- Opowiadanie: Kurojatka - Hieronim

Hieronim

Opo­wieść bez pu­en­ty o sa­mot­ni­ku, szu­ka­ją­cym celu w życiu.

Chciał­bym przed­sta­wić Wam Hie­ro­ni­ma, od któ­re­go wiele się za­czę­ło i na któ­rym skoń­czy­ło. Po­wią­za­na z tą hi­sto­ria ro­ze­szła mi się na kilka wąt­ków i po­sta­ci, ale ten twór jest skoń­czo­ny i kom­plet­ny.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Biblioteka:

Użytkownicy III

Oceny

Hieronim

– Dusza! Al­bo­wiem je­ste­śmy duszą, nie cia­łem. Ciało swoje ma po­trze­by: głód, pra­gnie­nie, ego. Tak, ego jest po­trze­bą ciała, ciała, któ­re­go uży­wa­my! Ciała, które jest na­rzę­dziem. Dusza przy­wdzie­wa ciało ni­czym płaszcz, w celu nie innym, jak nauka. Jak zbie­ra­nie do­świad­czeń. Du­sza­mi je­ste­śmy po­łą­cze­ni, bo dusze nasze czę­ścią Boga są. I uczy­my się dzię­ki życiu, po­przez do­świad­cze­nia tu, na ziemi. Dla­te­go wła­śnie, po­wia­dam wam, dla­te­go nic, co nam się przy­tra­fia, nie jest złe. Wszyst­ko jest tylko dobre i może być tylko dobre. Czyż nie Bóg stwo­rzył ten świat? Czyż nie jest On źró­dłem dobra je­dy­nie?

Ksiądz wes­tchnął i dla od­mia­ny od­wró­cił wzrok od wier­nych, prze­tarł na­kry­cie oł­ta­rza dło­nią, przez chwi­lę szu­kał in­spi­ra­cji w po­kry­wa­ją­cych je ha­ftach.

– Plany Bo­skie są dla nas nie­prze­nik­nio­ne – wzno­wił nieco ci­szej, jakby w za­my­śle­niu, wpa­tru­jąc się w ser­we­tę. – Nie­prze­nik­nio­ne po­zo­sta­ną i zro­zu­mieć ich nie po­do­ła­my. Nie po­win­ni­śmy nawet pró­bo­wać, al­bo­wiem próby te są do­wo­dem próż­no­ści. Ktoś taki pró­bu­je zrów­nać się ze Stwór­cą, po­rów­nu­je do Niego, a wiemy prze­cież, że o rów­no­ści tutaj nie może być mowy. Po­nie­waż pa­trzy­my cie­le­sny­mi or­ga­na­mi. Ludz­ki­mi oczy­ma i usza­mi, po­przez pry­zmat ludz­kie­go ego. To ciało wła­śnie jest źró­dłem bólu i utra­pień. Dla duszy, jest po­mo­cą w do­świad­cza­niu. Oczy­wi­ście wo­le­li­by­śmy do­świad­czać je­dy­nie dobra i mi­ło­ści. Pa­mię­taj­my jed­nak, że dla duszy wszyst­ko jest dobre.

Wszyst­ko jest dobre.

Dla­cze­go to dobro tak bar­dzo boli?

Po mszy oraz do­dat­ko­wych na­ukach dla chęt­nych wy­znaw­ców je­dy­nej słusz­nej wiary, co wszak­że cha­rak­te­ry­zu­je wszyst­kie wy­zna­nia, Hie­ro­nim wy­cho­dził z przy­byt­ku świę­te­go na roz­świe­tlo­ny za­cho­dzą­cym słoń­cem plac. Z ciem­ne­go i zim­ne­go wnę­trza ko­ścio­ła do świa­tła ziem­skie­go, nie­win­ne­go i za­pra­sza­ją­ce­go miłym cie­płem. Sam mo­ment opusz­cza­nia zim­ne­go mroku domu wiary wprost w ob­ję­cia ko­lo­ro­wej i cie­płej na­tu­ry zda­wał się od­bi­ciem słów księ­dza. Nie było tylko pew­no­ści, czy od­bi­cie nie było aby od­wró­co­ne, czy może to słowa, które usły­szał, wy­pa­czo­ne? Czy to mózg sza­lał, nie mogąc pojąć praw­dzi­we­go zna­cze­nia słów kle­chy?

Z mó­zgiem Hie­ro­ni­ma nie było naj­le­piej, żadna to ta­jem­ni­ca.

 

***

 

Na ko­la­cję ma­ka­ron z serem, po wło­sku – wy­bra­ła za niego au­to­ma­tycz­na sta­cja ob­słu­gi klien­tów re­stau­ra­cji miej­skiej. Pa­ru­ją­ce klu­chy do­je­cha­ły na za­chla­pa­nym tłusz­czem prze­no­śni­ku. Wo­ko­ło wa­la­ły się od­pad­ki po po­przed­nich kon­su­men­tach, ścian­ki boksu le­pi­ły się i mie­ni­ły tę­czo­wy­mi pla­ma­mi. Hie­ro­nim wło­żył rę­ka­wicz­ki, po­brał po­si­łek i sztuć­ce. Jadł szyb­ko, nie sku­pia­jąc się za bar­dzo na wa­lo­rach sma­ko­wych. Zresz­tą nie było zbyt­nio na czym. Spie­szył się.

Ko­lej­na ciem­na, przy­gar­bio­na nieco syl­wet­ka czło­wie­ka, który stara się szyb­ko zjeść oszczęd­ny­mi ru­cha­mi tak, aby cza­sem ni­cze­go poza je­dze­niem nie do­tknąć.

Hie­ro­nim sta­nął przed lu­strem, oparł się o umy­wal­kę i spoj­rzał w twarz mokrą od wody.

Po po­sił­ku jesz­cze pi­jal­nia. Hie­ro­nim był co­wie­czor­nym go­ściem wielu mor­dow­ni. Wielu, bo sta­rał się co­dzien­nie od­wie­dzać inny lokal. A licz­ba tych­że była nie­ste­ty ogra­ni­czo­na. Wszę­dzie już go ko­ja­rzo­no. Ale to nie miało zna­cze­nia.

Pa­trzył teraz we wła­sne od­bi­cie, a w ręku trzy­mał przy­jem­ną, ob­cią­gnię­tą skórą rę­ko­jeść. Pierw­sze ude­rze­nie było bo­le­sne. Pierw­sze sma­gnię­cie miało dla niego naj­więk­sze zna­cze­nie. Potem na­stą­pi­ło dru­gie. Oczy za­szkli­ły się łzami, nie­za­leż­nie od woli. Hie­ro­nim mach­nął ręką, trze­cie ude­rze­nie. Skó­rza­ne paski ko­cia­ka sma­gnę­ły naj­pierw jedną ło­pat­kę, potem drugą. Czer­wo­ne pręgi rosły jedna obok dru­giej, na nie­za­bliź­nio­nej jesz­cze skó­rze ra­mion i bar­ków. Ko­lej­ny dzień do­biegł końca. Ko­lej­ny dzień resz­ty jego życia. Ko­lej­ne ude­rze­nie.

Ko­lej­ny dzień, a czas spły­wał mię­dzy pal­ca­mi, po­zo­sta­wia­jąc po sobie nie­licz­ne tylko kro­ple nie­wy­raź­nych wspo­mnień, jak nie­chcia­ny osad.

 

***

 

– Ból i nędza, roz­pacz i żal, złość i nie­na­wiść. Tak, to ist­nie­je, nie mo­że­my, po­wia­dam wam, uda­wać, że tylko dobre rze­czy są na świe­cie. Mu­si­my o tym wie­dzieć. Być prze­ko­na­ni, że są tylko dobre rze­czy na świe­cie. Bo prze­cież, czyż nie ból nas uczy? Czyż nie musi się każdy z nas opa­rzyć, by wie­dzieć, czym jest ogień?

– Ból, to nauka. A praw­dzi­wy grzech, je­dy­ny naj­cięż­szy, to wła­śnie brak nauki! Stu­por w tej kwe­stii ob­ra­zą jest wy­mie­rzo­ną w boski plan. Le­ni­stwo jest mar­no­traw­stwem daru, któ­rym jest życie. Któ­rym jest czas na ziemi.

Ból.

 

***

 

Hie­ro­nim szedł ulicą. Bro­dził sto­pa­mi w ka­łu­żach mie­nią­cych się pla­ma­mi tłu­ste­go oleju, roz­ko­py­wał nie­do­pał­ki, po­rzu­co­ne frag­men­ty znisz­czo­nych za­ba­wek. Ręka misia, kółko za­baw­ko­we­go autka, zu­ży­ta pre­zer­wa­ty­wa, frag­ment te­le­wi­zo­ra, czy in­ne­go sprzę­tu, od­cho­dy i upa­pra­ne nimi gacie. Za chwi­lę prze­je­dzie tędy wóz za­kła­dów ko­mu­nal­nych, zgar­nie cały ten syf, po­zo­sta­ną tylko roz­sma­ro­wa­ne ka­łu­że i smród. I para wy­do­by­wa­ją­ca się z ka­na­łów. Opary świe­że­go, cie­płe­go gnoju.

Hie­ro­nim ro­zu­miał ból. Tak mu się zda­wa­ło, ale ostat­nio miał wra­że­nie, że isto­ta po­zna­nia, którą był, za­czy­na mu umy­kać. Rze­mie­nie ko­cia­ka prze­tar­ły się.

Hie­ro­nim stał przed lu­strem, wpa­tru­jąc się w ciek­ną­ce z oczu łzy bólu. Wy­mie­nił rze­mie­nie na sta­lo­wy drut. Pręgi na ciele były głęb­sze, skóra otwar­ła się nawet za mocno. Prze­stra­szył się ro­sną­cej krwa­wej rany. Krew, ży­cio­daj­ny płyn, po­wi­nien być oto­czo­ny czcią. Le­piej by­ło­by nie mar­no­wać żad­nej kro­pli. No i trze­ba to bę­dzie skle­ić. Klej do ciała leżał obok wkład­ki do czysz­cze­nia zębów i jamy ust­nej, tuż nad szczot­ką do kibla.

Mylił się. Ból nie był za­gad­ką. Zwy­czaj­nie trze­ba zmie­nić bodź­ce. Czuł to, wie­dział o tym. Czuł, jak jego ciało wy­cze­ku­je no­wych wra­żeń. Czas pod­jąć inne lek­cje. Nie można się prze­cież po­ty­kać o ten sam ka­mień w nie­skoń­czo­ność. Ka­mień jest na­uczy­cie­lem, to praw­da, ale cią­głe po­ty­ka­nie jest bra­kiem przy­swo­je­nia lek­cji. A stwór­ca tego nie lubi. Głu­po­ta jest w jego oczach tak samo zła, jak le­ni­stwo. Jedno i dru­gie ha­mu­je roz­wój. Hie­ro­nim uśmiech­nął się. To na pewno było wła­śnie tak.

 

***

 

– Nie­na­wiść, tak, ist­nie­je. Tak samo, jak mi­łość, mógł­by ktoś rzec. Błęd­nie jed­nak. Prze­kleń­stwem na­szych cza­sów fi­lo­zo­fo­wie, al­bo­wiem oni szu­ka­ją sensu życia leżąc w łóżku czy sie­dząc w fo­te­lu, za­miast wzno­sić oczy ku niebu i modły ku Stwór­cy kie­ro­wać. Są jak we mgle, pró­bu­ją oce­nić smak usza­mi, oglą­dać film ję­zy­kiem. Sens życia ist­nie­je dla duszy tylko, nie ciała. Po­przez mo­dli­twę i wiarę po­zna­je­my wolę Stwo­rzy­cie­la, po­przez próby, któ­rym nas pod­da­je, po­zna­je­my sa­mych sie­bie. Po śmier­ci do­pie­ro, gdy złą­czy­my nasze dusze w jedną, Boską, doj­rzeć mo­że­my sens i po­wo­dy praw­dzi­we życia. Ci, któ­rzy pró­bu­ją od­gad­nąć za­mia­ry pana po­przez or­ga­ny ciała, choć kre­atyw­ni, są z za­ło­że­nia ska­za­ni na po­raż­kę.

 

***

 

Prze­je­chał sa­mo­chód. Pruł pustą ulicą, roz­chla­pu­jąc wodę z kałuż na chod­ni­ki. Gdyby tylko to była czy­sta woda…

Hie­ro­nim przy­sta­nął. Sze­ro­ka ulica, trzy pasy w jedną, dwa w drugą stro­nę, była pra­wie cał­ko­wi­cie pusta. Ruch w więk­szo­ści prze­niósł się do góry.

W porę po­my­śla­ne. Hie­ro­nim usły­szał szum. Uniósł wzrok znad roz­świe­tlo­nej neo­na­mi, mo­krej jezd­ni, przez brud­ne od za­cie­ków i ob­ła­żą­ce z farby i tynku ścia­ny, w górę. Na trak­cję szy­no­bu­sów. Trzę­sła się i wi­bro­wa­ła. Po chwi­li dwa wa­go­ni­ki pełne ludzi prze­mknę­ły nad chod­ni­kiem. Sta­lo­we rusz­to­wa­nie przy­kle­jo­ne do ka­mie­nic za­trzesz­cza­ło, rdza­we koła wznio­sły tuman kurzu. Cięż­kie, mokre płat­ki sza­re­go, skon­den­so­wa­ne­go brudu osia­dły na Hie­ro­ni­mie, na ziemi, na le­żą­cym obok psim gów­nie i na samym psie, który je do­kład­nie ob­wą­chi­wał.

Płat­ki nie dały strzep­nąć się z ubra­nia. Roz­ma­zy­wa­ły się, po­zo­sta­wia­jąc cuch­ną­ce smugi.

Hie­ro­nim za­klął pod nosem. Pies umknął wy­stra­szo­ny, pod­wi­ja­jąc ogon pod wy­chu­dłe ciało. Nie­na­wiść – nie po­win­ni­śmy jej tłu­mić. A przy­cho­dzi tak łatwo. Uśmiech­nął się, a uśmiech ten był strasz­ny.

 

***

 

– We­dług tych ślep­ców nie­na­wiść jest po pro­stu ne­ga­tyw­ną, skraj­nie ne­ga­tyw­ną emo­cją, na­le­żą­cą jed­nak do tego sa­me­go ro­dza­ju co mi­łość, która jest skraj­nie do­brym przy­pad­kiem. Po­rów­nu­ją te uczu­cia do barw, gdzie kolor czar­ny i biały są na dwóch róż­nych koń­cach tej samej pa­le­ty, a po­mię­dzy nimi roz­cią­ga się cała gama sza­ro­ści. Nie, po­wia­dam wam, nie słu­chaj­cie tych bajań! Mi­łość jest Boska i nie­za­prze­czal­na. Nie­na­wiść jest wy­two­rem ciała i tylko na ziemi wy­stę­po­wać może.

– Nie po­win­ni­śmy jej za­prze­czać, nie mo­że­my jej nie za­uwa­żać. Po­win­ni­śmy rów­nież i ją do­strze­gać, jest bo­wiem wska­zów­ką, którą dał nam Pan. Stwo­rzył ją w kon­kret­nym celu, nie po­win­ni­śmy jej więc tłu­mić.

Hie­ro­nim nie tłu­mił. Nie dawał się jej kon­tro­lo­wać, ale i nie tłu­mił. Wielu rze­czy nie­na­wi­dził i do tej grupy za­li­czał rów­nież ludzi. Nie jed­ne­go czy dru­gie­go, któ­rych nie­na­wi­dził za coś kon­kret­ne­go. Czuł obrzy­dze­nie, po­wo­li prze­cho­dzą­ce w nie­na­wiść do ca­łe­go ga­tun­ku. Do grupy. Hie­ro­nim wi­dział ludzi jako tłum, jako ca­łość ich osą­dzał. I nie wy­pa­da­li oni w jego oce­nie naj­le­piej.

 

***

 

– Dobry wie­czór! – za­cze­pił go syn­te­tycz­ny robot po­wi­tal­ny re­stau­ra­cji.

Hie­ro­nim w za­my­śle­niu za­szedł do nieco bo­gat­szej czę­ści dziel­ni­cy. Za­trzy­mał się.

– Dobry wie­czór, za­sra­ny na­ga­nia­czu.

Robot skło­nił się. Od pasa w górę przy­po­mi­nał czło­wie­ka, w gu­stow­nym fraku, w czer­wo­nej ko­szu­li i mie­nią­cej się srebr­ny­mi ce­ki­na­mi musze. Od pasa w dół był ra­czej do­nicz­ką.

– Piwo jest? – spy­tał Hie­ro­nim, prze­ry­wa­jąc re­cy­ta­cję dań dnia me­cha­nicz­ne­go na­ga­nia­cza.

– Oczy­wi­ście. Mogę spy­tać, w czym kon­kret­nie pan gu­stu­je? Może gęsty, lo­kal­ny lager? A może im­port z La­tar­ni? Pełna eg­zo­ty­ka z po­łu­dnia, a nawet wscho­du!

Hie­ro­nim wszedł w po­ło­wie wy­wo­du.

– Nie mo­żesz – rzu­cił na od­chod­nym.

Ka­mer­ka nad drzwia­mi za­mru­ga­ła. Pew­nie do­stał ujem­ny punkt lub dwa za gru­biań­stwo. Zu­peł­nie nie były mu po­trzeb­ne punk­ty re­pu­ta­cji, ale jeśli go uka­ra­no, od­wo­ła się i za­żą­da od­szko­do­wa­nia.

Kro­czył po­wo­li w stro­nę lady i uśmie­chał się do sie­bie. Uśmie­chał się na myśl pozwu o ob­ni­ża­nie re­pu­ta­cji za roz­mo­wę z po­wi­ta­czem. Zgod­nie z pra­wem można było być gru­biań­skim tylko dla przed­mio­tów nie­oży­wio­nych, a ka­me­ry czę­sto my­li­ły takie z ro­bo­ta­mi.

Jego uśmiech zo­stał chyba źle ode­bra­ny przez męż­czy­znę za ladą, który ukło­nił się wy­szcze­rzo­ny i spy­tał, co mógł­by podać.

– Piwa!

– No tak, czy mogę…

– Nie mo­żesz. Tamto. – Hie­ro­nim wska­zał pal­cem bu­tel­kę.

Kel­ner nie po­tra­fił się od­na­leźć, za­gu­bio­ny po­mię­dzy uśmie­chem i gru­biań­skim tonem klien­ta.

Hie­ro­nim zła­pał za szyj­kę i ru­szył w stro­nę sto­li­ka, uśmie­cha­jąc się coraz sze­rzej.

Kie­dyś by tak nie zro­bił. Ale teraz wie­dział, że dzia­łał sku­tecz­nie. Oka­zał tylko swoje uczu­cia, co było zgod­ne z nim, z jego wiarą i z praw­dzi­wym Stwór­cą. Oczy­wi­stym jest, że w świe­cie wol­no­ści słowa, ge­stów czy ubio­ru, trze­ba li­czyć się z tym, że ktoś po­czu­je się ura­żo­ny. Waż­nym jest, aby nie ura­żać ludzi nie­po­trzeb­nie czy ce­lo­wo, cho­ciaż to już tylko kwe­stia do­bre­go oby­cza­ju. Wol­ność słowa koń­czy się nie na do­brym wy­cho­wa­niu, ale na pró­bach wy­mu­sza­nia ule­gło­ści. Na za­ka­zach na­zy­wa­nych kul­tu­rą i wię­zach do­bre­go wy­cho­wa­nia.

Wol­ność słowa praw­nie nie ist­nia­ła, bo prze­cież nie wolno było ob­ra­żać in­no­wier­ców. De­wian­tów. Bie­da­ków. Tylko czło­wiek otwo­rzył gębę i zaraz znaj­do­wał się ktoś ura­żo­ny.

Ale Hie­ro­nim z tego nie­wie­le sobie robił. On wie­dział, że pra­wem nad­rzęd­nym jest prawo bo­skie. A po­trze­bo­wał być gru­biań­ski, po­trze­bo­wał być dzi­siaj nie­mi­ły.

 

***

 

Ko­lej­ny dzień. Dzień za dniem, jak szta­che­ty w pło­cie – każda inna, wszyst­kie takie same. W za­sa­dzie można by życie po­rów­nać do morza. Nie, nie życie, tylko czas. Do fal, które wzno­szą się i opa­da­ją. Wszyst­ko wzno­si się i opada. Słoń­ce wscho­dzi, za­cho­dzi, klat­ka pier­sio­wa pod­no­si się i opada. Ko­lej­ny od­dech. Ręka po­no­si się i opada. Ko­lej­na pręga. Dzień za dniem mi­ja­ją w rów­nych od­stę­pach, mo­no­ton­nie. Ale czy nudno? Hie­ro­nim mógł pa­trzeć na morze go­dzi­na­mi.

Ktoś go po­pchnął. Hie­ro­nim po­pra­wił się na zydlu. Ręce trzy­mał na la­dzie, opie­ra­jąc się na łok­ciach. Nieco przy­gar­bio­ny spusz­czał głowę, wpa­tru­jąc się w trzy­ma­ny kufel. Tłum za nim fa­lo­wał. Całe po­miesz­cze­nie wrzesz­cza­ło. Nie mu­siał się od­wra­cać, by to wi­dzieć. Wi­dział prze­cież tyle razy. Okrzy­ki wzno­si­ły się i opa­da­ły, śmiech wy­bu­chał, po czym za­ła­my­wał się i wy­ci­szał. Hie­ro­nim od­bie­rał ba­ro­we roz­mo­wy nie od­dziel­nie, a jako jeden dźwięk, jed­ne­go bytu, jakim był zle­pek ciał, po­ru­sza­ją­cy się… Jak morze. Tak.

Jakiś męż­czy­zna po­trą­cił go, prze­su­wa­jąc razem z zy­dlem. Hie­ro­nim pra­wie roz­lał piwo. Sap­nął, po­pra­wił się, lecz znów zo­stał po­pchnię­ty. Ktoś całą masą wpadł na niego, jakby fala wtar­gnę­ła na plażę.

A czym byłby brzeg, gdyby nie dawał od­po­ru morzu?

Hie­ro­nim opu­ścił nogi z zydla, wstał i od­wró­cił się, wciąż pod­par­ty jedną ręką o ladę. Ktoś pod­no­sił się wła­śnie z pod­ło­gi. Z nosa krew cie­kła wąską, nie­po­ha­mo­wa­ną struż­ką. Roz­bie­ga­ny wzrok szu­kał opar­cia, twarz wy­krzy­wia­ła dez­orien­ta­cja i złość. Zwy­czaj­na maska głup­ca, kie­ro­wa­ne­go zło­ścią, pi­ja­ny umysł od­pły­nął już jakiś czas temu.

Hie­ro­nim uśmiech­nął się z po­li­to­wa­niem, ką­ci­kiem ust. Gość z roz­bi­tym py­skiem spraw­dził ręką, czy nos w ogóle tam jest. Potem ude­rzył Hie­ro­ni­ma w twarz. Cios spadł gdzieś w oko­li­ce po­licz­ka. Zgar­bio­ny Hie­ro­nim opadł w tył, pod­pie­ra­jąc się ple­ca­mi o ladę. Krze­sło, na któ­rym wcze­śniej sie­dział, wal­nę­ło o pod­ło­gę. Ręce po­wę­dro­wa­ły do twa­rzy, od­ru­cho­wo. Na przed­ra­mię przy­jął jesz­cze dwa roz­pacz­li­we, za­ma­szy­ste ciosy. Tyle czasu Hie­ro­nim po­trze­bo­wał przy prze­ana­li­zo­wać sy­tu­ację. A wy­glą­da­ła ona tak, że wszy­scy w barze albo zwie­wa­li, albo prali się wła­śnie po mor­dach. Hie­ro­nim nigdy nie lubił się bić. Nie chciał, nie ba­wi­ły go prze­ja­wy agre­sji. Ale to byłby dobry mo­ment, żeby wszyst­ko zmie­nić. Wie­dział, jak wal­czyć, za młodu tre­no­wał. Cho­ciaż za­wsze prze­gry­wał. To jego za­wsze bito.

Z ra­do­ścią przy­jął to, rzu­co­ne przez Stwór­cę wy­zwa­nie. Do­strzegł w tym pla­nie wy­cią­gnię­tą od Boga dłoń. Pra­wie sły­szał Jego głos, na­ka­zu­ją­cy mu od­rzu­cić strach, przy­jąć do­świad­cze­nie. Nad­sta­wić po­li­czek.

Bez żad­ne­go za­ma­chu ude­rzył chło­pa­ka w twarz, w sam śro­dek czoła. Gość z roz­kwa­szo­nym wcze­śniej nosem wy­lą­do­wał na ziemi bez­wład­nie.

Hie­ro­nim pa­trzył na niego przez chwi­lę z nie­sma­kiem. Nie tego się spo­dzie­wał. Spoj­rzał w bok, po­stą­pił do przo­du i znów ude­rzył kogoś przed sobą. Tam­ten do­pie­ro teraz uniósł wzrok. Zro­bił dziw­ny, drga­ją­cy ruch war­ga­mi, po czym obe­rwał dru­gim pro­stym. Szczę­ka omal nie wy­pa­dła mu z za­wia­sów. Męż­czy­zna spły­nął. Zwy­czaj­nie za­wa­lił się, naj­pierw nogi, potem tułów, potem gra­wi­ta­cja wy­gię­ła go w bok i trza­snął łbem o po­ła­ma­ny stół.

 

***

 

Hie­ro­nim stał przed lu­strem. Ka­me­ry roz­sta­wio­ne wo­ko­ło mru­ga­ły czer­wo­ny­mi dio­da­mi. Żółte świa­tło punk­to­we oświe­tla­ło jego twarz, nie­ogo­lo­ny za­rost lśnił kro­pla­mi wody. Bicz drżał w dłoni. Ale Hie­ro­nim nie robił nic. Pa­trzył bez­na­mięt­nie w swe po­zba­wio­ne wy­ra­zu oczy.

Wyobraźnią wciąż wi­dział tłum, ko­tłu­ją­cych się mię­dzy sto­ła­mi i krze­seł­ka­mi ludzi, darte ubra­nia i pełne wście­kło­ści wy­zwi­ska. Męż­czyź­ni i ko­bie­ty, w róż­nym wieku, lecz po­dob­nym sta­nie upo­je­nia kłę­bi­li się, opły­wa­li meble i fi­la­ry, po­zo­sta­wia­jąc po sobie ze­rwa­ne de­ko­ra­cje i roz­bi­te szkło. Ni­czym woda roz­bi­ja­ją­ca się o be­to­no­we bloki fa­lo­chro­nu. Wi­dział ły­se­go bro­da­cza, który osu­nął się przed nim. Sta­no­wił wyrwę w tej ludz­kiej masie, jak wy­bi­ty ząb. Jak skru­szo­na blan­ka muru, jak nad­gry­zio­ny ka­wa­łek cia­sta. I to cia­sto Hie­ro­nim gryzł jesz­cze kilka razy. Z każ­dym osu­wa­ją­cym się na zie­mię, śmiesz­nym czło­wiecz­kiem, robił dwa kroki w tył, by przyj­rzeć się swo­je­mu dzie­łu. Ko­lej­nej wy­rwie, którą zro­bił. A tłum za­czął na­śla­do­wać jego ruchy, sta­ra­jąc się za­cho­wać coraz więk­szy dy­stans.

Na jego boku po­wsta­ła czer­wo­na pręga. Skóra ustą­pi­ła, czer­wo­na rana rosła, ob­ro­śnię­te war­stwą tłusz­czu ciało prze­sta­ło drgać, a z nowej szcze­li­ny po­cie­kła struż­ka.

Wy­ci­na­jąc z życia co naj­lep­sze.

Hie­ro­nim odło­żył bicz. Miał już lep­szy po­mysł. Po­trze­bo­wał innej ka­me­ry.

 

***

 

Jakiś we­so­ły czło­wie­czek z nie­bie­skimi, po­sta­wio­nymi w wy­so­kie­go jeża wło­sach, wy­śmie­wa ko­lej­ną ofia­rę. W tym od­cin­ku o re­stau­ra­cjach. Zja­dłem za was, aby­ście wy nie mu­sie­li. Po­rów­nam dla was ko­tle­ty do po­de­szew, a gu­lasz do gno­jów­ki.

Cho­ler­ny głu­piec. Ale jesz­cze więk­si głup­cy, któ­rzy tego słu­cha­ją. Lu­dzie, któ­rym trze­ba opi­nie wkła­dać do łbów, tak jakby sami nie byli sobie w sta­nie żad­nej wy­ro­bić. Tak jak ci tutaj – Hie­ro­nim spoj­rzał w bok, na sie­dzą­cych przy sto­li­ku mło­dzień­ców. Pi­ja­ni, pełni ener­gii, bra­wu­ry. Na­rwa­ni. Pa­trzył na nich osten­ta­cyj­nie. Nie trze­ba długo cze­kać, aż za­uwa­żą.

Ko­lej­ne przy­ziem­ne po­rów­na­nie w te­le­wi­zji po­wo­du­je wy­buch śmie­chu te­le­wi­zyj­nych kla­kie­rów. Po chwi­li ci, któ­rzy słu­cha­ją tej pa­ro­dii te­le­wi­zyj­ne­go show, rów­nież się śmie­ją. Naj­ła­twiej się jed­no­czyć w głu­po­cie. Bez zro­zu­mie­nia, bez li­to­ści, przy­rów­nu­jąc cudze sta­ra­nia do od­cho­dów. Nawet jeśli jest w tym ziar­no praw­dy. Nie ma i nigdy nie bę­dzie ni­ko­go sko­re­go do po­mo­cy. Ale butów do dep­ta­nia całe mro­wie znaj­dzie się za­wsze.

– Co się tak, ciulu, ga­pisz?

Na czy­jeś po­czu­cie wyż­szo­ści za­wsze można li­czyć. Za­wsze znaj­dzie się ktoś, kto czuje się lep­szy.

– Sły­szysz? Czy masz gówno w uszach? Masz gębę jak pies dupę. Masz pro­blem? Zaraz ci przy­wa­lę, za­srań­cu.

Po ataku słow­nym na­stę­pu­je za­stra­sza­nie ge­sta­mi, ktoś wsta­nie, ktoś po­pchnie. Może rzuci nie­do­pał­kiem, może piwem ob­le­je. Wy­star­czy­ło cze­kać. Le­piej nawet zro­bić prze­stra­szo­ną minę, ale Hie­ro­nim nie bar­dzo lubił się krzy­wić. Był wiel­kim czło­wie­kiem, o zwa­li­stej po­stu­rze i ła­god­nej twa­rzy. To wy­star­cza­ło.

Nie lubił też bie­gać, dla­te­go cze­kał, aż sami przyj­dą do niego. We dwóch, trzech. Cza­sem czte­rech. Wolał to od bicza. Tylko skóra na kost­kach szyb­ko się ście­ra­ła, a rany na dło­niach krwa­wi­ły ob­fi­cie. To było złe.

 

***

 

Mor­dow­nia na­zy­wa­ła się An­tre­so­la i fak­tycz­nie, zaj­mo­wa­ła prze­strzeń nad za­pusz­czo­nym pla­cem zabaw, który gra­ni­czył z cmen­ta­rzem. Z placu zabaw ko­rzy­sta­li tylko ci bar­dziej pi­ja­ni by­wal­cy An­tre­so­li, wy­mio­tu­jąc i kła­dąc się do snu, po­śród po­roz­rzu­ca­nych bu­te­lek, strzy­ka­wek i za­rdze­wia­łych huś­ta­wek, któ­ry­mi nie spo­sób było po­ru­szyć. Hie­ro­nim spo­glą­dał na roz­ma­wia­ją­ce ochry­płym gło­sem męty, kon­tem­plu­jąc upa­dek spo­łe­czeń­stwa, gdy nagle ktoś do niego pod­szedł.

– Szu­kasz bójki? – za­py­tał nie­zna­jo­my.

Hie­ro­nim po­sta­no­wił go zi­gno­ro­wać, tam­ten in­da­go­wał jed­nak.

– Wi­dzia­łem cię w Ka­mi­li, takim bur­de­lu w Okrę­gu Por­to­wym, jak wo­dzi­łeś wzro­kiem po naj­gło­śniej­szych sto­łach. W za­uł­ku ktoś zgu­bił kilka zębów. Potem po­dob­ny cyrk od­wa­li­łeś z ja­ki­miś mło­ko­sa­mi w… nie pa­mię­tam nazwy tej spe­lu­ny. Tutaj też masz za­miar cze­kać, aż ktoś za­re­agu­je na twoje na­tar­czy­we spoj­rze­nia?

Hie­ro­nim wró­cił do świa­ta rze­czy­wi­ste­go. Gość wy­rwał go z za­my­śle­nia.

– Moż­li­we.

– Mam dla cie­bie lep­szą pro­po­zy­cję. Ring, nie­wiel­ka arena, na niej prze­ciw­ni­cy bar­dziej wy­ma­ga­ją­cy, ale i za­ro­bisz. Je­steś wiel­ki chłop, apa­ry­cję masz gla­dia­to­ra. Po­win­no ci się spodo­bać.

Gość, który osta­tecz­nie Hie­ro­ni­mo­wi się nie przed­sta­wił, miał rację. Kilka bójek, które sto­czył w krót­kim okre­sie spra­wi­ło, że za­czął być roz­po­zna­wal­ny. Wła­ści­cie­le barów spo­glą­da­li na niego krzy­wo. Miał też rację w dru­giej kwe­stii.

Hie­ro­ni­mo­wi się spodo­ba­ło.

 

***

 

Pro­bosz­czał cier­piał. Sie­dział na bal­ko­nie we­wnątrz areny, pod­pie­ra­jąc głowę dło­nią. Drew­nia­ny sto­lik lepił się od roz­la­nych trun­ków, wgnie­cio­nych w szpa­ry mię­dzy de­ska­mi resz­tek je­dze­nia i wszel­kie­go plu­ga­stwa wtar­te­go łok­cia­mi w blat. W po­wie­trzu uno­si­ła się du­szą­ca mie­sza­ni­na ludz­kie­go potu, ty­to­niu i krwi, za­kro­pio­na al­ko­ho­lem do tego stop­nia, że można się było wsta­wić samą in­ha­la­cją. Ale nie dla­te­go cier­piał. Zwy­czaj­nie bo­la­ła go głowa. Gło­śne roz­mo­wy i krzy­ki, wręcz wrza­ski, nie po­ma­ga­ły.

– No, je­stem. – Zwa­li­sty męż­czy­zna o sze­ro­kich ba­rach i ogrom­nym brzu­szy­sku postawił na stole litr aro­ma­ty­zo­wa­nej wódki, ręką od­su­nął kar­ton kró­lew­skiej mie­szan­ki cze­ko­la­dek i ba­to­ni­ków, by zmie­ścić dwa kie­lisz­ki, po czym sap­nął umę­czo­ny. Na­stęp­nie uwa­lił się na spe­cjal­nie dla niego po­sze­rzo­nym, obi­tym zie­lo­ną wy­ściół­ką krze­seł­ku i sap­nął po­now­nie, z wy­raź­ną ulgą. – Niech no tylko od­sap­nę i mo­że­my roz­ma­wiać.

Pro­bosz­czał uniósł na go­ścia za­spa­ne oczy.

– O czym?

Czło­wiek za­ma­chał ser­del­ko­wa­ty­mi pal­ca­mi w po­wie­trzu, roz­sta­wił kie­lisz­ki, po czym zaj­rzał w na­czy­nie Pro­bosz­cza­ła.

– Pusto – stwier­dził, po­wą­chał i skrzy­wił się z nie­sma­kiem. – Wino. Nigdy was nie zro­zu­miem. Temat jest ważny i bar­dzo istot­ny, a jego roz­wią­za­nie nie cier­pią­ce zwło­ki.

– Jakie znowu zwło­ki?

Gru­bas za­śmiał się, uzna­jąc nie­przy­tom­ny ko­men­tarz za żart, po czym roz­lał wódkę. Odstawił bu­tel­kę i za­czął się roz­glą­dać.

– Au­to­mat jest go­to­wy – mówił w trak­cie roz­glą­da­nia się i wcie­ra­nia brudu w dżin­so­we spodnie. – Go­to­wy i wstęp­nie spraw­ny. Mamy in­kaust, jak byś to okre­ślił, przez ludzi świec­kich tu­szem zwy­kłym zwany, lecz do zwy­kło­ści mu da­le­ko. Mamy folię prze­wo­dzą­cą, mamy pro­gra­my. – Prze­stał się roz­glą­dać i oklapł jakby. – Za­po­mnia­łem za­poj­ki.

– I tak nie chcę. Głowa mnie boli.

– Wy­pi­jesz, to ci przej­dzie. No… To pierw­sza bez.

Pro­bosz­czał spoj­rzał na to­wa­rzy­sza. Ru­dolf Lasek, zwany prze­śmiew­czo Ru­skiem, za­tarł ręce i uniósł kie­li­szek. Wy­pi­li. Roz­lał po­now­nie.

– No to jesz­cze na drugą nogę.

Wy­pi­li. Pro­bosz­czał za­uwa­żył, że fak­tycz­nie, ból jakby zma­lał. Zła­pał ba­to­nik, od­wi­nął z pa­pier­ka i ugryzł. Pa­pie­rek odło­żył, znie­sma­czo­ny wi­do­kiem, na kupkę śmie­ci na trze­cim krze­seł­ku. Rusek od­pa­lił pa­pie­ro­sa.

– Teraz cze­ka­my na cie­bie.

– A. A po co? – Pro­bosz­czał udał, że nie ro­zu­mie. Od po­cząt­ku roz­mo­wy nie wy­cho­dzi­ło mu to naj­le­piej.

– A co to? Zwąt­pie­nie? U osoby du­chow­nej? – Rusek spoj­rzał mu w oczy. Na chwi­lę uśmiech zsu­nął mu się niżej, na jeden z wielu pod­bród­ków, po­zo­sta­wia­jąc na twa­rzy wyraz nie­za­do­wo­le­nia. Ta maska była na­praw­dę strasz­na.

– Nie dam ci ni­ko­go – po­wie­dział spo­koj­nie Pro­bosz­czał. – A to z tej pro­stej przy­czy­ny, że ak­tu­al­nie nie mam.

– Ty! – Rusek po­gro­ził mu pal­cem. – Ty się teraz nie wy­mi­guj. I nie wci­skaj mi kitu. Do­brze wiem, że stad­ko masz ogrom­ne.

– Ale jest nie­ty­kal­ne – wycedził Pro­bosz­czał.

Rusek roz­parł się wy­god­niej w krze­seł­ku, spla­ta­jąc ręce na po­kaź­nym brzu­szy­sku.

– Wy­tłu­macz – wy­char­czał.

Pro­bosz­czał mla­snął, się­gnął po bu­tel­kę i tym razem on na­peł­nił kie­lisz­ki.

– Mam mnó­stwo owie­czek, wszyst­ko po­ni­żej ósme­go roku życia. Do­brze wiesz, że po­wy­żej tego wieku wszyst­ko dawno ro­ze­szło się… – Ro­zej­rzał się i uśmiech­nął pół­gęb­kiem. – Po ro­dzi­nach za­stęp­czych.

– Nie mu­sisz krę­cić. Nawet, bym po­wie­dział, od­ra­dza się to lu­dziom two­jej po­zy­cji i, na­zwij­my to: fachu. Co by to było, gdyby wśród ludzi ro­ze­szło się, że ich pa­sterz naj­droż­szy ma­ta­czy? A to, przy­po­mi­nam, naj­mniej­sze, co można ci za­rzu­cić. Ale tutaj nie masz się co lękać, mów otwar­cie. Choć­byś się ze­srał, nikt nie usły­szy. Sam wi­dzisz, co się dzi­siaj dzie­je. Całą arenę wrzask roz­no­si.

– No wła­śnie i o to mia­łem pytać. Jakaś oka­zja?

– A, na­go­ni­li nieco no­we­go mięsa. Po­patrz sam.

Pro­bosz­czał po­pa­trzył. Na are­nie tłu­ma­czo­no wła­śnie za­sa­dy po­je­dyn­ku dwóm za­wod­ni­kom. Są­dząc po obi­tej twa­rzy jed­ne­go z nich, nie była to jego pierw­sza walka tego wie­czo­ru.

– Punk­ta­cja tur­nie­jo­wa? – mruk­nął Pro­bosz­czał, nie uda­jąc za­in­te­re­so­wa­nia. – Wy­glą­da na to, że ten misio udrę­czo­ny do­brze sobie po­ra­dził w pierw­szym star­ciu.

– W pierw­szych dwóch. Jedna ze świe­ży­nek, jeśli uwie­rzysz. Dziw­ny chłop. Całe plecy po­kry­wa­ją mu szra­my po biczu. Umiem to roz­po­znać. To też su­ge­ru­je, że po­wi­nie­neś go znać. Sa­mo­oka­le­cze­nia, te spra­wy. Nie leżał krzy­żem u cie­bie?

– Nie po­zna­ję.

Pa­trzy­li przez chwi­lę na ru­chli­we­go agre­so­ra, ob­ska­ku­ją­ce­go więk­sze­go od sie­bie, zwa­li­ste­go mę­czen­ni­ka.

– Młod­szych, wra­ca­jąc do te­ma­tu, nie mogę ci dać – po­wie­dział Pro­bosz­czał. – Do ośmiu lat dzie­cia­ki z okna życia Straż Miej­ska może przyjść i kon­tro­lo­wać. I robią to. Wszyst­ko musi być udo­ku­men­to­wa­ne.

– Ja się do tej pory dzi­wię, że wszyst­ko zgła­sza­cie. Kamer nikt nie prze­glą­da – po­wie­dział Rusek. – Ile masz rocz­nie kon­tro­li? Ale tak szcze­rze? Za­ło­żę się, że żad­nej.

Pro­bosz­czał nalał wódki. Wy­pi­li.

– Nie dam ci ni­ko­go, bo to in­we­sty­cja. Kar­mi­my, my­je­my, kształ­ci­my, ubie­ra­my, a potem od­bie­ra­my za to na­leż­ność. Tylko tyle, ile wło­ży­li­śmy.

– No ład­nie. – Rusek prych­nął. – Na­praw­dę pró­bu­jesz mi teraz wmó­wić, że dzia­łasz dla ich dobra? Mnie, czy sie­bie prze­ko­nu­jesz? Zresz­tą wiem, ile się płaci za or­ga­ny, wiem ile kosz­tu­je wą­tro­ba, ile nerki. Nie wma­wiaj mi świą­to­bli­wej bez­in­te­re­sow­no­ści.

– Nawet ka­płan musi jeść i pić – po­wie­dział Pro­bosz­czał, spo­glą­da­jąc na na­peł­nia­ne przez Ruska kie­lisz­ki. – To przy­naj­mniej jest re­al­ny biz­nes. A ty co chcesz mi za­ofe­ro­wać? Jakiś czar­no­ryn­ko­wy eks­pe­ry­ment, który albo się uda, albo i nie.

– Nie taka była umowa – mruk­nął Rusek.

Wy­pi­li. Pro­bosz­czał stuk­nął kie­lisz­kiem o blat i wzru­szył ra­mio­na­mi. Nie sko­men­to­wał. Rusek chuch­nął.

– No dobra, a dziew­czyn­ki?

– Co dziew­czyn­ki? Ten towar się jesz­cze szyb­ciej roz­cho­dzi.

Rusek za­śmiał się.

– Wie­rzę. Ale prze­cież wła­śnie dla­te­go trzy­masz je dłu­żej. Wi­dzia­łem nawet szes­nast­ki, osiem­nast­ki.

– Dziew­czyn­ki – mruk­nął Pro­bosz­czał, ob­ra­ca­jąc w pal­cach puste szkło. – A ile ich chcesz?

– Nie wiem. Zo­ba­czy­my. Ze czte­ry na po­czą­tek.

– Czte­ry – po­wtó­rzył Pro­bosz­czał jak echo. – A na co one się zda­dzą? Wezmą w łeb, ledwo na arenę wejdą. To kie­dyś przy­cią­ga­ło ludzi, ale teraz? Tutaj? Nikt nie za­pła­ci za baby wy­szar­pu­ją­ce sobie włosy z głowy. A facet na babę? Lu­dzie będą chcie­li zwro­tu pie­nię­dzy, jak im za­śmier­dzi ustaw­ką, a jak ko­bie­ta pad­nie na dechy po kilku se­kun­dach… Na jedno wy­cho­dzi.

Rusek wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Niech bę­dzie moja stra­ta, takie życie. Zresz­tą, o to niech cię głowa nie boli, to już mój pro­blem co i jak sprze­dam. A po­myśl sobie! Jeśli te na­dru­ki dadzą radę i chu­dziut­ka dzie­wusz­ka po­wa­li ta­kie­go hi­po­po­ta­ma jak ten tam na dole… Staw­ki sto do jed­ne­go! Ba! Ty­siąc!

Pro­bosz­cza­ło­wi oczy za­bły­sły chci­wo­ścią, ale tylko na chwi­lę. Na are­nie po­tęż­ne ciało dotąd nie­obi­te­go wo­jow­ni­ka zwa­li­ło się z ło­sko­tem. Pro­bosz­czał zmru­żył wzrok.

– Chyba, że jego byś chciał?

– Tego skocz­ka? Znam go, to Rumy. Nie da się na­mó­wić.

– Nie, tego co leży. O, po­patrz, już wsta­je.

– Cie­nias. Po ryju do­stał od Ru­mie­go. Ale widać, lubi to. Skąd go znasz?

– Z ko­ścio­ła. Za­gu­bio­na du­szycz­ka. Bez ro­dzi­ny, bez zna­jo­mych. Tak, to chyba on. Myśli, że nikt nie wie, że on co wie­czór pije w ba­rach, potem się chłosz­cze.

– Mó­wi­łeś, że go nie znasz. – Rusek wydął wargi. – Nie wiem, czy mi po­trzeb­ny ktoś taki.

Pro­bosz­czał za­prze­stał w końcu za­ba­wy z pu­stym kie­lisz­kiem. Na­peł­nił.

– Weź­miesz go na próbę. Jak się za­bieg uda, do­sta­niesz wię­cej. Co ty na to? De­cy­duj.

Wy­pi­li.

 

***

 

Ma­szy­na prze­sta­ła pra­co­wać. Ro­bo­tycz­ne ramię od­su­nę­ło się na bok w po­zy­cję ocze­ki­wa­nia. Iry­tu­ją­co war­czą­ce serwo w końcu za­mil­kło. Hie­ro­nim sły­szał już tylko brzę­cze­nie świe­tlów­ki na wy­koń­cze­niu i wła­sny, cięż­ki od­dech.

– I jak się pan czuje? – spy­tał ta­tu­aży­sta-ope­ra­tor, wy­cie­ra­jąc urę­ka­wicz­nio­ne dło­nie w fi­ze­li­no­wy far­tu­szek. Gdy mówił, z pa­pie­ro­sa, któ­re­go trzy­mał w ustach, po­piół spadł na kafle pod­ło­go­we.

– Zwy­czaj­nie – mruk­nął Hie­ro­nim. Usiadł i spoj­rzał na swoją dłoń. Cie­niut­kie, jasnobor­do­we linie po­kry­wa­ją­ce jego ciało jak druga war­stwa żył. Przy­po­mi­na­ły nieco ścież­ki na płyt­ce sty­ko­wej. Były le­d­wie wi­docz­ne i swę­dzia­ły. – To się jakby cią­gnie pod skórą.

– Na po­cząt­ku może pan od­czu­wać mały dys­kom­fort. Naj­waż­niej­sze, że nie bo­la­ło – po­wie­dział He­in­rich. Dło­nią w rę­ka­wicz­ce wy­cią­gnął peta z ust i wrzu­cił do wy­peł­nio­nej wodą szklan­ki. Stała tam za­miast po­piel­nicz­ki, spra­wia­jąc po­zo­ry czy­sto­ści.

Hie­ro­nim usiadł, od­kle­ja­jąc się od za­krwa­wio­nej i prze­po­co­nej wy­ściół­ki stołu.

– Nie po­wie­dzia­łem, że nie bo­la­ło – stwier­dził.

– Na­praw­dę? To dla­cze­go pan nie mówi? – zdzi­wił się He­in­rich.

Hie­ro­nim wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Czy mam się teraz po­ło­żyć na brzu­chu?

– Po­pro­szę – po­wie­dział He­in­rich.

A potem szczę­ka mu opa­dła. Wi­dział wielu ludzi i my­ślał, że zna każdy typ, ale teraz pojął, w jakim był błę­dzie.

– O kurwa…

Plecy jego pa­cjen­ta po­kry­wa­ła cała siat­ka blizn. Naj­śwież­sze, po­spiesz­nie kle­jo­ne pian­ką, zdą­ży­ły ro­zejść się, gdy leżał. Ocie­ka­ły krwią i oso­czem. He­in­ri­cha widok ten zmro­ził, zmu­sił do od­wró­ce­nia wzro­ku. Dla za­ma­sko­wa­nia zmie­sza­nia pod­szedł do kom­pu­te­ra.

– Coś nie tak? – spy­tał Hie­ro­nim.

– Wie pan, bli­zny mogą za­kłó­cić dru­ko­wa­nie pod­skór­ne… Nie wiem.

– To pan wie, czy nie za bar­dzo?

– Niby naj­pierw pana ska­nu­je au­to­mat, no ale prze­cież nie ja to pro­gra­mo­wa­łem. Umiem tę ma­szy­nę tylko ob­słu­gi­wać.

– To uda się, czy nie? – burknął Hie­ro­nim. Nie tyle zde­ner­wo­wa­ny, ile po­iry­to­wa­ny zbęd­ną ga­da­ni­ną. Nie lubił nie­po­trzeb­ne­go ma­cha­nia ozo­rem.

– Wie pan, że to w za­sa­dzie pio­nier­ska tech­no­lo­gia i w pew­nym sen­sie eks­pe­ry­ment? Nie do końca wia­do­mo, ja­kich efek­tów może się pan spo­dzie­wać.

– Wiem o tym. Ksiądz mi mówił. Ale po­pro­sił, żebym się zgo­dził.

– Na­praw­dę przy­szedł pan tutaj, bo ksiądz pana pro­sił?

– A co w tym złego? – spy­tał Hie­ro­nim. Głos miał cał­ko­wi­cie wy­pra­ny z emo­cji, jakby cały za­bieg nie do­ty­czył jego osoby. – To dobry czło­wiek.

 

***

 

Nad ob­raz­kiem dzie­cię­cia, nad ob­raz­kiem by­łe­go męża, nad szkol­nym tableau – ni­g­dzie nad ni­czym nie za­pła­kał nikt, al­bo­wiem świat cały w dupie głę­bo­kiej miał Hie­ro­ni­ma. Czego ten był świa­dom. Za to roz­sz­cze­ka­ły się dwa psy, kun­dle wy­le­nia­łe, w walce o te­ry­to­rial­ne ozna­cza­nie opony po­rzu­co­ne­go wraku cię­ża­rów­ki.

 

***

 

Hie­ro­nim cze­kał na swą kolej. Miał wziąć udział w przed­ostat­niej walce. Po nim biły się młode gwiaz­dy. Bar­dzo młode, bar­dzo agre­syw­ne, bar­dzo za­ja­dłe. W ostat­nim cza­sie po­ja­wi­ło się sporo mło­do­cia­nych za­wod­ni­ków, każdy ni­czym wy­cią­gnię­ty za rogi dia­beł z pie­kła. To już nie lu­dzie. Hie­ro­nim wi­dział w swoim życiu wiele zwie­rząt, w ludz­kiej skó­rze, ale to? Te dzie­ci, te szczy­le były tak za­ja­dłe i tak nie­wia­ry­god­ne sil­nie jak na swoje małe ciał­ka, że sę­dzio­wie mieli pro­blem, aby ich uspo­ko­ić nawet w czterech. Same byki, w ochra­nia­czach, ka­mi­zel­kach i ka­skach. A i tak cza­sa­mi wy­cho­dzi­li po­ła­ma­ni. Cał­ko­wi­te za­tra­ce­nie w wy­ko­na­niu tych pod­lot­ków i smarkaczy nie było rze­czą miłą oku. Ale try­bu­ny wy­peł­nia­ły błysz­czą­ce używ­ka­mi głod­ne oczy, pod­nie­co­ne wi­do­kiem, za który pła­ci­ło się spore kwoty.

Wi­dział ta­tu­aże po­dob­ne swoim na tych ma­łych gla­dia­to­rach, ale on sam nigdy aż tak się nie za­tra­cał. Po­dob­no naj­za­cie­klej­si, na któ­rych w trak­cie walki ta­tu­aż ciem­niał do ko­lo­ru bu­ra­ków, wy­trzy­my­wa­li tylko kilka starć. Po każ­dej walce chu­dli i mar­nie­li, aż w końcu pa­da­li z wy­cień­cze­nia.

Hie­ro­nim nie miał żad­nych ob­ja­wów osła­bie­nia czy de­ge­ne­ra­cji or­ga­ni­zmu, ale i w trak­cie walk wzory na jego ciele nie ciem­nia­ły aż tak bar­dzo.

Naj­gor­sze, że za­czął tra­cić na are­nie świa­do­mość. Dla pew­no­ści po­sta­no­wił nie pić i udało mu się przy­naj­mniej ogra­ni­czyć spo­ży­cie, a to już coś. Luki w pa­mię­ci miał jed­nak ogrom­ne. I nie było szan­sy się do­wie­dzieć, co wtedy robił. Bu­dził się tylko obo­la­ły, a ta­tu­aż bladł jesz­cze.

W tym miej­scu nie było kamer, nikt nic nie na­gry­wał, wszyst­ko było ekra­no­wa­ne. Żad­nej elek­tro­ni­ki. Tylko to, co już mu wsz­cze­pi­li. Z po­cząt­ku było mu wszyst­ko jedno, ale w końcu po­czuł cie­ka­wość. Chciał się do­wie­dzieć, co z nim zro­bio­no, ale nikt nie miał ocho­ty z nim roz­ma­wiać. Nie na ten temat.

W końcu po­ja­wił się po­mysł. Hie­ro­nim po­dej­rze­wał, co się z nim dzie­je, ale chciał mieć pew­ność.

Naj­bar­dziej oczy­wi­stą i zna­jo­mą twa­rzą był Pro­bosz­czał. To w końcu ksiądz za­pro­wa­dził go do ta­tu­aży­sty, kilka mie­się­cy wcze­śniej. Hie­ro­nim wi­dy­wał go na try­bu­nach areny. Ob­ser­wo­wał obo­jęt­nie całe zbie­go­wi­sko, nie war­cząc, nie rzu­ca­jąc śmie­cia­mi, nie klnąc i nie roz­le­wa­jąc al­ko­ho­lu po są­sia­dach. On tam sie­dział i roz­ma­wiał z róż­ny­mi ludź­mi, któ­rych Hie­ro­nim nie zdał i znać nie chciał.

Ksiądz Pro­bosz­czał mu powie, Hie­ro­nim wie­dział o tym. Ksiądz był do­brym czło­wie­kiem, ale i tak trze­ba było się do roz­mo­wy przy­go­to­wać. Cza­sa­mi nawet do­brzy lu­dzie w trak­cie roz­mo­wy muszą cier­pieć.

To były bar­dzo cie­ka­we plany. Po­ja­wił się ktoś, kogo Hie­ro­nim na­praw­dę chciał za­gad­nąć. Nawet nie tylko wy­słu­chać, tak jak na ka­za­niach, ale po­roz­ma­wiać. Bar­dzo oso­bli­wa sy­tu­acja. Oczy­wi­ście dla pew­no­ści, Hie­ro­nim przy­go­to­wał się do tej dys­pu­ty. Przy­go­to­wa­nia trwa­ły pół roku. Zakup dział­ki, wy­ko­pa­nie od­po­wied­niej piw­nicz­ki, co było prze­cież nie­le­gal­ne. Naj­wię­cej pro­ble­mów było z wy­wie­zie­niem nie­po­trzeb­nej ziemi. Ale piw­nicz­ka po­wsta­ła, zie­mian­ka wzmoc­nio­na kra­dzio­ny­mi z kolei szy­na­mi. Wy­glą­da­ła nieco jak loch, ale co z tego, jak wy­glą­da­ła? W rogu, do po­spa­wa­nej z kra­dzio­nych pro­fi­li ko­le­jo­wych kon­struk­cji stało sie­dzi­sko, bez opar­cia, ale z po­rę­cza­mi wy­po­sa­żo­ny­mi w pasy do krę­po­wa­nia koń­czyn.

Sporo pracy. Hie­ro­nim uśmiech­nął się sam do sie­bie i omal nie się­gnął po te­le­fon, aby jesz­cze raz spoj­rzeć na zdję­cie, które sobie zro­bił na pa­miąt­kę.

Trzy lata obi­ja­nia gęb. To były bar­dzo dobre trzy lata. Ale nie po­do­ba­ło mu się przy­wa­le­nie dzie­cia­ko­wi. Wtedy zro­zu­miał, że lubił bić, lub być bitym przez więk­szych. Ale na tym dzie­cia­ku, to był wyrok. A tłukł go i tłukł, bo smar­kacz nie chciał po pro­stu ze­mdleć. Nawet, kiedy czasz­kę miał już znie­kształ­co­ną ra­za­mi, a usza­mi i nosem cie­kła z niego po­so­ka.

Wtedy to za­czął pytać.

– Pa­mię­taj, tu nie wolno fil­mo­wać, to po­miesz­cze­nie jest ekra­no­wa­ne – mó­wi­li.

– Mamy na cie­bie cały ma­te­riał. Nie wy­wi­niesz się, mu­sisz dzia­łać z nami – stra­szy­li.

Jak by było do kogo mówić i czym stra­szyć.

Ale kwe­stia za­ni­ków pa­mię­ci… W za­sa­dzie nie mógł być pe­wien, kogo i jak obił, bo nie pa­mię­tał. Z nie­wia­do­mych przy­czyn pa­mię­tał tylko tego dzie­cia­ka.

 

***

 

Hie­ro­nim nie wy­szedł na arenę. Nie zdą­żył. Zanim nad­szedł ten czas, zwykł drze­mać, a piwna ślina bą­bel­ko­wa­ła mu z ką­ci­ka ust w rytm od­de­chów. Tym razem obu­dzi­ła go seria gło­śnych wy­bu­chów. Huk za hu­kiem, potem krzyk za krzy­kiem. Gło­śne roz­ka­zy, pa­nicz­ne wrza­ski. Jakby wszy­scy na wi­dow­ni za­czę­li drzeć się trzy razy gło­śniej niż zwy­kle, a wrza­ski te zlały się w jeden, nie­przy­jem­ny ja­zgot.

Że­la­zne za­wia­sy od­pa­dły jeden po dru­gim, tra­fio­ne spe­cjal­ne­go prze­zna­cze­nia śru­tem. Męż­czyź­ni uka­za­li się w świe­tle wpa­da­ją­cym do po­miesz­cze­nia, jak anio­ły, jak przy­by­wa­ją­ce ze świa­tło­ści stwo­rze­nia. A potem Hie­ro­nim obe­rwał ła­dun­kiem elek­trycz­nym z ta­se­ra, ze­sztyw­niał, za­te­le­pa­ło nim. Zła­pał ręką za prze­wód.

– Nie dzia­ła, wal jesz­cze raz!

Hie­ro­nim wy­szarp­nął z sie­bie parę kabli, potem drugą i trze­cią.

Wściekł się. Ciało po­kry­ły bru­nat­ne wzory pod­skór­ne­go ta­tu­ażu.

Jed­ne­mu stwo­ro­wi wbił hełm w czasz­kę, dru­gie­mu zęby w kręgi szyj­ne. Trze­ci od­wra­cał się do uciecz­ki, padł z po­ła­ma­ną po­ty­li­cą. Tam oka­za­ło się, że nie­chcia­nych stwo­rów jest całe mro­wie. Hie­ro­nim zo­stał za­ata­ko­wa­ny przez de­mo­ny, które przej­rza­ły jego plan. Zo­stał zdra­dzo­ny! Wszy­scy chcie­li Hie­ro­ni­ma, a on był prze­ra­żo­ny. Sam jeden, oto­czo­ny, osa­czo­ny, zdez­o­rien­to­wa­ny. Znów ucie­kał przed wil­ka­mi, które ką­sa­ły go bo­le­śnie.

Koniec

Komentarze

Witaj. :)

 

Sugestie i wątpliwości co do spraw językowych (zawsze – tylko do przemyślenia):

 

Już na wstępie mam dylemat, bo – skoro mówi to ksiądz, w dodatku – do wiernych, chyba wszędzie „Bóg” powinno być wielką literą, a zaimki, odnoszące się do Boga, także?:

– Dusza! Albowiem jesteśmy duszą, nie ciałem. Ciało swoje ma potrzeby: głód, pragnienie, ego. Tak, ego jest potrzebą ciała, ciała, którego używamy! Ciała, które jest narzędziem. Dusza przywdziewa ciało niczym płaszcz, w celu nie innym, jak nauka. Jak zbieranie doświadczeń. Duszami jesteśmy połączeni, bo dusze nasze częścią boga są. I uczymy się dzięki życiu, poprzez doświadczenia tu, na ziemi. Dlatego właśnie, powiadam wam, dlatego nic, co nam się przytrafia, nie jest złe. Wszystko jest tylko dobre i może być tylko dobre. Czyż nie Bóg stworzył ten świat? Czyż nie jest on źródłem dobra jedynie?

Ksiądz westchnął i dla odmiany odwrócił wzrok od wiernych, przetarł nakrycie ołtarza dłonią, przez chwile szukał inspiracji w pokrywających je haftach. – tu jest dodatkowo literówka?

 

I dalej tak samo (poniżej w tekście jest jeszcze wielokrotnie wspomniany „pan” oraz „stwórca”)?:

– Plany boskie są dla nas nieprzeniknione – wznowił nieco ciszej, jakby w zamyśleniu, wpatrując się w serwetę. (…) Ktoś taki próbuje zrównać się ze stwórcą, porównuje do niego, a wiemy przecież, że o równości tutaj nie może być mowy.

Nie było tylko pewności (przecinek?) czy odbicie nie było aby odwrócone, czy może to słowa, które usłyszał, były wypaczone? – powtórzenia?

Z resztą nie było zbytnio na czym. – ort.?

Czyż nie musi się każdy z nas oparzyć, by wiedzieć (przecinek?) czym jest ogień?

Lenistwo jest marnotrawstwem daru, który nam dał. – styl/powtórzenie?

Ręka misia, kółko zabawkowego autka, zużyta prezerwatywa, fragment telewizora, czy innego sprzętu, odchody i upaprane nim gacie. – literówka?

Krew, życiodajny płyn powinien być otoczony czcią. Hieronim nie powinien zmarnować żadnej kropli. – powtórzenie?

Poprzez modlitwę i wiarę poznajemy wolę stworzyciela, poprzez próby, którym nas poddaje (przecinek?) poznajemy samych siebie.

Po śmierci dopiero, gdy złączymy nasze dusze w jedną, boska, dojrzeć możemy sens i powody prawdziwe życia. – literówka?

To oczywiste, że w świecie wolności słowa, gestów czy ubioru, trzeba liczyć się z tym, że ktoś poczuje się urażony. Ważnym jest, aby nie urażać ludzi niepotrzebnie czy celowo, chociaż to już tylko kwestia dobrego obyczaju. – powtórzenia?

Krzesło (przecinek?) na którym wcześniej siedział, walnęło o podłogę.

Tyle czasu Hieronim potrzebował przy przeanalizować sytuację. – czy tu nie miał być przecinek, a potem: „by”?

Z radością przyjął to, rzucone przez stwórcę wyzwanie. Dostrzegł w tym planie wyciągniętą od Boga dłoń. Prawie słyszał jego głos, nakazujący mu odrzucić strach, przyjąć doświadczenie. – tu znowu – czasem piszesz o Bogu wielką literą, a czasem małą (?) – trzeba to ujednolicić

– Co się tak ciulu gapisz? – przecinki przy Wołaczu?

Zaraz ci przywalę zasrańcu. – i tu?

Wystarczyło nic nie robić. Lepiej nawet zrobić przestraszoną minę, ale Hieronim nie bardzo lubił się krzywić. – powtórzenie?

Zawsze we dwóch, trzech. Czasem czterech. – logiczny – jedno zdanie zaprzecza drugiemu?

W zaułku ktoś zgubił podobno kilka zębów. Potem podobny cyrk odwaliłeś z jakimiś młokosami w… nie pamiętam nazwy tej speluny. – powtórzenie?

Tutaj też masz zamiar czekać, aż ktoś zareaguje na twoje natarczywe spojrzenia? Spojrzenie Hieronima wróciło do świata rzeczywistego. – i tu?

 

 

Dialogi wymagają starannej poprawy, przykłady:

– Nie możesz. Tamto – Hieronim wskazał palcem butelkę.

– No, jestem – zwalisty mężczyzna o szerokich barach i ogromnym brzuszysku położył na stole litr aromatyzowanej wódki, ręką odsunął karton królewskiej mieszanki czekoladek i batoników (przecinek?) by zmieścić dwa kieliszki, po czym sapnął umęczony.

 

 

– Automat jest gotowy – mówił w trakcie rozglądania się, i wcierania brudu w dżinsowe spodnie. – zbędny przecinek?

Z resztą wiem (przecinek?) ile się płaci za organy, wiem ile kosztuje wątroba, ile nerki. – ortograf powtórzony?

Z resztą, o to niech cię głowa nie boli, to już mój problem (przecinek?) co i jak sprzedam. – i tu?

Wezmą w łeb (przecinek?) ledwo na arenę wejdą.

Ludzie będą chcieli zwrotu pieniędzy (przecinek?) jak im zaśmierdzi ustawką, a jak kobieta padnie na dechy po kilku sekundach… – powtórzenie?

 

Tego zdania nie rozumiem:

Przypominały nieco ścieżki na płytce stykowej. Były ledwie widoczne i swędziały. Wyciekająca z niego krew zebrała się na łokciu i kabała z niego. – To się jakby ciągnie pod skórą. – czego/kogo dotyczy słowo: „niego” i czy tam miało być: „kapała”? – jest tu znowu ortograf (kabała)i powtórzenie (niego?)?

 

Najświeższe, pospiesznie klejone pianką (przecinek?) zdążyły rozejść się, gdy leżał.

 

W tej części masz często wyraz:„spytał”, który warto zastąpić czasem innym:

– Coś nie tak? – spytał Hieronim.

– To pan wie, czy nie za bardzo? – spytał Hieronim beznamiętnym tonem.

– A co w tym złego? – spytał Hieronim.

 

Całkowite zatracenie w wykonaniu tych podlotków i podlotek nie było rzeczą miłą oku. Ale trybuny pełne były błyszczących używkami oczu, podnieconych widokiem, za który płacili spore kwoty. – powtórzenia?

Hieronim nie miał żadnych objawów osłabienia czy degeneracji organizmy, ale i w trakcie walk wzory na jego ciele nie ciemniały aż tak bardzo. – literówka?

Hieronim podejrzewał (przecinek?) co się z nim dzieje, ale chciał mieć pewność.

Najbardziej oczywistą i znajomą twarzą, był Proboszczał. – zbędny przecinek?

On tam siedział i rozmawiał z różnymi ludźmi, których Hieronim nie zdał, i znać nie chciał. – i ten ostatni?

To było bardzo dobre trzy lata. – literówka?

 

 

Wstrząsający obraz przerażającego świata. Zakończenie mocno dołujące, ale – jakby przerwane, niedokończone, pozostawiające czytelnika z mnóstwem pytań i myśli… Jak rozumiem, zakupiona działka i przygotowana tam piwniczka nie zostały wykorzystane…

Klik za fantastykę i wizerunek straszliwego świata.

Pozdrawiam serdecznie. :)

Pecunia non olet

Ciężkie ;)

Ja się nie znam wiec moje uwagi to tylko moje uwagi i nic ponadto. 

Oczywiście. Mogę spytać, w czym konkretnie pan gustuje? Może gęsty, lokalny lager? A może import z Latarni? Pełna egzotyka z południa, a nawet wschodu!

Hieronim wszedł w połowie wywodu.

– Nie możesz spytać – rzucił na odchodnym.

 

Ja bym chciał usłyszeć: Nie możesz.

 

2. Kolejny dzień. Dzień za dniem, jak sztachety w płocie – każda inna, wszystkie takie same. – super, fajne, ładne.

Na a końcówkę z tym taserem to bym zmienił. Jak dostaniesz taserem to nie dasz rady nic złapć. Wierz mi.

Gdybym był Kmicicem, też bym spalił Wołmontowicze

Bruce – witam :-)

Nie wierzę! Tyle razy czytałem, a tam dalej bubli w opór… Zaraz ruszam z poprawkami.

Wstrząsający obraz przerażającego świata.

Świat wydaje mi się normalny, tylko ludzie paskudni :-) W ramach ciekawostki: To opowiadanko powstało z dekadę temu, i stało się fabularnym zalążkiem około czterech milionów zzs-ów ;/

Jak rozumiem, zakupiona działka i przygotowana tam piwniczka nie zostały wykorzystane…

Tak. Nie zdążył.

 

Dalekopatrzacy

Z taserem masz oczywiście rację. Jeden strzał i odcinka, chociaż bywa, że na kilka tylko sekund. Poszedłem nieco nad wyrost z uwagi na turbo, jakie mu ten podskórny tatuaż dawał ;-P Ale więcej niż dwie sztuki to i tak przeginka…

Cholera, nie lubię, żeby mi się realizm zbytnio wymykał…!

Where there's a whip, there's a way.

No pewnie!

 

Dziękuję ślicznie za lekturę tego przydługiego tekstu i jak zwykle wdzięcznym za uwagi, drodzy czułoocy towarzysze! :D

Zawsze to powtarzam: błędów nie popełnia tylko ten, kto nic nie robi. :)

I ja dziękuję, pozdrawiam, powodzenia. :) 

Pecunia non olet

Osobliwe. Osobliwe do tego stopnia, Kurojatko, że nie mogę powiedzieć, że wiem co przeczytałam.

 

Hie­ro­nim ubrał rę­ka­wicz­ki… → W co i dlaczego Hieronim ubrał rękawiczki??? Rękawiczki, jak każdy element odzieży można włożyć, założyć, przywdziać, odziać się w nie, ubrać się w nie, ale nie można ich ubrać!!! Winno być: Hie­ro­nim włożył rę­ka­wicz­ki

 

Prze­stra­szył się ro­sną­cej krwa­wej szra­my. → Prze­stra­szył się ro­sną­cej krwa­wej rany.

szrama to ślad po zagojeniu się rany.

 

Le­piej by­ło­by mar­no­wać żad­nej kro­pli. → Pewnie miało być: Le­piej by­ło­by nie mar­no­wać żad­nej kro­pli.

 

No i szra­my trze­ba bę­dzie skle­ić. → No i rany trze­ba bę­dzie skle­ić.

 

i modły ku stwór­cy kie­ro­wać. → …i modły ku Stwór­cy kie­ro­wać.

 

Hie­ro­nim za­klął do sie­bie. → Na czym polega klęcie do siebie? Obawiam się, że tak jak nie można kląć do kogoś, tak nie można kląć do siebie.

 

z jego wiarą i z praw­dzi­wym stwór­cą. → …z jego wiarą i z praw­dzi­wym Stwór­cą.

 

Oczy­wi­stym jest, że w świe­cie wol­no­ści słowa… → Oczy­wi­ste jest, że w świe­cie wol­no­ści słowa

 

Waż­nym jest, aby nie ura­żać ludzi… → Waż­ne jest, aby nie ura­żać ludzi

 

Ręce trzy­mał na la­dzie, pod­pie­ra­jąc się na łok­ciach. → Ręce trzy­mał na la­dzie, ­opierając się na łok­ciach.

Podpieramy się czymś, nie na czymś.

 

ktoś wpadł na niego, prze­su­wa­jąc go razem z zy­dlem. Hie­ro­nim pra­wie roz­lał piwo. Sap­nął, po­pra­wił się, lecz w tym mo­men­cie znów zo­stał po­pchnię­ty. Ktoś całą masą wpadł na niego… → Nie brzmi to najlepiej.

 

Ale to byłby dobry mo­ment, żeby to zmie­nić. Wie­dział, jak to robić, za młodu tre­no­wał. Cho­ciaż za­wsze prze­gry­wał. To jego za­wsze bito. Z ra­do­ścią przy­jął to, rzu­co­ne… → Czy to celowe powtórzenia?

 

Pa­trzył bez­na­mięt­nie w swe po­zba­wio­ne wy­ra­zu, opa­da­ją­ce oczy.

W oczach wciąż… → Mogą opadać powieki, ale jak opadają oczy? Powtórzenie.

 

Skóra ustą­pi­ła, czer­wo­na szra­ma rosła… → Skóra ustą­pi­ła, czer­wo­na rana rosła

 

czło­wie­czek w nie­bie­skich, po­sta­wio­nych w wy­so­kie­go jeża wło­sach… → …czło­wie­czek z nie­bie­skimi, po­sta­wio­nymi z wy­so­kie­go jeża włosami… Lub: …czło­wie­czek o nie­bie­skich, po­sta­wio­nych w wy­so­kie­go jeża wło­sach

 

po­ło­żył na stole litr aro­ma­ty­zo­wa­nej wódki… → …postawił na stole litr aro­ma­ty­zo­wa­nej wódki

Położona na stole butelka może się stoczyć i potłuc.

 

Odło­żył bu­tel­kę i za­czął się roz­glą­dać. → Odstawił bu­tel­kę i za­czął się roz­glą­dać.

 

Zła­pał za ba­to­nik, od­wi­nął z pa­pier­ka… → Zła­pał ba­to­nik, od­wi­nął z pa­pier­ka

 

– Ale jest nie­ty­kal­ne. – Pro­bosz­czał wy­ce­dził. -> – Ale jest nie­ty­kal­ne – wycedził Pro­bosz­czał.

 

Cie­niut­kie, jasno bor­do­we linie… → Cie­niut­kie, jasnobor­do­we linie

 

Hie­ro­nium wzru­szył ra­mio­na­mi. → Literówka.

 

– To uda się, czy nie? – Hie­ro­nim burk­nął. → – To uda się, czy nie? – burknął Hie­ro­nim.

 

nad szkol­nym tablo… → …nad szkol­nym tableau

 

sę­dzio­wie mieli pro­blem ich uspo­ko­ić nawet we czwo­ro. → …sę­dzio­wie mieli pro­blem, aby ich uspo­ko­ić nawet we czterech.

Mieliby problem we czworo, gdyby sędziowali mężczyźni i kobiety.

 

Cał­ko­wi­te za­tra­ce­nie w wy­ko­na­niu tych pod­lot­ków i pod­lo­tek… → Cał­ko­wi­te za­tra­ce­nie w wy­ko­na­niu tych pod­lot­ków i młodziaków/ smarkaczy…  

Określenie podlotek dotyczy dziewcząt, nie chłopców. Tu znajdziesz odmianę słowa podlotek.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzień dobry! 

Dzięki wielkie za wnikliwe oko, poprawki wprowadzam czym prędzej. 

 

Osobliwe do tego stopnia, Kurojatko, że nie mogę powiedzieć, że wiem co przeczytałam.

Nie wiem jak się do tego odnieść, więc chyba: dziękuję ;-p

Chory mózg zmęczonego człowieka popadającego w obłęd. Przy okazji mała afera związana z testami na niechcianych dziatkach z okna życia. Wstęp do zupełnie innej historii. Staroć z zakurzonej szuflady. Dystopijna samotność. A przynajmniej w założeniu… Może jeszcze coś innego, a może wcale nie.

 

Mam nadzieję, że nie tak osobliwe, że męczące. Jakoś chyba poszło…

Pozdrawiam!

Męczące nie było, Kurojatko, bo kiedy czytam tekst nie do końca dla mnie zrozumiały, pozostaje jeszcze ciekawość – a nuż przed ostatnią kropką sprawa wyjaśni się na tyle, że pojmę co czytałam. Tym razem, niestety, zrozumienie nie chciało się włączyć, więc jestem wdzięczna za wyjaśnienia. 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Takie przegadane, przefilozofowane, bez fabuły, albo z falującą fabułą, która zmienia się i przeistacza. 

Jakoś mnie nie porwało. 

delulu managment

regulatorzy – w takim razie proszę :-)

 

Ambush – no trudno :-) Fabułą w tym przypadku miał być sam rozbity umysł Hieronima. A ciekawostką, że nawet on niektórych rzeczy nie akceptuje.

 

To mój jednorazowy skok w taką stronę. Obiecuję więcej tym nie męczyć :-D

Męcz, męcz bo to było dość ciekawe ale i trochę ciężkie w odbiorze. Studium samotności i pokazanie skrzywinego umysłu, jest dość ciężką sprawą do napisania. Jeśli mogłabym coś zasugerować, to spróbować, napisać podobny tekst w pierwszej osobie, bardziej skupić na myślach głównego bohater, niejako wejść w jego buty. Niech go polubią, albo znienawidzą, bo na razie jest taki niejaki.

A dziękuję za odwiedziny i uwagi.

bo na razie jest taki niejaki

Tak, ciepła klucha z niego. Gdyby nie zryty łeb, w ogóle nie byłby interesujący :-)

Pierwszoosobowa narracja ma niesamowite tempo, pędzi i bardziej pasuje mi do akcji, niż przemyśleń.

Nie zamierzam brnąć w tego pana, ale świat powoli rozwijam. Może kiedyś… :-) 

Nowa Fantastyka