- Opowiadanie: GalicyjskiZakapior - Nieznana historia Algina Samozwańca

Nieznana historia Algina Samozwańca

Witam po dłuż­szej nie­obec­no­ści i przed­sta­wiam opo­wia­da­nie scien­ce-fic­tion, prze­zna­czo­ne na kon­kurs “Szata zdobi czło­wie­ka”.

Żywię na­dzie­ję, że skrzy­dła muz nie po­nio­sły mnie zbyt da­le­ko od te­ma­tu :>

Z góry dzię­ku­ję za po­świę­co­ny czas i po­zdra­wiam.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Nieznana historia Algina Samozwańca

 

*

Ka­be­cja, ka­be­cy – po­tocz­ne okre­śle­nie funk­cjo­na­riu­szy Kor­pu­su Bry­ga­dzi­stów, po­wsta­łe w cza­sach ka­dziar­skich pro­te­stów w sys­te­mie gwiaz­dy Bar­nar­da.

 

En­cy­klo­pe­dii Ga­lak­tycz­nej

*

– Halo! Jest tam kto? – wołał de­spe­rac­ko Zby­szek, waląc w drzwi. Lewą ręką do­ci­skał do brzu­cha par­cia­ną ko­szu­lę tak, jakby jego wnętrz­no­ści miały się wy­sy­pać na po­sadz­kę. Po wy­krzy­wio­nej twa­rzy widać było, że bar­dzo cier­pi.

– Nie do­bi­jaj się tak, czło­wie­ku, bo tynk ze ścia­ny od­le­ci. Prze­cież wi­dzisz, że ni­ko­go nie ma!

Zby­szek ob­ró­cił się na pię­cie i ze zdzi­wie­niem spoj­rzał na czer­wo­ne­go ze zło­ści fa­ce­ta w ma­ry­nar­ce. Mu­siał być jed­nym z setek ko­pal­nia­nych urzęd­ni­ków.

– Ale… ale są prze­cież go­dzi­ny przy­jęć. Pro­szę, tu na drzwiach jest na­pi­sa­ne, że dok­tor Rus­sel wła­śnie przyj­mu­je – wy­du­kał, wska­zu­jąc po­żół­kły wy­druk har­mo­no­gra­mu. Pie­niacz kart­kę ze­rwał, zmiął w kulkę i z cel­no­ścią snaj­pe­ra po­słał do sto­ją­ce­go na dru­gim końcu hallu kubła.

– Tu jest na­pi­sa­ne tak, a u mnie w kom­pu­ter­ku jak byk stoi, że na sta­no­wi­sku za­kła­do­we­go le­ka­rza wakat. W oczy­wi­sty spo­sób moja wer­sja trium­fu­je. Idź pan, zanim ka­be­ków za­wo­łam.

– Jak to „wakat”?– Zby­szek nie dawał za wy­gra­ną. – Prze­cież musi być dok­tor na ko­pal­ni.

Urzęd­nik wydął po­licz­ki, co nada­ło mu wy­gląd ar­go­no­we­go boj­le­ra w ostat­nich se­kun­dach przed eks­plo­zją.

– Wam się, nie­ro­by, wy­da­je, że co?! – wrza­snął. – Że tak łatwo le­ka­rza dla was zna­leźć? Że li­cen­cjo­no­wa­ni me­dy­cy w ko­lej­kach stoją, żeby na pro­win­cji ki­lo­fia­rzom grzy­by z tył­ków ze­skro­by­wać? Nowy dok­tor bę­dzie za dwa mie­sią­ce. I to naj­wcze­śniej!

Zby­szek po­bladł.

– Dwa mie­sią­ce? Prze­cież ja do tego czasu wy­cią­gnę nogi!

Urzęd­nik wci­snął mu w ręce spory ar­kusz pa­pie­ru, po czym bez­ce­re­mo­nial­nie wy­pchnął za prze­szklo­ne drzwi, na głów­ny ko­ry­tarz.

– A to, w od­róż­nie­niu od pań­skie­go ło­mo­ta­nia, nie jest mój pro­blem. Ewen­tu­al­ną skar­gę pro­szę wy­peł­nić czar­nym tu­szem, żeby nasze AI mogło łatwo ze­ska­no­wać…

*

Kryp­to­pla­zmo­za – ro­dzaj grzy­ba i nazwa po­wo­do­wa­nej prze­zeń in­fek­cji. Cho­ro­ba jest po­ten­cjal­nie śmier­tel­na, choć łatwa w le­cze­niu i za­po­bie­ga­niu. Po­spo­li­ta je­dy­nie wśród gór­ni­ków księ­ży­co­wych i aste­ro­idal­nych, ze wzglę­du na pi­jań­stwo, le­ni­stwo i brak hi­gie­ny.

 

En­cy­klo­pe­dii Ga­lak­tycz­nej

*

Zby­szek ważył w dłoni port­fel, jakby ba­da­jąc cię­żar, chciał po­znać jego za­war­tość. Kil­ka­krot­nie włą­czył go i wy­łą­czył, ale war­tość na licz­ni­ku nie chcia­ła się zmie­nić – bez­li­to­sna ma­szy­na stale po­ka­zy­wa­ła nie­ca­łe trzy­dzie­ści ty­się­cy kre­dy­tów.

– Co się tak ga­pisz w to ustroj­stwo jak sroka w gnat, Zby­siu? – za­py­tał współ­lo­ka­tor, Pablo, gra­mo­ląc się na górną pry­czę. – Od pa­trze­nia się jesz­cze ni­ko­mu nic nie przy­by­ło.

Zby­szek uśmiech­nął się gorz­ko i po­ka­zał mu owrzo­dzo­ny brzuch.

– Ay, ca­ram­ba – za­klął La­ty­nos, po­spiesz­nie za­sła­nia­jąc twarz kra­wę­dzią par­cia­nej ko­szu­li, ta­kiej samej, jak Zbysz­ko­wa.

– Kryp­to się nie prze­no­si mię­dzy ludź­mi.

Pablo po­krę­cił głową z dez­apro­ba­tą.

– Ależ wy, Po­lacz­ki, je­ste­ście ła­two­wier­ni. Ko­no­wa­ły tak baj­du­rzą, bo i co mają gadać. Nie mogą przy­znać, że ta fran­ca się roz­no­si, bo mu­sie­li­by nam dawać osob­ne kap­su­ły do spa­nia. Ina­czej nikt by pod zie­mię nie zszedł. Myśl, co chcesz, ale ja tam do­brze wiem, że nawet ka­be­cy nie pod­ła­żą do typów z kryp­to. Leć do Rus­se­la, mord­ko, a dzi­siaj ki­masz na ko­ry­ta­rzu.

– Rus­sel już tu nie pra­cu­je – mruk­nął Zby­szek.

– Jak to? – Pablo zro­bił wiel­kie oczy.

– A no z dok­to­rem jak z wy­pła­tą: nie ma i nie wia­do­mo, kiedy bę­dzie. Muszę iść w mie­ście, pry­wat­nie.

– Oj, aż mnie tyłek za­piekł. Tam ci za ze­skro­ba­nie grzy­ba lekką ręką po­li­czą dzie­sięć pa­ty­ków. Bę­dziesz się są­dził z ko­pal­nią o zwrot? Prze­cież opie­kę me­dycz­ną na koszt za­kła­du mamy w Kar­cie Gór­ni­czej…

Zby­szek przez chwi­lę li­czył w my­ślach, czy po opła­ce­niu za­bie­gu zo­sta­nie mu jesz­cze na ad­wo­ka­ta, ale przy­po­mniał sobie, że je­dy­na osoba na Ki­na­ku z li­cen­cją od­po­wied­nią dla po­pro­wa­dze­nia roz­pra­wy w ta­kiej spra­wie nie­przy­pad­ko­wo nosi to samo na­zwi­sko, co wła­ści­ciel Ze­spo­łu Ko­pal­ni.

– Ra­czej nie – mruk­nął zre­zy­gno­wa­ny.

*

Ki­na­ku (właśc. So­cjal­de­mo­kra­tycz­na Re­pu­bli­ka Qu­ikin­na’qu) – pań­stwo na­le­żą­ce do Fe­de­ra­cji Ga­lak­tycz­nej, po­ło­żo­ne na aste­ro­idzie gór­ni­czej o tej samej na­zwie, w pasie mię­dzy trze­cią a czwar­tą pla­ne­tą ukła­du La­lan­de. Po­mi­mo nie­wiel­kiej po­pu­la­cji, ze wzglę­du na silną eko­no­mię i sze­ro­ki do­stęp do wy­so­kiej ja­ko­ści usług pu­blicz­nych sta­no­wi po­pu­lar­ny cel mi­gra­cji za­rob­ko­wej.

 

En­cy­klo­pe­dii Ga­lak­tycz­nej

*

Zbli­ża­jąc się do sta­no­wi­ska windy, Zby­szek mię­dlił róg par­cia­nej, za­kła­do­wej ko­szu­li. Od kiedy wy­ro­bił li­cen­cję na ob­słu­gę hy­dro­ki­lo­fa ar­go­no­we­go i za­trud­nił się w Ze­spo­le Ko­pal­ni Re­pu­bli­ki Qu­ikin­na’qu, po­wierzch­nię od­wie­dził tylko raz, żeby pochować ojca. Od­czu­wał ir­ra­cjo­nal­ny nie­po­kój na myśl, że miał­by się zna­leźć w miej­scu, gdzie od lo­do­wa­tej pust­ki ko­smo­su od­dzie­la­ła­by go je­dy­nie ko­pu­ła ha­bi­ta­tu Re­pu­bli­ki.

Przed wro­ta­mi do szybu zgro­ma­dził się tłu­mek urzęd­ni­ków, któ­rzy ner­wo­wo spo­glą­da­li to na zbli­ża­ją­ce­go się ki­lo­fia­rza, to na swoje ze­gar­ki – łatwo było po­znać, że dźwig znowu się spóź­nia.

Drogę Zbysz­ko­wi za­gro­dził kabek w stan­dar­do­wym, pur­pu­ro­wym uni­for­mie. Zby­szek wie­dział, że ten bry­ga­dzi­sta ma na imię Ben.

– A pan dokąd? – za­py­tał go, zło­śli­wie sztur­cha­jąc lufą ka­ra­bi­nu.

– Do mia­sta – od­parł gór­nik. – Mam pilną spra­wę.

Bry­ga­dzi­sta po­pa­trzył na niego po­dejrz­li­wie.

– A oświad­cze­nie pan ma?

Zby­szek bez słowa wrę­czył mu opa­trzo­ny pod­pi­sem do­ku­ment, w któ­rym za­rze­kał się, że w cza­sie wol­nym nie pla­nu­je spo­ty­kać się ani ko­mu­ni­ko­wać z re­be­lian­ta­mi, po­pu­li­sta­mi, związ­kow­ca­mi, czy też człon­ka­mi in­ne­go typu or­ga­ni­za­cji wy­wro­to­wo-ter­ro­ry­stycz­nych, pod groź­bą zwol­nie­nia i kary fi­nan­so­wej w wy­so­ko­ści co naj­mniej dwu­stu ty­się­cy kre­dy­tów fe­de­ral­nych.

– Okej – mruk­nął kabek. – Pro­szę się usta­wić do re­wi­zji.

Zby­szek po­słusz­nie od­wró­cił się do bry­ga­dzi­sty ple­ca­mi, sze­ro­ko roz­sta­wił nogi i oparł rę­ka­mi o ścia­nę.

– Co ten Ben robi? – Usły­szał za ple­ca­mi głos jed­ne­go z cze­ka­ją­cych na dźwig urzęd­ni­ków. – Czy my miesz­ka­my w cy­wi­li­zo­wa­nym kraju, czy w sys­te­mie Sy­riu­sza? Tak nie można ludzi trak­to­wać, to jest wolny oby­wa­tel Fe­de­ra­cji, on chce tylko wyjść z za­kła­du!

– Nowe pro­ce­du­ry – od­po­wie­dział inny, niż­szy głos. – Pan go nie ża­łu­je, pa­tu­sy same są sobie winne. Pro­szę sobie wy­obra­zić, że ostat­nio jeden ki­lo­fiarz pró­bo­wał wy­nieść z ko­pal­ni prze­pust­ni­cę neu­tri­no­wą. Nie będę mówił nawet, gdzie ją ukrył, bo to zwy­czaj­nie głowa mała…

– Żar­tu­je pan.

– A skąd. Oso­bi­ście wi­dzia­łem, jak potem de­zyn­fe­ko­wa­li ten za­wo­rek… No, ale czego się spo­dzie­wać po lu­dziach, któ­rzy nie po­tra­fi­li zdo­być upraw­nień na ob­słu­gę sztucz­nych in­te­li­gen­cji, czy choć­by na no­sze­nie broni. Ro­zu­mie pan, nawet te ich bie­da­li­cen­cje na ki­lo­fy musi im ko­pal­nia opła­cać przy za­trud­nie­niu, a oni nas potem okra­da­ją…

Zby­szek chciał gło­śno za­pro­te­sto­wać, że prze­cież koszt li­cen­cji su­mien­nie zwra­ca pra­co­daw­cy w mie­sięcz­nych ra­tach, zresz­tą z nie­ma­łym pro­cen­tem, ale nie zdą­żył. Ob­szu­ku­ją­cy go kabek wrza­snął.

– Co ty masz na brzu­chu?! Cho­le­ra, to jest kryp­to? Czemu nic nie mó­wisz, ki­lo­fia­rzu? Chcesz, żebym to żonie i dzie­ciom za­niósł?

Zby­szek po­wo­li od­wró­cił się i po­pra­wił ko­szu­lę. Cze­ka­ją­cy na dźwig urzęd­ni­cy ści­snę­li się w rogu ko­ry­ta­rza, a Ben za­sła­niał twarz koł­nie­rzem uni­for­mu.

– Spo­koj­nie. Kryp­to nie prze­no­si się mię­dzy ludź­mi, tem­pe­ra­tu­ra ciała jest zbyt wy­so­ka, żeby grzyb mógł wy­twa­rzać owoc­ni­ki…

– Nie wy­mą­drzaj się ro­bo­lu, tylko zwrot na pię­cie i marsz do Rus­se­la wy­skro­bać grzyb­nię. Na ba­le­ty sobie pój­dziesz kiedy in­dziej.

Ki­lo­fiarz spo­koj­nie wy­tłu­ma­czył, że w związ­ku z wa­ka­tem na sta­no­wi­sku za­kła­do­we­go le­ka­rza musi odbyć wi­zy­tę pry­wat­nie i to jest wła­śnie owa spra­wa do za­ła­twie­nia.

– Z wami jak nie urok… – wark­nął Ben, po czym od­wró­cił się do tłumu urzęd­ni­ków. – Lu­dzi­ska, ro­zejść się. Czło­wiek z kryp­to musi wy­je­chać na po­wierzch­nię. Po­cze­ka­cie sobie na na­stęp­ny dźwig.

– Ależ co pan gada! – wrza­snął wą­sacz w se­le­dy­no­wej ko­szu­li. Zby­szek po ni­skim gło­sie po­znał, że to ten sam facet, który opo­wia­dał hi­sto­rię o prze­pust­ni­cy neu­tri­no­wej. – Ki­lo­fiarz niech czeka, ja muszę córkę z zajęć ode­brać.

Kabek Ben sta­nął tak bli­sko urzęd­ni­ka, że pra­wie trą­cał go nosem.

– Nie za­po­mi­nasz się, gry­zi­piór­ku? – wy­sy­czał, de­li­kat­nie stu­ka­jąc go kolbą ka­ra­bi­nu. – Przy­po­mi­nam, że Kor­pus ma taką samą ju­rys­dyk­cję nad tobą jak nad tym ro­bo­lem. Chcesz, żeby ki­lo­fiarz nam tu wy­ki­to­wał i roz­siał owoc­ni­ki po całej ko­pal­ni? Tego chcesz, hm? Jak ci tak spiesz­no do có­ru­ni to droga wolna, mo­żesz je­chać razem z nim pierw­szym kur­sem.

Wą­sacz uniósł dło­nie w ge­ście pod­da­nia się i po­krę­cił głową.

– Tak my­śla­łem – mruk­nął Ben. – A wy co się ga­pi­cie?! – wrza­snął na po­zo­sta­łych urzęd­ni­ków. – Mó­wi­łem wy­raź­nie: ro­zejść się. I to w tej chwi­li! Chyba że się wam wszyst­kim marzy po­po­łu­dnie spę­dzo­ne na skro­ba­niu grzyb­ni.

*

Prze­pust­ni­ca neu­tri­no­wa – wy­ko­rzy­stu­ją­ca za­sa­dę splą­ta­nia prze­pust­ni­ca kwan­to­wa o wy­so­kiej szczel­no­ści, nie­zbęd­na w wielu ob­sza­rach gór­nic­twa ener­go­ar­go­nu. Od za­wo­rów in­ne­go typu naj­ła­twiej ją od­róż­nić po po­dłuż­nym, obłym kształ­cie.

 

En­cy­klo­pe­dii Ga­lak­tycz­nej

*

Złoża ar­go­nu ener­ge­tycz­ne­go le­ża­ły pra­wie dwie­ście ki­lo­me­trów pod po­wierzch­nią aste­ro­idy Ki­na­ku. Pod­czas nor­mal­ne­go użyt­ko­wa­nia, ko­pal­nia­na winda roz­pę­dza­ła się do pręd­ko­ści spor­to­we­go sa­mo­cho­du, a mimo tego prze­jazd w jedną stro­nę po­tra­fił trwać nawet pół go­dzi­ny.

Ka­be­ko­wi nie uśmie­cha­ła się per­spek­ty­wa spę­dze­nia trzy­dzie­stu minut w po­bli­żu za­ka­żo­ne­go kryp­to­pla­zmo­zą ki­lo­fia­rza, więc na­tych­miast po wej­ściu pod­krę­cił pręd­kość pra­wie do mak­si­mum. Roz­pę­dzo­na jak po­cisk, kil­ku­set­to­no­wa klat­ka ze sta­lo­wych dru­tów trzę­sła się i skrzy­pia­ła.

– Czy to na pewno bez­piecz­ne?! – za­py­tał Zby­szek, prze­krzy­ku­jąc ry­czą­ce po­wie­wy po­wie­trza. Sam sie­dział przy­pię­ty pa­sa­mi bez­pie­czeń­stwa, ale Ben, chcąc za­cho­wać jak naj­więk­szą od­le­głość od no­si­cie­la za­ra­zy, stał non­sza­lanc­ko opar­ty o ścia­nę ka­bi­ny.

– Na pewno bez­piecz­niej­sze niż sie­dze­nie tu z tobą i twoim grzy­bem. Wy­lu­zuj – dodał Ben, wi­dząc, że ki­lo­fiarz nie jest prze­ko­na­ny. – Wiem, co robię, mam li­cen­cję na ob­słu­gę windy. To pudło nor­mal­nie prze­wo­zi po sto osób naraz, przy takim małym ob­cią­że­niu można je bez stra­chu tro­chę do­ci­snąć.

– Skoro pan bry­ga­dzi­sta tak mówi…

– Tak mówię, bo tak jest. Sta­rusz­ka jesz­cze mo­je­go dziad­ka wo­zi­ła, zaraz po ko­lo­ni­za­cji tego ka­wał­ka skały, ale to po­rząd­ny…

Ben nie do­koń­czył. Winda, jakby chcąc opro­te­sto­wać wy­po­mi­na­nie jej wieku, za­zgrzy­ta­ła, za­trzesz­cza­ła i na mo­ment gwał­tow­nie zwol­ni­ła.

Mo­ment jed­nak w zu­peł­no­ści wy­star­czył. Dro­bi­ny kurzu i błota unio­sły się z pod­ło­gi, jakby ktoś nagle zmie­nił kie­ru­nek siły cią­że­nia. Szar­pa­ne bez­li­to­sną bez­wład­no­ścią belki ka­bi­ny wy­gię­ły się i za­wy­ły ni­czym chór po­tę­pio­nych dusz. Wie­dzio­ne tą samą siłą ciało ka­be­ka gruch­nę­ło o sta­lo­wy sufit. Winda nie za­trzy­ma­ła się w miej­scu – i tylko dla­te­go Ben nie zo­stał prze­ma­ce­ro­wa­ny na mar­mo­la­dę. Bry­ga­dzi­ście nie dane jed­nak było się tym cie­szyć – z prze­trą­co­nym kar­kiem opadł na pod­ło­gę ka­bi­ny se­kun­dę póź­niej.

Zby­szek, przy­du­szo­ny pa­sa­mi, był pe­wien, że rów­nież wy­zio­nie ducha. Po dłuż­szej chwi­li uspo­ko­ił jed­nak od­dech na tyle, by od­piąć się od sie­dze­nia i ka­sła­jąc do­czła­pać do pa­ne­lu ste­ro­wa­nia. Zmniej­szył pręd­kość windy do naj­niż­szej moż­li­wej war­to­ści i wbił prze­ra­żo­ny wzrok w ciało ka­be­ka.

*

Ener­go­ar­gonargon ener­ge­tycz­ny – uży­wa­na jako nie­zwy­kle wy­daj­ne pa­li­wo od­mia­na alo­tro­po­wa ar­go­nu. Rzad­ka w ukła­dzie Sta­rej Ziemi, ale re­la­tyw­nie po­spo­li­ta w ją­drach więk­szych aste­ro­id i pla­net kar­ło­wa­tych. Wy­do­by­cie i eks­port ener­go­ar­go­nu jest pod­sta­wą go­spo­dar­ki dla wielu re­pu­blik Fe­de­ra­cji.

 

En­cy­klo­pe­dii Ga­lak­tycz­nej

*

– Co to ma zna­czyć? Czy wy­ście w Kor­pu­sie wszy­scy ocza­dzie­li? Sam pan windą jeź­dzi?

Zdzi­wie­niu i wście­kło­ści ludzi cze­ka­ją­cych na kurs pod zie­mię, gdy za­miast zwy­czaj­ne­go tłumu wy­siadł z niej jeden męż­czy­zna w pur­pu­ro­wym mun­du­rze bry­ga­dzi­sty, nie było końca.

– Pro­szę się od­su­nąć na roz­sąd­ną od­le­głość. Je­stem za­ka­żo­ny kryp­to­pla­zmo­zą i udaję się do le­ka­rza.

– Po­głu­pie­li!

– Kryp­to się nie prze­no­si mię­dzy ludź­mi!

– Owoc­ni­ki…! – prze­krzy­ki­wa­li się wza­jem­nie pra­cow­ni­cy ko­pal­ni, ale więk­szość po­słusz­nie się od­su­nę­ła, a wielu rów­nież za­sło­ni­ło usta czym­kol­wiek, co aku­rat mieli pod ręką. Zby­szek jed­nak nie słu­chał ich ze szcze­gól­ną uwagą – cią­gle trząsł się z ner­wów.

Zda­wał sobie spra­wę, że gdyby wrota windy roz­su­nę­ły się i lu­dzie uj­rze­li w środ­ku ki­lo­fia­rza nad zwło­ka­mi bry­ga­dzi­sty, nigdy nie wy­szedł­by z wię­zie­nia. Ba – ka­be­cy praw­do­po­dob­nie wy­koń­czy­li­by go jesz­cze pod­czas prze­słu­cha­nia.

Naj­lep­szym, co przy­szło mu do głowy, było ukraść mun­dur, a zwło­ki bry­ga­dzi­sty wy­rzu­cić do szybu przez właz ser­wi­so­wy.

Spoj­rzał w górę na opa­li­zu­ją­cą sztucz­nym świa­tłem ko­pu­łę ha­bi­ta­tu Ki­na­ku. Do­tar­ło do niego, że nie wi­dział jej od kilku lat – ki­lo­fia­rze nawet nie­licz­ne dni wolne za­zwy­czaj spę­dza­li pod zie­mią, w za­kła­do­wej knaj­pie albo w za­kła­do­wym bur­de­lu. Skle­pie­nie bu­dzi­ło za­chwyt, ale przy­po­mi­na­ło też dru­zgo­cą­cą praw­dę o życiu na aste­ro­idzie: nie było dokąd ucie­kać. Prę­dzej czy póź­niej bę­dzie mu­siał prze­stać uda­wać ka­be­ka i zmie­rzyć się z sy­tu­acją.

Było oczy­wi­ste, że nie dało się tej ma­ska­ra­dy utrzy­mać bez końca, ale mogła dzia­łać dłuż­szą chwi­lę – Zby­szek miał pew­ność, że ciało Bena, po­sła­ne w dół dwu­stu­ki­lo­me­tro­wym szy­bem, nie zo­sta­nie szyb­ko zna­le­zio­ne.

Nagłe ukłu­cie w brzu­chu przy­po­mnia­ło mu o naj­pil­niej­szej spra­wie. Ki­lo­fiarz za­czął się roz­glą­dać za ga­bi­ne­tem le­ka­rza.

*

Kor­pus Bry­ga­dzi­stów – mię­dzy­pla­ne­tar­na or­ga­ni­za­cja po­żyt­ku pu­blicz­ne­go utwo­rzo­na po fali tra­gicz­nych w skut­kach za­mie­szek na ga­ni­me­dej­skich plat­for­mach wiert­ni­czych. Do głów­nych zadań na­le­żą eg­ze­kwo­wa­nie praw pra­cow­ni­czych i prze­ciw­dzia­ła­nie or­ga­ni­za­cjom wy­wro­to­wym i ter­ro­ry­stycz­nym.

 

En­cy­klo­pe­dii Ga­lak­tycz­nej

*

Zbysz­ko­wi chcia­ło się śmiać.

Po pierw­sze, bo bar­dzo szyb­ko oka­za­ło się, że mun­dur ka­be­ka wy­jąt­ko­wo uła­twia życie. Za­zwy­czaj nie­zna­jo­mi, wi­dząc par­cia­ną, za­kła­do­wą ko­szu­lę cho­wa­li port­fe­le i prze­cho­dzi­li na drugą stro­nę ulicy – był to ko­lej­ny z po­wo­dów, dla któ­rych ki­lo­fia­rze tak rzad­ko od­wie­dza­li po­wierzch­nię. Teraz za­py­ta­na przez niego o drogę osoba nie tylko chęt­nie po­da­ła mu adres, ale jesz­cze pod­wio­zła pod same drzwi kli­ni­ki. Gdy le­karz zo­ba­czył, że w po­cze­kal­ni jest funk­cjo­na­riusz Kor­pu­su, kazał mu wejść bez ko­lej­ki.

Po dru­gie, bo za­bieg usu­wa­nia grzyb­ni strasz­nie ła­sko­tał. W od­róż­nie­niu od dok­to­ra Rus­se­la, pro­wa­dzą­cy kli­ni­kę facet nie ską­pił znie­czu­le­nia, więc Zby­szek wcale nie czuł bólu, choć dok­tor ze­skro­by­wał ka­wał­ki skóry tak wiel­kie, że ki­lo­fiarz mu­siał od­wra­cać wzrok.

– No, jesz­cze tylko płat al­gi­nia­no­wy się przyj­mie i bę­dzie pan wła­dza jak nowy. Pro­szę na przy­szłość tyle nie zwle­kać z wi­zy­tą. Ja wiem, że do ka­be­cji re­kru­tu­ją same alfy i sigmy, ale na­praw­dę: nie wolno zgry­wać choj­ra­ka. To cho­ler­stwo może czło­wie­ka wy­koń­czyć. A po śmier­ci, wia­do­mo, tem­pe­ra­tu­ra ciała spada i co wtedy?

– Owocniki? – wy­du­kał Zby­szek, wi­dząc py­ta­ją­ce spoj­rze­nie dok­to­ra.

– Otóż to. Owoc­ni­ki. Przy­wieź­li nam kie­dyś do kost­ni­cy jed­ne­go owo­cu­ją­ce­go. – Le­karz po­krę­cił głową z dez­apro­ba­tą. – Brzyd­ka spra­wa, mówię panu. Ty­dzień nic in­ne­go nie ro­bi­łem, tylko grzyb­nię ze­skro­by­wa­łem. Z ludzi, ze zwie­rząt…

Dok­tor wbił nie­obec­ne spoj­rze­nie w ścia­nę i sie­dział tak dłuż­szą chwi­lę.

– Ile płacę? – prze­rwał mil­cze­nie Zby­szek i prze­łknął ślinę. Al­gi­nia­no­wy opa­tru­nek tylko z tru­dem mógł od­róż­nić od wła­snej skóry, coś ta­kie­go mu­sia­ło słono kosz­to­wać.

Le­karz ude­rzył się w udo i gło­śno ro­ze­śmiał.

– Oho ho! A to dobre. Żarty się pana wła­dzy trzy­ma­ją. No tak bywa po znie­czu­le­niu, ale pierw­sze widzę, żeby po miej­sco­wym… Pro­szę podać na­zwi­sko, ja to ścią­gnę z ubez­pie­cze­nia kor­pu­so­we­go.

Zby­szek zbladł. Nie chciał podać na­zwi­ska Bena – prze­cież na ter­mi­na­lu dok­to­ra mogło wy­sko­czyć zdję­cie.

– Pła­to­wicz – wy­pa­lił, za­in­spi­ro­wa­ny pierw­szą rze­czą, na którą padł jego wzrok. – Algin Pła­to­wicz.

– Dziw­ne, nie fi­gu­ru­je w sys­te­mie… – mruk­nął dok­tor, a ki­lo­fiarz za­czął po­spiesz­nie za­pi­nać mun­dur, szy­ku­jąc się do uciecz­ki. – Pan nowy na Ki­na­ku?

– Tak, tak – po­twier­dził Zby­szek w ciągu mi­li­se­kun­dy. – Czerw­co­wym trans­por­tem przy­le­cia­łem z sys­te­mu Bar­nar­da.

– A no i wszyst­ko jasne, już pana do­pi­sze­my…

– Tak można czło­wie­ka po pro­stu dodać do ubez­pie­cze­nia? – za­py­tał Zby­szek i zaraz po­ża­ło­wał, że w porę nie ugryzł się w język.

Jed­nak dok­tor tylko uśmiech­nął się pod nosem.

– Oj, panie wła­dzo. Re­pu­bli­ka kosi takie siano z ener­go­ar­go­nu, że tu już nikt ta­kich rze­czy nie pil­nu­je – poza li­cen­cja­mi, ma się ro­zu­mieć, bo prze­cież nie mo­że­my po­pa­dać w bar­ba­rzyń­stwo jak ci z Sy­riu­sza. Wczo­raj trzy­lat­ce mig­dał­ki wy­ci­na­łem za pie­nią­dze z ka­bec­kiej ubez­pie­czal­ni, a zna­jo­ma we­te­ry­nar­ka się za­rze­ka, że nawet szcze­nię­ta kie­dyś ode­bra­ła…

*

Fe­de­ra­cja Ga­lak­tycz­na (daw. Stany Zjed­no­czo­ne Ga­lak­ty­ki) – luźny zwią­zek państw po­ło­żo­nych na pla­ne­tach i aste­ro­idach sys­te­mów Alfy Cen­tau­ri, La­lan­de 21185 i gwiaz­dy Bar­nar­da. W od­róż­nie­niu od resz­ty ludz­ko­ści po­grą­żo­nej we wtór­nym bar­ba­rzyń­stwie, cy­fro­wym ko­mu­ni­zmie i sys­te­mach neo­feu­dal­nych, miesz­kań­cy Fe­de­ra­cji cie­szą się sta­bil­ną po­li­ty­ką, silną go­spo­dar­ką wol­no­ryn­ko­wą i sze­ro­kim za­kre­sem swo­bód oby­wa­tel­skich.

 

En­cy­klo­pe­dii Ga­lak­tycz­nej

*

Kilka dni póź­niej ki­lo­fiarz Zby­szek (alias Algin Pła­to­wicz), sie­dząc na ła­wecz­ce w Parku Ko­lo­nial­nym, po­si­lał się kaj­zer­ką, roz­ko­szo­wał wi­do­kiem ho­lo­gra­ficz­ne­go nieba i roz­my­ślał.

Bułka nie róż­ni­ła się ni­czym od tych z za­kła­do­wej sto­łów­ki i mu­sia­ła być z do­kład­nie tej samej pie­kar­ni – li­cen­cje na pro­duk­cję żyw­no­ści dla re­pu­blik Fe­de­ra­cji były bar­dzo kosz­tow­ne, więc całe pie­czy­wo ja­da­ne przez miesz­kań­ców Ki­na­ku po­cho­dzi­ło z jed­ne­go źró­dła. Kosz­to­wa­ła jed­nak trzy­dzie­ści razy wię­cej, niż pod zie­mią, więc mimo tego, że na widok pur­pu­ro­we­go uni­for­mu sprze­daw­cy za­wsze chęt­nie do­rzu­ca­li coś na koszt firmy, oszczęd­no­ści Zbysz­ka top­nia­ły w za­stra­sza­ją­cym tem­pie.

Na Ki­na­ku, jak zresz­tą w całej Fe­de­ra­cji, miesz­kań­cy nie mu­sie­li szu­kać pracy – to praca szu­ka­ła czło­wie­ka. Pro­blem w tym, że je­dy­nym miej­scem, gdzie za­trud­nia­no li­cen­cjo­no­wa­nych ope­ra­to­rów hy­dro­ki­lo­fa, był ze­spół ko­pal­ni ener­go­ar­go­nu – a tam prze­cież lu­dzie go znali i nie mógł się po­ka­zać w kra­dzio­nym mun­du­rze ka­be­ka.

Prze­brać nie miał się w co, choć uni­form za­czy­nał już nieco cuch­nąć – w po­wierzch­nio­wym skle­pie naj­tań­sze dżin­sy z włók­na biał­ko­we­go kosz­to­wa­ły całe czter­dzie­ści pięć ty­się­cy.

Pró­bo­wał szu­kać szczę­ścia w ma­ga­zy­nie, w ka­dziar­ni, w por­cie, nawet jako fry­zjer, ale w tych miej­scach na­po­ty­kał inną prze­szko­dę – jego port­fel wciąż był ob­cią­żo­ny ra­ta­mi za li­cen­cję na kilof i nie chciał przy­znać środ­ków na nowe upraw­nie­nia.

Rzu­cił kilka ułom­ków wy­jąt­ko­wo na­chal­nej parze go­łę­bi – serce krwa­wi­ło mu na myśl, ile kre­dy­tów kosz­to­wał go ten gest, ale ki­lo­fiarz szcze­rze wie­rzył, że dobra karma wraca, a jak nigdy w życiu po­trze­bo­wał uśmie­chu losu.

Z za­du­my wy­rwał Zbysz­ka wście­kły krzyk, który usły­szał za ple­ca­mi.

– Ej, ty, nie­ro­bie z bu­łecz­ką! Z któ­rej je­steś dy­wi­zji?

Ki­lo­fiarz aż pod­sko­czył i ob­ró­cił się w stro­nę ulicy i zo­ba­czył kę­dzie­rza­we­go bry­ga­dzi­stę, który wrzesz­czał na niego przez okno kor­pu­so­we­go trans­por­te­ra.

– Tak, do cie­bie mówię. Z któ­rej je­steś dy­wi­zji?

Zby­szek nie od­po­wie­dział. Był spa­ra­li­żo­wa­ny jak sarna w świa­tłach cię­ża­rów­ki. Z bułką w zę­bach, de­spe­rac­ko roz­glą­dał się za naj­do­god­niej­szą drogą uciecz­ki.

– Zresz­tą, do licha, nie czas na to! – krzyk­nął znowu kie­row­ca ka­bec­kiej suki. – Jest szó­sty sto­pień alar­mu, wszyst­kie ręce na po­kład. Wsia­daj, weź­mie­my cię na miej­sce. Nie masz ko­mu­ni­ka­to­ra, ko­le­go?

– Zgu­bi­łem! – od­krzyk­nął Zby­szek, prze­łknąw­szy ostat­ni kęs kaj­zer­ki. – Już bie­gnę, „ko­le­go”.

*

Ga­lak­tycz­ny Port­fel Cy­fro­wyG.P.C. – nie­wiel­kie urzą­dze­nie umoż­li­wia­ją­ce oby­wa­te­lom Fe­de­ra­cji prze­pro­wa­dza­nie ope­ra­cji fi­nan­so­wa­nych za po­śred­nic­twem wiąz­ki pod­czer­wie­ni. Takie roz­wią­za­nie łączy w sobie wy­go­dę i nie­za­wod­ność kryp­to­wa­lut ze swo­bo­dą za­pew­nia­ną przez go­tów­kę. Wiele mo­de­li ma rów­nież zdol­ność udzie­la­nia kre­dy­tów na cele edu­ka­cyj­ne.

 

En­cy­klo­pe­dii Ga­lak­tycz­nej

*

Zby­szek zdą­żył już zro­zu­mieć, że ka­be­cja spra­wia­ła wra­że­nie spraw­nie dzia­ła­ją­cej, pur­pu­ro­wej armii je­dy­nie z per­spek­ty­wy czło­wie­ka w par­cia­nej, za­kła­do­wej ko­szu­li. Nawet on był jed­nak zdzi­wio­ny, gdy ja­dą­cy na pa­cy­fi­ka­cję pro­te­stu w głów­nej hali ka­dziel­ni­czej od­dział Kor­pu­su tak po pro­stu wrę­czył mu broń i pas gra­na­tów hu­ko­wych. Uzbro­jo­ny po zęby ki­lo­fiarz uśmie­chał się pod nosem – pierw­szy raz stał po wła­ści­wej stro­nie ka­ra­bi­nu.

Sy­tu­acja wy­glą­da­ła iście gro­te­sko­wo. Chu­der­la­wy męż­czy­zna w par­cia­nej ko­szu­li, cał­kiem po­dob­nej do tych ko­pal­nia­nych, dyn­dał na pod­wie­szo­nym pod su­fi­tem krze­śle, jakiś metr nad mon­stru­al­nych roz­mia­rów na­czy­niem wy­peł­nio­nym bul­go­czą­cym za­cie­rem biał­ko­wym. Za jego ple­ca­mi stał tłum nie­zro­zu­mia­le po­krzy­ku­ją­cych pra­cow­ni­ków. Po dru­giej stro­nie hali w rów­nych, pur­pu­ro­wych sze­re­gach usta­wi­ły się co naj­mniej dwie setki bry­ga­dzi­stów.

– Czemu nasi chłop­cy tak stoją jak kołki? – za­py­tał kie­row­ca trans­por­te­ra. Mike, jak do­wie­dział się Zby­szek pod­czas jazdy.

– Wszy­scy stop! – Usły­sze­li, jakby w od­po­wie­dzi, i zo­ba­czy­li pod­bie­ga­ją­ce­go do nich męż­czy­znę w wy­szu­ka­nym gar­ni­tu­rze, dra­ma­tycz­nie wy­ma­chu­ją­ce­go rę­ka­mi. Ki­lo­fiarz ko­ja­rzył go z gazet: był to wła­ści­ciel ka­dziar­ni, Joma Aba­szew. – Żad­nej broni! Nie po­zwa­lam zabić tego czło­wie­ka – wy­krzy­czał, pod­ska­ku­jąc przy tym nie­zdar­nie, jakby chciał wła­snym cia­łem unie­moż­li­wić od­da­nie ognia do pro­te­stu­ją­ce­go.

– To oczy­wi­ste, że jako biz­nes­men ma pan sen­ty­ment do pra­cow­ni­ków. Po­wiem szcze­rze, nawet to po­chwa­lam – po­wie­dział Mike, kła­dąc mu dłoń na ra­mie­niu. – Ale pro­szę zro­zu­mieć: o nim nie można już my­śleć, jako o ro­bot­ni­ku. To nie­bez­piecz­ny po­pu­li­sta i tak musi zo­stać po­trak­to­wa­ny. Pro­szę zejść z linii strza­łu.

– Ale co też pan pie­przy o ja­kichś sen­ty­men­tach – zru­gał go przed­się­bior­ca, ocie­ra­jąc spo­co­ne czoło. – Słowo daję, trzy­dzie­ste­mu ka­be­ko­wi to tłu­ma­czę: ten robol ma kryp­to­pla­zmo­zę. Jak utopi się w kadzi i za­cznie owo­co­wać, to za­nie­czy­ści mie­sięcz­ny zapas biał­ka dla Re­pu­bli­ki! Na całej na­szej skale nie znaj­dzie pan tyle gazu, żeby taką masę za­cie­ru prze­go­to­wać. Bę­dzie­my do na­stęp­nej par­tii wszy­scy żyć wy­łącz­nie sa­ła­tą! A grzyb­ni to pew­nie nigdy do końca nie do­skro­bie­my.

– Macie cały pro­dukt w jed­nym miej­scu? – zdu­miał się Mike.

– Ca­luś­ki. To mój wła­sny po­mysł. – Aba­szew wy­piął pierś jak do or­de­ru. – Dzię­ki temu oszczę­dza­my mie­sięcz­nie mi­lion kre­dy­tów na de­zyn­fek­cji kadzi. Brze­gi tylko trze­ba prze­trzeć irchą i nigdy żadne normy nie zo­sta­ją prze­kro­czo­ne…

– Szlag – za­klął Mike. Dłuż­szą chwi­lę my­ślał, po czym odło­żył ka­ra­bin i chwy­cił me­ga­fon.

– Mówi ne­go­cja­tor z ra­mie­nia Kor­pu­su Bry­ga­dzi­stów – roz­le­gło się z gło­śni­ka. – To się jesz­cze nie musi źle skoń­czyć. Jakie są twoje żą­da­nia?

Ka­dziarz wy­krzy­czał od­po­wiedź, coraz bar­dziej huś­ta­jąc krze­słem.

– Ktoś go zro­zu­miał? – za­py­tał Mike.

– Nie, ale wiem, o co cho­dzi – wtrą­cił się Aba­szew. – Oni od za­wsze do­ma­ga­ją się skró­ce­nia czasu pracy, bo, jak twier­dzą, opary biał­ko­we po całej zmia­nie po­wo­du­ją mdło­ści. Też coś.

– Mnie­mam, że to nie wcho­dzi w grę?

– No oczy­wi­ście. Jak się im za­pach nie po­do­ba, to droga wolna. Prze­cież ja ni­ko­go za no­gaw­kę w fir­mie nie trzy­mam. I tak mi się ten biz­nes ledwo spina. Czło­wiek im jak oj­ciec z wła­snych pie­nię­dzy opła­ca ubra­nia, je­dze­nie, le­ka­rza, miej­sce do spa­nia i co tam jesz­cze mają na­wpi­sy­wa­ne do Karty Ka­dzia­rza, a pa­so­ży­tom wiecz­nie mało!

Mike uci­szył go ge­stem dłoni.

– Wszyst­ko ro­zu­miem, ale w takim wy­pad­ku, jak pan widzi, mamy pata. Ja­kieś po­my­sły? – zwró­cił się do swo­je­go od­dzia­łu, ale od­po­wie­dzia­ło mu je­dy­nie dłu­gie mil­cze­nie. Ka­be­cy dłuż­szą chwi­lę tępo pa­trzy­li jeden na dru­gie­go – żaden nie wi­dział wyj­ścia z sy­tu­acji.

– Tak, Algin? Słu­cham – po­wie­dział Mike, wi­dząc, jak ki­lo­fiarz nie­śmia­ło pod­no­si rękę.

– Macie może na sta­nie hy­dro­ki­lof?

*

Ka­dzie biał­ko­we – du­że­go roz­mia­ru na­czy­nia, wy­peł­nio­ne mie­szan­ką alg i droż­dży. Głów­ne źró­dło ta­nie­go i war­to­ścio­we­go po­ży­wie­nia dla za­miesz­ku­ją­cych ko­lo­nie Fe­de­ra­cji spo­łecz­no­ści. Z pro­du­ko­wa­nych bia­łek wy­twa­rza się rów­nież włók­na do pro­duk­cji wy­jąt­ko­wo trwa­łej i przy­stęp­nej ce­no­wo odzie­ży.

 

En­cy­klo­pe­dii Ga­lak­tycz­nej

*

– Je­steś cał­ko­wi­cie pe­wien, że chcesz to zro­bić, Pła­to­wicz? – za­py­tał przez ko­mu­ni­ka­tor Mike, wi­dząc, jak Zby­szek na­cią­ga na twarz gór­ni­czą ko­mi­niar­kę i kła­dzie się z okiem przy ce­low­ni­ku hy­dro­ki­lo­fa. – Jak ten typ wpad­nie do kadzi, to bę­dzie­my bła­gać Bar­nar­dzia­rzy o trans­por­ty z je­dze­niem.

– Je­stem cał­ko­wi­cie pe­wien, że nie chcę tego robić, „ko­le­go” – mruk­nął w od­po­wie­dzi Zby­szek. – Jak znaj­dzie­cie inne roz­wią­za­nie, to mo­że­cie mi dać znać w każ­dej chwi­li. Tylko my­śl­cie szyb­ko, bo nie­szczę­śnik zaraz omdle­je od tych wy­zie­wów i utopi się w za­cie­rze bez mojej po­mo­cy.

– Nie ma żad­nych wy­zie­wów! – krzyk­nął do słu­chaw­ki Aba­szew, który, od kiedy zo­ba­czył gi­gan­tycz­ną lufę hy­dro­ki­lo­fa, ner­wo­wo prze­stę­po­wał w kącie z nogi na nogę. – To są kłam­stwa, oszczer­stwa i po­pu­li­stycz­na pro­pa­gan­da. Ka­lum­nie, rzekł­bym nawet, i gdyby od pana bry­ga­dzi­sty nie za­le­ża­ła przy­szłość mo­je­go in­te­re­su, to do­cho­dził­bym swo­ich praw przed nie­za­leż­nym sądem.

– Oczy­wi­ście, prze­pra­szam. Nie ma żad­nych biał­ko­wych opa­rów, a kryp­to nie prze­no­si się mię­dzy ludź­mi. To jak, mam dzia­łać?

– Udzie­lam po­zwo­le­nia na otwar­cie ognia – mruk­nął do słu­chaw­ki Mike. Aba­szew za­sło­nił oczy dłoń­mi. Ki­lo­fiarz ostat­ni raz spoj­rzał na wska­zu­ją­cą siłę wia­tru cho­rą­giew­kę i de­li­kat­nie po­cią­gnął za spust.

Szum wody wy­do­sta­ją­cej się z dyszy hy­dro­ki­lo­fa był tak ogłu­sza­ją­cy, że nie­któ­rzy ka­be­cy od­ru­cho­wo padli na zie­mię. Tylko Zby­szek, przy­zwy­cza­jo­ny do tego ha­ła­su, nawet nie drgnął i pewną ręką skie­ro­wał na dyn­da­ją­ce­go pra­cow­ni­ka stru­mień, który bły­ska­wicz­nie wy­niósł go za brzeg kadzi.

Na mo­ment za­pa­dła przej­mu­ją­ca cisza, a potem roz­le­gły się grom­kie wi­wa­ty i pur­pu­ro­we fa­lan­gi bry­ga­dzi­stów ru­szy­ły do roz­pę­dza­nia pro­te­stu.

*

Hy­dro­ki­lof – no­wo­cze­sne na­rzę­dzie wy­do­byw­cze, uży­wa­ne w gór­nic­twie ener­go­ar­go­nu. Wy­na­la­zek miał po­zy­tyw­ny wpływ na bez­pie­czeń­stwo i kom­fort pracy gór­ni­ków. Po­gło­ski, ja­ko­by po­wo­do­wa­ne przez nie za­wil­go­ce­nie wy­ro­bisk pro­wa­dzi­ło do sze­rze­nia się kryp­to­pla­zmo­zy i in­nych in­fek­cji grzy­bi­czych nie zna­la­zły po­twier­dze­nia i na­le­ży je za­li­czyć do wy­wro­to­wej pro­pa­gan­dy.

 

En­cy­klo­pe­dii Ga­lak­tycz­nej

*

Sze­ściu bry­ga­dzi­stów już dłuż­szą chwi­lę cze­ka­ło w ga­bi­ne­cie ma­jo­ra, sto­jąc kar­nie w rzę­dzie pod ścia­ną, jak spo­dzie­wa­ją­cy się so­lid­ne­go ochrza­nu ucznio­wie. Mieli zło­żyć ra­port z wy­da­rzeń w ka­dziar­ni.

– Co po­wie­my? – za­py­tał naj­wyż­szy z nich, który ner­wo­wo ob­gry­zał pa­znok­cie. – Nie mo­że­my chyba przy­znać, że nikt z nas aku­rat nie pa­tro­lo­wał oko­lic kadzi.

– Niby dla­cze­go nie? – od­burk­nął inny. – Mie­li­śmy rap­tem pięć­dzie­się­ciu ludzi do pil­no­wa­nia sze­ściu setek ka­dzia­rzy, i to li­cząc razem z ka­pra­la­mi. Przy takim sta­nie oso­bo­wym było oczy­wi­ste, że po­pu­li­stów prę­dzej czy póź­niej naj­dzie ocho­ta na harce. Niech major pyta me­dycz­ne­go, dla­cze­go po­ło­wa dy­wi­zji jest wiecz­nie na cho­ro­bo­wym.

– Tak, tak – za­wtó­ro­wał trze­ci. – Pre­ten­sje do me­dycz­ne­go. A ta chci­wa gnida Aba­szew? Dawno miał mó­wio­ne, że w takim kli­ma­cie po­li­tycz­nym nie może z całą pro­duk­cją je­chać na jed­nej kadzi. Gdyby nie ten wa­riat z hy­dro­ki­lo­fem mu­sie­li­by­śmy bła­gać Bar­nard­czy­ków o awa­ryj­ny trans­port żyw­no­ści.

– Ja bym chyba wolał żreć trawę, niż o co­kol­wiek pro­sić Bar­nard­czy­ków!

– Trawa jest sztucz­na, kre­ty­nie.

– A re­kru­ci, któ­rych nam przy­sy­ła­ją? Nie za­po­mi­naj­my o re­kru­tach! Przy­sy­ła­ją nam stada ostat­nich pół­głów­ków, któ­rym sta­rzy opła­ci­li li­cen­cję na ka­ra­bi­nek. I my z nich mamy zro­bić żoł­nie­rzy? Wolne żarty!

– Żarł­bym choć­by sztucz­ną!

W ciągu kilku minut po kar­nych ucznia­kach nie zo­sta­ło nawet wspo­mnie­nie. Ka­be­cy tak za­pa­mię­ta­li się w na­rze­ka­niu, że nawet nie usły­sze­li, gdy za nimi otwar­ły się drzwi.

– Ci­sza­aa!!! – wrza­snął prze­cią­gle major. – Co to jest, ja się pytam? Miało przyjść sze­ściu ofi­ce­rów i wy­ja­śnić, jak to się stało, że Re­pu­bli­ka sta­nę­ła na kra­wę­dzi naj­więk­sze­go kry­zy­su dzie­się­cio­le­cia, a tym­cza­sem w moim ga­bi­ne­cie urzę­du­je stado sta­rych bab, które uty­sku­ją na wszyst­ko, tylko nie na sie­bie?

– Panie ma­jo­rze, my tylko…

– Cisza, po­wta­rzam! Kto po­wie­dział, że mi się was jesz­cze chce słu­chać, przy­głu­py? Po każ­dym przy­pa­le to samo: wy­mów­ki i wy­mów­ki. Ja już was mam potąd! Ro­zu­miesz, przy­głu­pie? Potąd! Potąd! – wrzesz­czał major, wy­ma­chu­jąc ręką po­wy­żej głowy. Po czym, jakby za­wsty­dzo­ny swoim wy­bu­chem, wziął głę­bo­ki od­dech, po­pra­wił kra­wat i od­chrząk­nął.

– O czym to ja… a tak, tak. Ja już was nie chcę słu­chać i ogól­nie mam po dziur­ki w nosie wa­szej nie­kom­pe­ten­cji. Przy na­stęp­nej ta­kiej akcji z pew­no­ścią pi­ka­wa by mi strze­li­ła. Nie dam się wam wy­koń­czyć, przy­głu­py. Co to, to nie! Prze­cho­dzę w stan spo­czyn­ku, pa­nien­ki, a wam przed­sta­wiam no­we­go do­wód­cę.

– „Wa­riat z hy­dro­ki­lo­fem”. Tak mnie na­zwa­li­ście, ofi­ce­rze, co? No, nie muszę chyba tłu­ma­czyć, że tu się od dzi­siaj bar­dzo wiele zmie­ni… – po­wie­dział ci­chym gło­sem męż­czy­zna w pur­pu­ro­wym mun­du­rze, który wszedł razem z ma­jo­rem, a na któ­re­go do tej pory wcale nie zwró­ci­li uwagi.

*

Algin I Sa­mo­zwa­niec – im­pe­ra­tor ga­lak­ty­ki w la­tach 1–43. Za­ło­ży­ciel dy­na­stii Pła­to­wi­czów. Ge­ne­tycz­ne ba­da­nia do­cze­snych szcząt­ków Zjed­no­czy­cie­la Ludz­ko­ści zło­żo­nych w mau­zo­leum na Ki­na­ku nie­zbi­cie świad­czą o ki­lo­fiar­skim po­cho­dze­niu, jed­nak poza tym o wcze­snym okre­sie jego życia nie­wie­le wia­do­mo. W pierw­szym wieku na­szej ery, sto­jąc na czele zre­for­mo­wa­nych od­dzia­łów ka­be­cji, prze­pro­wa­dził udany de­sant na ów­cze­sną sto­li­cę Fe­de­ra­cji Ga­lak­tycz­nej, oba­la­jąc po­przed­nią wła­dzę.

 

En­cy­klo­pe­dii Im­pe­rial­nej

 

Koniec

Komentarze

Wrażenia ogólne, bo na język na razie nie zwracałem uwagi (co również oznacza, że jest dobrze napisane):

– wciągająca fabuła, czytało się naprawdę gładko

– humor taki, jaki lubię

– dobra zgodność z hasłem konkursu

– ciekawe budowanie świata, jest kilka oryginalnych pomysłów

 

Chwilami wydawało mi się nieco naciągane pod względem logiki, ale mogę to wybaczyć. Poza tym to utwór komediowy, więc przymrużyłem oko.

 

Dobry zabieg z podziałem na fragmenty za pomocą haseł z encyklopedii, nadaje smaku całości, a ostatnie hasło jest najlepsze laugh

Witaj. :)

Co do spraw technicznych mam wątpliwości (zawsze tylko do przemyślenia):

… ale Ben, chcą zachować… – literówka?

Zmniejszył prędkość do windy do najniższej możliwej wartości i wbił przerażony wzrok w ciało kabeka. – zbędne?

– Co to ma znaczyć? Czy wyście w Korpusie wszyscy oczadzieli? Sam pan windą jeździ? – – tu chyba brak części tekstu?

A po śmierci, wiadomo, temperatura ciała spada i co wtedy? – – tu podobnie?

Było oczywiste, że nie dało się tej maskarady utrzymać bez końca, ale mogła działać dłuższą chwilę – Zbyszek miał pewność, że ciało Bena, posłane w dół dwustukilometrowym szybem (przecinek?) nie zostanie szybko znalezione.

Bułka nie różniła się niczym od tych z zakładowej stołówki i musiała pochodzić z dokładnie tej samej piekarni – licencje na produkcję żywności dla republik Federacji były bardzo kosztowne, więc całe pieczywo jadane przez mieszkańców Kinaku pochodziło z jednego źródła. – powtórzenie?

Po drugiej stronie hali w równych, purpurowych szeregach ustawiło się co najmniej dwie setki brygadzistów. – mocno mi zgrzyta (?)

Tylko Zbyszek, przyzwyczajony to tego hałasu, nawet nie drgnął i pewną ręką skierował na dyndającego pracownika strumień, który błyskawicznie wyniósł go za brzeg kadzi. – literówka?

Pogłoski, jakoby powodowane przez nie zawilgocenie wyrobisk powodowało szerzenie się kryptoplazmozy i innych infekcji grzybiczych (przecinek?) nie znalazły potwierdzenia i należy je zaliczyć do wywrotowej propagandy. – powtórzenie?

 

Bywa, że przy wykrzykiwanych wypowiedziach brak wykrzykników.

 

Znakomity humor oraz pomysł, brawa, klikam. :)

Pozdrawiam serdecznie, powodzenia w konkursie. :)

Pecunia non olet

marzan – dzięki za miłe słowa. Istotnie, miejscami fabuła jest naciągnięta i liczyłem, że w tej konwencji to przejdzie :)

 

 bruce – dzięki serdeczne za klika i za wskazane błędy :) 

 

Cieszy mnie, jeśli humor przypadł Wam do gustu bo martwiłem się nieco, że poziom dowcipu może zadowolić jedynie mnie samego. 

I ja dziękuję, pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Bardziej to zbliżone do Space Opery, ale niech będzie, że podstawowe kryteria przynależności do SF spełnia. O zgodność z warunkami konkursu niech się “jurki” martwią, chociaż wydaje mi się, że utwór je spełnia. Przypadkowo zdobyta i rozsądnie użyta szata wyniosła protagonistę na wysoki szczebel hierarchii? Wyniosła, i OK.

<><><>

Ile lat. może nawet stuleci, minąć musiało od dzisiaj, żeby ludzie opanowali technologie dalekich lotów kosmicznych, nie wiadomo, ale na pewno wiele. Zmiany społeczne musiały się w tym czasie pojawić, utrwalić, dać początek następnym przemianom… tymczasem mamy klasycznych roboli, klasycznie wykorzystywanych przez klasycznie chciwych i bezwzględnych przedsiębiorców. Zgoda, rachunek zysków i strat będzie obowiązywał do końca świata, ale bez przesady. Autonomiczne lub zdalnie sterowane, w ostateczności kierowane przez na przykład trzyosobowe załogi kombajny górnicze na pewno okazałyby się bardziej zyskownym rozwiązaniem od tłumów roboli, którym trzeba zapewnić to i tamto, bo coś sobie wywalczyli. No i automaty, maszyny ogólnie biorąc, nie buntują się, więc policja w takiej czy innej formie zbędna, co obniża koszty…

AdamieKB, dziękuję za uwagę i szczerze cieszę się, że twoja wizja przyszłości jest nieco mniej kasandryczna od przedstawionej w opowiadaniu! Może nie będzie tak źle, a jeśli, to przy odrobinie szczęścia my tego nie dożyjemy :)

 

Zarzuty o spaceoperyzm, muszę przyznać, nie do końca rozumiem, ale i nie mam z nimi problemu, wiele tekstów na nieosiągalnym dla mnie poziomie już zaliczano do tego gatunku. Niestety takiej kategorii zdaje się nie ma na portalu.

Jestem przekonana, że szata w opowiadaniu świetnie spełniła swoją rolę, zwłaszcza że opisywałeś niełatwe życie Zbyszka i mimo tragicznych wydarzeń potrafiłeś wpleść w tę historię mnóstwo dobrej jakości humoru, skutkiem czego lektura sprawiła mi wiele przyjemności.

Mam nadzieję, Zakapiorze, że poprawisz usterki, bo chciałabym zgłosić opowiadanie do Biblioteki. :)

 

– Co się tak gapisz w to ustrojstwo jak sroka w gnat, Zbysiu? – zapytał jego współlokator… → Zbędny zaimek.

 

parcianej koszuli, takiej samej, jak zbyszkowa. →…parcianej koszuli, takiej samej jak Zbyszkowa.

https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/Zapis-typu-Arturowy-dom;19494.html

 

powierzchnię odwiedził tylko raz, z okazji pogrzebu ojca. → Obawiam się, że w przypadku pogrzebu określenie okazja nie jest najwłaściwsze.

Proponuję: …powierzchnię odwiedził tylko raz, z powodu pogrzebu ojca.

 

Odczuwał irracjonalny niepokój na myśl o tym, że miałby się znaleźć w miejscu… → Wystarczy: Odczuwał irracjonalny niepokój na myśl, że miałby się znaleźć w miejscu

 

spoglądali to na zbliżającego się kilofiarza, to swoje zegarki… → Pewnie miało być: …spoglądali to na zbliżającego się kilofiarza, to na swoje zegarki

 

– Czy to na pewno bezpieczne? – zapytał Zbyszek, przekrzykując ryczące powiewy powietrza. → Skoro przekrzykiwał, to po pytajniku przydałby się też wykrzyknik.

 

To pudło normalnie przewozi po sto osób na raz… → Rozumiem, że przewozi sto osób jednocześnie, więc: To pudło normalnie przewozi po sto osób naraz

 

Sam pan windą jeździ? – → Czemu służy półpauza po pytajniku?

 

A po śmierci, wiadomo, temperatura ciała spada i co wtedy? – → Jak wyżej.

 

-…owocniki? – wydukał Zbyszek, widząc pytające spojrzenie doktora. → Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza. Zbyszek nie kończy swojej wypowiedzi, a tylko odpowiada na pytanie lekarza, więc wielokropek jest zbędny.

Winno być: – Owocniki? – wydukał Zbyszek, widząc pytające spojrzenie doktora.

 

Płatowicz – wypalił… → Płatowicz – wypalił

Wypowiedź dialogową rozpoczyna półpauza, nie dywiz.

 

Z zadumy wyrwał Zbyszka wściekły krzyk, jaki usłyszał za plecami. → Z zadumy wyrwał Zbyszka wściekły krzyk, który usłyszał za plecami.

 

– Ciszaaa! – wrzasnął przeciągle major. → Skoro to wrzask, postawiłabym trzy wykrzykniki: – Ciszaaa!!! – wrzasnął przeciągle major.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

regulatorzy, dzięki za miłe słowa i cenne uwagi. Cieszy mnie, że kolejnej osobie przypadł do gustu humor.

 

Usterki, oczywiście, poprawiłem, bo co miałbym nie poprawić :)

W takim razie, Zakapiorze, z radością pędzę do klikarni. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześć, Zakapiorze!

 

Lekkie science-fiction, chyba czegoś takiego jeszcze nie czytałem.

Pomysłowo rozwiązałeś kwestię światotwórczą – wstawki z encyklopedii na bieżąco wyjaśniały aspekty świata, same w sobie ewidentnie będące zszargane jedynym słusznym światopoglądem. Może nie był to zabieg najbardziej subtelny, ale skuteczny.

Sama historia w prosta, ale opowiedziana przyjemnie, z humorem, który może nie sprawił, że parskałem śmiechem, ale utrzymywał konwencję na stałym poziomie. A dzięki konwencji można spokojnie przymknąć oko na uproszczenia i nielogiczności, które tu i tam się wkradły.

Tekst, przy którym przyjemnie spędziłem czas.

 

Pozdrówka!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Krokusie, dzięki za miłe słowa.

 

Tak czułem, że wstawki z encyklopedii to nieco tania a może wręcz nachalna metoda światotwórcza, ale bardzo pomogły mi w pokonaniu bezlitosnego limitu znaków, więc ogólnie jestem z nich zadowolony.

 

Pozdrawiam również!

Jak opisał mnie pewien zacny Bard: "Szyszkowy Czempion Nieskończoności – lord lata, imperator szortów, najwspanialsza portalowa Szyszunia"

Ciekawy pomysł na szatę, światotwórstwo w porządku.

Kapitalizm taki trochę dziewiętnastowieczny, ale w sumie nie jest to wykluczone. Zwłaszcza jeśli miliony biednych Amerykanów potrafią sobie wybrać miliardera na swojego reprezentanta…

Czytało się przyjemnie. Te wstawki encyklopedyczne to też dobry pomysł. Nie jestem pewna, czy w encyklopedii nie powinno się używać więcej skrótów, ale jeśli jest elektroniczna, to pewnie nie. Ale jeśli przesyła się ją na duże odległości, to może jednak tak…

Babska logika rządzi!

Przeczytane z zainteresowaniem. Powodzenia w konkursie.:)

Finkla, dzięki za przeczytanie :) Istotnie, już dzisiaj Amerykanie mają wybór między dwiema partiami na krótkiej smyczy miliarderów, którym się marzy wiek dziewiętnasty – a co by to dopiero było w izolowanych, zaprojektowanych z góry przez kolonizatorów (zapewne będących miliarderami, a może już pierdylionerami) społeczeństwach po kosmicznej ekspansji?

 

Koala75, dzięki za przeczytanie!

Ano. I nie zapominajmy o braku wyboru – na Ziemi można wyemigrować do lepszego kraju (przynajmniej teoretycznie), a w Twoim świecie jest to o wiele trudniejsze i droższe. I robotnicy przykuci do miejsca pracy kredytami.

Babska logika rządzi!

Cześć!

Brawurowe i dynamiczne. Z lekkim humorem. Fajne opowiadanie. Bohater jakże wiarygodny :)

Podobało mi się!

Pozdrawiam!

chalbarczyk, dzięki wielkie za miłe słowa i za poświęcony czas, pozdrawiam również.

 

Finkla, masz oczywiście całkowitą rację, w obu punktach.

Przeczytane.

Realuc, pozdrawiam :)

Nowa Fantastyka