Pył unosił się w powietrzu, jak duchy dawnych czasów tej planety. Osiadał na ubraniach, na sprzęcie, na skórze. Kaj klęczał w wykopie na obrzeżach Onyxionu . Była to planeta martwa, wyludniona, gdzie tylko grawitoskłon – zjawisko z pogranicza fizyki i mitów – rozlewał się nad horyzontem falami światła, jakby ktoś rozciągnął nad światem ogromne lśniące płótno, pulsujące kolorami. Przypominał że kiedyś istniało tu coś więcej niż tylko ruiny i piach. Zielone, purpurowe i pomarańczowe smugi przesączały się przez powietrze, dając jedyne naturalne światło. Od czasów tzw. Starej Wojny Onyxion oddalił się od Najjaśniejszej Gwiazdy – zgasł jej blask, a wraz z nim cywilizacja.
Nad stanowiskiem unosiły się drony Dominium, krążące w równych okręgach jak drapieżniki. Ich czerwone, beznamiętne oczy skanowały ruchy archeologów. Brzęczały niskim, przenikliwym dźwiękiem – jak rój owadów, który obserwuje, ale jeszcze nie atakuje. Kaj poprawił maskę filtracyjną, której zużyte warstwy ledwo już chroniły przed wszechobecnym pyłem. Westchnął przez zatkany filtr i wbił łopatkę w grunt. Ziemia – raczej mieszanina sproszkowanego piasku, złomu i organicznych resztek – uniosła się lekko, jakby nawet grawitacja miała tu dość.
Metal zgrzytnął o coś twardego. Zamarł. Nie musiał się odwracać – czuł na karku czerwone światło drona; sam dron zatrzymał się dokładnie nad nim.
– Szmelc? – wymruczał cicho.
Onyxion był przewidywalny: tygodnie grzebania w ruinach, wyciąganie uszkodzonych protez, przepalonych przewodów, z których można było odzyskać co najwyżej kilka galaxcoinów. Jeśli ktoś miał szczęście i znalazł relikt klasy A – natychmiast przejmowało go Dominium. Resztę można było sprzedać samemu. Ale za próbę przywłaszczenia klasy A? Zesłanie na Katrazal. A z Katrazalu nikt nie wracał.
Przesunął dłońmi ziemię i spojrzał. To była czaszka. Na pierwszy rzut oka – przynajmniej dwustuletnia. Ale inna niż te, które widział wcześniej. Bardziej kompletna. W oczodołach miała nakładki z polimeru, a w prawej skroni… coś precyzyjnie osadzonego, połyskującego. Nie wbitego – wkomponowanego. Biochip. Taki, jaki widywał tylko u wysokich rangą żołnierzy Dominium. Jego ręce zadrżały, ale nie z zimna. Brzęczenie drona nasilało się. Zbliżał się. Rejestrował.
Kaj spojrzał na swoje stopy. Lewą ręką, powoli i ostrożnie, sięgnął do cholewy wysokiego gumowego buta. Tam trzymał zagłuszacz Zega – prymitywny, prowizoryczny, ale czasem skuteczny. Miał działać przez sześć sekund. Może osiem.
– Dzięki, Zeg – wyszeptał i aktywował urządzenie.
Dron zawisł w miejscu. Czerwone światło zamigotało i zmieniło się na zielone. Reset systemu. Kaj wiedział, że to jego moment.
Błyskawicznie wyjął biochip ze skroni czaszki, wsunął go do drugiego buta, między wyściółkę a osłonę. Wciąż klęcząc, ułożył twarz w spokojnym wyrazie. Dron znów zaświecił na czerwono – zagłuszacz wyłączył się zbyt szybko.
– Cholera, Zeg… – mruknął, bez gniewu – raczej z rezygnacją.
Dron zatrzymał się tuż nad nim. Mechaniczny głos przemówił:
– Identyfikacja: Kaj Varn. Archeolog. Numer pozwolenia: 47-392. Wykopany obiekt: czaszka, klasyfikacja – A. Kontynuuj wydobywanie.
I odleciał.
Wypuścił powietrze z ulgą. Ale spokój był tylko pozorny – pot spływał mu po karku, a jego ręce były lodowate.
Ostrożnie odsunął więcej piachu. Odsłonił resztę szkieletu – pełny, nienaruszony. Bez mięśni widać było wzmocnienia: przewody biegnące wzdłuż kości, punkty podłączenia do zewnętrznych źródeł mocy, ogniwa danych. To nie był zwykły trup. To było coś, o czym mówiono tylko szeptem – zintegrowany żołnierz. Kaj spojrzał na puste oczodoły czaszki. Przez chwilę miał wrażenie, że patrzy na samego Rexena Kaela.
Wyciągnął z plecaka całun, rozwinął i zgodnie z procedurą umieścił w nim wszystkie kości i fragmenty technologii. Ręką wezwał drona. Ten zawisł, przeskanował pakunek i przesłał raport do – jak zawsze – nieznanego odbiorcy.
Udał się do punktu kontrolnego, zabezpieczył wszystko hermetycznie. Tym razem nie wracał od razu do domu na Vireth. Musiał zdać relikt kategorii A w Cechu Archeologów na Kxanionie.
*
Kaj siedział w ciasnej kabinie specjalnego transportowca dla archeologów, który zadrżał, wchodząc w Węzeł Pulsacyjny – sieć tuneli nad-przestrzennych. Hermetyczny pojemnik ze szkieletem, przeniesionym z całunu przy punkcie kontrolnym, spoczywał na jego kolanach, zabezpieczony taśmą magnetyczną. Biochip, ukryty w wysokim gumowym bucie, uwierał przy każdym ruchu, przypominając o swoim istnieniu.
Port kosmiczny na Onyxionie zniknął za smugami Węzła – czerwonymi liniami wijącymi się w czarnej pustce tej części galaktyki. Kabina cuchnęła zardzewiałym metalem i jedzeniem nie pierwszej świeżości, które archeolodzy żuli w milczeniu. Obok niego przysiadł się starszy mężczyzna – Jorn Helv – z twarzą pooraną zmarszczkami i spojrzeniem człowieka, który widział zbyt wiele grobowców i zbyt mało galaxcoinów.
Jorn nosił poplamiony pyłem płaszcz, który stracił kolor jeszcze przed ostatnim konfliktem na pograniczu. Ściskał worek z dzisiejszą zdobyczą – kilka kawałków złomu owiniętych żółtą torbą syntetyczną.
– Znalazłeś coś wartościowego, Varn? – zapytał chrapliwie, zerkając na pojemnik z ciekawością.
Kaj wzruszył ramionami.
– Szkielet. Klasa A. Muszę zdać w cechu na Kxanionie.
Jorn parsknął, bez śmiechu.
– Klasa A… szczęściarz. Ja tylko te blaszki. Może starczy na kolację w którejś budzie ze specjałem szefa – kotletem zmielonego Korsgara, razem z jego obrożą.
Oparł głowę o zimną ścianę kabiny, zamykając na chwilę oczy.
– W tym miesiącu już chyba końcówka mojego funduszu socjalnego – mruknął. – Jak nie sprzedam choć jednej rzeczy z klasą A, będę zdrapywał porost z głazów. Nie wiem, czy przejdę kolejny spis powszechny. Chyba czas szukać jakiegoś lokum w innym miejscu.
Mieszkał na Erythu – planecie, która w porównaniu do Vireth była jak skok cywilizacyjny. Lśniące wieże w luksusowych dzielnicach, woda mająca smak, programy socjalne. Miasta były ciche, zorganizowane, pokryte siecią komunikacyjną Dominium tak gęstą, że nikt nie gubił się nawet w podziemiach. Tyle że za to wszystko płaciło się w milczeniu i lojalności. A kiedy już się zużywałeś jako człowiek, wiza mieszkalna dziwnym trafem traciła ważność.
Kaj kiedyś o tym marzył. Małe mieszkanie z widokiem na stację orbitalną, pokój do analizy reliktów, spokój. Ale to były mrzonki. Galaxcoiny ledwo starczały na czynsz i zupę w proszku. A poza tym… nie zostawiłby swoich najlepszych – i zarazem najgorszych – przyjaciół. Właściwie jedynych. A na pewno nie jej…
– Podnieśli prowizję w cechu? – zagadnął, by zająć myśli.
Jorn tylko pokiwał głową.
– Wszędzie wyciskają. Nawet seniorzy nie mają taryfy ulgowej. Ale wolę to niż trafić na Katrazal. Słyszałeś, co tam robią?
– Plotki. Jak zwykle. – ścisnął mocniej pojemnik.
– Tobie też się przyglądali na odprawie?
Kaj skinął krótko, ale nic nie powiedział.
Transportowiec wyskoczył z Węzła po trzydziestu minutach z ogłuszającym zgrzytem. Kaj wysiadł na Kxanionie, wprost w wir portowego tłumu. Była to planeta, gdzie każdy cech i związek zawodowy miał swoją siedzibę. Szepty otaczały go jak chmura – intrygujące, dziwaczne, czasem kompletnie szalone. Ale zapamiętywał je wszystkie. W tym świecie nigdy nie wiadomo, co może się przydać. Zostawiając za sobą zgiełk i tłum, ruszył arterią prowadzącą w głąb kompleksu administracyjnego – geometrycznych korytarzy pod betonowymi kopułami, gdzie nawet echo było tłumione przez systemy dźwiękochłonne. Cech Archeologów mieścił się w masywnej, surowej budowli z ciemnoszarego kompozytu, przypominającej jednocześnie archiwum, mauzoleum i reaktor. Panele energetyczne na fasadzie migotały dyskretnie, a ich przewody prowadziły do rozdzielni, a stamtąd – jak się domyślał – do rdzeni zasilających archiwa i laboratoria.
W środku panowała cisza. Schludna poczekalnia, urządzona ascetycznie: metalowe fotele, gładkie białe ściany, brak jakichkolwiek ozdób i roślin. W powietrzu unosił się subtelny zapach starości – jakby kurz z wykopalisk osiadł w wentylacji. Zapewne z archiwów, gdzie trzymano znaleziska. Nie było kolejek. Klasa A trafiała się rzadko. Przed Kajem stał tylko jeden mężczyzna – Torenn Malek z Ossadry. Znał go z widzenia: postawny, o mocno zarysowanej sylwetce, siwiejący, z twarzą pokrytą śladami dawnych poparzeń. Nosił wytarty, ale czysty płaszcz z osłoną przeciwpyłową i charakterystyczny czarny sygnet na palcu – symbol badaczy z dawnego Związku Eksploratorów, rozwiązany po interwencji Dominium.
Na ladzie leżał jego pojemnik. W środku urzędnik przesuwał palcami po starej broni energetycznej z nanowzmacnianiem – zintegrowanej częściowo z fragmentem pancerza i przekaźnikiem mocy. Sprzęt wyglądał jak żywcem wyjęty z zapomnianej bitwy. Zasilanie było martwe, ale forma pozostała imponująca.
Urzędnik nie podniósł wzroku.
– Zapis częściowy. Bez ciągłości danych. Bez zgodności z aktualnym katalogiem. Dwadzieścia galaxcoinów.
Malek zmrużył oczy.
– Żartujesz sobie? To uzbrojenie ma sygnaturę fabryczną z Orno-2. Połowa broni Dominium była na nim wzorowana.
– Mamy algorytmy ceny. Chcesz się odwołać – idź do sekcji weryfikacji.
– Weryfikuj się sam. – warknął, ale nie podniósł głosu. Odebrał zapłatę z godnością, jak ktoś, kto wie, że wygra – ale nie dziś.
Odwracając się, spojrzał na Kaja. Zwolnił krok.
– Ty z Onyxionu? – zapytał cicho, jakby to nie było ważne, ale chciał zapamiętać twarz.
Kaj skinął głową.
– Tak. Kaj Varn.
Malek uśmiechnął się lekko, z cieniem ironii.
– Tak, pamiętam cię. No proszę. Młodzi ciągle coś znajdują, a starzy muszą to negocjować z tymi… terminalami w ludzkiej skórze.
Zbliżył się na krok.
– Uważaj, kogo pytasz o radę – szepnął. – Ale jeśli kiedyś zabraknie ci drzwi do zapukania… Ossadra jeszcze nie zgasła.
I odszedł, cicho, choć z siłą kogoś, kto wciąż potrafił zmienić bieg rzeczy, jeśli naprawdę chciał.
Kaj przez chwilę patrzył za nim, nim podszedł do stanowiska z pojemnikiem w rękach i myślą, która nie chciała zniknąć: „Ossadra jeszcze nie zgasła”.
Metalowa lada oddzielała go od urzędnika w grafitowym uniformie z symbolem Dominium i subtelnym, prostym napisem:
– JORRAN MELV
Mężczyzna był łysy, o chłodnych rysach, z oczami w kolorze mętnego szkła. Nie wyglądał na znudzonego, raczej skupionego do granic przesady – jak ktoś, kto zbyt wiele lat spędził na analizowaniu cudzych znalezisk i teraz mierzy je nie tylko według wagi, ale i potencjalnego zagrożenia. Postawił pojemnik na ladzie i odezwał się, siląc się na spokój:
– Kaj Varn. Pozwolenie 47-392. Znalezisko z Onyxionu. Klasa A – szkielet technorganiczny.
To był jego pierwszy raz. Pierwszy raz, kiedy cokolwiek z jego wykopalisk zostało sklasyfikowane wyżej niż C. Zawsze był tylko pył, złom, puste obudowy.
Melv otworzył pojemnik bez słowa. Pochylił się nad czaszką i przesunął palcami po powierzchni. Nakładki cyrokowe, przewody i wszczepy, rozmazany symbol na żuchwie. Analizował dokładnie, metodycznie – jakby czytał z dotyku, nie ze wzroku.
Kaj starał się nie poruszyć. Serca nie mógł jednak uciszyć – waliło w klatce jak zamknięta maszyna z błędnym obwodem.
– Przewody zachowane. Sygnały transferowe – puste. Zachowany mostek neuronowy – mruknął urzędnik pod nosem. – Dobry stan. Ale… – zmarszczył brwi. – Skroń.
Zamilkł. Kaj nie oddychał.
– Brakuje biochipu – powiedział cicho Jorran Melv. Nie podnosił głosu, ale jego ton się zmienił – ze spokojnego na uważny.
– Nie było żadnego – rzucił z lekkim zawahaniem. – Czaszka była częściowo zasypana, mogła zostać uszkodzona przed wydobyciem.
Jorran spojrzał mu w oczy. Krótko, nieagresywnie, ale bez emocji.
– Ten typ konstrukcji zawsze zawierał biochip. Zintegrowany z pamięcią taktyczną.
Cisza między nimi trwała kilka sekund dłużej, niż powinna.
– Może został zabrany dawno temu – dodał Kaj, starając się brzmieć rzeczowo. – W miejscu, gdzie kopałem, było już kilka śladów wcześniejszej ingerencji.
Melv nie komentował. Przesunął palcem po czaszce jeszcze raz, dłużej, jakby szukał czegoś, co umknęło innym. Potem westchnął cicho – pierwszy dźwięk, który brzmiał bardziej po ludzku niż systemowo.
– Dziwne… – mruknął.
Wystukał coś na terminalu. Jego długie palce poruszały się płynnie, niemal zbyt szybko.
– Ocena: klasa A. Bez śladu zapisu. Częściowe uszkodzenie rejestrów. Wartość: pięćdziesiąt galaxcoinów.
Spojrzał na Kaja z lekkim uniesieniem brwi.
– Twój pierwszy raz?
Kaj zawahał się.
– Tak.
– Uważaj, Varn. Klasa A to nie tylko wyższa wypłata. To też większy cień, który zaczyna za tobą chodzić – przerwał na chwilę – i więcej pytań.
Kaj skinął głową, odbierając zapłatę i potwierdzenie z terminala.
– Zgłoszenie zaakceptowane. – Melv zamknął pojemnik. – Możesz odejść.
Odszedł powoli, a ciężar biochipu w bucie ciążył mu mocniej niż wcześniej. Ale wyszedł. Przeszedł. I co najważniejsze – nikt nie zrobił rewizji.
*
Kaj zeskoczył z platformy transportowca i od razu uderzył go znajomy smród – gęsty i lepki, mieszanka oleju, wilgotnego żwiru z dna kraterów i czegoś, co przypominało podpalone tworzywa sztuczne. Vireth witał jak zawsze – brudny, tętniący hałasem, zbyt duszny jak na planetę tej wielkości. Wciągnął powietrze głęboko, aż do płuc. Żył tu zbyt długo, by się krzywić. To był jego świat. Choć nie zawsze tak wyglądał. Pamiętał czasy, gdy port miał tylko jedną platformę, a patrole Dominium pojawiały się tu raz w tygodniu. Teraz drony krążyły jak osy, a ludzie woleli patrzeć pod nogi.
Między pasażerami transportowca dostrzegł znajome sylwetki nieznajomych: górnika z opaską z popękanego plastenu, kobietę z trójką dzieci i opancerzoną torbą na jedzenie, brodatego handlarza z pudełkiem, które szczekało. Każdy z nich coś niósł. Nadzieję. Strach. Albo iluzję handlu. Port kosmiczny wyglądał jak złomowisko, które ktoś próbował nieudolnie przykryć plandeką. Z każdej strony coś dymiło, stukało, buczało. Nad głowami przeleciała ciężka platforma załadunkowa z herbem Dominium, a jej cień przeciął tłum, który rozlał się w stronę głównych alejek targu. Kaj poprawił pasek torby na ramieniu. Biochip – ten mały, uparty fragment przeszłości – wciąż tkwił w jego bucie. Ruszył w stronę targu – miejsca, gdzie miał nadzieję znaleźć swoich przyjaciół.
Targ był sercem Vireth. I jej flakami. Setki kramów upchanych pod krzywymi daszkami, tysiące przedmiotów – od naprawionych dronów, przez uliczne jedzenie, po stare figurki z tzw. „bohaterami galaktyki”, którzy byli oczywiście członkami jedynej właściwej „Matki Galaktyki”, czyli Dominium. Brudni handlarze przekrzykiwali się nad głowami przechodniów, a dzieci biegały między nogami, pociągając za kurtki i próbując kraść bez cienia zawstydzenia.
Kaj zatrzymał się przy budzie starego Larta, który z zapałem wciskał spreparowane skorupiaki w słoikach i amulety z pancerzy owadów. Lart uśmiechnął się szeroko, pokazując trzy złote zęby.
– Varn! Chcesz coś na szczęście? Może coś, co odpędzi zło? – zapytał, szczerząc się.
– Jeśli masz coś, co działa na zło, to powinieneś być już milionerem w stolicy, zamiast babrać się w tym smrodzie – odparł Kaj bez zatrzymania.
Dwa kramy dalej młoda kobieta oferowała polewki błyskawiczne w opakowaniach z błędnym tłumaczeniem: „Smak Twojej eksplozji!”. Kaj nawet nie chciał wiedzieć, co to miało znaczyć.
Na ścianie magazynu wymalowano ogromnymi literami: „DOMINIUM SSIE”. Poniżej ktoś domalował: „Kael patrzy” – i sylwetkę w pancerzu przypominającym połączenie owada z żołnierzem: szczelna maska, asymetryczne napierśniki, drapieżna postura. Jego zdaniem nic z bohatera, wszystko z kata.
Kaj zatrzymał się przy jednym z dzieciaków bawiących się i bijących na przemian. Chłopiec, może ośmioletni, klęczał przy ziemi i rysował kolorowymi kredami coś w odcieniach rubinowym, fioletowym i seledynowym, z długimi liśćmi i skręconą podstawą– . Kaj przykucnął obok.
– Ładnie rysujesz – powiedział.
Chłopiec wzruszył ramionami.
– Śniło się to mojej siostrze – mruknął. – Powiedziała, że to coś prawdziwego.
Z bliska Kaj poczuł zapach kredy – dziwnie słodki, jak palony cukier. Dron patrolowy Dominium przeleciał nad nimi, nie zwracając uwagi.
Zanim jednak dotarł do znajomej alejki, zaczepił go niski mężczyzna z przetłuszczonymi włosami i futrzanym kołnierzem, który wyglądał, jakby przeżył kilka powodzi – każdą gorzej niż poprzednią.
– Hej, kolego, tutaj! Koniecznie tu podejdź! – zawołał, rozciągając usta w szerokim, niepokojącym uśmiechu. – Nie szukasz przypadkiem czegoś wyjątkowego? Mam prawdziwe cacko, które – nie zgadniesz – działa! Sam sprawdzałem.
Wyciągnął spod stołu zakurzony przedmiot przypominający połączenie latarki z inhalatorem. Był owinięty w stary materiał z nadrukiem „PROMOCJA – MINERALNYCH SMAKÓW”.
– Co to? – zapytał Kaj ostrożnie, nie dotykając go.
– To osobisty asystent z interfejsem pamięciowym. Używali tego tylko wybrani taktycy w Złotej Erze.
Kaj nachylił się, spojrzał na spód urządzenia i podniósł brew.
– To fragment systemu do kontroli wilgotności z reaktorów rolniczych. I do tego nadtopiony.
– No… tak, ale… działa. I rzadkie!
– Tak rzadkie, że masz ich pod stołem sześć?
Mężczyzna schował szybko sprzęt, mamrocząc coś o „niewdzięcznych klientach”.
Za zakrętem wybuchła wrzawa. Huk. Tłum cofnął się w panice, a potem rozstąpił.
Wejście Żelaźnych zawsze poprzedzał odgłos małego, sześcioosobowego lotniskowca, a potem ciężkie kroki opancerzonych, w odcieniu szarej rdzy i czerwieni, żołnierzy z twarzami ukrytymi za maskami. Bez słowa przeszli między ludźmi. Ktoś się rzucił – może w obronie, może z głupoty – i został powalony jednym ruchem pałki elektrostatycznej. Ewidentnie przyjechali po konkretne osoby z wydanym już wyrokiem i te osoby w mgnieniu oka zdawały sobie z tego sprawę. Ale to i tak za późno na reakcję w opozycji do tak elitarnej jednostki. Kaj nie próbował się wtrącać. Ukrył się za skrzynią. Gdy huk ucichł, a ciała zabrano, atmosfera została. Gęsta. Tłusta. Martwa.
I wtedy – jakby odganiając złe powietrze – zobaczył ich, całą trójkę.
– Wyjątkowo długo cię nie było, Varn – odezwała się Lira, nawet się nie odwracając. Długie, ciemne włosy, splatane w warkocze – nosiła tak, jakby każdy z nich był nośnikiem wspomnień. Na szyi zawsze miała cienki przewód ze starym złączem danych, który podobno należał do jej matki – kogoś, kogo nikt z nich nigdy nie poznał, a o kim sama Lira mówiła rzadko, lecz z niepokojącym spokojem. Cerowana kilkakrotnie brązowa kurtka nosiła ślady wszystkich możliwych plam dostępnych w tej części galaktyki. Jednak jej niezdarność wydawała się wręcz słodką zgrabnością. Oczy miała błękitne, intensywne. Potrafiły patrzeć twardo, chłodno i precyzyjnie, ale kiedy się śmiała, ich błysk przypominał Najjaśniejszą Gwiazdę. Nie mówiła wiele, ale każde jej słowo miało sens, jakby wcześniej przeszło przez dziesiątki filtrów logiki, emocji i doświadczenia.
Zeg siedział obok na skrzyni, dłubiąc w jakimś przewodzie. Był niski, krępy i wiecznie pochylony nad kawałkiem złomu, który dla reszty świata nie znaczył nic, a dla niego był początkiem nowego cudu. Jego twarz, poorana bliznami po nieudanych eksperymentach z plazmą i mikrofalami, rzadko zdradzała emocje – ale oczy, szare i błyszczące jak poranny mróz na poszyciu stacji orbitalnej, zdradzały wieczną czujność i pasję. Zawsze nosił ciemny kombinezon technika, pokryty warstwą pyłu, tłuszczu i mikrokabli; nie zdejmował nawet tych spalonych – mówił, że „każdy tech ma swoją historię”. Miał ręce jak kowal, grube i silne, z palcami tak czułymi, że potrafił naprawić sensor bez użycia narzędzi, wyczuwając drgania drutu samą skórą. Głos Zega był głęboki, szorstki, jakby w gardle miał nieustannie zatopiony filtr z oparów spawarki. Dla Kaja był jak młodszy brat – trochę nieznośny, wiecznie coś grzebiący, ale lojalny aż do bólu. A dla Liry… cóż, Zeg potrafił czasem zbyt długo patrzeć, kiedy myślał, że nikt nie widzi.
Grix żonglował starym sensorem i czymś, co wyglądało jak rdzeń baterii. Był zupełnym przeciwieństwem Zega – wysoki, chudy jak wydłużony cień, z wiecznym uśmiechem zawieszonym gdzieś między zuchwałością a szaleństwem. Jego skóra miała kolor wypłowiałego brązu, jakby przez lata nosił słońce w kieszeni i nie potrafił się go pozbyć. Włosy – jeżeli można to było tak nazwać – sterczały w każdą stronę jak anteny, co pasowało do jego charakteru: nadaktywnego, przewrotnego i nieprzewidywalnego. Zawsze nosił coś kolorowego – jednego dnia płaszcz z odzysku szyty z tkanin starych flag, innego hełm ze szkła pamięciowego, który migał pod wpływem nastroju. Uwielbiał robić wrażenie, czasem nawet na własną zgubę. Był złodziejem technologii, ulicznym magiem danych, który znał więcej tajnych kanałów informacyjnych niż jakikolwiek oficjalny operator. Na czarnym rynku Vireth jego imię było znane, choć nikt nie potrafił wskazać go palcem – sam mówił, że najlepsze dane płyną tam, gdzie nie dociera światło Dominium. Zeg go nie znosił – przynajmniej tak twierdził – ale kiedy dochodziło do działania, stanowili duet niemal idealny: stal i ogień.
– Długo, bo wreszcie znalazłem coś. Może – mruknął Kaj, podchodząc bliżej. – Mam to tutaj – powiedział, klepiąc się po kostce.
Zeg przestał grzebać i wyprostował się.
– Pokażesz? – w jego głosie dawno nie czuł takiego zaciekawienia.
– Nie tu. To zbyt ryzykowne. Zresztą, po tylu latach może być zepsuty… – Kaj urwał; przed chwilą widział, jak kończą się takie demonstracje, nawet cień podejrzenia wystarcza.
– Mój warsztat da radę. Chodźmy – powiedział Zeg. – Tu robi się zbyt tłoczno.
Ruszyli wąskim przejściem między budynkami, potem boczną alejką. Minęli graffiti, ślady po ostrzałach, wraki dronów. Zeg prowadził ich z pewnością człowieka, który zna każdy zawór i każdą klapę w tym mieście. Zeszli do dolnego sektoru Vireth. Przeszli przez zapadniętą platformę, przez starą śluzę, aż w końcu zatrzymali się przed metalowymi drzwiami znajdującymi się między dwoma większymi budynkami z wypalonym, krzywym napisem: „Etelie Zegę”. Może i był technologicznym geniuszem, ale pisać uczył się tylko w jednej klasie – do której wagarował.
– Wchodzimy – powiedział. Zamek zaskrzypiał, a drzwi uchyliły się powoli.
Półmrok rozcinały snopy światła – białe, punktowe – spływające z ruchomych lamp przymocowanych do metalowych wysięgników. Światła poruszały się automatycznie, śledząc sylwetkę Zega, jakby były jego mechanicznymi strażnikami. Całe wnętrze przypominało jamę starego drapieżnika – pełną połamanych kości dawnych urządzeń, ale zorganizowaną w sposób niezrozumiały dla postronnego, a idealnie sensowny dla gospodarza. Na jednej ścianie znajdowały się rzędami ułożone szuflady – każda opisana ręcznie, każda zawierająca dokładnie to, czego Zeg potrzebował: od mikrocewek po kryształy rezonansowe. Obok – stosy części: kończyny od starych dronów, dezaktywowane moduły bojowe, zdemontowane sensory pamięci przestrzennej, a nawet coś, co wyglądało jak część twarzy robota – z jednym okiem wciąż pulsującym bladym błękitem. Centralne miejsce zajmował stół roboczy – solidny, pancerny blat pokryty warstwą wypalonej sadzy, metalowych odłamków i porzuconych projektów. Nad nim unosił się manipulator ramienny, który Zeg sam skonstruował z rozbiórki droida chirurgicznego klasy medivor-5. Teraz służył mu do precyzyjnych prac, które wymagały więcej niż dwóch rąk i mniej niż jednego błędu. W rogu, jakby wbrew wszystkiemu, stała kanapa, a na niej porozrzucane były kubki po czarnej herbacie, butelki po czymś mocniejszym i kilka książek – papierowych, prawdziwych. Zeg twierdził, że tylko w papierze można znaleźć sens, który nie rozprasza się przez sieć.
– Połóż to tutaj – powiedział.
Kaj wyjął biochip ze swojego buta i przez chwilę zawahał się, zanim położył go na stół.
– To może wyglądać jak złom, ale taka legenda jak ty zrobi z niego użytek.
Zeg podniósł artefakt delikatnie, jakby trzymał fragment duszy. Przybliżył twarz do powierzchni biochipu, jego źrenice zwęziły się w skupieniu. W jednej ręce trzymał monookular z własnoręcznie przystosowanym filtrem plazmowym, w drugiej – cienką jak włos sondę dotykową, którą ostrożnie muskał strukturę układu. Biochip był cienki, połyskujący, pęknięty wzdłuż jednej z nanowarst. Widać było pajączki mikropęknięć.
– Struktura krystaliczna, robota najwyższego poziomu. Trzydzieści dwa poziomy integracji – mruknął pod nosem. – I warstwa zabezpieczająca z matrycą. Te wiązania… – gwizdnął cicho. – Największe szychy tego świata by się nie powstydziły. A wygląda to na staroć.
Kaj uniósł brew, ale nic nie powiedział. Stał oparty o filar z wystającymi przewodami, obserwując, jak światło z lamp przesuwa się powoli po ramionach Zega. Było coś hipnotycznego w tej precyzji – zupełnie jakby prowadził ceremonię, a nie naprawę. Większość nie lubi, kiedy patrzy im się na ręce, ale nie on – jego to wręcz podnieca. Po godzinie mikropęknięć już nie było, ale mina mistrza precyzji była zafrasowana.
– Zrobiłem, co mogłem – powiedział w końcu. – Zewnętrznie wygląda dobrze. Warstwa zabezpieczająca zregenerowana… ale struktura danych? Z pewnością będzie dziurawa.
– Chcesz powiedzieć, że nic z niego nie wyciągniemy? – zmartwiła się Lira.
– Nie, nie to. – Zeg pokręcił głową. – Coś tam jest. Ale to jak próba słuchania opery przez pękniętą muszlę komunikacyjną. Brakuje warstw, przejść. Nawet jeśli uruchomię odczyt, będzie chaotyczny. Poszarpany.
Zbliżył twarz do stołu. Gdy mówił dalej, jego głos był już niemal szeptem:
– I nie jestem w stanie zrobić tego tutaj. Potrzebuję dedykowanego czytnika, by coś z niego odtworzyć – może nawet konkretnego modelu. Inaczej to jak próba czytania starożytnego języka bez klucza.
Kaj odsunął się od filara i podszedł bliżej. Milczał przez chwilę, aż w końcu powiedział:
– Znajdziesz coś takiego?
– Nie. – Zeg spojrzał na niego z ukosa. – I nie znam nikogo, kto by takie coś miał. To sprzęt sprzed wielu lat i w dodatku zakazany. Będzie trudno. Ale jeszcze trudniej będzie odpuścić – rzucił, wpatrując się w chip, jakby próbował dogadać się z jego martwą świadomością.
Zamilkli obaj.
– A może nie będzie tak trudno – mruknął Grix, podchodząc do stołu i zaglądając przez ramię Zega. – Bo chyba wiem, gdzie można znaleźć czytnik.
Kaj i Zeg spojrzeli na niego jednocześnie, jakby coś im pękło w głowie. Przez ułamek sekundy zaległa taka cisza, że słychać było, jak w jednym z rogów warsztatu kapie woda. Gdzieś za ścianą rozległo się krótkie wyładowanie – odgłos pracy generatora lub migotliwego styku z przeszłością. W ciemniejszym kącie warsztatu zadrżała lampka.
– Że co, proszę? – Kaj uniósł brew. – Czy ty właśnie wszedłeś i ot tak, mimochodem, stwierdziłeś, że masz trop na jedno z najrzadszych urządzeń w tej galaktyce?
Grix wzruszył ramionami i wpakował sobie garść alg do ust.
– Mój daleki kuzyn, ten co teraz siedzi na tej pustyni w sektorze Raval-Gamma, handlował kiedyś sprzętem ze starych kolonii. Miał klienta, który szukał czytników półarchaicznych. Wtedy nie wiedziałem nawet, co to dokładnie jest, ale pamiętam nazwę modelu, bo brzmiała śmiesznie – Synkret. Złom totalny, ale z mocą. U tego klienta widziałem kiedyś całą walizkę podobnych gratów. Powiedział, że część udało mu się zdobyć z „półlegalnego przetargu” na złomowisku orbitalnym Vairus-9.
– Vairus-9? – powtórzył Kaj, marszcząc czoło. – To przecież… plac demontażowy Dominium. Tam nawet szczury noszą licencje.
– A ty jesteś archeologiem i taką sobie załatwisz – wtrącił przytomnie Grix. – Mój kuzyn wspominał, że ten typ, który wtedy to kupował, działał z kimś z wewnątrz. I że po dziś dzień siedzi gdzieś tam na planecie. To oznacza, że trop istnieje i mamy punkt zaczepienia.
Kaj przeszedł się powoli po warsztacie; jego krok dźwięczał głucho na metalowej podłodze. Zatrzymał się przy jednym z regałów, oparł dłoń o zimną obudowę starego silnika i spojrzał na przyjaciół – na Zega, który wyglądał jak zmęczony chirurg po zbyt długiej operacji, na Grixa, który z całym swoim swobodnym luzem właśnie rzucił ich w sam środek ryzyka, i na Lirę, na którą zawsze lubił patrzeć. Potarł kark i westchnął cicho.
– Zanim wszyscy się rozkręcicie… – zaczął powoli. – Chcę, żebyście zrozumieli jedno. Jeśli pójdziemy tą drogą, nie będzie odwrotu. To nie będzie wycieczka krajoznawcza. A jeśli ktoś tam rzeczywiście ma czytnik… to równie dobrze może już pracować dla nich. Albo… być nimi.
Słowo „nimi” zawisło w powietrzu ciężko jak pancerz Żelaźnych. Światło z jednej z lamp popłynęło po ich twarzach, a cień Kaja wydłużył się na ścianie, jakby sam miał coś do powiedzenia.
– Pojadę tam sam – ciągnął Kaj po chwili ciszy. – Tylko ja mam licencję archeologa, nikt inny nie przejdzie przez kontrolę Dominium bez wzbudzania podejrzeń. Wystarczy jedno niewłaściwe pytanie i wszyscy skończymy w lochach kolonii karnej albo gorzej. To musi być oficjalna wyprawa, choćby na papierze. W ten sposób minimalizujemy ryzyko dla reszty z was.
Lira spojrzała Kajowi prosto w oczy, z determinacją, która zaskoczyła go swoją intensywnością.
– Wchodzimy w to świadomie. Zdajemy sobie sprawę z konsekwencji i jesteśmy gotowi ponieść cenę. Każde z nas czuje, że to może zmienić coś na lepsze… – urwała, szukając słów. – Warto zaryzykować. Prawda?
Kaj skinął lekko głową, czując ciężar odpowiedzialności, który osiadł mu na ramionach. Każde z nich wyraziło zgodę, ale w ich spojrzeniach widział także strach. Strach, który sam odczuwał równie mocno.
– To ustalone – powiedział w końcu, cicho, ale stanowczo. – Nie zapomnę tego, co dla mnie robicie. Ale pamiętajcie, jeśli pójdzie źle… nie będę miał możliwości, by was ochronić.
Grix wzruszył ramionami z udawaną lekkością, choć jego głos zdradzał napięcie.
– Nikt nie prosi cię o bycie bohaterem. Wystarczy, że nie dasz się złapać w drodze powrotnej. O resztę zatroszczymy się wspólnie.
Zeg uśmiechnął się krzywo, starając się ukryć obawę pod maską typowego dla siebie cynizmu.
– Tak czy inaczej, będzie co opowiadać wnukom… o ile ich kiedyś doczekamy.
*
Rankiem, gdy Kaj pojawił się przy lądowisku, mgła wciąż otulała ulice Vireth, unosząc się leniwie w porannej szarości. Czekała tam już Lira, otulona ciasno płaszczem, jej oczy pełne były napięcia, choć starała się to ukryć. Obok niej stał Zeg, z rękami wbitymi głęboko w kieszenie roboczych spodni, a Grix opierał się nonszalancko o kontener transportowy, nerwowo obracając w dłoni jakiś drobny przedmiot.
– Uważaj na siebie – powiedziała Lira cicho, kładąc mu dłoń na ramieniu. – Jeśli tylko coś pójdzie nie tak, natychmiast się wycofuj.
– Spokojnie, mamo – próbował się uśmiechnąć. – Nie pierwszy raz lecę sam do pracy.
– Może i nie pierwszy, ale chyba najbardziej ryzykowny – wtrącił Zeg, mrużąc oczy. – Pamiętaj, nie jesteś tam po to, żeby się popisywać. Masz wrócić w jednym kawałku. Z czytnikiem lub bez.
Grix uniósł brew z teatralnym gestem.
– Bez czytnika niech lepiej nie wraca, bo cała nasza konspiracja pójdzie na marne – rzucił żartobliwie, choć w jego głosie czaił się ledwie uchwytny niepokój. – I jeszcze jedno – dodał po chwili, jakby właśnie przypomniał sobie ważny szczegół. – Ten człowiek, o którym mówiłem… ten, który może mieć czytnik… Podobno pracuje tam na co dzień, naprawiając maszyny Dominium. Oficjalnie robi tylko proste naprawy, konserwacje sprzętu wojskowego, takie rzeczy. Ale po godzinach handluje różnymi dziwnymi przedmiotami. Dostał greps od kuzyna i sam cię rozpozna. To on podejdzie pierwszy. Właściwie wystarczy, że się pokażesz i usłyszysz: „Ma pan coś na ramieniu”.
Lot trwał ledwie pół godziny, ale czas dłużył się Kajowi niemiłosiernie. Kiedy w końcu statek zaczął zbliżać się do powierzchni planety, z pokładu można było dostrzec szczegóły obcego świata, na którym miał wylądować.
Była to Vairus-9, planeta znajdująca się na rubieżach. Na pierwszy rzut oka zdawała się niegościnna i ponura, pokryta mozaiką skalistych pustyń i surowych, spękanych wąwozów. Kolory dominujące na powierzchni – rdzawe czerwienie i szarości – przypominały Kajowi fragmenty starego metalu pozostawionego na pastwę czasu.
Kaj wysiadł z maszyny, stawiając stopę na twardym, pylastym gruncie. Powietrze było suche, przesycone zapachem metalicznego pyłu. Wiatr szarpał jego płaszczem, jakby już na samym początku chciał go ostrzec przed niebezpieczeństwami, które mogły się tu czaić. Wokół lądowiska panowała atmosfera pozornego spokoju, choć Kaj instynktownie czuł, że jest obserwowany. W oddali, tuż za wzniesieniem skalistego pagórka, dostrzegł pierwsze zabudowania niewielkiego miasteczka, którego mieszkańcy – jak sądził – byli równie surowi i nieufni jak krajobraz. Poprawił plecak i ruszył w stronę zabudowań, czując narastającą adrenalinę. Wiedział, że wkrótce spotka człowieka, który miał w swoich rękach przedmiot mogący odmienić ich losy. Teraz pozostawało jedynie mieć nadzieję, że Grix się nie pomylił.
Wszedł w plątaninę wąskich uliczek Vairus-9, prowadzony jedynie wzorem, który zapamiętał z map handlowych Grixa: trzy zakręty w lewo od lądowiska, potem schodami w dół do dzielnicy demontażowej. Latarnie brzęczały nad głową, rzucając zimne światło na pancerne drzwi, które wyglądały, jakby dawno temu ktoś próbował je wysadzić, a potem pospiesznie zespawał. Ściana obok drzwi była pokryta warstwami graffiti; najświeższa warstwa przedstawiała stylizowaną czaszkę z wyrwanym portem danych.
Zatrzymał się, udając, że poprawia pasek plecaka. W rzeczywistości zerknął na refleks w wybitym panelu reflektora – czy ktoś podąża za nim? Nic. Tylko drony krążące ponad dachami, rozświetlające zamglone niebo kołami zielonego blasku. Zeg zamontował mu skaner zagrożeń w soczewce kontaktowej: pulsował teraz spokojnym niebieskim punktem. Teoretycznie nikt nie patrzył.
Ruszył więc dalej w prawo i po kilku minutach doszedł do hangaru oznaczonego wypłowiałą cyfrą „7”. Tam pracowało, rozmawiało lub spało na ziemi kilkudziesięciu mechaników – ich ekipa, nie żołnierze. Kilku podniosło głowy i mierzyło Kaja oceniającym spojrzeniem, ale wrócili do swoich czynności. Dziś nie było na stałe Żelaznych, tylko cywilne drony Dominium krążyły wysoko. Dziwne.
By nie budzić podejrzeń, podszedł do stoiska z syntetyczną wodą i zaczął napełniać kubek. Po chwili skaner w soczewce przybrał czerwoną barwę i zapulsował. Ktoś zbliżył się bowiem na odległość jednego kroku za jego plecami.
– Ma pan coś na ramieniu – powiedziała osoba naruszająca w tym momencie strefę jego komfortu; echo stłumionego hałasu maszyn podkreśliło frazę. Hasło padło zgodnie z planem.
– Tylko kurz stąd do orbitera – odpowiedział Kaj, zsuwając kaptur i odwracając się. – Lepiej nie strzepywać, żeby nie przyciągnąć uwagi.
Ujrzał wysokiego mężczyznę o siwych włosach spiętych w kuc, lecz z twarzą wciąż młodszą, niż sugerowała fryzura. Płaszcz przeciwpyłowy miał odwrócony na drugą stronę, a podświetlane zapięcia układały się w literę „Ω”. Mężczyzna uśmiechnął się kącikiem ust, unosząc dłoń w pozornie grzecznym geście zapraszającym do pójścia za nim.
Podeszli do ściany, pozornie wyglądającej jednolicie, i wtedy nowo poznany osobnik zbliżył się do jednej z cegieł i, chwytając się za gardło, wypowiedział formułkę mechanicznym głosem – modulacja krtani najwyraźniej była jego narzędziem. W tym momencie część cegieł wysunęła się bezszelestnie, odsłaniając drzwi wejściowe.
Wszedł do środka i po kilku krokach skinął głową, dając znak, by Kaj podszedł bliżej. Drzwi za plecami zasunęły się z cichym szczęknięciem. W tej samej chwili gdzieś wyżej zgasło jedno z głównych świateł, a hangar pogrążył się w półmroku migających lamp awaryjnych. Wnętrze przypominało rozpruty brzuch okrętu: kable zwisały jak jelita, a w powietrzu fruwały iskry spadające z automatycznych palników. Zapach ozonu mieszał się z metaliczną wonią – zbyt znajomą, by była przyjemna.
– Nazywaj mnie Orbus – rzucił handlarz tonem, który nie znosił dyskusji. – Grix mówił, że masz coś, co potrzebuje Synkreta. Zanim zaryzykuję, chcę wiedzieć, czy ten czytnik ci się w ogóle przyda.
Kaj otworzył niewielki pakiet pamięciowy, pokazując muszlę ochronną z hologramem biochipu. Nie zamierzał odsłaniać pełnej talii.
– Potrzebuję portu o konkretnej sekwencji. Aktywacja neutronowa. Reszta to moja sprawa.
Orbus zagwizdał przeciągle.
– Trafiłeś w niszę, chłopcze. Takie porty wymontowuję może raz na dekadę. Ale… mam to. Nie pod nosem, rzecz jasna.
Gestem zaprosił Kaja w głąb hangaru. Minęli rzędy rozbebeszonych generatorów i góry pancerzy mechów, a wreszcie zatrzymali się przy pancernym kontenerze. Zamek biometryczny mrugnął czerwienią, gdy Orbus przyłożył dłoń. Wnętrze skrywało jedną, małą skrzynkę wyłożoną antyrezonansową gąbką; w środku spoczywał czytnik – wielkości dłoni, o obudowie przypominającej archaiczny e-book, lecz pokryty holograficznymi runami diagnostycznymi. Na srebrnej klamrze połyskiwała nazwa: SYNKRET-7.
Kaj poczuł, jak serce podchodzi mu do gardła. To było realne. I w zasięgu ręki.
– Cena? – zapytał, starając się, by głos brzmiał neutralnie. Po zrzutce z przyjaciółmi wróciłby tylko darmowym kursem dla archeologów. A jedzenie na najbliższe pół roku byłoby do wykopania…
Orbus sięgnął do kieszeni, wyciągnął cienką blaszkę z wyrytym symbolem, identycznym jak na jego płaszczu, po czym przełamał ją na pół.
– Kiedy odzyskasz dane. I… – urwał, pochylając się bliżej – i kiedyś uda ci się coś przez to osiągnąć, spotkamy się jeszcze raz. Wtedy oddasz z nawiązką. A jutro rano Dominium robi tu kontrolę. Wiesz, czego szukają? Starych skanerów taktycznych z serii Synkret. Dokładnie takich jak ten. Coś muszą wiedzieć. Więc drugą częścią zapłaty jest to, że mnie nie znasz, jeśli wpadniesz. Mam jak uciec na koniec galaktyki w razie czego i mam kontakty w kolonii skazańców. Nie skończyłoby się to dla ciebie dobrze, gdybyś mnie wsypał.
Z korytarza dobiegł metaliczny huk. Następnie krótkie, urwane krzyki. Światło znów zamigotało. Orbus zaklął.
– Łowcy Rdzy – syknął. – Psubraty podsłuchują częstotliwości złomiarzy. Pewnie wyczuły nowe dostawy. Trzymaj to.
Rzucił wyjętą z szafy kaburę; Kaj kucnął, otworzył ją i wyjął kompaktowy pistolet falowy – wystarczy na zdezorientowanie, nie zabicie. Wystarczy, jeśli w kilka sekund nauczy się jego obsługi. Broń miał pierwszy raz w życiu w rękach.
Handlarz zdmuchnął kurz z niewielkiej skrzynki, wyjął z niej coś, co wyglądało na wstrząsową granatnicę bez lufy. Po tym obaj wyszli z kryjówki na główny hangar.
Na platformę za kontenerami wbiegło trzech napastników w prowizorycznych zbrojach; czerwone wizjery przypominały demony z dawnych podań. Pierwszy z nich uniósł karabin igłowy i wypalił serię, która rozszczepiła w powietrzu smugę jaskrawej iskry. Kaj schronił się za generatorem, czując, jak igły rozpryskują się po ścianie tuż obok jego głowy.
– Przekazuj paczkę, staruchu! – ryknął jeden z Łowców. – I zostaw żyły, bo wypijemy krew!
Orbus wysunął z granatnicy niewielką kapsułę i palcem wskazał Kajowi sufit. Ten zrozumiał: instalacja wentylacyjna. Skinął głową, po czym odbiegł w lewo, odciągając część napastników. Handlarz wystrzelił kapsułę w górę i rozprysnęła się chmurą gęstego aerożelu, który w sekundę spowił całe pomieszczenie srebrnym pyłem, blokując użycie laserów. Wizjery Łowców zapłonęły.
Kaj wykorzystał osłonę. Przesunął się bokiem, unikając ślepych strzałów, i wypalił z pistoletu falowego w najbliższego napastnika. Płaski impuls energii uderzył w tors przeciwnika; zbroja zatrzeszczała, a mężczyzna runął na kolana, jęcząc. Drugi ściągnął maskę, by oczyścić wizjer – Wtedy cisnął w niego drugi ładunek, tym razem soniczny. Fala drgań rzuciła Łowcę w tył jak szmacianą marionetkę.
Trzeci, najwyraźniej bardziej doświadczony, skoczył wprost na Kaja, wyciągając nóż wibracyjny. Kaj odruchowo zasłonił się przedramieniem; ostrze przecięło gruby materiał płaszcza, rozcięło skórę. Ból zalał mu umysł czerwienią. Puścił pistolet, łapiąc za nadgarstek przeciwnika wolną ręką. Wtedy zza pleców napastnika wyskoczył ten sam wysoki młody mechanik, którego Kaj mijał przy komorze smarowniczej, i kluczem obezwładnił go jednym ciosem w skroń.
Aerożel opadał niczym srebrny śnieg. W ciszy pozostało tylko chrapliwe sapanie Kaja i głośny, nierówny oddech Orbusa. Handlarz otarł pot z czoła i podniósł z podłogi SYNKRET-7, dmuchając na niego, by pozbyć się drobin.
– Masz szczęście, Varn. Przetrwał praktycznie nienaruszony.
– To nie szczęście. To musi być przeznaczenie – odpowiedział Kaj, zaciskając zęby, gdy na nowo poczuł palenie rany. – Jeśli jest łup, zawsze pojawia się ktoś, kto chce go przejąć.
Handlarz podał mu niewielką fiolkę z nanoplastrem. Kaj docisnął plaster do rany; igły aplikatora przeszyły skórę, dostarczając koagulant i przeciwbólowy hydrożel. Ból zelżał. Tymczasem Orbus schował czytnik do wewnętrznej kieszeni płaszcza, a potem – gestem, który wyrażał jednocześnie szacunek i ostrzeżenie – uniósł dwa palce do skroni.
– Od tej chwili jesteśmy w tej samej łodzi. Pamiętaj o wszystkim.
– Zgoda – wyszeptał Kaj. – Ale nie daje mi spokoju, że Dominium tak rzadko kontroluje to miejsce i dziś nie ma tu Żelaźnych, którzy rozprawiliby się z bandytami?
– Rzadko wchodzą na halę – odparł Orbus. – Wolą cywilne drony i papierologię. Ale jutro ma być wyjątek.
– Masz tu trochę śmieci kategorii C na kontrolę celną. Zagłuszacz w razie czego masz? – dodał, jakby czytał w nim jak w instrukcji.
Nad hangarem zawyły syreny – gdzieś dalej patrol Dominium znalazł ciała Łowców lub wykrył nieautoryzowane impulsy. Nie było już czasu. Orbus otworzył boczną klapę, prowadzącą do tunelu serwisowego. Archeolog zatrzymał się jeszcze raz przy wyjściu, odwrócił się, spojrzał na rozrzucone szczątki aerożelowej chmury i migoczące wśród niej iskry. Przez moment miał wrażenie, że patrzy na pył Onyxionu – jak duchy dawnych czasów, które znów wołają.
– Tędy przejdziesz skrótem. Potem zlecisz trzy metry szybem przy porcie. Nie połam się – ponaglił Orbus. – Za minutę wejdą drony rozpoznawcze. A ja muszę odpowiadać na denerwujące pytania.
Kaj ruszył w głąb tunelu. Przystanął na chwilę, by sprawdzić jeszcze raz czytnik ukryty w doszytej kieszeni wewnątrz płaszcza, blisko serca. Był tam – nienaruszony, SYNKRET-7. Gdy jego kroki odbijały się głucho od metalowych ścian, Kaj poczuł dziwny spokój. Pierwszy etap zakończony sukcesem – za wysoką cenę, ale jednak. Pozostawało wrócić na Vireth, podpiąć czytnik pod chip i zobaczyć, co tak naprawdę kryje się w martwej świadomości żołnierza sprzed stuleci. Jeśli dane przeżyły tyle chaosu, mogły ocalić ich wszystkich. Na razie jednak liczyło się tylko to, by przeżyć następne kilka godzin.
Z szybu wyleciał powoli, hamując rękami i nogami pęd spadania. Będzie najwyżej kilka siniaków. Ale najważniejsze, że jest już w porcie. Kontrola przeszła bez problemów i wrócił do przyjaciół ze zdobyczą.
Kaj wypadł z brudnej kabiny wahadłowca jak pocisk, zanim jeszcze trap zdążył opaść do końca. Gorący podmuch silników rozrzucił mgłę zalegającą nad portem Vireth i wysypał na jego płaszcz kaskadę iskier. Nie zatrzymał się jednak; wiedział, że wystarczy kilka sekund, by patrolowe drony rozpoznały twarz wracającego archeologa i zaczęły szukać wyjaśnienia, dlaczego pojawił się tu o świcie.
Port w tej porze dnia był półżywy. Pośrodku placu kulił się samotny sprzedawca opału plazmowego, ziewając do kubka parującej lurki. Dalej, na rampach ładunkowych, półprzytomne dźwigi ruszały się z prędkością ślimaka. Kaj zsunął kaptur, przywołał z pamięci najbardziej zmęczony wyraz twarzy, na jaki było go stać, i przeszedł przez bramki, nawet nie próbując maskować krwi przesiąkniętej przez rękaw. W kieszeni wewnętrznej płaszcza pulsował cichą, obcą energią czytnik z napisem SYNKRET-7; ciążył jak przytwierdzony do duszy odłamek asteroidy.
Zeg, Lira i Grix czekali przy rondzie rozjazdowym, między dwiema ścianami kontenerów, gdzie rdzawa, namazana strzałka wskazywała nieistniejący od lat kantor. Lira pierwsza dostrzegła sylwetkę Kaja – nie po twarzy, lecz po charakterystycznym kroku.
– Na Perunowe Pasma, Varn, ty naprawdę lubisz witać się w wielkim stylu – syknęła, nim jeszcze zdążył sięgnąć po objęcia. Zsunęła z ramion stary koc termiczny i zarzuciła mu go na plecy, jakby był cenniejszy od wszelkich słów.
Zeg wciągnął powietrze między zęby, przyglądając się czerwonej plamie na rękawie.
– To miał być odbiór sprzętu, nie zapasowy front wojenny. Jesteś ranny?
– Niewielka cena za taką zdobycz – Kaj próbował się uśmiechnąć, ale wyszedł karykaturalny grymas. – Lepiej nie kusić losu – jak najszybciej do warsztatu.
Ruszyli przed siebie i skręcili w jedną z bocznych uliczek. Miasto dopiero budziło się do życia – po dachach sunęły różowawe pasma światła, a w zamglonych prześwitach kładły się cienie anten. Wieczni włóczędzy i dzieci zanurzone w śmieciach nawet nie uniosły głów, gdy czwórka przyjaciół znikała w podziemnym prześwicie, prowadzącym w stronę pracowni Zega.
Drzwi rozsunęły się z sykiem i znajomy zapach płynu chłodniczego wymieszanego z przypalonym polimerem uderzył w nozdrza. Manipulator-ramię, czuwający nad pustym stołem, odwrócił sensor w stronę wracających, jak wierny pies w stalowym kostiumie.
– Do środka, szybko – Zeg włączył blokadę i wcisnął przycisk wygłuszający. – Grix, zasłoń okno rzutnikiem dyfrakcyjnym, Lira, lampy na trzydzieści procent. Nikomu z zewnątrz nie może mignąć, co tu mamy.
Kaj usiadł na krańcu kanapy, oddychając płytko. Lira wyciągnęła z medpaku spray z nanoszkieletu i w ciszy zszyła ranę pajączkiem srebrzystych nici. Krew zastygała natychmiast, zostawiając jedynie purpurową gęstwinę pod przezroczystą siateczką.
– Jeszcze trochę będzie pulsować – szepnęła, przyciskając mu dłoń do barku. – Ale żyłka trzyma.
Tymczasem Zeg przyciągnął najbliższy stół warsztatowy pod ramię manipulacyjne i rozłożył na nim miękki koc antyelektrostatyczny. SYNKRET-7 wypadł na środek niczym czarny kamień filozoficzny.
– Sam widok sprawia, że palce świerzbią – przyznał, prześlizgując się spojrzeniem po holograficznych runach na obudowie. – Ale najpierw procedura: odłączamy wszelkie nadajniki, podpinamy do martwej magistrali, dopiero potem cokolwiek wkładamy w złącze.
Sięgnął do zamkniętej na klucz i kod szafki, wydobywając biochip zamknięty w dwuściennej kapsule z brązowego szkła. Blada poświata odbiła się w jego źrenicach.
– Sprawdźmy, co mamy i czy się nie rozczarujemy. Sygnał gotowy. Synkret, czas się przebudzić!
Założył monookular i wsunął cienką sondę diagnostyczną w gniazdo boczne czytnika. Ten otworzył się miękkim kliknięciem jak zatrzask starej szkatułki. Wnętrze zabłysło niklowymi stykami, a w środku, pod przezroczystą powłoką, pulsowała złocista siatka korytkowa – centrum przetwarzania neuropojemnościowego.
Zeg wsunął biochip w prowadnicę. Przez sekundę nic się nie działo; potem w powietrzu rozległo się ciche brzęknięcie, jak pszczoła zamknięta w kryształowej kuli. Światła w warsztacie mignęły, a w naprędce rozwieszonym rzutniku na ścianie rozkwitły pierwsze białe iskierki.
– Stabilizuje się, poczekajcie… – oddech Zega przyspieszył, kiedy rozjarzyły się kolejne sektory ściany.
Najpierw pojawił się wachlarz cyfr – kolumny dat, współrzędnych, kodów jednostek bojowych. Wszystko migotało niczym świeży kod źródłowy. Po nich wykwitły linie topograficzne, szorstkie jak drapanie żyletką po szkle. W końcu na samym środku rozlała się matowa, zielonoszara płaszczyzna, a na niej zarys owalnej tarczy.
Kaj uniósł dłoń, jakby dotykiem mógł spowolnić czas. Zeg pokręcił głową, jak zahipnotyzowany:
– W życiu nie widziałem, żeby tak stary układ włączył się bez wymuszenia ścieżki rozruchowej. On sam rozpoczął inicjalizację. To wejście do głównego rejestru pamięci.
Na ścianie mrugnęła krótka flara błękitu. Pod tarczą ukazał się tytuł, zbudowany z prostych liter, drżących jak szept nad przepaścią. Dwieście sześćdziesiąt dziewięć wpisów. Tylko dwa ostatnie dostępne. Zeg zjechał strzałkami do pierwszego z nich, zatytułowanego:
DZIENNIK, wpis 268
płk Drajo Severin
REJESTR MISJI: „Znaleźć ostatnie Viola na Feltan”
(cyroka: zapis myśli wzrokowo–dźwiękowy bezpośredni na biochip; HUD aktywny)
Jestem już na Feltan. Odebrałem właśnie mapę od kartografa z zaznaczonym punktem, na którym powinny zachować się ostatnie egzemplarze z pełnią energii. Mam nadzieję, że zdążyłem przed Żelaznymi. Niezwłocznie wsiadłem na airopter czekający w cieniu zwalonej wieży pomiarowej. Szkielet z lekostali, dwa pola nośne z przodu, jedno sterujące z tyłu, płozy na przegubach. Kładę dłoń na wręgach – przewód transmisyjny w moim przedramieniu drga, nawiązuje dialog z maszyną. Pole nośne rozlewa się pod kadłubem jak elastyczna tafla. Mikrosztaby w kręgosłupie stroją się do rezonansu; wspomagacze mięśniowe luzują i zaciągają włókna w idealnej sekwencji. Sunę tuż nad ziemią. HUD rysuje kurs: zgasłe odwierty → bazaltowy labirynt → tonący las. Wszczepy wzrokowe rozchylają widmo; niteczki ciepła, wilgoci i resztkowej bioaktywności pulsują jak wyblakłe żyły w skórze planety. Feltan śpiewa pęknięciem – wiatr gra, a popiół robi za skórę bębna. Po trzech godzinach czuję je, zanim je zobaczę. Muszą być tuż za wzgórzem. Viola zaczynają od lepkiego zapachu: nie rośliny, nie żywicy, lecz palonego nad ogniem cukru – czystej energii. Potem jakby błyski, które łapią mój takt pulsu i prowadzą jak metronom. I oto są. Dwie majestatyczne Viola stoją naprzeciw siebie, jak dwie pamięci tej samej pieśni. Ostatnie, wśród tysięcy skarłowaciałych sióstr, które zostały zużyte. Pulsują na przemian rubinowym i seledynowym kolorem posypanym brokatem. Pnie mają z żywej, skręconej tkanki, rytmicznej, cichej – jak serca mówiące do skał. Liście to wachlarze przezroczystego mleka; złote nerwy niosą miód światła. Kładę dłonie na pniu. Nie łączę przewodu, a jednak obrazy suną po siatkówce. Widzę świat sprzed wojny. Okrąg szczęśliwych ludzi pod kopułą, dzieci śmieją się w takt, światło podnosi się jak pocałunek. Tymczasem ryk silnika przecina kadr. Na horyzoncie czarna sylwetka na wojskowym airopterze. Widział mnie, nie ma sensu się chować. Na jego piersi herb Żelaznych. To jeden z generałów. Twarz jak klif, pocięta bliznami po implantach. Oczy matowe od procesów pracujących głęboko w czaszce. Egzoszkielet porusza się z ciężką, pewną gracją.
– Odsuń się i nie przeszkadzaj, bo inaczej zginiesz szybko i bezboleśnie. Bierzemy to, co musimy. Czas utrzymać w ryzach resztę tej prymitywnej galaktyki. Dla ich dobra – mówi, jakby recytował nakaz.
– Viola nie są czyjeś – odpowiadam. – Ale jednocześnie należą się wszystkim.
Nie negocjuje. Ruszamy jednocześnie.
Wspomagacze mięśni luzują i zaciągają włókna, mikroszyny w kręgosłupie tłumią wstrząsy, gdy ostrze z nanowzmacnianiem tnie zawias kolana. Stal jęczy, ale trzyma. Łańcuch zahacza tarczę; sypią się iskry, które ślizgają się po liściach Violi. Spychać go – to jedyny plan, który ich nie zrani. Osuwający się bazalt pomoże. Chwyta mnie metalową dłonią za obojczyk. Widzę go jako gorący mechanizm z wolą. Wysyłam impuls przez przewód w ostrze umieszczone w nadgarstku, wejście pod bark, gdzie pierścień pancerza jest zawsze o milimetr za wąski. Rdzeń mu zgrzyta. Klęka na jedno kolano. Dłoń wciąż mnie miażdży. Żebro pęka suchym trzaskiem.
– Nawet jeśli mnie teraz pokonasz, to… kapsuły… – charczy. – Nasze dowództwo ma już prawie wszystkie. Będziemy mieli wszystkie.
– Wtedy wygracie wojnę – syczę.
– Wtedy będziemy jedynymi, którzy decydują.
Wsuwam palce w gniazdo u podstawy czaszki pancerza. Wyciągam biochip, gorący.
Upada bez słowa. Siedzę nieruchomo, dopóki ciało nie przyjmie do wiadomości, że przetrwało. Viola pulsują równym światłem i uspokajają. Wiedzą. Polują na kapsuły. Kto opanuje rekonstrukcję Violi, zwiąże światy węzłem posłuszeństwa. Nie muszę znać nazwy ich przyszłego porządku – widzę kształt. Mógłbym teraz podłączyć się i zaciągnąć energią jednej z nich. Naprawiłbym żebra, uspokoił układy, wrócił pełny. Zostałaby z niej jednak karłowata resztka. Nie.
Przeskanowałem zapisy biochipu generała. Rysunki z podpisami „kapsuły rekonstrukcyjne”, „rewersja skarłowacenia”. Mapa węzłów i linie biegną przez systemy. Najgrubsza kończy się na Onyxionie. Depesze dowództwa Żelaznych: „przechwycone jednostki A-2, A-7… dostarczone do magazynów frontowych”.
Żołnierski ukłon dla starszej rangi. Wgrywam na cyrokę kurs: Onyxion.
DZIENNIK, wpis 269
płk Drajo Severin
REJESTR MISJI: „Kapsuła na Onyxionie”
(cyroka: zapis myśli wzrokowo–dźwiękowy; HUD aktywny)
Onyxion nie ma dnia ani nocy. Ma grawitoskłon – rozpiętą nad ruinami tkankę światła, która zmienia barwę jak oddech. Ląduję przy trzcinach magnetycznych. Wzrok skanuje bioaktywność. Zauważam cieniutkie migotanie jak puls dziecka przez kołdrę. Schodzę. Airopter zostaje w cieniu iglicy. Jest skarlała Viola, za nią kolejna i dalej jeszcze setki. Wysokość bioder, dwa liście jak pióra i złote nerwy przygasłe. Dotykam spodem dłoni, a karzeł odpowiada ciepłem. Mapa z biochipu generała nie wskazywała punktu, tylko obszar, gdzie rezonans Violi wspierał starą maszynę. Szukam szwów w skałach, pustych jam, zasypanych dołów. Dłońmi odgarniam gruz z jednej z płyt bazaltu i wciskając niepasujący do reszty kamień, ta cicho rozsuwa się, odsłaniając złoty sześcian. Udało się – kapsuła rekonstrukcyjna. Panel dotykowy zarysowany, lecz cały. Jednocześnie czuję, jak moje ciało odmawia posłuszeństwa. Rana się powiększa, nie mam czym jej zasklepić. Stan wszystkich elementów pogarsza się. Za chwilę cyroka przestanie działać. Sam nie uruchomię kapsuły. Nie mam wiele czasu, bo Żelaźni wracają w te rejony jak pływy. Martwy nie przenosi sekretów. Muszę obmyślić na szybko plan… Schowam kapsułę wraz z karłem. Tak, by ktoś po mnie mógł ją odnaleźć i uratować przed niosącymi zagładę. Buduję skrytkę z płyt bazaltu. Trzy duże i jedna mniejsza, odwrócona, by kryształ łamał światło w dwa promienie. Z daleka wejście wygląda jak zwykły cień. Wąskie i czyste. Na próg przesadzam krzaki szkłodorostu – te rośliny przetrwają wieki w każdych warunkach. Świszczy pod odpowiednim kątem. Jednego z karłów umieściłem w środku w kapsule, by go chroniła. Wgrywam na biochip kartę orientacyjną. Będzie rozmyta dla wrogich oczu, jasna dla naszego Klanu Światła:
Trzeci krąg ruin liczony od zardzewiałej iglicy jak palec w niebo,
między dwiema zapadlinami tworzącymi łamany łuk,
występ w kształcie muszli ze szwem biegnącym z północy na zachód,
szkłodorost o trzech ostrzach, który gra, gdy wschód dmucha.
Zamykam wejście. Nie zostawiam zbędnych znaków. Zostawiam te, które trzeba. Grawitoskłon przechodzi w złoto, ruiny wyglądają przez chwilę jak mapa ściśnięta w dłoni. To dla tych, którzy przyjdą po mnie. Nie róbcie ze światła paliwa na nasze cienie. Zróbcie z niego świt.
Światło projekcji zwinęło się w nitki i zgasło, jakby ktoś nagle odjął oddech pomieszczeniu. W warsztacie znów zapadła zwyczajna ciemność. Ta, która przychodziła z zaułków portu, pachniała rdzą, wilgotnym pyłem i rozlanym olejem. Projektor pisnął chłodzeniem i ucichł. W ciszy słychać było drobne trzaski metalu pracującego w projektach Zega, dalekie dudnienie wind towarowych oraz nieodłączny szum energoprzewodów biegnących pod dziedzińcem. Nikt się nie odezwał. Lira wciąż miała dłonie na krawędzi stołu, jakby kurczowo trzymała nie blat, tylko coś, co mogło jej uciec. Zeg przycisnął czytnik do piersi, z namaszczeniem i nieufnością – jak relikwię, która równie łatwo potrafi uświęcić, co wydać na pożarcie. Grix, zwykle pierwszy do komentarza, chwycił powietrze ustami, ale zamiast żartu wyszła mu tylko krótka, urwana sylaba. Kaj poczuł, że serce bije mu nierówno; nie ze strachu, raczej z rozpoznania. Niektóre prawdy są jak cienie architektur – widzisz ich kształt długo, zanim dasz sobie prawo je nazwać.
– Cały porządek tego świata to jedna wielka bujda. – Zdenerwowany uderzył w blachę na jednej ze ścian, aż reszta podskoczyła; nigdy nie widzieli go w takim stanie.
– On naprawdę… – Lira przełknęła ślinę i odetchnęła raz, drugi. – Schował kapsułę na Onyxionie… razem ze skarłowaciałą wersją Violi. – Głos zadrżał jej tylko w jednym miejscu: na słowie „Violi”, jakby słyszała własne dzieciństwo rozbijające się o skałę.
– Nie tylko schował – mruknął Zeg, zerkając na wyświetlacz czytnika, który jeszcze nosił blade powidoki interfejsu. – Oddał życie, by ktoś mógł ją znaleźć i uratować. Zostawił kartę orientacyjną. To nie jest poezja. To jest mapa.
– A „Klan Światła”? – Grix odstawił kubek, którego nawet nie podniósł. – Słyszeliście kiedyś o czymś takim poza bajaniami starych wędrownych kronikarzy? Bo to tam padło. „Dla naszego Klanu Światła”. Brzmi, jakby już dawno przed Dominium ktoś próbował zorganizować opór.
Lira uniosła wzrok.
– Moja babka śpiewała pieśń zasłyszaną w dzieciństwie. O kręgu pod kopułą, o ludziach, co „zapalali dzień od środka”. Oczywiście, nikt obcy nie mógł jej usłyszeć. Uważałam, że to tylko zmiękczona pamięć po czasie, którego nikt nie dożył. Ale „Klan Światła”… – zawahała się, zmrużyła oczy, jakby śledziła nitkę światła po sufitowych rysach. – Słyszałam gdzieś podobną nazwę. Chyba w bibliotece, kiedy pomagałam Varnowi przygotować się do jednej z wypraw. Pamiętasz?
– Pamiętam – powiedział Kaj cicho. – Zawsze myślałem, że „Światło” to tylko metafora, a to była praktyka. „Kto opanuje rekonstrukcję Violi, zwiąże światy węzłem posłuszeństwa”. Żelaźni z tego zrobili władzę. Potem nazwali to władzą Dominium. My żyjemy w następstwie tej decyzji. Dobrze, wiemy już, co wiemy. Drajo potwierdził, że kapsuły istniały. Potwierdził też, że co najmniej jedna kapsuła z karłem Violi leży na Onyxionie. Zostawił orienty. To musi być niedaleko miejsca, gdzie znalazłem jego szkielet.
– Co dalej? – Lira nie usiadła; stała teraz oparta o róg stołu, palce lekko bębniły. – Nie możemy przechowywać tego w czterech ścianach. Jeśli ruszymy teraz na Onyxion, musimy mieć statek, paliwo, odwrócenia uwagi, miejsca do ukrycia się, a po drodze… sojuszników. I to takich, którzy nie sprzedadzą nas przy pierwszym lepszym skanie.
– Cech Archeologów? – zaproponował Zeg bez przekonania. – Muszą być w nim tacy, co prowadzili badania sprzed Dominium i też na coś natrafili. – Popatrzył na Kaja. – Ale cech trzeba traktować jak targ: stoisko obok stoiska, uczciwy obok donosiciela.
Kaj zaciął usta.
– Cech nie jest jednolity. Rada spogląda na Dominium jak na pogodę: czasem pada, czasem świeci, ale to i tak niebo. Są jednak pojedynczy ludzie. – Zawahał się i dodał: – Torenn Malek. Widziałem, jak wnosił do cechu relikt klasy A. Nie było w tym pychy łowcy trofeów, raczej sposób człowieka, który rozumie, że dotyka przeszłości z odpowiedzialnością. Jego nazwisko przewija się w zleceniach poza oficjalnym rejestrem. Jeśli ktoś ma niezależne kontakty i potrafi utrzymać język za zębami, to on. A pilot? Jaki statek? Nie polecimy przecież zwykłą barką z rejestru. Po demonstracji Żelaźnych port będzie jak plansza kontrolna. Każdy ruch z koncesją trafi do ich konsoli.
– Sova Darnik wciąż lata „Szmuglem Trzeciej Strefy” – rzucił Grix, a Lira uniosła brwi. – No co? Nie śpię przez całe noce, bo lubię spisy ruchów w porcie. – Uśmiechnął się krótko, z tej lepszej, rzadkiej strony. – Stara pilotka, kiedyś latała w konwojach humanitarnych. Zna boczne pasma i bramy serwisowe w dokach. Jeśli wciąż ma dług u Kapitanów Kutrowców, to mogę go pomóc „przypomnieć”. – Zamilkł, oceniając reakcje. – Poza tym jest jeszcze Oran Brecht z magazynów plazmy. Otworzy nam śluzę, jeśli dostanie coś błyszczącego.
Cisza znów zawisła, ale tym razem nie była pusta. Zapełniła się planami, niepokojem podpartym decyzją. Z podłogi dobiegało stłumione drżenie miasta – Vireth oddychał, tak jak oddycha ciało, które próbuje spać po koszmarnej nocy.
– Sojusznicy – przypomniał Grix, rozcierając dłonie, jakby nad paleniskiem. – Poza pilotem, poza bramą i może Torennem. Kto jeszcze?
– Ktoś, kto pamięta pieśni – powiedziała niespodziewanie Lira. – Nie śmiejcie się. W archiwach cechu zostają tylko rzeczy, które ktoś uznał za „naukowe”. Pieśni ruchome mają więcej detali topograficznych niż spisy kamieni. Znam jedną kronikarkę. Mira Siran. Nazywają ją Niteczką, bo wszędzie, gdzie pójdzie, zostawia nitki opowieści. Bywa w zamtuzie „Pod Trzema Płetwami”, spisuje morskie baśnie i pieśni kopułowe. Jeśli Klan Światła był czymś więcej niż metaforą, Mira mogła o tym słyszeć. – Zawahała się. – Tylko że ona nie lubi cechu. Powiedziała kiedyś, że sprzedaliśmy naszą pamięć hurtowo za koncesje.
– To nie musimy iść tam jako cech – mruknął Grix.
Kaj oparł dłonie o stół i pochylił się nad nim, jak nad starą mapą świata.
– Dobrze. Słuchajcie. – Ton mu się nie podniósł, ale wzmacniał się słowem do słowa, aż zrobił się plan. – Ja jutro rano idę do cechu. Nieoficjalnie. Zobaczę, czy Torenn Malek jest na miejscu i czy jest rozmową, a nie marginesem. Lira, znajdziesz Mirę Siran. Posłuchasz, co pamięć opowiada o „Klanie Światła”. Zeg, zabezpiecz biochip, żeby nawet w trakcie nalotu, jeśli coś pójdzie nie tak, nie znaleźli go. A ty, Grix, robisz to, co potrafisz: czyste przejście przez bramy i statek, który nie istnieje na listach. Sova Darnik albo ktoś równie dobry.
Kaj spojrzał po przyjaciołach: po Lirze, której oczy miały teraz barwę stalowego podbrzusza chmury. Po Zegu, który pochylał się nad chipem z nabożnością rzemieślnika. Po Grixie, który już myślał, jak otworzyć zamknięte przejścia. Kątem oka dostrzegł, jak pył w półmroku wstaje z podłogi lekką mgiełką i opada z powrotem, jakby pokój oddychał razem z nimi.
– To nasz świt – powiedział cicho. – I nasz początek.
Za oknem przemknął refleks latarni patrolowej, oświetlając na ułamek sekundy krawędź rolety. Potem wszystko wróciło do mroku. W mroku rozpostarł się plan, wiotki jeszcze, lecz własny. A gdzieś daleko, pod grawitoskłonem, Onyxion czekał ze swoją tajemnicą mogącą zmienić świat.
– Jutro – dodał Grix półgłosem.
– Jutro – powtórzyła Lira.
– Jutro – przytaknął Zeg, jakby to było słowo uruchamiające cały zestaw modłów i maszyn.
Kaj nie musiał niczego dopowiadać.