*
Kabecja, kabecy – potoczne określenie funkcjonariuszy Korpusu Brygadzistów, powstałe w czasach kadziarskich protestów w systemie gwiazdy Barnarda.
Z Encyklopedii Galaktycznej
*
– Halo! Jest tam kto? – wołał desperacko Zbyszek, waląc w drzwi. Lewą ręką dociskał do brzucha parcianą koszulę tak, jakby jego wnętrzności miały się wysypać na posadzkę. Po wykrzywionej twarzy widać było, że bardzo cierpi.
– Nie dobijaj się tak, człowieku, bo tynk ze ściany odleci. Przecież widzisz, że nikogo nie ma!
Zbyszek obrócił się na pięcie i ze zdziwieniem spojrzał na czerwonego ze złości faceta w marynarce. Musiał być jednym z setek kopalnianych urzędników.
– Ale… ale są przecież godziny przyjęć. Proszę, tu na drzwiach jest napisane, że doktor Russel właśnie przyjmuje – wydukał, wskazując pożółkły wydruk harmonogramu. Pieniacz kartkę zerwał, zmiął w kulkę i z celnością snajpera posłał do stojącego na drugim końcu hallu kubła.
– Tu jest napisane tak, a u mnie w komputerku jak byk stoi, że na stanowisku zakładowego lekarza wakat. W oczywisty sposób moja wersja triumfuje. Idź pan, zanim kabeków zawołam.
– Jak to „wakat”?– Zbyszek nie dawał za wygraną. – Przecież musi być doktor na kopalni.
Urzędnik wydął policzki, co nadało mu wygląd argonowego bojlera w ostatnich sekundach przed eksplozją.
– Wam się, nieroby, wydaje, że co?! – wrzasnął. – Że tak łatwo lekarza dla was znaleźć? Że licencjonowani medycy w kolejkach stoją, żeby na prowincji kilofiarzom grzyby z tyłków zeskrobywać? Nowy doktor będzie za dwa miesiące. I to najwcześniej!
Zbyszek pobladł.
– Dwa miesiące? Przecież ja do tego czasu wyciągnę nogi!
Urzędnik wcisnął mu w ręce spory arkusz papieru, po czym bezceremonialnie wypchnął za przeszklone drzwi, na główny korytarz.
– A to, w odróżnieniu od pańskiego łomotania, nie jest mój problem. Ewentualną skargę proszę wypełnić czarnym tuszem, żeby nasze AI mogło łatwo zeskanować…
*
Kryptoplazmoza – rodzaj grzyba i nazwa powodowanej przezeń infekcji. Choroba jest potencjalnie śmiertelna, choć łatwa w leczeniu i zapobieganiu. Pospolita jedynie wśród górników księżycowych i asteroidalnych, ze względu na pijaństwo, lenistwo i brak higieny.
Z Encyklopedii Galaktycznej
*
Zbyszek ważył w dłoni portfel, jakby badając ciężar, chciał poznać jego zawartość. Kilkakrotnie włączył go i wyłączył, ale wartość na liczniku nie chciała się zmienić – bezlitosna maszyna stale pokazywała niecałe trzydzieści tysięcy kredytów.
– Co się tak gapisz w to ustrojstwo jak sroka w gnat, Zbysiu? – zapytał współlokator, Pablo, gramoląc się na górną pryczę. – Od patrzenia się jeszcze nikomu nic nie przybyło.
Zbyszek uśmiechnął się gorzko i pokazał mu owrzodzony brzuch.
– Ay, caramba – zaklął Latynos, pospiesznie zasłaniając twarz krawędzią parcianej koszuli, takiej samej, jak Zbyszkowa.
– Krypto się nie przenosi między ludźmi.
Pablo pokręcił głową z dezaprobatą.
– Ależ wy, Polaczki, jesteście łatwowierni. Konowały tak bajdurzą, bo i co mają gadać. Nie mogą przyznać, że ta franca się roznosi, bo musieliby nam dawać osobne kapsuły do spania. Inaczej nikt by pod ziemię nie zszedł. Myśl, co chcesz, ale ja tam dobrze wiem, że nawet kabecy nie podłażą do typów z krypto. Leć do Russela, mordko, a dzisiaj kimasz na korytarzu.
– Russel już tu nie pracuje – mruknął Zbyszek.
– Jak to? – Pablo zrobił wielkie oczy.
– A no z doktorem jak z wypłatą: nie ma i nie wiadomo, kiedy będzie. Muszę iść w mieście, prywatnie.
– Oj, aż mnie tyłek zapiekł. Tam ci za zeskrobanie grzyba lekką ręką policzą dziesięć patyków. Będziesz się sądził z kopalnią o zwrot? Przecież opiekę medyczną na koszt zakładu mamy w Karcie Górniczej…
Zbyszek przez chwilę liczył w myślach, czy po opłaceniu zabiegu zostanie mu jeszcze na adwokata, ale przypomniał sobie, że jedyna osoba na Kinaku z licencją odpowiednią dla poprowadzenia rozprawy w takiej sprawie nieprzypadkowo nosi to samo nazwisko, co właściciel Zespołu Kopalni.
– Raczej nie – mruknął zrezygnowany.
*
Kinaku (właśc. Socjaldemokratyczna Republika Quikinna’qu) – państwo należące do Federacji Galaktycznej, położone na asteroidzie górniczej o tej samej nazwie, w pasie między trzecią a czwartą planetą układu Lalande. Pomimo niewielkiej populacji, ze względu na silną ekonomię i szeroki dostęp do wysokiej jakości usług publicznych stanowi popularny cel migracji zarobkowej.
Z Encyklopedii Galaktycznej
*
Zbliżając się do stanowiska windy, Zbyszek międlił róg parcianej, zakładowej koszuli. Od kiedy wyrobił licencję na obsługę hydrokilofa argonowego i zatrudnił się w Zespole Kopalni Republiki Quikinna’qu, powierzchnię odwiedził tylko raz, żeby pochować ojca. Odczuwał irracjonalny niepokój na myśl, że miałby się znaleźć w miejscu, gdzie od lodowatej pustki kosmosu oddzielałaby go jedynie kopuła habitatu Republiki.
Przed wrotami do szybu zgromadził się tłumek urzędników, którzy nerwowo spoglądali to na zbliżającego się kilofiarza, to na swoje zegarki – łatwo było poznać, że dźwig znowu się spóźnia.
Drogę Zbyszkowi zagrodził kabek w standardowym, purpurowym uniformie. Zbyszek wiedział, że ten brygadzista ma na imię Ben.
– A pan dokąd? – zapytał go, złośliwie szturchając lufą karabinu.
– Do miasta – odparł górnik. – Mam pilną sprawę.
Brygadzista popatrzył na niego podejrzliwie.
– A oświadczenie pan ma?
Zbyszek bez słowa wręczył mu opatrzony podpisem dokument, w którym zarzekał się, że w czasie wolnym nie planuje spotykać się ani komunikować z rebeliantami, populistami, związkowcami, czy też członkami innego typu organizacji wywrotowo-terrorystycznych, pod groźbą zwolnienia i kary finansowej w wysokości co najmniej dwustu tysięcy kredytów federalnych.
– Okej – mruknął kabek. – Proszę się ustawić do rewizji.
Zbyszek posłusznie odwrócił się do brygadzisty plecami, szeroko rozstawił nogi i oparł rękami o ścianę.
– Co ten Ben robi? – Usłyszał za plecami głos jednego z czekających na dźwig urzędników. – Czy my mieszkamy w cywilizowanym kraju, czy w systemie Syriusza? Tak nie można ludzi traktować, to jest wolny obywatel Federacji, on chce tylko wyjść z zakładu!
– Nowe procedury – odpowiedział inny, niższy głos. – Pan go nie żałuje, patusy same są sobie winne. Proszę sobie wyobrazić, że ostatnio jeden kilofiarz próbował wynieść z kopalni przepustnicę neutrinową. Nie będę mówił nawet, gdzie ją ukrył, bo to zwyczajnie głowa mała…
– Żartuje pan.
– A skąd. Osobiście widziałem, jak potem dezynfekowali ten zaworek… No, ale czego się spodziewać po ludziach, którzy nie potrafili zdobyć uprawnień na obsługę sztucznych inteligencji, czy choćby na noszenie broni. Rozumie pan, nawet te ich biedalicencje na kilofy musi im kopalnia opłacać przy zatrudnieniu, a oni nas potem okradają…
Zbyszek chciał głośno zaprotestować, że przecież koszt licencji sumiennie zwraca pracodawcy w miesięcznych ratach, zresztą z niemałym procentem, ale nie zdążył. Obszukujący go kabek wrzasnął.
– Co ty masz na brzuchu?! Cholera, to jest krypto? Czemu nic nie mówisz, kilofiarzu? Chcesz, żebym to żonie i dzieciom zaniósł?
Zbyszek powoli odwrócił się i poprawił koszulę. Czekający na dźwig urzędnicy ścisnęli się w rogu korytarza, a Ben zasłaniał twarz kołnierzem uniformu.
– Spokojnie. Krypto nie przenosi się między ludźmi, temperatura ciała jest zbyt wysoka, żeby grzyb mógł wytwarzać owocniki…
– Nie wymądrzaj się robolu, tylko zwrot na pięcie i marsz do Russela wyskrobać grzybnię. Na balety sobie pójdziesz kiedy indziej.
Kilofiarz spokojnie wytłumaczył, że w związku z wakatem na stanowisku zakładowego lekarza musi odbyć wizytę prywatnie i to jest właśnie owa sprawa do załatwienia.
– Z wami jak nie urok… – warknął Ben, po czym odwrócił się do tłumu urzędników. – Ludziska, rozejść się. Człowiek z krypto musi wyjechać na powierzchnię. Poczekacie sobie na następny dźwig.
– Ależ co pan gada! – wrzasnął wąsacz w seledynowej koszuli. Zbyszek po niskim głosie poznał, że to ten sam facet, który opowiadał historię o przepustnicy neutrinowej. – Kilofiarz niech czeka, ja muszę córkę z zajęć odebrać.
Kabek Ben stanął tak blisko urzędnika, że prawie trącał go nosem.
– Nie zapominasz się, gryzipiórku? – wysyczał, delikatnie stukając go kolbą karabinu. – Przypominam, że Korpus ma taką samą jurysdykcję nad tobą jak nad tym robolem. Chcesz, żeby kilofiarz nam tu wykitował i rozsiał owocniki po całej kopalni? Tego chcesz, hm? Jak ci tak spieszno do córuni to droga wolna, możesz jechać razem z nim pierwszym kursem.
Wąsacz uniósł dłonie w geście poddania się i pokręcił głową.
– Tak myślałem – mruknął Ben. – A wy co się gapicie?! – wrzasnął na pozostałych urzędników. – Mówiłem wyraźnie: rozejść się. I to w tej chwili! Chyba że się wam wszystkim marzy popołudnie spędzone na skrobaniu grzybni.
*
Przepustnica neutrinowa – wykorzystująca zasadę splątania przepustnica kwantowa o wysokiej szczelności, niezbędna w wielu obszarach górnictwa energoargonu. Od zaworów innego typu najłatwiej ją odróżnić po podłużnym, obłym kształcie.
Z Encyklopedii Galaktycznej
*
Złoża argonu energetycznego leżały prawie dwieście kilometrów pod powierzchnią asteroidy Kinaku. Podczas normalnego użytkowania, kopalniana winda rozpędzała się do prędkości sportowego samochodu, a mimo tego przejazd w jedną stronę potrafił trwać nawet pół godziny.
Kabekowi nie uśmiechała się perspektywa spędzenia trzydziestu minut w pobliżu zakażonego kryptoplazmozą kilofiarza, więc natychmiast po wejściu podkręcił prędkość prawie do maksimum. Rozpędzona jak pocisk, kilkusettonowa klatka ze stalowych drutów trzęsła się i skrzypiała.
– Czy to na pewno bezpieczne?! – zapytał Zbyszek, przekrzykując ryczące powiewy powietrza. Sam siedział przypięty pasami bezpieczeństwa, ale Ben, chcąc zachować jak największą odległość od nosiciela zarazy, stał nonszalancko oparty o ścianę kabiny.
– Na pewno bezpieczniejsze niż siedzenie tu z tobą i twoim grzybem. Wyluzuj – dodał Ben, widząc, że kilofiarz nie jest przekonany. – Wiem, co robię, mam licencję na obsługę windy. To pudło normalnie przewozi po sto osób naraz, przy takim małym obciążeniu można je bez strachu trochę docisnąć.
– Skoro pan brygadzista tak mówi…
– Tak mówię, bo tak jest. Staruszka jeszcze mojego dziadka woziła, zaraz po kolonizacji tego kawałka skały, ale to porządny…
Ben nie dokończył. Winda, jakby chcąc oprotestować wypominanie jej wieku, zazgrzytała, zatrzeszczała i na moment gwałtownie zwolniła.
Moment jednak w zupełności wystarczył. Drobiny kurzu i błota uniosły się z podłogi, jakby ktoś nagle zmienił kierunek siły ciążenia. Szarpane bezlitosną bezwładnością belki kabiny wygięły się i zawyły niczym chór potępionych dusz. Wiedzione tą samą siłą ciało kabeka gruchnęło o stalowy sufit. Winda nie zatrzymała się w miejscu – i tylko dlatego Ben nie został przemacerowany na marmoladę. Brygadziście nie dane jednak było się tym cieszyć – z przetrąconym karkiem opadł na podłogę kabiny sekundę później.
Zbyszek, przyduszony pasami, był pewien, że również wyzionie ducha. Po dłuższej chwili uspokoił jednak oddech na tyle, by odpiąć się od siedzenia i kasłając doczłapać do panelu sterowania. Zmniejszył prędkość windy do najniższej możliwej wartości i wbił przerażony wzrok w ciało kabeka.
*
Energoargon, argon energetyczny – używana jako niezwykle wydajne paliwo odmiana alotropowa argonu. Rzadka w układzie Starej Ziemi, ale relatywnie pospolita w jądrach większych asteroid i planet karłowatych. Wydobycie i eksport energoargonu jest podstawą gospodarki dla wielu republik Federacji.
Z Encyklopedii Galaktycznej
*
– Co to ma znaczyć? Czy wyście w Korpusie wszyscy oczadzieli? Sam pan windą jeździ?
Zdziwieniu i wściekłości ludzi czekających na kurs pod ziemię, gdy zamiast zwyczajnego tłumu wysiadł z niej jeden mężczyzna w purpurowym mundurze brygadzisty, nie było końca.
– Proszę się odsunąć na rozsądną odległość. Jestem zakażony kryptoplazmozą i udaję się do lekarza.
– Pogłupieli!
– Krypto się nie przenosi między ludźmi!
– Owocniki…! – przekrzykiwali się wzajemnie pracownicy kopalni, ale większość posłusznie się odsunęła, a wielu również zasłoniło usta czymkolwiek, co akurat mieli pod ręką. Zbyszek jednak nie słuchał ich ze szczególną uwagą – ciągle trząsł się z nerwów.
Zdawał sobie sprawę, że gdyby wrota windy rozsunęły się i ludzie ujrzeli w środku kilofiarza nad zwłokami brygadzisty, nigdy nie wyszedłby z więzienia. Ba – kabecy prawdopodobnie wykończyliby go jeszcze podczas przesłuchania.
Najlepszym, co przyszło mu do głowy, było ukraść mundur, a zwłoki brygadzisty wyrzucić do szybu przez właz serwisowy.
Spojrzał w górę na opalizującą sztucznym światłem kopułę habitatu Kinaku. Dotarło do niego, że nie widział jej od kilku lat – kilofiarze nawet nieliczne dni wolne zazwyczaj spędzali pod ziemią, w zakładowej knajpie albo w zakładowym burdelu. Sklepienie budziło zachwyt, ale przypominało też druzgocącą prawdę o życiu na asteroidzie: nie było dokąd uciekać. Prędzej czy później będzie musiał przestać udawać kabeka i zmierzyć się z sytuacją.
Było oczywiste, że nie dało się tej maskarady utrzymać bez końca, ale mogła działać dłuższą chwilę – Zbyszek miał pewność, że ciało Bena, posłane w dół dwustukilometrowym szybem, nie zostanie szybko znalezione.
Nagłe ukłucie w brzuchu przypomniało mu o najpilniejszej sprawie. Kilofiarz zaczął się rozglądać za gabinetem lekarza.
*
Korpus Brygadzistów – międzyplanetarna organizacja pożytku publicznego utworzona po fali tragicznych w skutkach zamieszek na ganimedejskich platformach wiertniczych. Do głównych zadań należą egzekwowanie praw pracowniczych i przeciwdziałanie organizacjom wywrotowym i terrorystycznym.
Z Encyklopedii Galaktycznej
*
Zbyszkowi chciało się śmiać.
Po pierwsze, bo bardzo szybko okazało się, że mundur kabeka wyjątkowo ułatwia życie. Zazwyczaj nieznajomi, widząc parcianą, zakładową koszulę chowali portfele i przechodzili na drugą stronę ulicy – był to kolejny z powodów, dla których kilofiarze tak rzadko odwiedzali powierzchnię. Teraz zapytana przez niego o drogę osoba nie tylko chętnie podała mu adres, ale jeszcze podwiozła pod same drzwi kliniki. Gdy lekarz zobaczył, że w poczekalni jest funkcjonariusz Korpusu, kazał mu wejść bez kolejki.
Po drugie, bo zabieg usuwania grzybni strasznie łaskotał. W odróżnieniu od doktora Russela, prowadzący klinikę facet nie skąpił znieczulenia, więc Zbyszek wcale nie czuł bólu, choć doktor zeskrobywał kawałki skóry tak wielkie, że kilofiarz musiał odwracać wzrok.
– No, jeszcze tylko płat alginianowy się przyjmie i będzie pan władza jak nowy. Proszę na przyszłość tyle nie zwlekać z wizytą. Ja wiem, że do kabecji rekrutują same alfy i sigmy, ale naprawdę: nie wolno zgrywać chojraka. To cholerstwo może człowieka wykończyć. A po śmierci, wiadomo, temperatura ciała spada i co wtedy?
– Owocniki? – wydukał Zbyszek, widząc pytające spojrzenie doktora.
– Otóż to. Owocniki. Przywieźli nam kiedyś do kostnicy jednego owocującego. – Lekarz pokręcił głową z dezaprobatą. – Brzydka sprawa, mówię panu. Tydzień nic innego nie robiłem, tylko grzybnię zeskrobywałem. Z ludzi, ze zwierząt…
Doktor wbił nieobecne spojrzenie w ścianę i siedział tak dłuższą chwilę.
– Ile płacę? – przerwał milczenie Zbyszek i przełknął ślinę. Alginianowy opatrunek tylko z trudem mógł odróżnić od własnej skóry, coś takiego musiało słono kosztować.
Lekarz uderzył się w udo i głośno roześmiał.
– Oho ho! A to dobre. Żarty się pana władzy trzymają. No tak bywa po znieczuleniu, ale pierwsze widzę, żeby po miejscowym… Proszę podać nazwisko, ja to ściągnę z ubezpieczenia korpusowego.
Zbyszek zbladł. Nie chciał podać nazwiska Bena – przecież na terminalu doktora mogło wyskoczyć zdjęcie.
– Płatowicz – wypalił, zainspirowany pierwszą rzeczą, na którą padł jego wzrok. – Algin Płatowicz.
– Dziwne, nie figuruje w systemie… – mruknął doktor, a kilofiarz zaczął pospiesznie zapinać mundur, szykując się do ucieczki. – Pan nowy na Kinaku?
– Tak, tak – potwierdził Zbyszek w ciągu milisekundy. – Czerwcowym transportem przyleciałem z systemu Barnarda.
– A no i wszystko jasne, już pana dopiszemy…
– Tak można człowieka po prostu dodać do ubezpieczenia? – zapytał Zbyszek i zaraz pożałował, że w porę nie ugryzł się w język.
Jednak doktor tylko uśmiechnął się pod nosem.
– Oj, panie władzo. Republika kosi takie siano z energoargonu, że tu już nikt takich rzeczy nie pilnuje – poza licencjami, ma się rozumieć, bo przecież nie możemy popadać w barbarzyństwo jak ci z Syriusza. Wczoraj trzylatce migdałki wycinałem za pieniądze z kabeckiej ubezpieczalni, a znajoma weterynarka się zarzeka, że nawet szczenięta kiedyś odebrała…
*
Federacja Galaktyczna (daw. Stany Zjednoczone Galaktyki) – luźny związek państw położonych na planetach i asteroidach systemów Alfy Centauri, Lalande 21185 i gwiazdy Barnarda. W odróżnieniu od reszty ludzkości pogrążonej we wtórnym barbarzyństwie, cyfrowym komunizmie i systemach neofeudalnych, mieszkańcy Federacji cieszą się stabilną polityką, silną gospodarką wolnorynkową i szerokim zakresem swobód obywatelskich.
Z Encyklopedii Galaktycznej
*
Kilka dni później kilofiarz Zbyszek (alias Algin Płatowicz), siedząc na ławeczce w Parku Kolonialnym, posilał się kajzerką, rozkoszował widokiem holograficznego nieba i rozmyślał.
Bułka nie różniła się niczym od tych z zakładowej stołówki i musiała być z dokładnie tej samej piekarni – licencje na produkcję żywności dla republik Federacji były bardzo kosztowne, więc całe pieczywo jadane przez mieszkańców Kinaku pochodziło z jednego źródła. Kosztowała jednak trzydzieści razy więcej, niż pod ziemią, więc mimo tego, że na widok purpurowego uniformu sprzedawcy zawsze chętnie dorzucali coś na koszt firmy, oszczędności Zbyszka topniały w zastraszającym tempie.
Na Kinaku, jak zresztą w całej Federacji, mieszkańcy nie musieli szukać pracy – to praca szukała człowieka. Problem w tym, że jedynym miejscem, gdzie zatrudniano licencjonowanych operatorów hydrokilofa, był zespół kopalni energoargonu – a tam przecież ludzie go znali i nie mógł się pokazać w kradzionym mundurze kabeka.
Przebrać nie miał się w co, choć uniform zaczynał już nieco cuchnąć – w powierzchniowym sklepie najtańsze dżinsy z włókna białkowego kosztowały całe czterdzieści pięć tysięcy.
Próbował szukać szczęścia w magazynie, w kadziarni, w porcie, nawet jako fryzjer, ale w tych miejscach napotykał inną przeszkodę – jego portfel wciąż był obciążony ratami za licencję na kilof i nie chciał przyznać środków na nowe uprawnienia.
Rzucił kilka ułomków wyjątkowo nachalnej parze gołębi – serce krwawiło mu na myśl, ile kredytów kosztował go ten gest, ale kilofiarz szczerze wierzył, że dobra karma wraca, a jak nigdy w życiu potrzebował uśmiechu losu.
Z zadumy wyrwał Zbyszka wściekły krzyk, który usłyszał za plecami.
– Ej, ty, nierobie z bułeczką! Z której jesteś dywizji?
Kilofiarz aż podskoczył i obrócił się w stronę ulicy i zobaczył kędzierzawego brygadzistę, który wrzeszczał na niego przez okno korpusowego transportera.
– Tak, do ciebie mówię. Z której jesteś dywizji?
Zbyszek nie odpowiedział. Był sparaliżowany jak sarna w światłach ciężarówki. Z bułką w zębach, desperacko rozglądał się za najdogodniejszą drogą ucieczki.
– Zresztą, do licha, nie czas na to! – krzyknął znowu kierowca kabeckiej suki. – Jest szósty stopień alarmu, wszystkie ręce na pokład. Wsiadaj, weźmiemy cię na miejsce. Nie masz komunikatora, kolego?
– Zgubiłem! – odkrzyknął Zbyszek, przełknąwszy ostatni kęs kajzerki. – Już biegnę, „kolego”.
*
Galaktyczny Portfel Cyfrowy, G.P.C. – niewielkie urządzenie umożliwiające obywatelom Federacji przeprowadzanie operacji finansowanych za pośrednictwem wiązki podczerwieni. Takie rozwiązanie łączy w sobie wygodę i niezawodność kryptowalut ze swobodą zapewnianą przez gotówkę. Wiele modeli ma również zdolność udzielania kredytów na cele edukacyjne.
Z Encyklopedii Galaktycznej
*
Zbyszek zdążył już zrozumieć, że kabecja sprawiała wrażenie sprawnie działającej, purpurowej armii jedynie z perspektywy człowieka w parcianej, zakładowej koszuli. Nawet on był jednak zdziwiony, gdy jadący na pacyfikację protestu w głównej hali kadzielniczej oddział Korpusu tak po prostu wręczył mu broń i pas granatów hukowych. Uzbrojony po zęby kilofiarz uśmiechał się pod nosem – pierwszy raz stał po właściwej stronie karabinu.
Sytuacja wyglądała iście groteskowo. Chuderlawy mężczyzna w parcianej koszuli, całkiem podobnej do tych kopalnianych, dyndał na podwieszonym pod sufitem krześle, jakiś metr nad monstrualnych rozmiarów naczyniem wypełnionym bulgoczącym zacierem białkowym. Za jego plecami stał tłum niezrozumiale pokrzykujących pracowników. Po drugiej stronie hali w równych, purpurowych szeregach ustawiły się co najmniej dwie setki brygadzistów.
– Czemu nasi chłopcy tak stoją jak kołki? – zapytał kierowca transportera. Mike, jak dowiedział się Zbyszek podczas jazdy.
– Wszyscy stop! – Usłyszeli, jakby w odpowiedzi, i zobaczyli podbiegającego do nich mężczyznę w wyszukanym garniturze, dramatycznie wymachującego rękami. Kilofiarz kojarzył go z gazet: był to właściciel kadziarni, Joma Abaszew. – Żadnej broni! Nie pozwalam zabić tego człowieka – wykrzyczał, podskakując przy tym niezdarnie, jakby chciał własnym ciałem uniemożliwić oddanie ognia do protestującego.
– To oczywiste, że jako biznesmen ma pan sentyment do pracowników. Powiem szczerze, nawet to pochwalam – powiedział Mike, kładąc mu dłoń na ramieniu. – Ale proszę zrozumieć: o nim nie można już myśleć, jako o robotniku. To niebezpieczny populista i tak musi zostać potraktowany. Proszę zejść z linii strzału.
– Ale co też pan pieprzy o jakichś sentymentach – zrugał go przedsiębiorca, ocierając spocone czoło. – Słowo daję, trzydziestemu kabekowi to tłumaczę: ten robol ma kryptoplazmozę. Jak utopi się w kadzi i zacznie owocować, to zanieczyści miesięczny zapas białka dla Republiki! Na całej naszej skale nie znajdzie pan tyle gazu, żeby taką masę zacieru przegotować. Będziemy do następnej partii wszyscy żyć wyłącznie sałatą! A grzybni to pewnie nigdy do końca nie doskrobiemy.
– Macie cały produkt w jednym miejscu? – zdumiał się Mike.
– Caluśki. To mój własny pomysł. – Abaszew wypiął pierś jak do orderu. – Dzięki temu oszczędzamy miesięcznie milion kredytów na dezynfekcji kadzi. Brzegi tylko trzeba przetrzeć irchą i nigdy żadne normy nie zostają przekroczone…
– Szlag – zaklął Mike. Dłuższą chwilę myślał, po czym odłożył karabin i chwycił megafon.
– Mówi negocjator z ramienia Korpusu Brygadzistów – rozległo się z głośnika. – To się jeszcze nie musi źle skończyć. Jakie są twoje żądania?
Kadziarz wykrzyczał odpowiedź, coraz bardziej huśtając krzesłem.
– Ktoś go zrozumiał? – zapytał Mike.
– Nie, ale wiem, o co chodzi – wtrącił się Abaszew. – Oni od zawsze domagają się skrócenia czasu pracy, bo, jak twierdzą, opary białkowe po całej zmianie powodują mdłości. Też coś.
– Mniemam, że to nie wchodzi w grę?
– No oczywiście. Jak się im zapach nie podoba, to droga wolna. Przecież ja nikogo za nogawkę w firmie nie trzymam. I tak mi się ten biznes ledwo spina. Człowiek im jak ojciec z własnych pieniędzy opłaca ubrania, jedzenie, lekarza, miejsce do spania i co tam jeszcze mają nawpisywane do Karty Kadziarza, a pasożytom wiecznie mało!
Mike uciszył go gestem dłoni.
– Wszystko rozumiem, ale w takim wypadku, jak pan widzi, mamy pata. Jakieś pomysły? – zwrócił się do swojego oddziału, ale odpowiedziało mu jedynie długie milczenie. Kabecy dłuższą chwilę tępo patrzyli jeden na drugiego – żaden nie widział wyjścia z sytuacji.
– Tak, Algin? Słucham – powiedział Mike, widząc, jak kilofiarz nieśmiało podnosi rękę.
– Macie może na stanie hydrokilof?
*
Kadzie białkowe – dużego rozmiaru naczynia, wypełnione mieszanką alg i drożdży. Główne źródło taniego i wartościowego pożywienia dla zamieszkujących kolonie Federacji społeczności. Z produkowanych białek wytwarza się również włókna do produkcji wyjątkowo trwałej i przystępnej cenowo odzieży.
Z Encyklopedii Galaktycznej
*
– Jesteś całkowicie pewien, że chcesz to zrobić, Płatowicz? – zapytał przez komunikator Mike, widząc, jak Zbyszek naciąga na twarz górniczą kominiarkę i kładzie się z okiem przy celowniku hydrokilofa. – Jak ten typ wpadnie do kadzi, to będziemy błagać Barnardziarzy o transporty z jedzeniem.
– Jestem całkowicie pewien, że nie chcę tego robić, „kolego” – mruknął w odpowiedzi Zbyszek. – Jak znajdziecie inne rozwiązanie, to możecie mi dać znać w każdej chwili. Tylko myślcie szybko, bo nieszczęśnik zaraz omdleje od tych wyziewów i utopi się w zacierze bez mojej pomocy.
– Nie ma żadnych wyziewów! – krzyknął do słuchawki Abaszew, który, od kiedy zobaczył gigantyczną lufę hydrokilofa, nerwowo przestępował w kącie z nogi na nogę. – To są kłamstwa, oszczerstwa i populistyczna propaganda. Kalumnie, rzekłbym nawet, i gdyby od pana brygadzisty nie zależała przyszłość mojego interesu, to dochodziłbym swoich praw przed niezależnym sądem.
– Oczywiście, przepraszam. Nie ma żadnych białkowych oparów, a krypto nie przenosi się między ludźmi. To jak, mam działać?
– Udzielam pozwolenia na otwarcie ognia – mruknął do słuchawki Mike. Abaszew zasłonił oczy dłońmi. Kilofiarz ostatni raz spojrzał na wskazującą siłę wiatru chorągiewkę i delikatnie pociągnął za spust.
Szum wody wydostającej się z dyszy hydrokilofa był tak ogłuszający, że niektórzy kabecy odruchowo padli na ziemię. Tylko Zbyszek, przyzwyczajony do tego hałasu, nawet nie drgnął i pewną ręką skierował na dyndającego pracownika strumień, który błyskawicznie wyniósł go za brzeg kadzi.
Na moment zapadła przejmująca cisza, a potem rozległy się gromkie wiwaty i purpurowe falangi brygadzistów ruszyły do rozpędzania protestu.
*
Hydrokilof – nowoczesne narzędzie wydobywcze, używane w górnictwie energoargonu. Wynalazek miał pozytywny wpływ na bezpieczeństwo i komfort pracy górników. Pogłoski, jakoby powodowane przez nie zawilgocenie wyrobisk prowadziło do szerzenia się kryptoplazmozy i innych infekcji grzybiczych nie znalazły potwierdzenia i należy je zaliczyć do wywrotowej propagandy.
Z Encyklopedii Galaktycznej
*
Sześciu brygadzistów już dłuższą chwilę czekało w gabinecie majora, stojąc karnie w rzędzie pod ścianą, jak spodziewający się solidnego ochrzanu uczniowie. Mieli złożyć raport z wydarzeń w kadziarni.
– Co powiemy? – zapytał najwyższy z nich, który nerwowo obgryzał paznokcie. – Nie możemy chyba przyznać, że nikt z nas akurat nie patrolował okolic kadzi.
– Niby dlaczego nie? – odburknął inny. – Mieliśmy raptem pięćdziesięciu ludzi do pilnowania sześciu setek kadziarzy, i to licząc razem z kapralami. Przy takim stanie osobowym było oczywiste, że populistów prędzej czy później najdzie ochota na harce. Niech major pyta medycznego, dlaczego połowa dywizji jest wiecznie na chorobowym.
– Tak, tak – zawtórował trzeci. – Pretensje do medycznego. A ta chciwa gnida Abaszew? Dawno miał mówione, że w takim klimacie politycznym nie może z całą produkcją jechać na jednej kadzi. Gdyby nie ten wariat z hydrokilofem musielibyśmy błagać Barnardczyków o awaryjny transport żywności.
– Ja bym chyba wolał żreć trawę, niż o cokolwiek prosić Barnardczyków!
– Trawa jest sztuczna, kretynie.
– A rekruci, których nam przysyłają? Nie zapominajmy o rekrutach! Przysyłają nam stada ostatnich półgłówków, którym starzy opłacili licencję na karabinek. I my z nich mamy zrobić żołnierzy? Wolne żarty!
– Żarłbym choćby sztuczną!
W ciągu kilku minut po karnych uczniakach nie zostało nawet wspomnienie. Kabecy tak zapamiętali się w narzekaniu, że nawet nie usłyszeli, gdy za nimi otwarły się drzwi.
– Ciszaaa!!! – wrzasnął przeciągle major. – Co to jest, ja się pytam? Miało przyjść sześciu oficerów i wyjaśnić, jak to się stało, że Republika stanęła na krawędzi największego kryzysu dziesięciolecia, a tymczasem w moim gabinecie urzęduje stado starych bab, które utyskują na wszystko, tylko nie na siebie?
– Panie majorze, my tylko…
– Cisza, powtarzam! Kto powiedział, że mi się was jeszcze chce słuchać, przygłupy? Po każdym przypale to samo: wymówki i wymówki. Ja już was mam potąd! Rozumiesz, przygłupie? Potąd! Potąd! – wrzeszczał major, wymachując ręką powyżej głowy. Po czym, jakby zawstydzony swoim wybuchem, wziął głęboki oddech, poprawił krawat i odchrząknął.
– O czym to ja… a tak, tak. Ja już was nie chcę słuchać i ogólnie mam po dziurki w nosie waszej niekompetencji. Przy następnej takiej akcji z pewnością pikawa by mi strzeliła. Nie dam się wam wykończyć, przygłupy. Co to, to nie! Przechodzę w stan spoczynku, panienki, a wam przedstawiam nowego dowódcę.
– „Wariat z hydrokilofem”. Tak mnie nazwaliście, oficerze, co? No, nie muszę chyba tłumaczyć, że tu się od dzisiaj bardzo wiele zmieni… – powiedział cichym głosem mężczyzna w purpurowym mundurze, który wszedł razem z majorem, a na którego do tej pory wcale nie zwrócili uwagi.
*
Algin I Samozwaniec – imperator galaktyki w latach 1–43. Założyciel dynastii Płatowiczów. Genetyczne badania doczesnych szczątków Zjednoczyciela Ludzkości złożonych w mauzoleum na Kinaku niezbicie świadczą o kilofiarskim pochodzeniu, jednak poza tym o wczesnym okresie jego życia niewiele wiadomo. W pierwszym wieku naszej ery, stojąc na czele zreformowanych oddziałów kabecji, przeprowadził udany desant na ówczesną stolicę Federacji Galaktycznej, obalając poprzednią władzę.
Z Encyklopedii Imperialnej