- Opowiadanie: Marcin_Maksymilian - Artefakt

Artefakt

Opo­wia­da­nie po­wsta­ło jakiś rok temu, ale się prze­le­ża­ło. Może za długo.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Artefakt

Mam usta pełne ziemi.

Nie mogę unieść głowy. Nie mogę od­kaszl­nąć. Drut kol­cza­sty wbija mi się w plecy i po­ty­li­cę. Krew spły­wa, ła­sko­cząc skórę za usza­mi.

Zaraz mnie znaj­dą.

Sły­szę zbli­ża­ją­ce się głosy, ale nie wiem, o czym roz­ma­wia­ją. Po­trze­bu­ję kilku dni, żeby przy­swo­ić ich język. Mam jed­nak pew­ność, że to żoł­nie­rze. Dla­cze­go mnie tu rzu­ci­ło? Dla­cze­go tu? Dla­cze­go znowu w jakąś wo­jen­ną mat­nię?

Pró­bu­ję prze­czoł­gać się jesz­cze odro­bi­nę, ale drut trzy­ma mocno. Tylko śli­zgam się w miej­scu. Za­pa­dam głę­biej w błoto. Żoł­nie­rze przy­sta­nę­li, śmie­ją się z cze­goś, jesz­cze nie do­strze­gli mnie w mroku. Mam kilka chwil. Tylko kilka…

Wy­cią­gam ciało na ziemi, pró­bu­jąc do­się­gnąć po­bli­skich krza­ków. Może gdy­bym zdo­łał uchwy­cić jakiś konar. Może gdy­bym…

Uścisk na nad­garst­ku. Czy­jaś dłoń! Druga. Cią­gną mocno. Do­łą­cza­ją dwie na­stęp­ne. Moja kurt­ka i skóra na po­ty­li­cy pę­ka­ją, obie tak samo zno­szo­ne. Drut kol­cza­sty pró­bu­je mnie po­chwy­cić, ale już skra­dzio­no mu ofia­rę. Ciało, do któ­re­go zdą­ży­łem się przy­zwy­cza­ić, sunie po lep­kiej ziemi i za­głę­bia w krza­ki, w czy­jeś ra­mio­na. Mocna dłoń za­ty­ka mi usta, nie po­zwa­la­jąc wy­pluć ziemi. Za­ci­skam skle­jo­ne bło­tem oczy, wstrzy­mu­ję od­dech. Czę­ścio­wo w oba­wie, że usły­szy go pa­trol, czę­ścio­wo – żeby nie wdy­chać woni nie­my­tych ciał. Boję się, że żoł­nie­rze wy­czu­ją odór moich wy­baw­ców i mój wła­sny. Strach śmier­dzi bar­dziej niż brak hi­gie­ny. Głosy mun­du­ro­wych prze­pły­wa­ją nad nami. Od­da­la­ją się. Cich­ną.

Le­ży­my jesz­cze długo bez ruchu i jed­ne­go słowa. Dłoń na mojej twa­rzy roz­luź­nia uścisk. Syl­wet­ki pra­wie nie­wi­docz­ne w mroku od­ry­wa­ją się ode mnie i za­nu­rza­ją głę­biej w krza­ki. Nie mam po­ję­cia, gdzie je­stem, więc po­dą­żam za nimi w nie­zna­ne.

***

Znów śni mi się wojna, huk bomb, ro­ze­rwa­ne ciała. Ktoś szar­pie mnie za ramię, wy­bu­dza­jąc z kosz­ma­ru. Mówi coś, ale nie poj­mu­ję ani słowa. Otwie­ram oczy. Ciem­no­wło­sy męż­czy­zna w weł­nia­nej czap­ce i kurt­ce po­kry­tej za­schnię­tym bło­tem – po za­pa­chu po­zna­ję, że to jeden z moich wczo­raj­szych wy­baw­ców – po­da­je mi bu­tel­kę z reszt­ką wody. Z wdzięcz­no­ścią biorę kilka ma­łych łyków, wy­płu­ku­jąc spo­mię­dzy zębów reszt­ki błota.

– Nie ro­zu­miem – mówię w je­dy­nej zna­nej mi mowie tego świa­ta, przy­swo­jo­nej w po­przed­niej lo­ka­cji.

Męż­czy­zna znów pró­bu­je mi coś prze­ka­zać. Mam wra­że­nie, że prze­szedł na inny język, mniej sze­lesz­czą­cy, bar­dziej me­lo­dyj­ny, ale nie je­stem w sta­nie roz­po­znać żad­ne­go słowa.

– Nie ro­zu­miem – po­wta­rzam.

– Ruski? – pyta drugi, ku­ca­jąc koło nas. Jest znacz­nie młod­szy od pierw­sze­go, tro­chę do niego po­dob­ny. Może syn.

Kręcę głową. Nie­wie­le wiem o tym świe­cie, ale na pewno nie jest do­brze być tu Ru­skim.

– Bia­ło­ru­ski?

Nie ro­zu­miem róż­ni­cy, ale na wszel­ki wy­pa­dek po­now­nie kręcę głową. Wy­ma­wiam nazwę kraju, z któ­re­go mnie teraz rzu­ci­ło. Na jego dźwięk w polu wi­dze­nia po­ja­wia się ko­bie­ta.

– Skąd tu się wzią­łeś? – pyta w zna­nym mi ję­zy­ku.

– Ucie­kam przed wojną – od­po­wia­dam i to aku­rat praw­da. Ucie­kłem przed wojną z po­przed­niej lo­ka­cji. Ucie­kłem przed wojną z domu. Od dawna cią­gle ucie­kam. – Szu­kam miej­sca, gdzie mógł­bym się za­trzy­mać – do­da­ję i to też praw­da. Chciał­bym gdzieś osiąść, ale ten świat jest za bli­sko. Jeśli wciąż mnie ści­ga­ją, a muszę za­kła­dać, że tak, to jesz­cze wiele por­ta­li przede mną, zanim będę mógł za­koń­czyć po­dróż.

– Ale jak tu tra­fi­łeś?

– Tu mnie rzu­ci­ło – od­po­wia­dam, zanim zdążę po­my­śleć. – Tu mnie rzu­cił los – po­pra­wiam się szyb­ko.

Co mam jej niby po­wie­dzieć? Że po­przed­ni ar­te­fakt, który zna­la­złem, był tak słaby, że nie po­zwo­lił mi się nawet wy­do­stać z tego świa­ta? Że dla po­rząd­ne­go por­ta­lu po­trze­bu­ję cze­goś na­praw­dę moc­ne­go, a w tych la­sach, które nas ota­cza­ją, pew­nie i tak ni­cze­go nie znaj­dę?

Ko­bie­ta wzru­sza ra­mio­na­mi. Widać moja hi­sto­ria nie jest aż tak istot­na. Po­da­je mi kilka ma­łych po­kru­szo­nych cia­stek.

– Oszczę­dzaj. To wszyst­ko, czym mo­że­my się z tobą po­dzie­lić.

Dzię­ku­ję wy­lew­nie, bo nie pa­mię­tam, kiedy ostat­nio ja­dłem.

Pod wie­czór już tro­chę ro­zu­miem głów­ny język, któ­rym mówi grupa, ale nie mam po­ję­cia, co się tu dzie­je. Twier­dzą, że nie ma żad­nej wojny.

– Jak nie ma wojny, to dla­cze­go kry­je­cie się przed żoł­nie­rza­mi? – pytam tej, która dała mi ciast­ka.

– Żeby nas nie zła­pa­li.

– A jak zła­pią? Za­bi­ją?

– Nie. Prze­rzu­cą z po­wro­tem.

– Z po­wro­tem?

– Głu­chy je­steś czy głupi? Z po­wro­tem przez płot!

Łapią nas już na­stęp­ne­go dnia. Biją kol­ba­mi, wloką do cię­ża­ró­wek. Potem rze­czy­wi­ście je­ste­śmy pę­dze­ni przez jakąś dziu­rę na drugą stro­nę kol­cza­ste­go płotu. Strach, roz­pacz, ból – wszyst­ko prze­sta­je do mnie do­cie­rać, kiedy sły­szę zew ar­te­fak­tu. Nie­moż­li­we, ale jed­nak. Musi być gdzieś w po­bli­żu – i to bar­dzo po­tęż­ny, bo ina­czej nie wy­czuł­bym go w tym sta­nie.

– Co tam masz, gów­nia­rzu? – Jeden z żoł­nie­rzy wy­ry­wa z dłoni wy­chu­dzo­ne­go chłop­ca kar­to­no­we pu­deł­ko.

– Od­da­waj! – Chło­pak rzuca się na niego, upada, znika pod ra­za­mi cięż­kich bu­cio­rów.

– Po­je­ba­ny jakiś – stwier­dza ten, który trzy­ma pu­deł­ko. Za­glą­da do środ­ka. – No po­je­ba­ny. Kto tasz­czy przez las takie gówno?

– Wy­star­czy! Na drugą stro­nę z nim!

Prze­rzu­ca­ją lek­kie ciało na naszą stro­nę. W ślad za nim któ­ryś ciska kar­to­nik. Roz­le­ga się szkla­ny brzęk.

Chło­pak czoł­ga się do pu­deł­ka i przy­tu­la je do pier­si, a ja już wiem, że to ono jest źró­dłem mocy. Od­cią­ga­my go w krza­ki, ukła­da­my na czy­imś płasz­czu. Wyj­mu­ję z jego dłoni pu­deł­ko i za­glą­dam do środ­ka. Po­zo­sta­li cie­ka­wie pa­trzą mi przez ramię. We­wnątrz są ja­kieś ko­lo­ro­we szkla­ne odłam­ki.

– Bomb­ki – mówi ktoś. – Fak­tycz­nie po­je­ba­ny.

– Co to ta­kie­go? – pytam, bo nie ro­zu­miem.

– Ozdo­by na cho­in­kę – wy­ja­śnia ktoś inny.

– Na taką cho­in­kę, jak te? – za­kre­ślam pal­cem łuk, wska­zu­jąc na ota­cza­ją­cą nas zie­leń lasu.

– Ty też je­steś nie­nor­mal­ny!? – iry­tu­je się ktoś z grupy. – O Bożym Na­ro­dze­niu nie sły­sza­łeś? Skąd ty je­steś? Z Marsa?

– Nie. Mars nie jest jesz­cze sko­lo­ni­zo­wa­ny – od­po­wia­dam, a oni pa­trzą na mnie jak na wa­ria­ta.

Znów za­glą­dam do pu­deł­ka. Ostroż­nie wyj­mu­ję jedną bomb­kę. Jest okrą­gła i lekko spłasz­czo­na, z ma­lo­wa­ne­go szkła. Do­my­ślam się, że ma przed­sta­wiać stary kie­szon­ko­wy cza­so­mierz. Cy­fer­blat jest czę­ścio­wo stłu­czo­ny, ale jesz­cze widać frag­ment na­ma­lo­wa­nej wska­zów­ki i kilka rzym­skich cyfr ozna­cza­ją­cych go­dzi­ny.

Kon­cen­tru­ję się i chwy­tam te­le­pa­tycz­ną więź. Gła­dzę opusz­ka­mi pal­ców bomb­kę i pró­bu­ję prze­sko­czyć do wspo­mnień wła­ści­cie­la.

Prze­skok.

Sie­dzę przy­tu­lo­ny bo­kiem do ojca, obaj po­chy­la­my się nad sto­łem, na któ­rym roz­ło­żo­no me­cha­nizm ze­gar­ka. Oj­ciec po­tra­fi wszyst­ko na­pra­wić. Uwiel­biam mu po­ma­gać i słu­chać opo­wie­ści o tym, że w każ­dym przed­mio­cie jest życie.

– Wi­dzisz, synku, w ze­gar­ku te wszyst­kie kółka zę­ba­te muszą do sie­bie pa­so­wać i razem zgod­nie wy­ko­ny­wać pracę. Tak samo po­win­no dzia­łać pań­stwo. A kiedy w pań­stwie…

Prze­skok.

Obaj sto­imy koło cho­in­ki. Oj­ciec wrę­cza mi bomb­kę w kształ­cie kie­szon­ko­we­go ze­gar­ka. Jest pięk­ny, czer­wo­ny z wy­raź­nym bia­łym cy­fer­bla­tem, aż chce się przy­ło­żyć go do ucha i spraw­dzić, czy nie tyka. Tata uj­mu­je mnie pod pachy i pod­sa­dza, bym mógł go po­wie­sić wy­so­ko…

Prze­skok.

Przy­szli po tatę. Któ­ryś z są­sia­dów do­niósł, choć nie było na co do­no­sić. Po­szedł z nimi po­tul­nie i bez pro­te­stów, lecz jeden z mun­du­ro­wych naj­wy­raź­niej stwier­dził, że rusza się za wolno, bo pchnął go w plecy. Oj­ciec spada ze scho­dów. Pęk­nię­cie czasz­ki. W ra­por­cie na­pi­szą: „Śmierć pod­czas próby uciecz­ki w trak­cie za­trzy­ma­nia”.

***

Od­kła­dam stłu­czo­ny ze­ga­rek i uj­mu­ję w dwa palce coś jakby reszt­ki czer­wo­ne­go ka­pe­lu­sza.

Prze­skok.

Bab­cia smaży plac­ki ziem­nia­cza­ne. Od czasu śmier­ci ojca jemy głów­nie ziem­nia­ki, lecz mi to nie prze­szka­dza, bo uwiel­biam plac­ki babci. Nie mogę się do­cze­kać tego pierw­sze­go, chru­pią­ce­go, mocno spie­czo­ne­go, który posypię cu­krem. Sie­dzę na ta­bo­re­cie w kuch­ni, wdy­cham za­pach skwier­czą­ce­go tłusz­czu i pa­trzę, jak na pier­si babci ko­ły­sze się brosz­ka w po­sta­ci dwóch bim­ba­ją­cych na sznur­kach mu­cho­mor­ków. Bab­cia ma dużo bro­szek, ale to moja ulu­bio­na, z ma­lo­wa­ne­go drew­na, a bab­cia do­sta­ła ją jesz­cze od swo­jej babci.

Prze­skok.

Bab­cia po­chy­la się nade mną i po­da­je mi bomb­kę w kształ­cie szkla­ne­go mu­cho­mor­ka. Grzy­bek le­d­wie mie­ści się w mojej małej dłoni. Czer­wo­ny, na­kra­pia­ny bia­ły­mi plam­ka­mi ka­pe­lusz lśni w bla­sku lam­pek cho­in­ko­wych. Od­szu­ku­ję wzro­kiem ze­szło­rocz­ny ze­ga­rek od ojca, bo chcę, żeby naj­pięk­niej­sze bomb­ki wi­sia­ły koło sie­bie.

Prze­skok.

Bab­cia nie­daw­no umar­ła. Nie udało się kupić leków. Mama i wujek nie wie­dzą, że stoję za drzwia­mi.

– Wiem, jak to brzmi, ale skoro mama nie żyje, to mo­że­my wy­je­chać – mówi wujek.

– Dokąd? – pyta mama i wiem, że pła­cze.

– Do­kąd­kol­wiek. Byle dalej stąd. Lep­sza po­dróż w nie­zna­ne niż po­zo­sta­nie tutaj. Prze­cież wiesz, że dalej na nas do­no­szą. To tylko kwe­stia czasu…

Czuję lęk, ale i eks­cy­ta­cję. I ra­dość, bo nawet ja wiem, że po­win­ni­śmy uciec, zanim przyj­dą i za­bio­rą wujka, a potem mamę.

***

Od­kła­dam reszt­ki mu­cho­mor­ka, prze­su­wam pal­cem szkla­ne okru­chy, do­ty­kam cze­goś po­pę­ka­ne­go, pła­skie­go, jakby zmiaż­dżo­ne­go, ma­lo­wa­ne­go w ko­lo­ro­we wzory. To nie jest szkło…

Prze­skok.

Mama robi dla mnie bomb­kę z wy­dmusz­ki po jajku. Nie ma pie­nię­dzy na inną, zresz­tą w skle­pach i tak same pustki. Myśli, że o tym wszyst­kim nie wiem, ale ob­ser­wu­ję spod przy­mknię­tych po­wiek, jak wie­czo­ra­mi po­chy­la się nad sko­rup­ką i ma­lu­je ją ma­cza­ną w farb­kach wy­ka­łacz­ką. Wzór jest bar­dzo drob­ny i mi­ster­ny, taka praca wy­ma­ga sku­pie­nia i czasu…

Prze­skok.

Je­ste­śmy w le­śnym obo­zo­wi­sku, nie­opo­dal widać płot z drutu kol­cza­ste­go.

– Mamo, nie idź do nich – bła­gam, cze­pia­jąc się jej nad­garst­ków.

– Muszę, ko­cha­nie. Mu­si­my jeść.

– Mamo, oni za­bi­li wujka. Nie idź…

– Opie­kuj się sio­strą. – Wy­zwa­la się z mo­je­go uści­sku. – Wkrót­ce wrócę.

Po­pra­wia włosy i od­cho­dzi w stro­nę na­mio­tu żoł­nie­rzy. Nie wraca już nigdy.

***

Wyj­mu­ję szkla­ne­go ko­ni­ka na bie­gu­nach. Przez dziu­rę po urwa­nej gło­wie do kor­pu­su na­la­ła się woda z bagna.

Prze­skok.

– Wio, ko­ni­ku! Wio! – krzy­czy moja mała sio­stra, bodąc pię­ta­mi me boki.

Ostroż­nie kro­czę na czwo­ra­kach, uwa­ża­jąc, żeby nie zgu­bić jeźdź­ca.

– Wio! – woła i pod­ska­ku­je na moim grzbie­cie, par­skam więc i po­słusz­nie bry­kam, ale na tyle de­li­kat­nie, żeby sio­strzycz­ka nie spa­dła. Jej ra­do­sny śmiech wy­peł­nia moje uszy i serce.

Prze­skok.

Kucam przy sio­strzycz­ce, za­wa­dza­jąc czo­łem o jedną z ga­łą­zek świą­tecz­nej cho­in­ki. Po­ru­szo­ne bomb­ki dzwo­nią, ude­rza­jąc o sie­bie. Mała wy­cią­ga ku mnie dło­nie ze szkla­nym ko­ni­kiem na bie­gu­nach. Uśmie­cham się do niej i za­miast wziąć ozdo­bę, chwy­tam sio­strę pod pa­cha­mi i uno­szę ku cho­in­ce, jak kie­dyś oj­ciec mnie.

Prze­skok.

Niosę sio­strzycz­kę na rę­kach od kilku dni. Z głodu nie była w sta­nie iść. Nie wiem, kiedy do­kład­nie umar­ła, ale nie po­tra­fię roz­stać się z cia­łem. Nie mogę jej uto­pić w tych ba­gnach…

Te­le­pa­tycz­na nić się urywa. Kształ­tów żad­nej z po­zo­sta­łych bom­bek nie można roz­po­znać, zo­sta­ły tylko drob­ne szkla­ne reszt­ki. Ostroż­nie mie­szam w nich pal­cem, czu­jąc, jak spły­wa­ją na mnie strzę­py ra­do­ści, mi­ło­ści, cier­pie­nia… Po­ra­ża mnie siła ar­te­fak­tu sku­mu­lo­wa­na we wspo­mnie­niach trzech po­ko­leń. Tak po­tęż­ny przed­miot mógł­by mnie prze­nieść na­praw­dę da­le­ko, może wy­star­cza­ją­co da­le­ko… Wiem jed­nak, że nie mogę go za­brać. Nie po­tra­fił­bym ode­brać chłop­cu ostat­nich okru­chów życia za­mknię­tych w tym pu­deł­ku.

– Trzy­maj. – Po­da­ję dzie­cia­ko­wi kar­to­nik, lecz on po niego nie sięga. Nie żyje.

Za­ci­skam dło­nie na pu­deł­ku i rzu­cam się na oślep przez las. Coś tam za mną krzy­czą, może bie­gną, ale nie myślę o tym, nie mam ani se­kun­dy do stra­ce­nia. Wraz ze śmier­cią wła­ści­cie­la ar­te­fakt za­czy­na tra­cić moc.

Szyb­ko. Szyb­ko. Szu­kam na wy­czu­cie. Ga­łę­zie szar­pią ubra­nie, igły chłosz­czą twarz. Szyb­ko! Jakaś żyła mocy. Ja­ka­kol­wiek… jest! Padam na zie­mię, sły­szę od­gło­sy po­go­ni. Ar­te­fakt roz­bły­sku­je w moich dło­niach, roz­le­wa­jąc się w świa­tło por­ta­lu. Mam tylko jedną chwi­lę. Za­głę­biam się w po­świa­cie i znów prze­no­szę w nie­zna­ne.

***

Wciąż mam ludz­kie ciało, więc nawet nie dałem rady opu­ścić tego świa­ta. Wokół ruiny i zglisz­cza, w po­wie­trzu unosi się pył z za­pa­chem spa­le­ni­zny. Prze­cież to nie­moż­li­we, żeby znów rzu­ci­ło mnie w jakąś wojnę! Wśród resz­tek zwa­lo­ne­go domu do­strze­gam wy­stra­szo­ne­go męż­czy­znę przy­wo­łu­ją­ce­go mnie ge­stem dłoni.

– ما الذي تفعله هنا؟ – krzy­czy do mnie, ale nic nie ro­zu­miem. Po­trze­bu­ję kilku dni, żeby przy­swo­ić ten język.

Koniec

Komentarze

Myślę, że bardziej to Fantasy, niż Science. Portale, przedmioty, otwierające portal i w których ,,zamknięte’’ są fragmenty przeszłości bohatera, no i sam bohater, obdarzony umiejętnością wyczuwania obecności artefaktu, odczytywania go, korzystania z portali. Nic znanego fizyce…

Odmalowany wyłącznie na czarno obraz naszej cywilizacji pasuje, tysiąc razy niestety pasuje do tego, co już jest i co majaczy na horyzoncie.

Co do kompozycji tekstu, jego stylu i samego języka – podoba mi się.

Pozdrawiam

Witam :]

 

Mamy tu bardzo przejmujący, klimatyczny przemawiający do wyobraźni i pięknie opisany obraz wojny, czy tam podobnego cholerstwa.

 

Cokolwiek więcej ciężko napisać, bo to taki typowy okruch – fabuła kończy się tam, gdzie się zaczęła, a o postaciach i świecie przedstawiony też dowiadujemy się tyle, co nic.

 

Niemniej, podobało mi się.

 

Klikam i pozdrawiam

 


 

Krew spływa, łaskocząc skórę za uszami.

Czy spływająca za uszami krew mogła łaskotać coś innego, niż skórę?

 

Żołnierze przystanęli, śmieją się z czegoś

Czasy tu nie zagrały?

 

 

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Cześć, Marcinie Maksymilianie!

Chwyt polegający na pokazaniu jakiejś niesprawiedliwości przez pryzmat bohatera z zewnątrz, który nie zna kontekstu i tylko widzi cierpienie, nie jest zupełnie nowy. Nadajesz mu jednak własny, chyba korzystny odcień tym, że obcy nie zadaje ckliwych pytań typu “czemu ludzie to sobie robią?”, a raczej czuje się jego irytację, iż trafił do takiego męczącego i niebezpiecznego świata. W każdym razie to podejście opiera się na budzeniu współczucia i niezgody, bez wnikania w istotne przyczyny danego stanu rzeczy. Przez to, jak sądzę, przemawia głównie do już przekonanych – ale może się mylę? Opowiadanie jest w mojej opinii dobrze obmyślone i solidne warsztatowo, ale trudno liczyć na wybitność, gdy komentarz społeczno-polityczny tak wyraźnie przeważa nad rozwojem akcji. Nie wiem, czy czytałeś Pushout AP, który podszedł do tego tematu z dużo większym rozmachem fabularnym. Też pewnie nie nazwałbym go wybitnym, ale doceniłem na tyle, by z pewnymi oporami zagłosować wtedy za Piórkiem.

po zapachu poznaję, że to jeden z moich wczorajszych wybawców

Zastanawiam się, na ile to realistyczne. Sam mam raczej słaby węch, ale ilekroć czytałem, że ktoś kogoś poznał po zapachu, to chodziło o bliską osobę, a nie człowieka spotkanego dzień wcześniej.

– Wio, koniku! Wio! – krzyczy moja mała siostra, bodąc piętami me boki.

Przecinek przy wołaczu. “Bodąc piętami me boki” to, wydaje mi się, dużo mocniejsza stylizacja niż w innych miejscach.

 

Dziękuję za podzielenie się tekstem, klikam i pozdrawiam!

Poruszające. Ciekawa konstrukcja z Przeskokami. Artefakt nieoczekiwanie niepozorny. Tym większe robi wrażenie jego działanie, polegające na przywoływaniu wspomnień chłopca. Tragiczne jest końcowe zadziałanie artefaktu. Klik. Pozdrowienia!

AdamieKB, dziękuję za istotne uwagi. Nie umiałem przyporządkować tego opowiadania. Pisząc, widziałem je bardziej w świetle zaawansowanej technologii niż magii, ale faktycznie w gotowym tekście nic na to nie wskazuje, a Twoje uwagi są celne. Zmieniam na „inne”, niech będzie ni pies, ni wydra.

 

I niestety zgadzam się z tobą co do czarnego obrazu cywilizacji. Właśnie o to wrażenie mi chodziło.

 

Galicyjski Zakapiorze, dziękuję za wrażenia. I za uwagi – chciałem żeby to był okruch (fajne, trafne określenie), wyrwana chwila z życia, w której odbije się trochę prawdy. Z tego, co piszesz wynika że się udało :)

 

Z tym mieszaniem czasów chodziło mi o następstwo czasowe: przystanęli – i teraz stoją – jak stoją, to się śmieją – mogą mnie dostrzec, ale jeszcze tego nie zrobili. Dalej bardziej mi to pasuje niż „przystają”, ale jeszcze pomyślę, bo masz rację, że w jednym zdaniu wygląda to niezręcznie.

 

Krew spływa, łaskocząc skórę za uszami.

Czy spływająca za uszami krew mogła łaskotać coś innego, niż skórę?

 

Właściwie nie :) Ale to zdanie obrazowo pokazuje, gdzie mu ta krew dokładnie spływa. Po skórze za uszami, nie po czole, karku i tak dalej. „Krew spływa, łaskocząc za uszami.” Brzmiałoby może poprawniej, ale mniej sugestywnie.

Pierwszy raz próbowałem pisać bardzo oszczędnie (jestem przymiotnikowym gadułą) i tu i ówdzie może rzeczywiście nie dopilnowałem pióra – dzięki za uwagi.

 

Ślimaku Zagłady, znów złapałeś mnie na wołaczu! XD Nie wiem, który to już raz (chyba trzeci XD). A tak się pilnowałem… no trudno.

Dziękuję za opinię – nie celowałem ani w oryginalność, ani w wybitność. Ot, tekst, który powstał pod wpływem chwili w niezgodzie na rzeczywistość. Nad potencjalnym czytelnikiem się nie zastanawiałem. Myślę jednak, że to, co zauważasz – budzenie współczucia i niezgody, bez wnikania i analizy – powinno przemawiać do każdego. Chodziło mi o sferę emocjonalną, nie logiczną, a ona powinna mieć szersze oddziaływanie. Ale o przekonywaniu kogoś w ogóle nie myślałem.

Tekst AP mi umknął (rzadko teraz zachodzę), lecz dziękuję za info – oznaczyłem sobie do przeczytania.

 

Zastanawiam się, na ile to realistyczne. Sam mam raczej słaby węch, ale ilekroć czytałem, że ktoś kogoś poznał po zapachu…

– a to zupełnie nieświadomie doświadczenie z autopsji XD Jak ktoś śmierdzi mocno i specyficznie, to czasem można nawet rozpoznać jego niedawną obecność na korytarzu;)

 

Dzięki za docenienie warsztatu – pierwszy raz zadałem sobie oszczędny limit znaków, żeby nie przegadać i nie wiedziałem jak wyjdzie.

 

Koalo75, dzięki za wrażenia. Cieszę się, że udało mi się Cię poruszyć. Czyli dziś jesteśmy kwita ;)

Moje powieści: https://marmaxborowski.pl/kwestia-wyboru/

Podobało mi się, wciąga od samego początku, wywołuje emocje. 

I za uwagi – chciałem żeby to był okruch

To nie miała być uwaga, choć widzę teraz, że mogło tak brzmieć. Taka koncepcja jest jak najbardziej OK, trudniej po prostu mi jako komentującemu się do takiego utworu odnieść. Ale jak widzimy taki Ślimak już nie miał problemu.

 

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Myślę jednak, że to, co zauważasz – budzenie współczucia i niezgody, bez wnikania i analizy – powinno przemawiać do każdego. Chodziło mi o sferę emocjonalną, nie logiczną, a ona powinna mieć szersze oddziaływanie. Ale o przekonywaniu kogoś w ogóle nie myślałem.

Coś w tym jest. Teraz zacząłem zastanawiać się nad swoim podejściem – pisanie emocjonalnego tekstu po to, żeby popsuć nastrój zwolennikom własnego stanowiska i zostać wyśmianym przez przeciwników, wydawało mi się zawsze fatalnym pomysłem, a jednak sprawniejsi ode mnie pisarze chętnie to robią. Na pewno nie jestem typowy ani jako autor, ani jako czytelnik. Przy okazji poprawiłem literówkę w poprzednim wpisie.

Jak ktoś śmierdzi mocno i specyficznie, to czasem można nawet rozpoznać jego niedawną obecność na korytarzu;)

W sumie miałem takiego sąsiada… ale to chyba bardziej pies był wyczuwalny niż sam sąsiad.

trudniej po prostu mi jako komentującemu się do takiego utworu odnieść. Ale jak widzimy taki Ślimak już nie miał problemu.

Też bez przesady, komentowanie w ogóle idzie mi opornie i często jestem tu dużo mniej aktywny, niżbym chciał. Po prostu trudno mi się przemóc, żeby napisać tylko coś grzecznościowego, kiedy po lekturze nie daję rady poukładać w myślach spójnych merytorycznych uwag. To się raczej wiąże z poprzednią kwestią.

Pusiu, dziękuję za przeczytanie i miły komentarz – wciągać i emocjonować, czegóż chcieć więcej? ;)

 

Galicyjski Zakapiorze, w żadnym razie nie odebrałem twoich słów jako krytyki, myślę wręcz, że bardzo trafnie skomentowałeś moje autorskie intencje.

A nawet jakby to była krytyka, to nie miałbym z nią problemu;), jak z tym, że Ślimak odmawia opowiadaniu wybitności ;), ale jego trudno zadowolić (w sumie też za to go cenię ;)).

 

pisanie emocjonalnego tekstu po to, żeby popsuć nastrój zwolennikom własnego stanowiska i zostać wyśmianym przez przeciwników

W tym tekście nie o to chodziło, ale tej koncepcji tak ogólnie nie odrzucam. Pisanie tylko po to, żeby wszyscy (z autorem włącznie) czuli się miło i przyjemnie wydaje mi się nudne.

Po prostu trudno mi się przemóc, żeby napisać tylko coś grzecznościowego, kiedy po lekturze nie daję rady poukładać w myślach spójnych merytorycznych uwag.

Ślimaku Zagłady, myślałem, że Tobie komentowanie (zwłaszcza merytoryczne) przychodzi z lekkością. Właściwie dobrze wiedzieć, że też czasem na tym polu pocierpisz (jako i ja cierpię).

Moje powieści: https://marmaxborowski.pl/kwestia-wyboru/

Ave, Marcinie Maksymilianie!

 

Fajna miniaturka (umówmy się, te kilka znaków powyżej szorta wiele nie zmienia…) Ci wyszła. Bohater z wielkim trudem ucieka z jednej rzeczywistości (świata równoległego?) do drugiej, a wszystko w klimacie "This war of mine". 

 

Czytało się bardzo dobrze, co jest zasługą sprawnego pióra. Tylko, kurczę, rzuciłeś mnie w ten intrygujący świat przedstawiony i zostawiłeś z głębokim niedosytem i masą pytań. Oczekuję kontynuacji, znaczy się… ;)

 

Klikam i czekam na więcej;)

Jak opisał mnie pewien zacny Bard: "Szyszkowy Czempion Nieskończoności – lord lata, imperator szortów, najwspanialsza portalowa Szyszunia"

Poruszający tekst. Ciekawe, czy bardziej nie ma farta bohater, czy nasz świat.

Podobało mi się powstanie artefaktu.

Babska logika rządzi!

Ave, Cezar!

Dzięki za wizytę i klika, a także za pozytywne wrażenia.

Kontynuacji niestety nie będzie – nie umiałbym tego dalej poprowadzić. Albo raczej poprowadzenie byłoby zbyt kosztowne. Jeśli chciałbym utrzymać przekaz, to musiałbym się dalej babrać w okrucieństwach ludzkości, a łatwo tu przesadzić. Jeśli chciałbym wejść w fabułę przygodową, mógłbym zbanalizować podjętą tu tematykę. A dużo min na tym polu, za mało chęci z mojej strony ;)

 

Finklo, fajnie, że powstawanie artefaktu Ci się podobało (właściwie widziałem to bardziej jako uaktywnianie, ale powstawanie też może być) – wykorzystałem moje rodzinne bombki choinkowe, więc jest tu jakiś element osobisty;) 

A z tym fartem, to może i jedno i drugie;)

Moje powieści: https://marmaxborowski.pl/kwestia-wyboru/

Bohater ucieka przed wojną, niestety cały czas na nią trafia. I, jeśli dobrze zrozumiałem, nie jest to charakterystyczne tylko dla ludzkości. Kim/czym w ogóle on jest? Co dzieje się z właścicielem ciała, które przejmuje? Jest spychany w niebyt?

Ciekawe, przejmujące opowiadanie. Uniwersalne i jednocześnie z komentarzem do naszej rzeczywistości.

Dobijam do biblioteki i pozdrawiam!

Chodziło mi o historię artefaktu – w jaki sposób te bombki zostały naładowane potężnymi emocjami.

Babska logika rządzi!

Finklo, a jak tak, to racja – to było właśnie “powstawanie”. No i fajnie, że doceniłaś (na razie jako jedyna;)), bo dla mnie to był twórczo najtrudniejszy moment.

 

AP, dzięki za klika i refleksję.

Dobrze zrozumiałeś – chciałem zobrazować przemoc jako smutną ogólną prawidłowość.

Dobre pytania. Co ciekawe, ja też podczas pisania je sobie zadawałem. Zastanawiałem się nawet, czy jakoś zasugerować odpowiedzi (zwłaszcza z tymi ciałami), ale ostatecznie stwierdziłem, że tekst jest o czym innym i zostawię tę kwestię otwartą.

Moje powieści: https://marmaxborowski.pl/kwestia-wyboru/

Cześć, opko ciekawe. Przede wszystkim podobają mi się wyraziste opisy i sposób prowadzenia fabuły; krótkie akapity ze skaczącą akcją. W ten sposób buduje się taki klimat niepewności, niewiedzy, który sprawia, że świat przedstawiony wydaje się jeszcze mroczniejszy i w tym kontekście również dobrze wypada poznanie wspomnień dziecka.

Ogólnie sama fabuła może jakoś specjalnie nie zachwyciła, ale przekaz oraz sposób pisania scen trafił, a myślę, że te dwa elementy mają tutaj większe znaczenie. Dobre depresyjne opko ;) 

Pozdrawiam. 

Sen jest dobry, ale książki są lepsze

Młody pisarzu (za parę lat zmienisz nika, czy pozostaniesz młody duchem????;)), dziękuję za wizytę. Lubię jak ktoś docenia, jak to fajnie ująłeś, “klimat niepewności i niewiedzy”. Często czytelników takie warunki klimatyczne irytują, ale są osoby, dla których to dodatkowa wartość.

A fabuła, no… nie ukrywajmy, jest prawie żadna. Co ciekawe zdecydowanie lepiej realizuję się w wielowątkowych tekstach, w których dużo się dzieje, ale na forum jakoś głównie wychodzą mi takie “klimaty” ;).

Moje powieści: https://marmaxborowski.pl/kwestia-wyboru/

za parę lat zmienisz nika, czy pozostaniesz młody duchem???

Myślę, że jeszcze dość długo będę młody :D 

 

Często czytelników takie warunki klimatyczne irytują, ale są osoby, dla których to dodatkowa wartość.

U mnie to zależy, ale tu akurat mi się spodobało :) 

Sen jest dobry, ale książki są lepsze

Ciekawy tekst. Brawo za pomysł z przeskokami. Dobrze prowadzisz fabułę i tworzysz ciekawe opisy. Pozdrawiam. 

Adexx, fajnie, że doceniłeś przeskoki. Trochę na początku to skopałem, bo chyba niebyło jasne czy to na pewno wspomnienia chłopaka czy “podróżnika”. Ale teraz jest chyba czytelnie.

Dzięki za wrażenia:)

Moje powieści: https://marmaxborowski.pl/kwestia-wyboru/

Marcinie Maksymilianie, pewnych spraw nie można opisać ładnie, albowiem są paskudne z natury, więc tutaj muszę wyrazić szczery podziw, że w tym co złe i odpychające, potrafiłeś zawrzeć piękne przebłyski dobrych wspomnień.

 

Z wdzięcz­no­ścią biorę kilka ma­łych łyków… → Z wdzięcz­no­ścią wypijam kilka ma­łych łyków

Łyków się nie bierze.

 

za­kre­ślam pal­cem łuk, wska­zu­jąc na ota­cza­ją­cą nas zie­leń lasu. → …za­kre­ślam pal­cem łuk, wska­zu­jąc ota­cza­ją­cą nas zie­leń lasu.

Wskazujemy coś, nie na coś.

 

lecz mi to nie prze­szka­dza… → …lecz mnie to nie prze­szka­dza…

mnie czy mi? tobie czy ci? – Słownik języka polskiego PWN

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy, dziękuję za opinię, zwłaszcza że taka pozytywna:)

 

Dziękuję także za uwagi językowe, lecz tym razem (o dziwo) nie skorzystam. 

 

 Z wdzięcznością wypijam kilka małych łyków

Łyków się nie bierze.

Słownik języka polskiego PWN w przykładach wykorzystania słowa “łyk” podaje: “Biorę potężnego łyka”. Może sformułowanie jest bardziej kolokwialne niż “wypijam…”, ale nie zależy mi na hiperpoprawności.

 

Wskazujemy coś, nie na coś.

Można i tak, i tak (oczywiście z pewnymi różnicami zależnymi od kontekstu). Pogotowie językowe: “Oba rozpatrywane warianty zdań z czasownikiem wskazać są akceptowalne: zarówno ten z przyimkiem, jak i ten bez niego”.

 

lecz mnie to nie przeszkadza…

Tutaj musiałem się chwilę dłużej zastanowić, ale moim zdaniem to nie jest pozycja akcentowana i nie wymaga formy “mnie” (z mojej perspektywy nie ma nacechowania emocjonalnego). Niektóre źródła podają, że w konstrukcjach takich jak „mi to nie przeszkadza”, gdy zdanie nie wymaga akcentowania zaimka można użyć formy “mi” nawet na początku zdania. W tym momencie mojego tekstu “mi” brzmi bardziej naturalnie.

 

Ale bardzo dziękuję za pochylenie się nad stroną językową, na pewno jeszcze nie raz mnie na czymś złapiesz;)

Moje powieści: https://marmaxborowski.pl/kwestia-wyboru/

Marcinie Maksymilianie, wszelkie moje uwagi to tylko sugestie i wcale nie musisz z nich korzystać. Opowiadanie jest Twoje i wyłącznie od Ciebie zależy, jakimi słowami będzie napisane.

Pozostaję z pewnością, że lektura jeszcze niejednego napisanego przez Ciebie opowiadanie dostarczy mi wiele przyjemności. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Witaj. :)

Jestem mocno poruszona tragizmem tego tekstu i wszystkimi dramatycznymi sytuacjami, jakie w nim zawarłeś. Dosłownie, gdybym oglądała film, nakręcony na jego podstawie (a ja zawsze tylko w ten sposób wyobrażam sobie czytane opowiadania), nieustannie bym płakała. Współczuję serdecznie bohaterowi piekła, które dane mu było przeżyć.

Jednocześnie nie wyobrażam sobie, aby można lepiej i dosadniej przedstawić Twój pomysł. I jeszcze w tym wszystkim zestawienie z dziećmi i choinką, kojarzonymi zawsze jedynie z radością oraz błogim spokojem świątecznym… Świetne! :)

 

Dopytam jeszcze, bo zatrzymały mnie podczas lektury, czy te powtórzenia celowe, aby podkreślić znaczenie zdań, czy wkradły się przypadkiem (?):

Nie mogę się doczekać tego pierwszego, chrupiącego, mocno spieczonego, który będę mógł posypać cukrem.

Nie ma pieniędzy na inną, zresztą w sklepach i tak nic nie ma.

 

Klikam nominacyjnie, trzymam kciuki za Piórko i pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :)

 

Pecunia non olet

Sympatyczne :)

Przynoszę radość :)

Anet, dzięki:)

 

Bruce, bardzo dziękuję Ci za te wrażenia – taka wrażliwa czytelniczka to skarb. Nigdy nie jestem pewien, czy uda mi się dotrzeć do emocji kogoś po drugiej stronie tekstu, a Ty upewniasz mnie, że wszystko, co zrobiłem było właściwe. Choinkę i bombki (dokładnie takie) wziąłem z własnych wspomnień, więc tym bardziej się cieszę, że właśnie ten obraz na Ciebie podziałał.

Co do powtórzeń, to tylko drugie jest celowe, a pierwsze przeoczyłem. Dzięki – usunę. Może i to pierwsze też, bo wcześniej wydawało mi się dobre, a po czasie trochę niezręczne.

Dziękuję też, że pomyślałaś o piórku dla tego tekstu. Trochę mnie nie było na portalu i sprawa się już rozstrzygnęła, ale miły gest. 

Moje powieści: https://marmaxborowski.pl/kwestia-wyboru/

To dla mnie prawdziwa przyjemność, zatem to ja bardzo dziękuję. :) 

Ubolewam głęboko, że nikt inny nie zaproponował nominacji piórkowej. sad

Czasem powtórzenia uwypuklają pewne treści, zatem – zawsze tylko dopytuję, bo to wizja Autora jest najważniejsza. ;) 

Pozdrawiam serdecznie. ;) 

Pecunia non olet

Ty zaproponowałaś i głównie to się liczy. Zawsze cenniejszy ten jeden zaangażowany czytelnik niż 10 obojętnych ;) A tak serio, to dzięki raz jeszcze i dobrego dnia.

Moje powieści: https://marmaxborowski.pl/kwestia-wyboru/

Dzięks. :) Wzajemnie – miłego, udanego dnia. :) 

Pecunia non olet

Nowa Fantastyka