- Opowiadanie: maciekzolnowski - Racławickie nawijanie makaronu na uszy

Racławickie nawijanie makaronu na uszy

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Biblioteka:

Użytkownicy IV

Oceny

Racławickie nawijanie makaronu na uszy

Od rana stały pod spróchniałym płotem i robiły to, co wychodziło im najlepiej – plotkowały. Tematów nigdy nie brakowało. Czasem były to rzeczy zupełnie zmyślone, czasem prawdziwe, tylko podkręcone o trzy obroty. Tym razem jednak Racławice huczały naprawdę.

Z transportu uciekł więzień, który wybrał sobie na nocleg szopę starej Prusychy. Podobno spał tam jak lord na sianie, a o świcie czmychnął przez granicę – do Czechosłowacji, gdzie české pivo i knedlíky z gulaszem.

Stałem kawałek dalej i patrzyłem, jak pani Paluszkowa nawija makaron na uszy pani Żonowskiej. Czerwone, spracowane dłonie pachniały czosnkiem tak mocno, że po pocałunku w rękę człowiek śmierdział do wieczora. Pachniał nią.

– Jakie szczęście, pani Żonowska, że nikomu nic się nie stało! – skrzypiała Paluszkowa. – Mógł nas zgwałcić, a potem zadźgać. Uzbrojony był, tak gadają. Bóg nad nami czuwa.

Żonowska milczała chwilę, a potem powiedziała cicho, prawie do siebie:

– Mógł zgwałcić.

W jej oku mignęło coś dziwnego – nie strach, tylko taki błysk, jakby na sekundę wyobraziła sobie tę scenę i wcale jej się nie spieszyło, żeby ją wyrzucić z głowy. Zaraz zresztą wróciła do siebie i poprawiła chustkę.

– A jaki sprytny, skubany – ciągnęła Paluszkowa. – Milicji czmychnął, gniazdko sobie znalazł. Zaraza zaradna. Ale pani wie co? On tam zostawił ślad.

Rozmówczyni uniosła brew.

– Ślad?

– Paczkę „Sportów” bez filtra i scyzoryk z napisem „Karlovy Vary”. Leżały pod sianem. Prusycha je znalazła i schowała, bo mówi, że to może być dowód, a może pamiątka.

Pani Żonowska uśmiechnęła się kącikiem ust – bardzo cienko, prawie niewidocznie. Ona jedna w całej wsi miała w pokoju na kredensie komplet kryminalnych książek z biblioteki zakładowej. Czytała je po kryjomu, z latarką pod kocem, bo mąż uważał, że „kobita nie powinna czytać o trupach”.

Tymczasem przed stodołą trwała nasza wersja dramatu.

Adaś, ósmoklasista i ministrant, pokazywał nam, maluchom, ziejącą czeluść pod strzechą.

– Tam spał. Pod samym dachem. Chcecie zobaczyć? No właźcie, smrodki!

Nie chciałem. Mały Tomeczek też nie. Wejście było dobre dwa metry nad ziemią, ściana sypała się spod palców, a w środku – wije, pająki, myszy i pewnie coś jeszcze gorszego. Pamiętałem czerwcowe wygibasy w czereśniach. Wystarczyło.

Ale Adaś już się gramolił. Wbijał szpice trampek w szpary między cegłami i przebierał nogami jak wiewiórka. Po murze dreptały też mrówki – moje ulubione owady – jakby z nim rywalizowały w jakimś dziwnym konkursie na wytrzymałość. Po chwili krzyknął z góry:

– Jest! Znalazłem!

Zrzucił coś małego. Spadło na klepisko z cichym plaśnięciem. Podbiegliśmy.

Żółta, pomięta paczka „Sportów”. I jeszcze coś: malutki, mosiężny znaczek z napisem „ČSSR” i lwem z rozdwojonym ogonem.

Adaś zeskoczył.

– Widzicie? To nie był zwykły bandyta. To był szpieg. Albo kosmita, który udawał człowieka.

– Kosmita nie paliłby „Sportów” – powiedziałem.

– Może to był taki kosmita, co lubi naśladować Czechów – rzucił Adaś i sam się roześmiał, ale zaraz spoważniał. – Milicja i tak wszystko zatuszuje. Zawsze tak robią.

Stałem i patrzyłem na tę paczkę. Pachniała tytoniem i czymś obcym – czymś, co mogło być strachem, a mogło być po prostu Czechosłowacją.

W końcu Adaś schował znalezisko do kieszeni.

– Oddam staremu Prusowej, a jutro powiem wam, co powiedział.

Wróciliśmy do domów.

Kumy jeszcze chwilę stały i rozprawiały, jak gdyby chciały zaczarować sensację, żeby trwała choć trochę dłużej.

I dziś, kiedy o tym myślę już jako dorosły, wydaje mi się, że w takich chwilach włącza się pewien stary, ludzki mechanizm. Nie wiem, czy ktoś kiedykolwiek o tym pisał, ale szczerze wątpię. Każda sensacja – pożar, wypadek, napaść czy ucieczka z transportu – przechodzi u ludzi przez te same etapy. Najpierw jest moment zapłonu: nagłe zdarzenie, które elektryzuje wszystkich. Potem przychodzi faza środkowa – plotkowanie, dopowiadanie, szukanie sensacji tam, gdzie jej już prawie nie ma. A na końcu zostaje tylko plotkarska czkawka, kilka ostatnich zdań powtarzanych z przyzwyczajenia.

Pojawienie się zbiega w Racławicach wpisało się w ten rytuał doskonale. My, dzieci, obserwowaliśmy go wtedy nieświadomie, jak jakiś obrzęd kobiet odprawiany pod spróchniałym płotem.

– Pani Żonowska to… pani Paluszkowa tamto…

W końcu i one poszły – do kur, do świń, do mężów wracających z szychty. Dom, obiad, zwyczajne wiejskie życie.

A w stodole starej Prusychy jeszcze przez kilka dni pachniało obcym, sianem i strachem.

Czymś, co mogło być bandytą.

Albo kosmitą.

Albo po prostu człowiekiem z krwi i kości.

Koniec

Komentarze

Sprawnie i malowniczo napisana wprawka. To, czego nie odnalazłem, to elementu fantastycznego oraz jakiegoś głębszego przesłania. Wielki rwetes dziś u Basi, to bardziej reportaż niż opowiadanie. Tak czy inaczej, dobrze się czytało.

Jeśli mam wybierać pomiędzy jednym złem a drugim, to wolę nie wybierać wcale.

Tak jak wyżej – brakuje fantastyki i lepszej puenty.

Jak chcecie, to wam pokarzę

Kto by chciał, żeby go karać :))

 

Tekst przypomina zasłyszaną przypadkiem rozmowę dwóch pań występujących w opowiadaniu – aczkolwiek takie rozmowy są zazwyczaj najbardziej intrygujące!

Maćku, tradycyjnie już pokazałeś scenkę i fajnie opisałeś wspomnienie z dzieciństwa. Całkiem dobrze się to czytało i mogę tylko żałować, że fantastyka została ograniczona do wzmianki chłopca o „kosmicie”.

 

spra­wy wręcz zmy­ślo­ne, nie ma­ją­ce żad­ne­go po­kry­cia… → …spra­wy wręcz zmy­ślo­ne, niema­ją­ce żad­ne­go po­kry­cia

 

ubo­le­wa­ła mi­strzy­ni od ubo­le­wa­nia… → …ubo­le­wa­ła mi­strzy­ni ubo­le­wa­nia

Można być mistrzynią czegoś (np. lepienia pierogów), nie od czegoś.

 

Jak chce­cie, to wam po­ka­rzę. Jak chce­cie, to wam po­ka­żę.

Sprawdź znaczenie słów pokarzępokażę.

 

Wła­ście do środ­ka, wła­ście jako pierw­si. → Wła­źcie do środ­ka, wła­źcie jako pierw­si.

 

W te i z po­wro­tem… → W i z po­wro­tem

 

jak zwin­ne prze­bie­ra no­ga­mi… → …jak zwin­nie prze­bie­ra no­ga­mi

 

– Ta, aku­rat – drwił ośmio­kla­si­sta. → Czy Adaś ukończył osiem klas? Jeśli nie i był jeszcze uczniem ósmej klasy, winno być: – Ta, aku­rat – drwił ósmoklasista.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Sympatyczne, można się uśmiechnąć, ale brak fantastyki, której na tym forum oczekujemy. :)

Zgadzam się z przedpiścami, że brak fantastyki.

Jak chcecie, to wam pokarzę.

Właście do środka, właście jako pierwsi.

Czemu to jeszcze niepoprawione? Kłuje w oczy.

Babska logika rządzi!

Dzięki, Drodzy Komentujący. Babole poprawione. 

Witaj Reg.

Dzięki, że zawsze tu jesteś i nas pilnujesz. :) 

Pozwól, że o coś spytam, o zapis skrótu NIK. Powinno być więc “dziadek pracuje w NIK-u” czy “dziadek pracuje w niku”?

Z góry dziękuję, pozdrawiam serdecznie

MZ

 

Bardzo proszę, Maćku. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Odpowiem zamiast Reg: powinno być “pracuje w NIK-u”. Przynajmniej, jeśli masz na myśli instytucję. Bo przecież możesz wymyślić jakieś kosmiczne ubranko czy budowlę i nazwać je nikiem. Wtedy dziadek mógłby pracować w niku, tak jak drogówka pracuje w żarówiastych kamizelkach, a krupier w kasynie.

Babska logika rządzi!

Maćku, kiedy dodawałam poprzedni komentarz nie widziałam Twojego, dlatego odpowiedziałam tak króciutko.

Teraz widzę, że Finkla wyręczyła mnie, należycie wyłożywszy sprawę.

Finklo, dziękuję! :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ależ proszę. :-)

Babska logika rządzi!

:)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ja również dziękuję. Ja tego mimo wszystko nie rozumiem, może za głupi jestem, a tutaj dostrzegam jakąś babską logikę (bez obrazy). Skoro funkcjonuje zapis NIK-u i tylko NIK-u, to czemu np. PRL-u zapisujemy i jako peerelu, i jako właśnie PRL-u? Z góry dziękuję za odpowiedź.

IMO, formalny zapis to z dywizem – w PRL-u.

Ale. Niektóre skrótowce czyta się jak słowo (NIK, ZUS) a niektóre (na ogół niewygodne w czytaniu z powodu braku samogłoski albo trudnowymawialnej zbitki spółgłosek – PRL, PKO) czyta się się, literując. W tym drugim przypadku ciągnie, żeby zapisać zgodnie z wymową (oczywiście nie w oficjalnych dokumentach, ale na przykład w mailu do kumpla “studia na ujocie są spoczko“). No i są jeszcze takie skróty, które niesamowicie kuszą do wszelkich przeróbek (PIP-a) albo złośliwego naśladownictwa czyjejś wymowy (PSL czytany jako peezel)…

Babska logika rządzi!

Dzięki za rzeczowe przedstawienie sprawy, Finkla. Wszystko jasne. IMO, Ty bardzo lubisz to IMO, ten skrót. ;)

Bo ja się na niczym naprawdę nie znam, więc wypada się przyznać, że tylko wyrażam swoją opinię, a nie wygłaszam coś ex cathedra. Skrót pozwala zrobić to szybciej. :-)

Babska logika rządzi!

Ciężka lektura – musiałem się skupić. Czytało się dobrze, ale brakowało elementów fantastyki. Pozdrawiam.

Bo ja się na niczym naprawdę nie znam…

Podobno na niczym, tak sama twierdzisz, ale ja w to nie wierzę. ;)

 

 Ciężka lektura.

No widzisz, Adexx, a miała być lekka, krótka i lekka lektura, ot, wiejska rodzajowa scenka po prostu. 

Nie zamierzam ingerować w sprawy Twojej wiary. :-)

Babska logika rządzi!

Fajne, tylko fantastyki brak :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Witaj, Irka_Luz,

 

ależ ja Ciebie dawno nie widziałem / nie czytałem. Miło, że się pojawiłaś i skomentowałaś. Cieszę się.

Fajne, tylko fantastyki brak.

Ano brak. Zastanawiam się, czy nie warto rozbudować wątku tego kosmity. Na razie jest tylko to:

– Ta, akurat – drwił ósmoklasista. – A zresztą nawet gdyby tak było, nie dowiedzielibyśmy się o tym, nie? Milicja, wojsko i tajniacy zadbaliby o to, byśmy się o niczym nie dowiedzieli, o leśnej obławie, przeczesywaniu okolic rzeki Osobłogi i w ogóle. Zresztą co niby miałby robić ten twój ufoludek po choćby i nawet udanej ucieczce, no co!? Bez swoich, bez możliwości powrotu na Planetę X…

Pozdrawiam :)

M

Witaj. :)

Skoro dziadek z NIK-u tak powiedział, to na sto procent zbieg był kosmitą. :) 

Nie daje mi spokoju nazwa wioski – Racławice (kościuszkowskie?) czy Racławia? Bo podajesz obie formy:

Jednak tym razem wydarzyło się coś, co spowodowało, że całe Racławice zaczęły huczeć od plotek, którymi miały żyć przez kolejne tygodnie, a nawet miesiące. 

Pojawienie się zbiega w Racławii wpisuje się znakomicie w te trybalistyczne rytuały plotkarskie, które dane nam było obserwować (…).

No i – kim była tajemnicza tytułowa Basia? Czy to owa “stara Prusycha”? – Z transportu uciekł mianowicie jeden z więźniów i obrał sobie szopę starej Prusychy na nocleg.

 

Klikam za humor i sprytnie ukrytą, “ufoludkową” fantastykę. :) 

Pozdrawiam serdecznie. :) 

Pecunia non olet

Cześć Bruce!

 

Dzięki za wizytę tutaj i kliknięcie. Tak, Baśka z mojego opka ma na nazwisko Prusycha. Nie, nie chodzi o Racławice kościuszkowskie, lecz o Racławice (nazywane poetycko Racławią) Śląskie (opolskie). 

 

Serdecznie również pozdrawiam i raz jeszcze dziękuję!

MZ:)

Teraz wszystko jasne, dziękuję, Maćku, i pozdrawiam. :) 

Pecunia non olet

Jako ciekawostka. Z tej wersji startowałem. Potem naskrobałem II, w której skończyłem z gadulstwem. Wklejam starą, bo ciekawa jest teoria plotki.

 

 

Wielki rwetes dziś u Basi

 

Od rana już je widziałem. Stały i robiły to, co udawało im się robić najlepiej i co nie wymagało z ich strony żadnego wysiłku, a mianowicie plotkowały. Tematów nigdy nie brakowało. Czasem były to nic nieznaczące błahostki, czasem sprawy wręcz zmyślone, niemające żadnego pokrycia w rzeczywistości. Jednak tym razem wydarzyło się coś, co spowodowało, że całe Racławice zaczęły huczeć od plotek, którymi miały żyć przez kolejne tygodnie, a nawet miesiące. Z transportu uciekł mianowicie jeden z więźniów i obrał sobie szopę starej Prusychy na nocleg. Nie mógł lepiej trafić. Przeczekał parę godzin, ukradkiem śpiąc jak lord na sianie, a gdy tylko dzień nastał, dał nogę do pobliskiej Czechosłowacji, bo tu niedaleko granica, české jídlo i české pivo. Stałem i widziałem, jak od samego rana nawija makaron na uszy pani Paluszkowa – kobieta o czerwonych, spracowanych dłoniach i o silnym zapachu, tak silnym, że jak się jej dotknęło, na przykład pocałowało w rękę, to człowiek potem pachniał przez kilka godzin tak jak ona, pachniał nią. No więc widziałem, jak nawija ten makaron i nawija, miele językiem i miele…

– Pani Żonowska – mówiła skrzeczącym głosem Paluszkowa – jakie to szczęście, że nikomu nic złego się nie stało, że ten bandyta nikogo nie napadł i nie zadźgał, bo podobno był uzbrojony i, przyparty do muru, mógłby zachowywać się agresywnie i niebezpiecznie; mógłby którąś z nas zgwałcić, a potem zamordować. Chyba nie muszę pani przekonywać, pani Żonowska, jakie to wielkie szczęście. Bóg najwyraźniej czuwa nad nami grzesznymi.

– Tak, mógłby zgwałcić – powtórzyła kuma Żonowska, która może i sama chciałaby być zgwałcona, bo przecież wszystkiego w życiu trzeba spróbować i gwałtu również, nie?

– A patrz pani, jaki sprytny – ciągnęła Paluszkowa. – Jak skutecznie milicji czmychnął i jakie gniazdko sobie znalazł, skubany. Patrz pani, jaka zaraza zaradna – ubolewała mistrzyni od ubolewania i płaczka pogrzebowa na etacie w jednej osobie, a przy okazji też jedna z ulubienic, bo miał ich wiele, księdza proboszcza.

Tymczasem równolegle do toczącego się dialogu dorosłych, odbywały się też rozmowy dzieci. Polne Jaśki i wiejskie Małgośki o włosach spłowiałych od słońca stały przed wejściem do stodoły i wskazywały młodszym, w tym również mnie, zionącą otchłań wypełnioną sianem:

– O patrzcie tam, małe bumcyki, patrzcie w górę – perorował Adaś, najstarszy. – To właśnie tam pod strzechą uwił sobie posłanie. Jak chcecie, to wam pokażę. No już, smrodki! Właźcie do środka, właźcie jako pierwsi. No szybciorem; na co, cwele, czekacie?

Ale my z Tomeczkiem wcale nie zamierzaliśmy wchodzić w czeluści, wpływać w odmęty poniemieckiej rozwaliny, pełnej szczurów, pająków, wijów i Bóg wie, czego jeszcze. Zresztą wejście znajdowało się strasznie, strasznie wysoko (jakieś dwa metry ponad ziemią) i zwyczajnie miałem pietra wspinać się po ceglanej, nieotynkowanej, osypującej się tu i ówdzie jajeczną zaprawą ścianie, a wciąż tkwiły mi w pamięci nasze czerwcowe wygibasy w koronach czereśni, które mogły się dla niektórych skończyć tragicznie. Może miałem lęk wysokości albo po prostu byłem wciąż jeszcze zbyt malutki na takie harce. Nie tylko zresztą ja miałem tak zwanego cykora. Spojrzałem na Tomeczka i dostrzegłem strach w jego wiecznie szeroko otwartych i zdziwionych oczach.

Tymczasem Adaś co chwila wchodził i wychodził z zionącej tajemnicą czarnej dziury, jak jakiś wiewiór kręcący się wkoło własnej dziupli i popisujący się przed samicą. On miał za nic wije, kosarze i inne plugawe robactwo. Złaził do nas na klepicho po to tylko, by już za chwilę z powrotem się gramolić, jakby czerpał przyjemność z mini-alpinistyki. W tę i z powrotem po ceglanym murze dreptały też mrówki – moje ulubione owady. Być może to właśnie z nimi, bo innego wytłumaczenia nie ma, konkurował w jakimś dziwnym konkursie o żywotność.

Patrzyłem z podziwem, jak wkłada szpice popularnych w peerelu trampek w większe szpary między cegłami; jak zwinnie przebiera nogami, niczym jakiś przystosowany do wspinaczki egzotyczny robal (hm, nie wiem, czemu powiedziałem: „egzotyczny robal”?).

– To właśnie tam pod strzechą uwił sobie posłanie bandyta – kontynuował Adaś.

– To nie był żaden bandyta… – sprzeciwiłem się. – To nie był żaden bandyta, tylko kosmita. Dziadek mi powiedział, a dziadek pracuje w NIK-u i jest zawsze świetnie poinformowany – tłumaczyłem.

– Ta, akurat – drwił ósmoklasista. – A zresztą nawet gdyby tak było, nie dowiedzielibyśmy się o tym, nie? Milicja, wojsko i tajniacy zadbaliby o to, byśmy się o niczym nie dowiedzieli, o leśnej obławie, przeczesywaniu okolic Osobłogi i w ogóle. Zresztą co niby miałby robić ten twój ufoludek po choćby i nawet udanej ucieczce, no co!? Bez swoich, bez możliwości powrotu na Planetę X…

– Pomyśl tylko – wtrącił przyjezdny z Kędzierzyna-Koźla Boguś, mój rówieśnik. – Gdyby przejęli go Czesi, to przynajmniej pożyłby sobie do końca żywota jako sám král, a u nas w Polsce jest zawsze tak smutno i szaro. My, Polacy, nie mamy Szwejka ani Żwirka i Muchomorka; mamy za to bohaterów dramatów filmowych i żołnierzy niezłomnych.

– To prawda, nie ma to, jak czechosłowackie pohádky – przytaknąłem. – Inny świat, ale… przynajmniej mamy porucznika Klossa i Pana Samochodzika, a zresztą komu jak komu, ale mnie nie jest smutno, no może tylko czasami, gdy jestem sam i nikt się nie chce ze mną bawić, na przykład ty, Adaś.

Zmieszał się.

– Mam swoje obowiązki domowe i jako ministrant i po prostu nie zawsze mogę się bawić. Jak będziesz w moim wieku, to zrozumiesz.

Dalsza rozmowa nie miała sensu, bo w końcu stało się to, co musiało się stać. Nastąpił przesyt tematem zbiega, kimkolwiek był, i nasz dialog małych łebków z zalanej słońcem ulicy Ogrodowej dobiegł końca, a Adaś wyszedł z „dziupli” i zeskoczył na ziemię.

Tylko kumy nadal stały i nadal rozprawiały. Starały się najprawdopodobniej zaklinać rzeczywistość, czyli robić wszystko, by przedłużyć bandycie jego pięć minut sławy.

– Pani Żonowska to, pani Żonowska tamto – leciało bezustannie.

Nie wiem, czy ktoś kiedykolwiek o tym pisał, ale szczerze wątpię, więc może ja stanę się tym pierwszym, który się na ten temat wypowie, już jako dorosły. Chodzi mi tu o zaklinanie rzeczywistości, o różne etapy, fazy, okresy każdego zdarzenia postrzeganego jako sensacyjne. Pożar, wypadek samochodowy, incydent kolejowy, napaść, rabunek i wszystkie inne zdarzenia losowe istnieją w świecie ludzi jako pewne powtarzające się rytuały, które mają swoje okresy: fazę początkową (zaistnienie sensacji), fazę środkową (plotkowanie i szukanie na siłę sensacji) i fazę końcową (koniec plotkowania, czyli plotkarska czkawka). Pojawienie się zbiega w Racławii wpisuje się znakomicie w te trybalistyczne rytuały, które dane nam było obserwować:

– Pani Żonowska to, pani Żonowska tamto.

– Pani Paluszkowa to, pani Paluszkowa tamto – słyszało się nieprzerwanie.

Kobiety zachowywały się, jak gdyby słynna racławicka ucieczka rozgrywała się na ich oczach w czasie teraźniejszym. W końcu i one przejadły się tematem i poczęły z wolna się rozchodzić, bo dom, bo ogród, bo zakupy i obiadek, bo kury i króliki, krowy i świnie i inne obowiązki na nie czekały. I ich mężowie mieli już za niedługo wrócić z roboty.

Nowa Fantastyka