dziś nie udało się po­wtó­rzyć ni­ko­mu… poza Chiń­czy­ka­mi. Ofi­cjal­na wer­sja kon­tra teo­rie spi­sko­we! Tylko u nas, sam wy­bierz swoją praw­dę!

– Zo­ba­czy­my. Zo­sta­ło mało czasu. Idę tam, z tobą lub bez! – Tymek prze­tarł za­py­lo­ne oku­la­ry w gru­bych, nie­mod­nych opraw­kach i żwawo ru­szył przed sie­bie. Dra­ma­tycz­ny ton wy­po­wie­dzi nie pa­so­wał do jego in­tro­wer­tycz­ne­go uspo­so­bie­nia – tym bar­dziej zdra­dzał, jak bar­dzo za­le­ża­ło mu na re­ali­za­cji planu.

Aby nie po­gar­szać sy­tu­acji Kiko uda­wa­ła, że na­rzu­co­ne przez Tymka tempo nie spra­wia jej pro­ble­mów. Na szczę­ście pra­cow­nia smart­fo­ni­strza była już bli­sko. Mie­ści­ła się w piw­ni­cy jed­nej z ka­mie­nic na obrze­żach rynku.

Mu­sie­li przejść przez ka­mien­ną bramę pro­wa­dzą­cą do ma­łe­go po­dwór­ka, ota­cza­ją­cy je mur po­ra­stał cy­ber­ne­tycz­ny bluszcz mi­go­czą­cych kabli. Za­byt­ko­wą fa­sa­dę bu­dyn­ku, ozdo­bio­ną rzeź­bio­ny­mi okien­ni­ca­mi, po­kry­wa­ły pul­su­ją­ce neony. 

– Pa­mię­taj, żad­ne­go ga­da­nia o bzdu­rach. Nie mo­że­my mar­no­wać czasu. Jest ważny, bo jest ob­se­sją mi­strza, ro­zu­miesz?

– Tak jest, panie ka­pi­ta­nie Tymi! – Za­sa­lu­to­wa­ła i uszczyp­nę­ła go w rękę. 

– Kopnę cię, jeśli coś schrza­nisz. – Na ustach chło­pa­ka po­ja­wił się cień uśmie­chu. Kiko wie­dzia­ła, jak go roz­ch­mu­rzyć.

Do piw­ni­cy smart­fo­ni­strza trze­ba było zejść po stro­mych schod­kach. Szli ostroż­nie, jak do ciem­nej ja­ski­ni. Drew­nia­ne drzwi gło­śno za­skrzy­pia­ły. W środ­ku pa­no­wał nie­przy­jem­ny za­duch pa­pie­ro­so­we­go dymu, kurzu i stę­chli­zny. Kiko prze­ły­ka­ła ślinę raz za razem, pró­bu­jąc po­wstrzy­mać mdło­ści.

Stare urzą­dze­nia pię­trzy­ły się na pół­kach, w ga­blo­tach, na me­blach i pod­ło­dze. Więk­szość dawno wy­szła z użyt­ku – ma­szy­ny do pi­sa­nia, kom­pu­te­ry z ma­syw­ny­mi ki­ne­sko­po­wy­mi ekra­na­mi, gło­śni­ki, gra­mo­fo­ny oraz wieże hi-fi.

Ogrom­ną część sprzę­tów sta­no­wi­ły ze­ga­ry, cy­fro­we i ana­lo­go­we. Nie­któ­re wciąż dzia­ła­ły, mącąc ciszę jed­no­cze­snym ty­ka­niem wska­zó­wek. Cha­rak­te­ry­stycz­ny dźwięk, ja­kie­go próż­no było szu­kać gdzie­kol­wiek in­dziej.

Wśród nich były te­le­fo­ny, ja­kich Kiko i Tymek nigdy wcze­śniej nie wi­dzie­li – ma­syw­ne słu­chaw­ki z ka­bla­mi w kształ­cie spi­ra­li i nu­me­rycz­ny­mi tar­cza­mi, a także ar­cha­icz­ne ko­mór­ki z ma­ły­mi ekra­na­mi i kla­wia­tu­ra­mi, które nie miały in­nych funk­cji, niż zwy­kła roz­mo­wa gło­so­wa. Były też smart­fo­ny: jedne z po­pę­ka­ny­mi ekra­na­mi, inne po­kry­te grubą war­stwą kurzu i ople­cio­ne pa­ję­czy­na­mi. 

Na ścia­nach wi­sia­ły dy­plo­my po­twier­dza­ją­ce mi­strzow­ski kunszt oraz na­gro­dy przy­zna­ne za spe­cja­li­stycz­ne za­słu­gi. Kiko prze­szedł dreszcz na widok nie­po­ko­ją­ce­go ob­ra­zu przed­sta­wia­ją­ce­go sta­re­go męż­czy­znę, który od­bie­ra skrzy­dła mło­dzień­co­wi. Były też pla­ka­ty – wśród nich „Blade Run­ner” Ri­dleya Scot­ta i „In­cep­cja” Chri­sto­phe­ra No­la­na. 

Sę­dzi­wy męż­czy­zna o krę­pej syl­wet­ce sie­dział w sze­ro­kim fo­te­lu obi­tym po­ma­rań­czo­wą skórą. Jego cera miała nie­zdro­wy, bla­do­sza­ry od­cień, jakby od dawna nie wi­dział słoń­ca. Ster­ta nie­do­pał­ków wy­pa­da­ła z po­piel­nicz­ki na sto­li­ku.

Na ra­mie­niu smart­fo­ni­strza sie­dział czar­ny ptak z żół­tym dzio­bem i cha­rak­te­ry­stycz­nym wzo­rem na gło­wie. Przy­glą­dał im się prze­ni­kli­wym wzro­kiem, jakby chciał coś po­wie­dzieć.

– Dzień dobry, chcie­li­by­śmy… – za­czął w końcu Tymek.

– Ćśś! – uci­szył go smart­fo­nistrz wy­mow­nym ge­stem.

 Ze­ga­ry za­czę­ły bić, jeden po dru­gim, wy­bi­ja­jąc wpół do trze­ciej. Do­pie­ro gdy dźwięk ucichł, sta­rzec opu­ścił palec.

– Zwy­kłem za­czy­nać spo­tka­nia o peł­nej go­dzi­nie, ale skoro nie ma ko­lej­ki… Jest czter­na­sta trzy­dzie­ści, więc mo­że­my za­czy­nać – rzekł, wi­dząc ich kon­ster­na­cję. – Z czym do mnie przy­cho­dzi­cie, droga mło­dzie­ży?

– Mamy smart­fo­na, który leżał przez wiele lat w szu­fla­dzie i nie wiemy czy dzia­ła. Na­le­żał do mojej mamy – wy­ce­dził drżą­cym gło­sem Tymek i zbli­żył się do mi­strza, by prze­ka­zać mu urzą­dze­nie.

– Nie tak pręd­ko! – za­skrze­czał gwa­rek.

– Łał! – Kiko aż pod­sko­czy­ła. – Czy to jest praw­dzi­wy ptak? On mówi?!

– A jaki ma być? Praw­dzi­wy, choć elek­trycz­ny! – obu­rzył się, uno­sząc skrzy­dła.

– Gwar­ki wy­gi­nę­ły wiele lat temu, moje dziec­ko. To świet­ny kom­pan, choć bywa nie­grzecz­ny. Po­le­cam! – wy­ja­śnił męż­czy­zna. Za­uwa­żył, że miny gości nie zdra­dza­ją zro­zu­mie­nia. – Dziw­niej­sze by­ło­by, gdy­bym miał elek­trycz­ną owcę – za­śmiał się cicho. – Po co ma­rzyć o elek­trycz­nej owcy, skoro można mieć mó­wią­ce­go gwar­ka?

Sta­ru­szek na­wią­zał do nie­mal za­po­mnia­nej kla­sy­ki, zwłasz­cza odkąd elek­trycz­ne zwie­rzę­ta stały się co­dzien­no­ścią. 

– Przy­pad­kiem nie na­zy­wa się Gro­ucho? – za­żar­to­wał Tymi.

– Im­po­nu­ją­ce! Za­czy­nam cię lubić. – Ge­stem za­chę­cił ich, by mó­wi­li dalej.

– Ro­dzi­ce Tymka zmar­li, gdy miał kilka lat. W pa­mię­ci te­le­fo­nu mu­sia­ły zo­stać ja­kieś wspo­mnie­nia – Kiko nie wy­trzy­ma­ła i wy­pa­li­ła, nie umie­jąc po­wstrzy­mać emo­cji. – Bar­dzo pro­si­my, panie smart­fo­ni­strzu, pomóż nam go włą­czyć!

– Ojej, i po co wam to? – Sta­rzec zga­sił ich chłod­nym tonem.

– Po-co-wam-to? – za­sy­la­bi­zo­wał wście­kły gwa­rek, trze­po­cząc skrzy­dła­mi.

– Cza­sem przy­cho­dzą do mnie tacy jak wy. Chcą grze­bać w prze­szło­ści, choć to nie ma sensu. Myślą, że cofną czas, wskrze­sza­jąc ja­kieś wspo­mnie­nia… na­gra­nia i zdję­cia. Pew­nie mogę to na­pra­wić, ale…

– Ważne są tylko te dni, któ­rych jesz­cze nie znamy… na na na na! – za­śpie­wał gwa­rek.

– Ostrze­gam was, moje dzie­ci. Wspo­mnie­nia nie za­wsze przy­no­szą uko­je­nie. Czas… jest nie­ugię­ty.

– Te, na które cze­ka­my… na na na na na! – Ptak za­śpie­wał resz­tę re­fre­nu. Sta­rzec po­gro­ził mu pię­ścią, by nie prze­ry­wał.

– Czas jest względ­ny, panie smart­fo­ni­strzu. Za­le­ży od per­spek­ty­wy ob­ser­wa­to­ra – Tymek miał wra­że­nie, że sta­rzec te­stu­je jego wie­dzę.

– Słusz­na uwaga! Ale wiesz, że nie pstryk­nę nagle pal­ca­mi, co­fa­jąc bieg wy­da­rzeń. To, mój drogi, by­ło­by nie­moż­li­we.

– Moż­li­we! Moż­li­we! – nie zgo­dził się gwa­rek.

– Może i moż­li­we, gdyby zgłę­bić rze­czy­wi­stość kwan­to­wą. Ale… siedź cicho, mały zdraj­co! – gwa­rek wy­raź­nie roz­zło­ścił sta­rusz­ka.

– Moż­li­we! Cena jest wy­so­ka, ale moż­li­we! 

– Co za pta­szy­sko! Niby AI… tre­nu­jesz je i szko­lisz przez lata, na wła­snych tek­stach i po co? Ono wciąż ha­lu­cy­nu­je! – Z ner­wów aż za­pa­lił pa­pie­ro­sa. – Miał być wyż­szą isto­tą, a to tylko wred­ny ptak!

– Pro­fe­sor! Prof…! – Gwa­rek za­milkł w po­ło­wie słowa, zmie­rzo­ny groź­nym wzro­kiem mi­strza. W tym cza­sie znu­dzo­na Kiko ziew­nę­ła po raz trze­ci, a Tymek roz­glą­dał się po ką­tach.

– Ludz­kość od lat nie ru­szy­ła z miej­sca w ba­da­niach nad rze­czy­wi­sto­ścią kwan­to­wą. Nie­któ­rzy twier­dzą, a wśród nich naj­wi­docz­niej pe­wien za­ro­zu­mia­ły ptak, że jej zgłę­bie­nie otwo­rzy­ło­by furt­kę do kon­tro­li nad cza­sem, nawet jeśli w ogra­ni­czo­nym za­kre­sie.

Kiko za­kasz­la­ła od dymu. Smart­fo­nistrz za­cią­gnął się dwa razy i zga­sił nie­do­pa­łek.

– Głęb­sze zro­zu­mie­nie rze­czy­wi­sto­ści kwan­to­wej mo­gło­by pomóc w lep­szym po­zna­niu na­tu­ry czasu i prze­strze­ni. Cho­dzi o splą­ta­nie kwan­to­we czy…

– …su­per­po­zy­cję, de­ter­mi­nu­ją­cą nasze po­ję­cie czasu. Mo­gli­by­śmy zy­skać nowe spoj­rze­nie na na­tu­rę czasu i jego po­ten­cjal­ne ma­ni­pu­la­cje! – do­koń­czył za nim pod­eks­cy­to­wa­ny Tymek.

– Py­ta­nie tylko, za jaką cenę? – wąt­pił sta­rzec.

– Mo­że­my teo­re­tycz­nie po­dró­żo­wać w przy­szłość… ale cof­nię­cie się? – Tymek był rów­nież scep­tycz­ny. Sta­rzec przy­glą­dał mu się uważ­nie.

– In­te­re­su­jesz się fi­zy­ką, chłop­cze? – Smart­fo­nistrz spoj­rzał na Tymka. W jego oczach po­ja­wił się błysk, jakby roz­wa­żał kieł­ku­ją­cą w nim myśl.

– Tak! Tymi jest świet­ny… w tej nauce! Wszyst­kie­go na­uczył się sam, cią­gle czyta książ­ki! – Kiko ko­lej­ny raz wy­rwa­ła się z od­po­wie­dzią.

Smart­fo­nistrz do­pie­ro teraz za­uwa­żył na ko­szul­ce chło­pa­ka wi­ze­ru­nek pol­skie­go fi­zy­ka, zna­ne­go w dru­giej de­ka­dzie dwu­dzie­ste­go pierw­sze­go wieku.

– Pa­mię­tam An­drze­ja… Znik­nął w nie­wy­ja­śnio­nych oko­licz­no­ściach. Może coś po­szło nie tak pod­czas ja­kie­goś eks­pe­ry­men­tu? Wiel­ka szko­da dla pol­skiej nauki. Ale… – Tymek i Kiko po­kor­nie cze­ka­li na roz­wój wy­da­rzeń – wy nie przy­szli­ście tu po wy­kład, tylko od­zy­ska­nie wspo­mnień. No do­brze. Skoro znasz się na fi­zy­ce, to zro­bię wy­ją­tek. Po­każ­cie mi tego smart­fo­na.

Tymek wyjął z ple­ca­ka ba­weł­nia­ny wo­re­czek i wy­cią­gnął z niego czer­wo­ny te­le­fon z lekko pęk­nię­tym ekra­nem. Po­ło­żył go na dłu­gich, wą­skich pal­cach ro­bo­tycz­ne­go ra­mie­nia.

– O! Pa­mię­tam ten model. Był po­pu­lar­ny ja­kieś trzy­dzie­ści lat temu. Ma nie­ty­po­we wej­ście.

 Me­cha­nicz­ne ramię o spi­cza­stych pal­cach pod­trzy­my­wa­ło nie­wiel­kie urzą­dze­nie. Cy­fro­we oku­la­ry mi­strza miały so­czew­ki o zmien­nym kształ­cie, które dy­na­micz­nie do­sto­so­wy­wa­ły po­więk­sze­nie i ostrość.

– Ma pan od­po­wied­nie złą­cze? – Tymi aż mru­żył oczy z prze­ję­cia.

– Masz do tego smy­kał­kę, mój chłop­cze. Muszę tylko się­gnąć do dol­nej szu­fla­dy. – Wy­cią­gnął pęk kabli z wie­lo­ma koń­ców­ka­mi o róż­nych kształ­tach i roz­mia­rach. – Któ­raś po­win­na pa­so­wać.

Grze­bał w ka­blach, marsz­cząc brwi. Nie­po­kój Tymka na­ra­stał.

– Musi tu być…

– Panie smart­fo­ni­strzu, a co przed­sta­wia ten obraz? – Kiko wska­za­ła pal­cem re­pro­duk­cję, która wcze­śniej przy­ku­ła jej uwagę.

– Schönfeld, ba­ro­ko­wy mistrz. Przed­sta­wił Chro­no­sa, wład­cę czasu, który pod­ci­na skrzy­dła Ero­so­wi, boż­ko­wi mi­ło­ści.

– Dla­cze­go? Co to zna­czy?

– Zo­staw­my to. Le­piej, żeby czas trzy­mał się z dala od wa­szych skrzy­deł.

– A czy ten Chro­nos mógł cof­nąć czas? – Czuła nie­do­syt. Tymek wy­słał jej upo­mi­na­ją­ce spoj­rze­nie.

– To idea, która od za­wsze roz­pa­la ludz­kie umy­sły. Daj mi się sku­pić, dziec­ko – rzu­cił w kie­run­ku Kiko.

Pod­łą­czył ko­lej­ną wtycz­kę i po kil­ku­na­stu se­kun­dach ekran urzą­dze­nia roz­bły­snął bia­łym świa­tłem.

– No i jest! – oznaj­mił suk­ces, uno­sząc pięść z sa­tys­fak­cją.

– Jest! Jest! Jest! – Gwa­rek roz­ło­żył skrzy­dła i ob­ra­ca­jąc się, wy­ko­nał trium­fal­ny ta­niec.

– Te­le­fon zaraz się włą­czy. Za­bez­pie­cze­nia? Chwi­la mo­ment i po spra­wie. Ja­kieś ha­seł­ko, czy tam PIN, bułka z ma­słem. – Pod­łą­czył ko­lej­ne urzą­dze­nie, a po chwi­li nie­pew­no­ści…

– Dzia­ła! Go­to­wi?

Smart­fon od­two­rzył po­wi­tal­ną me­lo­dię.

– Ba­te­ria jest cał­ko­wi­cie znisz­czo­na. Te­le­fon bę­dzie dzia­łał tylko na kablu.

– Śmia­ło! Śmia­ło! – ser­decz­nie za­chę­cał gwa­rek.

Chło­pak po­chy­lił się nad te­le­fo­nem. Tuż za nim stała Kiko, oparł­szy się na barku Tymka wy­cią­gnę­ła szyję, żeby do­brze wi­dzieć.

– Czego wła­ści­wie szu­ka­my? Jakiś kon­kret­ny czas cię in­te­re­su­je? 

– Nic kon­kret­ne­go, panie smart­fo­ni­strzu. – Kiko prze­ję­ła ini­cja­ty­wę wi­dząc pa­ra­liż chło­pa­ka. – Tymek chciał­by zo­ba­czyć swo­ich ro­dzi­ców, po któ­rych nie zo­sta­ło mu wiele wspo­mnień. Za­cznij­my od zdjęć!

Smart­fo­nistrz wy­świe­tlił pierw­sze fo­to­gra­fie. Przed­sta­wia­ły mło­de­go męż­czy­znę w śmiesz­nej czap­ce na gór­skim szla­ku.

– To tata… Nie pa­mię­tam go ta­kie­go mło­de­go – głos Tymka za­ła­my­wał się z emo­cji.

 Wiesz co? Je­steś do niego po­dob­ny – po­wie­dzia­ła Kiko z ro­sną­cym en­tu­zja­zmem.

Prze­wi­ja­li ko­lej­ne fo­to­gra­fie – były na nich wi­do­ki, je­dze­nie, zwie­rzę­ta, aż w końcu…

– Jest! Mama! – Tymek prze­su­nął pal­ca­mi po ekra­nie, by zro­bić zbli­że­nie i przyj­rzeć się jej mło­dej twa­rzy.

– Była prze­pięk­na – wy­szep­ta­ła Kiko z za­chwy­tem.

Miała kasz­ta­no­we włosy do ra­mion i cie­pły uśmiech. Stała przy drzew­ku cy­tru­so­wym w ma­low­ni­czej ulicz­ce.

– Gre­cja – za­uwa­żył smart­fo­nistrz.

– Dużo po­dró­żo­wa­li, praw­da? – prze­ży­wa­ła Kiko.

– Być może – od­parł Tymek, siląc się, by nie za­drżał mu głos.

W końcu na­tra­fi­li na na­gra­nie. Z te­le­fo­nu wy­brzmiał śmiech dziec­ka. Mały chło­piec o pu­co­ło­wa­tej buzi i nie­mal łysej głów­ce sta­wiał nie­pew­ne kroki w samej pie­lusz­ce.

– Brawo, ma­lusz­ku!

– Ale dziel­ny! – W gło­sie sły­szal­ne były szczę­ście i duma.

– Tymuś, to ty! – Kiko pod­ska­ki­wa­ła, klasz­cząc z ra­do­ści. 

– Dziel­ny! Brawo! Brawo! – za­chwy­cał się gwa­rek.

Oglą­da­li ko­lej­ne filmy z wiel­kim prze­ję­ciem. Na­gra­nia przed­sta­wia­ły sceny z życia ma­łe­go Tymka – kar­mie­nie zupą po­mi­do­ro­wą u babci, spa­cer z uko­cha­nym kun­del­kiem, pierw­sze jazdy na ro­we­rze, za­ba­wy na placu zabaw. Chło­pak zmru­żył oczy li­cząc, że nikt nie za­uwa­ży łez. 

– Jesz­cze raz! Włącz ten film – prze­rwa­ła, gdy przy­ga­sło świa­tło.

Nagle na styku kabli po­ja­wi­ły się iskry. Fio­le­to­wo-bia­ły stru­mień ener­gii prze­szył po­wie­trze – skoki na­pię­cia rosły. Smart­fon zgasł, wy­pusz­czo­ny przez Tymka z po­pa­rzo­nej wy­ła­do­wa­niem dłoni. Trwa­ło to chwi­lę, po któ­rej za­pa­dła cał­ko­wi­ta ciem­ność.

Przez kilka minut stali w ciszy, pró­bu­jąc prze­two­rzyć to, co się wy­da­rzy­ło. Czar­ny ekran te­le­fo­nu pul­so­wał sła­bym świa­tłem, nim osta­tecz­nie zgasł, znisz­czo­ny przez geo­ma­gne­tycz­ną burzę.

– To nie­moż­li­we! Panie smart­fo­ni­strzu, na­pra­wi pan to? Bła­gam! – Kiko zła­pa­ła mi­strza za ramię.

– Nie­ste­ty, moje dziec­ko. Tego ro­dza­ju wy­ła­do­wa­nia nisz­czą nawet dużo mniej za­awan­so­wa­ne urzą­dze­nia.

Tymek za­marł, ra­mio­na mu opa­dły.

– Kwan­to­wa rze-czy-wis-tość! – sy­la­bi­zo­wał gwa­rek.

Smart­fo­nistrz skrzy­wił się, za­ci­snął po­wie­ki i wes­tchnął cięż­ko. Wstał i po­wol­nym kro­kiem udał się za pa­ra­wan. Po chwi­li w pra­cow­ni znów za­pa­dła ciem­ność, a zza za­sło­ny roz­bły­sły wy­ła­do­wa­nia.

Kiko i Tymek po­czu­li się słabo, a na chwi­lę wręcz omdle­li. Ock­nąw­szy się, byli zdez­o­rien­to­wa­ni. 

Chło­pak po­now­nie trzy­mał w ręku dzia­ła­ją­ce­go smart­fo­na, gdy ro­bo­tycz­ne ramię na­głym ru­chem wy­rwa­ło urzą­dze­nie z ręki.

– Co tak na­praw­dę się stało? – spoj­rzał ze zdzi­wie­niem na star­ca. Miał wra­że­nie, że ten się po­sta­rzał.

– Cier­pli­wo­ści, synu. Wy­łą­czy­my te­le­fon tylko na chwi­lę. Do­sta­niesz go z po­wro­tem, obie­cu­ję. 

W ką­ci­kach ust smart­fo­ni­strza za­drżał cień uśmie­chu.

– Cena bę­dzie wy­so­ka, sta­rusz­ku. – Gwa­rek zwró­cił się do mi­strza, gdy Kiko i Tymek od­su­nę­li się na bok, roz­ma­wia­jąc mię­dzy sobą.

Smart­fo­nistrz za­czął kasz­leć, nie­mal tra­cąc od­dech. Po chwi­li, z wy­sił­kiem, od­po­wie­dział przy­ja­cie­lo­wi.

– Obaj to wiemy, mój mały. Obaj to wiemy.

Przy­mknął oczy, jakby chciał na chwi­lę od­po­cząć, po czym dodał le­d­wie sły­szal­nym gło­sem.

– Tym razem… było warto. Cho­dzi­ło o fun­da­men­ty toż­sa­mo­ści, oso­bo­wo­ści tego mło­dzień­ca. Mam prze­czu­cie, że jego przy­szłość nie bę­dzie zwy­czaj­na.

Za­milkł na chwi­lę, jakby ważył ko­lej­ne słowa, a potem szep­nął z nutą me­lan­cho­lii.

– Pa­mię­taj, że je­stem stary… i sa­mot­ny.

 

Koniec

Komentarze

Dojmująca historia Tymka. Historia z pięknym przekazem budowania swojego być na podwalinach rodziny.

 

Pozdrawiam serdeczniesmiley

 

ps. podaj adres smartfoniarza, o ile przeżył przesilenie emocjami.

"bądź dobrej myśli, bo po co być złej" Lem

Gochaw, dziękuję i również pozdrawiam!

Dokładnego adresu niestety nie pamiętam, jedynie tyle, że inspirowałem się atmosfera okolic placu Solnego – we Wrocławiu byłem zaledwie kilka razy i zawsze na krótko, ale klimat tego miasta – ujmujący :)

– Wrocław jest moim ukochanym miastem w Polsce. Jego piękno i dostojeństwo ustrojone romantyzmem mostów, jest niewysłowione.

 

Pozdrawiamsmiley

 

"bądź dobrej myśli, bo po co być złej" Lem

Ciekawe to opowiadanie. Rozgryzam zakończenie, bo nie jest /i super/ dla mnie oczywiste.

Sprawnie napisane.

Pozdrawiam serdecznie.

Cytat: […] małego podwórka, porośniętego cybernetycznym bluszczem kabli, rur i migoczących światłowodów.

“Cóś” tu nie gra, szanowny Autorze. Gdy mówimy o podwórku, polu, zagonie i tak dalej, i temu podobnie, że jest porośnięte, dotyczy to poziomej powierzchni tego, o czym mówimy. Ziemi. Porośniętej / zarośniętej trawą, stokrotkami, zielskiem, roślinami, jakich zechcesz. Więc pierwsze skojarzenie to ten “cybernetyczny bluszcz” wynurzony ponad poziom gruntu, bruku czy czego tam. Po drugie bluszcz, bluszczowate w ogóle, to rośliny pnące, obrastające ściany, płoty, cokolwiek, co daje punkty zaczepienia dla pędów czepnych. Więc czytelnik widzi ten “bluszcz” na murach, okalających podwórko typu studnia – ale o tym ani słowa w opisie… Po trzecie “migocące światłowody”. Jakim cudem, skoro w światłowodach zachodzą całkowite odbicia wewnętrzne i nic na zewnątrz się nie wydostaje, nie ma prawa się wydostać?

<><><>

Jako natomiast zwięzła opowiastka o poszukiwaniu przeszłości i cenie, jaką przychodzi za to zapłacić, tekst jest na poziomie.

Oblatywacz – i o to chodziło!  Dzięki za komentarz.

AdamKB – dziękuję za jak zwykle merytoryczne wskazówki, już uwzględnione. Dopiero po Twoim wpisie uświadomiłem sobie, że nie wiem czym jest (pod względem technicznym) światłowód. Z wykształcenia, zawodu i z duszy jestem humanistą (więc i to pisanie o fizyce to u mnie z duszą na ramieniu).

Pozdrowienia!

Witaj. :)

Ja, jako też humanistka, podziwiam tak ciekawy tekst o fizyce. :)

Ze spraw technicznych trzeba poprawić część dialogów. Dodatkowo zatrzymały mnie (tylko – do przemyślenia):

Przewijali kolejne fotografie – była na nich widoki, jedzenie, zwierzęta, aż w końcu…– tu jest literówka

– Jest! Mama! – Tymek przesunął palcami po ekranie, by zrobić zbliżenie i przyjrzeć się jej młodej twarzy.– ten wyraz małą

Podobnie trzeba poprawić “gwarka”, bo raz masz małą, a raz wielką literą. 

 

Świetny pomysł na taką ciepłą, przyjemną opowieść fantastyczną. :) Tytułowa postać dość niejednoznaczna – niby się żali, że taka samotna, że nikt nie odwiedza, ale po przybyciu młodych zbytnią gościnnością nie grzeszy. :)

 

Klikam za klimat i pomysł. :) Tekst nadaje się do rozwinięcia w piękność (o)powieść, do napisania której namawiam. :) 

Pozdrawiam serdecznie. :)

Pecunia non olet

Cóż, Zygi_Sonarze, nie mogę powiedzieć, ze zrozumiałam wszystko, co wydarzyło się w pracowni smartfonistrza, ale muszę wyznać, że spodobała mi się Twoja historyjka.

 

żalił się smartfonistrz do gwarka. → …żalił się smartfonistrz gwarkowi.

Żalimy się komuś/ czemuś, nie do kogoś/ czegoś.

 

– Ciekawe! Ciekawe! Czyżbyś skorzystał z…? – zaintrygowany ptak chciał zadać pytanie, ale smartfonistrz uciął spekulacje. → Ptak urwał wypowiedź, chciał zadać pytanie, ale nie zadał, więc didaskalia małą literą.

Sugeruję, abyś raz jeszcze sprawdził, jak zapisywać dialogi

 

– Przestań się ociągać, musimy iść! – Tymek pociągnął dziewczynę za… → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: – Przestań się guzdrać, musimy iść! – Tymek pociągnął dziewczynę

 

Czuła się fatalnie – pot spływał jej po twarzy… → Zbędny zaimek. Wiemy o czyjej twarzy jest mowa.

 

natknęli się na stragan z ulicznym jedzeniem. → Mam wrażenie, że raczej: …natknęli się na uliczny stragan z jedzeniem.

 

Wyświetlał program z prezenterem w fioletowej garsonce i zielonej koszuli… → Skoro prezenter to nie mógł być w garsonce, bo ta jest strojem kobiecym.

Proponuję: Wyświetlał program z prezenterem w fioletowym garniturze i zielonej koszuli…

 

systemu barier pyło i promieniochronnych! → systemu barier pyło- i promieniochronnych!

 

Z natury wyjątkowo opanowany młodzieniec docierał do granic swojej cierpliwości. –> Zbędny zaimek. Czy mógł docierać do granic cudzej cierpliwości?

 

Oficjalna wersja kontra teorie spiskowe tylko u nas, sam wybierz swoją prawdę! → Oficjalna wersja kontra teorie spiskowe! Tylko u nas, sam wybierz swoją prawdę!

Unikaj dodatkowych półpauz w wypowiedzi dialogowej; sprawiają, że zapis staje się mniej czytelny.

 

Wow! – Kiko aż podskoczyła. → Łał! – Kiko aż podskoczyła.

Używamy pisowni spolszczonej.

 

– Dziwniejsze byłoby, gdybym miał elektryczną owcę. – Zaśmiał się cicho. → Zbędna kropka po wypowiedzi, didaskalia małą literą. Śmiech, nawet cichy, jest odgłosem paszczowym, więc: – Dziwniejsze byłoby, gdybym miał elektryczną owcę – zaśmiał się cicho.

 

Gestem dłoni zachęcił ich, by mówili dalej. → Zbędne dookreślenie – gesty wykonuję się dłońmi/ rękami.

Wystarczy: Gestem zachęcił ich, by mówili dalej.

 

– Ojej, i po co wam to? – starzec zgasił ich chłodnym tonem. → – Ojej, i po co wam to? – Starzec zgasił ich chłodnym tonem.

 

Po–co–wam–to? – zasylabizował wściekły gwarek… → Po-co-wam-to? – zasylabizował wściekły gwarek

W tego typu konstrukcji używamy dywizów, nie półpauz.

 

– Czasem przychodzą do mnie tacy jak wy. Chcą grzebać w przeszłości, choć to nie ma sensu. Myślą, że cofną czas, wskrzeszając jakieś wspomnienia… nagrania i zdjęcia.

– Pewnie mogę to naprawić, ale → To jest jedna wypowiedź, więc enter jest zbędny:

– Czasem przychodzą do mnie tacy jak wy. Chcą grzebać w przeszłości, choć to nie ma sensu. Myślą, że cofną czas, wskrzeszając jakieś wspomnienia… nagrania i zdjęcia. Pewnie mogę to naprawić, ale

 

Starzec zagroził mu pięścią, by nie przerywał.Starzec pogroził mu pięścią, by nie przerywał.

 

Ale… siedź cicho, mały zdrajco – gwarek wyraźnie rozzłościł staruszka. → Ale… siedź cicho, mały zdrajco! Gwarek wyraźnie rozzłościł staruszka.

 

Tymek wyjął z plecaka materiałowy woreczek i wyciągnąłMateriałowy sugeruje, że woreczek może być wykonany ze wszystkiego, co jest materiałem – także np. z plastiku, papieru czy jakiejś folii.

Proponuję: Tymek wyjął z plecaka lniany/ bawełniany woreczek i wyciągnął…

 

– Schönfeld, barokowy mistrz. Przedstawił Chronosa, władcę czasu, który podcina skrzydła Erosowi bożkowi miłości. → – Schönfeld, barokowy mistrz. Przedstawił Chronosa, władcę czasu, który podcina skrzydła Erosowi, bożkowi miłości.

 

Przewijali kolejne fotografie – była na nich widoki… → Literówka.

 

– Ale dzielny! w głosie słyszalne były szczęście i duma.Didaskalia wielką literą.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bruce, ogromnie dziękuję! Co do powieści – małe szanse. Co prawda od dawna chodzi mi po głowie pomysł, by Tymi i Kiko powrócili jako postaci drugoplanowe w czymś większym, ale już bez smarfonistrza i w raczej mrocznych klimatach (zwykle muszę walczyć ze sobą by nie pozabijać wszystkich bohaterów na końcu fabuły).

 

Co do tego, że smartfonistrz narzeka na brak gości, a potem zrzędzi gdy już ich ma, to ja znam z życia takie przynajmniej dwie (pra)babcie! ;)

 

Regulatorzy – tak jak poprzednim razem ogromnie dziękuję za wszystkie uwagi. Nie wiem jak Ty to robisz, bo ja się dwoiłem i troiłem byś nie miała przy tym tyle „pracy”, a jednak… poległem. Na moje usprawiedliwienie – to stary tekst, który teraz jedynie korygowałem i aktualizowałem. Może coś nowego, co od początku będzie pisane lepiej, już tylu błędów nie będzie miało. Oby, bo… wstyd. 

I ja dziękuję, za powieść oczywiście trzymam kciuki, natomiast co do zachowania bohatera tytułowego – faktycznie bywają takie zrzędy, w sumie – w każdym wieku i obu płci. :) Pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Bardzo proszę, Zygi_Sonarze, miło mi, że mogłam się przydać. I jestem pewna, że z czasem będziesz pisać coraz lepiej i nie będziesz miał powodu do wstydu. Teraz też nie masz. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Po przerwie od forum wracam odnieść się (i oczywiście podziękować za komentarze):

 

Regulatorzy – był jeszcze wątek garsonki w Twoich uwagach, który pominąłem. Wiem, że obecnie to ubiór męski, ale w przyszłości wątpię, by była taka szufladka (chciałem, aby czytelnikowi zazgrzytało w głowie, choć teraz nie jestem pewien, czy to się udało).

 

Bruce – no jasne, że w każdym wieku i obu płci! W moim przypadku, gdybym miał więcej szczęścia i szansę poznania pradziadków, pewnie by takich zrzęd było więcej do inspiracji. A co do tych co marudzą, dobrze że są – pomarudzą, a na koniec pomogą (tak jak smartfonistrz)!

 

Pozdrawiam i dziękuję, 

Zygi 

Dzięki, powodzenia. :)

Pecunia non olet

Wiem, że obecnie to ubiór męski, ale w przyszłości wątpię, by była taka szufladka…

Pewnie chciałeś powiedzieć: Wiem, że obecnie to ubiór damski… 

Mam duże wątpliwści, czy w przyszłości panowie nosiliby spódnice i żakieciki.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zygi, 

dobry tekst. 

Dobrze budujesz narrację, Twoje opisy są plastyczne i eleganckie.

Masz ciekawe pomysły, a Twoje wizje nieodległej przyszłości nie są ani katastroficzne ani cukierkowe, są po prostu… normalne i dzięki temu autentyczne.

Niezłe powiązanie filozofii i nauki, dysputa ma w sobie może ociupinkę sztuczności, ale mi to nie przeszkadza. 

Wprowadzasz także trafnie nostalgię. 

Jednym słowem wszystko się zgadza i jest to bardzo solidny tekst, zachęcający do czytania kolejnych z serii.

Ale najbardziej urzekło mnie to, że czasy się mogą zmienić, a my dalej będziemy krytykować i śmiać się z prezydenta Wrocławia :)))))))))))

Klikam i pozdrawiam!

I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...

beeeecki – ogromnie dziękuję za komentarz i głos! Dla takich komentarzy i czytelników – warto pisać :). Fajnie, że ktoś w końcu wychwycił śmieszki z Wrocławia (przedstawiane równolegle do zachwytów nad jego klimatem)

 

regulatorzy – tak, masz rację, chodziło o damski. Niemniej, podtrzymuję – już teraz zdarza się, że ubrania konwencjonalnie uznawane za damskie, noszonego są przez mężczyzn lub osoby niebinarne (w tym dziennikarzy – dość popularne np. w branży gamedev). Nie chodzi mi o to, by robić z tego sensację. Uważam, że w przyszłości wszystkim to spowszednieje po prostu

 

Pozdrawiam,

Zygi

Zgadzam się z Tobą, Zygi. Już dziś zdarza się przywdziewanie strojów dotychczas przypisanych innej płci i jestem pewna, że w przyszłości ludzie będą się nosić jeszcze swobodniej.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Udana miniaturka, nienachalnie budująca klimat. Czytało się dobrze, bez zastrzeżeń natury chochlikowej.

facebook.com/tadzisiejszamlodziez

GreasySmooth – ponownie wielkie dzięki za odwiedziny, lekturę i komentarz!

Niezłe opowiadanie. Ciekawa historia z oryginalnie prowadzoną linią fabularną. Nie jestem pewien, czy załapałem końcówkę. Smartfonistrz (czasami piszesz smartonistrz) przeniósł się w czasie? Zastanawiałem się, czy wybór Wrocławia (poza sentymentem) ma jakieś znaczenie. Mogło się to dziać gdziekolwiek. 

Podobało mi się.

Pozdrawiam!

AP – ogromnie dziękuję za komentarz i punkcik (jak rozumiem)!

Wrocław, bo:

chciałem żeby to nie była Warszawa (tzn., by Tymek i Kiko byli w nim przyjezdnymi), a potrzebowałem dużego, polskiego miasta – to z uwagi na fakt, iż nie wykluczałem, czy kiedyś nie zrobię większego uniwersum dla swoich opowiadań (np. wiążąc postaci z tego opko z postaciami z mojego najnowszego tekstu, tzn. “Szybowanie poza Strefą (Wolność kocham, nie rozumiem)”)

kiedyś kilka razy byłem we Wrocławiu służbowo i podoba mi się to miasto, przechadzałem się po obrzeżach starówki,

w Internecie widziałem sporo razy sytuacje, w których Wrocławianie naśmiewali się z ich magistratu z uwagi na kontrowersyjne a czasem głupie decyzje (u mnie ten wątek pojawił się w audycji radiowej), ale nie jest to żaden manifest, nie śledzę polityki. Np. plaga szczurów czy zalane przejścia podziemne

 

Jeśli chodzi o zakończenie – to taki był mój zamiar, Smartonistrz cofnął czas, by zwrócić Tymkowi smartfona, ale miał zapłacić za to (jakąś) cenę. Dostrzegł w nim potencjał, więc chciał to zrobić.

 

Pozdrawiam serdecznie, Zygi

 

punkcik (jak rozumiem)!

No, tak.

 

Też napisałem dwa opowiadania, których akcja dzieje się we Wrocławiu. Jedno, bo taki był wymóg konkursu, żeby działo się gdzieś w Polsce. Drugie, też na konkurs, bo pomysł był ściśle z związany z tym miejscem i miasto było, poniekąd, bohaterem tej historii. 

u mnie ten wątek pojawił się w audycji radiowej

Rozwiniesz?

plaga szczurów

Problem dużych, popularnych miast z intensywnym życiem towarzyskim (dużo knajp).

 

zalane przejścia podziemne

Hmmm…. Ja tam ciągle widzę zalaną S8 w Warszawie.

Smartonistrz cofnął czas

A widzisz, bo ja nie byłem pewien, w którą stronę ta podróż się odbyła.

AP, nie zrozum mnie proszę źle. Wrocław stał się miejscem akcji mojego opowiadania nie dlatego, że mam do niego jakiś negatywny stosunek czy chcę go krytykować – wręcz przeciwnie. Choć byłem tam zaledwie kilka razy, mam do tego miasta spory sentyment, a moje doświadczenia były wyłącznie pozytywne. Niestety zbyt słabo to podkreśliłem w poprzednim wpisie.

Wrocław wydał mi się po prostu dobrym tłem do umiejscowienia klimatycznego warsztatu rzemieślnika – w tym przypadku „smartfonistrza” – który wykonuje swój fach według tradycyjnych zasad. 

Masz oczywiście rację, jeśli chodzi o trudności życia w dużych aglomeracjach. Wątek, który poruszyłem, odnosił się raczej do opinii niektórych mieszkańców Wrocławia w Interneciie, z którymi sam się nie spotkałem i które osobiście mi nie przeszkadzały .

 

Chodzi o ten fragment:

 

– To już trzeci dzień, gdy Wroclaw zmaga się z awarią systemu barier pyło– i promieniochronnych! Halo? Czy ktoś mnie słyszy? Prezydencie, rusz pan tyłek i weź się pan do roboty, bo temperatura dziś w południe przekroczy trzydzieści osiem stopni! 

– to była raczej poboczna refleksja i chciałem, aby była potraktowana z przymróżeniem oka (poza tym wiarygodność autora audycji ustawiłem celowo nisko, przez wzmiankę z wątpliwości o realność lądowania na Księżycu i sympatyzowanie z Chinami).

 

Dlatego proszę, nie odbieraj mojej wypowiedzi jako wywyższania Warszawy kosztem Wrocławia – absolutnie nie miałem takiej intencji. Zresztą, jeśli będziesz miał chęć, zachęcam do przeczytania innego mojego tekstu pt. Szybowanie poza strefą (wolność kocham, nie rozumiem), o którym już wspomniałem, a w którym Warszawa przedstawiona jest w znacznie bardziej krytycznym, technokratycznym i bezdusznym świetle. Trochę się to zmienia, gdy akcja przenosi się na prawy brzeg Wisły – ale nie chcę zdradzać zbyt wiele. Może znajdziesz chwilę i ochotę, by zajrzeć.

Twoje opowiadanie o Wrocławiu chętnie dodam do kolejki – z przyjemnością do niego zajrzę. Tylko wskaż proszę, które :). Pushout już dodałem do listy.

Serdecznie pozdrawiam i jeszcze raz dziękuję za przeczytanie mojego tekstu!

nie odbieraj mojej wypowiedzi jako wywyższania Warszawy kosztem Wrocławia

Ależ oczywiście. W ogóle nie odebrałem jej w ten sposób. Nawiązałem tylko do tych paru Twoich zdań. Do opowiadania, o którym wspomniałeś, na pewno zajrzę (Wolność kocham i rozumiem jest mi bliska, więc już wcześniej się przymierzałem).

W opowiadaniu, o którym wspomniałem, nazwa miasta się w ogóle nie pojawia, a historia jest dość hermetyczna, więc jeśli zajrzysz to na swoją odpowiedzialność: Recykling. Historia Szybownika. Zaletą jest to, że krótkie. Drugie opowiadanie to Rybak. Długie.

 

Dobre opowiadanie. Pomysłowe, z fajnym klimatem i plastycznymi opisami. Pozdrawiam!

Adexx, dzięki za lekturę i komentarz. Cieszę się, że tekst przypadł Ci do gustu.

Pozdrawiam, zg

Dobre, ciekawe, klimatyczne. Dla takich dziadków jak ja – nostalgiczne.

Adamie KB. Z całym szacunkiem, nie mogę się zgodzić z tym, że porośnięte mogą być jedynie POZIOME powierzchnie. Skąd taka opinia ? Mury domu mojego dzieciństwa były porośnięte winnym gronem. Właśnie tak – porośnięte. Słownik Języka Polskiego PWN rok 2003 : pokryć się czymś rosnącym ; "kora porośnięta mchem"

Ciepła opowieść, chociaż czasy pokazujesz ciężkie. 

Trochę to wygląda, jakbyś kreował Tymka na przyszłego bohatera, jakiegoś wybrańca losu. Bo skoro smartfonistrz tak się dla niego poświęca, to musi być warto, prawda?

Babska logika rządzi!

Ciekawe opowiadanie, natomiast mam wrażenie, że to wstęp do dalszych przygód Tymka – nie sądzę, żeby smartfonistrz poświecił mu (dosłownie) swój czas bez powodu.

Dobrze się czytało.

Podobało mi się :)

Przynoszę radość

SPW, Finkla, Anet – serdecznie dziękuję za Wasze miłe komentarze! To może mój problem, a może taki styl, że zawsze mam zamknięcie półotwarte lub wręcz otwarte. Dlatego częstą uwagą jest pytanie o to, czy rozważałem dalszy ciąg.

Akurat dla Tymka nigdy nie myślałem o tym, by przedstawić jego dalsze losy. Mój zamysł był raczej taki, że smartfonistrz motywowany nadzieją na znalezienie kontynuatora był w stanie zrobić dla niego wyjątek i poświęcić się w jakiś sposób. Dziś chyba poświęciłbym więcej uwagi, by to wybrzmiało lepiej z tekstu, ale nie wiem, czy zdobędę się jeszcze kiedyś, by wprowadzać w nim jakieś szlify.

Nowa Fantastyka