- Opowiadanie: mr.Tea - Fotograf

Fotograf

In­spi­ra­cją dla tego tek­stu był ar­ty­kuł o Wy­dzia­le IX De­par­ta­men­tu II MSW, który w cza­sach PRL wła­my­wał się do kon­su­la­tów i otwie­rał sejfy za po­mo­cą pro­mie­nio­wa­nia gamma. Co jeśli pod­czas jed­nej z ta­kich akcji zna­leź­li coś, od czego włos jeży się na karku? Czy or­ga­ny ko­mu­ni­stycz­nej wła­dzy stały ponad wszyst­kim? A może było coś, czego bały się bar­dziej, niż końca ustro­ju? 

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Fotograf

 Na ulicy nie było ży­we­go ducha. Wszyst­kie stra­szy­dła i strzy­gi po­cho­wa­ły się po przy­krytych li­ść­mi za­uł­kach. Chłod­ny wiatr pod­rzu­cił je w górę. Świa­tła w po­nie­miec­kich wil­lach były już dawno zga­szo­ne, a ich do­mow­ni­cy po­grą­że­ni w śnie głęb­szym od śmier­ci. Noc była tak ciem­na, jakby nie­bosz­czyk za­brał cały świat ze sobą do trum­ny.  

 Ulicą to­czył się ciem­ny sa­mo­chód z wy­łą­czo­ny­mi świa­tła­mi. Skra­dał się na swo­ich czte­rech ko­łach. Trój­ka męż­czyzn w środ­ku świet­nie się ba­wi­ła, re­cho­cząc i prze­krzy­ku­jąc się. 

 – No to rzu­ci­li mu tecz­kę na sto­lik, a w środ­ku zdję­cia, jak ta pod­sta­wio­na laska ścią­ga mu su­tan­nę! A minę miał, mówię wam! – opo­wia­dał kie­row­ca, gła­dząc się po wąsie. 

 Wnę­trze wy­peł­ni­ło się śmie­chem i gę­stym, pa­pie­ro­so­wym dymem. 

 – Zresz­tą two­je­go au­tor­stwa Młody! 

 – Za­wsze chcia­łem być ar­ty­stą, no i je­stem! 

 Za­trzy­ma­li się przy skrzy­żo­wa­niu. Wą­sa­ty męż­czy­zna wy­łą­czył sil­nik oznaj­mia­jąc, że resz­tę drogi przej­dą na pie­cho­tę. Wy­sie­dli trza­ska­jąc drzwia­mi i rzu­ca­jąc nie­do­pał­ki na zie­mię. Cią­gnę­li dalej wątek du­chow­ne­go.

 – Py­ta­li go o te pacz­ki dla aresz­to­wa­nych, a on wszyst­ko wy­śpie­wał, jak na spo­wie­dzi! Ro­zu­mie­cie?! Jak na spo­wie­dzi! Że za­ła­twił je od tego, co pływa do Ystad. No, jak on się…

Za­bra­li z auta ple­cak z na­rzę­dzia­mi i wy­tar­tą wa­liz­kę. Kiedy Młody ją pod­niósł, drgnę­ła jak obu­dzo­na. Na­tych­miast od­sko­czył, wy­do­by­wa­jąc z gar­dła krót­ki krzyk. Naj­bar­dziej ude­rzy­ło go to, że była cie­pła. Spoj­rze­li na niego zdzi­wie­ni.

– Ducha zo­ba­czy­łeś?! – za­py­ta­li.

 Okno domu z bru­nat­nej cegły za­trzesz­cza­ło. Ze środ­ka wy­chy­lił się łysy, męż­czy­zna. Cały był w ta­tu­ażach, ro­bio­ny­mi igłą i tu­szem od dłu­go­pi­su. 

 – Za­mknąć się, albo tam wyjdę i was wy­ja­śnię! Znowu przy­szli­ście kraść psy?! – Ge­sty­ku­lo­wał jak ra­pe­rzy za oce­anem.

 Trze­ci z nich – na któ­re­go mó­wi­li „Ciem­ny” ze wzglę­du na oliw­ko­wą kar­na­cję – wyjął z kie­sze­ni jakąś ksią­żecz­kę i po­ka­zał męż­czyź­nie. Na ciem­nej po­wierzch­ni wy­tło­czo­ny był srebr­ny orzeł bez ko­ro­ny i jakiś napis. Był to do­ku­ment ze zdję­ciem. Na jego widok po­stać w oknie na­tych­miast prze­pro­si­ła, ży­czy­ła dżen­tel­me­nom spo­koj­nej nocy i wró­ci­ła do środ­ka. 

 – Kto to był?! – za­py­ta­ła ko­bie­ta w domu. 

 – Cicho, bo jesz­cze tu przyj­dą! – uci­szył ją. 

 Młody prze­pro­sił, po­pra­wia­jąc be­żo­wy, tu­rec­ki swe­ter.

 – Prze­pra­szam, po pro­stu… co jest w środ­ku? – Po­ka­zał na wa­liz­kę. 

– Wo­la­łem ich nie pytać. Ka­za­li otwo­rzyć, jak już znaj­dzie­my skarb – od­po­wie­dział wą­sa­ty. Za­brzmiał śmier­tel­nie po­waż­nie. 

 Trzej ca­bal­le­ros zaj­mo­wa­li całą ulicę. Po­ka­zy­wa­li sobie ulicz­ki i ko­men­to­wa­li, co zmie­ni­ło się od ich ostat­nie­go re­ko­ne­san­su. Drob­nost­ki – tu ktoś za­par­ko­wał ma­lu­cha ka­wa­łek dalej, tam na­pra­wio­no zbitą szybę etc. Trzy­ma­li dło­nie w kie­sze­niach, chcąc je ogrzać.

– Na kiedy Ania ma ter­min? – za­ga­dał Ga­lant Mło­de­go, ba­wiąc się wąsem.

– Już lada dzień. Wiesz jak jest… – Po­ja­wia­li się i zni­ka­li wśród ulicz­nych la­tar­ni.

– Wiem wiem, sam mam trój­kę, choć wiem, że nie wszyst­kie są moje. – Zro­bił pauzę i po­pra­wił fry­zu­rę – Nie życzę ci tego sa­me­go Młody! Wy­cho­wu­jesz, kar­misz, dbasz jak o swoje, ale wiesz, że coś jest nie tak…

 Cała trójka uspokoiła się i spoważniała. Noc była tak cicha, że ich wła­sne myśli zda­wa­ły się krzy­kiem. Młody niósł wa­liz­kę i ple­cak. Czuł się, jakby trzy­mał kogoś za rękę. Pró­bo­wał za­głu­szyć to uczu­cie, lecz z kiep­sko mu szło. 

 Za­trzy­ma­li się przy że­la­znym pło­cie. Na wy­so­ko­ści wzro­ku mieli owal­ną ta­blicz­kę z na­pi­sem: „Con­su­lat général de la Répu­bli­que française”. Dom był naj­wyż­szy w oko­li­cy, choć nie naj­ład­niej­szy. Bar­dziej od­stra­szał, niż przy­cią­gał in­te­re­san­tów. Zwie­rzę­ta omi­ja­ły to miej­sce z da­le­ka, a dzie­ci opo­wia­da­ły sobie hi­sto­rię o miesz­ka­ją­cym tam męż­czyź­nie, który za­miast nóg ma ko­py­ta. Zie­ją­ca z okien pust­ka wpa­try­wa­ła się w nich, wy­sy­sa­jąc pew­ność sie­bie. Młody prze­łknął ślinę. 

– No, to je­ste­śmy. – Ga­lant po­gła­skał się po wąsie, do­da­jąc sobie otu­chy. 

– Masz apa­rat? – Ciem­ny za­py­tał Mło­de­go, na co ten ścią­gnął ple­cak i po­ka­zał po­la­ro­ida za­chod­niej marki. 

– No, no! Za takie w Pe­we­ksie chcą for­tu­nę! – wes­tchnął Ciem­ny. 

– Dobra, bo sto­imy jak ta panna pod ko­sza­ra­mi! Do ro­bo­ty! – za­wo­łał wą­sa­ty. 

 Sfor­so­wa­li zimne, me­ta­lo­we ogro­dze­nie bez naj­mniej­szych pro­ble­mów. Kiedy zna­leź­li się po dru­giej stro­nie ogar­nę­ło ich dziw­ne wra­że­nie, że prze­kro­czy­li gra­ni­cę świa­tów. Ulica zda­wa­ła się być da­le­ko, poza ich za­się­giem. Po­de­rwał się lo­do­wa­ty wiatr pro­sto z Kam­czat­ki. Mokre li­ście roz­bi­ły się na ich twa­rzach. Wi­dzie­li cza­sem takie rze­czy w ame­ry­kań­skich hor­ro­rach. Ostat­nio oglą­da­li jeden o dziew­czy­nie, którą uwiódł diabeł i uro­dzi­ła mu dziec­ko. Kupa śmie­chu; nie ma cze­goś ta­kie­go. Je­dy­ny­mi dia­bła­mi byli oni dla wro­gów lu­do­wej oj­czy­zny. Z fil­mów te o przy­go­dach agen­ta jej kró­lew­skiej mości. Oczy­wi­ście oni byli lepsi, a na pewno za ta­kich się uwa­ża­li. 

 Drzwi otwo­rzy­ły się same, jakby pra­gnę­ły ich wpu­ścić. Ciem­ny scho­wał ze­staw wy­try­chów, wy­raź­nie zdzi­wio­ny. Ga­lant wzru­szył je­dy­nie ra­mio­na­mi uzna­jąc, że pew­nie za­po­mnie­li za­mknąć drzwi. Ciem­ność buch­nę­ła im w twa­rze. Byli nią uma­za­ni moc­niej, niż gór­nik wę­glem w ko­pal­ni. Włą­czy­li la­tar­ki. Wszyst­ko było pe­dan­tycz­nie po­ukła­da­ne i za­dba­ne. Na wie­sza­ku nie było żad­nych ubrań, więc po­czu­li się pew­niej. Gdzie­kol­wiek był kon­sul z kon­su­lo­wą, le­piej aby szyb­ko nie wra­ca­li. Wa­liz­ka zro­bi­ła się cie­plej­sza. Młody mógł przy­siąc, że za­czę­ła de­li­kat­nie pul­so­wać. Tłu­ma­czył to sobie stre­sem i wy­cze­ki­wa­niem na dziec­ko. Za­mknę­li za sobą drzwi. 

 Szli ostroż­nie. Z ust bu­cha­ła im para. Za­sta­nawiali się, czy tra­fi­li do kon­su­la­tu, czy chłod­ni. Naj­pierw prze­szu­ka­li po­miesz­cze­nia na dole. Salon prze­ro­bio­no na biuro z wi­do­kiem na ogród i są­sied­nie domy. La­tar­nie roz­świe­tla­ły kocie łby na ulicy. Nad biur­kiem wi­siał por­tret François Mit­te­ran­da. Obo­wiąz­ko­wo zaj­rze­li do barku i nie za­wie­dli się. Ciem­ny i Młody uśmiech­nę­li się do ka­ra­fek z ko­nia­kiem i gą­sior­ków peł­nych ru­bi­no­we­go wina. 

 – Jak któ­ryś coś za­ju­mie, to mu utnę rękę przy samej dupie! Nas tu nie było! – Skar­cił ich Ga­lant, choć po­my­ślał o tym samym.

We­szli spróch­nia­ły­mi scho­da­mi na górę. Po­ręcz wiła się jak ja­do­wi­ta żmija. Ko­ry­tarz był wąski i dusz­ny, bez ani jed­ne­go okna. Młody znie­ru­cho­miał, jego serce przy­spie­szy­ło. Klau­stro­fo­bia chwy­ci­ła go za gar­dło. Ścia­ny zbli­ża­ły się, pró­bu­jąc go zgnieść. Wdech, wy­dech i po­wtór­ka. 

 – Wszyst­ko do­brze? – Ciem­ny na­chy­lił się do niego. 

 – Tak tak, po pro­stu tu dusz­no – skła­mał. 

Kie­ro­wa­li się do sy­pial­ni. Cisza roz­sa­dza­ła im uszy. Kiedy zna­leź­li się w środ­ku, od razu za­tka­li nosy. Fetor pa­dli­ny roz­py­chał się po noz­drzach i wsią­kał w ubra­nia. Ciem­ny oparł się o dę­bo­wą szafę, wal­cząc z od­ru­chem wy­miot­nym. Młody odło­żył wa­liz­kę przy ścia­nie obok drzwi. Prócz wspo­mnia­ne­go mebla, w po­ko­ju znaj­do­wa­ło się tylko po­dwój­ne łóżko, ko­ły­ska dzie­cię­ca i sto­lik nocny z fo­to­gra­fią w ramce.

Przed­sta­wia­ła męż­czy­znę z gar­ba­tym nosem. Pa­trzył pro­sto w obiek­tyw. Do­oko­ła jego oczu tań­czy­ły czar­ne pło­my­ki, wy­cho­dząc z oczo­do­łów i się­ga­jąc w stro­nę fo­to­gra­fa. Miał na sobie gar­ni­tur utka­ny z bez­gwiezd­nej nocy. Trzy­mał za talię ko­bie­tą w tru­pio-bla­dej sukni. Była tak chuda, że mogli po­li­czyć kości pod na­cią­gnię­tą skórą. Za­do­wo­lo­na obej­mo­wa­ła rę­ka­mi za­okrą­glo­ny brzuch. Po­zo­wa­li na tle po­sęp­ne­go za­mczy­ska gdzieś w środ­ko­wej Fran­cji. Ota­cza­ły je stare drze­wa, po­tę­gu­ją­ce uczu­cie od­osob­nie­nia od świa­ta. Strze­li­ste wieże przy­po­mi­na­ły kły wbi­ja­ją­ce się w niebo. Kiedy się sku­pi­li, wy­pa­trzy­li w oknach bu­dow­li ciem­ne po­sta­cie. Zda­wa­ło im się przez chwi­lę, że się po­ru­sza­ją. Pa­trzy­ły na nich. Wo­ła­ły.

– Kon­su­lo­wa jest w ciąży? – zdzi­wił się Ciem­ny. 

– No wła­śnie nie – rzekł Ga­lant – A przy­naj­mniej nic nam nie wia­do­mo. 

Lampa bły­sko­wa ata­ko­wa­ła każdy przed­miot z róż­nych stron. Mu­sie­li potem od­sta­wić wszyst­ko na swoje miej­sce. Każdy am­ba­sa­dor, kon­sul lub charché d’af­fa­ires mógł być wy­uczo­nym szpie­giem, zwra­ca­ją­cym uwagę na naj­drob­niej­sze szcze­gó­ły. Cza­sem dy­plo­ma­ci zo­sta­wia­li mo­ne­tę we­wnątrz sta­ran­nie zło­żo­ne­go kra­wa­tu. Kiedy cie­kaw­ski agent za­glą­dał do środ­ka, ta wy­pa­da­ła i tylko twór­ca pu­łap­ki wie­dział, którą stro­ną do góry ją uło­żył. Oczy­wi­ście były tylko dwie moż­li­wo­ści, więc mógł tra­fić, ale wa­rian­tów było pełno. Nie­któ­rzy kła­dli przy drzwiach książ­kę grzbie­tem do góry aby in­truz my­ślał, że nie­umyśl­nie ją zrzu­cił. Tutaj li­czył się numer stro­ny, na któ­rej zo­sta­wił ją wy­czu­lo­ny szpieg. Ga­lant znał te sztucz­ki i przy­kła­dał się do do­ku­men­ta­cji. Wła­śnie dla­te­go wzię­li go na tę ro­bo­tę. 

Po za­koń­czo­nych zdję­ciach roz­po­czę­li prze­szu­ka­nie. Byli spo­koj­ni o pod­słu­chy i ewen­tu­al­ne nie­spo­dzian­ki. Ko­le­dzy z tech­ni­ki spraw­dzi­li już bu­dy­nek i twier­dzi­li, że jest czy­sty. Oni mieli tylko zna­leźć skarb. Czym on był? Po­wie­dzia­no im tylko, że od razu się zo­rien­tu­ją i mają zro­bić jego zdję­cie. Le­piej było nie za­da­wać pytań. Szpi­cel twier­dził, że klucz do niego ukry­ty jest gdzieś w sy­pial­ni kon­su­la, ale resz­ty mu­sie­li sami szu­kać. 

 Naj­pierw otwo­rzy­li szafę. W środ­ku wi­siała tylko jedna, biała suk­nia. Dla od­mia­ny in­ten­syw­nie pach­nia­ła zio­ła­mi i ka­dzi­dłem. Ga­lant wy­ko­nał zdję­cie, aby od­wie­sić ją potem w to samo miej­sce. Pstryk i go­to­we. Apa­rat wy­pluł kwa­dra­to­wą fo­to­gra­fię. 

 – Ej, a to nie jest ta ze zdję­cia? – za­uwa­żył Ga­lant. 

 Miał rację. Była ide­al­nie czy­sta, bez naj­drob­niej­szej dro­bin­ki kurzu. Je­dy­ne co na niej zna­leź­li, to ślady futra. Za­nie­po­ko­ili się, po­nie­waż będąc wcze­śniej w oko­li­cy nie wi­dzie­li, aby pan kon­sul miał psa, lub inne zwie­rzę. Jeśli tak było i go ze sobą nie za­bra­li, mogli być w ta­ra­pa­tach. Wa­liz­ka upa­dła z hu­kiem na podłogę. Ich ciała roz­sa­dzi­ła ad­re­na­li­na, a skro­nie za­dud­ni­ły. Nikt się nie przy­znał, ale po­my­śle­li, że wa­liz­ka wy­cię­ła im głupi kawał. 

 Młody pod­niósł świe­żo zro­bio­ne zdję­cie z pod­ło­gi. Wy­trzesz­czył oczy i po­ka­zał je na­tych­miast resz­cie. Zaraz za ubra­niem, na ścia­nie szafy wid­niał napis: „ZIMNO”. Na­ba­zgra­ny był ciem­ną, zgęst­nia­łą krwią. Pa­trzy­li na prze­mian to na szafę, to na fo­to­gra­fię, ale na­pi­su nie było. Lo­do­wa­te ciar­ki prze­szły im po ple­cach. 

 – Może apa­rat się po­psuł? – za­su­ge­ro­wał Ciem­ny. 

 – Za­chod­ni szajs i tyle! Mó­wi­łem, brać ra­dziec­kie! – Ga­lant spraw­dzał, czy za­uwa­ży­li jego strach. 

Po burz­li­wej dys­ku­sji ze­bra­li się i prze­su­nę­li szafę. Sta­wia­ła opór, szu­ra­jąc drew­nia­ny­mi no­ga­mi o pod­ło­gę. Dźwięk przy­po­mi­nał dra­pa­nie pa­znok­cia­mi o ta­bli­cę. Za­la­ny potem wą­sacz wy­glą­dał jak pro­siak, a po­zo­sta­łej dwój­ce wy­szły wszyst­kie żyły. Li­czy­li, że na ścia­nie za szafą znaj­dą sejf, lecz ni­cze­go tam nie było. Teraz przy­szedł czas na łóżko. 

 Ko­lej­ny wście­kły błysk zalał pokój. Z wy­sił­ku za­po­mnie­li już o na­pi­sie, ale dźwięk mi­gaw­ki przy­wró­cił im pa­mięć. Cze­ka­li na zdję­cie jak na wyrok. Kiedy w końcu na­bra­ło ko­lo­rów, uj­rze­li na nim łóżko po­kry­te kar­ma­zy­no­wym na­pi­sem: „CIE­PŁO”. Ga­lant wy­rwał je z rąk mło­de­go i ci­snął w kąt. Sapał przy tym jak po­strze­lo­ny dzik.

– To ja­kieś pie­przo­ne żarty! Trze­ba ich za­mknąć, jak tego Ro­bi­ne­au w czter­dzie­stym dzie­wią­tym! Wszyst­ko wy­pa­plał! – darł się, tra­cąc pa­no­wa­nie nad sobą.

Ciem­ny wyj­rzał zza ko­ta­ry przez okno, spraw­dza­jąc, czy stary nie po­bu­dził są­sia­dów. Oko­li­ca smacz­nie spała, jak po­grą­żo­na w śnie wiecz­nym. 

 Ochło­nę­li i przesunęli łóżko. Tym razem zro­bi­li to we dwój­kę, po­nie­waż Ga­lant stwier­dził, że mło­dzi le­piej się do tego na­da­ją. Ob­ser­wo­wał ich z boku, dra­piąc się po górnej wardze. Mę­czył się samym wi­do­kiem. Prze­su­nę­li je dużo ła­twiej, niż po­przed­ni mebel. Za­sta­na­wia­li się czy było lżej­sze, czy bez wą­sa­te­go szło im le­piej. Łóżko od­kry­ło przed nimi na­ma­lo­wa­ny po­so­ką pen­ta­gram. W jego cen­tral­nym punk­cie leżał mar­twy pies. Jego sztyw­ne łapy roz­kła­da­ły się w naj­lep­sze.

Odór buch­nął im pro­sto w twarz. La­tar­ki po­tur­la­ły się po podłodze, od­gry­wa­jąc spek­takl bla­sków i cieni na ścia­nie. Ciem­ny pod­dał się i zwy­mio­to­wał w rogu sy­pial­ni. Młody cof­nął się pod okno. Pró­bo­wał, ale nie mógł ode­rwać wzro­ku od za­sty­głych, psich oczu. Ga­lant pod­biegł, oglą­da­jąc zna­le­zi­sko z każ­dej stro­ny.

– Pie­przo­ne ża­bo­ja­dy! Wie­dzia­łem, że coś z nimi nie tak! – Latał po po­ko­ju jak opę­ta­ny.

Nagle po­tknął się o wa­liz­kę i ude­rzył głową o kra­wędź szafy. Świat za­wi­ro­wał i po­ciem­niał przed jego ocza­mi. Leżąc na wy­kła­dzi­nie po­czuł, jak coś cie­płe­go spły­wa mu po wy­so­kim czole. Prze­tarł to dło­nią, do­wia­du­jąc się, że to jego wła­sna krew. Lśni­ła w świe­tle la­tar­ki. Było w niej coś hip­no­tycz­ne­go. 

– Młody, za tę wa­liz­kę na środ­ku po­ko­ju to po­wi­nie­nem cię pie­prz­nąć w ten pusty cze­rep! 

– Ale kła­dłem ją przy drzwiach! – Bro­nił się. 

 – To praw­da… – ode­zwał się Ciem­ny, kiedy tylko po­czuł się le­piej – Wi­dzia­łem!

 Ga­lant za­czął łą­czyć fakty i mu­siał przy­znać im rację, choć nie­chęt­nie. Sam rów­nież to wi­dział, po pro­stu dał po­nieść się emo­cjom. Skądś za­brzmiał cichy śmiech. Cała trój­ka po­my­śla­ła o wa­liz­ce. Po­pa­trzy­li po sobie za­sta­na­wia­jąc się, czy się nie przesłyszeli.

 – Ktoś tu jest?! – za­wo­łał Ga­lant, pod­bie­ga­ją do drzwi sy­pial­ni. Od­po­wie­dzia­ła mu głu­cha cisza. 

 – Wyłaź dra­niu! Służ­ba Bez­pie­czeń­stwa! – kon­ty­nu­ował. Cała kon­spi­ra­cja pry­sła jak bie­gun­ka. 

 – Tam coś jest! – Młody wska­zał pal­cem tru­chło. 

Z nie­ru­cho­me­go pyska wy­pa­da­ły larwy, ale w środ­ku świe­ci­ło się coś me­ta­lo­we­go. Pod­szedł ostroż­nie i na­chy­lił się, wstrzy­mu­jąc od­dech. Po­li­czył w my­ślach do trzech i wsa­dził rękę do zgni­łej pasz­czy. Ogar­nia­ła go myśl, że mar­twy czwo­ro­nóg zaraz za­ci­śnie na nim swoje zęby. Wy­obra­żał sobie ból strza­ska­nej dłoni. 

Po chwi­li grze­ba­nia w paszczy wy­ma­cał jakiś twar­dy, zimny kształt. Na­tych­miast wy­szar­pał go na ze­wnątrz. Trzy­mał w dłoni klucz, le­pią­cy się od oso­cza i limfy. Jego obrzy­dze­nie się­ga­ło ze­ni­tu. Po­ka­zał go resz­cie i wspól­nie za­czę­li się za­sta­na­wiać, co może otwie­rać. Ga­lant wraz z Ciem­nym opto­wa­li za sej­fem do skar­bu, po który przy­szli. Młody był in­ne­go zda­nia, choć sam jesz­cze nie wie­dział, co uważa. 

Stary za­rzą­dził po­wrót na dół i po­wtór­ne spraw­dze­nie biura, gdy coś za­war­cza­ło za ich ple­ca­mi. Kiedy się ob­ró­ci­li, mar­twy pies stał na czte­rech ła­pach. Gęsta ślina ka­pa­ła mu z pyska na ich widok. Na­stro­szył się i ob­na­żył kły. Błysz­cza­ły w ciem­no­ści jak świe­żo na­ostrzo­ne noże. Pa­trzył na nich, jak na trzy tłu­ste ka­wał­ki boczku. Ni­g­dzie nie było ta­blicz­ki „Uwaga! Zły pies”. 

Ga­lant się­gnął do ka­bu­ry pod kurt­ką, ale był za wolny. Be­stia chwy­ci­ła go za rękę. Od ścian od­bi­ły się krzy­ki i dźwięk ła­ma­nej kości. Wy­bu­chła pa­ni­ka. Młod­si ko­le­dzy ru­szy­li mu z od­sie­czą, pró­bu­jąc wy­rwać dłoń z pasz­czy po­two­ra. Cią­gnę­li za nią, spra­wia­jąc Ga­lan­to­wi ból. Cier­pie­nie ry­so­wa­ło się na jego twa­rzy. Młody chwy­cił wa­liz­kę i okła­dał nią psa, ale ten nie re­ago­wał. Nawet nie zawył, ani nie pi­snął. Wszyst­ko dzia­ło się w ułam­ku se­kund. Ciem­ny przy­po­mniał sobie radę dziad­ka ze wsi. Za­wsze w ta­kich sy­tu­acjach mówił, aby we­pchnąć koń­czy­nę głę­biej do pyska. Zwie­rzę przy­zwy­cza­jo­ne do walki zdzi­wi się, pusz­cza­jąc chwyt. 

Zła­pał po­wy­żej nad­garst­ka, tuż przy psim nosie i po­stą­pił we­dług wspo­mnia­nej in­struk­cji. Ku wła­sne­mu zdzi­wie­niu za­dzia­ła­ło, a im udało się uwol­nić rękę. Z rany są­czy­ła się ciem­na krew, bry­zga­ją­ca na wszyst­ko do­oko­ła.

– Młody bierz sprzęt! – rzu­cił Ciem­ny, wy­wle­ka­ją ran­ne­go to­wa­rzy­sza z po­ko­ju.

Zo­stał sam na sam z tym czymś. Z pasz­czy zio­nę­ło pa­dli­ną. Mon­strum przy­cza­iło się i sko­czy­ło Mło­de­mu do gar­dła. W ostat­niej chwi­li za­sło­nił się przed ata­kiem wa­liz­ką. Ostrza wbiły się w skó­rza­ną po­wierzch­nię. Kiedy po­czwa­ra opa­dła na podłogę, nie­spo­dzie­wa­nie się sku­li­ła. Skom­la­ła przed nim, a wła­ści­wie to przed tym, co trzy­mał. Stała w miej­scu i ob­ser­wo­wa­ła ze spusz­czo­ną głową. Wy­ko­rzy­stał więc oka­zję. Trzy­ma­jąc tecz­kę przed sobą wło­żył apa­rat do ple­ca­ka i uciekł, za­trza­sku­jąc za sobą drzwi. 

Dia­bel­ski kun­del uja­dał zza dru­giej stro­ny, dra­piąc pa­zu­ra­mi. Cała trój­ka opar­ła się o ścia­nę, pró­bu­jąc się opa­no­wać. Młody od­cią­gał koł­nierz od szyi, ła­piąc po­wie­trze. Na ko­ry­ta­rzu było jesz­cze cia­śniej niż wcze­śniej. Du­cho­ta go za­bi­ja­ła. Zgod­nie stwier­dzi­li, że na­le­ży stąd jak naj­szyb­ciej ucie­kać. 

Scho­dy tym razem były węż­sze i dziw­nie śli­skie. Zbie­ga­jąc po nich można było po­my­śleć, że jakiś gad zo­sta­wił na nich swój śluz. Trzy­ma­li się mocno po­rę­czy w na­dziei, że nie za­mie­ni się w węża i ich nie udusi. Ze­sko­czy­li z nich i po­gna­li przez cały par­ter do wyj­ścia. Kątem oka zo­ba­czy­li ruch w ciem­no­ści. Nie ob­ra­ca­li się. Wo­le­li nie wi­dzieć tego, co może tam być. Ga­lant zo­sta­wiał za sobą czer­wo­ną smugę. Zu­peł­nie jak w tej baj­cie, w któ­rej dzie­ci roz­sy­py­wa­ły okrusz­ki chle­ba po lesie, aby się nie zgu­bić. Ale ta wer­sja była lep­sza, bo chleb można zjeść, lub za­mieść pod dywan, na­to­miast krew jest wiecz­na. Za­sy­cha utrwa­la­jąc swój ślad, pły­nie cie­pła w na­szych ży­łach, szumi w tęt­ni­cach… krew to życie. 

Młody szarp­nął za klam­kę.

– Psiamać! Za­mknię­te! – wrza­snął.

Jego grzyw­ka ska­ka­ła na boki. Drzwi ani drgnę­ły, ob­ser­wu­jąc ich z wyż­szo­ścią. Oto ci, któ­rzy tak pra­gnę­li się tu do­stać, teraz od­da­li­by wszyst­ko, aby stąd uciec. Lu­dzie to nie­zde­cy­do­wa­ne isto­ty.

– Odsuń się! – Ciem­ny odło­żył ran­ne­go i pod­biegł do drzwi.

Kuc­nął i wyjął z ple­ca­ka ze­staw wy­try­chów. Śli­zga­ły się w jego ubru­dzo­nych juchą pal­cach, upa­da­jąc na zie­mię w po­szu­ki­wa­niu wol­no­ści. Przy­kła­dał je do zamka i wy­mie­niał w locie na inne la­men­tu­jąc, że nie pa­su­ją. Do­py­chał je na siłę i kopał w drzwi z de­spe­ra­cji. 

W końcu coś w zamku za­sko­czy­ło. Wszy­scy wstrzy­ma­li na chwi­lę od­dech. Ciem­ny ob­ró­cił się do to­wa­rzy­szy z iskrą na­dziei w oczach. Po­ru­szał wy­try­chem jesz­cze chwi­lę, aż usły­sze­li gło­śne, me­cha­nicz­ne „klik”. Ale iskier­ka na­dziei oka­za­ła się być pło­mie­niem tra­wią­cym wszyst­ko na swo­jej dro­dze. Naj­pierw do uszu Mło­de­go do­tarł mokry od­głos, po­dob­ny do sior­ba­nia. Do­pie­ro potem zro­zu­mie­li, co na­praw­dę zo­ba­czy­li. Dziur­ka od klu­cza wcią­gnę­ła Ciem­ne­go jak nitkę ma­ka­ro­nu. Cała była ubru­dzo­na krwi­stym, ludz­kim sosem spa­ghet­ti. Na pod­ło­dze zo­sta­ły tylko jego ubra­nie: zno­szo­na, ciem­na skóra i dżinsy marki „Odra”. Młody za­sło­nił oczy. Naj­chęt­niej wy­dłu­bał­by je sobie, aby na to nie pa­trzeć. Ga­lant albo nie za­re­je­stro­wał tego faktu, albo nie za­re­ago­wał ze wzglę­du na ból ręki. Co­kol­wiek było po dru­giej stro­nie drzwi, bar­dzo nie chcia­ło, aby opusz­cza­li kon­su­lat. 

Mło­de­go na­szła myśl. Nie znał jej źró­dła i była bar­dzo dziw­na, ale na pewno nie bar­dziej niż wszyst­ko to, czego wła­śnie do­świad­czył. Wyjął z ple­ca­ka apa­rat i wy­ce­lo­wał w drzwi. 

– Co ro­bisz?! – wy­ję­czał Ga­lant. 

Młody mil­czał w sku­pie­niu. Pstryk. Kart­ka pa­pie­ru upa­dła na pod­ło­gę z lek­ko­ścią piór­ka. Zdję­cie wy­wo­ła­ło się od razu, jak na za­wo­ła­nie. Do­stał do­kład­nie to, czego się spo­dzie­wał. Fo­to­gra­fię drzwi z na­ba­zgra­nym sło­wem: „ZIMNO”. Za­klął pod nosem. Wa­liz­ka otar­ła mu się o nogę.

Cof­nę­li się do sa­lo­nu, jak uzgod­ni­li wcze­śniej. Wy­glą­dał nie­mal tak samo, ale na­stą­pi­ło w nim kilka zmian. Widok na ogród znik­nął, za­sło­nię­ty grubą kur­ty­ną nocy. Z dworu do­bie­ga­ły krzy­ki i jęki. Mie­sza­ły się z ryt­micz­nym po­stu­ki­wa­niem. Młody po­my­ślał o pałce sztur­mo­wej ude­rza­ją­cej o kraty. Jakiś męż­czy­zna za oknem pytał w kółko o imię ojca i zna­jo­mo­ści w pod­zie­miu, ale od­po­wia­da­ły tylko bła­ga­nia o li­tość. Por­tret pre­zy­den­ta Pią­tek Re­pu­bli­ki Fran­cu­skiej znik­nął, ustę­pu­jąc miej­sca szka­rad­nej po­do­biź­nie ja­kie­goś bożka, lub innej kre­atu­ry. Głowa kozła, osadzona na mę­skim tor­sie z ko­bie­cymi pier­siami była czymś da­le­ko wy­kra­cza­ją­cym poza poj­mo­wa­nie funk­cjo­na­riu­szy apa­ra­tu bez­pie­czeń­stwa. Isto­ta miała po­tęż­ne, czar­ne skrzy­dła. Można było po­my­śleć, że to upa­dły anioł. Po obu jej stro­nach klę­cze­li nadzy męż­czy­zna i ko­bie­ta. Ręce mieli wznie­sio­ne, jak do mo­dli­twy. 

– Trze­ba ci od­ka­zić tę ranę! – Młody posadził Ga­lan­ta na krze­śle za biur­kiem i otwo­rzył barek.

Szu­kał tych sa­mych fla­szek z al­ko­ho­lem, które wcze­śniej oglą­dał. Teraz zna­lazł tam tylko bu­tel­ki z ciem­nym, kar­ma­zy­no­wym pły­nem. Obok znaj­do­wa­ły się też an­tał­ki z cie­czą o bar­wie sta­re­go octu. Na ich dnie osia­da­ły or­ga­ny, wy­cię­te z chi­rur­gicz­ną pre­cy­zją. 

– Tego tu wcze­śniej nie było, praw­da? – Ga­lant pod­niósł obo­la­łą rękę, po­ka­zu­jąc coś. 

W ścia­nie na dru­gim końcu po­ko­ju była dziu­ra. Wy­star­cza­ją­co duża, aby prze­czoł­gał się przez nią do­ro­sły czło­wiek. Ozda­biały ją na­ma­lo­wa­ne, obce sym­bo­le. Może był to jakiś tajny kod fran­cu­skie­go wy­wia­du? Coś na kształt ję­zy­ka In­dian Na­va­jo z cza­sów dru­giej wojny świa­to­wej? Młody zaj­rzał do środ­ka, ale nie zo­ba­czył nic, oprócz ciem­no­ści. Sta­nął i zro­bił zdję­cie. Znaki uło­ży­ły się w słowo: “CIE­PLEJ”. Ze środ­ka czuć było siar­kę.

Na biur­ku za­dzwo­nił te­le­fon. On rów­nież się po­ja­wił, czy może go nie za­uwa­ży­li? Mieli na­dzie­ję na to dru­gie. Czer­wo­na słu­chaw­ka wo­la­ła, aby ją pod­nieść. Ga­lant uległ jej żą­da­niom, się­ga­jąc po nią zdro­wą dło­nią. 

– T-tak?

– Wra­ca­cie już ze Szto­su? Prze­każ Mło­de­mu, że jego Ankę za­bra­ła ka­ret­ka. Wody jej ode­szły – po­wia­do­mił ich ko­le­ga Jajek, za­wdzię­cza­ją­cy swoją ksywę na­ło­go­we­mu ich piciu pro­sto ze sko­rup­ki. 

Młody wszyst­ko sły­szał. Za­ci­snął pię­ści i oparł się o biur­ko nad­sta­wia­jąc uszu. 

– Po­wiedz im, że utknę­li­śmy w tym pie­przo­nym kon­su­la­cie z mar­twym psem! Rzu­cił się na nas, a Ciem­ne­go we­ssa­ło przez drzwi! – Za­po­wie­trzył się.

– Już pi­li­ście!? Wa­ria­ty! Kończ­cie i wra­caj­cie. 

Po­łą­cze­nie skoń­czy­ło się. Ga­lant pró­bo­wał od­dzwo­nić, ale w słu­chaw­ce od­bi­ja­ło się tylko pi­ka­nie. Do­pro­wa­dzo­ny do szew­skiej pasji roz­trza­skał słu­chaw­kę o biur­ko. Odłam­ki pla­sti­ku la­ta­ły we wszyst­kie stro­ny. Jej wy­gląd w ni­czym nie ustę­po­wał zma­sa­kro­wa­nym twa­rzom stocz­niow­ców i gór­ni­ków. Pró­bo­wał wy­mu­sić na niej po­słu­szeń­stwo jak na prze­słu­cha­niu, ale wo­la­ła dać się znisz­czyć, niż ugiąć. 

Młody bie­gał po całym po­ko­ju, ma­cha­jąc rę­ka­mi. Pró­bo­wał ogar­nąć ba­ła­gan w gło­wie. Obie­cał żonie, że przy niej bę­dzie. Bał się o nią i dziec­ko. Jed­no­cze­śnie za­sta­na­wiał się, czy to nie jest jakaś sza­tań­ska sztucz­ka. W końcu sami sto­so­wa­li po­dob­ne tak­ty­ki. Za­my­ka­li ta­kie­go de­li­kwen­ta w celi, bez wie­ści od ro­dzi­ny, a potem za­bie­ra­li na prze­słu­cha­nie. Bez bicia i za­stra­sza­nia. Zwy­kła, męska po­ga­dan­ka. “Ty tu sie­dzisz, a ona w tym cza­sie pusz­cza się po ką­tach. Śmie­ją się z cie­bie chło­pie! Pokaż, że masz jaja! Pod­pisz tu, a wyj­dziesz i ją ogar­niesz. To takie pro­ste”. W jego oczach świe­ci­ła de­spe­ra­cja.

– Wcho­dzę tam! – oznaj­mił.

Naj­pierw prze­pchał przez otwór wa­liz­kę, za­ło­żył ple­cak, a potem wszedł sam. Pul­so­wa­ła w jego dło­niach. Była cie­pła jak bi­ją­ce serce. Wy­wo­ły­wa­ła w nim wstręt, ale chłod­ny ra­chu­nek kazał mu ją za­brać. Wy­mu­si­ła na psie po­słu­szeń­stwo, więc może się przy­dać. No i do tego in­struk­cje od prze­ło­żo­nych: “Zna­leźć skarb i otwo­rzyć wa­liz­kę”. Do­kład­niej w tej ko­lej­no­ści. Ga­lant pró­bo­wał go po­wstrzy­mać, ale od­pu­ścił. Nie po­do­ba­ła mu się ani per­spek­ty­wa po­now­ne­go spo­tka­nia z psem, ani in­fek­cja w ręce. Przy­po­mi­na­ła ze­psu­ty ka­wa­łek ba­le­ro­nu. Spra­wia­ła taki ból, że roz­wa­żał jej od­rą­ba­nie. Ma­rzył o jakimś ostrym narzędziu, którym mógłby przemienić myśli w czyny. To była tor­tu­ra. Za­ci­snął zęby i wszedł za Mło­dym. 

We­wnątrz było go­rą­co, jak w kotle. Nie było miej­sca, aby zdjąć kurt­ki. Młody prze­tarł pot z czoła. Ga­lant robił sobie krót­kie prze­rwy na od­po­czy­nek, ła­piąc się za serce.

– Zaraz cię do­go­nię! – po­wta­rzał.

Go­to­wa­li się we wła­snych ubra­niach. Obiet­ni­ce o do­trzy­ma­niu tempa w końcu usta­ły, a za Mło­dym zro­bi­ło się cicho. Było zbyt wąsko, aby spoj­rzeć za sie­bie. Po­ma­chał nogą w na­dziei, że za­prze się o ten tan­det­ny wąs, ale tam nic nie było. Wal­czył jesz­cze chwi­lę ze sobą, tkwiąc w miej­scu i wo­ła­jąc go. W końcu jed­nak po­go­dził się z myślą, że dziu­ra go zja­dła, prze­żu­ła, lub wy­szedł w ja­kimś innym, gor­szym miej­scu. Zo­stał sam ze swoją wier­na wa­liz­ką. 

Tunel nagle wy­pluł Mło­de­go na dru­gim końcu. Wy­szedł z niego, jak no­wo­ro­dek na ten świat. Nie wie­dział, czy czoł­gał się tak go­dzi­nę, czy cały dzień. Wy­da­wa­ło mu się, że wiecz­ność. Wpadł pro­sto do gę­stej, ciem­nej mazi. Wle­wa­ła mu się do uszu i nosa, wę­dru­jąc swo­bod­nie do prze­ły­ku. Była okrop­nie gorz­ka. Wstał na równe nogi kasz­ląc, omal nie wy­plu­wa­jąc przy tym płuc. 

Wy­cią­gnął przed sie­bie ręce, pró­bu­jąc zo­rien­to­wać się w prze­strze­ni, ale nawet ich nie wi­dział. Miał wra­że­nie, że tonie w zbior­ni­ku z me­la­są. Do jego nogi przy­pły­nę­ła wa­liz­ka. Uno­si­ła się swo­bod­nie na po­wierzch­ni, obi­ja­jąc się o niego. Kiedy wy­smar­kał z nosa reszt­ki cie­czy olśni­ło go: to była smoła. Cie­pła, ale nie wrzą­ca. Bro­dził w niej po łydki. Przy­po­mniał sobie o ple­ca­ku, który czas miał na sobie. Prze­mo­czo­ny ma­te­riał cią­gnął go w dół, pró­bu­jąc uto­pić. Wyjął apa­rat i wci­snął guzik. Na uła­mek se­kun­dy ciem­ność zro­bi­ła krok do tyłu, od­sła­nia­jąc wąską piw­ni­cę. Wy­glą­da­ła jak ta z jego szko­ły pod­sta­wo­wej. Ty­po­wa “ty­siąc­lat­ka”. Za­wsze w ko­tłow­ni można było zna­leźć woź­ne­go, mę­czą­ce­go flasz­kę Wy­bo­ro­wej. Ścia­ny po­ma­lo­wa­ne do po­ło­wy na pa­skud­ny od­cień zie­le­ni. 

Lampa bły­sko­wa po­ka­za­ła Mło­de­mu je­dy­ne drzwi w po­miesz­cze­niu. Skry­te w cie­niu cze­ka­ły, aby je otwo­rzyć. Miały na sobie wy­pa­lo­ny napis: GO­RĄ­CO. Tecz­ka od­pły­nę­ła w ich kie­run­ku. Z wpra­wą olim­pij­skie­go pły­wa­ka po­ko­ny­wa­ła ko­lej­ne metry smoły. Młody po­szedł za nią, wal­cząc z gęstą sub­stan­cją. Trzy­ma­ła go mocno za nogi, wcią­ga­jąc ni­czym bagno. Okre­śle­nie “po­ru­szać się jak mucha w smole” było bar­dzo na miej­scu.

 Zmę­cze­nie zaczęło brać nad nim górę. Roz­bił drogę na przy­stan­ki, aby zła­pać od­dech i sprawdzić, czy nie zgu­bił się w mroku. Z każ­dym ko­lej­nym zdję­ciem był coraz bli­żej, w czym upewniał go coraz większy napis „GORĄCO”. Od zaduchu dopadły go zawroty głowy. Oparł się o ścia­nę i za­mknął oczy, ale nie było róż­ni­cy. Łapał hausty po­wie­trza, jak to­ną­cy ma­ry­narz na otwar­tym morzu. Pró­bo­wał sku­pić się na celu, gdy coś otar­ło się o jego kost­kę. Było mięk­kie i w do­ty­ku przy­po­mi­na­ło skórę. Głowę za­la­ły różne wizje tego, co to mogło być. Ode­pchnął się od ścia­ny i po­biegł do celu na oślep. 

Po­czuł na nodze silny chwyt, który po­cią­gnął go do tyłu. Za­nu­rzył się w smole, ude­rza­jąc czo­łem o pod­ło­gę. W uszach za­pisz­cza­ło. Chciał zła­pać się z bólu za głowę, ale co­kol­wiek go trzy­ma­ło, szar­pa­ło nim, za­cią­ga­jąc gdzieś. Czuł, że to dłoń, choć ogrom­nych roz­mia­rów. Mio­tał się w smole, pró­bu­jąc się uwol­nić. Przez gło­śny chlu­pot i jego wła­sny krzyk prze­bi­jał się gar­dło­wy od­głos. 

– GU-GU! GA-GA! – Roz­le­gło się ga­wo­rze­nie w ciem­no­ści.

Coraz sła­biej czuł nogę. Uścisk od­ci­nał do­pływ krwi do niej. Druga dłoń zła­pa­ła go za włosy i szarp­nę­ła, wy­ry­wa­jąc ich kępę. Ty­sią­ce ma­łych igie­łek wbiło się w jego głowę. Teraz mógł­by grać oskal­po­wa­ną ofia­rę In­dian w ame­ry­kań­skich fil­mach. Ta isto­ta ba­wi­ła się nim, to­piąc w mazi. Łykał ją ze wstrę­tem kiedy po­czuł w ustach, że robi się cie­plej­sza. Wy­la­ty­wa­ła mu nosem. Na­grze­wa­ła się. Ma­cha­jąc rę­ko­ma w pa­ni­ce na­tra­fił na swój apa­rat. Wy­krę­cił się i na­ci­snął guzik. Mon­strum za­wy­ło, mo­men­tal­nie pusz­cza­jąc. Przed ocza­mi za­ma­ja­czy­ła mu pulch­na, po­kry­ta łuską gęba o ciem­nych oczach i blond wło­skach. 

Pod­niósł się i po­biegł do drzwi. Jego pa­ni­ka osią­gnę­ła apo­geum, kiedy oka­za­ły się za­mknię­te. Ude­rzał je z barku; gro­ził im, bła­ga­jąc na prze­mian. Smoła pa­rzy­ła już w stopy. W kie­sze­ni spodni po­czuł coś cie­płe­go. Przy­po­mniał sobie o klu­czu, który zna­leź­li na górze. Zdą­żył się już na­grzać od tem­pe­ra­tu­ry, przez co le­d­wie był w sta­nie go utrzy­mać. Miał wra­że­nie, że gład­ki metal wta­pia mu się w dłoń. Nie mógł tra­fić roz­dy­go­ta­ną ręką w dziur­kę, która ro­bi­ła uniki przed klu­czem. Za jego ple­ca­mi za­chlu­po­ta­ło. Sły­szał, jak to peł­znie w jego stro­nę i… pła­cze. Ga­wo­rze­nie z pła­czem skła­da­ło się na upior­ne cre­scen­do. Sku­pił się i tra­fił klu­czem w otwór. Ob­ró­cił klucz w środ­ku, wpa­da­jąc do środ­ka z hu­kiem

Drzwi za nim za­trza­snę­ły się. Ro­ze­dr­ga­ny, cały ob­le­pio­ny w smole ro­zej­rzał się po bo­kach. Był w skła­dzi­ku. Na ścia­nie wi­sia­ły oso­bli­we na­rzę­dzia: po­wy­krę­ca­ne haki, szczyp­ce z kol­ca­mi i coś przy­po­mi­na­ją­ce wzier­nik gi­ne­ko­lo­gicz­ny. Pod su­fi­tem zwi­sa­ła po­je­dyn­cza ża­rów­ka. Mru­ga­ła tak mocno, że bo­la­ły oczy. Wi­sia­ła nad spróch­nia­łym sto­łem, na któ­rym le­ża­ła naga, wy­chu­dzo­na ko­bie­ta. Wy­chy­la­ła się, aby zo­ba­czyć co­kol­wiek znad na­brzmia­łe­go brzu­cha. Cały był po­kry­ty pa­ję­czy­ną żył. Jej płyt­ki od­dech przy­po­mi­nał roz­pę­dzo­ną lo­ko­mo­ty­wę. Do­oko­ła stołu le­ża­ły za­szlach­to­wa­ne psy. Ktoś uło­żył je na wszyst­kich ro­gach pię­cio­ra­mien­nej gwiaz­dy, na­ma­lo­wa­nej na ziemi.

Ak­tów­ka już tam cze­ka­ła. Pod­ska­ki­wa­ła z ra­do­ści, ob­ra­ca­jąc się przo­dem do Mło­de­go. Wstał i zro­bił krok, a ona od­wza­jem­ni­ła się tym samym. Pa­mię­tał in­struk­cję, ale wy­da­wa­ła się teraz nie­do­rzecz­na. Przejść to wszyst­ko tylko po to, aby otwo­rzyć wa­liz­kę w piw­ni­cy? To był ten skarb? Ko­bie­ta za­wy­ła z bólu, a po stole po­cie­kła krew. Tecz­ka do­sko­czy­ła pod nogi Mło­de­go. Zro­zu­miał jej prze­kaz: “Po­śpiesz się!”. 

Na­chy­lił się, roz­pi­na­jąc ce­re­mo­nial­nie jej zamki. Smród siar­ki na­si­lił się. Był nie do znie­sie­nia. Z jej wnę­trza do­bie­gło pul­su­ją­ce, czer­wo­ne świa­tło. Do góry wzbi­ła się para, ośle­pia­jąc Mło­de­go. Od­sko­czył pod ścia­nę, prze­cie­ra­jąc oczy, a kiedy już na nie przej­rzał, z wa­liz­ki wy­nu­rzy­ła się głowa z gar­ba­tym nosem. Pa­trzy­ła na niego tymi sa­my­mi, wście­kły­mi ogni­ka­mi w oczach, jak na zdję­ciu. Zaraz za nią po­dą­żył he­ba­no­wy gar­ni­tur i dwa ko­py­ta. Męż­czy­zna ski­nął głową do Mło­de­go i pod­szedł do stołu. Po­gła­dził czule bru­net­kę po po­licz­ku i po­ca­ło­wał w czoło, szep­cząc jej coś do ucha. Jej jęki na­si­la­ły się.

Spo­mię­dzy jej nóg try­snę­ła krew. Po­le­cia­ła ciur­kiem na pod­ło­gę, bu­dząc do życia mar­twe czwo­ro­no­gi. Po­de­rwa­ły się na czte­rech ła­pach, pil­nu­jąc de­mo­nicz­ną parę. Męż­czy­zna trzy­mał ją za rękę, do­da­jąc otu­chy. Młody nie ro­zu­miał, co do niej mówi. 

– Pro­szę, niech pan wyj­mie apa­rat – Nie­zna­jo­my zwró­cił się do niego, nie po­ru­sza­jąc usta­mi. 

– C-co? – za­ją­kał. 

– Zna­lazł już pan skarb i pro­szę, aby zro­bił pan jego zdję­cie. 

 Młody nic nie ro­zu­miał. Głowę bom­bar­do­wa­ły py­ta­nia bez od­po­wie­dzi. Czy wła­śnie po to wy­sła­li ich na tę misję? Czy wie­dzie­li, co jest w środ­ku? Każde z nich za­da­wa­ło fi­zycz­ny ból. 

 Do środ­ka przez te same drzwi co Młody, wle­ciał zdy­sza­ny Ga­lant. Ranna ręka zwi­sa­ła bez­wład­nie. Była tylko krwa­wą mia­zgą. Chwi­lę trwało, nim za­re­je­stro­wał, co wła­śnie się dzie­je. W jego oczach nie było nic, prócz obłę­du.

– Młody! My­śla­łem, że mnie zo­sta­wi­łeś! – Po­pła­kał się. 

Chciał się obro­nić, że prze­cież to nie tak. Wołał go i cze­kał, ale to on znik­nął. W gar­dle miał tak sucho, że Sa­ha­ra mogła mu po­zaz­dro­ścić. Wy­do­by­wał z sie­bie tylko nie­zgrab­ne spół­gło­ski. 

 Ich po­jed­na­nie prze­rwa­ły krzy­ki ko­bie­ty i gło­śny, dzie­cię­cy płacz. Męż­czy­zna w gar­ni­tu­rze stał już u stóp nie­zna­jo­mej, na­chy­la­jąc się. Wziął coś na ręce, pod­niósł – przy­wi­tał na tym świe­cie. Uśmie­chał się. 

– Czy­sty tatuś! – po­wie­dział ła­god­nym tonem męż­czy­zna z wa­liz­ki. 

– Chcę go zo­ba­czyć! – po­pro­si­ła tamta. 

– Młody, co tu się… 

 Psy za­war­cza­ły na Ga­lan­ta. Ten na­tych­miast się­gnął nie­zdar­nie spraw­ną ręką po pi­sto­let i wy­ce­lo­wał go w ro­dzi­ców. Broń pod­ska­ki­wa­ła w jego dłoni. 

– Pa­trz­cie, jaki jest pięk­ny! – Męż­czy­zna ob­ró­cił się do nich. 

 Na rę­kach trzy­mał małą istot­kę, wy­cią­ga­ją­cą ku nim rącz­ki. Drob­ne pa­zu­ry od­bi­ja­ły świa­tło ża­rów­ki. Nos fak­tycz­nie miała po ojcu – tak samo gar­ba­ty. Czy miała w sobie co­kol­wiek po mamie? Na to wska­zy­wał po­je­dyn­czy pu­kiel czar­nych wło­sów, ale nic wię­cej. Naj­mniej ludz­kie były oczy. Od­ci­snę­ły na Mło­dym takie pięt­no, że wi­dział je cały czas przed sobą. Nie mógł od nich uciec nawet za­my­ka­jąc po­wie­ki. Sie­dzia­ły mu głę­bo­ko w gło­wie, świ­dru­jąc ją na wylot. 

– To jest we mnie! To jest we mnie! – po­wta­rzał Ga­lant, jak zdar­ta płyta – Każ mu prze­stać! 

– Lucuś chce się tylko z wami przy­wi­tać – oznaj­mił nie­zna­jo­my – Po­lu­bił was. 

 Ga­lant był w takim sta­nie, że nie tra­fi­ł nawet w ścia­nę. Ledwo trzy­mał broń, pró­bu­jąc jej nie upu­ścić. Hi­per­wen­ty­la­cja prze­ję­ła nad nim wła­dzę. Psy przy­glą­da­ły mu się, go­to­we do ataku. Cze­kał w na­pię­ciu, aż rzucą się na niego, jak ten z góry. No i to uczu­cie w gło­wie. Jakby ktoś w niej miesz­kał i wy­skro­by­wał ły­żecz­ką ka­wał­ki mózgu. To zże­ra­ło go od środ­ka. Pod­niósł broń, wło­żył ją sobie do ust, po czym za­la­ny łzami po­cią­gnął za spust. Huk wy­strza­łu stłu­mi­ła czasz­ka. Myśli Ga­lan­ta pry­snę­ły na ścia­nę, ochla­pu­jąc Mło­de­go. Były lep­kie i cie­płe, jak świe­żo wy­żu­ta guma “Do­nald”.

– No, to czas na pa­miąt­ko­we zdję­cie! Taki dzień trze­ba uczcić. – Męż­czy­zna prze­bu­dził Mło­de­go z roz­wa­żań nad pój­ściem w ślady ko­le­gi. 

 Apa­rat leżał obok jesz­cze cie­płe­go Ga­lan­ta. Się­gnął po niego, nie pa­trząc na jego za­sty­głe w gro­zie oczy. Męż­czy­zna usta­wił się obok ko­bie­ty i prze­ka­zał jej nie­mow­lę. Ko­ły­sa­ła je, śpie­wa­jąc ko­ły­san­kę. Wy­glą­da­li na ko­cha­ją­cą, szczę­śli­wą ro­dzi­nę. Pod­sta­wo­wa ko­mór­ka so­cja­li­stycz­ne­go spo­łe­czeń­stwa. 

 Młody pod­szedł ostroż­nie. Pie­kiel­ne ogary oto­czy­ły go i ob­wą­cha­ły. Były bar­dzo za­cie­ka­wio­ne apa­ra­tem. Palec po­wo­li opa­dał na przy­cisk.

– Uśmiech! – po­wie­dział ma­chi­nal­nie.

Z apa­ra­tu wy­szła kwa­dra­to­wa fo­to­gra­fia, a jeden z psów po­chwy­cił ją py­skiem w locie, za­no­sząc wła­ści­cie­lo­wi. “Po­sta­wi­my mu gdzieś przy ko­ły­sce!” – Za­chwy­ca­li się fo­to­gra­fią. 

– Dzię­ku­je­my bar­dzo! Po­chwa­lę pana u prze­ło­żo­nych. – obie­cał nie­zna­jo­my. –

A teraz pro­szę iść. Zdaje się, że ktoś jesz­cze pana po­trze­bu­je.

 Po­ka­zał Mło­de­mu drzwi za jego ple­ca­mi. Te były inne, po­kry­te ma­to­wym szkłem. Wi­dział za nimi świa­tło, ruch i syl­wet­ki ko­biet w bia­łych stro­jach. Miały cha­rak­te­ry­stycz­ne, pie­lę­gniar­skie czep­ki. Roz­ma­wia­ły ze sobą o sy­tu­acji na po­ro­dów­ce. Zła­pał za klam­kę i wszedł do środ­ka. 

 Prze­niósł się na ste­ryl­ny od­dział szpi­tal­ny. Przy­wy­kłe do ciem­no­ści oczy do­zna­ły szoku. Świa­tło wy­pa­la­ło mu dziu­rę w oczo­do­łach. Szedł po omac­ku, wspo­ma­ga­jąc się słu­chem. Szep­ty wokół ko­men­to­wa­ły jego nie­chluj­ny wy­gląd i za­sta­na­wia­ły się, czy uciekł z psy­chusz­ki. In­ten­syw­ny za­pach leków i pa­pie­ro­sów był bar­dzo miłą od­mia­ną. Wzrok przy­zwy­cza­jał się już do oto­cze­nia. 

– Co pan tu robi?! – za­cze­pi­ła go pie­lę­gniar­ka, którą zi­gno­ro­wał. 

 Mijał rzędy szpi­tal­nych łóżek. Ko­bie­ty tu­li­ły nie­mow­la­ki do pier­si, prze­ra­żo­ne jego wy­glą­dem.

– Dia­beł! – mó­wi­ły.

Nie ob­cho­dzi­ło go to. Szu­kał swo­jej żony.

Le­ża­ła na końcu sali, w łóżku przy oknie. Za szybą bu­dził się nowy dzień. Słoń­ce nie­śmia­ło rzu­ca­ło pierw­sze pro­my­ki do wnę­trza. Jej dłu­gie włosy opa­da­ły na wy­koń­czo­ną ca­ło­noc­nym po­ro­dem twarz. Ra­dość wal­czy­ła na niej ze zmę­cze­niem. Przy­sy­pia­ła, kiedy usły­sza­ła jego kroki. 

– Wła­dek, mamy syna! – Pod­nio­sła wzrok i do­zna­ła szoku.

Nie wy­glą­dał jak jej mąż. Po­zna­ła go tylko po spo­so­bie cho­dze­nia.

– Gdzie ty byłeś?! Co ci się stało?! 

 Py­ta­niom nie było końca. Nie re­ago­wał na nie. Były dla niego szu­mem w ra­dio­wym ete­rze. Za­trzy­mał się przy łóżku i pod­niósł apa­rat. Szyb­kie klik i fo­to­gra­fia była go­to­wa. Zle­cia­ła na białą koł­drę, którą przy­kry­ta była Ania. Młody zbli­żył się, za­glą­da­jąc do syna. 

– Wła­dziu… to nie tak, jak my­ślisz! 

 Apa­rat roz­trza­skał się o ka­fel­ki. Dzie­ci zbu­dzi­ły się, wy­wo­łu­jąc har­mi­der na całej po­ro­dów­ce. Młody za­chwiał się, lecąc na szaf­kę przy łóżku. Zła­pał się za klat­kę pier­sio­wą ru­sza­jąc usta­mi, jak karp na chwi­lę przed za­bi­ciem. 

– Sio­stro po­mo­cy! – za­wo­ła­ła Ania z dziec­kiem na rę­kach. 

 Fotka już się wy­wo­ła­ła. Szczę­śli­wa, lecz nieco za­tro­ska­na ko­bie­ta obej­mo­wa­ła na niej chłop­czy­ka, po­grą­żo­ne­go w głę­bo­kim śnie. Opie­rał bez­tro­ską głowę o jej pierś. Owi­nię­ty był szczel­nie pu­cha­tym ko­cy­kiem w misie, spod któ­re­go wy­sta­wał mały, gar­ba­ty nosek. 

 

Koniec

Komentarze

Świetne opowiadanie. Lubię takie PRL– owe klimaty. Długo się zastanawiałem co mi nie gra. Moim prywatnym zdaniem laika to za dużo tu jest krótkich zdań.

Wyciągnął przed siebie ręce, próbując zorientować się w przestrzeni, ale nawet ich nie widział. Miał wrażenie, że tonie w zbiorniku z melasą. Do jego nogi przypłynęła walizka. Unosiła się swobodnie na powierzchni, obijając się o niego. Kiedy wysmarkał z nosa resztki cieczy olśniło go: to była smoła. Ciepła, ale nie wrząca. Brodził w niej po łydki. Przypomniał sobie o plecaku, który czas miał na sobie. Przemoczony materiał ciągnął go w dół, próbując utopić. Wyjął aparat i wcisnął guzik. Na ułamek sekundy ciemność zrobiła krok do tyłu, odsłaniając wąską piwnicę. Wyglądała jak ta z jego szkoły podstawowej. Typowa “tysiąclatka”. Zawsze w kotłowni można było znaleźć woźnego, męczącego flaszkę Wyborowej. Ściany pomalowane do połowy na paskudny odcień zieleni. 

W pewnej chwili poczułem jakbym czytał telegram w takim rytmie: am Pam, pam, pam. Pam, pam, pam. 

Ale opowiadanie super. 

Gdybym był Kmicicem, też bym spalił Wołmontowicze

Dalekopatrzący ma rację, ale – z drugiej strony – krótkie zdania to nie błąd. Historia jest najważniejsza, a tu wszystko jest: i klimat, i pomysł, i realia peerelu odmalowane jak się patrzy… wszystko na swoim miejscu. Brawo!

Dalekopatrzacy

Bardzo dziękuję za czas poświęcony na opowiadanie i feedback! Cieszę się, że historia się podobała, zwłaszcza że świetnie się bawiłem w trakcie jej pisania.

Co do nagromadzenia krótkich zdań, to nie chciałem spowalniać akcji długimi opisami, ale rozumiem, że mogłem przesadzić. 

Raz jeszcze dziękuję za tę uwagę!

maciekzolnowski

Tobie również dziękuję za poświęcony czas. Jestem tego samego zdania co ty, ale nie zaszkodzi wypróbować rady Dalekopatrzacy’ego w następnym opowiadaniu. W końcu zależy mi na doskonaleniu warsztatu. 

Bardzo się cieszę, że opowiadanie się podobało. Spędziłem trochę czasu na research’u, ale była to czysta przyjemność. 

Jeszcze raz dziękuję za informacje zwrotną! 

 

Pisałem codziennie. Pisałem,[...] żeby utrzymać się przy życiu.

Początek wciągający i całkiem klimatyczny, choć bohaterowie nieco zbyt zlewają się w jedno. Druga cześć mocno dziwna, nie wszystko zrozumiałem. Tekst wydał mi się nieco za długi. Często narrator przesadza z opisami i porównaniami, nie pasuje mi to do dość surowego horrorowego klimatu.

 

Trzymali się mocno poręczy w nadziei, że nie zamieni się w węża i ich nie udusi.

Rozumiem, że jeden z bohaterów mógłby pomyśleć w strachu coś tak absurdalnego, ale jaka jest szansa, że pomyślało o tym więcej bohaterów w tym samym czasie? 

 

Kucnął i wyjął z plecaka swój zestaw wytrychów. Ślizgały się po jego ubrudzonych juchą palcach, upadając na ziemię w poszukiwaniu wolności.

Poszukiwanie wolności – zdecydowanie przesadnie poetycko jak na zestaw wytrychów :) Można też wykreślić “swój” przy okazji – zbędne.

 

Ciągnęli za nią, sprawiając Galantowi ból rysujący się na jego wąsach.

Trudno mi sobie wyobrazić ból rysujący się na wąsach.

 

ubrał plecak

Założył. Ubrać można coś w coś, ubrań (plecaka) się nie ubiera.

zygfryd89

Dziękuję za czas poświęcony mojemu opowiadaniu. Jestem wdzięczny również za przytoczenie konkretnych potknięć, nad których poprawą pochylę się w wolnej chwili ;). 

Zastanowię się nad ilością opisów i porównań, choć uważam, że w ten sposób narrator lepiej przenosi obraz na płaszczyznę zapachów i dźwięków, oraz oddziałuje na wyobraźnię. 

Raz jeszcze dziękuję za przeczytanie i życzę wszystkiego dobrego ;). 

Pisałem codziennie. Pisałem,[...] żeby utrzymać się przy życiu.

Przykro mi to pisać, mr.Tea, ale czytałam „Fotografa” z dużym trudem, a doczytawszy do końca nie mogę powiedzieć, że wiem, co miałeś nadzieję opowiedzieć. Rzecz wydała mi się mocno przegadana i straszliwie udziwniona, skutkiem czego nie mogę powiedzieć, że to była satysfakcjonująca lektura, zwłaszcza że wykonanie pozostawia bardzo wiele do życzenia.

Mam nadzieję, że Twoje kolejne opowiadania będą lepsze, ciekawsze i zdecydowanie lepiej napisane.

 

po przy­krytch li­ść­mi za­uł­kach. → Literówka.

 

Ulicą to­czył się ciem­ny sa­mo­chód z wy­łą­czo­ny­mi świa­tła­mi. Skra­dał się na swo­ich czte­rech ko­łach. Trój­ka męż­czyzn w środ­ku świet­nie się ba­wi­ła, re­cho­cząc i prze­krzy­ku­jąc się. → Czy dookreślenie w drugim zdaniu jest konieczne? Czy mógł skradać się inaczej, bez kół? Lekka siękoza.

 

Z resz­tą two­je­go au­tor­stwa Młody! → – Zresz­tą two­je­go au­tor­stwa, Młody! 

 

– Ducha zo­ba­czy­łeś?!” – za­py­ta­li. → Czemu służy cudzysłów po wykrzykniku?

 

 – Kto to był?! – Zapytała kobieta w domu. → Kto to był?! – zapytała kobieta w domu

Dialogi do remontu. Tu znajdziesz wskazówki jak zapisywać dialogi.

 

– Cicho, bo jeszcze tu przyjdą! – Uciszył ją. → – Cicho, bo jeszcze tu przyjdą! – uciszył.

 

Będąc bliżej celu uspokajali się i wyciszali. Kroki przycichły, twa­rze spo­waż­nia­ły. Noc była tak cicha… → Nie brzmi to najlepiej.

 

Pró­bo­wał za­głu­szyć te uczu­cie, lecz z kiep­sko mu szło. → Pró­bo­wał za­głu­szyć to uczu­cie, lecz kiep­sko mu szło

 

– No no! Za takie w Pe­we­xie chcą for­tu­nę! – Wes­tchnął Ciem­ny. → – No, no! Za takie w Pe­we­ksie chcą for­tu­nę! – wes­tchnął Ciem­ny.

 

Ostat­nio oglą­da­li jeden o dziew­czy­nie, którą uwiódł i uro­dzi­ła mu dziec­ko. → Kto uwiódł dziewczynę i komu urodziła dziecko?

 

Za­sta­wia­li się, czy tra­fi­li do kon­su­la­tu, czy chłod­ni. → Literówka.

 

Ota­cza­ły je po­tęż­ne drze­wa, po­tę­gu­ją­ce uczu­cie… → Nie brzmi to najlepiej.

 

– Kon­su­lo­wa jest w ciąży? – Zdzi­wił się Ciem­ny. → – Kon­su­lo­wa jest w ciąży? – zdzi­wił się Ciem­ny

 

W środ­ku wi­siał tylko jedna, biała suk­nia. → Literówka.

 

– Ej, a to nie jest ta ze zdję­cia? – Za­uwa­żył Ga­lant. → – Ej, a to nie jest ta ze zdję­cia? – za­uwa­żył Ga­lant.

 

Wa­liz­ka upa­dła z hu­kiem na zie­mię. → Rzecz dzieje się w konsulacie, więc: Wa­liz­ka upa­dła z hu­kiem na podłogę.

 

– Może apa­rat się po­psuł? – Za­su­ge­ro­wał Ciem­ny. → – Może apa­rat się po­psuł? – za­su­ge­ro­wał Ciem­ny.

 

Ochło­nę­li i za­bra­li łóżko. → Dokąd je zabrali? A może miało być: Ochło­nę­li i odsunęli/ przesunęli łóżko.

 

Ob­ser­wo­wał ich z boku, dra­piąc się po wąsie. → Można drapać się po skórze, ale nie po wąsie

 

La­tar­ki po­tur­la­ły się po ziemi… → La­tar­ki po­tur­la­ły się po podłodze

 

Nagle po­tknął się o wa­liz­kę, ude­rza­jąc głową o kra­wędź szafy. → Przypuszczam, że potknięcie i uderzenie nie nastąpiły jednocześnie.

Proponuję: Nagle po­tknął się o wa­liz­kę i ude­rzył głową o kra­wędź szafy.

 

Po­pa­trzy­li po sobie za­sta­na­wia­jąc się, czy im się nie prze­sły­sza­ło. Po­pa­trzy­li po sobie, myśląc, że się przesłyszeli.

 

– Wyłaź dra­niu! Służ­ba Bez­pie­czeń­stwa! – Kon­ty­nu­ował. → – Wyłaź dra­niu! Służ­ba Bez­pie­czeń­stwa! – kon­ty­nu­ował.

 

Młody wska­zał pal­cem na tru­chło. → Młody wska­zał pal­cem tru­chło.

Wskazujemy coś, nie na coś.

 

Po chwili grzebania w trzewiach wymacał jakiś twardy, zimny kształt. → W jaki sposób coś, co tkwiło w trzewiach psa, świeciło w sposób widoczny dla tych panów?

 

Na­stro­szył się i ob­na­żył swoje kły. → Zbędny zaimek – czy mógł obnażyć czyjeś kły?

 

Pa­trzył na nich, jak na trzy tłu­ste ka­wał­ki po­lę­dwi­cy. → Polędwica nie jest tłusta, jest wyjątkowo chuda.

 

– Młody bierz sprzęt! – Rzu­cił Ciem­ny… → – Młody bierz sprzęt! – rzu­cił Ciem­ny

 

Kiedy po­czwa­ra opa­dła na zie­mię… → Kiedy po­czwa­ra opa­dła na podłogę

 

Psia mać! Za­mknię­te! – wrza­snął. → Psiamać! Za­mknię­te! – wrza­snął.

 

Śli­zga­ły się po jego ubru­dzo­nych juchą pal­cach… → Śli­zga­ły się w ubru­dzo­nych juchą pal­cach

 

Na pod­ło­dze zo­sta­ły tylko jego ubra­nia: zno­szo­na, ciem­na skóra i je­an­sy marki „Odra”. → Na pod­ło­dze zo­sta­ły tylko jego ubra­nie: zno­szo­na, ciem­na skóra i dżinsy marki Odra.

Ubrania wiszą w szafie, leżą na półkach i w szufladach. Odzież, którą ktoś ma na sobie to ubranie.

 

Zdję­cie wy­wo­ła­ło się od razu, jak na za­wo­ła­nie. → Nie brzmi to najlepiej.

 

Głowa kozła o mę­skim tor­sie i ko­bie­cych pier­siach była czymś da­le­ko wy­kra­cza­ją­cym poza poj­mo­wa­nie funk­cjo­na­riu­szy apa­ra­tu bez­pie­czeń­stwa. → I ja nijak nie umiem sobie imaginować koźlej głowy o męskim torsie i kobiecych piersiach… no nie potrafię.

 

Młody odło­żył Ga­lan­ta na krze­śle za biur­kiem… → Młody posadził Ga­lan­ta na krze­śle za biur­kiem

 

Ozda­biał ją na­ma­lo­wa­ne, obce sym­bo­le. → Literówka.

 

– T-Tak? → – T-tak?

 

– Już pi­li­ście!? Wa­rian­ty! → Czy to celowe, czy literówka?

 

Bez bicia, ani za­stra­sza­nia. → Bez bicia i za­stra­sza­nia. Lub: Bez bicia, bez za­stra­sza­nia.

 

To takie pro­ste.” → To takie pro­ste”.

Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

 

– “Wcho­dzę tam!” – oznaj­mił. → Czemu tu służy cudzysłów?

 

Tecz­ka pul­so­wa­ła w jego dło­niach. → Mieli plecak i walizkę; skąd tam nagle wzięła się teczka?

 

nie było ani jednego, ostrego narzędzia. To była tortura. Zacisnął zęby i wszedł za Młodym. 

Wewnątrz było gorąco, jak w kotle. Nie było miejsca… → Byłoza.

 

Określenie “poruszać się jak mucha w smole” było bardzo na miejscu.

 Zmęczenie dawało się już we znaki. Rozbił drogę na przystanki, aby złapać oddech i upewnić się, że nie zgubił się w mroku. Z każdym kolejnym zdjęciem był coraz bliżej. Napis: “GORĄCO” był coraz większy. Kręciło mu się w głowie od zaduchu. Oparł się o ścianę… → Siękoza.

 

Łapał chlu­sty po­wie­trza… → Łapał hau­sty po­wie­trza

 

mógł­by grać oskal­po­wa­ną ofia­rę in­dian… → …mógł­by grać oskal­po­wa­ną ofia­rę In­dian

 

gęba o ciem­nych oczach i drob­nych, blond wło­skach. → Włoski mogą być rzadkie, ale nie bywają drobne.

 

Ak­tów­ka już tam cze­ka­ła. → Jak aktówka? Skąd nagle wzięła się aktówka?

 

Wstał i zro­bił ku niej krok, a ona od­wza­jem­ni­ła ten gest. → Gesty wykonuje się rękami. Stawianie kroków nie jest gestem.

 

Chwi­lę za­ję­ło nim za­re­je­stro­wał… → Chwi­lę trwało, nim za­re­je­stro­wał

 

istot­kę, wy­cią­ga­ją­cą ku nim swoje rącz­ki. → Zbędny zaimek.

 

Ga­lant był w takim sta­nie, że nie tra­fi­ły nawet w ścia­nę. → Literówka.

 

– Dzię­ku­je­my bar­dzo! Po­chwa­lę pana u prze­ło­żo­nych.Obie­cał nie­zna­jo­my. → – Dzię­ku­je­my bar­dzo! Po­chwa­lę pana u prze­ło­żo­nych – obie­cał nie­zna­jo­my.

 

– Co pan tu robi?! – Za­cze­pi­ła go pie­lę­gniar­ka… → – Co pan tu robi?! – za­cze­pi­ła go pie­lę­gniar­ka

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

regulatorzy 

Bardzo dziękuję za czas poświęcony mojemu opowiadaniu. Sądząc po długości komentarza i ilości popełnionych przeze mnie błędów, było go raczej więcej, niż mniej. Doceniam szczerość, a mi zostaje tylko posypać głowę popiołem i wyciągnąć lekcję na przyszłość. Podobno: „Potykamy się nie o góry, lecz o kretowiska”. Błędy poprawione. 

Chciałbym natomiast odnieść się do jednej pozostawionej uwagi

Zdjęcie wywołało się od razu, jak na zawołanie. → Nie brzmi to najlepiej.

Dziękuję bardzo, lecz zdjęcia z ówczesnych aparatów typu Polaroid, lub współcześnie z Instaxów, wywołują się same. Przyznam się szczerze, że jestem nieco w kropce, jeśli to nie brzmi najlepiej, ale posiedzę jeszcze nad tym. 

Raz jeszcze dziękuję za tytaniczną pracę, jaką było przeczytanie mojego opowiadania i poddanie go konstruktywnej krytyce. Może nie obiecuję, ale na pewno dołożę starać, aby następnym razem wrócić z tarczą. 

Wszystkiego dobrego!

Pisałem codziennie. Pisałem,[...] żeby utrzymać się przy życiu.

Bardzo proszę, mrTea. Miło mi, że mogłam się przydać. 

Wiem, jak działał Polaroid, ale nic nie poradzę, że dla mnie zdanie nie brzmi najlpiepiej. A może wystarczy: Zdjęcie wywołało się natychmiast.

Powodzenia!

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka