- Opowiadanie: Przemek123xx - Synowie Narowilu

Synowie Narowilu

Oceny

Synowie Narowilu

Do niedawna czuł się jak duch. Jak ktoś, kogo imię zginęło w mroku dziejów. Teraz był śledzony, co wprowadzało go w nieustanne poczucie niepokoju. Czas płynął szybko, jak ziarnka piasku, które przeciskają się przez palce. Minęły cztery dni odkąd opuścił Biały Róg. Z grubsza biorąc Migar miał dwa wyjścia: ujawnić światu swą tożsamość i liczyć na to, że wielu opowie się po jego stronie, lub zakraść się do Barkleach, poderżnąć gardło Hasana z Narowilu w jego własnej siedzibie i tym samym uszczęśliwić wyłysiały czerep Barona Zyhryda, który obiecał dołożyć wszelkich starań w odnalezieniu zaginionego chłopca i dziadka. Wybrał to drugie. Nie musiał tego robić, lecz uganianie się za nimi w pojedynkę przypominałoby szukanie igły w stogu siana. Był święcie przekonanym, że towarzyszyli mu, gdy zmagał się z łańcuchami w klatce. Teraz skłaniał się ku myśli, że był to tylko zwid wywołany gorączką, a oni zostali uprowadzeni z chatki, gdy on sam leżał nieprzytomny. Jedno pozostawało dla niego zagadką – jakim cudem nie pojmano wtedy jego futrzastego ciała?

Ludzie patrzyli na niego jak na raroga, gdy zatrzymał się na jednym z wybrzeży Barkleach, miasta rozciągającego się na dwóch brzegach, położonego na północny wschód od Białego Rogu. Stolica Narowilu, jak i jej wszystkie okolice zasłynęły z wyrobu najlepszych win, siekanych orzechów i niezrównanej jakości ziarna w kłosach. Część miasta, w której się znajdował, przypominała ogromną osadę, założoną na wilgotnym, błotnistym wybrzeżu. To Hasan decydował, które pola i winnice będą tymi, które załadują towar na książęce stoły. Dlatego też cieszył się powszechnym szacunkiem i głębokim uwielbieniem.

Gdziekolwiek spojrzeć, mosiężne kołatki w kształcie majestatycznych lwów zdobiły każde wejście. Chorągwie Narowilu, z dumnym symbolem dzika przeszytego włócznią, powiewały na najwyższych punktach, emanując surowością. Marmurowe domki, splątane zielenią bluszczu, przypominały pukle włosów oplatające śniade twarze. Ich dachy, pokryte ciężkimi, kobaltowymi dachówkami, stanowiły ukojenie dla oczu, rozświetlając otoczenie swoim chłodnym odcieniem. Smukłe okna, zakończone półkolistymi łukami, podtrzymywały mury, nadając budowlom lekkości. Co i rusz, wszędzie porozrzucane były butelki z winem o głębokiej, nasyconej barwie, które mieszkańcy nazywali „czerwonym pocałunkiem”. W tych zakątkach można było natknąć się na tych, którzy z niezawodną skutecznością opróżniali je do ostatniej kropli, często utytłani w błocie, nie dostrzegając nic poza kolejnym łykiem.

Niedźwiedź targany był zwątpieniem. Jego wóz kupiecki, osłonięty nieprzemakalną płachtą z smołowanego płótna, miał być maską, która umożliwi mu zbliżenie się do twierdzy. Póki co żelazne buksy w kołach skutecznie zmniejszały tarcie, ale jeszcze skuteczniej przyciągały wrogie spojrzenia zawistnych przechodniów. Wóz nie był zaprzężony w parę koni, a w dwa woły. A woły, jak to woły, były nieugięte i uporne. Drogi, a zwłaszcza bezdroża, były trudne do pokonania, to też ich kopyta grzęzły w miękkim mule. Konie natomiast łatwo dałyby się rozpoznać przez miejscowych. Baron nie miał ich zbyt wielu, bo jego brat panicznie obawiał się, że pewnego dnia ujrzy za oknem galopującą ku niemu żądną krwi konnicę.

Narowil był zwolniony z konieczności uczestnictwa w jakichkolwiek konfliktach zbrojnych. I choć spokój tego miejsca zdawał się być wieczny, Najemnik nieprzerwanie stosował się do wytycznych. Założył to, co było konieczne – wełniany kaftan ozdobiony subtelnym jedwabnym brokatem i skórzane spodnie, spięte klamrą w kształcie otwartej łupiny orzecha. Górna część odzienia była wykończona lnianą podszewką z karmazynowej satyny.

Podróżując Solnym Traktem, czuł ulgę, że na jego drodze nie czyhało żadne niebezpieczeństwo, choćby w postaci zbirów, którzy nigdy nie zamierzali poddawać się prawu. Ich występki były jednak surowo karane, a każdy ruch starannie planowany, by pozostać niewykrytym. Niemniej jednak, jedynym zagrożeniem, które potrafiło wywołać w Najemniku niepokój, było przeciągłe wycie wilków dobiegające z gęstych, ciernistych zarośli. Od Białego Rogu aż po Barkleach przemierzał rozległe przestrzenie, gdzie winnice, niczym złote równiny, oraz gaje brzoskwiniowe wznosiły się na ciepłych, porośniętych zielenią zboczach. Wzgórza, falujące jak morskie odmęty, otulały krajobraz, a w ich cieniu bezkresne łąki, usłane miękką trawą, rozpościerały się w delikatnych fałdach. Koniec końców ziemia winem płynąca była tą, do której miał się udać.

Migar czuł zmęczenie niepewnością, zastanawiając się, czy zdąży rozłożyć prowizoryczny kram na rozległym placu miasta. popraw: Wpływowi ludzie ze szlachetnych rodów zazdrościli Hasanowi dochodów, jakie czerpał z targowisk. Towary, które Niedźwiedź miał ze sobą, nie były byle jaką wiązką jarzyn. . Wartość skór bydlęcych, białego szkła do witraży, haftowanych tkanin, połyskujących biżuterii i innych drogocennych dóbr Barona miało zrobić swoje. Przyciągnąć najzamożniejszych ludzi interesu, którzy mogli stać się swoistą przepustką do celu, który grzał się po drugiej stronie rzeki.

Plac wypełniony był ciężkimi winnymi oparami, które unosiły się nad brukiem niczym zapach kwiatów w pełni rozkwitu. W jego sercu stała fontanna, bielą koszul kupców kontrastująca z tłem ożywionego rynku. Nad całym handlem pieczę sprawował sąd targowy, który zapewniał porządek, pieczętowanie transakcji i oclenie towarów. Sąd, rzecz jasna, składał się z podwładnych Hasana z Narowilu, którzy twardą ręką egzekwowali jego prawa, pozwalające mu niepohamowanie pomnażać fortunę. Handlarzom przysługiwało prawo gościa, jednak nawet oni, po zakończeniu transakcji, musieli jak najszybciej podpisać dokumenty dotyczące zarówno sprzedanych, jak i nabytych towarów, by nie ściągnąć na siebie surowych konsekwencji.

Migar był tu po raz pierwszy, lecz rozumiał już, że znajduje się w jednej z ostoi handlu. Targ był pulsującym sercem miasta, miejscem, w którym życie toczyło się w rytmie transakcji. Ostatecznie rozlokował się na obrzeżach, a jego sąsiadem był niejaki Henry, którego miał okazję poznać już po drodze. Mężczyzna o brązowych oczach, gęstej brodzie i dużym kaszaku sterczącym na twarzy, wydawał się być nieco chaotyczny, ale w gruncie rzeczy przyjacielski. Był nadto rozgadany.

– Tej… – Przywołał go skinieniem dłoni. – Słyszał pan? Słyszał czy nie? Takie cła dojebali, że łzy się w oczach kręcą. Zafajdane gnoje nas wykończą podatkami! – Złapał się za głowę. – Zdębiałem, jak tylko wieści doczłapały się do moich uszu.

– Dobrze, że przynajmniej nie zabijają bez powodu – odpowiedział Migar, starając się jak najlepiej wsiąknąć w miasto kwitnącego handlu.  

– Tyle, że zawsze sobie jakiś znajdą. Panie, widzisz tam tego, o? – Wskazał głową na mężczyznę w białej aksamitnej czapce, ozdobionej piórami czapli. Chłop był opatulony w ciemne futro. Nie dał Najemnikowi dojść do słowa. – Mówią na niego Pan Paragraf. Lokalny poborca podatkowy. A ten olbrzym zakuty w stal od stóp do głów, to jego najgroźniejszy strażnik. Kawał skurwysyna, wierz mi.  Nie chcesz wiedzieć, co się kryje pod tą przyłbicą. Mówię ci. Mają mnie w dupie, bo handluje ostatnio goździkami. Nawet nie przywiozłem całego garnca masła. Ale ty? – Przejechał oczami po pachnidłach, które Migar zaczął wyładowywać na ławę. Wydzielały metaliczną woń bogactwa. – Czy chcesz czy nie, zaraz się tu zjawią. Posiadasz dużo rzeczy. Dużo takich, które każdy chciałby dostać w swoje łapska. Oni właśnie tacy są.

– Ale ty nie?

– Ja, panie? – Henry nie krył zaskoczenia. – Całe życie zbieram gówno i już dobrze wiem, jak prosperować, by nie wdepnąć w jeszcze większe. Zachłanność albo kradzież dajmy na to, może właśnie być tym gównem. Nim zacząłem handel, wiesz, kim byłem?

Na ustach Najemnika pojawił się ledwie dostrzegalny uśmiech. Polubił towarzystwo Henry’ego – był interesującym rozmówcą. Z lekko ironicznym tonem, spróbował zgadnąć, nie kryjąc zaciekawienia.

– Tkaczem?

– A żebyś kurwa wiedział. Tkałem jedwab królewiczom, a sam chodziłem jak bezdomny. Ja panie, mówię na to absurd. Co prawda pokrywali koszty zakupu materiałów, ale za robotę płacili tyle, co nic. Cierpiałem niedostatek. Ja i moje dwanaścioro dzieci. A teraz patrz pan… – Otworzył obie dłonie i skierował na swe szpiczaste buty. – Dostałem je w podzięce za skuteczność w sprzedażach. Heh… Zaczynałem jako pastuch. Drzemałem pod głazami. Ale, że byłem również bimbrownikiem, to spałem pod nimi pijany, z okowitą z jarzębiny. Cudeńko. Mówią, że czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci. W moim przypadku to nie prawda. Wiem, jak odbić się od dna, a nie jestem marynarzem. Jeśli to nie zwycięstwo, to nie wiem co to jest.

– Gdzie są twoje dzieci?

Henry popatrzył na niego nieufnie. W odpowiedzi zadał pytanie.

– A po co ci to wiedzieć?

– Ożywiasz w człowieku ciekawość. Nic więcej. Nie musisz mówić.

– Powiem tylko tyle, że zdążyłem wywieźć je z Velisdei, zanim spłonęło. A teraz stoję u stóp tego, który na to przystał. – Prychnął pogardliwie. – Hasan nie pisnął nawet słowa sprzeciwu, gdy jego wioski poszły z dymem. I to ma być władca?

– Nie popieram go – powiedział Migar. – Ale jakie miał wyjście? Gdyby stanął przeciwko Vezganowi, to stałby się startą gruszką.

– No tak… Bezczynność nie boli.

– Wzbogaciła go, a to się liczy.

– A jak wytłumaczysz to, że trzyma swoją żonę zamkniętą w wieży?

– Miłość to wojna.

– Tylko, że na ogniwach ich uczucia rysy pojawiły się już od początku – oznajmił Henry, układając kminek i goździki w zacienionym miejscu. – Panie, gdybyś tylko wiedział…

Gdybyś tylko wiedział, że ja wiem – pomyślał w duchu Migar. I to wszystko z pierwszej ręki. Próbował sprawiać takiego, który wie niewiele, lecz Henry nie dawał za wygraną.

– Panie, powiem ci… Czuje, że będziesz milczał jak zaklęty, jeśli zajdzie taka potrzeba.

Obaj zbliżyli się do pobliskiej studni, by naczerpnąć wody dla zwierząt.

– Nieświadomość jest o wiele bezpieczniejsza – odpowiedział łagodnie Migar, opierając pełne wiadro na ocembrowaniu

– I właśnie dlatego, to wykrztuszę. Boś ostrożny, panie. No i równy z ciebie chłop. Nie psułbym ci głowy jakimś nocnym bajaniem o chatce z piernika, stojącej na kurzej nóżce. Chociaż wiedźma Syqenëza raczej nie istnieje, to kto wie, niedługo może zacząć. Słyszał o potworach?

– Myślałem, że chcesz mówić o Hasanie i…

– W sumie to, to samo – przerwał mu Henry, lecz po chwili go dopytał. – …i?

– I Gyselle, jego pani żonie.

– Czyli wiesz coś na ten temat.

– Tylko trochę, ty też? – Migar zadał pytanie ostrożnie, nie pewien, czy dobrze zrobił, rozwiązując usta. – Też, ale też tylko trochę.

Uznali, że wrócą do tematu, gdy tylko słońce zajdzie, a targ, pełen teraz zgiełku i ludzi, zamieni się w pustkowie. Henry, patrząc na mężczyznę, zapytał, czy ma gdzie spędzić noc. Dodał, że jeśli nie ma ochoty na nocleg w lochach, to chętnie zaoferuje ciepłą gościnę. Chleb i sól. Miód i opowieść. Mówił, że ci, którzy błąkają się po zmroku, nierzadko trafiają do lokalnego kryminału, często bez powodu, bo strażnicy cierpią na chroniczny brak bandyctwa. I choć więzienie nie należy do najgorszych, a przez kraty przeciskają się winorośla o szlachetnych pędach, to jego zakątek będzie zdecydowanie lepszym rozwiązaniem niż duszący wyziew potu.

Migar przystał na jego propozycję. Uliczki wokół nich były przepełnione gęstym dymem kadzideł, które rozpraszały się w powietrzu, niosąc ze sobą zapach korzennych przypraw i ziół. Ludzie opierali się o kamienne ściany budynków, śpiewając i rzępoląc na harfach i lirach, których struny, wykonane z owczych jelit, wydawały dźwięki pełne ciepłej, charakterystycznej szorstkości. Gwar głosów – jedni zachwalali swoje towary, inni szkalowali konkurencję – mieszał się z rytmicznym stukiem młotów, które wykuwały metal, oraz z kojącym śpiewem grajków, którzy rozbrzmiewali na każdym rogu. Na jednym z kramów wystawiono bluzy uszyte z haftowanego płótna, filcowe czapki, czapraki oraz naczółki dla koni, które lśniły w słońcu, przyciągając wzrok przechodniów. Tuż obok, na innym straganie, spoczywały małe flakoniki o wyglądzie, który budził ciekawość, ale także wątpliwości.

Nie mógł oderwać wzroku od kobiety w cytrynowej sukni z falbankami, która ściśle oplatała sylwetkę, podkreślając każdą krzywiznę ciała i uwydatniając wyzywający chód. Ciepły, letni powiew wiatru delikatnie muskał jej nogi, niosąc zapach perfum, które zdawały się unosić w powietrzu. Postać kobiety, na tle rozświetlonego dnia, wywołała w nim nieoczekiwane wspomnienie. Z jakiegoś powodu przypomniała mu Elaine z Białego Rogu.

Kocie łby przemykały w tę i we w tę, jakby miały przed sobą misję znaną tylko im samym. Jeden z nich, wyjątkowo gruby i ociężały, nagle się zatrzymał. Jego wąsate oblicze przybrało wyraz skupienia, a grzbiet wygiął się w łuk. Białoruda sierść zjeżyła się, syknął cicho, ostrzegawczo, a jego bursztynowe oczy błysnęły groźnie.

Ciężki dzień, otulony dwiema długimi nocami, powoli chylił się ku końcowi. Ludzie tłoczyli się wokół kramu Migara, porywając jego towary jak świeże bułeczki prosto z pieca. Najemnik, choć zmęczony, nie mógł ukryć zadowolenia – dzień ten był wyjątkowo owocny. Jego mieszek oraz podszewka płaszcza były już wypchane różnorodnymi monetami, które dźwięcznie pobrzękiwały przy każdym jego kroku. Każda z nich miała nierówny, poszczerbiony brzeg, świadczący o tym, jak często przechodziły przez różne ręce.

Przepołowione kraby, wyróżniały się prostym, topornym wzorem skorupiaka z odciętą szczypcami w połowie tarczą. Z kolei królewskie orły, wybijane z czystego srebra, zachwycały kunsztem wykonania. Na awersie widniał rozpostarty ptak z koroną na głowie i szponami dzierżącymi miecz oraz gałązkę oliwną. Narowilskie jelenie były natomiast ukute z mieszaniny miedzi i kruszcu, odznaczały się subtelnym reliefem przedstawiającym smukłego jelenia o majestatycznie wygiętym porożu.

Zebrał myśli, ale nic, co mogłoby pomóc mu przeprawić się na drugi brzeg, nie przyszło mu do głowy. Pan Paragraf jedynie poinformował go o dokumentach, które będzie musiał podpisać, gdy zdecyduje się opuścić miasto, oraz o opłatach, które będzie musiał uiścić. Był wścibski i nieufny, dokładnie prześwietlił wszystko, co tylko dało się sprawdzić.

Tłum rozpierzchł się szybko. Najemnik zajął się wołami, Henry odwiązał swoje jasnobułane kobyłki. Wszystko potoczyło się sprawnie, a w mgnieniu oka znaleźli się pod jego budynkiem, białym od wapna, z dachówkami, które gładko łączyły się z resztą posiadłości. Klamoty trafiły do piwnicy, zwierzęta do prowizorycznej stajni, przylegającej do dolnej kondygnacji. Niedźwiedź usiadł, krzyżując dłonie na kolanach, a Henry zabrał się za przygotowanie ciepłej strawy w czarnym, glinianym garnku. Zabulgotało. Woń jedzenia przeniknęła do ich nozdrzy. Pierogi z farszem z białego sera osłodził miodem, w którym można było wyczuć imbir i cynamon. Wytrawne pieczywo zanurzył we wrzącej wodzie, a potem posypał makiem. Kolejne ćwierć godziny spędzili przy kuflu zimnego piwa, rozmawiając o dalekosiężnych przedsięwzięciach.

– Dużo gadam, bo lżej mi na sercu – podjął Henry, wracając do tematu o potworach. – Może to szczekanie zaprowadzi mnie do wcześniejszego grobu, ale ileż to usta muszą milczeć? Połowa udaję niemych i niewidomych. Druga połowa już nie oddycha, albo wkrótce zaprzestanie. Muszę być ostrożny, bo inaczej mi dzieci pomrą z głodu. A nienajlepsza jest to śmierć. Wiesz… Ludzie stają się tymi, kogo przysięgają zniszczyć.

– Trafiłeś w samo sedno, ale szpicle nadstawiają uszu, żeby potem wszystkich sprzedać. Ktoś wśród kramów mógł coś usłyszeć. Albo równie dobrze to ja mogłem okazać się szpiegiem. Lepiej się nie wychylać.

– Gdyby babcia miała wąsy, to by była dziadkiem – skwitował Henry, schylając głowę pod niską belką ościeżnicy. – Słuchaj pan. Handlarze ryb każdego dnia są oczerniani. Chodzi o jadowite podejście do interesów. Beczki i skrzynie napełniają jesiotrami, śledziami, berzanami czy szczupakami, uprzednio jednak wsypują do tych beczek do połowy ziemię, żeby oszukańczo zwiększyć wagę. – Popukał palcem w nogę. – Przeciętny zjadacz chleba sprawdza towar, ale jak tu przewrócić każdą beczkę? Sprawdzają przeważnie tylko wierzch.

– Do czego zmierzasz?

– Utykasz z powodu rany w udzie – rzucił Henry, patrząc na niego niespokojnym wzrokiem. – Tyle, że ten ból nie jest jednolity. A wiesz… Czuję się, jakbym handlował już ze sto lat i jeden dzień. Dobry kupiec powinien zgłębiać otoczenie, opracowywać konkurencję. Ta rana… Myślę sobie, że to nic takiego. Pokłócił się z babą, może dźgnęła go widelcem, ale nie. Coś tu nie pasuje. Dam sobie uciąć rękę, że nigdy nie parałeś się handlem. Nie znasz się na tej robocie. Nie miałeś pojęcia, co sprzedajesz i jaką to ma wartość. Z kolei dobry kupiec wie, co, gdzie, jak i przede wszystkim – za ile. Ty natomiast miałeś oczy czerwone jak u królika. Może przekrwione z niewyspania. Może… Powiedz, co jest grane, a może będę mógł ci pomóc.

Nie spisałem się – pomyślał Migar. Najpierw przejrzał mnie chłopiec, teraz przypadkowy chłop z bazaru. Nie ma już sensu dłużej wszystkiego ukrywać.

– Tak po prawdzie to próbuje dostać się na drugą stronę – przyznał niepewnie. – I to innym sposobem niż ścięcie na szafocie.

– Jeśli nie chcesz, żeby urżnęli ci łeb przy samym karku, to może być ciężko.

– Są jakieś inne możliwości?

Henry zamaszyście machnął ręką w geście bezsilności.

– Panie… Od razu ci mówię, próba przekupienia straży nie przejdzie. Udawanie służby też odpada. Nie jeden już próbował. Natomiast wszystkich połączyło miejsce, o którym przed chwilą wspominałeś. Nikt tam nie ma wejścia poza tymi, którzy są mile widziani przez Hasana. – Deszcz za oknem zaczął wystukiwać ponury, nieprzyjemny rytm. – No chyba, że…

Ni stąd, ni zowąd rozległo się głośne pukanie do drzwi.

– Kogo diabli niosą? – oburzył się brodacz. – Nie dadzą człowiekowi dopić piwa, no nie dadzą! Nie przeszkadza się, jak ktoś przepłukuję trzewia! – Podszedł do zardzewiałej klamki, lecz zanim ją nacisnął, zerknął przez niewielki wyłom w murze. – A niech mnie… A tfu! – Splunął przez ramię. – Psy… Znaczy się służalce prawa. Ktoś cię śledził? Jesteś kryminalistą?

Migar zmarkotniał do cna.

– Gorzej.

– To da się tak? – zapytał drżącym głosem. Czuł, jak martwieją mu palce u nóg. Strach ogarnął go bez reszty.

Pukanie za drzwiami stawało się coraz bardziej natarczywe.

– Wyłazić skurwysyny! – rozdarł się ktoś po drugiej stronie. – Albo zaraz pomyślimy o wyważeniu drzwi i wyrywaniu zębów! Nie ma mowy o żadnych negocjacjach!

Najemnik nie zamierzał czekać, aż rozniosą dom Henry’ego. Nie chciał dopuścić do kolejnych szkód. Kłębiąca się w nim niepewność skłoniła go do otwarcia drzwi. Przed nim stanął rosły chłop, którego widok niemal przygniatał – miał na sobie otwarty hełm z nakarczkiem, a dzwon hełmu ukształtowano w wysoki stożek. Niedźwiedź dostał głowicą w skroń. Zanim padł na glebę, a wzrok zaczął mu się zamazywać, coś wypaliło w nim to, co powinno być śmiertelnym lękiem.

Kiedy odzyskał przytomność, z trudem przyjmował do wiadomości, że nic nie widzi. Tym razem przewieziono go w ciasnej klatce, której zimne żelazo boleśnie wbijało się w ciało, zostawiając ślady na każdym skrawku skóry. Delikatnie przesunął palcami po głowie, starając się przez otępienie upewnić, czy jego oczy wciąż tkwią w oczodołach. Skrępowane nadgarstki nie pomagały ani trochę. W nozdrza uderzył ostry zapach brunatnego pyłu o śledziowej woni. Wtem ktoś podszedł pewnym krokiem i zdjął mu worek z głowy.

– Powinieneś być gdzie indziej – wycedził przez zęby mężczyzna w napierśniku zdobionym czarnym bykiem, z którego nozdrzy unosiła się para. – I to już dawno temu.

Migar nie mógł ukryć zdumienia. Rozpoznał ten głos. Pamiętał też odciętą głowę dowódcy toczącą się po śniegu. Wyraz twarzy, a raczej kamienne oblicze należące do Kylhara Skoroświta mówiło samo za siebie.

– Ja… – Głos wciąż miał słaby. – Chciałem zrobić to, co do mnie należało. Naprawdę chciałem. Ale wszystko, czego się tknąłem… jakbym rzucał grochem o ścianę. Ciągle coś idzie nie tak. Nieszczęścia mnie prześladują. Czego się nie dotknę, to umiera. Był chłopiec… chłopcy… – Migar spuścił wzrok, dławiąc się słowami. – Jestem zarazą.

– Ona prowadzi do śmierci – mruknął, licząc na to, że Najemnik wyciągnie wnioski z jego słów. – Jakoś ciebie się nie ima. A może się mylę, może to tylko łut szczęścia, że Hjalkan głowę ma gdzie indziej. Gdyby skupił się na tobie, nie mielibyśmy teraz tej rozmowy. Leżałbyś na dnie jakiegoś jeziora skuty lodem, a gardło miałbyś wypchane monetami. To właśnie do nich wszystko się sprowadza. To nie przypadek, że przeżyłeś rzeź na Poczerniałej Grani. Trafiłeś tam dla pękatego mieszka złota. Wiedziałem, że wyślą kogoś za mną, że będą jak na rybach. Przecież nie mogło się wydać, że Jego Niebosiężność nie poradził sobie z poddanym. Jednym buntownikiem. No, ale wynajmowanie płatnych mieczy to kłopoty. Dezorganizacja bywa zabójcza.

– Mogliście oszczędzić tego chłopca zamiast mnie – pienił się Migar.

– Na jego nieszczęście zdołałem cię rozpoznać. Hjalkan wspominał o tobie, choć początkowo trudno było mi połączyć twarz z imieniem. – Jego szorstki sposób bycia świadczył o sile i rozwadze. – Szybko jednak połączyłem kropki.

– Założę się, że nie kiwnąłeś nawet palcem, gdy Zazdim rujnował Gratenhag, a ziemie mojego ojca były dzielone. Rozbił małą kupkę kamieni, która na nic się mu zdała.

– Miałem ku temu powód – przyznał Kylhar. – Chociaż tamtego dnia mnie tam nie było, wiedziałem, co nadchodzi. Ale lojalność wobec mojego seniora była silniejsza.

– Wobec tego samego, którego teraz zdradzasz.

– Otóż to. Dlatego zaraz udamy się do komnaty audiencyjnej, w której czeka już Lord Hasan. W tych stronach zwą go także Lordem Koniczyną. Ma już dosyć ich jarzma, a ja mam powód, by sądzić, że Baris zamordował swojego syna, aby przedłużyć swoje panowanie. Wiedział, że jego pierworodny osiągnął wiek dojrzały i wkrótce będzie musiał ustąpić mu miejsca. Pomyślał, że spłodzi innego następcę. Jednak czas sprawił mu dwie kotwice w postaci córek. Obie ciągną go na dno, wieszają mu się u szyi. Zamierzamy je oczyścić z przylgniętego zielska. – Złapał go za ramię. – Być może damy ci szansę, byś jeszcze raz spróbował przysłużyć się ścieżce, po której teraz stąpam. Nie mów mi, że nie pragniesz zemsty. W twoim przypadku jest naprawdę karkołomna.

– Ale wy jesteście w stanie mi ją umożliwić. – Migar zmienił ton na zaczepny. – To próbujesz mi powiedzieć.

– Próbuję ci powiedzieć, że gdybyś dostarczył wiadomość z Poczerniałej Grani, Sarenka nie znalazłaby się teraz w szponach bestii. A ta bestia stałaby się słaba i podatna jak nigdy przedtem. Baris nie jest głupcem. Musiał po cichu zabezpieczyć Mildred, żeby nikt nie rzucił się na eskortujący oddział. Pewnie trzyma ją pod kluczem i obiecuje największym władcom jej rękę w zamian za lojalność. Jest przekonany, że w ten sposób odzyska równowagę.

Miałem rację – pomyślał z satysfakcją Migar. Hasan zamknął żonę w wieży, bo próbuje zdobyć Mildred. Zawsze przecież słynął z zamiłowania do kobiet i chorej namiętności, którą je darzył. Z kolei Kylhar pragnie sprawiedliwości, choć w tym przypadku oznacza ona królobójstwo.

Buntownik zbliżył się gwałtownie i przeciął sznur krępujący dłonie najemnika.

– A teraz idź za mną i postaraj się nie zginąć.

Pierwszym, co ujrzał, był żołnierz w kolczudze, poczerniałej od sadzy, jakby dopiero co wyszedł z płomieni. Reszta przybocznych Hasana pyszniła się w zielonych zbrojach, które lśniły w blasku złotych świeczników. Na ich powierzchni wyryto dziki buszujące w łanach zboża. Wszystkie twarze, poza tą należącą do Kylhara, były dla Migara zupełnie obce, a ich spojrzenia wydawały się jednocześnie zimne i pełne podejrzliwości.

Pomieszczenie, w którym się znaleźli, zdawała się wyrazem nieustannej celebracji polowania. Ściany barwiły się obrazami wysławiającymi triumf myśliwych. Na długich poziomych półkach ustawiono figurki muflonów wyrzeźbionych z żywicy. Między nimi tkwiły wypchane wilki o wyszczerzonych kłach, rysie z nieruchomymi, żółtymi oczami, borsuki i lisy ustawione w nienaturalnych pozach. Rogi tura wisiały nad wejściem, a obok nich zawieszono naszyjniki z pazurów niedźwiedzi. Ostrolotki wyrwane ze skrzydeł cietrzewi zdobiły framugi, a podłogę okrywały skóry dzików i wilków. Wszystkie te zdobycze, będące świadectwem dawnej chwały, opowiadały martwe historie łowców, którzy już dawno przeszli do legend – lub na łowy, z których nigdy nie wrócili. Jedynym elementem w pomieszczeniu, który nie krzyczał śmiercią, były łóżka zdobione srebrzystymi, samodziałowymi nakryciami w dużą kratę.

Lord Koniczyna siedział w głębi komnaty na masywnym, rzeźbionym fotelu wykonanym z litego drewna, którego poręcze zdobiły delikatne ornamenty przedstawiające winorośl i jelenie w biegu. Siedzisko i oparcie wyściełano bordowym welurem, a sam zagłówek przyozdobiono haftowanym gobelinem przedstawiającym scenę polowania – psy goniące jelenia w gęstym lesie. Był bystrym i ambitnym mężczyzną o urokliwych rysach twarzy i przenikliwym spojrzeniu, które potrafiło dostrzec więcej, niż inni chcieliby pokazać. Miał na sobie skórzany, ćwiekowany jerkin z rękawami, który pozostawał niezapięty, odsłaniając lnianą koszulę pod spodem. Włosy w odcieniu miodu były starannie zaczesane na bok. Na jego kolanie siedziała półnaga kobieta o rozwichrzonych włosach, ubrana jedynie w rozchełstaną koszulinę, która ledwie zasłaniała jej ciało. Uśmiechała się beznamiętnie, a dłonią leniwie bawiła się haftem na jego ubraniu.

– To się porobiło – zaczął Hasan, gdy najemnik stanął wystarczająco blisko. Pogładził starannie przystrzyżoną brodę. – Niby warto się przedstawić, zanim zacznie się zadawać pytania, ale w twoim przypadku to bez sensu. Wiem, wiem. Może i dobrałem sobie kontrowersyjnych sprzymierzeńców, ale to oni jako pierwsi mieli jaja, żeby się sprzeciwić. Nie boją się ich stracić. Właśnie takich ludzi mi potrzeba. Jeśli chcesz zostać jednym z nich, musisz ze mną zagrać.

Migar uniósł brew, z trudem ukrywając zdziwienie.

– Co tak stoicie? – warknął do swoich podwładnych, gestem dłoni ponaglając ich do działania. – Dajcie kubek do gry w kości! – Ziewnął leniwie, a potem jednym ruchem zrzucił dziewczynę z kolan. Dziewczyna, choć wyraźnie niezadowolona, posłusznie wycofała się z sali. Podszedł do masywnego, bukowego stołu stojącego w centrum. Stół był nietypowy – podzielony na dwie części, które przedstawiały przeciwległe brzegi miasta. Hasan przeciągnął palcem po swojej stronie blatu. – Jeśli ze mną wygrasz, to puszczę w niepamięć fakt, że przyszedłeś tu mnie zabić. Między nami będzie cacy, jak to mówią. – Uśmiechnął się nieznacznie. – Wtedy udasz się do mojego brata, pogłaszczesz go po łysinie i zaproponujesz rozejm. Jeśli powiesz mu, że po wszystkim dostanie Barkleach, może zapomni o złej krwi. Być może. Mam nadzieję, że Zyhryd pokieruje się rozsądkiem i odpuści sobie zniewagę. A jeśli wszystko pójdzie po naszej myśli, wrócisz na swój garnuszek do Gratenhag i odbudujesz zamek oraz resztę swoich posiadłości. Co ty na to?

Pragniesz Zamzamiru…  – Najemnik powstrzymał się, by nie powiedzieć tego na głos. Myśl zdawała się oblepiać jego umysł, ale usta pozostały zamknięte.

– Skąd wiedziałeś co tu robię? – zapytał z nutą szczerej ciekawości w głosie. Zerknął kątem oka na służącego, który właśnie wyciągał zatyczkę z jednego z dzbanów. Czuł zapach wina unoszący się w powietrzu, a jego spojrzenie instynktownie powędrowało za bursztynowym płynem. Oblizał się, jakby już czuł jego smak.

Hasan ulitował się nad spragnioną duszą najemnika.

– A bierz, co mi tam. – Machnął ręką w kierunku służącego w bufiastych rękawach. – Daj mu dzbanek. – Rocznik tego wina jest mi nieznany, ale to nic innego jak słynne Sangreal. Może słyszałeś? Tatko zawsze mawiał, że dobrym winem trzeba się dzielić. Czasem mówił nawet: „Poddaj się ciemności”. Ale, no wiesz… mój ojciec był trochę… chory na umyśle, więc nie brałem wszystkiego, co mówił, do serca.

Najemnik upił łyk i poczuł słodycz wina, które zdawało się palić język, a jednocześnie koiło gardło. Jego spojrzenie przesunęło się na ściany komnaty, przepełnione trofeami. Czaszki, poroża i inne myśliwskie zdobycze zdawały się spoglądać na niego z niemym wyrzutem.

Lord Koniczyna dostrzegając, co pochłania uwagę gościa, postanowił wtrącić kilka słów.

– Wiedziałeś, że myśliwi w starych dziejach przypisywali trofeom mistyczną moc? – zagadnął. – Ja nie sprzedałbym ich nawet w skrajnej nędzy. To tak, jakby przeliczyć wspomnienia niewymiernych rozkoszy na monety. Taki czyn nie przystoi prawdziwemu myśliwemu. Piękne kobiety można zdobyć i uwieść, ale można też za nie zapłacić w zamtuzach. Problem w tym, że to, mój drogi, to nie to samo, prawda?

– Co w związku z moim poprzednim pytaniem? – odparował spokojnie Migar, nie dając się wciągnąć w opowieści o myślistwie i jego mistycznym znaczeniu.

– Mam uszy w każdej prowincji Narowilu, ot co! – Zaśmiał się swawolnie. – Nie ty pierwszy i nie ostatni chcesz mnie pozbawić życia. Wiesz kto będzie pierwszy i ostatni? Zyhryd. Ten samozwańczy Baron, mój najukochańszy braciszek, który pewnie zdążył już przywyknąć do publicznych upokorzeń. Wciąż mu wybaczam, bo, rozumiesz, ja znam jego ból. Myślisz, że go oszukałem, prawda? Już ja wiem, jakich bzdur mógł ci nakłaść do głowy. Pewnie usłyszałeś o mnie wszystko, czego nie powinieneś był usłyszeć. Ale to dobrze. Lepiej poznawać się od gorszej strony, żeby później się nie zdziwić. Tak, oszukałem. Przyznaję. W każdej opowieści kryje się ziarno prawdy, a w tej całkiem spore. Ale… on przepiłby królestwo. Gdyby nie ja, bylibyśmy teraz kurzym kałem zmieszanym ze smołą, rozdmuchiwanym przez cztery wiatry. Nasz ród przestałby istnieć. Nie mogłem pozwolić, żeby skończył się na gównie. Zyhryd jest tam, gdzie jest, bo sam na to zapracował. Lenistwo, próżność i wieczne chlanie – to wszystko zafundowało mu obecne życie. Poprzedniego nie potrafił docenić, a co dopiero złapać je za mordę. A teraz jest wściekły z powodu kobiet, którą ogarnęła dziwna obsesja. – Pokręcił głową z politowaniem. – Zamyka się w swoich komnatach, tonie w tym swoim nieskończonym smutku, i wiecznie coś przeżywa. Ale dlaczego? – Najemnik milczał, więc Hasan sam odpowiedział na swoje pytanie. – Przecież ona na wszystko się zgadzała. Nikt jej nie przymuszał. Była dorosła, świadoma. A Zyhryd? Nawet nie zdaje sobie sprawy, że tak naprawdę nic nie stracił. Los miał wobec niego inne plany. On po prostu tego nie widzi.

– Mówią, że wasze małżeństwo zamieniło się w więzienie – rzucił chłodno Niedźwiedź. – Nie wiesz, komu depczesz kwiaty, że porywasz się na taką lekkomyślność? Czy wy wszyscy oszaleliście z tymi spiskami? Niebołamacze to dwa despotyczne diabły. Są potęgą świata, w którym żyjemy. Ostatnie pięć wieków ich dominacji to nie wystarczający dowód?

– Mówili, że masz kły, ale nie sądziłem, że aż takie wielkie. Ale to dobrze, bo nie zniósłbym tego, gdyby przycupnęła tu jakaś nieznająca życia gąska. Tylko ten ubiór do ciebie nie pasuje. – Ziewnął przeciągle. – No dobra, dosyć tego szczekania. Przejdźmy do tego, co najlepsze – zasady! Ha-ha! Słuchaj uważnie, bo powtarzać nie będę. Gdy wykonasz rzut, a kostki zatrzymają się, podliczymy wynik. Jeśli suma oczek wyniesie osiemnaście albo mniej – przegrasz. Zginiesz. Ale, jeśli suma wyniesie dwadzieścia lub więcej, także przegrasz. Zginiesz. A wtedy czeka cię kąpiel w smole. Twoje szanse na przeżycie? Jeden do trzydziestu sześciu. W twoim przypadku nazwałbym to…  sprawiedliwością.

– Panie – wtrącił jeden z przybocznych Hasana, ubrany w płaszcz spięty broszą w kształcie srebrnego łosia. – Ale my nie mamy żadnej smoły.

– To ją kurwa wyczarujcie – odparł lodowato, a potem spojrzał z powrotem na najemnika. – No, rzucaj.

Migar bez słowa wykonał rzut. Sześć kościanych sześcianów potoczyło się po blacie stołu, wydając charakterystyczny dźwięk. Wszyscy zamilkli, wstrzymując oddech. Kości zaczęły się zatrzymywać. Zaczęli podliczanie. Kylhar przyglądał się niespokojnie, mając dłoń wspartą o rękojeść miecza.

– Trzy… pięć… dwa… dwa… cztery… – Wszyscy wytężyli wzrok, gdy Hasan przykrył ostatnią kość dłonią w rękawicy, której kostki ozdobione były małymi kłami dzika. Odsłaniał ją powoli. – I trzy… – Zabił niepewność wypełniającą wszystkie dusze w pomieszczeniu. – No. To razem będzie dziewiętnaście, nie? – Lord Hasan skierował wzrok na obojętność siedzącą w najemniku. Oczy miał jak pięć narowilskich jelonów. – Czarci chuj, mój przyjacielu. Los najwyraźniej nie chce ani twojej śmierci, ani zemsty. To co? Zagramy jeszcze rundkę? – Rozłożył ręce, jakby to wszystko było tylko zabawą. – No tak tylko, żeby się upewnić. Kurwa, rozchmurzcie się chłopaki!

Koniec

Komentarze

Witaj. :)

Trzeba jeszcze samemu dokładnie pochylić się nad tekstem, prześledzić starannie zdanie po zdaniu i wszystko poprawić. Nikt nie zna fabuły lepiej niż Ty – Autor, zatem będzie Ci dużo łatwiej.

W zdaniach znowu jest za dużo powtórzeń, np.:

A woły, jak to woły, były nieugięte i uporne. Drogi, a zwłaszcza bezdroża, były trudne do pokonania …

Część miasta, w której się znajdował, przypominała ogromną osadę, założoną na wilgotnym, błotnistym wybrzeżu. To Hasan decydował, które pola i winnice będą tymi, które załadują towar na książęce stoły.

 

Zdarzają się zbitki spółgłosek, np.:

Jego wóz kupiecki, osłonięty nieprzemakalną płachtą z smołowanego płótna, miał być maską,…

 

Czasem fragment wygląda, jakby brakowało w nim zdania, albo było za dużo kropek, np.:

Towary, które Niedźwiedź miał ze sobą, nie były byle jaką wiązką jarzyn. . Wartość skór bydlęcych…

 

Występują błędy ortograficzne, np.:

Drogi, a zwłaszcza bezdroża, były trudne do pokonania, to też ich kopyta grzęzły w miękkim mule.

 

Co do wyrazu „N/najemnik” – czemu jest pisany dwojako?

 

W opowiadaniu znalazłam przykładowy wyraz pogrubiony, co oznacza to pogrubienie?:

Wszystko potoczyło się sprawnie, a w mgnieniu oka znaleźli się pod jego budynkiem, białym od wapna, z dachówkami, które gładko łączyły się z resztą posiadłości.

 

Warto wspomnieć o wulgaryzmach.

Stworzony świat – tak, jak zawsze: ciekawy, wciągający, pełen dramatyzmu i oryginalnej akcji.

Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :)

Pecunia non olet

Dziękuje za uwagi, zaraz się za nie zabieram. Migar jest jedną z głównych postaci i jest najemnikiem. Więc “Najemnik” odnosi się do niego. Jeśli gdzieś jest z małej litery to przeoczyłem coś. Jeśli gdzieś jest pogrubienie to przypadkowo jakoś zaznaczyłem.

 

To niektóre z poprawek: A woły, jak to woły, pozostawały nieugięte i uporne. Drogi, a zwłaszcza bezdroża, stanowiły trudną przeszkodę, toteż ich kopyta grzęzły w miękkim mule.

Część miasta, gdzie się znajdował, przypominała ogromną osadę założoną na wilgotnym, błotnistym wybrzeżu. To Hasan wskazywał pola i winnice odpowiedzialne za dostarczanie towarów na książęce stoły.

 

Mam nadzieję, że po takich poprawkach będzie lepiej. I jeszcze raz dzięki za pomoc!

Świętnie, dziękuję także, powodzenia, pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Nowa Fantastyka