I grupa skarby: Informacja
II grupa zamknięcie/ ukrycie skarbu: Klątwa
III grupa coś zwykłego: Rzeka
I grupa skarby: Informacja
II grupa zamknięcie/ ukrycie skarbu: Klątwa
III grupa coś zwykłego: Rzeka
Wysoka góra wyrastała przed nimi niczym pionowy mur, odcinając dalszą drogę. U jej podstawy czerniała wąska szczelina, przypominająca ranę zadaną skale olbrzymim nożem.
Merida ściągnęła wodze i zsunęła się na ziemię z płynnością dzikiego kota. Była szczupłą wojowniczką, o smukłej sylwetce zahartowanej latami władania orężem i wędrówek przez dzikie ostępy. Niezdyscyplinowane pasma włosów opadały jej na twarz, a oczy o barwie szmaragdowej zieleni czujnie omiatały teren, szukając potencjalnego zagrożenia.
Hejman, jej towarzysz, zsunął się z siodła wolniej, niechętnie odrywając dłonie od ciepłej szyi rumaka.
Kobieta wyjęła z juków zwój starego pergaminu. Papier miał poszarpane brzegi i ciemne plamy, a linie narysowano niezdarnie, jakby kreśliła je drżąca ręka starego kartografa.
– To tu – powiedziała z ekscytacją. – Po drugiej stronie wąwozu zaczyna się przygoda. Dotarliśmy do szczerby, czyli Wrót Cienia. Niestety tutaj kończy się szlak dla kopyt. Dalej tylko pieszo.
Hejman pogładził końską grzywę i westchnął.
– Myślisz, że nie dadzą rady? – zapytał z nadzieją.
– W środku jest tak ciasno, że my ledwo się przeciśniemy. One utkną. – Merida spojrzała na niego z cieniem zniecierpliwienia, jakby znów musiała tłumaczyć coś oczywistego. – Zdejmiemy siodła i puścimy je. Są mądre, nie oddalą się. W drodze powrotnej bez trudu je odnajdziemy – dodała, próbując złagodzić konieczność rozstania.
– Hmm… – mruknął Hejman, przesuwając wzrokiem po ciemnym rozdarciu skały. – To miejsce nie budzi zaufania. Jak mamy być pewni, że przejdziemy?
– Nie będziemy – odpowiedziała Merida z drapieżnym uśmiechem. – Ale mamy to! – Uniosła mapę przed jego oczy. – To nie jest zwykły świstek. Zdobyłam ją w zamku Białego Mędrca – zawiera zapiski, jak ominąć każdą pułapkę. Widzisz ten rysunek? To wejście, przed którym stoimy, a ten znak – wskazała na mały piktogram – to ostrzeżenie, że nie wolno się zatrzymać.
– Nie brzmi to dobrze, ale ruszajmy – odparł, spoglądając z żalem na konia.
Wewnątrz szczerby panował mrok tak gęsty, że pożerał światło pochodni, zostawiając im tylko niewielki krąg blasku. Merida wsunęła się pierwsza, przeciskając się bokiem i ostrożnie stawiając kroki na nierównym podłożu. Hejman poprawił troki ciężkiego miecza i tarczy na plecach, po czym wszedł za nią. Jego muskularne ramiona ledwo mieściły się w skalnym korytarzu, szorując chłodną powierzchnię kamienia przy każdym ruchu.
– Jeśli utknę, pchaj – rzuciła Merida, a echo jej głosu odbiło się dziwnie głuchym pomrukiem. – Pamiętaj: nie wolno nam przystanąć ani okazać trwogi.
– A co się wtedy stanie?
– Zostaniemy tu na zawsze. Te skały żywią się strachem. Jeśli wpadniesz w panikę, ściany zaczną się zaciskać. Utrzymaj spokój, a będzie dobrze.
– Spokój… – wymamrotał Hejman, ocierając pot z czoła. – Czemu to zawsze wygląda gorzej niż się zapowiada?
– Nie gadaj tyle, idź – ponagliła Merida.
Wojownik syknął cicho, kiedy ostry występ skały rozdarł mu rękaw, ale parł dalej. Kilka oddechów później mrok zaczął jaśnieć, jakby ktoś rozsunął ciężką kotarę, odsłaniając krajobraz pogrążony w bladej, srebrzystej poświacie.
Wyszli na otwartą przestrzeń. Powietrze pachniało wilgocią i czymś, czego żadne z nich nie potrafiło nazwać.
– No dobrze – powiedziała Merida, biorąc głęboki wdech. – Witamy w Krainie Wiecznego Zmierzchu.
– To… – zaczął Hejman, szukając słów. – Przed wejściem był dzień, a tu… wieczór i gwiazdy? Jak to możliwe?
– Klątwa – wyjaśniła, rozglądając się dookoła. – Słońce tu nie wschodzi. Zawsze jest półmrok i gwieździste niebo. Trzeba przywyknąć.
– Gdybym wiedział, to bym się na to nie pisał. Wolę, jak jest widno – obruszył się Hejman.
Merida obrzuciła go rozbawionym spojrzeniem.
– Legendarny Hejman, mistrz miecza i pogromca… w zasadzie wszystkiego, a boi się ciemności. Ale trafił mi się towarzysz. Nie obawiaj się, ze mną nic ci nie grozi.
– Nie boję się, tylko mówię – prychnął. – Ty pewnie też masz swoje lęki.
– Nie – odpowiedziała stanowczo. – Ja się niczego nie boję.
Rozłożyła zwiniętą mapę na płaskim kamieniu.
– Patrz, pierwsza przeszkoda za nami. Teraz – wskazała przed siebie – musimy iść w stronę tamtego szczytu.
– Stołowe Góry – odczytał napis ma mapie Hejman. – Będziemy się wspinać?
– No pewnie! Na szczycie stoi Wieża Szyfrów, nasz cel. Tam zdobędziemy informację jak zdjąć czar. Musimy szybko tam dotrzeć.
– Szczerze, to wolę walkę niż bawić się w akrobatykę.
– Spokojnie, pamiętaj, że to pokojowa wyprawa. Mamy oswobodzić te ziemie, a nie wyciąć w pień. Ale jakby co, to bitka też będzie, w końcu po to cię wzięłam. Wieży broni cały zastęp paskudnych bestii. Zanim tam dojdziemy, czeka nas sporo wyzwań. Choćby to – przesunęła palcem po pergaminie – Kwiatowe Pole.
– Kwiatowe Pole? Nie brzmi groźnie – zdziwił się Hejman.
– Może i nie brzmi, jednak jest diabelnie zdradzieckie. Z pozoru wygląda jak dywan kwiatów, zwykła, sielska łąka. Tymczasem w trawie żyją drobne, kąsające stworzenia, których jad zatrzymuje bicie serca. Nadepniesz na jedno i przeszywa cię taki ból, że śmierć wydaje się słodkim wybawieniem.
– Nic prostszego – zakpił. – Wystarczy być uważnym. Mam wzrok bystrzejszy niż sokół.
Merida przewróciła oczami.
– Nie będzie tak łatwo. Popatrz na ten znak – stuknęła w piktogram na mapie. – Widzisz, co oznacza ta informacja? Pole trzeba przejść z zamkniętymi oczami. Zapach i widok tych kwiatów są zniewalające. Kto za długo się im przygląda, ten zapragnie na zawsze w nich spocząć i już nigdy się nie obudzi.
Hejman głośno przełknął ślinę.
– Pewnie nie ma innej drogi?
– Nie ma! – z entuzjazmem odpowiedziała Merida i klepnęła go w ramię. – Naprzód, przygoda czeka! Wieża Szyfrów sama się nie zdobędzie.
Ruszyła przed siebie sprężystym krokiem, wesoło pogwizdując. Hejman spojrzał na jej oddalającą się sylwetkę i pomyślał, że mimo tego szaleństwa, poszedłby z nią wszędzie.
Zapach uderzył ich pierwszy. Był ciężki, słodki, gęsty niczym syrop; przypominał woń przejrzałych owoców i perfum.
Stanęli na krawędzi łagodnego zbocza. Przed nimi, w dolinie spowitej mgiełką, rozlewało się pulsujące morze barw. Kwiatowe Pole lśniło własnym światłem. Kielichy roślin – jedne ogromne jak ludzkie głowy, inne drobne niczym naparstki – jarzyły się głęboką zielenią, błękitem i różem. Wyglądało to niczym światło zorzy polarnej, które spadło na ziemię i utkwiło w kwiatach.
– Piękne… – szepnął Hejman, nieświadomie stawiając krok naprzód. Jego źrenice rozszerzyły się, chłonąc hipnotyzujący blask.
– Nie gap się! – Merida szarpnęła go za ramię, odwracając od doliny. – Już zaczyna działać. Widzę, jak ci mętnieje wzrok.
Wojownik potrząsnął głową, jakby wybudził się z drzemki.
– To tylko rośliny – mruknął, choć w jego głosie próżno było szukać pewności.
– To cmentarzysko dla głupców – ucięła dziewczyna.
Sięgnęła do torby i wyciągnęła szeroki pas grubego, czarnego sukna. Rozdarła go na dwie części z głośnym trzaskiem.
– Odwróć się.
– Naprawdę musimy to robić? – jęknął. – Może wystarczy, że nie będę patrzył pod nogi?
– Nie, nie wystarczy. Kątem oka złowisz byle błysk, będziesz chciał sprawdzić, co to, a chwilę później położysz się tam na zawsze. – Stanęła tuż przed nim. – Zamknij oczy.
Hejman westchnął ciężko, ale posłusznie wykonał polecenie. Merida przyłożyła materiał do jego twarzy. Jej dłonie były chłodne i szorstkie, ale ruchy zaskakująco delikatne. Zawiązała opaskę z tyłu głowy na solidny supeł.
– Nic nie widzę – poskarżył się, machając rękami.
– I o to chodzi. Teraz moja kolej.
Szybkim ruchem owinęła własną głowę, zaciągając pętlę z wprawą kogoś, kto robił to nie raz.
– Daj mi rękę. Nie, nie tę, lewą. Prawą trzymaj na rękojeści, ale na litość boską, nie wyciągaj miecza, dopóki nie powiem. Nie chcę, żebyś mnie ściął przez przypadek, gdy potkniesz się o coś. Prowadzę. Ty idziesz krok w krok za mną. Nie puszczaj mnie, choćby się waliło i paliło. Zrozumiano?
– Zrozumiano. Ale jak chcesz nas kierować, skoro też nic nie widzisz?
– Nauczyłam się wskazówek z mapy. A poza tym liczę na szczęście. Ruszamy.
Pierwsze kroki były niepewne. Hejman unosił nogi wysoko i ostrożnie, niczym bocian brodzący w stawie. Był spięty, jakby oczekiwał, że grunt zaraz się pod nim rozstąpi. Wkrótce weszli między zarośla, gdzie słodki aromat stał się tak intensywny, że aż kręciło w nosie. Ale to nie zapach był najgorszy. Wokół nich narastał dźwięk. Ciche, wielogłosowe brzęczenie, przypominające pracę tysięcy miniaturowych skrzydeł.
– Słyszysz? – szepnęła Merida, ściskając mocniej jego dłoń.
– Co to? Muchy?
– Ważkowi strażnicy. Są wszędzie. Dopóki idziemy i nie reagujemy na ich obecność, biorą nas za wiatr poruszający łodygami albo tutejsze zwierzęta. Ale jeśli staniemy albo zaczniemy machać łapami…
W tym momencie coś musnęło policzek Hejmana. Było chłodne i szybkie. Wzdrygnął się gwałtownie i niemal wyrwał się z uścisku dziewczyny.
– Spokój – syknęła, nie zwalniając tempa. – Nie reaguj. Tylko testują.
Szli dalej, otoczeni symfonią bzyczenia i szelestu ocierających się o uda roślin. Hejman czuł pot spływający po plecach. Instynkt wojownika kazał mu zerwać opaskę i walczyć z tym, co czaiło się w mroku, ale uścisk drobnej dłoni Meridy był kotwicą trzymającą go w ryzach.
– Już niedaleko, jeszcze kawałek – poinstruowała go szeptem, choć dawno straciła rachubę.
Hejman zastygł nagle w pół kroku. Nie mógł się ruszyć. Zimny, śliski chwyt zacisnął się wokół kostki, jakby ożywione korzenie i pnącza oplotły stopę w żelaznym uścisku. Odruchowo puścił rękę Meridy i zaczął się wiercić, desperacko próbując się wyrwać.
W tej samej chwili powietrze przeszył złowrogi brzęk – ważkowi strażnicy nadlecieli, wirując z wściekłością. Serce zabiło mu mocniej, aż poczuł je w gardle, a każda próba ruchu sprawiała, że pnącza zaciskały się mocniej.
Merida, która dotarła już do końca polany, zdjęła opaskę z oczu i krzyknęła stanowczo: Miecz!
Hejman, nie czekając, chwycił stalowy oręż. Wielkie, polerowane ostrze błysnęło w gotowości, odbijając blade światło gwiazd. Ze stalą w dłoniach poczuł się nareszcie jak prawdziwy wojownik.
– Z lewej! – krzyknęła Merida. Jej głos drżał, ale był stanowczy. – Wyżej! Teraz z prawej, przed sobą, znów z lewej! Szybciej!
Hejman ciął. Machał zamaszyście i chaotycznie, ale w jakiś sposób skutecznie. Kilku skrzydlatych wrogów opadło na ziemię, rozpłatanych w locie, a reszta cofnęła się, trzepocząc skrzydłami w panice.
– Teraz! – krzyknęła Merida. – Przetnij pnącza i biegnij!
Hejman zebrał się w sobie i jednym, zdecydowanym zamachem przeciął więzy tuż przy stopie – tak blisko, że o włos nie odrąbał sobie palców. Natychmiast poczuł ulgę, gdy uwolniona kończyna ruszyła do przodu. Biegł na oślep, myśląc tylko o tym, by nie nadepnąć na żadne jadowite stworzenie czyhające w trawie.
Gdy grunt pod nogami zaczął się zmieniać, a miękka, gąbczasta gleba ustąpiła miejsca twardemu podłożu, usłyszał stanowczy głos:
– Stop! – krzyknęła Merida.
Hejman stanął, niemal się przewracając. Po chwili poczuł szarpnięcie materiału i przepaska opadła.
Zamrugał i potarł oczy. Znów widział, choć świat wciąż tonął w dziwnym półmroku. Przed nim nie było już morza kwiatów, a surowa, kamienista ścieżka pnąca się w górę. Obejrzał się za siebie. Łąka wyglądała stąd niewinnie, falując lekko na wietrze.
– Żyjemy – stwierdził z ulgą.
– Ha! Mówiłam! – Merida schowała opaskę do kieszeni i uśmiechnęła się krzywo. – Wystarczyło mi zaufać.
Rozejrzała się po zboczu i zrzuciła torbę z ramienia.
– Zrobimy tu przerwę. Wyglądasz, jakbyś miał zaraz zemdleć, a legenda nie może paść od lekkiej przebieżki.
Ognisko było nędzne. W tej surowej okolicy drewno stanowiło rzadkość, więc musieli zadowolić się garścią poskręcanych korzeni i kilkoma znalezionymi gałęziami. Płomień, choć wątły i przygasający, dawał jednak upragnione poczucie bezpieczeństwa.
Merida wyciągnęła dłonie w stronę niemrawego ciepła, obserwując tańczące iskry.
– Pamiętasz kanały pod Starą Twierdzą? – mruknęła, żując kawałek suszonego mięsa. – Wtedy też nic nie widzieliśmy przez te wyziewy i zapach był o wiele gorszy. Tamten szlam próbował nas wciągnąć, a szczury były wielkości psów. Tutaj śmierć jest przynajmniej… estetyczna.
Hejman parsknął cicho, gryząc kawałek twardego suchara.
– Wolę brzydką walkę niż ładną śmierć – odparł, odruchowo poprawiając miecz leżący w zasięgu ręki. – Zdecydowanie lepiej śmierdzieć szlamem niż fiołkami na własnym pogrzebie.
– A propos psów, szkoda, że nie ma z nami Kła, twojego Wilka. Zawsze to dodatkowy towarzysz.
– Mówisz o Kruszku?
Merida spiorunowała go wzrokiem.
– Jakim znów Kruszku?
– Kruszkiem – poprawił się speszony Hejman – nazywam go, gdy się bawimy.
– Bestia, która przegryza gardła orkom, a ty nazywasz go Kruszkiem? Poczciwy przyjaciel, ale ma właściciela z dziwnym poczuciem humoru. Pamiętasz, jak zgubiliśmy się w Gąszczu Tysiąca Oczu, a on nas wytropił?
– Pewnie – zaśmiał się – miał wtedy w pysku tę wielką belkę a niósł ją jak zwykły patyk. Ale ci szamani mieli miny.
Posiłek minął im szybko, a wspomnienia dawnych przygód sprawiły, że wydał się lepszy niż był w rzeczywistości. Merida otarła usta wierzchem dłoni i wyciągnęła z tuby zwój pergaminu. Rozłożyła go na ziemi, przybliżając do ognia.
– Jesteśmy tutaj – wskazała palcem na zakrzywioną linię. – Musimy dostać się na drugą stronę pasma. Najbezpieczniejsza droga prowadzi przez Ścieżkę Kościotrupów. Jest długa i kręta, zajmie nam ze dwa dni marszu, ale ominiemy gniazda wiwern.
Hejman nachylił się nad mapą, mrużąc oczy. Jego wzrok powędrował w dół, ku ciemnej kresce przecinającej dolinę.
– A to? – stuknął palcem w mapę. – To rzeka, prawda? Wygląda na to, że płynie dokładnie tam, gdzie chcemy się dostać. Jeśli znajdziemy łódź albo tratwę, będziemy na miejscu w kilka godzin, a nie dni. Ominiemy i wiwerny, i twoją Ścieżkę Kościotrupów.
Merida spojrzała na plan, a potem na niego z błyskiem w oku.
– Brawo brac… – ugryzła się w język i odchrząknęła. – Dobrze kombinujesz, to nawet lepszy pomysł. Ale ostrzegam, to Wężowy Nurt. Nazwa nie jest przypadkowa. Prąd jest szybki, zdradliwy i pełno tam ukrytych skał. To rwąca rzeka, a nie kanał w mieście.
– Ale zaoszczędzimy czas. A sama mówiłaś, że musimy się spieszyć. Poza tym, widziałem po drodze coś, co wyglądało na starą łajbę.
Dziewczyna zwinęła mapę zdecydowanym ruchem.
– No to, na co czekamy?! Oby tylko było w niej wiosło.
Łódź leżała na brzegu niczym porzucona skorupa. Spróchniała ruina, przeżarta czasem i koślawo zbita. Mimo to unosiła się na wodzie jakby upierała się, że ma w sobie sporo życia. Kiedy tylko odepchnęli się od brzegu, nurt porwał ich z siłą rozpędzonego tura. Woda huczała, rozbijając się o wystające głazy, a zimna piana zalewała im twarze.
– W lewo! Kontra w lewo! – wrzeszczała Merida, balansując na samym dziobie łodzi, jakby rzucała wyzwanie rzece. Jej głos ledwo przebijał się przez ryk żywiołu.
Hejman zaparł się wiosłem, próbując ominąć wielki, oślizgły głaz. Mięśnie ramion piekły go z wysiłku. Rzucało nimi jak łupiną orzecha. Wężowy Nurt wił się i pienił, co chwila grożąc wywróceniem łodzi.
– Uważaj! – krzyknęła. – Konar!
Wojownik szarpnął wiosłem, ale było za późno, by zrobić unik. Łódź uderzyła bokiem w wystający pień. Siła uderzenia rzuciła Hejmanem o burtę. Coś twardego i ostrego śmignęło mu przed oczami, a potem poczuł popchnięcie. Wyleciał, nim zdążył krzyknąć.
Wpadł w lodowatą kipiel. Świat zawirował. Przez chwilę nie słyszał huku wody, tylko pisk w czaszce. Nie wiedział, gdzie jest góra, a gdzie dół, dopóki nie poczuł silnego szarpnięcia za pas.
– Mam cię! – głos Meridy brzmiał, jakby dochodził zza ściany.
Dziewczyna, zapierając się nogami o bandę, pociągnęła z całej siły. Pomogła mu wgramolić się z powrotem na pokład. Hejman opadł na dno łodzi, ociekając wodą, z miną obrażonego dziecka.
Dobili do brzegu kilkanaście minut później, cudem unikając roztrzaskania na kaskadach. Gdy tylko dno łodzi zazgrzytało o żwir na mieliźnie, Merida wyskoczyła na ląd i wciągnęła dziób na piasek, dysząc ciężko.
– Żyjesz? – zapytała, podchodząc do Hejmana, który siedział w łodzi. – Chyba uderzyłeś się o kamień. Masz rozbitą głowę – oceniła, kucając przy nim.
– Nic mi nie jest – mruknął, próbując wstać, ale Merida położyła mu dłoń na ramieniu i pchnęła z powrotem na ławkę.
– Jasne. A krew leci ci z głowy dla ozdoby? – Bezceremonialnie odsunęła jego rękę. – Masz paskudne krwawiące rozcięcie na skroni.
– Nie, na pewno nie – bronił się słabo Hejman.
– Przecież widzę. Nie gadaj głupot.
– To nic takiego…
– Zamknij się i siedź prosto. – Sięgnęła do sakwy przy pasie i wyciągnęła mały, gliniany słoiczek. Odkręciła wieczko, uwalniając ostry, ziołowy zapach, który momentalnie przeczyścił im zatoki.
Zanurzyła palce w gęstej, zielonej mazi.
– Będzie piekło – ostrzegła, nie czekając na pozwolenie.
Wtarła maź prosto w ranę. Hejman syknął przez zęby i zacisnął pięści, czując, jak substancja wyżera ból, zastępując go dziwnym, pulsującym chłodem.
– To magiczna maź z wodorostów rzecznych trolli – wyjaśniła rzeczowo, wycierając ręce o trawę. – Śmierdzi jak diabli, ale do jutra nie będzie śladu. Następnym razem, gdy zachcesz rozwalać głową kamienie, to załóż hełm.
Gdy ból głowy zelżał na tyle, że Hejman przestał mrużyć oczy przy każdym gwałtowniejszym ruchu, poszli dalej. Krajobraz wokół zmieniał się niemal z każdym krokiem. Szum rzeki ucichł, przemieniając się w złowrogą ciszę, przerywaną jedynie rzadkimi, głuchymi pluskami bulgoczącej cieczy. Teren zrobił się podmokły i grząski, spowity nienaturalną żółtawą mgłą.
Merida zatrzymała się na krawędzi skarpy. Uniosła dłoń, dając znak, by towarzysz stanął przy niej. Przed nimi rozciągało się morze jadowitej zieleni. Bagno nie wyglądało jak zwykłe mokradła – woda była gęsta, oleista i co chwila pękały na niej wielkie bąble gazu, uwalniając smród zgniłych jaj i siarki.
– To nie wygląda dobrze – mruknął Hejman, zatykając nos. – Jak mamy to przejść?
Dziewczyna rozwinęła mapę, marszcząc brwi.
– Jesteśmy tutaj – wskazała na pergaminie, tuż przed górą. – To jest Zielone Topielisko. Jak tam wpadniesz, to wciągnie na samo dno, o ile jakieś jest. Nie radzę.
– Pocieszające – mruknął Hejman, poprawiając tarczę na plecach. – Rozumiem, że mostu nie zbudowali?
– Nie. Ale jest ścieżka. – Merida przesunęła palcem po mapie, mrużąc oczy, by rozszyfrować drobne runy nabazgrane na marginesie. – „Stąpaj po kamieniu i nie zamocz nogawki, nie wszystko jest skałą, bo są też purchawki.”
– Purchawki? – Hejman spojrzał na nią z niedowierzaniem.
– Bagienne grzyby. Wyglądają jak kamienie, ale są miękkie i puste w środku. Jak na nie staniesz, pękną i utoniesz. Musimy skakać po tych prawdziwych. I jest jeszcze jedno… – zawahała się, spoglądając na mokradło. – Mapa mówi: „Pod ciężarem wędrowca kamień się zapadnie, masz tylko chwilę, by nie skończyć w bagnie.” Każdy musi wybrać swoją ścieżkę. Spójrz na mapę i zapamiętaj, które są oznaczone jako bezpieczne.
Wojownik westchnął ciężko i skierował wzrok na topielisko. Rzeczywiście, z zielonej brei wystawały dziesiątki szarych, omszałych kształtów. Niektóre wyglądały solidnie, inne podejrzanie pękato.
– Ty bierzesz lewą stronę, ja prawą – zarządziła Merida. – Będziemy skakać równolegle. W razie czego… cóż, nie daj się wciągnąć.
Ruszyli. Pierwszy skok był najłatwiejszy. Hejman wylądował ciężko na płaskim głazie, który natychmiast zaczął powoli, ale nieubłaganie osiadać w zielonej mazi.
– Ruchy! – krzyknęła Merida, która była już dwa kamienie dalej. – Im dłużej stoisz, tym szybciej się zapada.
Hejman odbił się, celując w następną „wyspę”. Był to szaleńczy taniec. Musieli błyskawicznie oceniać, czy kolejny punkt oparcia jest prawdziwym kamieniem, czy zdradliwą purchawą.
Mimo trudu szło im niezgorzej i bezpieczny brzeg skarpy był coraz bliżej. Nagle Merida zatrzymała się na chybotliwym kamieniu. Rozejrzała się gorączkowo. Przed nią, w odległości skoku, nie było żadnego pewnego oparcia. Tylko kępy pękatych, połyskliwych grzybów i tafla trującego szlamu. Powrotu nie było.
Jej kamień zaczął pękać, zanurzając się coraz szybciej. Zielona ciecz lizała już podeszwy jej butów.
– Do diaska! – zaklęła. Następny bezpieczny głaz był za daleko. – Nie doskoczę!
Spojrzała w bok. Hejman był na swojej ścieżce, nieco z przodu, ale dzieliło ich kilka metrów śmiercionośnej zupy.
– Hejman, idź! – krzyknęła, czując, jak gorąco przenika przez podeszwę. – Nie dam rady! Idź sam, to rozkaz!
Wojownik spojrzał na nią, a potem na brzeg, do którego miał zaledwie trzy skoki.
– Ani mi się śni! – wrzasnął.
Błyskawicznym ruchem zerwał z pleców okrągłą tarczę, kutą ze stali zahartowanej w ogniu wulkanu. Nie zastanawiał się ani chwili. Zamachnął się i cisnął nią płasko, jakby puszczał gigantyczną „kaczkę”. Tarcza wylądowała z pluskiem dokładnie pośrodku dystansu między Meridą a nim, utrzymując się na gęstej powierzchni.
– Ruchy! – wrzasnął. – Teraz!
Merida zaufała mu instynktownie. Z całej siły odbiła się z tonącego kamienia. Wylądowała na tarczy, która pod jej ciężarem natychmiast zaczęła iść na dno, ale ten ułamek sekundy wystarczył.
Zrobiła kolejny skok, wyciągając ręce w stronę Hejmana.
Wojownik czekał, balansując na swoim znikającym głazie. Gdy palce dziewczyny musnęły jego dłoń, chwycił je żelaznym uściskiem.
Mięśnie pleców i barków napięły się do granic wytrzymałości. Zakręcił się jak kulomiot i cisnął nią w stronę bezpiecznego brzegu.
Merida wylądowała na trawie, przewracając się kilka razy.
Hejmanowi została sekunda, może pół. Jego kamień zniknął już pod powierzchnią. Zielona maź wlała mu się do buta. Ryknął wściekle. Nie tracąc czasu, przekuł strach w złość i prędkość. Ostatnim wysiłkiem wyrzucił ciało do przodu pokonując kamienie zwinnym trójskokiem.
Wylądował na skraju skarpy, wbijając palce w ziemię.
Zaległa cisza. Leżeli w milczeniu, słysząc jedynie własne oddechy i bulgot bagna, które z apetytem wciągnęło tarczę.
Merida podniosła się pierwsza, otrzepując kolana z ziemi. Podeszła do leżącego na plecach Hejmana.
– Straciłeś ulubiony rynsztunek – powiedziała cicho, patrząc na niego z góry. W jej oczach nie było kpiny, a jedynie ulga i wdzięczność. – Był… nie do przebicia.
– Zdobędę nowy – wycharczał, wciąż łapiąc oddech.
– Bez ciebie bym tam została – wyciągnęła do niego rękę, by pomóc mu wstać. Jej głos był pozbawiony zwykłej szorstkości. – Dziękuję.
Hejman chwycił jej dłoń i podciągnął się do pionu, krzywiąc się lekko, gdy poczuł pieczenie w nodze, gdzie bagno musnęło skórę.
– Jesteśmy kwita – mruknął, strzepując błoto z tuniki. – Ale następnym razem ja niosę mapę i wybieram drogę.
Merida uśmiechnęła się półgębkiem.
– Zgoda. A teraz chodźmy, zanim te opary wypalą nam resztki rozsądku. Góry Stołowe czekają.
Teren powoli się wznosił. Zgniła zieleń mokradeł ustąpiła miejsca szarym osuwiskom skalnym. Powietrze stało się rzadsze i chłodniejsze, oczyszczając ich płuca z siarkowych oparów.
Szli w milczeniu, powłócząc nogami. Każdy krok był walką z pulsującym bólem mięśni, lecz mimo zmęczenia w ich spojrzeniach tliła się niezachwiana pewność co do celu misji. Wiedzieli, że to, po co przyszli, jest na wyciągnięcie ręki. Cokolwiek czaiło się na tej górze, było ostatnim wyzwaniem – finałem, po którym czekało ich zwycięstwo albo koniec.
Góra Stołowa nie przypominała żadnego naturalnego wzniesienia. Sprawiała wrażenie, jakby jakiś tytaniczny miecz ściął wierzchołek olbrzymiego szczytu jednym, idealnie równym cięciem. Jej ściany były pionowe, gładkie i ciemne, zbudowane z surowego bazaltu, który lśnił w poświacie księżyca i gwiazd. Płaskowyż na szczycie tonął w chmurach, przypominając zawieszoną w powietrzu wyspę.
– Wygląda na niemożliwą do zdobycia – ocenił Hejman wyciągając w górę rękę. – Chyba że masz w plecaku skrzydła.
– Skrzydeł nie mam, ale mam mapę. Gdzieś tutaj musi być…
Nie dokończyła. Rzeczywistość wokół nich zadrżała. Nocne niebo pękło bezgłośnie, a gwiazdy zostały zdmuchnięte z firmamentu niczym wątłe płomienie świec. W jednej chwili mrok uleciał, a całą krainę wypełnił oślepiający błysk tysiąca słońc. Nastał dzień.
– Mamo, zgaś światło! Nie widzisz, że się bawimy! – jęknęła dziewczynka, mrużąc oczy i zasłaniając je ręką.
Jej młodszy brat stał obok ze zmieszaną miną, wciąż trzymając w górze ramię, nie wiedząc, czy nadal jest w krainie Wiecznego Zmierzchu, czy w dużym pokoju.
– O, przepraszam… – powiedziała mama, cofając dłoń od włącznika, ale nie naciskając go z powrotem. – Nie chciałam wam popsuć zabawy – dodała ciepłym, przepraszającym tonem, widząc ich zaangażowanie. – A w co się bawicie? W rycerzy?
– Nieee – odpowiedziała poirytowana dziewczynka, tupiąc stopą w grubej, wełnianej skarpecie. – Ja jestem Merida Waleczna, a to jest Hejman. Nie widzisz?!
– Aaa, teraz poznaję. – Uśmiechnęła się mama, spoglądając na syna. Chłopiec dumnie wypiął pierś, skrytą za zbyt dużą koszulką, która była groteskowo wypchana zwiniętym papierem i gazetami, udającymi potężne mięśnie klatki piersiowej i ramion. – He-Man, oczywiście. Jak mogłam nie poznać. Tylko… czemu ma wtartą galaretkę we włosy?
– Hejman Pogromca – zawtórował chłopczyk, odzyskując rezon. – Zostałem ranny. Podniósł z podłogi drewnianą łyżkę, która do tej pory była mieczem. – Mamy mapę całej krainy i misję.
Dziewczynka zwana Meridą podbiegła do mamy i z namaszczeniem pokazała jej pogniecioną kartkę z przyklejonymi rysunkami odwiedzonych miejsc, strzałkami i tajemniczymi symbolami narysowanymi świecówkami.
Mama popatrzyła na mapę, a potem powiodła wzrokiem po pokoju, próbując odczytać, co jest czym w tej dziecięcej wizji świata.
Jej oczom ukazał się niezwykły krajobraz. Całą scenę oświetlała nocna lampka zabrana z dziecięcego pokoju, rzucająca na ściany i sufit migoczące konstelacje gwiazd i księżyca, który dopełniał iluzji. Ciężkie, welurowe zasłony, zaciągnięte wzdłuż ściany okiennej, tworzyły mroczny wąwóz, a pozostawiona między nimi wąska szczelina, wpuszczająca uliczne światło była ową szczerbą, którą dzieci wcześniej pokonały.
Na puszystym dywanie w kwiecisty wzór walały się błyszczące papierki po cukierkach oraz klocki Lego, udające zapewne kąsające w stopy stworzenia. Aż wzdrygnęła się na samą myśl, że mogłaby nadepnąć na nie bosą stopą. Tuż obok stała mała, migocząca świeczka na baterie, która miała imitować obozowe ognisko. Dookoła niej leżały kawałki krakersa i podsuszonego kabanosa – resztki twardych sucharów i suszonego mięsa, które spożywali podczas postoju.
Dalej była kanapa, krzywo przesunięta na środek salonu, ze śladami szurania na podłodze, jakby ktoś ją z trudem ciągnął – ich łódź, która utknęła na mieliźnie. Obok leżała miotła służąca za wiosło.
Najciekawsza była jednak podłoga pod telewizorem. Rozłożony tam zielony koc imitował toksyczne bagno. Na jego powierzchni dzieci rozrzuciły białe kartki papieru imitujące kamienie, po których skakały. Na samym środku koca leżała duża, metalowa pokrywka od garnka – tarcza wykuta w wulkanie, którą Hejman poświęcił, by ratować siostrę.
Wzrok mamy powędrował na koniec toru przeszkód. Tam, dumnie i dostojnie, stał duży, rodzinny stół jadalny, przykryty świeżym, białym obrusem, którego rogi zwisały nisko, przypominając chmury otulające szczyt.
– To Góra Stołowa – wyjaśniła dziewczynka, widząc, na co patrzy mama. – Najtrudniejsza do zdobycia.
– Widzę – przyznała mama, kiwając głową z uznaniem. – Skoro tak, to chyba będziecie potrzebować kolacji i przespanej nocy przed wejściem na szczyt. No i Kruszek czeka na spacer.
Chłopiec zwiesił głowę, a papierowe mięśnie pod koszulką smutno oklapły. Wizja łóżka była dla Hejmana gorsza niż stado bagiennych trolli – oznaczała koniec przygody.
Siostra natychmiast doskoczyła do niego, chwytając za ramię. Z błyskiem w oku wyciągnęła zza pleców kolejną kartkę, gęsto zamalowaną czarną kredką oraz srebrnymi kropkami.
– Nie martw się – szepnęła konspiracyjnie, wsuwając mu rysunek do ręki. – Góra to tylko przystanek. Zrobiłam nową mapę. Jutro zabiorę cię w kosmos.

Przybyłam, zobaczyłam, pozdrowiłam,
ślad swój zostawiłam,
uważnie przeczytałam,
za udział podziękowałam;
bruce :)
Moje uszanowanie!
– Zostaniemy tu na zawsze. Te skały żywią się strachem. Jeśli wpadniesz w panikę, ściany zaczną się zaciskać. Utrzymaj spokój, a będzie dobrze.
Dobry koncept!
Biegł na oślep, myśląc tylko o tym, by nie nadepnąć na żadne jadowite stworzenie czyhające w trawie.
Biegł, aż grunt pod nogami zaczął się zmieniać.
Niepotrzebny podział i powtórzenie. Sugeruję zmienić na “Biegł na oślep, myśląc tylko o tym, by nie nadepnąć na żadne jadowite stworzenie czyhające w trawie. Grunt w pewnym momencie zaczął się się zmieniać”
Jasny gwint… Pierwsza część była dobra sama w sobie, ale końcówka to już zwaliła mnie z nóg. Szczerze majstersztyk. Czytającym komentarz niczego jednak nie zaspojleruję. Marsz na górę i czytajcie!
Pozdrawiam i trzymam kciuki na konkursie!!!
Witam, Bartkowski.robert,
Fajnie, że tekst Ci się spodobał.
Co do zdania „Biegł na oślep…”, masz rację – to wygląda jak powtórzenie. Dzięki za spojrzenie fachowym okiem, poprawiam.
„Jasny gwint… Pierwsza część była dobra sama w sobie, ale końcówka to już zwaliła mnie z nóg. Szczerze, majstersztyk.” – to bardzo miłe słowa. Cieszę się, że tak to odbierasz.
Opowiadanie na pewno ciekawe i dobrze napisane, z zaskakującym zakończeniem, chociaż do momentu zmiany scenerii akcja jest dosyć przewidywalna. Mam też poważniejszy zarzut – moim zdaniem tekst nie spełnia założeń konkursu, które były jednak bardzo konkretne, aż do przesady.
Dzięki za spojrzenie fachowym okiem, poprawiam.
Prędzej amatorsko-amatorskim:D
Cieszę się, że tak to odbierasz.
Załużyłeś, autorze, na wszelakie pochwały.
freki
Mam też poważniejszy zarzut – moim zdaniem tekst nie spełnia założeń konkursu, które były jednak bardzo konkretne, aż do przesady.
Tak się zaczytałem, że aż mi to umknęło. Obawiam się, że możesz mieć rację. Ale nawet jeśli tak jest, to trzymam kciuki, by tekst dostał się chociaż do biblioteki, bo moim zdaniem na to jak najbardziej zasługuje.
Jak chcesz, żeby się dostał do biblioteki, to możesz go zgłosić. A zauważyłem, że nigdy tego nie robisz. Masz konto od ponad roku i dużo skomentowanych opowiadań, to się kwalifikujesz.
No właśnie dziś w komentarzach Bruce też mnie olśniła w tej kwestii. Widać wolno się uczę, a jeszcze wolniej dostrzegam pewne fakty. Ale od teraz będę naczelnym klikaczem, obiecuję!
Wtrącę, jeśli można:
Bartkowski.robert, ile ja się tu musiałam nagłowić, aby wpaść na to, że jest możliwość klikania… :) Zatem – na spokojnie, klikaj, bo warto! :)
Pozdrawiam. :)
Będę, będę!
Jest ok, głos oddany, cieszę się bardzo, że mogłam pomóc (i mnie tu przed laty naprowadziła na poprawne klikanie pewna Przemiła Lożanka, którą niniejszym pozdrawiam…
).
Nie wasza wina, cała ta strona jest pełna nielogicznych i prowizorycznych rozwiązań, jakby została napisana na kolanie w latach 2000, a potem nigdy zasadniczo nie modernizowana. Do tego działa jakby była hostowana na starym laptopie przez wifi od sąsiada bez jego wiedzy.
freki
Dosadne, brutalne, nieuprzejme, ale chyba zgodne z prawdą.
Witam wszystkich,
Widzę, że pojawia się spora dyskusja – cieszy mnie to.
Bartkowski.robert
„Zasłużyłeś, autorze, na wszelakie pochwały.” – Jeszcze raz dzięki za tak uprzejme słowa, to bardzo miłe. Dziękuję także za kliknięcie opowiadania do nominacji do biblioteki – super 
Freki
Cieszę się, że uznałeś opowiadanie za ciekawe i dobrze napisane – to również bardzo miła pochwała.
Odnośnie Twojej uwagi, że „przed zmianą” fabuła jest dosyć przewidywalna, to jedyne, co mogę powiedzieć bez spojlerowania, to to, że „jakość” tej części jest podyktowana tym, co dzieje się po zmianie scenerii. Gdybym postawił na „mocniejszą” pierwszą połowę, całość mogłaby tracić na wiarygodności.
I najważniejsze: „tekst nie spełnia założeń konkursu”. Cóż… być może Ty i Robert macie rację. Starałem się te założenia spełnić, ale możliwe, że coś źle zrozumiałem.
Na szczęście wśród rozmówców pojawiła się Bruce, która należy do jury, więc jeśli mogę prosić – niech się wypowie. Jeżeli warunki faktycznie nie są spełnione, naturalną koleją rzeczy będzie wycofanie opki z konkursu.
Bruce?
to jedyne, co mogę powiedzieć bez spojlerowania, to to, że „jakość” tej części jest podyktowana tym, co dzieje się po zmianie scenerii. Gdybym postawił na „mocniejszą” pierwszą połowę, całość mogłaby tracić na wiarygodności.
O to, to!
Na szczęście wśród rozmówców pojawiła się Bruce, która należy do jury, więc jeśli mogę prosić – niech się wypowie. Jeżeli warunki faktycznie nie są spełnione, naturalną koleją rzeczy będzie wycofanie opki z konkursu.
Bruce?
Hm… Ja już się pojawiłam dużo wcześniej i, choć jestem czasem pytana przez Autorów o wrażenia, mogę napisać tylko to, co piszę w takich przypadkach:
Milczę jak grób – do wyników ogłoszenia;
teraz się kłaniam i ślę pozdrowienia. :)
Absolutnie nie brałam, nie biorę i do zakończenia Konkursu brać nie będę udziału w żadnej dyskusji na temat oceny danego opowiadania, tutaj jedynie pomagałam proszącemu mnie o to na pw Komentatorowi w dodaniu klika (mam zresztą nadzieję – że pierwszego, lecz nie ostatniego).
Skoro ktoś z Opiniujących sugerował niezgodność z Regulaminem, najlepiej chyba zapytać o szczegóły właśnie Jego. :)
Pozdrawiam. :)
Melduję, że przeczytałam.

strona jest pełna nielogicznych i prowizorycznych rozwiązań, jakby została napisana na kolanie w latach 2000, a potem nigdy zasadniczo nie modernizowana
I w tym jej urok :D
Hej Bruce,
Odnosząc się do Twojej wypowiedzi na temat opowiadania – miałam na myśli wyłącznie kwestię zgodności z regulaminem, czy spełnia wymagania, czy nie. Nie chodziło mi o ocenę jakości tekstu ani nic podobnego. Nawet przez chwilę nie pomyślałem, żeby prosić Cię o złamanie tajemnicy jurora.
Po namyśle doszedłem do wniosku, że jeśli w tym, co pisze Freki, jest choć cień prawdopodobieństwa, że opowiadanie nie spełnia warunków konkursu, to najrozsądniej, będzie je wycofać – co też czynię.
Anonimie, Twoja wola, choć poczekałabym na odwiedziny i zdanie Szefowej-Ambush.
Pozdrawiam. :)
Po namyśle doszedłem do wniosku, że jeśli w tym, co pisze Freki, jest choć cień prawdopodobieństwa, że opowiadanie nie spełnia warunków konkursu, to najrozsądniej, będzie je wycofać – co też czynię.
Za łatwo ustępujesz. Odwagi! Może najpierw a)zapytaj frekiego (niczego konkretnego nie powiedział) i b)zapytaj Ambush (to ona jest kapitanem łajby konkursowej).
Nie no, bez przesady, ja nie chcę ponosić takiej odpowiedzialności. Poczekaj na dekret Ambush, wtedy będziemy wiedzieć co należy myśleć.
Wiesz, ale skoro coś komuś zarzucasz, wypadałoby to zarzucić explicite, a nie tylko “coś”. Zdecydowanie czekamy na Ambush. Ona jest kapitanem. To jej okręt.
Tylko wiecie, Szanowni Państwo – że pozwolę sobie znowu wtrącić – w Regulaminie i zasadach pisze wyraźnie – my, Jurki, czytamy w swoim tempie. Ambush to Lożanka, ma zawsze masę betowania, dyżury, nominacje, klikania, dodatkowe Konkursy sprzed miesięcy, sporo na głowie. Konkurs jeszcze nadal trwa. Na spokojnie. Popieram Tarninę i raz jeszcze radzę, Szanowny Anonimie, wstrzymaj się, proszę, z tak pochopną decyzją.
My, Jurki, nic więcej na tym etapie ujawniać nie możemy, bo pojawią się od razu głosy innych Uczestników, a wszak opinie o Ich tekstach także są rozmaite… :) Ambush zdecyduje. :)
Pozdrawiam. :)
Edit – popieram Tarninę i też tak uważam – Freki, skoro jest zarzut, napisz, proszę, czego on dotyczy Twoim zdaniem.
Już już, po prostu musiałem się zastanowić i sobie odświeżyć tekst. Mi chodziło głównie o pierwsze słowo (informacja) oraz o kwestię zdobycia mapy, bo w konkursie było wyszczególnione, że to musi być ujęte, a tutaj mają ją od razu. Skarbem, jak rozumiem, ma być informacja, ale ta kwestia pojawia się dosłownie raz w tekście, jako motywacja i kompletnie nie czuć jej wagi. A i to, że do skarbu finalnie nie dotarli. W moim wyobrażeniu konkurs opierał się na pokazaniu całości drogi, tu mamy najwyżej jej mały wycinek. Taki był mój tok rozumowania.
Bardzo serdeczne dzięki, Freki, rozumiem. :)
I tak, jak to zwykle bywa z literaturą, ile spoglądających, tyle spojrzeń i opinii na temat tego samego tekstu. :) Autor, jak rozumiem, wybrał nieco inną interpretację Regulaminu, pisząc swoje opowiadanie. :) Proszę Go zatem raz jeszcze o spokojne oczekiwanie na ogłoszenie wyników, tudzież – jeśli Szanownemu Autorowi tak bardzo zależy już teraz na rozwikłaniu zagadki i rozwianiu wszelkich wątpliwości – na pojawienie się Ambush i Jej opinię. :)
Pozdrawiam Was serdecznie. 
Ojoj, ale narobiłem zamieszania!
„Za łatwo ustępujesz. Odwagi!”,
„Nie chcę ponosić takiej odpowiedzialności.”,
„Skoro coś komuś zarzucasz…”,
„wstrzymaj się, proszę, z tak pochopną decyzją.”
Szanowne forumowiczki i forumowicze, drogie panie i panowie – dzięki za próby wciągnięcia mnie z powrotem do konkursu. Wasze komentarze są przeurocze, ale spokojnie, rodacy, to tylko zabawa. Nikt tu, a już na pewno nie ja, nikomu nic nie zarzuca i nie ma to nic wspólnego z odwagą.
Opowiadania nie kasuję, tylko wycofuję z konkursu. Gdyby okazało się, że coś faktycznie jest niezgodne z regulaminem zabawy, to byłoby to nie fair wobec tych, którzy bardziej zgłębili zasady i się postarali.
Jeszcze raz serdeczne podziękowania.
Twoja decyzja, moim zdaniem zbyt pochopna…
Przeczytałam opowiadanie i zobaczyłam mapę i słowa kluczowe.
Oczywiście opowiadanie nie jest skonstruowane idealnie zgodnie z założonym kanonem, ale wiele innych również nie. Trochę na tym polega cała zabawa.
Ja bym nie usuwała tagu, ale “Twoje opowiadanie jest Twoją twierdzą”, jak nie mówią Anglicy, ale co tam…
No i dla formalności:

Dzięki za przeczytanie opowiadania, zwłaszcza że po wycofaniu z zabawy nie było już takiego „obowiązku”.
Sprawa się wyjaśniła. Freki miał rację, że opowiadanie „nie spełnia założeń konkursu” – „nie jest skonstruowane idealnie zgodnie z założonym kanonem”, więc wycofanie było słuszne. To, że inne teksty być może też nie są zgodne z zasadami, nie jest usprawiedliwieniem, bo inni autorzy nie mają świadomości swojego błędu. Ja zostałem uświadomiony, więc żeby było uczciwie, nie mogłem postąpić inaczej.
Sorki za całe zamieszanie i wypuszczenie w konkursowe tryby wybrakowanej treści.
Tekst trafia pod osąd „zwykłej” poczekalni.
W tej chwili nie mam czasu na wykłady ani na przerabianie notatek, ale zapowiadam – wpadnę później.
Tymczasem komiks do refleksji:

Są już wyniki, więc zapodaję obiecaną opinię, ponownie ubolewając nad decyzją o wycofaniu tekstu z rywalizacji konkursowej:
Komentarz tuż po przeczytaniu:
Witam serdecznie. :)
Opowiadanie ma specyficzny, bardzo wciągający klimat baśni. Para bohaterów jest ukazana niezwykle realistycznie i wielopłaszczyznowo, stąd podczas lektury łatwo się z nimi utożsamić i im kibicować. :) Zdumiewające, jak oboje bohaterowie zdołali przejść przez tak „zaminowaną”, „ukwieconą łąkę”. :) Przy czytaniu mimowolnie nasuwa się myśl – skąd bohaterka tak dobrze i szczegółowo zna każdą tamtejszą pułapkę?
Zakończenie, zaskakujące i dodające tekstu mnóstwa ciepła oraz dziecięcej serdeczności, wyjaśnia wiele zagadek i tajemnic. :)
Technikalia i nasuwające się przy czytaniu wątpliwości oraz sugestie (tylko do przemyślenia):
Tam zdobędziemy informację (przecinek?) jak zdjąć czar. Musimy szybko tam dotrzeć. – powtórzenie?
Mamy wyzwolić te ziemie, a nie wyciąć wszystko w pień. – aliteracja?
Wkrótce wkroczyli w wysokie zarośla, gdzie słodki aromat stał się tak intensywny, że aż kręciło w nosie. – i tu?
Ruszajmy, przygoda czeka! Wieża Szyfrów sama się nie zdobędzie. Ruszyła przed siebie sprężystym krokiem, wesoło pogwizdując. – powtórzenie?
– Daj mi rękę. Nie, nie tą, lewą. – gramatyczny? – tę (Biernik)?
Hejman czuł, jak pot spływa mu po plecach pod pancerzem. Instynkt wojownika kazał mu zerwać opaskę i walczyć z tym, co czaiło się w mroku, ale uścisk drobnej dłoni Meridy był kotwicą trzymającą go w ryzach. – powtórzenie?
Zimny, śliski uścisk zacisnął się wokół jego kostki, jakby ożywione korzenie i pnącza oplotły jego stopę w żelaznym uścisku. – i tu?
Hejman (przecinek?) nie czekając, chwycił stalowy oręż.
– Stop – krzyknęła Merida. – wykrzyknik przy krzyku?
Poczuł szarpnięcie materiału i paska opadła. – literówka?/aliteracja?
Pamiętasz, jak zgubiliśmy się w Gąszczu Tysiąca Oczu, a on nas wytropił.
– Pewnie – zaśmiał się – miał wtedy w pysku tę wielką belkę a niósł ją jak zwykły patyk. Ale ci szamani mieli wtedy miny. – czy wytłuszczone nie jest zdaniem pytającym?; powtórzenie?
Wygląda na to, że płynie dokładnie tam, gdzie chcemy się dostać. – dokąd?
Merida spojrzała na plan, a potem na niego, z błyskiem w oku. – zbędny ostatni przecinek?
– No to (przecinek?) na co czekamy?!
Wyleciał (przecinek?) nim zdążył krzyknąć.
Następnym razem, gdy zachcesz rozwalać głową kamienie (przecinek?) to załóż hełm.
Gdy ból głowy zelżał na tyle, że Hejman przestał mrużyć oczy przy każdym gwałtowniejszym ruchu, ruszyli dalej. – styl?
Teren zrobił się podmokły i grząski, spowity nienaturalną (przecinek?) żółtawą mgłą.
Jak na nie nadepniesz, pękną i utoniesz. – aliteracja?
Fragment niejasny, czy wytłuszczone zdanie to nie część wypowiedzi Meridy, zapisana tu jak początek kolejnego opisu narratora?:
– Purchawki? – Hejman spojrzał na nią z niedowierzaniem.
– Bagienne grzyby. Wyglądają jak kamienie, ale są miękkie i puste w środku. Jak na nie nadepniesz, pękną i utoniesz. Musimy skakać po tych prawdziwych. I jest jeszcze jedno… – zawahała się, spoglądając na mokradło. – Mapa mówi: „Pod ciężarem wędrowca kamień się zapadnie, masz tylko chwilę, by nie skończyć w bagnie.”
Każdy musi wybrać swoją ścieżkę. Spójrz na mapę i zapamiętaj, które są oznaczone jako bezpieczne.
Wojownik westchnął ciężko i spojrzał na topielisko. Rzeczywiście, z zielonej brei wystawały setki szarych, omszałych kształtów. Niektóre wyglądały solidnie, inne podejrzanie pękato.
Spójrz na mapę i zapamiętaj, które są oznaczone jako bezpieczne. Wojownik westchnął ciężko i spojrzał na topielisko – powtórzenie; nasuwa się wątpliwość – czy można tak szybko zapamiętać tyle szczegółów?
– Bez ciebie bym tam została – dodała, wyciągając do niego rękę, by pomóc mu wstać. – rym?
Każdy krok był walką z bólem pulsującym w mięśniach, ale mimo zmęczenia, w ich spojrzeniach tliła się niezachwiana pewność w cel misji. – mocno zgrzyta mi tu styl?
„Góra” w odniesieniu do konkretnego (obranego za cel wyprawy?) wzniesienia, czasem piszesz małą, a czasem wielką literą – trzeba to ujednolicić? – przykłady:
– Jesteśmy tutaj – wskazała na pergaminie, tuż przed Górą.
Cokolwiek czaiło się na tej górze, było ostatnim wyzwaniem – finałem, po którym czekało ich zwycięstwo albo koniec.
Ciężkie, welurowe zasłony (przecinek?) zaciągnięte wzdłuż ściany okiennej (i tu?) tworzyły mroczny wąwóz, a pozostawiona między nimi wąska szczelina (i tu?) wpuszczająca uliczne światło (i tu?) była ową szczerbą, którą dzieci wcześniej pokonały.
Tuż obok, stała mała, migocząca świeczka na baterie, która miała imitować obozowe ognisko. – zbędny pierwszy przecinek?
Siostra natychmiast doskoczyła do niego, chwytając go za ramię. – zbędny zaimek?
Pozdrawiam serdecznie. Klik biblioteczny. :)
Witam Cię, Bruce,
Dziękuję za wskazanie miejsc wymagających korekty – to bardzo miłe i pomocne.
(Widzę, że poprawki wstawiłaś z playbacku, bo w dwóch czy trzech miejscach były już nieaktualne.)
Poprawki szybciutko naniosłem, aby ewentualni inni czytający mieli łatwiejszy odbiór tekstu.
Co do wycofania tekstu z konkursu – miło mi za Twoje słowa, ale podtrzymuję słuszność swojej decyzji. Nie da się ukryć, że tekst nie był napisany w pełnej zgodzie z założonym duchem konkursu. Słowa Ambush: „Ja bym nie usuwała tagu” traktuję jako wyraz jej życzliwości i dobroduszności, ale fakt pozostaje faktem – Freki miał słuszność, a pozostawienie opowiadania, które tylko z uprzejmości brałoby udział w szrankach, byłoby niesprawiedliwe wobec innych uczestników.
Dzięki jeszcze raz za wyłapanie błędów i klika do biblioteki.
Widzę, że poprawki wstawiłaś z playbacku, bo w dwóch czy trzech miejscach były już nieaktualne.
Jak wspomniałam, to komentarz (podobnie i inne konkursowe) napisany tuż po przeczytaniu. :)
I ja dziękuję; pozostaje mi uszanować Twoją decyzję; pozdrawiam noworocznie. 
Ciekawa opowieść, taka nieco bajkowa, ale trzymając a w napięciu. Dla mnie zakończenie, choć zabawne, nieco popsuło całą zabawę, ale czytało się dobrze.
Operujesz ładnym językiem, fajnie budujesz napięcie i opowieść snuje się jak wędrówka przez pole kolorowych kwiatów.
Szkoda, że wycofałeś się z konkursu.
Witam, Ambush.
Dzięki za kolejną wizytę.
„Operujesz ładnym językiem, fajnie budujesz napięcie i opowieść snuje się jak wędrówka przez pole kolorowych kwiatów.” Ogromne podziękowania za tak miłe i wiele znaczące dla mnie słowa. Czuję się nimi naprawdę podbudowana.
„Szkoda, że wycofałeś się z konkursu.” Dziękuję również za ten wpis. Jest bardzo uprzejmy i świadczy o Twojej życzliwości, mimo że tekst był „wybrakowany”.
Dziękuję także za dodanie opowiadania do sekcji biblioteka.
Jest to historia sympatyczna i bezpretensjonalna, mimo purpury – i nawet ostateczny twist, gorzki i zarazem słodki, nie niszczy tego miłego wrażenia. Nie spada zresztą zupełnie z sufitu, bo jest sporo drobnych niespójności, które w świetle zakończenia zyskują sens. Ale rama, chociaż od początku przygotowana i dopasowana, trochę jednak rozczarowuje.
Widzisz, wielu czytelników nie lubi tego zabiegu (ramy robiącej z treści tekstu sen czy fantazję) – ja też zasadniczo nie jestem entuzjastką. Są po temu powody. Świat opowiadania już jest wtórny wobec naszego, cokolwiek autor robi, a wprowadzanie kolejnych szczebli tej wtórności raz, utrudnia życie autorowi i dwa, wymaga od czytelnika zawieszenia niewiary na kilku poziomach, nie dając mu nic w zamian. Bo jeśli to się nie zdarzyło naprawdę nawet we wtórnym świecie (tylko dopiero we wtórno-wtórnym), to jest dodatkowa warstwa izolacji między czytelnikiem, a bohaterami, która utrudnia przejęcie się całą sprawą.
Ale – również na podstawie całej tej sprawy z wycofaniem tekstu – mam wrażenie, że brak Ci przede wszystkim odwagi. I rama, którą wykorzystałeś, jest asekurancka, i styl pełen tłumaczenia, etykiet, jakbyś się bał, że czytelnik nie zrozumie.
Czemu jest asekurancka? Bo zamiast się swobodnie rzucić w fale fantastyki, uwiązujesz sobie do nogi bungee dorosłości (to, mili państwo, jest metafora przerysowana, ale spójna – proszę robić notatki, bo będzie kartkówka). Jakbyś się wielkim nożem odcinał od własnego tworu. Odczarowujesz wszystko. Z całą mocą zapewniasz, że Ty w ten świat nie wierzysz. Przecież jesteś dorosły. Dorosły w tym dodatnim sensie na tyle, żeby życzliwie i z czułością spoglądać na zabawę dzieci, ale zbyt dorosły w tym ujemnym sensie, żeby się bawić razem z nimi.
Choć przecież właśnie to robisz. Trochę jak tata przyłapany nad dziecięcą kolejką i tłumaczący się gęsto, jakby zrobił coś złego.
A przecież niczego złego nie zrobiłeś!
Nie ma niczego złego w tworzeniu fantastycznych światów i opowiadaniu fantastycznych historii. Ani w tym, że Ci się one podobają. To część, i to ważna część, bycia człowiekiem. Jeżeli ktoś ma Ci to za złe, możesz, jak najbardziej, puścić mimo uszu opinię tego kogoś. To on się myli. Postępujemy według prawa, w którym jesteśmy stworzeni (http://www.tolkien.ro/text/JRR%20Tolkien%20-%20Mythopoeia.pdf).
Myślę, że sam to przeczuwasz – jest w Twoim tekście jakaś zdrowa radość tworzenia. Ty lubisz pisać, co dobrze rokuje, i dzięki czemu tekst lekko się czyta.
A jeśli chodzi o niespójności, rama też wyjaśnia przynajmniej część z nich (przecież dzieci nie wiedzą wielu rzeczy), ale czy nie lepiej by było ich uniknąć? Nie wierzysz, że potrafisz? Skąd wiesz, skoro nie spróbowałeś?
Zanim przejdę do masakrowania tekstu, jeszcze parę słów o słuchaniu rad i krytyki. Nie należy ich traktować jako Pytii.
Są ludzie, którzy w odpowiedzi na każdą uwagę pokazują zęby – to źle. Ale źle jest też kłaść się brzuszkiem do góry. Niczego się nie nauczysz, jeśli się nie zastanowisz nad otrzymaną krytyką, nie zbadasz sprawy samodzielnie. Musisz podchodzić do krytyki – krytycznie. Skonfrontować ją ze swoją wiedzą i jej źródłami. Jeśli czytelnicy widzą w Twoim tekście coś, czego tam nie ma, to wskazówka, że źle pokazałeś coś, co miało tam być, ale też niekoniecznie. Po prostu nie da się tu podać ogólnych przepisów, bo i teksty, i czytelnicy są bardzo różnorodni.
A kiedy się uczestniczy w konkursie, warto przeczytać regulamin i nie panikować, kiedy ktoś go zrozumie inaczej niż my, tylko dyskutować, a w razie wątpliwości spytać organizatorów. W tym przypadku freki wyinterpretował z regulaminu coś, czego tam po prostu nie ma i miałeś pełne prawo go uprzejmie olać. Po prostu. Doskonałej zgodności z założeniami konkursu i tak nikt nie osiąga. Ale u Ciebie jest mapa i zadeklarowane hasła zostały wykorzystane. To były wszystkie założenia konkursu. I już. My może tak wyglądamy czasem jak wilkołaki, ale naprawdę jesteśmy milutcy i puszyści i zapewniam, że będziemy Cię lubić, kiedy będziesz asertywny (nie wredny, tylko asertywny – ludzie, którzy nie potrafią współżyć w społeczeństwie, sami się stąd w końcu wynoszą). Nie musisz nam czapkować :)
Do rzeczy. Choć duża część niespójności została wyjaśniona zakończeniem, i tak muszę je wypisać.
Najpierw zewnętrzne, które zakończenie usuwa: kwestie ekwinologiczne skonsultuj – ja się nie znam; ale nie wydaje mi się prawdopodobne, żeby konie puszczone samopas nie powędrowały sobie dokądś (albo nie zostały skradzione). Kwestie kajakarskie tak samo.
Jad stworków zatrzymuje akcję serca – wierzę, że to boli, ale nie wierzę, że delikwent zdąży ten fakt przemyśleć: https://pl.wikipedia.org/wiki/Nag%C5%82e_zatrzymanie_kr%C4%85%C5%Bcenia
I od kiedy gleba jest gąbczasta? Może to wskazówka, że nie mamy do czynienia z glebą, ale przy pierwszym czytaniu wypada dziwnie.
Topografia krainy wydała mi się nieeuklidesowa, miejscami nie bardzo wiedziałam, skąd te skarpy (przy mokradle?) i wszystko. Góry ze "ściętymi" szczytami też istnieją. Za to gorące bagna – no, raczej nie.
Stal można hartować w wodzie i innych cieczach, ale w ogniu tylko rozgrzać przed hartowaniem. Można to ewentualnie uznać za skrót myślowy (chyba go widywałam, zresztą brzmi bardzo poetycko), ale dla porządku.
Ale tego pytania zakończenie nie kasuje, a właśnie powoduje: co dzieci wiedzą o zapachu siarki i podobnych rzeczach? Skąd? Ze Shreka?
Niespójności wewnętrzne, czyli takie, które bohaterowie sami mogliby zauważyć: dlaczego przy Wrotach Hejman ma nadzieję, że konie nie dadzą rady? Na co on ma nadzieję?
Kiedy Merida ma zasłonięte oczy, to nieważne, czy zna wskazówki, czy nie – skoro nic nie widzi, to jak ma się orientować? A poza tym zapach kwiatów też hipnotyzuje – przed tym się nie zabezpieczyła. No i zapominasz o tym, kiedy tylko Merida znajduje się po drugiej stronie – przecież, żeby kierować Hejmanem, musi widzieć, co on robi, czyli patrzeć na łąkę, bo on tam jest.
Tutaj: "Nie chcę, żebyś mnie ściął przez przypadek, gdy potkniesz się o coś." szyk trochę nienaturalny, ale po pierwsze zastanawia mnie, jak miałby ją ściąć (czyli obciąć jej głowę) w takim układzie – nie wystarczyłoby "ciachnąć"?
W pewnym momencie Hejman nagle ma na sobie pancerz (pot to dobry szczegół, ale pancerza wcześniej nie było i czytelnik się potyka).
Sekwencja na bagnach, która ogólnie wygląda jak wzięta z gry komputerowej, zwłaszcza przez te rymowanki i wypowiedź – nie wypowiedź, która objaśnia grę (żeby nie było, ta "growość" trzyma się kupy w świetle zakończenia), jest jednak trochę niekonsekwentna, bo kamienie nie miały pękać. Tylko purchawki – to czemu kamień Meridy pęka? Nie tylko się zanurza, ale i pęka? I od czego Merida się odbija przy "kolejnym" skoku, kiedy tarcza już zatonęła?
A na końcu – skąd mama wie, że dzieci "pokonały szczerbę" albo co przedstawiają klocki Lego? Może się tego domyślać, ale kurczę, spryciula z tej mamy, skoro potrafi dokładnie przewidzieć wszystko, co wymyśliły jej dzieci.
Jeśli chodzi o rzeczy czysto literackie, to w pewnym momencie poważnie się zastanawiałam, czy Hejman ma w tekście rolę poza zadawaniem pytań Meridzie, żeby mogła nam udzielić ekspozycji. Bo brawura Hejmana istnieje tylko w wypowiedzi Meridy – z początku zachowuje się raczej ostrożnie, później odważnie, ale bez wygłupów.
Kiedy bohaterowie głośno i explicite coś planują, ten plan zasadniczo nie może się udać, bo będzie nudno (czytelnikowi). Więc dobrze, że opis polany wnosi coś nowego, ale nie jestem pewna, czy wnosi dostatecznie dużo nowego. Może wnosi. Przeanalizuj to.
Zapewniasz, że Hejman był spięty – można to pokazać. To samo dotyczy uczuć w ogóle. Lepiej je pokazać, niż etykietować. Oczywiście czasami nie ma wyjścia, ale tak w ogóle.
Opis spływu jest mało dynamiczny – zapewniasz, że nimi rzuca, ale tego nie pokazujesz. Podajesz za to informacje, które tylko spowalniają akcję, na przykład oślizgłość głazu nie ma nic do jego omijania.
Tutaj mam zastrzeżenie epistemologiczne: "Coś twardego i ostrego śmignęło mu przed oczami" – nawet narrator wszechwiedzący (który wie, jakie to było i czym było) nie może twierdzić, że Hejman wiedział, że ta rzecz jest twarda i ostra, tylko na podstawie przebłysku (tej chwili, kiedy ją widział) – a nawet, gdyby wiedział, co z tego?
Dialog zaczynający się od "szkoda, że nie ma z nami Kła, twojego Wilka" jest infodumpowy – jeśli Merida żałuje, że nie zabrali psa, to mogłaby żałować jakoś naturalniej, chociażby zastanawiać się, jak bardzo by się przydał albo pytać, dlaczego go nie zabrali, a nie tłumaczyć właścicielowi psa, jak ten pies się wabi, jakby nie wiedział. Za to więź Hejmana z Kruszkiem uroczo buduje postać wielkiego misia – tylko że nie, bo tak naprawdę mały chłopiec… końcówka zupełnie zmienia wydźwięk dialogu. Nadal jest słodki, ale no, inaczej.
Nie zawsze przejrzyście organizujesz opisy, na przykład: "Rozdarła go na dwie części z głośnym trzaskiem.". Zasadniczo opis zaczyna się od tego, co zauważalne – abstrakty (w tym przyczynowość) dajemy później: Z głośnym trzaskiem rozdarła go na pół.
W ogóle długie zdania i masa szczegółów "spowalniają czas" w tekście. Czasami to jest potrzebne, ale w scenach walki, ucieczki, w ogóle tych dziejących się szybko nie obchodzi nas, z czego jest miecz, tylko jak się nim macha, więc nie "Hejman nie czekając, chwycił stalowy oręż.", tylko: Hejman dobył klingi.
Jeśli chodzi o kwestie czysto językowe, zacznijmy od interpunkcji. Myślniki lepiej zarezerwować dla dialogów, a w opisach zastąpić dwukropkami – tak jest przejrzyściej.
Nadmiar przyimków, ostatnio powszechny, u Ciebie nie jest aż tak duży, jak w niektórych innych tekstach konkursowych. Mimo to na przykład we frazie: "To cmentarzysko dla głupców" lepiej wyciąć przyimek. Jeżeli głupcy leżą na tym cmentarzysku, to "dla" nie jest potrzebne i tylko wprowadza wieloznaczność.
Sporo tu purpury. Nie jest jakaś strasznie rażąca, i w sumie można ją uzasadnić zakończeniem, ale i tak: "Przed nimi, w dolinie spowitej mgiełką, rozlewało się pulsujące morze barw." w ogóle nie tworzy spójnego obrazu. Nie dość, że mgiełka "spowija" (czyli owija…) dolinkę (to już nieeuklidesowe), to jeszcze morze "pulsuje" – ftaghn! A fraza "złagodzić konieczność rozstania" sugeruje (poza straszliwą purpurą) bardzo bliskie związki uczuciowe bohaterów z końmi :P
Zdanie "Jego źrenice rozszerzyły się, chłonąc hipnotyzujący blask." jest purpurowe i mniej obrazowe, niż mogłoby być – uważaj też na angielskie konstrukcje (zaimki, imiesłów prawie też), o których za chwilę.
Archaizowana fraza: "choć w jego głosie próżno było szukać pewności" nie pasuje do reszty tekstu, który jest purpurowy, ale w inną stronę. A za to: "symfonia bzyczenia" to oksymoron – nie wiem, co próbujesz za jego pomocą przekazać i czy cokolwiek (symfonia jest piękna i harmonijna, a bzyczenie nie).
Fraza: "kotwicą trzymającą go w ryzach" miesza dwa obrazy – statku na uwięzi i ograniczeń. One mają ze sobą coś wspólnego, ale za mało. Bardzo purpurowe jest zdanie: "Zimny, śliski uścisk zacisnął się wokół jego kostki, jakby ożywione korzenie i pnącza oplotły jego stopę w żelaznym uścisku." – tworzywo Ci się wymyka (korzenie są żywe…) i w rezultacie nie wiadomo, czy złapała go stalowa żaba, czy wściekły tryfid, do tego "uścisk" jest dwa razy i nie do końca gramatycznie zastosowany (oplotły stopę uściskiem, nie "w uścisku").
Tu: "zaczął się wiercić, desperacko próbując się wyrwać" słabe pierwsze orzeczenie (wierci się uczeń w ławce) zderza się z tą desperacją i powstaje bałagan.
"W tej samej chwili powietrze przeszył złowrogi brzęk – ważkowi strażnicy nadlecieli, wirując z wściekłością." raz, Hejman nie widzi tego wirowania, bo ma zawiązane oczy; dwa – dlaczego "wirując"? I dlaczego "z wściekłością"? Czym się różni wściekłe wirowanie od zwykłego?
Albo: "Natychmiast poczuł ulgę, gdy uwolniona kończyna ruszyła do przodu." przecież noga nie rusza sama do przodu… właśnie takie dziwne pomysły i wydumane synonimy powodują wrażenie purpury, czyli śmiesznej nieporadności autora. Nie tematyka. Możesz napisać coś zupełnie dobrego o słodkich kotkach.
Zapewniasz, i to jeszcze kliszą: "Płomień, choć wątły i przygasający, dawał jednak upragnione poczucie bezpieczeństwa." – "poczucie bezpieczeństwa" wszędzie ostatnio widzę i zaczyna mnie wkurzać.
Po co antropomorfizujesz łódkę: "Mimo to unosiła się na wodzie jakby upierała się, że ma w sobie sporo życia."? Takim niezbyt zręcznym zdaniem?
Ta metafora trochę śmieszna: "nurt porwał ich z siłą rozpędzonego tura", niespecjalnie trzyma się kupy. Streszczenie: "cudem unikając roztrzaskania na kaskadach" nie rozwiązuje problemu purpury – to mogłoby stanowić akcję osobnego tekstu, ale streszczone jest niewiarygodne (wodospady, i to jeszcze w stadzie, nie biorą jeńców). A "lodowata kipiel" to klisza.
Niefantastyczność: "Odkręciła wieczko, uwalniając ostry, ziołowy zapach, który momentalnie przeczyścił im zatoki." – przeczyszczanie zatok nie pasuje w fantasy – czy ci dwoje znają anatomię na poziomie powyżej "jak go tu ciachnę, to się przestanie ruszać"? I oczywiście – imiesłów nie oznacza przyczynowości: odkręciwszy wieczko, uwolniła (o tym dalej).
Fraza: "zacisnął pięści, czując, jak substancja wyżera ból, zastępując go dziwnym, pulsującym chłodem" nie ma większego sensu (imiesłowy swoją drogą) – jak to, wyżera – i jednocześnie zastępuje? Podobnie: "Szum rzeki ucichł, przemieniając się w złowrogą ciszę", co w najlepszym razie stanowi masło maślane, w najgorszym chaos, bo szum zanikł, ale jednak nie (bo się w coś przemienił), ale jednak tak (bo przemienił się w swoją antytezę, czyli ciszę).
Cokolwiek śmieszna jest "śmiercionośna zupa": "dzieliło ich kilka metrów śmiercionośnej zupy" ale niezależnie od tego metry w fantasy to zły pomysł – czytelnik nie ma miarki w oku i może się zastanawiać, skąd w świecie bez Francji rewolucja francuska. Tu nawet zakończenie nie pomaga, bo czy dzieci wiedzą, ile to jest metr?
Fraza: "Mimo trudu szło im niezgorzej" jest oksymoronem. Trud to wysiłek, czyli wychodzi na to, że szło im dobrze, chociaż się starali.
Metafora jest niespójna: "Nie tracąc czasu, przekuł strach w złość i prędkość." – kucie wymaga czasu, nie można tego zrobić od razu, więc obraz nie trzyma się kupy i wypada śmiesznie.
A te zdania – chaotyczne: "Ostatnim wysiłkiem wyrzucił ciało do przodu pokonując kamienie zwinnym trójskokiem. Wylądował na skraju skarpy, wbijając palce w ziemię." Co on zrobił?
Poza melodramatem: "Każdy krok był walką z bólem pulsującym w mięśniach, ale mimo zmęczenia, w ich spojrzeniach tliła się niezachwiana pewność w cel misji." to nie jest sensowne zdanie – można ufać w cel misji, ale kontekst wskazuje, że chodzi o pewność jego osiągnięcia. Co mają do tego spojrzenia, tylko Opiekun Wszystkich Małych Zwierzątek wie, a powiązanie spojrzeń ze zmęczeniem jest jeszcze bardziej karkołomne.
A tu widać zmęczenie – ale autora: "Płaskowyż na szczycie tonął w chmurach, przypominając zawieszoną w powietrzu wyspę." wyobraź to sobie – jak wygląda wyspa, a jak szczyt góry ukryty w chmurach – różnie, prawda? Więc czemu twierdzisz, że podobnie?
No i "spożywali" jest śmiesznie pompatyczne, kiedy chodzi o dwoje dzieci – a w scenie, w której się pojawia, już wiemy, że chodzi.
Sporo jest też wyraźnych oznak autorskiej niepewności: zamiast pokazywać i ryzykować, że czytelnik nie zrozumie, etykietujesz i zapewniasz. Ale w ten sposób zwiększasz dystans między swoją myślą a czytelnikiem. I znowu – czasami jest to potrzebne. Ale często wręcz przeszkadza. Na przykład, kiedy bohaterka mówi "z ekscytacją" to nie jest dobrze, bo nie widać tego podniecenia, widać tylko, że autor chce, żebyśmy coś zauważyli, ale nie widać samej tej rzeczy. Stan emocjonalny postaci można pokazać doborem słów, długością fraz, wykrzyknikiem. Czasem fraza przysłówkowa albo przysłówek się przydaje, ale lepiej używać różnorodniejszych czasowników (co dodatkowo pozwala oszczędzić znaki – przeważnie czasownik jest krótszy od zespołu czasownik plus przysłówek).
Albo tutaj: "Merida spojrzała na niego z cieniem zniecierpliwienia, jakby znów musiała tłumaczyć coś oczywistego." nigdy nie byłeś w takiej sytuacji? Jak bardzo byłbyś zniecierpliwiony? A Merida? Co to mówi o jej charakterze? Nie ma sensu tłumaczyć, dlaczego jest zniecierpliwiona – wystarczy to pokazać (można w dialogu). I dlaczego głos Meridy ciągle jest "stanowczy"? Co to wnosi?
"Czemu to zawsze wygląda gorzej niż się zapowiada?" wcale tak źle nie wygląda, skąd ten lampshade? Zresztą na miejscu Meridy nic bym mu nie mówiła – skoro ma się od tego denerwować (przez co skały zgniotą i mnie), to lepiej, żeby nie wiedział…
"Hejman spojrzał na jej oddalającą się sylwetkę i pomyślał, że mimo tego szaleństwa, poszedłby z nią wszędzie." mimo jakiego szaleństwa? Może pomyślał, że poszedłby wszędzie za tą wariatką, na przykład? I – patrzył na sylwetkę? Może po prostu patrzył za nią? To, że zapach: "Był ciężki, słodki, gęsty niczym syrop; przypominał woń przejrzałych owoców i perfum." to w sumie nic konkretnego – może wybierz jakieś szczególne perfumy? Owoce? Jakieś wspomnienie Hejmana czy Meridy, które się kojarzy z tym zapachem? Męcząca ciotka?
Także metry i minuty, poza tym, że budzą zwątpienie na gruncie historycznym, są abstrakcyjne i wprowadzają zbędną precyzję. Nikt w życiu nie pyta, ile coś miało metrów, jeżeli nie jest mu to potrzebne do jakichś technicznych celów. Każda jednostka miary to abstrakcja, ogół – nie mówi o mierzonej rzeczy niczego interesującego z nietechnicznego punktu widzenia.
Tutaj porównujesz rzecz do niej samej: "Ciche, wielogłosowe brzęczenie, przypominające pracę tysięcy miniaturowych skrzydeł." – nie ma to wielkiego sensu, bo porównujemy rzeczy, żeby przybliżyć to, co nieznane, za pośrednictwem tego, co znane. Możesz napisać od razu: Ciche, wielogłosowe brzęczenie tysięcy miniaturowych skrzydeł. Możesz też potrzymać nas w napięciu jakimś innym porównaniem.
Kolejna etykietka (i to angielskawa): "Jej głos drżał, ale był stanowczy." głos jej drżał, ale wyobraź sobie, jak Merida mówi, i to opisz. Jest też etykietą: "ale w jakiś sposób skutecznie" – nie pokazuje nic zgoła, a tylko przypomina czytelnikowi, że to wszystko bajka. Również: "Był to szaleńczy taniec." zapewnia i wytrąca z zawieszenia niewiary – nie polegaj na takich protezach, opisuj obrazowo, a będzie dobrze.
Zdanie: "Następny bezpieczny głaz był za daleko." jest zbędne, skoro już nam przekazałeś tę samą informację (dwa razy) – nie bój się, zrozumieliśmy. Tak samo "Nie zastanawiał się ani chwili.".
Jeśli "Jej głos był pozbawiony zwykłej szorstkości." to powinniśmy wiedzieć o tej szorstkości wcześniej, a nie dowiadywać się pod koniec.
Nie jest też potrzebne tłumaczenie, że mama: "dodała ciepłym, przepraszającym tonem, widząc ich zaangażowanie". Jeśli przeprasza, to rozumie, że ma za co, że popsuła coś ważnego.
W ostatniej scenie powtarzasz do znudzenia "imitować", żebyśmy na pewno nie pomyśleli, że coś tu było na serio – trochę to przesadne.
Jest w tekście trochę masła maślanego: "z pozoru wygląda", "szczupła o smukłej sylwetce", "z wprawą kogoś, kto robił to nie raz" albo "machał zamaszyście" (tu jest też powtórzone słowo, choć nie do końca w tej samej formie). Fraza: "zaczął Hejman, szukając słów" da się elegancko przystrzyc: "Hejman szukał słowa".
Imiesłowy. Kalkowanie ich angielskiego użycia rozpowszechnia się ostatnio coraz bardziej, ku mojemu wielkiemu zdumieniu (może przesadzonemu, ale kurczę). W ogóle zdaje mi się, że angielszczyzna też, ściśle biorąc, nie używa tak imiesłowów – tylko gerundium, które jest z imiesłowem na -ing identyczne (p. http://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842899). W języku polskim imiesłów przysłówkowy współczesny oznacza jednoczesność. Nie oznacza przyczyny: nie "ktoś rozsunął ciężką kotarę, odsłaniając", tylko: rozsunięciem ciężkiej kotary odsłonił. Ewentualnie może być: rozsuwając ciężką kotarę, odsłonił; bo rozsuwanie jest jednoczesne z odsłanianiem, ale wtedy ryzykujemy właśnie ten błąd, o którym mówię, bo przyczyna nie musi wcale ustać, zanim zacznie działać skutek.
I tak – dobrym przykładem złego zastosowania imiesłowu jest zdanie: "Merida szarpnęła go za ramię, odwracając od doliny.". Tu zachodzi związek przyczynowy: szarpnięciem za ramię odwróciła go od doliny. Albo: "Hejman stanął, niemal się przewracając." → Hejman stanął tak nagle, że omal się nie przewrócił (nie "niemal"!). Albo: "Uniosła dłoń, dając znak, by towarzysz stanął przy niej." → Uniesieniem dłoni dała towarzyszowi znak, by stanął przy niej. A także: “Merida wylądowała na trawie, przewracając się kilka razy." → Merida wylądowała na trawie. Fiknęła parę koziołków.
Czasami imiesłów, który w angielskim tekście brzmiałby zupełnie dobrze, w polskim jest nienaturalny. Na przykład można napisać "obserwując tańczące iskry", ale czy nie lepiej brzmi: obserwując taniec iskier?
Albo: "Rozłożyła go na ziemi, przybliżając do ognia" wygląda mniej naturalnie od: Rozłożyła go na ziemi, blisko ognia. Podobnie (tu jest też ta jednoczesność bez sensu, zresztą nie powierzchnia jest gęsta, tylko ciecz, a "dystans" nie brzmi fantastycznie): "Tarcza wylądowała z pluskiem dokładnie pośrodku dystansu między Meridą a nim, utrzymując się na gęstej powierzchni." → Tarcza wylądowała z pluskiem dokładnie w połowie drogi między nim a Meridą. Zakołysała się lekko na powierzchni mazi.
A już zdecydowanie: "Powietrze stało się rzadsze i chłodniejsze, oczyszczając ich płuca z siarkowych oparów." → Powietrze, rzadsze i chłodniejsze, oczyściło im płuca ze zgniłych oparów. Przecież nie oczyściło w procesie stawania się!
Poza tym z zasady źle brzmią dwa imiesłowy (zwłaszcza tego samego rodzaju, ale dowolnego rodzaju, przymiotnikowe też) obok siebie: "klocki Lego, udające zapewne kąsające w stopy stworzenia".
Poza imiesłowami są w tekście jeszcze inne anglicyzmy, składniowe i semantyczne. Na przykład: "To miejsce nie budzi zaufania. Jak mamy być pewni, że przejdziemy?" to angielskie zdania – "miejsce" po polsku oznacza kawałek przestrzeni, nie coś, co może budzić zaufanie, poza tym mówimy "skąd mamy mieć pewność, że przejdziemy" (i czemu właściwie mieliby mieć pewność?).
Tu jest bardzo angielska konstrukcja z zaimkiem: "Podniosła mapę przed jego oczy." – podniosła mu mapę do oczu, albo: podniosła mapę, żeby dobrze ją widział.
Fraza "zawiera zapiski, jak ominąć każdą pułapkę" też nie całkiem po polsku. Na mapie może być napisany sposób obejścia każdej pułapki. Zdanie: "Jego muskularne ramiona ledwo mieściły się w skalnym korytarzu, szorując chłodną powierzchnię kamienia przy każdym ruchu." wypada śmiesznie – ramiona nie powinny być oderwane od Hejmana (jak sugeruje angielska konstrukcja), a szorowanie kamienia przywodzi na myśl sprzątanie nagrobka. Poza tym szyk zwraca uwagę nie na to, na co trzeba.
Unikaj słowa "wyzwanie" – jest dziś używane zupełnie bez sensu (jego odpowiednik w angielszczyźnie ma po prostu znacznie szersze pole semantyczne) zamiast, na przykład: trudności.
W zasadzie nie jest tu błędem użycie orzeczenia imiennego: "Zapach i widok tych kwiatów są zniewalające." ale po polsku naturalniej wypada zwykłe: Zapach i widok tych kwiatów zniewalają.
Angielska składnia powtarza się też tu: "Merida przyłożyła materiał do jego twarzy." → Merida przyłożyła mu materiał do twarzy. I tu: "Jej dłonie były chłodne i szorstkie, ale ruchy zaskakująco delikatne." → Dłonie miała chłodne i szorstkie, ale ruchy… no właśnie – nie delikatne! Ostrożne, może, ale w ostateczności, ale na pewno nie delikatne. I analogicznie, nie: "Jej ściany były pionowe" tylko: ściany miała pionowe.
Inne problemy z gramatyką i błędy kategorialne, czyli co jest czym: "ciemnym rozdarciu skały" – dlaczego skała jest ciemnym rozdarciem? I przecież to nie spojrzenie Meridy jest rozbawione, tylko ona sama.
"Tam zdobędziemy informację jak zdjąć czar." informację o sposobie zdjęcia czaru, ale to też nie brzmi zbyt naturalnie.
A ważkowi strażnicy tak w sumie powinni pilnować ważek, a nie być ważkami.
Jeśli porównujemy: "Szczerze, to wolę walkę niż bawić się w akrobatykę." to albo rzeczownik z rzeczownikiem albo czasownik z czasownikiem, ale nie mieszamy: wolę walkę niż zabawy; albo wolę walczyć niż się bawić.
Tutaj uciekł podmiot: "– Nic nie widzę – poskarżył się," bo ostatnim bytem rodzaju męskiego był supeł, więc supeł jest tu pomiotem domyślnym – a nie Hejman. I nie: "poczuł szarpnięcie materiału", bo to nie materiał szarpie, tylko Merida szarpie za materiał.
Drugi podmiot – uciekinier: "Świat zawirował. Przez chwilę nie słyszał huku wody" świat nie słyszał? Co do tego, co słyszy się w takiej sytuacji – nie mnie pytaj.
"Niektóre wyglądały solidnie, inne podejrzanie pękato." → Niektóre wyglądały na solidne, inne na podejrzanie pękate. Przecież solidność nie określa sposobu, w jaki wyglądają, tylko sam wygląd.
To zdanie: "Przed nią, w odległości skoku, nie było żadnego pewnego oparcia." w ogóle bym przebudowała (traktujesz jako wtrącenie ważną informację!): Nie miała przed sobą żadnego kamienia, do którego mogłaby doskoczyć.
Kiedy chodzi o pojedynczą rzecz, nie można pisać: "Straciłeś ulubiony rynsztunek" – "rynsztunek" to rzeczownik zbiorowy (https://wsjp.pl/haslo/podglad/117971/rynsztunek/5274287/zolnierza). Zresztą całe zdanie bardzo nienaturalne; ja napisałabym po prostu: to była twoja ulubiona tarcza.
Urwało komentarz :)
"Krajobraz wokół zmieniał się niemal z każdym krokiem." – "wokół" można wyciąć, ale poza tym… krajobraz?
I znów, nie mina jest zmieszana: "Jej młodszy brat stał obok ze zmieszaną miną" → Jej młodszy brat stał obok, zmieszany. I podobnie: "Jego wzrok powędrował w dół" – Jak już, to spojrzenie – wzrok to zdolność widzenia, nie robi niczego sam. Ale brzmi to też angielsko.
Tu: "Ciężkie, welurowe zasłony zaciągnięte wzdłuż ściany okiennej tworzyły mroczny wąwóz" się coś posypało i nie do końca wiem, jak to skleić.
Szuranie to dźwięk – na podłodze mogą być jakieś smugi, ślady ciągnięcia, ale nie szurania. Kucie i hartowanie – to nie to samo, a chmury nie są zbyt podobne do obrusa.
Błędem kategorialnym jest też: "zamalowaną czarną kredką oraz srebrnymi kropkami" (nie maluje się kropkami) → zamalowaną czarną i srebrną kredką; albo zamalowaną na czarno ze srebrnymi kropkami.
A tu: "rzucająca na ściany i sufit migoczące konstelacje gwiazd i księżyca, który dopełniał iluzji" rzucać można co? księżyc. On nie jest częścią żadnej konstelacji.
Przestudiuj poradnik: https://fantazmaty.pl/pisz/poradniki/jak-zapisywac-dialogi/ – interpunkcja jest w zasadzie w porządku, trafiło się tylko parę błędów, ale nie zawsze trafiasz z paszczowością i szykiem didascaliów. Zresztą takie na przykład: "odczytał napis ma mapie Hejman" jest za długie, żeby było naturalne – lepiej tu po prostu wtrącić zdanie z normalnym szykiem.
Jeśli chodzi o szyk, pamiętaj, że jednosylabowe słowa (enklityki) nie powinny stać na miejscach akcentowanych, czyli często po czasowniku – "się" nie musi stać po czasowniku, a często nie powinno. Zdanie "Musimy szybko tam dotrzeć." ma "tam" na akcentowanym miejscu i trzeba je przesunąć: Musimy tam szybko dotrzeć.
"Solidny supeł" nie brzmi dobrze (jest tu jakiś dziwny rytm). Szyk: "czemu ma wtartą galaretkę we włosy?" jest błędny. Oddziela słowa, które są logicznie połączone, innym, które też się z nimi łączy, ale słabiej. W zasadzie każdy inny sensowny byłby poprawny: czemu ma galaretkę wtartą we włosy; albo: czemu ma wtartą we włosy galaretkę; albo: czemu ma we włosy wtartą galaretkę (tak, ostatnio ludzie wybierają właśnie ten jeden błędny, nie wiem dlaczego).
No, zostały nam jeszcze frazeologia i odmiana.
Dzikie koty są całkiem stałe, więc nie: "płynnością dzikiego kota", tylko na przykład płynnością ruchów przypominającą kocią. Włosy nie mogą być niezdyscyplinowane (bo zdyscyplinowane też nie mogą). Pergamin to nie papier, a "poszarpane brzegi i ciemne plamy" jest cokolwiek zeugmatyczne (poszarpanie nie jest tym samym, co plamy). Staremu kartografowi mogą się trząść ręce, ale na pewno nie kreśli "niezdarnie" – ma przecież lata wprawy.
Sylwetki, czyli figury, nie można zahartować, czyli utwardzić. O czym ma świadczyć "drapieżny" uśmiech Meridy? Co ona takiego chce zdobyć – i przecież nie kosztem towarzysza? https://wsjp.pl/haslo/podglad/82694/drapiezny/5221753/usmiech)
Kiedy: "echo jej głosu odbiło się dziwnie głuchym pomrukiem" mam wątpliwości, czy ten konkretny pomruk może być głuchy (https://wsjp.pl/haslo/podglad/24983/gluchy/5071370/stlumiony).
Pogrążony to tyle, co zatopiony, zwykle raczej w czymś gęstym – czy pasuje ze światłem Księżyca? Niebo nie "gwieździste" tylko gwiaździste albo rozgwieżdżone.
I czemu Hejman się "obrusza" czyli oburza/obraża, na wieść, że w krainie panuje wieczna noc? Skoro Merida rozkłada mapę, to ją rozwija, więc nie "Rozłożyła zwiniętą mapę na płaskim kamieniu.", tylko: Rozwinęła mapę na płaskim kamieniu.
"Kpić" to tyle, co "nabijać się" – w jaki sposób Hejman się nabija z ostrzeżenia przed Kwiatowym Polem? Albo z Meridy? A "informacja" to znaczenie znaku, nie znak – mówimy, że jakaś informacja coś oznacza, kiedy chodzi o to, że płyną z niej określone wnioski (https://wsjp.pl/haslo/podglad/22125/informacja/3976450/wiadomosc).
Kiedy "Stanęli na krawędzi łagodnego zbocza" dostaję zeza, bo łagodne zbocze to właśnie takie, które nie ma krawędzi, wszystko jest stopniowe.
"Było chłodne i szybkie." – coś, co muska, może być chłodne, ale szybkie jest samo muskanie, nie to coś. Słowo "testować" nie pasuje do fantasy: sprawdzać, wypróbowywać, tak.
"Już niedaleko, jeszcze kawałek – poinstruowała go szeptem" to nie jest instrukcja, a raczej Merida pociesza Hejmana, zapewnia, że już niedaleko. Tu: "choć dawno straciła rachubę" nie wiem, czego rachubę. Jeśli Merida miała liczyć jakieś znaki orientacyjne (co byłoby bardzo sensowne, jeśli może je wyczuć) albo kroki – trzeba to zaznaczyć.
Czy okrzyk Meridy musi być zaraz stanowczy? (https://wsjp.pl/haslo/podglad/5267/stanowczo) Przecież Hejman i tak by dobył miecza (aż go palce swędziały) – na go tylko informuje, że już może.
Okolica nie może być "surowa" (najwyżej krajobraz: https://wsjp.pl/haslo/podglad/3958/surowy/5010695/wystroj) ale może być jałowa, niegościnna, pustynna, sucha, kamienista…
Jakie to jest "niemrawe" ciepło? https://wsjp.pl/haslo/podglad/74291/niemrawy
Plan to miasta albo budynku – tu mamy mapę. Fraza: "przeżarta czasem" jest dwuznaczna, zresztą idiom brzmi: zżarta/nadgryziona zębem czasu.
Od kiedy łódź ma "bandę"? Ma burty, tak. Zdanie: "Masz paskudne krwawiące rozcięcie na skroni." jest nienaturalne – nikt tak nie mówi.
Odmieniamy: "zechcesz", a nie "zachcesz". Nie: "rzadkimi, głuchymi pluskami" tylko pluśnięciami. Co jest nienaturalnego w "żółtawej mgle"? Konkretnie?
"Smród zgniłych jaj i siarki" to ten sam smród (siarkowodór) – pozostałabym przy jajach, lepiej pasują w fantasy. Kamień może być omszały, ale abstrakcyjny kształt jakby nie. "Osiadać" w sumie… jakoś mi nie brzmi.
Czemu Merida wydaje "rozkaz" – przecież oni są przyjaciółmi? Kiedy: "Merida zaufała mu instynktownie." wygląda to dziwnie. Od biedy możesz powiedzieć, że "instynktownie" ufa owczarek szwajcarski, ale człowiek? Zresztą – ona mu wcześniej nie ufała?
Można chwycić w uścisk, ale nie uściskiem.
Nie: "cofając dłoń od włącznika, ale nie naciskając go z powrotem." bo nie można nacisnąć "z powrotem", najwyżej znowu.
A tutaj: "– Hejman Pogromca – zawtórował chłopczyk," komu zawtórował? (https://wsjp.pl/haslo/podglad/42758/wtorowac)
Jak wszystkie teksty konkursowe, także i Twój czeka na mailu, opatrzony jeszcze większą liczbą równie wnikliwych uwag. Wystarczy adres na priv. I – odwagi!
Każde opowiadanie ma jakieś niedostatki. By się o tym przekonać, wystarczy przeczytać opracowania Tarniny. Natomiast moim zdaniem, miałabyś powód do wycofania się, gdyby zastrzeżenia do opowiadania miało jury. Przejmowanie się głosem JEDNEGO współuczestnika, jest przesadne.
Powodzenia w dalszym pisaniu i odwagi!
Otóż to.
Tarnino. z Twojego komentarza można się wiele nauczyć, ale można też się załamać, widząc jaki jest trudny nasz język. Autorko, ja czytam jej komentarze i stale się uczę. Pamiętaj, że to nic osobistego i pisz. :)
Oj, Miśku, Miśku 
Witam Tarnino,
Na wstępie dziękuję za dotrzymanie słowa i obiecany powrót do strefy komentarzy. Dziękuję również za link do piosenki – to ciekawy i sympatyczny pomysł, który w interesujący sposób uzupełnia odbiór tekstu. Można to potraktować jako swoisty ekstra bonus – supcio, thx 
Twój wpis jest bardzo obszerny – na tyle, że portal podzielił go na dwie części (z tego, co kojarzę, obowiązywał limit długości komentarza). To rozbudowana wypowiedź, która ma więcej znaków niż samo opowiadanie; przyznam, że nie do końca wiem, co o tym myśleć. Jednocześnie widać w niej dużą uważność oraz zaangażowanie w lekturę tekstu, co samo w sobie zasługuje na docenienie. Dziękuję za czas, energię i pracę włożone w tak szczegółowy komentarz – to realny wkład w życie portalu i wielka wartość dla jego użytkowników. Brawo.
Do spraw technicznych pozwolę sobie się nie odnosić. Po pierwsze dlatego, że jest ich tak dużo, iż trudno byłoby się do nich wszystkich odnieść, a po drugie nie mam wątpliwości, że masz rację co do wskazanych błędów. Wszystkie uwagi zostały przeczytane i odnotowane, więc dziękuję za tak obszerną i szczegółową lekcję.
Odniosę się natomiast tylko do kwestii, które nazwę osobistymi.
Piszesz:
„Widzisz, wielu czytelników nie lubi tego zabiegu (ramy robiącej z treści tekstu sen czy fantazję) – ja też zasadniczo nie jestem entuzjastką. Są po temu powody. Świat opowiadania już jest wtórny wobec naszego, cokolwiek autor robi, a wprowadzanie kolejnych szczebli tej wtórności raz, utrudnia życie autorowi i dwa, wymaga od czytelnika zawieszenia niewiary na kilku poziomach, nie dając mu nic w zamian. Bo jeśli to się nie zdarzyło naprawdę nawet we wtórnym świecie (tylko dopiero we wtórno-wtórnym), to jest dodatkowa warstwa izolacji między czytelnikiem, a bohaterami, która utrudnia przejęcie się całą sprawą.”
Trudno nie zgodzić się z tą argumentacją, zwłaszcza że kluczowe jest tu sformułowanie „wielu czytelników”. Można więc równie śmiało założyć, że wielu innych taki zabieg lubi albo przynajmniej odbiera go neutralnie. Wynika to zapewne z odmiennego spojrzenia. Używasz metafor „kolejnych szczebli”, „zawieszenia niewiary na kilku poziomach” czy „świata wtórno-wtórnego”. Mój pogląd, i być może pogląd części czytelników, jest taki, że nie są to kolejne szczeble ani odrębne poziomy, lecz cały czas jeden i ten sam świat: świat opowiadania. Czytelnik musi tylko raz pokonać barierę izolacji – wejść ze świata realnego do świata tekstu – i na tym koniec. Dalej nie ma już kolejnych progów.
Posłużę się alegorią nomen omen nawiązującą do opowiadania: dla mnie jest to mieszkanie o wielu pokojach, a czytając tekst, przechodzimy z pomieszczenia do pomieszczenia. Nie wiem, czy dobrze wnioskuję, ale dla Ciebie to mieszkanie byłoby co najmniej dwukondygnacyjne, z barierą w postaci schodów, która wprawdzie łączy dwa światy, lecz jest fizycznie trudniejsza do pokonania niż swobodne przechodzenie między pokojami. Czy tak?
W dalszej części, aż do momentu, który nazywasz „masakrowaniem tekstu”, pojawiają się sformułowania o „wrażeniu braku odwagi”, „asekuracji”, „odcięciu się od własnego utworu” i podobne. Proszę o pogłębienie lub doprecyzowanie tego fragmentu, ponieważ nie do końca wiadomo, jak go rozumieć: czego konkretnie to dotyczy i do jakich elementów tekstu się odnosi.
Kolejny akapit dotyczy krytyki krytyki:
„Są ludzie, którzy w odpowiedzi na każdą uwagę pokazują zęby – to źle. Ale źle jest też kłaść się brzuszkiem do góry. Niczego się nie nauczysz, jeśli się nie zastanowisz nad otrzymaną krytyką, nie zbadasz sprawy samodzielnie. Musisz podchodzić do krytyki – krytycznie.”
To mądre słowa – warto mieć własne zdanie i podchodzić do krytyki z dystansem. Zachować równowagę między otwartością a samodzielnym myśleniem Zastanawiam się jedynie nad kontekstem tej wypowiedzi: czy odnosi się ona bezpośrednio do tej konkretnej sytuacji, czy raczej ma charakter ogólnej refleksji?
Na koniec fragment dotyczący konkursu:
„A kiedy się uczestniczy w konkursie, warto przeczytać regulamin i nie panikować, kiedy ktoś go zrozumie inaczej niż my, tylko dyskutować, a w razie wątpliwości spytać organizatorów. W tym przypadku freki wyinterpretował z regulaminu coś, czego tam po prostu nie ma i miałeś pełne prawo go uprzejmie olać. Po prostu. Doskonałej zgodności z założeniami konkursu i tak nikt nie osiąga. Ale u Ciebie jest mapa i zadeklarowane hasła zostały wykorzystane. To były wszystkie założenia konkursu. I już. My może tak wyglądamy czasem jak wilkołaki, ale naprawdę jesteśmy milutcy i puszyści i zapewniam, że będziemy Cię lubić, kiedy będziesz asertywny (nie wredny, tylko asertywny – ludzie, którzy nie potrafią współżyć w społeczeństwie, sami się stąd w końcu wynoszą). Nie musisz nam czapkować :)”
Regulamin został przeczytany, ale wątpliwości Frekiego były na tyle uzasadnione, że miał pełne prawo je wyrazić. Być może sam startował w konkursie i mógł czuć się pokrzywdzony tym, że do rywalizacji dopuszczono tekst, który w luźniejszy (czytaj: potencjalnie ułatwiający) sposób podszedł do zasad. Z mojej strony padło pytanie do jury o zgodność z regulaminem. Bruce odpowiedziała, że jako jurorka nie może brać udziału w dyskusji, natomiast Ambush dopisała, że „opowiadanie nie jest skonstruowane idealnie zgodnie z założonym kanonem…”. Trudno to interpretować inaczej niż jako wskazanie, że coś jest nie tak. Słowa „Ja bym nie usuwała tagu” – za które bardzo jej dziękuję – odbieram jako wyraz bukietu życzliwości i taktu, godnych angielskiej pani domu.
Dziękuję raz jeszcze za komentarz i wiele życzliwych słów 
na tyle, że portal podzielił go na dwie części (z tego, co kojarzę, obowiązywał limit długości komentarza)
Gorzej, portal obcina komentarze :D I trzeba to potem poprawiać. Ale tylko ja regularnie się o to potykam…
po drugie nie mam wątpliwości, że masz rację co do wskazanych błędów
Ależ miej wątpliwości! To, że mam rację, nie jest wcale konieczne :)
Można więc równie śmiało założyć, że wielu innych taki zabieg lubi albo przynajmniej odbiera go neutralnie.
Mmmm, zdanie szczegółowoprzeczące i szczegółowotwierdzące mogą być jednocześnie prawdziwe, więc wykluczać tego nie można 
Mój pogląd, i być może pogląd części czytelników, jest taki, że nie są to kolejne szczeble ani odrębne poziomy, lecz cały czas jeden i ten sam świat: świat opowiadania.
Hmmm. Możliwe. Trzeba by przeprowadzić szeroko zakrojone badania psychologiczne.
mieszkanie byłoby co najmniej dwukondygnacyjne, z barierą w postaci schodów, która wprawdzie łączy dwa światy, lecz jest fizycznie trudniejsza do pokonania niż swobodne przechodzenie między pokojami
Niezła metafora. Możemy ją przyjąć, przynajmniej na razie.
Proszę o pogłębienie lub doprecyzowanie tego fragmentu, ponieważ nie do końca wiadomo, jak go rozumieć: czego konkretnie to dotyczy i do jakich elementów tekstu się odnosi.
Hmm. O ramie powiedziałam wszystko, co mogłam. Co jeszcze? Chyba przede wszystkim wywołują to wrażenie etykiety – mówienie explicite, co czytelnik ma zrozumieć, zamiast zaufania mu, że zrozumie to, co pokazujesz. Jakbyś nie dowierzał swojej umiejętności pokazania tego tak, żeby było jasne, a nawet zrozumiałe. W źródłach angielskich to biega pod nazwą "show, don't tell".
Jak by to bardziej wyjaśnić, hmmm. Operujemy tu na słowach, a słowa są zawsze abstrakcyjne – ale niektóre są abstrakcyjne bardziej. Powiedzmy, że Twój bohater siada na wygodnym fotelu. "Tell" (etykieta, objaśnienie) byłoby po prostu napisanie: fotel był wygodny. "Show" (pokazywanie) byłoby wtedy, gdybyś opisał, jak przyjemnie bohater się w tym fotelu zagłębia, jak się w nim mości i jak dobrze mu się siedzi.
Zasadniczo im coś ważniejsze, tym lepiej to pokazać (nie jest to reguła uniwersalna, ale mniej więcej). I tak – pokazywanie jest ryzykowne, bo nie masz stuprocentowej pewności, że czytelnik zrozumie Twoje skojarzenia (w jednej becie opisałam, że bohaterka się poci, i byłam pewna, że widać, że to ze zdenerwowania, poza tym tam było gorąco. A czytelnik odczytał, że jest podniecona, po dziś dzień nie wiem, dlaczego). Etykietować jest zawsze bezpieczniej.
Sęk w tym, że to ryzyko się opłaca – jeśli się uda, to zyskujesz plastyczny opis, który oddziałuje nie tylko na abstrakcyjne rozumowanie, ale na odczucia i emocje. A etykieta co prawda nie może zostać źle zrozumiana, ale nie daje takich korzyści.
Zastanawiam się jedynie nad kontekstem tej wypowiedzi: czy odnosi się ona bezpośrednio do tej konkretnej sytuacji, czy raczej ma charakter ogólnej refleksji?
A ta konkretna sytuacja nie podpada pod taką właśnie refleksję? ;)
wątpliwości Frekiego były na tyle uzasadnione, że miał pełne prawo je wyrazić
Oczywiście, że miał prawo je wyrazić. Ale czy uzasadnione? Napisał:
Mi chodziło głównie o pierwsze słowo (informacja) oraz o kwestię zdobycia mapy, bo w konkursie było wyszczególnione, że to musi być ujęte, a tutaj mają ją od razu. Skarbem, jak rozumiem, ma być informacja, ale ta kwestia pojawia się dosłownie raz w tekście, jako motywacja i kompletnie nie czuć jej wagi. A i to, że do skarbu finalnie nie dotarli. W moim wyobrażeniu konkurs opierał się na pokazaniu całości drogi, tu mamy najwyżej jej mały wycinek.
Więc po kolei (regulamin: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/33811)
Motywem konkursu, który obowiązkowo musi znaleźć się w każdym opowiadaniu jest pozyskanie (w dowolny sposób) przez bohaterów mapy skarbów, która będzie miała znaczenie dla fabuły, a później to hulaj dusza, kosmos albo kusza :)
Zdobycie mapy owszem, nie wymagało od bohaterów wysiłku, przynajmniej jeśli nie brać pod uwagę zakończenia. Zakończenie zmienia optykę – przecież Merida się nad nią napracowała ;)
Autor musi wybrać po jednym haśle z każdej z trzech grup i użyć go w opowiadaniu.
Zarówno mapa jak i wybrane hasła muszą być istotne w opowiadaniu.
O istnieniu skarbu czy dotarciu do niego nie ma w regulaminie mowy – spokojnie spełniłby wymagania tekst, w którym skarb okazuje się zmyślony albo taki, w którym bohaterowie giną tragicznie po drodze. Zresztą mogliby też wystawiać mapę w muzeum czy sprzedać na aukcji, bo chodziło tylko o to, żeby jakaś mapa była i była przyczyną przygód.
Zatem – uzasadnienie nie wytrzymuje konfrontacji z regulaminem.
mógł czuć się pokrzywdzony tym, że do rywalizacji dopuszczono tekst, który w luźniejszy (czytaj: potencjalnie ułatwiający) sposób podszedł do zasad
Czy którykolwiek tekst któregokolwiek konkursu doskonale spełnia wszystkie jego zasady?
natomiast Ambush dopisała, że „opowiadanie nie jest skonstruowane idealnie zgodnie z założonym kanonem…”
Mmmm, ale nie wyjmuj jej słów z kontekstu:
Oczywiście opowiadanie nie jest skonstruowane idealnie zgodnie z założonym kanonem, ale wiele innych również nie. Trochę na tym polega cała zabawa.
To forum nie służy do wymuszania na ludziach, żeby pisali pod sznurek, tylko do tego, żebyśmy się w przyjacielskiej atmosferze uczyli pisać. Wszyscy tu jesteśmy czeladnikami. Ja też. Nasze konkursy mają raczej moc motywującą (i są pretekstem do rozsyłania prezentów po ludziach XD) – nie walczymy tu o zdobycze terytorialne ani o absolutną prawdę, tylko tak się po koleżeńsku ścigamy.
I naprawdę chętnie przyjmujemy sympatycznych ludzi 