- Opowiadanie: melendur88 - Ostatni Gryf | Materia Prima

Ostatni Gryf | Materia Prima

Tekst po­wstał w ra­mach kon­kur­su „Mapa skar­bów: dar czy prze­kleń­stwo”. W trak­cie pracy nad innym opo­wia­da­niem — które, mam na­dzie­ję, prę­dzej czy póź­niej ujrzy świa­tło dzien­ne —  moja nie­oce­nio­na pomoc, Ro­bert Raks pod­rzu­cił mi in­for­ma­cję o kon­kur­sie. Do­wie­dzia­łem się jed­nak zbyt późno, by zmie­ścić się w ter­mi­nie. Nie zdą­ży­łem. 

Ma­te­ria Prima jest czę­ścią mojej mi­ni-se­rii o wiedź­mi­nie Ko­en­ra­dzie. Do tej pory uka­zał się Ostat­ni Gryf: Upiór z Velen(nie­dłu­go wrzu­cę jego re­print); ten tekst można trak­to­wać jako jego kon­ty­nu­ację, choć w rze­czy­wi­sto­ści po­wstał tro­chę na ubo­czu głów­ne­go nurtu — przy­pad­kiem, z im­pul­su, bez pier­wot­ne­go planu na „ko­lej­ny tom”.

Sam po­mysł na­ro­dził się szyb­ko, a potem zo­stał po­skła­da­ny z róż­nych daw­nych mo­ty­wów: za­pi­sków, nie­wy­ko­rzy­sta­nych po­my­słów i jed­nej sta­rej przy­go­dy RPG. W efek­cie po­wsta­ła ło­trzy­kow­ska bal­la­da w kli­ma­cie wiedź­miń­skim — hi­sto­ria o ry­zy­kow­nym pla­nie, chci­wo­ści, ilu­zji kon­tro­li i skar­bie, który nie­ko­niecz­nie oka­zu­je się tym, czym miał być.

Nie zdą­ży­łem na kon­kurs, ale mimo to po­sta­no­wi­łem ten tekst po­ka­zać. Co z tego wy­szło — za­pra­szam do lek­tu­ry.

 

Hasła:

 

Klej­not (z I grupy: Skar­by) – w opo­wia­da­niu funk­cjo­nu­je jako "Klej­not" / bro­sza. 

Szyfr (z II grupy: Za­mknię­cie/Ukry­cie) – po­ja­wia się jako za­bez­pie­cze­nie mapy Sła­wo­sza Ha­bich­ta ("Jego pry­wat­ny Szyfr").

Wieża (z III grupy: Coś zwy­kłe­go/Miej­sce) 

 


Wrzu­cam mimo wszyst­ko opo­wia­da­nie, nie ocze­ku­ję i też wiem że nie zo­sta­nie uwzględ­nio­ne w kon­kur­sie, na­to­miast chcę mimo wszyst­ko po­dzie­lić się z ludź­mi tym co uro­dzi­ło mi się w gło­wie.

 

Za wszel­ki brak za­im­ków, wo­ła­czy i in­nych do­peł­nia­czy, o wy­ba­cze­nie pro­szę:)

 

We­so­łych świąt. I miłej mam na­dzie­je lek­tu­ry.

 

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Biblioteka:

Użytkownicy

Oceny

Ostatni Gryf | Materia Prima

 

Roz­dział I

 

Pew­ne­go razu w No­vi­gra­dzie, roku 1252.

 

Lokal w dziel­ni­cy Okraw­ki, który to Pan­kratz Nacht obrał na kwa­te­rę głów­ną in­te­re­su, szum­nie i bez­tro­sko na­zwa­ne­go „Nacht – Roz­wią­zu­je­my Pro­ble­my”, w samej rze­czy na­strę­czał głów­nie pro­ble­mów, i to na­tu­ry by­naj­mniej nie bła­hej, bo es­te­tycz­nej. Ru­de­ra chy­li­ła się ku upad­ko­wi, urą­ga­jąc pra­wom ar­chi­tek­tu­ry, a przy tym cuch­nę­ła nie­mi­ło­sier­nie. Był to za­pach nader skom­pli­ko­wa­ny, swo­isty me­lanż świe­żo bej­co­wa­nej sosny i wil­got­ne­go tynku, który roz­pacz­li­wie, acz bez­sku­tecz­nie usi­ło­wał za­ma­sko­wać fetor bi­ją­cy z są­sied­niej ulicy. Tam bo­wiem kon­cept ka­na­li­za­cji po­zo­sta­wał sferą czy­stej abs­trak­cji, gdyż ka­na­ły do ulicy Fo­ry­sio­wej nigdy nie do­tar­ły. Stało się tak na sku­tek burz­li­wych obrad raj­ców miej­skich, któ­rzy nie zdo­ła­li usta­lić, kto ów wy­da­tek wi­nien po­kryć, zwłasz­cza w ob­li­czu faktu, iż skar­biec miej­ski świe­cił pust­ka­mi po nader kosz­tow­nej i re­pre­zen­ta­cyj­nej wy­mia­nie bruku na Zło­tym Mie­ście. 

Mimo to Pan­kratz, kon­do­tier i sa­mo­zwań­czy ma­gnat bran­ży ochro­niar­skiej, po­zo­sta­wał nie­po­praw­nym opty­mi­stą, który wbrew zdro­we­mu roz­sąd­ko­wi i pra­wom na­tu­ry, wie­rzył w siłę wła­snej marki.

Wiedź­min, Ko­en­rad z cechu Gryfa, stał przy oknie, obo­jęt­nie żując twar­dy jak po­de­szwa ka­wa­łek su­szo­nej wo­ło­wi­ny. Cze­kał na za­pła­tę za grup­kę utop­ców, która stra­szy­ła ludzi Na­chta strze­gą­cych ma­ga­zy­nu z im­por­to­wa­ną cy­try­nów­ką z Nil­fga­ar­du, opo­dal Mostu św. Grze­go­rza. Ro­bo­ta pro­sta, za­pła­ta, jak się oka­za­ło, mniej.

Drzwi do biura otwo­rzy­ły się z hu­kiem god­nym ta­ra­nu. Do środ­ka wto­czył się Pan­kratz, blon­dyn grubo po trzy­dzie­ste, czer­wo­ny na twa­rzy, wy­raź­nie pod­eks­cy­to­wa­ny, choć tym razem nie go­rzał­ką. W dłoni ści­skał zmię­ty per­ga­min.

– Ko­en­rad! Patrz, co mam! – ryk­nął, waląc pa­pie­rem w biur­ko aż pod­sko­czył ka­ła­marz, roz­le­wa­jąc atra­ment na (na szczę­ście pustą) księ­gę ra­chun­ko­wą.

Ko­en­rad prze­łknął w końcu wo­ło­wi­nę. Po­wo­li.

– Co, znowu? – rzekł cicho, nie od­wra­ca­jąc się. – Moltz dał ci gor­szy rejs niż ostat­nio, a Krat­zen do­słał stary kwit za sery, prze­żar­te przez szczu­ry?

– Lep­sze! Krat­zen, ten łysy kre­tyn, przy­szedł do mnie ostat­nio z za­pła­tą, zde­ne­ro­wa­ny jakiś był. Oka­za­ło się, że jego maj­tek upu­ścił mu skrzy­nię. Dał za­pła­tę, lecz rzu­cił mi to w twarz, mó­wiąc, że to stary, bez­war­to­ścio­wy grat, co za­le­ga mu w ła­dow­ni i że to moja pre­mia. Na co ja, że co naj­wy­żej mogę sobie ten papier w rzyć wsa­dzić!

– Świet­nie – od­parł Ko­en­rad, ob­ra­ca­jąc się. W jego bursz­ty­no­wych oczach po­ja­wił się le­d­wie wi­docz­ny błysk roz­ba­wie­nia. – Za­pła­cisz mi w takim razie od razu za te utop­ce, zanim co­kol­wiek sobie wsa­dzisz.

– Za­pła­cę, za­pła­cę, nie bój żaby. Ale popatrz na ten papier! – Pan­kratz z dumą, godną co naj­mniej od­kryw­cy no­wych lądów, oka­zał za­pie­czę­to­wa­ny per­ga­min. – Krat­zen pysz­czył, że ten jego maj­tek za­rze­kał się na wszyst­kie świę­to­ści, iż to mapa jest. Albo i szyfr jaki. Bąkał, że słu­żył kie­dyś u sa­me­go Ba­ro­na von Hessa, i to plan do skarb­ca musi być. Łysy uznał to za gówno bez­war­to­ścio­we, czasu na gusła tra­cić nie za­mie­rzał. Z po­cząt­ku, żem nie wie­rzył. I pieniędzy żem chciał. Ale ja ci mówię, że to in­te­res. Zo­bacz, wiedź­mi­nie. Na tę pie­częć.

Ko­en­rad wy­cią­gnął rękę. Palec mu­snął za­la­ko­wa­ny zwój.

Cof­nął dłoń na­tych­miast, z obrzy­dze­niem, jakby do­tknął roz­ża­rzo­ne­go me­ta­lu. Nie bo­la­ło. Było go­rzej. W ułam­ku se­kun­dy opusz­ki zdrę­twia­ły, a cichy, ko­ją­cy szum magii, który dzię­ki swo­jej mu­ta­cji za­wsze sły­szał gdzieś z tyłu czasz­ki, zo­stał bru­tal­nie ucię­ty. Pust­ka. Uczu­cie nie­na­tu­ral­ne, jakby krew w ży­łach gwał­tow­nie zmie­ni­ło rytm.

– Co jest? – Pan­kratz zmarsz­czył brwi. – Ugry­zło cię coś?

– Dwi­me­ryt – mruk­nął Ko­en­rad, wy­cie­ra­jąc dłoń o spodnie, by po­zbyć się tego chło­du. – Czy­sty. Kto­kol­wiek to za­pie­czę­to­wał, bar­dzo nie chciał, żeby za­brał się do tego mag. Albo ktoś taki jak ja.

Po­chy­lił się nad tek­stem, sta­ran­nie uni­ka­jąc do­ty­ka­nia me­ta­lu.

– Po­patrz na to – wska­zał pa­znok­ciem. – Na otoku pie­czę­ci bie­gnie in­skryp­cja w Star­szej Mowie. Ale śro­dek…

W cen­trum pie­czę­ci wid­niał gra­we­ru­nek. Chaos kre­sek. Przy­po­mi­na­ło to prze­krój dzi­wacz­nej ro­śli­ny nie z tego świa­ta, albo mapę nieba wi­dzia­ną z dna stud­ni. Obraz był nie­po­ko­ją­cy, nie­lo­gicz­ny i kom­plet­nie nie­zro­zu­mia­ły. Jak beł­kot sza­leń­ca za­klę­ty w me­ta­lu.

– Wy­glą­da jak ba­zgro­ły wa­ria­ta – oce­nił fa­cho­wo Pan­kratz.

– Albo kogoś, kto wi­dział rze­czy, któ­rych nie po­tra­fił na­zwać – mruk­nął Ko­en­rad. – To Star­sza Mowa…

Prze­niósł wzrok na tekst mapy, za­wie­sił głos.

– Jakiś dziw­ny, ar­cha­icz­ny dia­lekt. Roz­po­zna­ję nie­któ­re słowa. Tu jest… Tor. Wieża. A tu… De­arth. Kryp­ta? Może Skar­biecMaen. Klej­not. Wy­glą­da jak szyfr.

– Szyfr! Wie­dzia­łem! – ryk­nął kon­do­tier, za­cie­ra­jąc dło­nie. – Czyli co? Wła­zi­my? Je­ste­śmy bo­ga­ci?

– Gdzie? – Ko­en­rad spoj­rzał na niego jak na głupca. – Do wieży von Hessa? Skoro pie­częć jest z dwi­me­ry­tu, to zna­czy, że autor był pa­ra­no­ikiem, który nie­na­wi­dził magii, zaś wieża za­pew­ne jest na­je­żo­na pu­łap­ka­mi, które mają zabić każ­de­go, kto spró­bu­je użyć za­klę­cia. Nie po­my­śla­łeś o tym?

Pan­kratz za­tarł dło­nie jesz­cze moc­niej, a w jego oczach za­pa­lił się ten cha­rak­te­ry­stycz­ny, chci­wy błysk.

– No… to może by…

– Nie – prze­rwał mu zimno Ko­en­rad. – Nie będę brał udzia­łu w na­pa­dzie na wieżę Ba­ro­na. Nie je­stem zło­dzie­jem. A poza tym, ten dwi­me­ryt… – spoj­rzał na pie­częć z nie­sma­kiem – …su­ge­ru­je kło­po­ty, od któ­rych wolę trzy­mać się z da­le­ka.

– Ale…

– Po­słu­chaj. – Wiedź­min oparł się o biur­ko. – Do ta­kiej ro­bo­ty po­trze­bu­jesz cza­ro­dziej­ki, albo kogoś dobrze obeznanego z magią, który roz­broi ma­gicz­ne za­bez­pie­cze­nia – choć z tym dwi­me­ry­tem, czarodziejka bę­dzie miała cho­ler­ny pro­blem. I cho­ler­nie do­bre­go wła­my­wa­cza. Ty masz tylko mnie, a ja wła­śnie mówię "nie".

– I tu cię mam, młody! – Pan­kratz wy­szcze­rzył zęby. – Bo my to wszyst­ko mo­że­my mieć! Znam spe­cja­li­stę od me­cha­ni­ki! Naj­lep­szy w No­vi­gra­dzie. A cza­ro­dziej­kę… też znam! Na­to­miast pro­blem von Hessa już nie ist­nie­je.

Ko­en­rad spoj­rzał na niego z nie­do­wie­rza­niem.

– Mnie­mam, że chcesz za­ofe­ro­wać Mar­ga­ri­cie Laux-An­til­le udział w na­pa­dzie na po­sia­dłość naj­bo­gat­sze­go wa­ria­ta w tym mie­ście? Bo pil­no­wa­łeś raz jej kotów w domu? Czy ty kurwa z w miarę za­czy­na­ją­ce­go pro­spe­ro­wać biz­nes­me­na chcesz zo­stać po­spo­li­tym rze­zi­miesz­kiem?

– Po pierw­sze: mie­nia! A po dru­gie… Baron von Hess nie żyje! Zszedł ty­dzień temu! – wy­szep­tał trium­fal­nie kon­do­tier. – Umarł na zawał. Wieża stoi pusta. Ko­ściół i Rada Miej­ska się o nią żrą. Mamy okno, ro­zu­miesz? Dom bez pana!

Wiedź­min mil­czał przez chwi­lę. Spoj­rzał na dzi­wacz­ną, nie­zro­zu­mia­łą pie­częć z dwi­me­ry­tu. Kto­kol­wiek to na­pi­sał, nie­na­wi­dził magów. A teraz Pan­kratz chciał z tym iść do cza­ro­dziej­ki. Iro­nia losu była do­praw­dy wy­kwint­na. A zdrę­twia­ły palec przy­po­mi­nał mu, że w tej grze staw­ka może być wyż­sza niż złoto.

– Nadal po­trze­bu­jesz cza­ro­dziej­ki, żeby to od­czy­tać – zwró­cił uwagę Ko­en­rad. – Nawet jeśli ten metal spra­wi, że roz­bo­li ją głowa.

– No! – Pan­kratz chwy­cił per­ga­min. – Więc nie ofe­ru­ję jej na­pa­du! Je­dy­nie… eks­per­ty­zę! Pro bono! Dla nauki!

Ko­en­rad wes­tchnął cięż­ko, czu­jąc, że i tak nie wygra.

Pro pu­bli­co bono– mruk­nął, ru­sza­jąc po miecz, który wcze­śniej odło­żył, opie­ra­jąc o ścia­nę. – Do­brze. Pój­dzie­my do niej. Ale nie zdziw się, jak rzuci w nas pio­ru­nem, albo po pro­stu wy­rzu­ci za drzwi, gdy tylko po­czu­je ten dwi­me­ry­to­wy smród. I za­płać mi wresz­cie za te utop­ce, Pan­kratz.

 

Roz­dział II

 

No­vi­gradz­ka filia Aka­de­mii Oxen­furc­kiej nie była miej­scem, które Ko­en­rad od­wie­dzał dla przy­jem­no­ści. Pa­no­wał tu za­duch sta­rych wo­lu­mi­nów, a w po­wie­trzu uno­si­ła się na­pu­szo­na pew­ność sie­bie co nie­któ­rych mło­dych adep­tów magii. Mie­rzy­li go wzro­kiem, jakby był ko­lej­nym, choć rzad­kim, eks­po­na­tem z be­stia­riu­sza. Prze­cha­dza­ło się tam i nazad kilku bel­frów w spi­cza­stych cza­pach, któ­rzy rzu­ca­li na wiedź­mi­na ukrad­ko­we spoj­rze­nia, mam­ro­cząc coś pod nosem. Ko­en­rad zi­gno­ro­wał ich, tak jak igno­ro­wał che­micz­ny, słod­ka­wy aro­mat, który przy­po­mi­nał pa­lo­ny cu­kier i fioł­ki z drzwi, do któ­rych zmie­rza­li.

Pan­kratz, który sapał obok niego, pró­bu­jąc jed­no­cze­śnie wcią­gnąć brzuch i nadać twa­rzy wyraz „świa­tow­ca”, co rusz oglą­dał się za co zgrab­niej­szy­mi stu­dent­ka­mi. Ko­en­rad, co tu kryć, czy­nił po­dob­nie, choć z mniej­szą osten­ta­cją. W końcu kon­do­tier za­trzy­mał się przed drzwia­mi z ma­ho­niu, na któ­rych wi­sia­ła mała, mo­sięż­na ta­blicz­ka:

M. Laux-An­til­le. Pra­cow­nia Al­che­micz­na.

– Tu – mruk­nął kon­do­tier, bar­dziej do sie­bie niż do Ko­en­ra­da.

Wy­pro­sto­wał fio­le­to­wy ka­ftan, po­cią­gnął nosem i, za­miast pukać, wal­nął w drzwi otwar­tą dło­nią, aż za­dud­ni­ło.

– Pani Mar­ga­ri­to! To ja, Nacht! In­te­res przy­no­szę!

Drzwi otwo­rzy­ły się bez­sze­lest­nie, wpra­wia­jąc Pan­krat­za w lekką kon­ster­na­cję, bo o mało nie wpadł do środ­ka.

Wnę­trze pra­cow­ni miało cha­rak­te­ry­stycz­ne, wy­so­kie skle­pie­nie; wszę­dzie pię­trzy­ły się półki z księ­ga­mi, re­tor­ta­mi, alem­bi­ka­mi, sło­ja­mi z jasz­czur­ka­mi i in­ny­mi stwor­ka­mi za­nu­rzo­ny­mi w for­ma­li­nie. Po­środ­ku stała ko­bie­ta.

Ko­en­rad wi­dy­wał już pięk­ne ko­bie­ty. Ta tutaj była inna. Mar­ga­ri­ta Laux-An­til­le wy­glą­da­ła, jakby była rzeź­bą bo­gi­ni mi­ło­ści. Jej fa­lo­wa­ne, złote włosy opa­da­ły na ra­mio­na w ar­ty­stycz­nym nie­ła­dzie, a błę­kit­ne oczy pa­trzy­ły na nich z mie­sza­ni­ną roz­ba­wie­nia i ledwo skry­wa­nej iry­ta­cji. Miała na sobie pro­stą, la­bo­ra­to­ryj­ną suk­nię, która jed­nak w jakiś spo­sób pod­kre­śla­ła wszyst­ko, co po­win­na. Spo­tkał się z nią wzro­kiem; spoj­rze­nie, które wy­wo­ła­ło w nim na tyle dziw­ny skurcz w żo­łąd­ku, że na­tych­miast od­wró­cił wzrok.

– Pan… Nacht? – Jej głos był me­lo­dyj­ny, ale chłod­ny. Zmarsz­czy­ła lekko czoło, pró­bu­jąc umiej­sco­wić po­tęż­ną po­stać. – Ach, tak. Czło­wiek od… pil­no­wa­nia mie­nia. Wy­wią­zał się pan, muszę przy­znać. Moje koty były za­do­wo­lo­ne.

Wiedź­min par­sk­nął śmie­chem, zaś twarz Pan­krat­za ob­la­ła się potem. Szyb­ko jed­nak od­zy­skał rezon.

– A, tak! Drob­nost­ka, szla­chet­na pani! – za­re­cho­tał ner­wo­wo. – Ale ja tu w innej spra­wie! Więk­szej!

Wzrok cza­ro­dziej­ki prze­niósł się z Pan­krat­za na Ko­en­ra­da. Od­chy­li­ła lekko głowę, mru­żąc nie­znacz­nie oczy. Jej palce, do tej pory błą­dzą­ce po ja­kimś al­che­micz­nym przy­rzą­dzie, znie­ru­cho­mia­ły. Prze­su­nę­ła po nim spoj­rze­niem od stóp do głów, a kącik jej ust drgnął ledwo za­uwa­żal­nie.

–  A kogo żeś mi tu przy­pro­wa­dził? Pań­skie­go… po­moc­ni­ka od no­sze­nia mebli?

– To Ko­en­rad! – wy­pa­lił dum­nie Pan­kratz. – Wiedź­min! Po wsiach go wo­ła­ją… Upio­rem z Ve…–

– Wiedź­mi­nem Ko­en­ra­dem, jeśli łaska – prze­rwał mu gład­ko wiedź­min, zanim kon­do­tier zdą­żył do­koń­czyć ten nie­for­tun­ny tytuł. – Z cechu Gryfa. I za­pew­niam szla­chet­ną panią, że po wsiach wie­dzą głów­nie to, że znam się na rze­czy. A Pan­kratz… cóż, Pan­kratz płaci. Za­zwy­czaj.

Mar­ga­ri­ta unio­sła brew. Uśmiech­nę­ła się cie­plej, lecz w oczach próż­no go było szu­kać.

– Wiedź­min. I do tego elo­kwent­ny. Do­praw­dy, panie Nacht, pań­skie zna­jo­mo­ści są… eklek­tycz­ne. Czego chce­cie? Ukra­dli­ście coś Aka­de­mii i przy­szli­ście mi to od­sprze­dać?

– My?! Szla­chet­na pani! – obu­rzył się kon­do­tier. – My w in­te­re­sie na­uko­wym! – Rzu­cił po­gnie­cio­ny per­ga­min na jej ide­al­nie czy­ste biur­ko, o mało nie prze­wra­ca­jąc sto­ja­ka z pro­bów­ka­mi.

Cza­ro­dziej­ka spoj­rza­ła na mapę. Jej roz­ba­wio­na mina znik­nę­­ła bez śladu.

– Bo­go­wie… Skąd to macie?

– Po­wiedz­my pa­nien­ko Mar­ge­ri­to, że… to za­ufa­na trans­ak­cja han­dlo­wa – wy­pa­lił Pan­kratz.

– Wła­ści­wie do­stał go od pew­ne­go… prze­woź­ni­ka ze Skel­li­ge, któ­re­go maj­tek upu­ścił skrzy­nię, w któ­rej był ten per­ga­min. Ów prze­woź­nik uznał, że to „stary, bez­war­to­ścio­wy grat”. Więc tak. Prak­tycz­nie rzecz bio­rąc, była to forma za­pła­ty za usłu­gę.

Pan­kratz, kom­plet­nie zbity z pan­ta­ły­ku, za­ma­chał rę­ka­mi.

– Szcze­gó­ły! Nie­istot­ne, psia mać, de­ta­le! Ważne, że ja to mam! A ta łysa pała już nie!

Mar­ga­ri­ta zi­gno­ro­wa­ła ich obu. Ostroż­nie roz­ło­ży­ła per­ga­min.

– To nie jest… To jest klucz Sła­wo­sza Ha­bich­ta. Jego pry­wat­ny Szyfr. – Po­chy­li­ła się niżej, a jej palec za­wisł nad per­ga­mi­nem, nie do­ty­ka­jąc go. Z jej opusz­ka za­mi­go­ta­ło błę­kit­ne świa­tło. – Nie­wia­ry­god­ne. Po­dej­rze­wa­łam, że jego głów­ne la­bo­ra­to­rium wciąż ist­nie­je, a nie spło­nę­ło, jak twier­dzi­ła Rada. Baron von Hess kupił tę prze­klę­tą Wieżę…

– A "Klej­not"? Ko­en­rad mówił wcze­śniej coś o Klej­no­cie. – Pan­kratz po­chy­lił się nad sto­łem, zio­nąc jej w twarz czosn­kiem i winem, które wypił dla ku­ra­żu.

Mar­ga­ri­ta cof­nę­ła się dys­kret­nie, marsz­cząc nos.

– Po­dob­no Sła­wosz zro­bił spe­cjal­ną bro­szę, w któ­rej osa­dził wła­śnie jakiś Klej­not, który miał wiel­ką moc. Po­dej­rze­wam, że sama bro­sza jest warta for­tu­nę. Ale Praw­dzi­wym skar­bem są no­tat­ki Sła­wo­sza. On pra­co­wał nad… – za­wa­ha­ła się, a jej spoj­rze­nie stało się ostre i ba­daw­cze, gdy spo­czę­ło na Ko­en­ra­dzie. – Sła­wosz… on był he­re­ty­kiem. Ge­niu­szem…

– …uwię­zio­nym w umie­ra­ją­cym ciele – do­koń­czył za nią nie­ocze­ki­wa­nie Ko­en­rad. – Zmarł ja­kieś sto lat temu. He­re­tyk, który pra­co­wał nad Ma­te­ria Prima.

Pan­kratz spoj­rzał na wiedź­mi­na, jakby temu wy­ro­sła druga głowa. Mar­ga­ri­ta unio­sła brew, a w jej oczach po­ja­wi­ło się au­ten­tycz­ne zdu­mie­nie.

– Czy­ta­łeś Ha­bich­ta?

– Frag­men­ty – mruk­nął Ko­en­rad, wzru­sza­jąc ra­mio­na­mi. – W bi­blio­te­ce w Kaer Seren. Mie­li­śmy sporo czasu na czy­ta­nie. Zanim Cza­ro­dzie­je nie pu­ści­li ją z dymem.

Mar­ga­ri­ta pa­trzy­ła na niego przez chwi­lę z zu­peł­nie nowym za­in­te­re­so­wa­niem, cał­ko­wi­cie igno­ru­jąc otwar­te usta Pan­krat­za.

– Więc wiesz… On pod­wa­żał ist­nie­nie bogów. Twier­dził, że świa­tem nie rzą­dzi prze­zna­cze­nie, magia cha­osu ani boska wola, ale pre­cy­zyj­ne, ukry­te prawa. Szu­kał tego, co jest po­mię­dzy. Ukry­tej osno­wy świa­ta. Ma­te­ria Prima. Ener­gii, która wy­peł­nia pust­kę mię­dzy gwiaz­da­mi. Twier­dził, wszy­scy je­ste­śmy zbu­do­wa­ni z ma­lut­kich czą­ste­czek, które są wła­ści­wą ener­gi. Cze­goś, co trzy­ma to wszyst­ko w kupie.

Ko­en­rad mil­czał przez chwi­lę. 

– …Ma­te­ria Prima… pier­wot­na ener­gia, która ma tak na­praw­dę wła­dać ca­ło­ścią – mruk­nął w końcu, bar­dziej do sie­bie niż do niej. – Pier­wot­ny chaos, który trzy­ma świat, by ten nie roz­le­ciał się w cho­le­rę. Takie… spo­iwo do wszyst­kie­go.

– Traf­na dia­gno­za, wiedź­mi­nie. – Mar­ga­ri­ta po raz pierw­szy spoj­rza­ła na niego z au­ten­tycz­nym, nie­skry­wa­nym po­dzi­wem. – Hess nie żyje, ale ener­gia, którą Ha­bicht za­mknął w tej wieży, może zrów­nać z zie­mią pół No­vi­gra­du. A my mamy mapę, jak się do niej do­stać. – Jej palec znów za­wisł nad mapą. – Ko­en­rad, mia­łeś rację. To Szyfr. Ale nie jeden. To jest pa­limp­sest.

– Palim… co? – bąk­nął Pan­kratz.

– Dwie war­stwy – wy­ja­śni­ła, nie od­ry­wa­jąc wzro­ku ze zwoju. – Pierw­sza to ta, którą od­czy­tał wiedź­min. Te trzy klu­cze lo­ka­cyj­ne: Tor czyli Wieża, Maen to jest Klej­not i De­arth Kryp­ta albo Pod­zie­mia. Ale pod nimi… – Za­mknę­ła oczy, mam­ro­cząc in­kan­ta­cję. Per­ga­min roz­błysł na chwi­lę fio­le­tem. – …jest druga war­stwa. Za­gad­ka.

Prze­czy­ta­ła cicho, jakby sma­ku­jąc słowa: – …Aen'drean… va'esse… de­ire­adh… Vael'ea…

– Droga… jest stwo­rze­niem… na końcu… Wilka? – prze­tłu­ma­czył od­ru­cho­wo Ko­en­rad. – Bez sensu. Może trze­ba czy­tać na od­wrót.

– To dobry trop– od­par­ła Mar­ga­ri­ta. – Ha­bicht był mi­strzem gier słow­nych. Aen'drean va'esse de­ire­adh. "Droga jest stwo­rze­niem końca". Nie. Po­prze­sta­wiał słowa. Vael'ea, Wilk. To musi być hasło. A resz­ta… Aen'drean de­ire­adh va'esse. "Droga koń­czy się stwo­rze­niem"? To nie jest ostrze­że­nie. To jest in­struk­cja.

Spoj­rza­ła na nich, a jej oczy błysz­cza­ły.

– On nie umie­ścił tam pu­łap­ki. On umie­ścił tam… klucz. Użył hasła "Wilk", by ak­ty­wo­wać praw­dzi­wą mapę. Pa­trz­cie.

Po­ło­ży­ła dłoń na per­ga­mi­nie , wy­po­wie­da­jąć gło­śno i wy­raź­nie słowo:

Vael'ea!

Roz­legł się suchy sze­lest per­ga­mi­nu. Atra­ment, któ­rym za­pi­sa­no za­gad­kę, za­czął się prze­su­wać, wić jak żywy. Linie pro­ste wy­gię­ły się w łuki, a elfie li­te­ry ze­bra­ły się w nowe kształ­ty. Po chwi­li na mapie, mię­dzy ba­zgro­ła­mi, po­ja­wił się nowy, pre­cy­zyj­ny plan – ko­ry­tarz, scho­dy w dół i kom­na­ta ozna­czo­na runą.

– Na wszyst­kich bogów… – szep­nę­ła Mar­ga­ri­ta. – To jest to. Plan la­bo­ra­to­rium. Ukry­te przej­ście w Kryp­cie.

– No! O tym mówię! – ucie­szył się Pan­kratz, od­zy­sku­jąc rezon. – To co, szla­chet­na pani? Po­dział? Pięć­dzie­siąt na pięć­dzie­siąt? Brosz­ka dla mnie, pa­pie­ry dla pani?

– Za­bez­pie­cze­nia Ha­bich­ta – za­sta­no­wi­ła się Mar­ga­ri­ta, igno­ru­jąc jego pro­po­zy­cję. – Z magią sobie po­ra­dzę. Ten Szyfr i ten plan to klucz do więk­szo­ści z nich. Ale von Hess, jak pan wie, panie Nacht, był pa­ra­no­ikiem. I choć nie żyje, do­rzu­cił wła­sne. Kra­sno­ludz­kie zamki, pu­łap­ki me­cha­nicz­ne. Na to moja wie­dza nie wy­star­czy.

Pan­kratz uśmiech­nął się trium­fal­nie. – I tu wcho­dzę ja! A ra­czej mój czło­wiek! Mamy speca! Naj­lep­szy w No­vi­gra­dzie. Ni­zio­łek.

Mar­ga­ri­ta spoj­rza­ła na Ko­en­ra­da. Wiedź­min mil­czał, wzru­sza­jąc je­dy­nie ra­mio­na­mi, jakby chciał po­wie­dzieć: "To jego cyrk, jego małpy". Cza­ro­dziej­ka wes­tchnę­ła, ma­su­jąc skro­nie.

– Do­brze. Niech bę­dzie. Jeśli pan za niego ręczy… ale jeśli ten pań­ski "spe­cja­li­sta" za­wie­dzie, panie Nacht, oso­bi­ście za­mie­nię pań­skie… ak­ty­wa… w bar­dzo brzyd­kie rzeź­by ogro­do­we.

Po­de­szła do okna, przez chwi­lę pa­trzy­ła na port.

– Zrób­my to – po­wie­dzia­ła w końcu, od­wra­ca­jąc się. Jej twarz znów była opa­no­wa­na. – Ja wezmę no­tat­ki. Pan Nacht… (jej głos ocie­kał iro­nią) …weź­mie swój "Klej­not". Pań­ski ni­zio­łek otwo­rzy zamki. A pan, mi­strzu Ko­en­rad…

– Tak?

– Pan do­pil­nu­je, żeby nikt z nas nie zro­bił ni­cze­go głu­pie­go.

Po dal­szych dy­wa­ga­cjach na temat planu, po chwi­li wy­szli z bu­dyn­ku Aka­de­mii pro­sto w wil­got­ne, por­to­we po­wie­trze. Pan­kratz, dumny jak paw, już otwie­rał gębę, by od­trą­bić suk­ces, ale Ko­en­rad mu prze­rwał, za­trzy­mu­jąc się w cie­niu za­uł­ka.

– Ten ni­zio­łek – rzekł cicho wiedź­min, a w jego gło­sie nie było ani cie­nia en­tu­zja­zmu. – Ten twój “spe­cja­li­sta”.

– No? Hugo? Mó­wi­łem, naj­lep­szy…

– Pan­kratz. – głos Ko­en­ra­da stał się zimny jak lód. – Czy to ten sam ni­zio­łek, który pró­bo­wał mi skro­ić sa­kiew­kę w “Zło­ci­stym Je­sio­trze” ze­szłej wio­sny?

Uśmiech kon­do­tie­ra za­stygł.

– A skąd. 

– Bo pa­mię­tam ksyw­kę, jaką nadał mu ku­charz, gdy tam­ten prze­wró­cił ko­cioł z fla­ka­mi, pró­bu­jąc uciec przez kuch­nię. "Mie­lo­ny".

Pan­kratz prze­łknął ślinę.

– Ten! Do­kład­nie ten! Hugo Hoff.

Ko­en­rad spoj­rzał w za­chmu­rzo­ne niebo nad No­vi­gra­dem.

– Kurwa – mruk­nął. – Wszy­scy zgi­nie­my.

 

Roz­dział III 

 

Wieża von Hessa, po­ło­żo­na na ubo­czu Zło­te­go Mia­sta, wy­glą­da­ła nocą jak wy­bi­ty ząb – ciem­na i mar­twa. W isto­cie nie przy­po­mi­na­ła wieży w kla­sycz­nym sen­sie. Ten za­szczyt­ny tytuł wziął się stąd, że Baron von Hess do­bu­do­wał do sta­re­go stoł­pu ko­lej­ne pię­tro w fi­ku­śnym, spi­cza­stym stylu. To dzi­wacz­ne po­łą­cze­nie, na gra­ni­cy ar­chi­tek­to­nicz­nej zbrod­ni, nada­wa­ło po­sia­dło­ści jej szum­ne miano.

Sta­nę­li w cie­niu ma­ga­zy­nu z solą. Czwo­ro. Wiedź­min, cza­ro­dziej­ka, kon­do­tier i ni­zio­łek. Brzmia­ło jak po­czą­tek bar­dzo złej frasz­ki.

Pan­kratz Nacht ner­wo­wo po­pra­wiał pas. Hugo Hoff, “Mie­lo­nym” zwany, ni­zio­łek o zwin­nych pal­cach i zbyt pew­nym sie­bie uśmiesz­ku, gwiz­dał cicho przez zęby, ba­wiąc się ze­sta­wem wy­try­chów.

Ko­en­rad oparł się o wil­got­ną ścia­nę. Jego spoj­rze­nie spo­czę­ło na Mar­ga­ri­cie, która z kap­tu­rem na gło­wie, nie­wzru­szo­na, ba­da­ła ma­gicz­ną aurę bramy.

– Je­ste­śmy przy wieży Ba­ro­na von Hessa, Pani Mar­ga­ri­to – rzekł cicho, opie­ra­jąc się o ścia­nę. – Nie są­dzisz, że w ta­kich oko­licz­no­ściach for­muł­ki "Szla­chet­na Pani" i "Mi­strzu Wiedź­mi­nie" są co naj­mniej… zbęd­ne?

Mar­ga­ri­ta unio­sła głowę, a jej błę­kit­ne oczy spo­czę­ły na nim w pół­mro­ku.

– Zga­dzam się. Mu­si­my być bez­po­śred­ni. Uży­waj­my imion, Ko­en­ra­dzie. Jeśli to ma nam uła­twić…dyskusje.

– Świet­nie. To mi oszczę­dzi zbęd­nej gadki – Ko­en­rad uśmiech­nął się krzy­wo – Nadal nie mogę uwie­rzyć, że się na to zgo­dzi­łaś– mruk­nął cicho, tak by ona tylko usły­sza­ła. – To nie jest miej­sce dla damy, nawet tak bie­głej w sztu­ce. Wy­star­czy­ły­by in­struk­cje. Szyfr był klu­czem, zo­sta­łem po­in­stru­owa­ny, po­ra­dził­bym sobie z resz­tą. Nie mu­sia­łaś się na­ra­zać. 

Mar­ga­ri­ta od­wró­ci­ła na mo­ment głowę. Kap­tur osu­nął się, od­sła­nia­jąc lekki, pełen wdzię­ku uśmiech.

– Dzię­ku­ję za tro­skę, Ko­en­ra­dzie. Nie mogę sobie po­zwo­lić na nie­obec­ność. Ma­te­ria Prima to nie­sta­bil­na moc. Trze­ba to za­bez­pie­czyć jak i no­tat­ki Ha­bich­ta. Nie mogą wpaść w nie­po­wo­ła­ne ręce. To kwe­stia bez­pie­czeń­stwa, a nie cie­ka­wo­ści.

Do­pie­ro wtedy Ko­en­rad prze­niósł spoj­rze­nie na Pan­krat­za, bę­dą­ce pełne nie­skry­wa­nej iry­ta­cji.

– Nie mogę uwie­rzyć, że go wzią­łeś – mruk­nął tak cicho, by tylko kon­do­tier go usły­szał.

– Co masz do Hugo? Ma ta­lent – szep­nął Pan­kratz.

– “Mie­lo­ny”, to ma ta­lent do wpa­da­nia w kło­po­ty – pod­jął, nie spusz­cza­jąc wzro­ku z kon­do­tie­ra. Od­wró­cił się do ni­zioł­ka, który na­tych­miast prze­stał gwiz­dać i usta mu się za­mknę­ły, gdy na­po­tkał spoj­rze­nie bursz­ty­no­wych, ledwo do­strze­gal­nie pio­no­wych źre­nic. Twarz wiedź­mi­na, o ostrych, kan­cia­stych ry­sach i prze­cię­ta po­dwój­ną bli­zną przez grzbiet nosa, była po­zba­wio­na ja­kie­go­kol­wiek wy­ra­zu. Ko­en­rad wska­zał pod­bród­kiem na po­tęż­ną, że­la­zną bramę po­se­sji, za­mknię­tą na kłód­kę wiel­ko­ści głowy gnoma. 

– Ufam, panie Hoff, alias “Mie­lo­ny”, mi­strzu cechu zło­dziej­skie­go, że po­tra­fisz sobie po­ra­dzić z otwar­ciem tej za­baw­ki?

Hugo Hoff prych­nął, ura­żo­ny w swej dumie.

– "Mie­lo­ny" to prze­szłość, sztyw­nia­ku. A ta "za­baw­ka" to kra­sno­ludz­ki model "Nie Do Ru­sze­nia Trzy". Dwie za­pad­ki, fał­szy­wy bę­be­nek i… o, ty skur­wy­sy­nu… igła z ja­dzi­wem.

Przez na­stęp­ną mi­nu­tę sły­chać było tylko cichy chro­bot, szczęk za­pa­dek i sią­pli­wy deszcz. Nagle roz­legł się gło­śny, suchy trzask. Kłód­ka otwo­rzy­ła się z sy­kiem.

– Pro­szę. – Hoff ukło­nił się iro­nicz­nie. – Damy przo­dem.

Brama za­skrzy­pia­ła prze­raź­li­wie. Dzie­dzi­niec był pusty i za­ro­śnię­ty chwa­sta­mi. Okien­ni­ce wieży co jakiś czas ude­rza­ły na wie­trze o ścia­ny.

– Dziw­ne, że nie ma stra­ży, Ko­en­rad – mruk­nął Pan­kratz. – Mó­wi­li, że Rada Miej­ska ob­sta­wi­ła…

Wiedź­min nie od­po­wie­dział. Zda­wał się być sku­pio­ny cał­ko­wi­cie na ob­ser­wa­cji. 

Zna­leź­li wej­ście do piw­ni­cy z boku wieży, ukry­te za zbu­twia­ły­mi becz­ka­mi. Tam rów­nież zamek w cięż­kich, dę­bo­wych drzwiach szyb­ko pod­dał się spraw­nym pal­com ni­zioł­ka. W środ­ku cuch­nę­ło stę­chli­zną, wil­go­cią. Było zimno. 

– Ilu­zja – po­wie­dzia­ła Mar­ga­ri­ta, pod­cho­dząc do litej, ka­mien­nej ścia­ny na końcu ko­ry­ta­rza. – Po­tęż­na. Tu musi być la­bo­ra­to­rium Ha­bich­ta. Hasło…

Po­ło­ży­ła dłoń na chłod­nym ka­mie­niu i wy­po­wie­dzia­ła gło­śno i wy­raź­nie słowo ze zwoju:

Vael'ea!

Ka­mień nie drgnął. Ale po­wie­trze przed nim za­fa­lo­wa­ło, jak roz­grza­ne nad ogniem. A potem… ścia­na znik­nę­ła. Oczom uka­za­ło się wą­skie, ka­mien­ne przej­ście.

La­bo­ra­to­rium było nie­tknię­te. Jakby Sła­wosz Ha­bicht wy­szedł tylko na chwi­lę. Wszę­dzie stały re­tor­ty, alem­bi­ki, a na pół­kach pię­trzy­ły się księ­gi.

I wtedy ich zo­ba­czy­li.

–Me­li­te­le… – szep­nę­ła Mar­ga­ri­ta.

Przy wiel­kim, dę­bo­wym stole, w fo­te­lu, sie­dział szkie­let. Ubra­ny był w reszt­ki bo­ga­tej, al­che­micz­nej szaty. Jego ko­ści­sta dłoń wciąż spo­czy­wa­ła na otwar­tym dzien­ni­ku. To mu­siał być Sła­wosz Ha­bicht.

Na po­stu­men­cie obok niego, lśniąc bla­dym, zie­lon­ka­wym świa­tłem, le­ża­ła ona. Bran­so­le­ta z dużym, osa­dzo­nym klej­no­tem, któ­re­go szu­ka­li.

– Jest! – ryk­nął Pan­kratz, rzu­ca­jąc się do przo­du.

– Pan­kratz, kurwa! – krzyk­nął Ko­en­rad, ale było za późno.

Gdy tylko kon­do­tier prze­kro­czył nie­wi­dzial­ną linię wokół stołu, klej­not osa­dzo­ny w bran­so­le­cie roz­bły­snął ośle­pia­ją­co, a na­stęp­nie uniósł się w górę, pul­su­jąc in­ten­syw­nym, uno­szą­cym się czer­wo­nym świa­tłem.. Magia w po­ko­ju za­wrza­ła. Ze szkie­le­tu Ha­bich­ta buch­nął czer­wo­ny dym, a całe la­bo­ra­to­rium za­czę­ło drżeć.

Żyły pod skórą Ko­en­ra­da roz­bły­sły in­ten­syw­nym, tur­ku­so­wym bla­skiem. Mar­ga­ri­ta, zdu­mio­na i prze­ra­żo­na, spoj­rza­ła na swoje dło­nie, jakby otu­ma­nio­na.

– Czuję… czuję, że ener­gia ma­gicz­na ze mnie ucho­dzi – wy­szep­ta­ła.

Wy­rwa­na jakby ze snu, spoj­rzą­ła na stół, na któ­rym le­ża­ły po­roz­rzu­ca­ne no­tat­ki i księ­ga.

– Za­sa­dy się łamią! – Głos Mar­ga­ri­ty był znie­kształ­co­ny wy­sił­kiem.

Po­de­szła szyb­ko do dzien­ni­ka. Czy­ta­ła ostat­nią stro­nę.

– On nie umarł! On… on pró­bo­wał się prze­nieść, uży­wa­jąc Ma­te­ria Prima do … prze­nie­sie­nia…swo­jej duszy do tego … klej­no­tu!

– Co to, kurwa, zna­czy?! – wrza­snął Pan­kratz.

– Ko­en­ra­dzie, in­te­gral­ność struk­tu­ry pier­wot­nej zo­sta­ła na­ru­szo­na! – od­krzyk­nę­ła cza­ro­dziej­ka, sta­ra­jąc się opa­no­wać drże­nie. – Eks­pe­ry­ment osią­gnął punkt kry­tycz­ny de­sta­bi­li­za­cji! To nie jest magia, to ka­ska­da roz­pa­du ete­rycz­ne­go! Na­tych­miast na­stą­pi im­plo­zja ma­te­rii.

W tym mo­men­cie Hugo Hoff, "Mie­lo­ny", z wro­dzo­nym in­stynk­tem rze­zi­miesz­ka, wy­ko­nał szyb­ki, zręcz­ny ruch, zgar­nął le­żą­cą na po­stu­men­cie, już pustą bran­so­le­tę i wsu­nął ją do pod­ręcz­nej torby, zanim zdą­żył do­się­gnąć go pę­dzą­cy chaos.

Roz­legł się niski, wi­bru­ją­cy po­mruk, od któ­re­go aż za­bo­la­ły zęby i uszy. Czer­wo­ne świa­tło zga­sło, za­stą­pio­ne przez ide­al­ną czerń – kulę czy­stej próż­ni, która po­ja­wi­ła się nad po­stu­men­tem. Kula za­czę­ła się roz­sze­rzać, a po­mruk za­mie­nił się w ogłu­sza­ją­cy ryk.

– Trzy­maj­cie się! – wrza­snę­ła Mar­ga­ri­ta, pró­bu­jać rzu­cić za­klę­cie, ru­sza­jąc rę­ka­mi, ale nic z tego nie wy­cho­dzi­ło.

Lecz Ma­te­ria Prima tra­ci­ła spój­ność. Za­czę­ła po­chła­niać. Pierw­sze po­le­cia­ły księ­gi, wy­ssa­ne z półek i ro­ze­rwa­ne na strzę­py w czar­nej kuli. Potem alem­bi­ki, pę­ka­ją­ce szkło. Stoł­ki za­czę­ły śli­zgać się po pod­ło­dze.

– Moja noga! – ryk­nął Pan­kratz, gdy stół Ha­bich­ta ude­rzył go w ko­la­no. Kon­do­tier wcze­pił się pal­ca­mi w ka­mien­ną fra­mu­gę. Hugo Hoff wi­siał ucze­pio­ny nóg Pan­krat­za, ko­piąc w po­wie­trzu.

– Nie utrzy­mam tego! – krzyk­nę­ła Mar­ga­ri­ta, za­pie­ra­jąc się o ścia­nę.

Jej magia pę­ka­ła pod na­po­rem su­ro­wej, pier­wot­nej siły.

– Ko­en­rad!

Wiedź­min stał naj­bli­żej. Siła po­dmu­chu, tar­ga­ła wszyst­ki­mi, ale on, za­par­ty no­ga­mi, ledwo się po­ru­szał. Pa­trzył na pul­su­ją­cą czerń. I czuł to.

Ma­te­ria Prima wzy­wa­ła go. Czuł, jak jego zmu­to­wa­ne ciało, obu­dzo­ne przez ener­gię, re­agu­je pier­wot­nym, nie­od­par­tym in­stynk­tem. Nie była to myśl, nie była to lo­gi­ka, lecz bez­na­mięt­ny, bio­lo­gicz­ny re­zo­nans, który cią­gnął go ku źró­dłu nie­skoń­czo­ne­go cha­osu. Wie­dział tylko, że musi tam iść.

Zo­ba­czył, jak palce Mar­ga­ri­ty za­czy­na­ją się śli­zgać po ka­mien­nej fra­mu­dze, o którą się za­pie­ra­ła. Wi­dział prze­ra­że­nie w oczach Pan­krat­za i bez­rad­ne­go ni­zioł­ka kur­czo­wo trzy­ma­ją­cy się nogi kon­do­tie­ra. 

Nie było czasu na plany, na Znak Quen, na elik­si­ry. 

Spoj­rzał ostat­ni raz na cza­ro­dziej­kę. A potem, nie mó­wiąc ani słowa, pu­ścił się ścia­ny i sko­czył. Pro­sto w czar­ną, wi­ru­ją­cą ot­chłań nad po­stu­men­tem.

Świa­tło jego żył roz­bły­sło, w mgnie­niu oka zmie­nia­jąc la­bo­ra­to­rium we wła­sny ne­ga­tyw.

Potem wszyst­ko zga­sło.

Roz­dział IV

 

Obu­dził go ból. Nie ten czy­sty, ostry ból od cię­cia mie­czem, który można było za­gryźć zę­ba­mi i prze­cze­kać. Ból tępy, wszech­obec­ny, jakby ktoś po nocy cier­pli­wie po­wy­cią­gał z niego każdy nerw, wy­go­to­wał go w żrą­cym oleju, a potem pró­bo­wał we­pchnąć z po­wro­tem, nie­ko­niecz­nie na wła­ści­we miej­sce.

Otwo­rzył oczy. Czy­sta po­ściel, za­pach la­wen­dy i cy­tru­sów. Pry­wat­na pra­cow­nia, nie spe­lu­na. 

Mar­ga­ri­ta Laux-An­til­le sie­dzia­ła przy łóżku, a gdy spoj­rzał na nią, za­mknę­ła księ­gę którą czy­ta­ła. Wy­glą­da­ła na zmę­czo­ną, ale jej błę­kit­ne oczy były prze­ni­kli­we.

– Na­resz­cie. – Głos miała chłod­ny, ale do­biegł go jakby zza ścia­ny. – My­śla­łam, że prze­śpisz wła­sny po­grzeb.

Spró­bo­wał się po­ru­szyć. Błąd. Spoj­rzał na swoje przed­ra­mię. Sieć jego zmu­to­wa­nych żył świe­ci­ła. Blado, tur­ku­so­wo, jakby pod skórą tlił się lód.

– Pa­cjent żyje, czy nie żyje? – spy­tał. – Chyba nie, skoro nie śmier­dzi, pach­nie i obu­dzi­łem się w czy­stej po­ście­li. 

– Żyje – po­wtó­rzy­ła, po­da­jąc mu kubek z wodą. Sma­ko­wa­ła jak wy­ba­wie­nie.

– Gdzie… resz­ta? – wy­char­czał Ko­en­rad.

– Pan­kratz sie­dzi od dwóch dni w karcz­mie na­prze­ciw­ko, prze­pi­ja­jąc pań­skie spo­dzie­wa­ne ho­no­ra­rium. A "Mie­lo­ny"… cóż, ni­zio­łek ulot­nił się, jak to rze­zi­miesz­ki mają w zwy­cza­ju.

– A… Klej­not? – spy­tał Ko­en­rad.

Mar­ga­ri­ta wska­za­ła pod­bród­kiem na stół. Leżał tam. Ma­to­wy, szary i pęk­nię­ty na dwoje. Zwy­kły, brud­ny ka­mień.

– Udało się?

– I tak, i nie – od­par­ła, sia­da­jąc z po­wro­tem. – Wieża ma znisz­czo­ną piw­ni­cę, za­wa­lił się częściowo par­ter, a my mamy bez­war­to­ścio­wą bły­skot­kę. Ale… cała Mate­ria Prima, którą ten klej­not za­wie­rał… – spoj­rza­ła na jego wciąż tlące się na nie­bie­sko żyły na przed­ra­mie­niu – …wchło­ną­łeś. Ty.

– Nic nie wcho­ną­łęm, Mar­ge­ri­to – wes­tchnął – moje na­czy­nia krwio­no­śne świę­cą tak od dawna. To efekt ubocz­ny mojej mu­ta­cji. Głów­nie pod wpły­wem uży­cia magii, w sta­nie sil­ne­go po­bu­dze­nia emo­cjo­nal­ne­go też tak się zda­rza, że tak to… wy­glą­da. 

– Nie sły­sza­łam i nie wie­dzia­łam nigdy u zna­nych mi wiedź­mi­nów cze­goś ta­kie­go – od­par­ła pa­trząc na niego uważ­nie.

– Wi­docz­nie za mało nas po­zna­łaś. Zy­sku­je­my przy bliż­szej zna­jo­mo­ści – od­parł z uśmie­chem.

– Ura­to­wa­łeś nas, wiedź­mi­nie. Aku­mu­lo­wa­łeś ener­gię która mogła zrów­nać Złote Mia­sto z zie­mią. Je­steś cho­dzą­cym… uzie­mie­niem. To fa­scy­nu­ją­ce. I prze­ra­ża­ją­ce.

Wiedź­min od­wró­cił wzrok. Dar czy prze­kleń­stwo. Jak za­wsze. Pró­bo­wał się pod­nieść, lecz ciało za­pro­te­sto­wa­ło falą bólu.

– Leż spo­koj­nie – po­wie­dzia­ła ła­god­nie, kła­dąc mu dłoń na ra­mie­niu. – Byłeś da­le­ko. Przez dwa dni.

Spoj­rzał na jej po­waż­ną twarz i po­zwo­lił sobie na cień iro­nii. 

– Ale nie umrę? – spy­tał.

– Bę­dziesz żył – od­par­ła, a w jej oczach po­ja­wi­ły się we­so­łe iskier­ki. – Cho­ciaż byłeś wy­jąt­ko­wo roz­mow­ny, jak na kogoś w ago­nii.

– Ma­ja­czy­łem, tak? – Skrzy­wił się. – Mu­sia­łaś się nie­źle uśmiać. Co wy­ga­dy­wa­łem? Prze­pi­sy na elik­si­ry?

Mar­ga­ri­ta nie uśmiech­nę­ła się. Jej spoj­rze­nie stało się dziw­nie mięk­kie, nie­mal… czułe.

– Nie. Wzy­wa­łeś kogoś. I… zła­pa­łeś mnie za rękę, nie chcia­łeś pu­ścić. Po­wta­rza­łeś, żebym nie od­cho­dzi­ła. Że się boisz i…nie chcesz zostać sam. 

Ko­en­rad za­marł. Po­czuł, jak krew ude­rza mu do twa­rzy.

– Bzdu­ra. – wark­nął, pró­bu­jąc od­zy­skać rezon, ale głos mu za­drżał. – To nie możliwe.

– Wzy­wa­łeś ko­bie­tę, Ko­en­rad – po­wie­dzia­ła cicho. – Kogo?

W po­ko­ju za­pa­dła cisza. Wiedź­min wpa­trzył się w sufit, a jego szczę­ka za­ci­snę­ła się mocno. Westchnął.

– Matkę… – po­wie­dział w końcu. – To je­dy­ne co za­pa­mię­ta­łem o niej. Zanim… za­bra­li mnie do Szko­ły Gryfa.

Za­milkł. Nie po­tra­fił znieść jej spoj­rze­nia, w któ­rym nie było drwi­ny ani li­to­ści, lecz zwy­kłe, zro­zu­mie­nie i nawet zda­wa­ło mu się, że do­strzegł coś w oczach Mar­ga­ri­ty. Mu­siał prze­rwać tę nie­zno­śną in­tym­ność, któ­rej nie po­tra­fił zro­zu­mieć.

– Napić się muszę jesz­cze – mruk­nął, pró­bu­jąc się­gnąć po kubek sto­ją­cy po jej stro­nie.

– Daj, po­mo­gę ci – po­wie­dzia­ła, wi­dząc jego nie­zdar­ny wy­si­łek.

W tej samej chwi­li, w któ­rej on wy­cią­gnął się w de­spe­rac­kim zry­wie, ona po­chy­li­ła się nad łóż­kiem, by chwy­cić na­czy­nie. Ich za­mia­ry spo­tka­ły się w pół drogi, z głu­chym, po­zba­wio­nym god­no­ści stuk­nię­ciem.

Jej czoło ude­rzy­ło go pro­sto w skroń.

Syk­nął z bólu, bar­dziej z za­sko­cze­nia. Mar­ga­ri­ta cof­nę­ła się gwał­tow­nie.

– Prze­pra­szam! Je­steś cały?

Ko­en­rad otwo­rzył jedno oko, ma­su­jąc obo­la­łe miej­sce. Kącik jego ust drgnął.

– Cały. Chyba. – Za­chi­cho­tał, co za­brzmia­ło jak suchy ka­szel. – Jeśli chcia­łaś mnie dobić, cza­ro­dziej­ko, znam sub­tel­niej­sze me­to­dy. Tru­ci­zna. Zwy­kle mniej bo­le­sna niż ta­ra­no­wa­nie czo­łem.

Mar­ga­ri­ta za­mar­ła, a potem… par­sk­nę­ła śmie­chem. Praw­dzi­wym, me­lo­dyj­nym.

– Wy­bacz – po­wie­dzia­ła, wciąż chi­cho­cząc. – Nie­zdar­ność naprawdę nie jest moją spe­cjal­no­ścią. Mu­sisz mieć wy­jąt­ko­wo… twar­dą głowę, wiedź­mi­nie. 

– Pró­bo­wa­łem ją już na mu­rach twierdz. Zwy­kle prze­gry­wa­łem – od­parł, uśmie­cha­jąc się sze­rzej. – Ale z tobą? Za­ska­ku­ją­co… przy­jem­ny remis.

Po­da­ła mu w końcu kubek. Gdy go brał, być może z roztargnienia, ich palce się przy­pad­ko­wo mu­snę­ły. Tym razem żadne z nich nie od­sko­czy­ło. Na uła­mek se­kun­dy, zanim od­zy­ska­ła opa­no­wa­nie, w jej oczach za­uwa­żył coś in­ne­go. 

Uśmiech. Kobiecy. Taki…ciepły.

Wtem w ma­ho­nio­we drzwi za­ło­mo­ta­ło. Nie pu­ka­nie. Łomot pię­ści, od któ­re­go za­drża­ły re­tor­ty, a cała chwi­la pękła jak szkla­na bańka.

– Ko­en­rad! Kurwa! Ży­jesz tam?! Bo jak nie, to za­bie­ram twoją dolę!

Ko­en­rad od­sko­czył od Mar­ga­ri­ty jak spa­rzo­ny. Opadł na po­dusz­ki. Cza­ro­dziej­ka wy­pro­sto­wa­ła się, od­wra­ca­jąc do drzwi.

Otwo­rzy­ła. Do środ­ka wto­czył się Pan­kratz, sam, czer­wo­ny na twa­rzy i zio­ną­cy go­rzał­ką.

– No! – huk­nął. – Wstał! A ta tu… – wska­zał na Mar­ga­ri­tę – …wa­ro­wa­ła przy tobie jak smok przy skar­bie. No, no…

– Do rze­czy, panie Nacht – prze­rwa­ła mu lo­do­wa­to.

– A, tak. Klej­not. – rzu­cił na łóżko wiedź­mi­na mar­twy, szary ka­mień. – Szlag go tra­fił. Zdechł. We­ssa­łeś go, czy co?

– Coś w tym gu­ście – mruk­nął Ko­en­rad.

– No. Czyli gówno za­ro­bi­li­śmy. – Twarz kon­do­tie­ra spo­chmur­nia­ła. – Ale! – Jego ob­li­cze roz­ja­śnił trium­fal­ny uśmiech. – Ten nasz “Mie­lo­ny”. Zwin­ny su­kin­syn. Zanim zwia­li­śmy, zdą­żył… "po­ży­czyć" tę bran­so­le­tę. Za jego po­śred­nic­twem sprze­da­li­śmy komu trze­ba u “ku­ma­tych” na Okraw­kach.

Rzu­cił na łóżko Ko­en­ra­da cięż­ką, brzę­czą­cą sa­kiew­kę.

– “Mie­lo­ny” się ulot­nił, ale zo­sta­wił dolę – za­re­cho­tał. – To masz za te utop­ce, co żem ci obie­cał. A resz­tę masz na swoim sub­kon­cie u Cian­fa­nel­lich. 

– Nie je­stem zło­dzie­jem, Pan­kratz – od­parł wiedź­min. – Wezmę pie­nią­dze tylko za te utop­ce. 

Pan­kratz stał przez chwi­lę w osłu­pie­niu.

– Ale… Ko­en­rad… co ty, pro­rok Le­bio­da? O ile pa­mię­tam, ostat­nio z gro­szem było u cie­bie cięż­ko jak żeś wydał ty­siąc ore­nów w Ma­ha­ka­mie za na­pra­wę swego mie­cza. Pie­nią­dze masz już na kon­cie. Co zro­bisz, to twoja de­cy­zja. Ale nie bądź fra­je­rem. – wstał, spoj­rzał na Mar­ga­ri­tę a potem na Ko­en­ra­da.

– Idę. Zo­sta­wiam was… sa­mych – za­koń­czył Pan­kratz głup­ko­wa­tym uśmie­chem w stro­nę wiedź­mi­na, ukło­nił się cza­ro­dziej­ce i wy­szedł.

– Muszę…Zna­leźć sobie mniej skom­pli­ko­wa­nych przy­ja­ciół – wes­tchnął wiedź­min.

– Ra­czej wąt­pię, byś po­tra­fił – od­par­ła cicho.

Po­de­szła do niego, sia­da­jąc znów na krze­śle. Spoj­rza­ła na niego ba­daw­czo, nie­mal tak, jak wcze­śniej pa­trzy­ła na dzien­nik Ha­bich­ta.

– Nie spo­dzie­wa­łam się aż tyle mocy w jed­nym wiedź­mi­nie.

Uniósł na nią wzrok. Za­czy­na się. Po­my­ślał. Nie "ura­bia­nie". Go­rzej. Na­uko­wa cie­ka­wość. W jej oczach nie wi­dział ko­bie­ty, tylko ba­dacz­kę, która wła­śnie zna­la­zła nowy, fa­scy­nu­ją­cy obiekt.

– Zanim po­cią­gniesz ten temat – prze­rwał jej, a jego głos od­zy­skał nieco chło­du. – Bo po­dej­rze­wam, do czego zmie­rzasz. Pro­sił­bym…

– Boisz się nas – stwier­dzi­ła.

– Wolę po pro­stu gdy nie wszy­scy wie­dzą o moich ta­jem­ni­cach– spro­sto­wał.

Spoj­rzał na swoje przed­ra­mię. Nie­bie­ski blask znik­nął.

– Pra­gnę ci tylko przy­po­mnieć, kto znisz­czył Kaer Seren. Ka­pi­tu­ła i cza­ro­dzie­je. Nie ufam wam. Nie wspo­mnę też, że jedna cza­ro­dziej­ka rów­nież… uczest­ni­czy­ła w mojej prze­mia­nie.

Mar­ga­ri­ta za­mar­ła, a jej maska pro­fe­sjo­na­li­zmu opa­dła, od­sła­nia­jąc czy­stą, dra­pież­ną cie­ka­wość. Po­chy­li­ła się nie­znacz­nie.

– Jedna cza­ro­dziej­ka? – po­wtó­rzy­ła cicho. – Kto?

– Po­wiem ci. W swoim cza­sie – od­parł, a w jego gło­sie znów po­ja­wił się cień stali. – Na moich za­sa­dach. Obie­cu­ję, że prze­ka­żę ci co nie co na ten temat, może nawet dam ci się… zba­dać. Ale usza­nuj moją ta­jem­ni­cę. I ni­ko­mu nie mów o mojej…przy­pa­dło­ści.

Za­milkł, jakby to ostat­nie słowo kosz­to­wa­ło go wię­cej niż cały skok. Po chwi­li dodał, od­wra­ca­jąc wzrok:

– I… dzię­ku­ję. Wzbu­dzasz za­ufa­nie.

Mar­ga­ri­ta ski­nę­ła po­wo­li głową. W jej oczach była głę­bia, któ­rej się nie spo­dzie­wał. Nie było chłod­nej ana­li­zy, lecz… em­pa­tia.

– Usza­nu­ję to – wes­tchnę­ła.

Ko­en­rad ski­nął głową z apro­ba­tą.

– Ale… – do­da­ła, a w ką­ci­ku jej ust po­ja­wił się cień uśmie­chu. – Nie obie­cu­ję, że nie będę pytać. Ta „przy­pa­dłość”, o któ­rej wspo­mnia­łeś, i ten dzien­nik otwie­ra­ją wię­cej pytań niż od­po­wie­dzi.

Wsta­ła i pod­nio­sła ze stołu opra­wio­ną w skórę księ­gę Ha­bich­ta.

– I ja, wiedź­mi­nie, za­mie­rzam je po­znać.

Otwo­rzy­ła po­now­nie księ­gę, po czym znowu spoj­rza­ła na niego tak, że Ko­en­rad nie po­tra­fił wy­czy­tać czy to poj­rze­nie mó­wią­ce o za­in­te­re­so­wa­niu fi­zycz­nym lub po pro­stu próba wy­łu­ska­nia in­for­ma­cji.

– W takim razie umów­my się na jedno – po­wie­dział w końcu ci­szej, już bez iro­nii. – Przez jakiś czas nie za­da­waj mi pytań, na które sam jesz­cze nie mam od­po­wie­dzi.

Spoj­rzał na nią uważ­nie, jakby ważył słowa.

– Po­trze­bu­ję chwi­li, żeby to wszyst­ko sobie w gło­wie uło­żyć. Zanim znów ktoś zaj­rzy mi pod skórę, albo Pan­kratz znowu przyj­dzie z ko­lej­ną ofer­tą nie do od­rzu­ce­nia. Lub "Mie­lo­ny" bę­dzie chciał skro­ić mi sa­kiew­kę w ja­kiejś spe­lu­mie.

– Oba­wiam się, że po tym, co prze­czy­ta­łam w tych no­tat­kach – pod­nio­sła na niego wzrok, a jej oczy błysz­cza­ły cie­ka­wo­ścią – i tym, że będę po­trze­bo­wa­ła po­mo­cy pew­ne­go, zwa­rio­wa­ne­go, lecz także… elo­kwent­ne­go wiedź­mi­na, twoje życie już nigdy nie bę­dzie pro­ste.

Prze­su­nę­ła pal­cem po for­mu­le opi­su­ją­cej sta­bi­li­za­cję Ma­te­ria Prima.

– Ale przy­naj­mniej… – uśmiech­nę­ła się już peł­niej – …bę­dzie in­te­re­su­ją­ce.

 

 

Koniec

Komentarze

Szanowny Autorze, jeśli mogłabym coś podpowiedzieć, to może przemyśl, czy nie usunąć tagu konkursowego – opowiadania konkursowe nie wchodzą do grafiku Dyżurnych. :) 

Pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Dziękuję za zwrócenie uwagi – już poprawione, zapomniałem to wyłączyć :) 

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"

Jako że to m.in. mój dyżur to faktycznie cenna porada od bruce, bo była to lekka piłka zmyłka. Na razie jeszcze nie czytam, ale oczywiście wrócę i czytać będę.

 

Natenczas, pozdrawiam (i Wesołych Świąt) laugh

I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...

Witaj. :)

 

Wielka szkoda, że nie udało się wziąć udziału w Konkursie. :)

Kwestie techniczne i wątpliwości oraz sugestie (jedynie – do przemyślenia):

Kratzen uznał (przecinek?) że to bezwartościowe gówno i nie ma czasu na zabawę z gusłami.

– Albo kogoś, kto widział rzeczy, których nie potrafił nazwać – mruknął Koenrad. – To Starsza Mowa… – przeniósł wzrok na tekst mapy. – błędny zapis dialogu?

Do Wieży von Hessa? (…) Nie będę brał udziału w napadzie na wieżę Barona. – czemu ten wyraz piszesz dwojako?

A poza tym, ten dwimeryt… – spojrzał na pieczęć z niesmakiem – …sugeruje kłopoty, od których wolę trzymać się z daleka. – znowu błędny zapis dialogu. Nie wypisuję reszty podobnych usterek, lecz może zainteresują Cię poradniki, zamieszczone w dziale Publicystyka (w tym – o poprawnym zapisie dialogów, myśli, językowe, interpunkcyjne oraz – Drakainy – dla Nowicjuszy).

Pankratz, który sapał obok niego, próbując jednocześnie wciągnąć brzuch i nadać twarzy wyraz „światowca”, co rusz oglądał się za co zgrabniejszymi studentkami. Koenrad, co tu kryć, czynił podobnie, choć z mniejszą ostentacją. – powtórzenia?

 

Novigradzka filia Akademii Oxenfurckiej nie była miejscem, które Koenrad odwiedzał dla 

Wnętrze było… sterylne. – pierwsze zdanie jest chyba niedokończone?

 

Spotkał się z nią wzrokiem; spojrzenie, które wywołało w nim na tyle dziwny skurcz w żołądku, że natychmiast odwrócił wzrok. – powtórzenie?

I zapewniam szlachetną panią, że po wsiach wiedzą głównie to, że znam się na rzeczy. – i tu też?

Jej rozbawiona mina zniknęęła bez śladu. – omyłkowa literówka?

– Powiedzmy panienko Margerito, że… to zaufana transakcja handlowa – wypalił Pankratz. – przecinek przy Wołaczu?

– Właściwie to dostał go od pewnego dusigrosza, którego majtek upuścił skrzynię (przecinek?) w której ten pergamin był.– powtórzenie (w tekście jest takich znacznie więcej)?

Zanim Czarodzieje nie puścili ją z dymem. – składniowy?

Taki… amglamant do wszystkiego. – czy tu na pewno taki wyraz?

 

Nie wypisuję reszty usterek, lecz trzeba dokładnie prześledzić i poprawić pod tym kątem całość. :)

 

Rzeczywiście jest tu wiele odniesień do rozmaitych postaci oraz opowieści fantasy i sf. :) Szczególnie – Wiedźmina. :) W internecie znalazłam istotnie informacje o wspomnianej w Przedmowie serii „Materia Prima”. :)

Całość ma ciekawą i pomysłową fabułę. :) Nie mam jednak pewności, co/kto jest zapożyczeniem z innych opowieści, a co/kto nie. :)

Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :) 

Wesołych Świąt. :) 

Pecunia non olet

@bruce 

Wreszcie dostąpiłem zaszczytu sprawdzenia mojej pracy przez ciebie :) Obserwuje prace twoje jak i wielu innych, chciałbym wyrazić również podziw dla twojej (i wszystkich zresztą z redakcji) pracę. NF czytam i obserwuje od wielu lat, ale dopiero teraz zdecydowałem się pisać, kiedy metryka już na tyle odpowiednia, że strach nowicjusza jest jedynie wspomnieniem, a i jestem na tyle “znudzony” życiem, że nic nie pozostało jak tylko publikować, by nie zwariować od tego harmidru :)

 

Technikalia, potwórzenia – tyle ile mogłem – poprawiłem przed chwilą. Nie ma co tutaj dodawać, dziękuje za oko, bo nie mialem nikogo po za AI, który niestety w swojej wspaniałości nadal ma problemy z językiem polskim. Chociaż podobno jest bardzo wydajny w naszej rodzimej mowie.

 

Dialogi – tak, własnie widzisz, tego mi brakowało, żeby spojrzał ktoś kto sie zna na tekście. Teraz widzę – na tyle ile mogłem i wychwyciłem – poprawiłem zapisy dialogów. Mam nadzieje, że trafnie zinterpretowałem poradnik i zasady.

 

Taki… amglamant do wszystkiego. – czy tu na pewno taki wyraz? – tu się zatrzymam. przyznam, że zwróciłaś uwagę na bardzo ważną rzecz, bo tutaj z jakiegoś mojego dziwnego widzimisię chciałem zabłysnąć jakimś archaizmem, ale nie potrafiłem znaleść nic co by mi pasowało. Z kontekstu jak się można wyczytać, oczywiście Koenradowi chodzi o mniej wiecej odpowiednik czarnej materii/atomów, i chodziło mu o coś co spaja/skleja materię. Nie potrafiłem niczego odpowiedniego znaleść, bo lepidło, klej nijak mi nie pasował. Zastanawiałem się nad spoiwem i własnie amglamatem który jest pewnego rodzaju stopem. No ale skoro o to zapytałaś – to znaczy, że to rzeczywiście wydaje sie za trudne a nawet bym powiedział – głupie. Zmieniam na spoiwo.

 

Co do pozostałych – tak, podjąłem decyzję jakiś czas temu, że nie będę pisał swoich światów, opowiadań. Jest wiele teraz światów które są obecnie wszystkie dla mnie absolutnie generyczne i nie widzę i nie mam siły tworzyć czegoś od zera. A niestety fantasy kocham i nie potrafię bez nich żyć :) I Uznałem, że warto napisać coś w czymś, co sie zna i lubi. A że Wiedźmin to najlepszy świat w którym po prostu mi się dobrze zawsze pisało, należę do jednego fandomu, to warto. Ale nie wykluczam, że wrócę do swoich opowieści. Zdążyłem zrobić kopię WayBackMachine z mojego bloga, więc backup jest :) I może poprawię/przerobię i wrzucę bardziej … przyziemnego, niż high-fantasy/dark fantasy.

 

Natomiast z Wiedźmina – postaciami wymyślonymi jest – czas w którym sie dzieje , Wieża, von Hess, Sławosz Habicht (konia z rzędem temu do kogo tutaj nawiązuje :)) , Koenrad, Pankratz, cała przygoda. Reszta miejsc, postacie jak Margarita, czy Hugo Hoff – należą do uniwersum A.Sapkowskiego lub CD Projekt RED.

 

 

Reasumując, wychwyciłem tyle i jestem w stanie, a mózg obecnie mój już spowalnia od nadmiaru literek i nie tylko języka polskiego ale także i binarnego :)

 

Wesołych świąt i jeszcze raz dziękuję za wszystko.

 

 

 

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"

Bardzo miło czytać takie słowa, dziękuję, ale nie jestem w żadnej redakcji; ot, przybyłam tu całkiem przypadkiem kilka lat temu, piszę z wieloma błędami, czasem coś poczytam, starając się pomóc Autorom takim samym, jak i ja, w szlifowaniu warsztatu. I to wszystko. :) Żaden ze mnie znawca. :) Sama poprawiam ciągle w moich tekstach dialogi, interpunkcję, ortografię, porównania, styl… Taki lajf. :) 

 

Przebiegłam szybko oczami i niestety dialogi nadal są do poprawy, jak choćby tutaj:

– Nie jestem złodziejem, Pankratz. – odparł wiedźmin – Wezmę tylko za utopce. (…)

– Ale… – dodała, a w kąciku jej ust pojawił się cień uśmiechu. – Nie obiecuję, że nie będę pytać. Ta "przypadłość" o której wspomniałeś i ten dziennik – Wstała i podniosła ze stołu oprawioną w skórę księgę Habichta. – …otwierają więcej pytań niż odpowiedzi. I ja, wiedźminie, zamierzam je poznać. (…)

– Ale… Koenrad… co ty, prorok Lebioda? O ile pamiętam, ostatnio z groszem było u ciebie ciężko jak żeś wydał tysiąc orenów w Mahakamie za naprawę swego miecza. Pieniądze masz już na koncie. Co zrobisz, to twoja decyzja. Ale nie bądź frajerem. – wstał, spojrzał na Margaritę a potem na Koenrada – Idę. Zostawiam was… samych – zakończył Pankratz głupkowatym uśmiechem w stronę wiedźmina, ukłonił się czarodziejce i wyszedł.

 

Jeśli chodzi o tak liczne nawiązania do Wiedźmina, rozumiem, jak najbardziej. :)

 

I ja bardzo dziękuję, pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :) 

Pecunia non olet

Poprawiłem, jeszcze raz chylę czoła :) 

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"

smiley Pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Czytało się nieźle, jak kolejne opowiadanie ze Szponów i Kłów. Czuć ducha Sapkowskiego (i to dobrze). Fabuła jest ciekawa, wciągająca – jak dobrze napisany quest w W3 :). Z minusów to na pewno błędy. Postać Koenrada jest jak dla mnie bez wyrazu, nie widziałem u niego jakichś wyróżniających cech poza tym, że jest ze szkoły Gryfa. Czarodziejka jest jak na mój gust trochę za “miękka” – trochę za łatwo wchodzi w to przedsięwzięcie, potem przymila się do wiedźmina, co bardziej by pasowało do jakiejś prostej dziewki/wieśniaczki, której spodobał się mutant – nie pasuje mi to do czarodziejki ze świata wiedźmina. Ogólnie na plus, bo, tak jak wspominałem, czyta się nieźle :)

bogjelen

Eeee, nie czytałam tekstu (powinnam ze względu na tytuł chociażby, ale na razie tylko dodam do kolejki), ale zanim to zrobię:

Zastanawiałem się nad spoiwem i własnie amglamatem który jest pewnego rodzaju stopem.

Amalgamat. Dlatego bruce nie rozpoznała słowa. Przestawiły Ci się literki :) poza tym amalgamat jest stopem, ale do klejenia nigdy nie służył (tylko do łatania zębów).

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

@Tarnina tak. To wynika, tylko że przeszarżowałem. Ale wynika to z tego, że podoba mi się Sapkowskiego manier w ostatnich latach jak wrzuca archaizmy i miesza z współczesną polszczyzną. Jednak jak widać, nie ma co czasem kombinować.

Tak, mam świadomość, ale jakoś to spoiwo też mi nie pasowało. Tutaj nie ukrywam, że się zamieszałem i chyba wybrałem zły tytuł, natomiast zamiar był taki, żeby wiedźmin którego eksponuje zaskoczył wiedzą i eryducją dla czytelnika ;)

 

 

@bog Jeleń09 – witaj :)

Dziekuje ci po pierwsze za ciepłe słowa, bardzo dużo dla mnie znaczą.

Jeśli chodzi o czarodziejkę, jak zwał tak zwał :) Ja tak to zaprojektowałem, natomiast doceń fakt, że w przeciwieństwie do najsłynniejszego wiedźmina to nie wskoczyła mu do łóżka (i nie wskoczy, bo planuje dalsze tego typu przedsięwzięcia, jak Robert mi sprawdzi tekst to wrzucę to co nad czym pracowałem)

Co do Koenrada – to niestety dostał tutaj rykoszetem, bo jak napisałem to, a raczej – pozlepiałem z z kilku pomysłów to opowiadanie to wyszło na 45 tysiecy znaków. No więc zacząłem ciąć. Trochę oberwał Koenrad któremu usunąłem jedną mocną scenę związaną z jego unikalną mutacją (świecące żyły), gdzie wyjasnie swoje backstory, ale dodam, ze w Upiorze z Velen (podrzędnym opowiadaniu które wrzuciłem tutaj, ale jeszczcze nie wrzuciłem reprintu) , zapewniam wyraz ma i nie jest Geraltem. Ale mimo to dzięki za uwagę, bo znaczy, że tutaj wyciąłem za bardzo. Takie uwagi są dla mnie ogromnie ważne i celne. Dziękuje ci :)

 

Aha a co do quest – przygoda oryginalna była w Cyberpunk 2020 – heist. Część dialogów też, które zapisałem kilka lat temu. Za to wieża była z kolei z D&D :) Po prostu pozlepiałem jedno z drugim, pozamieniałem bohaterów i ot tyle. Jak wspomniałem kompletnie nie planowałem tego opowiadania i wyszło przypadkiem. MImo to, dziekuje jeszcze raz za słowa, że czyta się nieźle.

 

Wesołych Świąt :) 

 

 

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"

Ale wynika to z tego, że podoba mi się Sapkowskiego manier w ostatnich latach jak wrzuca archaizmy i miesza z współczesną polszczyzną.

Będę brutalna – to trzeba umieć. To jest trudne i wymaga przygotowania. A poza tym nie jesteś Sapkowskim. Jesteś sobą. Nie jesteśmy i nie powinniśmy być kopiami innych ludzi.

chyba wybrałem zły tytuł,

Oooo, jeśli tak, to poczekaj tylko na mój komentarz wink

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Będę brutalna – to trzeba umieć. To jest trudne i wymaga przygotowania. A poza tym nie jesteś Sapkowskim. Jesteś sobą. Nie jesteśmy i nie powinniśmy być kopiami innych ludzi.

Gdzie ta brutalność :)? W pełni zgoda, ale trzeba próbować :) Dziękuje za komentarz, bardzo cenny. Co do stylu, narazie go szukam, ciężko mówić o takowym jak się narazie pisze hobbystycznie i nadal się nie ma swojego stylu. Szukam narazie w czym mi najlepiej sie pisze. Albo raczej – w czym mi przynosi najwięcej przyjemności, bo do bycia Sapkowskim nie aspiruje, bo nazwisko mam własne a i ambicji w byciu pisarzem nie mam. Mam po prostu zajawkę, którą pożytkuje, chcąc podzielić się nią z innymi :) Po za tym mimo wszystko uważam, że czytając jakieś książki mimowolnie powiela się jakiś schemat przeczytanych autorów, pisząc coś swojego. 

chyba wybrałem zły tytuł,

Chodziło o “słowo”, a o uwagę twą o tytule, chciałem zapytać czemu tak zaintrygował :)

 

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"

Tarnino heartkiss

 

Zastanawiałem się nad spoiwem i własnie amglamatem który jest pewnego rodzaju stopem.

Amalgamat. Dlatego bruce nie rozpoznała słowa. Przestawiły Ci się literki :) poza tym amalgamat jest stopem, ale do klejenia nigdy nie służył (tylko do łatania zębów).

 

Dziękuję Ci, dokładnie właśnie takie “dziwolągi stomatologiczne” wyskakiwały, kiedy szukałam w necie wyjaśnienia. :) 

Pecunia non olet

melendur88

Dzięki :) Wzajemnie, Wesołych Świąt!

bogjelen

Czołem!

Obiecałem i wracam.

 

Była tu bruce, będzie pewnie regulatorzy i Tarnina, więc nie widzę celu szczegółowych porad językowych. Zwłaszcza, że napisane jest w porządku, masz parę prostych literówek i brakujących znaków interpunkcyjnych, raczej owoc przeoczenia niż błędu jako takiego.

 

Tekst do połowy wybrzmiewa jak krótka przygoda RPG, tylko dla jej pełni brakuje nam lepszego poznania każdego z bohaterów. W drugiej części jest już bardziej bohaterocentrycznie, a bez przygody. Mimo to, postacie wypadają raczej blado i bez wyrazu. Dlatego wolę pierwszą połowę i chętniej przeczytałbym cały tekst w tym stylu. Mam też wrażenie, że sam wątek Materia Prima nie został zamknięty.

 

Całość ma też drobne znamiona przegadania, akcja dzieje się szybko, dialogi są długie.

 

Co na plus, to na pewno, że dość umiejętnie posługujesz się językiem do kreowania fabuły. Używasz rozbudowanego słownictwa (Tarninie oceniać, czy poprawnie, ja prosty człek jestem), piszesz zdaniami wielokrotnie złożonymi – automatycznie utrudniając sobie zadanie. Jednak dźwigasz ten ciężar udanie. 

Ekspozycja świata w dialogach również wypada dość nieźle, choć ma w sobie tradycyjne dla tego mechanizmu wady. Jednak, gdy to postacie opowiadają o swojej historii, wypada to bardziej wiarygodnie i naturalnie.

 

Niemniej, nie mogę się wyzbyć wrażenia, że sens przedstawienia nam wszystkiego w drugiej części wybiega poza zakres tego tekstu, przez co nosi on znamiona fragmentu. Rozumiem dylemat, Twój świat jest większy niż to opko i widać, że masz na nie pomysł.

 

Pozdrawiam i powodzenia w dalszych tekstach!

I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...

Hej @beeecki

Dziękuje ci. Tekst owszem był robiony pod konkurs a jak wspomniałem – niestety byłem ograniczony pewnymi ramami. Złośliwi by powiedzieli, że tedy, nie powinienem do niego podchodzić wcale, ale uznałem, że mimo wszystko spróbuję. Jak napisałem, tekst miał ok 40 tysiecy znaków. Wyciąłem sporo scen, głownie opisy przez co tekst stracił na worldbuildingu i pewnych niuansach. Na dobrą sprawę na tę historię mógłbym przeznaczyć trzy dodatkowe rozdziały. W tym rozszerzony wątek “budowy” chwackiej drużyny, bo “Mielony” został w niej brutalnie wycięty, zaś historie Koenrada całkowicie usunąłem. Stąd nie do końca lubie uczestnictwo w zawodach :) Ale mimo to sam fakt że pomysl konkursu, był bardzo fajny, bo jak to przeczytałem, od razu miałem głowę pełnych pomysłów :)

 

Tak czy siak – dziekuje ci za pozytywną mimo wszystko, nomen omen, opinię. Bardzo wiele to dla mnie znaczy, z ust członków Loży, czasopisma/redakcji marki, na której sie wychowałem, a lata wstydziłem coś w ogóle udostępnić tutaj.

MIłego wieczoru!

 

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"

Serwus, melendur88.

W końcu znalazłem spokojny czas na lekturę i komentarz.

 

Jako fan uniwersum AS nie mogłem nie przeczytać. Opowiadanie jest ciekawe głównie ze względu na sam pomysł i osadzenie w dobrze znanym świecie. Widać znajomość realiów wiedźmińskiego uniwersum – postacie i nawiązania. To nie jest tekst, który odkrywa gatunek na nowo, ale spełnia swoje zadanie jako prosta i przystępna przygoda.

 

Podobnie jak przedpiszca, bardziej podoba mi się pierwsza połowa – rozdziały I i II. – ale to kwestia gustu.

Koncepcja porównania opiekuna kotów do strażnika mienia lub wzięcia wiedźmina jako „pomocnika od noszenia mebli” były dość zabawne.

Materia Prima, zmieniająca się w „kulę czystej próżni”, brzmi trochę jak czarna dziura – ciekawy pomysł na wprowadzenie takiego „tworu” do opowiadania fantasy.

Pozdrawiam

rr

Materia Prima, zmieniająca się w „kulę czystej próżni”, brzmi trochę jak czarna dziura – ciekawy pomysł na wprowadzenie takiego „tworu” do opowiadania fantasy.

Materia prima to konkretny koncept filozoficzny, który zamierzam tutaj rozjechać walcem, jak tylko TARDIS wróci z warsztatu XD (Serio, przystojny gallifreyanin z własną TARDIS poszukiwany na wczoraj XD)

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Materia prima to konkretny koncept filozoficzny, który zamierzam tutaj rozjechać walcem, jak tylko TARDIS wróci z warsztatu XD (Serio, przystojny gallifreyanin z własną TARDIS poszukiwany na wczoraj XD)

 

Generalnie wpadłem na pomysł od tego mojego naukowca. Wrzuciłem Sławosza Habichta, genialnego maga/wynalzcę, chcącego poznać zasady rządzące światem. No i czarna dziura którą Robert trafnie wyczytał, była punktem wejścia do moich rozważań no i czytając o kamieniu filozoficznym o którym wiedziałem od dawna (znanym koncepcie alchemii sredniowiecznej) dotarłem, do materii prima. Bez bicia się przyznam, że chociaż ukończone mam studia historyczne (ale pracuje w informatyce) to nie wiedziałem o tym koncepcie ;) doczytałem i uznałem, że to ciekawy pomysł wrzucić to do świata wiedźmińskiego :) zwłaszcza że temat nie był eksplorowany, a świat czarodziejek /czarodziejów w uniwersum AS i CDP (traktuje to osobno) jest nadal nie do końca uzupełniony. 

 

Co od krytyki, jestem w pełni otwarty na nią. Bo tylko ona czyni nas lepszym :) 

 

 

@RR 

 

Dzięki za wszystko :) Być może jakbyśmy się “Zbecili” z tym, to by powstał jeszcze lepszy twór. 

 

Co do wymyślania koło na nowo – ja jestem zwolennikiem tego, że nie trzeba wymyślać koła na nowo, żeby przedstawić coś w odświeżony sposób ;) a sam przez lata pisząc na siebie widzę tyle tworów fantasy, czasem wiernych klonów, czasem rzeczywiście coś nowego, odkryłem że naprawdę nie trzeba wymyślać nowych światów, tylko po prostu zrobić coś w odwrócony sposób, by było fajne. Czasem połączyć jedno z drugim, pomieszać konwencje i zobaczyć co się stanie ;) oczywiście z głową.

 

A konstrukcja nowych high fantasy nie mam już sił na to;) szanuję wszystkich którzy je tworzą, ale konstrukcja całego świata, mitologii jak robił to tolkien i martin jest trudne. a sami oboje czerpali również z historii i mitów ;)

 

 

Wszystkim wam życzę Dosiego roku. I szczęśliwego.

 

A przede wszystkiego twórczego i lepszego :)

 

A wiedźmin Koenrad will back. Bo mam z nim większe plany. 

 

 

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"

Tarnina

„Materia prima to konkretny koncept filozoficzny, który zamierzam tutaj rozjechać walcem, jak tylko TARDIS wróci z warsztatu” – Tak, kojarzę, że jest to pojęcie filozoficzne, a także alchemiczne. Natomiast słowa “…idealną czerń – kulę czystej próżni luźno skojarzyły mi się z czarną dziurą, która wsysa bohaterów.

Czy materia prima ma coś wspólnego z „Doktorem Who” i wehikułem TARDIS? Słabo znam to uniwersum, więc wolę dopytać.

 

melendur88

„Jestem zwolennikiem tezy, że nie trzeba wymyślać koła na nowo, aby przedstawić coś w odświeżony sposób” – zgadzam się z tym w stu procentach. Niektórzy twierdzą nawet (i również się z nimi zgadzam), że od czasów Homera wszystko zostało już napisane. W każdym utworze można doszukać się zapożyczeń, inspiracji lub przetworzeń wcześniejszych dzieł.

Czy materia prima ma coś wspólnego z „Doktorem Who” i wehikułem TARDIS? Słabo znam to uniwersum, więc wolę dopytać.

Nie ma XD

 

Dobra. Nie wiem, czy całe dzisiaj skończę :D ale kawałek zdążę (nowe wiadomości o piratach muszą się ukisić). (Zdążyłam ^^)

Pewnego razu w Novigradzie, roku 1252.

Tu bez kropki, i w roku (wg jakiego kalendarza?). To baśniowe "pewnego razu" zresztą gryzie się z konkretnym rokiem.

Lokal w dzielnicy Okrawki, który to Pankratz Nacht obrał na kwaterę główną interesu, szumnie i beztrosko nazwanego „Nacht – Rozwiązujemy Problemy”, w samej rzeczy nastręczał głównie problemów, i to natury bynajmniej nie błahej, bo estetycznej.

Omg. W pierwszym zdaniu nie należy czytelnika doszczętnie skołowywać. Lokal w dzielnicy Okrawki, nad drzwiami którego Pankratz Nacht zawiesił dumny szyld „Nacht – Rozwiązujemy Problemy”, w rzeczywistości nastręczał głównie problemy, i to natury bynajmniej nie błahej, bo estetycznej.

Rudera chyliła się ku upadkowi, urągając prawom architektury

… prawa architektury stanowią, że jak co źle postawione, to musi upaść… chyba…

 Był to zapach nader skomplikowany, swoisty melanż świeżo bejcowanej sosny i wilgotnego tynku, który rozpaczliwie, acz bezskutecznie usiłował zamaskować fetor bijący z sąsiedniej ulicy.

… dlaczego antropomorfizujesz zapach? Człowieku, spokojniej!

Tam bowiem koncept kanalizacji pozostawał sferą czystej abstrakcji, gdyż kanały do ulicy Forysiowej nigdy nie dotarły.

Mówisz to samo na dwa sposoby. Pierwszy z tych sposobów jest śmiesznie wydumany ("sferą"?).

 którzy nie zdołali ustalić, kto ów wydatek winien pokryć

Nie brzmi to dobrze.

Mimo to Pankratz, kondotier i samozwańczy magnat branży ochroniarskiej, pozostawał niepoprawnym optymistą, który wbrew zdrowemu rozsądkowi i prawom natury, wierzył w siłę własnej marki.

Miał chudą żonę, znaczy XD Zdaje mi się, że budujesz zdania za długie na swoje możliwości – przez to wychodzą mętne i nie do końca poprawne interpunkcyjnie (tu przecinek powinien być także po "który", bo zaczyna się wtrącenie). I ta "marka"… Oj, sapkowszczyznyim się zachciewa, daję słowo :D

Wiedźmin, Koenrad z cechu Gryfa, stał przy oknie

Hmmm, to na pewno ma być wtrącenie? I w sumie jak wymawiać to imię?

Czekał na zapłatę za grupkę utopców, która straszyła ludzi Nachta strzegących magazynu z importowaną cytrynówką z Nilfgaardu, opodal Mostu św. Grzegorza.

Jaśniej by było, gdyby utopce straszyły, nie grupka. A co tu robi święty Grzegorz?

Robota prosta, zapłata, jak się okazało, mniej.

A co takiego skomplikowanego jest w zapłacie? W jej uzyskaniu za to…

Drzwi do biura otworzyły się z hukiem godnym taranu.

Tarana, ale metafora jest karkołomna.

wyraźnie podekscytowany, choć tym razem nie gorzałką

…?

waląc papierem w biurko aż podskoczył kałamarz, rozlewając atrament na (na szczęście pustą) księgę rachunkową

Zabiję za te imiesłowy… waląc papierem w biurko, aż podskoczył kałamarz, a jego zawartość zalała (na szczęście pustą) księgę rachunkową. Albo: waląc papierem w biurko, aż kałamarz podskoczył i rozlał atrament na (szczęśliwie pustą) księgę rachunkową.

Koenrad przełknął w końcu wołowinę. Powoli.

Hmmm.

– Co, znowu? – rzekł cicho, nie odwracając się.

Mmmm, oni tu nie romansują. Może: mruknął?

przeżarte przez szczury

A nie: zeżarte?

Kratzen, ten łysy kretyn, przyszedł do mnie ostatnio z zapłatą, zdenerowany jakiś był.

Zdenerwowany, ale – o co chodzi? Za co Kratzen płacił?

Okazało się, że jego majtek upuścił mu skrzynię.

Zbędny zaimek: Okazało się, że majtek upuścił mu skrzynię.

 Dał zapłatę, lecz rzucił mi to w twarz, mówiąc, że to stary, bezwartościowy grat, co zalega mu w ładowni i że mam sobie ten pergamin w rzyć wsadzić w ramach „premii za pilność”!

I podekscytowany facet wygłasza takie długie, złożone zdania? Co prawda niekoniecznie składne, ale zawsze?

W jego bursztynowych oczach pojawił się ledwie widoczny błysk rozbawienia.

Strzyżemy: W bursztynowych oczach wiedźmina zamigotało rozbawienie.

Pankratz dumnie okazał

Lepiej: z dumą.

Że to niby plan do jego skarbca.

Plan czego do jego skarbca? "Plan" nie jest ścisłym synonimem mapy.

nie ma czasu na zabawę z gusłami

?

Palec musnął pieczęć.

Tak sam z siebie?

z obrzydzeniem, jakby dotknął rozrzarzonego metalu

Dotknij rozżarzonego metalu. Czujesz obrzydzenie, czy po prostu boli?

Nie bolało. Było gorzej.

To jak było? Kombinujesz.

cichy, kojący szum magii, który dzięki swojej mutacji zawsze słyszał gdzieś z tyłu czaszki, został brutalnie ucięty

? Infodumpowe, ale poza tym – ?

Uczucie wstrętne i nienaturalne, jakby krew w żyłach zamieniła się w muł.

Hmmmmmmmmmmm. A gdyby tego nie etykietować?

by pozbyć się tego chłodu

Żeby się pozbyć tego chłodu. Zaraz, chłodu? To jest żar – czy lód?

Albo ktoś taki jak ja

Taki, jak ja.

Pochylił się nad tekstem, starannie unikając dotykania metalu.

Jak, skoro pergamin jest zapieczętowany? Czyli raczej złożony? Nie masz na myśli takich pieczęci jak na starych dokumentach, które wszyscy sygnatariusze stawiali u dołu? Wyklaruj. (Za to zdania tutaj robią się już całkiem trzeźwe.)

Na otoku biegnie inskrypcja

Pergamin ma otok? https://wsjp.pl/haslo/podglad/112804/otok 

W centrum pieczęci widniał grawerunek.

Zaraz, to on bada pieczęć? Ale ta pieczęć ma tekst? A nie obrazek? Pogubiłam się.

Przypominało to przekrój dziwacznej rośliny nie z tego świata, albo mapę nieba widzianą z dna studni.

Nie mam pojęcia, co to przypominało. Na dnie studni jest ciemno i trudno studiować mapy, a przekroje roślin robią tylko botanicy. Czy któraś z tych rzeczy byłaby dla wiedźmina znajoma?

Obraz był niepokojący, nielogiczny i kompletnie niezrozumiały

Nadal nic mi to nie mówi.

Przeniósł wzrok na tekst mapy

Spojrzenie, a mapa wprawdzie ma tekst, ale nie jest on jej istotą.

Wygląda jak szyfr.

Skąd wniosek, że wygląda jak szyfr, skoro facet nawet nie rozpoznaje języka? Poza tym rozpoznaje słowa, więc trudno to nazwać szyfrem… (tutaj: http://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/33940 na dniach ukaże się mój długi, mędliwy elaborat o kryptografii, więc, per venia tua, uzbrój się w cierpliwość).

zacierając dłonie tak mocno, aż zachrzęściła skóra rękawic

Hmm. "Tak mocno" można wyciąć, to tłumaczenie.

Gdzie? 

Dokąd?

A wieża zapewne jest najeżona pułapkami, które mają zabić każdego, kto spróbuje użyć zaklęcia.

Angielskawe, ale właściwie dlaczego oni muszą używać zaklęć przy poszukiwaniu skarbu?

a w jego oczach zapalił się ten charakterystyczny, chciwy błysk.

Bardziej angielskawe (to nie błysk jest chciwy): a w oczach zapalił mu się ognik chciwości.

sugeruje kłopoty

Hmmmmmmm.

potrzebujesz czarodziejki

I według najnowszych przepisów pozew pewny XD Serio, nie może być facet?

Ty masz tylko mnie, a ja właśnie mówię "nie".

Rym.

zaoferować Margaricie Laux-Antille udział w napadzie

Oferuje się udział w zyskach, a udział w napadzie lepiej zaproponować.

Bo pilnowałeś raz jej kotów w domu?

Nooo… w dialogu…

 I do tego zostać rzezimieszkiem?

… tu coś znikło. Kto ma zostać rzezimieszkiem?

wyszeptał triumfalnie

… jak wyszeptać triumfalnie?

Kościół i Rada Miejska się o nią żrą.

U nich był jakiś konkretny Kościół? Nie pamiętam.

niezrozumiałą pieczęć 

Pieczęć to pieczęć. Niezrozumiały może być tekst na niej, chociaż przy rozmiarach pieczęci trzeba wzroku wiedźmina, żeby go odczytać.

 Ironia losu była doprawdy wykwintna.

??? https://wsjp.pl/haslo/podglad/4766/wykwintny 

A zdrętwiały palec przypominał mu, że w tej grze stawka może być wyższa niż złoto.

Mmmm… antropomorfizacja palca :D Purpura trochę.

– Nadal potrzebujesz czarodziejki, żeby to odczytać – zwrócił uwagę Koenrad. – Nawet jeśli ten metal sprawi, że rozboli ją głowa.

Angielskie zdanie, a metal chyba działa na magów automatycznie: – I tak potrzebujesz czarodziejki, żeby to odczytać – zauważył Koenrad. – A od tego metalu rozboli ją głowa.

Więc nie oferuję jej napadu!

Nie proponuję.

– Pro publico bono– mruknął, ruszając po miecz.

Znikła spacja, a prawdziwy wiedźmin zawsze ma miecz przy sobie.

 

Nienajgorsze zawiązanie akcji, chociaż miejscami słowa niosą Ciebie, a nie Ty je. Pokaż im, kto tu rządzi ;)

Novigradzka filia Akademii Oxenfurckiej nie była miejscem, które Koenrad odwiedzał dla przyjemności

I znowu angielszczyzna. Można ewentualnie napisać: nie należała do miejsc, które Koenrad odwiedzał dla przyjemności.

zaduch starych woluminów

… kimchi śmierdzi. Szambo śmierdzi. Ale KSIĄŻKI NIE ŚMIERDZĄ! :P

Mierzyli go wzrokiem, jakby był kolejnym, choć rzadkim, eksponatem z bestiariusza.

Bestiariusz to książka. Nie ma w nim eksponatów.

Przechadzało się tam i nazad

W tę i nazad.

 Koenrad zignorował ich, tak jak ignorował

Nie zwrócił na nich uwagi.

chemiczny, słodkawy aromat, który przypominał palony cukier i fiołki.

W laboratorium się nie było, co? "Aromat" jest przyjemny. Co prawda karmel i jonon pachną przyjemnie, ale zaręczam, że w laboratoriach chemicznych nie pachnie fiołkami.

próbując jednocześnie wciągnąć brzuch i nadać twarzy wyraz „światowca”

Hmmm.

Koenrad, co tu kryć, czynił podobnie, choć z mniejszą ostentacją

Hmmm. I pryska mit profesjonalisty ;)

mała, mosiężna tabliczka

Zbędny przecinek.

Wyprostował fioletowy kaftan

Poprawił, albo obciągnął, choć to drugie mogłoby nie być stosowne.

walnął w drzwi otwartą dłonią, aż zadudniło

Zrób eksperyment.

Drzwi otworzyły się bezszelestnie, wprawiając

Lepiej: Drzwi otworzyły się bezszelestnie, co wprawiło.

Wnętrze pracowni miało charakterystyczne, wysokie sklepienie

Nie znam się na architekturze, ale coś mi tu nie tenteguje.

wszędzie piętrzyły się półki 

Jeśli się piętrzyły, to leżały na kupie: https://wsjp.pl/haslo/podglad/55751/pietrzyc-sie/5168306/o-przedmiotach Chyba nie o to chodzi.

Ta tutaj była inna. 

Hmm.

wyglądała, jakby była rzeźbą bogini miłości

A może: wyglądała jak posąg bogini miłości? (Mają tam taką?)

falowane, złote włosy

Falujące.

opadały na ramiona w artystycznym nieładzie

W laboratorium związujemy włosy. Sorry, skrzywienie niezawodowe :D

Miała na sobie prostą, laboratoryjną suknię

W laboratorium należy mieć na sobie fartuch :D

która jednak w jakiś sposób podkreślała wszystko, co powinna

Hmmm. Która tajemniczym sposobem podkreślała wszystko, co należało?

Spotkał się z nią wzrokiem; spojrzenie, które wywołało w nim na tyle dziwny skurcz w żołądku, że natychmiast odwrócił wzrok.

? Zakochanie czy obrzydzenie?

Jej głos był melodyjny, ale chłodny.

Pomieszane kategorie – chłód głosu nie jest jego stałą cechą.

Zmarszczyła lekko czoło, próbując umiejscowić potężną postać. 

"Postać" jest niekonkretna. Lekko zmarszczyła czoło. I to w sumie wystarczy.

 zaś twarz Pankratza oblała się potem

Hmmm.

Wzrok czarodziejki przeniósł się

Czarodziejka przeniosła spojrzenie.

 Jej palce, do tej pory błądzące po jakimś alchemicznym przyrządzie, znieruchomiały.

? Po co ta autonomia?

 Przesunęła po nim spojrzeniem od stóp do głów

Hmm. Otaksowała go wzrokiem?

A kogo żeś mi tu przyprowadził? Pańskiego… pomocnika od noszenia mebli?

Konsekwentnie – albo "ty" albo "pan". A kogo pan mi przyprowadził? Pomocnika do noszenia mebli?

wypalił dumnie Pankratz

Hmmm.

Po wsiach go wołają… Upiorem z Ve…–

Wołają go "Upiór". Upiorem go zwą.

zanim kondotier zdążył dokończyć ten niefortunny tytuł

Ciach: zanim kondotier zdążył dokończyć.

Uśmiechnęła się cieplej, lecz w oczach próżno go było szukać.

Coś tu się posypało – czego szukać?

Jej rozbawiona mina zniknęęła bez śladu.

Poza literówką – hmmm.

Powiedzmy panienko Margerito, że… to zaufana transakcja handlowa

Wołacz oddzielamy: Powiedzmy, panienko Margerito, że… z uczciwej transakcji handlowej.

Ów przewoźnik uznał, że to „stary, bezwartościowy grat”. 

Ale my o tym wiemy. Jaki jest cel powtarzania tej informacji?

Margarita zignorowała ich obu. Ostrożnie rozłożyła pergamin.

Margarita ostrożnie rozłożyła pergamin. Kropka.

Jego prywatny Szyfr.

Ani pisanie "szyfr" dużą literą nie ma specjalnego sensu, ani rozpoznanie w nim "klucza". Można rozpoznać szyfr, ale idea stosowania szyfrów polega na tym, żeby obcy nie znali klucza i nie mogli tego odczytać. Klucz i algorytm – to różne rzeczy.

Pochyliła się niżej, a jej palec zawisł nad pergaminem, nie dotykając go. 

Masło maślane: Pochyliła się niżej, palec trzymając nad pergaminem.

Z jej opuszka zamigotało błękitne światło.

Przy opuszce zamigotało błękitne światło.

coś o Klejnocie

W sumie "wieża" może być dużą literą, jeśli to konkretna wieża, ale klejnot o nazwie "Klejnot"?

a jej spojrzenie stało się ostre i badawcze

A może po prostu zmierzyła Koenrada badawczym spojrzeniem?

on był heretykiem

A jakiej religii? Bo na razie kwestie religijne są mocno mętne, a nie pamiętam jakich specjalnych rozważań na ten temat z Wiedźmina.

Pankratz spojrzał na wiedźmina, jakby temu wyrosła druga głowa. 

Pankratz spojrzał na wiedźmina, jakby mu wyrosła druga głowa. 

w jej oczach pojawiło się autentyczne zdumienie

Jak to wygląda?

Zanim Czarodzieje nie puścili ją z dymem.

Znowu te wielkie litery? Zanim Czarodzieje puścili ją z dymem; albo: Dopóki Czarodzieje nie puścili jej z dymem.

Margarita patrzyła na niego przez chwilę z zupełnie nowym zainteresowaniem, całkowicie ignorując otwarte usta Pankratza.

Odchudź (co ją obchodzi Pankratz?): Margarita przyglądała mu się przez chwilę. Pankratz gapił się z otwartymi ustami.

Twierdził, że światem nie rządzi przeznaczenie, magia chaosu ani boska wola, ale precyzyjne, ukryte prawa.

Hmmm. Pomijając kwestię użycia słowa "precyzyjne", które jest tu wątpliwe, naprawdę nie pamiętam z Wiedźmina jakiejś szczególnej religii poza raczej praktyczną Melitele. Nie mam w tej chwili czasu ani ochoty na teologię, ale facet był raczej filozofem przyrody (heretyk to odszczepieniec od jakiejś religii, co może i ma tu zastosowanie, ale naprawdę trudno orzec).

Szukał tego, co jest pomiędzy.

?

Energii, która wypełnia pustkę między gwiazdami.

Można tak interpretować materia prima. Ale z tą pustką jednak przesadzasz.

Twierdził, wszyscy jesteśmy zbudowani z malutkich cząsteczek, które są właściwą energi.

Cięcie pozbawiło to zdanie kończyn: Twierdził, że wszyscy jesteśmy zbudowani z malutkich cząsteczek, które są właściwą postacią energii. Demokryt i Lukrecjusz. Materializm. Nic szokującego.

Czegoś, co trzyma to wszystko w kupie.

Ale jak to się ma do poprzedniego zdania?

Koenrad milczał przez chwilę, przetwarzając informację.

Nie był robotem. Druga połowa zdania to sugeruje.

pierwotna energia, która ma tak naprawdę władać całością

Nieosobowa siła nie może niczym władać. Zdanie ogólnie newage'owe.

Pierwotny chaos, który trzyma świat, by ten nie rozleciał się w cholerę.

https://wsjp.pl/haslo/podglad/15241/chaos ? "Ten" zbędne.

spoiwo do wszystkiego

Kropelka, znaczy. Spoiwo wszystkiego.

Trafna diagnoza

A kto tu choruje?

Margarita po raz pierwszy spojrzała na niego z autentycznym, nieskrywanym podziwem.

A oczekiwaliśmy, że to zrobi? To po co podkreślać, że po raz pierwszy?

ale energia, którą Habicht zamknął w tej wieży, może zrównać z ziemią pół Novigradu

…? mam nadzieję, że to nie był kort do squasha…

 A my mamy mapę, jak się do niej dostać.

Hmmm. A my mamy mapę drogi do niej.

Jej palec znów zawisł nad mapą. 

Angielskawe, p. wyż.

nie odrywając wzroku ze zwoju

Nie odrywając spojrzenia od zwoju.

Te trzy klucze lokacyjne

?

Pergamin rozbłysł na chwilę fioletem

Rozbłysk z definicji jest krótki: Pergamin rozbłysł fioletowo.

Może trzeba czytać na odwrót.

Na odwrót też bez sensu.

a jej oczy błyszczały

Angielskie: a oczy jej błyszczały.

On nie umieścił tam pułapki. On umieścił tam… klucz.

? Gdzie?

Użył hasła "Wilk", by aktywować prawdziwą mapę.

A nie: Hasło "wilk" odsłania prawdziwą mapę?

Położyła dłoń na pergaminie , wypowiedająć głośno i wyraźnie słowo:

Położyła dłoń na pergaminie, wypowiadając głośno i wyraźnie słowo.

Atrament, którym zapisano zagadkę, zaczął się przesuwać, wić jak żywy

Przesuwać?

elfie litery zebrały się w nowe kształty

Tu można wyciąć "się". I lepiej: elfickie litery.

pojawił się nowy, precyzyjny plan

https://wsjp.pl/haslo/podglad/5022/precyzyjny Dokładny. Szczegółowy. Tak.

, odzyskując rezon

Zbędne, widać z dialogu.

, ignorując jego propozycję

Jak wyżej. Uparli się wszyscy na to "ignorowanie" i doprecyzowywanie wszystkiego…

Ten Szyfr i ten plan to klucz do większości z nich

Z których?

I choć nie żyje, dorzucił własne. 

Jak jedno wynika z drugiego? Dorzucił, kiedy żył…

Wiedźmin milczał, wzruszając jedynie ramionami

Wiedźmin milczał, wzruszył tylko ramionami.

Podeszła do okna, przez chwilę patrzyła na port.

Dałabym kropkę.

Jej twarz znów była opanowana. 

To ona może być opanowana, ale jej twarz? Najwyżej spokojna. I unikaj angielskich konstrukcji.

(jej głos ociekał ironią)

Tym komentarzem okazujesz czytelnikowi, że masz go za głupka. Albo, że nie wierzysz we własne umiejętności. Jedno i drugie niedobre.

Po dalszych dywagacjach na temat planu, po chwili wyszli z budynku

https://wsjp.pl/haslo/podglad/55542/dywagacja/5158051/rozwlekla Czyli długie ględzenie zajęło im chwilę? A nie możesz po prostu zacząć nowej sceny?

 w wilgotne, portowe powietrze

Na wilgotne portowe powietrze.

zatrzymując się w cieniu zaułka

Zaułek rzuca cień? https://wsjp.pl/haslo/podglad/32695/zaulek 

rzekł cicho wiedźmin, a w jego głosie nie było ani cienia entuzjazmu

Przedłużone (i mieszana metafora): mruknął wiedźmin bez entuzjazmu.

głos Koenrada stał się zimny jak lód.

Dużą literą. Ale metafora… no…

Uśmiech kondotiera zastygł.

?

Bo pamiętam ksywkę, jaką nadał mu kucharz

Którą, ale jednorazowe wyzwisko to jeszcze nie ksywka.

– Na wszystkich bogów – mruknął. – Wszyscy zginiemy.

Powtórzenie.

 

Cokolwiek rozwlekły fragment, który można by przystrzyc. W sumie niewiele się tu dzieje.

 

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Część druga (komentarz ucięło)

na uboczu Złotego Miasta

Hmmm.

W istocie nie przypominała wieży w klasycznym sensie.

To co przypominała? Jak wyglądała?

Ten zaszczytny tytuł

Budynki mają tytuły?

Baron von Hess dobudował do starego stołpu kolejne piętro w fikuśnym, spiczastym stylu

… czyli była to wieża, tylko taka niezgrabna?

To dziwaczne połączenie, na granicy architektonicznej zbrodni, nadawało posiadłości jej szumne miano.

… nie. Po prostu nie.

magazynu z solą

Magazynu soli.

Brzmiało jak początek bardzo złej fraszki.

Hmmmm…

“Mielonym” zwany

Nie kombinuj z szykiem.

zbyt pewnym siebie uśmieszku

Uśmieszek nie może być niczego pewny.

Jego spojrzenie spoczęło na Margaricie

Aliteracja, angielska konstrukcja. Obserwował Margaritę.

z kapturem na głowie, niewzruszona

Jak się ma jedno do drugiego?

Barona von Hessa, Pani Margarito

"Baron" i "pani" małymi literami. To nie nazwy własne.

opierając się o ścianę.

Już się o nią oparł przed chwilą.

Nie sądzisz, że w takich okolicznościach formułki "Szlachetna Pani" i "Mistrzu Wiedźminie" są co najmniej… zbędne?

… ale to on tak do niej mówi. I dlaczego zbędne?

 jej błękitne oczy spoczęły na nim w półmroku

… znaczy, wyskoczyły z oczodołów i się przykleiły? :P

Musimy być bezpośredni.

Nie nadążam za ich rozumowaniem.

To mi oszczędzi zbędnej gadki

Brak kropki, a jak dotąd to on najwięcej gada, więc…

Koenrad uśmiechnął się krzywo

Tu też brak kropki.

że się na to zgodziłaś– mruknął cicho, tak by ona tylko usłyszała.

Tu brak spacji. Szyk niesie informację (tylko ona = ona i nikt inny; tylko usłyszała = nie zobaczyła): że się na to zgodziłaś – mruknął cicho, tak, żeby tylko ona usłyszała.

narazać

Literówka.

Kaptur osunął się, odsłaniając lekki, pełen wdzięku uśmiech.

Zsunął i odsłonił.

Nie mogę sobie pozwolić na nieobecność.

Hmmm.

Trzeba to zabezpieczyć jak i notatki Habichta. 

Trzeba to zabezpieczyć, jak i notatki Habichta.

przeniósł spojrzenie na Pankratza, będące pełne nieskrywanej irytacji.

To nie jest po polsku. "Będące" nawet w angielskim zdaniu by tu nie grało: przeniósł na Pankratza spojrzenie pełne nieskrywanej irytacji.

mruknął tak cicho, by tylko kondotier go usłyszał.

Jak to zrobił bez przemieszczania się?

podjął

Jak raz mogłoby być "odparł"…

usta mu się zamknęły

Tak same?

bursztynowych, ledwo dostrzegalnie pionowych źrenic

Źrenice to te dziurki w tęczówkach, nie mają koloru.

Twarz wiedźmina, o ostrych, kanciastych rysach i przecięta podwójną blizną przez grzbiet nosa, była pozbawiona jakiegokolwiek wyrazu.

Twarz wiedźmina, o ostrych, kanciastych rysach o grzbiecie nosa przeciętym podwójną blizną, była pozbawiona jakiegokolwiek wyrazu.

potrafisz sobie poradzić 

Ciach: poradzisz sobie.

urażony w swej dumie

Można wyciąć.

skrobit metalu

…? Co to jest "skrobit"? Chrobot?

siąpliwy deszcz

To nie dźwięk. Kapanie deszczu. (i – przed chwilą było tylko mokro?)

Kłódka otworzyła się z sykiem.

To z sykiem – czy z trzaskiem?

Hoff ukłonił się ironicznie.

Czyli?

Okiennice wieży co jakiś czas uderzały na wietrze o ściany.

"Na wietrze" tylko psuje rytm zdania.

Zdawał się być skupiony

"Być" jest tu doskonale zbędne.

z boku wieży

Czyli?

Tam również zamek w ciężkich, dębowych drzwiach szybko poddał się sprawnym palcom niziołka. 

Hmmm.

Było zimno.

Abstrakcyjne.

wypowiedziała głośno i wyraźnie słowo ze zwoju:

A może: wypowiedziała hasło?

Kamień nie drgnął.

Kamień ani drgnął.

zafalowało, jak rozgrzane nad ogniem

Hmmm.

A potem… ściana zniknęła.

Czyli tak jakby drgnął w sumie…

Oczom ukazało się wąskie, kamienne przejście.

Czyim oczom? Korytarz, może, ale przejście?

alambiki

Alembiki.

Jego koścista dłoń

Mmmm… https://wsjp.pl/haslo/podglad/80797/koscisty/5206996/czlowiek 

To musiał być Sławosz Habicht.

Anglicyzm: To z pewnością był Sławosz Habicht.

Na postumencie obok niego, lśniąc bladym, zielonkawym światłem, leżała ona. Bransoleta z dużym, osadzonym klejnotem, którego szukali.

Bransoleta nie jest żywa i nigdy nie była, więc nie bardzo łączyłabym ją z człowiekiem. Klejnot jest oprawiony w bransolecie, ale "osadzony" to nie cecha klejnotu.

unoszącym się czerwonym światłem

…? Wielokropek ma trzy kropki.

rozbłysły intensywnym, turkusowym blaskiem

…?

Margarita, zdumiona i przerażona, spojrzała na swoje dłonie, jakby otumaniona.

Margarita w zdumieniu patrzyła na własne dłonie.

"Czuję… czuję, że energia magiczna ze mnie uchodzi," wyszeptała.

Poza tym, że wypowiedź jest mało naturalna – dlaczego nagle formatujesz dialog inaczej, niż robiłeś to dotąd?

Wyrwana jakby ze snu, spojrząła

? Może: Jak wyrwana ze snu spojrzała?

Zasady się łamią!

wtf

Głos Margarity był zniekształcony wysiłkiem.

Co to znaczy?

Czytała ostatnią stronę.

Dlaczego aspekt niedokonany?

On… on próbował się przenieść, używając Materia Prima do … przeniesienia…swojej duszy do tego … klejnotu!

?

integralność struktury pierwotnej została naruszona

ależeco?

odkrzyknęła czarodziejka, starając się opanować drżenie

Czemu odkrzyknęła, skoro pytał Pankratz, a ona mówi do Koenrada? I drżenie czego?

Eksperyment osiągnął punkt krytyczny destabilizacji!

Rozumiem, że to ma być niezrozumiałe, ale jeśli ktoś z tego rozumie tyle, ile mówią słowa, to w tej chwili zaczyna się rozglądać za czymś z procentami…

Natychmiast nastąpi implozja materii

Znikła kropka.

W tym momencie Hugo Hoff, "Mielony", z wrodzonym instynktem rzezimieszka, wykonał szybki, zręczny ruch, zgarnął leżącą na postumencie, już pustą bransoletę i wsunął ją do podręcznej torby, zanim zdążył dosięgnąć go pędzący chaos.

Dynamiczna scena, tnij gadaninę: Hugo Hoff, wiedziony instynktem rzezimieszka, zgarnął leżącą na postumencie pustą bransoletę do podręcznej torby, zanim chaos zdążył go dosięgnąć.

Czerwone światło zgasło, zastąpione przez idealną czerń

Idziesz w abstrakcję.

pomruk zamienił się w ogłuszający, ssący ryk

Czyli w co? Jaki to jest "ssący" ryk?

próbujać

Literówka.

, ruszając rękami, ale nic z tego nie wychodziło.

Zbędne. Skoro próbowała, domyślamy się, że bezskutecznie.

Lecz Materia Prima traciła spójność. Zaczęła pochłaniać.

Jak jedno wynika z drugiego?

Potem alambiki, pękające jak szkło. 

Ponieważ prawdopodobnie były ze szkła… https://pl.wikipedia.org/wiki/Alembik 

ślizgać się

Się ślizgać.

kamienną framugę

Hmm? https://wsjp.pl/haslo/podglad/26090/framuga/2845485/futryna 

Jej magia pękała pod naporem surowej, pierwotnej siły.

Hmmm.

Siła podmuchu, targała wszystkimi

Nie stawiaj przecinka między podmiot a orzeczenie.

zaparty nogami

O co?

Czuł, jak jego zmutowane ciało, obudzone przez energię, reaguje pierwotnym, nieodpartym instynktem.

?

Nie była to myśl, nie była to logika, lecz beznamiętny, biologiczny rezonans, który ciągnął go ku źródłu nieskończonego chaosu. 

Jak wyżej.

o którą się zapierała

A nie trzymała się jej po prostu? https://wsjp.pl/haslo/podglad/18259/zapierac-sie/2453436/stopami 

Widział przerażenie w oczach Pankratza i bezradnego niziołka kurczowo trzymający się nogi kondotiera. 

Trzymającego, ale ogólnie wypada to tak sobie.

Spojrzał ostatni raz na czarodziejkę.

Ostatni raz spojrzał na czarodziejkę.

puścił się ściany 

Puścił ścianę.

Światło jego żył rozbłysło, w mgnieniu oka zmieniając laboratorium we własny negatyw.

???

 

No, nie wiem. Na pewno był to skok bogaty w wydarzenia.

 można było zagryźć zębami

Można zagryźć wódkę ogórkiem, ale bólu nie. Można zagryźć zęby.

 ktoś po nocy cierpliwie powyciągał z niego każdy nerw, wygotował go w żrącym oleju

W nocy, i – żrącym oleju? Hę? https://wsjp.pl/haslo/podglad/35427/zracy/4530764/plyn 

Prywatna pracownia, nie speluna. 

Kto ma łóżko w pracowni? Pracoholik…

zamknęła księgę którą czytała

Zamknęła księgę, którą czytała.

jej błękitne oczy były przenikliwe

To w najlepszym razie stała cecha. Co powiesz na: ale spojrzenie miała jasne i przytomne.

Głos miała chłodny, ale dobiegł go jakby zza ściany. 

Jak się jedno z drugim kłóci?

Sieć jego zmutowanych żył… świeciła

Angielskawe, ale…

Blado, turkusowo, jakby pod skórą tlił się lód.

Kolor turkusowy raczej nie jest blady, a tlący się lód ( https://wsjp.pl/haslo/podglad/16567/tlic-sie ) to piękny przykład oksymoronu, ale nie wiem, co ma mi tu powiedzieć.

Chyba nie

Znaczy, nie żyje?

nie śmierdzi, pachnie

I jest masło na śniadanie ^^

– Żyje – powtórzyła

A nie: potwierdziła?

Smakowała jak wybawienie.

W sumie podmiotem tego zdania jest Margarita…

Pankratz siedzi od dwóch dni w karczmie naprzeciwko, przepijając pańskie spodziewane honorarium.

A mieli być na "ty": Pankratz od dwóch dni siedzi w karczmie naprzeciwko, przepijając twoje honorarium.

niziołek ulotnił się

Wiemy, że to niziołek, i nie trzeba tego powtarzać.

Zwykły, brudny kamień.

Czemu brudny?

Wieża ma zniszczoną piwnicę, zawalił się, częsciowo parter

Hmmm. Piwnica Wieży zniszczona, częściowo zawalił się parter.

cała

Literówka.

spojrzała na jego wciąż tlące się na niebiesko żyły na przedramieniu

Angielskie: spojrzała na żyły na jego przedramieniu, wciąż lśniące niebiesko.

Nic nie wchonąłęm

Niczego nie wchłonąłem.

moje naczynia krwionośne święcą tak od dawna

Literówka. I dlaczego wcześniej nie było tego świecenia widać?

Głównie pod wpływem użycia magii, w stanie silnego pobudzenia emocjonalnego tak się zdarza, że tak to… wygląda. 

?

odparła patrząc

Przecinek: odparła, patrząc.

Akumulowałeś energię która

Akumulowałeś energię, która.

Jesteś chodzącym… uziemieniem

Jeśli nie mają tam elektryczności, to skąd pojęcie uziemienia?

ciało zaprotestowało

Rym.

Spojrzał na jej poważną twarz i pozwolił sobie na cień ironii. 

Tłumaczysz.

Musiałaś się nieźle uśmiać. 

Pewnie się nieźle uśmiałaś.

dziwnie miękkie

Łagodne.

krew uderza mu do twarzy

Do głowy, może, ale do twarzy?

próbując odzyskać rezon

Hmmmmmmmmm…

a jego szczęka zacisnęła się mocno.

Angielskawe.

To jedyne co zapamiętałem o niej.

Jedyne, co, ale nie widzę tu wynikania.

zwykłe, zrozumienie

Co tu robi przecinek?

nawet zdawało mu się, że dostrzegł coś w oczach Margarity

Przecież powiedziałeś, że dostrzegł zrozumienie?

Musiał przerwać tę nieznośną intymność, której nie potrafił zrozumieć.

Łopata.

 stojący po jej stronie

Po jej stronie czego?

widząc jego niezdarny wysiłek

Nie tłumacz aż tak.

w desperackim zrywie

? https://wsjp.pl/haslo/podglad/37137/zryw/3908737/odwagi 

Ich zamiary spotkały się w pół drogi, z głuchym, pozbawionym godności stuknięciem. Jej czoło uderzyło go prosto w skroń.

Patos i antropomorfizacja zamiarów. Oraz czoła. Stuknięcie się głowami jest rozczulające, ale purpura niszczy ten efekt.

Syknął z bólu, bardziej z zaskoczenia.

Syknął, bardziej z zaskoczenia niż z bólu.

Kącik jego ust drgnął.

Hmmm.

Niezdarność nie jest moją specjalnością.

?

Musisz mieć

Angielskie. Masz.

Gdy go brał, ich palce się przypadkowo musnęły. 

Tak same? :)

w jej oczach zauważył coś innego

Co on tam ciągle widzi w tych oczach? XD

cała chwila pękła jak szklana bańka

Prysnąć może nastrój, ale nie chwila.

jak sparzony

Jak oparzony (idiom).

 Czarodziejka wyprostowała się, odwracając do drzwi.

Imiesłów: Czarodziejka wyprostowała się i odwróciła do drzwi.

Pankratz, sam, czerwony na twarzy

Po co podkreślać, że sam?

 Klejnot. – rzucił 

"Rzucił" dużą literą, to nie verbum dicendi.

Za jego pośrednictwem sprzedaliśmy komu trzeba na czarnym rynku na Okrawkach.

… on na pewno miał w tej sprawie coś do powiedzenia? XD

swoim subkoncie

OK, na bankowości się nie znam.

O ile pamiętam, ostatnio z groszem było u ciebie ciężko jak żeś wydał tysiąc orenów w Mahakamie za naprawę swego miecza.

O ile pamiętam, z groszem u ciebie ciężko, od kiedy wydałeś tysiąc orenów w Mahakamie na przekucie miecza.

wstał, spojrzał na Margaritę a potem na Koenrada.

Duża litera, niepaszczowe: Wstał, spojrzał na Margaritę, a potem na Koenrada.

zakończył Pankratz głupkowatym uśmiechem w stronę wiedźmina

? Z głupkowatym uśmiechem pod adresem wiedźmina?

Raczej wątpię, byś potrafił – odparła cicho.

Raczej wątpię, że to potrafisz – skomentowała półgłosem czarodziejka.

Podeszła do niego, siadając znów na krześle.

Jednocześnie? Podeszła do niego i znów usiadła na krześle.

W jej oczach nie widział kobiety, tylko badaczkę

A to nie ona patrzy na niego jak badaczka?

Zanim pociągniesz ten temat – przerwał jej, a jego głos odzyskał nieco chłodu

?

– Boisz się nas – stwierdziła, nie pytała.

– Boisz się nas – stwierdziła. Nie spytała.

– Wolę po prostu gdy nie wszyscy wiedzą o moich tajemnicach– sprostował.

– Wolę po prostu, gdy nie wszyscy znają moje tajemnice – sprostował.

Nie wspomnę też, że jedna czarodziejka również… uczestniczyła w mojej przemianie.

Jak to u wiedźmina, nie?

jej maska profesjonalizmu opadła, odsłaniając czystą, drapieżną ciekawość

Purpura.

Pochyliła się nieznacznie.

Maska?

w jego głosie znów pojawił się cień stali

Co Ty z tymi cieniami w głosie? To mieszana metafora.

Obiecuję, że przekażę ci co nie co na ten temat

Obiecuję, że opowiem ci o tym i owym.

Zamilkł, jakby to ostatnie słowo kosztowało go więcej niż cały skok. Po chwili dodał, odwracając wzrok:

Rym.

Wzbudzasz zaufanie.

? Skąd to się wzięło?

W jej oczach była głębia, której się nie spodziewał. 

Co Ty z tymi oczami?

Nie było chłodnej analizy, lecz… empatia

?

– Uszanuję to

Co uszanuje?

otwierają więcej pytań niż odpowiedzi

Nasuwają więcej pytań, niż dają odpowiedzi.

Otworzyła ponownie księgę, po czym znowu spojrzała na niego tak, że Koenrad nie potrafił wyczytać czy to pojrzenie mówiące o zainteresowaniu fizycznym lub po prostu próba wyłuskania informacji.

Ponownie otworzyła księgę, po czym znowu spojrzała na niego tak, że Koenrad nie zdołał odróżnić, czy kobietę interesuje jego wiedza, czy coś zupełnie innego. Lepiej nie dam rady.

 W takim razie umówmy się na jedno

Umówmy się co do jednej sprawy.

to wszystko sobie w głowie ułożyć

Szyk: ułożyć sobie to wszystko w głowie.

spelumie

Literówka.

podniosła na niego wzrok, a jej oczy błyszczały ciekawością

Ciach: podniosła na niego oczy błyszczące ciekawością.

twoje życie już nigdy nie będzie proste

Hmmm.

 

Why haven't they kissed yet? XD

 

Niezła przygodówka, chociaż miejscami trochę przegadana. Językowo mogłoby być lepiej, jak widać na załączonym obrazku, filozofii przyrody w zasadzie nie było, może na szczęście, więc nie mam czego rozjeżdżać :D

nie mialem nikogo po za AI

Nie polegaj na AI. Serio.

Z kontekstu jak się można wyczytać, oczywiście Koenradowi chodzi o mniej wiecej odpowiednik czarnej materii/atomów, i chodziło mu o coś co spaja/skleja materię.

Eeee… nie. Atomy tak nie działają. Nawet atomy Demokryta. Nic ich nie skleja.

 nie widzę i nie mam siły tworzyć czegoś od zera

Twoja wola, ale oryginalność wychodzi nie wtedy, kiedy się na nią silimy, tylko kiedy jesteśmy skupieni na myśli. Oraz szczerzy. Jeśli znane Ci światy nie będą pasowały do tego, co zechcesz powiedzieć… to może jednak spróbuj?

Po za tym mimo wszystko uważam, że czytając jakieś książki mimowolnie powiela się jakiś schemat przeczytanych autorów, pisząc coś swojego. 

Mmm, do jakiegoś stopnia. Ale miesza się różne schematy, zresztą – jesteś sobą ;)

przez co nosi on znamiona fragmentu

Nosi. Wyraźne.

czytając o kamieniu filozoficznym o którym wiedziałem od dawna (znanym koncepcie alchemii sredniowiecznej) dotarłem, do materii prima

Mmmm… powiem tak. Też tego próbowałam. Nie wyszło. Materia prima jest mało wdzięcznym obiektem do opisywania, bo ona nie ma własności! Jak to pieruństwo opisać? No, nijak.

 chociaż ukończone mam studia historyczne (ale pracuje w informatyce) to nie wiedziałem o tym koncepcie ;)

To jest koncept filozoficzny XD Do zrozumienia bitwy pod Grunwaldem i defenestracji praskiej nijak niepotrzebny :D A jaka jest metafizyka Wiedźmina? Nie wiem. Nie wiem, czy sam Sapkowski wie, bo ze znanych mi pisarzy metafizyką swoich światów przejmowali się tylko Tolkien, Dick i Sanderson.

ja jestem zwolennikiem tego, że nie trzeba wymyślać koła na nowo, żeby przedstawić coś w odświeżony sposób

Bo nie trzeba, ale nie o to chodzi, żeby nie wymyślać nowych światów, bo tego nie unikniesz. Chodzi o to, żeby je wymyślać po swojemu ;) Emily Short gdzieś o tym pisała…

tylko po prostu zrobić coś w odwrócony sposób

I to jest tworzenie światów ^^ tylko na mniejszą skalę.

Niektórzy twierdzą nawet (i również się z nimi zgadzam), że od czasów Homera wszystko zostało już napisane.

Jak każde twierdzenie, także i to jest prawdziwe, kiedy je odpowiednio zinterpretować, a nieprawdziwe, kiedy nieodpowiednio :P

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Na wstępie chcę ci podziękować za tak dobitną analizę tekstu. Przyznaję, że zabierałem się dzisiaj za odpisanie, na te bardzo konstruktywną, ale jednak, krytykę, lecz ciągle ktoś mi przerywał i ostatecznie gdy miałem opisany cały już wywód, to komputer się wziął i rozładował. Niestety poszedł ACPI-shutdown, czyli wyłączenie komputera bez hibernacji systemu, zatem RAM został wyczyszczony. A tym samym też draft odpowiedzi w przeglądarce.

 

Czytaj – wszystko poszło w piach.

 

Postaram się jednak mniej więcej odtworzyć to co pisałem. Jeżeli coś ominę a byś chciała, żebym pociągnął – to zwróć uwagę. 

 

Jeszcze raz ci dziękuje za analizę tekstu, bo jest dla mnie bardzo cenna.

 

Miał chudą żonę, znaczy XD Zdaje mi się, że budujesz zdania za długie na swoje możliwości – przez to wychodzą mętne i nie do końca poprawne interpunkcyjnie (tu przecinek powinien być także po "który", bo zaczyna się wtrącenie). I ta "marka"… Oj, sapkowszczyznyim się zachciewa, daję słowo :D

 

czyli – “to styl trudny, a to inna liga, a ty jesteś niżej”

Ale ja sobie zdaje sprawę z tego :)

Po pierwsze nie jestem pisarzem :) A kimś kto wrócił po latach do napisania czegoś z potrzeby ducha i tego, że w końcu nie boję się jak kiedyś ukazywać czegoś światu.

Tylko ja naprawdę lubię ten styl. 

Masz rację co do jednego – inspiruję się Sapkowskim, nie ma sensu temu zaprzeczać. Ale nie tylko nim. Trochę też jest Pilipiuka. Bardzo lubię ironię, lekkie przerysowanie i zdania wielokrotnie złożone, nawet jeśli czasem oznacza to balansowanie na granicy przesytu.

Mam też pełną świadomość, że to styl ryzykowny i że – jak słusznie zauważył beeecki – sam sobie podnoszę poprzeczkę, wystawiając się na ostrzejszą krytykę warsztatową. Nie zamierzam jednak kapitulować, bo narazie – najwięcej mi sprawia radości pisanie w tym właśnie stylu. Przynajmniej narazie.

A w sumie o to mi chodzi, żeby się z tego cieszyć :)

Zdaję sobie sprawę, że długie zdania potrafią się czasem wymknąć spod kontroli – dlatego takie konkretne uwagi, jak Twoje, są dla mnie naprawdę cenne. Pomagają wyłapywać miejsca, gdzie forma zaczyna szkodzić klarowności. 

Będę próbował dalej, testował, Sapkowski też w porównaniu do “Wiedźmina” z lat 80, do “Rodroża Kruków”, styl rozwinął, zmienił. 

 

Anglicyzmy– być może dlatego, że na co dzień odpisuje, pisze i rozmawiam w angielskim ze względu na pracę w korpo i nie ukrywam, że w głowie czasem zdarza mi się nawet myśleć po angielsku i być może dlatego ich dużo. Szczerze, nie zwracałem na to uwagi. Ale patrząc na twoje uwagi rzeczywiście tak jest. Postaram się zwrócić na to uwagę w następnych tekstach.

Jeszcze pamiętam że było słowo skrobit.

Chodziło mi o skrobot, literówka do powyższego słowa. Wiem, że jest takowe nazwisko i słowa jako tako takiego nie ma, ale przynajmniej u mnie się tak mówiło :) Ale fakt, trzeba dbać o język, zmienię na chrobot, bo to słowotwórstwo, w które nie chce iść.

 

Literówki, szyk zdań masz w stu procentach rację i nawet nie dyskutuję. Dziękuje ci jeszcze raz bo taka analiza kosztuje dużo czasu.

 

Uwagi dotyczące świata:

 

Imię Koenrada – Dutch: Coen, Coenraad, Koen(raad), Koendert, Koene.

Wziąłem to imię jako odpowiednik duński imienia Konrad, ale usunąłem a. Wymawiać można Konrad, Koenrad. Whaterver ;) (Wiem, wystawiam ci się po raz kolejny :))

 

Kościół – W Novigradzie istniał Kult Wiecznego Ognia, czasem zamiennie używanym w uniwersum Kościołem Wiecznego Ognia.

Bogowie – Sapkowski z powszechnie znanym sobie luźnym podejściem do świata, a raczej – jego konstrukcji, często mówił a a nie mówił be. Nie mniej Bogów było kilka. Melitele, Kreve, był Dagon, Epona, wspomniany Wieczny Ogień. Jednak próżno tu szukać głębszej metafizyki do której na końcu swojej analizy nawiązujesz. 

Materia Prima. Ja mam świadomość tego, że to idea. Jednak jak wspomniałaś, po prostu tworzę w małym zakresie swój własny świat, tylko na mniejszą skalę. Uznałem że połączę koncept Materia Prima, połączę z ciemną energią i zobaczę co się stanie. 

 

Nie wspomnę też, że jedna czarodziejka również… uczestniczyła w mojej przemianie.

Jak to u wiedźmina, nie? – nie stwierdzono nigdy w sadze Sapkowskiego czarodziejki, żeby uczestniczyły w Próbach Traw. Zawsze byli mężczyzni.

Ja zamierzam to zmienić.

Eeee… nie. Atomy tak nie działają. Nawet atomy Demokryta. Nic ich nie skleja.

Niechce ciągnąć tego tematu. Uczono mnie, że atom składa si

Why haven't they kissed yet? XD

Bo to nie jest Geralt, przysiągł sobie zaliczanie każdej czarodziejki którą napotka na drodze ;)

(chociaż też z czarodziejki będzie miał na swojej drodze)

 

Niezła przygodówka, chociaż miejscami trochę przegadana. Językowo mogłoby być lepiej, jak widać na załączonym obrazku, filozofii przyrody w zasadzie nie było, może na szczęście, więc nie mam czego rozjeżdżać :D

 

Dziękuję. Mam świadomość, że było trochę przegadania. Ide była taka – zbiera się chwacka drużyna która chce coś ukraść. Trochę zwariowana. Napewno gdybym miał więcej czasu, siły i dobrego betę, to bym to zrobił lepiej. Ale nie miałem już sił, a tym osobom którym to pokazałem a nie nie są “betami” stwierdzili, że jest naprawdę fajne, więc wrzuciłem.

 

Jeszcze raz – dziekuje ci za ten noworoczny fajny komentarz. Wszystkiego Najlepszego w Nowym roku :)

 

 

EDIT:

Zapomniałbym.

 

Co do atomów – tu akurat pozwolę sobie lekko doprecyzować :)

Nie chodziło mi o „klej” w sensie dosłownym, tylko o skrót myślowy / metaforę. Atomy i jądra nie istnieją „same z siebie”, tylko dzięki oddziaływaniom (silnym, elektromagnetycznym itd.), które utrzymują strukturę. W tym sensie Koenrad mówi o „czymś, co spaja”, coś co łączy. Jak używałem w komentarzach o kleju itp, to wynikało, że szukałem jakiejś metafory w quasi-średniowiecznym fantasy wiedźmina które może pasować do próby wytłumaczenia tego. 

Jeśli to brzmi zbyt dosłownie – fair, przyjmuję uwagę warsztatowo. Sens był jednak intuicyjny i narracyjny, nie popularnonaukowy.

 

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"

Czytaj – wszystko poszło w piach.

Ano, tak bywa. Niestety…

czyli – “to styl trudny, a to inna liga, a ty jesteś niżej”

Hej, hej, hej. Powoli. Nie do końca. Sapkowski pisze jak Sapkowski, ponieważ jest Sapkowskim. A Ty jesteś Tobą. Może przypominasz Sapkowskiego w istotnych aspektach, skąd mam wiedzieć? Ale – wpadłam wczoraj na taki fajny artykuł: https://laurarbnsn.substack.com/p/three-questions-to-ask-yourself-before Owszem, zawartą w nim poradę można streścić "nie pisz satyry, jeśli nie masz poczucia humoru", ale przeczytaj. Krytykowani przez autorkę ludzie nie są Lewisem. A Ty nie jesteś Sapkowskim. Czy to źle?

Bardzo lubię ironię, lekkie przerysowanie i zdania wielokrotnie złożone, nawet jeśli czasem oznacza to balansowanie na granicy przesytu.

Wszystko to są dobre rzeczy – o ile są dobrze zrobione. A to trzeba wyćwiczyć. Skoro wracasz po latach, to nie można wykluczać, że trochę zardzewiałeś i musisz się rozruszać.

Nie zamierzam jednak kapitulować, bo narazie – najwięcej mi sprawia radości pisanie w tym właśnie stylu. 

I bardzo dobrze. Chodzi o to, żebyś się w nim rozruszał.

 nie ukrywam, że w głowie czasem zdarza mi się nawet myśleć po angielsku

Mnie też się zdarza – z drugiej strony, parę rzeczy przetłumaczyłam, co wymusza troszkę bardziej, hmmm, świadome podejście do anglicyzmów. Bo gdyby tłumaczyć słowo za słowem, to równie dobrze moglibyśmy być guglem :)

Wiem, że jest takowe nazwisko i słowa jako tako takiego nie ma, ale przynajmniej u mnie się tak mówiło :)

Hmmm, regionalizm, znaczy? :D

Wiem, wystawiam ci się po raz kolejny :))

XD

 W Novigradzie istniał Kult Wiecznego Ognia, czasem zamiennie używanym w uniwersum Kościołem Wiecznego Ognia.

Aaaa, to było to z tymi zniczami? Teraz mi się coś kołacze, ale żadnych konkretów co do tej religii nie pamiętam :)

Jednak próżno tu szukać głębszej metafizyki do której na końcu swojej analizy nawiązujesz. 

Większość fantastów, na ile udało mi się zaobserwować, nie przejmuje się metafizyką. W sumie tak na co dzień nie muszą, chociaż czasem, jak coś walną…

Uznałem że połączę koncept Materia Prima, połączę z ciemną energią i zobaczę co się stanie. 

OK, tylko pamiętaj, że jak coś już ma nazwę, to takie kombinacje mogą być straszliwie mylące dla ludzi, którzy tę nazwę znają i łączą z czymś konkretnym. Jeśli, powiedzmy, piszę, że bohaterka jechała pociągiem, a potem, że ten pociąg rżał i parskał, to czytelnik się zawiesi (przykład celowo przerysowany).

nie stwierdzono nigdy w sadze Sapkowskiego czarodziejki, żeby uczestniczyły w Próbach Traw

A Triss nie świerzbiły paluszki? Chociaż faktycznie nic z tego nie wyszło…

Niechce ciągnąć tego tematu. Uczono mnie, że atom składa si

To nie ciągnij :D Ale atomy współczesnej fizyki (których tu raczej nie mają szans znać) i atomy Demokryta to dość różne koncepcje.

Bo to nie jest Geralt, przysiągł sobie zaliczanie każdej czarodziejki którą napotka na drodze ;)

XD

Napewno gdybym miał więcej czasu, siły i dobrego betę, to bym to zrobił lepiej.

Jak mawiał Mark Twain, wszystko można by zrobić lepiej :)

Wszystkiego Najlepszego w Nowym roku :)

I wzajemnie!

Atomy i jądra nie istnieją „same z siebie”, tylko dzięki oddziaływaniom (silnym, elektromagnetycznym itd.), które utrzymują strukturę. 

To jest bardzo nowoczesna koncepcja, o ile wiem. Czy dałoby się do niej dojść w świecie Wiedźmina? Nie mam pojęcia. W każdym razie nie jest jedyną możliwą i w zasadzie nie da się dowieść ani sfalsyfikować. Ale w filozofię nauki też nie mam w tej chwili ochoty brnąć, zatem.

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Kratzen gadał, że ten majtek twierdził, to niby jakaś mapa albo szyfr.

W tym zdaniu brakuje że, przed to, ale kłopotek polega na tym, że masz tych że w akapicie od cholery. Warto by cały przeredagować, żeby go odżeżować.

 

Cofnął dłoń natychmiast, z obrzydzeniem, jakby dotknął rozrzarzonego metalu.

Rozżarzony! metal nie budzi obrzydzenia, przynajmniej u mnie!;)

 

Powiem Ci Melendurze88 rzecz, która Cię pewnie zasmuci. Powinieneś zarzucić, na razie, pisanie powieści. Opowiadanie wyszło fajnie. Spełnia wymogi konkursu, jest fabuła, żeby nie powiedzieć: “dzieje się!”, jest dowcipnie i momentami (nieco) strasznie. 

W odróżnieniu od powieści nie ma przegadanych infodumpów, nie ma tysiąca pojęć i odniesień do świata, dzięki czemu czytelnik wciąga się i nie czuje się zagubiony. 

I nawiązania do świata Wiedźmina też mi się podobało.

delulu managment

Warto by cały przeredagować, żeby go odżeżować.

Ożeż XD

Powinieneś zarzucić, na razie, pisanie powieści. Opowiadanie wyszło fajnie.

Jedno z drugiego nie wynika :D

 

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Jedno z drugiego nie wynika :D

Wynika, bo opowiadanie autor ogarnął, a powieść mu się rozchodzi ;P

 

delulu managment

W tym zdaniu brakuje że, przed to, ale kłopotek polega na tym, że masz tych że w akapicie od cholery. Warto by cały przeredagować, żeby go odżeżować.

Ta, brak bety niestety. Tą wypowiedź i fragment kilka razy zmieniałem i poprawiałem bo tak naprawdę od tego zaczyna się przygoda a pomysł na to jak ma ów mapa wyglądać miałem z kilka konceptów ;) Już poprawiłem :)

 

Powiem Ci Melendurze88 rzecz, która Cię pewnie zasmuci. Powinieneś zarzucić, na razie, pisanie powieści. Opowiadanie wyszło fajnie. Spełnia wymogi konkursu, jest fabuła, żeby nie powiedzieć: “dzieje się!”, jest dowcipnie i momentami (nieco) strasznie. 

W odróżnieniu od powieści nie ma przegadanych infodumpów, nie ma tysiąca pojęć i odniesień do świata, dzięki czemu czytelnik wciąga się i nie czuje się zagubiony. 

I nawiązania do świata Wiedźmina też mi się podobało.

Po pierwsze bardzo dziękuję za miłe słowa(szczególnie od tak znanej członikini loży) i za to, że mimo iż pisanie opowiadań w świecie wiedźmina (wiem, powinienem pisać swoje) nie zostało uznane tutaj za afront ;) Mam swoją wizję i po prostu chce się z nia podzielić światem. Co z tego wyjdzie – zobaczymy. Uznałem, że zbyt długo moje pomysly zostawały w głowie.

 

A co do powieści, raczej nie, ale seria opowiadań tak :) A i pokazuje, że może szortów. Zobaczymy. Napewno wena obecnie jest a jak to ADHDowca, takiego jak ja – świeca duża, ale lont krótki. Więc trza korzystać, póki wena się płonie :)

 

@Tarnina jeszcze raz ci dziekuje też za fachową analizę. Dała mi bardzo dużo do myślenia.

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"

Wynika, bo opowiadanie autor ogarnął, a powieść mu się rozchodzi ;P

Musimy poważnie pogadać o wynikaniu XD

Dała mi bardzo dużo do myślenia.

Cieszę się, że pomogłam ^^

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Hej,

 

no to jedziemy!

 

Dobrze byłoby wyrównać tekst :)

 

Dał zapłatę, lecz rzucił mi to w twarz, mówiąc, że to stary, bezwartościowy grat, co zalega mu w ładowni i że mam sobie ten pergamin w ramach premii.

W ramach premii co? 

 

jakby krew w żyłach gwałtownie zmieniło rytm.

Literówka

 

aż zachrzęściła skóra rękawic

Czy skóra może chrzęścić?

 

– Posłuchaj. – Wiedźmin oparł się o biurko. – Do takiej roboty potrzebujesz czarodziejki, która rozbroi magiczne zabezpieczenia – choć z tym dwimerytem będzie miała cholerny problem. I cholernie dobrego włamywacza. Ty masz tylko mnie, a ja właśnie mówię "nie".

– Po pierwsze: mienia! A po drugie… Baron von Hess nie żyje! – Zszedł tydzień temu! – wyszeptał triumfalnie kondotier. – Umarł na zawał. Wieża stoi pusta. Kościół i Rada Miejska się o nią żrą. Mamy okno, rozumiesz? Dom bez pana!

 

W dialogach lepiej nie dawać pauzy, bo jest to mylące. Czy to wtrącenie didaskaliów, czy kolejna mówiona kwestia.

 

Pankratz, który sapał obok niego, próbując jednocześnie wciągnąć brzuch i nadać twarzy wyraz „światowca”, co rusz oglądał się za co zgrabniejszymi studentkami

Ty masz tylko mnie, a ja właśnie mówię "nie".

 

Ufam, panie Hoff, alias “Mielony”,

 

Cudzysłowy się rozjeżdżają, są aż 3 różne ich wersje ;) Ma to miejsce parę razy, warto przejrzeć i ujednolicić.

 

Pan Nacht?

Nadużywasz wielokropka. Sprawdziłam i jest tego lekko ponad 100. Wydaje się o dużo za dużo.

 

Jej palce, do tej pory błądzące po jakimś alchemicznym przyrządzie, znieruchomiały. Przesunęła po nim spojrzeniem od stóp do głów, a kącik jej ust drgnął ledwo zauważalnie.

Przesunęła spojrzeniem po tym alchemicznym przyrządzie? 

 

Uśmiechnęła się cieplej, lecz w oczach próżno go było szukać.

Niby wiem o co chodzi, ale na początku masz czasownik, więc to “go” nie pasuje. 

 

Jej rozbawiona mina zniknęęła bez śladu.

Literówka

 

To jest klucz Sławosza Habichta.

Aleksandra W-U lubi to laugh

 

Podobno Sławosz zrobił specjalną broszę, w której osadził właśnie jakiś Klejnot, który miał wielką moc

Troszkę nieładne

 

Ale Prawdziwym skarbem są notatki Sławosza.

Czemu z wielkiej?

 

Zanim Czarodzieje nie puścili ją z dymem.

właściwą energi

Energii

 

– Więc wiesz… On podważał istnienie bogów. Twierdził, że światem nie rządzi przeznaczenie, magia chaosu ani boska wola, ale precyzyjne, ukryte prawa. Szukał tego, co jest pomiędzy. Ukrytej osnowy świata. Materia Prima. Energii, która wypełnia pustkę między gwiazdami. Twierdził, wszyscy jesteśmy zbudowani z malutkich cząsteczek, które są właściwą energi. Czegoś, co trzyma to wszystko w kupie.

Koenrad milczał przez chwilę. 

– …Materia Prima… pierwotna energia, która ma tak naprawdę władać całością – mruknął w końcu, bardziej do siebie niż do niej. – Pierwotny chaos, który trzyma świat, by ten nie rozleciał się w cholerę. Takie… spoiwo do wszystkiego.

Opko jest dość rozbudowane między innymi przez takie fragmenty jak tutaj – podajesz dwa razy tę samą informację tylko innymi słowami. 

Albo inny przykład:

 

Pankratz Nacht nerwowo poprawiał pas. Hugo Hoff, “Mielonym” zwany

– Trzymajcie się! – wrzasnęła Margarita, próbujać rzucić zaklęcie, ruszając rękami, ale nic z tego nie wychodziło.

Zobaczył, jak palce Margarity zaczynają się ślizgać po kamiennej framudze, o którą się zapierała.

Chyba nie, skoro nie śmierdzi, pachnie i obudziłem się w czystej pościeli. 

 

To, że tak go zwą, wiemy z wcześniejszego rozdziału. To “ruszając rękami” nie stanowi jakiegoś błędu, ale też jest zbędną informacją w tym akurat momencie (jest mocna akcja, więc każde zbędne słowo ją spowalnia). To, że zapiera się o ścianę, wiemy z kilku zdań wcześniej. Skoro nie śmierdzi, to pachnie itd.

 

2 zbędne wyrazy tu, dwa zbędne wyrazy tam i w efekcie opko pęcznieje.

 

– Trafna diagnoza, wiedźminie. – Margarita po raz pierwszy spojrzała na niego z autentycznym, nieskrywanym podziwem.

No tak, trafna, bo sparafrazował jej słowa :P

 

wypowiedająć głośno i wyraźnie słowo:

literówka

 

Pan Nacht… (jej głos ociekał ironią) …weźmie swój "Klejnot".

Nie jest to najlepsze, gdyby wyjąć to poza nawias i napisać po prostu, a jej głos ociekał ironią, wypada już lepiej

 

Brzmiało jak początek bardzo złej fraszki.

W typie “Lambert, Lambert Ty c*uju”?

 

Kaptur osunął się, odsłaniając lekki, pełen wdzięku uśmiech.

Tzn wcześniej kaptur zasłaniał jej przód twarzy? Płaszcz ubrała tyłem na przód czy co? :P

 

Trzeba to zabezpieczyć jak i notatki Habichta.

Przecinek

 

– Co masz do Hugo? Ma talent – szepnął Pankratz.

– “Mielony”, to ma talent do wpadania w kłopoty

Czemu ten dialog nie odbył się wcześniej, gdy Koenrad uświadomił sobie, kogo Pankratz chce wziąć na misję?

 

Zdawał się być skupiony całkowicie na obserwacji. 

Zdawał się czy był? 

 

klejnot osadzony w bransolecie rozbłysnął oślepiająco, a następnie uniósł się w górę, pulsując intensywnym, unoszącym się czerwonym światłem.. Magia w pokoju zawrzała. Ze szkieletu Habichta buchnął czerwony dym, a całe laboratorium zaczęło drżeć.

Powtórzenia. O ile czerwonawe światło lub czerwonawy dym nie mają swojego magicznego uzasadnienia, też bym je zmieniła.

 

"Czuję… czuję, że energia magiczna ze mnie uchodzi," wyszeptała.

Czemu wypowiedź zapisana w ten sposób, skoro to nie jest myśl?

 

Wyrwana jakby ze snu, spojrząła na stół, na którym leżały porozrzucane notatki i księga.

Literówka

 

– On nie umarł! On… on próbował się przenieść, używając Materia Prima do … przeniesienia…swojej duszy do tego … klejnotu!

– Co to, kurwa, znaczy?! – wrzasnął Pankratz.

Powtórzenie + dobre pytanie ;)

 

To nie jest magia, to kaskada rozpadu eterycznego! Natychmiast nastąpi implozja materii

Brak kropki na końcu zdania

 

a pomruk zamienił się w ogłuszający, ssący ryk.

Jak brzmi ssący ryk? Rozumiem, że chodzi o to, że próżnia ich zasysa, ale nie brzmi to najlepiej.

 

Potem alembiki, pękające jak szkło.

A jak inaczej miałoby pękać szkło? ;)

 

Wieża ma zniszczoną piwnicę, zawalił się, częsciowo parter, a my mamy bezwartościową błyskotkę

Zbędny przecinek i literówka

 

Ale… cała Materia Prima, którą ten klejnot zawierał… – spojrzała na jego wciąż tlące się na niebiesko żyły na przedramieniu – …wchłonąłeś. Ty.

Wyczuwam tu nie tylko inspirację Wiedźminem, ale i BG3 (Gale i jego kula?)

 

Margarita wskazała podbródkiem na stół. Leżał tam. Matowy, szary i pęknięty na dwoje. Zwykły, brudny kamień.

– Do rzeczy, panie Nacht – przerwała mu lodowato.

– A, tak. Klejnot. – rzucił na łóżko wiedźmina martwy, szary kamień. – Szlag go trafił. Zdechł. Wessałeś go, czy co?

Czekaj, czekaj. Najpierw kamień leży na stole, a potem wtacza się Nacht do pokoju i rzuca nim na łóżko? 

 

– Boisz się nas – stwierdziła, nie pytała.

To, co pisałam wcześniej, zbędne wstawki, bo widzimy, że nie ma pytania :)

 

No tak. Geralt i Yen w trochę innym sosie. Ogrywasz to ciekawie, ku swojemu zaskoczeniu wciągnęłam się w historię i mimo przegadania, czytałam z zainteresowaniem. Wiem, że to wycinek z uniwersum, ale dość łatwo się odnaleźć w opowieści, bo znaczenie obco brzmiących nazw wynika z kontekstu. Z tych wszystkich historii z Koenradem, ta podobała mi się najbardziej. 

 

Kliknę, czemu nie. I w sumie zaskoczona jestem, że ten tekst nie ma ani jednego klika, bo do biblio trafiają prostsze opka, które IMO zasługują na to mniej :)

 

 

 

 

Those who don't believe in magic will never find it

Dzięki, za odwiedziny heart

Poprawki naniosę , to stare opko ale darzę je sentymentem :)

 

Ale to:

 

w ramach premii

Eh…za szybko poprawiane wtedy i pewnie nie dokończone. Poprawione ;)

 

Teraz ważniejsze:

 

Wyczuwam tu nie tylko inspirację Wiedźminem, ale i BG3 (Gale i jego kula?)

W sumie to nie :) To się urodziło totalnie w mojej głowie. Chciałem, żeby to był klejnot, no ale sama błysktotka nie miała sensu, a że lubię cliffhangery i otworzyć sobie kilka drzwi na przyszłość, to uznałem, ze trzeba klejnotowi jakoś nadać dodatkowe znaczenie. A że magia, a że przenikanie się światów, zacząłem myśleć o kamieniu filozoficznym, aż w końcu natknąłem się na wątek Materia Prima. Połączyłem więc klejnot z tym, żeby nadać jej formę i jakoś samo wyszło :)

Gale miał z tego pamiętam artefakt Krassusa, koronę wielkiego króla Netherilu, super-duper mocarną która działała cuda ;) A tutaj chciałem nadać jeszcze trochę bardziej ontologicznego charakteru:)

No tak. Geralt i Yen w trochę innym sosie.

Tak, bo ta dynamika tejże relacji w sadze była niestrawna dla mnie. W grach to już w ogóle to spłycili. Ja bym to lepiej zrobił :)W zamyśle Rita-Koenrad to niespełniony near-thing :)(znowu spoiluje sam siebie)

 

mimo przegadania

No własnie wiem. Ale uważam, że nie ma tutaj aż tak tego dużo. Ale może…powycinam co sie da i jeszcze wrzucę poprawioną wersję. I potem na wattpada:) . Może kiedyś ktoś na to spojrzy i też drgnie komuś kącik ust pod nosem :)

 

Kliknę, czemu nie. I w sumie zaskoczona jestem, że ten tekst nie ma ani jednego klika, bo do biblio trafiają prostsze opka, które IMO zasługują na to mniej :)

 

 

 

 

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"

Aleksandra W-U lubi to laugh

 

heart

 

Nikt tego nie wyczytał. W końcu ty! :) O to mi chodziło ! Do tego mrugałem :)

 

Dodam, że Sławosz Habicht – Habicht, z niemiecka Jastrząb a Jastrząb po angielsku Hawk.

Zbitka – Stephen Hawking. Uznałem, że jak to mam zwyczaju, znowu mrugnę podwójnie. Bo mruga się dwa razy.

Jak to wiedźmini mają w zwyczaju ;)

 

 

Poprawiłem wszystko co wskazałaś, wielokropki, jeszcze siądę i wywalę.

 

I przy okazji, może siądę i przepiszę ten nieszczęsny III rozdział, bo jest słaby. Niestety pisany pod konkurs a dla mnie pisanie pod liczbę znaków jest wyjątkowo bolesne bo cierpi na tym moja tak zwana kreatywność :P 

 

jeszcze raz dziękuje za klika i wyciągniecie tego z niebytu :)

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"

Kurczaki, tyle przegapiłam?

Skoro nie śmierdzi, to pachnie itd.

W sumie smród to zapach, tylko mało awantażowny :D

Jak brzmi ssący ryk?

Odkurzacz? :D

Zbitka – Stephen Hawking.

Mmm, Sławosz a Stephen… no, może i faktycznie? Coś nie w formie jestem… Ale niemieckiego nie posiadłażem, więc o. XD

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Odkurzacz? :D

Notabene ssący ryk miałem na myśli odgłos podobny do tego w trakcie właśnie intesywnego zasysania powietrza. No ale rzeczywiście wyglądało koślawo :]

 

Coś nie w formie jestem… Ale niemieckiego nie posiadłażem, więc o. XD

Ja też nie, ale są translatory. Chciałem nazwąć niemiecko brzmiąco :P Hawking/Habicht/Jastrzab :

Bo Sławosz Jastrząb by brzmiało słabo. A jednak niemieckie nazwiska w tym świecie dominowały. A i mi się to podobało.

ew..

Sławosz Jastrząbek. 

Jarząbek.

Jarząb;) 

 

Dobra, czas zejść na ziemie :]

 

 

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"

laugh

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Nowa Fantastyka