- Opowiadanie: Przemek123xx - Tysiąc ciosów

Tysiąc ciosów

Jest to przedostatni rozdział powieści, który ma porozstawiać znaki zapytania.

Oceny

Tysiąc ciosów

„Nie wiem jaka broń będzie użyta w trzeciej wojnie światowej, ale czwarta będzie na kije i kamienie.” – Albert Einstein.

 

Migar parł naprzód ku Syvandis na koniu przygotowanym przez stajennego z Barkleach. Wiatr smagał mu twarz, a oddech parował w chłodnym powietrzu, lecz żaden podmuch nie zdołał rozwiać ciężkich myśli, które oplatały go niczym duszące pnącza. Im bardziej próbował je strząsnąć, tym mocniej zaciskały się na gardle umysłu, wlewając w duszę gorycz i niepokój. Nie mógł wyrzucić z głowy śmierci Zyhryda, człowieka, którego zdążył polubić mimo krótkiej i burzliwej znajomości. Przez jakiś czas ich losy biegły wspólną ścieżką, a teraz ta ścieżka kończyła się krwawą smugą na kamieniach.

Zaginiony chłopiec również nie dawał mu wytchnienia. Gdzie teraz był? Czy ktoś go uratował, czy może spotkał go los gorszy od śmierci? Im dłużej Najemnik o tym myślał, tym bardziej czuł, że poznanie prawdy nie przyniesie ukojenia.

I wreszcie Elaine. Jej obraz pojawiał się w jego umyśle najczęściej, drążąc w nim wyrwę, której nie potrafił zapełnić. To ona była największym lękiem. Czy przeżyła rzeź w Białym Rogu? Czy zdołała zbiec w porę, umykając przed żelazem i płomieniami, czy może jednak pozostała z Zyhrydem do samego końca? Migar nie znał odpowiedzi, ale w głębi serca bał się jednej rzeczy, że nigdy już jej nie zobaczy.

Tymczasem Hasan, jak to on, wciąż balansował na cienkiej granicy między wojną a rozmową z własną żoną. Mówiono, że to pierwsze przychodziło mu znacznie łatwiej. Może dlatego siedział teraz w komnacie audiencyjnej, gotowy rozpocząć obrady dywanu, zamiast wsłuchiwać się w jej słowa.

Spojrzał na zebranych. Po jego prawicy siedział mężczyzna, który sprawował władzę nad towarzyszami z klanu Bladoskórych, człowiek ponury, cichy, lecz o spojrzeniu, które zdawało się wypruwać z rozmówcy wszelką pewność siebie. Naprzeciw niego, z brodą wspartą na splecionych palcach, tkwił Kylhar, a tuż obok kapitan straży, Belyban Widłonosy, wysoki, szeroki w barach, o skórze ciemnej jak spalona ziemia i dłoniach pooranych bliznami.  

Ostatni z obecnych, kasztelan Deswin, był najstarszy z nich wszystkich. Miał twardy wyraz twarzy, a włosy, noszące już ślady siwizny, przypominały wełniane wici. Strój miał prosty, ale starannie dobrany – czerwień i złoto świadczyły o randze, lecz on sam wolałby, aby sądzono go po czynach, nie po barwach.

Lord Hasan zmrużył oczy, przebiegając spojrzeniem po towarzyszach. Jego zielone oczy czytały dusze rozmówców.

– No i co myślicie? No, mówcie do chuja. Jesteście tu od tego, by doradzać, a jednak nie możecie znaleźć słów.

Deswin splótł ręce na piersi i rzucił, jakby od niechcenia:

– Co z tym zarośniętym najemnikiem?

Hasan westchnął cicho.

– A co ma być? Wypuściłem go.

Nie uszło jego uwadze, jak zmieniły się wyrazy twarzy zebranych ludzi. Nie musieli nic mówić, wystarczyło jedno spojrzenie, by wiedział, że uważają to za błąd. Że lepiej byłoby trzymać go tu, pod kluczem, dopóki sytuacja nie nabierze kolorów.

– Wiem, co robię – tłumaczył Hasan. – Wyruszył do stolicy, niech kiełkuje tam swoją nienawiść do Niebieskich. Prędzej czy później wyda owoce.

Wreszcie odezwał się Belyban, dotąd siedzący w milczeniu.

– Nie widzę potrzeby wychodzić na drugi brzeg i mierzyć się z nimi twarzą w twarz. Z tego, co mówiłeś, mamy zapasów na dwa lata. Wrogowie nie zdążą zbudować trebuszy, nie mogą sobie pozwolić na stratę takiej ilości czasu. Zaczną oblegać handlową część miasta lada moment, ale więcej szkód nam nie wyrządzą. Na tym ich siła się wyczerpie.

Kylhar prychnął cicho, kręcąc głową.

– Długo nie będą siedzieć o pustym żołądku. A kiedy żołnierze są głodni, nie umierają z głodu, rozumiesz? Oni zaczynają zjadać innych. Spalą ziemię wokół nas, wyrżną wszystko, co się rusza. A potem co? Ludzie zwrócą się przeciw nam. Łatwiej jest znienawidzić własnego pana za murem, niż wroga poza nim. Wezmą nas za pizdy chowające się za murem, czekające, aż wojna przejdzie obok. Gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą. Musiało do tego dojść. Ktoś nas zdradził i wypaplał, że ostrzymy na nich zęby. Wątpię, aby to była sprawka sów. Musimy wymyślić plan bitwy i stawić im czoła – dodał. – Chyba nie chcemy, żeby tak nas zapamiętano?

– Rozumiecie chyba, że zgodziliście się być częścią tego wszystkiego, co tu zgotowałem. Myślałem jednak, że zdążymy działać w ukryciu dłużej. Że nim ktokolwiek się zorientuje, zbierzemy więcej sojuszników, umocnimy pozycję, a tu bieda. – Hasan błądził oczyma po pomieszczeniu, aż w końcu zatrzymał wzrok na Kylharze. – Jest jeszcze jedna kwestia. Czy Hjalkan będzie z nimi? – Napięcie w sali zgęstniało jak burzowe chmury. – Jeśli wyruszy na ich czele, żadna strategia i żadne mury nas nie ocalą. Balisty na naszych wieżach są zbyt wolne, zbyt nieprecyzyjne, by strącić to jebane ptaszysko. Gdy tylko weźmie udział w tej bitwie, to tylko kwestia czasu, zanim moje miasto zamieni się w ruinę.

– Znam go od bardzo dawna – oznajmił Skoroświt. – Pamiętam czasy, gdy ledwie meszek wyrastał mu nad wargą, gdy patrzył na świat oczami młokosa, który jeszcze nie wie, że ten świat zeżre go w całości. A jednak coś go powstrzymuje. Gdyby było inaczej, już dawno mielibyśmy z nim kłopot. Albo kieruje swój wzrok ku innym sprawom, albo działa w ukryciu, służąc królowi. Ale stawiam, że to nie my jesteśmy jego celem. To wojna między nami a Vezganem i jego kundlem, Jasperem Blodwynem.

– Ty też nim kiedyś byłeś. – Okazało się, że Bladoskóry potrafi jednak mówić. – Prawie każdy nim był, a teraz oto wszyscy tu jesteśmy, by to zmienić. – Zgarbił się nad stołem, kładąc na nim wielkie dłonie. – Jestem za tym, żeby zgotować im piekło na handlowym brzegu. Znacie te ulice, korytarze, jakbyście po ciemku macali własne jaja. Mogą mieć więcej ludzi, ale mniej pomysłów.

Deswin pokiwał głową.

– Dobrze mówisz, przyjacielu.

– Żaden ze mnie przyjaciel – odparł ponurak. – Po prostu chcę tego, co wszyscy. Niebieskiej krwi.

– Zawsze myślałem, że będę tym, który poczeka, aż obie strony padną, by zebrać resztki – rzucił Hasan, opierając się o masywną, rzeźbioną poręcz krzesła. Jego usta wygięły się w czymś, co mogło uchodzić za uśmiech. – Nie mam dokąd odesłać synów. Tutaj ich życie będzie zagrożone.

Kasztelan Deswin odchrząknął, zanim się odezwał:

– Mój panie, wyślijmy ich wodą do Frelbordów. Ajamed jest twoim zaprzysiężonym chorążym, a jego ziemie leżą daleko od wojny. Tam będą bezpieczni. Szybka sowa uprzedzi ich o przybyciu chłopców.

– Frelbordowie… – rzucił w zamyśleniu lord Koniczyna. – Przydaliby się tutaj. Ale na to już za późno. Nie możemy liczyć na jakąkolwiek odsiecz. Jesteśmy skazani na siebie. Ale tak. Odeślemy chłopców. Kilku służących również. – I Gyselle – dodał w końcu. Samo wymówienie jej imienia było dla niego gorzkim obowiązkiem. – Niech wyruszą najszybciej, jak tylko to możliwe. Dopilnuj wszystkiego. – Uniósł wzrok, ale napotkał jedynie sufit. – Skurwysyny. Mogli go chociaż pojmać i trzymać jako więźnia… – Choć los wielokrotnie stawiał jego i Zyhryda po przeciwnych stronach barykady, choć od dzieciństwa pogrążeni byli w sporach i konfliktach, to przecież wciąż byli braćmi. Braćmi Narowilu. Koniczyna pamiętał wspólne chwile, kiedy jako chłopcy zakradali się pod okna dworskich panien, śmiejąc się w cieniu nocy, albo gdy wykradali z piwnic beczułki wina należące do ich dziada i pili je ukryci wśród wysokich traw, marząc o przyszłości, która miała potoczyć się zupełnie inaczej. Teraz nie zostało nic poza pustką.

I tak się stało. Jedno zmartwienie mniej, choć nigdy ich nie brakowało. Kilka godzin później, gdy miasto jeszcze nie zdążyło w pełni pojąć, że nadciąga koniec, rozpoczęła się ewakuacja. Przemieszczano dzieci, starców, rybaków i handlarzy, wszystkich tych, których jedyną winą było to, że znaleźli się w niewłaściwym miejscu, w niewłaściwym czasie. Szli w milczeniu, bez słowa skargi, dźwigając na barkach tyle, ile zdołali unieść: tobołki z ubraniami, okruchy dawnego życia, strach o tych, co zostawali. Za nimi pozostawały puste domy, a przy nich wkrótce miały gnieździć się tylko wrony i szczury.

Żona Hasana wsiadła na łódź jako ostatnia, tuż za ich dziećmi. Przystanęła na moment, odwróciła głowę, szukając wzroku męża, ale on już nie patrzył. Wiedział, że jeśli to zrobi, serce zaciśnie mu się w piersi jak wilczy potrzask. Mimo wszystko dała mu sześciu synów, choć pierwszy z nich mógł należeć do Zyhryda. Gdy ostatnia łódź odbiła od brzegu, a woda pochłonęła dźwięk wiosłujących rąk, sowy poderwały się do lotu. Ich skrzydła przesłoniły niebo, niosąc zwoje opatrzone lakowymi pieczęciami w kształcie dzika. Wiadomość miała, albo raczej musiała dotrzeć do tych, co jeszcze mogli zareagować, do tych, którzy mieli w sobie dość odwagi lub desperacji, by stanąć u ich boku. Choćby tylko po to, by łączyć się w bólu i szerzyć nienawiść do Niebołamaczy.

Ale Hasan nie miał złudzeń. Żadna odsiecz nie nadejdzie – przekonywał samego siebie. Nie w porę. Ucieczka nie była drogą, jaką mógł obrać, ani losem, który mógł narzucić swoim ludziom. Obrona Barkleach pozostawała jedyną ścieżką, wiodącą do honoru i godności. Zbrojni Narowilu doskonale wiedzieli, jak się sprawy mają. Gdyby tylko porzucili swoje ziemie, jeśli zostawiliby miasto na pastwę wroga, ich nazwisko zostałoby splamione na wieki. A splamionego nazwiska nie zmyje żadna rzeka.

– Zyhryd zawsze lubił gotować – powiedział, wspominając stare czasy. – Kochał ogniska, dym i zapach mięsa skwierczącego na ogniu. – Zamilkł na chwilę, pozwalając, by te słowa zaczęły docierać do umysłów zgromadzonych. – Wypuścimy te jebane psy do miasta, ot tak. Wywiesimy białą flagę, otworzymy bramy, a potem… A potem zaczniemy gotować, panowie.

Początkowo jego doradcy przyjęli te słowa z niedowierzaniem, a nawet niepokojem. Wpuszczenie wrogiej armii do serca Narowilu bez choćby symbolicznego oporu wydawało się szaleństwem. Jednak im dłużej słuchali, tym bardziej ich początkowa nieufność ustępowała miejsca fascynacji. Plan, który z początku brzmiał jak kapitulacja, stopniowo odsłaniał swoją przebiegłość, a w ich umysłach zaczynała kiełkować myśl, że może właśnie w tym szaleństwie kryje się największa szansa na zwycięstwo.

Plan, który obmyślił, był definicją poświęcenia. Zaczęto gromadzić tyle smoły, ile tylko zdołali wygrzebać z piwnic. Gęsta, lepka ciecz, gotowana do wrzenia w wielkich kadziach, zazwyczaj była zrzucana na atakujących z murów, oblewając ciała i wprawiając w agonię, gdy podpalano ją pochodniami lub płonącymi strzałami. Nie było przed nią ucieczki, gdy tylko przylgnęła do skóry, wciskała się pod pancerze i wypalała mięso do kości.

Obrońcy zamków często przygotowywali smołę na długo przed oblężeniem, przechowując ją w drewnianych beczkach i rozmieszczając w strategicznych punktach, nad bramami, przy strzelnicach i wzdłuż murów. Specjalne rynny i leje kierowały wrzący płyn dokładnie tam, gdzie mógł wyrządzić największe szkody – na drabiny szturmowe, tarany oraz tłoczących się u wrót wrogów. Tym razem jednak Hasan postanowił pójść o krok dalej.

Zarządził, by dodatkowo wymieszać wszystko z siarką i tłuszczem, tym samym czyniąc broń jeszcze bardziej niszczycielską. Przewidując, że miasto i tak padnie, rozkazał oblać smołą gonty dachów, wypełnić nią szczeliny w chatach, nasączyć ławy i kramy, porozlewać ją pod drzewami. Całe Barkleach miało stać się jedną wielką pochodnią.

Czasu było niewiele, a przygotowania przebiegały w pośpiechu. Mimo to, udało się dopiąć wszystko na ostatni guzik. Pułapka była gotowa. Ukryta w cieniu zaułków, pod deskami domostw, w beczkach udających pełne ziarna, a w rzeczywistości wypchanych smołą, siarką i tłuszczem. Ławy na targowisku, kramy, nawet poskrzypujące pod butami drewniane podesty – wszystko było jednym wielkim stosem czekającym na płomień.

Gdzieś w oddali płakało dziecko, wiatr jęczał w ciasnych uliczkach, szarpał obdarte tkaniny zwisające z okien i wpadał w puste wnętrza domów. Nie wszyscy chcieli opuścić miasto. Wolą zginąć w tle nadziei, wśród popiołów swoich domostw, niż żyć w cieniu wroga – przemknęło mu przez myśl.

Jeden z rycerzy podszedł do Hasana. Twarz miał poszarzałą z braku snu, a w oczach krył się cień niepokoju.

– Wszystko gotowe – wyszeptał, ledwie poruszając wargami. Spojrzał w stronę horyzontu, gdzie wśród porannej mgły majaczyły sylwetki maszerującej armii. – Wystarczy jedna iskra, panie.

Lord Koniczyna nie odpowiedział od razu. Spojrzał na miasto, na kamienice, które jutro mogły być tylko stertą dymiących ruin. Zacisnął szczękę. To było konieczne. Nie mógł pozwolić, by Barkleach skończyło jak inne zdobyte miasta – splądrowane, splamione krwią jego ludzi. Jeśli miał oddać je wrogowi, to tylko jako płonącą pułapkę, która pochłonie ich razem z nim.

– Czekajcie – powiedział w końcu. – Niech wejdą głębiej. Niech poczują się pewnie. Mam jeszcze parę niespodzianek. Wykonajcie tyle, na ile pozwoli wam czas, zrozumiano?

– Tak jest.

Na murach, pomiędzy poszczerbionymi blankami, czuwali strażnicy, ich postawa miała zdradzać prowizoryczną rezygnację. Niektórzy ściskali włócznie tak mocno, że bielały im knykcie, inni nerwowo oblizywali spękane wargi, wpatrując się w migoczące światła wrogich obozowisk. Bramy stały otworem, a nad nimi łopotała biała flaga, znak kapitulacji. Wróg nie miał powodów, by podejrzewać podstęp, miasto wyglądało na ugięte, złamane. W końcu wysłano posłańca. Jechał powoli przez most łączący oba brzegi, a długi drzewiec, na którym zawieszono białą płachtę, drżał pod naporem wiatru.

Wrogie chorągwie falowały na horyzoncie, jeszcze nieświadome, że oto wkraczają w paszczę ognia.

Barkleach było miastem podzielonym na dwie części, a teraz przed tą drugą kłębiło się cztery tysiące zbrojnych, roznoszących wszystko w pył. Druga połowa, rozdzielona stalowoszarym nurtem rzeki, miała w sobie coś surowego i nieprzystępnego. Dominowały tu budynki, wzniesione z chropowatego kamienia, ich spadziste dachy ociekały wilgocią, a fundamenty zapadały się w rozmokłą, wiecznie nasiąkniętą ziemię. Bruk pokrywał jedynie główne alejki i place, podczas gdy boczne uliczki tonęły w błocie, tworząc plątaninę wąskich, krętych przejść, w których łatwo było się zgubić.

Na uboczu, wznosząc się nad resztą zabudowań, stała stara twierdza. Jej ponure wieże wyzierały zza dachów niczym złowieszcze szpony. To stąd rządził Hasan – człowiek, który znał każdy kamień w tym mieście i każdą duszę, która odważyła się nazwać je domem.

Dźwięk wojny narastał z każdą złamaną kością, z każdym przebitym ciałem, jękiem konających i głowami odbijającymi się od ziemi. Powietrze było ciężkie od krwi i popiołu, a echo rzezi rozbrzmiewało między kamienicami, tworząc symfonię zniszczenia. Vezgan odczytał rozkaz w Białym Rogu i teraz go wykonywał.

Pierwszym, co zrobił, było zebranie na naradę Iylona i Rybiego Pęcherza. Brzemienna Syana została odesłana do obozu pół dnia drogi wcześniej. Lepiej, by pozostała tam, z dala od przypadkowej strzały i chaosu, który rozgrywał się w mieście. Razem z nią, pod czujnym okiem straży, pozostał chłopiec. Drugi więzień, Lunos, nie miał tyle szczęścia. Przywiązany do drewnianego pala, został popędzony na pierwszą linię ognia, gdzie miał stać się żywą tarczą. Niebołamacz miał nadzieję, że ten widok poruszy serca wrogich dowódców. Może Lunos był kimś istotnym dla nich, a jego cierpienie zmusi Kylhara i Najemnika do wyjścia z ukrycia.

Teraz jednak istotniejsze było, co sądzili jego dowódca i górnik.

– Musimy zachować czujność – powiedział Rybi Pęcherz, mrużąc oczy, jakby próbował dostrzec coś, co skrywały mury miasta. – Nie możemy ślepo wmaszerować w ulice pełne zasadzki.

Iylon prychnął pogardliwie.

– Następna pizda – rzucił z kpiną. – Musimy ich wyciąć, zanim dotrą tu posiłki. Hasan ma wielu sprzymierzeńców.

– Może nawet srać złotem, a to nic mu nie da – burknął. – Nikt nie przemierzy tak długiej drogi, tylko po to, żeby walczyć z królewską armią albo zastać puste, zniszczone miasto.

Niebołamacz milczał, słuchając, jak się spierają. O to, kto ma rację. Kto widzi więcej.

– Niekoniecznie – odezwał się w końcu. – Mam pewne plany co do tego miejsca. Ale Górnik ma rację. To pułapka. Ale i tak w nią wejdziemy, tylko na własnych warunkach.

Wszyscy zbledli, ale ten nie przestawał mówić.

– Wiem, czego możemy się spodziewać. Ten brat jest chyba tym sprytniejszym. Wpuszczą nas do środka, pozwolą wejść głębiej, a gdy już rozlejemy się ulicami, wtedy zatrzasną pułapkę. Barykady na końcach traktów, wozy ustawione w poprzek, zapadane bramy, pale blokujące przejścia. Znajdziemy się w wąskich gardłach ulic.

– Wtedy będziemy łatwym celem – mruknął Górnik. – Kusznicy i lancnicy będą mieli używanie, strzelając do nas z dachów i okien. Będziemy padać jak bydło prowadzone na rzeź.

Iylon skrzywił się jeszcze bardziej. Bolało go, że jego pan poświęca tyle uwagi słowom starego górnika, który jedynie cudem znalazł się w tym kręgu. Mimo to, nie zamierzał milczeć.

– Kotły z wrzącym olejem – wtrącił, nie kryjąc nuty wyższości. – Na to możemy być pewni. Ale jeśli są naprawdę przebiegli, mogą sięgnąć po coś gorszego. Worki z wapnem. – Wiedział, co mówi, bo po zetknięciu z potem, deszczem, a nawet krwią, wapno powodowało straszliwe oparzenia i ślepotę.

– Nie będzie wilczych dołów – powiedział z przekonaniem Vezgan, przeciągając dłonią po świeżo ogolonej twarzy.

Rybi Pęcherz spojrzał na niego z ukosa.

– Skąd ta pewność?

– Hasan jest chciwy. Łasy na złoto, na ziemię, na władzę. Nie spaliłby własnego dziedzictwa, choćby miało go to ocalić. To dla niego cenniejsze niż życie.

– Ruszamy, nie ma czasu – rozkazał Vezgan. – Oni mieli go wystarczająco, by coś uknuć. Nie wyłapaliście wszystkich ludzi Zyhryda. Nie widzieliście, ile sów przelatywało po niebie? Wiadomości do nich dotarły bardzo szybko.

– Wasza Niebosiężność – rzucił Górnik z przesadzonym szacunkiem, mimo tego, że nie zwracał się do samego króla. – A co, jeśli naprawdę zamierzają się poddać? Jeśli ta kapitulacja jest szczera? Może nie musimy przelać krwi?

Vezgan spojrzał na niego, jakby chciał wyciągnąć duszę wzrokiem.

– Wtedy i tak poczują falę stali.

Gdy posłaniec dotarł do obozu Niebołamacza, był to obraz godny samego władcy. Namiot, ustawiony w samym sercu obozowiska, stał jak przenośna forteca, rozpięta na cienkiej granicy między mrokiem a światłem. Wysokie, wytrzymałe słupy, wykonane z ciemnego drewna, trzymały na sobie ciężkie płótno, bogato haftowane złotą nicią, które w przeszłości zapewne miało zaszczyt gościć monarchów.

Krawędzie tkaniny były ozdobione kolorowymi frędzlami, a na każdym narożniku powiewały królewskie sztandary. Pośrodku, na wyłożonym grubymi dywanami i skórami posadzce, stała szeroka, bogato zdobiona ława. Nad nią, wzdłuż jednej ze ścian namiotu, wisiała starannie wykonana mapa wojennego teatru działań, wyznaczająca granice władzy, jak i całe jej ambicje.

Posłaniec nie zamierzał zwlekać. Po krótkim skinięciu głowy wszedł do wnętrza, a wprowadził go Beheros Blodwyn, mężczyzna w wieku około trzydziestu pięciu lat, z długimi, ciemnymi włosami i wyraźnie zarysowaną szczęką. Na piersi nosił zbroję, która natychmiast przyciągała wzrok. Wytłoczony symbol przebitego serca na wyblakłym białym tle był nie tylko oznaką służby, ale i przestrogi – wokół serca krążyły pijawki, a ich obecność stanowiła krwawą metaforę przeszłości. Nie był człowiekiem, który unikał konfrontacji z najmroczniejszymi aspektami wojennego rzemiosła.

Beheros, choć nieobecny na ostatnich naradach, nie był osobą, której zniknięcie pozostawałoby niezauważone. Vezgan rozkazał mu przygotować oblężenie. Spadkobierca Galgrave był wybitnym strategiem, który potrafił planować ruchy na polu bitwy, jakby były to figury na szachownicy. Wojowniczy duch łączył się z bezwzględnym pragmatyzmem, dlatego jego nieobecność na naradzie miała swoje głębokie uzasadnienie.

– Mów jelonku – warknął na posłańca. – Stoisz przed królewskim bratem.

Te słowa, wypowiedziane z zimną pewnością, niosły w sobie pewną głębię, która zabolała Vezgana. Jednak nic nie powiedział, nie dając po sobie poznać, że coś go ruszyło.

Posłaniec rozejrzał się nerwowo po zgromadzonych.

– Mój pan… chce się poddać – wykrztusił, zastanawiając się, czy dalsze słowa nie będą miały tragicznych konsekwencji. – Jednak boi się, że odrzuci miecz i zostanie zabity.

Nagle usłyszeli dziesiątki wron, zrywających się do lotu. Ich trzepotanie skrzydeł na moment wytrąciło ich z chwilowego zamyślenia.

– Lord Hasan jest zdrajcą i czeka go kara – wytłumaczył Niebołamacz. – Zaprzyjaźnił się z Buntownikiem, nie wiedziałeś? Nie będę z nikim pertraktował. Wrócisz na drugi brzeg i umrzesz od ścisku i gorąca. Wtedy zrozumiesz, na co naraził was twój pan.

Mężczyzna wybałuszył oczy, próbując protestować.

– Panie! – jęknął. – Jestem tylko posłańcem, przecież nie mo…

Nie skończył zdania, bo w tej samej chwili Beheros Blodwyn, stojąc obok, zauważył gniew, który nieuchronnie malował się na twarzy swojego władcy. Błyskawicznie wyciągnął miecz i jednym ruchem oddzielił głowę posłańca od ciała. Krew rozprysła się, zabrudziła nie tylko ubranie Beherosa, ale i fragmenty drogich tkanin, które pokrywały wnętrze namiotu. Czerwony płyn wkrótce zlał się po podłodze, ale Niebołamacz niczym się nie przejął. Inni nie wydali z siebie żadnego dźwięku.

Wojna rządziła się własnymi prawami, bez względu na to, czy była oficjalnie wypowiedziana, czy toczyła się w cieniu intryg. Oblężenie rozpoczęło się, lecz w sposób, którego Hasan się nie spodziewał.

Kiedy połowa armii przekroczyła most, ludzie Koniczyny, działając w ukryciu, wysadzili podpory mostu. W jednej chwili drewniana konstrukcja, przez lata uznawana za niezdobytą, zawaliła się z ogłuszającym hukiem. Ogromne bale i kamienne filary runęły w odmęty wezbranej rzeki, porywając ze sobą tych, którzy nie zdążyli uskoczyć. Rozległy się wrzaski tonących, których ciężkie pancerze ciągnęły ich w dół niczym kotwice. Nie było drogi odwrotu. Nie było sposobu na ponowne połączenie sił.

Jednak armia Vezgana nie była tą, która łatwo dawała się osaczyć. W ciemności nocy, gdy światło pochodni odbijało się w wodzie niczym tysiące roztańczonych duchów, jego wojownicy ruszyli do ataku. Najpierw przepłynęli rzekę, choć nurt był zdradziecki, a zimna woda paraliżowała kończyny. Wyposażeni w haki z linami, wspinali się po murach, zdobywając kolejne stopy kamiennej twierdzy. Nie potrzebowali bram i mostów, byli wilkami, które znajdą każdą szczelinę, by dostać się do środka.

Tuż przed pierwszym rzędem tarczowników, przywiązany grubymi linami do drewnianego pala, chwiał się Lunos. Popędzany ostrzem włóczni, zataczał się na nierównym bruku. Gdy tylko tarczownicy Vezgana wkroczyli na główny plac, z murów posypał się pierwszy grad strzał. Ciemna chmura zafurkotała w powietrzu, a potem opadła na ziemię z ponurym świstem. Niektórzy wojownicy osunęli się na kolana, trafieni w gardła, twarze i uda – ci, którzy nie zdążyli unieść tarcz, padali jak muchy, drgając konwulsyjnie w kałużach własnej krwi.

Reszta zacisnęła szyki, wznosząc drewniano-stalowy mur, nad którym dygotały groty. Niektóre roztrzaskiwały się o spiżowe okucia, inne grzęzły głęboko w deskach, ale wiele z nich odnajdywało nieszczelności w pancerzach i nieosłoniętych fragmentach ciał.

Niebołamacz, patrząc na swoich ludzi kryjących się pod osłoną tarcz, nie okazał zdziwienia. Tyle z kapitulacji – pomyślał ponuro. Dziadek jest dla nich nikim, albo… Najemnika nie ma wśród nich. Nie ma nikogo, kto powstrzymałby łuczników.

Lunos próbował błagać, łkał i jęczał, jak robił to niezliczoną ilość razy w drodze do Barkleach. Głos rwał mu się w gardle, dławił się szlochem, lecz odgłosy bitewnego chaosu zagłuszały nędzne prośby. To była zapłata za jego wybory, za wierność Niebołamaczom. Przecież chciał im oddać Migara i chłopca, który przyplątał się do niego przypadkiem. A jednak teraz stał tutaj, między młotem a kowadłem – tyle że młotem były włócznie, bezlitośnie popychające go naprzód, a kowadłem deszcz strzał i bełtów.

Gdy stało się jasne, że nie przyniesie korzyści w posuwaniu się w głąb miasta, wyrok zapadł bez słów. Szczęście ocaliło go przed strzałami łuczników, ale nie przed stalą własnych panów.

Beheros, zakuty od stóp do głów w stal, stanął za nim, bez cienia wahania unosząc miecz. Ostrze zanurzyło się w potylicy starca i przeszyło czaszkę, by z cichym chrzęstem kości wyłonić się przez usta. Obrócił broń we wnętrzu, a potem jednym, płynnym ruchem wyrwał ją z powrotem. Zwłoki runęły na ziemię, a krew wsiąknęła w zabłocony bruk.

Z oddali Hasan przyglądał się wszystkiemu z lodowatym spojrzeniem.

– Pierdolone potwory – warknął, stojąc w otoczeniu swoich ludzi. – Im mielibyśmy nadal służyć?!

Dziadek otrzymał przynajmniej szybką śmierć. Podczas przesłuchań grożono mu czymś znacznie gorszym – siekierą miały zostać wyrąbane żebra od strony pleców, by potem wyciągnąć je na zewnątrz, rozwlekając ciało jak wnętrze rozprutej zwierzyny. W porównaniu z takim losem śmierć od jednego pchnięcia okazała się tą przyjemniejszą, jeśli można tak powiedzieć.

Vezgan uniósł dłoń, dając sygnał do zatrzymania. Oddział stanął u rozdroża ulic, gdzie wąskie, spowite mrokiem zaułki rozchodziły się w kilku kierunkach.

– Rozdzielamy się – zdecydował, nie spuszczając wzroku z ciemnych korytarzy miasta. – Beheros, weźmiesz część ludzi i pójdziesz lewą stroną. Iylon idzie z tobą.

Beheros skinął głową i bez słowa ruszył, prowadząc oddział w głąb labiryntu ulic.

Tymczasem na murach rozgrywała się inna bitwa. Wyznaczeni ludzie już dawno wznosili się po śliskich, wilgotnych kamieniach, przywiązani do lin i haków, które wpięli w szczeliny. W mroku poruszali się niczym cienie, wciągając się coraz wyżej, aż wreszcie przetoczyli się przez blanki. Zanim łucznicy na murach zdążyli wykrztusić słowo ostrzeżenia, pierwsze ostrza, błyszczące w słabym świetle, błyskawicznie trafiły swoje cele. Ciało jednego z łuczników zgięło się w nieprzyjemnym, niewłaściwym kącie, nim zdążył zdjąć łuk. Pozostali, zszokowani i ogłuszeni, nie byli w stanie zareagować na czas, a walka na murach wybuchła z brutalną siłą.

Coś było nie tak. Vezgan zastanawiał się, dlaczego atakują tylko z góry, dlaczego nie ma wrzącego oleju, ani zbrojnych, którzy broniliby wejścia do twierdzy. Mimo że plac przed twierdzą rozbrzmiewał szczękiem oręża, jękami rannych i tupotem walczących, czegoś tu brakowało. Ulice powinny być pełne ludzi, wąskie przejścia zablokowane barykadami, a z okien i dachów powinna spadać śmierć w postaci kamieni, bełtów i gorącej smoły.

Tymczasem wszystko, co otrzymali, to deszcz strzał z murów, skuteczny, ale niewystarczający do powstrzymania oblężenia. Wróg zdawał się walczyć połowicznie. Czekają – pomyślał. Tylko na co? Raz jeszcze uniósł dłoń w geście nakazującym postój i spojrzał w stronę Rybiego Pęcherza. Jego towarzysz marszczył brwi, a mięśnie szczęki drżały lekko – myślał o tym samym.

Gdy rozległy się groźne, gardłowe pomruki, szuranie racic po bruku i trzask pękających desek, żołnierze wciąż nie mogli pojąć, co się dzieje. Przez chwilę jedynie nasłuchiwali, serca dudniły im w piersiach, a dłonie mocniej zaciskały się na rękojeściach broni.

I wtedy wybiegły.

Z ciemnych zaułków na końcach ulic wypadły olbrzymie dziki, a ich masywne, pokryte bliznami cielska lśniły w świetle pochodni. Nozdrza parowały w chłodnym powietrzu. Na głowach miały przymocowane stalowe kolce, tworzące prymitywne, ale zabójcze uzbrojenie. Kły, długie niczym ludzkie przedramiona, ociekały zaschniętą krwią, a ślepia jarzyły się dziką furią, wytrzeszczone jak u istot opętanych szałem, które znały tylko jedno: rwać, rozszarpywać, zabijać.

Pierwsze uderzenie było jak trzęsienie ziemi. Jeden z dzików z impetem uderzył w szereg żołnierzy, miażdżąc ich pod ciężarem własnego cielska. Kości chrupały, przypominając suche gałęzie, zaś krwawe szczątki rozpryskiwały się po bruku. Drugi przebił się przez tarczę jednego z wojowników, stalowe rogi wbiły się w jego pierś, wyszły plecami, a ciało nieszczęśnika zawisło na ich końcach. Dziki szalały wśród ludzi, rozrzucając ich jak słomiane kukły, wbijając swoje kły w co się dało, rozdzierając ciała na strzępy.

Plac zamienił się w rzeźnię. Bruk nasiąkał krwią, tworząc śliską, lepką breję. Oszalałe zwierzęta biegły dalej, tratowały rannych, rozrzucały szczątki tych, którzy upadli. Jeden z żołnierzy zdołał wbić włócznię w bok bestii, ale ta jedynie zawyła i wyrwała broń z rąk, szarżując dalej z wbitym ostrzem jak z kolejnym ozdobnym kolcem.

Żołnierze nigdy nie walczyli z czymś takim. Wróg nie miał litości, rzucając na nich coś, co było równie brutalne, co niepowstrzymane. Hasan musiał hodować je latami – karmić surowym mięsem, tresować do zabijania, głodzić, by ich szał był jeszcze większy. Te zwierzęta nie bały się niczego, nie czuły bólu, a jedynym, co mogło je powstrzymać, była śmierć.

Bestie szarżowały jak żywe tarany, rozbijając resztę przeszkód. Huk uderzeń, ryk konających ludzi i rzężenie "zwierząt" mieszały się w jeden przerażający chaos.

Gdy dziki przebiegły alejki, zostawiając za sobą krwawe ślady, nagle z domostw wybiegli zbrojni. Uzbrojeni w miecze, topory i włócznie, dopełniali dzieła zniszczenia, rzucając się na osłabione oddziały. Wykorzystali chaos, jaki siały bestie, atakując tych, którzy wciąż próbowali podnieść się z ziemi, ledwo trzymając broń w drżących dłoniach.

U Blodwyna sytuacja wyglądała jeszcze gorzej. Bestie rozgromiły sporą część armii, a ci, którzy przetrwali, musieli teraz zmierzyć się z wojownikami Hasana. Wojna rozgorzała na dobre.

Beheros odrzucił z siebie martwe ciało towarzysza, które przygniotło go podczas pierwszej szarży. Chwycił miecz, cały lepki od krwi, i odbił cios przeciwnika, który runął na niego z uniesionym toporem. Stal uderzyła o stal, wywołując przeciągły, przeraźliwy zgrzyt. Pchnął barkiem, wytrącając napastnika z równowagi, a potem ciął od góry, rozłupując jego hełm i czaszkę brutalnym uderzeniem.

Kilka kroków dalej inny wojownik, wysoki i barczysty, walczył z dwoma przeciwnikami naraz. Jego wielki topór tańczył w powietrzu, roztrzaskując tarczę jednego z nich na drzazgi. Drugi spróbował wbić mu sztylet w bok, ale wojownik przewidział ten ruch – skręcił biodra, pozwalając ostrzu ześlizgnąć się po kolczudze, a potem wyprowadził miażdżący cios rękojeścią w twarz napastnika. Kości pękły, krew i zęby chlusnęły na ziemię.

W innym miejscu dwóch kuszników walczyło desperacko przeciwko jeźdźcowi na czarnym koniu. Jeden zdążył wypuścić bełt, który wbił się w ramię przeciwnika, ale to go nie zatrzymało. Jeździec ściął go jednym zamachem, a jego ciało upadło na ziemię. Drugi kusznik sięgnął po nóż, ale nie zdążył, koń przewrócił go na plecy, a ostrze jeźdźca przeszło przez gardło, wywołując bulgoczący charkot.

Walka trwała wszędzie. Krzyki rannych, szczęk oręża, tępe uderzenia broni w ciała, chrzęst łamanych kości i wrzaski konających mieszały się w jeden straszliwy, niekończący się zgiełk. Walczący przewracali się na śliskim od krwi bruku, umierali w błocie, rozszarpywani przez dziki, rozcinani stalą, tratowani końmi. Z każdą chwilą ulice zamieniały się w pole śmierci.

W jednym z bocznych zaułków dwaj wojownicy ścierali się z brodatym zbrojnym o szerokich ramionach i bliznach znaczących twarz. Uzbrojony w długi miecz poruszał się z zadziwiającą zwinnością jak na swoją posturę. Pierwszy przeciwnik zaatakował, wymierzając pchnięcie w jego pierś, ale ten wykonał błyskawiczny zwód, po czym wyrafinowanym ruchem podciął mu ścięgna w nodze. Żołnierz runął na kolana, a ułamek sekundy później ostrze przecięło mu gardło, zostawiając na ścianie za nim ciemną plamę krwi.

Drugi wojownik, widząc śmierć towarzysza, ryknął wściekle i ruszył do ataku, zamachując się ciężkim toporem. Zbrojny cofnął się, unikając ciosu, a gdy broń utkwiła w drewnianej belce jednej z chat, wykorzystał okazję. Kopnięciem w pierś odepchnął przeciwnika, który stracił równowagę, a potem rąbnął go w skroń rękojeścią miecza. Wojownik zwalił się na ziemię, a brodacz wbił mu ostrze prosto w oko, skręcając je w ranie dla pewności.

W końcu doszło do nieuniknionego. Gdy obie armie, a raczej to, co z nich pozostało, spotkały się przed twierdzą, przez chwilę zapanowała cisza. Potem ich spojrzenia się spotkały. Hasan, Kylhar Skoroświt, Vezgan, Beheros, Rybi Pęcherz, Iylon i Belyban – przywódcy, którzy przez całą bitwę wydawali rozkazy zza linii frontu, teraz stanęli twarzą w twarz. Nigdzie jednak nie było widać herszta Bladoskórych.

– Dla wrogów mam tylko jedno! – ryknął lord Koniczyna. Twarz miał umazaną krwią, własną i cudzą. Brud wżarł się w skórę, tworząc ciemne smugi na policzkach i czole. – Tysiąc ciosów! – wrzasnął ponownie, unosząc ostrze, które ociekało posoką.

Ale co z miastem nasączonym smołą?

Koniec

Komentarze

Witaj. :)

Kolejny fragment bardzo dramatycznie i realnie ukazany, a to duże atuty Twojej wciągającej opowieści. :) Opisy makabrycznych zbrodni/zabójstw niezwykle prawdziwe. :)

 

Z technicznych trzeba jeszcze zerknąć na powtórzenia, bo zdarzają się w tekście często, np.:

– Wtedy będziemy łatwym celem – mruknął Górnik. – Kusznicy i lancnicy będą mieli używanie, strzelając do nas z dachów i okien. Będziemy padać jak bydło prowadzone na rzeź.

Ich trzepotanie skrzydeł na moment wytrąciło ich z chwilowego zamyślenia.

Chyba nie chcemy, żeby tak nas zapamiętano?

– Rozumiecie chyba, że zgodziliście się być częścią tego wszystkiego, co tu zgotowałem.

 

Czasem wydaje się, że w zdaniu wielokrotnie złożonym ewidentnie brakuje przecinka, np.:

Że nim ktokolwiek się zorientuje, zbierzemy więcej sojuszników, umocnimy pozycję, a tu bieda.

 

Czasem występuję usterki stylistyczne np.:

Na to możemy być pewni. – wydaje mi się, że nie można „być pewnym na coś”.

 

Warto wspomnieć o wulgaryzmach.

Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :)

Pecunia non olet

Bruce, raz jeszcze dziękuję za porady i miłe słowa, już zabieram się za poprawki.

Piszę na razie tylko po to, żeby sobie odznaczyć. Podoba mi się twój styl, zdaje się czyściutki, więc z chęcią zerknę głębiej. Napisz mi tylko, co jest pierwszym rozdziałem. Z pierwszego wrażenia podobają mi się zastosowane imiona.

Zeppelin yh, jakby to powiedzieć. Rozdziały, które tutaj opublikowałem są tymi “nowszymi”, a początek napisany 1,5 roku temu jest dopiero poprawiany, ale jeśli chcesz czytać od początku to zapraszam, tylko podkreślam, że pierwsze rozdziały będą dopiero poprawiane na wzór tego tutaj. https://www.wattpad.com/story/347566199-wrona-z-madenfal

To w takim razie nie poczytam, bo trudno mi się będzie wczuć, jeśli nie zacznę od początku. Zostawiam więc jedynie swoje wrażenie, że po tym, co napocząłem, zostałem zachęcony. Na twoim miejscu nie usuwałbym rozdziałów z forum, nawet jeśli nie są jeszcze poprawione, bo poza technicznymi sprawami, które są oczywiście ważne (w ostateczności jest w końcu redakcja tekstu), nawet ważniejsze bywa przedstawienie świata i samego bohatera/ów, bo piękna wydmuszka zawsze będzie gorsza od brzydkiego kaczątka. A nie wierzę, że po tym, co już przeczytałem, inne rozdziały były na tyle technicznie niepoprawne, żeby nie dało się z nimi obcować.

 

W każdym razie życzę ci powodzenia z tą powieścią.

Nowa Fantastyka