- Opowiadanie: Marszawa - Bernina Express

Bernina Express

Zapraszam na pokład Bernina Express. W ramach przekupstwa będzie herbata i czekoladki Lindt. Opowiadanie z założenia miało być luźną przygodówką, ale wyszło trochę smutniej. Mimo to mam nadzieję, że podróż minie Wam lekko i przyjemnie. 

 

Hasła konkursowe:

Informacja

Przesunięcie między światami

Skała

 

Fotografia pochodzi ze strony: https://berninaexpresstickets.com/ 

Mapka to moje próby ogarnięcia photoshopa. 

 

Pozdrawiam anonimowo!

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Bernina Express

Nerwowo zerknęłam na wskazówki dworcowego zegara. Do odjazdu pozostał zaledwie kwadrans, a kolejka do kasy biletowej zdawała się nie mieć końca.

Sięgnęłam do kieszeni płaszcza i natrafiłam na przewodnik turystyczny pociągu „Bernina Express”. Ten sam, który kilkanaście godzin wcześniej wyciągnęłam z zesztywniałej dłoni martwego Artura. Wciąż próbowałam rozszyfrować krzyżyki, liczby i notatki, które naniósł na mapkę trasy pociągu. Znałam jego eleganckie pismo. Te koślawe litery chyba stawiał w pośpiechu, zupełnie jakby słyszał kroki na skrzypiących drewnianych schodach i czuł, że zbliża się niebezpieczeństwo.

Przewodnik stał się moim jedynym tropem. Mapą. Kluczem, który zawierał odpowiedź na pytanie, co odkrył i dlaczego ktoś go uciszył.

Nie wierzyłam w teorię o samobójstwie. Żaden trup nie chowa pistoletu do szuflady po tym, jak strzeli sobie w głowę. I choć policja szybko naprawiła to drobne niedopatrzenie, a w aktach sprawy zapisano, że broń leżała na podłodze, nie potrzeba licencji detektywa, by si€ domyślić, że ktoś chciał zatuszować sprawę.

Kiedy dotarłam do okienka, poprosiłam o bilet do końcowej stacji, czyli Tirano. Kasjerka nawet na mnie nie spojrzała. Znudzona stuknęła dwa razy w klawiaturę i poprawiła okulary, wpatrując się w monitor.

– Nie ma już wolnych miejsc – rzuciła obojętnie, kalecząc angielski.

Zerknęłam na bilety Artura, wsunięte między kartki przewodnika. Zawsze ta sama godzina odjazdu, dokładnie ta, która wyświetliła się właśnie na tablicy. Przeczucie mówiło mi, że jeśli chcę odkryć to, co on, muszę wyruszyć o tym samym czasie.

– Proszę… ja naprawdę muszę jechać tym pociągiem! – jęknęłam, zerkając nerwowo na zegar za plecami.

Pięć minut do odjazdu.

Kasjerka zawahała się, po czym znów wystukała coś na klawiaturze.

– Są jeszcze miejsca w przedziale specjalnym, ale…

– Biorę! – przerwałam jej i wsunęłam kilka banknotów przez szparę pod okienkiem.

Kobieta spojrzała na mnie ze zdziwieniem, pomieszanym z obrzydzeniem, jakbym właśnie połknęła na jej oczach dżdżownicę.

– Wiem, co to za przedział – dodałam. – I naprawdę mi to nie przeszkadza.

Miejsce było mi teraz zupełnie obojętne. Mogłabym siedzieć nawet na dachu wagonu, byle tylko pojechać tym cholernym pociągiem.

Kasjerka wzruszyła ramionami i po chwili wsunęła bilet przez szczelinę. Nie czekając na resztę, pobiegłam wzdłuż hali dworca. Pchnęłam barkiem ciężkie drzwi prowadzące na perony i wypadłam na zewnątrz. Wzdrygnęłam się od mroźnego listopadowego wiatru, który plątał mi włosy i próbował wepchnąć z powrotem do hali dworca. Odgarnęłam z twarzy potargane kosmyki i spojrzałam na czerwony pociąg Bernina Express, który lśnił jak zabawka z dziecięcej kolejki i czekał na ostatnich pasażerów.

Przedział piętnasty, miejsce siódme, powtarzałam w myślach, przeciskając się przez zatłoczone przejście. Z biletów Artura wynikało, że podróżował wagonem czternastym. Dreszcz przebiegł mi po plecach na myśl, że zaraz minę miejsce, gdzie niedawno siedział, całkowicie pochłonięty poszukiwaniami zaginionego turysty, a przede wszystkim… wciąż żywy.

Szłam powoli, mijając dziesiątki nieznanych twarzy i spoglądając przez duże, panoramiczne okna, z których roztaczał się widok na Tiefencastel – niewielkie szwajcarskie miasteczko, które właśnie zasypywał pierwszy śnieg.

Przejście na koniec pociągu zajęło mi kilka minut. Przeszłam przez wagon pierwszej klasy, przedział rowerowy oraz restauracyjny.

Zatrzymałam się, widząc wielką czternastkę na drzwiach kolejnego wagonu, a tuż pod nią napis: „Przedział fantastycznych stworzeń”.

– Artur też jeździł specjalnym… – zdziwiłam się.

Minął już rok od wielkiego exodusu fantastycznych stworzeń do świata ludzi, ale nie nie spotkałam ich zbyt wielu. Z tego, co było mi wiadomo, najpierw kierowano je do specjalnych obozów przejściowych. Po kwarantannie włączano przybyszy do ludzkiego społeczeństwa z nadzieją, że proces adaptacji przebiegnie bez większych konfliktów.

Rzeczywistość okazała się bardziej skomplikowana. Wprowadzono więc, między innymi, osobne przedziały w pociągach, strefy w budynkach publicznych i całą gamę tymczasowych rozwiązań, które miały „ułatwiać koegzystencję”.

W rzeczywistości tylko podkreślały, jak daleko nam do prawdziwej integracji. Otworzyłam drzwi przedziału, nie wiedząc, czego się spodziewać, ale wagon specjalny okazał się pusty.

Poprawka.

Prawie pusty.

W ostatnim rzędzie siedział mężczyzna w czarnej skórzanej kurtce, zapatrzony w widok za oknem. Wyglądał całkiem zwyczajnie. Najwyraźniej nie byłam jedyną, która zgodziła się jechać przedziałem zarezerwowanym dla przybyszów z innego wymiaru.

Rzuciłam krótkie spojrzenie na miejsce, gdzie kiedyś siadywał Artur, i przyspieszyłam kroku.

Przeszłam do pustego wagonu piętnastego i opadłam na swoje miejsce. Pociąg sunął powoli, pozostawiając daleko w tyle miasteczko oraz dolinę otuloną śnieżnym puchem. Alpy Retyckie, które jeszcze przed chwilą były tylko tłem majaczącym gdzieś w oddali, z konturami rozmytymi przez promienie słońca, teraz wydawały się większe i wyraźniejsze. Bernina Express wspinał się po ich grzbiecie, a szczyty nagle były tak blisko, że wystarczyłoby wyciągnąć rękę, by poczuć chłód granitowych skał.

 

Mknąc czerwonym pociągiem, co jakiś czas zerkałam do przewodnika. Początek trasy wyglądał zwyczajnie. Dopiero za trzecią stacją Artur zaznaczył na mapie krzyżyk. Sięgnęłam do kieszeni po telefon i włączyłam nawigację, by porównać trasę z mapką w przewodniku. Poruszyłam się nerwowo – zbliżaliśmy się do pierwszego oznaczenia.

Spojrzałam przez okno, gdy pociąg wjeżdżając w zakręt, odsłonił widok tego, co było przed nami.

– Tunel… – szepnęłam i szybko przewróciłam kilka stron przewodnika.

– „Przejeżdża przez sto dziewięćdziesiąt sześć mostów i wiaduktów oraz pięćdziesiąt pięć tuneli…” – przeczytałam ze wstępu i zaczęłam pospiesznie liczyć krzyżyki na mapce.

Zanim dobrnęłam do końca, Bernina Express ze zgrzytem wjechał do tunelu. Światło w wagonie zamigotało, po czym nastała ciemność. Wstrzymałam oddech. Usłyszałam trzepot przypominający uderzenie skrzydeł, a potem rozległ się łomot oraz metaliczny brzdęk. Po chwili Bernina Express wyjechał z tunelu i wpadł na wiadukt przecinający dolinę.

Zmrużyłam oczy, gdy oślepiające promienie słońca wdarły się do przedziału.

Znów usłyszałam jakieś hałasy. Wychyliłam się zza oparcia siedzenia i zastygłam na widok brodatego krasnoluda, podnoszącego się z podłogi. Otrzepał wełniane portki, poprawił pas i zaczął z mozołem wpychać ciężki plecak na półkę bagażową. Stękał, kombinował, a plecak brzęczał przy każdym ruchu, jakby należał do przedstawiciela handlowego Tefala albo innej firmy produkującej blaszane gary. W końcu krasnolud się poddał, rzucił plecak z brzdękiem na siedzenie i zajął miejsce obok.

Na przodzie zauważyłam dwie gorgony. Wyższa jęknęła z bólu, wskazując nienaturalnie wygięte skrzydło. Siedząca przed nimi staruszka w spiczastym kapeluszu natychmiast się odwróciła, a z jej dłoni wystrzeliło światło, które powoli oplatało złamanie. Po chwili skrzydło wyglądało jak nowe.

Odwróciłam się i spojrzałam na tył przedziału. Siedział tam barczysty mężczyzna w ciemnym płaszczu. Wysoko postawił kołnierz, jakby chciał ukryć brak głowy. Z miernym skutkiem.

Szybko odwróciłam wzrok i skuliłam się na siedzeniu, próbując uspokoić oddech. Nie spodziewałam się, że pasażerowie tego przedziału okażą się aż tak „specjalni”. Może krasnolud i czarodziejka nie wydawali się niebezpieczni, ale gorgony i bezgłowa postać wyglądali jak wyciągnięci z opowieści, którymi straszy się dzieci. Rządowe komunikaty, że wszystkie istoty przepuszczane do naszego świata są przyjazne i nie ma się czego obawiać, nagle zabrzmiały jak kiepski żart.

Zerknęłam w dół, na przewodnik, który gniotłam w rękach. Wzięłam kilka głębokich wdechów i postanowiłam skupić się na trasie oraz na tym, co próbował mi przekazać Artur.

Tunel. Most. Kolejny tunel. Stacja. Wiadukt. Znowu tunel. A z każdym krzyżykiem przybywało pasażerów. Wkrótce nawet miejsce obok mnie było zajęte, a siedzący na nim niziołek uciął sobie drzemkę, opierając głowę o moje ramię.

Ostrożnie wyciągnęłam laptopa z torby, starając się nie obudzić drzemiącego niziołka. Ekran rozświetlił się bladym światłem, pokazując jeszcze paski zasięgu – wystarczająco, by przeczesać Internet, zanim kolejny tunel odetnie mnie od świata.

Przeszukałam lokalne gazety, fora turystyczne i blogi podróżnicze. Wzmianek o zaginionych w ciągu ostatniego roku osobach było mnóstwo. Turysta z Polski, którego szukał Artur, nie był jedyny. Prawie trzydzieści osób wybrało się na wycieczkę pociągiem Bernina Express i nigdy z niej nie wróciło.

Przeszukałam też pliki z komputera Artura, ale gubiłam się w gąszczu tabelek i listach przyjętych do obozu przejściowego w Mediolanie.

Niepewnie zerkałam na przybyszów, starając się wychwycić choćby słowo z ich rozmów, ale melodyjne, czasem szeleszczące dźwięki były mi całkowicie obce. Nie mogłam pozbyć się uporczywej myśli, że w pociągu naprawdę dzieje się coś dziwnego, a zaginięcia wcale nie są przypadkowe. Może cała ta rządowa propaganda o „pokojowym współistnieniu” to kłamstwo?

Obserwując stworzenia zauważyłam, że pojawiają się w wagonie nie tylko z niewielkim bagażem, ale i z dokumentem w ręku. Cokolwiek to było, musiałam to przeczytać.

– Poproszę bilet do kontroli! – wypaliłam, zrywając się z miejsca.

Niziołek obudził się, mrugając zaspanymi oczami. Jednak to nie jego bilet mnie interesował. Stanęłam w przejściu i zastąpiłam drogę nowo przybyłej pasażerce. Była hybrydą kobiety i łani. Jej długie, jasne uszy zadrgały nerwowo, a oczyma z pionowymi źrenicami wpatrywała się we mnie ze strachem, jak sarna oślepiona reflektorami nadjeżdżającego samochodu.

– Bilet poproszę – powtórzyłam.

Kobieta cofnęła się o krok, przyciskając do piersi skórzaną torebkę i kartkę, na której mi zależało. Pewnie mnie nie zrozumiała. Zniecierpliwiona wyrwałam jej dokument z ręki i zaczęłam czytać.

– Nie wygląda pani na kontrolera – powiedział ktoś po angielsku, a następnie zaczął rozmawiać z pasażerką w jakimś obcym języku.

Puściłam głos za plecami mimo uszu, zajęta odczytywaniem tłumaczenia dziwacznych symboli obcego alfabetu. Małym druczkiem napisano tłumaczenie. Nie był to zwykły bilet. Brakło na nim daty i godziny odjazdu. Przeczytałam za to dane osobowe, przebyte choroby, szczepienia oraz miejsce docelowe – „Milano”, który nie był stacją na tej trasie. Na dole widniała pieczątka Europejskiego Ministerstwa Spraw Międzyświatowych.

– Proszę oddać tej pani przepustkę – zwrócił się do mnie ten sam mężczyzna, który wątpił, że jestem konduktorem. – I więcej jej nie straszyć. Jest już wystarczająco roztrzęsiona. Jej syn został na peronie. 

Obróciłam się i rozpoznałam pasażera w czarnej skórzanej kurtce, którego mijałam na samym początku podróży. Wpatrywał się we mnie z mieszaniną irytacji i gniewu.

– Przepraszam – oddałam kobiecie kartkę, zastanawiając się, jak można zgubić dziecko.

 Powiodłam wzrokiem za mężczyzną, który ruszył w stronę wagonu czternastego.

– Co to właściwie za przepustka? – zapytałam, dogoniwszy go. – Dlaczego ma pieczątkę Europejskiego Ministerstwa? Skąd pan zna ich język? Dlaczego jedzie pan specjalnym… – urwałam, widząc, jak powoli rozgląda się po przedziale. – Pan kogoś szuka – stwierdziłam.

Zniecierpliwiony rzucił mi spojrzenie przez ramię.

– Dużo pytań pani zadaje, jak na kontrolera – powiedział chłodno.

Przewróciłam oczami.

– Eliza Szermańska, jestem prywatnym detektywem – przedstawiłam się.

– Znowu detektyw… – prychnął pod nosem.

– Rozmawiał pan wcześniej z jakimś innym? – podchwyciłam. – Nazywał się może Artur? – zapytałam i poczułam przyspieszone bicie serca.

– Artur… – powtórzył, zatrzymując się przed zamkniętymi drzwiami przedziału. – Tak, przewinął się taki. Był też Johannes. Roger i Tom, ale oni akurat byli dziennikarzami. No i Henry, policjant. Też prowadził prywatne śledztwo. Każdy czegoś szukał, ale kiedy odpowiedzi zaczęły robić się niebezpieczne, przestali zadawać pytania – westchnął, otwierając drzwi przedziału.

– Artur nie przestał. On… – Głos mi się załamał.

Poczułam, jak łzy napływają mi do oczu. Zaczęłam szlochać tak gwałtownie, że ledwo łapałam powietrze. Zrobiło mi się ciemno przed oczami, choć wcale nie wjechaliśmy do tunelu.

 

– Ale nas przestraszyłaś… – powiedział mężczyzna w skórzanej kurtce.

Siedział naprzeciwko i podał mi kubek z ciepłą herbatą.

– Przepraszam – wyszeptałam, chwytając elegancką porcelanę z logiem linii Bernina Express. Czułam się żałosna i nieprofesjonalna. 

– Nie musisz – zapewnił mężczyzna łagodnie. – Wiem, jak to jest stracić kogoś bliskiego.

Zawiesił głos i spojrzał mi prosto w oczy.

– Bo rozumiem, że Artur…?

Pokiwałam głową, nie ufając własnemu głosowi. Wiedziałam, że jeśli zacznę mówić o Arturze, znowu się rozkleję.

– Czekoladki? – zapytał, wskazując stolik pod oknem, na którym stało metalowe pudełeczko ze szwajcarskimi pralinami. – Normalnie nie rozdają ich w specjalnym, ale… ma się znajomości.

Rozejrzałam się zdezorientowana. Dopiero teraz zauważyłam, że siedzę na swoim miejscu. Przewodnik Artura leżał na stoliku obok pralin, a plecak z laptopem spoczywał na półce bagażowej.

– Jakie znajomości…? – zapytałam, masując skroń.

– Gobliny – rzucił z szerokim uśmiechem. – Vigo van Steen – przedstawił się, wyciągając rękę.

Uścisnęłam ją i zerknęłam na niziołka, który siedział tuż obok. Naprzeciw niego rozsiadł się mężczyzna bez głowy. Na jego widok poczułam lodowaty dreszcz biegnący wzdłuż kręgosłupa.

– Pomógł nam cię przenieść po tym jak zemdlałaś – wyjaśnił Vigo.

Wymamrotałam podziękowanie i zastygłam, gdy bezgłowy mężczyzna zaczął lekko drżeć, poruszając barkami.

– On… płacze? – zapytałam, nie wiedząc, jak interpretować te wstrząsy.

– No wiesz, to przedział pasażerski… – Vigo pochylił się. – Nie pozwolili mu zabrać konia… – dodał szeptem.

Jeździec bez głowy i bez… konia, jakby zrozumiał jego słowa, zaczął drżeć jeszcze mocniej. Vigo poklepał go krzepiająco po ramieniu i powiedział coś w tym melodyjnym języku.

Zamrugałam kilkakrotnie. 

– Skąd znasz ich język? – zapytałam.

– Pracuję dla wywiadu – rzucił, jakby to wszystko tłumaczyło.

– Też szukasz tych zaginionych ludzi?

– Ja akurat szukam tych… drugich – powiedział ostrożnie.

Uniosłam brew.

– Fantastycznych stworzeń – wyjaśnił, wskazując niziołka i jeźdźca. – Takich jak ci dwaj. I wielu innych, którzy zniknęli bez śladu.

– Wielu? Ilu? – zapytałam, upijając łyk herbaty.

Vigo potarł kilkudniowy zarost.

– Paru – mruknął. – Jakieś sto… może dwieście tysięcy.

Zakrztusiłam się i oblałam herbatą.

– Dwieście tysięcy? – powtórzyłam, ocierając usta wierzchem dłoni. – Jak to dwieście tysięcy?

– Tylu nigdy tu nie dotarło – doprecyzował ze znużeniem, jakby myślał o tym tysiące razy. – Podróż międzywymiarowa nie należy do najłatwiejszych. Może doszło do jakichś zakłóceń w portalu albo… do sabotażu.

– Bernina Express to… portal? – powtórzyłam i rozejrzałam się. Teraz pojawianie się pasażerów znikąd miało sens, a krzyżyki na mapie musiały oznaczać nie tyle tunele, co portale. 

Vigo skinął głową, a ja odetchnęłam, bo jeszcze przed chwilą bałam się, że tracę rozum.

– Obok Glacier Express jeden z najważniejszych – dodał. – Wyobraź sobie pociągi, które jadą równolegle, każdy po swoim torze rzeczywistości. W tym wymiarze Bernina to zwykła kolejka z turystami, która jedzie malowniczą trasą przez Alpy. Ale w tym samym czasie, w równoległej rzeczywistości, ten sam pociąg przejeżdża przez zupełnie inny świat. I w pewnych punktach… – urwał i przez chwilę szukał właściwych słów – …w pewnych punktach te dwa wymiary nachodzą na siebie na tyle mocno, że można przeskoczyć z jednego wagonu do drugiego. Z jednej rzeczywistości do drugiej.

Słuchałam, kiwając głową, choć niewiele rozumiałam.

– Problem w tym – kontynuował Vigo – że te punkty są niestabilne. Albo ktoś celowo je destabilizuje. Pasażerowie, którzy nie przeskoczyli, w najlepszym przypadku odbili się z powrotem. W najgorszym… utknęli gdzieś pomiędzy – dodał i pomasował skroń.

– A ludzie? Ci, którzy zaginęli po naszej stronie? Też mogli w jakiś sposób… wpaść w ten portal? – podchwyciłam.

– Jeśli znaleźli się w złym miejscu w złym czasie, gdy portal był niestabilny… – urwał.

Nie musiał kończyć. Zrozumiałam.

– Ale kto miałby powód, żeby sabotować portale? – zapytałam.

Vigo skrzyżował ręce na piersi.

– Lista podejrzanych jest dłuższa niż ta trasa – zaczął i westchnął ciężko. – Wielu ludzi protestuje przeciwko otwarciu granic. Mogą to być radykałowie z tamtej strony. Tacy, którzy uważają, że migracja do tego świata to zdrada i nikt nie powinien opuszczać ojczyzny w czasach wojny. A może chodzi o pieniądze, przemyt? Kto wie…

– Artur na pewno zaczął drążyć – powiedziałam, ściskając mocniej kubek.

– I zadawać niewygodne pytania – przyznał Vigo. – Pytał o statystyki, o procedury bezpieczeństwa, o to, kto odpowiada za kontrolę przejść. I nagle okazało się, że wie za dużo… – dodał ciszej.

Wpatrywałam się w niego oszołomiona. Dwieście tysięcy istnień, które po prostu… zniknęły. A nikt o tym nie mówił.

– To trzeba nagłośnić, zacząć szukać, uruchomić jakieś służby, media…

Vigo uśmiechnął się gorzko i pokręcił głową.

– A kogo to obchodzi? – zapytał. – Dla większości ludzi fantastyczne stworzenia to problem. Nie ufają im. Boją się ich. Widziałaś protesty w miastach?

– Ale to są żywe istoty. Ktoś musi…

– Posłuchaj – przerwał mi Vigo, stukając palcem w stolik. – Tak długo jak znikają tylko stworzenia z tamtej strony, nikt nie będzie prowadził śledztwa. To politycznie niewygodne. Ale jak tylko uda nam się udowodnić, że giną też zwykli obywatele, ludzie z tego świata… to już inna historia.

Pomyślałam o przeczytanych wcześniej nagłówkach: „Zaginiony dziennikarz z Bernina Express”, „Tajemnicze zniknięcie turystów w Alpach”, „Rodzina poszukuje podróżnika”. Zwoływano konferencje prasowe. Obiecywano nagrody za jakiekolwiek informacje. Świat zastanawiał się nad losem trzydziestu osób, a o dwustu tysiącach fantastycznych istot, które zniknęły w tej samej przepaści, nie mówił nikt.

Jakby w ogóle nie istniały.

 

Mijaliśmy kolejne szczyty i lodowce, a turkusowe jeziora w dolinach przesuwały się za oknami niczym błyszczące szkiełka. Pociąg kołysał się lekko na zakrętach, a ja siedziałam skulona przy oknie, mechanicznie wkładając do ust kolejną szwajcarską czekoladkę.

Dwieście tysięcy. Ta liczba nie chciała mi wyjść z głowy.

Vigo siedział naprzeciwko. Co jakiś czas przechadzał się po wagonie, sprawdzając nowych pasażerów. Kiedy zapytałam, czy kogoś szuka, odpowiedział: „żony”, po czym dodał, że lubi brunetki, i mrugnął do mnie porozumiewawczo. W odpowiedzi prychnęłam z rozbawieniem i znów spojrzałam na przewodnik, który spoczywał zamknięty na stoliku. Wspólnie zastanawialiśmy się co mogą oznaczać ciągi cyfr zapisanych obok krzyżyków, ale nie potrafiliśmy ich rozszyfrować. Nie dawało mi też spokoju zdanie z okładki o poszukiwaniu konduktora: „VVS Find the conductor”. Dlaczego Artur napisał je po angielsku? Zupełnie jakby nie było skierowane do mnie.

Wyprostowałam się gwałtownie.

– Vigo… jak mówiłeś, że się nazywasz?

– Van Steen – odparł, marszcząc lekko brwi. – Vigo van Steen. Czemu pytasz?

– To chyba dla ciebie – powiedziałam, podając mu przewodnik.

Vigo znów mu się przyjrzał.

– Nie sądzę, żeby konduktorzy byli wtajemniczeni w całą tę rządową operację… – mruknął, wciąż patrząc na notatkę.

– Jest jeszcze coś, o czym mówiłeś Arturowi? Skoro zostawił ci wiadomość, to musiało być coś ważnego – naciskałam.

Mężczyzna zamyślił się i spojrzał gdzieś w bok, jakby próbował odtworzyć rozmowę sprzed kilku dni.

– O tym, że z obawy przed nielegalnym korzystaniem z portali zasadę ich działania utajniono, ale w teorii… wciąż da się przejść na drugą stronę. Mógłbym sprawdzić, co się naprawdę stało z tymi, którzy nie przeskoczyli. – Spojrzał na mnie.

– Chcesz… przejść do innego wymiaru? – wykrztusiłam.

– Próbuję od tygodni! – przyznał. – I nic! Portal ewidentnie działa, widzę, że wciąż pojawiają się nowe istoty. Ale mnie nie przepuszcza. Jakby cała ta energia była… jednokierunkowa. Jak ten pociąg. Jedzie tylko w jedną stronę. Z ich świata do naszego.

Przechyliłam głowę.

– A próbowałeś… z pociągu jadącego w przeciwną stronę?

Vigo zamarł, oszołomiony prostotą tej myśli. Szybko jednak pokręcił głową.

– Obawiam się, że nie wystarczy po prostu wsiąść do innego pociągu… – mruknął.

– Dlaczego nie? – zapytałam, choć przeczuwałam, że odpowiedź będzie skomplikowana jak wykład z fizyki kwantowej. I to po łacinie.

– Bo portal to nie drzwi, przez które po prostu się przechodzi – zucił, nabrawszy powietrza, jakby naprawdę przymierzał się do wykładu. – To bardziej jak… jak elektryczny impuls, który potrzebuje odpowiednich warunków, żeby się uaktywnić. Coś musi ustabilizować przejście. Przeprowadzić cię… Czegoś tu brakuje, a ja nie wiem, czego – dodał i pokręcił głową.

Zerknęłam na przewodnik turystyczny. Czułam, że Artur wiedział, co jest tym brakującym elementem. I gdzieś tutaj, w tych notatkach, krzyżykach i liczbach, zostawił odpowiedź. Wystarczyło ją tylko odnaleźć.

Zbliżaliśmy się do kolejnego tunelu. Światło w wagonie zaczęło migotać, jakby instalacja elektryczna nie mogła zdecydować, czy chce działać, czy nie, a potem pochłonęła nas ciemność. Pociąg zakołysał się i po chwili znów wyłoniliśmy się z przejazdu wśród skał, a za oknem rozpościerał się widok na spokojną dolinę, nieświadomą tajemnic, które skrywały alpejskie tunele.

Zamrugałam kilka razy, próbując przyzwyczaić oczy do jasności.

Zobaczyłam, jak wysoka elfka, która wcześniej siedziała samotnie przy oknie, nagle zrywa się z miejsca. Rzuciła się w objęcia elfa, który pojawił się w wagonie.

Przeszedł. Udało mu się.

Patrzyłam, jak się tulą, jak elfka szlocha, a on głaszcze ją po włosach. Odwróciłam wzrok i dostrzegłam, że Vigo też im się przygląda. Po chwili odchrząknął i spojrzał przez okno.

– Mogliby coś zrobić z tym zwarciem… Jeszcze kogoś kopnie prąd – burknął.

– Prąd… – powtórzyłam, znów zerkając na przewodnik Artura. – Zabawne, że "conductor" po angielsku oznacza kierownika pociągu i przewodnika prądu, nie? – rzuciłam bezmyślnie.

Drgnęłam.

– Przewodnik! – krzyknęłam. – Może Arturowi chodziło o przewodnik prądu!

Vigo zmarszczył brwi.

– Przewodnik energii… – powtórzył, pocierając kilkudniowy zarost. – To miałoby sens…

– Najlepszym przewodnikiem jest metal! Może wystarczy coś…

– Czekaj, czekaj… – przerwał mi, unosząc rękę. – Każdy ma coś metalowego: biżuterię, zegarki, złote zęby, spinki do włosów, guziki… Gdyby zwykły metal działał jako przewodnik portalu, to co drugiego pasażera katapultowałoby do Nibylandii przy każdym przejeździe przez tunel.

Sposępniałam i powoli wypuściłam powietrze. Miał rację.

– Może… – zaczęłam powoli, próbując ratować moją teorię – …to musi być jakiś specjalny metal? Coś rzadkiego? Jakieś magiczne srebro, czy coś?

Vigo wzdrygnął się.

– Żadnego srebra… – mruknął. – Może być zbyt silne. Spłonęlibyśmy. To musi być coś innego, jakiś stop… coś pośredniego, nie za słabe, ale i nie za mocne… coś jak…

Zamilkł pocierając nadgarstek. Nagle uśmiechnął się.

– Mosiądz – rzucił z pewnością w głosie. – Ale skąd tu, do diabła, wytrzasnąć mosiądz? – zapytał, rozglądając się po wagonie. Przesuwał wzrokiem po uchwytach, siedzeniach i półkach bagażowych. Jednak większość elementów dookoła była zrobiona ze stali.

– Musimy pogadać z gościem od Tefala – powiedziałam szybko, zanim Vigo zaczął rozkręcać wagon.

 

Krasnolud długo się targował. W końcu skinął głową, ale dopiero gdy oddałam złoty łańcuszek, a Vigo rozstał się z wisiorkiem na skórzanym rzemyku. Do tego musiałam dorzucić paczkę miętówek, zapalniczkę i jakby krasnolud nie był wystarczająco bezwzględny, zabrał mi jeszcze kanapkę z szynką, którą kupiłam sobie na drogę.

Wreszcie, zadowolony z łupu, zajrzał do plecaka. Potrząsnął jego zawartością, a dźwięk brzęczącego metalu wypełnił przedział. Krasnolud przez moment grzebał w środku, mamrocząc coś pod nosem, po czym wręczył Vigo mosiężny świecznik, a za chwilę drugi.

– Dwa? Po co ci dwa? – zapytałam, krzyżując ręce na piersi. – Sprzedaje tylko w komplecie, czy co? – prychnęłam.

– Jeden jest dla ciebie.

Cofnęłam się o krok.

– Dla mnie? Wykluczone!

– Myślałem, że chcesz pomóc… Znaleźć jakieś ślady?

– Tak, ale… nie zamierzam przeskakiwać do innego wymiaru! To szaleństwo! Jak niby mielibyśmy stamtąd wrócić?

– Pociągiem. – Vigo uśmiechnął się i rzucił mi świecznik.

Założyłam płaszcz. Ściągnęłam plecak z półki i upewniłam się, że mam przy sobie telefon oraz przewodnik Artura, po czym razem z Vigo wysiedliśmy na kolejnej stacji.

Kilkadziesiąt minut później nadjechał czerwony Bernina Express, który miał nas zabrać w drogę powrotną. Nie zamierzaliśmy nim jechać długo – tylko do najbliższego tunelu oznaczonego na mapce krzyżykiem.

Krążyłam po pustym wagonie specjalnym, a mosiężny świecznik już kilka razy wyślizgnął mi się ze spoconych dłoni. Vigo, oparty o drzwi przedziału, pogwizdywał sobie pod nosem, jakby czekał na autobus, a nie na przeskok między wymiarami.

– I mam po prostu trzymać świecznik? – zapytałam po raz kolejny.

Za każdym razem brzmiało to równie idiotycznie.

– Tak – powtórzył cierpliwie. – On skupi energię i otworzy przejście.

Skinęłam niepewnie głową. Pewnie za kilka minut zapytałabym o to ponownie, ale wśród wysokich szczytów zobaczyłam ciemny otwór w skale.

Tunel.

Zacisnęłam palce na świeczniku tak mocno, że zbielały mi knykcie. Kiedy wjechaliśmy w ciemność, zobaczyłam złote, elektryzujące nici, które wiły się w przestrzeni. Nie zastanawiając się długo, dałam im się prowadzić. Nie wiedziałam, gdzie stawiam stopy. Miałam wrażenie, że dryfuję w powietrzu, zawieszona w pustce, a mimo to krok po kroku przesuwałam się do przodu.

Nagle świecznik w moich dłoniach zniknął. Nici zgasły.

I rąbnęłam o podłogę wagonu.

Wstałam, otrzepując poobijane kolana. Przez chwilę myślałam, że skok się nie udał, ale gdy się rozejrzałam, zrozumiałam, że nie jadę już szwajcarskim pociągiem. Siedzenia pokryte były granatowym aksamitem. Lampy w kryształowych kloszach, podwieszone pod sufitem, kołysały się w rytm stukotu kół pociągu, oblewając wnętrze złotym, migoczącym światłem. Na ścianach mieniło się mnóstwo mosiężnych zdobień i zębatych kół. Nie wiedziałam, czy kryły w sobie jakiś mechanizm, czy służyły jedynie za dekorację.

Za oknem nie było już Alp.

Był inny świat. Góry, lasy i jeziora tonące w chmurach pary buchającej z lokomotywy.

Tuż za mną pojawił się Vigo. Przekoziołkował i wylądował z większą gracją niż ja. Przesunął dłońmi po torsie, jakby się upewniał, że wszystkie kości są na swoim miejscu, po czym uniósł głowę i spojrzał na mnie z szerokim uśmiechem.

Poczuliśmy, że pociąg zwalnia, więc spojrzeliśmy przez okno. Wjeżdżaliśmy na stację.

Tysiące stworzeń w panice tłoczyło się na peronie, ale nikt nie patrzył w stronę naszego pociągu. Cała uwaga tłumu skupiła się na składzie po przeciwnej stronie torów.

– Mam nadzieję, że jest tu jakieś biuro ludzi zaginionych, bo w tym zamieszaniu nikogo nie odnajdziemy… – rzuciłam, patrząc z trwogą na zatłoczony dworzec.

Mężczyźni w wojskowych mundurach, z mosiężnymi strzelbami przewieszonymi przez ramię, próbowali zapanować nad spanikowanym tłumem. Konduktorzy wpuszczali do pociągu tylko tych z przygotowanymi przepustkami. Gestykulując i przekrzykując gwar, odrzucali wielkie walizy i kufry, pozwalając zabrać jedynie najpotrzebniejsze rzeczy.

Wyskoczyliśmy na peron i wylądowaliśmy w falującej masie fantastycznych stworzeń i kłębach pary. Wszyscy dookoła krzyczeli. Ktoś potrącił mnie barkiem, ktoś inny nadepnął. Gdzieś płakało dziecko, a konduktor bez przerwy dmuchał w gwizdek. Z trwogą zerkałam na żeliwną konstrukcję stropu. Miałam wrażenie, że cała drży od harmidru.

Dotarliśmy do głównej hali dworca i zatrzymaliśmy się pod wielką, migoczącą tablicą, na której co chwilę zmieniały się rzędy niezrozumiałych znaków.

Vigo z zaciśniętą szczęką przyglądał się rozkładowi jazdy.

– Musimy iść do magistratu – rzucił i pociągnął mnie za rękę. – Prowadzą spis wszystkich, którzy przekraczają granicę. Jeśli ludzie tu trafili… będą mieli ich nazwiska.

Przepychaliśmy się przez tłum, który parł w odwrotnym kierunku niż my. Wreszcie wybiegliśmy na otwartą przestrzeń przed dworcem.

Zadarłam głowę. Na niebie rozpościerała się fioletowa łuna. Błyszczała, jakby była zbudowana z tysięcy mieniących się drobinek. Nagle część z nich zapłonęła, jednak natychmiast pojawiły się nowe, które zasklepiły powstałą dziurę.

– Piękne… – wyszeptałam, nie mogąc oderwać wzroku od niezwykłego zjawiska.

– I cholernie przydatne – przyznał Vigo. – To kopuła ochronna. Chodź.

Znów mnie pociągnął. Widziałam, jak fioletowa kopuła opada coraz niżej i zamyka się tuż przed nami, tworząc połyskującą barierę. Zamknęłam oczy, gdy ją przekraczałam, bo przez ułamek sekundy bałam się, że odbiję się jak wróbel od szyby.

Przebiegliśmy.

Vigo natychmiast się zatrzymał. Oparł dłonie na kolanach, dysząc ciężko. Spuścił głowę. Wiedziałam, że nie ze zmęczenia. Z bezsilności.

Świat za kopułą już nie istniał.

W powietrzu uniosła się chmura pyłu, jak po wybuchu wulkanu. Ziemia pokryta była tysiącem mieniących się łusek po nabojach i czarnych wyrw po wybuchach bomb. W oddali co jakiś czas nadal widać było krótkie błyski, jakby coś spadało i uderzało w ziemię. A potem rozlegał się pomruk artylerii. Wśród płonących ruin ledwie można było dostrzec kształty dawnych budynków, które tylko czekały, aż ogień zamieni je w popiół.

Drżącą ręką wyciągnęłam telefon. Zrobiłam kilka zdjęć, starając się uchwycić ogrom zniszczeń. Kiedy Vigo się wyprostował, instynktownie skierowałam obiektyw także na niego. Stał nieruchomo, wpatrzony w to, co pozostało z miasta.

– Co to za wojna? – zapytałam cicho.

Vigo przez dłuższą chwilę milczał. Przesunął dłonią po twarzy, jakby nie wiedział, od czego zacząć.

– Cóż… – westchnął w końcu. – Zbyt długa. Zbyt głupia. I nikt już nie pamięta, o co tak naprawdę chodziło. Wiesz… to trochę taka Jugosławia. Księstwa, klany, rody, rasy. Kiedyś niby zjednoczeni. A potem… każdy wystąpił przeciwko każdemu – powiedział i zebrał z ziemi garść łusek. Wrzucił je do kieszeni.

Ścisnęłam mocniej telefon i zrobiłam jeszcze kilka zdjęć. Nasz świat powinien się o tym dowiedzieć.

– Musimy wracać – wychrypiał.

– Ale dopiero co przyjechaliśmy! – Odwróciłam się gwałtownie. – Jeszcze niczego nie udało nam się znaleźć. Żadnego śladu ludzi i zaginionych stworzeń. Może są jeszcze jakieś inne miasta…

– Musimy wracać – powtórzył ostrzej. – Za kilka minut odjedzie ostatni pociąg.

– Jak to ostatni? Przecież te wszystkie stworzenia nie zmieszczą się do…

– Ludzie zamknęli granice – przerwał mi. – Widziałem komunikat na rozkładzie jazdy. Żadnych więcej transportów. To koniec.

Przed drzwiami dworca panował chaos. Nie było szans, żeby się przecisnąć przez tłum. Jeśli nie dostaniemy się do tego pociągu, utkniemy tu na zawsze – pod niewielką, magiczną kopułą, w której powstawało coraz więcej wyrw.

Vigo pociągnął mnie na bok.

– Spróbujemy z drugiej strony, przez dworzec towarowy – szepnął mi wprost do ucha i znów przyspieszył.

Ledwo za nim nadążałam. Mijaliśmy stworzenia siedzące na chodnikach, zbite w bezradne gromadki, które już nawet nie próbowały iść dalej.

Na dworcu towarowym też panował chaos. Do podstawionych pociągów ustawiła się kolejka stworzeń, ale takich, które ze względu na rozmiary nie mieściły się w przedziałach pasażerskich. Zobaczyłam olbrzymy, trolle i enty. Obok nich kręciły się dziesiątki fantastycznych zwierząt, a od ich rżenia, wycia i zawodzenia ściskało mi się serce.

Żołnierze zajęci byli załadowywaniem drewnianych skrzyń oplecionych mosiężnymi łańcuchami. Nagle jedna z nich zsunęła się z rampy i z hukiem spadła na ziemię. Drewniana ściana pękła, a zawartość skrzyni wysypała się na tory.

– Złoto? Ładują do pociągu błyskotki zamiast żywych stworzeń? – zapytałam z niedowierzaniem.

– A ty myślałaś, że ludzie zgodzili się na otwarcie granic za darmo? – prychnął Vigo.

Podeszłam do wagonu towarowego i zauważyłam tabliczkę ostrzegawczą w języku angielskim. Widniał na niej napis: Sól litu. Rozejrzałam się i, korzystając z zamieszania, weszłam na drabinkę, by sprawdzić, czy faktycznie w wagonie jest surowiec. Biały proszek połyskiwał drobnymi kryształkami. Otrzepałam ręce i wdrapałam się na drabinkę drugiego wagonu. Tutaj zawartość błyszczała metalicznie. Tablica informowała, że był to kobalt. Wyciągnęłam z kieszeni telefon i pilnując, by nie wpadł do wagonu, zrobiłam zdjęcie.

Zobaczyłam, jak Vigo skacze z peronu wprost na tory.

– Chodź! – zawołał.

Skoczyłam za nim i wylądowałam niezgrabnie na kamiennym podsypie. Przedostaliśmy się na kolejny peron, na którym stał ostatni pociąg do naszego świata. Udało nam się ustawić blisko drzwi. Rozejrzałam się. Stworzenia wokół wymachiwały dokumentami, a na ich nadgarstkach połyskiwały mosiężne bransolety. Nagle zamarłam.

– Świecznik! Przepustka! – rzuciłam w panice.

Vigo wyciągnął z kieszeni kilka łusek po nabojach i wcisnął mi je w dłoń. Połyskiwały znajomym złotoróżowym kolorem. Przeszukał wewnętrzną kieszeń kurtki i wyciągnął przepustkę.

– Weź moją. I tak ich nie czytają. Ważna jest pieczątka. – Podał mi kartkę.

Zawahałam się. Spojrzałam na dokument, dane osobowe, gatunek, a potem znów na Vigo.

– Jesteś… – urwałam. – Okłamałeś mnie! Mówiłeś, że pracujesz dla wywiadu!

Uderzyłam go w ramię, ale nawet nie drgnął.

– Nie pytałaś, dla którego.

– Ale… ale wyglądasz jak człowiek! – Wpatrywałam się w niego z niedowierzaniem.

– Zmieniłabyś zdanie, gdybyś mnie zobaczyła w czasie pełni, skarbie. – Mrugnął do mnie porozumiewawczo. – Zresztą… Zaufałabyś mi, gdybyś wiedziała, kim naprawdę jestem?

Przygryzłam wargę. Moje milczenie starczyło za odpowiedź.

– A teraz idź. – Pchnął mnie w stronę konduktora.

– Ale…

– Jednak podstawią jeszcze jeden pociąg. Muszę dopilnować, żeby wszystkich zabrali. Idź już. – Pomachał mi na pożegnanie. – Zobaczymy się w Tirano.

Uwierzyłam mu.

Nie musiałam znać języka fantastycznych istot, żeby zrozumieć, że żadnego drugiego pociągu nie było. Płacz wszystkich w przedziale za tymi, którzy pozostali na peronie, tylko utwierdzał mnie w tym przekonaniu.

A nawet jeśli? Jak chciał jechać bez dokumentów? Myśl, że pozbawiłam go ostatniej szansy na ucieczkę dławiła mnie, wywołując fale mdłości.

Co jakiś czas zerkałam na czarno-białe zdjęcie, które wypadło ze złożonej przepustki. Dwóch małych chłopców uśmiechających się do obiektywu. Podobieństwo do Vigo było uderzające. Zrozumiałam, że wśród tych dwustu tysięcy zaginionych szukał także własnej rodziny. Może braci. Może synów.

Nie zapytałam, a teraz było już za późno.

Siedziałam przy oknie Bernina Express i tępo gapiłam się na mijane krajobrazy. Byliśmy już we Włoszech. Zgodnie z rozkładem wkrótce mieliśmy dotrzeć do Tirano. Ostatni zaznaczony przez Artura punkt minęliśmy już dawno temu, co oznacza, że na trasie nie ma więcej portali ukrytych w tunelach.

Nikt już nie wsiądzie. To był ostatni kurs.

Wsunęłam rękę do kieszeni. Coś zagrzechotało. Uśmiechnęłam się mimowolnie, wyciągając kilka mosiężnych łusek. Wystarczyła tylko jedna, aby przejść.

Przesunęłam palcami po łuskach i zastygłam, widząc wybite na nich logo europejskiej zbrojeniówki. Przypomniały mi się załadowane pociągi towarowe, pełne złota, litu i zamkniętych skrzyń ukrywających skarby, które miały trafić do świata ludzi. Wywołanie konfliktu, żeby zdobyć surowce i bogactwo, to coś, na czym ludzkość zna się doskonale.

Zacisnęłam dłoń na łuskach tak mocno, że aż przeszył mnie ból.

Spojrzałam na fantastyczne stworzenia. Pióra, pazury, kołtuny sierści, rogi, skrzydła, łuski, kły. Ale teraz to nie ich odmienność rzucała mi się w oczy. Widziałam matki tulące swoje dzieci, pary trzymające się za ręce, zmęczonych starców.

Zatrzymałam spojrzenie na małym chłopcu z niewielkim porożem, jak u młodego jelonka. Wskazywał poszczególnych pasażerów, poruszając bezgłośnie ustami, jakby ich liczył.

Wreszcie zrozumiałam.

– Artur też liczył pasażerów… – szepnęłam i chwyciłam przewodnik turystyczny.

Przejechałam palcem po ciągu liczb i przerzuciłam jego bilety. Pięć przejazdów, pięć dat, pięć liczb przy każdym z tuneli. Ściągnęłam z półki bagażowej plecak i włączyłam laptopa. Jego tabelki wreszcie nabrały sensu. Artur zestawił liczbę przybyłych, których sam policzył, z oficjalną listą osób przyjętych do obozu przejściowego w Mediolanie.

Rozbieżności. Setki, tysiące rozbieżności, a wynik był przerażająco prosty.

Nie było żadnego sabotażu. Żadnych anomalii między wymiarami, żadnych technicznych usterek, które pochłaniałyby pasażerów jak czarna dziura. Stworzenia nie ginęły między wymiarami, tylko na krótkim odcinku między Tirano a obozem przejściowym w Mediolanie.

Dokąd je wywieziono?

Ludzkość dobrała się już do ich złota i surowców. Czego jeszcze mogła chcieć? Taniej siły roboczej? Materiału do eksperymentów, które mogłyby odkryć sekrety regeneracji i długowieczności? A może samej magii – tej nieuchwytnej esencji, którą można było ujarzmić i wykorzystać?

Spojrzałam na współpasażerów. Ufne, zmęczone istoty, które myślały, że wyrwały się z piekła. Na dziecko liczące pasażerów. Na matkę nucącą kołysankę. Na starca, który przeżył niejedną wojnę, by umrzeć tutaj, w laboratorium.

I zrozumiałam, że Bernina Express nie może dojechać do końcowej stacji.

Wstałam. Nogi jakby same zadecydowały, dokąd pójdą. Chwyciłam czerwony uchwyt hamulca bezpieczeństwa.

I pociągnęłam.

Wagonem szarpnęło. Pasażerowie polecieli do przodu, a bagaże wypadły z półek. Wreszcie pociąg stanął.

Wszystkie oczy zwróciły się na mnie, a ja po prostu otworzyłam drzwi. Nie powiedziałam ani słowa. Tylko wskazałam na zewnątrz. Miałam nadzieję, że zrozumieją.

Zrozumieli.

Fantastyczne stworzenia rozpierzchły się i znikły w późnopopołudniowej szarudze. Tylko jedno pozostało w wagonie.

– Chodź, Bambi. – Wyciągnęłam dłoń w stronę chłopczyka z porożem. – Znajdziemy twoją mamę. A później wszystkich innych, obiecuję. Teraz przynajmniej wiemy, po której stronie szukać – dodałam, prowadząc malucha w stronę drzwi.

Musiałam z tym iść do mediów, organizacji, do kogokolwiek, kto jeszcze nie został kupiony ani zastraszony. Nagłośnić sprawę, licząc, że tym razem ludzie nie odwrócą wzroku.

I musiałam to zrobić od razu. Zanim i mnie wrobią w samobójstwo.

Koniec

Komentarze

 

 

Przybyłam, zobaczyłam, pozdrowiłam,

ślad swój zostawiłam,

uważnie przeczytałam,

za udział podziękowałam;

bruce :)

 

Pecunia non olet

Otrzymawszy dziś od Szefowej Jury, Ambush, zielone światło i długo oczekiwane pozwolenie, gdy Konkurs zmierza już powoli ku końcowi i – co za tym idzie – pojawiły się sprzyjające warunki, pozwolę sobie zamieścić wpis nominacyjny:

 

Komentarz tuż po przeczytaniu:

Witam serdecznie i dziękuję za udział w Konkursie. :)

Opowiadanie jest znakomitym – że tak je nazwę – „thrillerem fantastyczno-detektywistycznym”, trzyma w napięciu do ostatniego momentu, jest również mocnym, antywojennym przesłaniem. Opiera się na niezwykle oryginalnym pomyśle i przejmująco opisuje wszelkie odkrywane przez bohaterkę: podłości, brudy, mataczenia, spryt oraz oszustwa i knowania polityczno-wojskowe. Cieszy, że w tym świecie/tych światach są jeszcze ludzie uczciwi, porządni oraz odważni. Z uwagi na oryginalność oraz nietuzinkowy pomysł chciałabym Twoje opowiadanie nominować do Piórka. :)

 

Kwestie techniczne i wątpliwości oraz sugestie podczas czytania (zawsze – tylko do przemyślenia):

Dreszcz przebiegł mi po plecach, na myśl, że zaraz minę miejsce, gdzie niedawno siedział, całkowicie pochłonięty poszukiwaniami zaginionego turysty, a przede wszystkim… wciąż żywy. – zbędny pierwszy przecinek?

Po przejściu kwarantanny włączano przybyszy do ludzkiego społeczeństwa, (i ten?) z nadzieją, że proces adaptacji przebiegnie bez większych konfliktów.

W ostatnim rzędzie siedział mężczyzna w czarnej, skórzanej kurtce, wpatrzony w widok za oknem. – aliteracja?

Najwyraźniej nie byłam jedyną osobą, która zgodziła się podróżować przedziałem przeznaczonym dla przybyszów z innego wymiaru. – i tu?

Obserwując stworzenia, (zbędny przecinek?) zauważyłam, że pojawiały się w wagonie nie tylko z niewielkim bagażem, ale i z dokumentem w ręku.

Była hybrydą kobiety i łani. Jej długie, jasne uszy zadrgały nerwowo, a oczy z pionowymi źrenicami wpatrywały się we mnie ze strachem, niczym sarna oślepiona reflektorami nadjeżdżającego samochodu. – składniowy?

– Proszę oddać tej pani przepustkę – mężczyzna zwrócił się do mnie ponownie. – I więcej jej nie straszyć. Jest już wystarczająco roztrzęsiona. Jej syn pozostał na peronie. – dodał. – błędny zapis dialogu?

– Przepraszam – oddałam kobiecie kartkę, zastanawiając się (przecinek?) jak można zgubić dziecko.

– A kogo to obchodzi? – zapytał. – Dla większości ludzi te stworzenia to problem, który może w ten sposób sam się rozwiąże. Nie ufają im. Boją się ich. Widziałaś te protesty w miastach?

– Ale to są żywe istoty. – powtórzenia/sporo zaimków?

Pomyślałam przeczytanych wcześniej nagłówkach: „Zaginiony dziennikarz z Bernina Express”, „Tajemnicze zniknięcie turystów w Alpach”, „Rodzina poszukuje podróżnika”. O konferencjach prasowych. – brak części zdania?

– O tym, że z obawy przed nielegalnym korzystaniem z portalów ich działanie utajniono, ale w teorii… wciąż da się przejść na drugą stronę. – mocno zgrzyta mi ta odmiana (?)

Czegoś tu brakuje, a ja nie wiem (przecinek?) czego – dodał i pokręcił głową.

– Myślałem, że chcesz pomóc? – czy to zdanie pytające?

Pewnie za kilka minut zapytałabym o to ponownie, ale w cieniu wysokich szczytów, zobaczyłam ciemny otwór w skale. – zbędny ostatni przecinek?

Na ścianach było mnóstwo mosiężnych zdobień i zębatych kół. Nie wiedziałam, czy kryły w sobie jakiś mechanizm, czy były tylko dekoracją. Za oknem nie było już Alp. Był inny świat. – powtórzenia?

Poczuliśmy, że pociąg zwalnia, więc spojrzeliśmy przez okno. Wjeżdżaliśmy na stację (brak kropki lub części zdania?) Tysiące stworzeń w panice tłoczyło się na peronie, ale nikt nie spoglądał w stronę naszego pociągu.

Zamknęłam oczy, przebiegając przez nią, bo przez ułamek sekundy bałam się, że odbiję się od niej jak wróbel od szyby. – powtórzenie?

– Ale… ale wyglądasz jak człowiek! – patrzyłam na niego szeroko otwartymi oczami. – błędny zapis dialogu?

– Zmieniłabyś zdanie, gdybyś zobaczyła mnie w czasie pełni, skarbie – Mrugnął do mnie porozumiewawczo. – i tu?

Płacz wszystkich w przedziale, za tymi, którzy pozostali na peronie, tylko utwierdzał mnie w tym przekonaniu. – zbędny pierwszy przecinek?

Myśl, że pozbawiłam go ostatniej możliwości ucieczki, dławiła mnie, wywołując nieprzyjemne fale mdłości. – a tu przedostatni?

Siedziałam przy oknie Bernina Express i tępo śledziłam mijające krajobrazy. – dopytam – czy nie: „mijane”?

Stworzenia nie ginęły między wymiarami, tylko na krótkim odcinku między Tirano a obozem przejściowym w Mediolanie.

Dokąd ich wywieziono? – składniowy – „je”?

– Chodź, Bambi – Wyciągnęłam dłoń w stronę chłopczyka z porożem. – błędny zapis dialogu?

 

Pozdrawiam serdecznie i ponownie dziękuję za udział. Klik biblioteczny oraz piórkowy. :) Powodzenia! :)

Pecunia non olet

Melduję, że przeczytałam.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

delulu managment

Witam szanowne jury! 

 

Bruce, ooo! Bardzo dziękuję za przemiły komentarz i nominację! heart Thriller fantastyczno-detektywistyczny brzmi dumnie! Cieszę się, że tak odbierasz moje opowiadanie. 

Dziękuję również za wskazanie potknięć. Osoba anonimowa chciała być sprytna i nie ujawniać się na betaliście, co ostatecznie chyba nie było zbyt sprytne, patrząc na ilość baboli… Biorę tekst na warsztat! 

 

Pozdrawiam! 

heart

 

Pecunia non olet

Moje uszanowanie!

 

Przeczytałem. Po wstępie spodziewałem się klasycznego kryminału, ale historia szybko przeszła w “Opowieści z Narnii”. Bardzo oryginalny pomysł. Był element zaskoczenia, a i napięcie się znalazło. Bardzo płynny język, fajne porównania, a także opisy, oddające dramatyzm. Dobre opowiadanie, które, moim zdaniem, wypełnia oczekiwania stawiane w konkursie. Skarb jako informacja, i to informacja potencjalnie ratująca rzesze istnień, to bez wątpienia skarb wielki.

 

Pozdrawiam!

Kwestia wizji. CHRZANIĆ MATERIĘ, IDEA - TO JEST FIRMA!!!

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Robercie, kłaniam się i dziękuję za wizytę. Cieszę się, że się spodobało!

Skarb jako informacja, i to informacja potencjalnie ratująca rzesze istnień, to bez wątpienia skarb wielki.

Otóż to! Wielki skarb i wielka odpowiedzialność. 

 

 

Witam jurorkę! 

Ciekawy pomysł na wędrówkę między światami. Mocna końcówka, która stawia nas w naprawdę paskudnym świetle. Ale co zrobić, nieraz już tak było…

Fabularnie w porządku – cały czas byłam ciekawa, co będzie dalej.

Bohaterka trochę naiwna i romantyczna, ale jej kibicuję. Tym bardziej, że sama jest świadoma grożącego jej “samobójstwa”. Vigo to też interesująca postać, ładnie pokazujesz prawdę o nim na finiszu. Twist należycie zaskoczył.

Doceniam gierkę słów z “conductor”. Fajna rzecz.

Nie jestem pewna, czy Jury uzna, że mapa została narysowana samodzielnie, ale to nie mój problem.

Babska logika rządzi!

Witaj Finkla, 

dziękuję za odwiedziny, klika i miłe słowa! 

Anonim ma nadzieję, że mapa nie zostanie zdyskwalifikowana, bo wtedy to on ma problem i pięć tysięcy znaków w nadwyżce. Ups! 

 

Spodziewałam się “Morderstwa w Orient Ekspresie” a dostałam “Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć” :D I to w sosie  wojennym niczym z “Metra”. 

Napisałeś, Anonimie, bardzo dobre opko, fabuła dobrze przemyślana, akcja idzie do przodu w porządnym tempie, bohaterowie są “jacyś”. Mimo niefajnej konkluzji na temat ludzkości, udaje Ci się utrzymać nieco optymizmu obietnicami, że bohaterka zadziała we właściwych miejscach i nagłośni sprawę. Nie zmienia to jednak faktu, że ludzkość właśnie zmieniła w piekło rzeczywistość równoległą. 

Podobało mi się! Warsztatowo jest nieźle, fabularnie również. W związku z tym idę klikać!

Pozdrawiam i powodzenia! :)

Witaj JolkaK,

anonim liczył na skojarzenia z „Morderstwem w Orient Expressie”, żeby pojawienie się wątku fantastycznego stało się jeszcze większą niespodzianką. :D 

Dziękuję za miłe słowa i cieszę się, że opowiadanie Ci się spodobało.

Również pozdrawiam!

Hej, doceniam przeniesienie współczesnych problemów migracyjnych na świat fantasy, ale to nie to samo. W mojej ocenie problem został przedstawiony zbyt jednostronnie… Ostatnio miałem podobne odczucia z innym tekstem. Może jestem zbyt gruboskórny:). Nie wiem, ale wiem chyba kto napisał tekst;)Klikam i pozdrawiam 

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Witam i dziękuję za wizytę!

W mojej ocenie problem został przedstawiony zbyt jednostronnie…

Anonim zakładał, że bez pełnego kontekstu wojny (i tego, co kto ma za uszami), a przez pokazanie jedynie uciekających, przerażonych istot, uda mu się wzbudzić więcej empatii. Stąd ten podział na „dobrych, bezbronnych i wystraszonych” oraz „złych, pazernych i bezdusznych”. Z drugiej strony, czy stworzenia, które jednak sięgnęły po ludzką broń i dokonują rzezi po swojej stronie, możemy nazwać jednoznacznie „dobrymi”? A może po prostu padły ofiarą ludzkiej manipulacji i dały się wciągnąć w wojnę? Tego dowiecie się w Bernina Express 2! xD

Rozumiem jednak, jeśli tego pełnego obrazu Ci brakuje. Tutaj Anonim zasłoni się też trochę limitem znaków, których zabrakło na pokazanie całej intrygi politycznej, oraz brakiem umiejętności pisania krótko i na temat.

 

Nie wiem, ale wiem chyba, kto napisał ten tekst ;)

Niemożliwe! Anonim sam zapomniał, kim jest!

 

Też spodziewałem się bardziej Agathy Christie, a poszłaś w inną stronę, co oczywiście jest na plus, w końcu to “Nowa Fantastyka”. Całość myślę, że bardzo udana. Też nie kupuje wszystkiego, chyba jestem gruboskórny jak Bard. Natomiast nie psuło mi to całości odbioru. Bohaterka ciekawa. Wciągające. Tekst ładnie napisany. Nic tylko pogratulować i życzyć powodzenia w konkursie!

Pozdrawiam serdecznie i dobijam do biblioteki!

You cannot petition the Lord with prayer!

Czytałam ze sporym zainteresowaniem, ale nie mogłam pozbyć się wrażenia, że w tej baśniowo-fantastycznej historii została pokazana nasza rzeczywistość. I, niestety, nie było to wrażenie budujące.

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia, ale mam nadzieję, Anonimie, że poprawisz usterki, bo chciałabym zgłosić opowiadanie do Biblioteki. :)

 

byle tylko ruszyć tym cholernym pociągiem.

Kasjerka wzruszyła ramionami… → Nie brzmi to najlepiej.

 

– Artur też je­chał spe­cjal­nym… – Zdzi­wi­łam się. → – Artur też je­chał spe­cjal­nym… – zdzi­wi­łam się.

Tu znajdziesz wskazówki jak zapisywać dialogi.

 

Wpro­wa­dzo­no więc m.in. osob­ne prze­dzia­ły… → Wpro­wa­dzo­no więc, między innymi, osob­ne prze­dzia­ły

Nie używamy skrótów.

 

Otrze­pał swoje weł­nia­ne por­t­ki… → Zbędny zaimek – czy otrzepywałby cudze portki?

 

wska­zu­jąc na nie­na­tu­ral­nie wy­gię­te skrzy­dło. → …wska­zu­jąc nie­na­tu­ral­nie wy­gię­te skrzy­dło.

Wskazujemy coś, nie na coś.

 

jasne uszy za­drga­ły ner­wo­wo, a oczy z pio­no­wy­mi źre­ni­ca­mi wpa­try­wa­ły się we mnie ze stra­chem, jak sarna ośle­pio­na re­flek­to­ra­mi nad­jeż­dża­ją­ce­go sa­mo­cho­du. → Nie wydaje mi się, aby oczy mogły być jak sarna.

Proponuję: …jasne uszy za­drga­ły ner­wo­wo, a oczyma z pio­no­wy­mi źre­ni­ca­mi wpa­try­wa­ła się we mnie ze stra­chem, jak sarna ośle­pio­na re­flek­to­ra­mi nad­jeż­dża­ją­ce­go sa­mo­cho­du.

 

Dwie­ście ty­się­cy żyć, które po pro­stu… znik­nę­ły. → Życie nie ma liczby mnogiej.

Proponuję: Dwie­ście ty­się­cy istot, które po pro­stu… znik­nę­ły.

https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/Zycie;20113.html

 

Po­my­śla­łam prze­czy­ta­nych wcze­śniej na­głów­kach… → Pewnie miało być: Po­my­śla­łam o prze­czy­ta­nych wcze­śniej na­głów­kach

 

Za­ci­snę­łam palce na świecz­ni­ku tak mocno, że za­bie­la­ły mi knyk­cie. → Raczej: Za­ci­snę­łam palce na świecz­ni­ku tak mocno, że zbielały mi knyk­cie.

 

Biały, drob­ny pro­szek po­ły­ski­wał drob­ny­mi krysz­tał­ka­mi. → Nie brzmi to najlepiej, zwłaszcza że, za SJP PWN: proszek «drobno roztarta, zmielona substancja, drobne cząsteczki jakiegoś minerału, metalu itp.»

Proponuję: Biały pro­szek po­ły­ski­wał drob­ny­mi krysz­tał­ka­mi.

 

Wska­zy­wał na po­szcze­gól­nych pa­sa­że­rów… → Wska­zy­wał po­szcze­gól­nych pa­sa­że­rów

 

pięć liczb przy każ­dym z tu­ne­lów. → …pięć liczb przy każ­dym z tu­ne­li.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Michael, dziękuję za wizytę i klika! 

 

a poszłaś w inną stronę

łaś/łeś/łoś :D 

Też nie kupuje wszystkiego, chyba jestem gruboskórny jak Bard.

Wy gruboskórni! :D 

Ale cieszę się, że mimo to historia Cię wciągnęła. 

 

Również pozdrawiam! 

 

Reg, witaj! Dziękuję za poświęcony czas oraz za wskazanie błędów. Już poprawiam! :D 

Wskazujemy coś, nie na coś.

Ech… chyba muszę dostawać linijką po rękach za każdym razem, gdy tak napiszę, bo inaczej nigdy się nie nauczę.

 

Pozdrawiam serdecznie :) 

 

 

Bardzo proszę, Anonimie. Miło mi, że mogłam się przydać. 

Zdaje mi sie, że już nie mam po co chodzić do klikarni.

 

Ech… chyba muszę dostawać linijką po rękach za każdym razem, gdy tak napiszę, bo inaczej nigdy się nie nauczę.

Nauczysz się, nauczysz. Nawet szybciej niż myślisz, zwłaszcza że tu nikt nikogo niczym nie bije – wszyscy jesteśmy przeciw jakiejkolwiek przemocy! :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przeczytałem. Powodzenia w konkursie. :)

Przeczytałem. Powodzenia w konkursie. :)

Koalo75, Twoje życzenie już się spełniło. :)

Niecierpliwie czekam (pewnie nie tylko ja) na ujawnienie się Autorki/Autora. :) 

Pecunia non olet

Bardzo dobrze napisane i poruszające opowiadanie. Dobrze przemyślane wszystkie elementy fabuły, nic mi nie zgrzytało i niczego nie brakowało, wszystko pospinane logicznie.

Jest dobra sensacja, którą się rozpoczyna, jest nad czym pomyśleć i czym się przejąć, gdy wchodzimy głębiej i poznajmy prawdę o stosunkach między światami.

Bardzo dobrze przedstawione postaci.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Wspaniała opowieść. Przejmująca i piękna. Poraża obrazami i emocjami.

Nieustannie chodził za mną Undergrand Kusturicy, nawet z muzyką Bregovicza. 

Troszkę czuję się wzięta pod włos, ale nie mogę przestać myśleć o tym pociągu. 

Dlatego piórkowo będę na TAK. 

delulu managment

Koalo, dziękuję za wizytę! heart

 

Bruce, a kuku! :D 

 

śniąca, dziękuje! Bardzo się cieszę, że opowiadanie zaciekawiło i poruszyło! heart Może nawet poruszyło za bardzo… Nie chciałam Was aż tak zasmucać. Znacznie trudniej jest rozbawić czytelnika niż doprowadzić go do łez. :) 

 

Ambush, witaj! Dziękuję za miłe słowa. Nie znam tego filmu, ale zdecydowanie nadrobię braki w kinematografii. :D 

Troszkę czuję się wzięta pod włos, ale nie mogę przestać myśleć o tym pociągu., 

O jeny, przepraszam! Jeśli to coś pomoże: żadna istota nie ucierpiała podczas pisania tego opowiadania, a wszystkie fantastyczne stworzenia szczęśliwie żyją w swoich wymiarach. heart

 

Pozostaje mi czekać na komentarz Tarniny. I wcale się nie boję. 

 

Bruce, a kuku! :D 

heart Nie sądziłam, że czekałaś do przedłużenia Konkursu, lecz – jak widać – to była dobra decyzja. :) Wielkie gratulacje, trzymam też kciuki za Piórko. :)

 

Pozostaje mi czekać na komentarz Tarniny. I wcale się nie boję. 

laugh

Pecunia non olet

Jest to opowiadanie mniej toporne, niż mogłoby być. Weź to jako komplement! Żeby w niecałych 40 tysiącach znaków porządnie rozwinąć taki temat, żeby mu oddać sprawiedliwość, trzeba być Hemingwayem. Może z odrobiną Conrada. A ponieważ bardzo wątpię, żeby Hemingway zmartwychwstał i nagle zaczął pisać po polsku, to cóż. Trzepaczka w dłoń i zaczynamy.

 

White guilt aż tu piszczy, zwłaszcza przy tym licie i kobalcie, które bohaterka wykrywa magicznym sposobem (krystaliczny biały proszek widziany w półmroku może równie dobrze być cukrem, saletrą potasową lub kokainą; inna rzecz, że przewożenie proszków luzem nie wydaje mi się praktyczne, ale ponoć czasem tak się robi). W każdym razie poruszasz niepolski problem (my nie mamy kolonialnej przeszłości, szczęściem w nieszczęściu, i nie mamy się za co w tej materii kajać, inna rzecz, że całe to kajanie jest grubymi nićmi szyte i cholera wie, czym naprawdę motywowane, ale nie schodźmy z tematu) – ale poruszasz go tak bardzo po polsku, tak emocjonalnie, że aż się chce ruszyć do boju o wolność waszą i naszą.

 

Wcale nie chcę Cię oskarżać o to, że nie wierzysz w to, co piszesz (zresztą nie mam po temu podstaw), nie próbuję też twierdzić, że Zachód sobie sam nie nagrabił, ani że nie grabi nadal – bo grabi – ale zdaje mi się, że niekoniecznie się nad tym zastanawiasz w jakiś głębszy sposób. Chociaż – skoro narracja jest pierwszoosobowa – to może być tylko wrażenie wynikłe z kreacji postaci, o której za moment, bo muszę jeszcze ponarzekać na stężenie smrodku dydaktycznego.

 

Otóż – kiedy mówisz o "integracji" ja zadaję sobie pytanie, jak by to miało w praktyce wyglądać. Nie można tak po prostu spędzić razem ludzi z różnych kultur i oczekiwać, że wypracują sobie, ot tak, modus vivendi odpowiadający wszystkim, albo że ci, którzy mają jakąkolwiek przewagę, nie będą jej wykorzystywać, żeby nie musieć się z tym wypracowywaniem męczyć. Wcale nie chodzi o to, że nienawidzimy wszystkiego, co się od nas różni! Ani o żadną "irracjonalność", wręcz przeciwnie – irracjonalność to niezwracanie uwagi na rzeczywistość i uparte twierdzenie, że jest tak, jak twierdzący chce, a nie tak, jak jest, tak mi się wydaje. Chodzi o to, że konflikty między ludźmi nie wynikają z ideologii – wynikają z dążeń, czasami irracjonalnych, czasami racjonalnych, ale błędnych, czasami zupełnie sensownych, praktycznie zawsze różnorodnych i pogmatwanych. To nie ucho Jenkinsa jest przyczyną wojny, tylko tysiąc lat decyzji, które wydawały się całkiem rozsądne ludziom, którzy je podejmowali, i na krótką metę może nawet takie były. Zło powstaje, kiedy dążymy do dobra w niewłaściwy sposób. A życie nie jest proste. Granica między dobrem a złem przebiega przez środek ludzkiego serca – dotyczy to również serca elfiego, krasnoludzkiego lub wilkołaczego, wszyscy bowiem jesteśmy hnau. 

 

A u Ciebie? Ci niewinni fantastyczni imigranci, i ci ludzie, tak doskonale podli i tak dokładnie tych imigrantów wykorzystujący, że zaraz zaczną robić zapalniczki z ich stawów (poza, oczywiście, nawracającą się główną bohaterką), i takie to wszystko proste i jasne… kiedy takie samo podejście przypisuje się Tolkienowi, zastanawiam się, czy przypisujący go czytali. A teraz muszę je przypisać Tobie, i nie czuję się z tym najlepiej – ale amicus Plato, sed magis amica veritas. Tolkien był subtelniejszy. Ale też – Tolkien pisał przez dwanaście lat (samego "Władcę Pierścieni"! bo "Silmarilion" pisał przez kilkadziesiąt), a Ty przez miesiąc. I znowu – żeby to opowiadanie zrobić lepiej w miesiąc, potrzeba chyba TARDIS.

 

Piszesz w komentarzach, że to było celowe, że chodziło o wzbudzenie empatii – to niekoniecznie dobrze. Nie robiłabym tu wykładów na temat "jak skutecznie uprawiać propagandę", nawet gdybym była w tej dziedzinie kompetentna, ale czytelnik, a zwłaszcza czytelnik opowiadań o detektywach (bo za detektywa Eliza się podaje!) ma nie tylko serce. On ma mózg. I one powinny współpracować. Daj mu samemu zdecydować, co czuje.

 

A kiedy jeszcze nienawrócona Eliza rozmyśla o segregacji (rozwiązanie na glutoklej…) i przeraża się samym widokiem współpasażerów, którzy… cóż takiego strasznego robią? Ładują bagaże na półkę, siedzą i myślą, śpią. Opatrują sobie nawzajem zranione kończyny, co automatycznie wskazuje na caritas i ogólne bycie w porządku. Więc kiedy Eliza się tym przeraża, można to interpretować jako element jej charakteru (czy nie przerysowany?) – i można to też interpretować jako komunikat odautorski: uwaga, czytelniku! Tak nie robimy! To jest be! I jako komunikat odautorski to jest wyraźniejsze.

 

Problem w tym, że Eliza nie jest postacią specjalnie dobrze zorientowaną w swoim świecie, o czym za chwilę, i wychodzi tu na Simplicia. Autorzy niekiedy korzystają z Simplicia, ale to odnosi skutek odwrotny, jeśli ktoś ma przemyślane powody, żeby się z Simpliciem nie zgadzać. Bo lekceważenie, traktowanie z góry i wyśmiewanie, z jakimi mamy do czynienia w dyskursie publicznym, nie służą przekonywaniu. Służą tylko zastraszaniu ludzi, żeby chowali prawdziwe myśli i emocje bardzo głęboko, żeby nie wyjść na "oszołomów", aż w końcu te myśli wezmą górę, a emocje wybuchną. I wtedy będzie płacz.

 

Albo inaczej – Philip Dick napisał w swoim komentarzu do "Człowiekiem jest", że w opowiadaniu chodzi o to, że o byciu człowiekiem decyduje to, czy ktoś życzliwie traktuje innych. Sęk w tym, że przykład nieżyczliwości jest tam karykaturalnie wredny i naprawdę trudno się dziwić jego żonie, że woli miłego, usłużnego i przyjaznego kosmitę.

 

W każdym razie morał o nieosądzaniu (hmmm?) obcych kładziesz bardzo grubo, tylko smarujesz nim powietrze.

 

Ale muszę przyznać, że unoszący się nad tekstem smrodek dydaktyczny doskonale pasuje do głównej bohaterki, czy może raczej ona pasuje do smrodku.

 

Eliza jest bardzo wiarygodna jako wielkomiejska Polka o "liberalnych" (idiotyczne są te współczesne etykietki… chodzi mi o takich ludzi, którzy mają Szlachetne Uczucia, i te uczucia są skierowane ku abstraktom, konceptom, a nigdy konkretnym bytom) zapatrywaniach – ale wcale jako detektyw, mniej więcej z tego samego powodu: bo podchodzi do spraw prawie wyłącznie emocjonalnie. (Muszę tu gwoli uczciwości zaznaczyć, że spotkałam dotąd tylko jedną kobietę – detektywa, dość przelotnie na szczęście, i chłodnej głowy u niej nie stwierdziłam, ale też nie spotkałam jej na gruncie zawodowym – może w pracy jest inna). Cały czas czekałam, aż wyjdzie na jaw, że ona była dziewczyną Artura, może też jego sekretarką ("nasze biuro" równie dobrze wskazuje na sekretarkę – a czy twarda pani detektyw mdleje z emocji? nawet, kiedy mowa o jej zamordowanym partnerze?), a nie koleżanką – nie wyszło, ale w sumie nie jest to wada i nie zakłóca odbioru opowiadania (a to, że nie powiedziałeś czegoś wprost nie oznacza, że tak nie było, skoro tyle poszlak na to wskazuje).

 

Bo tak: domyślna za bardzo nie jest. Na to i owo czytelnik może swobodnie wpaść przed Elizą (co też jest przyjemne, ale tę przyjemność doceni raczej wielbiciel literatury detektywistycznej), na przykład na istnienie portali w pociągu. 

 

Brakuje jej, i to wyraźnie, doświadczenia w przeprowadzaniu śledztw (co widzę nawet ja, laik), a jeszcze bardziej opanowania, obiektywizmu i chłodnej głowy. 

 

To, że faktycznie traktuje przybyszy z pewną pogardą, choć nie wie o nich za wiele (łania pewnie nie zgubiła dziecka, tylko musiała je zostawić – a bohaterka z góry przyjmuje, że zgubiła przez zaniedbanie czy głupotę) – jest wiarygodne i cóż. Ludzkie. Ale nie świadczy o trzeźwym podejściu do rzeczywistości, tylko właśnie o tym, że Eliza jest mocno uprzedzona. To może być celowe, nawet prawie na pewno jest, bo przecież cała historia obraca się wokół nawrócenia Elizy, ale jej świat pozostaje czarno-biały. Zmienia się tylko przyporządkowanie kolorów grupom ludzi.

 

Za to, kiedy Eliza już coś odkryje, podnieca się tym nieprzytomnie i nie przychodzi jej na myśl, że może się mylić albo nie odkryła wszystkiego.

 

Zresztą traktowanie jako wielkiego odkrycia rewelacji, że ludziom bardziej zależy na ludziach niż na fantastycznych też wskazuje na pannę kierującą się serduszkiem, ale rzadko kiedy głową ("świat był poruszony" też świadczy o jej naiwności – clickbaitowe nagłówki to jeszcze nie "poruszenie", to bardzo pospieszny wniosek). Podobnie wypada, w ocenie zimnego logika, "ale to są żywe istoty". Tak przemawia paniusia, która koffa wszystkie zwierzątka (gdyby zawołała: ale to są osoby – to już by było troszkę co innego, choć w kontekście też wypadałoby emocjonalnie).

 

Dziewczyna nie ma pojęcia, na jakim świecie żyje – ujawnia to na przykład jej rozbrajająca wiara w media, służby i nagłaśnianie spraw. Albo zdumienie, że ładuje się do pociągów złoto.

 

Jasne, nie każdy musi znać szczegóły biurokratycznych procedur (chyba nikt się sprawnie nie porusza w każdym urzędzie), sęk w tym, że detektyw, zwłaszcza detektyw, który zajmuje się właśnie konkretną dziedziną, powinien. A samo pytanie o pieczątkę "Europejskiego Ministerstwa" (swoją drogą, możesz prowadzić kurs: jak jednym zdaniem zrobić dystopię) świadczy po prostu o tym, że Eliza nie wie, czym się zajmuje ta instytucja (tak nawiasem – skoro przepustki ze stemplami mają świeży przybysze, to po drugiej stronie musi siedzieć ktoś, kto je stempluje, nieprawdaż?). Czyli albo nie słyszała o niej dotąd, albo nie przyszło jej do głowy, że to może mieć jakiś związek z badaną sprawą… kiedy na ten związek jasno wskazuje już nazwa. Detektyw nie może iść przez świat po omacku. Musi wyciągać wnioski.

 

I, żeby nie było – ona nie jest głupia. Kiedy chce, potrafi myśleć (zgrabnie wyszło to odkrycie z przewodnikiem). Ale zdecydowanie nie od tego zaczyna.

 

Czytałam, owszem, że pierwsza reakcja człowieka zawsze jest emocjonalna, i nie podważam tego, po prostu ktoś, kto pracuje rozumem, powinien chyba troszkę szybciej dochodzić do etapu refleksji. Na pewno nie powinien go przeskakiwać i przechodzić od razu do działania.

 

A Eliza? Kiedy zaczyna działać, działa w sposób nieprzemyślany, spontaniczny, zgodnie z pierwszym impulsem, który przychodzi jej do głowy – zamiast robić raban i podszywać się pod osobę oficjalną (co w żadnym systemie nie jest zgodne z prawem, a detektyw musi przestrzegać prawa) prościej i sensowniej byłoby gwizdnąć przepustkę na przykład śpiącemu niziołkowi. Może udałoby się ją nawet dyskretnie oddać po zbadaniu.

 

Wiem, wiem, chciałeś, żeby nawiązała kontakt z van Steenem. I bohaterowie jak najbardziej mogą postępować nierozsądnie. Chodzi o to, że kiedy postępują nierozsądnie, wychodzą na nierozsądnych.

 

Obawa Elizy, że van Steen ma ją za wścibską (i niewypytywanie go w związku z tym) to kolejna wskazówka, że wcale nie jest detektywem – przecież praca detektywa polega na byciu wścibskim!

 

Odsłonięcie tożsamości van Steena też zawstydza Elizę wiarygodnie (a przy okazji podbudowuje tę krystaliczną niewinność ofiar, chociaż pozostaje faktem, że van Steen trochę bohaterką manipulował) – przy założeniu, że ona się niczego nie domyślała i że odwróciła swoje poglądy dotyczące fantastycznych o sto osiemdziesiąt stopni (co w takim krótkim czasie jest niemożliwe dla poglądów podbudowanych jakąkolwiek świadomą refleksją, tylko dla czysto emocjonalnych uprzedzeń, a i to raczej słabych – gdyby miała jakąś straszną żabę w życiorysie typu siostra zjedzona przez wilkołaki, wyglądałoby to sztucznie).

 

Zresztą ja też nie zgadłam, że van Steen jest fantastyczny, chociaż jakby przeczuwałam na początku – plusik za odwrócenie mojej uwagi (co prawda myślałam, że raczej wampir niż wilkołak, ale to akurat żadna wada).

 

Jeszcze co do wyciągania wniosków i logicznego rozumowania: wniosek, że liczby oznaczają pasażerów policzonych przez Artura, jest słaby. Mogą to oznaczać, ale mogą oznaczać coś zupełnie innego, tu jest po prostu za mało danych, żeby o tym wyrokować (dlaczego nie pojedyncze liczby, tylko ciągi? Artur zliczał każdy gatunek osobno?). Podobnie rozważania o eksperymentach i "samej magii – tej nieuchwytnej esencji, którą można było ujarzmić i wykorzystać?" nijak nie wynikają z doświadczeń Elizy, bo żadnej magii nie było widać, poza skokami międzywymiarowymi, a te też można uskuteczniać za pomocą kawałka dość pospolitego stopu. 

 

Ale takie wyciąganie wniosków z tyłka podbudowuje emocjonalne, bezrefleksyjne podejście Elizy. A kiedy Eliza rozmyśla przed zaciągnięciem hamulca, robi się już po prostu łzawo.

 

Tak czy owak, Eliza jest postacią spójną, wiarygodnie odmalowaną (dobrze wypada to, że nawyki jej się nie zmieniają – nagle zmieniające się nawyki są nieznośnie sztuczne) i mam wątpliwości tylko co do tego, czy wyszła Ci taka, jaką ją chciałeś, bo może miała być przenikliwą, opanowaną profesjonalistką? Żartuję, oczywiście. Widać, że nie miała.

 

Reszta obsady to właściwie statyści, poza van Steenem, który jest po prostu spokojnym, kompetentnym twardzielem. Jego motywacje ukrywasz, ale tajemniczość pasuje do spokojnego, kompetentnego twardziela i wypada to chyba nawet lepiej, niż gdyby facet miał jasno określony, wyłożony kawa na ławę cel.

 

W końcówce jednak nie mogę sobie nie zadać pytania, dlaczego współpasażerowie mieliby nagle zaufać obcej osobie, która nie zachowywała się dotąd w sposób budzący zaufanie (to wyrywanie przepustki…)? Zwłaszcza, że przynajmniej niektórzy wiedzą, że coś tu jest nie tak, że dzieje się jakiś szwindel? (van Steen wiedział! Dlaczego ktoś inny nie miałby?) A pozostali prawdopodobnie zostali dość dokładnie i skutecznie zapewnieni, że po tej stronie czeka ich raj, a przynajmniej większe szanse przeżycia, niż tam. Imigrantom na pewno łatwo uwierzyć, że nie każdy ma na względzie ich interesy, ale już trudniej, że ma je na względzie ktoś obcy, kto nie pomógł im przejść, nie wysilał się dotąd dla ich dobra. A uciekają zupełnie tak, jakby wierzyli Elizie bardziej niż temu, kto ich w tę drogę wyekspediował.

 

Przejdźmy do fizyki, magiofizyki oraz tych niespójności, które nie mają bezpośredniego związku z postaciami.

 

Początek, elegancki i tylko z lekka infodumpowy, nasunął mi jednak pytanie – czemu tajemniczy zabójca (zapewne członek jakiejś Bardzo Tajnej Agencji) schował narzędzie zbrodni do szuflady? Żeby się upewnić, że ktoś go będzie ścigał? Może Artur po prostu miał jakiś inny pistolet w szufladzie? ale co by to miało do jego tajemniczej śmierci? I – skoro od odkrycia zwłok minęło tylko "kilkanaście godzin", to co Eliza może wiedzieć o śledztwie? Czy puściliby ją za granicę? Czy policjanci powiedzieliby jej cokolwiek o teoriach, jeśliby już jakieś sformułowali? (Pierwszym podejrzanym jest zawsze partner, poza tym – skoro ktoś uciszył Artura – kozioł ofiarny w postaci Elizy sam się napatoczył). Co prawda to pasuje do spontaniczności Elizy, ale niekoniecznie do sposobu działania policji.

 

Nie podróżowałam żadnymi luksusowymi pociągami, ale panoramiczne okna dziwnie wyglądają. Nie wiem, jak by się na to zapatrywał inżynier… Nie jest też dla mnie jasne, czy ten wagon ma przedziały, bo raz jakby ma (półki na bagaż są zwykle przy ścianach dzielących wagon), a raz jakby nie ma (wszyscy chodzą, jak chcą, widzą się nawzajem w całym wagonie, jakby nie było drzwi). W SKM też są stoliki, więc to żadna wskazówka. Jak bardzo luksusowy jest ten skład?

 

Niziołki i krasnoludy – to nie to samo (spytaj Bilba!) a tak je traktujesz (właściciel plecaka jest raz jednym, raz drugim), co było ciut mylące. Zwłaszcza, że nie widać gościa w scenach pomiędzy (poszedł do łazienki?).

 

Mosiądz nietrzymany w ręku nie znika przy skoku? Ciekawy pomysł z, hmm, opłatą za przejście wskazywałby na jakieś inteligentne istoty, zawiadujące działaniem tuneli. To tak na marginesie, ale wskazywałby, bo trudno o fizyczną cechę, którą różniłby się mosiądz trzymany od nietrzymanego (ciepło? ślady korozji chlorkowej, ale mikroskopijne?). A skoro już przy tym jesteśmy, co to w kontekście magiofizycznym znaczy, że srebro "może być zbyt silne"? Przewodniki są dobre albo złe, ale nie "silne".

 

Skoro fantastycznego miasta już nie ma (pewnie od dość dawna, skoro jest tak dokładnie starte z powierzchni ziemi), to skąd tylu uchodźców na dworcu? Oj, próbujesz mi przemówić do serduszka, ale ja nie mam serca – ja mam mózg. Nie licz na jego rozmiękczenie :)

 

Chemia. O tym już wspominałam – wątpię, żeby ktoś przewoził luzem bardzo dobrze rozpuszczalne sole (https://en.wikipedia.org/wiki/Solubility_chart – niektóre są higroskopijne!), choć nie jestem specjalistą od transportu i logistyki i nie wykluczam, że tak się robi, zresztą szczególne okoliczności i tak dalej. Ale żeby Eliza miała w oczach spektroskop, nie uwierzę na pewno. Mnóstwo związków ma postać białego, krystalicznego proszku (tak, kryształki, ale drobne, jak szron) – jak ona rzutem oka odróżnia, który to? Gdyby gdzieś był napis, nie musiałaby zaglądać, więc? Zresztą sole litu nie wybuchają (na pewno nie same z siebie) i raczej nie wydzielają niczego niebezpiecznego (chyba że to sole promieniotwórcze, ale tego na pewno nie woziliby luzem), więc lęk Elizy to kolejna wskazówka co do jej niewiedzy o świecie (słyszała coś, że baterie wybuchają, i sobie skojarzyła, chociaż nie ma pojęcia, co jeszcze jest w baterii i jak to działa).

 

To samo dotyczy kobaltu. Tu przynajmniej Eliza nie jest stuprocentowo pewna, ale odróżnienie kobaltu na oko od po prostu jakiegoś metalu duca moje zawieszenie niewiary. Spokojnie mogła zobaczyć po prostu srebrzyste sztabki, w których czytelnik domyśliłby się czegoś cennego (a gdyby się domyślił, powiedzmy, srebra, cóż to szkodzi?).

 

A w ogóle, to lit pozyskuje się chyba głównie z solanek – przy takiej skali działań wojennych, jaką opisujesz, czarno to widzę. Zresztą wytop dowolnych metali też. Huta to świetny cel bombardowań.

 

I – nie krytykuję map, ale zmyliła mnie trochę kreska, narysowana chyba ręką Artura, na plamie krwi (zamiast pod spodem). Tej krwi, którą niby uronił z ran śmiertelnych. Myślałam, że to subtelna wskazówka, ale nie. Krew, swoją drogą, punktami jakaś dziwnie różowa… W każdym razie do pewnego momentu myślałam (i sądząc po komentarzach, nie ja jedna), że to będzie kryminał. Przypuszczam, że tak miało być (to też ugruntowany zabieg), ale zaznaczam, że czytelnik ma prawo się poczuć odrobinę wywiedziony w pole.

 

Język jest zasadniczo całkiem w porządku. Lekka purpura pasuje do bohaterki, która o pracy detektywa wie z książek (i może od chłopaka), zresztą nie przesadzasz z tym. Ale błędów trochę się zebrało.

 

Po pierwsze, skróty rozwijamy! Liczebniki w prozie piszemy słownie. I: "Po chwili Bernina Express, wyjechał z tunelu" co to za przecinek?

 

Oddly enough, choć bohaterka jest Polką we Włoszech, anglicyzmy się plenią. Jest i kalka z must have: "Te koślawe litery musiał stawiać w pośpiechu" i "włoskie Tirano", które stanowi właściwie amerykanizm – my napisalibyśmy "Tirano we Włoszech", gdyby to było absolutnie konieczne, ale w sumie nie jest.

 

Poza tym, że używa angielskiego słowa, "ignorując jej spojrzenie" nic nie wnosi – co niby bohaterka miała zrobić w związku z tym spojrzeniem? A zamiast: "Zignorowałam głos za plecami, nie odrywając wzroku od dokumentu z dziwacznymi symbolami z obcego alfabetu oraz tłumaczeniem." o ileż lepiej wyglądałoby: puściłam głos mimo uszu, zajęta odczytywaniem tłumaczenia dziwacznych symboli obcego alfabetu.

 

Od "chwilę temu" lepiej brzmi: przed chwilą.

 

Nie piszemy: "Dwieście tysięcy żyć" – tak, po angielsku pluralizuje się abstrakty i pisze "twenty thousand lives", ale polszczyzna jest bardziej logiczna (tak! Lwów byłby pewnie nadal ośrodkiem logiki, gdyby nie, cóż, wojna) – "życie" to proces, który nie może "zniknąć" i nie ma liczby mnogiej, bo nie jest jednostkowym bytem – a tu chodzi o dwieście tysięcy bytów. Można ewentualnie napisać "istnień", choć to patetyczne, "istot" albo (jeżeli gatunkizm Elizy jest moim urojeniem) można zacisnąć zęby i napisać "osób". 

 

Angielska konstrukcja z zaimkiem: "Jego wzrok przesuwał się", poza tym wzrok nie przesuwa się sam: przesuwał wzrokiem/spojrzeniem. 

 

Kalka składniowa: "powiedziałam szybko, zanim Vigo zacznie rozkręcać wagon" może być ewentualnie: żeby zdążyć, zanim Vigo zacznie rozkręcać wagon; ale jeśli nie jesteś aż tak przywiązany do czasu przyszłego, to raczej: zanim Vigo zaczął rozkręcać wagon. 

 

Nie: "Moje milczenie było wystarczającą odpowiedzią." tylko: Moje milczenie starczyło za odpowiedź. I nie "załadowane pociągi cargo", tylko po polsku: pociągi załadowane towarami; albo załadowane pociągi towarowe.

 

Jest kilka przypadków consecutio temporum: "Wychyliłam się zza oparcia siedzenia i zastygłam, widząc, jak z podłogi podnosił się brodaty krasnolud." – tu lepiej: zastygłam na widok brodatego krasnoluda, podnoszącego się z podłogi.

 

Tu oprócz c.t. (powinno być: pojawiają się): "Obserwując stworzenia zauważyłam, że pojawiały się w wagonie nie tylko z niewielkim bagażem, ale i z dokumentem w ręku." jest jeszcze coś nie tak, ale nie do końca wiem, co takiego. 

 

"Czułam, że Artur wiedział, co było tym brakującym elementem." – nie dość, że c.t., to jeszcze element brakujący pozostaje taki, kiedy Eliza o tym myśli – więc tym bardziej musi być "jest".

 

"Zobaczyłam, jak wysoka elfka, która wcześniej siedziała samotnie przy oknie, nagle zerwała się z miejsca." → zobaczyłam, jak elfka zrywa się z miejsca. "dostrzegłam, że Vigo też im się przyglądał" → przygląda.

 

To zdanie w ogóle warto wzmocnić i skrócić: "Miałam wrażenie, że cała drżała od panującego tu gwaru." → Miałam wrażenie, że cała drży od harmidru.

 

Jest też (ech…) parę imiesłowów przysłówkowych współczesnych oznaczających czynności, które w żaden sposób nie mogą być równoczesne z orzeczeniem zdania: "Sięgnęłam do kieszeni płaszcza, natrafiając" – przecież ona najpierw sięga, a w następstwie sięgnięcia natrafia. Gdyby było inaczej, załamałaby się przyczynowość!

 

A tu: "Wzdrygnęłam się, czując mroźny listopadowy wiatr" można się w ogóle pozbyć imiesłowu (polszczyzna ma tyle konstrukcji, a Wy się upieracie, żeby używać jednej): Wzdrygnęłam się od mroźnego listopadowego wiatru.

 

A jak już musisz dawać imiesłów, to na początek, na oznaczenie głównej czynności, w trakcie której zaszła ta druga. Czyli nie: "wjechał w zakręt, odsłaniając", tylko: wjeżdżając w zakręt, odsłonił.

 

Spróbuj zrobić te dwie rzeczy naraz: "rzucił, nabierając powietrza" → rzucił, nabrawszy powietrza. "Wyskoczyliśmy na peron, lądując" → Wyskoczywszy na peron, wylądowaliśmy. "Skoczyłam za nim, lądując" → Skoczyłam za nim i wylądowałam.

 

A tu mamy przyczynowość, której imiesłów nie oznacza: "rozpierzchły się w różnych kierunkach, znikając" → Rozpierzchły się i znikły.

 

Szyk miejscami jest dziwny. Tutaj: "Odgarnęłam potargane kosmyki z twarzy" podkreśla twarz, a chyba powinien kosmyki: Odgarnęłam z twarzy potargane kosmyki. 

 

"Postawił wysoko kołnierz" → Kołnierz postawił wysoko, albo: wysoko postawił kołnierz.

 

Szyk: "wyciągnęłam laptop z torby" podkreśla torbę, a logiczniej byłoby podkreślić to, co z niej wyciągane – laptopa (kogo, co wyciągam?).

 

"Wzmianek o zaginionych osobach w ciągu ostatniego roku było mnóstwo." szyk wskazuje, że to wzmianek było mnóstwo w ciągu ostatniego roku (a zaginieni zaginęli nie wiadomo kiedy, tylko wcześniej nikt nie zauważył).

 

Tu oprócz poprawki szyku (p. https://fantazmaty.pl/pisz/poradniki/jak-zapisywac-dialogi/): "– Proszę oddać tej pani przepustkę – Mężczyzna zwrócił się do mnie ponownie." przydałoby się rozjaśnienie, bo "ktoś" niekoniecznie musi być mężczyzną: – Proszę oddać tej pani przepustkę – zwrócił się do mnie ten sam mężczyzna, który wątpił, że jestem konduktorem.

 

To zdanie po prostu brzmi nienaturalnie: "Dużo zadaje pani pytań jak na kontrolera" → Dużo pytań pani zadaje, jak na kontrolera.

 

"Przewróciłam teatralnie oczami." po co podkreślasz "teatralnie"?

 

A tu znowu szyk wskazuje, że praliny były ukryte w oknie: "wskazując metalowe pudełeczko na stoliku pod oknem, w którym ukryte były szwajcarskie praliny" – można to poprawić na wiele sposobów, na przykład: wskazując stolik pod oknem, na którym stało metalowe pudełeczko ze szwajcarskimi pralinami.

 

Nie: "wypuściłam powoli powietrze", tylko: powoli wypuściłam powietrze. We frazie: "sięgnęłam gorączkowo po" nie zgadza się szyk, ale lepiej ją w ogóle zdynamizować: chwyciłam, porwałam, wygrzebałam z torby (kieszeni).

 

Uważaj też z "się" – czasami wskakuje na miejsca akcentowane. W akapitach koło olśnienia Elizy (to z przewodnikami) w ogóle jest tych "się" trochę za dużo.

 

Wkradło się trochę błędów gramatycznych i konstrukcji zdań:

 

Tu nie ma sensu dzielenie zdania: "Przedział piętnasty, miejsce siódme. Powtarzałam w myślach" Powtarzana fraza jest dopełnieniem z tym zdaniu, a nie czymś osobnym, więc: Przedział piętnasty, miejsce siódme, powtarzałam w myślach. 

 

"Artur też jechał specjalnym…" z kontekstu wynika, że wielokrotnie – więc musi być aspekt niedokonany: jeździł specjalnym. Analogicznie: "miejsce, gdzie kiedyś siedział Artur" – tutaj może siedział raz (trudno oczekiwać, żeby za każdym razem dostawał tę samą miejscówkę), ale dla porządku zaznaczam, że jeśli wielokrotnie, to: siadywał.

 

Tu: "po czym mozolnie próbował wcisnąć ciężki plecak" – "po czym" kłóci się z niedokonanym czasownikiem, więc albo zamień je na "potem", albo (lepiej, bo logiczniej, w końcu czynność, po której coś nastąpiło, jest zakończona): zaczął wpychać.

 

Podobnie "nagle" dziwnie wygląda z niedokonanym czasownikiem: "Nagle rządowe komunikaty, że wszystkie istoty przepuszczane do naszego świata są przyjazne i nie ma czego się obawiać, brzmiały jak kiepski żart." → Rządowe komunikaty, że wszystkie istoty przepuszczane do naszego świata są przyjazne i nie ma się czego obawiać, nagle zabrzmiały jak kiepski żart.

 

W sumie fraza: "Czułam się żałośnie i nieprofesjonalnie." jest albo anglicyzmem, albo skutkiem zarobienia tłumaczy. W każdym razie lepiej: żałosna i nieprofesjonalna. Albo: żałośnie nieprofesjonalna (choć to nieszczególnie brzmi). Można protestować przeciwko otwarciu granic (czy pozostawieniu ich otwartymi), ale nie przeciwko "otwartym granicom".

 

Tu nie: "z nogami ledwo dosięgającymi krawędzi siedzenia" tylko: nogami ledwo dosięgając. A swoją drogą, nie do końca widzę, o co chodzi.

 

"Zabawne, że konduktor po angielsku oznacza kierownika pociągu i przewodnika prądu, nie?" Sprytne, ale "przewodnik prądu" odmienia się inaczej niż "przewodnik po Gdańsku" – wyszło Ci, że ktoś prowadzi prąd :) (i powinno być "conductor", bo po polsku "konduktor" nie oznacza przewodnika prądu).

 

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Oj, ucięło się :)

"Potrząsnął jego zawartością, a dźwięk brzęczącego metalu wypełnił przedział. Przez moment grzebał w środku" poza tym dziwnym "a" – czemu dźwięk grzebie w plecaku?

 

Łuski nie po amunicji, tylko po nabojach/pociskach ("amunicja" to rzeczownik zbiorowy). Kiedy wiadomo, że o to chodzi, można już pisać tylko łuski (nie pomyślimy, że rybie), można też: karabinowe, wystrzelone.

 

Tutaj podmioty się zbuntowały: "Mijaliśmy kolejne grupy stworzeń siedzących na chodnikach, zbite w bezradne gromadki, które już nawet nie próbowały iść dalej." – grupy zbite w gromadki? I to te gromadki są bezradne? I tu trochę też: "ich spanikowane rżenie, wycie i zawodzenie ściskało mi serce" – przecież zwierzęta są spanikowane, nie wydawane przez nie odgłosy: A od ich rżenia, wycia i zawodzenia ściskało mi się serce.

 

Nie zabrakło zwyczajnych niejasności: "przewodnik turystyczny pociągu" – hmmm… przewodniki turystyczne dotyczą miast, krain, tras – ale pociągów?

 

"Ekran rozświetlił się bladym światłem, pokazując jeszcze paski zasięgu" zgaduję, że miało być: Na bladym ekranie pokazał się odcinek paska zasięgu; lub coś w tym rodzaju, ale głowy nie dam. Co to znaczy, że: "dźwięki były mi całkowicie obce"?

 

Fraza: "pokiwałam pospiesznie" dziwnie brzmi – nie tylko przez aliterację. Jeśli: "z obawy przed nielegalnym korzystaniem z portali ich działanie utajniono" mam rozumieć, że utajniono ich istnienie, czy zasadę ich działania? Czy co? 

 

Antropomorfizacja tablicy zbędna: "tablicą, co chwilę zmieniającą rzędy znaków, których nie rozumiałam" → Tablicą, na której co chwilę zmieniały się rzędy niezrozumiałych znaków.

 

Rozumiem, że nie miałeś czasu skrócić tekstu, ale skoro chcesz działać na emocje, rozwlekanie to dla Ciebie śmierć. Krótkie, jędrne słowo kopie czytelnika w oko, długie ględzenie go usypia. Z tą myślą: "Pchnęłam barkiem ciężkie drzwi prowadzące na perony i wypadłam na zewnątrz." na pewno można wyciąć co najmniej "prowadzące".

 

We frazie: "nie byłam jedyną osobą, która zgodziła się jechać" – "osoba" brzmi prawie tak, jakby narratorka odmawiała tego statusu "przybyszom z innego wymiaru" – może to zamierzyłeś, ale może nie. Jeśli nie, to słowo można wyciąć, a zdanie skrócić.

 

"– Nie musisz – odparł mężczyzna. Jego głos był teraz łagodniejszy" dałoby się uprościć: – Nie musisz – zapewnił mężczyzna łagodnie.

 

Po co zapewniać, że "To był najdziwniejszy dzień mojego życia."? Albo że: "a w jego głosie pojawiło się zmęczenie" kiedy mógł po prostu powiedzieć "ze znużeniem". Także: "przyznał z frustracją." to mącąca wody etykieta – wypowiedź van Steena oddaje tę frustrację zupełnie dobrze.

 

Również: "próbując ogarnąć skalę tego, co usłyszałam" to zbędny, wyrywający z rytmu komentarz. A "rzucił z pewnością w głosie." to już łopata – gdzie indziej miałaby być ta pewność? Co powiesz na: rzucił z niezachwianą pewnością?

 

Skąd lekceważenie ze strony van Steena: "trochę taka mała Jugosławia"? I czemu "powiedział zachrypłym głosem" a nie: wychrypiał?

 

Tu walisz łopatą: "Myśl, że pozbawiłam go ostatniej możliwości ucieczki dławiła mnie, wywołując nieprzyjemne fale mdłości." wtrącenie wydzielamy, a mdłości raczej nie bywają przyjemne, więc tłumaczenie tego wygląda na traktowanie czytelnika jak głupka ("ostatniej możliwości"? Ostatniej szansy, tak, ale nie możliwości). I tu też: "Płacz wszystkich w przedziale za tymi, którzy pozostali na peronie, tylko utwierdzał mnie w tym przekonaniu."

 

Fraza poplątana: "a brak kolejnych zaznaczonych krzyżyków w przewodniku Artura oznaczał, że nie czekały na nas już żadne portale ukryte w tunelach." – nie poprawię jej lepiej niż: a ostatni zaznaczony przez Artura punkt minęliśmy już dawno temu.

 

"Wreszcie jego pliki z tabelkami zaczęły mieć sens." → Jego tabelki wreszcie nabrały sensu.

 

Niedobrane słowa, błędy kategorialne oraz nie do końca udane opisy: "rzuciła obojętnie, kalecząc angielski" – a co powiesz na: rzuciła obojętnie, kaleką angielszczyzną (poza tym in dłuższa i składniejsza wypowiedź, tym trudniej uwierzyć, że jest rzucona i to jeszcze niegramatycznie).

 

Spoglądanie jest o wiele za długie i za potoczyste w zestawieniu z nerwowością. Dlaczego Eliza chce: "ruszyć tym cholernym pociągiem" – a nie normalnie wsiąść albo pojechać? Rusza się jakąś drogą, nie pojazdem.

 

Jak: "pobiegłam wzdłuż dworca"? Przebiegła przez halę dworca, chyba? Znane mi dworce nie mają jednej osi widocznej ze środka. 

 

Ten opis jest trochę mętny: "Czerwony pociąg Bernina Express, lśniący jak zabawka z dziecięcej kolejki, stał już na peronie i czekał na ostatnich pasażerów." bo pociąg może wyglądać jak zabawka z daleka, ale narratorka widzi go z bliska, stojąc na peronie, pewnie jeszcze przez tłum ludzi – wtedy tak nie wygląda.

 

Błąd kategorialny: "Minęłam wagon pierwszej klasy, gwarną wycieczkę szkolną, grupę emerytów, przedział rowerowy oraz restauracyjny." – Eliza mija byty należące do różnych kategorii (gwarny zresztą może być przedział, ale nie wycieczka, wycieczka jako grupa jest rozgadana); może mijać przedziały zajęte przez uczniów i emerytów, ale nie może zrównywać emerytów z przedziałem rowerowym. A "exodus" jest skądś, a nie dokądś – to emigracja, nie imigracja (oczywiście, możliwe, że nie ma innego miejsca, do którego fantastyczni mogliby się udać, ale to inna sprawa).

 

Przedział lepiej zarezerwowany, niż przeznaczony (przy okazji usuwamy aliterację). 

 

To: "teraz wydawały się większe i wyraźniejsze. Bernina Express wspinał się po ich grzbiecie" jest cokolwiek niezdecydowane – góry są w oddali, a tu nagle nie są w oddali – a zaraz potem pociąg "mknie", choć przed chwilą "sunął powoli". Wiem, o co chodzi z krzyżykami, ale mimo to dziwnie się czyta, że: "Początek trasy wyglądał zwyczajnie. Dopiero za trzecią stacją Artur zaznaczył na mapie krzyżyk" bo co jest niezwyczajnego w krzyżyku? Który Artur narysował na mapie, bo wcześniej go tam chyba nie było?

 

Zdanie "Znów usłyszałam jakieś odgłosy." bardzo niekonkretne – cały czas słychać "jakieś odgłosy", o ile ktoś nie jest głuchy.

 

Pomieszanie kategorialne: "oczy z pionowymi źrenicami wpatrywały się we mnie ze strachem, jak sarna oślepiona reflektorami nadjeżdżającego samochodu." → oczy o pionowych źrenicach wpatrywały się we mnie ze strachem, jak oczy sarny oślepionej przez reflektory nadjeżdżającego samochodu.

 

Bilet niczego nie "zawiera" – jest na nim (nadrukowana) data i tak dalej, zresztą skąd Eliza wnioskuje, że ten papier w ogóle jest biletem?

 

"Tak, przewinął się tutaj." – nie "tutaj" a najwyżej "tędy", ale to i tak nieodpowiednie słowo (tylko trochę, wiem, ale nieodpowiednie: https://wsjp.pl/haslo/podglad/45889/przewinac-sie/4891058/przez-mieszkanie)

 

O co chodzi tu: "Adrenalina, która trzymała mnie w ryzach od chwili, gdy znalazłam ciało Artura w naszym biurze, przestała wystarczać"? Adrenalina ją kontrolowała? Hę? (https://wsjp.pl/haslo/podglad/40217/ktos-utrzymuje-w-ryzach-kogoscos)

 

Dlaczego: "nikt nie powinien opuszczać ojczyzny nawet w czasach wojny" przecież w czasie wojny, kiedy ojczyzna w potrzebie, chyba szczególnie nie należy jej opuszczać, nie? A nie "nawet" – bo wtedy to można uznać za zdradę. Nawet jeśli Eliza jest pewna, że Artur zaczął drążyć, nie bardzo może to "stwierdzić", bo to jednak niesprawdzone przypuszczenie.

 

"Jakby cała ta energia była… jednokierunkowa" – energia nie ma kierunku – ma go najwyżej przepływ energii. A impulsy elektryczne same są aktywnością, nie mogą się "uaktywnić".

 

Ile razy mówiłam, że "jaki" i "który" to nie to samo? Tu powinno być "które", a nie: "nieświadomą tajemnic, jakie skrywały alpejskie tunele". Ten "przewodnik portalu" to może być skrót myślowy, ale nic innego, bo portale nie płyną i w ogóle się nie poruszają, więc nie mogą być przewodzone ani wodzone.

 

Tutaj mam zastrzeżenie do samego obrazu: "w cieniu wysokich szczytów zobaczyłam ciemny otwór w skale" – trochę słaby kontrast w takim cieniu…

 

Co to są "elektryzujące nici"? Jak to wygląda? Błędem kategorialnym jest: "w rytm pociągu" pociąg nie ma rytmu – stukot jego kół, tak, ale nie sam pociąg.

 

Już wspominałam, że: "spoglądanie" jest po pierwsze ą-ę, a po drugie raczej przeciągłe – a pasażerowie po prostu nie patrzą na pociąg, do którego nie chcą wsiąść. Dworzec raczej zatłoczony, niż zapełniony (zapełniony musi być czymś, a zatłoczony jest wiadomo, czym – pasażerami). Także: "w falującej masie fantastycznych stworzeń i kłębach pary" lądowanie w tłumie i w kłębach pary – to nie to samo, więc w sumie zeugma.

 

Cały opis bariery mógłby być jaśniejszy: "Na niebie rozpościerała się fioletowa łuna" czy łuna może się rozpościerać? (https://wsjp.pl/haslo/podglad/17480/rozposcierac-sie) bo zbudowana na pewno być nie może (https://wsjp.pl/haslo/podglad/111227/luna/5262962/na-niebie – chyba z fotonów). A potem: "Nagle część z nich zapłonęła, jednak natychmiast pojawiły się nowe, które zasklepiły powstałą dziurę." czyli te drobinki świecą, a potem świecą bardziej, co wytwarza w "łunie" dziurę? Hmm? A tu: "Widziałam, jak fioletowa łuna opada coraz niżej i zamyka się tuż przed nami, tworząc połyskującą barierę." jeśli próbujesz opisać kopułę nad głowami bohaterów, to opisz kopułę i nie kombinuj.

 

Mącisz też w tym zdaniu: "Świat za kopułą przestał istnieć." bo Eliza go wcześniej nie widziała (żeby mówić, że cokolwiek "przestał"), zresztą coś tam istnieje – zaraz to opisujesz. A zgliszcza już nie płoną (https://wsjp.pl/haslo/podglad/90016/zgliszcze/5224747/pogorzelisko).

 

"Poczułam uderzenie adrenaliny tak silne, że zakręciło mi się w głowie." to bardzo zimny, kliniczny komentarz – kto w takiej chwili myśli o hormonach?

 

Tu: "kopułą, w której tworzyło się coraz więcej wyrw." tak same z siebie się "tworzyły"? Powstawało, tak, albo nawet było. I nie: "weszłam na drabinkę, by móc zajrzeć, co przewozi", bo wagon niczego nie przewozi, a zajrzeć można tylko do środka, więc: Weszłam na drabinkę, żeby zajrzeć do środka; albo: Weszłam na drabinkę, żeby zobaczyć ładunek.

 

Jak można "tępo śledzić" cokolwiek? Poza tym, że krajobrazy nie robią niczego i się nie ruszają, to można się na nie gapić tępo, albo niewidzącym wzrokiem, ale "śledzić"?

 

"Wywołanie konfliktu, żeby pokrętną drogą zdobyć surowce i bogactwo, to coś, na czym ludzkość znała się doskonale." to straszna łopata; orzeczenie powinno być w czasie teraźniejszym, bo to prawda ogólna, a "pokrętna droga" to nawet nie wiem, co ma być.

 

Nie: "przekartkowałam jego bilety" bo bilety nie są zszyte w książeczkę, więc raczej: przerzuciłam. Eksperymenty niczego nie kryją – mogą pozwolić coś odkryć.

 

"Musiałam zgłosić się do mediów" – nie (https://wsjp.pl/haslo/podglad/10980/zglosic-sie/1710517/do-lekarza) mogła z tym iść do mediów.

 

"Spojrzałam na wagon pełen ufnych, zmęczonych istot" – ona jest w tym wagonie – spojrzała na swoich współpasażerów, a nie na wagon z zewnątrz (mogła się rozejrzeć po wagonie). I jak Eliza widzi te iskry spod kół? Będąc w wagonie? W środku?

 

No, to by było prawie wszystko. Więcej szczegółów – na mailu.

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Witam i przybywam nadrobić zwycięskie opowiadanie :D Także gratulacje!

 

Hm hm hm momentami całość wydawała mi się nieco naciągana, jakby historia była zaprojektowana do pokazania pewnych zjawisk i problemów. Co samo w sobie nie musi być czymś złym, konwencja jak każda inna, ale gdy historia zapowiada się na porządny kryminał, a potem wskakuje nam taki Vigo, który w zależności od potrzeb fabuły albo pokazuje dogłębną wiedzę na temat portali, albo nie umie nawet takiego portalu odpalić, jednak trochę gryzie to w oczy.

 

Natomiast poza tym skrętem od Agathy Christie do społecznego komentarza, jest to bardzo udany tekst. Czytałem z autentycznym zainteresowaniem i zostałem jak zwykle uraczony bardzo ładną prozą. Pokazujesz sprawę za pośrednictwem akcji, nie wpadając w jakieś infodumpy.

 

Pozdrawiam!

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Podobało mi się :)

Przynoszę radość

Witaj, Tarnino! 

Jest to opowiadanie mniej toporne, niż mogłoby być. Weź to jako komplement! Żeby w niecałych 40 tysiącach znaków porządnie rozwinąć taki temat, żeby mu oddać sprawiedliwość, trzeba być Hemingwayem. Może z odrobiną Conrada. A ponieważ bardzo wątpię, żeby Hemingway zmartwychwstał i nagle zaczął pisać po polsku, to cóż.

Gdzieś wyżej wspomniałam o braku umiejętności pisania krótko i na temat. Hemingway napisał opowiadanie w sześciu słowach (podobno). Ja miałam trudności, żeby zmieścić się w 40 tysiącach znaków, więc nie ma co porównywać Bentleya do składaka Wigry 3. xD

 

Trzepaczka w dłoń i zaczynamy.

 

White guilt aż tu piszczy, zwłaszcza przy tym licie i kobalcie, które bohaterka wykrywa magicznym sposobem.

W każdym razie poruszasz niepolski problem (my nie mamy kolonialnej przeszłości, szczęściem w nieszczęściu, i nie mamy się za co w tej materii kajać, inna rzecz, że całe to kajanie jest grubymi nićmi szyte i cholera wie, czym naprawdę motywowane, ale nie schodźmy z tematu) – ale poruszasz go tak bardzo po polsku, tak emocjonalnie, że aż się chce ruszyć do boju o wolność waszą i naszą.

Wcale nie chcę Cię oskarżać o to, że nie wierzysz w to, co piszesz (zresztą nie mam po temu podstaw), nie próbuję też twierdzić, że Zachód sobie sam nie nagrabił, ani że nie grabi nadal – bo grabi – ale zdaje mi się, że niekoniecznie się nad tym zastanawiasz w jakiś głębszy sposób.

 

Hehe. Wiem, uparłam się na te surowce…

Kurczę, chyba chciałabym nie wierzyć w co piszę, bo to sprawy paskudne, choć nieco uproszczone, żeby zmieścić się przynajmniej w tych 40 tysiącach znaków. A samych inspiracji jest mnóstwo, zarówno w historii, jak i w tym, co dzieje się dziś na świecie.

A o świecie fajnie opowiada pewna skarpetka:

https://www.youtube.com/watch?v=oDQXFNWuZj8

 

A u Ciebie? Ci niewinni fantastyczni imigranci, i ci ludzie, tak doskonale podli i tak dokładnie tych imigrantów wykorzystujący, że zaraz zaczną robić zapalniczki z ich stawów (poza, oczywiście, nawracającą się główną bohaterką), i takie to wszystko proste i jasne… kiedy takie samo podejście przypisuje się Tolkienowi, zastanawiam się, czy przypisujący go czytali. A teraz muszę je przypisać Tobie, i nie czuję się z tym najlepiej – ale amicus Plato, sed magis amica veritas. Tolkien był subtelniejszy. Ale też – Tolkien pisał przez dwanaście lat (samego "Władcę Pierścieni"! bo "Silmarilion" pisał przez kilkadziesiąt), a Ty przez miesiąc. I znowu – żeby to opowiadanie zrobić lepiej w miesiąc, potrzeba chyba TARDIS.

 

Rozumiem jeśli historia wydaje się zbyt czarno – biała (Bard i Michael też zwrócili na to uwagę). Właściwie, to ciekawe, że chłopaków raziła jednostronność. Dziewczyny skupiły się raczej na warstwie emocjonalnej i przyznam, że ja też.  :D

Poza fantastycznymi istotami w opowiadaniu funkcjonują właściwie dwie główne grupy. Pierwszą są zwykli obywatele, których wrogość wobec nieludzi nie wynika z czystej nienawiści, lecz z niewiedzy i po prostu strachu. Drugą grupę stanowi władza, polityczny twór, który nazwałam Europejskie Ministerstwo Spraw Międzyświatowych. Z jednej strony politycy głośno deklarują chęć integracji i pokojowego współistnienia, choć, jak sama zauważyłaś, taka integracja nie może się udać poprzez zwykłe pomieszanie ze sobą ludzi i nieludzi. Z drugiej zaś rząd przekazuje broń, celowo destabilizuje inny wymiar i czyha na złoto i surowce.

W tle pojawia się także wzmianka Vigo o „małej Jugosławii”, co miało sugerować szereg wewnętrznych konfliktów i zawiłość sytuacji. Miałam nadzieje, że te elementy, choć skromne, dadzą do zrozumienia, że istnieje pewna zawiłość polityczna i sam konflikt nie jest „płaski”, a „czarno-białość” jest raczej efektem tego, że poznajemy tę historię z perspektywy głównej bohaterki, która przechodzi niejako z jednej strony na drugą (dosłownie i w przenośni).

 

Piszesz w komentarzach, że to było celowe, że chodziło o wzbudzenie empatii – to niekoniecznie dobrze. 

Fakt. Chyba za bardzo chciałabym narzucić, jak ma być odczytane opowiadanie.

 

A kiedy jeszcze nienawrócona Eliza rozmyśla o segregacji (rozwiązanie na glutoklej…) i przeraża się samym widokiem współpasażerów, którzy… cóż takiego strasznego robią? Ładują bagaże na półkę, siedzą i myślą, śpią. Opatrują sobie nawzajem zranione kończyny, co automatycznie wskazuje na caritas i ogólne bycie w porządku.

Aaa… właściwie chodziło mi wyłącznie o jeźdźca bez głowy. To on sprawił, że Elizę ogarnął strach. Pozostałe fantastyczne stworzenia, przynajmniej początkowo, postrzegała jedynie jako dziwaczne ciekawostki. Chyba nieprecyzyjnie to pokazałam.

 

Cały czas czekałam, aż wyjdzie na jaw, że ona była dziewczyną Artura, może też jego sekretarką ("nasze biuro" równie dobrze wskazuje na sekretarkę – a czy twarda pani detektyw mdleje z emocji? nawet, kiedy mowa o jej zamordowanym partnerze?), a nie koleżanką – nie wyszło, ale w sumie nie jest to wada i nie zakłóca odbioru opowiadania (a to, że nie powiedziałeś czegoś wprost nie oznacza, że tak nie było, skoro tyle poszlak na to wskazuje).

 

Raczej zakładałam tu relację mentorską, jednak faktycznie teraz widzę, że nie dałam nic by czytelnik mógł sam na to wpaść. Eliza to w gruncie rzeczy żółtodziób i choć odważnie chce doprowadzić sprawę Artura do końca, to jednak brakuje jej profesjonalizmu. Bez Vigo nic by nie odkryła. Na dodatek mdleje, pożera czekoladki, a na koniec w przypływie emocji zaciąga hamulec awaryjny.

 

 

Bo tak: domyślna za bardzo nie jest. Na to i owo czytelnik może swobodnie wpaść przed Elizą (co też jest przyjemne, ale tę przyjemność doceni raczej wielbiciel literatury detektywistycznej), na przykład na istnienie portali w pociągu. 

To chyba zależy od punktu widzenia, albo lepiej siedzenia. :D

Siedząc sobie w domu i czytając opowiadanie fantasy, możemy spodziewać się wszystkiego, ale czy jadąc pociągiem, nawet „specjalnym”, nie znając przybyszy, ani tego, skąd się pojawili, od razu wskazalibyśmy na istnienie portali? Świadomość, że to tylko historia, pozwala nam dostrzegać rzeczy, które w prawdziwym świecie uznalibyśmy za niemożliwe.

 

Podobnie wypada, w ocenie zimnego logika, "ale to są żywe istoty". Tak przemawia paniusia, która koffa wszystkie zwierzątka (gdyby zawołała: ale to są osoby – to już by było troszkę co innego, choć w kontekście też wypadałoby emocjonalnie).

Te słowa padły w chwili, gdy przechodziła obok pociągu towarowego. Owszem, były tam olbrzymy i enty, ale także mnóstwo zwierząt, stąd użycie określenia „istoty”. Nie miałam jednak zamiaru, by wyszła na paniusię, która „koffa wszystkie zwierzątka”. :D

 

Wiem, wiem, chciałeś, żeby nawiązała kontakt z van Steenem. I bohaterowie jak najbardziej mogą postępować nierozsądnie. Chodzi o to, że kiedy postępują nierozsądnie, wychodzą na nierozsądnych.

Przyznam, że kilka razy przepisywałam te scenę. W końcu, w trosce o zdrowe zmysły oraz laptopa, pozostawiłam nierozsądną wersję…

 

Obawa Elizy, że van Steen ma ją za wścibską (i niewypytywanie go w związku z tym) to kolejna wskazówka, że wcale nie jest detektywem – przecież praca detektywa polega na byciu wścibskim!

 

Chciałam już coś zasugerować, że to później będzie miało znaczenie. Z drugiej strony i tak nie mógł jej odpowiedzieć, bo zepsułoby to cały twist. :D

 

Jeszcze co do wyciągania wniosków i logicznego rozumowania: wniosek, że liczby oznaczają pasażerów policzonych przez Artura, jest słaby. Mogą to oznaczać, ale mogą oznaczać coś zupełnie innego, tu jest po prostu za mało danych, żeby o tym wyrokować (dlaczego nie pojedyncze liczby, tylko ciągi? Artur zliczał każdy gatunek osobno?).

Ciąg liczb pojawił się przypadkowo. Pięć biletów sugeruje pięć przejazdów. Podczas każdego z nich Artur notował liczbę pasażerów, którzy pojawili się w przedziale specjalnym. 

 

Podobnie rozważania o eksperymentach i "samej magii – tej nieuchwytnej esencji, którą można było ujarzmić i wykorzystać?" nijak nie wynikają z doświadczeń Elizy, bo żadnej magii nie było widać, poza skokami międzywymiarowymi, a te też można uskuteczniać za pomocą kawałka dość pospolitego stopu. 

To domysły Elizy, po tym jak poznała bliżej fantastyczne stworzenia. Była świadkiem jak czarownica uleczyła skrzydło, widziała magiczną kopułę nad dworcem. Stąd też spekulacje, co mogło stać się z fantastycznymi stworzeniami.

 

Reszta obsady to właściwie statyści, poza van Steenem, który jest po prostu spokojnym, kompetentnym twardzielem. Jego motywacje ukrywasz, ale tajemniczość pasuje do spokojnego, kompetentnego twardziela i wypada to chyba nawet lepiej, niż gdyby facet miał jasno określony, wyłożony kawa na ławę cel.

Tak, Vigo miał być przeciwwagą Elizy. Cieszę się, że to wyszło.

 

W końcówce jednak nie mogę sobie nie zadać pytania, dlaczego współpasażerowie mieliby nagle zaufać obcej osobie, która nie zachowywała się dotąd w sposób budzący zaufanie (to wyrywanie przepustki…)?

Trafne spostrzeżenie. Nie mam nic na swoją obronę.

 

Początek, elegancki i tylko z lekka infodumpowy, nasunął mi jednak pytanie – czemu tajemniczy zabójca (zapewne członek jakiejś Bardzo Tajnej Agencji) schował narzędzie zbrodni do szuflady?

To pistolet Artura, który przechowywał w szufladzie. Następnie położono go na podłodze w celu fabrykacji zdjęć dowodowych. A to, że kula nie pochodziła z tej broni, to tylko kolejny dowód na to, że sprawę próbowano zatuszować. Przyznaję, że szczegóły wymagałyby większego dopracowania, ale brakło czasu, brakło znaków… Chryste, czego tu nie brakło! :D

 

Nie podróżowałam żadnymi luksusowymi pociągami, ale panoramiczne okna dziwnie wyglądają. Nie wiem, jak by się na to zapatrywał inżynier… Nie jest też dla mnie jasne, czy ten wagon ma przedziały, bo raz jakby ma (półki na bagaż są zwykle przy ścianach dzielących wagon), a raz jakby nie ma (wszyscy chodzą, jak chcą, widzą się nawzajem w całym wagonie, jakby nie było drzwi). W SKM też są stoliki, więc to żadna wskazówka. Jak bardzo luksusowy jest ten skład?

Te panoramiczne okna akurat są prawdziwe. Bernina Express to nie Pendolino. :D Jego średnia prędkość wynosi zaledwie 55 km/h, bo jest to pociąg stricte turystyczny. Czekoladki i herbata dla pasażerów, to również autentyk. Te czekoladki są nawet rozdawane w takich wypasionych pudełkach w formie wagonu! 

https://www.youtube.com/watch?v=oWu4iZv9Gjo

 

Niziołki i krasnoludy – to nie to samo (spytaj Bilba!) a tak je traktujesz (właściciel plecaka jest raz jednym, raz drugim), co było ciut mylące. Zwłaszcza, że nie widać gościa w scenach pomiędzy (poszedł do łazienki?).

To są dwie różne postaci. Krasnolud usiadł obok plecaka, ale teraz widzę, że wygląda to tak, jakby siadał obok Elizy.

 

Mosiądz nietrzymany w ręku nie znika przy skoku? Ciekawy pomysł z, hmm, opłatą za przejście wskazywałby na jakieś inteligentne istoty, zawiadujące działaniem tuneli. To tak na marginesie, ale wskazywałby, bo trudno o fizyczną cechę, którą różniłby się mosiądz trzymany od nietrzymanego (ciepło? ślady korozji chlorkowej, ale mikroskopijne?). A skoro już przy tym jesteśmy, co to w kontekście magiofizycznym znaczy, że srebro "może być zbyt silne"? Przewodniki są dobre albo złe, ale nie "silne”.

Traktowałam mosiądz jako przewodnik, dzięki któremu może otworzyć się przejście między wymiarami. Nie zagłębiałam się jak to dokładnie przebiega technicznie… Z kolei srebro często pojawia się w fantastyce, przez co wydaje mi się takie „nafaszerowane magią”. I przypomnę, że jako „silne” określił je wilkołak. Uznałam, że to zabawne. :D

 

Skoro fantastycznego miasta już nie ma (pewnie od dość dawna, skoro jest tak dokładnie starte z powierzchni ziemi), to skąd tylu uchodźców na dworcu? Oj, próbujesz mi przemówić do serduszka, ale ja nie mam serca – ja mam mózg. Nie licz na jego rozmiękczenie :)

Hmm… w takim razie muszę zamienić te zgliszcza na ruiny. Generalnie w zbombardowanych miastach zawsze można znaleźć jakichś ocalałych. Wystarczy spojrzeć na przykład warszawskich Robinsonów.

 

Chemia. O tym już wspominałam – wątpię, żeby ktoś przewoził luzem bardzo dobrze rozpuszczalne sole (https://en.wikipedia.org/wiki/Solubility_chart – niektóre są higroskopijne!), choć nie jestem specjalistą od transportu i logistyki i nie wykluczam, że tak się robi, zresztą szczególne okoliczności i tak dalej. Ale żeby Eliza miała w oczach spektroskop, nie uwierzę na pewno. Mnóstwo związków ma postać białego, krystalicznego proszku (tak, kryształki, ale drobne, jak szron) – jak ona rzutem oka odróżnia, który to? Gdyby gdzieś był napis, nie musiałaby zaglądać, więc? 

Tutaj też długo kombinowałam, jak najrozsądniej przetransportować lit do naszego świata. Ostatecznie padło na formę sproszkowaną. Czy to faktycznie by zadziałało, nie wiem… Chciałam jednak, żeby chodziło o surowce „na czasie”, takie, które rzeczywiście mają dziś znaczenie strategiczne. Stąd wybór litu i kobaltu. Może po prostu dodam napisy na wagonach. Dzięki za pomysł. :D

 

I – nie krytykuję map, ale zmyliła mnie trochę kreska, narysowana chyba ręką Artura, na plamie krwi (zamiast pod spodem). Tej krwi, którą niby uronił z ran śmiertelnych.

O, faktycznie! Jakoś tak bezmyślnie to zrobiłam, a przecież krew musiała chlapnąć na sam koniec.

 

Wszystkie kwestie techniczne postaram się poprawić w ciągu najbliższych dni.

Eee… właściwie, teraz nie wiem, czy tekst zasłużył na takie wysokie miejsce… xD

Dziękuję Ci ogromnie za poświęcony czas i za to, że przewróciłaś opowiadanie na lewą stronę, pokazując mi wszystkie potknięcia. Z Twoich komentarzy można się nauczyć więcej niż z niejednego poradnika!

 

 

Witaj Zakapiorze, 

dzięki, dzięki. Portale były ściśle tajne, no… :D

Cieszę się, że mimo skrętów i zakrętów, tekst zainteresował i uraczył! heart

 

Anet, dziękuję, że przynosisz radość! :) 

Hemingway napisał opowiadanie w sześciu słowach (podobno).

To akurat nie był Hemingway: https://www.openculture.com/2015/03/the-urban-legend-of-ernest-hemingways-six-word-story.html :) Ale tak, wzorzec niedościgniony ^^

Właściwie, to ciekawe, że chłopaków raziła jednostronność. Dziewczyny skupiły się raczej na warstwie emocjonalnej i przyznam, że ja też. :D

… znaczy, chłopczyca ze mnie? XD

Pierwszą są zwykli obywatele, których wrogość wobec nieludzi nie wynika z czystej nienawiści, lecz z niewiedzy i po prostu strachu.

OK, jak to tutaj objaśniasz, to wydaje mi się, że to miała być pięciotomowa powieść, tylko z braku czasu wciśnięta w czterdzieści tysięcy znaków… :)

 Chyba za bardzo chciałabym narzucić, jak ma być odczytane opowiadanie.

Każdy by chciał. Ale do jakiegoś stopnia trzeba się z tym powstrzymać.

 właściwie chodziło mi wyłącznie o jeźdźca bez głowy. To on sprawił, że Elizę ogarnął strach.

Dobra, ale ile miejsca poświęcasz jemu, a ile reszcie?

faktycznie teraz widzę, że nie dałam nic by czytelnik mógł sam na to wpaść

Mhm.

Świadomość, że to tylko historia, pozwala nam dostrzegać rzeczy, które w prawdziwym świecie uznalibyśmy za niemożliwe.

Mmmm, racja. Ale też – jeśli wiem, że w moim świecie niedawno zaczęły się pojawiać magiczne istoty, to logicznie musiały przybyć skądś. Inna rzecz, że faktycznie, wyjaśnienie z portalami może nie wytrzymać brzytwy Ockhama… co nie znaczy, że jest fałszywe. No, nic, jedziemy dalej :)

Owszem, były tam olbrzymy i enty, ale także mnóstwo zwierząt, stąd użycie określenia „istoty”.

Fakt. Mimo wszystko…

 W końcu, w trosce o zdrowe zmysły oraz laptopa, pozostawiłam nierozsądną wersję…

Nic w tym złego, że bohaterka jest nierozsądna – o ile taka miała być heart

Z drugiej strony i tak nie mógł jej odpowiedzieć, bo zepsułoby to cały twist. :D

Powiem Ci w zaufaniu, że mam w [SUPERTAJNE, NIC NIE POWIEM] kupę złośliwej frajdy przy wymyślaniu wymijających odpowiedzi [CENZURA] na zadane mu pytania. Na razie nie udało mi się wcisnąć tekstu "ukradłem majtki Cesarzowej" w żaden dialog, ale wcisnę XD

Ciąg liczb pojawił się przypadkowo. Pięć biletów sugeruje pięć przejazdów. Podczas każdego z nich Artur notował liczbę pasażerów, którzy pojawili się w przedziale specjalnym. 

No, to nieprzypadkowo, chociaż umknęło mi, że przejazdów było pięć. A Elizie by nie umknęło, więc faktycznie plusik dla niej, choć to jeszcze za mało, żeby mieć jaką taką pewność.

Była świadkiem jak czarownica uleczyła skrzydło, widziała magiczną kopułę nad dworcem.

OK, racja.

A to, że kula nie pochodziła z tej broni, to tylko kolejny dowód na to, że sprawę próbowano zatuszować.

Mhm, i miałam to wiedzieć dzięki szklanej kuli? XD

Te czekoladki są nawet rozdawane w takich wypasionych pudełkach w formie wagonu! 

Łuu, fajnie. Chociaż nie wiem, czy okna po prostu duże to już okna panoramiczne, ale co tam ;)

To są dwie różne postaci. Krasnolud usiadł obok plecaka, ale teraz widzę, że wygląda to tak, jakby siadał obok Elizy.

Hę.

Traktowałam mosiądz jako przewodnik, dzięki któremu może otworzyć się przejście między wymiarami.

Dobra, to czemu znika? Przewodnik jest jak rurka – przewodzi coś i tyle.

Z kolei srebro często pojawia się w fantastyce, przez co wydaje mi się takie „nafaszerowane magią”. I przypomnę, że jako „silne” określił je wilkołak. Uznałam, że to zabawne. :D

Nie, do srebra nic nie mam :D Tylko do doboru słowa.

Generalnie w zbombardowanych miastach zawsze można znaleźć jakichś ocalałych.

Jakichś tak. Ale ilu?

Czy to faktycznie by zadziałało, nie wiem…

W sumie ja też nie. Lit jest metalem, ale reaktywnym, i tak by się pokrył warstwą tlenku, który przecież reaguje z wodą… nie, musisz spytać specjalistę. Możliwe, że przewozi się go w postaci soli. Może nawet luzem. Po prostu nie wiem, ale wyglądało mi to dziwnie.

Może po prostu dodam napisy na wagonach. Dzięki za pomysł. :D

Czasami prościej jest lepiej :D

właściwie, teraz nie wiem, czy tekst zasłużył na takie wysokie miejsce… xD

Zasłużył heart

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Cześć, 

Dreszcz mnie przechodzi, kiedy pomyślę sobie, że wystarczy zdjąć maski fantastycznych stworzeń i zobaczymy nasz świat. 

Świetnie udało Ci się pokazać smutną prawdę o świecie, albo raczej o ludzkości, w formie wciągającego thrillera, ze znakomitą intrygą. 

Nie ma się co dziwić, że chociaż “Express” odjechał z opóźnieniem, to dojechał jako pierwszy :)

Wielkie brawa!

 

Gratuluję i podziwiam wyobraźnię. :)

… znaczy, chłopczyca ze mnie? XD

 Próba badawcza jest jeszcze zbyt mała, by wyciągnąć taki wniosek! xD

 

OK, jak to tutaj objaśniasz, to wydaje mi się, że to miała być pięciotomowa powieść, tylko z braku czasu wciśnięta w czterdzieści tysięcy znaków… :)

 

Czasami chcę upchnąć za dużo pomysłów w jedno opowiadanie. :D

Powiem Ci w zaufaniu, że mam w [SUPERTAJNE, NIC NIE POWIEM] kupę złośliwej frajdy przy wymyślaniu wymijających odpowiedzi [CENZURA] na zadane mu pytania. Na razie nie udało mi się wcisnąć tekstu "ukradłem majtki Cesarzowej" w żaden dialog, ale wcisnę XD

Racja. Chyba nawet mam pomysł jak to naprawić. Niekoniecznie mądry, ale może wyjdzie śmiesznie. :D 

 

Dobra, to czemu znika? Przewodnik jest jak rurka – przewodzi coś i tyle.

Problem jest taki, że potrzebują tych łusek… Eliza musi zobaczyć na nich logo europejskiej zbrojeniówki. Nie chciałam ich przedstawiać jako kompletne gapy, które zapominają zabrać świeczników z pociągu. Stąd pomysł, by mosiężne przedmioty trzymane w dłoniach działały jednorazowo i w momencie przejścia znikają, jakby się wypalały, nie raniąc nikogo. Tak to sobie wyobrażałam.

 

 

 

Nie, do srebra nic nie mam :D Tylko do doboru słowa.

Hmm… pomyślę. Może będzie pasować tutaj jeszcze coś innego.

 

Zasłużył  heart

heart

 

Hej czeke,

dziękuję za wizytę i miłe słowa. Ogromnie się cieszę, że historia Cię wciągnęła.

Właśnie to lubię w fantastyce, że możemy w nią ubrać rzeczywistość i pokazać w nowy, niedosłowny sposób. :)

Pozdrawiam!

 

Hej Koalo,

Ach, to nie wyobraźnia. Jeździłam sporo pociągiem i czasami naprawdę miałam wrażenie, że niektórzy pasażerowie przybyli z innego wymiaru! :D Dziękuję! 

Pozdrawiam!

 Próba badawcza jest jeszcze zbyt mała, by wyciągnąć taki wniosek! xD

https://instantrimshot.com/index.php?sound=rimshot&play=true :D

Czasami chcę upchnąć za dużo pomysłów w jedno opowiadanie. :D

Oj, tak… ja też…

 Niekoniecznie mądry, ale może wyjdzie śmiesznie. :D 

I o to chodzi! :D

Nie chciałam ich przedstawiać jako kompletne gapy, które zapominają zabrać świeczników z pociągu.

Hmmmm. Świecznik jest nieporęczny, rzuca się w oczy. Może coś w tę stronę?

 jakby się wypalały

Dobra, ale co to ma do przewodzenia? :D

Ach, to nie wyobraźnia.

Wyobraźnia nie działa w próżni :D

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Czołem Marszawo!

 

Chyba wszystko co mądre, powiedziała Tarnina zostało już powiedziane. Przybywam, będąc uprzedzonym już na wstępie o bardzo wysokiej jakości tekstu. I od razu dodam, że nie czytam szczegółowo komentarzy powyżej :)

 

Jedyny zgrzyt logiczny jaki mam, to: na litość boską, po co oni puszczają ten pociąg cały czas, skoro znikają przez to tysiące istnień? Dziwne działanie. Rozumiem, że na końcu go wstrzymują, ale no i tak nienaturalnie późno, skoro mówimy o poważnych liczbach. Jako obywatel tego świata miałbym jednak poważne wątpliwości. No gdyby w moim porannym tramwaju codziennie znikała jedna osoba, to miałbym wątpliwości, czy chcę wsiadać, nawet jeśli wylatywałby w zamian co raz pokojowy noblista. Ale to uwaga taka o. 

– Bo portal to nie drzwi, przez które po prostu się przechodzi – zucił,

rzucił?

 

Tekst ma ok. 39 tys. znaków. Nie tak dużo. Główna bohaterka nie jest postacią bardzo wyrazistą, raczej służy opowieści.

Ale ta opowieść jest wręcz piekielnie kreatywna. Złożyłaś wizję ciekawą, zupełnie nieoczywistą i relatywnie spójną (do ostatniego mam wątpliwości najwięcej, ale wady będą zawsze – zresztą sam nigdy nie wpadłbym, jak połączyć te mechanizmy). No nie ma się co rozpisywać, po prostu brawo!

 

Za tę fenomenalną kreatywność, która ma 150% normy – patrząc na rozmiar tekstu, z przyjemnością dorzucam TAK-a dyżurnego (jeśli się wyrobiłem w grudniu, ale chyba tak :)). Naprawdę podziw, za to jak to wymyśliłaś i spięłaś.

 

Pozdrawiam!

Mar­sza­wo – miałem pisać komentarz lożowy, ale tu już tyle jest napisane, że nie ma sensu się powtarzać – a najbliższy moim przemyśleniom, jest komentarz Tarniny :). A po Tarninie nie ma już nic, nikt do dodania – takie jest prawo ;)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

A po Tarninie nie ma już nic, nikt do dodania – takie jest prawo ;)

… dobra, już nie róbcie ze mnie Galadrieli XD

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Witaj beeeecki

Jedyny zgrzyt logiczny jaki mam, to: na litość boską, po co oni puszczają ten pociąg cały czas, skoro znikają przez to tysiące istnień? Dziwne działanie.

Masz na myśli władze fantastycznego świata, czy „naszego”?

Rządzący tamtego wymiaru chcieli, aby pociągi kursowały, bo tylko w ten sposób można było przeprowadzać ewakuację. Tamten świat jest pogrążony w kompletnym chaosie. Nie ma bezpośredniej łączności między wymiarami, ale powoli przybysze zaczynają szukać zaginionych członków rodziny i podejrzewać, że coś się nie zgadza…

Teraz pojawia się kolejne pytanie o kwestie moralne: nie żałuj róż, gdy płoną lasy, czym są tysiące istnień, gdy próbujesz ratować miliony?

 

Jako obywatel tego świata miałbym jednak poważne wątpliwości. No gdyby w moim porannym tramwaju codziennie znikała jedna osoba, to miałbym wątpliwości, czy chcę wsiadać, nawet jeśli wylatywałby w zamian co raz pokojowy noblista. Ale to uwaga taka o.

Hmm… w przeciągu roku na linii kolejowej Bernina zaginęło tylko 20 osób, więc nie była to duża skala. Zwykli obywatele raczej nie mieli się czego bać. Chyba że widzieli coś, czego nie powinni, i zostali zlikwidowani. :D 

 

Ale ta opowieść jest wręcz piekielnie kreatywna. Złożyłaś wizję ciekawą, zupełnie nieoczywistą i relatywnie spójną (do ostatniego mam wątpliwości najwięcej, ale wady będą zawsze – zresztą sam nigdy nie wpadłbym, jak połączyć te mechanizmy). No nie ma się co rozpisywać, po prostu brawo!

O raaaaaany… dziękuję. Bardzo miłe słowa! Czasami uda się wpaść na ciekawy pomysł, trzeba sie go uczepić zębiskami i wycisnąć co się da. :D 

Ślicznie dziękuję za Twojego TAK-a!

 

Pozdrawiam serdecznie! 

 

Witaj Bardzie

Marszawo – miałem pisać komentarz lożowy, ale tu już tyle jest napisane, że nie ma sensu się powtarzać – a najbliższy moim przemyśleniom, jest komentarz Tarniny :). A po Tarninie nie ma już nic, nikt do dodania – takie jest prawo ;)

 

… dobra, już nie róbcie ze mnie Galadrieli XD

Tarnino, chyba za późno. O Twoich komentarzach już krążą legendy! :D 

laugh

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Dziń dybry,

 

Sięgnęłam do kieszeni płaszcza i natrafiłam na przewodnik turystyczny pociągu „Bernina Express”. Ten sam, który kilkanaście godzin wcześniej wyciągnęłam z zesztywniałej dłoni martwego Artura.

O! Świetny początek, od razu wciąga, yaaaassss

 

Hm, trochę mi zgrzyta logicznie ta scena z kupowaniem biletu. Skoro tak bardzo bohaterce zależało na tym, by jechać akurat tym pociągiem o tej godzinie, to czemu po prostu nie przyszła na dworzec wcześniej?

Ale to teraz jest czepianie się, ważne są tutaj emocje i napięcie, a gdyby się tak czepiać wszystkich szczegółów, to człowiek by niczego nie oglądał ani nie czytał ;p Tak więc z nie mniejszym zainteresowaniem czytam dalej.

 

Wzdrygnęłam się od mroźnego listopadowego wiatru, który plątał mi włosy i próbował wepchnąć z powrotem do hali dworca.

Ładne.

 

Odgarnęłam z twarzy potargane kosmyki i uniosłam wzrok.

Nie jestem pewna, czy można unieść wzrok, ale to może ktoś mądrzejszy ode mnie się na ten temat wypowie, o ile już się nie wypowiedział.

 

ale gorgony i bezgłowa postać, wyglądali jak wyciągnięci z opowieści, którymi straszy się dzieci.

→ ale gorgony i bezgłowa postać wyglądali jak wyciągnięci z opowieści, którymi straszy się dzieci.

 

 

Chyba zaszła tu drobna nielogiczność:

Puściłam głos za plecami mimo uszu

(…)

Uniosłam wzrok znad dokumentu. Rozpoznałam pasażera w czarnej skórzanej kurtce, którego mijałam na samym początku podróży.

Czyli jednak siedział przed nią, a nie za jej plecami?

 

– Skąd znasz ich język? – zapytałam.

– Pracuję dla wywiadu – rzucił, jakby to wszystko tłumaczyło.

W sumie tłumaczy :P

 

– Paru – mruknął. – Jakieś sto… może dwieście tysięcy.

https://wsjp.pl/haslo/podglad/39270/pare

Hm… Ja bym dała mniejszą liczbę. Bo przy takiej dużej liczbie empatia się rozmywa, nie jesteśmy w stanie współczuć takiej ogromnej rzeszy stworzeń. Gdy ta liczba jest mniejsza, na przykład nie wiem, dwieście stworzeń, to już bardziej nas to dotyka, łatwiej sobie wyobrazić taką ilość żywych stworzeń.

 

Pytałam Vigo o ciąg cyfr zapisanych obok krzyżyków, ale i on nie potrafił ich rozszyfrować. Nie dawało mi też spokoju zdanie z okładki o poszukiwaniu konduktora: „VVS Find the conductor”. Dlaczego Artur napisał je po angielsku? Zupełnie jakby nie było skierowane do mnie.

Wyprostowałam się gwałtownie.

– Vigo… jak mówiłeś, że się nazywasz?

– Van Steen – odparł, marszcząc lekko brwi. – Vigo van Steen. Czemu pytasz?

– To chyba dla ciebie – powiedziałam, podając mu przewodnik.

Vigo lustrował go przez chwilę wzrokiem.

Czyli pokazała mu przewodnik już wcześniej, a potem pokazała jeszcze raz i on go lustrował tak, jakby widział go pierwszy raz?

 

– Bo portal to nie drzwi, przez które po prostu się przechodzi – zucił,

Literówka.

 

Krasnolud długo się targował. W końcu skinął głową, ale dopiero gdy oddałam złoty łańcuszek, a Vigo rozstał się z wisiorkiem na skórzanym rzemyku. Do tego musiałam dorzucić paczkę miętówek, zapalniczkę i jakby krasnolud nie był wystarczająco bezwzględny, zabrał mi jeszcze kanapkę z szynką, którą kupiłam sobie na drogę.

Hahaha, jaki zachłanny ;p

 

A potem rozlegał się pomruk artylerii.

Artyleria raczej nie mruczy, tylko ryczy.

 

Zgodnie z rozkładem wkrótce mieliśmy dotrzeć do Tirano, a brak kolejnych zaznaczonych krzyżyków w przewodniku Artura oznaczał, że na trasie nie ma więcej portali ukrytych w tunelach.

I teraz nagle Eliza wie, że krzyżyki na mapie są portalami? Nie pokazałaś, w jaki sposób to wydedukowała.

 

I pociągnęłam.

Pociągiem szarpnęło.

Zmieniłabym na: wagonem.

 

a spod zablokowanych kół wystrzeliły iskry niczym sztuczne ognie

Skąd ona to wie? Przecież jest w wagonie.

 

 

Hyhyhym.

Jakoś nie przekonuje mnie, że człowiek-wilkołak poświęcił się dla ledwo poznanej kobietki. Tym bardziej że nie został podany żaden powód takiej decyzji: nie zakochał się w niej, nie powiedział, że wierzy, iż Elizie uda się pomóc fantastycznym zwierzętom.

Mało wiarygodna wydaje się też ostatnia scena. W pociągu nie jechali żadni żołnierze, którzy mieli za zadanie pilnować dziwolągów? Nikt ich nie gonił, gdy te uciekały? To rozwiązanie wydaje mi się za proste i nielogiczne.

Bardzo mi dziwnie marudzić pod Twoim opowiadaniem, bo niemal każde Twoje dzieło wprawia mnie w zachwyt. Ale niestety nie tutaj. Zbyt wiele rzeczy się nie zgadza, niektóre rozwiązania przychodzą zbyt szybko, zbyt łatwo. Sama historia też nie miała dla mnie punktu kulminacyjnego. Najmocniej uderzyło mnie na samym początku, że bohaterka wyrwała z rąk martwego Artura przewodnik.

 

Za to okoliczności historii są bardzo wiarygodne, i to na plus. Sprawdzanie dziwolągów przed teleportacją, poddawanie ich badaniom, protesty przeciwko nim, odgradzanie ich od innej rasy, sprzedaż broni innej cywilizacji, przekupstwo… Wszystko się zgadza i służy solidnej budowie zawieszenia niewiary.

Pochwały należą się też za pomysłowe wykorzystanie dwuznaczności słowa “conductor”. Dzięki temu rozwiązanie jednej zagadki przyszło dość wiarygodnie, choć trochę za szybko, no ale domyślam się, że nie chciałaś też przesadzać z liczbą znaków.

Warsztat masz niemal doskonały i satysfakcjonujący, ale to nie jest żadna nowość. 40 tys. znaków to nie jest mało, jednak zaskakująco szybko przeszłam przez tekst.

 

Jeszcze raz gratuluję wygrania konkursu i z wypiekami na twarzy czekam na Twój kolejny tekst! heart

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Tarnino, ogłaszam, że poprawki naniesione. Niektóre łopaty zostawiłam, bo się boję, że przyjdą inni i zaczną marudzić, że coś jest mało zrozumiałe. :D I zamieniłam “wścibską Elizę” na “anons matrymonialny”. Jeszcze raz dzięki za Twój czas! heart

 

Dobrý večer, HollyHell! :D

 

Hm, trochę mi zgrzyta logicznie ta scena z kupowaniem biletu. Skoro tak bardzo bohaterce zależało na tym, by jechać akurat tym pociągiem o tej godzinie, to czemu po prostu nie przyszła na dworzec wcześniej?

 

Ej, ona jechała z Polski! Miała już za sobą kawał drogi, więc cud, że zdążyła! :D

 

Nie jestem pewna, czy można unieść wzrok, ale to może ktoś mądrzejszy ode mnie się na ten temat wypowie, o ile już się nie wypowiedział.

Powiem Ci szczerze, że ja też już zwariowałam i nie wiem jak to jest z tym wzrokiem i spojrzeniem.

 

Czyli jednak siedział przed nią, a nie za jej plecami?

Aaa! Coś sknociłam. Obróciłam go.

 

W sumie tłumaczy :P

Niby tak, ale właściwie to nie. Bo jaki wywiad? Eliza nie wiedziała, że istnieje jakieś międzywymiarowe FBI. :D

 

Hm… Ja bym dała mniejszą liczbę. Bo przy takiej dużej liczbie empatia się rozmywa, nie jesteśmy w stanie współczuć takiej ogromnej rzeszy stworzeń. Gdy ta liczba jest mniejsza, na przykład nie wiem, dwieście stworzeń, to już bardziej nas to dotyka, łatwiej sobie wyobrazić taką ilość żywych stworzeń.

 To muszę zostawić. Duża liczba jest ważna, bo oddaje skalę wojny, chaosu i miała trochę uderzyć. Podkreśla też, że kilkadziesiąt zaginionych osób znaczyło więcej niż dwieście tysięcy fantastycznych istot, których nikt nie szuka.

Czyli pokazała mu przewodnik już wcześniej, a potem pokazała jeszcze raz i on go lustrował tak, jakby widział go pierwszy raz?

Ogarnęłam te nieuczesane myśli. :D

Mam nadzieję, że teraz jest lepiej.

 

Artyleria raczej nie mruczy, tylko ryczy.

Z daleka wydaję mi się, że to właśnie przypomina taki pomruk, który się niesie.

 

Skąd ona to wie? Przecież jest w wagonie.

Usunęłam. A takie ładne fajerwerki były… xD

 

Jakoś nie przekonuje mnie, że człowiek-wilkołak poświęcił się dla ledwo poznanej kobietki. Tym bardziej że nie został podany żaden powód takiej decyzji: nie zakochał się w niej, nie powiedział, że wierzy, iż Elizie uda się pomóc fantastycznym zwierzętom.

W tym momencie Eliza była jego jedyną nadzieją, że pomoże fantastycznym istotom. Już w pociągu mówiła, że należy pójść z tym do mediów, zgodziła się skoczyć z nim do innego wymiaru by zebrać informacje oraz miała dowody w formie zdjęć. Wydaje mi się, że to sporo by Vigo mógł uwierzyć, że jest po jego stronie. Zresztą wiedział, że jako wilkołak, czyli jeden z „fantastycznych” i tak nie zostanie wysłuchany w naszej rzeczywistości. Musiał o nich zawalczyć człowiek.

Ale skoro tak tego nie odczuwasz, to możliwe, że tych aluzji było za mało. Wiesz, nie chciałam też robić romantasy… :D

 

Mało wiarygodna wydaje się też ostatnia scena. W pociągu nie jechali żadni żołnierze, którzy mieli za zadanie pilnować dziwolągów? Nikt ich nie gonił, gdy te uciekały? To rozwiązanie wydaje mi się za proste i nielogiczne.

O, to biorę na klatę. Myślałam o jakichś agentach w cywilu, którzy również podróżowali pociągiem i trzymali rękę na pulsie, ale ostatecznie się nie pojawili. Powód jest bardzo prosty – zabrakło mi miejsca. :D A nie chciałam rzucać kolejnego wątku, który miałby zająć tylko jedno zdanie. Zdecydowałam się uprosić choć to pewnie wpływa na wiarygodność.

 

Bardzo mi dziwnie marudzić pod Twoim opowiadaniem, bo niemal każde Twoje dzieło wprawia mnie w zachwyt. 

 

Marudź! Marudź! Ja wiem, że to dla mojego dobra! :D

Lepiej wiedzieć co się nie spina, żeby następnym razem zwrócić na to większą uwagę. Ogólnie jestem dość wolna w pisaniu i piętnaście razy zastanawiam się nad jednym zdaniem… Kiedy pojawia się jakiś deadline i trzeba klepać w tę klawiaturę jak szaleniec, to potem mogą wychodzić takie rzeczy „na skróty”… 

 

Warsztat masz niemal doskonały i satysfakcjonujący, ale to nie jest żadna nowość. 40 tys. znaków to nie jest mało, jednak zaskakująco szybko przeszłam przez tekst.

 

Dziękuję Ci i pozdrawiam! heart

Hm… Ja bym dała mniejszą liczbę. Bo przy takiej dużej liczbie empatia się rozmywa, nie jesteśmy w stanie współczuć takiej ogromnej rzeszy stworzeń.

Tak, tylko tu chodzi raczej o kontrast między tym, co faktycznie oznacza "parę" a tym, co facet nazywa tym słowem.

on go lustrował tak, jakby widział go pierwszy raz?

Tarnino, ogłaszam, że poprawki naniesione.

XD

Powiem Ci szczerze, że ja też już zwariowałam i nie wiem jak to jest z tym wzrokiem i spojrzeniem.

https://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/19850 ^^

Eliza nie wiedziała, że istnieje jakieś międzywymiarowe FBI. :D

Kurdyban, co Wy z tym FBI? XD

Podkreśla też, że kilkadziesiąt zaginionych osób znaczyło więcej niż dwieście tysięcy fantastycznych istot, których nikt nie szuka.

O, to, to.

Z daleka wydaję mi się, że to właśnie przypomina taki pomruk, który się niesie.

Yup ^^

Ogólnie jestem dość wolna w pisaniu i piętnaście razy zastanawiam się nad jednym zdaniem… 

… dziewczyno, Ty nie wiesz, co to jest żółwie tempo XD Skończyłaś tekst na konkurs z minimalną obsuwą XD

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Cześć, Marszawo!

Na początek podziękuję, że postanowiłaś zostać tutaj na dłużej i dzielić się swoją twórczością. To przeczytałem z przyjemnością, ale bez wyjątkowego zachwytu. Wydaje się jakoś zawieszone między kryminalno-przygodowym fantasy a metaforyczną dyskusją o prawach uchodźców i imigrantów. Oczywiście sama obecność w tekście odniesień do problemów realnego świata powinna być korzystna, więc to zawsze niepewne i trudne do zobiektywizowania, kiedy takie elementy z różnych warstw będą się nawzajem dopełniać, a kiedy wydadzą się niekompletne. Choćby jednak konstrukcja głównej bohaterki: raz wydaje się twardą, doświadczoną panią detektyw, gotową brać za rogi niemal nieprzezwyciężalne problemy, a raz naiwną panienką, przez pryzmat reakcji której mamy zobaczyć okropieństwa realiów świata przedstawionego. Przy czym oczywiście nie zaprzeczam, że w poszczególnych miejscach pokazujesz jej emocje przekonująco, prawie na pewno lepiej, niż sam byłbym w stanie to zrobić. Na dobrą sprawę Tarnina zgłębiła już i przeanalizowała te kwestie dużo obszerniej – wspaniały komentarz, czapki z czułków!

Po wprowadzeniu poprawek tekst wygląda bardzo solidnie językowo. Parę drobiazgów z początkowej części:

nie potrzeba licencji detektywa, by si€ domyślić, że ktoś chciał zatuszować sprawę.

Znak euro zamiast “ę” to świadomy zabieg czy wypadek przy pracy?

Nie czekając na resztę, pobiegłam wzdłuż hali dworca. Pchnęłam barkiem ciężkie drzwi prowadzące na perony i wypadłam na zewnątrz. Wzdrygnęłam się od mroźnego listopadowego wiatru, który plątał mi włosy i próbował wepchnąć z powrotem do hali dworca.

Niepotrzebne powtórzenie. Poza tym napisałbym “na wydanie reszty”, ponieważ wyrażenie “czekać na resztę” odnosi się normalnie do reszty jakiejś grupy ludzi.

panoramiczne okna, z których roztaczał się widok na Tiefencastel – niewielkie szwajcarskie miasteczko, które właśnie zasypywał pierwszy śnieg.

Nie jest to rażące, ale też nieźle byłoby znaleźć inne rozwiązanie.

 

Poza tym wydaje mi się, że wciąż nieco nadużywasz czasownika “rzucić”. W każdym razie zrobiłaś bardzo wyraźny postęp od czasu pierwszego Twojego opowiadania, które komentowałem. Pod względem piórkowym tym razem jeszcze na NIE, ale ciekaw jestem dalszych prób.

Pozdrawiam ślimaczo!

Nowa Fantastyka