- Opowiadanie: melendur88 - Ostatni Gryf | Materia Prima

Ostatni Gryf | Materia Prima

Tekst powstał w ramach konkursu „Mapa skarbów: dar czy przekleństwo”. W trakcie pracy nad innym opowiadaniem — które, mam nadzieję, prędzej czy później ujrzy światło dzienne —  moja nieoceniona pomoc, Robert Raks podrzucił mi informację o konkursie. Dowiedziałem się jednak zbyt późno, by zmieścić się w terminie. Nie zdążyłem. 

Materia Prima jest częścią mojej mini-serii o wiedźminie Koenradzie. Do tej pory ukazał się Ostatni Gryf: Upiór z Velen(niedługo wrzucę jego reprint); ten tekst można traktować jako jego kontynuację, choć w rzeczywistości powstał trochę na uboczu głównego nurtu — przypadkiem, z impulsu, bez pierwotnego planu na „kolejny tom”.

Sam pomysł narodził się szybko, a potem został poskładany z różnych dawnych motywów: zapisków, niewykorzystanych pomysłów i jednej starej przygody RPG. W efekcie powstała łotrzykowska ballada w klimacie wiedźmińskim — historia o ryzykownym planie, chciwości, iluzji kontroli i skarbie, który niekoniecznie okazuje się tym, czym miał być.

Nie zdążyłem na konkurs, ale mimo to postanowiłem ten tekst pokazać. Co z tego wyszło — zapraszam do lektury.

 

Hasła:

 

Klejnot (z I grupy: Skarby) – w opowiadaniu funkcjonuje jako "Klejnot" / brosza. 

Szyfr (z II grupy: Zamknięcie/Ukrycie) – pojawia się jako zabezpieczenie mapy Sławosza Habichta ("Jego prywatny Szyfr").

Wieża (z III grupy: Coś zwykłego/Miejsce) 

 


Wrzucam mimo wszystko opowiadanie, nie oczekuję i też wiem że nie zostanie uwzględnione w konkursie, natomiast chcę mimo wszystko podzielić się z ludźmi tym co urodziło mi się w głowie.

 

Za wszelki brak zaimków, wołaczy i innych dopełniaczy, o wybaczenie proszę:)

 

Wesołych świąt. I miłej mam nadzieje lektury.

 

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Ostatni Gryf | Materia Prima

 

Rozdział I

 

Pewnego razu w Novigradzie, roku 1252.

 

Lokal w dzielnicy Okrawki, który to Pankratz Nacht obrał na kwaterę główną interesu, szumnie i beztrosko nazwanego „Nacht – Rozwiązujemy Problemy”, w samej rzeczy nastręczał głównie problemów, i to natury bynajmniej nie błahej, bo estetycznej. Rudera chyliła się ku upadkowi, urągając prawom architektury, a przy tym cuchnęła niemiłosiernie. Był to zapach nader skomplikowany, swoisty melanż świeżo bejcowanej sosny i wilgotnego tynku, który rozpaczliwie, acz bezskutecznie usiłował zamaskować fetor bijący z sąsiedniej ulicy. Tam bowiem koncept kanalizacji pozostawał sferą czystej abstrakcji, gdyż kanały do ulicy Forysiowej nigdy nie dotarły. Stało się tak na skutek burzliwych obrad rajców miejskich, którzy nie zdołali ustalić, kto ów wydatek winien pokryć, zwłaszcza w obliczu faktu, iż skarbiec miejski świecił pustkami po nader kosztownej i reprezentacyjnej wymianie bruku na Złotym Mieście. 

Mimo to Pankratz, kondotier i samozwańczy magnat branży ochroniarskiej, pozostawał niepoprawnym optymistą, który wbrew zdrowemu rozsądkowi i prawom natury, wierzył w siłę własnej marki.

Wiedźmin, Koenrad z cechu Gryfa, stał przy oknie, obojętnie żując twardy jak podeszwa kawałek suszonej wołowiny. Czekał na zapłatę za grupkę utopców, która straszyła ludzi Nachta strzegących magazynu z importowaną cytrynówką z Nilfgaardu, opodal Mostu św. Grzegorza. Robota prosta, zapłata, jak się okazało, mniej.

Drzwi do biura otworzyły się z hukiem godnym taranu. Do środka wtoczył się Pankratz, blondyn grubo po trzydzieste, czerwony na twarzy, wyraźnie podekscytowany, choć tym razem nie gorzałką. W dłoni ściskał zmięty pergamin.

– Koenrad! Patrz, co mam! – ryknął, waląc papierem w biurko aż podskoczył kałamarz, rozlewając atrament na (na szczęście pustą) księgę rachunkową.

Koenrad przełknął w końcu wołowinę. Powoli.

– Co, znowu? – rzekł cicho, nie odwracając się. – Moltz dał ci gorszy rejs niż ostatnio, a Kratzen dosłał stary kwit za sery, przeżarte przez szczury?

– Lepsze! Kratzen, ten łysy kretyn, przyszedł do mnie ostatnio z zapłatą, zdenerowany jakiś był. Okazało się, że jego majtek upuścił mu skrzynię. Dał zapłatę, lecz rzucił mi to w twarz, mówiąc, że to stary, bezwartościowy grat, co zalega mu w ładowni i że mam sobie ten pergamin w rzyć wsadzić w ramach „premii za pilność”!

– Świetnie – odparł Koenrad, obracając się. W jego bursztynowych oczach pojawił się ledwie widoczny błysk rozbawienia. – Zapłacisz mi w takim razie od razu za te utopce, zanim cokolwiek sobie wsadzisz.

– Zapłacę, zapłacę, nie bój żaby. Ale pierwej rzuć no okiem na to! – Pankratz z dumą, godną co najmniej odkrywcy nowych lądów, okazał zapieczętowany pergamin. – Kratzen pyszczył, że ten jego majtek zarzekał się na wszystkie świętości, iż to mapa jest. Albo i szyfr jaki. Bąkał, że służył kiedyś u samego Barona von Hessa, i to plan do skarbca musi być. Łysy uznał to za gówno bezwartościowe, czasu na gusła tracić nie zamierzał. Ale ja ci mówię, że to interes. Zobacz, wiedźminie.

Koenrad wyciągnął rękę. Palec musnął pieczęć.

Cofnął dłoń natychmiast, z obrzydzeniem, jakby dotknął rozżarzonego metalu. Nie bolało. Było gorzej. W ułamku sekundy opuszki zdrętwiały, a cichy, kojący szum magii, który dzięki swojej mutacji zawsze słyszał gdzieś z tyłu czaszki, został brutalnie ucięty. Pustka. Martwa cisza. Uczucie wstrętne i nienaturalne, jakby krew w żyłach zamieniła się w muł.

– Co jest? – Pankratz zmarszczył brwi. – Ugryzło cię coś?

– Dwimeryt – mruknął Koenrad, wycierając dłoń o spodnie, by pozbyć się tego chłodu. – Czysty. Ktokolwiek to zapieczętował, bardzo nie chciał, żeby zabrał się do tego mag. Albo ktoś taki jak ja.

Pochylił się nad tekstem, starannie unikając dotykania metalu.

– Popatrz na to – wskazał paznokciem. – Na otoku biegnie inskrypcja w Starszej Mowie. Ale środek…

W centrum pieczęci widniał grawerunek. Chaos kresek. Przypominało to przekrój dziwacznej rośliny nie z tego świata, albo mapę nieba widzianą z dna studni. Obraz był niepokojący, nielogiczny i kompletnie niezrozumiały. Jak bełkot szaleńca zaklęty w metalu.

– Wygląda jak bazgroły wariata – ocenił fachowo Pankratz.

– Albo kogoś, kto widział rzeczy, których nie potrafił nazwać – mruknął Koenrad. – To Starsza Mowa…

Przeniósł wzrok na tekst mapy, zawiesił głos.

– Jakiś dziwny, archaiczny dialekt. Rozpoznaję niektóre słowa. Tu jest… Tor. Wieża. A tu… Dearth. Krypta? Może SkarbiecMaen. Klejnot. Wygląda jak szyfr.

– Szyfr! Wiedziałem! – ryknął kondotier, zacierając dłonie tak mocno, aż zachrzęściła skóra rękawic. – Czyli co? Włazimy? Jesteśmy bogaci?

– Gdzie? – Koenrad spojrzał na niego jak na idiotę. – Do wieży von Hessa? Skoro pieczęć jest z dwimerytu, to znaczy, że autor był paranoikiem, który nienawidził magii. A wieża zapewne jest najeżona pułapkami, które mają zabić każdego, kto spróbuje użyć zaklęcia.

Pankratz zatarł dłonie jeszcze mocniej, a w jego oczach zapalił się ten charakterystyczny, chciwy błysk.

– No… to może by…

– Nie – przerwał mu zimno Koenrad. – Nie będę brał udziału w napadzie na wieżę Barona. Nie jestem złodziejem. A poza tym, ten dwimeryt… – spojrzał na pieczęć z niesmakiem – …sugeruje kłopoty, od których wolę trzymać się z daleka.

– Ale…

– Posłuchaj. – Wiedźmin oparł się o biurko. – Do takiej roboty potrzebujesz czarodziejki, która rozbroi magiczne zabezpieczenia – choć z tym dwimerytem będzie miała cholerny problem. I cholernie dobrego włamywacza. Ty masz tylko mnie, a ja właśnie mówię "nie".

– I tu cię mam, młody! – Pankratz wyszczerzył zęby. – Bo my to wszystko możemy mieć! Znam specjalistę od mechaniki! Najlepszy w Novigradzie. A czarodziejkę… też znam! Natomiast problem von Hessa już nie istnieje.

Koenrad spojrzał na niego z niedowierzaniem.

– Mniemam, że chcesz zaoferować Margaricie Laux-Antille udział w napadzie na posiadłość najbogatszego wariata w tym mieście? Bo pilnowałeś raz jej kotów w domu? Chcesz zostać rzezimieszkiem?

– Po pierwsze: mienia! A po drugie… Baron von Hess nie żyje! – Zszedł tydzień temu! – wyszeptał triumfalnie kondotier. – Umarł na zawał. Wieża stoi pusta. Kościół i Rada Miejska się o nią żrą. Mamy okno, rozumiesz? Dom bez pana!

Wiedźmin milczał przez chwilę. Spojrzał na dziwaczną, niezrozumiałą pieczęć z dwimerytu. Ktokolwiek to napisał, nienawidził magów. A teraz Pankratz chciał z tym iść do czarodziejki. Ironia losu była doprawdy wykwintna. A zdrętwiały palec przypominał mu, że w tej grze stawka może być wyższa niż złoto.

– Nadal potrzebujesz czarodziejki, żeby to odczytać – zwrócił uwagę Koenrad. – Nawet jeśli ten metal sprawi, że rozboli ją głowa.

– No! – Pankratz chwycił pergamin. – Więc nie oferuję jej napadu! Jedynie… ekspertyzę! Pro bono! Dla nauki!

Koenrad westchnął ciężko, czując, że i tak nie wygra.

Pro publico bono– mruknął, ruszając po miecz. – Dobrze. Pójdziemy do niej. Ale nie zdziw się, jak rzuci w nas piorunem, albo po prostu wyrzuci za drzwi, gdy tylko poczuje ten dwimerytowy smród. I zapłać mi wreszcie za te utopce, Pankratz.

 

Rozdział II

 

Novigradzka filia Akademii Oxenfurckiej nie była miejscem, które Koenrad odwiedzał dla przyjemności. Panował tu zaduch starych woluminów, a w powietrzu unosiła się napuszona pewność siebie młodych adeptów magii. Mierzyli go wzrokiem, jakby był kolejnym, choć rzadkim, eksponatem z bestiariusza. Przechadzało się tam i nazad kilku belfrów w spiczastych czapach, którzy rzucali na wiedźmina ukradkowe spojrzenia, mamrocząc coś pod nosem. Koenrad zignorował ich, tak jak ignorował chemiczny, słodkawy aromat, który przypominał palony cukier i fiołki.

Pankratz, który sapał obok niego, próbując jednocześnie wciągnąć brzuch i nadać twarzy wyraz „światowca”, co rusz oglądał się za co zgrabniejszymi studentkami. Koenrad, co tu kryć, czynił podobnie, choć z mniejszą ostentacją. W końcu kondotier zatrzymał się przed drzwiami z mahoniu, na których wisiała mała, mosiężna tabliczka:

M. Laux-Antille. Pracownia Alchemiczna.

– Tu – mruknął kondotier, bardziej do siebie niż do Koenrada.

Wyprostował fioletowy kaftan, pociągnął nosem i, zamiast pukać, walnął w drzwi otwartą dłonią, aż zadudniło.

– Pani Margarito! To ja, Nacht! Interes przynoszę!

Drzwi otworzyły się bezszelestnie, wprawiając Pankratza w lekką konsternację, bo o mało nie wpadł do środka.

Wnętrze pracowni miało charakterystyczne, wysokie sklepienie; wszędzie piętrzyły się półki z księgami, retortami, alembikami słojami z dziwnymi stworami zanurzonymi w formalinie. Pośrodku stała kobieta.

Koenrad widywał już piękne kobiety. Ta tutaj była inna. Margarita Laux-Antille wyglądała, jakby była rzeźbą bogini miłości. Jej falowane, złote włosy opadały na ramiona w artystycznym nieładzie, a błękitne oczy patrzyły na nich z mieszaniną rozbawienia i ledwo skrywanej irytacji. Miała na sobie prostą, laboratoryjną suknię, która jednak w jakiś sposób podkreślała wszystko, co powinna. Spotkał się z nią wzrokiem; spojrzenie, które wywołało w nim na tyle dziwny skurcz w żołądku, że natychmiast odwrócił wzrok.

– Pan… Nacht? – Jej głos był melodyjny, ale chłodny. Zmarszczyła lekko czoło, próbując umiejscowić potężną postać. – Ach, tak. Człowiek od… pilnowania mienia. Wywiązał się pan, muszę przyznać. Moje koty były zadowolone.

Wiedźmin parsknął śmiechem, zaś twarz Pankratza oblała się potem. Szybko jednak odzyskał rezon.

– A, tak! Drobnostka, szlachetna pani! – zarechotał nerwowo. – Ale ja tu w innej sprawie! Większej!

Wzrok czarodziejki przeniósł się z Pankratza na Koenrada. Odchyliła lekko głowę, mrużąc nieznacznie oczy. Jej palce, do tej pory błądzące po jakimś alchemicznym przyrządzie, znieruchomiały. Przesunęła po nim spojrzeniem od stóp do głów, a kącik jej ust drgnął ledwo zauważalnie.

–  A kogo żeś mi tu przyprowadził? Pańskiego… pomocnika od noszenia mebli?

– To Koenrad! – wypalił dumnie Pankratz. – Wiedźmin! Po wsiach go wołają… Upiorem z Ve…–

– Wiedźminem Koenradem, jeśli łaska – przerwał mu gładko wiedźmin, zanim kondotier zdążył dokończyć ten niefortunny tytuł. – Z cechu Gryfa. I zapewniam szlachetną panią, że po wsiach wiedzą głównie to, że znam się na rzeczy. A Pankratz… cóż, Pankratz płaci. Zazwyczaj.

Margarita uniosła brew. Uśmiechnęła się cieplej, lecz w oczach próżno go było szukać.

– Wiedźmin. I do tego elokwentny. Doprawdy, panie Nacht, pańskie znajomości są… eklektyczne. Czego chcecie? Ukradliście coś Akademii i przyszliście mi to odsprzedać?

– My?! Szlachetna pani! – oburzył się kondotier. – My w interesie naukowym! – Rzucił pognieciony pergamin na jej idealnie czyste biurko, o mało nie przewracając stojaka z probówkami.

Czarodziejka spojrzała na mapę. Jej rozbawiona mina zniknęęła bez śladu.

– Na wszystkich bogów… Skąd to macie?

– Powiedzmy panienko Margerito, że… to zaufana transakcja handlowa – wypalił Pankratz.

– Właściwie dostał go od pewnego… przewoźnika ze Skellige, którego majtek upuścił skrzynię, w której był ten pergamin. Ów przewoźnik uznał, że to „stary, bezwartościowy grat”. Więc tak. Praktycznie rzecz biorąc, była to forma zapłaty za usługę.

Pankratz, kompletnie zbity z pantałyku, zamachał rękami.

– Szczegóły! Nieistotne, psia mać, detale! Ważne, że ja to mam! A ta łysa pała już nie!

Margarita zignorowała ich obu. Ostrożnie rozłożyła pergamin.

– To nie jest… To jest klucz Sławosza Habichta. Jego prywatny Szyfr. – Pochyliła się niżej, a jej palec zawisł nad pergaminem, nie dotykając go. Z jej opuszka zamigotało błękitne światło. – Niewiarygodne. Podejrzewałam, że jego główne laboratorium wciąż istnieje, a nie spłonęło, jak twierdziła Rada. Baron von Hess kupił tę przeklętą Wieżę…

– A "Klejnot"? Koenrad mówił wcześniej coś o Klejnocie. – Pankratz pochylił się nad stołem, zionąc jej w twarz czosnkiem i winem, które wypił dla kurażu.

Margarita cofnęła się dyskretnie, marszcząc nos.

– Podobno Sławosz zrobił specjalną broszę, w której osadził właśnie jakiś Klejnot, który miał wielką moc. Podejrzewam, że sama brosza jest warta fortunę. Ale Prawdziwym skarbem są notatki Sławosza. On pracował nad… – zawahała się, a jej spojrzenie stało się ostre i badawcze, gdy spoczęło na Koenradzie. – Sławosz… on był heretykiem. Geniuszem…

– …uwięzionym w umierającym ciele – dokończył za nią nieoczekiwanie Koenrad. – Zmarł jakieś sto lat temu. Heretyk, który pracował nad Materia Prima.

Pankratz spojrzał na wiedźmina, jakby temu wyrosła druga głowa. Margarita uniosła brew, a w jej oczach pojawiło się autentyczne zdumienie.

– Czytałeś Habichta?

– Fragmenty – mruknął Koenrad, wzruszając ramionami. – W bibliotece w Kaer Seren. Mieliśmy sporo czasu na czytanie. Zanim Czarodzieje nie puścili ją z dymem.

Margarita patrzyła na niego przez chwilę z zupełnie nowym zainteresowaniem, całkowicie ignorując otwarte usta Pankratza.

– Więc wiesz… On podważał istnienie bogów. Twierdził, że światem nie rządzi przeznaczenie, magia chaosu ani boska wola, ale precyzyjne, ukryte prawa. Szukał tego, co jest pomiędzy. Ukrytej osnowy świata. Materia Prima. Energii, która wypełnia pustkę między gwiazdami. Twierdził, wszyscy jesteśmy zbudowani z malutkich cząsteczek, które są właściwą energi. Czegoś, co trzyma to wszystko w kupie.

Koenrad milczał przez chwilę, przetwarzając informację.

– …Materia Prima… pierwotna energia, która ma tak naprawdę władać całością – mruknął w końcu, bardziej do siebie niż do niej. – Pierwotny chaos, który trzyma świat, by ten nie rozleciał się w cholerę. Takie… spoiwo do wszystkiego.

– Trafna diagnoza, wiedźminie. – Margarita po raz pierwszy spojrzała na niego z autentycznym, nieskrywanym podziwem. – Hess nie żyje, ale energia, którą Habicht zamknął w tej wieży, może zrównać z ziemią pół Novigradu. A my mamy mapę, jak się do niej dostać. – Jej palec znów zawisł nad mapą. – Koenrad, miałeś rację. To Szyfr. Ale nie jeden. To jest palimpsest.

– Palim… co? – bąknął Pankratz.

– Dwie warstwy – wyjaśniła, nie odrywając wzroku ze zwoju. – Pierwsza to ta, którą odczytał wiedźmin. Te trzy klucze lokacyjne: Tor czyli Wieża, Maen to jest Klejnot i Dearth Krypta albo Podziemia. Ale pod nimi… – Zamknęła oczy, mamrocząc inkantację. Pergamin rozbłysł na chwilę fioletem. – …jest druga warstwa. Zagadka.

Przeczytała cicho, jakby smakując słowa: – …Aen'drean… va'esse… deireadh… Vael'ea…

– Droga… jest stworzeniem… na końcu… Wilka? – przetłumaczył odruchowo Koenrad. – Bez sensu. Może trzeba czytać na odwrót.

– To dobry trop– odparła Margarita. – Habicht był mistrzem gier słownych. Aen'drean va'esse deireadh. "Droga jest stworzeniem końca". Nie. Poprzestawiał słowa. Vael'ea, Wilk. To musi być hasło. A reszta… Aen'drean deireadh va'esse. "Droga kończy się stworzeniem"? To nie jest ostrzeżenie. To jest instrukcja.

Spojrzała na nich, a jej oczy błyszczały.

– On nie umieścił tam pułapki. On umieścił tam… klucz. Użył hasła "Wilk", by aktywować prawdziwą mapę. Patrzcie.

Położyła dłoń na pergaminie , wypowiedająć głośno i wyraźnie słowo:

Vael'ea!

Rozległ się suchy szelest pergaminu. Atrament, którym zapisano zagadkę, zaczął się przesuwać, wić jak żywy. Linie proste wygięły się w łuki, a elfie litery zebrały się w nowe kształty. Po chwili na mapie, między bazgrołami, pojawił się nowy, precyzyjny plan – korytarz, schody w dół i komnata oznaczona runą.

– Na wszystkich bogów… – szepnęła Margarita. – To jest to. Plan laboratorium. Ukryte przejście w Krypcie.

– No! O tym mówię! – ucieszył się Pankratz, odzyskując rezon. – To co, szlachetna pani? Podział? Pięćdziesiąt na pięćdziesiąt? Broszka dla mnie, papiery dla pani?

– Zabezpieczenia Habichta – zastanowiła się Margarita, ignorując jego propozycję. – Z magią sobie poradzę. Ten Szyfr i ten plan to klucz do większości z nich. Ale von Hess, jak pan wie, panie Nacht, był paranoikiem. I choć nie żyje, dorzucił własne. Krasnoludzkie zamki, pułapki mechaniczne. Na to moja wiedza nie wystarczy.

Pankratz uśmiechnął się triumfalnie. – I tu wchodzę ja! A raczej mój człowiek! Mamy speca! Najlepszy w Novigradzie. Niziołek.

Margarita spojrzała na Koenrada. Wiedźmin milczał, wzruszając jedynie ramionami, jakby chciał powiedzieć: "To jego cyrk, jego małpy". Czarodziejka westchnęła, masując skronie.

– Dobrze. Niech będzie. Jeśli pan za niego ręczy… ale jeśli ten pański "specjalista" zawiedzie, panie Nacht, osobiście zamienię pańskie… aktywa… w bardzo brzydkie rzeźby ogrodowe.

Podeszła do okna, przez chwilę patrzyła na port.

– Zróbmy to – powiedziała w końcu, odwracając się. Jej twarz znów była opanowana. – Ja wezmę notatki. Pan Nacht… (jej głos ociekał ironią) …weźmie swój "Klejnot". Pański niziołek otworzy zamki. A pan, mistrzu Koenrad…

– Tak?

– Pan dopilnuje, żeby nikt z nas nie zrobił niczego głupiego.

Po dalszych dywagacjach na temat planu, po chwili wyszli z budynku Akademii prosto w wilgotne, portowe powietrze. Pankratz, dumny jak paw, już otwierał gębę, by odtrąbić sukces, ale Koenrad mu przerwał, zatrzymując się w cieniu zaułka.

– Ten niziołek – rzekł cicho wiedźmin, a w jego głosie nie było ani cienia entuzjazmu. – Ten twój „specjalista”.

– No? Hugo? Mówiłem, najlepszy…

– Pankratz. – głos Koenrada stał się zimny jak lód. – Czy to ten sam niziołek, który próbował mi skroić sakiewkę w „Złocistym Jesiotrze” zeszłej wiosny?

Uśmiech kondotiera zastygł.

– A skąd. 

– Bo pamiętam ksywkę, jaką nadał mu kucharz, gdy niziołek przewrócił kocioł z flakami, próbując uciec przez kuchnię. "Mielony".

Pankratz przełknął ślinę.

– Ten! Dokładnie ten! Hugo Hoff.

Koenrad spojrzał w zachmurzone niebo nad Novigradem.

– Na wszystkich bogów – mruknął. – Wszyscy zginiemy.

 

Rozdział III 

 

Wieża von Hessa, położona na uboczu Złotego Miasta, wyglądała nocą jak wybity ząb – ciemna i martwa. W istocie nie przypominała wieży w klasycznym sensie. Ten zaszczytny tytuł wziął się stąd, że Baron von Hess dobudował do starego stołpu kolejne piętro w fikuśnym, spiczastym stylu. To dziwaczne połączenie, na granicy architektonicznej zbrodni, nadawało posiadłości jej szumne miano.

Stanęli w cieniu magazynu z solą. Czworo. Wiedźmin, czarodziejka, kondotier i niziołek. Brzmiało jak początek bardzo złej fraszki.

Pankratz Nacht nerwowo poprawiał pas. Hugo Hoff, “Mielonym” zwany, niziołek o zwinnych palcach i zbyt pewnym siebie uśmieszku, gwizdał cicho przez zęby, bawiąc się zestawem wytrychów.

Koenrad oparł się o wilgotną ścianę. Jego spojrzenie spoczęło na Margaricie, która z kapturem na głowie, niewzruszona, badała magiczną aurę bramy.

– Jesteśmy przy wieży Barona von Hessa, Pani Margarito – rzekł cicho, opierając się o ścianę. – Mówimy o herezji, Materia Prima i skoku w ciemno. Nie sądzisz, że w takich okolicznościach formułki "Szlachetna Pani" i "Mistrzu Wiedźminie" są co najmniej… zbędne?

Margarita uniosła głowę, a jej błękitne oczy spoczęły na nim w półmroku.

– Zgadzam się. Musimy być bezpośredni. Używajmy imion, Koenradzie. Jeśli to ma nam ułatwić..dyskusje.

– Świetnie. To mi oszczędzi zbędnej gadki – Koenrad uśmiechnął się krzywo – Nadal nie mogę uwierzyć, że się na to zgodziłaś– mruknął cicho, tak by ona tylko usłyszała. – To nie jest miejsce dla damy, nawet tak biegłej w sztuce. Wystarczyłyby instrukcje. Szyfr był kluczem, zostałem poinstruowany, poradziłbym sobie z resztą. Nie musiałaś się narazać. 

Margarita odwróciła na moment głowę. Kaptur osunął się, odsłaniając lekki, pełen wdzięku uśmiech.

– Dziękuję za troskę, Koenradzie. Nie mogę sobie pozwolić na nieobecność. Materia Prima to niestabilna moc. Trzeba to zabezpieczyć jak i notatki Habichta. NIe mogą wpaść w niepowołane ręce. To kwestia bezpieczeństwa, a nie ciekawości.

Dopiero wtedy Koenrad przeniósł spojrzenie na Pankratza, będące pełne nieskrywanej irytacji.

– Nie mogę uwierzyć, że go wziąłeś – mruknął tak cicho, by tylko kondotier go usłyszał.

– Co masz do Hugo? Ma talent – szepnął Pankratz.

– “Mielony”, to ma talent do wpadania w kłopoty – podjął, nie spuszczając wzroku z kondotiera. Odwrócił się do niziołka, który natychmiast przestał gwizdać i usta mu się zamknęły, gdy napotkał spojrzenie bursztynowych, ledwo dostrzegalnie pionowych źrenic. Twarz wiedźmina, o ostrych, kanciastych rysach i przecięta podwójną blizną przez grzbiet nosa, była pozbawiona jakiegokolwiek wyrazu. Koenrad wskazał podbródkiem na potężną, żelazną bramę posesji, zamkniętą na kłódkę wielkości głowy gnoma. 

– Ufam, panie Hoff, alias “Mielony”, mistrzu cechu złodziejskiego, że potrafisz sobie poradzić z otwarciem tej zabawki?

Hugo Hoff prychnął, urażony w swej dumie.

– "Mielony" to przeszłość, sztywniaku. A ta "zabawka" to krasnoludzki model "Nie Do Ruszenia Trzy". Dwie zapadki, fałszywy bębenek i… o, ty skurwysynu… igła z jadziwem.

Przez następną minutę słychać było tylko cichy chrobot, szczęk zapadek i siąpliwy deszcz. Nagle rozległ się głośny, suchy trzask. Kłódka otworzyła się z sykiem.

– Proszę. – Hoff ukłonił się ironicznie. – Damy przodem.

Brama zaskrzypiała przeraźliwie. Dziedziniec był pusty i zarośnięty chwastami. Okiennice wieży co jakiś czas uderzały na wietrze o ściany.

– Dziwne, że nie ma straży, Koenrad – mruknął Pankratz. – Mówili, że Rada Miejska obstawiła…

Wiedźmin nie odpowiedział. Zdawał się być skupiony całkowicie na obserwacji. 

Znaleźli wejście do piwnicy z boku wieży, ukryte za zbutwiałymi beczkami. Tam również zamek w ciężkich, dębowych drzwiach szybko poddał się sprawnym palcom niziołka. W środku cuchnęło stęchlizną, wilgocią. Było zimno. 

– Iluzja – powiedziała Margarita, podchodząc do litej, kamiennej ściany na końcu korytarza. – Potężna. Tu musi być laboratorium Habichta. Hasło…

Położyła dłoń na chłodnym kamieniu i wypowiedziała głośno i wyraźnie słowo ze zwoju:

Vael'ea!

Kamień nie drgnął. Ale powietrze przed nim zafalowało, jak rozgrzane nad ogniem. A potem… ściana zniknęła. Oczom ukazało się wąskie, kamienne przejście.

Laboratorium było nietknięte. Jakby Sławosz Habicht wyszedł tylko na chwilę. Wszędzie stały retorty, alembiki, a na półkach piętrzyły się księgi.

I wtedy ich zobaczyli.

–Melitele… – szepnęła Margarita.

Przy wielkim, dębowym stole, w fotelu, siedział szkielet. Ubrany był w resztki bogatej, alchemicznej szaty. Jego koścista dłoń wciąż spoczywała na otwartym dzienniku. To musiał być Sławosz Habicht.

Na postumencie obok niego, lśniąc bladym, zielonkawym światłem, leżała ona. Bransoleta z dużym, osadzonym klejnotem, którego szukali.

– Jest! – ryknął Pankratz, rzucając się do przodu.

– Pankratz, kurwa! – krzyknął Koenrad, ale było za późno.

Gdy tylko kondotier przekroczył niewidzialną linię wokół stołu, klejnot osadzony w bransolecie rozbłysnął oślepiająco, a następnie uniósł się w górę, pulsując intensywnym, unoszącym się czerwonym światłem.. Magia w pokoju zawrzała. Ze szkieletu Habichta buchnął czerwony dym, a całe laboratorium zaczęło drżeć.

Żyły pod skórą Koenrada rozbłysły intensywnym, turkusowym blaskiem. Margarita, zdumiona i przerażona, spojrzała na swoje dłonie, jakby otumaniona. "Czuję… czuję, że energia magiczna ze mnie uchodzi," wyszeptała. Wyrwana jakby ze snu, spojrząła na stół, na którym leżały porozrzucane notatki i księga.

– Zasady się łamią! – Głos Margarity był zniekształcony wysiłkiem.

Podeszła szybko do dziennika. Czytała ostatnią stronę.

– On nie umarł! On… on próbował się przenieść, używając Materia Prima do … przeniesienia…swojej duszy do tego … klejnotu!

– Co to, kurwa, znaczy?! – wrzasnął Pankratz.

– Koenradzie, integralność struktury pierwotnej została naruszona! – odkrzyknęła czarodziejka, starając się opanować drżenie. – Eksperyment osiągnął punkt krytyczny destabilizacji! To nie jest magia, to kaskada rozpadu eterycznego! Natychmiast nastąpi implozja materii

W tym momencie Hugo Hoff, "Mielony", z wrodzonym instynktem rzezimieszka, wykonał szybki, zręczny ruch, zgarnął leżącą na postumencie, już pustą bransoletę i wsunął ją do podręcznej torby, zanim zdążył dosięgnąć go pędzący chaos.

Rozległ się niski, wibrujący pomruk, od którego aż zabolały zęby i uszy. Czerwone światło zgasło, zastąpione przez idealną czerń – kulę czystej próżni, która pojawiła się nad postumentem. Kula zaczęła się rozszerzać, a pomruk zamienił się w ogłuszający, ssący ryk.

– Trzymajcie się! – wrzasnęła Margarita, próbujać rzucić zaklęcie, ruszając rękami, ale nic z tego nie wychodziło.

Lecz Materia Prima traciła spójność. Zaczęła pochłaniać. Pierwsze poleciały księgi, wyssane z półek i rozerwane na strzępy w czarnej kuli. Potem alambiki, pękające jak szkło. Stołki zaczęły ślizgać się po podłodze.

– Moja noga! – ryknął Pankratz, gdy stół Habichta uderzył go w kolano. Kondotier wczepił się palcami w kamienną framugę. Hugo Hoff wisiał uczepiony nóg Pankratza, kopiąc w powietrzu.

– Nie utrzymam tego! – krzyknęła Margarita, zapierając się o ścianę.

Jej magia pękała pod naporem surowej, pierwotnej siły.

– Koenrad!

Wiedźmin stał najbliżej. Siła podmuchu, targała wszystkimi, ale on, zaparty nogami, ledwo się poruszał. Patrzył na pulsującą czerń. I czuł to.

Materia Prima wzywała go. Czuł, jak jego zmutowane ciało, obudzone przez energię, reaguje pierwotnym, nieodpartym instynktem. Nie była to myśl, nie była to logika, lecz beznamiętny, biologiczny rezonans, który ciągnął go ku źródłu nieskończonego chaosu. Wiedział tylko, że musi tam iść.

Zobaczył, jak palce Margarity zaczynają się ślizgać po kamiennej framudze, o którą się zapierała. Widział przerażenie w oczach Pankratza i bezradnego niziołka kurczowo trzymający się nogi kondotiera. 

Nie było czasu na plany, na znak quen, na eliksiry. 

Spojrzał ostatni raz na czarodziejkę. A potem, nie mówiąc ani słowa, puścił się ściany i skoczył. Prosto w czarną, wirującą otchłań nad postumentem.

Światło jego żył rozbłysło, w mgnieniu oka zmieniając laboratorium we własny negatyw.

Potem wszystko zgasło.

Rozdział IV

 

Obudził go ból. Nie ten czysty, ostry ból od cięcia mieczem, który można było zagryźć zębami i przeczekać. Ból tępy, wszechobecny, jakby ktoś po nocy cierpliwie powyciągał z niego każdy nerw, wygotował go w żrącym oleju, a potem próbował wepchnąć z powrotem, niekoniecznie na właściwe miejsce.

Otworzył oczy. Czysta pościel, zapach lawendy i cytrusów. Prywatna pracownia, nie speluna. 

Margarita Laux-Antille siedziała przy łóżku, a gdy spojrzał na nią, zamknęła księgę którą czytała. Wyglądała na zmęczoną, ale jej błękitne oczy były przenikliwe.

– Nareszcie. – Głos miała chłodny, ale dobiegł go jakby zza ściany. – Myślałam, że prześpisz własny pogrzeb.

Spróbował się poruszyć. Błąd. Spojrzał na swoje przedramię. Sieć jego zmutowanych żył… świeciła. Blado, turkusowo, jakby pod skórą tlił się lód.

– Pacjent żyje, czy nie żyje? – spytał. – Chyba nie, skoro nie śmierdzi, pachnie i obudziłem się w czystej pościeli. 

– Żyje – powtórzyła, podając mu kubek z wodą. Smakowała jak wybawienie.

– Gdzie… reszta? – wycharczał Koenrad.

– Pankratz siedzi od dwóch dni w karczmie naprzeciwko, przepijając pańskie spodziewane honorarium. A "Mielony"… cóż, niziołek ulotnił się, jak to rzezimieszki mają w zwyczaju.

– A… Klejnot? – spytał Koenrad.

Margarita wskazała podbródkiem na stół. Leżał tam. Matowy, szary i pęknięty na dwoje. Zwykły, brudny kamień.

– Udało się?

– I tak, i nie – odparła, siadając z powrotem. – Wieża ma zniszczoną piwnicę, zawalił się, częsciowo parter, a my mamy bezwartościową błyskotkę. Ale… cała Materia Prima, którą ten klejnot zawierał… – spojrzała na jego wciąż tlące się na niebiesko żyły na przedramieniu – …wchłonąłeś. Ty.

– Nic nie wchonąłęm, Margerito – westchnął – moje naczynia krwionośne święcą tak od dawna. To efekt uboczny mojej mutacji. Głównie pod wpływem użycia magii, w stanie silnego pobudzenia emocjonalnego tak się zdarza, że tak to… wygląda. 

– Nie słyszałam i nie wiedziałam nigdy u znanych mi wiedźminów czegoś takiego – odparła patrząc na niego uważnie.

– Widocznie za mało nas poznałaś. Zyskujemy przy bliższej znajomości – odparł z uśmiechem.

– Uratowałeś nas, wiedźminie. Akumulowałeś energię która mogła zrównać Złote Miasto z ziemią. Jesteś chodzącym… uziemieniem. To fascynujące. I przerażające.

Wiedźmin odwrócił wzrok. Dar czy przekleństwo. Jak zawsze. Próbował się podnieść, ale ciało zaprotestowało falą bólu.

– Leż spokojnie – powiedziała łagodnie, kładąc mu dłoń na ramieniu. – Byłeś… daleko. Przez dwa dni.

Spojrzał na jej poważną twarz i pozwolił sobie na cień ironii. 

– Umrę? – spytał chrapliwie.

– Będziesz żył – odparła, a w jej oczach pojawiły się wesołe iskierki. – Chociaż byłeś wyjątkowo… rozmowny, jak na kogoś w agonii. Leż.

– Majaczyłem, tak? – Skrzywił się, zły na własną słabość. – Musiałaś się nieźle uśmiać. Co wygadywałem? Przepisy na eliksiry?

Margarita nie uśmiechnęła się. Jej spojrzenie stało się dziwnie miękkie, niemal… czułe.

– Nie. Wzywałeś kogoś. I… złapałeś mnie za rękę, nie chciałeś puścić. Powtarzałeś, żebym nie odchodziła.

Koenrad zamarł. Poczuł, jak krew uderza mu do twarzy.

– Bzdura. – warknął, próbując odzyskać rezon, ale głos mu zadrżał. – Pewnie kląłem na Pankratza.

– Wzywałeś kobietę, Koenrad – powiedziała cicho. – Kogo?

W pokoju zapadła cisza. Wiedźmin wpatrzył się w sufit, a jego szczęka zacisnęła się mocno.

– …Pewnie..Matkę… – powiedział w końcu. – To jedyne co zapamiętałem o niej. Zanim… zabrali mnie do Szkoły Gryfa.

Zamilkł. Nie potrafił znieść jej spojrzenia, w którym nie było drwiny ani litości, lecz zwykłe, zrozumienie i nawet zdawało mu się, że dostrzegł coś w oczach Margarity. Musiał przerwać tę nieznośną intymność, której nie potrafił zrozumieć.

– Napić się muszę jeszcze… – mruknął, próbując sięgnąć po kubek stojący po jej stronie.

– Daj, pomogę ci – powiedziała, widząc jego niezdarny wysiłek.

W tej samej chwili, w której on wyciągnął się w desperackim zrywie, ona pochyliła się nad łóżkiem, by chwycić naczynie. Ich zamiary spotkały się w pół drogi, z głuchym, pozbawionym godności stuknięciem.

Jej czoło uderzyło go prosto w skroń.

Syknął z bólu, bardziej z zaskoczenia. Margarita cofnęła się gwałtownie.

– Przepraszam! Jesteś cały?

Koenrad otworzył jedno oko, masując obolałe miejsce. Kącik jego ust drgnął.

– Cały. Chyba. – Zachichotał, co zabrzmiało jak suchy kaszel. – Jeśli chciałaś mnie dobić, czarodziejko, znam subtelniejsze metody. Trucizna. Zwykle mniej bolesna niż taranowanie czołem.

Margarita zamarła, a potem… parsknęła śmiechem. Prawdziwym, melodyjnym.

– Wybacz – powiedziała, wciąż chichocząc. – Niezdarność nie jest moją specjalnością. Musisz mieć wyjątkowo… twardą głowę, wiedźminie.

– Próbowałem ją już na murach twierdz. Zwykle przegrywałem – odparł, uśmiechając się szerzej. – Ale z tobą? Zaskakująco… przyjemny remis.

Podała mu w końcu kubek. Gdy go brał, ich palce się przypadkowo musnęły. Tym razem żadne z nich nie odskoczyło. Na ułamek sekundy, zanim odzyskała opanowanie, w jej oczach zauważył coś innego.

Wtem w mahoniowe drzwi załomotało. Nie pukanie. Łomot pięści, od którego zadrżały retorty, a cała chwila pękła jak szklana bańka.

– Koenrad! Kurwa! Żyjesz tam?! Bo jak nie, to zabieram twoją dolę!

Koenrad odskoczył od Margarity jak sparzony. Opadł na poduszki. Czarodziejka wyprostowała się, odwracając do drzwi.

Otworzyła. Do środka wtoczył się Pankratz, sam, czerwony na twarzy i zionący gorzałką.

– No! – huknął. – Wstał! A ta tu… – wskazał na Margaritę – …warowała przy tobie jak smok przy skarbie. No, no…

– Do rzeczy, panie Nacht – przerwała mu lodowato.

– A, tak. Klejnot. – rzucił na łóżko wiedźmina martwy, szary kamień. – Szlag go trafił. Zdechł. Wessałeś go, czy co?

– Coś w tym guście – mruknął Koenrad.

– No. Czyli gówno zarobiliśmy. – Twarz kondotiera spochmurniała. – Ale! – Jego oblicze rozjaśnił triumfalny uśmiech. – Ten nasz “Mielony”. Zwinny sukinsyn. Zanim zwialiśmy, zdążył… "pożyczyć" tę bransoletę. Za jego pośrednictwem sprzedaliśmy komu trzeba na czarnym rynku na Okrawkach.

Rzucił na łóżko Koenrada ciężką, brzęczącą sakiewkę. Złoto.

– “Mielony” się ulotnił, ale zostawił dolę – zarechotał. – To masz za te utopce, co żem ci obiecał. A resztę masz na swoim subkoncie u Cianfanellich. 

– Nie jestem złodziejem, Pankratz – odparł wiedźmin. – Wezmę pieniądze tylko za te utopce. 

Pankratz stał przez chwilę w osłupieniu.

– Ale… Koenrad… co ty, prorok Lebioda? O ile pamiętam, ostatnio z groszem było u ciebie ciężko jak żeś wydał tysiąc orenów w Mahakamie za naprawę swego miecza. Pieniądze masz już na koncie. Co zrobisz, to twoja decyzja. Ale nie bądź frajerem. – wstał, spojrzał na Margaritę a potem na Koenrada.

– Idę. Zostawiam was… samych – zakończył Pankratz głupkowatym uśmiechem w stronę wiedźmina, ukłonił się czarodziejce i wyszedł.

– Muszę…Znaleźć sobie mniej skomplikowanych przyjaciół – westchnął wiedźmin.

– Raczej wątpię, byś potrafił – odparła cicho.

Podeszła do niego, siadając znów na krześle. Spojrzała na niego badawczo, niemal tak, jak wcześniej patrzyła na dziennik Habichta.

– Nie spodziewałam się aż tyle mocy w jednym wiedźminie.

Uniósł na nią wzrok. Zaczyna się. Pomyślał. Nie "urabianie". Gorzej. Naukowa ciekawość. W jej oczach nie widział kobiety, tylko badaczkę, która właśnie znalazła nowy, fascynujący obiekt.

– Zanim pociągniesz ten temat – przerwał jej, a jego głos odzyskał nieco chłodu. – Bo podejrzewam, do czego zmierzasz. Prosiłbym…

– Boisz się nas – stwierdziła, nie pytała.

– Wolę po prostu gdy nie wszyscy wiedzą o moich tajemnicach– sprostował.

Spojrzał na swoje przedramię. Niebieski blask zniknął.

– Pragnę ci tylko przypomnieć, kto zniszczył Kaer Seren. Kapituła i czarodzieje. Nie ufam wam. Nie wspomnę też, że jedna czarodziejka również… uczestniczyła w mojej przemianie.

Margarita zamarła, a jej maska profesjonalizmu opadła, odsłaniając czystą, drapieżną ciekawość. Pochyliła się nieznacznie.

– Jedna czarodziejka? – powtórzyła cicho. – Kto?

– Powiem ci. W swoim czasie – odparł, a w jego głosie znów pojawił się cień stali. – Na moich zasadach. Obiecuję, że przekażę ci co nie co na ten temat, może nawet dam ci się… zbadać. Ale uszanuj moją tajemnicę. Proszę.

Zamilkł, jakby to ostatnie słowo kosztowało go więcej niż cały skok. Po chwili dodał, odwracając wzrok:

– I… dziękuję. Wzbudzasz zaufanie.

Margarita skinęła powoli głową. W jej oczach była głębia, której się nie spodziewał. Nie było chłodnej analizy, lecz… empatia.

– Uszanuję to – westchnęła.

Koenrad skinął głową z aprobatą.

– Ale… – dodała, a w kąciku jej ust pojawił się cień uśmiechu. – Nie obiecuję, że nie będę pytać. Ta „przypadłość”, o której wspomniałeś, i ten dziennik otwierają więcej pytań niż odpowiedzi.

Wstała i podniosła ze stołu oprawioną w skórę księgę Habichta.

– I ja, wiedźminie, zamierzam je poznać.

Otworzyła ponownie księgę, po czym znowu spojrzała na niego tak, że Koenrad nie potrafił wyczytać czy to pojrzenie mówiące o zainteresowaniu fizycznym lub po prostu próba wyłuskania informacji.

– W takim razie umówmy się na jedno – powiedział w końcu ciszej, już bez ironii. – Przez jakiś czas nie zadawaj mi pytań, na które sam jeszcze nie mam odpowiedzi.

Spojrzał na nią uważnie, jakby ważył słowa.

– Potrzebuję chwili, żeby to wszystko sobie w głowie ułożyć. Zanim znów ktoś zajrzy mi pod skórę, albo Pankratz znowu przyjdzie z kolejną ofertą nie do odrzucenia. Lub "Mielony" będzie chciał skroić mi sakiewkę w jakiejś spelumie.

– Obawiam się, że po tym, co przeczytałam w tych notatkach – podniosła na niego wzrok, a jej oczy błyszczały ciekawością – i tym, że będę potrzebowała pomocy pewnego, zwariowanego, lecz także… elokwentnego wiedźmina, twoje życie już nigdy nie będzie proste.

Przesunęła palcem po formule opisującej stabilizację Materia Prima.

– Ale przynajmniej… – uśmiechnęła się już pełniej – …będzie interesujące.

 

 

Koniec

Komentarze

Szanowny Autorze, jeśli mogłabym coś podpowiedzieć, to może przemyśl, czy nie usunąć tagu konkursowego – opowiadania konkursowe nie wchodzą do grafiku Dyżurnych. :) 

Pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Dziękuję za zwrócenie uwagi – już poprawione, zapomniałem to wyłączyć :) 

Melendur88

Jako że to m.in. mój dyżur to faktycznie cenna porada od bruce, bo była to lekka piłka zmyłka. Na razie jeszcze nie czytam, ale oczywiście wrócę i czytać będę.

 

Natenczas, pozdrawiam (i Wesołych Świąt) laugh

Witaj. :)

 

Wielka szkoda, że nie udało się wziąć udziału w Konkursie. :)

Kwestie techniczne i wątpliwości oraz sugestie (jedynie – do przemyślenia):

Kratzen uznał (przecinek?) że to bezwartościowe gówno i nie ma czasu na zabawę z gusłami.

– Albo kogoś, kto widział rzeczy, których nie potrafił nazwać – mruknął Koenrad. – To Starsza Mowa… – przeniósł wzrok na tekst mapy. – błędny zapis dialogu?

Do Wieży von Hessa? (…) Nie będę brał udziału w napadzie na wieżę Barona. – czemu ten wyraz piszesz dwojako?

A poza tym, ten dwimeryt… – spojrzał na pieczęć z niesmakiem – …sugeruje kłopoty, od których wolę trzymać się z daleka. – znowu błędny zapis dialogu. Nie wypisuję reszty podobnych usterek, lecz może zainteresują Cię poradniki, zamieszczone w dziale Publicystyka (w tym – o poprawnym zapisie dialogów, myśli, językowe, interpunkcyjne oraz – Drakainy – dla Nowicjuszy).

Pankratz, który sapał obok niego, próbując jednocześnie wciągnąć brzuch i nadać twarzy wyraz „światowca”, co rusz oglądał się za co zgrabniejszymi studentkami. Koenrad, co tu kryć, czynił podobnie, choć z mniejszą ostentacją. – powtórzenia?

 

Novigradzka filia Akademii Oxenfurckiej nie była miejscem, które Koenrad odwiedzał dla 

Wnętrze było… sterylne. – pierwsze zdanie jest chyba niedokończone?

 

Spotkał się z nią wzrokiem; spojrzenie, które wywołało w nim na tyle dziwny skurcz w żołądku, że natychmiast odwrócił wzrok. – powtórzenie?

I zapewniam szlachetną panią, że po wsiach wiedzą głównie to, że znam się na rzeczy. – i tu też?

Jej rozbawiona mina zniknęęła bez śladu. – omyłkowa literówka?

– Powiedzmy panienko Margerito, że… to zaufana transakcja handlowa – wypalił Pankratz. – przecinek przy Wołaczu?

– Właściwie to dostał go od pewnego dusigrosza, którego majtek upuścił skrzynię (przecinek?) w której ten pergamin był.– powtórzenie (w tekście jest takich znacznie więcej)?

Zanim Czarodzieje nie puścili ją z dymem. – składniowy?

Taki… amglamant do wszystkiego. – czy tu na pewno taki wyraz?

 

Nie wypisuję reszty usterek, lecz trzeba dokładnie prześledzić i poprawić pod tym kątem całość. :)

 

Rzeczywiście jest tu wiele odniesień do rozmaitych postaci oraz opowieści fantasy i sf. :) Szczególnie – Wiedźmina. :) W internecie znalazłam istotnie informacje o wspomnianej w Przedmowie serii „Materia Prima”. :)

Całość ma ciekawą i pomysłową fabułę. :) Nie mam jednak pewności, co/kto jest zapożyczeniem z innych opowieści, a co/kto nie. :)

Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :) 

Wesołych Świąt. :) 

Pecunia non olet

@bruce 

Wreszcie dostąpiłem zaszczytu sprawdzenia mojej pracy przez ciebie :) Obserwuje prace twoje jak i wielu innych, chciałbym wyrazić również podziw dla twojej (i wszystkich zresztą z redakcji) pracę. NF czytam i obserwuje od wielu lat, ale dopiero teraz zdecydowałem się pisać, kiedy metryka już na tyle odpowiednia, że strach nowicjusza jest jedynie wspomnieniem, a i jestem na tyle “znudzony” życiem, że nic nie pozostało jak tylko publikować, by nie zwariować od tego harmidru :)

 

Technikalia, potwórzenia – tyle ile mogłem – poprawiłem przed chwilą. Nie ma co tutaj dodawać, dziękuje za oko, bo nie mialem nikogo po za AI, który niestety w swojej wspaniałości nadal ma problemy z językiem polskim. Chociaż podobno jest bardzo wydajny w naszej rodzimej mowie.

 

Dialogi – tak, własnie widzisz, tego mi brakowało, żeby spojrzał ktoś kto sie zna na tekście. Teraz widzę – na tyle ile mogłem i wychwyciłem – poprawiłem zapisy dialogów. Mam nadzieje, że trafnie zinterpretowałem poradnik i zasady.

 

Taki… amglamant do wszystkiego. – czy tu na pewno taki wyraz? – tu się zatrzymam. przyznam, że zwróciłaś uwagę na bardzo ważną rzecz, bo tutaj z jakiegoś mojego dziwnego widzimisię chciałem zabłysnąć jakimś archaizmem, ale nie potrafiłem znaleść nic co by mi pasowało. Z kontekstu jak się można wyczytać, oczywiście Koenradowi chodzi o mniej wiecej odpowiednik czarnej materii/atomów, i chodziło mu o coś co spaja/skleja materię. Nie potrafiłem niczego odpowiedniego znaleść, bo lepidło, klej nijak mi nie pasował. Zastanawiałem się nad spoiwem i własnie amglamatem który jest pewnego rodzaju stopem. No ale skoro o to zapytałaś – to znaczy, że to rzeczywiście wydaje sie za trudne a nawet bym powiedział – głupie. Zmieniam na spoiwo.

 

Co do pozostałych – tak, podjąłem decyzję jakiś czas temu, że nie będę pisał swoich światów, opowiadań. Jest wiele teraz światów które są obecnie wszystkie dla mnie absolutnie generyczne i nie widzę i nie mam siły tworzyć czegoś od zera. A niestety fantasy kocham i nie potrafię bez nich żyć :) I Uznałem, że warto napisać coś w czymś, co sie zna i lubi. A że Wiedźmin to najlepszy świat w którym po prostu mi się dobrze zawsze pisało, należę do jednego fandomu, to warto. Ale nie wykluczam, że wrócę do swoich opowieści. Zdążyłem zrobić kopię WayBackMachine z mojego bloga, więc backup jest :) I może poprawię/przerobię i wrzucę bardziej … przyziemnego, niż high-fantasy/dark fantasy.

 

Natomiast z Wiedźmina – postaciami wymyślonymi jest – czas w którym sie dzieje , Wieża, von Hess, Sławosz Habicht (konia z rzędem temu do kogo tutaj nawiązuje :)) , Koenrad, Pankratz, cała przygoda. Reszta miejsc, postacie jak Margarita, czy Hugo Hoff – należą do uniwersum A.Sapkowskiego lub CD Projekt RED.

 

 

Reasumując, wychwyciłem tyle i jestem w stanie, a mózg obecnie mój już spowalnia od nadmiaru literek i nie tylko języka polskiego ale także i binarnego :)

 

Wesołych świąt i jeszcze raz dziękuję za wszystko.

 

 

 

Melendur88

Bardzo miło czytać takie słowa, dziękuję, ale nie jestem w żadnej redakcji; ot, przybyłam tu całkiem przypadkiem kilka lat temu, piszę z wieloma błędami, czasem coś poczytam, starając się pomóc Autorom takim samym, jak i ja, w szlifowaniu warsztatu. I to wszystko. :) Żaden ze mnie znawca. :) Sama poprawiam ciągle w moich tekstach dialogi, interpunkcję, ortografię, porównania, styl… Taki lajf. :) 

 

Przebiegłam szybko oczami i niestety dialogi nadal są do poprawy, jak choćby tutaj:

– Nie jestem złodziejem, Pankratz. – odparł wiedźmin – Wezmę tylko za utopce. (…)

– Ale… – dodała, a w kąciku jej ust pojawił się cień uśmiechu. – Nie obiecuję, że nie będę pytać. Ta "przypadłość" o której wspomniałeś i ten dziennik – Wstała i podniosła ze stołu oprawioną w skórę księgę Habichta. – …otwierają więcej pytań niż odpowiedzi. I ja, wiedźminie, zamierzam je poznać. (…)

– Ale… Koenrad… co ty, prorok Lebioda? O ile pamiętam, ostatnio z groszem było u ciebie ciężko jak żeś wydał tysiąc orenów w Mahakamie za naprawę swego miecza. Pieniądze masz już na koncie. Co zrobisz, to twoja decyzja. Ale nie bądź frajerem. – wstał, spojrzał na Margaritę a potem na Koenrada – Idę. Zostawiam was… samych – zakończył Pankratz głupkowatym uśmiechem w stronę wiedźmina, ukłonił się czarodziejce i wyszedł.

 

Jeśli chodzi o tak liczne nawiązania do Wiedźmina, rozumiem, jak najbardziej. :)

 

I ja bardzo dziękuję, pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :) 

Pecunia non olet

Poprawiłem, jeszcze raz chylę czoła :) 

Melendur88

smiley Pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Czytało się nieźle, jak kolejne opowiadanie ze Szponów i Kłów. Czuć ducha Sapkowskiego (i to dobrze). Fabuła jest ciekawa, wciągająca – jak dobrze napisany quest w W3 :). Z minusów to na pewno błędy. Postać Koenrada jest jak dla mnie bez wyrazu, nie widziałem u niego jakichś wyróżniających cech poza tym, że jest ze szkoły Gryfa. Czarodziejka jest jak na mój gust trochę za “miękka” – trochę za łatwo wchodzi w to przedsięwzięcie, potem przymila się do wiedźmina, co bardziej by pasowało do jakiejś prostej dziewki/wieśniaczki, której spodobał się mutant – nie pasuje mi to do czarodziejki ze świata wiedźmina. Ogólnie na plus, bo, tak jak wspominałem, czyta się nieźle :)

bogjelen

Eeee, nie czytałam tekstu (powinnam ze względu na tytuł chociażby, ale na razie tylko dodam do kolejki), ale zanim to zrobię:

Zastanawiałem się nad spoiwem i własnie amglamatem który jest pewnego rodzaju stopem.

Amalgamat. Dlatego bruce nie rozpoznała słowa. Przestawiły Ci się literki :) poza tym amalgamat jest stopem, ale do klejenia nigdy nie służył (tylko do łatania zębów).

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

@Tarnina tak. To wynika, tylko że przeszarżowałem. Ale wynika to z tego, że podoba mi się Sapkowskiego manier w ostatnich latach jak wrzuca archaizmy i miesza z współczesną polszczyzną. Jednak jak widać, nie ma co czasem kombinować.

Tak, mam świadomość, ale jakoś to spoiwo też mi nie pasowało. Tutaj nie ukrywam, że się zamieszałem i chyba wybrałem zły tytuł, natomiast zamiar był taki, żeby wiedźmin którego eksponuje zaskoczył wiedzą i eryducją dla czytelnika ;)

 

 

@bog Jeleń09 – witaj :)

Dziekuje ci po pierwsze za ciepłe słowa, bardzo dużo dla mnie znaczą.

Jeśli chodzi o czarodziejkę, jak zwał tak zwał :) Ja tak to zaprojektowałem, natomiast doceń fakt, że w przeciwieństwie do najsłynniejszego wiedźmina to nie wskoczyła mu do łóżka (i nie wskoczy, bo planuje dalsze tego typu przedsięwzięcia, jak Robert mi sprawdzi tekst to wrzucę to co nad czym pracowałem)

Co do Koenrada – to niestety dostał tutaj rykoszetem, bo jak napisałem to, a raczej – pozlepiałem z z kilku pomysłów to opowiadanie to wyszło na 45 tysiecy znaków. No więc zacząłem ciąć. Trochę oberwał Koenrad któremu usunąłem jedną mocną scenę związaną z jego unikalną mutacją (świecące żyły), gdzie wyjasnie swoje backstory, ale dodam, ze w Upiorze z Velen (podrzędnym opowiadaniu które wrzuciłem tutaj, ale jeszczcze nie wrzuciłem reprintu) , zapewniam wyraz ma i nie jest Geraltem. Ale mimo to dzięki za uwagę, bo znaczy, że tutaj wyciąłem za bardzo. Takie uwagi są dla mnie ogromnie ważne i celne. Dziękuje ci :)

 

Aha a co do quest – przygoda oryginalna była w Cyberpunk 2020 – heist. Część dialogów też, które zapisałem kilka lat temu. Za to wieża była z kolei z D&D :) Po prostu pozlepiałem jedno z drugim, pozamieniałem bohaterów i ot tyle. Jak wspomniałem kompletnie nie planowałem tego opowiadania i wyszło przypadkiem. MImo to, dziekuje jeszcze raz za słowa, że czyta się nieźle.

 

Wesołych Świąt :) 

 

 

Melendur88

Ale wynika to z tego, że podoba mi się Sapkowskiego manier w ostatnich latach jak wrzuca archaizmy i miesza z współczesną polszczyzną.

Będę brutalna – to trzeba umieć. To jest trudne i wymaga przygotowania. A poza tym nie jesteś Sapkowskim. Jesteś sobą. Nie jesteśmy i nie powinniśmy być kopiami innych ludzi.

chyba wybrałem zły tytuł,

Oooo, jeśli tak, to poczekaj tylko na mój komentarz wink

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Będę brutalna – to trzeba umieć. To jest trudne i wymaga przygotowania. A poza tym nie jesteś Sapkowskim. Jesteś sobą. Nie jesteśmy i nie powinniśmy być kopiami innych ludzi.

Gdzie ta brutalność :)? W pełni zgoda, ale trzeba próbować :) Dziękuje za komentarz, bardzo cenny. Co do stylu, narazie go szukam, ciężko mówić o takowym jak się narazie pisze hobbystycznie i nadal się nie ma swojego stylu. Szukam narazie w czym mi najlepiej sie pisze. Albo raczej – w czym mi przynosi najwięcej przyjemności, bo do bycia Sapkowskim nie aspiruje, bo nazwisko mam własne a i ambicji w byciu pisarzem nie mam. Mam po prostu zajawkę, którą pożytkuje, chcąc podzielić się nią z innymi :) Po za tym mimo wszystko uważam, że czytając jakieś książki mimowolnie powiela się jakiś schemat przeczytanych autorów, pisząc coś swojego. 

chyba wybrałem zły tytuł,

Chodziło o “słowo”, a o uwagę twą o tytule, chciałem zapytać czemu tak zaintrygował :)

 

Melendur88

Tarnino heartkiss

 

Zastanawiałem się nad spoiwem i własnie amglamatem który jest pewnego rodzaju stopem.

Amalgamat. Dlatego bruce nie rozpoznała słowa. Przestawiły Ci się literki :) poza tym amalgamat jest stopem, ale do klejenia nigdy nie służył (tylko do łatania zębów).

 

Dziękuję Ci, dokładnie właśnie takie “dziwolągi stomatologiczne” wyskakiwały, kiedy szukałam w necie wyjaśnienia. :) 

Pecunia non olet

melendur88

Dzięki :) Wzajemnie, Wesołych Świąt!

bogjelen

Czołem!

Obiecałem i wracam.

 

Była tu bruce, będzie pewnie regulatorzy i Tarnina, więc nie widzę celu szczegółowych porad językowych. Zwłaszcza, że napisane jest w porządku, masz parę prostych literówek i brakujących znaków interpunkcyjnych, raczej owoc przeoczenia niż błędu jako takiego.

 

Tekst do połowy wybrzmiewa jak krótka przygoda RPG, tylko dla jej pełni brakuje nam lepszego poznania każdego z bohaterów. W drugiej części jest już bardziej bohaterocentrycznie, a bez przygody. Mimo to, postacie wypadają raczej blado i bez wyrazu. Dlatego wolę pierwszą połowę i chętniej przeczytałbym cały tekst w tym stylu. Mam też wrażenie, że sam wątek Materia Prima nie został zamknięty.

 

Całość ma też drobne znamiona przegadania, akcja dzieje się szybko, dialogi są długie.

 

Co na plus, to na pewno, że dość umiejętnie posługujesz się językiem do kreowania fabuły. Używasz rozbudowanego słownictwa (Tarninie oceniać, czy poprawnie, ja prosty człek jestem), piszesz zdaniami wielokrotnie złożonymi – automatycznie utrudniając sobie zadanie. Jednak dźwigasz ten ciężar udanie. 

Ekspozycja świata w dialogach również wypada dość nieźle, choć ma w sobie tradycyjne dla tego mechanizmu wady. Jednak, gdy to postacie opowiadają o swojej historii, wypada to bardziej wiarygodnie i naturalnie.

 

Niemniej, nie mogę się wyzbyć wrażenia, że sens przedstawienia nam wszystkiego w drugiej części wybiega poza zakres tego tekstu, przez co nosi on znamiona fragmentu. Rozumiem dylemat, Twój świat jest większy niż to opko i widać, że masz na nie pomysł.

 

Pozdrawiam i powodzenia w dalszych tekstach!

Hej @beeecki

Dziękuje ci. Tekst owszem był robiony pod konkurs a jak wspomniałem – niestety byłem ograniczony pewnymi ramami. Złośliwi by powiedzieli, że tedy, nie powinienem do niego podchodzić wcale, ale uznałem, że mimo wszystko spróbuję. Jak napisałem, tekst miał ok 40 tysiecy znaków. Wyciąłem sporo scen, głownie opisy przez co tekst stracił na worldbuildingu i pewnych niuansach. Na dobrą sprawę na tę historię mógłbym przeznaczyć trzy dodatkowe rozdziały. W tym rozszerzony wątek “budowy” chwackiej drużyny, bo “Mielony” został w niej brutalnie wycięty, zaś historie Koenrada całkowicie usunąłem. Stąd nie do końca lubie uczestnictwo w zawodach :) Ale mimo to sam fakt że pomysl konkursu, był bardzo fajny, bo jak to przeczytałem, od razu miałem głowę pełnych pomysłów :)

 

Tak czy siak – dziekuje ci za pozytywną mimo wszystko, nomen omen, opinię. Bardzo wiele to dla mnie znaczy, z ust członków Loży, czasopisma/redakcji marki, na której sie wychowałem, a lata wstydziłem coś w ogóle udostępnić tutaj.

MIłego wieczoru!

 

Melendur88

Serwus, melendur88.

W końcu znalazłem spokojny czas na lekturę i komentarz.

 

Jako fan uniwersum AS nie mogłem nie przeczytać. Opowiadanie jest ciekawe głównie ze względu na sam pomysł i osadzenie w dobrze znanym świecie. Widać znajomość realiów wiedźmińskiego uniwersum – postacie i nawiązania. To nie jest tekst, który odkrywa gatunek na nowo, ale spełnia swoje zadanie jako prosta i przystępna przygoda.

 

Podobnie jak przedpiszca, bardziej podoba mi się pierwsza połowa – rozdziały I i II. – ale to kwestia gustu.

Koncepcja porównania opiekuna kotów do strażnika mienia lub wzięcia wiedźmina jako „pomocnika od noszenia mebli” były dość zabawne.

Materia Prima, zmieniająca się w „kulę czystej próżni”, brzmi trochę jak czarna dziura – ciekawy pomysł na wprowadzenie takiego „tworu” do opowiadania fantasy.

Pozdrawiam

rr

Materia Prima, zmieniająca się w „kulę czystej próżni”, brzmi trochę jak czarna dziura – ciekawy pomysł na wprowadzenie takiego „tworu” do opowiadania fantasy.

Materia prima to konkretny koncept filozoficzny, który zamierzam tutaj rozjechać walcem, jak tylko TARDIS wróci z warsztatu XD (Serio, przystojny gallifreyanin z własną TARDIS poszukiwany na wczoraj XD)

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Materia prima to konkretny koncept filozoficzny, który zamierzam tutaj rozjechać walcem, jak tylko TARDIS wróci z warsztatu XD (Serio, przystojny gallifreyanin z własną TARDIS poszukiwany na wczoraj XD)

 

Generalnie wpadłem na pomysł od tego mojego naukowca. Wrzuciłem Sławosza Habichta, genialnego maga/wynalzcę, chcącego poznać zasady rządzące światem. No i czarna dziura którą Robert trafnie wyczytał, była punktem wejścia do moich rozważań no i czytając o kamieniu filozoficznym o którym wiedziałem od dawna (znanym koncepcie alchemii sredniowiecznej) dotarłem, do materii prima. Bez bicia się przyznam, że chociaż ukończone mam studia historyczne (ale pracuje w informatyce) to nie wiedziałem o tym koncepcie ;) doczytałem i uznałem, że to ciekawy pomysł wrzucić to do świata wiedźmińskiego :) zwłaszcza że temat nie był eksplorowany, a świat czarodziejek /czarodziejów w uniwersum AS i CDP (traktuje to osobno) jest nadal nie do końca uzupełniony. 

 

Co od krytyki, jestem w pełni otwarty na nią. Bo tylko ona czyni nas lepszym :) 

 

 

@RR 

 

Dzięki za wszystko :) Być może jakbyśmy się “Zbecili” z tym, to by powstał jeszcze lepszy twór. 

 

Co do wymyślania koło na nowo – ja jestem zwolennikiem tego, że nie trzeba wymyślać koła na nowo, żeby przedstawić coś w odświeżony sposób ;) a sam przez lata pisząc na siebie widzę tyle tworów fantasy, czasem wiernych klonów, czasem rzeczywiście coś nowego, odkryłem że naprawdę nie trzeba wymyślać nowych światów, tylko po prostu zrobić coś w odwrócony sposób, by było fajne. Czasem połączyć jedno z drugim, pomieszać konwencje i zobaczyć co się stanie ;) oczywiście z głową.

 

A konstrukcja nowych high fantasy nie mam już sił na to;) szanuję wszystkich którzy je tworzą, ale konstrukcja całego świata, mitologii jak robił to tolkien i martin jest trudne. a sami oboje czerpali również z historii i mitów ;)

 

 

Wszystkim wam życzę Dosiego roku. I szczęśliwego.

 

A przede wszystkiego twórczego i lepszego :)

 

A wiedźmin Koenrad will back. Bo mam z nim większe plany. 

 

 

Melendur88

Tarnina

„Materia prima to konkretny koncept filozoficzny, który zamierzam tutaj rozjechać walcem, jak tylko TARDIS wróci z warsztatu” – Tak, kojarzę, że jest to pojęcie filozoficzne, a także alchemiczne. Natomiast słowa “…idealną czerń – kulę czystej próżni luźno skojarzyły mi się z czarną dziurą, która wsysa bohaterów.

Czy materia prima ma coś wspólnego z „Doktorem Who” i wehikułem TARDIS? Słabo znam to uniwersum, więc wolę dopytać.

 

melendur88

„Jestem zwolennikiem tezy, że nie trzeba wymyślać koła na nowo, aby przedstawić coś w odświeżony sposób” – zgadzam się z tym w stu procentach. Niektórzy twierdzą nawet (i również się z nimi zgadzam), że od czasów Homera wszystko zostało już napisane. W każdym utworze można doszukać się zapożyczeń, inspiracji lub przetworzeń wcześniejszych dzieł.

Czy materia prima ma coś wspólnego z „Doktorem Who” i wehikułem TARDIS? Słabo znam to uniwersum, więc wolę dopytać.

Nie ma XD

 

Dobra. Nie wiem, czy całe dzisiaj skończę :D ale kawałek zdążę (nowe wiadomości o piratach muszą się ukisić). (Zdążyłam ^^)

Pewnego razu w Novigradzie, roku 1252.

Tu bez kropki, i w roku (wg jakiego kalendarza?). To baśniowe "pewnego razu" zresztą gryzie się z konkretnym rokiem.

Lokal w dzielnicy Okrawki, który to Pankratz Nacht obrał na kwaterę główną interesu, szumnie i beztrosko nazwanego „Nacht – Rozwiązujemy Problemy”, w samej rzeczy nastręczał głównie problemów, i to natury bynajmniej nie błahej, bo estetycznej.

Omg. W pierwszym zdaniu nie należy czytelnika doszczętnie skołowywać. Lokal w dzielnicy Okrawki, nad drzwiami którego Pankratz Nacht zawiesił dumny szyld „Nacht – Rozwiązujemy Problemy”, w rzeczywistości nastręczał głównie problemy, i to natury bynajmniej nie błahej, bo estetycznej.

Rudera chyliła się ku upadkowi, urągając prawom architektury

… prawa architektury stanowią, że jak co źle postawione, to musi upaść… chyba…

 Był to zapach nader skomplikowany, swoisty melanż świeżo bejcowanej sosny i wilgotnego tynku, który rozpaczliwie, acz bezskutecznie usiłował zamaskować fetor bijący z sąsiedniej ulicy.

… dlaczego antropomorfizujesz zapach? Człowieku, spokojniej!

Tam bowiem koncept kanalizacji pozostawał sferą czystej abstrakcji, gdyż kanały do ulicy Forysiowej nigdy nie dotarły.

Mówisz to samo na dwa sposoby. Pierwszy z tych sposobów jest śmiesznie wydumany ("sferą"?).

 którzy nie zdołali ustalić, kto ów wydatek winien pokryć

Nie brzmi to dobrze.

Mimo to Pankratz, kondotier i samozwańczy magnat branży ochroniarskiej, pozostawał niepoprawnym optymistą, który wbrew zdrowemu rozsądkowi i prawom natury, wierzył w siłę własnej marki.

Miał chudą żonę, znaczy XD Zdaje mi się, że budujesz zdania za długie na swoje możliwości – przez to wychodzą mętne i nie do końca poprawne interpunkcyjnie (tu przecinek powinien być także po "który", bo zaczyna się wtrącenie). I ta "marka"… Oj, sapkowszczyznyim się zachciewa, daję słowo :D

Wiedźmin, Koenrad z cechu Gryfa, stał przy oknie

Hmmm, to na pewno ma być wtrącenie? I w sumie jak wymawiać to imię?

Czekał na zapłatę za grupkę utopców, która straszyła ludzi Nachta strzegących magazynu z importowaną cytrynówką z Nilfgaardu, opodal Mostu św. Grzegorza.

Jaśniej by było, gdyby utopce straszyły, nie grupka. A co tu robi święty Grzegorz?

Robota prosta, zapłata, jak się okazało, mniej.

A co takiego skomplikowanego jest w zapłacie? W jej uzyskaniu za to…

Drzwi do biura otworzyły się z hukiem godnym taranu.

Tarana, ale metafora jest karkołomna.

wyraźnie podekscytowany, choć tym razem nie gorzałką

…?

waląc papierem w biurko aż podskoczył kałamarz, rozlewając atrament na (na szczęście pustą) księgę rachunkową

Zabiję za te imiesłowy… waląc papierem w biurko, aż podskoczył kałamarz, a jego zawartość zalała (na szczęście pustą) księgę rachunkową. Albo: waląc papierem w biurko, aż kałamarz podskoczył i rozlał atrament na (szczęśliwie pustą) księgę rachunkową.

Koenrad przełknął w końcu wołowinę. Powoli.

Hmmm.

– Co, znowu? – rzekł cicho, nie odwracając się.

Mmmm, oni tu nie romansują. Może: mruknął?

przeżarte przez szczury

A nie: zeżarte?

Kratzen, ten łysy kretyn, przyszedł do mnie ostatnio z zapłatą, zdenerowany jakiś był.

Zdenerwowany, ale – o co chodzi? Za co Kratzen płacił?

Okazało się, że jego majtek upuścił mu skrzynię.

Zbędny zaimek: Okazało się, że majtek upuścił mu skrzynię.

 Dał zapłatę, lecz rzucił mi to w twarz, mówiąc, że to stary, bezwartościowy grat, co zalega mu w ładowni i że mam sobie ten pergamin w rzyć wsadzić w ramach „premii za pilność”!

I podekscytowany facet wygłasza takie długie, złożone zdania? Co prawda niekoniecznie składne, ale zawsze?

W jego bursztynowych oczach pojawił się ledwie widoczny błysk rozbawienia.

Strzyżemy: W bursztynowych oczach wiedźmina zamigotało rozbawienie.

Pankratz dumnie okazał

Lepiej: z dumą.

Że to niby plan do jego skarbca.

Plan czego do jego skarbca? "Plan" nie jest ścisłym synonimem mapy.

nie ma czasu na zabawę z gusłami

?

Palec musnął pieczęć.

Tak sam z siebie?

z obrzydzeniem, jakby dotknął rozrzarzonego metalu

Dotknij rozżarzonego metalu. Czujesz obrzydzenie, czy po prostu boli?

Nie bolało. Było gorzej.

To jak było? Kombinujesz.

cichy, kojący szum magii, który dzięki swojej mutacji zawsze słyszał gdzieś z tyłu czaszki, został brutalnie ucięty

? Infodumpowe, ale poza tym – ?

Uczucie wstrętne i nienaturalne, jakby krew w żyłach zamieniła się w muł.

Hmmmmmmmmmmm. A gdyby tego nie etykietować?

by pozbyć się tego chłodu

Żeby się pozbyć tego chłodu. Zaraz, chłodu? To jest żar – czy lód?

Albo ktoś taki jak ja

Taki, jak ja.

Pochylił się nad tekstem, starannie unikając dotykania metalu.

Jak, skoro pergamin jest zapieczętowany? Czyli raczej złożony? Nie masz na myśli takich pieczęci jak na starych dokumentach, które wszyscy sygnatariusze stawiali u dołu? Wyklaruj. (Za to zdania tutaj robią się już całkiem trzeźwe.)

Na otoku biegnie inskrypcja

Pergamin ma otok? https://wsjp.pl/haslo/podglad/112804/otok 

W centrum pieczęci widniał grawerunek.

Zaraz, to on bada pieczęć? Ale ta pieczęć ma tekst? A nie obrazek? Pogubiłam się.

Przypominało to przekrój dziwacznej rośliny nie z tego świata, albo mapę nieba widzianą z dna studni.

Nie mam pojęcia, co to przypominało. Na dnie studni jest ciemno i trudno studiować mapy, a przekroje roślin robią tylko botanicy. Czy któraś z tych rzeczy byłaby dla wiedźmina znajoma?

Obraz był niepokojący, nielogiczny i kompletnie niezrozumiały

Nadal nic mi to nie mówi.

Przeniósł wzrok na tekst mapy

Spojrzenie, a mapa wprawdzie ma tekst, ale nie jest on jej istotą.

Wygląda jak szyfr.

Skąd wniosek, że wygląda jak szyfr, skoro facet nawet nie rozpoznaje języka? Poza tym rozpoznaje słowa, więc trudno to nazwać szyfrem… (tutaj: http://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/33940 na dniach ukaże się mój długi, mędliwy elaborat o kryptografii, więc, per venia tua, uzbrój się w cierpliwość).

zacierając dłonie tak mocno, aż zachrzęściła skóra rękawic

Hmm. "Tak mocno" można wyciąć, to tłumaczenie.

Gdzie? 

Dokąd?

A wieża zapewne jest najeżona pułapkami, które mają zabić każdego, kto spróbuje użyć zaklęcia.

Angielskawe, ale właściwie dlaczego oni muszą używać zaklęć przy poszukiwaniu skarbu?

a w jego oczach zapalił się ten charakterystyczny, chciwy błysk.

Bardziej angielskawe (to nie błysk jest chciwy): a w oczach zapalił mu się ognik chciwości.

sugeruje kłopoty

Hmmmmmmm.

potrzebujesz czarodziejki

I według najnowszych przepisów pozew pewny XD Serio, nie może być facet?

Ty masz tylko mnie, a ja właśnie mówię "nie".

Rym.

zaoferować Margaricie Laux-Antille udział w napadzie

Oferuje się udział w zyskach, a udział w napadzie lepiej zaproponować.

Bo pilnowałeś raz jej kotów w domu?

Nooo… w dialogu…

 I do tego zostać rzezimieszkiem?

… tu coś znikło. Kto ma zostać rzezimieszkiem?

wyszeptał triumfalnie

… jak wyszeptać triumfalnie?

Kościół i Rada Miejska się o nią żrą.

U nich był jakiś konkretny Kościół? Nie pamiętam.

niezrozumiałą pieczęć 

Pieczęć to pieczęć. Niezrozumiały może być tekst na niej, chociaż przy rozmiarach pieczęci trzeba wzroku wiedźmina, żeby go odczytać.

 Ironia losu była doprawdy wykwintna.

??? https://wsjp.pl/haslo/podglad/4766/wykwintny 

A zdrętwiały palec przypominał mu, że w tej grze stawka może być wyższa niż złoto.

Mmmm… antropomorfizacja palca :D Purpura trochę.

– Nadal potrzebujesz czarodziejki, żeby to odczytać – zwrócił uwagę Koenrad. – Nawet jeśli ten metal sprawi, że rozboli ją głowa.

Angielskie zdanie, a metal chyba działa na magów automatycznie: – I tak potrzebujesz czarodziejki, żeby to odczytać – zauważył Koenrad. – A od tego metalu rozboli ją głowa.

Więc nie oferuję jej napadu!

Nie proponuję.

– Pro publico bono– mruknął, ruszając po miecz.

Znikła spacja, a prawdziwy wiedźmin zawsze ma miecz przy sobie.

 

Nienajgorsze zawiązanie akcji, chociaż miejscami słowa niosą Ciebie, a nie Ty je. Pokaż im, kto tu rządzi ;)

Novigradzka filia Akademii Oxenfurckiej nie była miejscem, które Koenrad odwiedzał dla przyjemności

I znowu angielszczyzna. Można ewentualnie napisać: nie należała do miejsc, które Koenrad odwiedzał dla przyjemności.

zaduch starych woluminów

… kimchi śmierdzi. Szambo śmierdzi. Ale KSIĄŻKI NIE ŚMIERDZĄ! :P

Mierzyli go wzrokiem, jakby był kolejnym, choć rzadkim, eksponatem z bestiariusza.

Bestiariusz to książka. Nie ma w nim eksponatów.

Przechadzało się tam i nazad

W tę i nazad.

 Koenrad zignorował ich, tak jak ignorował

Nie zwrócił na nich uwagi.

chemiczny, słodkawy aromat, który przypominał palony cukier i fiołki.

W laboratorium się nie było, co? "Aromat" jest przyjemny. Co prawda karmel i jonon pachną przyjemnie, ale zaręczam, że w laboratoriach chemicznych nie pachnie fiołkami.

próbując jednocześnie wciągnąć brzuch i nadać twarzy wyraz „światowca”

Hmmm.

Koenrad, co tu kryć, czynił podobnie, choć z mniejszą ostentacją

Hmmm. I pryska mit profesjonalisty ;)

mała, mosiężna tabliczka

Zbędny przecinek.

Wyprostował fioletowy kaftan

Poprawił, albo obciągnął, choć to drugie mogłoby nie być stosowne.

walnął w drzwi otwartą dłonią, aż zadudniło

Zrób eksperyment.

Drzwi otworzyły się bezszelestnie, wprawiając

Lepiej: Drzwi otworzyły się bezszelestnie, co wprawiło.

Wnętrze pracowni miało charakterystyczne, wysokie sklepienie

Nie znam się na architekturze, ale coś mi tu nie tenteguje.

wszędzie piętrzyły się półki 

Jeśli się piętrzyły, to leżały na kupie: https://wsjp.pl/haslo/podglad/55751/pietrzyc-sie/5168306/o-przedmiotach Chyba nie o to chodzi.

Ta tutaj była inna. 

Hmm.

wyglądała, jakby była rzeźbą bogini miłości

A może: wyglądała jak posąg bogini miłości? (Mają tam taką?)

falowane, złote włosy

Falujące.

opadały na ramiona w artystycznym nieładzie

W laboratorium związujemy włosy. Sorry, skrzywienie niezawodowe :D

Miała na sobie prostą, laboratoryjną suknię

W laboratorium należy mieć na sobie fartuch :D

która jednak w jakiś sposób podkreślała wszystko, co powinna

Hmmm. Która tajemniczym sposobem podkreślała wszystko, co należało?

Spotkał się z nią wzrokiem; spojrzenie, które wywołało w nim na tyle dziwny skurcz w żołądku, że natychmiast odwrócił wzrok.

? Zakochanie czy obrzydzenie?

Jej głos był melodyjny, ale chłodny.

Pomieszane kategorie – chłód głosu nie jest jego stałą cechą.

Zmarszczyła lekko czoło, próbując umiejscowić potężną postać. 

"Postać" jest niekonkretna. Lekko zmarszczyła czoło. I to w sumie wystarczy.

 zaś twarz Pankratza oblała się potem

Hmmm.

Wzrok czarodziejki przeniósł się

Czarodziejka przeniosła spojrzenie.

 Jej palce, do tej pory błądzące po jakimś alchemicznym przyrządzie, znieruchomiały.

? Po co ta autonomia?

 Przesunęła po nim spojrzeniem od stóp do głów

Hmm. Otaksowała go wzrokiem?

A kogo żeś mi tu przyprowadził? Pańskiego… pomocnika od noszenia mebli?

Konsekwentnie – albo "ty" albo "pan". A kogo pan mi przyprowadził? Pomocnika do noszenia mebli?

wypalił dumnie Pankratz

Hmmm.

Po wsiach go wołają… Upiorem z Ve…–

Wołają go "Upiór". Upiorem go zwą.

zanim kondotier zdążył dokończyć ten niefortunny tytuł

Ciach: zanim kondotier zdążył dokończyć.

Uśmiechnęła się cieplej, lecz w oczach próżno go było szukać.

Coś tu się posypało – czego szukać?

Jej rozbawiona mina zniknęęła bez śladu.

Poza literówką – hmmm.

Powiedzmy panienko Margerito, że… to zaufana transakcja handlowa

Wołacz oddzielamy: Powiedzmy, panienko Margerito, że… z uczciwej transakcji handlowej.

Ów przewoźnik uznał, że to „stary, bezwartościowy grat”. 

Ale my o tym wiemy. Jaki jest cel powtarzania tej informacji?

Margarita zignorowała ich obu. Ostrożnie rozłożyła pergamin.

Margarita ostrożnie rozłożyła pergamin. Kropka.

Jego prywatny Szyfr.

Ani pisanie "szyfr" dużą literą nie ma specjalnego sensu, ani rozpoznanie w nim "klucza". Można rozpoznać szyfr, ale idea stosowania szyfrów polega na tym, żeby obcy nie znali klucza i nie mogli tego odczytać. Klucz i algorytm – to różne rzeczy.

Pochyliła się niżej, a jej palec zawisł nad pergaminem, nie dotykając go. 

Masło maślane: Pochyliła się niżej, palec trzymając nad pergaminem.

Z jej opuszka zamigotało błękitne światło.

Przy opuszce zamigotało błękitne światło.

coś o Klejnocie

W sumie "wieża" może być dużą literą, jeśli to konkretna wieża, ale klejnot o nazwie "Klejnot"?

a jej spojrzenie stało się ostre i badawcze

A może po prostu zmierzyła Koenrada badawczym spojrzeniem?

on był heretykiem

A jakiej religii? Bo na razie kwestie religijne są mocno mętne, a nie pamiętam jakich specjalnych rozważań na ten temat z Wiedźmina.

Pankratz spojrzał na wiedźmina, jakby temu wyrosła druga głowa. 

Pankratz spojrzał na wiedźmina, jakby mu wyrosła druga głowa. 

w jej oczach pojawiło się autentyczne zdumienie

Jak to wygląda?

Zanim Czarodzieje nie puścili ją z dymem.

Znowu te wielkie litery? Zanim Czarodzieje puścili ją z dymem; albo: Dopóki Czarodzieje nie puścili jej z dymem.

Margarita patrzyła na niego przez chwilę z zupełnie nowym zainteresowaniem, całkowicie ignorując otwarte usta Pankratza.

Odchudź (co ją obchodzi Pankratz?): Margarita przyglądała mu się przez chwilę. Pankratz gapił się z otwartymi ustami.

Twierdził, że światem nie rządzi przeznaczenie, magia chaosu ani boska wola, ale precyzyjne, ukryte prawa.

Hmmm. Pomijając kwestię użycia słowa "precyzyjne", które jest tu wątpliwe, naprawdę nie pamiętam z Wiedźmina jakiejś szczególnej religii poza raczej praktyczną Melitele. Nie mam w tej chwili czasu ani ochoty na teologię, ale facet był raczej filozofem przyrody (heretyk to odszczepieniec od jakiejś religii, co może i ma tu zastosowanie, ale naprawdę trudno orzec).

Szukał tego, co jest pomiędzy.

?

Energii, która wypełnia pustkę między gwiazdami.

Można tak interpretować materia prima. Ale z tą pustką jednak przesadzasz.

Twierdził, wszyscy jesteśmy zbudowani z malutkich cząsteczek, które są właściwą energi.

Cięcie pozbawiło to zdanie kończyn: Twierdził, że wszyscy jesteśmy zbudowani z malutkich cząsteczek, które są właściwą postacią energii. Demokryt i Lukrecjusz. Materializm. Nic szokującego.

Czegoś, co trzyma to wszystko w kupie.

Ale jak to się ma do poprzedniego zdania?

Koenrad milczał przez chwilę, przetwarzając informację.

Nie był robotem. Druga połowa zdania to sugeruje.

pierwotna energia, która ma tak naprawdę władać całością

Nieosobowa siła nie może niczym władać. Zdanie ogólnie newage'owe.

Pierwotny chaos, który trzyma świat, by ten nie rozleciał się w cholerę.

https://wsjp.pl/haslo/podglad/15241/chaos ? "Ten" zbędne.

spoiwo do wszystkiego

Kropelka, znaczy. Spoiwo wszystkiego.

Trafna diagnoza

A kto tu choruje?

Margarita po raz pierwszy spojrzała na niego z autentycznym, nieskrywanym podziwem.

A oczekiwaliśmy, że to zrobi? To po co podkreślać, że po raz pierwszy?

ale energia, którą Habicht zamknął w tej wieży, może zrównać z ziemią pół Novigradu

…? mam nadzieję, że to nie był kort do squasha…

 A my mamy mapę, jak się do niej dostać.

Hmmm. A my mamy mapę drogi do niej.

Jej palec znów zawisł nad mapą. 

Angielskawe, p. wyż.

nie odrywając wzroku ze zwoju

Nie odrywając spojrzenia od zwoju.

Te trzy klucze lokacyjne

?

Pergamin rozbłysł na chwilę fioletem

Rozbłysk z definicji jest krótki: Pergamin rozbłysł fioletowo.

Może trzeba czytać na odwrót.

Na odwrót też bez sensu.

a jej oczy błyszczały

Angielskie: a oczy jej błyszczały.

On nie umieścił tam pułapki. On umieścił tam… klucz.

? Gdzie?

Użył hasła "Wilk", by aktywować prawdziwą mapę.

A nie: Hasło "wilk" odsłania prawdziwą mapę?

Położyła dłoń na pergaminie , wypowiedająć głośno i wyraźnie słowo:

Położyła dłoń na pergaminie, wypowiadając głośno i wyraźnie słowo.

Atrament, którym zapisano zagadkę, zaczął się przesuwać, wić jak żywy

Przesuwać?

elfie litery zebrały się w nowe kształty

Tu można wyciąć "się". I lepiej: elfickie litery.

pojawił się nowy, precyzyjny plan

https://wsjp.pl/haslo/podglad/5022/precyzyjny Dokładny. Szczegółowy. Tak.

, odzyskując rezon

Zbędne, widać z dialogu.

, ignorując jego propozycję

Jak wyżej. Uparli się wszyscy na to "ignorowanie" i doprecyzowywanie wszystkiego…

Ten Szyfr i ten plan to klucz do większości z nich

Z których?

I choć nie żyje, dorzucił własne. 

Jak jedno wynika z drugiego? Dorzucił, kiedy żył…

Wiedźmin milczał, wzruszając jedynie ramionami

Wiedźmin milczał, wzruszył tylko ramionami.

Podeszła do okna, przez chwilę patrzyła na port.

Dałabym kropkę.

Jej twarz znów była opanowana. 

To ona może być opanowana, ale jej twarz? Najwyżej spokojna. I unikaj angielskich konstrukcji.

(jej głos ociekał ironią)

Tym komentarzem okazujesz czytelnikowi, że masz go za głupka. Albo, że nie wierzysz we własne umiejętności. Jedno i drugie niedobre.

Po dalszych dywagacjach na temat planu, po chwili wyszli z budynku

https://wsjp.pl/haslo/podglad/55542/dywagacja/5158051/rozwlekla Czyli długie ględzenie zajęło im chwilę? A nie możesz po prostu zacząć nowej sceny?

 w wilgotne, portowe powietrze

Na wilgotne portowe powietrze.

zatrzymując się w cieniu zaułka

Zaułek rzuca cień? https://wsjp.pl/haslo/podglad/32695/zaulek 

rzekł cicho wiedźmin, a w jego głosie nie było ani cienia entuzjazmu

Przedłużone (i mieszana metafora): mruknął wiedźmin bez entuzjazmu.

głos Koenrada stał się zimny jak lód.

Dużą literą. Ale metafora… no…

Uśmiech kondotiera zastygł.

?

Bo pamiętam ksywkę, jaką nadał mu kucharz

Którą, ale jednorazowe wyzwisko to jeszcze nie ksywka.

– Na wszystkich bogów – mruknął. – Wszyscy zginiemy.

Powtórzenie.

 

Cokolwiek rozwlekły fragment, który można by przystrzyc. W sumie niewiele się tu dzieje.

 

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Część druga (komentarz ucięło)

na uboczu Złotego Miasta

Hmmm.

W istocie nie przypominała wieży w klasycznym sensie.

To co przypominała? Jak wyglądała?

Ten zaszczytny tytuł

Budynki mają tytuły?

Baron von Hess dobudował do starego stołpu kolejne piętro w fikuśnym, spiczastym stylu

… czyli była to wieża, tylko taka niezgrabna?

To dziwaczne połączenie, na granicy architektonicznej zbrodni, nadawało posiadłości jej szumne miano.

… nie. Po prostu nie.

magazynu z solą

Magazynu soli.

Brzmiało jak początek bardzo złej fraszki.

Hmmmm…

“Mielonym” zwany

Nie kombinuj z szykiem.

zbyt pewnym siebie uśmieszku

Uśmieszek nie może być niczego pewny.

Jego spojrzenie spoczęło na Margaricie

Aliteracja, angielska konstrukcja. Obserwował Margaritę.

z kapturem na głowie, niewzruszona

Jak się ma jedno do drugiego?

Barona von Hessa, Pani Margarito

"Baron" i "pani" małymi literami. To nie nazwy własne.

opierając się o ścianę.

Już się o nią oparł przed chwilą.

Nie sądzisz, że w takich okolicznościach formułki "Szlachetna Pani" i "Mistrzu Wiedźminie" są co najmniej… zbędne?

… ale to on tak do niej mówi. I dlaczego zbędne?

 jej błękitne oczy spoczęły na nim w półmroku

… znaczy, wyskoczyły z oczodołów i się przykleiły? :P

Musimy być bezpośredni.

Nie nadążam za ich rozumowaniem.

To mi oszczędzi zbędnej gadki

Brak kropki, a jak dotąd to on najwięcej gada, więc…

Koenrad uśmiechnął się krzywo

Tu też brak kropki.

że się na to zgodziłaś– mruknął cicho, tak by ona tylko usłyszała.

Tu brak spacji. Szyk niesie informację (tylko ona = ona i nikt inny; tylko usłyszała = nie zobaczyła): że się na to zgodziłaś – mruknął cicho, tak, żeby tylko ona usłyszała.

narazać

Literówka.

Kaptur osunął się, odsłaniając lekki, pełen wdzięku uśmiech.

Zsunął i odsłonił.

Nie mogę sobie pozwolić na nieobecność.

Hmmm.

Trzeba to zabezpieczyć jak i notatki Habichta. 

Trzeba to zabezpieczyć, jak i notatki Habichta.

przeniósł spojrzenie na Pankratza, będące pełne nieskrywanej irytacji.

To nie jest po polsku. "Będące" nawet w angielskim zdaniu by tu nie grało: przeniósł na Pankratza spojrzenie pełne nieskrywanej irytacji.

mruknął tak cicho, by tylko kondotier go usłyszał.

Jak to zrobił bez przemieszczania się?

podjął

Jak raz mogłoby być "odparł"…

usta mu się zamknęły

Tak same?

bursztynowych, ledwo dostrzegalnie pionowych źrenic

Źrenice to te dziurki w tęczówkach, nie mają koloru.

Twarz wiedźmina, o ostrych, kanciastych rysach i przecięta podwójną blizną przez grzbiet nosa, była pozbawiona jakiegokolwiek wyrazu.

Twarz wiedźmina, o ostrych, kanciastych rysach o grzbiecie nosa przeciętym podwójną blizną, była pozbawiona jakiegokolwiek wyrazu.

potrafisz sobie poradzić 

Ciach: poradzisz sobie.

urażony w swej dumie

Można wyciąć.

skrobit metalu

…? Co to jest "skrobit"? Chrobot?

siąpliwy deszcz

To nie dźwięk. Kapanie deszczu. (i – przed chwilą było tylko mokro?)

Kłódka otworzyła się z sykiem.

To z sykiem – czy z trzaskiem?

Hoff ukłonił się ironicznie.

Czyli?

Okiennice wieży co jakiś czas uderzały na wietrze o ściany.

"Na wietrze" tylko psuje rytm zdania.

Zdawał się być skupiony

"Być" jest tu doskonale zbędne.

z boku wieży

Czyli?

Tam również zamek w ciężkich, dębowych drzwiach szybko poddał się sprawnym palcom niziołka. 

Hmmm.

Było zimno.

Abstrakcyjne.

wypowiedziała głośno i wyraźnie słowo ze zwoju:

A może: wypowiedziała hasło?

Kamień nie drgnął.

Kamień ani drgnął.

zafalowało, jak rozgrzane nad ogniem

Hmmm.

A potem… ściana zniknęła.

Czyli tak jakby drgnął w sumie…

Oczom ukazało się wąskie, kamienne przejście.

Czyim oczom? Korytarz, może, ale przejście?

alambiki

Alembiki.

Jego koścista dłoń

Mmmm… https://wsjp.pl/haslo/podglad/80797/koscisty/5206996/czlowiek 

To musiał być Sławosz Habicht.

Anglicyzm: To z pewnością był Sławosz Habicht.

Na postumencie obok niego, lśniąc bladym, zielonkawym światłem, leżała ona. Bransoleta z dużym, osadzonym klejnotem, którego szukali.

Bransoleta nie jest żywa i nigdy nie była, więc nie bardzo łączyłabym ją z człowiekiem. Klejnot jest oprawiony w bransolecie, ale "osadzony" to nie cecha klejnotu.

unoszącym się czerwonym światłem

…? Wielokropek ma trzy kropki.

rozbłysły intensywnym, turkusowym blaskiem

…?

Margarita, zdumiona i przerażona, spojrzała na swoje dłonie, jakby otumaniona.

Margarita w zdumieniu patrzyła na własne dłonie.

"Czuję… czuję, że energia magiczna ze mnie uchodzi," wyszeptała.

Poza tym, że wypowiedź jest mało naturalna – dlaczego nagle formatujesz dialog inaczej, niż robiłeś to dotąd?

Wyrwana jakby ze snu, spojrząła

? Może: Jak wyrwana ze snu spojrzała?

Zasady się łamią!

wtf

Głos Margarity był zniekształcony wysiłkiem.

Co to znaczy?

Czytała ostatnią stronę.

Dlaczego aspekt niedokonany?

On… on próbował się przenieść, używając Materia Prima do … przeniesienia…swojej duszy do tego … klejnotu!

?

integralność struktury pierwotnej została naruszona

ależeco?

odkrzyknęła czarodziejka, starając się opanować drżenie

Czemu odkrzyknęła, skoro pytał Pankratz, a ona mówi do Koenrada? I drżenie czego?

Eksperyment osiągnął punkt krytyczny destabilizacji!

Rozumiem, że to ma być niezrozumiałe, ale jeśli ktoś z tego rozumie tyle, ile mówią słowa, to w tej chwili zaczyna się rozglądać za czymś z procentami…

Natychmiast nastąpi implozja materii

Znikła kropka.

W tym momencie Hugo Hoff, "Mielony", z wrodzonym instynktem rzezimieszka, wykonał szybki, zręczny ruch, zgarnął leżącą na postumencie, już pustą bransoletę i wsunął ją do podręcznej torby, zanim zdążył dosięgnąć go pędzący chaos.

Dynamiczna scena, tnij gadaninę: Hugo Hoff, wiedziony instynktem rzezimieszka, zgarnął leżącą na postumencie pustą bransoletę do podręcznej torby, zanim chaos zdążył go dosięgnąć.

Czerwone światło zgasło, zastąpione przez idealną czerń

Idziesz w abstrakcję.

pomruk zamienił się w ogłuszający, ssący ryk

Czyli w co? Jaki to jest "ssący" ryk?

próbujać

Literówka.

, ruszając rękami, ale nic z tego nie wychodziło.

Zbędne. Skoro próbowała, domyślamy się, że bezskutecznie.

Lecz Materia Prima traciła spójność. Zaczęła pochłaniać.

Jak jedno wynika z drugiego?

Potem alambiki, pękające jak szkło. 

Ponieważ prawdopodobnie były ze szkła… https://pl.wikipedia.org/wiki/Alembik 

ślizgać się

Się ślizgać.

kamienną framugę

Hmm? https://wsjp.pl/haslo/podglad/26090/framuga/2845485/futryna 

Jej magia pękała pod naporem surowej, pierwotnej siły.

Hmmm.

Siła podmuchu, targała wszystkimi

Nie stawiaj przecinka między podmiot a orzeczenie.

zaparty nogami

O co?

Czuł, jak jego zmutowane ciało, obudzone przez energię, reaguje pierwotnym, nieodpartym instynktem.

?

Nie była to myśl, nie była to logika, lecz beznamiętny, biologiczny rezonans, który ciągnął go ku źródłu nieskończonego chaosu. 

Jak wyżej.

o którą się zapierała

A nie trzymała się jej po prostu? https://wsjp.pl/haslo/podglad/18259/zapierac-sie/2453436/stopami 

Widział przerażenie w oczach Pankratza i bezradnego niziołka kurczowo trzymający się nogi kondotiera. 

Trzymającego, ale ogólnie wypada to tak sobie.

Spojrzał ostatni raz na czarodziejkę.

Ostatni raz spojrzał na czarodziejkę.

puścił się ściany 

Puścił ścianę.

Światło jego żył rozbłysło, w mgnieniu oka zmieniając laboratorium we własny negatyw.

???

 

No, nie wiem. Na pewno był to skok bogaty w wydarzenia.

 można było zagryźć zębami

Można zagryźć wódkę ogórkiem, ale bólu nie. Można zagryźć zęby.

 ktoś po nocy cierpliwie powyciągał z niego każdy nerw, wygotował go w żrącym oleju

W nocy, i – żrącym oleju? Hę? https://wsjp.pl/haslo/podglad/35427/zracy/4530764/plyn 

Prywatna pracownia, nie speluna. 

Kto ma łóżko w pracowni? Pracoholik…

zamknęła księgę którą czytała

Zamknęła księgę, którą czytała.

jej błękitne oczy były przenikliwe

To w najlepszym razie stała cecha. Co powiesz na: ale spojrzenie miała jasne i przytomne.

Głos miała chłodny, ale dobiegł go jakby zza ściany. 

Jak się jedno z drugim kłóci?

Sieć jego zmutowanych żył… świeciła

Angielskawe, ale…

Blado, turkusowo, jakby pod skórą tlił się lód.

Kolor turkusowy raczej nie jest blady, a tlący się lód ( https://wsjp.pl/haslo/podglad/16567/tlic-sie ) to piękny przykład oksymoronu, ale nie wiem, co ma mi tu powiedzieć.

Chyba nie

Znaczy, nie żyje?

nie śmierdzi, pachnie

I jest masło na śniadanie ^^

– Żyje – powtórzyła

A nie: potwierdziła?

Smakowała jak wybawienie.

W sumie podmiotem tego zdania jest Margarita…

Pankratz siedzi od dwóch dni w karczmie naprzeciwko, przepijając pańskie spodziewane honorarium.

A mieli być na "ty": Pankratz od dwóch dni siedzi w karczmie naprzeciwko, przepijając twoje honorarium.

niziołek ulotnił się

Wiemy, że to niziołek, i nie trzeba tego powtarzać.

Zwykły, brudny kamień.

Czemu brudny?

Wieża ma zniszczoną piwnicę, zawalił się, częsciowo parter

Hmmm. Piwnica Wieży zniszczona, częściowo zawalił się parter.

cała

Literówka.

spojrzała na jego wciąż tlące się na niebiesko żyły na przedramieniu

Angielskie: spojrzała na żyły na jego przedramieniu, wciąż lśniące niebiesko.

Nic nie wchonąłęm

Niczego nie wchłonąłem.

moje naczynia krwionośne święcą tak od dawna

Literówka. I dlaczego wcześniej nie było tego świecenia widać?

Głównie pod wpływem użycia magii, w stanie silnego pobudzenia emocjonalnego tak się zdarza, że tak to… wygląda. 

?

odparła patrząc

Przecinek: odparła, patrząc.

Akumulowałeś energię która

Akumulowałeś energię, która.

Jesteś chodzącym… uziemieniem

Jeśli nie mają tam elektryczności, to skąd pojęcie uziemienia?

ciało zaprotestowało

Rym.

Spojrzał na jej poważną twarz i pozwolił sobie na cień ironii. 

Tłumaczysz.

Musiałaś się nieźle uśmiać. 

Pewnie się nieźle uśmiałaś.

dziwnie miękkie

Łagodne.

krew uderza mu do twarzy

Do głowy, może, ale do twarzy?

próbując odzyskać rezon

Hmmmmmmmmm…

a jego szczęka zacisnęła się mocno.

Angielskawe.

To jedyne co zapamiętałem o niej.

Jedyne, co, ale nie widzę tu wynikania.

zwykłe, zrozumienie

Co tu robi przecinek?

nawet zdawało mu się, że dostrzegł coś w oczach Margarity

Przecież powiedziałeś, że dostrzegł zrozumienie?

Musiał przerwać tę nieznośną intymność, której nie potrafił zrozumieć.

Łopata.

 stojący po jej stronie

Po jej stronie czego?

widząc jego niezdarny wysiłek

Nie tłumacz aż tak.

w desperackim zrywie

? https://wsjp.pl/haslo/podglad/37137/zryw/3908737/odwagi 

Ich zamiary spotkały się w pół drogi, z głuchym, pozbawionym godności stuknięciem. Jej czoło uderzyło go prosto w skroń.

Patos i antropomorfizacja zamiarów. Oraz czoła. Stuknięcie się głowami jest rozczulające, ale purpura niszczy ten efekt.

Syknął z bólu, bardziej z zaskoczenia.

Syknął, bardziej z zaskoczenia niż z bólu.

Kącik jego ust drgnął.

Hmmm.

Niezdarność nie jest moją specjalnością.

?

Musisz mieć

Angielskie. Masz.

Gdy go brał, ich palce się przypadkowo musnęły. 

Tak same? :)

w jej oczach zauważył coś innego

Co on tam ciągle widzi w tych oczach? XD

cała chwila pękła jak szklana bańka

Prysnąć może nastrój, ale nie chwila.

jak sparzony

Jak oparzony (idiom).

 Czarodziejka wyprostowała się, odwracając do drzwi.

Imiesłów: Czarodziejka wyprostowała się i odwróciła do drzwi.

Pankratz, sam, czerwony na twarzy

Po co podkreślać, że sam?

 Klejnot. – rzucił 

"Rzucił" dużą literą, to nie verbum dicendi.

Za jego pośrednictwem sprzedaliśmy komu trzeba na czarnym rynku na Okrawkach.

… on na pewno miał w tej sprawie coś do powiedzenia? XD

swoim subkoncie

OK, na bankowości się nie znam.

O ile pamiętam, ostatnio z groszem było u ciebie ciężko jak żeś wydał tysiąc orenów w Mahakamie za naprawę swego miecza.

O ile pamiętam, z groszem u ciebie ciężko, od kiedy wydałeś tysiąc orenów w Mahakamie na przekucie miecza.

wstał, spojrzał na Margaritę a potem na Koenrada.

Duża litera, niepaszczowe: Wstał, spojrzał na Margaritę, a potem na Koenrada.

zakończył Pankratz głupkowatym uśmiechem w stronę wiedźmina

? Z głupkowatym uśmiechem pod adresem wiedźmina?

Raczej wątpię, byś potrafił – odparła cicho.

Raczej wątpię, że to potrafisz – skomentowała półgłosem czarodziejka.

Podeszła do niego, siadając znów na krześle.

Jednocześnie? Podeszła do niego i znów usiadła na krześle.

W jej oczach nie widział kobiety, tylko badaczkę

A to nie ona patrzy na niego jak badaczka?

Zanim pociągniesz ten temat – przerwał jej, a jego głos odzyskał nieco chłodu

?

– Boisz się nas – stwierdziła, nie pytała.

– Boisz się nas – stwierdziła. Nie spytała.

– Wolę po prostu gdy nie wszyscy wiedzą o moich tajemnicach– sprostował.

– Wolę po prostu, gdy nie wszyscy znają moje tajemnice – sprostował.

Nie wspomnę też, że jedna czarodziejka również… uczestniczyła w mojej przemianie.

Jak to u wiedźmina, nie?

jej maska profesjonalizmu opadła, odsłaniając czystą, drapieżną ciekawość

Purpura.

Pochyliła się nieznacznie.

Maska?

w jego głosie znów pojawił się cień stali

Co Ty z tymi cieniami w głosie? To mieszana metafora.

Obiecuję, że przekażę ci co nie co na ten temat

Obiecuję, że opowiem ci o tym i owym.

Zamilkł, jakby to ostatnie słowo kosztowało go więcej niż cały skok. Po chwili dodał, odwracając wzrok:

Rym.

Wzbudzasz zaufanie.

? Skąd to się wzięło?

W jej oczach była głębia, której się nie spodziewał. 

Co Ty z tymi oczami?

Nie było chłodnej analizy, lecz… empatia

?

– Uszanuję to

Co uszanuje?

otwierają więcej pytań niż odpowiedzi

Nasuwają więcej pytań, niż dają odpowiedzi.

Otworzyła ponownie księgę, po czym znowu spojrzała na niego tak, że Koenrad nie potrafił wyczytać czy to pojrzenie mówiące o zainteresowaniu fizycznym lub po prostu próba wyłuskania informacji.

Ponownie otworzyła księgę, po czym znowu spojrzała na niego tak, że Koenrad nie zdołał odróżnić, czy kobietę interesuje jego wiedza, czy coś zupełnie innego. Lepiej nie dam rady.

 W takim razie umówmy się na jedno

Umówmy się co do jednej sprawy.

to wszystko sobie w głowie ułożyć

Szyk: ułożyć sobie to wszystko w głowie.

spelumie

Literówka.

podniosła na niego wzrok, a jej oczy błyszczały ciekawością

Ciach: podniosła na niego oczy błyszczące ciekawością.

twoje życie już nigdy nie będzie proste

Hmmm.

 

Why haven't they kissed yet? XD

 

Niezła przygodówka, chociaż miejscami trochę przegadana. Językowo mogłoby być lepiej, jak widać na załączonym obrazku, filozofii przyrody w zasadzie nie było, może na szczęście, więc nie mam czego rozjeżdżać :D

nie mialem nikogo po za AI

Nie polegaj na AI. Serio.

Z kontekstu jak się można wyczytać, oczywiście Koenradowi chodzi o mniej wiecej odpowiednik czarnej materii/atomów, i chodziło mu o coś co spaja/skleja materię.

Eeee… nie. Atomy tak nie działają. Nawet atomy Demokryta. Nic ich nie skleja.

 nie widzę i nie mam siły tworzyć czegoś od zera

Twoja wola, ale oryginalność wychodzi nie wtedy, kiedy się na nią silimy, tylko kiedy jesteśmy skupieni na myśli. Oraz szczerzy. Jeśli znane Ci światy nie będą pasowały do tego, co zechcesz powiedzieć… to może jednak spróbuj?

Po za tym mimo wszystko uważam, że czytając jakieś książki mimowolnie powiela się jakiś schemat przeczytanych autorów, pisząc coś swojego. 

Mmm, do jakiegoś stopnia. Ale miesza się różne schematy, zresztą – jesteś sobą ;)

przez co nosi on znamiona fragmentu

Nosi. Wyraźne.

czytając o kamieniu filozoficznym o którym wiedziałem od dawna (znanym koncepcie alchemii sredniowiecznej) dotarłem, do materii prima

Mmmm… powiem tak. Też tego próbowałam. Nie wyszło. Materia prima jest mało wdzięcznym obiektem do opisywania, bo ona nie ma własności! Jak to pieruństwo opisać? No, nijak.

 chociaż ukończone mam studia historyczne (ale pracuje w informatyce) to nie wiedziałem o tym koncepcie ;)

To jest koncept filozoficzny XD Do zrozumienia bitwy pod Grunwaldem i defenestracji praskiej nijak niepotrzebny :D A jaka jest metafizyka Wiedźmina? Nie wiem. Nie wiem, czy sam Sapkowski wie, bo ze znanych mi pisarzy metafizyką swoich światów przejmowali się tylko Tolkien, Dick i Sanderson.

ja jestem zwolennikiem tego, że nie trzeba wymyślać koła na nowo, żeby przedstawić coś w odświeżony sposób

Bo nie trzeba, ale nie o to chodzi, żeby nie wymyślać nowych światów, bo tego nie unikniesz. Chodzi o to, żeby je wymyślać po swojemu ;) Emily Short gdzieś o tym pisała…

tylko po prostu zrobić coś w odwrócony sposób

I to jest tworzenie światów ^^ tylko na mniejszą skalę.

Niektórzy twierdzą nawet (i również się z nimi zgadzam), że od czasów Homera wszystko zostało już napisane.

Jak każde twierdzenie, także i to jest prawdziwe, kiedy je odpowiednio zinterpretować, a nieprawdziwe, kiedy nieodpowiednio :P

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Na wstępie chcę ci podziękować za tak dobitną analizę tekstu. Przyznaję, że zabierałem się dzisiaj za odpisanie, na te bardzo konstruktywną, ale jednak, krytykę, lecz ciągle ktoś mi przerywał i ostatecznie gdy miałem opisany cały już wywód, to komputer się wziął i rozładował. Niestety poszedł ACPI-shutdown, czyli wyłączenie komputera bez hibernacji systemu, zatem RAM został wyczyszczony. A tym samym też draft odpowiedzi w przeglądarce.

 

Czytaj – wszystko poszło w piach.

 

Postaram się jednak mniej więcej odtworzyć to co pisałem. Jeżeli coś ominę a byś chciała, żebym pociągnął – to zwróć uwagę. 

 

Jeszcze raz ci dziękuje za analizę tekstu, bo jest dla mnie bardzo cenna.

 

Miał chudą żonę, znaczy XD Zdaje mi się, że budujesz zdania za długie na swoje możliwości – przez to wychodzą mętne i nie do końca poprawne interpunkcyjnie (tu przecinek powinien być także po "który", bo zaczyna się wtrącenie). I ta "marka"… Oj, sapkowszczyznyim się zachciewa, daję słowo :D

 

czyli – “to styl trudny, a to inna liga, a ty jesteś niżej”

Ale ja sobie zdaje sprawę z tego :)

Po pierwsze nie jestem pisarzem :) A kimś kto wrócił po latach do napisania czegoś z potrzeby ducha i tego, że w końcu nie boję się jak kiedyś ukazywać czegoś światu.

Tylko ja naprawdę lubię ten styl. 

Masz rację co do jednego – inspiruję się Sapkowskim, nie ma sensu temu zaprzeczać. Ale nie tylko nim. Trochę też jest Pilipiuka. Bardzo lubię ironię, lekkie przerysowanie i zdania wielokrotnie złożone, nawet jeśli czasem oznacza to balansowanie na granicy przesytu.

Mam też pełną świadomość, że to styl ryzykowny i że – jak słusznie zauważył beeecki – sam sobie podnoszę poprzeczkę, wystawiając się na ostrzejszą krytykę warsztatową. Nie zamierzam jednak kapitulować, bo narazie – najwięcej mi sprawia radości pisanie w tym właśnie stylu. Przynajmniej narazie.

A w sumie o to mi chodzi, żeby się z tego cieszyć :)

Zdaję sobie sprawę, że długie zdania potrafią się czasem wymknąć spod kontroli – dlatego takie konkretne uwagi, jak Twoje, są dla mnie naprawdę cenne. Pomagają wyłapywać miejsca, gdzie forma zaczyna szkodzić klarowności. 

Będę próbował dalej, testował, Sapkowski też w porównaniu do “Wiedźmina” z lat 80, do “Rodroża Kruków”, styl rozwinął, zmienił. 

 

Anglicyzmy– być może dlatego, że na co dzień odpisuje, pisze i rozmawiam w angielskim ze względu na pracę w korpo i nie ukrywam, że w głowie czasem zdarza mi się nawet myśleć po angielsku i być może dlatego ich dużo. Szczerze, nie zwracałem na to uwagi. Ale patrząc na twoje uwagi rzeczywiście tak jest. Postaram się zwrócić na to uwagę w następnych tekstach.

Jeszcze pamiętam że było słowo skrobit.

Chodziło mi o skrobot, literówka do powyższego słowa. Wiem, że jest takowe nazwisko i słowa jako tako takiego nie ma, ale przynajmniej u mnie się tak mówiło :) Ale fakt, trzeba dbać o język, zmienię na chrobot, bo to słowotwórstwo, w które nie chce iść.

 

Literówki, szyk zdań masz w stu procentach rację i nawet nie dyskutuję. Dziękuje ci jeszcze raz bo taka analiza kosztuje dużo czasu.

 

Uwagi dotyczące świata:

 

Imię Koenrada – Dutch: Coen, Coenraad, Koen(raad), Koendert, Koene.

Wziąłem to imię jako odpowiednik duński imienia Konrad, ale usunąłem a. Wymawiać można Konrad, Koenrad. Whaterver ;) (Wiem, wystawiam ci się po raz kolejny :))

 

Kościół – W Novigradzie istniał Kult Wiecznego Ognia, czasem zamiennie używanym w uniwersum Kościołem Wiecznego Ognia.

Bogowie – Sapkowski z powszechnie znanym sobie luźnym podejściem do świata, a raczej – jego konstrukcji, często mówił a a nie mówił be. Nie mniej Bogów było kilka. Melitele, Kreve, był Dagon, Epona, wspomniany Wieczny Ogień. Jednak próżno tu szukać głębszej metafizyki do której na końcu swojej analizy nawiązujesz. 

Materia Prima. Ja mam świadomość tego, że to idea. Jednak jak wspomniałaś, po prostu tworzę w małym zakresie swój własny świat, tylko na mniejszą skalę. Uznałem że połączę koncept Materia Prima, połączę z ciemną energią i zobaczę co się stanie. 

 

Nie wspomnę też, że jedna czarodziejka również… uczestniczyła w mojej przemianie.

Jak to u wiedźmina, nie? – nie stwierdzono nigdy w sadze Sapkowskiego czarodziejki, żeby uczestniczyły w Próbach Traw. Zawsze byli mężczyzni.

Ja zamierzam to zmienić.

Eeee… nie. Atomy tak nie działają. Nawet atomy Demokryta. Nic ich nie skleja.

Niechce ciągnąć tego tematu. Uczono mnie, że atom składa si

Why haven't they kissed yet? XD

Bo to nie jest Geralt, przysiągł sobie zaliczanie każdej czarodziejki którą napotka na drodze ;)

(chociaż też z czarodziejki będzie miał na swojej drodze)

 

Niezła przygodówka, chociaż miejscami trochę przegadana. Językowo mogłoby być lepiej, jak widać na załączonym obrazku, filozofii przyrody w zasadzie nie było, może na szczęście, więc nie mam czego rozjeżdżać :D

 

Dziękuję. Mam świadomość, że było trochę przegadania. Ide była taka – zbiera się chwacka drużyna która chce coś ukraść. Trochę zwariowana. Napewno gdybym miał więcej czasu, siły i dobrego betę, to bym to zrobił lepiej. Ale nie miałem już sił, a tym osobom którym to pokazałem a nie nie są “betami” stwierdzili, że jest naprawdę fajne, więc wrzuciłem.

 

Jeszcze raz – dziekuje ci za ten noworoczny fajny komentarz. Wszystkiego Najlepszego w Nowym roku :)

 

 

EDIT:

Zapomniałbym.

 

Co do atomów – tu akurat pozwolę sobie lekko doprecyzować :)

Nie chodziło mi o „klej” w sensie dosłownym, tylko o skrót myślowy / metaforę. Atomy i jądra nie istnieją „same z siebie”, tylko dzięki oddziaływaniom (silnym, elektromagnetycznym itd.), które utrzymują strukturę. W tym sensie Koenrad mówi o „czymś, co spaja”, coś co łączy. Jak używałem w komentarzach o kleju itp, to wynikało, że szukałem jakiejś metafory w quasi-średniowiecznym fantasy wiedźmina które może pasować do próby wytłumaczenia tego. 

Jeśli to brzmi zbyt dosłownie – fair, przyjmuję uwagę warsztatowo. Sens był jednak intuicyjny i narracyjny, nie popularnonaukowy.

 

Melendur88

Czytaj – wszystko poszło w piach.

Ano, tak bywa. Niestety…

czyli – “to styl trudny, a to inna liga, a ty jesteś niżej”

Hej, hej, hej. Powoli. Nie do końca. Sapkowski pisze jak Sapkowski, ponieważ jest Sapkowskim. A Ty jesteś Tobą. Może przypominasz Sapkowskiego w istotnych aspektach, skąd mam wiedzieć? Ale – wpadłam wczoraj na taki fajny artykuł: https://laurarbnsn.substack.com/p/three-questions-to-ask-yourself-before Owszem, zawartą w nim poradę można streścić "nie pisz satyry, jeśli nie masz poczucia humoru", ale przeczytaj. Krytykowani przez autorkę ludzie nie są Lewisem. A Ty nie jesteś Sapkowskim. Czy to źle?

Bardzo lubię ironię, lekkie przerysowanie i zdania wielokrotnie złożone, nawet jeśli czasem oznacza to balansowanie na granicy przesytu.

Wszystko to są dobre rzeczy – o ile są dobrze zrobione. A to trzeba wyćwiczyć. Skoro wracasz po latach, to nie można wykluczać, że trochę zardzewiałeś i musisz się rozruszać.

Nie zamierzam jednak kapitulować, bo narazie – najwięcej mi sprawia radości pisanie w tym właśnie stylu. 

I bardzo dobrze. Chodzi o to, żebyś się w nim rozruszał.

 nie ukrywam, że w głowie czasem zdarza mi się nawet myśleć po angielsku

Mnie też się zdarza – z drugiej strony, parę rzeczy przetłumaczyłam, co wymusza troszkę bardziej, hmmm, świadome podejście do anglicyzmów. Bo gdyby tłumaczyć słowo za słowem, to równie dobrze moglibyśmy być guglem :)

Wiem, że jest takowe nazwisko i słowa jako tako takiego nie ma, ale przynajmniej u mnie się tak mówiło :)

Hmmm, regionalizm, znaczy? :D

Wiem, wystawiam ci się po raz kolejny :))

XD

 W Novigradzie istniał Kult Wiecznego Ognia, czasem zamiennie używanym w uniwersum Kościołem Wiecznego Ognia.

Aaaa, to było to z tymi zniczami? Teraz mi się coś kołacze, ale żadnych konkretów co do tej religii nie pamiętam :)

Jednak próżno tu szukać głębszej metafizyki do której na końcu swojej analizy nawiązujesz. 

Większość fantastów, na ile udało mi się zaobserwować, nie przejmuje się metafizyką. W sumie tak na co dzień nie muszą, chociaż czasem, jak coś walną…

Uznałem że połączę koncept Materia Prima, połączę z ciemną energią i zobaczę co się stanie. 

OK, tylko pamiętaj, że jak coś już ma nazwę, to takie kombinacje mogą być straszliwie mylące dla ludzi, którzy tę nazwę znają i łączą z czymś konkretnym. Jeśli, powiedzmy, piszę, że bohaterka jechała pociągiem, a potem, że ten pociąg rżał i parskał, to czytelnik się zawiesi (przykład celowo przerysowany).

nie stwierdzono nigdy w sadze Sapkowskiego czarodziejki, żeby uczestniczyły w Próbach Traw

A Triss nie świerzbiły paluszki? Chociaż faktycznie nic z tego nie wyszło…

Niechce ciągnąć tego tematu. Uczono mnie, że atom składa si

To nie ciągnij :D Ale atomy współczesnej fizyki (których tu raczej nie mają szans znać) i atomy Demokryta to dość różne koncepcje.

Bo to nie jest Geralt, przysiągł sobie zaliczanie każdej czarodziejki którą napotka na drodze ;)

XD

Napewno gdybym miał więcej czasu, siły i dobrego betę, to bym to zrobił lepiej.

Jak mawiał Mark Twain, wszystko można by zrobić lepiej :)

Wszystkiego Najlepszego w Nowym roku :)

I wzajemnie!

Atomy i jądra nie istnieją „same z siebie”, tylko dzięki oddziaływaniom (silnym, elektromagnetycznym itd.), które utrzymują strukturę. 

To jest bardzo nowoczesna koncepcja, o ile wiem. Czy dałoby się do niej dojść w świecie Wiedźmina? Nie mam pojęcia. W każdym razie nie jest jedyną możliwą i w zasadzie nie da się dowieść ani sfalsyfikować. Ale w filozofię nauki też nie mam w tej chwili ochoty brnąć, zatem.

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Kratzen gadał, że ten majtek twierdził, to niby jakaś mapa albo szyfr.

W tym zdaniu brakuje że, przed to, ale kłopotek polega na tym, że masz tych że w akapicie od cholery. Warto by cały przeredagować, żeby go odżeżować.

 

Cofnął dłoń natychmiast, z obrzydzeniem, jakby dotknął rozrzarzonego metalu.

Rozżarzony! metal nie budzi obrzydzenia, przynajmniej u mnie!;)

 

Powiem Ci Melendurze88 rzecz, która Cię pewnie zasmuci. Powinieneś zarzucić, na razie, pisanie powieści. Opowiadanie wyszło fajnie. Spełnia wymogi konkursu, jest fabuła, żeby nie powiedzieć: “dzieje się!”, jest dowcipnie i momentami (nieco) strasznie. 

W odróżnieniu od powieści nie ma przegadanych infodumpów, nie ma tysiąca pojęć i odniesień do świata, dzięki czemu czytelnik wciąga się i nie czuje się zagubiony. 

I nawiązania do świata Wiedźmina też mi się podobało.

delulu managment

Warto by cały przeredagować, żeby go odżeżować.

Ożeż XD

Powinieneś zarzucić, na razie, pisanie powieści. Opowiadanie wyszło fajnie.

Jedno z drugiego nie wynika :D

 

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Jedno z drugiego nie wynika :D

Wynika, bo opowiadanie autor ogarnął, a powieść mu się rozchodzi ;P

 

delulu managment

W tym zdaniu brakuje że, przed to, ale kłopotek polega na tym, że masz tych że w akapicie od cholery. Warto by cały przeredagować, żeby go odżeżować.

Ta, brak bety niestety. Tą wypowiedź i fragment kilka razy zmieniałem i poprawiałem bo tak naprawdę od tego zaczyna się przygoda a pomysł na to jak ma ów mapa wyglądać miałem z kilka konceptów ;) Już poprawiłem :)

 

Powiem Ci Melendurze88 rzecz, która Cię pewnie zasmuci. Powinieneś zarzucić, na razie, pisanie powieści. Opowiadanie wyszło fajnie. Spełnia wymogi konkursu, jest fabuła, żeby nie powiedzieć: “dzieje się!”, jest dowcipnie i momentami (nieco) strasznie. 

W odróżnieniu od powieści nie ma przegadanych infodumpów, nie ma tysiąca pojęć i odniesień do świata, dzięki czemu czytelnik wciąga się i nie czuje się zagubiony. 

I nawiązania do świata Wiedźmina też mi się podobało.

Po pierwsze bardzo dziękuję za miłe słowa(szczególnie od tak znanej członikini loży) i za to, że mimo iż pisanie opowiadań w świecie wiedźmina (wiem, powinienem pisać swoje) nie zostało uznane tutaj za afront ;) Mam swoją wizję i po prostu chce się z nia podzielić światem. Co z tego wyjdzie – zobaczymy. Uznałem, że zbyt długo moje pomysly zostawały w głowie.

 

A co do powieści, raczej nie, ale seria opowiadań tak :) A i pokazuje, że może szortów. Zobaczymy. Napewno wena obecnie jest a jak to ADHDowca, takiego jak ja – świeca duża, ale lont krótki. Więc trza korzystać, póki wena się płonie :)

 

@Tarnina jeszcze raz ci dziekuje też za fachową analizę. Dała mi bardzo dużo do myślenia.

Melendur88

Wynika, bo opowiadanie autor ogarnął, a powieść mu się rozchodzi ;P

Musimy poważnie pogadać o wynikaniu XD

Dała mi bardzo dużo do myślenia.

Cieszę się, że pomogłam ^^

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Nowa Fantastyka