- Opowiadanie: JolkaK - Sto lat samotności i... czekania

Sto lat samotności i... czekania

Moje hasła:

Informacja

Zatrzymanie w czasie

Źródło

Więcej nic nie powiem, bo jestem anonimem. :)

 

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Sto lat samotności i... czekania

Ptaszki ćwierkały wiosennie, a powietrze przesycone było tą szczególną świeżością i lekkością, która pojawia się jedynie w wyniku rozmarzania ciężkich grud ziemi i nabrzmiewania pąków liści. Lekki wiatr trącał płatki przebiśniegów. 

Zenko spojrzała na drogę ginącą wśród nagich patyków lasu. Wbiła łopatę w ziemię i zdjęła rękawice.

– Cholera jasna! – mruknęła w kierunku rudego kota. – Znowu kogoś niesie. 

Kot puścił informację mimo uszu. Kobieta po namyśle postanowiła nie oddalać się od łopaty, bo zbliżająca się postać miała wyraźnie męską budowę. Zmrużyła oczy, żeby lepiej się przyjrzeć.

– Niemożliwe – szepnęła do siebie. – Nie teraz, na wiosnę. 

Kot wstał, wygiął się w pałąk i zaczął prychać. 

– Spokojnie, tak, wiem. Uciekaj do chaty. 

Nie trzeba mu było dwa razy powtarzać – sierściuch oddalił się z zadziwiającą prędkością. 

Drogą zbliżał się demon. I to nie zwyczajny, przydomowy, lecz prawdziwy leśny skurwiał, z potężnymi rogami w spiralne wzory, pyskiem buhaja i grubymi sztywnymi palcami przypominającymi racice. Ciało miał ludzkie, wyprostowane, a grubość ud i ramion nie pozostawiała złudzeń co do jego siły. Zenko dawno takiego nie widziała. Poczuła się krucha, mała i stara. Zarzuciła sobie łopatę na ramię i podeszła bliżej drogi. 

– Czego? – zaczęła pierwsza, żeby chociaż tak zyskać przewagę. – To nie zimowe przesilenie, żebyś się błąkał niewzywany. 

– Właśnie! – ryknął demon z pretensją w chrapliwym głosie. – Idzie na wiosnę! 

Uderzył kopytem w ziemię. Rozszedł się zapach zgniłych ryb i czosnku, a przebiśniegi na skraju drogi zrobiły się żółte. 

– Musisz? – rzekła z wyrzutem Zenko, zastanawiając się, czy demony jedzą też ludzi i czy ten jest przed kolacją. 

– Moje ciało produkuje fosfor naturalnie, nie mam wpływu na zapachy i efekty uboczne – ryknął nieco ciszej potwór z otchłani. – Potrzebuję rady człowieka. 

– Człowieka?

– Tak. 

– I to mam być ja?

– Było najbliżej. 

– Nie udzielam rad obcym demonom. 

Urażony uderzył kopytem w ziemię i wypuścił kłąb pary z nozdrzy. Zaśmierdziało jeszcze bardziej. Zenko miała wrażenie, że zrobiło się ciemniej, a nabrzmiałe pączki liści na pobliskim krzaku zaczęły się kurczyć. 

– Nie jestem obcy! – wrzasnął demon i nieco poczerwieniał na pysku. – Nazywam się Zgniot! Jestem spod tego lasu! Teraz mnie znasz. Nie jestem obcy. 

– No tak, faktycznie. Jesteś głodny? – Wolała się upewnić, żeby mieć już wszystkie niepokoje z głowy. 

– Taaak! – zachrypiał i opadł na kolana. – Zjadłbym kota, jeśli można.

– Nie można! – odparła prędko, bo bardziej od gniewu demona bała się wściekłego sierściucha. – Szczur?

Przytaknął, więc wskazała mu stodołę. 

– Częstuj się. Przyjdź, jak się najesz, to pogadamy. 

Ruszył, niczym góra krocząca ku swemu przeznaczeniu. 

Zenko skierowała się do chaty.

– Skurwiał o tej porze, nie może być, one są jak niedźwiedzie, zasypiają na wiosnę, zbyt radośnie dla nich, zbyt jasno, coś go wybudziło może, albo pomieszało mu się w łepetynie, co on tu robi? Hm… – mruczała do siebie, krzątając się przy kuchni. 

Kot gdzieś się schował i najwyraźniej postanowił nie wychodzić. Mądry kot, pomyślała, nakładając sobie kaszę do miski i wtedy usłyszała pukanie do drzwi. 

– Nie wchodź mi do chaty, bo nie wywietrzę tego smrodu do jesieni! Idę już! – krzyknęła, rozglądając się za łyżką. 

– Ja nie taki znowu śmierdzący, kąpałem się onegdaj w jeziorku! – odkrzyknął głos zupełnie do demona niepasujący, słaby jakiś, wysuszony. 

Rzuciła się do drzwi z miską w ręku, zapominając o łyżce. Po drodze chwyciła pogrzebacz, tak na wszelki wypadek. 

Przed chatą stał staruszek. Chudy, o lasce, w czapce z długimi nausznikami. Niby wyglądał na zmęczonego i niegroźnego, jednak im dłużej Zenko się przyglądała, tym bardziej była pewna, że pogrzebacz będzie potrzebny. 

– Kiedy to jest “onegdaj”? – spytała zaczepnie. – I co tu robisz?

– No… – zastanowił się mężczyzna – …onegdaj, no, po przesileniu zimowym było na pewno, tego jestem pewien, ale lodu na jeziorku już nie było. Ja nie wiem, co tu robię. Potrzeba jakaś, czy co, cholercia…

Zenko przyglądała mu się. Coś było inaczej. Przesunięte. Niby stary był, chudy, ale jednocześnie nie był… 

Jakby czytał jej w myślach, starzec pochylił się bardziej, oparł na lasce i stęknął dla lepszego efektu. 

Czy on znika? Wyraźnie migotał, chwilami widać było ścieżkę za nim. 

– Ej, co to ma być?! Jesteś zjawą!

– Ja?! Skąd! – oburzył się. – Przecież mówię, że się kąpałem!

– Przecież widzę, że zanikasz!

– Mowy nie ma! Żywym niczym ryba w wodzie!

To go zdradziło. 

– Utopiec! Jesteś utopcem! Co tu robisz?! Mów, bo po ogień pójdę!

Obraził się. 

– Od razu utopiec! Ja nie z takich, co by się chcieli plątać po ziemi, gdy w wodzie przyjemniej. Gdybym był utopcem, to bym sobie siedział w szuwarach!

– No, to kim jesteś? Bo mi się cierpliwość kończy!

Mimo wieku i migotania staruszek niespodziewanie oblał się rumieńcem i mlasnął niezdecydowany.

– Zawsze to samo, nie wystarczy im to, co widzą, muszą się dopytać. Nimfą! Nimfą wodną jestem!

– Nimfą? – Zdumiona kobieta opuściła pogrzebacz. 

– Tak! Co w tym dziwnego? Czasem nimfy są rodzaju męskiego, nic nadzwyczajnego. 

– Nic?

– Nic! Mało nas, to prawda, ale też nie pokazujemy się zbyt często, bo i po co. Młodzieńcy nas nie interesują, świat ziemski też nie. A ja już jestem stary, to i zanikam. Istnieję coraz bardziej… potencjalnie. 

Zenko nie miała czasu dziwić się dalej, bo ze stodoły wyszedł demon, wyciągając spomiędzy zębów jakieś szczurze ogony. 

– Potrzymaj – powiedziała do staruszka, podając miskę z kaszą, a sama podeszła szybko do Zgniota. 

– Lubisz nimfy? – spytała cicho. 

Skurwiał znieruchomiał na moment.

Podejrzewając słusznie, że każda odpowiedź będzie zła, zdecydował się nie odpowiadać. 

– Ludzka rada? – spróbował przypomnieć gospodyni, po co tu przyszedł i znowu upadł na kolana. 

– Zaraz, chwila. Nie tkniesz ani nimfy – wskazała staruszka – ani mnie, ani kota. Czy to jasne?

Kiwnął głową, nieco zaskoczony, ale i zadowolony, że nie odpowiedział na poprzednie pytanie. Buchnął tylko parą z nozdrzy i czekał. 

– Wstawaj, co ty taki upadły? Siadaj tu, pod ścianą, a my na ławie, słonko przygrzewa, to będzie nam ciepło. A ty, oddawaj moją kaszę. No proszę, pół zżarłeś, a ty ponoć potencjalny jesteś…

– Pożywienie trzyma mnie na tym świecie, to jak kotwica…

– Jak co? Nieważne. To jest Zgniot, ja jestem Zenko, a ty?

Staruszek, nieco oszołomiony widokiem demona, zamigotał nerwowo. 

– Leszcz z Górnego.

– Z górnego czego?

– No, z Górnego i już. 

Zapadła cisza. Zenko westchnęła. 

– Dobra, nieważne. Do mnie w odwiedziny się nie przychodzi, a już na pewno nie parami. To nie jest normalne. Co się tu dzieje? Tylko prawdę mówić, bo oszustwo poznam i w dżdżownicę zamienię!

– Ja ich wezwałem na ten świat. 

Pojawił się pod słońce, więc nie zobaczyła go od razu. Teraz jednak podszedł bliżej. 

– No proszę, jeszcze mi tu wampira brakowało! To się w głowie nie mieści! Muszę sobie chyba wyszukać inną chatę, której nikt nie znajdzie. Wyciągałeś demona z otchłani i nimfę z głębin, żeby przysłać ich tu? Nie mogłeś się umówić w karczmie?!

Zenko nie czuła się dobrze między krwiopijcą i wszystkożercą. Jedynie Leszcz jej nie przerażał, choć zdawała sobie sprawę, że nimfy milutkie nie są. Dzierżyła pogrzebacz niczym miecz i pilnowała, by całe przerażenie zmieniało się w złość. 

Wampir wprawdzie trzymał twarz w cieniu, okryty szczelnie peleryną z kapturem, ale odezwał się dość łagodnym głosem. 

– Ależ musiałem tutaj, pani, bo potrzebuję również wiedźmy. 

– Do czego? 

– Do odszukania i zdobycia informacji.

Cała trójka zaskoczona wpatrywała się w cień pod peleryną.

– Wybudziłeś skurwiała dla jakiejś wiadomości? – nie dowierzała Zenko. 

– To nie „jakaś” wiadomość. 

– A jaka?

– Niezwykła, oczywiście. – Wampir skłonił się z gracją królewicza.

– Oczywiście – przytaknęła Zenko, z przekąsem myśląc o nastoletnich marzycielach. – Ile masz lat?

– Trzysta sześć.

– Ach, no tak, wampir. Dieta?

– Żadnych istot myślących, pani – odparł i znowu się ukłonił.

– Koty? 

– Mogę się powstrzymać na czas wyprawy. 

– Jakiej wyprawy?! – wykrzyknęli razem Leszcz i Zenko. 

Zgniot buchnął parą. Właśnie otrzymywał odpowiedzi na niewypowiedziane pytania. Jak miło. 

– Naszej, oczywiście. – Wampir skłonił się ponownie. 

– Oczywiście, świetnie – zdenerwowała się Zenko. – Jeden upadły, drugi kłaniający, trzeci migocząco-potencjalny. Dlaczego mielibyśmy szukać informacji dla…

– Ghalant, pani, i zapewniam cię, że większość poszukiwań będzie równie potencjalna, jak nasz przyjaciel z bagien. 

– Ty mi się tu przyjacielem nie zasłaniaj, tylko gadaj, o co ci chodzi.

Ghalant milczał chwilę. 

– A mógłbym nieco kaszy, skoro kot odpada? 

Dała mu miskę bez słowa, a pogrzebaczem wskazała ziemię. Usiadł posłusznie pod chatą i udało mu się to zrobić niezwykle elegancko. 

– Królestwo, w którym zamieszkuję obecnie – zaczął wyjaśniać, widząc, że Zenko chwyta osinowe patyki, które stały pod ścianą przygotowane pod fasolę – Zapadło w dziwny sen. Nie przeszkadzałoby mi to, gdyby nie fakt, że jako dobrze wychowany wampir, nie jadam niczego, co nie jest w stanie uciekać i się bronić. A tam, że tak powiem, wszystko śpi. 

– Poczekaj, aż się obudzą – burknęła zniecierpliwiona kobieta. 

– Czekałem ze sto lat, ale mi się znudziło, a nie chcę się przeprowadzać. Miła krypta, dobre sąsiedztwo…

– Sto lat? – przerwała mu zdumiona. 

– Coś koło tego. W każdym razie… pewnego dnia w krzaku głogu, nieopodal zamku, znalazłem gadającego kruka, który powiedział mi, gdzie znajdę rozwiązanie problemu…

– A on nie spał? – spytał zaciekawiony staruszek. 

– No, właśnie nie. Ja wprawdzie też nie, ale mnie nie można zaliczać do żywych, tak oficjalnie. 

– Może to był ptak-wampir?

– Nie sądzę. 

– I co ten kruk powiedział?

Ghalant nieco się zmieszał, ale w końcu zebrał się w sobie i rzekł:

– Weź nimfę, co nie kona, z otchłani weź demona, weź jedną wiedźmę z kotem, znajdź drogę z dymnym płotem, znajdź dzień, co równy nocy i myśl, co mknie jak z procy…

– Gdzie jest ten ptak? Muszę z nim poważnie porozmawiać!

– Wyssałem go i zjadłem. Zaczął mnie dziobać jak szalony, a byłem już bardzo głodny. 

Zapadła cisza.

– Byłem naprawdę głodny, a on jedyny nie spał. 

Wtedy odezwał się Zgniot.

– Śpią, czy utknęli?

Wampir odchylił nieco kaptur, żeby przyjrzeć się demonowi. Przystojna, blada twarz wydała się Zenko bardzo młoda. 

– Co masz na myśli?

– Jeśli śpią, to już umarli, człowiek tyle nie żyje. 

– Nie, nie – zaprzeczył Ghalant. – W zamku i wioskach jakby kto czar rzucił, nie ruszają się, ale wciąż tacy sami. Nie starzeją się. Zaglądam tam co parę lat. 

Gdyby nie był wampirem, Zenko pomyślałaby, że się zarumienił. 

– Czyli utknęli. Czas – mruknął demon, ziewnąwszy. 

– Co?

– Zatrzymany. 

– Równonoc za dwa dni – wtrąciła Zenko. – Czasu to masz mało. 

– Zatrzymany czas – upierał się Zgniot. – A ty potrzebujesz informacji, jak go ruszyć. 

– I zjadłeś ptaka, zanim dał ci wszystkie wskazówki – dodał Leszcz i zachichotał. – Zjadłeś mapę do skarbu! 

– Przecież dał mi wskazówki! – zaprotestował Ghalant. 

– Połowę. Ale połowa mapy to zawsze coś. Dymny płot… – zamyśliła się Zenko. – Pewnie chodzi o krainę po drugiej stronie dymu. 

– Jest taka kraina?

– Jest. Trzeba rozpalić ognie. 

 

Poczekali do zmroku, ale zanim się ściemniło, ułożyli cztery małe ogniska, w równych odstępach, ze sporym zapasem drewna przy każdym. Zjedli resztę kaszy, dzieląc się sprawiedliwie, a demon zmniejszył populację myszy w stodole. 

Przed zmrokiem z chaty wypełzł kot, prychając i miaucząc na przemian. Jego ruda sierść pozostała nastroszona w pobliżu istot, które uważał za zagrożenie. Rozumiał, że Zenko tym razem daje im jedzenie nie po to, by ich potem zjeść. A ponieważ koty uwielbiają krainy po drugiej stronie czegokolwiek, sierściuch postanowił ruszyć z nimi. 

– Pamiętajcie, po drugiej stronie mamy tyle czasu, ile dymu. Dalej – nie mam pojęcia, co… Jak pomyślę, że to wszystko tylko po to, by wampir się nie wyprowadził z królestwa, to zaczynam…

– Pani, nie wiesz może jeszcze, co oznacza dla mojego gatunku dług wdzięczności, a też zapewniam cię, że nie tylko o wyprowadzkę chodzi… czy też jej zaniechanie…

– Plączesz się, Ghalancie, bardziej niż warto, ciekawam prawdziwych powodów, ale czas nagli, zmierzcha się, rozpalamy!

Zabrali się do pracy, każdy po swojemu, a wiedźma zadbała, by dymu było tyle, że łzy z oczu wyciskał i dech zapierał. Pozostałe drewno ułożyła niczym ścieżki odchodzące od ognisk, tak, by stopniowo zajmowało się ogniem. Rozsypała zioła, które zapachniały w zimnym powietrzu. 

– Ustawcie się za mną, jeden za drugim. Gdy ruszę, będziecie zawsze o jeden krok z tyłu, ni mniej, ni więcej. Sierściuch, ty na końcu. Pilnuj ich. 

Kot prychnął, w nadziei, że zrozumieją jego brak zainteresowania pilnowaniem kogokolwiek, ale wtedy Zenko obdarzyła go spojrzeniem. Wystarczyło. Naburmuszony, stanął z tyłu. 

Wiedźma długo wpatrywała się w dym, łzy rozmazywały widok, dusiło w płucach, ale nie rezygnowała. W końcu zobaczyła. Majaczący w dymie kształt chaty. Innej, wyższej i z dziurą w dachu. To tu, pomyślała. Zrobiła krok do przodu, dwa ogniska z lewej, dwa z prawej. Jeden krok dla niej. Drugi dla demona, trzeci dla nimfy, czwarty dla wampira i piąty dla kota. Dopiero wtedy się odwróciła. Byli wszyscy, załzawieni, kaszlący, prócz demona, bo ten był przyzwyczajony do oparów różnego pochodzenia. 

Rozglądali się chwilę, zaciekawieni, bo niby było zwyczajnie, a jednak nie. Kolory nieco mocniejsze, zapachy intensywne, powietrze gęste. Chata i las, i droga, wszystko było… bardziej. 

– Jesteśmy, Ghalancie, po drugiej stronie. Teraz prowadź, bo twoja potrzeba musi nas prowadzić, skoro brak nam innych wskazówek. A działaj szybko, bo nie możemy tu zbyt długo przebywać. 

– Wampir będzie naszą mapą? – nie dowierzał Zgniot. 

– Można tak powiedzieć. Serce wskaże drogę. 

– Serce? – zdziwił się Leszcz. 

– Ano, serce – odpowiedziała Zenko, popatrując na Ghalanta, który mienił się na twarzy, niczym rosa o jutrzence. 

– Niech i tak będzie – huknął demon. – Ruszaj, krwiopijco!

Chciał zaprzeczyć, chciał wyjaśniać, ale w końcu dał spokój i faktycznie ruszył. Minął chatę z dziurawym dachem i skręcił do lasu. Wąska ścieżka prowadziła na niewielkie wzgórze porosłe starożytnymi dębami. Światło, którym emanowały liście drzew, nieco przygaszone i chłodne, sprawiało, że mimo zmroku widzieli dobrze, dokąd idą. A szli pomiędzy dęby, tam, gdzie stał największy i najstarszy z nich, z pokrzywionymi konarami, z poskręcanym pniem, pobrużdżonym przez czas i wiatr. 

Gdy już byli blisko, Leszcz potknął się o korzeń, zamachał bezradnie rękoma i złapał wampira za ramię, żeby się ratować przed upadkiem. 

– Uważaj, niezdaro! – krzyknął Ghalant, odpychając nimfę i chwytając się za rękę.

– Wampir, którego coś boli? – zdziwiła się Zenko. – Gdzie twoje maniery, dobrze wychowana istoto?

– W otchłani! – ryknął demon i parsknął niczym koń. – W otchłani bólu. 

– Pokaż! – zażądała wiedźma. – Ale już!

Kot zjeżył sierść i syknął ostrzegawczo. 

– Cicho, wiem – odpowiedziała mu kobieta. – Przecież on nie krwawi. 

Wampir podwinął rękaw do łokcia. 

– Kruk mnie podziobał. Mówiłem już. 

Przyjrzała się. 

– Dziwne. 

Wszyscy pochylili się z zainteresowaniem nad odsłoniętą ręką Ghalanta, łącznie z nim samym. 

– Co?

– Wampiry, jak się skaleczą, to tak wyglądają? Tak… srebrzyście? – spytał nimfa. 

– Nie chodzi mi o skaleczenia – odpowiedziała Zenko. – A właściwie chodzi. Z całym szacunkiem dla ciebie i kruka – zwróciła się do wampira. – Ptaszysko najwyraźniej wydziobało ci mapę. 

Spojrzeli jeszcze raz. 

– Ale mapę czego? – chciał wiedzieć skurwiał. 

– Jak on to zrobił? Ten kruk. Przecież dziobem tak się nie da…

– I to mówi nimfa na skraju żywota wynurzająca się z bagna, by szukać nie wiadomo czego?

Leszcz zamilkł, za to demon huknął:

– Mapę czego?!

Przyjrzeli się.

– To korytarze – mruknęła wiedźma bardziej do siebie, niż do innych. – Serce Ghalanta poprowadziło nas tutaj. Zgniocie, czy ciągnie cię pod ziemię?

– Zawsze ciągnie mnie pod ziemię! – zadudnił demon.

– Ale może gdzieś bardziej? Wiesz, w krainie po drugiej stronie dymu wszystko jest bardziej wyczulone na… no, sama nie wiem, na co… – Zastanawiała się przez chwilę. – Na emocje, pragnienia. Jeśli woła cię jakiś korytarz może, albo jaskinia, bardziej niż inne…

Plątała się coraz bardziej, ale skurwiał słuchał uważnie. Skupił się, wypuszczając kłąb pary z nozdrzy. 

– Tak. 

– Tak? – zdziwiła się Zenko.

– Korytarz. Pod prastarym dębem. Prowadzi do dużego budynku. 

– Pięknie. Idziemy! Zgniot prowadzi. Kot na końcu – zarządziła prędko, chwytając Leszcza za ramię, bo coś za bardzo migotał. – Potrzebujesz kaszy? – zapytała cicho. 

– Ja? Nie, skąd!

– Zanikasz!

– Skąd! Jestem całkowicie tu! – kłamał bezczelnie, lecz nieskutecznie. 

Przyjrzała mu się uważnie. Wyraźnie prześwitywał. Nie skomentowała jednak, bo doszli do dębu, a wśród jego korzeni czerniła się dziura w ziemi. 

– Chyba sobie żartujecie! Ja tam nie wchodzę! – oburzył się nimfa. – To jakaś jama lisa, a nie korytarz. 

– Jest korytarz – upierał się demon. 

I żeby udowodnić swoją rację, zaczął się wpychać w otwór, stękając przy tym nieco. 

– No, przynajmniej, jeśli on przejdzie, to my też. Jest przecież największy – mruknęła wiedźma. 

Kot zaprotestował słabo i bez dużych nadziei – znał swoją towarzyszkę, a Zgniot, gdy tylko zniknął w dziurze, huknął, żeby schodzić. 

Niechętnie, niektórzy z lekkim obrzydzeniem, zaczęli się przeciskać przez otwór. Kot wskoczył pierwszy, chcąc mieć to za sobą, a Zenko ostatnia, pilnując Leszcza w jego  epizodach zanikania. 

Pod niewielką dziurą znajdował się całkiem obrzerny korytarz, wyłożony cegłą, jak  główny trakt królewski. Całkiem szeroki i całkiem ciemny. 

– Może i wampiry widzą dobrze w nocy, ale ludzie nie – powiedziała na głos wiedźma, do nikogo w szczególności, ale wyraźnie oczekując rozwiązania problemu.

Mały ognik zajaśniał na kciuku Zgniota, a potem powiększył się nieco, aż na ścianach zadrżały cienie.

– Skurwiały mogą poświecić – oznajmił dumnie, a echo poniosło jego mocny głos w mroczną dal. 

– Dobra, dzięki – powiedziała Zenko cicho. – A teraz wszyscy mówimy szeptem. Nie chcemy, by ktokolwiek dowiedział się, że tu jesteśmy, wcześniej, niż my dowiemy się, że jest tu ktokolwiek. 

Pokiwali głowami, wszyscy oprócz kota, który patrzył na Zenko z niedowierzaniem. Po pierwsze, mleko już się rozlało, bo demon huknął z dumą, jak to on, a po drugie wiadomo, że za skrzyżowaniem i drugim zakrętem ktoś siedzi w dziwnej komnacie. Czy wiedźma tego nie czuje? Miauknął cicho, ostrzegawczo. 

Zenko spojrzała na sierściucha i pokręciła głową. 

Obraził się i usiadł tyłem. 

– Pokaż mapę, gnębicielu istot pragnących spokoju – westchnęła kobieta. 

Ghalant wyciągnął rękę do światła.

– Jesteśmy tu. – Leszcz wskazał kropkę pod krzywym wizerunkiem drzewa. – I idziemy tam. 

Jego palec wyraźnie prześwitywał. Zenko nie mogła na to patrzeć. 

– Masz, to lukrecja, ssij sobie, to cię nieco ukorzeni w rzeczywistości. Nie chcę słyszeć ani słowa – wyszeptała, widząc, że chce protestować.

– Chyba masz rację – syknął cicho wampir. – Ciągnie mnie tam. 

– Mnie też – odezwał się demon i od razu zakrył pysk dłońmi. 

Jego szept był jak daleka zapowiedź burzy, niby cichy, ale niosący się w powietrzu daleko. 

– Chodźmy, zanim wszyscy usłyszą, że tu jesteśmy – mruknęła Zenko i ruszyli.

Przecież już za późno, pomyślał obrażony kot i niechętnie poszedł za resztą. 

Na skrzyżowaniu skręcili tam, gdzie trzeba, czyli ku zagrożeniu czającemu się w dziwnej komnacie. Za drugim zakrętem widać już było olbrzymie drzwi z prawej strony i nikłe światło przesączające się pod nimi. 

– Mamy tam wejść? – zapytał Ghalant.

– Według mapy tak. Tam jest jakieś ogromne pomieszczenie i dalej znowu korytarz. 

– Ale tam jest jasno. – Leszcz wskazał szparę w drzwiach. – Poza tym czuję wilgoć. Dużo wilgoci. Ciągnie mnie tam, jak nimfę żeńską ku ludzkim młodzieńcom. 

– To zobaczmy tę wilgoć – stęknął Zgniot, pchając wielkie drzwi do środka, czym uciął wszelkie obawy i wątpliwości. 

Przed nimi jaśniała bielą sala niczym z pałacu. Wysokie sklepienie podpierały po bokach smukłe, rzeźbione w liście winogron kolumny, które u podstawy rozszerzały się w grube korzenie. Ściany pokryte były płaskorzeźbami, na których pikantne sceny rodzajowe z życia ryb okolone były tymi samymi winoroślami, które dekorowały kolumny. A wszystko to lśniło i skrzyło się blaskiem od światła z usytuowanego na środku niewielkiego postumentu. A zaraz za nim zaczynał się mrok. 

– Dlaczego nie ma tam ściany?! – huknął Zgniot.

To tyle, jeśli chodzi o ciszę. Tym razem swoje dołożyło jeszcze echo. 

– Bo tam jest jezioro. Ogromne – odpowiedział Leszcz, tęsknie wpatrując się przed siebie. – A w nim…

Nie skończył. Jak na staruszka, bardzo zwinnie przebiegł koło postumentu i skoczywszy do przodu, zniknął w czarnej wodzie jeziora. Przez chwilę cisza wypełniała komnatę.

Skurwiał wielkim krowim językiem polizał najbliższą kolumnę.

– Słona! – zadudnił.

– To sól – zdziwiła się Zenko.

– Fuj, to jest słone! – Leszcz wyskoczył z wody jak oparzony i wypluł na podłogę parę sardynek. 

Kot cierpliwie czekał, nie dowierzając głupocie istot, które wciąż nie widzą zagrożenia. 

– Co jest źródłem tego światła? – zainteresował się Ghalant. 

– Wygląda jak świeca, tylko jakby mocniej świeci. Patrzcie, płomień się nie rusza. 

No, dalej, pomyślał kot i zjadłszy ze smakiem sardynki, oblizał pyszczek. 

– Zupełnie, jak w moim królestwie. Czas tu się zatrzymał!

– Ale tylko dla świecy, bo my się ruszamy. I sardynki się ruszały – zauważył Leszcz, plując i kaszląc. – Nie cierpię słonej wody! A to jezioro jest tak obrzydliwie zasolone, że właściwie się nie zanurzyłem.

– A korytarz jest po drugiej stronie jeziora – zauważyła Zenko. – Leszczu, czy tu jest głęboko?

– Bardzo. Ale nie utoniesz, bo woda za słona. Pfuu! Położysz się na wodzie, na brzuchu, ręce i nogi szeroko, żeby cię nie obróciło, głowa nad powierzchnią, to popłyniesz. Mogę się przemóc i pomóc – zakończył.

Woda ściekała z niego kroplami.

– O, Leszczu, ty świecisz! To srebrzysta sól! Ta świeca też ją w sobie ma, ten blask, iskrzenie, to stara kopalnia. A jeśli to stara kopalnia, a to jest komnata w jej sercu…

No, dalej, myślał leniwie kot, przecież wiesz, moja wiedźmo.

– Tu mieszka Odnowiciel! Zbieramy się stąd!

Ale było za późno. Usłyszeli szmer strumyka, potem cichy trzask płomienia, który poruszył się i zamigotał.

– Czas ruszył – zauważył Ghalant z zainteresowaniem. 

Najpierw poczuli lekki powiew. Zapachniało miętą i wkrótce woń przyćmiła nawet siarkowo-czosnkowy odór demona.

– Na wodę i do przeciwnego brzegu!

Demony nie cierpią wody, więc Zgniot wszedł ostatni, ze zgrozą w oczach. Kot poczekał, aż Zenko położy się na wodzie jak rozgwiazda i wskoczył na jej plecy. Nie miał zamiaru się moczyć. 

Ruszyli w mrok jeziora, a Leszcz popychał i ciągnął, krążąc wokół jak węgorz. Wtedy z boku, tam gdzie najciemniej, z wody wynurzył się kształt. Dziwnie poskręcany, niczym stara wierzba, co nagle ożyła i postanowiła, że wszystkie jej gałęzie i korzenie posłużą do poruszania się. Nie miał góry ni dołu, przodu czy tyłu, nieustannie obracał się w lekkim zanurzeniu. Wierzbokula skrzącej się mocy wielkości dwóch Zgniotów. 

– Machać szybciej! – krzyknął nimfa.

Do drugiego brzegu był jeszcze kawałek.

 – Leszczu, słyszysz ten strumień?

– Tak. To źródło. Bije w tym korytarzu, do którego płyniemy. Stąd czuję, że to słodka woda. Machaj szybciej! – poganiał. 

– Zostaw nas i leć tam! Potrzebujemy słodkiej wody jako daru dla Odnowiciela! Zgniocie, czy potrafisz wykrzesać z siebie więcej ognia?

– Skurwiały potrafią – huknął, chlapiąc naokoło panicznie wszystkimi kończynami. 

– Odwróć się i zrób jak największy ogień nad wodą, żeby spowolnić pradawną istotę. Nie rób jej krzywdy, tego ci nie wolno. Raczej taką ścianę płomieni, żebyśmy dopłynęli do brzegu!

Kiwnął głową i odwrócił się bokiem. Zenko złapała go za kopyto i zaczęła ciągnąć w stronę brzegu, a on poczerwieniał na pysku i gruchnął ogniem. Ogromna wierzbokula zwolniła, a odrzut sprawił, że wiedźma i Zgniot przyspieszyli i wkrótce byli przy samym brzegu, gdzie z wody wynurzał się wybrukowany korytarz. 

Niestety, Ghalant płynął z tyłu, nieco z lewej strony i został mu jeszcze niewielki kawałek. I tego kawałka zabrakło, by uciec przed Odnowicielem. Gałązki – kończyny złapały go w poskręcane na różne strony odnogi, zaplątały się wokół ciała i głowy, unieruchomiły nogi i ręce. 

– Puszczaj, przecież jestem niejadalny! – wrzasnął wampir. 

– Nie walcz! – krzyknęła Zenko, wyłażąc na korytarz, byle dalej od wody. – Siedź nieruchomo! Leszcz!

– Lecę! – odezwał się nimfa z głębi korytarza. – Źródło było trochę dalej! Ale już jestem.

– Co to jest?! – krzyknęła Zenko. 

– No, a jak miałem przynieść wody? Tylko portki mam nieprzemakalne! Nie gap się tak na mój tyłek! Za stary jestem na takie przygody!

Wiedźma pomyślała, że już nigdy nie zapomni tego widoku, ale poradzić na to nic nie mogła. Na szczęście z przodu wypełnione wodą spodnie zasłaniały, co trzeba. 

– Dawaj te portki, ostrożnie, nie wylej, idziemy do Odnowiciela, bo nam Ghalanta nie chce puścić. 

Kot świetnie się bawił. Obserwował spokojnie, jak cała trójka ostrożnie wchodzi po kolana w wodę i wyciąga napełnione portki ku gałązkom i korzeniom pradawnej istoty. A gdy najcieńsze witki zanurzyły końcówki w świeżej wodzie, cała istota rozkurczyła się na wszystkie strony, podwajając rozmiary i puszczając Ghalanta z objęć. Chciwie zanurzyła w portkach tyle końcówek, ile pomieściły. Wampir tymczasem dotarł do brzegu i usiadł wyczerpany pod ścianą. 

– Woda się w gaciach kończy, co teraz?

– Wycofujemy się pomału i spokojnie.

Starali się bardzo, lecz Odnowicielowi i tak nie spodobało się, że przysmak ucieka. Gałązki i korzenie zaczęły obłapiać kostki i kopyta.

– Zgniot, trochę ognia, nic strasznego, tak tylko ku przestrodze. Uważaj, żeby nie zranić ani jednego listka. 

Zgniot buchnął najpierw parą z pyska, jako że nie był specjalistą od misternej roboty i nie wiedział, jak precyzyjnie dobrać siłę płomienia. W końcu strzelił ogniem w portki Leszcza, uznawszy ten cel za najbezpieczniejszy dla istoty i wszystkich pozostałych. 

– No, wiesz! – oburzył się nimfa, gdy już wycofali się bezpiecznie w głąb korytarza. 

– Tylko osmalone – huknął zadowolony demon. 

Odnowiciel kurczył się z powrotem w poskręcany kłąb. Zapach mięty nasilił się, gdy nagle z wnętrza  istoty wystrzelił zielony pocisk i trafił Ghalanta prosto między oczy. Wampir wrzasnął i osunął się bezwładnie, a Odnowiciel cicho odtoczył się w mrok jeziora.

– Nic mu nie będzie – stwierdziła po chwili Zenko. – Dostał między oczy, ale skóra nie naruszona. Pewnie zaraz się obudzi. 

– Ja idę się opłukać w źródełku z całej tej soli srebrzystej – oznajmił Leszcz, a pozostali poszli za jego przykładem. 

Woda była niezwykle orzeźwiająca. Znikał zapach mięty. Wkrótce daleka świeca na drugim brzegu znieruchomiała, a źródełko przestało płynąć.

– Koniec. Odnowiciel zatrzymał czas. Dobrze, że pozwolił nam odejść, bo mógł nas też zatrzymać. O, Ghalant się obudził. – Zenko ruszyła ku wampirowi. 

Otworzył oczy i zezował uparcie ku zielonej plamie u nasady nosa.

– Co ja tam mam?

– Znak od boga – odparła Zenko. – Żeby więcej nie pakować się w głupie wyprawy i nie angażować innych. 

Wampir zezował.

– Przestań, bo tak ci zostanie i będziesz przystojnym wampirem z zezem. 

– Przystojnym? – Ghalant spojrzał normalnym wzrokiem. 

– Och, nie wyobrażaj sobie zbyt wiele. Idziemy. Trzeba wracać, bo ogniska dogasają. A bez nich trudniej wrócić do naszej krainy. 

– O ile trudniej? – spytał Leszcz.

– Wcale się nie da.

Ruszyli korytarzem, jakby ich kto gonił. I tylko zapach mięty unosił się jeszcze chwilę w powietrzu. Demon biegł, a wampir pilnował kierunku. Na szczęście wyjście było niedaleko. Korytarz prowadził prosto do piwnicy budynku, który okazał się niewielką twierdzą. W oddali zobaczyli srebrzystą poświatę dębów. Ruszyli bez zwłoki. 

– Wiesz, boli mnie między oczami, ale też jakby coś przewiercało mi się do środka – odezwał się cicho wampir do Zenko. 

Spojrzała na niego. Wciąż od czasu do czasu skupiał wzrok na nasadzie nosa. 

– Dary Odnowicieli są tajemnicze, ale rzadko robią prawdziwą krzywdę. Te istoty żyją poza czasem i niosą zmianę. Sam zobaczysz, jaką. Musisz tylko poczekać. 

Wkrótce znaleźli znajomą ścianę dymu, całkiem jeszcze pokaźną, a wiedźma przeprowadziła ich na drugą stronę. 

Kot od razu pomknął do chaty. Zenko ugotowała dla wszystkich kaszę, a demon poczłapał do stodoły. 

– Równonoc jutro – rzuciła Zenko. 

Ghalant zezował na zieloną kropkę.

– Ona do mnie mówi.

– Kto?

– Plama. 

– Co?!

– Wciska mi się do mózgu!

– Pozwól jej!

– Jak to?! – zaprotestował wampir.

– Pozwól! To zmiana! Pamiętasz? „Myśl, co jak z procy leci”. To jest ta myśl, ona cię uderzyła, informacja dla ciebie! Wpuść ją!

– Nie mogę!

Wtedy Leszcz, do tej pory spokojnie jedzący kaszę, wstał, podszedł do Ghalanta i pocałował go w usta. Bardzo długo. Po czym usiadł z powrotem. 

– Biegasz bez spodni, całujesz wampiry. To u was normalne? – spytała Zenko. 

– No, co? Tylko pomagam. Nimfy kłamią, bałamucą, ale też otwierają umysły swych ofiar, żeby łatwiej omamić młodzieńców. I zaciągnąć w głębinę. Ja jestem samcem, ale też umiem. Teraz Ghalant odczyta informację. Zobacz sama. 

Spojrzała. Ghalant wyglądał, jakby zapadł się w sobie. Oczy wywróciły się białkami na wierzch, usta rozchyliły i wypadło z nich nieco jedzenia. 

Obudził się dopiero w równonoc po południu. Nie odezwał się, tylko wstał i kiwnął głową, żeby iść za nim. Zerwali się wszyscy i poszli. Demon ziewając, nimfa migocząc, wiedźma tkając po cichu czar ochrony. Kot poszedł dla zabawy. A tak naprawdę to wszyscy byli ciekawi. 

Królestwo było niedaleko, sam zamek też. Zenko zdziwiła się jednak, gdy skręcili do zamkowej kuchni. 

– Nie na wieżę do księżniczki? – mruknęła.

– Jakiej księżniczki? – zapytał Leszcz.

– Ach, nieważne!

W kuchni wszyscy tkwili w dziwnych pozach, kucharze, słudzy, pomocnicy, jak to zwykle w takim miejscu. Ghalant podszedł do siedzącej przy oknie dziewczyny, zapatrzonej przed siebie. 

– Czekał na nią sto lat – szepnęła wzruszona Zenko do Zgniota. 

Demon wypuścił nieco pary z pyska.

Wampir delikatnie ujął dłoń dziewczyny i skierował jej palec ku zielonej powierzchni pocisku Odnowiciela. Plama poruszyła się i opuściwszy czoło wampira, otuliła palec. Dziewczyna westchnęła lekko. Jej pierś uniosła się.

Oczy zamrugały.

Usta poruszyły.

Spojrzenie skupiło.

Na Ghalancie. 

Wrzask był przejmujący do szpiku kości. Piskliwy i wibrujący. Przerażenie na twarzy niewiasty mówiło więcej niż słowa. 

Dookoła budzili się pomału mieszkańcy zamku. Ponaglani wrzaskiem.

– Lepiej uciekajmy, co? – zasugerował Leszcz nieśmiało. 

Wampir mrugał zaskoczony, bo dziewczyna wciąż krzyczała, wskazując oskarżycielsko bladą twarz Ghalanta, która srebrzyła się od kopalnianej soli. Ghalant cały się mienił. Ostatnie promienie słońca, wpadające przez okno oświetlały pomarańczowym blaskiem oblicze wampira, który przypominał bóstwo. 

– Tak, idziemy stąd. Nie chcę, żeby mnie tu ktoś potem kojarzył. – Zenko złapała chłopaka za rękę i pociągnęła za sobą. 

Demon już czekał na nich za zewnątrz. 

Uciekli tak szybko, jak się dało, bo całe królestwo budziło się z letargu. Zakurzone kury zaczynały gdakać, psy szczekać, wróble zesztywniałe spadały z drzew. 

Zatrzymali się dopiero na rozstajach, pod bukiem. 

– Trochę nie wyszło, co? – zapytała Zenko ze współczuciem. – Może wrócisz za jakiś czas, gdy się nieco uspokoi. Musisz się umyć, wiesz, dziewczyny nie lubią, jak ktoś świeci. 

– Nie chcę o tym mówić! Wracam do krypty! Na jakiś rok! – Wściekły młodzieniec złapał w locie jakiegoś ospałego jeszcze szpaka i wyssał do sucha.

Patrzyli zafascynowani, lecz nikt nie skomentował. Zenko pomyślała, że Ghalant będzie miał przynajmniej co jeść, gdy już wyjdzie z krypty. 

W końcu demon huknął:

– Tak, no to ja wracam do otchłani! Muszę się wyspać! Nie budzić mnie przed jesienią z byle powodu!

– A ja do Górnego! Muszę się wymoczyć!

Wiedźma popatrzyła na nich. No cóż, może i obudzili całe królestwo, ale pożytku z tego żadnego. Co najwyżej wdzięczność wampira, o której co nieco słyszała. 

Czas wracać do roboty, pole samo się nie skopie. 

Ale najpierw pożegnanie i mały czar zapomnienia w prezencie. Nie chciała, by pamiętali, gdzie mieszka. 

– To zapraszam na kaszę i myszy. Dobrze zjeść przed drogą. 

Poszli za nią. Śpiący, nadąsani i potencjalni. 

A za nimi rozbawiony rudy kot.

 

Koniec

Komentarze

 

Przybyłam, zobaczyłam, pozdrowiłam,

ślad swój zostawiłam,

uważnie przeczytałam,

za udział podziękowałam;

bruce :)

Pecunia non olet

Hej, 

 

No, kot i Nimf byli najlepsi – ale cała ekipa mi spodobała :) Latasz bez spodni i całujesz wampiry? Całkiem dobre :) A najbardziej podoba mi się końcówka bo jest taka, no taka… Życiowa :) napracowali się, a i tak nikt tego nie docenił. A,no i walka ze stworem czy raczej potyczka. Bardzo zgrabnie zostały wykorzystane wszystkie umiejętności bohaterów, a sama istota ciekawie opisana. No co tu dużo gadać, bawiłem się wyśmienicie, a jutro na obiad zrobię kaszę;). Klikam i pozdrawiam :) 

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Popieram moich przedpostowców z całą siłą.

(po pierwszej kawie)

Gdybym był Kmicicem, też bym spalił Wołmontowicze

Anonim serdecznie wita bruce i też pozdrawia! Bardzo się cieszy, że Bardowi się podobało, zwłaszcza, że anonim nie był pewien, jak takie zakończenie się przyjmie! Anonim jest wdzięczny za klika i życzy smacznej kaszy! :) A Dalekopatrzący tak daleko patrzył, że zobaczył przedpostowców i ich poparł! Dzięki wielkie! Za odwiedziny i komentarze! Za miłe słowa! Dla Was wszystkich! 

Pozdrawiam!

heart

Pecunia non olet

Melduję, że przeczytałam.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Moje uszanowanie!

 

Ściany pokryte były płaskorzeźbami, na których pikantne sceny rodzajowe z życia ryb okolone były tymi samymi winoroślami, co kolumny.

 

 

Bardzo przyjemne opowiadanie, urzekł mnie humor, oraz nieszablonowa akcja i zachowana oraz więzi bohaterów, które przeciwstawiają się utartym w popkulturze schematom przypisanym do ich gatunków. Zgodzę się również przy tym aspekcie z Bardemjaskrem.

Bardzo zgrabnie zostały wykorzystane wszystkie umiejętności bohaterów (…)

Opowieść poprowadzona dobrze, płynnie, a opisy nie przynudzają i oddają klimat miejsc i postaci. Zakończenie prozaiczne, świetnie kontrastuje z baśniowym anturażem. Szkoda tylko, że po tym wszystkim nasi bohaterowie nie będą mogli spotkać się i powspominać. No, ale cóż, reguły bezpieczeństwa wiedźmowej chatki.

 

Pozdrawiam serdecznie!

 

Kwestia wizji. CHRZANIĆ MATERIĘ, IDEA - TO JEST FIRMA!!!

Witam jury różnej maści! Tarnina, śniąca, cremedelacreme!

Bartkowski.robert, dzięki za odwiedziny i miły komentarz! Cieszę się, że sceny z życia ryb zwróciły uwagę – wyobraźnia pracuje, co nie? :D 

No, niestety, wiedźma nie może pozwolić sobie na istoty, które wpadają do niej, jak do baru szybkiej obsługi, coś za coś. Przynajmniej ona będzie pamiętać… :D

Super, że się podobało! :)

Pozdrawiam serdecznie! :)

dzięki za odwiedziny i miły komentarz!

Nie ma za co!

 

Cieszę się, że sceny z życia ryb zwróciły uwagę – wyobraźnia pracuje, co nie? :D 

Oj tak, bardzo wizjogenna wstawka:))

 

No, niestety, wiedźma nie może pozwolić sobie na istoty, które wpadają do niej, jak do baru szybkiej obsługi, coś za coś.

Wiem wiem, ale nadal przykro…

 

Również pozdrawiam!

Kwestia wizji. CHRZANIĆ MATERIĘ, IDEA - TO JEST FIRMA!!!

Sympatyczna opowieść. Niby wredne potwory, ale wszystkie ze sobą współpracują, na dodatek starając się nie pozjadać towarzyszy.

Mapa wykonana ciekawą techniką. Nie powiem, że pointylizm, ale niedaleko. ;-)

prychając i miałcząc

Miaucząc.

Babska logika rządzi!

Hej, Finkla, dzięki za odwiedziny! Miauczenie poprawione! Mapa, niestety, na szybko, ale ważne, że jest. Generalnie miało być, że tam są dziobnięcia kruka, ale jak się człowiek spieszy, to nigdy dobrze nie wyjdzie… :D

Pozdrawiam! :)

Ale że ten kruk taki różnokolorowy tatuaż dziobem wykonał… Szacun dla ptaszka. ;-)

Babska logika rządzi!

No wyjątkowy był! Sama się zdziwiłam! :)

Kraina po drugie stronie dymu? – Oni tam na pewno drewno palili? :)

Nieważne. Bardzo dobrze się bawiłem, czytając. Szczególnie ujęła mnie nazwa gatunkowa demona:) 

czeke, cieszę się, że wpadłeś! No właśnie nie wiem, z tym dymem, bo ona jakieś zioła tam sypała… do ognia… Najważniejsza jest dobra zabawa!

Nazwy demonów są bardzo ważne! :) 

delulu managment

Nabrałam ochoty na kaszę. Gryczaną, bez myszy…

Jakże dobrze mi się to czytało, a szczery zachwyt wzbudziła świetnie dobrana grupa uczestnicząca w wyprawie – wszyscy byli potrzebni, więc każdy przydał się w odpowiednim momencie i zrobił to, co należało.

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia, ale mam nadzieję, Anonimie, że poprawisz usterki, bo chciałabym zgłosić opowiadanie do Biblioteki. :)

 

– Czego? – Za­czę­ła pierw­sza, żeby choć tak zy­skać prze­wa­gę. → – Czego? – za­czę­ła pierw­sza, żeby choć tak zy­skać prze­wa­gę.

Tu znajdziesz wskazówki jak zapisywać dialogi.

 

Ja nie z ta­kich, coby się chcie­li plą­tać po ziemi… → Ja nie z ta­kich, co by się chcie­li plą­tać po ziemi

 

– Nimfą? – zdu­mio­na ko­bie­ta opu­ści­ła po­grze­bacz ku ziemi. → – Nimfą? – Zdumiona ko­bie­ta opu­ści­ła po­grze­bacz ku ziemi

 

wy­cią­ga­ją z po­mię­dzy zębów ja­kieś szczu­rze ogony. → …wy­cią­ga­ją spo­mię­dzy zębów ja­kieś szczu­rze ogony

 

i wkła­da­ła całe swoje prze­ra­że­nie w złość. → Zbędny zaimek – czy wkładałaby we własną złość cudze przerażenie?

 

– Nie­zwy­kła, oczy­wi­ście. – Skło­nił się wam­pir z gra­cją kró­le­wi­cza. → – Nie­zwy­kła, oczy­wi­ście. – Wampir skło­nił się z gra­cją kró­le­wi­cza.

 

– Ja­kiej wy­pra­wy?! -wy­krzyk­nę­li razem Leszcz i Zenko. → Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza.

 

wi­dząc, że Zenko chwy­ta za osi­no­we pa­ty­ki, co stały opar­te pod ścia­ną… → Wystarczy: …wi­dząc, że Zenko chwy­ta osi­no­we pa­ty­ki, które stały opar­te pod ścia­ną

 

– I co ten kruk po­wie­dział?

Gha­lant nieco się zmie­szał, ale w końcu ze­brał się w sobie i po­wie­dział: → Czy to celowe powtórzenie? Proponuję w drugim zdaniu:

Gha­lant nieco się zmie­szał, ale w końcu ze­brał się w sobie i rzekł:

 

Za­czął mnie dzio­bać jak sza­lo­ny, a ja byłem już bar­dzo głod­ny. → Zbędny zaimek.

 

Wam­pir od­chy­lił nieco kap­tu­ra… → Wam­pir od­chy­lił nieco kap­tu­r

 

z po­krzy­wio­ny­mi ko­na­ra­mi ster­czą­cy­mi z ziemi… → Konary nie sterczą z ziemi, konary wyrastają z pnia.

 

Mały ognik po­ja­wił się na kciu­ku Zgnio­ta, a potem po­więk­szył nieco… → Co powiększył ognik?

A może: Mały ognik zajaśniał na kciu­ku Zgnio­ta, a potem po­więk­szył się nieco

 

Miałk­nął cicho, ostrze­gaw­czo. → Miauk­nął cicho, ostrze­gaw­czo.

Sprawdź znaczenie słów miałknąć i miauknąć.

 

Wska­zał Leszcz na krop­kę pod krzy­wym wi­ze­run­kiem drze­wa. → Leszcz wskazał krop­kę pod krzy­wym wi­ze­run­kiem drze­wa.

Wskazujemy coś, nie na coś.

 

cichy, ale niósł się w po­wie­trzu na wiele ki­lo­me­trów. → Czy w świecie, w którym dzieje się ta historia, na pewno wiedziano o kilometrach?

 

Leszcz wska­zał na szpa­rę w drzwiach. → Leszcz wska­zał szpa­rę w drzwiach.

 

A wszyst­ko to lśni­ło i skrzy­ło roz­ja­rzo­ne bla­skiem… → A wszyst­ko to lśni­ło i skrzy­ło się roz­ja­rzo­ne bla­skiem…

 

i zo­sta­ło mu jesz­cze parę me­trów. I tych paru me­trów za­bra­kło… → Na pewno metrów?

 

Ga­łąz­ki – koń­czy­ny zła­pa­ły go w swoje po­skrę­ca­ne na różne stro­ny od­no­gi… → Czy zaimek jest konieczny? Czy gałązki-kończyny mogły go złapać w cudze odnogi?

A może: Ga­łąz­ki-koń­czy­ny zła­pa­ły go w po­skrę­ca­ne na różne stro­ny od­no­gi

 

za­plą­ta­ły się wokół jego ciała i głowy, unie­ru­cho­mi­ły mu nogi i ręce. → Drugi zaimek jest zbędny.

 

idzie­my do od­no­wi­cie­la, bo nam Gha­lan­ta nie chce pu­ścić. → Wcześniej pisałaś wielką literą, więc: …idzie­my do Od­no­wi­cie­la, bo nam Gha­lan­ta nie chce pu­ścić

 

po­dwa­ja­jąc swoje roz­mia­ry i jed­no­cze­śnie pusz­cza­jąc Gha­lan­ta ze swych objęć. → Zbędne zaimki.

Wystarczy: …po­dwa­ja­jąc roz­mia­ry i jed­no­cze­śnie pusz­cza­jąc Gha­lan­ta z objęć.

 

– Dary od­no­wi­cie­li są ta­jem­ni­cze… → – Dary Od­no­wi­cie­li są ta­jem­ni­cze

 

wska­zu­jąc oskar­ży­ciel­sko na bladą twarz Gha­lan­ta… → …wska­zu­jąc oskar­ży­ciel­sko bladą twarz Gha­lan­ta

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hej, regulatorzy, aż się rumienię, że tyle się znalazło! Lecę poprawiać! Bardzo dziękuję za trud włożony w odszukanie i wypisanie błędów. I cieszę się, że się podobało! :)

Sprawdź znaczenie słów miałknąć

Łooo, a ja nawet nie wiedziałam… a powinnam… kuurczę… smiley

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Hej, bardzo dobrze się czytało, fajne potworki! Podoba mi się też ciekawy styl rysunku. Klikam!

Pozdrawiam!

You cannot petition the Lord with prayer!

Miau, miau, coś ty kotku miał? Taki wierszyk mi się przypomniał… trzeba sobie z tym miauczeniem poradzić jakoś… Tarnino, skoro ty nie wiedziałaś, to mi od razu nieco lepiej… :)

MichaelBullfinch, dzięki wielkie za odwiedziny! A jeszcze bardziej za klika! cieszę się, że się dobrze czytało! :)

Pozdrawiam!

Bardzo proszę, Anonimie. Jestem przekonana, że Twoje lico już odzyskało naturalną barwę i takie pozostanie. A skoro poprawki dokonane, mogę udać się do klikarni. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Tarnino, skoro ty nie wiedziałaś, to mi od razu nieco lepiej… :)

Chciałabym stanowczo zdementować pogłoski, jakobym była wszechwiedząca XD

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Wszechwiedząca może nie, ale jest blisko… Yes master, I’m your young padawan… teach me :D

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

I’m coming, Master! :D :D A są pierniczki? 

Mówisz – masz XD

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Mniam! Tak się zdobywa prawdziwych wyznawców! :)

Fajne, pomysłowa historia. Dobrze się czytało.

Dzięki

Pozdrawiam

 

nartrof, dzięki za odwiedziny!Bardzo się cieszę, że się podobało! :)

Przeczytałem. Powodzenia w konkursie. :)

Koalo, fajnie, że wpadłeś! A coś więcej? Podobało się, czy nie? Bo nie jesteś w jury, prawda? 

Serwus, Anonimie.

Bardzo fajne opowiadanie, gratulacje.

Tekst jest lekki, pomysłowy i momentami naprawdę zabawny. Przy hasłach w rodzaju: „– Wstawaj, co ty taki upadły?”, „No proszę, pół zżarłeś, a ty ponoć potencjalny jesteś…” czy „…koty uwielbiają krainy po drugiej stronie czegokolwiek…” szczerze się uśmiechnąłem.

Bohaterowie świetnie wymyśleni i dobrani – każdy na swój sposób oryginalny, a kot oczywiście kradnie sceny. Sierściuch musiał mieć niezłą zabawę, obserwując poczynania „ogarniętych inaczej”.

Zakończenie jest w porządku, choć osobiście wolałbym coś „bardziej”. Rozumiem jednak, że taki był zamysł, więc nie narzekam i nie traktuj tego jako zarzutu.

Opowiadanie siadło mi się na tyle, że nominuję je do biblioteki i grudniowego piórka.

 

Pozdrawiam

rr

Hej, Robert, co za miła niespodzianka, dzięki za odwiedziny na koniec roku! Bardzo się cieszę, że się spodobało! No i za wszystkie nominacje, zwłaszcza do piórka! Na koniec roku takie wiadomości są jak miód na serce! :) Nad zakończeniem pomyślę, wprawdzie tu nie zmienię, ale na przyszłość taka informacja jest bardzo cenna. :) Jeszcze raz dziękuję i pozdrawiam noworocznie!

Przyjemny tekst. Fabuła mnie nie porwała, ale paleta barwnych postaci i ich relacje sprawiały, że czytałem z uśmiechem.

zygfryd89, dzięki za odwiedziny! Fabuła faktycznie mogłaby być bardziej porywająca, ale jest nieco wymuszona przez hasła konkursowe, jak i formułę szukania skarbu. Do poprawy na przyszłość. Cieszę się, że uśmiech zagościł, zwłaszcza że takie było zamierzenie. Pozdrawiam cieplutko! :)

Mamy wyniki, ma też być opinia:

Komentarz tuż po przeczytaniu:

Witam serdecznie i dziękuję za udział w Konkursie. :)

 

Wielkim atutem opowiadania z pewnością jest rubaszny humor, podany lekko i przyjemnie. :) Cała opowieść jest „przepięknie urocza”. :) Odnajdywałam w niej wiele skojarzeń, szczególnie z „Czarnoksiężnikiem z Krainy Oz” oraz z baśnią o Śpiącej Królewnie. :) Dostrzegam tutaj także elementy bizarro. :)

 

Kwestie językowe i pojawiające się wątpliwości, a także sugestie (tylko do przemyślenia):

– Czego? – Zaczęła pierwsza, żeby choć tak zyskać przewagę. – To nie zimowe przesilenie, żebyś się błąkał niewzywany. – czy to nie gębowe?

Rozszedł się zapach zgniłych ryb i czosnku (przecinek?) a przebiśniegi na skraju drogi zrobiły się żółte. 

– Musisz? – rzekła z wyrzutem Zenko (przecinek?) zastanawiając się, czy demony jedzą też ludzi i czy ten jest przed kolacją. 

Zenko miała wrażenie, że zrobiło się ciemniej (przecinek?) a nabrzmiałe pączki liści na pobliskim krzaku zaczęły się kurczyć. 

Ruszył (przecinek?) niczym góra krocząca ku swemu przeznaczeniu. 

– Kiedy to jest onegdaj? – może ująć w cudzysłów lub kursywą?

Przecież mówię, że się kąpałem!

Przecież widzę, że zanikasz! – powtórzenie?

Żywym (przecinek?) niczym ryba w wodzie!

Zenko nie miała czasu dziwić się dalej, bo ze stodoły wyszedł demon, wyciągając z pomiędzy zębów jakieś szczurze ogony. – ortograficzny?

– Wybudziłeś skurwiała dla jakiejś wiadomości? – niedowierzała Zenko. – i tu?

– Jakiej wyprawy?! -wykrzyknęli razem Leszcz i Zenko. – błędny zapis dialogu?

– Ghalant, pani, i zapewniam cię, że większość poszukiwań, (zbędny przecinek?) będzie równie potencjalna, co nasz przyjaciel z bagien. 

Dała mu miskę bez słowa (i tu?) a pogrzebaczem wskazała ziemię.

– Królestwo, w którym pomieszkuję obecnie – zaczął wyjaśniać, widząc, że Zenko chwyta za osinowe patyki, co stały oparte pod ścianą (przecinek?) przygotowane pod fasolę. – Zapadło w dziwny sen. – błędny zapis dialogu?

Nie przeszkadzałoby mi to, gdyby nie fakt, że (przecinek?) jako dobrze wychowany wampir, nie jadam niczego, co nie jest w stanie uciekać i się bronić.

– Weź nimfę (przecinek?) co nie kona, z otchłani weź demona, weź jedną wiedźmę z kotem, znajdź drogę z dymnym płotem, znajdź dzień (przecinek?) co równy nocy i myśl, co mknie jak z procy…

– Śpią (przecinek?) czy utknęli?

Zaglądam tam, co parę lat. – zbędny przecinek?

Światło, którym emanowały liście drzew, nieco przygaszone i chłodne, sprawiało, że mimo zmroku widzieli dobrze, gdzie idą. – dokąd?

 

Światło, którym emanowały liście drzew, nieco przygaszone i chłodne, sprawiało, że mimo zmroku widzieli dobrze, gdzie idą. A szli pomiędzy dęby, tam, gdzie stał największy i najstarszy z nich, z pokrzywionymi konarami sterczącymi z ziemi, z poskręcanym pniem, pobrużdżonym przez czas i wiatr. – powtórzenie?

– W otchłani – ryknął demon i parsknął niczym koń. – wykrzyknik przy ryku?

– Wampiry (przecinek?) jak się skaleczą, to tak wyglądają?

Wiesz, w krainie po drugiej stronie dymu wszystko jest bardziej wyczulone na… no, sama nie wiem (przecinek?) na co…

Jeśli woła cię jakiś korytarz może (przecinek?) albo jaskinia, bardziej niż inne…

Idzie do dużego budynku. 

– Pięknie. Idziemy! – powtórzenie?

Nie skomentowała jednak, bo doszli do dębu (przecinek?) a wśród jego korzeni czerniła się dziura w ziemi. – aliteracja?

To jakaś jama lisa (przecinek?) a nie korytarz. 

– Ale tam jest jasno – Leszcz wskazał na szparę w drzwiach. – Poza tym czuję wilgoć. – błędny zapis dialogu?

– Dlaczego nie ma tam ściany? – huknął Zgniot.– wykrzyknik przy huknięciu?

– Skurwiały potrafią – huknął, chlapiąc naokoło w panice wszystkimi kończynami. – i tu?

To tyle (przecinek?) jeśli chodzi o ciszę.

Kot cierpliwie czekał, niedowierzając głupocie istot, które wciąż nie widzą zagrożenia. – ortograficzny?

Położysz się na wodzie, ręce i nogi szeroko, żeby cię nie obróciło, głowa nad wodą, to popłyniesz. Mogę się przemóc i pomóc – zakończył, ociekając wciąż wodą. – powtórzenia?

Zapachniało miętą i wkrótce woń przyćmiła nawet siarkowo czosnkowy odór demona. – składniowy?

Zenko złapała go za kopyto i zaczęła ciągnąć w stronę brzegu (przecinek?) a on poczerwieniał na pysku i gruchnął ogniem.

 

Wyraz „Wiedźma” w odniesieniu do bohaterki piszesz dwojako, co niepotrzebnie stwarza błędy ortograficzne – trzeba to ujednolicić, np.:

Zabrali się do pracy, każdy po swojemu, a wiedźma zadbała, by dymu było tyle, że łzy z oczu wyciskał i dech zapierał.

Ogromna wierzbokula zwolniła, a odrzut sprawił, że Wiedźma i Zgniot przyspieszyli i wkrótce byli przy samym brzegu, gdzie z wody wynurzał się wybrukowany korytarz.

– Przystojnym? – Ghalant spojrzał normalnym wzrokiem na wiedźmę

Wkrótce znaleźli znajomą ścianę dymu całkiem jeszcze pokaźną, a wiedźma przeprowadziła ich na drugą stronę.  

 

Podobnie ma się rzecz z innym bohaterem opowiadania – Odnowicielem:

Potrzebujemy świeżej wody jako daru dla Odnowiciela!

– Dawaj te portki, ostrożnie, nie wylej, idziemy do odnowiciela, bo nam Ghalanta nie chce puścić. 

 

Niestety, Ghalant został z tyłu, nieco z lewej strony i zostało mu jeszcze parę metrów. – powtórzenie?

Na szczęście z przodu wypełnione wodą spodnie zasłaniały (przecinek?) co trzeba. 

Odnowiciel kurczył się z powrotem do kulistych (przecinek?) poskręcanych rozmiarów.

Wampir wrzasnął i osunął się bezwładnie (przecinek?) a Odnowiciel cicho odkulał się w mrok jeziora.

Wiedźma czuła, jak jest jej coraz zimniej. – aliteracja?

Wkrótce daleka świeca na drugim brzegu znieruchomiała (przecinek?) a źródełko przestało płynąć.

Demon prawie biegł (przecinek?) a wampir pilnował kierunku.

Sam zobaczysz (przecinek?) jaką.

 

Pozdrawiam serdecznie i ponownie dziękuję za udział. Klik biblioteczny (symboliczny). :) 

Pecunia non olet

Hej, bruce, dziękuję za tak szczegółowe pochylenie się nad tekstem. Postaram się dzisiaj usiąść do poprawek. Rumieniec się pojawił, że tyle się tego znalazło… :) 

Pozdrawiam serdecznie i dziękuję jeszcze raz za poświęcony czas! :) 

To ja bardzo dziękuję i serdecznie gratuluję.heart

Oj, nie, nie, JolkaK, to zawsze tylko sugestie, nic pewnego ani też wiążącego – jedynie do zastanowienia i przemyślenia. :) 

Pecunia non olet

Szalenie sympatyczna opowieść z nietypową drużyną. Wciągająca przygodówka z zaskakującym finałem. Ciekawy pomysł i na wyprawę i na bohaterów. Sama nie umiem się zdecydować, który najbardziej mi się podobał. Jedno wiem jednak na pewno – żal mi biednego wampira ;)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Jesteś kolejną osobą (również w tym konkursie), która potrafi tkać tkaninę z setki sznurków;)

Dzieje się, jest zamieszanie, jest zabawnie, do tego historię ogląda się, jak wirujący kalejdoskop (to wskazywało na Ciebie Jolko;)

Gratuluję.

delulu managment

Z tą historią miałam kłopot, bo, hmmm. To nie to, że ona nie jest dobra. Ona jest dobra, tylko sama w to nie wierzy. Chodzi o to, że wyraźnie miała być zwariowaną, rozkosznie absurdalną komedią o wesołych przygodach dziwnych fantastycznych stworów, pełną wesołych grepsów i kończącą się radośnie wywracającym stolik finałem… ale nie jest. To znaczy, nie jest pełna wesołych grepsów. Treść i fabułę ma, owszem, radośnie absurdalną (choć też nie przez cały czas, pewne sceny wypadają prawie mistyczne), za to język, którym ta treść została opisana, jest stosunkowo poważny. Lekko archaizowany, zwłaszcza w tych mistycznych momentach, w sumie bardzo porządny, z jedną i drugą szaloną (ale nie wywołującą obłędu u czytelnika) metaforą, ale nie można go nazwać "pełnym grepsów". Bywa nawet podbarwiony purpurą.

 

Na początku myślałam, że ten kontrast między treścią a formą jest celowy, ale teraz nie jestem pewna. Bo i treść jest trochę… na pół gwizdka. Zwariowana, ale tak w miarę. I znowu, ta napółgwizdkowość pasowałaby idealnie z bardziej zwariowanym językiem, a przy takiej poważnej formie daje raczej wrażenie niepewności, czy autor podoła.

 

Sądzę, że by podołał.

 

A tak? Fajne pomysły, jak odrzutowy demon, jakoś… przechodzą mimo. Komentarze odautorskie w rodzaju: "jakby chciał podkreślić grozę sytuacji" wyrywają ze świata, w którym zdążyłam się już zanurzyć – może i dają pewność, że czytelnik nie przegapi tego, co chciałeś mu pokazać, ale kosztem zawieszenia niewiary, zwłaszcza, kiedy to pokazywanie jest na pół gwizdka.

 

Na przykład: na początku dość dużo miejsca poświęcasz odmalowaniu demona jako Strasznego Zagrożenia (Zenko nie dowierza, szykuje się do obrony, kot ucieka) – a potem okazuje się, że nie taki Zgniot straszny, jak go malują. To ma duży potencjał komediowy. Wykorzystujesz go tylko trochę.

 

Albo tutaj: "Zenko bardzo się zdenerwowała, bo naprawdę nie czuła się dobrze między krwiopijcą i wszystkożercą." widać, że jest zdenerwowana, widać, dlaczego jest zdenerwowana, ma to jak najbardziej sens – a Ty tłumaczysz jak krowie na rowie, aż czytelnik zaczyna się zastanawiać, czy nie powinien się przypadkiem szykować na wizytę dójki. 

 

Tutaj: "wkładała całe swoje przerażenie w złość" wiem, o co chodzi, ale i koncept współczesny (a może? Trzeba pogrzebać w źródłach) i sformułowanie niefantastyczne. 

 

Przy okazji – "nie mam wpływu na produkty uboczne" produkty uboczne – czego? A jeśli jego ciało wytwarza fosfor (w przemianach jądrowych?) i produktem ubocznym tego procesu jest https://pl.wikipedia.org/wiki/Fosforowod%C3%B3r to on też sam z siebie czosnkiem nie śmierdzi. 

 

I jak kot może wskoczyć na plecy wiedźmie, która leży – na plecach? Przecież dziewczyna musi oddychać, a żebyśmy o tym nie zapomnieli, Leszcz jej to wyraźnie doradził. Więc leży na plecach, przodem do sufitu, tyłem na wodzie. Kot może jej wskoczyć na brzuch, ponieważ plecy są pod spodem.

 

A co do ryb, nie wiem i nie chcę wiedzieć XD ale w naszym świecie ich życie płciowe nie wygląda interesująco, z wyjątkiem może rekinów XD.

 

Ogólne wrażenie językowe już omówiłam, teraz szczegóły.

 

Zgodnie z obowiązującą modą traktujesz imiesłowy przysłówkowe współczesne jak oznaczające przyczynowość (i jeszcze parę rzeczy). To nie jest polska praktyka. Tak się pisze po angielsku. My mamy za to parę innych użytecznych konstrukcji gramatycznych, których angielszczyzna nie ma, a które coraz rzadziej widuję. Dlaczego? To pytanie do mądrzejszych ode mnie, mnie tylko martwi samo zjawisko.

 

Przykłady: "stęknął Zgniot, pchając wielkie drzwi do środka i ucinając wszelkie obawy i wątpliwości. " tu napisałabym: stęknął Zgniot, pchając wielkie drzwi do środka, czym uciął wszelkie obawy i wątpliwości. Stękanie, pchanie i ucinanie mają miejsce jednocześnie, ale tylko stękanie i ucinanie są tą samą czynnością, tak to przynajmniej interpretuję (może błędnie).

 

"Jakby czytając jej w myślach, starzec pochylił się bardziej" na pewno nie miało być: jakby czytał jej w myślach?

 

Tu można użyć imiesłowu – ale uprzedniego, czyli zmienić: "skoczył do przodu, znikając" na: skoczywszy do przodu, zniknął.

 

Tutaj oprócz zupełnie już nonsensownego imiesłowu (jak miał robić te dwie rzeczy naraz?) mamy poplątany szyk: "zjadł ze smakiem sardynki, oblizując pyszczek" i też można to załatwić zmianą typu imiesłowu: Ze smakiem zjadłszy sardynki, oblizał pyszczek.

 

Nie mam pojęcia, co ma ociekanie wodą do wypowiedzi Leszcza: "zakończył, ociekając wciąż wodą."? tj. czemu są w tym samym zdaniu?

 

Tu imiesłów jest przysłówkowy, ale też po angielsku zastosowany: "nie spodobał się uciekający przysmak" przecież przysmak mu się podobał, tylko uciekanie mniej: Nie spodobało się, że przysmak ucieka.

 

Angielskie jest też: "W końcu strzelił ogniem w portki Leszcza, uznając to miejsce za najbezpieczniejsze" – zauważ angielskie użycie słowa "miejsce": uznawszy ten cel za najbezpieczniejszy.

 

I znowu jednoczesność zupełnie niemożliwa: "Zapach mięty nasilił się, gdy nagle z wnętrza kuli wystrzelił zielony pocisk, trafiając Ghalanta prosto między oczy." – Zapach mięty nasilił się i nagle zielony pocisk wystrzelony z wnętrza kuli trafił Ghalanta prosto między oczy.

 

Miejscami szyk jest dziwny, jak tu: "bo od gniewu demona bardziej bała się wściekłego sierściucha" (bardziej od gniewu demona bała się wściekłego sierściucha) albo: "Zenko im dłużej się przyglądała, tym bardziej była pewna, że pogrzebacz będzie potrzebny" (Im dłużej Zenko się przyglądała, tym bardziej była pewna, że pogrzebacz będzie potrzebny).

 

"Się" na miejscach akcentowanych może i pasuje przy opisach rytuałów magicznych (które archaizujesz dość wyraźnie), ale tak w ogóle, to nie. Inne jednosylabowce też nie powinny być akcentowane w zdaniu: "widać było już olbrzymie drzwi" o wiele lepiej brzmi: widać już było olbrzymie drzwi. Albo: już było widać olbrzymie drzwi.

 

Tutaj szyk jest po prostu mylący: "wypluł parę sardynek na podłogę" sugeruje, że to podłoga jest tu zaskoczeniem, a nie sardynki: Wypluł na podłogę parę sardynek.

 

Trafiły się też błędy odmiany i inne gramatyczne, na przykład: "potrzebuję rady ludzkiej" rady człowieka (rada nie jest sama człowiekiem), chociaż demon niekoniecznie musi mówić poprawnie – ale dla porządku.

 

Spomiędzy zębów, nie "z pomiędzy" (to nie jest żadna "pomiędza"). Co próbował: "– Ludzka rada? – próbował"? Poza tym tutaj mówisz o zakończonej czynności (już to powiedział), więc raczej spróbował. Ale ciągle nie wiem, czego właściwie spróbował.

 

"Nie dowierzała" piszemy osobno. Nie "odchylił nieco kaptura" tylko: uchylił nieco kaptura; albo: odchylił nieco kaptur.

 

To zdanie: "Jego ruda sierść pozostała nastroszona w pobliżu istot, które uważał za zagrożenie, ale był na tyle mądry, by rozumieć, że Zenko daje im jedzenie nie po to, by ich potem zjeść." całkiem zwariowało – strona bierna jedno, zaimek odniesiony do nie wiedzieć czego, to drugie, ale w sumie dlaczego Zenko miałaby jeść swoich gości, i dlaczego kota uspokaja świadomość, że nie zamierza? Ich jeść?

 

Fraza: "Nie mogła pozwolić, by wiedzieli" jest angielskawa. Niby poprawna, ale nie idiomatyczna (nikt tak nie mówi po polsku).

 

Sporo słów zastąpili ich pociotkowie. Ot, chociażby – w jaki sposób stwierdzenie, że znowu kogoś diabli niosą, ma być "zaczepką" wobec towarzyszącego bohaterce kota?

 

Kiedy czytam, że: "zbliżająca się postać miała wyraźnie męską sylwetkę" dostaję zeza, ponieważ i "postać", i "sylwetka" to tyle, co kształt, więc zbliżał się kształt o męskim kształcie. (A rogi w spiralne wzory przypominają mi skarpetki w duże kropki :D)

 

Zenko nie bardzo "Przerzuciła sobie łopatę przez ramię", bo przez ramię można przerzucić ramiączko plecaka albo sznur, a łopatę, która jest sztywna, tylko na nie zarzucić.

 

Chyba mało kto o tym pamięta, ale "coby" oznacza "żeby", a Twój staruszek nie z tych, co by chcieli się plątać po ziemi.

 

"Jego pytania, niewypowiedziane, otrzymywały odpowiedzi." – można otrzymać odpowiedź na pytanie, ale samo pytanie niczego nie otrzymuje, bo nie jest osobą.

 

"Pomieszkiwać" to mieszkać tymczasowo, a Ghalant wyraźnie tam mieszka na stałe i chce zostać. Kot zaś, jako się rzekło, miauczy, nie "miałczy" (choć nie wiedziałam, że "miałczeć" oznacza "stawać się miałkim", czyli chyba rozsypywać na proszek…).

 

Angielskawa fraza: "bardziej niż to warte" – czego warte? Bardziej niż warto? Można ewentualnie obdarzyć kogoś jakimś spojrzeniem, ale na pewno nie można spojrzenia dostać (nawet od Zenko).

 

Nie znoszę i tępię usilnie wyrażenie: "nie odpuszczała" jako niefantastyczne, niestylistyczne, modne i lejące się ze wszystkich głośników – a kysz!

 

Liście magicznych drzew mogą emanować światłem, ale czy sama użyłabym tego słowa… nie wiem. Wzgórze raczej porosłe dębami, niż pełne czegokolwiek. A właśnie – bohaterowie idą dokądś (do dębu) – idą też gdzieś (przez las), ale z kontekstu wynika, że chodzi o cel wędrówki.

 

Konary drzewa wyrastają zwykle z pnia – czy tu: "konarami sterczącymi z ziemi" na pewno nie miały być korzenie?

 

Co to znaczy "migotliwych epizodach"? Epizodach migotania, może, chociaż i tak…

 

Korytarz raczej nie "pokaźny" – naprawdę jest szeroki, nie tylko się wydaje. Przypominam też, że "szybciej" nie jest synonimem "wcześniej" – można się dowiedzieć wcześniej, ale szybciej nie bardzo.

 

I te (kilo)metry w fantasy, ech. Ani to obrazowe (masz miarkę w oku?) ani sensowne (bo metry to twór rewolucji francuskiej z jej dążeniem do robienia wszystkiego na dziesiątki, a w światach fantasy nie było ani rewolucji, ani Francji).

 

"Przekształcanie" oznacza, że coś było A i stawało się B, ale tutaj: "które u podstawy rozszerzały się, przekształcając w grube korzenie" nie o to chodzi. Może: rozszerzały się w grube korzenie?

 

Tu się poplątały kategorie: "okolone były tymi samymi winoroślami, co kolumny" – kolumny są rzeźbione w liście, a nie okolone nimi. Mogą być okolone płaskorzeźbami, ale nie liśćmi.

 

Fraza: "blaskiem światła" to masło maślane, poza tym jarzy się to, co świeci albo błyszczy, a nie to, co jest oświetlone (https://wsjp.pl/haslo/podglad/66696/jarzyc-sie).

 

Po polsku "świeża woda" to woda prosto ze źródła, niezatęchła – niekoniecznie słodka (tak, po angielsku jest fresh water – ale języki się nie mapują jeden do jeden).

 

"Odnowiciel kurczył się z powrotem do kulistych poskręcanych rozmiarów." – jak rozmiary mają być kuliste? A tym bardziej poskręcane? "Dostał między oczy, ale jedynie powierzchniowo." – powierzchniowo dostał? Hę?

 

Tutaj: "– Ja idę się opłukać w źródełku z całej tej soli srebrzystej – stwierdził Leszcz" nie stwierdził, tylko zapowiedział (a przed chwilą Zenko mogła stwierdzić…), bo stwierdza się fakt, a Leszcz po prostu mówi, co zamierza zrobić.

 

Oksymoron: "Woda była niezwykle orzeźwiająca, choć chłodna." bo właśnie chłodna woda jest orzeźwiająca. A kaszę robi się we młynie, Zenko raczej tylko ją ugotowała.

 

Dziwnie formalnie wypada w kontekście: "złożył na jego ustach pocałunek.".

 

"Obudził się w równonoc po południu." poza tym, że mamy tu nagły przeskok, nie dam głowy za to "po południu". Spojrzenie raczej się skupia niż "koncentruje", a "ponaglać" to popędzać – co to ma do budzenia (przez czyjś wrzask) nie wiem.

 

Tu albo metafora oszalała, albo autor o czymś zapomniał: "całe królestwo, niczym fala od rzuconego w wodę kamienia, budziło się z letargu" od kiedy fala się budzi?

 

"Zakurzone kury" to fajny, zabawny akcent i dobry przykład na to, że błędność jest względna – tu widać, że to żart, a nie przypadek.

 

I – można pytać ze współczuciem, ale nie "współczująco".

 

Inne potknięcia stylistyczne. Dlaczego Zenko miałaby mieć jakieś "złudzenia co do siły" demona? W kontekście wygląda na to, że ona myśli, że demon ją zaraz napadnie, ale czy demony koniecznie się zwalcza w pojedynczym boju?

 

Tu: "ryknął demon z pretensją w chrapliwym głosie" przynajmniej jakoś określasz ten głos, ale naprawdę nie dało się go uniknąć?

 

"Gdyby nie fakt, że to wampir" → gdyby nie był wampirem.

 

Nie wiem, co zrobić ze zdaniem: "Kot cierpliwie czekał, niedowierzając głupocie istot, które wciąż nie widzą zagrożenia." A: "wyłażąc na korytarz dalej od wody" to jest tu jakiś inny korytarz, czy ona po prostu próbuje się oddalić od wody?

 

To zdanie pasowałoby w bardziej zwariowanym tekście: "Zanurzyła chciwie w źródlanej świeżości taką ilość końcówek, jaką zdołała tam zmieścić." → Chciwie zanurzyła w portkach tyle końcówek, ile pomieściły. Ale ta "źródlana świeżość" brzmi jak reklama pasty do zębów, co byłoby zabawnie kontrastowe, gdyby zostało przygotowane, a nie jest. 

 

Fraza: "nie był specjalistą od misternej roboty i nie wiedział jak precyzyjnie dopasować siłę płomienia" jest cokolwiek za formalna (i brakuje w niej przecinków), zresztą "misterną" robotą może być robienie filigranu czy koronek, ale tu?

 

"Wiedźma czuła, jak jest jej coraz zimniej." a nie można normalnie: Wiedźmie było coraz zimniej? Albo: Wiedźma coraz bardziej marzła?

 

Tu kombinujesz – "wzrok", "głos" czy "krok" przeważnie dają się wyciąć (duszą wszelkiej zwięzłości jest sens!) i zamiast: "spojrzał normalnym wzrokiem na wiedźmę" lepiej napisać: spojrzał na wiedźmę normalnie.

 

"– O ile trudniej? – spytał Leszcz. – Wcale." – co "wcale"? Wcale się nie da, tak. Ale samo "wcale" nie bardzo.

 

A kiedy "Demon prawie biegł" ja się potykam, bo ale przed chwilą "Ruszyli korytarzem, jakby ich kto gonił." czyli wszyscy pobiegli. To jak było?

 

Zdanie "Plama otuliła palec natychmiast i opuściła czoło wampira." jest po prostu dziwne.

 

Co do interpunkcji – uważaj przy dialogach (na interpunkcję i szyk). Paszczowe małą, niepaszczowe dużą, na przykład: "Skłonił się wampir z gracją królewicza." – skłanianie się nie jest paszczowe (nie jest czynnością mówienia), więc: Wampir skłonił się z gracją królewicza. I analogicznie: "Wskazał Leszcz na kropkę" jest niepaszczowe, więc: Leszcz wskazał kropkę.

 

Tutaj: "większość poszukiwań, będzie równie potencjalna, co nasz przyjaciel z bagien" przecinek precz spomiędzy podmiotu a orzeczenia, poza tym: równie potencjalna, jak.

 

I: "odnowiciel" piszesz raz dużą, a raz małą literą – jak ma być?

 

Większość błędów chyba tutaj wypisałam, ale jeśli chcesz pełen przegląd, podaj na priv adres, pod który mam go wysłać.

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Bruce, śniąca, Ambush, jurorskie komentarze to te najważniejsze, dziękuję pięknie za każde słowo, za wysiłek przeczytania wszystkich konkursowych, które przecież były takie dobre! 

I wtedy wchodzi Tarnina, cała na biało, z czerwonymi kroplami krwi na rękawach, które to krople tryskają z drżącego, jeszcze ciepłego opka. Pędzę więc, cała na zielono, łatać, poprawiać i szyć, byle tylko przeżyło, podlewać… 

Dziękuję! Niezwykłe grono jury przygotowało niezłą zabawę! Trzeba tylko na drugi raz założyć Tarninie różowe okulary (tak na stałe) i zabrać słownik… :)  

Ale i tak kłaniam się w pas wszystkim Wam za ogrom Waszej pracy! :)

 

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Podobało mi się :)

Przynoszę radość

Gratuluję i teraz mogę się przyznać, że też misię podobało. :)

Misiu, a wcześniej nie mogłeś? XD

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Nowa Fantastyka