
Tekst o rosyjskim żołnierzu, który uciekł z frontu, ale nie dał rady uciec przed tym, co tam robił.
Tekst o rosyjskim żołnierzu, który uciekł z frontu, ale nie dał rady uciec przed tym, co tam robił.
Puk. Puk. Puk. Słyszę to, tym razem siedząc na skraju łóżka. Zamykam oczy. Udaję, że wszystko jest w porządku.
Nigdy nie sądziłem, że będzie tak źle. Nie byłem czarnowidzem. Wtedy, gdy spadły pierwsze rakiety, a huk eksplozji wybił mi szyby w oknach. Ani wtedy, gdy policja waliła do moich drzwi, mówiąc, że mam do wyboru pobór, albo kontrakt. Nawet wtedy, kiedy pijany dowódca kazał mi i kilku moim kamratom biec przez otwarte pole, na którym leżały już tylko porozrywane seriami z karabinów maszynowych szczątki. Jakoś często udawało mi się myśleć bez emocji i koncentrować na tym, co muszę zrobić, aby dożyć kolejnego dnia. Ja nigdy nie uciekałem w alkohol, w przeciwieństwie do wielu innych z mojego oddziału. Dlatego właśnie jestem teraz tutaj, a oni pewnie dalej tam leżą.
– Marat…
– Zamknij się – syczę, udając, że wcale nie zdycham teraz ze strachu.
Nie jest to pierwszy raz. Nie. Pierwszy raz dopadło mnie to w Kazachstanie. W Atyrau. Ciągle pamiętam te wielkie, puste przestrzenie na stepach, gdzie można było godzinami jechać przed siebie i dalej nie widzieć nic na horyzoncie. Potem pojawiały się biedne, niskie domki i w końcu szerokie, dziurawe ulice wypełnione starymi, radzieckimi blokami. Było to podłe miejsce, ale jednak lepsze, niż Moskwa. W Atyrau, gdy gdzieś rozległ się huk, nikt się nie bał. Nikt nie szukał w panice schronienia. Bo cóż takiego mogło się stać? Co najwyżej dzieci bawiące się petardami.
Czuję, jak czyjaś głowa zbliża się do mojego karku. Dyszy mi na odsłoniętą skórę.
Zaczęło się od pukania. Mieszkanie, które pomogła mi wynająć fundacja, mieściło się w wyjątkowo starej kamienicy na obrzeżach miasta. Siedziałem w kurtce, bo ogrzewania nie było, a okna się nie domykały. Z kranów leciała ruda woda, a gazowy bojler nie działał, więc o kąpieli nie było mowy. Położyłem się wcześniej, bo kolejnego dnia z rana musiałem odebrać nowe, fałszywe dokumenty i ruszać dalej. Zresztą i tak nie miałem nic lepszego do roboty.
Tamtej nocy coś wyrwało mnie ze snu. Przez chwilę myślałem, że to FSB, jednak po otrząśnięciu się z sennych majaków przypomniałem sobie, gdzie jestem. Wtedy wstałem i podszedłem do drzwi. Przez chwilę nasłuchiwałem i zdawało mi się, że z drugiej strony dobiega coś w rodzaju skrobania. Może szczury? Spojrzałem przez wizjer i… nie zobaczyłem kompletnie nic. Na klatce panował mrok, a to oznaczało, że nikogo tam nie było, bo po co ktoś miałby skradać się po ciemku? Żeby połamać nogi?
Odwróciłem się z zamiarem powrotu do łóżka, po czym znowu to usłyszałem. Puk. Puk. Puk. Trzy wolne, głośne puknięcia. Nie mogłem się przesłyszeć, więc od razu doskoczyłem do wizjera i spojrzałem jeszcze raz. Ciemność. Miałem złe przeczucie, więc poszedłem do kuchni i drżącymi ze stresu dłońmi chwyciłem pierwszy lepszy nóż. Potem wróciłem do przedsionka, założyłem łańcuch na drzwi i uchyliłem je.
– Kto tam? – rzuciłem w ciemność.
Nie doczekałem się odpowiedzi. Po chwili wahania zdjąłem łańcuch, otworzyłem drzwi, wyszedłem i zapaliłem światło. Dalej nic.
– Ktoś tu jest? – zawołałem trochę głośniej.
Jedyne, co usłyszałem, to szczęk zamka w mieszkaniu obok. W uchylonych drzwiach pojawiła się pomarszczona twarz staruszki, patrzącej na mnie z oburzeniem. Przez chwilę wyglądała, jakby chciała coś powiedzieć, potem grymas zmienił się w strach i natychmiast zniknęła w środku.
Zmarszczyłem brwi. Obróciłem się, aby wrócić do mieszkania. Wtedy mój wzrok padł na ślad dłoni na moich drzwiach. Widoczne były długie, cienkie palce i wgłębienia po paznokciach. A na podłodze odciski bosych stóp, urywające się pośrodku mojej sypialni.
Nie, nie dałem rady tam wrócić, więc resztę nocy spędziłem w pobliskim barze. Piłem wtedy pierwszy raz od wielu miesięcy. Gdy zbliżał się świt, znowu zdawało mi się, że słyszę pukanie, ale tym razem w szybę, za moimi plecami. Zobaczyłem tam twarz wykrzywioną w grymasie przerażenia. Martwą. I zacząłem powoli rozumieć.
Czuję, jak czyjaś lodowata dłoń dotyka mojej szyi. Ma długie, ostre paznokcie, które przyciska coraz mocniej do mojej skóry.
Czasami, gdy za dużo myślę, mam wrażenie, że znowu tam jestem, w tych pieprzonych zrujnowanych wioskach na ukraińskim zadupiu. Wygooglowałem to i okazuje się, że są to objawy PTSD. Może nie jakoś bardzo nasilone, ale jednak. Ludzie z tym schorzeniem często czują, że znowu są pod ostrzałem, że ktoś idzie ich zabić i tym podobne. U mnie to nie te sytuacje były najgorsze, a raczej te, które pokazały mi, jakim człowiekiem naprawdę jestem.
Na początku moja służba nie wyglądała jakoś bardzo źle, nie od razu trafiłem do „mięsnej” jednostki. Wszystko robiliśmy, siedząc bezpiecznie na tyłach, w okolicach Zaporoża, operując dronami zwiadowczymi. Jeśli coś znaleźliśmy, dawaliśmy cynk do dowództwa, wtedy zazwyczaj artyleria waliła we wskazane miejsce. Jednak dla wroga jako grupa operatorów byliśmy priorytetowym celem, dlatego często się przemieszczaliśmy, zazwyczaj kilkukrotnie w ciągu dnia. Mimo to trudno pozostać w ukryciu, kiedy nawet lokalni mieszkańcy chcą twojej śmierci.
Palce oplatają moją szyję. Powoli zaczynają się zaciskać. Jeszcze chwila. Zdążę.
Tamten dzień… od niego wszystko się zaczęło. Siedzieliśmy pod lasem na jakiejś polanie, samochód ustawiliśmy w wysokich krzakach, a sami rozłożyliśmy się obok. Miałem wtedy dużo szczęścia, bo poszedłem się odlać w odpowiednim momencie. Byłem parę metrów dalej, gdy nagle usłyszałem świst. Natychmiast padłem na ziemię. Ciszę rozdarł huk, po którym jeszcze długo piszczało mi w uszach. Zerwałem się i zacząłem biec w kierunku lasu, a gdy dotarłem pod korony drzew, chwilę odsapnąłem… no może nie chwilę, bo oszołomiony siedziałem tam kilka godzin, nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Zobaczyłem wtedy cywila, który kręcił się w miejscu ataku. Pomyślałem, że to nie może być przypadek.
Nie, nie zabiłem go od razu, choć chciałem to zrobić. Dysząc z wściekłości poszedłem za nim, starając się, aby mnie nie zauważył. Po jakiejś chwili doszliśmy do wsi, znajdującej się po drugiej stronie lasu. Musieli widzieć, skąd startują drony, więc szybciutko przekazali to do SZU, które załatwiło sprawę. Widziałem, do którego domu weszła ta gnida, więc od razu poszedłem za nim. Dużo ryzykowałem. Nie miałem przy sobie broni palnej, bo wszystko zostało w zniszczonym UAZ-ie.
Zapukałem do drzwi i gdy starszy mężczyzna mi otworzył, spytałem:
– Wiesz, czemu cywile nie powinni mieszać się w działania wojenne?
Zobaczyłem rosnące przerażenie na jego twarzy. Czułem się silny i że robię coś słusznego. Mszczę zabitych braci. W tamtym momencie delektowałem się tym uczuciem.
– Bo wtedy przestają być cywilami, a zaczynają być szpiegami – dokończyłem, po czym uderzyłem go w szczękę.
Jak już wspominałem, nie miałem broni palnej, więc musiałem użyć innych środków. Parę razy kopnąłem go po głowie, niepotrzebnie, bo już wcześniej stracił przytomność. Kilka lat chodziłem na boks, więc wiedziałem, jak uderzyć. Potem zaciągnąłem go do kuchni, gdzie znalazłem nóż i podciąłem mu gardło. Kiedyś wiele razy słyszałem, że zemsta nie przynosi ukojenia, tylko pustkę i takie wzniosłe poglądy są często forsowane w filmach i książkach. Może i moralnie byłoby to słuszne, jednak nic nie zmieni faktu, że jest to kompletna bzdura.
Po wszystkim przeszukałem jego zapasy żywności. Były bardzo skromne, ale coś tam wyciągnąłem, jakiś kawałek chleba, po czym usiadłem zadowolony na kanapie i zacząłem jeść. Wtedy usłyszałem pukanie do drzwi. Niewiele myśląc, wstałem, podszedłem do nich i je otworzyłem.
Dziewczyna. Gdy mnie zobaczyła, na jej twarzy pojawiło się zdziwienie i strach, który szybko zamaskowała. O nic nie pytała, po prostu weszła, omijając mnie i zaczęła wołać ojca. Oczywiście, szybko go znalazła. Gdy jej wytłumaczyłem, co się stało, zaczęła wrzeszczeć, że to nieprawda, że chodził do lasu szukać grzybów i zakładać sidła na zwierzęta, bo mieli mało jedzenia. Sam zacząłem wierzyć, że to przypadek. Że przeszukiwał miejsce ataku właśnie dla zapasów żywności. Zrobiło mi się niedobrze, zacząłem czuć narastającą panikę. Czy naprawdę zamordowałem niewinnego człowieka? Niewiele pamiętam z tamtego momentu. Straciłem panowanie, a kiedy je odzyskałem, zobaczyłem jej zwłoki, leżące obok martwego ojca.
Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że absolutnie nikogo w dowództwie nie obejdzie śmierć jakichś tam cywilów. Żyłem złudnymi wyobrażeniami, że państwo rosyjskie wcale nie jest aż tak bezduszne, jak się wydaje. Jednak okazało się, że znacznie większym problemem było to, że zamiast od razu wracać i raportować co się stało, zaszyłem się w jakiejś chacie, gdzie po kilku dniach znalazł mnie przypadkowy oddział. To zaczęło budzić podejrzenia, więc zostałem wysłany do jednostki szturmowej. Tam straciłem resztki złudzeń. Miałem umrzeć, ale jakoś udało mi się przeżyć wystarczająco długo, aby za solidną łapówkę wykupić u dowódcy urlop. I już z niego nie wróciłem. Pierwszy był Kazachstan, bo granice są rozległe i słabo pilnowane. Potem z fałszywymi dokumentami przez Rosję przejechałem do Gruzji.
Jednak nie przed wszystkim udało mi się uciec. Do dzisiaj czasami pochłaniają mnie te myśli i nagle znowu jestem w tym domu. Widzę jej martwą twarz, wykrzywioną w grymasie przerażenia. Tę samą twarz zobaczyłem wtedy za szybą baru i ta sama jest teraz kilka centymetrów od mojej głowy. Nie wiem, czy jest prawdziwa, czy to PTSD, ale wątpię, żebym wytrzymał wystarczająco długo, by się tego dowiedzieć. W dokumentach stoi Aleksiej, ale naprawdę nazywam się Marat. Moja historia chyba kończy się tu i teraz. Przekażcie moim rodzicom, że mi przykro, tak bardzo przykro…
Głos mi drży. Nie mogę kontynuować, więc wyłączam dyktafon. Palce na mojej szyi zaciskają się coraz mocniej. Tracę oddech.
Witaj. :)
Ciężka tematyka… Tak jak ciężka jest każda wojna.
Pozdrawiam serdecznie.
Pecunia non olet
Oj tak, ciężka, ale ciężka tematyka to moja ulubiona tematyka. Szkoda tylko, że ewidentnie niewiele osób tutaj podziela moje upodobania, a przynajmniej to wynika z ilości komentarzy.
Na spokojnie, weekend, zmiana czasu przed nami, nowy miesiąc za pasem, ludzie zagonieni, ale na pewno będą, przynajmniej Dyżurni. :)
Pozdrawiam serdecznie. :)
Pecunia non olet
Cześć,
Nawet wtedy, kiedy pijany dowódca kazał mi i kilku moim kamratom biec przez otwarte pole, na którym leżały już tylko porozrywane salwami karabinów maszynowych szczątki.
Salwa to w potocznym rozumieniu jednoczesny wystrzał pojedynczy z wielu luf. Zaproponuje:
seriami karabinów maszynowych.
– Zamknij się – syczę, udając, że wcale nie zdycham teraz ze strachu.
Formatowanie po dywizie się skursywiło ;].
Odwróciłem się z zamiarem powrotu do łóżka, po czym znowu to usłyszałem. Puk. Puk. Puk. Trzy wolne, głośne puknięcia. Nie mogłem się przesłyszeć. Spojrzałem jeszcze raz. Znowu nic. Miałem złe przeczucia, więc poszedłem do kuchni i wziąłem nóż. Potem wróciłem do przedsionka, założyłem łańcuch na drzwi i uchyliłem je.
Początek fajnie buduje napięcie, ale końcówka mocno sprawozdawcza, tak jakbyś chciał odbębnić kolejne punkty relacji o tym, co zrobił bohater.
Nie, nie zabiłem go od razu, choć chciałem to zrobić. Poszedłem za nim, starając się, aby mnie nie zauważył. Po jakiejś chwili doszliśmy do wsi, znajdującej się po drugiej stronie lasu. Musieli widzieć, skąd startują drony, więc szybciutko przekazali to do SZU, które załatwiło sprawę. Widziałem, do którego domu wszedł, więc od razu poszedłem za nim. Dużo ryzykowałem. Nie miałem przy sobie broni palnej, bo wszystko zostało w zniszczonym UAZie.
j.w. – aż się prosi o trochę emocji :)
Reszta IMHO super :D. Płynne zdania, jasna narracja, poza tymi dwoma fragmentami powyżej bardzo sprawnie grasz na emocjach i potrafisz je plastycznie pokazać. Sama historia może dość krótka, ale za to spójna, z wyraźnym motywem przewodnim w postaci prześladującej “zjawy”.
pozdro
M.
Jestem bandzior! Świr! Sadysta! Niepoprawny optymista!
Salwa to w potocznym rozumieniu jednoczesny wystrzał pojedynczy z wielu luf.
Faktycznie, taki błąd popełnić to aż wstyd.
Formatowanie po dywizie się skursywiło ;]
Kursywa akurat była celowa, aby odróżnić to co się dzieje w tym momencie, od historii opowiadanej przez bohatera.
Początek fajnie buduje napięcie, ale końcówka mocno sprawozdawcza, tak jakbyś chciał odbębnić kolejne punkty relacji o tym, co zrobił bohater.
Ok, coś tam wstępnie zmieniłem w obu akapitach, które podałeś
Dziękuję za miłe słowa. Opowiadanie celowo krótkie, bo chciałem, żeby był to szort, więc momentami nawet ucinałem niektóre wątki.
Szalenie mroczne wyznanie. Niezwykle trudno uciec przed dramatycznymi wspomnieniami o własnoręcznie dokonanych czynach.
W uchylonych drzwiach pojawiła się pomarszczona twarz staruszki, patrząca na mnie z oburzeniem. → Patrzyła staruszka, nie jej twarz, więc: W uchylonych drzwiach pojawiła się pomarszczona twarz staruszki, patrzącej na mnie z oburzeniem.
Mimo to, ciężko pozostać w ukryciu… → Mimo to trudno pozostać w ukryciu…
Choć zdaję sobie sprawę, że żołnierz nie musi wyrażać się poprawnie.
Ciężko a trudno – Poradnia językowa PWN
…wszystko zostało w zniszczonym UAZie. → …wszystko zostało w zniszczonym UAZ-ie.
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
Ok, poprawione. Dziękuję za przeczytanie i za uwagi. W czasie pisania niedorzecznie długo zastanawiałem się nad tym pierwszym, a im dłużej myślałem, tym bardziej nie wiedziałem, czy patrzeć ma twarz, czy staruszka.
Bardzo proszę, Freki. Miło mi, że mogłam się przydać. :)
Patrzy człowiek, tu staruszka. Co prawda patrzymy oczyma, które są na twarzy, a zobaczyć coś może człowiek, nie twarz.
Powodzenia!
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.