Od pewnego czasu mieszkam w starej, obłupanej kamienicy przy ulicy Świętego Wawrzyńca, gdzie ściany są tak cienkie, że nocą słyszę, jak sąsiadka z góry liczy krople waleriany. Ale odkąd tu zamieszkałem, słyszę też skrzypce. Cicho – jakby ktoś grał na końcu zasypanego tunelu. Kreutzerowska etiuda numer dwa: ta sama fraza, dwadzieścia taktów, ciągle od początku. Jakby ktoś utkwił w muzycznej pętli.
Myślałem, że to student z konserwatorium. Ktoś, kto się męczy – tak jak ja męczę się od lat, odkąd przestałem grać. Od listopada osiemdziesiątego trzeciego, gdy odeszła matka, a ja zamknąłem skrzypce w futerale i już go nie otworzyłem. Ale w tej kamienicy nikt nie gra. Nikt nigdy nie grał.
Jednej nocy podszedłem do okna i otworzyłem je szerzej. Październikowy Kraków pachniał mokrymi liśćmi. W zaułku stała dziewczyna w czarnej sukni do ziemi, z jeszcze przyczepioną metką z wypożyczalni. Włosy miała białe jak papier, a skrzypce przyciskała do szyi nienaturalnie mocno. Grała bez smyczka – palcami prawej ręki szarpała struny; lewa drżała na gryfie. Nie podnosiła wzroku. Patrzyła na własne stopy, jakby upewniała się, że wciąż dotykają bruku. Poruszała się w idealnym rytmie, jak gdyby prowadził ją niewidzialny metronom.
Nazajutrz dozorczyni, pani Halina, wręczyła mi klucz do piwnicy, żebym sam wyniósł węgiel. Zapytałem o dziewczynę. Zamarła z kluczem w dłoni.
– Panie Maćku. Nie ma tu żadnej dziewczyny – powiedziała szybko. – Już od czterdziestu lat nie ma.
Wieczorem znalazłem pod drzwiami gazetę. Ktoś musiał ją podsunąć – nie słyszałem kroków. „Echo Krakowa” z dwunastego listopada osiemdziesiątego trzeciego. Na trzeciej stronie artykuł: Anna K., lat dziewiętnaście, studentka Akademii Muzycznej, potrącona przy Plantach w drodze z próby. Skrzypce rozbite, czarna suknia koncertowa. Na zdjęciu jasne oczy i uśmiech – jakby wiedziała, że za chwilę wszystko się skończy.
Nocą melodia wróciła, lecz zniekształcona, jakby wykonywana na czterech postrzępionych strunach. Otworzyłem okno – zaułek był pusty. Tym razem dźwięk dochodził z mieszkania. Z mojego. Na parapecie leżała cienka stalowa struna. Wciąż ciepła. Końce poszarpane, jakby brutalnie wyrwane.
Następne dni przyniosły więcej strun – zostawianych tam, gdzie wspomnienia bolały najbardziej. Jedna wbita w partyturę Bacha, którą od lat bezskutecznie próbuję zmęczyć; druga, znaleziona po powrocie z zakupów, ciasno owinięta wokół klamki od środka mojego małego więzienia.
Pewnego ranka obudziłem się z głębokimi odciskami na palcu wskazującym prawej ręki. Na poduszce zaschnięta kropla krwi. Mojej krwi. A w głowie ktoś powtarzał cicho, niemal czułym szeptem: „Graj dalej”.
Ostatniej nocy nie wytrzymałem. Wziąłem latarkę i zszedłem na dół. Zaułek był pusty, latarnia migała jak przed zawałem. Melodia dudniła mi w skroniach tak głośno, że przestałem słyszeć własne kroki. Skierowałem światło w głąb.
Stała tyłem. Mokra, jakby dopiero wyłowiona. Suknia wciąż czarna. Ramiona wygięte nienaturalnie daleko. Wtedy zrozumiałem, dlaczego nie używa smyczka: coś trzymało jej rękę od tyłu. Długie, czarne palce bez paznokci oplatały jej nadgarstki, prowadząc łokcie w górę i w dół, w doskonałym rytmie etiudy. Głowa zwisała, włosy zasłaniały twarz.
Zrobiłem krok – latarnia zgasła na sekundę. Coś chłodnego musnęło mój policzek. Gdy światło powróciło, to coś spojrzało na mnie. Oczami. Pustymi oczami.
Wróciłem na górę. Stałem przed drzwiami długo, bardzo długo, zanim odważyłem się je otworzyć. W środku panowała taka cisza, że słyszałem własne tętno. Na podłodze leżały skrzypce – te, których nie dotykałem od śmierci matki. Struny były nowe. Ciepłe. Jedna uniosła się leniwie i owinęła wokół mojego nadgarstka. Delikatnie – bardzo delikatnie.
Nie walczyłem. Przycisnąłem instrument do szyi i zacząłem grać. Ten sam utwór. Dwudziesty takt. Dwudziesty pierwszy. Dwudziesty drugi.
Ktoś za moimi plecami odetchnął z ogromną, nieskrywaną ulgą, a mnie przeszły ciarki. Coś chłodnego musnęło mój policzek. Ponownie.
Wreszcie ktoś mógł przestać.
Maćku, to jest szort z rodzaju tych, które czytam z przyjemnością.
Listopadowa sceneria stwarza odpowiedni nastrój, by zdarzenia mogły nabrały właściwej mocy – niesamowitej i powodującej dreszcze. Dzięki skrzypcom wszystko bardzo zacnie wybrzmiało.
Biegnę do klikarni. :)
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
Świetny short. Tworzysz niezwykle żywe i malownicze opisy. Klimat trzyma w napięciu, przeczytałem go jednym tchem. W zasadzie nie ma co dodawać, to piękny "shorcik"! Sam bym chciał tak umieć, ale krótkie formy mi nie idą. Zostawiam klika! Pozdrawiam.
Witaj. :)
Aż sobie puściłam przy czytaniu tę etiudę, aby się bardziej wczuć… :)
Znakomity, bolesny, przerażająco smutny, pełen niepokoju, bardzo uczuciowy i rozdzierający szort. BRAWA!
Klik podwójny, powodzenia, pozdrawiam serdecznie. :)
Pecunia non olet
Znakomite! Co za atmosfera, aż dreszcz przechodzi.
Bardzo udany szort. Brawo!
Brawo. Najlepsze Twe opeczko od lat. Nie widzę słabych stron. Klik!
Już tylko spokój może nas uratować
Pozwólcie, że podziękuję zbiorczo. Za kliknięcia, ciepłe słowa, Adexxowi za ocenę. Reg, starałem się, jak mogłem. Może “Muzyka Ericha Zanna” to nie jest, ale klimat ma, a to najważniejsze. :)
Maćku, postarałeś się znakomicie. Szort podoba mi się tak bardzo, że aż zachciało mi się odwiedzić nominowalnię. :)
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
Hej,
Bardzo dobry szort:) klimatyczny z ciekawą fabułą, jak na tak małą ilość znaków. Jednak mam problem z końcówką, zobaczmy:
"Coś chłodnego, jak mokra struna, musnęło mój policzek. "
Dziwne porównanie, co jak mokra struna – czy coś może być podobne do mokrej struny, w dotyku?
"Gdy światło powróciło, spojrzało na mnie. Oczami. Pustymi oczami."
Tu jest zbyt enigmatycznie, coś spojrzało… I koniec? Szkoda, że nie wracasz do tego, bo wątek się urywa.
"Delikatnie – przerażająco delikatnie."
Powtórzenie jest ok ale przerażająco delikatnie – trudno jest mi to sobie wyobrazić.
"Nie walczyłem. Przycisnąłem instrument do szyi i zacząłem grać. Ten sam utwór. Dwudziesty takt. Dwudziesty pierwszy. Dwudziesty drugi.
Ktoś za moimi plecami odetchnął z tak ogromną ulgą, że przeszył mnie ból."
To jest dobre, ale chyba bym uciął na "ulgą".
Dobry tekst ale jak na szorta mam zbyt dużo wątpliwości. Klikam i pozdrawiam :)
"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."
Dzięki, Bardjaskier. Poprawię niedoskonałości czy wręcz błędy.
Strasznie się cieszę, Reg. Studiuję opowiadania Gogola. Chylę czoła przed “Wijem” i innymi jego folk-horrorami fantasy, bo napisał ich kilka, sześć albo siedem. Inspirują mnie one. Wiesz, szorty są okej, ale może czas postarać się bardziej i napisać coś nieco dłuższego? Czas nastawić magiczne radio Euzebiusza i Przechwałka, o którym kiedyś pisałem; złapać falę, wenę – jak zwał, tak zwał. ;)
Maćku, bardzo się cieszę, że wytyczyłeś sobie cel. Ambitny. Jestem przekonana, że dopniesz swego, że tym co napiszesz, sprawisz czytelnikom mnóstwo radości. :)
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
Przejmujący szort! Podobał mi się, z podziwem zauważyłam, że udało Ci się w tak krótkiej formie wprowadzić nastrój i poprowadzić czytelnika do finału. Niezwykłe! :)
Motyw z muzyką rozbrzmiewającą nie wiadomo skąd nie jest nowy (sam wspominasz o Lovecrafcie), ale w połączeniu z wyzwoleniem grającej daje coś świeżego.
Nastrój bardzo dobry i nastrojem opowiadanie stoi.
Nie bardzo rozumiem, dlaczego bohater nie chciał grać na skrzypcach po śmierci matki, skoro granie lubił i mu go brakowało, ale ludzie bywają dziwni.
W głosowaniu będę na TAK, czyli.
Babska logika rządzi!
W głosowaniu będę na TAK.
Dzięki, chyba pierwszy raz usłyszałem tyle pochwał z Twojej strony. :)
Dzięki, JolkaK. Klimat, nawet w szorcie, to podstawa. Dla mnie to ważna sprawa. :)
EDIT: O, dopiero teraz zauważyłem… dzięki za notę. Mam już dwie szóstki, jak będzie trzecia to zrobi się ból. 666 – diabelski znak. ;)
Dzięki, chyba pierwszy raz usłyszałem tyle pochwał z Twojej strony. :)
Jakoś trzeba TAKA uzasadnić. ;-)
Babska logika rządzi!
Maćku, Ty się nie patrz na szóstki, Ty zerkaj na nominacje… 

Pecunia non olet
Cześć, Bruce. Nominacje do czego? Pytam, bo nie wiem. 
Cześć, Maćku. :)
Cześć, Bruce. Nominacje do czego? Pytam, bo nie wiem.
Masz już od nas nominacje do Piórka. Zerkaj do HP. :) Grudniowe wybory do Piórek. ;) Szykuj się, trzymam kciuki; Finkla też właśnie o tym pisała:
W głosowaniu będę na TAK, czyli.
Jakoś trzeba TAKA uzasadnić. ;-)
Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. ;)
Pecunia non olet
O, kurcze, ale niespodzianka. Tego się nie spodziewałem.
Pozdrawiam również, udanego weekendu, Bruce. :)
Maćku, jeśli ja piszę o podwójnym kliku, jest nominacja. :)
Pozdrawiam, powodzenia. :)
Pecunia non olet
Good moaning,
Piękny szort. Umiejętnie i zwięźle wprowadzasz czytelnika w mroczny klimat. Zawsze z przyjemnością czytam Twoje opowiadania, a im więcej ich czytam, tym częściej spoglądam na moje skrzypce zamknięte w futerale ;p
Powodzenia przy Piórkach!
Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć
Holly, to “good moaning” to celowo? Bo się zastanawiam.
Babska logika rządzi!

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć
No, popatrz, ja to zawsze oglądałam po polsku i żyłam w przekonaniu, że po angielsku on mówi coś w rodzaju “gyd myrning”, jak w tłumaczeniu. W sumie bez sensu…
Babska logika rządzi!
Ja też! Dopiero jak zobaczyłam gifa to miałam takie… Hę?
Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć
Good moaning wszystkiem!
Bardzo mi się to “good moaning” podoba.
Dzięki, Holly, za ciepłe słowa. Masz skrzypce? :)
Bardzo mi się to “good moaning” podoba.

Dzięki, Holly, za ciepłe słowa. Masz skrzypce? :)
Nie za ma co.
A mam, ale już długo nie grałam, bo jak przyszła pandemia, to powiedziała, że nie ma takiego chodzenia na korepetycje. A nie chciałam sama grać, bo gdy wcześniej sama się uczyłam, to nabyłam wiele złych nawyków, których cholernie ciężko mi było potem się oduczyć.
Jednak jestem pewna, że jeszcze do nich wrócę, dlatego ich nie sprzedaję. I wtedy będę się uczyć sama, nieważne, że będę grać niepoprawnie, moi sąsiedzi będą musieli to jakoś przeżyć ;p Tylko na razie skupiam się na pisaniu i śpiewaniu, nie chcę robić zbyt wielu rzeczy naraz, bo jak wiadomo – jak chcesz być dobry we wszystkim, to nie będziesz dobry w niczym :)
Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć
I to jest właśnie coś, co mnie dołuje: świadomość, że zapominasz, a potem musisz uczyć się od nowa. Miałem trzy podejścia do nauki gry na trąbce, nawet udane, nie powiem, ale koniec końców nie gram, bo nie pamiętam. Grać na skrzypcach uczyłem się dwa razy. Uczyć się języków obcych uczę, ale tylko po to, by nie zapomnieć, czyli tyle o ile. Absolutne minimum.
Fajnie, że sobie postanowiłaś, że wrócisz. A jak już wrócisz, to nie zapomniej. :)
Hej Maćku. Naprawdę trzymający w napięciu szort. Cieszę się, że udało mi się w końcu tu dotrzeć i przeczytać. Zasłużone nominacje, powodzenia przy piórkach. Kawał dobrej roboty. Świetny nastrój.
Pozdrawiam!
You cannot petition the Lord with prayer!
Dzięki Ci, MichaelBullfinch. Właśnie na oddaniu / wywołaniu nastroju zależało mi najbardziej. Pozdrawiam również. :)
Cześć, Maćku!
Z Twoich tekstów, które dotychczas czytałem, ten podoba mi się chyba najbardziej, pomimo całej mojej sympatii dla motywów górskich. Jest napisany przepięknym językiem. Bardzo dobre wykorzystanie środków stylistycznych, zwłaszcza powtórzeń i porównań. W ogóle nie klasyfikowałbym go jako typowego opowiadania, wydaje mi się bliższy prozie poetyckiej. Czyli co do formy praktycznie nie mam zastrzeżeń, mogę zaproponować co najwyżej drobne szlify:
którą od lat próbuję bezskutecznie zmęczyć
Odwróciłbym szyk – przecież chodzi o to, że bezskutecznie próbuje, a nie że bezskutecznie zmęczyć.
I
wtedyzrozumiałem, dlaczegoczasemnie używa smyczka: coś trzymało jej rękę od tyłu.A teraz(I teraz?) długie, czarne palce bez paznokci oplatały jej nadgarstki, prowadząc łokcie w górę i w dół, w doskonałym rytmie etiudy.
“Czasem” wygląda mi na niezasadne, bo poza tym nic w tekście nie wskazuje, żeby czasem jednak używała smyczka, przeciwnie, to szarpanie strun gołymi rękami i kaleczenie palców pełni ważną rolę symboliczną. Przeciwstawienie “wtedy” i “teraz” rozbija spójność sceny, która powinna rozgrywać się jednoczasowo.
Z treścią sprawa jest trudniejsza. Doceniam obserwację, że w żałobie ludzie niekiedy rezygnują z zajęć dających im radość i powrót do nich po czasie jest zawsze wart rozważenia, ale to mimo wszystko prosta myśl. Niełatwo natomiast odgadnąć, jaką rolę symboliczną odgrywa tutaj duch obcej dziewczyny, związanej z bohaterem tylko tym, że zmarła około tego samego czasu co jego matka. Pomyślałem nawet, że może to wyobrażenie rodem z Dziadów II – że pokutuje za samobójstwo (jakby wiedziała, że za chwilę wszystko się skończy), błąkając się po mieście, dopóki nie przywróci komuś sensu życia; wtedy jednak ta zbieżność czasowa nie byłaby potrzebna i w ogóle możliwe, że dopisuję interpretacje na siłę.
Wracając jeszcze na chwilę do formy: dostrzegam pewne próby rytmizacji tekstu, ale nie mogę znaleźć ich związku z drugą etiudą Kreutzera. Wyobrażam sobie, jak mogłoby to wyglądać: akapity lub długie zdania po dwadzieścia akcentów, grupowanych wyraźnymi działami składniowymi na części po cztery akcenty, przy czym w każdej takiej grupie pierwszy i czwarty akcent byłby na sylabie “ciemnej” (o, u, y, nosówki), a drugi i trzeci na “jasnej” (e, i; a mogłoby się zjawiać w obydwu rolach); aż końcówka wyfrunęłaby z tego schematu, gdy bohater przekracza w swojej grze dwudziesty takt? Gdyby udało Ci się tak skomponować tekst, przy zachowaniu pozostałych zalet, niewątpliwie byłby to wybitny utwór.
Tymczasem pozostaje jeszcze decyzja piórkowa. Skłaniam się w stronę NIE, ze względu na tę szczupłość i niejasność fabuły, która stanowi jednak kluczowe kryterium w ocenie opowiadań. Niemniej dam sobie jeszcze chwilę czasu do namysłu, bo językiem rzeczywiście można się zachwycić.
Pozdrawiam serdecznie,
Ślimak Zagłady
Podoba mi się bardzo splecenie w jednym warkoczu grozy i nostalgii. Na przemian czułam się zaniepokojona, by nie rzec wystraszona i zasmucona. Miło, że bohater przyniósł ulgę dziewczynie, choć nie wiadomo, czy sam nie poniósł strat.
Uwikłanie skrzypaczki robo wrażenie.
Klimat i bardzo ładny język sprawiają, że będę na TAK.
delulu managment
Klimat i bardzo ładny język sprawiają, że będę na TAK.
Bardzo się cieszę, Ambush. Pięknie dziękuję. :)
Witaj Ślimaku Drogi!
Jak ja lubię takie komentarze. Nie chodzi o to, że mnie pochwaliłeś. Chodzi o to, że wskazałeś, co ulepszyć. A więc robimy sobie kawę, siadamy i cyzelujemy.
pokutuje za samobójstwo (…) błąkając się po mieście, dopóki nie przywróci komuś sensu życia.
Ciekawa interpretacja. Zestawienie z “Dziadami”, no, no. Aż serce rośnie.
Niemniej dam sobie jeszcze chwilę czasu do namysłu, bo językiem rzeczywiście można się zachwycić.
Nawet jeśli jesteś na NIE, to cieszę się, że doceniłeś język i muzyczność (rytmiczność) tekstu.
Tu jeszcze uwaga odnośnie zdania:
Wyobrażam sobie, jak mogłoby to wyglądać: akapity lub długie zdania po dwadzieścia akcentów, grupowanych wyraźnymi działami składniowymi na części po cztery akcenty…
Już za chwilę sztuczna inteligencja będzie to robiła za nas, ja sam jestem na to zbyt leniwy i nie mam takiego talentu. Podoba mi się Twój pomysł jednak. Ma to sens, choć ja – mimo, że jestem skrzypkiem – nie wgryzałem się w Kreutzera zbyt wnikliwie. Jeśli już miałbym wchodzić w muzykę tak głęboko, wybrałbym któryś z utworów J. S. Bacha i wtedy “dał bym czadu”. :-)
Pozostaje pytanie: czy można z dnia na dzień przestać tykać instrument i nie grać przez 10 lat, np. z żalu? Jestem żywym dowodem na to, że można. Nie mówiąc o tym, że mieszkałem w starej kamienicy niedaleko rynku w Krakowie. Kiedyś, dawno temu.
Dziękuję pięknie za wyczerpujący Twój komentarz i serdecznie (weekendowo) pozdrawiam,
MZ
Ave, Maćku!
Generalnie jest tak, że tekst o objętości 4k znaków musi na mnie zrobić ogromne wrażenie, żebym w głosowaniu piórkowym był na TAK. Cóż mogę napisać, Twój takie właśnie zrobił.
Po pierwsze, język. Króciak jest napisany zwyczajnie pięknie, trochę jakby w zamyśle miał być poezją, a nie prozą. Na niczym się nie potykałem, za to zdarzyły mi się fragmenty, które mnie zachwyciły. Jak chociażby tutaj:
Struny były nowe. Ciepłe. Jedna uniosła się leniwie i owinęła wokół mojego nadgarstka. Delikatnie – bardzo delikatnie.
Po drugie, klimat. Trochę melancholijny, trochę niepokojący (ostatecznie skrzypaczka okazała się duchem), ale chwytający za serce.
Siłą rzeczy okrojona została fabuła, na takiej ilości znaków nie byłoby możliwe jej rozbudowanie. Nie mogę jednak napisać, że mi to przeszkadza, skoro lektura, chociaż bardzo krótka, była fantastycznym doznaniem.
Gratuluję znakomitego tekstu!
Jak opisał mnie pewien zacny Bard: "Szyszkowy Czempion Nieskończoności – lord lata, imperator szortów, najwspanialsza portalowa Szyszunia"
Cześć!
Podoba mi się język i klimat tego tekstu. Łączysz utarte obrazowanie i motywy (np. jesienne miasto pachnące deszczem; główny bohater jako jedyny słyszący jakiś dźwięk/widzący zjawę) ze szczegółami, które ci ten tekst konkretyzują i nadają mu indywidualny charakter (np. dźwięk kropel waleriany; sukienka z metką z wypożyczalni) i dodatkowo osadzasz to wszystko w miejscu akcji oraz ramach czasowych, które funkcjonują zarówno w świecie odbiorcy (czytelnika), jak i obojga bohaterów. Dzięki temu nadajesz tekstowi intymny (nie w znaczeniu zmysłowy, a prywatny) charakter. Sprawnie łączysz dwie linie czasowe życia mężczyzny i kobiety i podlewasz to wszystko sosem niesamowitości i grozy.
Odzwierciedlenie niemożności poradzenia sobie z żałobą po stracie matki w postaci bloku twórczego to zabieg prosty, ale bardzo skuteczny. Ładnie pokazuje i podkreśla wagę straty bohatera. Połączenie czasu śmierci matki ze śmiercią dziewczyny splata ci poszczególne wątki i uzasadnia, dlaczego to akurat bohater zobaczył zjawę. Z kolei skrzypce łączą ci bohatera z dziewczyną. Efekt jest taki, że wszystkie wątki i postacie przekonująco się zazębiają. Zakończenie przyjemnie ambiwalentne i podbijające nastrój grozy.
Z miejsc, które mi zgrzytnęły, to opis dziewczyny trzymającej skrzypce i jednocześnie patrzącej na swoje stopy – wydaje mi się to technicznie trudne (choć nie niemożliwe); w każdym razie potknęłam się przy czytaniu.
Podsumowując lekturę, tekst zostawił mnie z poczuciem, że wszystko w tej historii jest po coś. Ode mnie będzie więc TAK.
There's no medicine for regrets.
Ave, Cezar!
lektura, chociaż bardzo krótka, była fantastycznym doznaniem.
Nie wiem, co powiedzieć. Jest mi szalenie miło. Pochwaliłeś mnie (to znaczy nie mnie, tylko to, co stworzyłem) za: 1) język, 2) klimat. To wielki komplement, bo właśnie na klimacie i języku zależało mi / zależy mi najbardziej. A że jest to szort… no cóż. Pozazdrościłem Koali, który wyspecjalizował się w krótkich formach. Co więcej: ktoś kiedyś powiedział, że pisanie szortów to doskonałe ćwiczenie, to coś, co wcale nie jest łatwe. Czyli jest to wyzwanie.
Serdecznie pozdrawiam i raz jeszcze dziękuję,
M:)
Witaj Dogsdumpling,
dziękuję za ciepłe słowa. Ładnie to wszystko wyłożyłaś. Cieszę się, że jesteś na TAK. I że wiadomo, czemu jesteś na TAK. Ach, te skrzypce. To jedyny instrument, który nie pozostawia mnie obojętnym. Kocham go i nienawidzę. Od dziecka. Nie grałem na nim przez 10 lat, a potem znów zacząłem… się męczyć, bo tak… ćwiczenia bywają męczące, a gra – stresująca.
Pozdrawiam serdecznie,
MZ:)
Ach, te skrzypce. To jedyny instrument, który nie pozostawia mnie obojętnym. Kocham go i nienawidzę. Od dziecka. Nie grałem na nim przez 10 lat, a potem znów zacząłem… się męczyć, bo tak… ćwiczenia bywają męczące, a gra – stresująca.
Sama nie gram, ale zgadzam się, że skrzypce mają w sobie coś przyciągającego i magicznego. Jak w historii powstania sonaty z diabelskim trylem Tartiniego :D
A tak swoją drogą, to dawno temu też zdarzyło mi się popełnić skrzypcową miniaturkę – jeśli miałbyś ochotę przeczytać, to zapraszam tu: https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/20130
There's no medicine for regrets.