Kontraktorzy – historie
Pies
***
Kontraktor – rola i stopień społeczny przedsiębiorców powiązanych z działalnością strategiczną Państwa Polskiego – między innymi w zakresie przemysłu zbrojeniowego, innowacji czy medycyny. Kontraktor najwyższego, 5 stopnia, miał wgląd do tajnych dokumentów państwowych oraz wszelkie wojskowe uprawnienia. Mógł również posiadać niemal nieograniczoną ilość broni palnej. W praktyce kontraktorzy często działali na granicy prawa, albo nawet je przekraczali, nie ponosząc przy tym żadnych konsekwencji. Stanowisko kontraktora w Polsce powstało na początku 21 wieku, jako odpowiedź na prawdopodobny scenariusz zniszczenia/przejęcia zasobów strategicznych. Takie zdarzenie miało miejsce podczas głośnej masakry w Meson Industries, w stanie Kalifornia w Ameryce pod koniec XX wieku. Kontraktorami nazywa się czasem potocznie również osoby piastujące ważne stanowiska mundurowe, jak np. żołnierzy, policjantów czy strażników granicznych.
***
Pies o imieniu Pies wraca właśnie z szychty – jak dawniej mówiło się na dzień roboczy na Śląsku. Na szczęście nie jest górnikiem – choć jego praca jest równie niebezpieczna. Badanie postapokaliptycznych ruin Gliwic w roku 2071 nie należy do zbyt przyjemnych zadań. W przeciwieństwie jednak do ludzi, Pies łatwo nawiguje w trudnym terenie – nawet niskopodłogowiec.
Pardon! Przepraszam naszego bohatera. Pies to imię nadane przez ludzi, wraz z identyfikatorem, którego już w tym momencie nikt nie pamiętał. Rodzina Wielguckich miała tylko jednego zwierzaka, więc do psa mówiono Pies Wielguckich. To jednak nie wystarczy naszemu bohaterowi, który ma gdzieś ludzkie konwenanse. Będę się do niego zwracał Bohdan Wielgucki, bo tak każe do siebie mówić.
Bohdan, wchodząc przez klapę w drzwiach, doczłapał do PDP – punktu dokowania psa. Urządzenie automatycznie ściąga z jego łapek ochraniacze, które nie tylko osłaniają pazurki. Bohdan to mieszaniec jamnika i czegoś nie do końca określonego – ochraniacze podnoszą Bohdana na tyle wysoko, że nie drze o podłoże długim brzuchem.
– Na ludzkie krwinki, ale tu znowu sztyni łajnem – pomyślał nasz bohater, niemyte człowiecze lenie, odpady cywilizacji.
Wszedł przez zaniedbany korytarz sześćdziesięciometrowego mieszkania, w którym właśnie Joanna trzymała swojego partnera, Leszka, na smyczy; ten zaś nieudolnie ujadał jak chihuahua po udarze.
– Nie dość, że brudasy, to robią bardzo kiepską imitację mojego gatunku.
Leszek szczeka jak opętany, wymachując doczepionym ogonem. Bohdan nie ma ochoty wiedzieć jak doczepienie zostało mechanicznie rozwiązane. Mimowolnie, zgodnie z zasadą by nie myśleć o różowym słoniu – procesor neuralny Bohdana rozszerzający jego umiejętności kognitywne do poziomu co najmniej ludzkich, podpowiada mu, że chodzi o odbyt. Odchyla zdegustowany głowę jak najdalej od tej myśli – wszczepienie procesora neuralnego wnosi też za sobą nabycie poczucia zdegustowania – czegoś, czego zwykły pies nigdy nie doświadczał.
Tak właściwie to Bohdan wolałby nim właśnie być. No może gdyby nie kazali zwykłych psów kastrować. Mając procesor neuralny Bohdan wiedział jak ważna jest przemyślana strategia reprodukcyjna. Rano wychodzi z domu w psim krawacie, gdzie psia żona przygotowuje psie dzieciaki do szkoły, po czym robi po dwóch godzinach przerwę w pracy, bo zapomniał psich smaczków. Wracając do domu zauważa jednak, że jego psie dziecko jest na wagarach i o zgrozo! je kocią karmę. Musi jednak zaraz wracać do pracy – udaje że tego nie widział. Więc jedzie po smaczki do psiego mieszkania, tylko po to żeby zobaczyć jak jego psia żona jest przetykana przez sąsiada-bulldoga-o-którego-nie-powinien-się-martwić. Psia wybranka, przyłapana na zdradzie, mówi, że w sumie dawno nie była z nim szczęśliwa. Bulldog zaś, wyglądający jakby ktoś nakrył go na pogryzieniu trzyletniego ludzkiego dziecka, skruszony (choć mógł pożreć!), warczy tylko. Twierdzi, że w jego rodzinie wkradła się nuda i rutyna. Przeklęte ludzkie konstrukty społeczne! W tym momencie Bohdan cieszy się że nie ma ani psiej żony, ani psich dzieci, ani, tym bardziej – sąsiada-bulldoga-o-którego-nie-powinien-się-martwić. Na szczęście też nadal miał jaja.
Jest jednak Joanna, trzydziestolatka po cybersocjologii, której jedyny kontakt z pracą to dwumiesięczne praktyki w czasie studiów, na których jej głównym zadaniem było otwieranie drzwi podobno-ważnym-ludziom. Leszek za to, nowobogackie dziecko, które zarobiło milion nowych złotych polskich na inwestycjach w kryptowalutach i startupach cyfrowych; więc kiedy trzy lata temu dotarł do wieku Jezusowego, uznał że ma to wszystko gdzieś; kupi cyfrowo wspomaganego psa i całkowicie zgłupieje.
Joanna lubi psy, ale z drugiej strony zajęcie się nimi jest dla niej zbyt trudne, więc uznała że woli Leszka jako psa (jego przynajmniej wie jak obsługiwać). Cyfrowo wspomagany pies za to pomoże im zarobić trochę pieniędzy. Od biedy nie potrzebowali nawet dodatkowego zarobku, ale życie na wysokim poziomie wymagało czegoś więcej niż dochód podstawowy. Bohdan pluje sobie w mordkę, że zamiast beztrosko obsikiwać lokalne trawniki Nowych Gliwic, jakiś pazerny na pieniądze idiota wszczepił mu procesor neuralny, po czym został zakupiony przez parę ludzi w kryzysie deficytu intelektualnego. Bohdan, jako pies, który stara się rozwijać swoją inteligencję (skoro znalazł się już w takim położeniu), zastanawia się, jakby potoczył się los jego i tego kraju, gdyby nie kontraktorzy. Może byłby znanym malarzem obrazów metodą ekstrakcji ekskrementów? Może jacyś cyrkowcy doczepili by mu skrzydła, by mógł latać po namiocie ku uciesze widzów? To nie jest jednak dobry pomysł, przecież do cyrków chodzą tylko ci, którzy sami powinni w nich występować. Przypomniał sobie więc zasłyszane niegdyś słowa – “Marność nad marnościami”. Bohdan układa się na swoim ulubionym kocyku, szukając ducha kogokolwiek, kto przejmuje się jego losem. Role się odwróciły. On musi harować w robocie… Ludzie zaś zatapiają się w jakiejś potwornej parodii radości. Bohdan wierzy, że to doprowadzi kiedyś do ich upadku.
Procesor neuralny, którego używa nasz bohater, ma połączenie z siecią globalną. Szuka album postpunkowej grupy Disturbed Erection, której członkowie, gdyby byli pociesznymi psami, z radością obsikiwaliby ludzkie urzędy, muzea i kopalnie metanu. Włączył więc kawałek “Murder Cows tries to reproduce your mum’s sleeping pills”. Zaczął też rozwiązywać psie łamigłówki – połączenie ludzkich krzyżówek i gry geolokalizacyjnej. Pojawiają się one w czasie rzeczywistym w procesorze neuralnym Bohdana. Polegają na tym, że rozwiązaniem każdej zagadki były dokładne koordynaty jakiegoś miejsca. Tam psy mogą znaleźć najczęściej paczkę wyśmienitych smaczków. Bohdan pamięta ich teksturę – były wyjątkowe. Parę razy był pierwszym psem, który znalazł rozwiązanie krzyżówki – ale wiele razy inne psy go uprzedzały (raz nawet sam Leszek; Bohdan w takich chwilach zadaje sobie pytanie kto tu jest czworonogiem domu…).
Kiedy zabawa go zmęczyła, te wszystkie rozmyślania wprowadziły Bohdana w przyjemny stan drzemki. Niestety została ona przerwana przez szczekanie Leszka, który wyczuł przed drzwiami zapach kochanka Joanny. Warunkiem kobiety, by Leszek został psem, było otwarcie ich związku. Tak – Bohdan też zadaje sobie pytanie, dlaczego skoro to Joanna chciała “zmodyfikować” relację z Leszkiem, to ona postawiła mu warunek, nie zaś on jej.
– Na ludzkie krwinki, co się podziało z chrześcijańskimi wartościami, które podobno były w tym kraju od dawna? Bohdan nie wytrzymał. Zdenerwowany wybudzeniem z drzemki najzwyczajniej w świecie wypowiada te słowa używając syntezatora.
Eduardo – Argentyńczyk polskiego pochodzenia z żydowskimi korzeniami – próbuje kopnąć dobiegającego Bohdana, patrząc na Joannę nieco spod byka. Nasz bohater zastanawia się, czy nie powinien zainwestować w psią kamizelkę kuloodporną i psi karabin automatyczny – specjalnie na takich fascynatów niepotrzebnej przemocy.
– Psi bękarcie – wymówiła Joanna z oschłością w głosie – zachowuj się! Nic ci do tego. Jesteś tylko głupim kundlem.
Adresat wiadomości wybucha w tym momencie, rozpędza się na zwierzęcych łapkach. Trzaska psią klapą w drzwiach mieszkania i wychodzi.
Gdyby lubił psie papierosy i miał psiego papierosa – to właśnie by zapalił
– To się musi skończyć, to pomiatanie. To ja jestem żywicielem tej rodziny. Kiedyś psy biegały sobie, skakały, ale wszczepili mi ten głupi implant i jestem tu gdzie jestem – myśli Pies Wielguckich. Nie tak świat powinien wyglądać, o nie! Kij im wszystkim w oko!
Wiatr zaczął rozwiewać mu sierść. Patrzy na drogę, po której niegdyś podobno jeździły pojazdy zwane samochodami. Duże do granic możliwości – z psiego punktu widzenia. Wielkości co najmniej pięciu dużych dawnych psich bud. Strasznie grubi musieli być kiedyś ludzie. W sumie nadal są.
Teraz po drogach jeżdżą głównie psie hulajnogi. Po prawej stronie doszło właśnie do kolizji – jakiś spaniel leży z przekręconym karkiem, owczarek niemiecki próbuje uciekać z miejsca zdarzenia; jednak pies policyjny – chyba mieszaniec – zaznacza swoją wyższość przez ugryzienie owczarka. W miejsce, dzięki któremu psy i inne ssaki się identyfikują. Owczarek uznał swoją przegraną i skulił się tylko, oczekując na aresztowanie. Po lewej stronie psi naganiacz do kasyna, którego wszystkie inne czworonogi pod krawatami ignorują (choć tak naprawdę mają ochotę opluć!). I jeden kot, biegnący z lewej strony do prawej. Te małe cwaniaki nie dały się – ich temperament i możliwości, po próbie wszczepienia im procesorów neuralnych, nie zmieniły się. Kotowate są odporne na takie magiczne sztuczki. Bohdan kiedyś miał do nich bardzo negatywny stosunek. Teraz jednak rozumie. I właśnie prychnął, kiedy głupi-ale-jednak-mądry kot ugryzł skulonego owczarka w poślady, powtarzając tym tylko performance psiego komisarza. Czworonodzy funkcjonariusze wydali radosny szczek z całego zajścia.
Joanna w tej chwili wychodzi przez drzwi, próbując pochwycić “swojego” psa. Bohdan jednak, niczym żaba w grze o żabie która musi przekroczyć ruchliwą drogę, przeskoczył na drugą stronę ulicy. W biegu odwrócił pyszczek, obserwując jak jedna z psich hulajnóg może nie zabija Joanny, ale przynajmniej łamie jej żebra.
– Ty głupi bękarcie, kundlu, śmierdzący sierściany pomiocie – w głosie kobiety było słychać ból wymieszany z żółcią – psi plemniku który przez przypadek stworzył zygotę, wracaj, albo już nie żyjesz!
Joannę otoczyła grupa psów – dwóch czworonogich funkcjonariuszy, naganiacz kasyna, parę hulajnogowców pod krawatami… Tylko owczarek niemiecki, zabezpieczony przed potencjalną ucieczką siedział, próbując nie zwracać uwagi na truchło spaniela, którego był przyczyną. Pobliski kot patrzy na całą sytuację z pewną ciekawością, powoli, bardzo spokojnie przechodząc przez jezdnię, uważając żeby żadna hulajnoga go nie potrąciła. Chyba musiał grać w tę samą grę o żabach, w którą grał Bohdan. Na twarzy Joanny pojawiło się przerażenie.
Za nią z domu wylazł Leszek, na którego prawdziwe psy zaczęły ujadać – miało się wrażenie że w tej wściekłości funkcjonariusze czworonożnej policji złamią Kodeks Postępowania Psiej Policji i zaraz go pogryzą. Eduardo zaś wziął Joannę, przeciągnął ją do mieszkania jak szmatę – w końcu była tylko jego kochanką, a on był – pożal się Boże – kiepskim facetem bez szacunku do kogoś, kogo przetykał.
– Znajdę cię, śmierdzący mieszańcu…! – nikną w oddali słowa Joanny.
Bohdan w końcu czuje się wolny. Wolny jak pies bez uprzęży! Czemu nie zrobił tego wcześniej? Czyżby miał jakąś wewnętrzną blokadę – jakiś społeczny wyłącznik który uniemożliwia mu ucieczkę? Wątpi w to. Ma wrażenie, że dopiero gniew pozwolił mu pozbyć się kajdan, które tak naprawdę nigdy nie istniały. Pierwsze parę sekund – czuje radość wolności… Potem zaś pustkę. Po chwili przychodzi też lekki lęk – ponieważ jego właściciele mogli go zlokalizować, znaleźć. Znów zniewolić.
Ale jest tutaj. Wiatr nowoczesnego miasta obija mu sierść, hulajnogi jakichś ważnych psich osobistości przemykają obok. Bohdan jest czymś więcej niż zakładnikiem własnego losu i cudzego nieudacznictwa. Jest kimś, Kimś Wielkim! Niech go tylko znajdą! Pogryzie ich od stóp do głów; gdyby byli tutaj, nie zwróciłby uwagi na to jak grube są ich kości!
W tym transie drepcze gdzieś, nogi niosą go same na Nowy Bojków. Miejsce jego największej zniewagi – tak kiedyś mu się wydawało. Ale hałda, na której pracował i zarabiał na bumelantów – ma w sobie przyjemny zapach – dobrych psów i wspaniałych ludzi. Jest w pewien sposób wdzięczny. Mimo że nie była to zbyt przyjemna okolica, jeżeli chodzi o bezpieczeństwo i higienę pracy, lubi ją. Postanawia więc zrobić to co wszyscy ludzie, wszystkie psy, każdy wilk; ale także kocur – jeżeli tego by zapragnął. Postanawia wspiąć się na najwyższy punkt hałdy i wyszczekać swoją wolność, swoją dominację nad ideologiami tego świata!
Drepcze tak parę kilometrów zastanawiając się nad sensem rzeczywistości. Nad poczuciem sprawczości, które zawsze miał, ale o nim zapomniał – albo nawet nie wiedział. Nad kolejnym celem, który wybierze po dotarciu do Nowego Sącza (dlaczego tam? A dlaczego nie?).
Jest czymś więcej niż elementem narracji, w której go uwięziono. Jest niezależny od ludzi, którzy próbowali go stłamsić – uznać za niewolnika. Ahh! Jakie życie jest piękne – jest tyle miejsc do zwiedzenia! Paryż – wieża Eiffla i podrabiane pamiątki! Biegun północny owinięty przez nić zorzy polarnej (a na słuchawkach prehistoryczne, ale nadal jak aktualne – Pink Floyd!). No i Wałbrzych! Nadal bardzo pragnie zwiedzić tutejsze biedaszyby! Szaleństwo tego świata nie przysłoni jego prawdziwego piękna!
Nie ma ochraniaczy na łapy, zapomniał o nich. Ale wolność nie wymaga bezpieczeństwa! Wolność nie wymaga środków ochrony osobistej! Zresztą… Ból fizyczny, który zaraz będzie odczuwał, jest niczym względem wewnętrznych, psychicznych kajdan, które zakuwały go od środka w rodzinie totalnych nieudaczników… Wielguccy? Chyba Malutcy! Parszywcy, którzy nawet tak moralnie złej i małostkowej sprawy jak zdrada nie potrafią dobrze zorganizować.
Łapki pieska zaczynają krwawić. Co niemiara zresztą. Każdy jednak krok – bolesny czy nie – każdy odcisk odbija się na niezniekształconej strukturze kamienia hałdy. Jest coraz bliżej celu. Pytanie, które ma sobie zadać, jest już za progiem – znał przecież podręczniki… Co się stało z ludzką cywilizacją? Dlaczego doszło do takiego zezwierzęcenia? Porzucenia tego wszystkiego… Co doprowadziło do miejsca, w którym niedawno rozpoczął się upadek? Psy nigdy nie miały aspiracji budowania podwalin cywilizacji. Nie miały takiej potrzeby, w przeciwieństwie do ludzi… Ale mimo tego, że ludzie dotarli do stanu ogromnego dobrobytu – zwrócili się z powrotem ku swojej, niegdyś poskromionej – zwierzęcej naturze. On jest najlepszym przykładem – Bohdan Wielgucki – choć właściwie to od teraz nazywa się Bohdan Malutki. W tym miejscu należy zaakceptować kim jest. Odwróceniem naturalnego porządku, zarazem niesmacznym, jak i nieco cudownym. Dziecko przerosło swojego stwórcę. Przeraża Bohdana ta wizja. Bo w takim razie można podjąć myśl, że Stwórca stwórcy na to pozwolił. Jako doedukowany młody psi kawaler – przypomniał sobie o tych wszystkich biblijnych księgach. O tym, jak pierwotny człowiek ugryzł Rękę która go karmiła. A potem ludzie gryźli się nawzajem. Czy więc ludzkość, w takiej formie, zawsze była skazana na porażkę?
Człowiek, taki jakiego zna Bohdan – podejmuje wybory. Niezależnie czy to Eduardo, Joanna, Leszek, czy jego współpracownicy. Zna takich, którzy podejmują dobre, zna także wielu, którzy podejmują te złe.
Bohdan zaś podjął wybór o wolności.
Wspiął się na najwyższy punkt hałdy, wyciąga szyjkę i łeb ponad linię ciała. Gdzieś w pierwotnym zamiarze zaznaczenia obecności – wyje. Stoi taki niewzruszony i wzruszony zarazem. Nie musi dokonywać krwawego buntu wraz z innymi psami-sługami. Nie musi ukraść fury pieniędzy z psiego banku. Nie musi nawet zdobyć suczki swojego serca! Po prostu jest… Patrząc w dal – na świat, który popełnił zbyt sporo błędów. I tak napawa się tym wszystkim przez kolejne minuty.
– Uśpię cię, zafajdany ekskrementami pchlarzu! Zmielę cię na mięso do hot-doga!
W majestatycznej pozie Bohdan słyszy skomlenia swojej właścicielki. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że słowo właściciel w tym kontekście za bardzo przypomina mu o pojęciu niewolnictwa.
Joanna biegła jak poparzona, zabezpieczona jakimś gorsetem ortopedycznym, gipsem, czy jeszcze czymś innym.
– Jesteś martwy, kundlu – popamiętasz nas. Nawet nie masz gdzie uciec, bo jesteś tak ograniczony; znasz w swoim pchlim jestestwie tylko dwa miejsca!
Tłum osób krzyczy do niej z oddali, że ma tu nie wchodzić. Że ryzyko poparzenia radioaktywnego, ryzyko urazów mechanicznych. Jest jednak zbyt wściekła żeby w ogóle rozważyć te słowa. Wbiega na hałdę – wywraca się jakieś trzy razy spektakularnie, prawdopodobnie jeszcze bardziej łamiąc kości; jednak adrenalina powstrzymuje ją przed odczuwaniem bólu (i przed jakimkolwiek rozsądkiem). Zresztą współczesne psy są modyfikowane genetycznie, aby lepiej radzić sobie z radiacją… Ludzie nie. Joanna zaś teraz wygląda jak damski, rozsierdzony Syzyf, który nie tyle próbuje wtoczyć kamień, co go po prostu złapać. Rzuca tylko ostatkiem sił jakimś gruzem w Bohdana – na nic. Praca w takich warunkach tylko nauczyła Bohdana zręczności.
– Jesteś mój, jesteś tylko mój! – krzyczy, staczając się czwarty raz. Czy Eduardo będzie pożądał takiej kobiety? Dlaczego właściwie pragnie jej w tym momencie?
Parę osób w czarnych, lśniących kaftanach radioaktywno-odpornych wchodzi za Joanną – ta szarpiąc się, robi sobie tylko więcej bruzd. Mimo niskiej masy, jest nie lada wyzwaniem dla pracowników tej hałdy. Z oddali na całą sytuację patrzy młody, wysoki blondyn z obfitym, niemalże sarmackim wąsem. Uśmiecha się tylko. Nie ma na sobie kombinezonu.
Kiedy tylko zeszli, jeden z wcześniej nieruchomych pracowników podchodzi do Bohdana…
– Bohdan, co tu robisz? Zdajesz sobie sprawę, że gdyby nie sympatia kierownika do ciebie, poleciałaby dyscyplinarka? Dobrze się czujesz? Co tu tak właściwie robisz?
Bohdan namyśla się – wygląda niemal pompatycznie. Odpowiada tylko z pomocą syntezatora:
– Podejmuję decyzję.
Przez parę dni po incydencie tylko Leszek jest w stanie, jakimś dziwnym cudem, powstrzymać Joannę przed uśpieniem psa. Bohdan już nie jest jednak tym samym czworonogiem, co wcześniej – ponieważ wolność to stan wewnętrzny, nie zaś zewnętrzne kajdany, niezależnie jaki by miały wymiar. Czuje się prawdziwie wolny. Joanna za to, próbując go kopnąć – złamała drugą, i zarazem na ten moment jedyną – zdrową nogę. Eduardo uciekł właściwie kilka godzin po incydencie, mówiąc tylko coś o rozpadającej się kochance. Droga kuracja nanobotami dawała bardzo pozytywne efekty przez kilka dni, ale los dla Joanny nie jest zbyt przychylny – chciała uśpić Bohdana, a to styczność z radioaktywnością uśpiła ją.
Leszek zaś, pod kuratelą czworonoga – odzyskiwał człowieczeństwo.
Koniec!
Trudno, nie zawsze muszą istnieć zadowalające zakończenia. To tylko odprysk wydarzeń, które działy się wcześniej, które dzieją się teraz i będą się działy. Jeżeli widzisz tu szaleństwo – ostrzegam – to tylko początek. Albo raczej koniec. Wszystko posypało się przez ten obłęd, który dział się niemal osiemdziesiąt lat wcześniej w Meson Industries… Gdybym wiedział jakie będą konsekwencje, wolałbym się nie urodzić. Wolałbym nie stać we wszystkich tych miejscach które doprowadziły do tej zapaści. A jednak tu nadal jestem, i mimo bólu opowiadam tę historię.
Bohdan zaś w końcu jest wolny – także od ram tej historii, którą wam właśnie opowiedziałem. Nie mam nad nim kontroli, i nigdy nie miałem.