- Opowiadanie: Bolly - Olbrzym w Lillimerze - część 1: Lillifem + prolog

Olbrzym w Lillimerze - część 1: Lillifem + prolog

Pierwsza część młodzieżowej mikropowieści zainspirowanej “Podróżami Guliwera”. Mieszkańcy wyspiarskiego królestwa Lillimeru znajdują wyrzuconego przez fale młodego olbrzyma. Czy okaże się on przyjacielem, czy wrogiem? Przekonajcie się sami.

Oceny

Olbrzym w Lillimerze - część 1: Lillifem + prolog

Prolog

 

Był to bez wątpienia najstraszliwszy sztorm, jaki kapitan Ambroise widział w swoim życiu – a widział niejeden. Wiatr wył jak stu szatanów, z rozświetlanych od czasu do czasu zygzakami błyskawic czarnych chmur lały się strugi deszczu, a fale wznosiły się wielkie jak góry, miotając „Śmigłą Mewą” na wszystkie strony. Mimo to załoga brobdingarskiej karaweli nie poddawała się.

– Uwaga, panie Kristof, nadchodzi następna! – zawołał Ambroise do sternika, dzielnie trwającego przy kole. Wtem, spostrzegłszy drobną sylwetkę wynurzającą się spod pokładu, krzyknął: – A ty tu czego? Miałeś nie wychodzić z kajuty, konusie! Kryj się, bo idzie fala!

Ale było już za późno. Gdy tony słonej wody przetoczyły się po pokładzie, porywając ze sobą wszystko, czego zawczasu nie przywiązano, po nowym chłopcu okrętowym – jak mu tam było? Ricardo? Reinaldo? – nie pozostał żaden ślad.

Choć śmierć na morzu dawno przestała go wzruszać, uczepiony relingu kapitan uronił łzę nad smutnym końcem młokosa, którego zdążył szczerze polubić.

– Głupiec – syknął. – Beznadziejny głupiec…

Gdy patrzył ponuro za burtę, nagle wydało mu się, że widzi, jak chłopak wynurza się i chwyta podskakującego na atramentowych falach kawałka masztu. Osłoniwszy dłonią oczy przed zacinającym deszczem, Ambroise wytężył wzrok.

„Tak, to on! – pomyślał, spoglądając z lekkim uśmiechem za unoszonym coraz dalej od statku najmłodszym członkiem załogi. – Głupi ma zawsze szczęście. Oby go nie opuściło i dotarł na jakąś wyspę…”

 

CZĘŚĆ 1: LILLIFEM

 

Rozdział I. Znalezisko

 

Znaleźli go rybacy z nadmorskiego miasteczka Lillifem, gdy jak co dzień wczesnym rankiem udawali się na połów. Zdążając w stronę spoczywających na piasku łodzi, ujrzeli niespodziewanie majaczący w porannej mgle, otoczony chmarą rozwrzeszczanych mew ogromny kształt, który wzięli początkowo za martwego wieloryba. Taki wieloryb to był skarb – można było wykorzystać lub sprzedać jego skórę, mięso, tłuszcz i kości, bardzo ucieszyli się więc na ten widok. Kiedy jednak podeszli nieco bliżej, by dokładniej przyjrzeć się znalezisku, zamarli w bezruchu, a ich oczy rozszerzyły się w wyrazie bezbrzeżnego zdumienia i przerażenia.

– Och, dobrzy bogowie… – wyszeptał jeden z nich. – Co… Kto to jest?

Wyciągnięty na wznak w poprzek plaży, tak wielki, że fale lizały go w bose stopy, a głową dotykał niemal podnóża wydm, leżał nieprzytomny olbrzym. Wyglądał na chłopca liczącego sobie nie więcej niż trzynaście lub czternaście wiosen, o delikatnych, niemal dziewczęcych rysach twarzy, policzkach upstrzonych piegami i skórze zbrązowiałej od słońca. Jego przemoczone kasztanowe włosy, na oko sięgające ramion, wiły się po piasku w splątanych strąkach. Za całe odzienie służyły mu popielate spodnie za kolana, połatane i wystrzępione, w talii ściągnięte sparciałym paskiem z masywną mosiężną klamrą, oraz coś, w czym przy odrobinie dobrej woli można było rozpoznać pozbawioną guzików pozostałość śliwkowej kamizelki. Nagi tors, poznaczony subtelnymi liniami mięśni, unosił się i opadał w rytm ciężkich oddechów. Czymkolwiek był ten niebosiężny stwór rzucony przez morze na brzeg Królestwa Lillimeru, wciąż tliło się w nim życie.

Oszołomieni rybacy wymienili szybkie spojrzenia, po czym ostrożnie, na paluszkach, podkradli się do śpiącego wielkoluda. Oględziny rozpoczęli od jego stóp, wyrastających w niebo niczym dwa wyniosłe, poobsiadane przez gwarzące ptactwo ostańce. Chwilę lustrowali w milczeniu jego podeszwy, całe w odciskach, świadczących o tym, że większość czasu chadzał boso, a następnie udali się wzdłuż jego ciała. Próbowali wymierzyć go, licząc kroki, lecz prędko stracili rachubę.

Otoczywszy półokręgiem jego rozcapierzoną dłoń, zaczęli badać uważnie przypominające drewniane kłody, zakończone popękanymi paznokciami palce. Żaden z mężczyzn nie był większy od jego kciuka. Chropawa, pokryta nagniotkami i bliznami skóra znamionowała kogoś przywykłego do ciężkiej pracy fizycznej.

– Myślicie, że jest żeglarzem? – zapytał któryś z rybaków towarzyszy.

– Bardzo możliwe – odpowiedział mu inny, delikatnie kłując giganta harpunem w opuszkę. Natychmiast wykwitła na niej kropla krwi i skapnąwszy na piasek, zabarwiła go na czerwono. – Cóż, teraz przynajmniej mamy pewność, że nie bogiem. Bogowie nie krwawią…

Wreszcie dotarli w pobliże głowy, otoczonej gęstwą mokrych włosów, w których, jak wśród morszczynów, pełzały ciekawskie kraby i homary. Twarz kolosa zwrócona była ku niebu, odcinając się profilem na tle opromienionych blaskiem jutrzenki chmur. Na jego nosie przycupnął dorodny kormoran, lecz wydawało mu się to nie przeszkadzać.

Zaspokoiwszy swoją ciekawość, rybacy zbili się w ciasną gromadę, by wspólnie ustalić dalsze postępowanie.

– Co robimy? Toż to istny potwór, lewiatan! Gdy się obudzi, gotów nas wszystkich porozgniatać jak karaluchy – drżącym szeptem przemówił najmłodszy z nich, oglądając się w kierunku ucha wielkoluda, jakby w obawie, że ten może go usłyszeć.

– Musimy powiadomić komendanta twierdzy – odparł najstarszy, szarpiąc w zamyśleniu siwego wąsa. – On będzie wiedział, jak potraktować tego… przybysza.

– Tak, tak! – przytaknęli chórem pozostali. – Kapitan Kowadełko będzie wiedział!

Nie tracąc czasu, rybacy udali się z powrotem ku wydmom i ścieżką przez nadmorski lasek pobiegli w stronę miasteczka. W ich głowach wirowały setki obrazów, zarówno pięknych, jak i strasznych, gdy zastanawiali się, jak bardzo pojawianie się olbrzyma zmieni ich życie i oblicze całego Lillimeru.

 

Rozdział II. Proszę… Niech mi pan pomoże!

 

Starannie wypolerowane hełmy, zbroje i groty włóczni świeciły w porannym słońcu, gdy kapitan Jakub Kowadełko wiódł swoją armię na plażę, gdzie rybacy znaleźli wyrzuconego przez fale olbrzyma. W ślad za wojskiem ciągnęły tłumy ciekawskich cywili, chcących popatrzeć na tajemniczego kolosa – rzecz jasna, z bezpiecznej odległości.

Kowadełko i jego oddział zatrzymali się na skraju plaży, dobrą chwilę przyglądając się rozciągniętej na piasku ogromnej postaci. Komendant twierdzy, stary, doświadczony żołnierz, widział w życiu niejedno, ale nic nie mogło go przygotować na ten widok. Rybacy nie przesadzali – chłopiec był prawdziwie gigantyczny.

Kapitan Jakub dał gestem znać swoim ludziom, by podążali za nim, a sam pierwszy, podzwaniając zbroją, ruszył w kierunku śpiącego wielkoluda. Kiedy byli już dość blisko, rozkazał wszystkim rozproszyć się i otoczyć go. Po opartej o bok chłopca drabinie Kowadełko wdrapał się na jego falującą pierś, oblepioną mokrym piaskiem i strzępkami wodorostów, lśniącą od zmieszanego z morską wodą potu i poprzecinaną drobnymi bliznami, śladami przygód czy może doznanych cierpień. Stamtąd rozejrzał się uważnie dookoła, badając wzrokiem nieprzytomnego kolosa od czubków palców u nóg po twarz, zastygłą w niewinnym, niemal anielskim wyrazie. Pełne usta były zamknięte, podobnie jak powieki, obramowane długimi, czarnymi jak smoła rzęsami.

Głowa starego oficera pękała od pytań. Skąd się wzięło to stworzenie, tak podobne do ludzkiego dziecka, a zarazem wielkie jak góra? Jaki kraj rodził takich niesamowitych gigantów? Może ten chłopiec w ogóle nie pochodził z naszego świata, ale był przybyszem z gwiazd? Co tutaj robił, po co przybył? Czy trafił do Lillimeru przypadkiem, czy też rozmyślnie? Był przyjacielem czy wrogiem?

– Zaczynamy, kapitanie? – zawołał z dołu porucznik Luca, wyrywając komendanta z zamyślenia.

– Zaczynamy – potwierdził Kowadełko. – Wiązać go!

Żołnierze natychmiast skoczyli do przyprowadzonych ze sobą wozów, zdejmując z nich zwoje lin i naręcza zaostrzonych kołków. Niebawem wszyscy – z wyjątkiem samego dowódcy, nadzorującego z wysoka przebieg operacji – rzucili się w wir aktywności. Podczas gdy jedni, wyposażeni w ciężkie młoty, z rytmicznym stuk-stuk-stuk wbijali w piasek wokół olbrzyma palik za palikiem, inni, zbrojni w łuki, szykowali specjalnie dociążone strzały z przywiązanymi linami. Kiedy już ostatni kołek znalazł się na swoim miejscu, łucznicy ustawili się w szeregu wzdłuż nieruchomego giganta i zaczęli wypuszczać strzały, celując powyżej jego tytanicznej postaci. Pociski przecinały ze świstem powietrze, lądując po drugiej stronie jego ciała, dopóki przenoszone przez nie linki nie pokryły go od stóp do głów niczym włókna babiego lata. Czekający w pogotowiu wojacy z młotkami cisnęli wówczas precz swoje narzędzia i ruszyli naprężać sznury, przymocowując ich końce do palików. Kolos spał w najlepsze, jakby nie obchodziło go zupełnie, co robi z nim horda małych ludzi.

– Naciągnąć tę linkę mocniej! Tamten kołek trzeba wbić głębiej, bo się poluzował! Żwawo, nie guzdrać się! – dyrygował komendant, przytupując nerwowo.

Nie minęło wiele czasu, a chłopiec został dokładnie skrępowany. Dziesiątki rozpiętych między palikami lin opasywały jego ręce i nogi, a drugie tyle krzyżowało się na piersi. Również kosmyki jego długich włosów zostały dla bezpieczeństwa przygwożdżone kołkami do ziemi. Kapitan Kowadełko triumfował – olbrzym stał się jego więźniem.

– Przeszukajcie jego kieszenie – rozkazał dowódca. – Może uda się znaleźć w nich coś ciekawego, co dałoby nam wskazówkę na temat pochodzenia i intencji tego stwora.

Żołnierze ochoczo przystąpili do przeszukania i już po chwili z lewej kieszeni spodni giganta wydobyli kilka błyszczących, miedzianych krążków wielkości tarczy oraz zawinięty w kawał płótna podłużny przedmiot, który nieść musiało dwóch ludzi.

– To monety. Drobne monety z wizerunkiem obcego monarchy – stwierdził porucznik Luca na widok metalowych kół.

– „Drobne” to chyba nie jest właściwe słowo – zażartował inny wojak.

– A to… broń! Był uzbrojony! – krzyknął Luca, kiedy z materiałowego pokrowca wydobyto długi na przeszło dwanaście lillimerskich stóp scyzoryk.

– Broń? – Komendant skrzywił się ironicznie. – Śmiem wątpić, czy będąc tak ogromnym, on w ogóle potrzebuje broni. Jego wzrost starczy mu za oręż.

– Panie kapitanie, proszę spojrzeć! – zawołali żołnierze, których zadaniem było przeszukanie prawej kieszeni. – Fajna, co?

Podtrzymywana przez jednego z nich, stała na piasku naturalnych rozmiarów rzeźba syreny. Wykonano ją nieco prymitywnie, lecz dla olbrzyma, który bez wątpienia był jej autorem, musiała to być wyjątkowo misterna robota. Tu i ówdzie brakowało pewnych detali, co sugerowało, że mieli do czynienia z dziełem niedokończonym.

– Najwyraźniej lubi rzeźbić w drewnie – mruknął Kowadełko. – Być może dla zabicia czasu.

Wtem kolos szarpnął się gwałtownie, omal nie zwalając kapitana z nóg, a z jego ust dobył się przeciągły, bolesny jęk. Komendant odwrócił się w stronę jego twarzy i spostrzegł, że chłopiec unosi głowę – na tyle, na ile pozwalały mu przytrzymujące włosy kołki – a jego powieki uchylają się, odsłaniając wielkie, orzechowe oczy. Olbrzym popatrzył na stojącego mu na piersi małego człowieczka mętnym, załzawionym, na wpół przytomnym spojrzeniem, w którym śmiertelne zmęczenie mieszało się z przestrachem, i dobrą chwilę spoglądali tak na siebie w pełnej napięcia ciszy.

Kapitan Kowadełko spodziewał się, że jeśli chłopiec przemówi, uczyni to w obcym i niezrozumiałym na wyspie języku. Jakież było jego zdziwienie, gdy gigant odezwał się po lillimersku, choć z nieco dziwacznym akcentem, który nadawał jego słowom swoistej melodyjności.

– Proszę… Niech mi pan pomoże! – wyszeptał. To mówiąc, zamknął oczy, a jego głowa opadła bezwładnie na piasek, sugerując, że ponownie zapadł w głęboki sen.

Wszyscy żołnierze wydawali się dogłębnie przejęci błagalną prośbą swego więźnia, lecz najbardziej poruszyła ona samego Jakuba Kowadełko. Teraz dopiero zrozumiał to, na co dotąd pozostawał ślepy. Ten wielkolud, którego tak się obawiali, i którego brutalnie związali, nie był bynajmniej potworem z piekła rodem, lecz zwykłym dzieckiem, odseparowanym od bliskich i zagubionym w obcym kraju, zziębniętym, głodnym i wystraszonym. Pomimo swoich niewiarygodnych rozmiarów potrzebował opieki jak każdy chłopiec w jego wieku. Może padł ofiarą katastrofy statku, w której śmierć ponieśli jego towarzysze? Może odniósł ranę i wymagał pomocy uzdrowiciela? Może właśnie umierał z pragnienia i wycieńczenia, a oni, zamiast go ratować, obeszli się z nim tak ostro i bezwzględnie?

Komendant, twardy żołnierz i surowy dowódca, nieoczekiwanie odnalazł w sobie pokłady współczucia, o jakich nie miał pojęcia, że je posiada.

– Musimy mu pomóc – oznajmił swoim ludziom. – Natychmiast przyprowadzić mi tu medyka.

 

Rozdział III. Olbrzym na kołach

 

Szczęśliwym zbiegiem okoliczności lillifemski uzdrowiciel, doktor Manuel, znajdował się w tłumie obserwujących olbrzyma mieszkańców miasteczka. Usłyszawszy, że jest potrzebny, pospieszył ku żołnierzom Kowadełka i rzekł z ukłonem:

– Czy mam zbadać naszego niezwykłego gościa, panie kapitanie?

– Owszem – odparł komendant. – Muszę wiedzieć, czy nic mu nie dolega. Nie chcę go mieć na sumieniu.

Sędziwy doktor skinął głową i wspiął się po drabinie opartej o tors chłopca. Znalazłszy się na szczycie, uklęknął i przytknął ucho do jego piersi.

– Serce bije miarowo. O, dobrzy bogowie, wali jak dzwon… – wymamrotał, a następnie zażyczył sobie, by drabinę przystawiono do piegowatego policzka kolosa. Odchylił mu powiekę, posłuchał oddechu, po czym oświadczył: – To silny, młody organizm. Żyje i ma się dobrze, jest tylko nieprzytomny. Może być też odwodniony, sugeruję więc napoić go.

Kapitan podziękował medykowi za fachową opinię i zgodnie z jego wskazówką posłał do miasteczka po kilka beczek wody. Ludzie Kowadełka nabierali jej kubkami, które podawali stojącym na drabinie towarzyszom, ci zaś sprawnie przekazywali je sobie z rąk do rąk, by na koniec wlać ich zawartość między spierzchnięte wargi olbrzyma. Po którymś z kolei kubku gigant wydał z siebie zadowolony pomruk, sprawiając, że znajdujący się najwyżej na drabince wojak omal nie runął przestraszony na ziemię.

– Dobra robota – pochwalił komendant, zacierając ręce. – Teraz powinniśmy zabrać go na odpowiednich rozmiarów wozie do Lillifemu, gdzie będziemy mogli się nim właściwie zająć.

Niektórzy z żołnierzy popatrzyli po sobie niepewnie, a porucznik Luca odchrząknął i rzekł:

– Kapitanie, czy to aby bezpieczne? Nie mamy przecież pewności…

– Czy ja mówię niewyraźnie?! – odparł Kowadełko głosem nieznoszącym sprzeciwu. – Zawiadomić wszystkich cieśli, kowali i stelmachów z okolicy, zorganizować mnóstwo drewna i gwoździ. Czeka nas praca.

Wieść, że olbrzym nie stanowi zagrożenia, przyjęto w Lillifemie i pobliskich wioskach z niewypowiedzianą ulgą, by zaraz potem przystąpić do realizacji zaplanowanego przez komendanta twierdzy śmiałego przedsięwzięcia. Nim zajdzie słońce, cywile do spółki z wojskiem zbudować mieli ogromną platformę na kołach, zdolną przewieźć nieprzytomnego kolosa do miasteczka.

Cały Lillifem zawrzał niespotykaną aktywnością. Wysłani do lasu drwale obalali drzewo za drzewem, ściągając ciężkie pnie do miasta, gdzie cieśle pracowicie przerabiali je na belki i deski. Kowale tymczasem krzątali się w kuźniach, wykuwając gwoździe i zawiasy mające wzmocnić drewnianą konstrukcję. Stukanie siekier i rytmiczne szuranie pił mieszało się z łoskotem młotów uderzających w kowadła. Tabuny robotników i żołnierzy znosiły gotowe elementy na pole za miastem, gdzie w szybkim tempie rosła platforma podobna do tych, na których transportowano posągi i granitowe płyty z kamieniołomów – zgodnie z planem, dostatecznie duża, by zmieścił się na niej starannie wymierzony przy pomocy służących za improwizowane miarki lin wielkolud.

Na plaży tymczasem Lillimerczycy pod osobistym kierownictwem Jakuba Kowadełko uwijali się jak w ukropie, wznosząc wzdłuż ciała olbrzyma wysokie dźwigi, mające unieść go i umieścić na przygotowywanej maszynie. Były to solidne konstrukcje z masywnych drewnianych belek, wyposażone w skomplikowane systemy bloczków i przekładni, używane zwykle do podnoszenia ciężkich głazów i kamiennych bloków; żywiono nadzieję, że z chłopcem także dadzą sobie radę.

Przyszła wreszcie pora, by przyprowadzić na plażę gotowy cud lillimerskiej myśli technologicznej, jakim była ruchoma platforma. Zaprzężony w kilka setek wołów i koni pociągowych pojazd wyruszył i niebawem dotarł na miejsce, a jego przybyciu towarzyszyły radosne okrzyki ludzi Kowadełka.

– Przeciąć liny! – rozkazał komendant.

Przy pomocy siekier żołnierze uwolnili olbrzyma od krępujących go więzów i zajęli się sporządzaniem nowych – tym razem okręconych dookoła jego ciała i mających dostarczyć punktów zaczepienia dla haków. Aby przeciągnąć sznury pod jego torsem, musiano wykopać w piasku tunele, ale wprawione w robotach ziemnych wojsko uporało się z tym zadaniem szybko i sprawnie.

– Gotowi? W górę!

Najsilniejsi z ludzi komendanta, postękując z wysiłku, wprawili w ruch korby. Zatrzeszczały napięte do granic możliwości liny nośne dźwigów i chłopiec, bezwładny niczym ogromna szmaciana lalka, oderwał się od ziemi. Wznosił się powoli, coraz wyżej i wyżej, aż w końcu zawisł dość wysoko, aby dało się umieścić pod nim platformę, co też niezwłocznie uczyniono. Następnie z wielką ostrożnością złożono go na niej, czemu towarzyszył żałosny jęk każdej belki, deski i ośki. Szczególnie delikatnie opuszczono jego głowę, kładąc ją na stosie przytroczonych do przedniej części wehikułu poduszek. Gdy już spoczywał na platformie jak na prymitywnym łożu, żołnierze przywiązali go do niej starannie, aby nie spadł z niej podczas podróży.

Słońce chyliło się ku zachodowi, gdy rozległ się trzask z bicza i machina z nietypowym pasażerem ruszyła, wolno i ociężale, żłobiąc w piasku głębokie koleiny. Eskortowana przez żołnierzy z pochodniami, z ogłuszającym dudnieniem przetoczyła się przez wydmy i rzadki sosnowy las i wkrótce osiągnęła rogatki Lillifemu. Tłumy mężczyzn, kobiet i dzieci wyległy, by popatrzeć na pogrążonego wciąż w głębokim śnie obdartego, bosonogiego wielkoluda, gdy przewożono go ulicami miasteczka.

– On jest… on jest… przeogromniasty! – pisnęła mała dziewczynka.

– Ciekawe, skąd pochodzi. To chyba niemożliwe, żeby istniało gdzieś całe państwo olbrzymów – zastanawiał się na głos jej ojciec.

– Wygląda poczciwie. I tak… zwyczajnie, poza tym, że jest bardzo duży. Mam nadzieję, że naprawdę jest przyjazny – powiedziała jedna z gospodyń do sąsiadki.

Dotarłszy na rynek, platforma stanęła, a pod koła niezwłocznie wsunięto masywne drewniane kliny, by zapobiec jej dalszemu niekontrolowanemu przemieszczaniu się

– No, kawalerze, jesteśmy na miejscu – rzekł zadowolony kapitan, spoglądając na uśpioną twarz kolosa. – Tu będziesz bezpieczny.

 

Rozdział IV. Ciepłe mleko, ciepły koc

 

Gdy słońce zniknęło za horyzontem, spoczywający na platformie w centrum Lillifemu olbrzym zadrżał na całym ciele i wyszeptał przez sen, szczękając zębami:

– Z-zimno m-mi…

„Nic dziwnego! Noce są jeszcze dość chłodne, a te wilgotne łachmany nie ochronią go przed zmarznięciem” – pomyślał kapitan Kowadełko i natychmiast zażądał, by dookoła machiny rozpalono kilkanaście dużych ognisk. Równocześnie rozkazał swoim żołnierzom, by zaczęli energicznie rozcierać odkryte partie ciała chłopca. Podzieleni na małe oddziały wojacy niezwłocznie zajęli się przywracaniem w ten sposób ciepła do nagich ramion, łydek i piersi kolosa.

Było to jednak wyłącznie tymczasowe rozwiązanie, mieszkańcy miasteczka zgodnie bowiem uznali, że wielkoludowi należy zapewnić na noc przyzwoite okrycie. Po naradzie pod przewodnictwem kapitana z każdego domu wywleczono co najmniej jedną kołdrę lub koc, a kobiety przystąpiły do zszywania ich w jedną ogromną płachtę, którą zbiorowym wysiłkiem rozciągnięto następnie na ciele giganta, przykrywając go szczelnie od szyi po kostki. Dla olbrzyma była ona cienka jak jedwab, oczekiwano jednak, że choć trochę osłoni go przed chłodem. Kiedy go nią opatulano, przez jego udręczoną twarz po raz pierwszy przemknął cień uśmiechu.

Wtem pani Eufrozyna, zażywna, przedsiębiorcza gospodyni, z której zdaniem liczyli się w Lillifemie wszyscy, podsunęła:

– Mleczka mu trzeba dać ciepłego. To go rozgrzeje i lepiej będzie mu się spało.

Pomysł, jak zwykle u pani Eufrozyny, był prosty i bardzo mądry – powszechnie wiadomo, że nic tak dobrze nie robi na sen, jak kubek ciepłego mleka. Naturalnie zdawano sobie sprawę, że w przypadku wielkoluda „kubek” będzie oznaczać co najmniej dwa tuziny cebrzyków.

Wkrótce na rynku rozszedł się przyjemny zapach podgrzewanego nad ogniem mleka. Gdy przyszedł czas, by podać je chłopcu, pani Eufrozyna wraz z kilkoma innymi kobietami wdrapała się na drabinę opartą o jego policzek, aby powtórzyć manewr z kubkami, który żołnierze Kowadełka zastosowali wcześniej na plaży.

– Otwórz buzię, kochanieńki – poleciła olbrzymowi, choć nie miała pewności, że ją usłyszy. O dziwo, gigant posłusznie rozchylił wargi.

– Mmm… Dziękuję – wymruczał, posmakowawszy pierwszej porcji mleka.

– Patrzcie go! Niby taki dryblas, a wciąga mleczko jak małe kocię – zaśmiała się gospodyni.

Chłopiec wypił wszystko do ostatniej kropli, po czym westchnął przeciągle, z wyraźną satysfakcją, i na powrót głęboko zasnął.

– Czy mamy przeciąć jego więzy? Chyba nie są już potrzebne – zapytał komendanta porucznik Luca.

– Niech pozostanie skrępowany. Gdyby zaczął rzucać się we śnie, mógłby niechcący zburzyć połowę miasta – odparł Kowadełko.

Na jego rozkaz mieszkańcy Lillifemu rozeszli się i powrócili do domów, a większość wojska ułożyła się na spoczynek wokół ognisk. Tylko zmieniające się straże czuwały nad śpiącym olbrzymem, pilnując, by nikt i nic nie zakłóciło jego spokoju.

 

Rozdział V. Rodrigo z Brobdingaru

 

Lillifemskie koguty rozpoczęły swój zwyczajowy koncert i niebawem dachy miasteczka ozłociły promienie wschodzącego słońca. Oświetliło ono także gigantyczną postać śpiącego na rynku młodego olbrzyma, składając na jego śniadej twarzy ciepły pocałunek, on zaś w odpowiedzi na tę pieszczotę poruszył się, uśmiechnął i wydał zadowolony pomruk.

– Budzi się! Szybko, przetnijcie liny! – rozkazał kapitan Kowadełko.

Żołnierze niezwłocznie wykonali rozkaz, dając nura pod wielką kołdrę i uderzeniami siekier uwalniając chłopca od więzów mocujących jego ciało do platformy. Mieszkańcy Lillifemu, którzy wylegli tłumnie na plac, aby być świadkami przebudzenia niezwykłego gościa, wstrzymali oddech, gdy leniwie dźwignął się do pozycji siedzącej, pogrążając połowę z nich w swym ogromnym cieniu. Wyglądało to tak, jakby góra nagle ożyła. Pozszywane koce zsunęły mu się do pasa, nagie mięśnie zalśniły w świetle poranka.

Siedząc, kolos ziewnął potężnie i przeciągnął się, aż zatrzeszczały stawy, po czym przetarłszy pięściami zaspane oczy, rozejrzał się dookoła. Na widok mrowia małych ludzi jego niezupełnie jeszcze przytomne spojrzenie momentalnie nabrało ostrości, a z ust wyrwało się krótkie, zdziwione „Och!”.

– Jesteście… Jesteście prawdziwi! Nie wyśniłem was – powiedział swoją śpiewną, osobliwie akcentowaną lillimerszczyzną, trzepocząc długimi rzęsami. Głos miał donośny, lecz oczywistym było, że rozmyślnie stara się mówić ciszej, by nie przestraszyć zgromadzonych. – Czy… czy mógłbym któregoś z was dotknąć? – zapytał nieśmiało.

Mieszkańcy miasteczka popatrzyli po sobie niepewnie. Wtem sam Jakub Kowadełko wystąpił naprzód i oznajmił, że zgłasza się na ochotnika.

– Pamiętam pana. – Poczciwe oblicze olbrzyma rozjaśniło się szerokim uśmiechem. – To pana zobaczyłem pierwszego tam, na plaży.

Powoli, ostrożnie, chłopak wyciągnął w kierunku komendanta wskazujący palec i trącił go w napierśnik, a następnie, wyraźnie ośmielony, pogłaskał po odkrytej głowie i po policzku. Stary żołnierz znosił to wszystko cierpliwie, wyprężony z godnością jak podczas królewskiej inspekcji w swoim garnizonie. Tłum zachichotał, rozbawiony widokiem zawsze poważnego, surowego kapitana traktowanego jak małe zwierzątko.

– Czy mógłbym wziąć pana do ręki? – poprosił niespodziewanie gigant. Kowadełko wyraził zgodę i już po chwili znalazł się na wysokości twarzy wielkoluda, otulony ciepłem jego dłoni i oddechu.

– Jak się czujesz, kawalerze? – zapytał, spoglądając w orzechowe oczy chłopca.

– Och, znacznie lepiej, dziękuję – odparł radośnie olbrzym, wolną ręką odgarniając z czoła pukiel zmierzwionych włosów. – Zawdzięczam to waszej pomocy.

– Nie ma o czym mówić. – Komendant zrobił zadowoloną minę, jaką przybierał zwykle, gdy w twierdzy panował należyty porządek i dyscyplina. – Czy nic ci nie dolega?

Kolos pokręcił energicznie głową.

– Nie, nic mnie nie boli – odrzekł. – Czy mógłby mi pan powiedzieć, gdzie jestem? – dodał zaraz, rzucając ciekawe spojrzenia na boki.

– Wśród przyjaciół, zacnym mieście Lillifem w Królestwie Lillimeru. Jestem Jakub Kowadełko, kapitan lillimerskiej armii. A ty? Jak masz na imię, kawalerze, skąd pochodzisz i co cię sprowadza do naszego kraju?

– Jestem Rodrigo. Rodrigo z Brobdingaru – odpowiedział chłopiec, kładąc dłoń na piersi.

– Brobdingar? Czy to daleko? – krzyknął z dołu jeden z mieszkańców miasteczka.

– Bardzo, bardzo daleko – potwierdził olbrzym.

– A czy wszyscy w twojej ojczyźnie są tacy wysocy, jak ty? – zapytał ktoś inny.

– Cóż… – odparł Rodrigo po chwili zastanowienia, drapiąc się speszony za uchem – Jeśli ktoś jest ode mnie starszy, to przeważnie jest wyższy, a jak młodszy, to niższy. Ja sam jestem dość niski jak na swój wiek, kapitan Ambroise nigdy nie mówił do mnie inaczej jak „konusie”…

Pośród zebranych rozległy się stłumione śmiechy.

– Ładny mi „konus”, nie ma co – szepnął któryś z gospodarzy do sąsiada.

– Ale jeśli o to chodzi, wszyscy bez wyjątku, nawet małe dzieci, jesteśmy więksi od was, Lillimerczyków – uściślił gigant. Zwracając się z powrotem do komendanta, rzekł: – Trafiłem do was przypadkiem. Zawsze marzyłem o tym, by zostać żeglarzem, więc gdy tylko skończyłem trzynaście lat, zgłosiłem się na chłopca okrętowego na „Śmigłą Mewę”, karawelę wyruszającą na zachód w poszukiwaniu nowych lądów i dróg handlowych. W drugim tygodniu naszej dziewiczej podróży zerwał się nagle straszny sztorm, który zepchnął nas z kursu i przez trzy dni i noce pędził stale na południowy wschód. Wiatr porwał nam żagle, a cały statek kołysał się na boki jak szalony i trzeszczał, jakby miał się zaraz rozpaść na kawałki. Kapitan zabronił mi wyściubiać nos spod pokładu, ale ja bardzo chciałem się przydać, pomóc marynarzom walczącym z żywiołem. No i tak się stało, że ledwo wyszedłem z kajuty, porwała mnie fala i wypadłem za burtę…

Jakub Kowadełko cmoknął z dezaprobatą. Olbrzym spuścił wzrok i zaczerwienił się ze wstydu.

– Miałem szczęście, że zdołałem chwycić się unoszonego przez wodę kawałka masztu – ciągnął swoją opowieść Rodrigo. – Nie wiem, jak długo uczepiony go dryfowałem z prądem – co najmniej cały dzień i całą noc, bo pamiętam, że próbowałem z ruchu słońca i pozycji gwiazd odczytać kierunek, w którym zmierzam. W końcu o świcie, gdy już niemal zupełnie opadłem z sił, ujrzałem na horyzoncie waszą wyspę i pomyślałem sobie, że jestem ocalony. Zaraz potem straciłem przytomność. Och, wolę nie myśleć, co by ze mną było, gdybyście mi nie pomogli! Pewnie bym umarł tam, na zimnym piasku… Dziękuję wam z całego serca. Czy kiedykolwiek zdołam wam godnie odpłacić za to, co dla mnie zrobiliście?

Poruszeni jego szczerymi słowami wdzięczności mieszkańcy Lillifemu odpowiedzieli istną kakofonią przyjaznych okrzyków.

– Nie dziękuj! Drobiazg! Naprawdę nie ma o czym mówić! – wołali jedni przez drugich, machając chłopcu i uśmiechając się do niego serdecznie.

– Wiecie – rzekł nagle olbrzym, jakby coś sobie przypomniał – u nas, w Brobdingarze, krążą o was legendy – legendy o bardzo małych ludziach, którzy dawno, dawno temu mieszkali pośród nas. Podobno przez wiele stuleci nasze plemiona żyły ze sobą w pokoju, wspaniale się uzupełniając. Ochranialiśmy was i użyczaliśmy wam naszej siły, w zamian za co wy pomagaliście nam w zadaniach wymagających precyzji i konstruowaliście wymyślne urządzenia, które czyniły nasze życie łatwiejszym. Ale z biegiem lat coś się zaczęło między nami psuć, aż wreszcie pewnego dnia zbudowaliście sobie flotę statków i odpłynęliście na południe, by poszukać sobie nowego domu. Dziś mało który Brobdingarczyk wierzy, że w ogóle istnieliście, choć wciąż używamy na co dzień waszych niezwykłych starożytnych wynalazków – tych wszystkich chronometrów i innych skomplikowanych przyrządów, pełnych drobniuteńkich śrubeczek i zębatek, których nikt nie umie wyprodukować na nowo ani poskładać do kupy, gdy się rozsypią…

Ożywiony monolog Rodriga przerwało głośne burczenie, na dźwięk którego wielu ze stłoczonych na rynku Lillimerczyków zaczęło zadzierać z niepokojem głowy, sądząc, że zbliża się burza. Niebo było jednak całkowicie bezchmurne. Olbrzym położył sobie wolną dłoń na brzuchu, mamrocząc zawstydzone „przepraszam”.

– O bajkach i legendach będzie czas porozmawiać później. Teraz powinieneś coś zjeść, kawalerze – powiedział kapitan Kowadełko.

– Nie pogardziłbym śniadaniem… oczywiście jeśli to nie problem – odparł Rodrigo z uśmiechem zakłopotania. – Umieram z głodu.

 

Rozdział VI. Śniadanie dla olbrzyma

 

Usłyszawszy, że przybysz jest głodny, gościnni mieszkańcy Lillifemu natychmiast zajęli się organizacją dla niego śniadania. Z każdego domu wynoszono bochny chleba, kręgi sera oraz tace i talerze pełne mięsa i wędlin. Myśliwi zapewnili dziczyznę, rybacy wędzone i suszone ryby, a okoliczni farmerzy jajka, jarzyny i owoce. Wszystko to dostarczano na rynek i składano na rozstawionych wzdłuż platformy długich stołach bankietowych.

Rodrigo obserwował te przygotowania roziskrzonymi oczyma, od czasu do czasu oblizując łakomie wargi, nie śmiał jednak tknąć jedzenia.

– No, na co czekasz, kawalerze? Częstuj się – powiedział kapitan Kowadełko, wciąż stojący na dłoni wielkoluda.

– Och, już mogę? – ucieszył się chłopiec.

– Ależ jak najbardziej. Smacznego! – odparł z kurtuazją komendant, rozbawiony kontrastem pomiędzy gigantycznymi rozmiarami Rodriga a jego uprzedzająco grzecznym, płochliwym zachowaniem.

Wygłodzonemu Brobdingarczykowi nie trzeba było tego dwa razy powtarzać – postawiwszy kapitana z powrotem na ziemi, ochoczo zabrał się do ucztowania. Zaczął od mięs i ryb, wsypując ich sobie do ust pełne garście, raz po raz wierzchem dłoni wycierając tłuszcz ściekający mu po brodzie. Bardzo zasmakowały mu aromatyczne lillimerskie sery, które zagryzał pieczywem, oraz jabłka, nie większe dla niego od ziarenek grochu. Jarzyny mieszał ze sobą przed spożyciem, przyrządzając z nich jak gdyby prymitywną sałatkę.

– Mmm, ale to pyszne! Dziękuję! – mruczał, próbując coraz to nowych miejscowych specjałów.

W miarę jak jedzenie znikało w przepastnym żołądku kolosa, Lillifemczycy donosili mu kolejne porcje, w równym stopniu zadziwieni, co przerażeni apetytem zamorskiego gościa. Ten i ów zaczął pomału zdawać sobie sprawę, że pomimo licznych korzyści, jakie mogło dać miastu posiadanie własnego olbrzyma, rychło stanie się on dla lokalnej społeczności nie lada ciężarem.

– Dobrzy bogowie, jak my go wyżywimy? – zastanawiał się jeden z gospodarzy, kręcąc z niedowierzaniem głową.

– Cały nasz połów starczy mu ledwo na jeden dzień! – narzekali rybacy.

– Spójrzcie tylko, ile on pochłania kapusty i marchwi! Kto by się przejmował królikami, gdy mamy tutaj takiego wielkiego… szkodnika – zaśmiał się nerwowo farmer w słomianym kapeluszu.

Wszyscy mali ludzie odetchnęli z ulgą, gdy Rodrigo oznajmił, że jest syty i ma już dość. Otworzywszy przytoczoną przez miejscowego oberżystę beczkę wina – dla przybysza z Brobdingaru będącą jedynie małym kubeczkiem – gigant uniósł ją nad głowę, odchrząknął nieśmiało i rzekł:

– Pragnę wznieść toast za szlachetnych i odważnych mieszkańców Królestwa Lillimeru, którzy nie bacząc na trudności, pospieszyli z pomocą rozbitkowi z krainy olbrzymów. Chciałbym, żebyście wiedzieli, że wiele to dla mnie znaczy. Dziękuję wam po stokroć za waszą życzliwość i troskę i przysięgam, że nie spocznę, dopóki mój dług wobec was nie zostanie spłacony. Na zdrowie! – To mówiąc, wychylił beczkę jednym haustem.

Lillifemczycy poczuli, że choćby nie wiadomo jak dużo jadł, nie potrafią się na niego gniewać.

 

Rozdział VII. Poranek Rodriga

 

Po skończonym śniadaniu olbrzym powstał na równe nogi i raz jeszcze przeciągnął się z zadowoleniem. Gdy stanął wyprostowany, górując nad Lillifemem i przyległościami niczym niebosiężna wieża, jego gigantyczna postać czyniła jeszcze większe wrażenie. Powiódł dookoła zaciekawionym spojrzeniem, po czym wyszukawszy wzrokiem w tłumie Jakuba Kowadełko, zwrócił się do niego:

– Jak tu pięknie! Panie kapitanie, czy byłby pan łaskaw oprowadzić mnie po waszym zacnym mieście?

– Naturalnie – odpowiedział komendant. – Ale będziesz mnie musiał wziąć do ręki, gdyż obawiam się, że miałbym kłopot z dotrzymaniem ci kroku.

Rodrigo skinął głową i wytarłszy starannie w spodnie zatłuszczone po jedzeniu dłonie, podniósł w jednej z nich starego oficera. Ten wskazał mu kierunek, w którym mieli się udać. Kolos ruszył jedną z odchodzących od rynku ulic, ostrożnie stawiając bose stopy, by nie trząść zanadto wznoszącymi się rzędem po obu jej stronach urokliwymi domkami o bielonych wapnem ścianach. Reszta Lillifemczyków podążała zwartą ciżbą za swym gościem i służącym mu za przewodnika komendantem, od czasu do czasu wykrzykując sugestie miejsc, które przybysz z Brobdingaru powinien koniecznie obejrzeć z bliska.

Większość domów, z których najwyższe sięgały chłopcu zaledwie do pasa, mieściła na parterze sklepy i rozmaite warsztaty, a na piętrach kwatery mieszkalne. Były tam kuźnie, pracownie kołodziei, szewców i krawców, jak również klinika doktora Manuela, a wszystkie te punkty dało się łatwo rozpoznać po malowanych szyldach.

Rodrigo zatrzymał się na moment przed okazałą karczmą, gdyż żona oberżysty upiekła specjalnie dla niego słodkie ciasto i koniecznie chciała, by go spróbował. Olbrzym, rzecz jasna, schrupał wypiek w całości, nie zdoławszy nacieszyć się zbytnio jego smakiem, ale i tak pochwalił rumianą z radości gospodynię za jej kunszt kulinarny.

Następnym przystankiem była wspaniała, najeżona smukłymi wieżyczkami budowla z połyskującego w słońcu białego marmuru.

– To nasza świątynia – wyjaśnił Kowadełko.

Przyklęknąwszy, Rodrigo zajrzał do wnętrza przez wysokie, ostrołukowe okna, podziwiając pełen przepychu wystrój świętego przybytku.

– Nie znam waszych bogów, ale chętnie pomodlę się do nich za pomyślność Lillimeru. Niech mają wasze królestwo i każdego z was w swojej opiece, tak jak wy otoczyliście opieką mnie – rzekł nagle i na oczach wzruszonych tym gestem małych ludzi zwiesił głowę, szepcząc coś chwilę z zamkniętymi oczyma.

Spacer dobiegł końca na rozległej, zielonej łące za miastem. Gdy zadowolony z wycieczki olbrzym usiadł ze skrzyżowanymi łydkami na miękkiej trawie, by porozkoszować się piękną, słoneczną pogodą, otoczyły go znienacka lillifemskie dzieci – chłopcy i dziewczynki, od malców potykających się jeszcze o własne nogi po nieco starszych urwisów – zasypując go gradem pytań.

– Jaki ty jesteś duży! Co trzeba jeść, żeby tak urosnąć? – zaszczebiotała dziewczynka z włosami w kolorze dojrzałej pszenicy, splecionymi w dwa grube warkocze, która zeszłego wieczoru nazwała go „przeogromniastym”.

– Sama widziałaś! – odparł Rodrigo z poważą miną. – Zjadłem wszystko, co mi podali dorośli. Jeśli i ty nie będziesz marudzić podczas jedzenia, ani się obejrzysz, jak urośniesz duża i silna…

– Pobawisz się z nami? – poprosił umorusany chłopiec z dziurą w miejscu górnej jedynki i drewnianym mieczykiem u pasa, wyglądający na przywódcę szajki.

– Bardzo chętnie! – Rodrigo wyszczerzył zęby w uśmiechu. – O ile wasi rodzice się zgodzą.

Tłum zaszemrał. Niektórzy ojcowie i matki obawiali się, że kolos mógłby niechcący zrobić ich pociesze krzywdę, lecz koniec końców, zachęceni nadzwyczajną delikatnością i wyczuciem w jego ruchach, postanowili zaufać przybyszowi.

Odstawiwszy kapitana Kowadełko na ziemię, Rodrigo położył się na brzuchu, a dzieci natychmiast rzuciły się ku niemu zgrają. Pomysłowy Brobdingarczyk z własnych dłoni tworzył dla nich coraz to nowe instrumenty i przeszkody do zabawy. To kładł dłoń na płask, pozwalając, by maluchy skakały mu przez palce jak przez płotki, to znów zmieniał ją w małpi gaj do podciągania się i huśtania lub w dzikie, pająkowate stworzenie, które należało odważnie ujeździć. Dzieci piszczały z uciechy, biegając po łące w tę i nazad jak szalone, aby uniknąć schwytania w klatkę powstałą ze zgiętych do środka palców olbrzyma. Ochotników brał do ręki, jak wcześniej komendanta, i unosił wysoko, dzięki czemu mogli poczuć się jak na diabelskim młynie.

Po pewnym czasie Rodrigo przekręcił się na plecy, czyniąc z siebie górę do wspinania, a ze swoich długich, gęstych włosów zarośla do zabawy w chowanego. Rozochocone dzieci rychło pokryły go jak mrówki, pnąc się dzielnie na jego odkryte ramiona i tors i przeszukując każdy zakamarek podartej śliwkowej kamizelki.

– Hi hi, ha ha! Przestańcie, to łaskocze! – zaśmiał się chłopak.

Ale jego przerywane chichotem prośby tylko pogorszyły sprawę, szczerbaty lider lillifemskiej dzieciarni podjudził bowiem koleżanki i kolegów, by zaczęli z rozmysłem łaskotać wielkoluda. Niebawem dziesiątki piórek i zręcznych maleńkich paluszków bezlitośnie zaatakowały biednego Rodriga.

– Błagam, dość! – jęczał pomiędzy salwami histerycznego śmiechu, a łzy wesołości płynęły mu strugami po twarzy. – Wygraliście! Poddaję się, poddaję!

Mały hultaj bez górnej jedynki dał znać towarzyszom, by zaprzestali niewinnej tortury, po czym stanął w triumfującej pozie na piersi dyszącego jak po tytanicznym wysiłku Brobdingarczyka.

– Zwycięstwo! Pokonaliśmy olbrzyma! – krzyknął, celując w niebo swoim drewnianym mieczem.

Dorośli przyglądali się temu wszystkiemu z rozbawieniem, gdy wtem od strony miasta rozległ się tętent kopyt. Tłum rozstąpił się, przepuszczając sierżanta Gregora, dowódcę grupy patrolujących wybrzeże zwiadowców. Wyraźnie przejęty, żołnierz zaczął rozglądać się za swoim zwierzchnikiem.

– Panie kapitanie! Panie kapitanie! – zawołał, gdy Jakub Kowadełko wyszedł mu naprzeciw. – Zaobserwowaliśmy na horyzoncie okręty piratów z Blefusanii. Wygląda na to, że kierują się w stronę Lillifemu!

Wśród mieszkańców miasteczka zapanowało nerwowe poruszenie. Udzieliło się ono także dzieciom, które w mig zapomniały o nowym przyjacielu i pognały z powrotem do rodziców.

– Mamusiu, czy będziemy musieli uciekać? – zapytała, ciągnąc matkę za spódnicę, dziewczynka z pszenicznymi warkoczami. W jej oczach zalśniły łzy przestrachu.

– Nie martw się. Pan komendant i ja was obronimy – odpowiedział za kobietę Rodrigo, siadając na klęczkach.

Stary oficer przytaknął. Nakazawszy porucznikowi Luce, by zebrał wojsko na skraju miasta i wszczął przygotowania do bitwy, rzekł do wpatrującego się weń wyczekująco Brobdingarczyka:

– Muszę się zaraz przyjrzeć tej zbójeckiej flocie. Czy mógłbyś zanieść mnie i Gregora w miejsce, skąd ją dostrzeżono, kawalerze? Nawet konno nie będę tam szybciej. Sierżant nas pokieruje.

– Tak jest, panie kapitanie! – zasalutował olbrzym.

Jakub Kowadełko uśmiechnął się pod wąsem. O, z takim sojusznikiem u swego boku Lillifemczycy nie mieli się czego obawiać!

 

Rozdział VIII. Rodrigo kontra piraci

 

Z kapitanem Kowadełko w jednej ręce, a sierżantem Gregorem w drugiej, Rodrigo niezwłocznie pospieszył ku tej części wybrzeża, z której zwiadowcy zauważyli nadciągających piratów. Sadząc potężne kroki, zarazem starał się nie sprawiać żołnierzom dyskomfortu gwałtownymi wstrząsami.

– Trzymaj się nisko – poinstruował go komendant. – Nie chcemy, żeby te łotry nas spostrzegły.

– Dlaczego? – zdziwił się Brobdingarczyk. – Na sam mój widok uciekliby gdzie pieprz rośnie i problem rozwiązałby się sam.

– Rozwiązałby się? Bynajmniej! – prychnął Kowadełko. – Gdybyś ich wystraszył, bez wątpienia by powrócili, a my mamy właśnie niepowtarzalną okazję pozbyć się ich raz na zawsze. Nie zdają sobie sprawy, że z twojego powodu cały Lillifem roi się teraz od moich ludzi, więc jeśli rzeczywiście zamierzają zaatakować miasto, wyszczerbią sobie zęby o nasze zbroje i włócznie. Sądzą pewnie, że zdołają nas zaskoczyć, a tymczasem my zaskoczymy ich!

– Z tymi blefusańskimi barbarzyńcami tak to już jest. W starciu z ludnością cywilną czują się mocni, ale kiedy spotykają się oko w oko z wyszkolonym wojskiem, natychmiast tracą rezon – dodał sierżant.

– Łajdacy! – mruknął Rodrigo.

– Przy odrobinie szczęścia rozbijemy ich dzisiaj i odpowiedzą za swoje zbrodnie. – Komendant zacisnął palce na rękojeści miecza. – Zdaje się, że widzę naszych. To chyba tutaj? – Drugą ręką wskazał trzy małe postacie stojące na szczycie nadbrzeżnego klifu i wypatrujące czegoś na morzu. Nieco niżej na skąpej trawie pasła się trójka koni.

– Tak jest, kapitanie – potwierdził Gregor.

Kowadełko i jego podkomendny poprosili olbrzyma, by odstawił ich obydwu na ziemię, a sam położył się na brzuchu na zboczu wiodącym na klif. Pozwolili chłopcu wyglądać zza krawędzi wzniesienia, lecz miał zachowywać się dyskretnie.

– Raport – rzucił kapitan do zwiadowców, wspiąwszy się na wierzchołek skarpy.

– Cztery okręty, sir – zasalutował jeden z nich. – Sądzimy, że to Jednooki.

– Jednooki? A to ci niespodzianka. Dawno już nie słyszeliśmy o tym nicponiu – zdziwił się komendant. Popatrzył chwilę przez podaną mu przez Gregora składaną lunetę, po czym oznajmił: – Tak, to na pewno on. Poznaję „Krwawą Wronę”, jego okręt flagowy.

– Czy mógłbym jakoś pomóc? – zapytał Rodrigo.

Kapitan Kowadełko pokręcił przecząco głową.

– Zostaw to nam, wojskowym. Gdy rozpocznie się bitwa, dla własnego dobra nie podchodź za blisko. Może i jesteś duży, ale nie niezniszczalny, a ja nie darowałbym sobie, gdyby coś ci się stało – odparł. – Obiecuję, że damy znać, jeśli będziemy cię potrzebowali – dodał, widząc malujące się na twarzy wielkoluda niezadowolenie.

W miarę jak cztery czarne punkty na morzu rosły, w coraz większym stopniu przypominając okręty, dziecięce jeszcze oblicze Rodriga zaczęło się zmieniać, aż wreszcie stężało w prawdziwie dorosłym wyrazie ponurej determinacji.

– Niech pan sprowadzi swoją armię na brzeg, panie kapitanie. Zamierzam podać wam piratów na srebrnej tacy! – rzekł, podrywając się nagle.

– Ejże! Co ty wyprawiasz, kawalerze?! Zatrzymaj się! Wracaj! – krzyknął komendant, ale było już za późno. Gigant zeskoczył z klifu i przemierzywszy w podskokach plażę, wszedł do wody. – No, na co jeszcze czekacie?! Na koń i po Lucę, ale już! – wrzasnął Kowadełko, łapiąc za kołnierz ogłupiałego Gregora.

Rodrigo kroczył naprzód żwawo i pewnie. Morze burzyło się wokół jego potężnej postaci jak podczas sztormu, gdy zanurzony po kolana, a potem po pas parł przez nie w kierunku blefusańskiej flotylli. Niebawem widział już wyraźnie czarne żagle okrętów i galion w kształcie wyrzeźbionej w hebanowym drewnie, poplamionej imitującą krew czerwoną farbą wrony na dziobie jednego z nich. Załogi wyległy na pokłady i z wytrzeszczonymi oczyma i otwartymi w przerażeniu ustami spoglądały na nadciągającego olbrzyma.

Wykorzystując piorunujące wrażenie, jakie uczyniło jego niespodziewane pojawienie się, chłopak przystąpił do realizacji swojego śmiałego planu. Gdy tylko najbliższa korsarska jednostka znalazła się w jego mrocznym cieniu, chwycił ją oburącz i podniósł, jakby to był zabawkowy model, a następnie przechylił i zaczął nią mocno potrząsać, zrzucając piratów do wody. Wypuszczając z rąk broń – kusze, łuki, ostre szable i sztylety – jeden po drugim spadali z wrzaskiem w fale.

Opróżniwszy w ten sposób pierwszy statek, Rodrigo zwrócił się ku kolejnemu, a potem następnemu, aż w końcu została mu tylko „Krwawa Wrona”. Niestety, jej załoga zdołała tymczasem otrząsnąć się z pierwszego szoku i na rozkaz Jednookiego wystrzeliła w Brobdingarczyka z kusz. Chłopiec krzyknął z bólu, gdy dziesiątki maleńkich bełtów utkwiły niczym pszczele żądła w jego nagiej piersi, lecz to go nie powstrzymało – rozjuszony porwał w górę okręt i w mgnieniu oka zrzucił resztę nieprzyjaciół do morza.

Większość Blefusańczyków, pragnąc uciec jak najdalej od straszliwego kolosa, podjęła rozpaczliwą próbę dostania się wpław na brzeg. Tam czekali już na nich żołnierze Kowadełka. Nieliczni ludzie Jednookiego stawili im jakikolwiek opór; niemal wszyscy, wychodząc z wody wycieńczeni i bezbronni, poddawali się bez walki. Obolały, lecz uradowany powodzeniem swojego planu Rodrigo chwycił opustoszałe okręty za liny kotwiczne i wyciągnął je na plażę, gdzie spoczęły uziemione.

Tak oto, wspomagana przez nowego, niezwykłego sprzymierzeńca, lillimerska armia odniosła wspaniałe zwycięstwo.

 

*

 

– Rodrigo! Jesteś najbardziej lekkomyślnym, krnąbrnym i nieposłusznym chłopcem, jakiego znam! – wybuchnął komendant, kiedy po powrocie do Lillifemu olbrzym oddał się w ręce doktora Manuela, a zacny medyk, wspomagany przez mieszkańców miasteczka, zajął się wyciąganiem bełtów z jego ciała i opatrywaniem pozostałych po nich ran. – Czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę, jak niebezpieczne było to, co zrobiłeś? Wystarczyłoby przecież, żeby te łotry wycelowały nieco wyżej, a mógłbyś podzielić przydomek z Jednookim!

Brobdingarczyk uśmiechnął się przepraszająco pomiędzy jednym a drugim grymasem bólu.

– Proszę mi wybaczyć, panie kapitanie, ale nie mogłem bezczynnie przyglądać się, jak moi przyjaciele walczą i giną. Mam wobec was, Lillimerczyków, dług wdzięczności.

Kowadełko westchnął pokonany, a po chwili na jego ustach zagościł cień uśmiechu.

– Pomimo całej twojej niesforności nie można ci odmówić odwagi. Chciałbym mieć takiego syna, jak ty – rzekł, podkręcając wąsa.

– Nawet pan nie wie, jak wiele to dla mnie znaczy – odarł cicho chłopak. Staremu żołnierzowi wydało się, że dostrzega w jego orzechowych oczach łzy wzruszenia.

Wieczorem Lillifemczycy uczcili triumf nad piratami wystawnym bankietem. Mężczyźni, kobiety i dzieci wirowali w tańcu wokół rozpalonego na błoniach za miastem wielkiego ogniska, bardowie przygrywali wesoło na lutniach, a stoły uginały się pod ciężarem jedzenia. Nawet surowy zazwyczaj komendant zapomniał o dyscyplinie, pozwalając swoim ludziom na nieograniczoną zabawę; sam także tańczył i śmiał się razem ze wszystkimi, jakby nagle ubyło mu lat.

Rodrigo, bohater dnia, siedział nieopodal ze skrzyżowanymi łydkami, słuchając wznoszonych na swoją cześć okrzyków, kołysząc się i klaszcząc w dłonie w rytm muzyki. Było dobrze po północy, gdy znużony przeciągającą się biesiadą wycofał się na rynek, położył na platformie, na której przywieziono go tu z plaży, a która odtąd miała mu służyć za prowizoryczne łóżko, i nakrył kocem. Zasnął myśląc, że właśnie ma za sobą najdziwniejszy dzień w swoim życiu.

 

Rozdział IX. Metamorfoza Rodriga

 

Lillifem spał jeszcze po całonocnej zabawie, gdy na głównej ulicy rozległy się dźwięki trąbek. Niebawem trzech królewskich posłańców w zielono-czerwonej liberii wjechało na rynek, budząc wszystkich gromkimi okrzykami:

– Wiadomość od Jego Królewskiej Mości dla olbrzyma Rodriga i Jakuba Kowadełko, kapitana lillimerskiej armii!

Wielkolud ziewnął i usiadł, zarzucając sobie pozszywane kołdry na ramiona. Z jednego z pobliskich budynków wytoczył się na wpół ubrany, rozespany komendant.

– Spodziewałem się was, ale nie tak wcześnie – burknął, przecierając zaczerwienione oczy, dowódca twierdzy, który przez ostatnie dwa dni regularnie informował króla przez konnych gońców o nowych okolicznościach w sprawie olbrzyma, kończąc na tym, jak ten pomógł zwyciężyć Jednookiego.

– Dochodzi południe – najbliższy herold zamrugał zdziwiony. – Tak czy owak, oto treść posłania: Jego Wysokość Alderyk, król Lillimeru, pragnie zaprosić Rodriga, szacownego gościa z Królestwa Brobdingaru, oraz kapitana Jakuba Kowadełko z lillimerskiej armii na uroczystą audiencję do miasta stołecznego Lilliory. Nasz pan będzie z radością i niecierpliwością oczekiwał waszego przybycia.

– Audiencja u samego króla? – Rodrigo ożywił się, lecz zaraz mina mu zrzedła. – Ale ja nie mogę stanąć przed Jego Wysokością w takim stanie! Półnagi? W tych łachmanach? – wykrzyknął, zawstydzony otulając się kocem.

Komendant i posłańcy popatrzyli na chłopca, w którego słowach było sporo racji. Niewiele miał na sobie, a to, co miał, w istocie nie nadawało się na formalną audiencję.

Z tłumu, który zdążył tymczasem zgromadzić się dookoła, wystąpił lillifemski krawiec Berto i drapiąc się z zakłopotaniem po brodzie, rzekł:

– Uszyłbym mu coś odpowiedniego, gdybym miał dostateczną ilość materiału…

– Nie obawiaj się, szlachetny cudzoziemcze! – naczelny herold zwrócił się do Rodriga. – Krawcy i szewcy z Lilliory mogą wykonać dla ciebie nowy, piękny strój godny królewskiego gościa. Będą tylko potrzebować twoich dokładnych wymiarów.

– Dzięki bogom! Może w końcu nasze córki przestaną się tak za nim oglądać! – zażartował któryś z mieszkańców miasta.

– Ach! Niech pan nie mówi takich rzeczy! – Chłopak poczerwieniał na twarzy i opatulił się szczelniej kocem.

Brobdingarczyk był już raz mierzony, gdy budowano machinę do jego transportu, pozostało więc tylko zdjąć z niego kilka szczegółowych miar. Zadania tego podjął się Berto, ledwie jednak zbliżył się ze swoją miarką do bosych stóp Rodriga, ten zachichotał nerwowo i gwałtownie cofnął je przed nim, przyciągając kolana do podbródka.

– To łaskocze – wyjaśnił.

– Nawet cię nie dotknąłem! – żachnął się krawiec.

Ostatecznie chłopak, gdy mu podano kawał ponacinanej w równych odstępach liny, poradził sobie sam i królewscy wysłannicy ruszyli w drogę powrotną. Jego nowe odzienie miało zostać dostarczone w przeciągu tygodnia.

W oczekiwaniu na nie Rodrigo nie marnował czasu. Chętnie pomagał mieszkańcom miasteczka we wszelkiego rodzaju pracach budowlanych i naprawczych, nosił wodę, ściągał z drzew kotki i dmuchał w wiatraki przy bezwietrznej pogodzie. Szukając coraz to nowych sposobów, by być przydatnym, zażyczył sobie także, by spleciono dla niego ogromną sieć i odtąd co ranek wychodził w morze na połów, w pojedynkę łapiąc więcej ryb niż wszyscy lillifemscy rybacy razem wzięci.

– A niech mnie rekin połknie! On nam odbiera robotę! – wykrzyknął pewnego razu jeden z nich, widząc, ile dorszy, śledzi i makreli przytaszczył do miasta chłopiec.

W wolnych chwilach kolos bawił się z dziećmi lub zwróconym mu przez kapitana Kowadełko scyzorykiem strugał w wyrzuconym przez fale drewnie. Udało mu się wyrzeźbić podobizny czterech najważniejszych lillimerskich bogów, które następnie pomalowano i ustawiono na placyku przed świątynią.

Wreszcie przyszedł dzień, w którym do miasta wtoczył się masywny wóz załadowany złożonymi w kostkę gigantycznymi ubraniami. Olbrzym nie mógł się wprost doczekać, by je przymierzyć. Zanim to jednak zrobił, odchrząknął znacząco i rzekł czerwony na twarzy do stłoczonego na rynku ciekawskiego tłumu:

– Czy moglibyście odwrócić się lub zamknąć oczy, gdy będę się rozbierał? Nie chcę tego robić tak na widoku…

Zawstydzeni mieszkańcy Lillifemu niezwłocznie zastosowali się do jego prośby. Gdy chłopak pozwolił im znów na siebie popatrzeć, z trudem rozpoznali w nim obdartego, bosonogiego wielkoluda, którego morze cisnęło na brzeg ich wyspy. W zielonej, wyszywanej złotą nicią tunice, ściągniętej na biodrach bogato zdobionym pasem, rdzawoczerwonej kamizelce i takiego samego koloru spodniach, Rodrigo nie wyglądał już jak żebrak, lecz jak prawdziwy brobdingarski książę. Strój uzupełniały czarne aksamitne pończochy i trzewiki z miękkiej brązowej skóry, sprawiające wrażenie bardzo wygodnych.

– To co, kochanieńki, kiedy wybierasz się do króla? – spytała pani Eufrozyna.

– Zaraz po śniadaniu! – odparł radośnie olbrzym, uszczęśliwiony rezultatem swojej transformacji. – Po drodze zahaczę o twierdzę i zabiorę pana komendanta. Ciekawe, co powie, kiedy mnie zobaczy!

Koniec

Komentarze

Masz dobry warsztat, nie widać jakichś większych technicznych niedociągnięć. Jedynie takie niuanse jak na początku:

miotając „Śmigłą Mewą” na wszystkie strony – jako czytelnik nie wiem, co to jest, przydałoby się dopełnić po przecinku, choćby dwoma słowami, np. …okrętem klasy….

 

oby go nie opuściło i dotarł na jakąś wyspę… – brakuje drugiego oby; czasem lepiej zastosować powtórzenie, niż wywalać je ze szkodą dla odbioru zdania;

 

Mój problem z początkiem tej powieści nie leży w sposobie pisania, bo ten jest naprawdę przyzwoity, ale w sposobie przedstawienia świata i bohatera. Powinieneś w prologu albo w pierwszym rozdziale tak zbudować bohatera, żeby czytelnika interesowały jego dalsze losy – koniecznie przed dotarciem do wyspy, czyli twojego świata przedstawionego, gdzie trzeba z kolei rozbudzić ciekawość do zaproponowanej koncepcji, a przez to nie będzie tam miejsca na nakreślenie bohatera, jego celów, motywacji itd. Choćby on się nie mógł doczekać powrotu do domu z tego feralnego rejsu, bo tam czeka na niego wielki czarny kut… to znaczy kakadu, który za nim tęskni… Żartuję tu sobie, ale pewnie wiesz, o co mi chodzi. Powieść musi kupić czytelnika a przede wszystkim wydawcę tymi pierwszymi intrygującymi stronami.

 

Proponuję więc najpierw rozbudować prolog, aby późniejsza akcja nabrała dla czytelnika jakiegokolwiek rysu emocjonalnego. Rozdziały też są jak dla mnie za krótkie. Właśnie dlatego, bo jak typowy facet pozbawiłeś ich głębi psychologicznej bohaterów, a skupiłeś się na ich działaniach – to za mało, nawet jeśli naprawdę warsztatowo jest chędogo. Widać, że długo pracowałeś nad szlifowaniem swych pisarskich umiejętności i to możesz sobie zapisać jako duży plus. Nawet interpunkcja siedzi.

 

Kolejnych rozdziałów, tak szczerze, nie będę czytał właśnie dlatego, bo nie jestem w stanie w żaden sposób utożsamić się z bohaterem. Nawet jeśli samo czytanie twojego tekstu jest przyjemne, musi być jeszcze emocja, której tutaj ewidentnie brakuje. 

Dziękuję za komentarz!

 

miotając „Śmigłą Mewą” na wszystkie strony – jako czytelnik nie wiem, co to jest, przydałoby się dopełnić po przecinku, choćby dwoma słowami, np. …okrętem klasy….

W następnym zdaniu jest wyjaśnione, że “Śmigła Mewa” to karawela.

 

Mój problem z początkiem tej powieści nie leży w sposobie pisania, bo ten jest naprawdę przyzwoity, ale w sposobie przedstawienia świata i bohatera. Powinieneś w prologu albo w pierwszym rozdziale tak zbudować bohatera, żeby czytelnika interesowały jego dalsze losy – koniecznie przed dotarciem do wyspy, czyli twojego świata przedstawionego, gdzie trzeba z kolei rozbudzić ciekawość do zaproponowanej koncepcji, a przez to nie będzie tam miejsca na nakreślenie bohatera, jego celów, motywacji itd. Choćby on się nie mógł doczekać powrotu do domu z tego feralnego rejsu, bo tam czeka na niego wielki czarny kut… to znaczy kakadu, który za nim tęskni… Żartuję tu sobie, ale pewnie wiesz, o co mi chodzi. Powieść musi kupić czytelnika a przede wszystkim wydawcę tymi pierwszymi intrygującymi stronami.

Historia ta ma w zasadzie dwóch głównych bohaterów – Rodriga i kapitana Jakuba Kowadełko, przy czym z początku akcja jest prowadzona z perspektywy tego drugiego. Rodriga poznajemy stopniowo, nie od razu. Ale zgadzam się, dla wielu osób brak jednego wyraźnie nakreślonego protagonisty może być minusem.

 

Właśnie dlatego, bo jak typowy facet pozbawiłeś ich głębi psychologicznej bohaterów, a skupiłeś się na ich działaniach – to za mało, nawet jeśli naprawdę warsztatowo jest chędogo.

Dalej jest lepiej pod względem psychologicznym, ale jestem w stanie zrozumieć, że początek nie zachęcił. Mimo wszystko dziękuję za chwile poświęcone na zapoznanie się z fragmentem i napisanie komentarza. Pozdrawiam!

"Moim ulubionym piłkarzem jest Cristiano Ronaldo. On walczył w III wojnie światowej i zginął, a teraz gra w reprezentacji Polski". Antek, 6 l.

Witaj. :)

Czytając miałam rzeczywiście wiele skojarzeń z powieścią o Guliwerze, zaznaczoną przez Ciebie w przedmowie. :)

Przebiegłam oczami szybko tekst, nie zauważyłam jakichś usterek językowych, lecz nie wczytywałam się zbyt dokładnie, wybacz, ale to bardzo obszerny fragment. :) Twoje przedstawianie fabuły, sposób narracji i dialogi zawsze przypadały mi do gustu. Jeśli zamierzasz oddać tę powieść do druku, warto, aby zajrzał do niej jeszcze ktoś z wydawnictwa bardzo dobrze obeznany z zasadami pisowni, bo szkoda, aby taki tekst pozostawał jedynie fragmentem. :) 

Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :) 

Pecunia non olet

Nowa Fantastyka