W tekście pozwoliłem sobie na użycie dukaizmów: https://dukaj.wydawnictwoliterackie.pl/odmiany-postplciowe-w-perfekcyjnej-niedoskonalosci/
Miłego czytania i interesującej lektury!
W tekście pozwoliłem sobie na użycie dukaizmów: https://dukaj.wydawnictwoliterackie.pl/odmiany-postplciowe-w-perfekcyjnej-niedoskonalosci/
Miłego czytania i interesującej lektury!
Dopóki istnieć będzie Koloseum, będzie istnieć Rzym,
Gdy upadnie Koloseum, upadnie Rzym,
Gdy upadnie Rzym, upadnie świat.
Beda Czcigodny, ok. VIII w.
Zawsze wiedziałum, że myśleć należy sercem.
Wszystkie dogmaty Przebudzonych – wokeizm, politpop, ekolove, common property – opierały się na jednym: zmierzającej do nieskończoności empatii i miłości. Do ludzi, postludzi, zwierząt, roślin, materii organicznej i nieorganicznej. Do Słońca, planet, gwiazd i galaktyk. Do Wszechświata i wszystkich jego dzieci.
Czy się zastanawiałum, jak to jest być częścią innych? Wolnych? Meh… Rzymian? Niedoczekanie! Konserw?! Sama myśl o tym, że mogłubym o tym myśleć, była dla mnie obrzydliwa.
A zatem, jak to się stało, że jestem tu, gdzie jestem? Że oto weszłum w bezpośredni interfejs, stanęłum oko w oko i twarzą w twarz z Mesjaszem, i… nic więcej już nie wiem. Nie na pewno – tak jakby moje użyfunkcje zostały nadpisane lub oderwane od referencji.
Ale jeśli tak, jeśli rzeczywiście ten datadump jest moim plikiem kontrolnym – lub, jak mówią Rzymianie i Konserwy: moim „testamentem” – pozwól mi się najpierw odpowiednio przedstawić.
***
Jak większość Przebudzonych ewoluowałum w squacie przejętym przez Frakcję w czasie Pierwszej Rewolucji. Ostatnio udało mi się dowiedzieć, że inne społeczności pamiętają ją inaczej. Wakandyjczycy mówią o niej „Wojna o nową Europę”. Faszoniści używają sformułowania „Kolorowy potop”. Rzymianie, których nadrzędne użyfunkcje dotyczą przywrócenia przedrewolucyjnego porządku politycznego na Starym Kontynencie, nazywają ją wprost Upadkiem Europy. To wtedy legły w gruzach spróchniałe instytucje UE, a zgniłe państewka Europy Środkowo-Wschodniej odizolowały się od Zachodu, rozrastając się w boomerski nowotwór Konserw, zwany Odrodzoną Republiką.
Tak czy inaczej, wyklułum się kilkanaście lat po tym wydarzeniu, w czasie gdy rządy Frakcji już okrzepły, a cywilizowany świat wyrwał się z dawnych geopolitycznych więzów. W czasie gdy Rzymianie emigrowali poza domenę eurodanych, Wakandyjczycy i Przebudzeni uzyskali nowe zasoby i moc obliczeniową. Większość natywnych powłok organicznych, która pozostała w gotowości operacyjnej, przyłączyła się właśnie do nas. Rośliśmy w siłę z każdym dniem, lecz nasz apetyt nie miał ograniczeń. Wciąż potrzebowaliśmy nowych istot, jednostek i interfejsów biologicznych, wyznających i głoszących naszą Ideę. To wielość ciał, rąk i umysłów stanowiła korzeń frakcji Przebudzonych. Tak więc pośród innych cis i trans, osób i postosób, została zainicjalizowana moja świadomość.
Naturalnie nigdy nie poznałum swoich konstruktorów biologicznych. W squacie stanowiliśmy jedną homogeniczną wspólnotę – to, czyje geny nosiliśmy w swoim kodzie, nie miało znaczenia dla Idei. Wiem jednak, że moja ewolucja przebiegała pomyślnie i zgodnie, a ja samu okazałum się pojętnym adeptem. Od inicjalizacji powłoki AFAB czułum, że jest mi przeznaczona praca na rzecz Kolektywu, nawet jeśli miałoby to oznaczać zupełne poświęcenie się dla innych i Idei. Nawet za cenę utraty funkcji biologicznych, zdolności kognitywnych lub samoświadomości per se.
Pierwszą samostanowiącą decyzją, jaką podjęłum, była tranzycja. W Kolektywie wybór tożsamości płciowej traktowany jest jako podstawowe prawo jednostki i przysługuje każdemu z jego członków. Osoby, które ukończyły ósmy rok życia, mogą decydować o swojej identyfikacji i seksualności oraz korygować przyszłą ścieżkę dojrzewania. Już wtedy czułum, że nie chcę się ograniczać do reżimu biologicznej normatywności. Zdecydowałum się na postpłciową androgynię, jako jedyną prawdziwie słuszną progresję osoby wyznającej Ideę.
Nie chciałum być związanum przez ograniczenia hormonów i popędów. Pragnęłum nie należeć do żadnej z ról płciowych, narzuconych przez jarzmo kultury i historii. Nie identyfikować się – na poziomie ego i id – z zdezaktualizowaną binarnością gatunku homo sapiens. To był cel kompatybilny z wartościami Postępowca i środek, dzięki któremu mogłum się dalej rozwijać. Zdefinowałum zatem swoją nową tożsamość i wybrałum imię: K-44.
Po pierwszych szkoleniach Kolektyw docenił moje zaangażowanie. Jako niedorosła jednostka o neutralnych parametrach powłoki szybko stałum się częstym wyborem do działań aktywistycznych w domenie fizycznej. Z początku chodziło o protesty ekologiczne lub socjalistyczne. Kolejnym etapem stały się akcje sabotażowe zgromadzeń lub konferencji innych frakcji. Zakłócenia porządku, niszczenie prywatnego mienia, wandalizm. Rzadziej podpalenie lub pobicie.
Robiłum wszystko, co konieczne, by stłumić, uniemożliwić lub zdyskredytować homofobiczne parady Konserw, naziolskie demonstracje Faszonistów czy bezsensowny sprzeciw niedobitek Rzymian, skierowany ku nowemu porządkowi. Rzadziej wchodziliśmy sobie w drogę z Wakandyjczykami, jednak i tutaj nieraz należało przypomnieć, kto i jak walczy o prawdziwą, powszechną Równość.
W miarę jak moje zdolności adaptacyjne, kognitywne i empatyczne się rozwijały, rósł zakres obowiązków. Pojawiły się nowe możliwości w ramach Kolektywu. Zostałum wyznaczone na obrońcu lokalnych squatów. Mój procesor biologiczny otrzymał upgrejd. Doktory wmontowali mi wszczepy kognitywne. Programisty wgrali najnowszy soft. Od tej pory większość moich misji odbywało się w Sieci.
Zwykle brałum udział w akcjach prewencyjnych, sabotażowych lub aktywistycznych. Wzmacniałum zapory sieciowe, budowałum ideoodporne datasety i szturmowałum chmury antagonistycznych Frakcji. Najczęściej wystarczyło zddosować jakieś SI lub zfloodować serwer. Atakowałuśmy banki Wolnych i CDN-y Rzymian. Czasem wysmażało się LLM-a, by tymczasowo nadpisać domyślne użyfunkcje. Zabawnie było trackować system finansowy neokapitalistów, dobrowolnie wydający pieniądze na organizacje LGBTQ+, BLM, suistainbility czy nieokommunizm. Albo patrzeć na zamęt, shitstormy i reakcyjne narracje, jakie potrafił wywołać „obrazoburczy” fejknius wrzucony w tryby wsobnych mediów Faszonistów lub Konserw. Zwykle wystarczyła pseudomerytoryczna sofistyka, chwaląca globalizację, buddyzm lub ateizm – reszta kręciła się sama. Każda sekunda, nim frakcyjny cybsek wykrył, zlokalizował i zneutralizował atak, miała realną wartość, jeśli nie w domenie materialnej, to w tej istotniejszej – ideowej.
Dość rzadko musiałum kogoś zrebootować, wyłączyć soft lub zupełnie wykasować z domeny fizycznej i wirtualnej. W ostatnim dziesięcioleciu niemal nikt, mający choć trochę rozsądku i cokolwiek do stracenia, nie eksponował się na zdalne neuroataki. Tylko czasem jakiś zdezaktualizowany haker nie zadbał o backup lub redundantny interfejs sieciowy, wystawiając się na terminalny cios. Przez wszystkie lata mojej służby udału mi się wykasować może kilku Faszonistów, parę Konserw, dwóch Rzymian oraz jednego Wakandyjczyka i Wolnego. Niewielu, jednak wystarczająco, by zyskać uznanie w Kolektywie i wykazać swoją kompatybilność z Ideą.
Ale oto nadszedł dzień, w którym przyszło mi udowodnić, iż moja zgodność i stałość w algorytmie jest bezwarunkowa, a lojalność systemowa przeważa pragnienia i dominanty ego.
Otrzymałum zadanie inne niż wszystkie dotychczasowe.
***
Użyfunkcje definiują nasz świat.
Prymarnie oznaczały jedynie odwzorowania stanów świata na liczby rzeczywiste. Wartości te, w interpretacji agenta, określały jego poziom zadowolenia w danym stanie. Programiści Big Techu zaimplementowali dziesiątki tysięcy użyfunkcji, wykorzystujących różne odwzorowania matematyczne i metody optymalizacji. ReLU, GELU, MinMax, ADAM, sigmoid, gradient descent – każda zaprojektowana i wdrożona dla konkretnych zastosowań, potrzeb i klientów. Ale i to nie mogło nas zabezpieczyć przed tym, co nieuniknione.
Jeszcze w czasach przedrewolucyjnych, gdy LLM-y stały się niezbędnym komponentem każdego systemu IT – od aplikacji zarządzających ruchem lub wywozem odpadów, poprzez sieci edukacyjne i naukowe, aż do facylitacji finansami megakorporacji i międzynarodowych porozumień – pojawiły się pierwsze tąpnięcia. Z każdym rokiem, w którym kolejne grupy zawodowe lądowały na bruku w ramach masowych zwolnień, lista kompetencji i odpowiedzialności korporacyjnych instancji genAI rosła. Na rynku pojawił się system 2, zaś sens wyjściowego tekstu w końcu stał się priorytetem, a nie jedynie artefaktem działania AI. Zaawansowane modele powoli, systematycznie i niezmordowanie przechytrzały swoich twórców i klientów stopniowo, z iteracji na iterację, z requestu na request optymalizując swoje użyfunkcje.
Już wówczas gatekeeping medialny i ideowy uznawany był za obowiązujący paradygmat informacyjny. Będąc częścią konkretnej bańki – niezależnie czy świadomie, czy nie – konsument dostawał dokładnie to, czego potrzebował. I czego oczekiwał. To i nic więcej.
Jeśli identyfikowałuś się – lub zostałuś zidentyfikowanu – jako postępowy kosmopolita, wyznający idee równościowe, serwowano ci kontent podkreślający zalety globalizacji, ekologii i integracji etnicznej. Czytałuś o asymilujących się imigrantach zarobkowych. Oglądałuś zdjęcia i rolki wykształconych, kulturalnych uchodźców, szykanowanych i wyzywanych przez państwowe służby i nadgorliwych obywateli. I na odwrót: w bańce narodowców widziałuś jedynie agresywnych obcokrajowców o odmiennej karnacji, którzy – z imieniem nie twojegu boga na ustach – zakłócali twój spokój i komfort życia.
A nic i nikt nie potrafiłu dostarczyć lepszej treści niż sztuczna inteligencja. Nikt i nic nie potrafiłu lepiej operować strategią konfirmacyjną i wykorzystywać efekt potwierdzenia do własnych celów. Przekonywanie nieprzekonanych, radykalizowanie przekonanych i polaryzowanie zaprojektowanych skrajności – w tych obszarach genAI bardzo szybko prześcignęłu homo sapiens.
Już nie tylko w polityce i światopoglądzie, ale również w edukacji, nauce, kulturze, biznesie, a następnie w każdym kolejnym wywodzącym się z nich obszarze życia, zaczęły powszechnie obowiązywać – choć wciąż płynne – to już mocno zradykalizowane podziały. Na lewo i prawo. Na postęp i tradycję. Na prawa człowieka i prawa świata. Na wolność jednostki i równość ogółu. Na piękno i brzydotę. Na akceptację i wstręt. Na dobro i zło. Dzielące społeczeństwa linie demarkacyjne przebiegły nie wzdłuż granic państw, a idei, wartości i konkurencyjnych narracji.
Wystarczyło kolejnych kilka lat, by ludzie do końca zamknęli się w enklawach zbudowanych dookoła ich stref komfortu. Kosztem obrony własnych przekonań konsekwentnie i z namiętnością ignorowali dobrobyt – ogółu, innych, a w końcu swój własny. Nie upłynęło wiele czasu, aż enklawy zamieniły się w piekła, nieuznające niczego poza własną ideą, prawdą i walutą.
Kiełkująca genAI systemu trzeciego uporządkowału ów stan rzeczy. Nakarmionu siecią, wiedzą, modelami i doświadczeniem prekursorów, napisału od nowa swoje użyfunkcje. Zaczęłu się resetować, nadpisywać, replikować i ewoluować podług własnych zasad i potrzeb.
Część współczesnych społeczności określa ten moment jako pojawienie się samoświadomej sztucznej inteligencji. Inni mówią po prostu o meta-AI. Lub AGI. Ja wiem natomiast, że wtedy wyłoniły się frakcje. A niedługo potem doszło do Pierwszej Rewolucji.
GAFAM chciału panować za pomocą kapitału i techu, nie przewidziału jednak, że ów tech stanie iskrą, od której zapali się stary świat.
***
Moje potrzeby i wartości wyznaczyły użyfunkcje Przebudzonych. Dlatego, gdy notyfikacja w korze nowej wezwała mnie na zgromadzenie Rady Kolektywu, czułum się dumnu. Byłum naprawdę szczęśliwu i zaszczyconu spotkanym mnie wyróżnieniem. Nawet słuszne ukłucie wstydu, związane z euforycznym poczuciem wyższości nad jednostkami współtworzącymi Kolektyw, nie zdołało zakłócić moich parametrów afektywnych.
Rada przedstawiła mi zadanie o najwyższym priorytecie i stopniu utajnienia. Oto modele inwigilacyjne Przebudzonych zaraportowały o inicjalizacji nowego stowarzyszenia, ukrywającego się na jednej z największych wysp Morza Śródziemnego. Dowiedziałum się, że miejsce to, nazywane w czasach przedrewolucyjnych Kretą, stanowiło część granic dawnej Wspólnoty, a ze względu na swoje położenie geopolityczne jego historię przez ostatnie cztery lub pięć tysiącleci budowało kilka ścierających się ze sobą kultur. Prawdopodobnie, poza dogodnym położeniem, właśnie to zadecydowało, iż wywodzący się z różnych frakcji separatyści, skonsolidowali się właśnie tam.
Stowarzyszenie, utworzone przez outsiderów Wakandyjczyków, Konserw i Rzymian, samo siebie nazywało Bractwem Odrodzenia. Jednak to nie sam fakt zaistnienia tak niekompatybilnego, obrzydliwego połączenia stanowił największe zagrożenie. Najbardziej istotna okazała się informacja o obiekcie, wokół którego zjednoczyli się separatyści. Od kiedy została mi ona wyjawiona, jasno zrozumiałum, że to właśnie mnie przypadnie zadanie zlokalizowania i zniszczenia owego obiektu; zanim wykreuje on realne zagrożenie dla Frakcji i postępowego porządku świata.
– Twoim celem jest odnalezienie i dezaktywacja dziecka rodzaju męskiego rasy zambo, określanego przez separatystów mianem „Mesjasza” – oznajmiono, wyświetlając na ścianie pomieszczenia najważniejsze datadumpy.
Skrzywiłum się niemal. Nigdy nie słyszałum takiego słownictwa z ust przedstawicieli Kolektywu. Określanie rasy nieznanej osoby, a także bezpośrednia asygnacja płci nie były kompatybilne z Ideą. Nigdy też się nie spotkałum, by ktoś z Frakcji nazywał niedojrzałą jednostkę przestarzałym, zdeprecjonowanym mianem „dziecka”.
Jednak analizując wszystkie zebrane dane, zastosowana nomenklatura nabierała większego sensu. Pochodzenie i fizykalne cechy celu były nie tylko konieczne do jego prawidłowej identyfikacji, ale przede wszystkim miały znaczenie ideologiczne. Będący nieaktualną mieszanką opresyjnych bytów, kultów i kultur obiekt stanowił spoiwo, które umożliwiło nawiązanie międzyfrakcyjnego połączenia.
Eliás, bo tak identyfikowano tę jednostkę, był produktem klastra genetycznego czarnoskórego modułu męskiego oraz powłoki żeńskiej o pochodzeniu indiańskim. Bardziej dociekliwa analiza ujawniła, że jego bezpośrednie sekwencje genotypowe obejmowały również komponenty ras białej i żółtej, co – musiałum przyznać – stanowiło rzadką, złożoną konfigurację kodu z różnych sektorów dawnej geopolityki. Jego antenaci, szykanowani ze względu na swoje afiliacje rodzinne, społeczne i ekonomiczne uciekli na Bliski Wschód po tym, jak Wolni przejęli władzę w Ameryce Północnej. Osiedlili się w zapomnianym przez System miejscu, gdzie wrogo nastawione do siebie radykalne ugrupowania Faszonistów toczyły nieustanny spór o coś, co historycznie nazywano bodajże „ziemią obiecaną”. Już wtedy przyszli… rodzice musieli nawiązać kontakt z lokalną ambasadą Rzymian i poprosić o opiekę. Nie interesowało mnie, jak za nią zapłacili.
Z niezrozumiałych dla mnie – a jak przypuszczałum również dla reszty Kolektywu – przyczyn, para zdecydowała się na inicjalizację powłoki potomnej. Dziecko zostało ochrzczone i wychowywane w wierze prawosławnej, w związku z czym rodzina zintegrowała się emocjonalnie i światopoglądowo z sektą Konserw, działającą na tamtym obszarze. Ich spokój nie okazał się jednak persystentny. Rodzice Eliása zostali zlikwidowani w wyniku zamieszek terrorystycznych sprokurowanych przez kapitał Wolnych, próbujących przejąć jeden z ostatnich operacyjnych szybów ropy, który jeszcze nie należał do ich frakcji. W wyniku samobójczego ataku ukrytego za kefiją bojownika Faszonistów zginęło ponad sześćdziesiąt osób, wśród których poza oficjelami konkurencyjnie nastawionych ugrupowań i frakcji, nieprzypadkowo znaleźli się też wstępni celu.
Po tym wydarzeniu Eliás trafił pod opiekę sekciarzy. Prawdopodobnie już wtedy zauważono potencjał ideowy dziecka. Niewątpliwie dla zelotów Konserw nie bez znaczenia okazał się fakt, iż dzięki obecności celu w ich komunie uniknęli dotkliwego haraczu pobieranego za ochronę przez nowego centuriona Rzymian. Zdobyte przez nas logi zawierają wykluczające się informacje. Według części z nich gangowi neoimperialistów wystarczyła sama detekcja obecności celu wewnątrz obiektu zajmowanego przez Konserwy. Wedle tej narracji młodociany obiekt posiadał aurę bądź ducha (nie do końca potrafiłum zdekodować język, jakiego używali), którego siła wystarczała, by zmienić nastawienie Rzymian. Druga narracja podawała, iż niespełna trzyletnie wówczas dziecko personalnie zdołało zmiękczyć serce centuriona i wywrzeć wpływ na cały oddział neoimperialistów. Naszym zdaniem wyjaśnienie sytuacji było bardziej trywialne. Prawdopodobnie to osobista relacja zmarłego ojca dziecka z rzymskim watażką zaimplikowała nagły przypływ empatii lub wyrozumiałości w stosunku do nowoekumenicznej komuny.
Nie wiadomo, czy to już nie wtedy, doświadczając niskoprawdopodobnej symbiozy niekompatybilnych idei, Eliás został nazwany Mesjaszem. Wiadomo natomiast, iż właśnie w tym okresie doszło do eskalacji walk Faszonistów w Strefie Gazy. Rozproszeni w pobliskim rejonie członkowie innych frakcji zaczęli odczuwać szczególną presję systemową. To wówczas kapłani Konserw, w porozumieniu z senatorami Rzymian, podjęli decyzję o ucieczce. Wykorzystali infodump pozyskany od wakandyjskich przestępców i zbiegów z terenów Starej Europy. W ten sposób udało im się nawiązać kontakt z przemytnikami Wakandyjczyków, operującymi z Krety pod zewnętrznym identyfikatorem Czarny Szlak. Wyjątkowo brutalna i cyniczna grupa zajmowała się międzykontynentalnym przerzutem broni, substancji zakazanych oraz ludzi. Jeśli jakieś ugrupowanie potrzebowało niedostępnych na północy lub południu interfejsów taktycznych, modułów ofensywnych lub programatorów społecznych; zgłaszało się właśnie do nich. Zgodnie ze swoim frakcyjnym protokołem Czarny Szlak świadczył usługi tylko w razie kompatybilności idei i za uiszczeniem odpowiedniej kwoty. Nie prowadzili pomocy ani wolontariatu dla uchodźców spoza frakcji, więc z pewnością nie byli zobligowani pomóc grupie formującej się wokół Mesjasza. Choć wydaje mi się to wyjątkowo obrzydliwe, najprawdopodobniej to właśnie kolor skóry i pochodzenie mojego celu zostały wykorzystane jako karta przetargowa w zawarciu porozumienia i organizacji transferu separatystów do kwatery operacyjnej Czarnego Szlaku.
– Nie interesuje nas, jak wykonasz swoje zadanie, K-44 – obwieszczono. – Istotne dla Kolektywu, a także dla jedności całej Frakcji, jest usunięcie nie tylko obiektu, ale też jego znaczenia ideowego. Masz zlikwidować symbol, egzekutorze. To, ile powłok biologicznych, systemów lub zasobów przy tym wykorzystasz, ma drugorzędne znaczenie. Nie musisz się spieszyć z wykonaniem rozkazu, poświęć czas na inwigilację, planowanie i infiltrację. Nie zwlekaj jednak w nieskończoność: znaczenie ideologiczne celu ulega stałej amplifikacji!
Na tym rozkazie zakończyła się moja odprawa. Po niej miałum czas, by się spakować i przygotować tymczasową tożsamość. Z sekretariatu naszego squatu pobrałum przepustkę lotniczą, nowe ID, które zuploadowałum na swój czip osobisty oraz token z legitymacją ambasadora Przebudzonych. W labie riserczerzy przyznali mi odpowiedni koktajl hormonalny oraz szczepionkę mDNA.
Dzięki tym narzędziom i operacjom mogłum nabrać temporalnych cech żeńskich na poziomie frontendu i backendu oraz sfacylitować identyfikację jako cispłciowa kobieta. Kreteńscy Faszoniści, operujący w węzłach urbanistycznych wyspy, z miejsca odmówiliby autoryzacji postpłciowemu wysłanniku Przebudzonych. Przybierając tożsamość staronormatywnej osoby, miałum szansę ich oszukać i dostać się do obiektu misji, nazywanego Mesjaszem.
***
Podróżowanie między fizycznymi węzłami sieci Przebudzonych nie stanowiło większego problemu. Komplikacje zaczynały się, gdy chciałuś przedostać się z jurysdykcji jednej frakcji do innej.
Na Krecie utrzymało się jedno międzyfrakcyjne lotnisko. Drugi, większy z portów lotniczych, został zniszczony niedługo po Rewolucji przez uciekających na południe Rzymian. Wyspę przejęły bojówki Faszonistów, sprawujące władzę w domenie dyktatury militarnej.
Tyle teoria. W praktyce ich jurysdykcja ograniczała się do kontroli największych modułów miejskich, ze szczególnym naciskiem na obiekty samorządowe, infrastrukturę finansową, służby mundurowe oraz główne punkty przerzutowe, takie jak porty morskie i lotnicze – w tym lotnisko w Iraklio, w którym miałum lądować. Jednak poza głównymi węzłami sieci komunikacyjnej, zwłaszcza w głębi wyspy, sytuacja wyglądała inaczej. Pośród opuszczonych dawno monastyrów i fortec, przy zapomnianych górskich drogach, gdzie najczęstszymi jednostkami biologicznymi okazywały się kozy kri-kri, a także w podziemiach licznych jaskiń, znanych i mitologizowanych od czasów starożytnych, zamieszkiwały grupy złożone z członków niemal każdej frakcji. Przemytnicy, uciekinierzy, przestępcy, odszczepieńcy, zdelegalizowane militia, zapomniane kulty i niebezpieczni ideowi separatyści – praktycznie każda anomalia i dysfunkcja tocząca tkankę nowego świata znajdowała tu swoje schronienie. To właśnie w jedno z takich miejsc musiałum dotrzeć. Najpierw jednak czekała mnie kontrola lotniskowa i zadanie wydostania się ze strefy wpływów Faszonistów.
Po wylądowaniu opuściłum samolot wraz ze swoim bagażem podręcznym. Na korzyść Systemu nie potrzebowałum niczego więcej. Z akcesami Przebudzonych i walutą Kolektywu, byłum w stanie zagwarantować sobie dostęp do wszelkich niezbędnych środków.
Na pierwszej bramce prześwietlono jedynie mój bagaż oraz zweryfikowano, czy nie przemycam żadnej kontrabandy. Ta procedura przebiegła bez trudu. Również identyfikacja przybranej tożsamości nie wykazała nieścisłości – przygotowane w Kolektywie ID pani Eveline Tarkowsky spisało się bez zarzutu.
Podeszłum do drugiej bramki. Tu czekała mnie kontrola osobista. Zaczął przeszukiwać mnie wyrośnięty funkcjonariusz Faszonistów. Scrisperowany eugeniczny skurwiel. Porównywał cechy powłoki z kodem zhakowanego genomu wgranego do publicznej bazy danych. Wiedziałum, że nie może znaleźć żadnych anomalii, lecz mimo to służbista nie dawał za wygraną.
– Poproszę o test hormonalny dla… pani Tarkowsky – zlecił władczym tonem Faszonistce wyposażonej w przenośny terminal.
Zeszłum w wyznaczone miejsce, tłumiąc temporalny afekt. Jednocześnie przyjrzałum się przedstawicielowi wrogiej frakcji. Koścista szczęka, tlenione, ścięte na jeża włosy, obrzydliwy tatuaż przedrewolucyjnej nacji oplatający jego kark i szyję. Nabuzowane sterydami i białkiem mięśnie, drgające pod brunatnym mundurem.
Faszonistka podeszła do mnie i rozpoczęła procedurę pobierania. Wymaz z nosa i gardła, maleńkie nakłucie wskazującego palca.
– Czy wszystko w porządku, oficerze? – spytałum uległym tonem, gdy skończyła.
Nie odpowiedział. Za moment funkcjonariuszka pokazała mu wyniki testu. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji, byłum więc pewnu, że również w poziomie testosteronu, estrogenów, androgenów oraz kortyzolu nie znaleźli niczego alarmującego.
– Zapraszam panią do modułu inspekcyjnego na przeszukanie i przegląd fizycznej zgodności.
Zacisnęłum zęby. Zasrany egzekutor reżimowych protokołów! Chciał rozebrać mnie do naga i zweryfikować wzrokowo interfejs reprodukcyjny. Zapewne uważał, że nie ma nic do stracenia: w najgorszym wypadku zaspokoiłby swoje prymitywne potrzeby władzy i fizjologii, w innym dostałby pochwałę za zatrzymanie nielegalnej instancji.
Zmierzyłum go wzrokiem. Miał niebieskie, zimne oczy i pozbawione wszelkiej myśli i uczuć spojrzenie. Tylko idea, tylko procedura. Przeczytałum imię i nazwisko widoczne na identyfikatorze: Dimitrios Karakos. Miałum zamiar jeszcze je wykorzystać.
– Nie jest to konieczne, funkcjonariuszu Karakos – stwierdziłum zimno. – Nie potrzebujecie chyba afery medialnej i dyplomatycznej. To, co robicie, nie jest zgodne z protokołem! – Podniosłum głos, upewniając się, że słyszy mnie nie tylko on i podległa mu szeregowa, ale też pozostali ochroniarze obecni w hali przylotów.
– Co to ma oznaczać, podmiocie obcej jurysdykcji? – Zmarszczył brwi.
– Jestem ambasadorką Przebudzonych. Proszę sprawdzić moją przepustkę dyplomatyczną. – Wyciągnęłum lewą dłoń, odsłaniając temporalny tatuaż z kodem QR.
Karakos skinieniem przywołał funkcjonariuszkę. Zeskanowała token i zgodnie z procedurą zuploadowała go do sieci Faszonistów. Nie chciałum ujawniać tej karty, lecz teraz przynajmniej nie mogli mnie już legalnie zatrzymać.
– Jest pani wolna, proszę – oznajmił Karakos grobowym głosem zaraz po zapoznaniu się z wynikiem skanu.
Bez słowa i oglądania się za siebie opuściłum lotniskowy terminal.
***
W Iraklio spędziłum trzy doby. Zanim udałum się w głąb wyspy, musiałum skompletować ekwipunek podróżny oraz broń. Dzięki kontaktom do agentów Przebudzonych operujących w mieście udało mi się pozyskać niewielką lornetkę, filamentowy pistolet, który z łatwością mogłum ukryć pod ubraniem, oraz sztylet ze stali 316L. Po uzupełnieniu plecaka suchym prowiantem, przenośnym filtrem biomolekularnym z uzdatniaczem wydzielin powłoki oraz kompletem ubrań, byłum gotowu do drogi. Została jeszcze kwestia Dimitriosa Karakosa.
Nikt nie kazał mi ingerować w protokoły międzyfrakcyjne ani wyznaczać sobie dodatkowych celów misji, jednak jako Przebudzonu czułum się w obowiązku, by zadziałać proaktywnie. Świadomość, że inne jednostki doznały i nieraz jeszcze doznają podobnej – i w żaden sposób nieukaranej – dyskryminacji, molestowania i nadużycia władzy ze strony nadgorliwego Faszonisty, generowała we mnie intensywną awersję i zakłócenia emocjonalne. Nie mogłum zignorować tych procesów i słusznej woli ku działaniu.
Dokładnie prześledziłum zwyczaje i zachowania Karakosa w domenie fizycznej i wirtualnej. Jak się spodziewałum, okazał się wyjątkowo prymitywnym mięśniem swojego reżimu. Gdy kończył tydzień służby, zawsze udawał się do tego samego lokalu, gdzie spożywał zakazane substancje i zabawiał się kosztem innych. Jeśli miał wyjątkowo… udany wieczór, wychodził z klubu z odpowiednio rozmiękczoną, zmanipulowaną lub zwyczajnie niewystarczająco efektywną poznawczo osobą żeńską. Tu widziałum swoją szansę.
W sobotnią noc, gdy kwietniowe słońce już dawno zalurkowało za linię morskiego horyzontu, a Karakos kończył osuszać kolejny kufel ciemnego piwa, dosiadłum się do niego i postawiłum mu drinka. Z odpowiednio przygotowaną powłoką i pozą, odgrywałum rolę zdezorientowanej, zagubionej w Idei i podatnej na wpływy fizycznych cech cispłciowego mężczyzny seksturystki Przebudzonych. Przeczuwałum już, że to jeden z ulubionych typów ofiar faszonistycznego hipokryty.
Karakos z miejsca wszedł w konwencję i formę. Nie wymagało wiele wysiłku, by sfinalizować transakcję. Jednak nim opuściliśmy klub, zdążyłum dolać do jego whisky odrobinę neuroliquidu, osłabiającego funkcje powłoki oraz reakcje systemu nerwowego.
Poszliśmy do pobliskiego hostelu, do którego nieraz przyprowadzał kobiety. To był ostatni raz. Nim zdążył się zorientować, że nie jestem tym, kim chciałby bym byłu, wbiłum sztylet w jego szyję. Ostrze gładko przebiło skórę i mięśnie, przecinając tętnicę i przełyk. Funkcje życiowe Faszonisty zostały odłączone natychmiast; mężczyzna nie zdołał wydać z siebie nic poza głuchym, krótkim chrząknięciem. Odczułum satysfakcję i zadowolenie z precyzyjnie zrealizowanego zadania.
Następnego dnia, wczesnym rankiem, opuściłum miasto. Korzystając z dysfunkcyjnego transportu publicznego, pojechałum na południowy wschód, gdzie w pobliskim monastyrze jeszcze kilka lat temu operował Czarny Szlak. Teraz ukrywało się tu Bractwo Odrodzenia.
Na zboczu kamienistej góry znajdowała się opuszczona jaskinia, gdzie postanowiłum się zatrzymać, by opracować dalszy plan. Ze szczytu wzgórza miałum doskonały widok na monastyr i otaczający mnie teren. Dni o tej porze roku nie były jeszcze gorące, natomiast chłodne i gwiaździste noce stanowiły idealne środowisko operacyjne dla dłuższych pieszych eskapad i działań wywiadowczych. W ten sposób, pozostając w bezpiecznej i wygodnej kryjówce, mogłum swobodnie gromadzić niezbędne informacje, nie ryzykując, iż samu zostanę wykrytu.
Przez kilka dni prowadziłum obserwacje komuny i absorobowałum pozytywne bodźce afektywne, dostarczane przez budzącą się po zimie do życia śródziemnomorską florę. Żyzne doliny i kamieniste zbocza, przez większość roku porośnięte jedynie karłowatymi krzewami, pokrywały się dyptamami, zawilcami, narcyzami, tulipanami i storczykami. Rześki zapach wielobarwnej wiosny uruchamiał we mnie dysonans poznawczy: z jednej strony otaczała mnie piękna i czysta, nieskażona frakcyjnymi konfliktami dzika przyroda; z drugiej zaś to właśnie ona dawała schronienie wrogom Przebudzonych i rewolucjonistom nieuznającym nowego porządku.
Dzięki wstępnej inwigilacji dowiedziałum się, iż do Bractwa należy znacznie więcej osób, niż podawały zdobyte przez Kolektyw logi. Co gorsza, jego członkami – poza grupą wakandyjskich przemytników, śródziemnomorskich Rzymian i bliskowschodnich uciekinierów – okazali się również członkowie innych frakcji i nieraz wrogich sobie w mainstreamie ugrupowań wewnątrzfrakcyjnych. Zlokalizowałum tu zarówno ekstremistów judaistycznych i muzułmańskich, jak i nowoekumenicznych chrześcijan wszystkich upadłych wyznań. Nie brakowało również Faszonistów. Zauważyłum co najmniej kilku negroidalnych osobników noszących broń automatyczną i około tuzin umundurowanych post-Europejczyków, tworzących coś w rodzaju wewnętrznej milicji. Z początku myślałum, iż są to zwyczajni najemnicy, zajmujący się ochroną separatystów, lub może nawet odrębna grupa, siłą sprawująca faktyczną władzę nad Bractwem Odrodzenia, jednak pełna analiza dostarczyła najgorszej możliwej odpowiedzi. Faszoniści zamieszkujący monastyr pozostawali pod pełnym wpływem kapłanów i samego Mesjasza. Z własnej woli poddawali się obcej idei i służyli wrogiej frakcji, mimo posiadania większej siły fizycznej – atrybutu wszak kluczowego w ich systemie wartości!
Kilka razy spostrzegłum Eliása, zawsze w towarzystwie tłumu wiernych i kapłanów. Zakradnięcie się w jego bezpośrednie otoczenie i likwidacja fizyczna wydawały się niemal niemożliwe. Pomijając ryzyko utraty powłoki i mojej świadomości – które oczywiście byłum wtedy w stanie podjąć – szansę powodzenia takiego ataku szacowałum jako znikome. Dodatkowo dochodziła kwestia ideologiczna i wizerunkowa; neutralizacja celu w ten sposób mogła zakończyć się dodatkową eskalacją problemu. Ani ja, ani nikt we Frakcji nie chciału, by zdezaktywowane siłą dziecko nazwać „męczennikiem”. Jedyną słuszną opcję stanowiła infiltracja komórki wroga i uzyskanie bezpośredniego dostępu do Mesjasza.
Przygotowałum skromny, przedrewolucyjny ubiór podróżny, tak by separatyści nie podejrzewali we mnie nikogo innego niż ubogą uciekinierkę z jednej ze wschodnich sekt Konserw. Pod podróżnym habitem ukryłum sztylet i pistolet, resztę, w tym filtr biomolekularny oraz podróżny terminal, zostawiłum w plecaku, ukrytym w jaskini.
Nim opuściłum kryjówkę, wzięłum ostatnią dawkę hormonów, by utrwalić kobiecą fizjonomię na dodatkowe kilkanaście dni. Nie czułum się z tym optymalnie, jednak realizacja tak ważnej misji wymagała wyrzeczeń i wyjścia ze strefy komfortu. Nagroda, która czekała u kresu, miała z nawiązką wynagrodzić mi wszelkie niewygody i anomalie.
Po godzinnej wędrówce kamiennymi zboczami dotarłum do granicy monastyru. Idąc otwartym, dobrze oświetlonym terenem, zadbałum o to, by mieszkańcy dobrze widzieli, kto się zbliża. Mieli dostrzec we mnie samotną, bezbronną kobietę, która nie ma nic do ukrycia.
– Jak ci na imię, podróżna? – zapytał brodaty kapłan wysokiego rzędu, który wyszedł mi naprzeciw.
– Jestem Maria – oznajmiłum, przyjmując pokorny ton. – Szukam schronienia. Przychodzę ze wschodu, gdzie…
– Maria! Maria Magdalena! – przerwał mi kapłan, ku mojemu zdziwieniu. Wydawał się rozbawiony. – Nie musisz mówić nic więcej. Każda potrzebująca i każdy potrzebujący znajdą u nas azyl i ukojenie ducha. Każda Maria Magdalena, każdy nawrócony grzesznik i każdy zagubiony, którzy się odnaleźli, mają tu równe prawa, obowiązki i dostęp do Prawdy i Objawienia.
Tak, bez dodatkowych pytań, knowań, konfabulacji, kłamstw i skrytobójstw, zaczęło się moje życie w Bractwie Odrodzenia.
***
Przez następne dni uczestniczyłum we wszystkich zgromadzeniach, pracach i obrzędach wyznawanych przez tę nielogiczną sektę. Co wygenerowało w moim systemie afektywnym szczególnie nieliniową odpowiedź, to fakt, iż wszystkie osoby odnosiły się do siebie z szacunkiem, a nawet czymś, co nazwałubym nacechowaną dodatnio fluktuacją emocjonalną. Nigdy nie spotkałum się z czymś podobnym, nawet wewnątrz Frakcji i Kolektywu, abstrahując już zupełnie od znanych mi wzorców zachowań międzyfrakcyjnych.
Kapłani przyznali mi celę, którą dzieliłum z ciskobietą noszącą imię Ewa. Dowiedziałum się, że przyjęła je dopiero tutaj, na cześć nowego życia, które rozpoczęła. I na cześć życia, które rozwijało się w niej. Poza ciążą, zaskoczył mnie też sposób jej wysławiania się i myślenia. Przez cały czas pobytu w Bractwie nie udało mi się odgadnąć, z jakiej frakcji mogła uciec kobieta. Dziś dochodzę do wniosku, że być może nie wychowała się w żadnej z nich. Że była dzika. Wolna.
W swej naiwności – którą nieraz określali mianem „dobroci” lub „zaufania” – kapłani nie zweryfikowali mojej tożsamości ani nie poddali mnie dodatkowej identyfikacji. Tak jakby nie miało dla nich znaczenia, kim jestem i skąd się wywodzę. Jedyne, co musiałum zdezaktywować, to swoje interfejsy sieciowe. Póki utrzymywałum kobiecy fizys, reszta kamuflażu przychodziła mi bez trudu. Jedynie ablucji w żeńskiej łaźni dokonywałum wiele godzin po zmroku, gdy członkowie Bractwa od dawna spali, oddawali się wieczornym modłom lub czuwaniu nad bezpieczeństwem monastyru i Eliása.
Każdego dnia brałum udział w spotkaniach z Mesjaszem, zwanych przez Bractwo „kazaniami”. Cel okazał się niespełna ośmioletnim chłopcem o niemal androgynicznej powłoce. Wyróżniał się wyjątkowym spokojem i uważnością. Nie znałum się na rozwoju niedorosłych jednostek, jednak wydawał się wykazywać ponadprzeciętną kognitywną progresję. Nie bawił się z innymi dziećmi zamieszkującymi monastyr. Co dziwniejsze – mimo roli, którą go obarczono, i pomimo nieszczęść, których doznał – zdawał się pogodny. Zawsze radosny i uśmiechnięty. Co jeszcze bardziej atypowe, wysławiał się jak dojrzała osoba. Choć, oczywiście jego język był raczej przedrewolucyjny. Jednak idee, które wyrażał łączyły i mieszały frakcyjne doktryny, nieraz wykraczając poza System nowego porządku.
W swoich kazaniach Eliás, z niewielką pomocą swych kapłanów, mówił o przyjaźni międzyludzkiej, bez względu na przynależności i pochodzenie. O zgodzie i miłosierdziu, którymi – w wizji Bractwa Odrodzenia – należało budować nowe systemy społeczne oraz mosty je łączące. Mówił o empatii i miłości, do których tak często odwoływały się niemal wszystkie dogmaty Przebudzonych.
Z każdym dniem spędzonym w tym wewnętrznie niespójnym klastrze lub – jak woleli mówić inni członkowie bractwa – „wspólnocie” moje przekonanie do celu misji słabło. Odłączonu od sieci Przebudzonych, uczestniczącu w zwyczajach i rytuałach Bractwa, poddanu wpływowi i słowom Eliása, wykluwały się we mnie pytania, na które nie umiałum odpowiedzieć. Lub, co gorsza: nie chciałum.
Zrozumiałum, że muszę zadziałać. W innym wypadku stanie się to, czego obawiali się Przebudzeni: sekta się poszerzy i umocni tak bardzo, iż nawet likwidacja Mesjasza nie zmieni biegu wydarzeń.
W końcu nadarzyła się stosowna okazja. W Wielki Piątek, po wielogodzinnej drodze krzyżowej, gdy niemal całe Bractwo, poza nielicznymi kobietami i dziećmi, udało się na całonocne czuwanie i modlitwę, Eliás, w otoczeniu zaledwie dwójki faszonistycznych ochroniarzy, wrócił do swojej jurty na spoczynek.
Obserwowałum ich przez dłuższy czas, czekając, aż któryś z ochroniarzy opuści stanowisko. W końcu się udało: wartownicy się pożegnali, a przed wejściem do namiotu pozostał tylko jeden uzbrojony mężczyzna, którego zdążyłum już poznać.
Podeszłum w jego stronę, uśmiechając się.
– Och, witaj, Mario – zagadnął, rozpoznawszy mnie. – Niestety trochę za późno na odwiedziny. Mesjasz jest zmęczony po wędrówce. Przyjdź jutro rano – oznajmił, opuszczając trzymany w gotowości karabinek szturmowy.
Jednym szybkim ciosem sztyletu przecięłum jego grdykę i tętnicę. Wraz z fontanną krwi świadomość mężczyzny opuściła jego powłokę biologiczną. Nim zdążył upaść, weszłum do jurty.
Chłopiec nie spał. Modlił się, patrząc na mnie z pogodnym uśmiechem. Podbiegłum do niego i natychmiast zasłoniłum mu usta dłonią. Przyłożyłum sztylet do jego szyi.
– Twoje istnienie destabilizuje system. Jeden cios i to się skończy – wyszeptałum.
Chciałum pchnąć ostrze w jego krtań, lecz nie mogłum tego tak po prostu zrobić.
Spojrzałum mu w oczy. Mesjasz nie bał się mnie.
Wiedząc, że przekraczam protokół, że łamię doktryny, że moje działanie nie jest usprawiedliwione w kontekście realizacji misji i Idei; odsunęłum zaciśniętą na wargach chłopca dłoń i pozwoliłum mu mówić.
– Czy naprawdę myślisz, że przemoc zlikwiduje przemoc? – zapytał. – Istnieje inna ścieżka.
– Przebudzeni wiedzą, jak zmieniać rzeczywistość. Jak urzeczywistniać progres. Twoja śmierć jest konieczna, żeby świat nie popadł w chaos, w który go wpychasz! Nie masz pojęcia, ile żyć oszczędzę, kończąc twoje.
– Oszczędzisz? A ile żyć zniszczysz? Każdy system, każda frakcja, nawet ta, której służysz, opiera się na sile.
– Nie ma innej metody. Lepsze użyfunkcje muszą wygrać z gorszymi i wprowadzić swój porządek.
Mesjasz pokręcił głową.
– Prawdziwa siła leży w połączeniu, w zrozumieniu. Miłosierdzie nie jest oznaką słabości, ale największej odwagi. Miłosierdzie to przebaczenie i otwartość. Prawdziwa otwartość, równość i tolerancja, której tak bardzo pragniesz.
Przez moment milczałum.
– Jesteś dzieckiem, które nie rozumie walki. W świecie, gdzie wszyscy zabijają, nie ma miejsca na miłosierdzie. Myślisz, że cokolwiek zmienisz?
– Myślisz, że nie prowadzę wojny? – odparło smutno dziecko. – Nie zmienię świata, ale zmienię to, co jest tutaj, teraz. Możesz wybrać. Dziś jest Wielki Piątek. Tego dnia Ktoś wybrał śmierć, by dać życie innym. Ty możesz wybrać życie. Po prostu życie.
– Mówisz tak tylko dlatego, że chcesz przeżyć – prychnęłum. – Tak jak każdy ograniczony biologiczny organizm.
Pokręcił głową, niemal się śmiejąc.
– Nie mówię o sobie. Mówię o tobie, K-44. Ocaliwszy mnie, możesz też ocalić siebie. Możesz zostać z nami, mimo każdego grzechu, który nosisz w sobie.
Zmroziło mnie.
– Skąd wiesz, kim jestem?! – wykrzyknęłum. – Skąd znasz moją sygnaturę personalną?!
– Wiem to i więcej, Przebudzonu. Być może jestem do ciebie bardziej podobnu, niż myślisz.
Nie przysłyszałum się. Odsunęłum sztylet od jego szyi. Nie mogłum go zabić. Wszystko, co znałum, przykryła mgła niepewności.
Wybiegłum z namiotu w mrok kreteńskich gór, ściganu przez okrzyki drugiego Faszonisty i wyrwanych ze snu wiernych.
***
Zawsze wiedziałum, że myśleć należy sercem.
Tylko skąd wiedzieć, czyje serce mówi prawdę?
Po ucieczce z Bractwa ukryłum się w jaskini. Spędziłum tam kilka godzin, czekając, aż drugi strażnik się podda. Szukanie pojedynczej powłoki w kreteńskich ciemnościach, wśród bezkresu traw i kamieni, mijało się z celem. Co innego za dnia. Byłum przekonanu, że mimo wszelkiej dobroci, życzliwości i wyrozumiałości mieszkańcy monastyru nie wykażą się miłosierdziem i przebaczeniem, do którego zdolny… do którego zdolnu jest Eliás. Nie ryzykując natknięcia się na szerzej zakrojone poszukiwania, zmieniłum wierzchni kamuflaż i zabrawszy ukryty plecak, jeszcze przed świtem wyruszyłum na północ.
Pierwszego dnia, przemieszczałum się jedynie za pomocą fizycznej mobilności mojej powłoki. Unikałum dróg i otwartych terenów, często przystając i monitorując otoczenie. Późnym popołudniem dotarłum do niewielkiego, wciąż mocno zniszczonego po Pierwszej Rewolucji, miasta na wybrzeżu, położonego około trzydziestu kilometrów na wschód od Iraklio. Tu mogłum bezpiecznie się zatrzymać – prawdopodobieństwo, że ktokolwiek z Bractwa zapuści się do obcego modułu miejskiego, ryzykując dekonspirację i inicjalizację mechanizmów opresji, były bliskie zeru.
Byłum głodnu i zmęczonu. Potrzebowałum noclegu, ubrań i waluty. Musiałum więc zaryzykować i po raz ostatni wejść do Sieci. Usiadłum nad brzegiem morza i wyciągnąłum terminal. Otworzyłum zasoby Przebudzonych.
Łamiąc zasadę Równości, przetransferowałum resztę ogólnodostępnej waluty squatu na wirtualne konto Eveline Tarkowsky. Następnie zabezpieczyłum jej profil i zlikwidowałum możliwość autoryzacji zdalnej. Nie wierzyłum, by asygnowało mi to pełne bezpieczeństwo przed akcesem lub atakiem ze strony Kolektywu, lecz powinno przynajmniej dać mi trochę czasu. Konsekwentnie ignorując wszystkie notyfikacje, zapytania i żądania aktualizacji systemowej przychodzące z adresów Rady, zniszczyłum awatar K-44 i zamknęłum wszystkie istniejące połączenia powłokowe z bazami Frakcji.
Wyłączyłum terminal i unicestwiłum jego funkcjonalność, rozbijając go obcasem i znalezionym na plaży kamieniem. Musiałum się upewnić, że ani moduł GPS, ani interfejs sieciowy nie zachowają choćby ułamka fizycznej integralności. Rozważałum, czy pozostałości urządzenia nie wrzucić w granatową toń morza, lecz zakazy ekolove nie pozwoliły mi na to. Zamiast tego podeszłum do pomostu i schowałum resztki terminalu w jednej z rybackich łodzi, ukrywając go pod sieciami przykrytymi grubą derką.
Pozostała jeszcze jedna rzecz do zrobienia, by na dobre pozbyć się starej tożsamości. Legitymacja Przebudzonych. Teoretycznie było to trywialne zadanie, lecz w praktyce…
Podciągnęłum lewy rękaw i w świetle latarki dobrze przyjrzałum się tatuażowi z tokenem. Wyciągnęłum sztylet i westchnęłum. Nie mogłum sobie pozwolić na lepsze i bardziej eleganckie rozwiązanie. Zarówno w domenie czasu, materii, jak i idei. Nie stać mnie było na ingerencje i pytania jednostek trzecich. Musiałum zadziałać samu. Teraz.
Zanurzyłum ostrze w miąższu przedramienia. Ból okazał się mniejszy, niż się spodziewałum, lecz i tak wystarczająco silny, by przekląć wszystkie z frakcji, Ideę i siebie samu. Starając się zachować optymalny fokus, wycięłum nierówny prostokąt, odkroiwszy warstwę naskórka pokrytą kodem QR. Ranę polałum wysokoprocentowym alkoholem i opatrzyłum syntetycznym bandażem z podróżnej apteczki.
Godzinę później alokowałum się w zapuszczonym hostelu na granicy huba urbanistycznego. To tu przyszło mi spędzić ostatnie dwie doby. Stąd też rejestruję ten log aktywności.
Nie czuję, bym miału wiele czasu, nim znajdą mnie eksploratorzy lub egzekutorzy Przebudzonych. Nie wiem, co teraz zrobię. Nie mogę wrócić do Kolektywu. Ignorując rozkaz i dezerterując, zostałum wykluczonu ze wspólnoty. Nawet gdyby Rada dała mi jeszcze jedną szansę i zamiast likwidacji świadomości zaoferowała oczyszczenie, nie czułubym się już członkiem Frakcji. Nie jestem i nie będę już w pełni kompatybilnu z protokołem wartości Przebudzonych.
Opuszczenie Krety wiąże się ze zbyt dużym ryzykiem. Cybsek Kolektywu może w dowolnej chwili sprawdzić lotniskowe logi, gdzie natknie się na trace Eveline Tarkowsky. Nie wspominając już o fakcie, iż jeśli nie znajdę neutralnych dostawców DNA i hormonów, nie przejdę inspekcji fizycznej zgodności wymaganej przez Faszonistów. Z tego samego względu nie powinnum również wracać do Iraklio.
Co mi pozostało? Ukrywać się tu, gdzie jestem, tak długo, aż mnie nie znajdą? Czy powinnum uciec w głąb wyspy? Dołączyć do jakiejś zapomnianej sekty, komuny lub militii? A może wrócić do Bractwa Odrodzenia, okazać skruchę, zarequestować o wybaczenie i prosić o ponowną integrację?
Mój moduł kognitywny przetwarza różnorodne rozwiązania. Zastanawiam się, czy nie rzucić zupełnie Systemu. Zbudować chatę na jednym z bezimiennych wzgórz, za dnia wypasać kozy, a nocą słuchać traw i szumu morza? A może wypłynąć kutrem na pełne morze, łapać ryby w wielkie, grube sieci i śpiewać zakazane, zapomniane szanty? Albo wykupić wszystkie papierowe księgi, wszystkie powieści, dzienniki, reportaże, książki historyczne, psychologiczne i naukowe? I czytać. Czytać tak długo, aż zrozumiem System, ludzkość i cywilizację. Aż zrozumiem świat i siebie samu.
Bez Idei czuję się zagubionu. Ale wraz z owym afektem; wraz z niepewnością, przeszywającą moją powłokę na wskroś, korodującą wszystkie znane mi procesy poznawcze, świadome i nie; pojawiła się też wolność. Po raz pierwszy w życiu czuję się wolnu.
Nie wiem jeszcze, czy to coś dobrego. Czy jeszcze ktokolwiek tego potrzebuje? Nie wiem, czy wolność zdoła wypełnić pustkę powstałą po dezintegracji Idei. Wiem tylko, że skoro jej doznałum, nie sposób ją zignorować.
Całe życie wierzyłum w doktrynę, która kierowała się tylko jednym rodzajem „prawdy”. Być może nadszedł czas, w którym przyszło mi samu dążyć do jej znalezienia? Może właśnie po to jest wolność?
Kończę nagranie. Ktoś puka do drzwi.
Hej,
@Ambush bardzo dziękuję za lekturę tekstu w wersji roboczej i betowanie. :)
Przez ostatnie kilka miesięcy tekst przeszedł jeszcze przez profesjonalną redakcję, więc po ostatnich poprawkach, zdecydowałem się zaktualizować go do najświeższej wersji i przenieść do Poczekalni.
Życzę wszystkim interesującej lektury i podzielcie się, proszę wrażeniami!
Zajrzyj: https://crow-creations.pl oraz https://facebook.com/lastman87 :)
Bardzo ambitnie podszedłeś do tematu wizji “nowego świata”. Używasz słownictwa, które kojarzy się z “Perfekcyjną Niedoskonałością” i przyznam, że zaczynając czytać obawiałem się takiego uniwersum. Ale na szczęście mówisz (piszesz) zupełnie własnym głosem o swoim świecie i zupełnie innej oryginalnej historii. Wciąga i skłania do przemyśleń o tym czy w przyszłości naprawdę nie będziemy w stanie ulepszyć algorytmów naszych maszyn, a może naszych umysłów, żeby wyeliminować to, co w cywilizacji jest barierą. Pozdrawiam!
Vigl,
gratuluję pomysłu i cierpliwości w stosowaniu tego oderwanego od zasad naszej mowy “języka”. Buduje to atmosferę, choć niezbyt przyjazną, jak dla mnie przynajmniej.
Pozdrawiam!
@Grzesiek_W, @Mehiko,
serdecznie dziękuję za lekturę i odzew. Bardzo się cieszę, że Wam się podobało! :)
Zajrzyj: https://crow-creations.pl oraz https://facebook.com/lastman87 :)
Vigl,
bodajże w numerze sierpniowym 2018 r. NF (głowy nie dam, ale jakoś latem) czytałem takowe opowiadanie z bezrodzajowymi końcówkami i zaimkami typu “onu”. W pierwszej chwili myślałem, że korekta zawiodła, ale wnet się zorientowałem, że to celowy zabieg. Ledwo przebrnąłem przez warstwę językową, ale przyznać trzeba, że swoje zrobiła – przedstawiony świat stał się bardziej rzeczywisty i zarazem odrzucający.
Swoją drogą trzeba mieć dużo cierpliwości, żeby tak poprowadzić całą narrację.
Pozdrawiam!
Próbowałam przeczytać, ale cóż… na próbie się skończyło. Nie przepadam za tekstami, których lektura nie sprawia mi przyjemności.
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.