
1. Rozgłos:
Nadmir zatrzymał konia i spojrzał na położoną w oddali osadę.
– To tutaj, Argo – mruknął cicho i poklepał wierzchowca po szyi. – Wieś Stogi. W sam raz. Ani za duża, ani za mała. Idealna do naszego zadania. Ale żeby plan się powiódł, będziemy musieli się odpowiednio przygotować.
Zeskoczył z siodła. Rozpiął podróżne sakwy i bez pośpiechu wyciągnął z nich ciemny, skórzany kaftan, wzmocniony na ramionach i piersi metalowymi płytkami. Uważnie przyjrzał się pancerzowi. Był sfatygowany, nosił ślady licznych starć i pachniał potem oraz krwią – ale nadal spełniał swoje zadanie. Założył go w miejsce starego płaszcza, w którym dotąd podróżował, i dokładnie zaciągnął wszystkie klamry. Na uda i golenie ubrał ochraniacze, mocno zaciskając je pasami, a na dłonie wsunął grube, nabijane ćwiekami rękawice. Głowę owinął chustą, zasłaniając czoło i szyję, a przez pas kilkakrotnie przewinął długi łańcuch o drobnych ogniwach, do którego przyczepił kilka niewielkich toreb.
Sięgnął po długi, zrolowany pakunek przymocowany do siodła i delikatnie, niemal nabożnie, rozwinął go na ziemi. Wewnątrz, misternie związane rzemykami, leżały dwa miecze, ułożone głowniami naprzeciw siebie. Jeden stalowy, o ciemnoszarej, wręcz grafitowej barwie, a drugi lśniący z posrebrzanymi ostrzami. Odwiązał rzemyki i umieścił miecze w uprzęży na plecach. Następnie wyjął z drewnianego pudełka niewielką fiolkę i opróżnił ją jednym haustem. Chłód przeszył ciało. Świat wokół zafalował, a źrenice przybrały kształt pionowych kocich szparek o żółtej, złowrogiej barwie tęczówek. Na koniec, spod koszuli wyciągnął wisior z wiedźmińskim znakiem cechowym i zawiesił na piersi jak pieczęć.
Do wsi wjechał głównym gościńcem. Nie spieszył się, jechał powoli. Mijane osoby wpatrywały się w niego. Z niektórych spojrzeń biła zwykła ciekawość, ale większość wyrażała mieszaninę pogardy i strachu. Co poniektórzy śmiałkowie spluwali z hałaśliwym charknięciem, lecz ich odwaga pierzchała, gdy zatrzymał na nich wzrok choćby na chwilę dłużej.
Przystanął przed jedną z chat, gdzie na pieńku pod ścianą siedział sędziwy starzec z opaską na oczach. Starzec, mimo ślepoty, z wieloletnią wprawą nabijał fajkę, raz po raz sięgając do położonych na kolanach woreczków z różnymi gatunkami tytoniu.
– Stogi? – spytał Nadmir.
Mężczyzna skinął ledwie zauważalnie, nie przerywając swojego zajęcia.
– Sołtys? – kontynuował.
Nadal milcząc, starzec wskazał fajką kierunek gdzieś w głąb wioski.
Chatę sołtysa łatwo było rozpoznać. Jak to zwykle bywa z siedzibami władzy, była bogatsza niż pozostałe, choć nie kłuła w oczy nadmiernym przepychem.
W obejściu, na ławeczce, obok balii pełnej prania, spoczywała sporej tuszy kobieta, która z zamkniętymi oczami wystawiała swoją okrągłą twarz ku słońcu.
– Szukam Ścibora, sołtysa tej osady – oznajmił Nadmir.
– Nie ma! – odparła kobieta, nie otwierając nawet oczu.
W jej głosie słychać było wyższość, jakby chciała podkreślić, że pod nieobecność męża to ona jest największą personą we wiosce. Co w jej przypadku do pewnego stopnia pokrywało się z prawdą, gdyż „największa persona” miało tu dosłowny wydźwięk.
– Szukam Ścibora, sołtysa tej osady – powtórzył, tym razem nieco ostrzej.
– Głuchy jaki, czy co!? Toć mówię, że… – urwała, gdy otworzyła oczy i zobaczyła, kto pyta.
– Bogowie… Śmiercionoś… – wykrztusiła, a wyniosłość jej w głosie ustąpiła miejsca czystemu strachowi.
Taka reakcja nie była mu obca. Ludzie często tak reagowali, a „Śmiercionoś” to i tak jedno z łagodniejszych określeń, jakie słyszał na swój temat. W niektórych rejonach była to po prostu ludowa nazwa wiedźminów, więc jakkolwiek by to nie brzmiało, to przywykł do tego.
Niemniej tym razem postanowił to wykorzystać. Zmrużył gniewnie oczy i pochylił się nad nią, demonstrując całą swoją srogą posturę – jego kocie źrenice, wystające zza pleców miecze oraz trzy głębokie blizny znaczące lewą stronę twarzy, będące pamiątką po jednym z kontraktów, dodatkowo spotęgowały uczucie grozy.
Efekt był natychmiastowy – Sołtysowa zbladła jak płótno.
– Szukam Ścibora, sołtysa tej osady – wycedził twardo.
– Mąż do gro… gro… grodu poszedł. To znaczy, do pana kasztelana – odparła drżącym głosem. – Po prośbie, co by zbrojnych użyczył, żeby gadzinę z lasu ubili.
– Ja być może w tej sprawie – rzucił wiedźmin. – Słyszałem, że „gadzina” się rozpanoszyła i ludzi morduje.
– A morduje – przytaknęła, głos jej wciąż lekko drżał. – Troje już z lasu nie wróciło. Bartnik, jeden z synów kowala i młoda zielarka. Stara ją już trzy roki do fachu przyuczała na swoje zastępstwo, bo tej już ze wzrokiem nie starczy. A przecie jak nam babka do reszty oślepnie, to…
– Mówcie lepiej – przerwał jej Nadmir – kiedy wasz chłop wróci.
– Wczoraj panie wyszedł, więc jak go w drodze nic złego nie spotka, uchowaj bogi, to przed zmierzchem, a najdalej jutro z rana, winien być nazad – odpowiedziała, unikając jego spojrzenia.
– Jak wróci, to mu rzeknijcie, że będę go czekał w gospodzie – rzekł chłodno. – Jeśli kasztelan zbrojnych nie przyśle, to ja się bestią zajmę, o ile się z zapłatą dogadamy – dodał po chwili.
Gdy odjeżdżał, był pewien, że kobieta, blada jak mydliny w balii, wciąż stoi z przerażeniem w oczach. Wcale mu to nie przeszkadzało – wręcz przeciwnie, dokładnie o to chodziło – niech leci rozgadać po obejściach, że „wiedźmin, wiedźmin je we wiosce”. Dziwiło go jednak to, że im dalej w swej podroży kierował się na północ, tym bardziej narastały strach i niechęć wobec wiedźminów. Tam, skąd pochodził, wiedźmini też nie cieszyli się powszechną sympatią, ale przynajmniej byli akceptowani jako konieczne zło.
Gospoda była okazała. Jako że wieś leżała na skrzyżowaniu dwóch ważnych szlaków i ruch przyjezdnych nie ustawał, to i budynek musiał sprostać potrzebom licznej klienteli. Obok wznosiła się równie duża stajnia z powozownią i boksami dla koni. W zagrodzie hodowano świnie, krowy oraz różnoraki drób, który szybko mógł wylądować na ruszcie lub w garnku. Wewnątrz, na parterze, znajdowała się kuchnia, przestronna izba jadalna oraz druga, mniejsza, dla bardziej szacownych gości ceniących sobie prywatność, a także – co rzadko spotykane w wiejskich gospodach – spora łaźnia z kilkoma baliami kąpielowymi. Na piętrze zaś były pokoje mieszkalne – lepsze i gorsze, w zależności od zamożności podróżnych. Dla uboższych była dostępna wspólna sala, pełniąca funkcję sypialni.
Nadmir otworzył drzwi i stanął w progu. Tym razem nie skrywał się w cieniu jak to zwykle czynił, lecz dumnie z uniesioną głową, spokojnie rozejrzał się po wnętrzu. Tak jak przewidywał, rozmowy ucichły, a oczy zgromadzonych zwróciły się ku niemu. Wytrzymał ich spojrzenia przez kilka długich chwil, po czym podszedł do kontuaru, za którym stał karczmarz.
– Szukam noclegu.
– Wy panie, w sprawie bestii z lasu? – spytał ostrożnie karczmarz.
– To się okaże. Na razie potrzebuję miejsca do spania, jedzenia i kąpieli.
– W bagnie się wykąp! – zakpił ktoś z końca sali. – Smrodu wiedźmina i tak nie wywabisz.
Przy jednym ze stołów sześciu mężczyzn wybuchło głośnym śmiechem.
Zawsze się trafią jakieś półgłówki, pomyślał Nadmir. Ale tym razem, choć raz było mu to na rękę. Idealnie trafili z czasem i miejscem w jego zamiary. Obrócił się powoli i spojrzał w ich kierunku. Ruszył spokojnym krokiem i stanął przed rozbawioną kompanią. Śmiech ucichł, a szóstka kamratów przybrała harde miny, charakterystyczne dla ludzi odważnych tylko w kupie.
– Który to? – zapytał, lecz żaden nie powtórzył sugestii.
– Nikt? Nie ma odważnego? Wszyscy tchórzem podszyci? Żelazo, co przy sobie nosicie – spojrzał na miecze przy ich pasach – to do ozdoby czy do czegoś służy?
– Ja! – Wstał jeden z szóstki i zerknął po kolegach, czy znajdzie aprobatę w ich oczach.
– Ty bracie? – Nadmir stasował go wzrokiem – Znalazł się chojrak. Więc co masz do powiedzenia? Gdzie mam się udać?
– A udaj się tam skądś przylazł – wycedził mężczyzna, próbując nadać głosowi możliwie jak najwięcej odwagi. – I nie jestem ci bratem. Trzech nas matka rodziła i wszyscyśmy porządni. Nie ma u nas odmieńców jak ty. Widziałem już takich. Chędożone mutanty, co to niby do walki z plugastwem zlazują, a które sami wcześniej sprowadzają. A psia was mać! – Miał zamiar splunąć, ale nie zdążył.
Wiedźmin błyskawicznie uderzył go prosto w nos. Tamten zatoczył się na ścianę i rąbnął potylicą w belkę tak mocno, że aż wzbił kurz. Oczy wywróciły mu się białkami do góry i powoli jak gęste plwociny na ścianie, zaczął omdlały osuwać się ku ziemi.
Nadmir, równie szybkim jak poprzednio ruchem, wyrwał wbity w stół, spory nóż do mięsiwa i cisnął nim z niesamowitą precyzją. Ostrze wbiło się dokładnie tam, gdzie jeszcze przed chwilą znajdowała się głowa mężczyzny. Na krawędzi wisiał odcięty kosmyk włosów.
Drugi z ferajny, siedzący najbliżej, próbował się podnieść, ale nim uniósł tyłek, wiedźmin walnął jego głową o blat. Słychać było chrzęst łamanego nosa, a mężczyzna osunął się bezwładnie pod stół.
Kolejny, najmniejszy z nich wszystkich, ale widać najszybszy kogut, zdążył wyjąć kordzik z zapasa i skoczyć ku wiedźminowi. Zamachnął się nawet, ale okrutnie się zdziwił. Wiedźmin uchylił się bez większego wysiłku i wykorzystując jego impet, zatoczył nim koło i pchnął na pobliski słup podtrzymujący belkowanie. Rozbrzmiał odgłos kolejnego złamanego nosa. Pozostała trójka zastygła bez ruchu.
Nadmir przeszył ich wzrokiem.
– Waszym kolegom zapach wiedźmina już nie będzie przeszkadzał – powiedział groźnie. – Ktoś jeszcze ma wrażliwy węch?
Na sali zaległa cisza.
– Więc jak z tym noclegiem? – zapytał, odwracając się do karczmarza.
– Wszystko zajęte, panie – odpowiedział gospodarz – ale…, ale znajdzie się miejsce, nad stajnią. Izba mała i łóżka co prawda w niej nie ma, ale wyślę chłopaka, żeby świeżego siana do siennika napchał.
– Nie! – przerwał mu Nadmir. – Chcę najlepszego pokoju jaki masz. Jasnego, z oknem i łóżkiem. Dużym łożem i dużym oknem koniecznie. A chłopaka, to wyślesz, ale do stajni, żeby oporządził mojego konia: rozjuczył, wyczyścił i nakarmił. Potem niech przyjdzie do mnie, będę miał dla niego zadanie. Międzyczasie przyślij też jakąś dziewkę, żeby uprała mi rzeczy i przyniosła jedzenie.
Zanim karczmarz zdążył coś powiedzieć, wiedźmin wyjął zza pasa mieszek i upuścił na blat, żeby brzęk monet przemówił lepiej niż słowa. Podziałało, bo gospodarz momentalnie przypomniał sobie, że faktycznie dysponuje wolnym pokojem z oknem i dużym szerokim łożem.
Następnego ranka Nadmir zszedł do głównej sali. Tak jak poprzednio, na jego widok rozmowy ucichły. Cisza, która zapadła, była ciężka, niemal namacalna, a ruchy obecnych stały się ostrożne, jakby obawiali się zwrócić na siebie uwagę. Kilka osób ostentacyjnie, bez słowa, opuściło karczmę, ale nimi nie przejmował się w najmniejszym stopniu – bardziej interesowali go ci, którzy zostali. Ich ukradkowe spojrzenia były pełne czegoś, co znał aż nazbyt dobrze – niepokoju, nieufności, lęku. Przywykł do tego, że ludzie mu się przyglądają i nie miał z tym żadnego problemu. Spływało to po nim jak woda po utopcu, ale tym razem było inaczej – tym razem to on obserwował ich.
Zamówił śniadanie – chleb, ser i gęste, ale słabe piwo – po czym rozsiadł się przy jednym ze stołów. Nie spieszył się z posiłkiem – czas wyjątkowo działał na jego korzyść. Przeciągał każdy kęs i łyk, jakby delektował się nie tylko jedzeniem, ale i napięciem, które narastało wokół niego. Udawał przy tym, że jest zrelaksowany, że całą sytuację ma za nic, ale w rzeczywistości uważnie badał otoczenie. Rejestrował każdy gest, urwany szept, nerwowy ruch – wszystko mogło być istotną informacją.
Dzień upływał powoli, a atmosfera nie robiła się wcale lżejsza.
Gdy poranek przeszedł w przedpołudnie, w karczmie zjawił się sołtys Ścibor. Towarzyszyło mu trzech uzbrojonych pachołków. Rozejrzał się po izbie, po czym podszedł do karczmarza i zamienił z nim kilka słów, po których ten wskazał wiedźmina.
Zbliżył się do niego, stanął hardo i podparł pięściami pod boki w trochę nazbyt teatralnym geście.
– Wyście ten śmiercionoś co mnie szukali? – spytał.
Nadmir uniósł wzrok, nie spiesząc się z odpowiedzią.
– Yhm – mruknął w końcu, mierząc go obojętnym spojrzeniem.
– Ponoć przyjechałeś bestię z lasu ubić, a miast tego burdy wczoraj wszczynałeś – ciągnął sołtys, nie kryjąc irytacji. – Wiesz, że na takich prawo ma swoje sposoby.
– Yhm – powtórzył Nadmir.
– Wersję karczmarza i tych pobitych już znam i są dość spójne. – Zrobił krok w stronę wiedźmina. – Powiesz grzecznie swoją historię, czy będę cię musiał pod strażą do karceru zaprowadzić?
Pachołkowie za plecami sołtysa drgnęli, jakby czekając na rozkazy.
– Yhm
– Potrafisz coś więcej gadać niż „yhm”? Czy wy wiedźminy, tylko do potworów jęzorem mielecie?
Nadmir uśmiechnął się cynicznie pod nosem.
– Z twoją babą gadałem, więc sam oceń.
Ścibor poczerwieniał ze złości, a jego pięści zacisnęły się na skórzanym pasie.
– Takiś cwany, tak!? Niech ci będzie! Po dobroci chciałem, ale jak mus, to mus. Wstawaj! Ino grzecznie, bo jak widzisz sam nie przyszłem. Zważ tylko, że jeden niewłaściwy ruch i ci trzej równo ci gnaty porachują.
Nadmir spojrzał leniwie na obstawę, a potem przeniósł wzrok z powrotem na sołtysa i westchnął.
Tamten również zerknął na swoich ludzi, jakby na nowo oceniając ich siły, po czym skinął głową, dając im znak, by podeszli bliżej.
– Uspokójcie się panie sołtys – rzekł wiedźmin, starając się brzmieć jak najłagodniej, by rozładować napięcie. – Usiądźcie, napijcie się, pogadajmy. Ale odeślijcie tych trzech, bo szkoda, żeby komuś znowu krzywda się stała i szczerze mówiąc, mam na myśli tylko i wyłącznie siebie.
Sołtys zawahał się chwilę. Wstrzymał oddech, jakby lada moment miało dojść do starcia, ale po chwili odetchnął i gestem odesłał pachołków, co tamci przyjęli z wyraźną ulgą.
– Niech ci będzie. Pogadajmy jak chłop z chłopem, a nie jak pizgrzyki na targu. No więc krótko: Co tu zaszło?
Nadmir uniósł brew i uśmiechnął się pod nosem.
– Jak to co? – odpowiedział spokojnie. – Widzę przecież, że głupi nie jesteście i zapewne sami wiecie, jak się sprawa miała.
– Może i wiem może i nie – odparł Ścibor i dosiadł się do stołu, opierając łokcie na blacie. – Powiedzmy, że dobrodusznie mógłbym założyć, że tamci sami się o nauczkę prosili, bo jak wiesz, ważniejsze problemy mi teraz na głowie siedzą. Coś w lesie morduje i trza mi kogoś, kto się tym zajmie. No więc, po kolei: Jak cię zwą i kiedy się za robotę weźmiesz?
– Zwą mnie Nadmir. Wiedźmin ze szkoły Orła.
Sołtys zmarszczył brwi, jego spojrzenie stało się bardziej dociekliwe.
– Orła powiadasz? Widziałem w życiu kilku wiedźminów, ale o takim cechu nie słyszałem.
– Bo nie każdy musi słyszeć – odparł. – Nie latamy w stadach, panie sołtys. Jestem z daleka i od dawna na szlaku.
– To co cię tu przywiało? Mało jest zajęcia dla wiedźminów tam, skąd pochodzisz?
– Roboty nie brakuje, ale ja zmierzam na północ, do kraju Nordlingów, hen jeszcze za cesarstwo Nilfgaardu.
– To szmat drogi jeszcze przed tobą. Co cię tak gna po świecie? Wszak sam mówisz, że monstra wszędzie znajdziesz.
– Nie szukam monstra, tylko jednego ze swoich – odpowiedział, choć w duchu pomyślał, że dla niektórych to jedno i to samo. – Ale nie wasza to rzecz. Powiedz lepiej, z jakim potworem macie problem, a ja wam powiem, za ile i kiedy go ubiję.
– Pewniście siebie, że se poradzicie – odparł Ścibor unosząc brwi.
– Pewnym. A jak sobie nie poradzę, to dla trupa ujmy na honorze nie będzie. Trup to trup, a na dobre wspomnienie i tak nie liczę. Ale o to niech was głowa nie boli.
– No cóż, to wasz fach. Niewątpliwie żaden potwór wam nie straszny. Ale dla jasności, płatność po robocie. Nie chciałbym potem waszego truchła po lesie szukać, żeby sakiewkę odzyskać.
– Zazwyczaj połowę biorę przed – odparł Nadmir – ale skoro wyście oko przymknęli, to i ja przymknę. Tym razem zrobię wyjątek. Co to za bestia?
Sołtys skrzywił się i podrapał po brodzie, zastanawiając się, jak zacząć.
– Szczękacz… to znaczy my tak go zwiemy. Nikt go na oczy nie widział, ale niektórzy słyszeli coś jakoby szczękanie, no wiecie, tak jakby zębami albo kołatką jaką… sam też słyszałem.
Nadmir przekrzywił lekko głowę, zainteresowany.
– A coś więcej. Poluje w dzień? W nocy? Jakieś ciała? Trupy zagryzione? poszarpane?
– Co do czasu… – Ścibor zamyślił się chwilę. – To poluje chyba i w dzień, i w nocy. Bartnik i mały od kowala wyszli za dnia i już nie wrócili. Zielarka po zmierzchu za to szła, bo jak wiadomo, niektóre ziela tylko w księżycowe noce uzdrowicielskich mocy nabierają. A szczękanie, to można o każdej porze usłyszeć – w dzień, w noc, z rana, z wieczora. A niekiedy jest tak, że i przez kilka dni cisza jak makiem zasiał. Myśli człek, że może już się bydle gdzie indziej przeniosło, aż tu nagle znów się klekot rozpocznie. A najgorsze jest to… – pochylił się do wiedźmina, jakby zdradzał mu jakiś przerażający sekret – że żadnych ciał żeśmy nie znaleźli. Nic – ni nogi, ni ręki, ni palca nawet. Tylko krew. Jucha wszędzie, jakby kto ją z wiadra wkoło rozchlapał.
Nadmir zmrużył oczy.
– Szczękanie… brak ciał… rozbryzgana krew… Mam podejrzenia, co to za monstrum.
Sołtys wyprostował się, wyraźnie zaintrygowany.
– Tak? To mówcie!
– Szczękacz – odpowiedział wiedźmin.
– Nie żartujcie z prostego człeka, panie wiedźmin – obruszył się Ścibor. – Książek o potworach nie czytam, bo drogie to i po co głowę sobie plugastwem napychać. Alem głupim nie jest, bo bym się na posadzie tyle lat nie utrzymał. Mówcie że po normalnemu, co w lesie grasuje.
Nadmir wzruszył ramionami.
– Mniejsza o nazwę, i tak wam to nic nie powie. Ale jeśli chcecie koniecznie wiedzieć, to myślę, że to Agrostaris Rex-tui. Ale jak dla mnie, to możecie nazwać go Szczękacz, a nawet Pchła Szachrajka, jeśli wam tak pasuje. Bestia to bestia. Jak wygląda, nie będę wam mówił, bo po co sobie głowę plugastwem napychać. Wystarczy, że ja wiem, i wiem, jak plugastwo wytępić.
– Może i racja – przyznał sołtys. – Bestia to bestia, wszak wasza w tym głowa, żeby jej głowę na dowód pod nogi mi przynieść. Powiem wam, panie wiedźmin – kontynuował z dumą w głosie – że szczęście dziś macie. Na robotę niemały grosz przygotowałem. Za złapanie i ubicie potwora daję… pięćdziesiąt koron!
– Za pięćdziesiąt – odparł Nadmir, nie kryjąc rozbawienia – to nawet na złapanie kataru bym się nie pisał, a co dopiero na łapanie bestii. Za takie ryzyko trzeba dać… pięćset!
– Ile!? – wybuchnął sołtys przyciągając uwagę wszystkich w gospodzie. – Pięćset!? Za taką cenę bym tuzin zbrojnych opłacił, w tym połowę konnych.
– Raz, że usypałbyś potem tuzin kurhanków – odpowiedział rzeczowo Nadmir – i to bez ciał w środku, bo jak sam wiesz, nawet byś ich nie znalazł. A dwa – to kasztelan ci zbrojnych nie dał i nie da, choćbyś ich z własnej kiesy opłacił. Zwyczajnie mu żołnierzy szkoda. Gdyby było inaczej, nie siedziałbyś tu teraz ze mną. Zatem albo ja dostanę pięćset koron, albo sam po lesie goń z tymi trzema, co ci za obstawę robią. Możesz jeszcze próbować się z bestią ugadać, to nuż dobrymi sąsiadami zostaniecie.
Ścibor zacisnął pięści, a jego twarz poczerwieniała ze złości.
– Pięćset to zdzierstwo – wycedził przez zaciśnięte zęby. – Żerujesz na naszym nieszczęściu.
– Za pięćdziesiąt, a nawet za darmo, panie sołtys, bo szczęście dziś macie – ciągnął Nadmir – to mogę was jedynie przestrzec, że jak wam się szczękacz pod wsią zalągł, to miejsca żerowania nie opuści. Zwłaszcza, jak już ludzkiego mięsa spróbował. I dopóki mu się zapasy nie skończą, dopóty będzie w lesie polować. A nawet gdybyście zrezygnowali z chodzenia do lasu, co wiesz, że na dłuższą metę jest niemożliwe, to byście go tylko sprowokowali, żeby sam bliżej osady podszedł. A wtedy – wierzcie mi – będzie tylko gorzej.
Sołtys milczał, wpatrywał się w wiedźmina, jakby ważył jego słowa.
– Wybór należy do was – powiedział Nadmir, przerywając ciszę. – Prześpijcie się z tym, zastanówcie, pogadajcie z ludźmi, czy co tam chcecie. Mi mus jeszcze dziś wyjechać, ale wrócę za dwa, trzy dni. Tyle macie czasu na zdobycie pieniędzy. Po wsi pozbieraj, sołtysów z sąsiednich osad o pomoc poproś, może bestia im też w szkodę wchodzi. A jak nie wchodzi, to pewnie niedługo zacznie.
Nadmir oparł się wygodniej, jakby temat nie stanowił dla niego większej troski.
Ścibor zmrużył oczy, milczał, a jego ręce drgały nerwowo, jakby gotowe sięgnąć po coś, czym mógłby rzucić, żeby rozładować napięcie. Po chwili jednak skinął głową, wciąż zaciskając zęby.
– Trzy dni mówicie?
– Trzy – potwierdził Nadmir, patrząc mu lodowato w twarz.
2. Przynęta:
Trzy dni później Nadmir wrócił do wioski i pojechał do znajomej karczmy. W oczekiwaniu na Ścibora usiadł przy jednej z ław i zamówił kolejkę najlepszego miodu. Sołtys zjawił się chwilę później, tym razem bez obstawy.
– Jaka decyzja? – spytał wiedźmin.
– Pieniądze są – rzucił krótko Ścibor.
– Równo pięćset?
– No… to znaczy… są, ale…
– Jakie, „ale”!? Czyżbyśmy się ostatnio źle zrozumieli!? – Nadmir podniósł głos. – Miało być równo pięćset! Pięćset albo roboty nie biorę.
– Uspokójcie się, panie wiedźmin. – Ścibor rozłożył ręce w uspokajającym geście. – Zrozumieliśmy się dobrze, tylko taka suma to fortuna i ciężko jest tyle zebrać. Myślałem… – przełknął głośno ślinę – że może zejdziecie trochę z ceny, no powiedzmy… czterysta?
– Chcesz negocjować? Dobrze. Ty mówisz czterysta, ja mówię sześćset. Moja cena właśnie wzrosła.
– Oj, nieładnie, a ja sądziłem, że wiedźmini to honorni ludzie.
– Owszem, honorni. Tak samo honorni jak druga strona.
– Widzę, że nie idzie się z wami ugadać – odparł Ścibor i machnął lekceważąco ręką.
– Jak nie idzie? Wy dajecie czterysta, ja mówię sześćset, więc chyba rozsądnie będzie, jak wy dołożycie sto, a ja ujmę sto. Czy takie targowanie wam odpowiada, panie sołtys?
Ścibor ciężko westchnął.
– Dobrze, niech będzie nasza strata. Może być pięćset.
– Dajecie słowo? Czy po robocie się okaże, że z kabzy nagle ubyło i znów będziecie kombinować?
– Daję.
– Przy świadkach?
– Ehh… – westchnął. – Upartyś jak zaraza.
Wstał, rozejrzał się po sali i gestem dłoni uciszył rozmowy. Odczekał chwilę, aż wszyscy się uspokoili i spojrzeli w jego stronę.
– Ja Ścibor, sołtys z nadania przez miłościwego nam kasztelana, pana ziemi starorzecznej, siennej, et-cetera, et-cetera, biorę was tu obecnych w tej izbie na świadków, że jeśli ów wiedźmin – wskazał palcem Nadmira – ubije dręczącą nas bestię, to wypłacę mu nagrodę ni mniej, ni więcej równą pięćset koron. Zadowolony?
– Zadowolony. – Nadmir kiwnął głową. – Kontrakt przyjęty. Jutro z rana wyruszam na łowy.
Nadmir wrócił na noc do tego samego pokoju co poprzednio. Tym razem karczmarz, pamiętając wcześniejsze wydarzenia, nawet nie próbował proponować mu skromnej izby nad stajnią. Zamiast tego, bez zbędnych słów, odprowadził wiedźmina do „apartamentu”. Gdy został w nim sam, chwilę po tym, jak służka przyniosła tacę z posiłkiem, pozwolił sobie na chwilę odpoczynku. Wziął głęboki oddech, położył się na łóżku i w myślach powtarzał plan na kolejny dzień. Wiedział, że bestia, którą ma zgładzić, jest nie tylko silna, ale i przebiegła, a tacy przeciwnicy zawsze wymagają precyzyjnych przygotowań.
Gdy niebo zaczęło przybierać barwy przedświtu, wstał z łóżka, sięgnął po bojowy rynsztunek i starannie przygotował się do wyprawy. Dopiął skórzaną kurtkę, sprawdził miecz i pas, upewniając się, że wszystko leży na swoim miejscu, po czym ruszył na dół do głównej izby. Gdy zszedł po skrzypiących schodach, woń pieczonego chleba i świeżo zaparzonego ziela wypełniła jego nozdrza. Stanął przy kuchennych drzwiach i zawołał właściciela gospody.
– Tak panie? – odezwał się karczmarz, który jak widać, od dawna był już na nogach.
– Masz to, o co cię wczoraj prosiłem?
– A tak, tak, już niosę, tylko nijak nie rozumiem, na co to wam do ubicia potwora.
– Mniejsza z tym – odpowiedział Nadmir. – Aha, jeszcze jedno: nie odstępuj nikomu mojej izby. Nie wiem, ile zajmą mi łowy, ale jak wrócę, to dopłacę, co się należy. Zostawiam ci też pod pieczą moje rzeczy, konia i srebrny miecz. Strzeż tego jak oka w głowie. Zrozumiałeś mnie dobrze?
– Tak panie, zrozumiałem, ale jak to idziecie bez srebrnego miecza? Toć mówią, że śmiercio… to znaczy, wiedźminy zawsze srebrem biją.
– Srebro jest dobre na istoty magiczne albo te, które magią zostały przywołane. To co wam zagraża, to zwykła gadzina – stal w zupełności wystarczy.
– A jak się wam nie uda… to znaczy, nie żebym…, ale wiecie, różnie bywa.
– Nie martw się, stratny nie będziesz. Jak nie wrócę do tygodnia, sprzedaj moje rzeczy i konia, albo uczyń według uznania. Wszystko, ale nie srebrny miecz. Ten zachowaj i przekaż innemu wiedźminowi, który tu zajdzie.
– Dobrze, będzie, jak sobie życzycie.
– Bywajcie – pożegnał się Nadmir.
– Bywajcie, oby wam szczęście sprzyjało.
Szczękacz, pomyślał Nadmir, idąc w stronę lasu. Takiej nazwy na Agrostaris Rex-tui jeszcze nie słyszał. Ale nie ma się co dziwić, jest to stworzenie tak niespotykane, że żadna ludowa nazwa jeszcze się nie utrwaliła. Nawet wiedźmini sporadycznie na nie trafiali. On sam widział je tylko raz – i to za młodu.
Jeździł wtedy ze starym, doświadczonym wiedźminem, który uczył go fachu. W zasadzie to mistrz mierzył się z potworem, a jemu kazał trzymać się na dystans. – "W razie czego w sukurs mi nie przychodź, tylko bierz nogi za pas, bo Agrostaris to ścierwo jakich mało i taki szczeniak jak ty nie da mu rady.” –Tak mówił jego nauczyciel. To były jedne z ostatnich słów, jakie od niego usłyszał. Nie żeby poległ – wręcz przeciwnie, ubił bestię niemal bez szwanku, tylko po walce stwierdził, że „szczeniak” widział już na tyle dużo, iż nadszedł czas, by ruszył własnym szlakiem.
Sytuacja wówczas wyglądała podobnie. Ludzie znikali w lesie, a ci, którzy wracali, wspominali o dziwnym stukaniu. Wtedy nazwali go Stukacz, a może Klekacz? Widać bardziej przypominało im to klekotanie kośćmi niż szczękanie zębami. Ale jakby go nie zwał, to jest to niezwykle niebezpieczne stworzenie, a ci, którzy słyszeli ten dźwięk, mieli sporo szczęścia. Agrostaris sygnalizuje w ten sposób, że mu przeszkadzasz. Najpewniej był najedzony albo zajęty preparowaniem ofiary – dlatego ostrzegał, a nie atakował od razu.
Charakterystyczny odgłos wydaje stukając o siebie chelicerami otaczającymi paszczę, którą, notabene, potrafi otworzyć na tyle szeroko, że z łatwością mógłby chwycić psa, wilka czy nawet człowieka. Szczękacz zaliczany jest do rodziny Arachnostasis – pająkowatych, choć z wyglądu bardziej przypomina stawonogi, a dokładniej kikutnice, gdyż posiada równie długie, a może nawet dłuższe odnóża. Prócz nich ma jeszcze jedną cechę wspólną ze stawonogami – zewnętrzny szkielet, który otacza ciało niczym pancerz. To paskudne rozwiązanie sprawia, że ubicie go nie jest proste. Łatwiej to zrobić podczas linienia. Żeby zwiększyć swoje rozmiary, Agrostaris musi co jakiś czas zrzucać powłokę, a wtedy staje się podatny na ciosy. Jednak teraz sytuacja wygląda inaczej – skoro zabija tak często, znaczy to, że dopiero przygotowuje zapasy przed wymianą skorupy, czyli obecny pancerz jest stary i twardy jak kamień.
Agrostaris większość życia spędza w pieczarach i tunelach. Rzadko wychodzi na powierzchnię – właściwie tylko po to, żeby polować. Dlatego zapewne tak niewielu miało okazję go zobaczyć. Pod ziemią składa jaja, linieje i hibernuje. Tam też ma swoją spiżarnię. Zdobycz owija lepką pajęczyną i zanosi do leża. Ale zanim to zrobi, wpuszcza w nią bardzo perfidną toksynę, która sprawia, że ciało w drastyczny sposób pozbywa się krwi. Ta, wraz z innymi płynami ustrojowymi, wydobywa się wtedy każdym możliwym otworem. Jeśli ofiara ma pecha jeszcze wtedy żyć, to umiera naprawdę nieprzyjemną śmiercią.
„Osuszone” w ten sposób ciała za to dłużej się przechowują, pomyślał Nadmir i ruszył dalej w głąb lasu.
Pierwsze ślady obecności szczękacza zauważył po kilku godzinach. Na ściółce dostrzegł rozlaną krew – zaschłą o rdzawym kolorze. Musi mieć siedem, może dziesięć dni – ocenił. Mimo to był to dobry znak: wkroczył na terytorium wroga. Jeśli znajdzie więcej takich miejsc, może przynajmniej zdoła wyznaczyć granice rewiru polowań. W przypadku innych pająkowatych na tej podstawie mógłby z grubsza określić wiek i rozmiar osobnika, ale w tym przypadku bestiariusze zawierały zbyt mało rzetelnych danych, by można było powiedzieć coś więcej.
Na kolejne ślady trafił niebawem. Niektóre były starsze niż pierwszy, inne stosunkowo świeże, ale jeden szczególnie przykuł jego uwagę. Miał nie więcej niż kilka godzin – krew nie zdążyła jeszcze porządnie skrzepnąć. Nie było jej dużo. Pewnie złapał jakieś drobne stworzenie, ale oznaczało to, że musi być blisko.
No dobra – mruknął pod nosem. – Miejsce na zasadzkę jest odpowiednie, trzeba tylko zwabić ofiarę. Wysypał na ziemię zawartość płóciennego worka, który dostał od karczmarza, a z niewielkiego flakonika zawieszonego przy pasie rozlał żółtawą ciecz. Następnie usiadł i czekał.
Minęło zaledwie pół godziny, gdy usłyszał ciche chrząknięcia i szelest w pobliskiej gęstwinie. Przynęta działała. Coś się zbliżało. Kolejne chrząknięcia i szmer wśród zarośli. Chwila ciszy i znów delikatny ruch. Bliżej i bliżej. Bestia podchodziła. Nadmir czuł już jej zapach i niemal widział sylwetkę między drzewami.
No, śmiało, pomyślał. Siedzę tu i czekam, nawet nie wstaję. Podejdź, odbierz swoją nagrodę.
Ruch w zaroślach ustał, jakby przeciwnik wyczuł jego intencję. Szelest listowia powrócił, ale już z innej strony. Odgłosy stworzenia były na tyle ciche, że gdyby nie wiedźmiński słuch, to przegapiłby je wśród naturalnych dźwięków lasu. Nie miał jednak wątpliwości – coś podchodziło od tyłu.
Sprytnyś, ocenił. Musisz być starym i doświadczonym osobnikiem, skoro próbujesz mnie obejść.
Nagle rozległ się ryk! Trzask łamanych gałęzi i szarża za jego plecami. Czuł tę rozpędzoną i narastającą siłę, ale się nie obejrzał. Policzył w myślach: raz, dwa, trzy… teraz! Błyskawicznie przeturlał się na bok, dobył miecz i w tym samym ruchu wykonał cięcie z obrotu. Ostrze gładko przeszło przez ciało, bryznęła krew. Martwe cielsko wielkiego odyńca padło w miejscu, w którym przed chwilą siedział.
– Mam cię – mruknął z zadowoleniem. – Kilka kolb kukurydzy i rozlane piżmo zawsze zadziała. Zapach, któremu nie oprze się żaden dzik. Przykro mi bracie, że zwabiłem cię tak podstępnie, ale potrzebuję przynęty. Będziesz udawał rannego zwierza.
Rozpruł mu brzuch i wyjął na wierzch wnętrzności. Woń flaków i treści żołądka zaczął rozchodzić się po lesie, niosąc sygnał: posiłek. Teraz poczekamy na właściwego wroga – dodał w myślach – ale tym razem w bezpiecznej odległości.
Cierpliwość wiedźmina nie została wystawiona na próbę – obiekt polowania zjawił się jeszcze w tej samej godzinie. Zbliżył się bardzo cicho. Zadziwiająco cicho jak na potwora takich rozmiarów. Podszedł do dzika i przystanął nad nim, jakby zastanawiał się, co tu zaszło. Na szczęście intensywny odór zwłok, juchy i piżma był na tyle silny, że skutecznie maskował obecność Nadmira, który z pobliskich zarośli spokojnie obserwował swojego przeciwnika. A było co obserwować. Szczękacz był naprawdę imponujący. Jego głowotułów w „kłębie” sięgał wysokości rosłego człowieka, ale mimo to poruszał się z niebywałą gracją. Wszystkie z jego sześciu pajęczych nóg kończyła się długim na łokieć spiczastym kolcem, na którym opierał się przy każdym kroku. Sprawiało to wrażenie baletnicy chodzącej na pointach, co zapewne było tajemnicą tak cichego chodu.
Prawie całe ciało pokrywał chitynowy pancerz w odcieniach ciemnej zieleni i brązu, złożony jakby z „łusek”, które bardziej przypominały warstwy starej dębowej kory, niż rybią skórę. Tylko podbrzusze i przednia część „łba” były wolne od tej naturalnej zbroi. Ale to właśnie „łeb” budził największą odrazę. Trzy pary szczękoczułek – czy szczękonóżek, cokolwiek to było – bezustannie rozchylały się i składały ku sobie, jakby szczękacz łapał hausty powietrza.
Po chwili przestoju stwór obniżył cielsko i niezwykle zwinnie zaczął preparować ofiarę. Szczękoczułki poruszały się przy tym, jakby każda żyła własnym życiem. W niecałą minutę to, co pozostało z dzika, było już owinięte białym kokonem z pajęczych nici.
Jak na razie idzie gładko, pomyślał Nadmir. Pierwsza część planu zakończona. Teraz wystarczy – jakby to było takie proste – podążyć za nim do legowiska.
Szczękacz doprowadził go do wąwozu – głębokiego na jakieś dziesięć sążni i o niemal pionowych ścianach, który zapewne kiedyś był korytem dawno wyschłej rzeki. Nadmira nawet specjalnie to nie zdziwiło. Agrostaris lubią trudno dostępne miejsca, w których mogą się spokojnie zaszyć. Wychylił się ostrożnie za krawędź urwiska i obserwował, jak bestia zwinnie porusza się po zboczu. Spiczasto zakończone kolce nóg świetnie się do tego nadawały. Niezwykle precyzyjnie wbijały się w każdą drobną szczelinę. Z tej perspektywy wyglądał jak zwykły pająk idący po ścianie. Mniej więcej w połowie wysokości szczękacz zniknął z pola widzenia. Z pozycji Nadmira nie było tego widać, ale musiało tam być wejście do pieczary, w której znajdowało się legowisko potwora.
Dobrze byłoby się tam dostać, stwierdził w myślach. Dokładne zbadanie i opisanie gniazda dostarczyłoby cennej wiedzy do wiedźmińskich bestiariuszy. Może nawet udałoby się rzucić więcej światła na tajemnicę tak długotrwałej hibernacji tego gatunku. Ale żeby to zrobić, pierwej trzeba się pozbyć głównego lokatora.
Rzucił kilka kamieni, celując w miejsce, gdzie zniknął szczękacz, ale nie było żadnej reakcji.
– No wyłaź maszkaro! – krzyknął w dół wąwozu i ponownie strącił kilka odłamków. – Pokaż się! Tu jestem, no dalej pokrako! – zawołał, ale nie odpowiedziało mu nic prócz echa. Gdy sięgnął po kolejny kamień, usłyszał cichy świst – nie z przepaści, lecz z tyłu. Instynkt zadziałał szybciej niż myśl; odskoczył na ułamek sekundy przed tym, jak zakończona ostrym pazurem noga szczękacza wbiła się w ziemię.
– Brawo! Teraz ty mnie podszedłeś. Masz drugie wyjście z pieczary, cwania… – rzucił, lecz nie dokończył, bo szczękacz zaatakował z dziką zawziętością. Ciosy spadały jak lawina – raz z lewej, raz z prawej, każdy z mocą zdolną przebić tarczę lub zbroję. Nadmir lawirował między odnóżami, unikając ich czasem tylko o włos. Czuł, jak narasta napięcie. Każdy atak przeciwnika był na skraju jego refleksu i każde trafienie mogło zakończyć walkę. Wiedźmin wyprowadził kilka cięć, ale żadne nie zdołało skruszyć chitynowego pancerza. Jedyna szansa na śmiertelny cios kryła się w miękkim podbrzuszu, pozbawionym naturalnej osłony. Ale nie było to łatwe i wymagało wyczekania odpowiedniej chwili.
Szczękacz nie dawał takiej okazji. Uderzał raz po raz, a jego zakończone kolcami odnóża przypominały włócznie ciskane z morderczą precyzją. Po dłuższym czasie morderczych uników Nadmir w końcu wyczuł rytm ataków. Zrobił dwa szybkie uniki, przewrót, piruet i wyprowadził pchnięcie. Potwór był jednak szybszy. Niczym wytrawny szermierz uniknął ciosu i błyskawicznym obrotem walnął wiedźmina opancerzonym odwłokiem. Nadmir nie zdążył się uchylić, ale wpojone wyszkolenie zrobiło swoje. Odpowiednią postawą przejął impet uderzenia – odrzuciło go na sporą odległość, ale skontrolował upadek. Szczękacz, jakby dumny ze swej przewagi, triumfalnie uniósł się na tylnych odnóżach, ukazując swą imponującą sylwetkę. Miał to być zapewne ostatni widok, jaki ujrzy jego ofiara. Pycha kroczy przed upadkiem, pomyślał. Wykorzystał moment. Widząc odsłonięte podbrzusze, rzucił mieczem niczym oszczepem, wzmacniając pchnięcie znakiem Ard. Ostrze przecięło powietrze i wbiło się w brzuch robala. Szczękacz zatrząsnął się w konwulsjach, po czym osunął na ziemię. Bez życia.
Jeszcze tego samego dnia Nadmir wrócił do stogów i udał się w stronę gospody. Podekscytowane dzieciaki biegały wokół niego, a mijani mieszkańcy spoglądali z zainteresowaniem. Wszyscy byli ciekawi, co znajduje się w worku, który dźwigał na plecach. To była jedna z tych chwil, w której na wiedźminów patrzyło się niemal z uznaniem. Lęk w spojrzeniach pozostał, ale pogardę zastąpiły wdzięczność i podziw. Chwila chwały, którą można by się cieszyć, gdyby nie świadomość, że „bohater” za moment znów stanie się płatnym zabijaką. Czar pryśnie w momencie, gdy upomni się o zapłatę. Wtedy na powrót będzie mutantem, który lepiej, żeby zniknął z ich życia, jak problem, który właśnie rozwiązał.
Sołtys już czekał w gospodzie.
– Żyw wracasz, znak, że ubiłeś bestię. Masz dowód? – spytał.
– Yhm – odmruknął wiedźmin.
Tłum wokół narastał, ludzie cisnęli się i zaglądali sobie przez ramiona. Każdy chciał z bliska ujrzeć łeb potwora.
– Pokaż, niech zobaczym, jak wygląda szczękacz.
Nadmir bez ceregieli opróżnił worek. Kilka kobiet wrzasnęło, dwie czy trzy zemdlały, a niektórym, na pozór twardym chłopom, zebrało się na wymioty. Na stole leżały cztery zaschnięte ludzkie głowy.
– Co to do cholery ma być?! – wrzasnął Ścibor. – Czy to jest…?
– Wasza zielarka, bartnik, syn kowala i ktoś czwarty. Może jakiś wędrowiec – odpowiedział Nadmir.
– A szczękacz?
– Szczękacz nie ma głowy. Ma głowotułów. Poza tym ma cholernie twardy pancerz. Zresztą sami się przekonacie. Te głowy są z jego leża i to wystarczający dowód. Powiem wam, gdzie szukać pieczary, to znajdziecie tam ciała, przynajmniej je pochowacie. Ja swoje zrobiłem. Czekam na zapłatę.
– Niech ci będzie – mruknął sołtys, zerkając to na głowy, to na wiedźmina. – Choć mogłeś nam tego oszczędzić. Skinął na swojego człowieka, a ten wraz z karczmarzem przyniósł z kuchni metalową szkatułę. Sołtys wyjął zza pazuchy klucz, powoli otworzył wieko – jakby każdy ruch sprawiał mu fizyczny wysiłek – i wyjął ze środka dwa pękate mieszki.
– Masz. Umowa to umowa.
Nadmir zważył obie sakiewki w dłoni.
– Wierzę, że jest równo pięćset. Mniemam, że masz łeb na karku – spojrzał wymownie na leżące na stole głowy – i wiedźmina byś nie oszukał.
– Jest równo, jak obiecałem – odparł Ścibor. – Zrobiłeś swoje i nieźle zarobiłeś – mruknął, po czym odkaszlnął i dodał tonem, który próbował zabrzmieć przyjaźnie: – No cóż, pewnie łatwo nie było, to ci się należy. To co zamierzasz teraz zrobić? Zostaniesz jeszcze w naszych stronach, czy czas już w drogę?
Wiedźmin uniósł brew, badając wyraz twarzy sołtysa.
– A co? Jest jeszcze robota dla wiedźmina?
– Uchowaj, oby nie – odpowiedział szybko Ścibor, nieco zbyt gorliwie machając przecząco rękoma. – Tak tylko pytam, z ciekawości.
Nadmir przyjrzał mu się chwilę, rozważając odpowiedź, po czym wzruszył ramionami.
– Zostanę na noc. Wyruszę o świcie.
Sołtys jakby wyraźnie odetchnął z ulgą, ale odpowiedział z uśmiechem, chcąc zachować pozory:
– Pewnie tak będzie najlepiej. Każdy musi w końcu ruszyć w drogę.
Nazajutrz Nadmir opuścił wioskę. Jak to zwykle bywało, mimo że uwolnił mieszkańców od morderczej bestii, żegnały go pogardliwe spojrzenia. Pewne rzeczy się nigdy nie zmieniają, pomyślał. Nie zaprzątał sobie jednak tym głowy – myślami był już dalej. Prawdziwe polowanie miało się przecież dopiero zacząć.
3. Łowy:
Po kilku milach drogi, mimo że do zmierzchu zostało jeszcze parę godzin, postanowił się zatrzymać. Na postój wybrał małą, otoczoną drzewami polanę, skrytą w cieniu niewielkiej doliny. Pośrodku tego opuszczonego miejsca, zapomniane przez czas, stały ruiny jakiejś budowli. Były to właściwie tylko dwie postrzępione ściany – ruiny ruin. Niegdyś równie dobrze mogła to być piękna świątynia, okazała strażnica lub cokolwiek innego, lecz teraz zostały tylko wygryzione przez wichry i lata deszczów zatarte resztki. Ale wystarczały, by ochronić przed wiatrem i zapewnić choć namiastkę schronienia.
Rozkulbaczył konia i wyjął z sakw podręczny ekwipunek. Rozpalił ognisko, oparł miecze pod murem, tak żeby były pod ręką, usiadł na ziemi i zaciągnął ciepłem bijącym od ognia. Nie było tu tak wygodnie jak w gospodzie, ale był przyzwyczajony do życia w drodze. Przez chwilę wpatrywał się jak żar stopniowo pochłania suche gałęzie, wydając przy tym przytłumione trzaski, po czym wyciągnął z jednej z toreb fiolkę z atramentem, stare pióro oraz grubą księgę oprawioną w ciemną, chropowatą skórę kuroliszka. Otworzył ją w miejscu wciśniętej zakładki, którą stanowił jakiś list. Zamoczył pióro w inkauście i nadał tytuł kolejnemu wpisowi: "Rozdział trzynasty – uzupełnienie: Agrostaris Rex-tui – zwany Szczękacz, Stukacz, tudzież Klekacz…”
Usłyszał ich wieczorem. To dobrze, że nie kazali na siebie długo czekać. Im szybciej to załatwimy, tym lepiej, pomyślał.
Podeszło do niego pięciu mężczyzn. Dwóch miało kusze – choć naciągnięte, to jeszcze niepodniesione – a pozostali byli uzbrojeni w miecze. Wszyscy wyglądali na typów spod ciemnej gwiazdy, ale takich, co wiedzą, jak posługiwać się bronią. Czterech zatrzymało się kilka kroków przed Nadmirem, jakby ubezpieczali piątego, który podszedł bliżej do ognia. W jednym z nich Nadmir rozpoznał człowieka, którego wcześniej widział w zajeździe w Stogach. Zwyczajny, niepozorny, niczym się nie wyróżniał, ale był tam przy pierwszej i drugiej rozmowie z sołtysem, a potem stał też w tłumie gapiów, gdy finalizował transakcję.
– Tyś ten wiedźmin, co ubił szczękacza? – odezwał się bandzior, który stanął najbliżej.
– Yhm – mruknął wiedźmin, nie wstając od ognia.
– Noo, noo. Nieźleś na tym zarobił. Widać, żeś nie z tych, co za byle miedziaka robią.
– Racja, nie z tych – odparł Nadmir.
– Masz te pięćset koron, co dał ci sołtys?
– Mam.
– To wiesz pewnie, po cośmy przyszli. Oddasz od razu, czy mamy twojego trupa przeszukać?
– Dam, ale nie tobie.
Bandzior zerknął na swoich ludzi, uśmiechnął się z przekąsem i machnął ręką.
– Słyszycie go? Da, ale nie mi – zaśmiał się drwiąco. – To któremu jaśnie pan woli oddać? Nam wszystko jedno.
– Żadnemu z was. Oddam waszemu przywódcy, temu, którego w tej chwili tu nie ma.
– Oho! Spryciarz z ciebie, co? A skąd masz pewność, że jest ktoś jeszcze? Może jesteśmy sami, a może jest nas drugie tyle schowanych w zaroślach.
– Poza waszym hersztem nie ma tam nikogo więcej – odparł spokojnie Nadmir, dłubiąc patykiem w ognisku. – Gdyby było inaczej, to bym słyszał. Każdy z was charczy, sapie albo łazi głośno jak koń po bruku. A ten, którego brakuje, to potwór. Cichy i skryty, ale tak niebezpieczny, że przy nim szczękacz to drobny pajączek. Może sami tego nie wiecie, bo jest w ludzkiej postaci, ale to bestia nad bestie. To wampir. Wampir Wyższy. Skoro medalion mi nie drga, to znaczy, że nie ma go wśród was. Liczę, że jest schowany gdzieś opodal i obserwuje sytuację.
Obwiesie spojrzeli po sobie, chwilowo zbici z tropu.
– Takiś mądry? Może to prawda, a może nie. Ale ty i tak się tego nie dowiesz. Właśnie wybrałeś wersję z przeszukaniem trupa. Brać go! – krzyknął i wyciągnął miecz.
– Stój! – dobiegł głos z ukrycia.
Zza drzew wyłonił się mężczyzna. Wysoki, o szczupłej sylwetce, ubrany w powłóczysty płaszcz. Podszedł i przysiadł do ognia. Zsunął kaptur z głowy i spojrzał na Nadmira. W blasku płomieni jego źrenice świeciły złowieszczo jak kocie ślepia.
– A więc tak… – powiedział Nadmir, nie kryjąc zaskoczenia. – Jednak wiedźmin, nie wampir.
Mężczyzna uśmiechnął się z satysfakcją i skinął głową.
– Jak widzisz. Wiedźmin. Nie wampir.
– Jak cię zwą? – zapytał Nadmir, nie spuszczając z niego wzroku.
– Dalegor.
– Z cechu?
– Nieważne, z jakiego cechu – odparł chłodno. – Przeszedłem już tyle świata i widziałem tyle szkół, że nie ma to dla mnie znaczenia. Nie z twojego, tyle ci mogę powiedzieć.
Nadmir przyjrzał mu się uważnie.
– Czemu to robisz?
– Co robię?
– Zabijasz swoich.
– Cóż… nie zawsze tak było. Kiedyś byłem taki jak ty. Jeździłem to tu, to tam i robiłem, co do mnie należało. Jakiś wilkołak, utopiec, czasem strzyga do ubicia albo klątwa do zdjęcia – sam wiesz, jakie to życie. Spore ryzyko za marne pieniądze. A do tego to ciągłe targowanie się o każdego miedziaka, wieczne wyzwiska, przeganianie i oszustwa. Kiedyś, za wykonanie zlecenia, zapłacono mi połowę stawki, a przy wyjeździe z osady – korzystając z tego, że byłem na wpół żywy – i tak próbowano mi tę połowę odebrać. Rozumiesz? Pieprzony motłoch z widłami chciał mnie zabić i ukraść to, co sami przed chwilą mi dali. Wtedy nie wytrzymałem. Miarka się przebrała. Ubiłem tałatajstwo. A było to chyba z tuzin chłopa. I wiesz co? Nie żałowałem. Wieść, oczywiście, szybko się rozeszła. Byłem poszukiwany – żywy lub martwy – musiałem uciekać na tyle szybko, żeby prześcignąć własną niesławę. Ale najgorsze było to, że nawet moi się mnie wyrzekli. Zrobili ze mnie renegata. Nie miałem powrotu do własnego siedliszcza. Przeczekałem jakiś czas, ale do dawnego życia nie chciałem już wracać. A co może robić wiedźmin renegat? Zostać handlarzem? Rolnikiem? Kowalem? Nawet gdybym chciał – a nie chciałem – to przecież nie ma cechu, który przyjmie na terminowanie takich jak my. A żyć jakoś trzeba. Postanowiłem więc, że pobiorę zaległe honoraria od podróżnych na szlakach.
– Co zatem sprawiło, że ludzie przestali ci starczać? Mieli za mało gotówki, czy zwykły człowiek to za małe wyzwanie?
– Nie, nic z tych rzeczy – Dalegor zaśmiał się sucho. –Widzisz, jak zginie jakiś kupiec, szlachcic czy inny człek, to wszyscy zaczynają węszyć. Żołdacy wzmagają patrole, szukają sprawcy, wypytują. Ale po wiedźminie nikt nie płacze. Ot, był wiedźmin – i nie ma wiedźmina. Nikt nawet nie zauważy. Poza tym, jeśli się dobrze zastanowić, robię to, do czego zostałem stworzony – zabijam potwory. Bo czyż my, wiedźmini, nie jesteśmy największymi z potworów?
– A więc takie buty – westchnął Nadmir, spoglądając na niego uważnie.
– Ano takie – przytaknął Dalegor. – Szkoda mi cię, ale oddaj teraz nagrodę, a obiecuję, że zrobię to szybko.
– A mnie szkoda ciebie – odparł Nadmir. – Wyjął z sakwy jeden z mieszków, który dostał od sołtysa i rzucił Dalegorowi. Ten złapał go w locie, rozwiązał rzemyk i wysypał zawartość na dłoń.
– Kamienie? – zdziwił się.
– Tak, kamienie.
– Próbujesz mnie okpić?
– Nie, nie próbuję. Ale przyznam, że trochę cię oszukałem. Choć nie, nie oszukałem. Po prostu założyłem wnyki, a ty w nie wpadłeś. Bo widzisz, kiedy w jednej okolicy, w stosunkowo niedługim czasie, ginie kilku wiedźminów, to jednak ktoś to zauważył.
Dalegor zmrużył oczy, mierząc Nadmira podejrzliwym wzrokiem.
– Teraz ja ci opowiem historię – dodał Nadmir z cieniem uśmiechu.
Pewien mag – mniejsza o jego imię – wynajął wiedźmina, by przyniósł mu kilka organów pozyskanych z potworów. Wiedźmin, zgodnie z obyczajem, wziął połowę zapłaty i ruszył na łowy. Kiedy jednak nie wrócił w ustalonym terminie, mag pomyślał, że biedak pewnie zginął – choć to dziwne, bo zlecenie było stosunkowo proste.
Czarodziej przebolał stratę i wynajął drugiego wiedźmina na to samo zadanie. Kiedy jednak i ten nie powrócił, mag zrobił się niespokojny. Szczerze mówiąc, nie wiem, czy przejmował się straconymi pieniędzmi, czy losem wiedźminów, ale to nieistotne. Ważne, że zaczął się zastanawiać, co mogło się stać. Popytał, powęszył i dowiedział się, że w rejonie, gdzie wynajęci wiedźmini mieli zbierać cenne trofea, zginęło jeszcze dwóch innych wiedźminów.
„To skandal! – zagrzmiał mag. – Ktoś zabija wiedźminów! W ten sposób nigdy nie dokończę badań!” Mag poważnie się strapił. Siadł, pomyślał i zaradził – nowego wiedźmina sobie sprowadził. I tu pojawiam się ja – akurat byłem przejazdem. Przyjąłem zlecenie, bo obiecał naprawdę sowitą zapłatę za pozbycie się „przeszkody stojącej na drodze nauki”. Niestety, ze szkodą dla mnie uparł się, że wynagrodzenie będzie dopiero po wykonaniu zadania.
Popytałem, powęszyłem i dowiedziałem się, że w tej okolicy bywało kilku wiedźminów, ale faktycznie – zginęło tylko czterech. Czyżby potwór zabijał według jakiegoś klucza? Owszem, kluczem były pieniądze. Cała poległa czwórka była już po robocie. Dwóch pierwszych chciało upiec dwie pieczenie na jednym ogniu i pozyskali organy z potworów, na które i tak wystawione były inne zlecenia. Nie dziwię się – sam bym tak zrobił. Zarobiliby podwójnie, ale jak wiemy, to właśnie ich zgubiło. Kolejny ubił wilkołaka kilka wiosek stąd, a czwarta – bo była to wiedźminka – miała nagrodę z odczarowania strzygi i wytępienia utopców w kanałach pod Mirogrodem.
Pomyślałem wtedy: Tylko kto byłby taki zuchwały? Jaki rabuś ryzykowałby napad na doświadczonego wiedźmina? Przecież nie mogła to być wielka zgraja, bo podział łupu, jakim jest nagroda z wiedźmińskiego zlecenia, nie ukontentowałby dużej grupy. Musiała to być mała banda, ale z czymś, a raczej z kimś, kto dawałby istotną przewagę. Odpowiedź nasunęła się sama. Jest tylko jeden potwór, który nie pogardziłby złotem – Wampir Wyższy. Taki potrafi się dobrze maskować. Chodzi za dnia, żyje wśród ludzi – to i pieniądze mu się przydadzą. A co ważniejsze, nie przepada za wiedźminami.
Problem był jeden. Wampir, z oczywistych względów, nie mógł pokazywać się wiedźminom osobiście, medalion od razu by go wykrył. Musiał mieć informatorów, którzy sprawdzali, gdzie i kiedy pojawi się następna ofiara. A skoro tak, to wystarczyło tylko założyć sidła z odpowiednią przynętą i czekać, kto się złapie. Przynętę zrobiłem z siebie.
Agrostaris zabiłem naprawdę, ale nie wziąłem za to nic. Cała reszta to była tylko szopka.
Znalazłem odpowiednią wioskę, która miała problem natury wiedźmińskiej i nadałem sprawie właściwy rozgłos. Dlatego od początku robiłem szum, by zwrócić na siebie uwagę. Co rozniesie się lepiej niż wieść o aroganckim wiedźminie, który sporo zarobi? Wystraszona sołtysowa latająca po wsi, że śmiercionoś się zjawił i ci kretyni, którym przestawiłem nosy, idealnie wpasowali się w moje przedstawienie.
Jeszcze pierwszego dnia kazałem chłopakowi karczmarza lecieć do sołtysa, by umówił mnie na dyskretne spotkanie. Wymknąłem się nocą przez okno i omówiłem z nim cały plan. W zamian za darmową robotę zgodził się wziąć udział w fortelu. Odczekałem kilka dni, by wieść się rozniosła, dodałem teatrzyk z targowaniem się i tą idiotyczną przysięgą, żeby wszyscy słyszeli, o jakiej stawce mowa – musiałem mieć pewność, że będę łakomym kąskiem. Jak widać, plan się powiódł, skoro dziś rozmawiamy. Choć w kwestii wampira się pomyliłem, to reszta z grubsza się zgadza.
– Piękna historia! – powiedział Dalegor z uśmiechem, choć jego oczy zdradzały śmiertelną powagę. – Cieszę się, że mi ją opowiedziałeś. Wygląda na to, że będę musiał zmienić miejsce działania i być bardziej dyskretnym w przyszłości. Przyznam, że cię nie doceniłem. Wspaniale opracowany plan, mimo drobnej pomyłki na koniec. To co teraz? Jakoś się dogadamy?
– Nie, raczej nie – odparł chłodno Nadmir. – Po pierwsze, przyjąłem zlecenie. Po wtóre, zabijałeś swoich, a to najgorsze, co wiedźmin może zrobić. Już sama kradzież wypłaty za zlecenie jest niewybaczalna, a co dopiero morderstwo. Tego nie można odpuścić. Ta piątka – wskazał otaczających go ludzi – też brała w tym udział, więc muszą zginąć – dla zasady.
– Dość tej paplaniny! – krzyknął jeden z bandy i wystrzelił z kuszy w Nadmira.
Strzała świsnęła i jedynie wiedźmiński refleks uchronił go przed pewną śmiercią. Przeturlał się na bok, a gdy powstał, miecze błysnęły już w jego dłoniach. Dwa szybkie kroki i obrót wystarczyły, żeby znalazł się na długość ostrza od kusznika. Cięcie końcówką klingi gładko przeszło przez gardło. Nim ciało opadło, chwycił je i wykorzystał jako osłonę przed drugim strzelcem. Bełt utkwił w ciele martwego kompana. Zanim tamten pojął, co się stało, rzucony przez wiedźmina miecz przebił go niemal na wylot. Reszta zbirów nie straciła rezonu i wraz z Dalegorem pospiesznie go otoczyła. Nadmir stanął w pozycji obronnej. Krąg się zacieśniał, a on obracał się gotów do odparcia pierwszego ciosu.
Pierwszy natarł Dalegor – wykonał szybkie cięcie i przeszedł na drugą stronę kręgu, jednocześnie mijając kompana atakującego plecy Nadmira. Kolejna para napastników wkroczyła do akcji niemal w tej samej chwili. Nim jeszcze dobrze skończyli, sytuacja powtórzyła się od początku. Nieustanny grad ciosów i szczęk mieczy zlewały się w jedną całość. Parowanie wszystkich uderzeń wymagało maksymalnego skupienia – na kontrataki nie było już czasu. Niektóre z ostrzy dosięgły jego ciała. Choć udało mu się złagodzić ich siłę, to czuł, jak gorące strużki krwi spływają po ciele. Przeciwnicy wymienili spojrzenia i zaczęli nową rundę zabójczego tańca. Tym razem inaczej wymieszali pary. Zrozumiał, że musi wyrwać się z kręgu śmierci.
Wybrał moment po ataku Dalegora. Odbił cios, po czym, zamiast przejść do obrony, obrócił się na pięcie i naparł całym ciałem na przeciwnika. Manewr przerwał zgrane ruchy wrogów, ale okupiony był przyjęciem bezpośredniego trafienia. Na szczęście nie w pełni wyprowadzone uderzenie nie zadało mu poważnych obrażeń – znalazł się na zewnątrz okręgu. Dyszał ciężko, krew sączyła się pod ubraniem, lecz jego oczy pozostały zimne i pewne. Gotowy do kolejnego starcia, nawet jeśli miałoby być jego ostatnim.
Dalegor ponownie zareagował pierwszy. Runął z niespotykaną wściekłością. Ruchy obu wiedźminów były tak szybkie, że nie sposób było odróżnić poszczególnych sekwencji. Wirowali wokół siebie, zadając ciosy z każdej możliwej strony. Reszta oponentów krążyła z boku, bezradna wobec wirujących furii. Nadmir w końcu dostrzegł drobną skazę w ruchach Dalegora. Po każdym obrotowym cięciu z kwarty, tamten przechodził do otwarcia i nieznacznie odsłaniał lewą stronę – wykorzystał ten fakt. Przy następnym manewrze zadał pchnięcie wprost w tętnicę pod pachą. Dalegor cudem uchylił się półobrotem, lecz nie zdążył uniknąć łokcia, który trafił go w szczękę. Upadł, ale wykonał przewrót przez bark i wylądował w pozycji półklęcznej. Nadmir błyskawicznie doskoczył do niego, lecz nim dosięgnął go mieczem, poczuł potężne uderzenie, które odrzuciło go w tył. Świat zawirował, a w uszach zabrzmiał ogłuszający huk. Przeleciał kilkanaście kroków i upadł ciężko na plecy. Domyślił się, co to było – Dalegor użył pchnięcia Ard. Wstał mimo bólu w całym ciele i zorientował się, że wypuścił miecz.
– Kończmy z nim! – krzyknął jeden z siepaczy. – Jest bez broni. Łatwo pójdzie.
– Chyba już po wszystkim – dodał Dalegor. – Walczyłeś dzielnie, ale nie masz już szans. Żałuję, że nie chciałeś się dogadać. Może nawet byś do nas dołączył. Razem nieźle byśmy się wzbogacili. Ale w tej sytuacji chyba sam rozumiesz.
– Jeszcze… Nie… Czas… – wycedził Nadmir i splunął krwią.
Powoli zsunął kurtkę, zdjął rękawice oraz wszystko, co mogło krępować ruchy. Rozpiął sprzączkę przy pasie i rozwinął łańcuch owinięty wokół bioder. Okazał się być długi na kilkanaście łokci, a klamra po rozłożeniu przybrała kształt orlich szponów składających się z czterech zakrzywionych pazurów. Chwycił łańcuch i zaczął nim wywijać, kreśląc w powietrzu ósemki i kręgi. Trójka zbirów wymieniła zaniepokojone spojrzenia, a Dalegor zmarszczył brwi, nieco zaskoczony, choć starał się tego nie okazywać. Gestem nakazał otoczyć Nadmira, ale tym razem wiedźmin nie zamierzał dać się osaczyć. Od tej chwili łańcuch w jego rękach, jakby ożył. Ostre jak brzytwa szpony błyszczały złowrogo i cięły powietrze ze świstem. Wirowały niczym rozjuszone szerszenie, gotowe kąsać każdego, kto ośmieli się podejść. Jeden z oprychów ruszył do ataku. Pochylił się i przeszedł pod jednym z przelotów łańcucha. Drugie śmignięcie chciał zablokować mieczem, ale nim zdążył go unieść, poczuł nagłe pieczenie na szyi – zrozumiał, że stal właśnie przecięła mu gardło. Następny spróbował szczęścia i zaatakował od tyłu. Wiedźmin błyskawicznie obrócił się w miejscu i spuścił łańcuch. Napastnik odruchowo osłonił się ręką i stracił wszystkie palce. Ostrza przeszły gładko, jak przez ustawione rzędem świece. Kolejne machnięcia i szpony otworzyły mu bebechy, jak wypatroszonej rybie. Trzeci dostrzegł, co się dzieje i próbował uciec. Nie zrobił nawet dwóch kroków, gdy zatrzymał go świst. Kilka piekielnie szybkich ruchów i ilość zadanych ran pozbawiła go życia.
Na placu boju zostali już tylko dwaj wiedźmini. Obaj gotowi na ostatnie starcie. Dalegor natarł – poruszał się zwinnie i szybko. Zręcznie unikał szalejących ostrzy. Gdy zbliżył się do przeciwnika, zadał decydujące cięcie. W ostatniej chwili Nadmir pozwolił łańcuchowi owinąć się wokół własnej ręki i tak opancerzonym przedramieniem przyjął uderzenie. Drugą dłonią chwycił Dalegora, zakręcił się razem z nim, zastosował dźwignię i wyrwał mu broń. Nim tamten zdążył zareagować, wykorzystał impet własnego obrotu i jednym płynnym ruchem zadał mu cios jego własnym mieczem.
Dalegor zawisł na ostrzu. Kaszlnął krwią i powoli osunął się na ziemię.
– Podobno… żaden z naszych… nie umarł w łóżku – wykrztusił, próbując uśmiechnąć się mimo bólu. – Zginę przynajmniej na szlaku… jak wiedźmin.
– Może i na szlaku, ale nie jak wiedźmin. Jak bestia, na którą było zlecenie – odparł Nadmir z zimną determinacją.
Dalegor spojrzał mu w oczy, szukając jakiejś iskierki zrozumienia.
– Warto chociaż było? Ile za mnie wziąłeś?
– Ach, nie mówiłem ci? Racja. Przerwali nam – powiedział z ironicznym tonem. – Rano, jeszcze przed wyjazdem ze stogów, w gospodzie zjawił się kurier. Miał dla mnie list od maga. Stało w nim, że odwołuje zlecenie, gdyż doszedł do wniosku, że badania nad przeszczepem organów nie mają przyszłości i rezygnuje z dalszych eksperymentów. Za fatygę przesłał mi sakiewkę… pięćdziesiąt koron.
Dwa dni później, w miejscu, gdzie na polanie stały dwie poszczerbione ściany jakiejś starej budowli, zjawiły się trzy postacie: siedzący na wozie starzec z opaską na oczach i fajką w ustach oraz mężczyzna i kobieta jadący obok na koniach. Jeźdźcy zeskoczyli z wierzchowców i rozejrzeli się po okolicy.
Mężczyzna podszedł do miejsca, gdzie było ognisko i wsadził rękę w popioły, a kobieta obejrzała leżące ciała.
– Zabici przed dwoma dniami – stwierdziła. – Ale po śladach krwi widzę, że tanio skóry nie sprzedali. Musi być ranny, być może umierający.
– Popioły całkiem zimne – dodał mężczyzna. – Pewnie odjechał zaraz po walce. Spojrzał w stronę starca. – Wybacz, że cię zawiedliśmy. Gdybyśmy dotarli wcześniej, inaczej by się sprawy miały.
– Poprzednie zadanie zajęło nam więcej czasu, niż zakładaliśmy – odezwała się kobieta, nieco przepraszającym tonem. – Nie wszystko poszło zgodnie z planem.
– Czy masz dla nas kolejne zadanie? – spytał mężczyzna.
Starzec milczał przez chwilę. Pod opaską na oczach zdawały się na moment rozbłysnąć dwa rozżarzone węgielki, które zgasły, gdy uniósł fajkę do ust. Po chwili wolno skinął głową.
– Jechać za nim, czy szukać kolejnych kluczy? – dopytał, spuszczając wzrok, żeby nie patrzeć bezpośrednio w twarz starca.
Starzec, nie wypowiadając ani słowa, wskazał fajką kierunek.
– Będzie jak zechcesz – powiedzieli razem i skłonili się nisko.
Nie czekając dłużej, oboje wskoczyli na konie i pojechali we wskazaną stronę.
Przyjrzał mu się uważnie, oceniając jego stan.
Sporo zaimków, a gdyby tak jeden wywalić?;)
Był sfatygowany, nosił ślady licznych starć i pachniał potem oraz krwią, ale nadal dość dobry, żeby go użyć.
Tu widać ślady rozbudowy. Bo zdanie było zwarte dokąd nie dodałeś zapachu. Teraz to ale i to co po nim już niezbyt pasuje do pierwszej części.
go użyć. Założył go
po podłużny
Takie bliskie powtórzenia źle brzmią.
Świat wokół zafalował, a źrenice przybrały kształt pionowych kocich oczu
Nie wiedziałam, że koty mają pionowe oczy. Myślałam, że jedynie źrenice;)
Zmrużył gniewnie oczy i pochylił się nad nią, demonstrując całą swoją srogą posturę – kocie źrenice, wystające zza pleców miecze oraz trzy głębokie blizny znaczące lewą stronę twarzy, będące pamiątką po jednym z kontraktów, dodatkowo spotęgowały uczucie grozy.
W pierwszej części zdania podmiotem jest wiedźmin, a w drugiej już nie. Chyba, że chłopina sam siebie się bał.
– Wczoraj panie wyszedł, więc jak go w drodze nic złego nie spotka –uchowaj bogi – to przed zmierzchem, a najdalej jutro z rana, winien być nazad – odpowiedziała, unikając jego spojrzenia.
– Jak wróci, to mu rzeknijcie, że będę go czekał w gospodzie – rzekł chłodno. – Jeśli kasztelan zbrojnych nie przyśle, to ja się bestią zajmę – o ile się z zapłatą dogadamy – dodał po chwili.
Rozdzielanie wypowiedzi myślnikami powoduje, że czytelnik nie wie co jest wypowiedzią, a co didaskaliami. Poza tym przed uchowaj brak spacji.
Raczej co do zapłaty.
Zawsze się trafią jakieś półgłówki – pomyślał Nadmir. Ale tym razem, choć raz było mu to na rękę. Idealnie trafili z czasem i miejscem w jego zamiary. Obrócił się powoli i spojrzał w ich kierunku. Śmiech ucichł, a szóstka kamratów przybrała harde miny, charakterystyczne dla ludzi odważnych tylko w kupie. Podszedł do nich spokojnym krokiem i stanął przed rozbawioną kompanią.
Skoro pomyślał, to należałoby zapisać jako myśli.
Za to ale tym razem powinno już być w kolejnym akapicie, bo nie jest myślami.
Kompania już nie była rozbawiona, jak sam piszesz.
– Który to? – zapytał, lecz żaden nie powtórzył swojej sugestii.
– Nikt? Nie ma chojraka? Wszyscy tchórzem podszyci? Żelazo, co przy sobie nosicie – spojrzał na miecze przy ich pasach – to do ozdoby czy do czegoś służy?
Rozbiłeś w dialog wypowiedź jednej osoby.
Znalazł się kozak.
Kozak to chyba jednak geograficznie związany z kresami;)
A psia was mać – miał zamiar splunąć, ale nie zdążył.
Błędny zapis dialogu. Miał nie jest gębowe, więc piszemy z dużej, a po mać kropka.
https://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794
Drugi z nich
najmniejszy z nich
Chcę najlepszego pokoju jaki masz.
Nim karczmarz zdążył coś powiedzieć, wyjął z za pasa mieszek i upuścił na blat, żeby brzęk monet przemówił lepiej niż słowa. Podziałało, bo gospodarz momentalnie przypomniał sobie, że faktycznie dysponuje wolnym pokojem z oknem i dużym szerokim łożem.
To już nie jest dialog, ani didaskalia, powinno być o akapit niżej. Poza tym brzmi jakby karczmarz wyjął mieszek.
– Zadowolony – Nadmir kiwnął głową.
Czytałam już to opowiadanie i jestem pewna, że dostałeś poradnik o zapisie dialogu. A tu dalej bez kropki po zadowolony.
Jaki jest sens wrzucania niepoprawionego tekstu po raz kolejny?
Ale nie ma się co dziwić, jest to gatunek tak rzadki, że nawet wiedźmini rzadko mieli okazję go spotkać.
„Osuszone” w ten sposób ciała za to dłużej się przechowują – pomyślał Nadmir i ruszył dalej w głąb lasu.
Skoro pomyślał, należy zapisać jako myśli. Może tak:
Osuszone w ten sposób ciała za to dłużej się przechowują – pomyślał Nadmir i ruszył dalej w głąb lasu.
– No, śmiało – pomyślał. – Siedzę tu i czekam, nawet nie wstaję. Podejdź, odbierz swoją nagrodę. –
Czemu myśli zapisane jak dialog?
Sprytnyś. Musisz być starym i doświadczonym osobnikiem, skoro próbujesz mnie obejść.
A to są myśli, dialog, czy co?
– Mam cię – mruknął z zadowoleniem. – Kilka kolb kukurydzy i rozlane piżmo zawsze zadziała. Zapach, któremu nie oprze się żaden dzik.
– Przykro mi bracie, że zwabiłem cię tak podstępnie, ale potrzebuję przynęty. Będziesz udawał rannego zwierza.
Kto tu z kim gawędzi? Wiedźmin ze sobą?;)
Cierpliwość wiedźmina nie została wystawiona na próbę – obiekt polowania zjawił się jeszcze tej samej godziny.
No, ale odmiana jest zła. Zjawił się w tej samej godzinie, lub w ciągu godziny.
Po chwili przestoju stwór obniżył
swojecielsko i niezwykle zwinnie zaczął preparować ofiarę.
"nie mam jak porównać samopoczucia bez bałaganu..." - Ananke
Witaj. :)
Widzę, że to tutejszy debiut, zatem gratuluję. :)
W dziale “Publicystyka” znajdują się bardzo pomocne poradniki językowe oraz – dla Nowicjuszy. Warto do nich zajrzeć, ponieważ w Twoim opowiadaniu wiele fragmentów wymaga jeszcze podszlifowania. Sama fabuła wygląda interesująco, postacie także, lecz usterki językowe utrudniają śledzenie akcji. Przykładowe wątpliwości, które pojawiły się podczas czytania:
W jej głosie słychać było wyższość, jakby chciała podkreślić, że pod nieobecność męża to ona jest największą personą we wiosce. Co w jej przypadku do pewnego stopnia pokrywało się z prawdą, gdyż „największa persona” miało tu dosłowny wydźwięk. – czy to celowe powtórzenie?
Stało w nim, że odwołuje zlecenie, gdyż doszedł do wniosku, że badania nad przeszczepem organów nie mają przyszłości i rezygnuję z dalszych eksperymentów. – literówka?
Nie czekając dłużej, oboje wskoczyli na konie i pojechali w wskazaną stronę.– zbitka spółgłosek
Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :)
Pecunia non olet
Cześć,
Całkiem niezłe opowiadanie z gatunku Magii i Miecza (tu z przewagą miecza :) ). Może nie ma w nim nic zaskakującego, ale też nie ma nudy. Kilka potknięć się zdarzyło, ale nic na tyle dużego, żeby mnie wybić z rytmu. Czytało się przyjemnie.
No, może tylko “…choć nie kuła w oczy” ukłuło mnie w oczy :).
Dzień dobry Ambush,
Dziękuję za sprawdzenie tekstu i wyłapanie błędów. Twoje spostrzeżenia są trafne i bardzo pomocne. Poprawiłem tekst zgodnie z Twoimi sugestiami i mam nadzieję, że teraz jest lepiej.
Pozdrawiam rr
Witam bruce,
Dziękuję za pochylenie się nad tekstem oraz za miłe słowa na jego temat. Podszlifowałem go, między innymi zgodnie z zaleceniami Ambush, oraz wprowadziłem kilka innych poprawek – mam nadzieję, że teraz będzie się go lepiej czytać.
Co do wyrażenia „największa persona” – tak, to celowe powtórzenie. W pierwszym zdaniu „największa persona” odnosi się do najważniejszej osoby, w drugim natomiast „największa persona” odnosi się do fizycznego rozmiaru.
W słowie „rezygnuję” była oczywiście literówka, powinno być „(On) rezygnuje” – dziękuję za zwrócenie uwagi.
Zbitka „w wskazaną” to też przeoczenie – zmieniłem na „we wskazaną” – dzięki!
Cześć czeke,
Dzięki za przeczytanie tekstu, cieszy mnie, że mimo wszystko czytało Ci się przyjemnie.
Sformułowanie „kuła w oczy” to rzeczywiście wpadka :D – Nie takie zdanie chciałem wykuć, oczywiście masz rację, że powinno być „kłuła”. – Dzięki!
Pozdrawiam, rr”