- Opowiadanie: TKII - I. Powrót

I. Powrót

Cześć, chciał­bym się z Wami po­dzie­lić moim pierw­szym opo­wia­da­niem. Na­pi­sa­łem je pod­czas urlo­pu i mam po­mysł na kon­ty­nu­ację, jed­nak naj­pierw za­le­ży mi na opi­nii na temat tego, co już jest go­to­we. Będę wdzięcz­ny za ko­men­ta­rze. Jed­no­cze­śnie, w po­niż­szym tek­ście znaki takie jak “i”, “w” czy “z” po­zo­sta­wio­ne są na końcu li­nij­ki, jed­nak gdy pró­bo­wa­łem prze­nieść je do ko­lej­nej, to roz­jeż­dża­ło się całe for­ma­to­wa­nie wy­ju­sto­wa­ne­go tek­stu, wiec nie zwra­caj­cie na to pro­szę uwagi. Je­stem świa­dom tego błędu.

Ak­tu­ali­za­cja 29.11.2025: W związ­ku z otrzy­ma­ny­mi ko­men­ta­rza­mi zde­cy­do­wa­łem się do­pi­sać ciąg dal­szy, który znaj­dzie­cie tutaj – Nowe po­cząt­ki. Jed­no­cze­śnie zmie­ni­łem też ozna­cze­nie po­niż­sze­go tek­stu z Opo­wia­da­nie na Frag­ment. Dzię­ku­ję za su­ge­stie!

Oceny

I. Powrót

Śnieg przy­kry­wał świat grubą, cichą war­stwą za­po­mnie­nia. Drze­wa ugi­na­ły się pod cię­ża­rem bieli, a wiatr świsz­czał w ko­ro­nach, jakby niósł ze sobą wspo­mnie­nia daw­nych gło­sów. Dwa konie to­ro­wa­ły sobie drogę przez zaspy. Pierw­szy, ciem­ny jak dym, na grzbie­cie wiózł jeźdź­ca w dłu­gim, zno­szo­nym płasz­czu. Drugi dźwi­gał, przy­tro­czo­ne do boków, dwie cięż­kie skrzy­nie – cały do­by­tek czło­wie­ka, który przez ponad pięt­na­ście lat nie wi­dział domu.

Da­vrel nie spie­szył się. Znał tę drogę aż za do­brze – ka­mień po ka­mie­niu, drze­wo po drze­wie – a jed­nak wszyst­ko wy­da­wa­ło się inne, jakby przez lata zie­mia wy­po­wie­dzia­ła po­słu­szeń­stwo wspo­mnie­niom.

Arven le­ża­ło na samym skra­ju Kade. Była to naj­da­lej na po­łu­dnio­wy wschód wy­su­nię­ta z pię­ciu pro­win­cji, na które – w myśl za­sa­dy dziel i rządź – po pod­bo­ju przez pół­noc­ne­go są­sia­da roz­sz­cze­pio­ne zo­sta­ły nowo zdo­by­te zie­mie. Trzy dni drogi dzie­li­ły miej­sco­wość od rzeki Lemne – tej samej, która nie­gdyś sta­no­wi­ła na­tu­ral­ną gra­ni­cę dwóch kró­lestw, a dziś pły­nę­ła przez samo serce jed­nej, dawno zjed­no­czo­nej, ziemi zwa­nej Se­me­nią. Od stu lat Lemne nie była już linią gra­nicz­ną, lecz je­dy­nie bli­zną, dzie­lą­cą kraj na Starą Pół­noc i Nowe Po­łu­dnie, za­rzą­dza­ne przez przy­sy­ła­nych ze sto­li­cy w Kar­tha­lion na­miest­ni­ków. 

Kiedy Da­vrel wy­je­chał w końcu spo­mię­dzy drzew i uj­rzał mury ro­do­wej sie­dzi­by, serce na mo­ment mu za­mar­ło. Wy­glą­da­ła na miej­sce opusz­czo­ne dawno temu. Płaty mchu po­kry­wa­ły ścia­ny, nie­gdyś bia­łe­go, a teraz po­kry­te­go ciem­ną sadzą, dwu­pię­tro­we­go bu­dyn­ku. W oknach nie było szkła, a dach wschod­nie­go skrzy­dła za­padł się pod cię­ża­rem czasu. Brama stała uchy­lo­na, skrzy­piąc przy każ­dym po­dmu­chu wia­tru ni­czym stary, nie­do­mknię­ty gro­bo­wiec.

Męż­czy­zna zsiadł z konia i przez chwi­lę stał nie­ru­cho­mo, słu­cha­jąc ciszy. Tylko chrzęst śnie­gu i par­sk­nię­cie wierz­chow­ca przy­po­mi­na­ły mu, że świat wciąż żyje. Jego dłoń spo­czę­ła na chłod­nej rę­ko­je­ści mie­cza. Ostrze, dłu­gie i smu­kłe, wy­ko­na­ne było z czar­nej stali, któ­rej nie wy­do­by­wa­no ani na pół­no­cy, ani na po­łu­dniu kraju. W świe­tle księ­ży­ca po­ły­ski­wa­ło jak tafla lodu, po­chła­nia­jąc świa­tło za­miast je od­bi­jać. Po dro­dze lu­dzie py­ta­li go, skąd po­cho­dzi ta broń, lecz Da­vrel za­wsze zby­wał ich mil­cze­niem. Teraz zaś, z mie­czem w ręku, pod­szedł do bramy i za­trzy­mał się. Nie wie­dział, czy bar­dziej boi się wejść, czy może tego, że za drzwia­mi nie znaj­dzie już nic, co znał. Szyb­ko po­ko­nał jed­nak wąt­pli­wo­ści i zde­cy­do­wa­nym ru­chem ra­mie­nia pchnął stare wrota. Metal jęk­nął, śnieg osu­nął się z za­wia­sów. Dzie­dzi­niec był pusty, przy­sy­pa­ny grubą war­stwą bieli. Nie było śla­dów stóp, ognia, życia – tylko cisza skry­wa­ją­ca ostat­nie echa daw­nej świet­no­ści. W po­wie­trzu uno­sił się za­pach chło­du i rdzy, ale pod nim tliło się coś in­ne­go – le­d­wie wy­czu­wal­na nuta dymu, jak wspo­mnie­nie daw­ne­go ogni­ska. Da­vrel stał sa­mot­nie po­środ­ku pu­stych za­bu­do­wań, a jego szczu­pła, smu­kła syl­wet­ka wy­raź­nie od­ci­na­ła się na tle bia­łe­go śnie­gu.

Wtem usły­szał sze­lest. Uniósł głowę – na ka­mien­nym gzym­sie, tuż nad bramą, sie­dział czar­ny kruk. Pa­trzył na niego uważ­nie, prze­krzy­wia­jąc głowę, a śnieg osia­dał na jego pió­rach ni­czym po­piół. Da­vrel znie­ru­cho­miał. Znał ten znak. Kruk był sym­bo­lem Or­ro­sa, boga prze­zna­cze­nia, któ­re­go po­słań­cy uka­zy­wa­li się lu­dziom tylko raz w życiu – w chwi­li, gdy ścież­ka ich losu na za­wsze miała się od­mie­nić.

Szlach­cic spoj­rzał py­ta­ją­co na ptaka. Kruk za­kra­kał, krót­ko, jakby na po­twier­dze­nie jego po­dej­rzeń, po czym wzbił się w po­wie­trze i znik­nął wśród pa­da­ją­ce­go śnie­gu. Męż­czy­zna wes­tchnął i wszedł do głów­ne­go bu­dyn­ku.

– Halo! Jest tu kto? – za­wo­łał. – Matko, ojcze! To ja, Da­vrel. Wró­ci­łem.

Od­po­wie­dzia­ło mu mil­cze­nie. Stary dwór był pusty. W sto­ją­cych wokół domu szo­pie, staj­ni, dre­wut­ni i in­nych po­miesz­cze­niach go­spo­dar­czych rów­nież nie było ży­we­go ducha.

 Po­now­nie na ze­wnątrz, Da­vrel wpro­wa­dził konie na dzie­dzi­niec, roz­kul­ba­czył je, za­mknął w daw­nej staj­ni i wró­cił po skrzy­nie. Wniósł je do wiel­kiej sali, od­gar­nął po­piół z pa­le­ni­ska i roz­pa­lił ogień. Iskry za­tań­czy­ły w po­wie­trzu, a po chwi­li żar roz­świe­tlił ka­mien­ne ścia­ny, wy­pę­dza­jąc chłód. Męż­czy­zna usiadł cięż­ko na ławie, zdjął rę­ka­wi­ce i przez chwi­lę pa­trzył w pło­mie­nie. Zmę­cze­nie wy­gra­ło z czuj­no­ścią. 

Przy­sy­piał – głowa opa­dła mu na ramię, od­dech zwol­nił.

Obu­dził go szmer. Nie gło­śny, ale wy­raź­ny. Ktoś był w środ­ku. W jed­nej chwi­li sta­nął na nogi, do­by­wa­jąc mie­cza. Czar­ne ostrze za­szu­mia­ło w po­wie­trzu. Da­vrel ru­szył w stro­nę ko­ry­ta­rza, stą­pa­jąc lekko, bez dźwię­ku. Sztu­ka, któ­rej na­uczył się lata temu, ale nigdy do tej pory nie mu­siał sto­so­wać w prak­ty­ce. Gdy skra­dał się w stro­nę drzwi, w bla­sku ognia cień jego syl­wet­ki drżał na ścia­nach. Za ro­giem do­strzegł ruch. Nagle z ciem­no­ści wy­ło­ni­ła się po­stać – krót­ko ostrzy­żo­ny męż­czy­zna z lek­kim za­ro­stem. Da­vrel bły­ska­wicz­nie przy­ło­żył ostrze do gar­dła in­tru­za. Tam­ten za­marł, lecz po chwi­li ich spoj­rze­nia się spo­tka­ły. Szlach­cic roz­po­znał zna­jo­me rysy.

– Mar­kus? – zdziwił się.

In­truz uniósł dło­nie. Za­sko­czo­ny spoj­rzał w twarz na­past­ni­ka.

W pół­mro­ku jego ciem­no­brą­zo­we oczy roz­sze­rzy­ły się z nie­do­wie­rza­nia.

– Da­vrel… To na­praw­dę ty? – wy­du­sił.

– Mar­kus – od­parł cicho Da­vrel, nie co­fa­jąc mie­cza. – Nie zmie­ni­łeś się tak bar­dzo.

Męż­czy­zna ro­ze­śmiał się krót­ko, ner­wo­wo. – A ja my­śla­łem, że dawno nie ży­jesz. Zo­ba­czy­łem świa­tło w oknach i są­dzi­łem, że włó­czę­dzy się tu za­kra­dli.

Da­vrel opu­ścił broń i od­su­nął się pół kroku.

– A jed­nak to ja. Wró­ci­łem.

Ogień trza­skał w pa­le­ni­sku, a śnieg ude­rzał o wy­bi­te okno. Przez chwi­lę żaden z nich się nie od­zy­wał. W końcu Da­vrel za­py­tał:

– Mar­kus… co się stało z moją ro­dzi­ną?

Za­py­ta­ny mil­czał przez chwi­lę. W jego oczach bły­snę­ło coś, czego Da­vrel nie wi­dział nigdy wcze­śniej – mie­szan­ka żalu i gnie­wu.

– Twoi ro­dzi­ce – za­czął po­wo­li – sprze­ci­wi­li się no­we­mu na­miest­ni­ko­wi z Pół­no­cy. Czło­wie­ko­wi przy­sła­ne­mu przez sa­me­go króla, żeby za­pro­wa­dzić wresz­cie po­rzą­dek na Po­łu­dniu. Wy­zy­ski­wał wszyst­kich w Arven i oko­li­cach, kazał od­da­wać zbio­ry, za­bie­rał konie, karał za byle co. Twój oj­ciec wraz i kil­ko­ma in­ny­mi nie chciał się na to go­dzić. – Mar­kus za­wa­hał się. – Za­bi­li ich. Jego i twoją matkę. W wa­szym domu zna­le­zio­no tylko po­piół i że­la­zo. A twój brat… po tam­tej nocy nikt go już wię­cej nie wi­dział.

Cisza, jaka za­pa­dła, była cięż­sza niż ka­mień. Da­vrel czuł jak krew od­pły­wa mu z twa­rzy, lecz ani drgnął. Pa­trzył w ogień, a czar­na stal jego mie­cza lśni­ła jak cień prze­zna­cze­nia.

Choć nie dawał tego po sobie po­znać, wstrząs był ogrom­ny. Dło­nie za­ci­snę­ły się w pię­ści, a żo­łą­dek ścią­gnę­ła tę­sk­no­ta i ból, które od tak dawna trzy­ma­ły go przy życiu. Wró­cił do Arven, bo tę­sk­nił za domem – tyle chciał opo­wie­dzieć ro­dzi­nie.

– A co z dwo­rem? – za­py­tał po­cie­ra­jąc nie­go­lo­ny od kilku dni pod­bró­dek. – Jak to moż­li­we, że nadal stoi cały?

Mar­kus wy­pro­sto­wał plecy.

– Bo go strze­gli­śmy – po­wie­dział z dumą. – Zresz­tą, na­miest­nik za­bro­nił co­kol­wiek z nim robić. Chciał, żeby stał pusty. Jako prze­stro­ga dla tych, któ­rzy mie­li­by ocho­tę się mu prze­ciw­sta­wić… – Wziął głęb­szy wdech, po czym kon­ty­nu­ował tym samym, rze­czo­wym tonem. – Oczy­wi­ście, przez lata dwór pod­upadł, ale w Arven wszy­scy pil­no­wa­li­śmy, żeby nie zo­stał roz­kra­dzio­ny. Prze­ga­nia­li­śmy włó­czę­gów.

– Tak jak ty dzi­siaj.

Sły­sząc te słowa Mar­kus ro­ze­śmiał się nie­śmia­ło.

– Mniej wię­cej – od­parł. – Ale, nie­ste­ty, nie udało nam się ochro­nić wa­szej ziemi. Na­miest­nik za­gar­nął i sprze­dał pra­wie całą. Nie bę­dzie łatwo ją od­zy­skać… 

Da­vrel nie od­po­wie­dział. Przez chwi­lę stał za­my­ślo­ny. Ogień trza­skał, jakby chciał wy­peł­nić po­wsta­łą nagle pust­kę. W pło­mie­niach drża­ły cie­nie – jego, Mar­ku­sa, wspo­mnień. Za­pach dymu wgry­zał mu się w ubra­nie – pach­niał jak dom, któ­re­go już nie było. Mar­kus rów­nież mil­czał chwi­lę, wi­dząc, jak przy­ja­ciel wpa­tru­je się w pło­mie­nie. Wie­dział, że nie ma słów, które mo­gły­by na­pra­wić to, co się stało. Wes­tchnął tylko cięż­ko i czę­ścio­wo zmie­nił temat.

– Ten Gar Ve­stings to kawał skur­wie­la. – po­wie­dział. – Ale lu­dzie się budzą, Dav. Jest ktoś, kto znowu mówi o wol­no­ści. Da­rion Hall. Pa­mię­tasz go?

Da­vrel spoj­rzał w górę, jakby pró­bo­wał przy­po­mnieć sobie twarz z daw­nych lat.

– Tego, który kie­dyś chciał pod­pa­lić staj­nię na­uczy­cie­la, bo mu za­bro­nił śpie­wać na lek­cji?

Mar­kus par­sk­nął śmie­chem.

– Tego sa­me­go. Tylko teraz śpie­wa o woj­nie. Ze­brał wokół sie­bie ludzi, któ­rzy mają dość pół­noc­nych uzur­pa­to­rów. Mówią, że szy­ku­je coś więk­sze­go.

Da­vrel ski­nął głową, nie ko­men­tu­jąc. Po chwi­li usiadł przy ko­min­ku, prze­su­wa­jąc dło­nią po zim­nej ka­mien­nej ramie. Mar­kus sie­dział teraz na­prze­ciw niego, mil­czą­cy, wpa­trzo­ny w twarz daw­ne­go przy­ja­cie­la, jakby pró­bo­wał od­czy­tać z niej wszyst­ko, co wy­da­rzy­ło się pod­czas lat jego nie­obec­no­ści. Nie wy­po­wie­dział jed­nak py­ta­nia, które naj­bar­dziej tra­wi­ło jego cie­ka­wość. Za­miast tego prze­su­nął wzrok na ogień, jakby chciał zro­bić prze­strzeń, by Da­vrel sam mógł mówić, kiedy bę­dzie go­to­wy. Gdy ten dalej mil­czał, w końcu za­py­tał:

– To… co teraz pla­nu­jesz?

– Naj­pierw od­bu­du­ję dwór. To wciąż mój dom.

– To cię bę­dzie sporo kosz­to­wać.

Da­vrel pod­niósł się i pod­szedł do jed­nej ze skrzyń. Gdy uniósł wieko, w świe­tle ognia za­bły­sło złoto. Oczom Mar­ku­sa uka­za­ły się mo­ne­ty, pier­ście­nie i bi­żu­te­ria – wy­star­cza­ją­co by od­bu­do­wać całą po­sia­dłość. A nawet wię­cej. Męż­czy­zna spoj­rzał na to z lek­kim zdzi­wie­niem, lecz nic nie po­wie­dział. Je­dy­nie nie­znacz­nie ski­nął głową. Po chwi­li wstał, uśmie­cha­jąc się lekko:

– W takim razie jutro wpad­nij do mnie na ko­la­cję. He­le­na robi naj­lep­szą pie­czeń w całym Arven. Przy oka­zji spo­tkasz paru daw­nych zna­jo­mych. Cie­kaw je­stem ich re­ak­cji, gdy cię zo­ba­czą.

Da­vrel uśmiech­nął się po raz pierw­szy od czasu przy­by­cia.

– Do­brze, przyj­dę. Zresz­tą i tak nie mam in­nych pla­nów.

Mar­kus pod­szedł bli­żej i mocno go uści­skał. Męż­czy­zna od­wza­jem­nił ten ser­decz­ny gest. Czuł, że są jak przy­ja­cie­le, któ­rzy dawno się nie wi­dzie­li, ale dla któ­rych nic się nie zmie­ni­ło.

Gdy już się od sie­bie od­su­nę­li Mar­kus po­now­nie ski­nął głową, od­wró­cił się od ognia, po czym wy­szedł, zo­sta­wia­jąc daw­ne­go kom­pa­na sa­me­go w pół­mro­ku wiel­kiej sali. Da­vrel znów spoj­rzał na trza­ska­ją­ce pło­mie­nie i przy­po­mniał sobie kruka Or­ro­sa przed dwo­rem. Czuł, że mo­ment jego po­wro­tu do domu nie był przy­pad­ko­wy.

 

***

 

Na­stęp­ne­go dnia Da­vrel mi­mo­wol­nie spóź­nił się na ko­la­cję u Mar­ku­sa. Po­przed­nie­go wie­czo­ru długo nie mógł za­snąć. Ogień w pa­le­ni­sku dawno wy­gasł, a on wciąż leżał, pa­trząc w ciem­ność, słu­cha­jąc jak wiatr prze­ci­ska się przez szcze­li­ny w murze. Gdy wresz­cie za­padł w nie­spo­koj­ny sen, śnił o gło­sach ro­dzi­ców, które przy­wo­ły­wa­ły go z od­da­li – ze zna­jo­mych miejsc, gdzie nigdy się już z nimi nie zo­ba­czy. Obu­dził się do­pie­ro, gdy słoń­ce stało już wy­so­ko na nie­bie. Chłód prze­ni­kał ka­mien­ne ścia­ny, a w po­wie­trzu uno­sił się za­pach kurzu i wil­go­ci. Spał na sta­rej derce roz­ło­żo­nej w głów­nej sali, bo w całym dwo­rze tylko tam udało mu się roz­pa­lić ogień.

Zjadł skrom­ny po­si­łek zło­żo­ny z resz­tek za­pa­sów, które miał ze sobą w sa­kwach, a potem wziął się do pracy. Oglą­dał mury, oce­nia­jąc, co da się oca­lić, a co trze­ba bę­dzie od­bu­do­wać od pod­staw. Z każ­dym kro­kiem od­kry­wał ślady prze­szło­ści – zbu­twia­łą belkę, na któ­rej nie­gdyś wi­sia­ła cho­rą­giew ze zła­ma­ną włócz­nią – her­bem rodu Gris; po­ła­ma­ne drzwi pro­wa­dzą­ce do daw­nej zbro­jow­ni; scho­dy, w które jako chło­piec wbił nóż, ba­wiąc się w straż­ni­ka bram.

Po­po­łu­dniu wspiął się na pię­tro. Dawna sy­pial­nia jego ro­dzi­ców była zruj­no­wa­na – dach prze­cie­kał, a pod­ło­gę po­kry­wa­ła cien­ka war­stwa lodu. W jego wła­snym po­ko­ju było nieco le­piej. W rogu, przy­kry­ta ku­rzem, stała drew­nia­na skrzy­nia. Kiedy ją otwo­rzył, zna­lazł w środ­ku znisz­czo­ny płaszcz z dzie­ciń­stwa i dę­bo­wą fi­gur­kę konia, którą wy­rzeź­bił razem z młod­szym bra­tem. Ująw­szy ją w dłoń, przez dłuż­szą chwi­lę wpa­try­wał się w drew­no, jakby wciąż sły­szał śmiech sprzed lat. Potem po­za­sła­niał wy­bi­te okna ko­ca­mi, żeby zimno nie wdzie­ra­ło się do środ­ka, i zszedł znów do wiel­kiej sali. Dzień chy­lił się ku koń­co­wi i do­pie­ro teraz zo­rien­to­wał się jak jest późno. Z prze­kleń­stwem pod nosem za­ło­żył płaszcz, za­rzu­cił na ra­mio­na kap­tur i wy­szedł w stro­nę głów­nych za­bu­do­wań Arven. Śnieg skrzy­piał pod bu­ta­mi, a niebo miało barwę oło­wiu. W od­da­li zo­ba­czył dymy z ko­mi­nów mia­stecz­ka, które przez te wszyst­kie lata żyło dalej, bez niego. Przy­spie­szył kroku.

Do domu Mar­ku­sa Bale'a do­tarł po około dzie­się­ciu mi­nu­tach mar­szu, gdy słoń­ce pra­wie za­szło już za ho­ry­zont. Do uszu Da­vre­la szyb­ko do­le­ciał we­so­ły gwar obec­nych w środ­ku gości. Jed­nak roz­mo­wy i śmiech, które sły­szał z ze­wnątrz, uci­chły gdy tylko sta­nął w drzwiach. Zgro­ma­dze­ni przy stole ob­ró­ci­li się w jego stro­nę – za­sko­cze­nie ma­lo­wa­ło się na każ­dej twa­rzy.

He­le­na Bale po­de­rwa­ła się pierw­sza. Mimo że nie znała Da­vre­la do­brze – gdy ten znik­nął, ona i Mar­kus do­pie­ro za­czy­na­li się spo­ty­kać – w jej spoj­rze­niu nie było wa­ha­nia. Z uśmie­chem po­de­szła do niego i chwy­ci­ła za ręce, wi­ta­jąc ser­decz­nie, jakby był kimś bar­dzo jej bli­skim. Była lekko otyła, miała dłu­gie, ciem­ne włosy, a w jej orze­cho­wych oczach tliła się życz­li­wość. 

Na krze­śle obok niej sie­dział Cor­rin Flix, dawny druh Da­vre­la, a tuż przy nim drob­na blon­dyn­ka o ha­czy­ko­wa­tym nosie, któ­rej no­wo­przy­by­ły gość nie roz­po­znał. Dalej, nieco w cie­niu, stał Tho­ren Sol – po­staw­ny kowal o krę­co­nych blond wło­sach i gę­stej ja­snej bro­dzie. Ra­mio­na miał sze­ro­kie a spoj­rze­nie spo­koj­ne. Mil­czał, ale w jego spoj­rze­niu po­ja­wi­ło się coś po­mię­dzy zdu­mie­niem a ulgą.

Zgro­ma­dze­ni wpa­try­wa­li się w Da­vre­la, jakby nie do­wie­rza­jąc, że na­praw­dę stoi w progu. Py­ta­nia za­wi­sły w po­wie­trzu, jed­nak nikt nie od­wa­żył się wy­po­wie­dzieć ich na głos. Wszyst­kie oczy wy­ra­ża­ły jed­nak to samo na­pię­cie. 

Mar­kus po­wo­li wstał od stołu. Przez chwi­lę mil­czał, a potem uśmiech­nął się lekko.

– No pro­szę… a ja już my­śla­łem, że wczo­raj spo­tka­łem ducha – po­wie­dział, pod­cho­dząc bli­żej. – Witaj w domu. Chodź, siądź z nami. Miej­sce za­wsze się znaj­dzie.

Cisza, która za­wi­sła po na­głym wej­ściu Da­vre­la, pry­sła jak bańka my­dla­na. Tho­ren po­kle­pał go po ra­mie­niu, śmie­jąc się cicho pod nosem, a He­le­na już na­le­wa­ła mu wina do gli­nia­ne­go kubka. Cor­rin wstał i uści­snął go z siłą, jakby chciał nad­ro­bić wszyst­kie stra­co­ne lata. Jego po­cią­gła, po­kry­ta drob­ny­mi kro­sta­mi twarz roz­pro­mie­ni­ła się w uśmie­chu.

– Nie wie­rzę, że to na­praw­dę ty – rzu­cił, po­trzą­sa­jąc głową.

– Patrz, mi­nę­ło tyle czasu, a ty pra­wie się nie zmie­ni­łeś.

Da­vrel uśmiech­nął się lekko, z za­kło­po­ta­niem prze­cią­ga­jąc dło­nią po krót­kich, ja­sno­brą­zo­wych wło­sach.

– To moja żona, Anna – dodał Cor­rin, wska­zu­jąc na chudą blon­dyn­kę, sie­dzą­cą dotąd nieco z tyłu. – Anno, po­znaj Da­vre­la. Wspo­mi­na­łem ci o nim kilka razy.

Ko­bie­ta ski­nę­ła głową z uprzej­mym uśmie­chem, lecz w jej spoj­rze­niu cza­iła się ostroż­ność – jakby wciąż nie wie­dzia­ła, czy nowo przy­by­ły męż­czy­zna to bo­ha­ter daw­nych opo­wie­ści, czy tylko cień z prze­szło­ści, który przy­pad­kiem wró­cił do ich świa­ta.

He­le­na po­da­ła mu kubek z winem, a Mar­kus wska­zał miej­sce przy stole. Gdy Da­vrel usiadł, roz­mo­wy po­wo­li wró­ci­ły na po­przed­nie tory, choć ich ton był już inny – cich­szy, bar­dziej uważ­ny, jakby każdy wciąż pró­bo­wał przy­zwy­cza­ić się do jego obec­no­ści.

Żona Mar­ku­sa, jak to miała w zwy­cza­ju, nie szczę­dzi­ła wy­sił­ku, by uczy­nić ko­la­cję praw­dzi­wą ucztą. Na cięż­kim, dę­bo­wym stole roz­ło­ży­ła kilka gli­nia­nych mis wy­peł­nio­nych aro­ma­tycz­ny­mi po­tra­wa­mi: du­szo­ną ja­gnię­ci­nę z roz­ma­ry­nem i ty­mian­kiem, za­pie­ka­ną so­cze­wi­cę z czosn­kiem i po­mi­do­ra­mi oraz chru­pią­cy, wy­pie­ka­ny w do­mo­wym piecu chleb, któ­re­go skór­ka pę­ka­ła pod do­ty­kiem pal­ców. W po­wie­trzu uno­sił się za­pach oliwy, ziół i dymu z ko­min­ka, a cie­płe świa­tło świec od­bi­ja­ło się w mie­dzia­nych kub­kach i bu­tlach z winem. Da­vrel, który w ciągu dnia zjadł je­dy­nie skrom­ny po­si­łek z resz­tek za­pa­sów, po­czuł, jak jego żo­łą­dek ści­ska się z głodu. Gdy usiadł obok Mar­ku­sa, He­le­na pod­su­nę­ła mu kubek z ciem­no­czer­wo­nym trun­kiem.

– Wino Daw­nych Kró­lów – oznaj­mi­ła z dumą. – Z no­wych zbio­rów z do­li­ny Kern.

Szlach­cic uniósł na­czy­nie i po­wo­li za­krę­cił nim w dłoni. Wino miało głę­bo­ki, pur­pu­ro­wy od­cień i gęsto osia­da­ło na ścian­kach kubka. Po­wą­chał je, a potem upił łyk. Aro­ma­tycz­na mie­szan­ka lo­kal­nych szcze­pów: syrah, gre­na­che i mourvèdre miała cie­pły smak. Pełen słoń­ca i ziemi, z nutą dymu i czar­nych jagód.

– Tę­sk­ni­łem za tym – po­wie­dział cicho, bar­dziej do sie­bie niż do in­nych. – Żadne wino na świe­cie nie sma­ku­je jak to z Kade.

Mar­kus uśmiech­nął się lekko. – I nic dziw­ne­go. Mówią, że nasza gleba pa­mię­ta jesz­cze czasy, gdy pły­nę­ła po niej krew daw­nych wład­ców. To z niej rodzi się siła wina.

Da­vrel ski­nął głową, zer­ka­jąc w kie­run­ku okna, za któ­rym z wolna gasło świa­tło dnia. Pro­win­cja Kade za­wsze sły­nę­ła z wi­no­ro­śli. Wi­dział w wy­obraź­ni jej ła­god­ne wzgó­rza, po­prze­ci­na­ne ka­mien­ny­mi mur­ka­mi i po­ro­śnię­te gę­sty­mi krze­wa­mi. Cie­pły wiatr niósł tam za­pach ziół, a zie­mia – czer­wo­na, ka­mie­ni­sta, twar­da – była sucha i pę­ka­ją­ca, lecz uro­dzaj­na – jakby sama na­tu­ra chcia­ła wy­na­gro­dzić lu­dziom su­ro­wość ich losu.

Chwi­la ciszy trwa­ła jesz­cze mo­ment, zanim Mar­kus uniósł kie­lich, by wznieść toast. – Za po­wro­ty – po­wie­dział. – I za tych, któ­rzy nie za­po­mnie­li drogi do domu.

Da­vrel od­chy­lił się w krze­śle i spoj­rzał z uśmie­chem na Mar­ku­sa.

– Pa­mię­tasz, jak my trzej – ty, ja i Da­rion – wła­ma­li­śmy się do spi­żar­ni two­je­go ojca? Ukra­dli­śmy wtedy kilka bu­te­lek Wina Daw­nych Kró­lów i wy­pi­li­śmy je za sto­do­łą. – Za­śmiał się cicho. – My­śla­łem, że oj­ciec cię wtedy wy­dzie­dzi­czy.

Mar­kus rów­nież się ro­ze­śmiał, po­trzą­sa­jąc głową.

– To był oczy­wi­ście po­mysł Da­rio­na. On za­wsze pierw­szy wpa­dał na zwa­rio­wa­ne rze­czy. Ry­zy­kant od uro­dze­nia.

– I nadal nim jest – wtrą­cił Tho­ren, od­kła­da­jąc kubek. – Jeśli wie­rzyć plot­kom, to wła­śnie on do­wo­dzi ru­chem oporu w na­szej pro­win­cji. Mówią, że ostat­nio spa­li­li sto­do­łę na­le­żą­cą do po­bor­cy po­dat­ków.

– A straż nic z tym nie robi?

– Nie mają do­wo­dów. – Kowal wzru­szył ra­mio­na­mi. – Nikt nigdy nie zła­pał Da­rio­na na go­rą­cym uczyn­ku. A miesz­kań­cy Kade sami na pewno go nie wy­da­dzą…

Po jego sło­wach w po­ko­ju za­pa­dła krót­ka cisza. Anna, dotąd mil­czą­ca, ści­snę­ła dło­nie na ko­la­nach.

– Nie po­win­ni­ście o tym roz­ma­wiać – po­wie­dzia­ła cicho. – Nawet tutaj. Nigdy nie wia­do­mo, kto słu­cha.

Po jej sło­wach za­pa­dła nie­zręcz­na cisza. Ogień trza­skał w pa­le­ni­sku, a za oknem śnieg ude­rzał o szyby, jakby chciał od­wró­cić uwagę od tego, co zo­sta­ło przed chwi­lą po­wie­dzia­ne. Da­vrel, chcąc roz­ła­do­wać na­pię­cie, spoj­rzał na Cor­ri­na.

– A ty, Cor­rin? – za­py­tał spo­koj­nie. – Czym się teraz zaj­mu­jesz?

Za­py­ta­ny ode­rwał wzrok od swo­je­go kubka i wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Po­ma­gam mły­na­rzo­wi. Wiesz, temu sta­rem Le­mic­ko­wi. Woda z gór pły­nie teraz wol­niej, więc ro­bo­ty mniej, ale za­wsze coś się znaj­dzie. Anna mówi, żebym po­szu­kał cze­goś lep­sze­go, ale… – Uśmiech­nął się pół­gęb­kiem. – Z mły­nem przy­naj­mniej czło­wiek ma spo­kój od żoł­nie­rzy.

– Znam to miej­sce – przy­tak­nął Da­vrel. – Pa­mię­tam, że za­wsze pach­nia­ło tam mąką i mo­krym drew­nem.

Cor­rin za­śmiał się, tym razem nieco zbyt gło­śno. Wino wy­raź­nie za­czy­na­ło ude­rzać mu do głowy.

– Tak, i dalej tak pach­nie! – Uniósł kubek w ge­ście to­a­stu. – Ale po­wiedz, Da­vrel… co się z tobą dzia­ło przez te wszyst­kie lata? Wszy­scy w Arven cię szu­ka­li. Twoi ro­dzi­ce my­śle­li, że zgi­ną­łeś. – Głos mu się lekko za­ła­mał. – Gdzie byłeś?

W po­ko­ju znów za­pa­no­wa­ła cisza, tym razem pełna wy­cze­ki­wa­nia. Mar­kus, Tho­ren i He­le­na spo­glą­da­li na Da­vre­la z uwagą, jakby każde z nich chcia­ło usły­szeć coś in­ne­go – wy­ja­śnie­nie, spo­wiedź, może nawet po­cie­sze­nie.

Da­vrel zro­bił głę­bo­ki wdech i na kilka se­kund wstrzy­mał po­wie­trze w płu­cach. Spo­glą­dał w pło­mie­nie, które od­bi­ja­ły się w jego nie­bie­skich oczach jak w tafli ciem­ne­go szkła. Szu­kał słów, ale każde wy­da­wa­ło się zbyt cięż­kie albo zbyt kłam­li­we. Czuł, że nie może im opo­wie­dzieć wszyst­kie­go – jesz­cze nie teraz. A jed­no­cze­śnie wie­dział, że jest wi­nien przy­ja­cio­łom przy­naj­mniej część praw­dy.

– Byłem po wschod­niej stro­nie Prze­klę­tej Pusz­czy – po­wie­dział w końcu cicho.

He­le­na unio­sła brew. Tho­ren zmarsz­czył czoło, a Cor­rin aż po­chy­lił się do przo­du.

– Po… po tam­tej stro­nie? – spy­tał, jakby chciał się upew­nić, że do­brze usły­szał.

Da­vrel ski­nął głową.

W po­ko­ju za­pa­dła cisza, w któ­rej sły­chać było tylko trzask drew­na w ko­min­ku. W oczach ze­bra­nych po­ja­wi­ło się coś po­mię­dzy zdu­mie­niem a nie­po­ko­jem. W Arven nikt nie wie­dział co znaj­du­je się po dru­giej stro­nie lasu. Nie­licz­ni twier­dzi­li, że koń­czy się tam świat ludzi, a za­czy­na du­chów, jed­nak mało kto dawał wiarę tym sło­wom. Na­to­miast wszy­scy zgod­nie uwa­ża­li, że w głębi pusz­czy, tam gdzie zie­mia spo­wi­ta jest mgłą, a drze­wa rosną tak gęsto, że nie widać nieba, miesz­ka­ją dusze tych, któ­rzy zgi­nę­li bez mo­dli­twy.

– To nie­moż­li­we – wy­szep­ta­ła He­le­na, zni­ża­jąc głos. – Jesz­cze nikt kto wszedł do lasu nie wró­cił stam­tąd żywy.

– Ktoś jed­nak wró­cił – po­wie­dział spo­koj­nie Tho­ren, wpa­tru­jąc się w Da­vre­la. – I sie­dzi teraz z nami przy stole.

Cor­rin od­chrząk­nął, nie mogąc po­wstrzy­mać cie­ka­wo­ści.

– Ale jak to się stało, że tam wsze­dłeś? – za­py­tał. – Prze­cież każdy wie, że ten las to prze­klę­te miej­sce. Co cię tam za­pro­wa­dzi­ło?

Da­vrel nie od­po­wie­dział od razu. Jego spoj­rze­nie stało się nie­obec­ne, jakby znów wi­dział coś, co wo­lał­by za­po­mnieć. Do­pie­ro po dłuż­szej chwi­li od­su­nął kie­lich i ode­zwał się cicho:

– Tam­te­go dnia, gdy znik­ną­łem, zbie­ra­łem drew­no na opał, nie­da­le­ko pusz­czy. Wiem, że tylko głu­piec wcho­dzi głę­biej do lasu, ale śnieg był wtedy gęsty, a ja po­trze­bo­wa­łem su­chych ga­łę­zi. – Urwał, jakby sam ton jego głosu wy­star­czył, by przy stole za­pa­dła cisza. – Usły­sza­łem krzyk. Nie jeden, ale kilka, jakby ktoś wal­czył o życie.

I wtedy…

Da­vrel za­milkł, wpa­trzo­ny w pło­mień. Gdy po­now­nie się ode­zwał, jego głos był już inny – niż­szy, jakby mówił nie do obec­nych, lecz do sa­me­go sie­bie. Wy­po­wia­da­ne słowa na­tych­mia­sto­wo cof­nę­ły go pa­mię­cią do tam­tych wy­da­rzeń.

 

---

Zimno prze­ni­ka­ło go aż do kości, gdy biegł mię­dzy drze­wa­mi. Ga­łę­zie sma­ga­ły mu twarz, śnieg osy­py­wał się z koron, a echo krzy­ku od­bi­ja­ło się gdzieś w głębi lasu. Z każ­dym kro­kiem ciem­ność gęst­nia­ła, a cisza – nie­na­tu­ral­na, w któ­rej nie sły­chać nawet pta­ków – sta­wa­ła się coraz cięż­sza.

W za­pa­da­ją­cej ciem­no­ści za­uwa­żył ślady na śnie­gu. Pro­wa­dzi­ły w dół, ku nie­wiel­kiej do­lin­ce. Wkrót­ce Da­vrel do­strzegł na jej dnie blask – słaby, jak od do­ga­sa­ją­cej po­chod­ni. Za­trzy­mał się, przy­klęk­nął, na­słu­chu­jąc. Nic. Tylko trzask ognia. Przez chwi­lę miał nawet wra­że­nie, jakby cały las wstrzy­mał od­dech. Z bi­ją­cym ser­cem wy­szedł na małą po­la­nę oto­czo­ną sta­ry­mi dę­ba­mi. I wtedy za­marł.

W świe­tle do­ga­sa­ją­cych pło­mie­ni uj­rzał ciała. Nie dwóch, nie trzech – lecz kil­ku­na­stu męż­czyzn, roz­rzu­co­nych po śnie­gu ni­czym ma­rio­net­ki, któ­rym ktoś po­prze­ci­nał sznur­ki. Z ich ple­ców i pier­si ster­cza­ły strza­ły. Śnieg wokół na­siąk­nię­ty był krwią, za­ma­rza­jąc

w ciem­no­czer­wo­ne plamy.

Da­vrel czuł, jak serce wali mu w pier­si. Nie wi­dział twa­rzy po­le­głych, nawet nie chciał wi­dzieć – ale wzrok sam przy­kuł go do jed­ne­go szcze­gó­łu. Na zbro­jach, przy pa­sach, na ode­rwa­nych tar­czach wid­niał nie­zna­ny mu herb: biały, sto­ją­cy dęba koń.

Na widok po­le­głych szyb­ko zro­bi­ło mu się nie­do­brze. Cof­nął się o krok, potem o ko­lej­ny, aż ple­ca­mi do­tknął drze­wa. Wtem za­uwa­żył jakiś ruch. Jeden z le­żą­cych na po­la­nie męż­czyzn wciąż od­dy­chał. Pod­pie­ra­jąc się łok­ciem pró­bo­wał się­gnąć po spo­czy­wa­ją­cy obok nóż. Śnieg wokół nieco był in­ten­syw­nie czer­wo­ny. Pło­nę­ły reszt­ki wozu, a w ogniu trza­ska­ły belki, rzu­ca­jąc drżą­ce świa­tło na po­roz­rzu­ca­ne wokół ciała.

Da­vrel za­marł. Wszyst­ko w nim krzy­cza­ło, by za­wró­cić – ale wtedy ranny męż­czy­zna otwo­rzył oczy i spoj­rzał pro­sto na niego. Mło­dzie­niec nigdy nie wi­dział ta­kich oczu. Biła z nich siła i jakiś prze­dziw­ny blask.

– Pomóż mi – wy­chry­piał ranny męż­czy­zna, się­ga­jąc ku niemu dło­nią. – Oni… wrócą.

Da­vrel wahał się tylko przez mo­ment. Potem ru­szył na­przód nie wie­dząc jesz­cze, że ten krok od­mie­ni całe jego życie.

 

---

– I co, po­mo­głeś mu? – głos Cor­ri­na przy­wo­łał Da­vre­la do te­raź­niej­szo­ści. Przy­ja­ciel wpa­try­wał się w niego z sze­ro­ko otwar­ty­mi, zie­lo­ny­mi ocza­mi, jakby nie do­wie­rzał, że ktoś od­wa­żył się wejść tak głę­bo­ko w las.

Da­vrel ode­rwał wzrok od pło­mie­nia.

– Tak – od­po­wie­dział cicho. – Rana na brzu­chu była głę­bo­ka, ale żył. Opa­trzy­łem go i po­mo­głem prze­pra­wić się na drugą stro­nę pusz­czy. – W tym mo­men­cie Da­vrel za­wa­hał się na se­kun­dę. – Oka­za­ło się, że jest szlach­ci­cem, głową sta­re­go rodu. W po­dzię­ce za oka­za­ną pomoc za­pro­po­no­wał mi go­ści­nę, a że nie mo­głem wró­cić tą samą drogą – przy­ją­łem. – Za­wa­hał się po­now­nie, po czym dodał: – Kiedy w końcu ru­szy­łem z po­wro­tem, mu­sia­łem obejść całe wschod­nie kra­iny, a potem prze­pra­wić się przez pół­noc­ne góry.

Mar­kus uniósł brwi.

– A ten czar­ny miecz, któ­rym pra­wie mnie wczo­raj ścią­łeś… to też stam­tąd?

Da­vrel ski­nął głową. – To pre­zent od ple­mie­nia ko­wa­li.

Chwi­lę mil­cze­li, po­grą­że­ni każdy we wła­snych my­ślach. Wino w kie­li­chach dawno się skoń­czy­ło, a na stole do­ga­sa­ły świe­ce. Cor­rin, który zdą­żył już wy­raź­nie się roz­ch­mu­rzyć, chciał za­py­tać o coś jesz­cze, ale He­le­na po­ło­ży­ła mu dłoń na ra­mie­niu.

– Myślę, że na dziś wy­star­czy – po­wie­dzia­ła z cie­płym uśmie­chem. – Zro­bi­ło się późno.

Da­vrel po­pa­trzył na nich po kolei. Na za­tro­ska­ną twarz Mar­ku­sa; na He­le­nę, w któ­rej oczach od­bi­jał się blask pło­mie­nia; na Cor­ri­na i jego żonę, sie­dzą­cych bli­sko sie­bie; na mil­czą­ce­go Tho­re­na, który tylko ski­nął mu lekko głową. W tej chwi­li po raz pierw­szy od wielu lat po­czuł, że na­praw­dę wró­cił.

Się­gnął po kie­lich, w któ­rym zo­sta­ło jesz­cze kilka kro­pel wina.

– Za nowy po­czą­tek – po­wie­dział, a jego głos za­brzmiał spo­koj­nie, lecz pew­nie.

Wszy­scy wznie­śli na­czy­nia.

– Za nowy po­czą­tek – po­wtó­rzy­li zgod­nie.

Wznió­sł­szy toast, po­sie­dzie­li jesz­cze chwi­lę przy ogniu, aż pło­mie­nie w ko­min­ku przy­ga­sły, a roz­mo­wy uci­chły. W końcu po­że­gna­li się ży­cząc sobie spo­koj­nej nocy. Gdy mijał próg domu Mar­ku­sa, Da­vrel spoj­rzał jesz­cze raz na stół, na któ­rym po­ły­ski­wa­ły puste kie­li­chy. A potem od­wró­cił się i wy­szedł w chłod­ną, gwieź­dzi­stą noc. 

 

Wy­stą­pi­li: 

 

Koniec

Komentarze

ja na przykład podczas urlopu odpoczywam, polecam

Witaj. :)

Gratuluję debiutanckiej publikacji i to już w dniu rejestracji. :)

Zachęcam do zapoznania się z Poradnikami (dział Publicystyka), np.: językowymi, o zapisie dialogów czy myśli, a także – Drakainy – dla Nowicjuszy. :)

W Przedmowie niepotrzebnie martwisz się „błędem” z pozostawionymi na końcu pojedynczymi literami. :)

Z kwestii technicznych mam następujące wątpliwości oraz sugestie (zawsze – tylko do przemyślenia):

Nie wiedział, czy bardziej boi się wejść, czy może tego, że za tymi drzwiami nie znajdzie już nic, co znał. Szybko pokonał jednak wątpliwości i zdecydowanym ruchem ramienia popchnął stare drzwi. – powtórzenie? – czy celowe?

Nie głośny, ale wyraźny. – razem?

Jego i Twoją matkę. – małą literą?

 

Tu rozbiegły się wersy:

– Tego samego. Tylko teraz śpiewa o wojnie. Zebrał wokół siebie ludzi, którzy mają dość północnych uzurpatorów. Mówią,

że szykuje coś większego.

 

Markus siedział teraz naprzeciw niego, milczący, wpatrzony w twarz dawnego przyjaciela, jakby próbował odczytać z niej wszystko, co wydarzyło się podczas lat jego nieobecności. – styl?

 

Tutaj znowu rozjechały się wersy:

Davrel wstał i podszedł do jednej ze skrzyń, uniósł wieko

i w świetle ognia zabłysło złoto. Oczom Markusa (…)

 

Oczom Markusa ukazały się monety, pierścienie i biżuteria – wystarczająco (przecinek?) by odbudować całą posiadłość.

Popołudniu wspiął się na piętro. – osobno?

 

Znowu fragment z rozjechanymi wersami (takich miejsc jest znacznie więcej – trzeba pod tym kątem przejrzeć cały tekst i poprawić go):

Na krześle obok niej siedział Corrin Flix, dawny druh Davrela, a tuż przy nim drobna blondynka o haczykowatym nosie, której nowoprzybyły gość nie rozpoznał. Dalej, nieco w cieniu, stał Thoren Sol – postawny kowal o kręconych włosach, szerokich ramionach

i spokojnym spojrzeniu. Milczał, ale w jego oczach tliło się coś pomiędzy zdumieniem a ulgą.

 

Na ciężkim, dębowym stole rozłożyła kilka glinianych mis wypełnionych aromatycznymi potrawami: duszoną jagnięcinę z rozmarynem i tymiankiem, zapiekaną soczewicę z czosnkiem i pomidorami oraz chrupiący, wypiekany w domowym piecu chleb, którego skórka pękała pod dotykiem palców. – skoro „wypełnionych potrawami”, czy nie powinno być potem po dwukropku (?): duszoną jagnięciną z rozmarynem i tymiankiem, zapiekaną soczewicą z czosnkiem i pomidorami (…).

 

Aromatyczna mieszanka szczepów syrah, grenache i mourvèdre miała ciepły smak. – mam wątpliwości, czy smak wina może być „ciepły”?

 

– Tak, i dalej tak pachnie! – uniósł kubek w geście toastu. – błędny zapis dialogu?

– To niemożliwe – wyszeptała Helena, zniżając głos. – jeszcze nikt (przecinek?) kto wszedł do lasu (i tu?) nie wrócił stamtąd żywy. – i tu?

 

W Arven nikt nie wiedział (przecinek?) co znajduje się po drugiej stronie lasu.

Płonęły resztki wozu, a w ogniu trzaskały belki, rzucając drżące światło na porozrzucane wokół ciała. – styl/powtórzenie?

W podzięce za okazaną pomoc zaproponował mi gościnę, a że nie mogłem wrócić tą samą drogą – przyjąłem. – Zawahał się ponownie, po czym dodał: – Kiedy w końcu ruszyłem w drogę powrotną, musiałem obejść całe wschodnie krainy, a potem przeprawić się przez północne góry. – powtórzenie?

Corrin, który zdążył już wyraźnie się rozchmurzyć, chciał zapytać coś jeszcze, ale Helena położyła mu dłoń na ramieniu. – literówka? – brak „o”?

 

Całość jest wciągająca i ciekawa; interesujący, barwnie pokazani bohaterowie, niezłe ich opowieści oraz klimat, sporo poruszonych wątków, a także rozpoczętych i niedokończonych historii. Po zakończeniu czuje się wyraźny niedosyt. :) Odnoszę wrażenie, że opowiadanie jest fragmentem/rozdziałem większej powieści. :) Jeśli tak, należy oznaczyć je jako fragment, co na naszym Portalu ma duże znaczenie (więcej – wspomniany Poradnik Drakainy). :)

 

Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :)

Pecunia non olet

Cześć, bardzo dziękuję za uwagi. Przejrzę jeszcze raz tekst i poprawię rozjechane fragmenty. Posprawdzam również pozostałe wskazane miejsca.

Na spokojnie, powodzenia, pozdrawiam i również dziękuję. :) 

Pecunia non olet

Witam :]

 

Mało się jakby dzieje w tym tekście. W pierwszej scenie napięcie jest właściwie tylko w momencie, gdy jeszcze nie wiemy, czy przy ogniu zaszedł nas wróg czy przyjaciel, a poza tym sama ekspozycja. Potem spóźniamy się na kolację, za co nikt nas nawet nie okrzyczał, i natychmiast wracamy do ekspozycji.

Co gorsza, cała ta ekspozycja niewiele wyjaśnia, więc trochę zostajemy z niczym – mam zdecydowanie wrażenie, jakbym przeczytał fragment, wstęp wręcz, a nie całe opowiadanie.

 

Z plusów: napisane jest to całkiem zgrabnie. Jakieś tam enterów i kropek tu i ówdzie brakowało, ale język jest bardzo w porządku.

 

Pozdrawiam


Przy okazji spotkasz paru dawnych znajomych – ciekaw jestem ich reakcji, gdy Cię zobaczą.

Ja bym zastąpił ten myślnik kropką. Nie jest to błąd, z tego co wiem, ale w dialogu warto unikać mylących myślników.

 

i butlach z winem. Davrel, który w ciągu dnia zjadł jedynie skromny posiłek z resztek zapasów, poczuł, jak jego żołądek ściska się z głodu. Gdy usiadł obok Markusa, Helena podsunęła mu kubek z ciemnoczerwonym winem.

Wino Dawnych Królów

Winoza lekka.

 

Markus również się roześmiał, potrząsając głową. – To był oczywiście pomysł Dariona. On zawsze pierwszy wpadał na zwariowane rzeczy. Ryzykant, od urodzenia.

Corrin odchrząknął, nie mogąc powstrzymać ciekawości. – Ale jak to się stało, że tam wszedłeś? – zap

Enterów brakło przy niektórych wypowiedziach.

 

– To niemożliwe – wyszeptała Helena, zniżając głos. – jeszcze nikt kto wszedł do lasu nie wrócił stamtąd żywy.

Jeśli jest kropka, to “jeszcze” wielką.

 

W tym momencie Davrel zawahał się na sekundę.

To “w tym momencie” niczemu tu nie służy. Wiadomo, że w tym.

enixe conatus et feliciter gessi / sed extremo nihil interest / mi perendum ut omnia perdam / sed extremo nihil interest

Podoba mi się sposób, w jaki dawkujesz informacje o przeszłości. Nie wrzucasz wszystkiego na raz, tylko pozwalasz czytelnikowi odkrywać tajemnice powoli. Bardzo angażujące tempo.

Nowa Fantastyka