- Opowiadanie: Adexx - Sen wieczności

Sen wieczności

Jeden z star­szych tek­stów z mo­je­go uni­wer­sum. Chciał­bym by ktoś po­dzie­lił się swoim zda­niem na jego temat. Nie trzeba znać innych tekstów. 

Inne teksty z uniwersum:

Z pamiętnika wolnego niewolnika – https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/33486

Nie wątp – https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/34155

Nie wątp część 2 – https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/34457

Księga imion – https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/32858

Luna Bogini uzdrowienia – https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/32822

Baśnie mroku i ciszy : kamień, kwiat i książka – https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/32750

 

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Sen wieczności

Wiel­ki drew­nia­ny powóz sunął wol­nym tem­pem przez ciem­ność. Skrzy­pie­nie desek i wie­ją­cy wiatr two­rzy­ły me­lo­dię, zwia­stu­jąc nowe przy­go­dy. U boku wozu ki­wa­ły się że­la­zne lampy, w któ­rych świe­ci­ły drob­ne zie­lo­ne grzy­by, od­ga­nia­jąc po­bli­ski mrok, który łap­czy­wie się­gał po człon­ków wy­pra­wy.

Trzask, a póź­niej na­stęp­ny trzask – sześć po­tęż­nie umię­śnio­nych koń­czyn wierz­chow­ca, po­kry­tych fio­le­to­wą chi­ty­ną, ude­rza­ło ryt­micz­nie o ska­li­stą glebę.

Woź­ni­ca, odzia­ny w czar­ną, po­szar­pa­ną szatę, wciąż roz­glą­dał się wokół, jakby cze­kał na atak. Choć ten szlak był czę­sto uczęsz­cza­ny, nigdy nie można było mieć pew­no­ści, czy ja­kieś stwo­rze­nie nocy nie po­dej­dzie bli­żej z cie­ka­wo­ści bądź głodu, który po­tra­fił na tych te­re­nach do­skwie­rać mie­sią­ca­mi. Od czasu do czasu dało się sły­szeć wycie, gar­dło­we war­cze­nie, ryt­micz­ne zgrzytanie żu­wa­czek, które przy­pra­wia­ły po­dróż­nych o ciar­ki.

Nie­wie­lu de­cy­do­wa­ło się na po­dró­że w Astrum. Pa­no­wa­ła tu wiecz­na ciem­ność, a jej miesz­kań­cy trak­to­wa­li in­nych jak po­ży­wie­nie. Mi­nę­ły czasy, kiedy to lu­dzie byli na szczy­cie łań­cu­cha po­kar­mo­we­go. Teraz mu­sie­li wal­czyć, do­sto­so­wać się albo ginąć.

Z od­da­li po­ły­ski­wał nie­bie­ski sym­bol wy­ry­ty w zbo­czu góry, które okrą­ża­ły cen­tral­ny punkt świa­ta, zwany Ot­chła­nią. Sym­bol po­ka­zy­wał po­dróż­nym, gdzie są. Z od­da­li do­biegł po­tęż­ny huk, a zie­mia się za­trzę­sła. Paru po­dróż­nych sku­li­ło się w kącie, cicho łka­jąc.

– To tylko smok! – Uniósł rękę po­dróż­ny. Jego twar­dy głos świad­czył o tym, że prze­żył nie­jed­no i że jest przy­zwy­cza­jo­ny do znoju po­dró­ży.

– Mamo, mamo, jak wy­glą­da­ją smoki? Chciał­bym zo­ba­czyć! – Z kąta do­biegł dzie­cię­cy głos. Chło­piec sie­dział w ra­mio­nach ko­bie­ty odzia­nej w po­dar­te, brud­ne łach­ma­ny.

– Nie mamy na to czasu – od­po­wie­dzia­ła ko­bie­ta, zgar­nia­jąc dłu­gie włosy zle­pio­ne potem. Po­pa­trzy­ła na syna mlecz­no­bia­ły­mi ocza­mi.

Na dru­gim końcu po­wo­zu sie­dział męż­czy­zna odzia­ny w ele­ganc­kie szaty: brą­zo­we za­mszo­we buty. Białą ko­szu­lę opi­nał gruby skó­rza­ny pas. Sie­dział opar­ty o ogrom­ną torbę wy­pcha­ną czymś po brze­gi. Wy­glą­da­ła, jakby zaraz miała pęk­nąć. Męż­czy­zna od­sło­nił kap­tur, uka­zu­jąc starą, po­marsz­czo­ną twarz i długą siwą brodę za­ple­cio­ną w war­ko­czy­ki.

– Nigdy nie wi­dzia­łeś smoka, chłop­cze? – spy­tał cie­płym gło­sem.

– Nie. Wio­ska, w któ­rej miesz­ka­my, jest za da­le­ko od przy­stan­ków, na któ­rych śpią. Czy to praw­da, że są tak ogrom­ne? – spy­tał z bły­skiem w oku.

– A ow­szem, są tak ogrom­ne, że lu­dzie miesz­ka­ją na chi­ty­no­wym pan­ce­rzu tego stwo­rze­nia, po­dró­żu­jąc wraz z nim po Astrum. Mamy tam pola upraw­ne, sieć tu­ne­lów, w któ­rych można się zgu­bić… – Nagle głos się urwał, a męż­czy­zna za­czął dra­pać się po bro­dzie.

– Chciał­bym kie­dyś to zo­ba­czyć! – Pod­niósł głos chło­piec, ale matka go w po­ło­wie uci­szy­ła, ner­wo­wo roz­glą­da­jąc się do­oko­ła, lecz nic, oprócz skrzy­pie­nia i wia­tru, nie za­kłó­ca­ło ich po­dró­ży.

– Dokąd pan zmie­rza? – za­py­ta­ła ko­bie­ta trzy­ma­ją­ca chłop­ca.

– Do sto­li­cy An­da­li – od­po­wie­dział spo­koj­nie.

– Jest pan po­dróż­ni­kiem? – spy­tał chło­piec. – My je­dzie­my do Ry­biej Łuski. Pa­li­sa­da ze świe­cą­cych grzy­bów prze­sta­ła dzia­łać, mu­sie­li­śmy ucie­kać!

– Tak, je­stem po­dróż­ni­kiem – od­po­wie­dział męż­czy­zna, zie­wa­jąc.

– Nor­mal­nie pra­wie wszy­scy zgi­nę­li. Stwo­rze­nia nocy wdar­ły się do wio­ski przez szcze­li­nę, a póź­niej… – Buzia chłop­ca nie za­my­ka­ła się na chwi­lę. Chyba tak od­re­ago­wy­wał strach. Lu­dzie róż­nie re­ago­wa­li na śmierć. W ma­łych wio­skach bra­ko­wa­ło myko­lo­gów, któ­rzy by dbali o za­po­ry z grzy­bów, któ­rych świa­tło od­stra­sza­ło obrzy­dli­wo­ści kry­ją­ce się w mroku.

– Ja też kie­dyś zo­sta­nę po­dróż­ni­kiem!

– Życie ci nie miłe? – od­po­wie­dział męż­czy­zna, lu­stru­jąc chłop­ca. – Może i to do­cho­do­we za­ję­cie, ale dłu­żej prze­ży­jesz w bez­piecz­nym miej­scu. Ciem­ność nie wy­ba­cza błę­dów… – Męż­czy­zna oparł głowę o worek jak nigdy nic i za­mknął oczy. Wciąż sły­szał, jak chło­piec coś gada, lecz już go to nie ob­cho­dzi­ło.

*

– Już je­ste­śmy bli­sko! – Obu­dził go głos woź­ni­cy. – Tyle razy widzę to mia­sto, a nigdy nie prze­sta­je mnie ono za­dzi­wiać.

Z od­da­li zo­ba­czy­li ogrom­ne mury, w któ­rych wy­ry­to różne hi­sto­rie z udzia­łem dziw­nych, sze­ścio­rę­kich, chu­dych stwo­rzeń. Za mu­ra­mi pię­trzy­ły się wy­so­kie kopce, a po­mię­dzy nimi mosty, jakby utka­ne z pa­ję­czych sieci, błysz­czą­ce ko­lo­ra­mi dro­gich mi­ne­ra­łów szla­chet­nych. Lecz nie to było naj­bar­dziej godne uwagi. Nad mia­stem wzno­si­ła się mlecz­no­bia­ła ko­pu­ła, przed­sta­wia­ją­ca ogrom­ne, pa­ję­cze stwo­rze­nie.

– Tak, to pięk­ny widok – od­parł męż­czy­zna z po­wo­zu.

Zo­stał już tylko sam, resz­ta pa­sa­że­rów wy­sia­dła po dro­dze.

– Który to już raz pana tu wożę, panie En­dy­mio­nie?

– Też chciał­bym wie­dzieć. Wi­docz­nie całe życie tu spę­dzi­łem i je tu za­koń­czę.

Powóz sta­nął. En­dy­mion z tru­dem wstał i zszedł z po­wo­zu, z tru­dem wcią­ga­jąc worek na plecy.

– Do na­stęp­ne­go razu! – Ukło­nił się wo­zńi­ca i za­wró­cił powóz.

– Do na­stęp­ne­go, stary przy­ja­cie­lu.

Opie­ra­jąc się o laskę, ru­szył w stro­nę zna­jo­mych murów. Do jego noz­drzy na­pły­nął słod­ki za­pach ziół, a jego uszy pie­ści­ła nie­ska­zi­tel­na cisza. Żadne ze stwo­rzeń nocy nie za­pusz­cza­ło się w oko­li­ce murów. I słusz­nie, bo choć An­da­li byli mi­strza­mi wie­dzy, to zręcz­nie po­słu­gi­wa­li się orę­żem i nie mieli sobie rów­nych w magii.

Męż­czy­zna za­mknął oczy i zo­ba­czył dziw­ne sym­bo­le w umy­śle. Sku­pił uwagę na jed­nym z nich, a ten za­czął wi­bro­wać, jakby za­do­wo­lo­ny, że w końcu jego pan na niego pa­trzy. Ciało En­dy­mio­na za­czę­ło świe­cić żółtą łuną. Czuł się, jakby siły, które utra­cił wraz z wie­kiem, nagle wró­ci­ły. Już nie prze­szka­dza­ło mu ka­mien­ne pod­ło­że. Sunął z nie­zwy­kłą gra­cją, która prze­czy­ła jego po­de­szłe­mu wie­ko­wi.

Zbli­żał się do ogrom­nej bramy, na któ­rej wy­ry­to Wiel­kie­go An­da­li – sze­ścio­ręcz­ne, mo­dlą­ce się stwo­rze­nie za­sty­głe w po­zy­cji lo­to­su. Owa­dzia głowa z wiel­ki­mi ocza­mi i żu­wacz­ka­mi zwró­co­na była w dół, co za­wsze przy­pra­wia­ło no­wych po­dróż­nych o ciar­ki. Oczy były spe­cjal­nie tak skon­stru­owa­ne, że, obo­jęt­nie, z któ­rej stro­ny na nie pa­trzy­ło, wy­glą­da­ło to, jakby po­dą­ża­ły za tobą wszę­dzie.

Roz­legł się nie­przy­jem­ny huk i dźwięk me­cha­ni­zmów. Drzwi się uchy­li­ły, a przez szpa­rę wtar­gnę­ło nie­bie­sko-żół­te świa­tło, w któ­rym za­ry­so­wa­ła się syl­wet­ka Nie­bie­skie­go An­da­li. Stał, pa­trząc na niego, po czym żu­wacz­ki za­czę­ły się po­ru­szać.

– Cze­ka­li­śmy na pana. – Roz­legł się me­lo­dyj­ny dźwięk.

An­da­li za­brał torbę od En­dy­mio­na i razem ru­szy­li w głąb mia­sta.

 

Stu­kot butów ude­rza­ją­cych o po­sadz­kę niósł się echem w cia­snym ko­ry­ta­rzu. Ta ma­gicz­na kra­ina była czymś prze­ciw­nym do ciem­no­ści pa­nu­ją­cej poza mia­stem. Nie­bie­skie ka­my­ki umiesz­czo­ne w ścia­nach oświe­tla­ły drogę. Świa­tło i za­pach two­rzy­ły wręcz nar­ko­tycz­ny kli­mat.

Tylko tu En­dy­mion mógł być spo­koj­ny. Ta at­mos­fe­ra dziw­nie przy­tę­pia­ła jego myśli, pły­ną­ce jak rzeka. Od czasu do czasu sły­szał, jak An­da­li grają na ni­ciach wie­dzy w in­nych po­ko­jach. Nie bez po­wo­du na­zwa­li tę rasę „Mi­strza­mi Wie­dzy”, bo­wiem za­pi­sy­wa­li swoją wie­dzę na cien­kich pa­ję­czych sie­ciach.

Wraz ze swoim to­wa­rzy­szem wszedł do du­że­go, okrą­głe­go po­ko­ju, na środ­ku któ­re­go usta­wio­no ka­mień. Na nim me­dy­to­wał inny An­da­li, w jed­nej parze rąk trzy­ma­jąc ka­dzi­dło, z któ­re­go wy­do­by­wał się dym o słod­kim za­pa­chu.

– A więc co cię tym razem spro­wa­dza, panie En­dy­mio­nie? – spy­tał me­dy­tu­ją­cy. Ski­nął głową w stro­nę straż­ni­ka, a ten zo­sta­wił ich w po­ko­ju.

– Ten ostat­ni raz chcę za­nu­rzyć się w sen, Wiel­ki Ka­pła­nie.

An­da­li zmie­rzył go wzro­kiem. Nie było w nim po­gar­dy, tylko cie­pło.

– Czy je­steś go­to­wy? Mu­sisz być czy­sty… – od­po­wie­dział Ka­płan, wsta­jąc z ka­mie­nia.

Był trzy razy więk­szy od En­dy­mio­na, który do naj­mniej­szych nie na­le­żał. Smu­kła nie­bie­ska syl­wet­ka i dłu­gie ręce z pa­zu­ra­mi. Aż dziw­ne po­my­śleć, że te ide­al­ne stwo­rze­nia, stwo­rzo­ne do walki, były Wład­ca­mi wie­dzy.

 

En­dy­mion sie­dział w po­ko­ju, który nie miał pod­ło­gi, a za­miast niej wi­sia­ła gęsta pa­ję­czy­na. Uło­żył się w niej wy­god­nie. Ka­płan, sto­ją­cy obok, podał mu men­zur­kę z cie­czą. Wypił ją jed­nym ły­kiem. Słod­ki smak zalał jego usta, by ro­zejść się po całym ciele. Zro­bił się bar­dzo senny i po­czuł, jak coś go woła. Gdy sku­pił uwagę na gło­sie, za­snął.

Stał na wiel­kiej, po­je­dyn­czej sieci pa­ję­czy­ny. Wokół wiły się inne linki, two­rząc nie­zwy­kle gęstą sieć.

– Znasz za­sa­dy. – Usły­szał głos Ka­pła­na, który roz­legł się w jego gło­wie.

En­dy­mion po­my­ślał o swoim życiu. Mu­siał się sku­pić i nie dać się po­nieść wy­obraź­ni. Każda z tych pa­ję­czych nici za­wie­ra­ła inną wie­dzę. Łatwo było się zgu­bić, a po­twor­nie trud­no wró­cić. Można było po­zy­skać wie­dzę szyb­ko, bez nauki, wcho­dząc na jedną z pa­ję­czych sieci, ale umysł chciał wciąż wię­cej i wię­cej. 

Jego myśli wciąż krą­ży­ły wokół ro­dzi­ny. Zro­bił krok do przo­du. Po­czuł, jak pa­ję­cza sieć ugina się pod jego no­ga­mi. Obraz się roz­mył. Zo­ba­czył, jak sie­dzi w domu, za cza­sów, jak jesz­cze miesz­kał na smoku, przy sto­li­ku z córką. On coś pisał w księ­gach, a ona pa­trzy­ła znu­dzo­na.

– Tato, kiedy się ze mną po­ba­wisz?

– Jesz­cze tylko tro­chę. Muszę do­koń­czyć wpis z po­dró­ży – roz­legł się głos En­dy­mio­na.

– Obie­ca­łeś – po­wie­dzia­ła zi­ry­to­wa­na córka.

– Idź sprawdź, co robi mama…

Dziew­czyn­ka wsta­ła z krze­sła, a jej syl­wet­ka roz­pły­nę­ła się jak obłok kurzu.

– Nie byłeś naj­lep­szym ro­dzi­cem. – Głos Ka­pła­na był cie­pły i pełen tro­ski.

– Ba­da­nie było moim ży­ciem, po­dró­że… Za­pi­sa­łem się w hi­sto­rii…

– Mó­wisz to z dumą, a jed­nak w two­ich oczach widzę smu­tek.

– Prze­ży­łem ich. Nawet nie wie­dzia­łem, jak umie­ra­ją.

– Ża­łu­jesz?

– Nie. Sam nie wiem.

– Idź dalej, En­dy­mio­nie, a zro­zu­miesz i wy­bie­lisz to, co wy­pa­czo­ne.

Zro­bił na­stęp­ny krok, a wizja znów się roz­pły­nę­ła i zmie­ni­ła. Tym razem wi­dział, jak kłóci się z żoną, ale nie mógł zro­zu­mieć słów – wiele krzy­ków na­kła­da­ło się na sie­bie. A póź­niej ruch ręki, trzask i płacz ko­bie­ty.

– Obie­ca­łeś, że skoń­czysz z po­dró­ża­mi… – za­łka­ła ko­bie­ta, ucie­ka­jąc.

– Tyle bólu i cier­pie­nia… – Za­czął mówić głos Ka­pła­na. – Mo­głeś zo­stać z nimi. Czemu tego nie zro­bi­łeś?

– Nie wiem – od­po­wie­dział En­dy­mion.

– Nie wiesz, czy nie chcesz wie­dzieć? A może słowa „Nie wiem” to łatwa al­ter­na­ty­wa dla cięż­kiej praw­dy?

– Nie chcia­łem ro­dzi­ny… – wy­du­kał z pła­czem.

– To po co ją za­ło­ży­łeś?

– Bo mu­sia­łem, bo wszy­scy…

– Ty nie je­steś wszy­scy, En­dy­mio­nie. Nie nada­wa­łeś się na ro­dzi­ca, a jed­nak za­ło­ży­łeś ro­dzi­nę. Po­wie­dzia­łeś sztucz­ne „ko­cham cię”… Krzyw­dzi­łeś… Czego teraz ocze­ku­jesz?

– Nie wiem. Su­mie­nie mnie chyba gry­zie. Byłem wiel­kim ba­da­czem, osią­gną­łem wszyst­ko, a jed­nak czuję pust­kę…

– Tak, wiel­ki pod­czas po­dró­ży, nie­zwy­kle mały dla ro­dzi­ny…

– Wma­wia­no mi, że za złe rze­czy przyj­dzie mi za­pła­cić. Skrzyw­dzi­łem naj­bliż­szych, a wciąż cze­kam na karę – po­wie­dział spo­koj­nym gło­sem En­dy­mion.

– W przy­ro­dzie róż­nie bywa. Życie nie jest spra­wie­dli­we. Cza­sa­mi źli nie płacą, a do­brzy za­zna­ją zła nad miarę. Czu­jesz się winny?

– Nie. Sam nie wiem…

– A więc idź dalej… Za­gu­bio­ny czło­wie­ku.

Tym razem myśli En­dy­mio­na po­błą­dzi­ły. Zo­ba­czył nie­zna­nych mu ludzi. Ro­dzi­nę, grup­kę dzie­ci szczę­śli­wie ba­wią­cą się z ro­dzi­ca­mi. Serce za­bi­ło mu szyb­ciej i po­czuł dziw­ne uczu­cie.

– Mo­głeś mieć taką ro­dzi­nę, a jed­nak po­świę­ci­łeś całe życie pasji, która stra­wi­ła cię jak ogień – Usły­szał głos Ka­pła­na. – Co czu­jesz, wi­dząc, co stra­ci­łeś?

– Za­zdrość…

– Je­steś pa­zer­ny, En­dy­mio­nie. Nie można mieć wszyst­kie­go.

– A jed­nak chcia­łem i przez to czuję się winny.

– Na­tu­rą ży­wych jest chcieć wię­cej i wię­cej. Tak jak pewny jest twój od­dech, tak i chęć na wię­cej za­wsze bę­dzie. A więc, jaki je­steś?

– Je­stem złym ojcem, do­brym ba­da­czem, je­stem chci­wy. Taki po pro­stu je­stem…

– Ha ha! – za­śmiał się Ka­płan, a w jego gło­sie było czuć za­do­wo­le­nie.

Wizja znów się zmie­ni­ła. Zo­ba­czył sie­bie z ka­ra­wa­ną, idą­ce­go przez solne pu­sty­nie. Po­czuł, jak każdy krok jest cięż­ki, a jego umysł krzy­czy:

– Daj spo­kój, po co cier­pieć!

A jed­nak sta­wiał na­stęp­ny krok, raz za razem. Wi­dział, jak człon­ko­wie jego ekipy pa­da­ją na pia­sek, zo­sta­jąc już tam na za­wsze, by zo­stać zje­dzo­nym przez stwo­rze­nia nocy. A jed­nak szedł dalej, jego cel był waż­niej­szy.

– Tyle cier­pie­nia… – Usły­szał głos Ka­pła­na.

– Tak wy­glą­da­ły wy­pra­wy. Każdy z nas wie­dział o ry­zy­ku. Nie wiem, czy to wszyst­ko było tego warte, tyle bólu…

– Mo­głeś im pomóc.

– Gdy­bym zo­stał, sam bym zgi­nął.

– Wszy­scy uwa­ża­ją pracę po­dróż­ni­ka za coś ko­lo­ro­we­go, a tak nie jest. To nie­złe gówno, przez które trze­ba przejść – Po­wie­dział En­dy­mion, wciąż cier­piąc, ale pa­trząc na swoją po­stać z tę­sk­no­tą.

Ko­lej­ny krok. Sieć pod sto­pa­mi ugię­ła się dziw­nie, jakby pod­da­jąc się no­we­mu cię­ża­ro­wi. Zo­ba­czył ko­lej­ną wizję, tym razem nie z prze­szło­ści, lecz z mgli­stej, moż­li­wej przy­szło­ści: swoje wła­sne zwło­ki, po­rzu­co­ne po­środ­ku sol­nej pust­ki. Leżał sam, ni­ko­go wokół, tylko nie­skoń­czo­ny ho­ry­zont i cisza. Usły­szał me­ta­licz­ne stu­ka­nie od­nó­ży – stwo­rze­nia nocy zbli­ża­ły się, ale on czuł nie­na­tu­ral­ny, lo­do­wa­ty spo­kój.

– Czy ja tak umrę? – spy­tał En­dy­mion. – To strasz­na śmierć – dodał drżą­cym gło­sem. Cień lęku, po raz pierw­szy od dawna, do­tknął jego serca.

– Po­słan­n­ka nie­zna­ne­go nie wy­bie­ra. Każdy umie­ra – od­parł Ka­płan, a jego głos zda­wał się do­bie­gać z nie­skoń­czo­nej od­le­gło­ści.

– Ale ja mam jesz­cze tyle do zba­da­nia! – En­dy­mion za­łkał. Zimne łzy, bę­dą­ce od­bi­ciem pu­styn­ne­go chło­du, po­pły­nę­ły po po­marsz­czo­nym po­licz­ku.

– Do zba­da­nia? Po­wiedz mi, wi­dzisz tu kogoś jesz­cze? – spy­tał Ka­płan.

– Nie… Czy umrę sa­mot­nie?

– Każdy umie­ra sa­mot­nie, En­dy­mio­nie. Je­dy­na róż­ni­ca, że ty zo­sta­wiasz coś po sobie. Lecz i to, w wiel­kiej skali Astrum, po­chło­nie czas.

– W takim razie, Ka­pła­nie, jaki jest sens życia? To wszyst­ko było na marne?

– Nie wiem. Tego nikt nie wie. Ale wie­dza, którą prze­ka­zu­jesz przy­szłym po­ko­le­niom po­dróż­ni­ków, po­mo­że innym… Wszy­scy cier­pi­my, En­dy­mio­nie. To nas łączy. To bę­dzie wszyst­ko na dziś. Boję się, że mo­żesz już nie wró­cić. Nie­chaj Ana­na­si cię obu­dzi…

 

En­dy­mion otwo­rzył oczy. Całe jego ciało po­kry­wa­ły cien­kie pasma pa­ję­czy­ny. Coś uwie­ra­ło mu w gar­dle. Za­czął kasz­leć ner­wo­wo. Du­sząc się, wy­kasz­lał dziw­ną, szla­mo­wa­tą maź, która śmier­dzia­ła roz­kła­dem i ze­psu­ciem.

– Co to jest? – Spoj­rzał z obrzy­dze­niem na plamę cie­czy.

– To ty, En­dy­mio­nie, a przy­naj­mniej twoja brud­na część. Jesz­cze czeka nas sporo pracy – Po­wie­dział Ka­płan, sie­dząc schy­lo­ny nad En­dy­mio­nem. – O ile Ana­na­si po­zwo­li, wy­bie­lisz się i do­łą­czysz do wiel­kiej sieci wie­dzy.

– My­ślisz, że je­stem złym czło­wie­kiem? – spy­tał z na­dzie­ją w gło­sie En­dy­mion. 

– W przy­ro­dzie nie ma dobra ani zła. Nie mnie to oce­niać.

I tak pły­nę­ły mie­sią­ce, każdy dzień sta­wał się wę­drów­ką w głąb ete­rycz­nej sieci. En­dy­mion, z każdą nową wizją, czuł, jak ko­twi­ca rze­czy­wi­sto­ści staje się lżej­sza, a po­wrót wy­ma­ga coraz więk­sze­go wy­sił­ku duszy.

Opu­ścił już osąd, ten cięż­ki płaszcz, któ­rym okry­wał się la­ta­mi. Nie pa­trzył już na sie­bie jako na czar­ny cień; wie­dział, że świa­tło też nie na­le­ża­ło do niego. Był sza­rym splo­tem, czło­wie­kiem, który po pro­stu żył, jak mi­lio­ny in­nych, z gar­ścią trium­fów i ciem­ną ja­ski­nią błę­dów za ple­ca­mi. Zdał sobie spra­wę, że po­dob­nie jak każdy śmier­tel­nik, był utka­ny z nie­do­sko­na­ło­ści. Nic, żaden akt woli ani żadna mo­dli­twa, nie mogło cof­nąć echa mi­nio­nych krzywd.

Wie­dział teraz: w życiu nie ma szan­sy na po­wrót, na na­pra­wę daw­nych ście­żek. Jest tylko chwi­la, je­dy­na ko­twi­ca – teraz. I tak za­czął ak­cep­to­wać swoje życie, przyj­mu­jąc jego kształt, jakim był.

Wie­czo­ra­mi z pie­ty­zmem do­my­kał no­tat­ki do dzien­ni­ka, ostat­nie dzie­ło spi­sa­ne drżą­cą ręką, które miało spo­cząć w bi­blio­te­ce na smoku. Kiedy za­pi­sy­wał ostat­nią kart­kę, jego serce nie drża­ło już ze stra­chu, ani nie biło z tę­sk­no­ty za ży­ciem. Po­zo­sta­ła w nim tylko wiel­ka, spo­koj­na pust­ka – cisza oce­anu go­to­we­go, by przy­jąć w swe wody ostat­nią kro­plę.

 

No­tat­ka z dzien­ni­ka

Po­świę­ci­łem całe życie na ba­da­nie Wiel­kich An­da­lich. Te dłu­go­wiecz­ne isto­ty gro­ma­dzą wie­dzę z upo­rem god­nym czasu, który mają do dys­po­zy­cji. Ich kul­tu­ra prze­siąk­nię­ta jest sztu­ką, mu­zy­ką i po­ezją – pięk­ną, lecz dla ob­cych czę­sto nie­prze­nik­nio­ną. Aby zro­zu­mieć ich świat, jeden ludz­ki żywot to za­le­d­wie mru­gnię­cie. Ich fi­lo­zo­fia, psy­cho­lo­gia, magia i wie­dza za­ka­za­na spla­ta­ją się w po­tęż­ną sieć, któ­rej roz­mia­rów nie spo­sób pojąć bez wie­lo­let­nich stu­diów.

An­da­li są wy­so­cy, smu­kli, o skó­rze sza­rej lub lekko nie­bie­skiej. Osiem drob­nych, czar­nych oczu lśni na ich twa­rzach jak pa­cior­ki nocy; ma­syw­ne żu­wacz­ki i sześć za­koń­czo­nych ostry­mi pal­ca­mi koń­czyn na­da­ją im dra­pież­ny wy­gląd. A jed­nak są ła­god­ni – spory roz­wią­zu­ją umy­słem, nie siłą. Gdy jed­nak muszą wal­czyć, czy­nią to z pre­cy­zją tak do­sko­na­łą, że można by ją po­my­lić ze sztu­ką. W magii nie ma istot, które mo­gły­by im do­rów­nać.

Ich sto­li­ca, Mia­sto Śnią­cych, jest wizją, która po­zo­sta­je pod po­wie­ka­mi na za­wsze. Wznio­sła z mlecz­no­bia­łe­go krusz­cu, oto­czo­na mo­nu­men­tal­ny­mi mu­ra­mi po­kry­ty­mi wi­ze­run­ka­mi bo­ha­te­rów i czy­nów, które zmie­nia­ły bieg ich hi­sto­rii. We­wnątrz – la­bi­rynt strze­li­stych wież, ople­cio­nych mięk­kim, flu­ore­scen­cyj­nym mchem; okrą­głe wej­ścia zdo­bią mi­ster­nie bar­wio­ne wi­tra­że, przez które świa­tło prze­le­wa się ni­czym cie­kła tęcza. Po­mię­dzy wie­ża­mi roz­cią­ga­ją się przej­rzy­ste mosty, na któ­rych po­ły­sku­ją ka­mie­nie o róż­nych bar­wach – ni­czym gwiaz­dy za­sty­głe w szkle.

Nad mia­stem roz­po­ście­ra się ko­pu­ła przy­po­mi­na­ją­ca pa­ję­czą sieć. Zwi­sa­ją z niej ro­śli­ny o de­li­kat­nych li­ściach, a w samym cen­trum spo­czy­wa posąg ogrom­ne­go, pa­ją­ko­po­dob­ne­go bó­stwa – Ana­na­si, straż­ni­ka wie­dzy i snów.

Całe ich życie jest nie­ustan­ną wę­drów­ką ku po­zna­niu – świa­ta, in­nych i sa­mych sie­bie. Wie­dzę za­pi­su­ją w ni­ciach wiel­kiej sieci opla­ta­ją­cej ich sank­tu­aria. To wła­śnie z niej rodzi się ich naj­waż­niej­szy ry­tu­ał – śnie­nie.

Kto pra­gnie po­znać praw­dę, wy­pi­ja napar o ta­jem­nym skła­dzie. Po chwi­li opada w sen, a An­da­li, uży­wa­jąc swo­ich cien­kich, ostrych pal­ców, po­ru­sza­ją nici wie­dzy ni­czym stru­ny harfy utka­nej z pa­mię­ci. Śnią­cy za­nu­rza się w zbio­ro­wym umy­śle tych, któ­rzy byli przed nim. W tym świe­cie gra­ni­ce świa­do­mo­ści za­cie­ra­ją się jak li­te­ry na mo­krym per­ga­mi­nie.

We śnie wszyst­ko jest re­al­ne – za­pa­chy, dźwię­ki, smaki, dotyk. Wie­dza nie przy­cho­dzi do umy­słu, lecz prze­ni­ka go jak świa­tło są­czą­ce się przez szkło. Sen za­czy­na się ła­god­nie, jak cichy potok, lecz chwi­la nie­uwa­gi może spra­wić, że prze­mie­ni się w rwącą rzekę, która po­rwie śnią­ce­go w za­ka­mar­ki, z któ­rych trud­no wró­cić.

An­da­li po­rów­nu­ją to do picia sło­nej wody – im wię­cej pra­gniesz, tym bar­dziej się za­tra­casz. Wielu ba­da­czy prze­pa­da­ło w tych głę­bi­nach, wy­bie­ra­jąc pięk­no snu za­miast tru­dów rze­czy­wi­sto­ści. Ich ciała wiły się w sie­ciach, pod­czas gdy umy­sły od­cho­dzi­ły w głąb oce­anu wspól­nej pa­mię­ci. Taki ko­niec na­zy­wa­no „dobrą śmier­cią” – wej­ściem w wiecz­ność, od­da­niem wła­sne­go życia i wie­dzy w dło­nie Ana­na­si.

Zda­rza­ło się jed­nak, że nie­któ­rzy wra­ca­li. Ich spoj­rze­nia były mętne, ciała wy­chu­dzo­ne, a gra­ni­ca mię­dzy snem a jawą roz­my­ta. Żyli jesz­cze jakiś czas, lecz ich dusze po­zo­sta­wa­ły za­gu­bio­ne, jakby część ich sa­mych po­zo­sta­ła w sieci.

Dla­te­go An­da­li ostrze­ga­ją inne rasy przed zbyt czę­stym śnie­niem. Ich wła­sne życia są dłu­gie, lecz im star­si się stają, tym sil­niej pra­gną za­nu­rzyć się w oce­anie wie­dzy. Gdy czują, że zbli­ża się kres, od­da­ją się ostat­nie­mu snowi, wie­rząc, że łączy ich on z tymi, któ­rzy ode­szli. Śmierć nie jest tu koń­cem, lecz przej­ściem. Świę­tu­je się ją tak, jak świę­tu­je się na­ro­dzi­ny nowej myśli.

Cza­sem śnią­cy twier­dzą, że widzą zmar­łych, że roz­ma­wia­ją z tymi, któ­rzy dawno znik­nę­li z tego świa­ta. An­da­li wie­rzą, że śnie­nie jest drogą ku bo­sko­ści, że wie­dza prze­mie­nia duszę, a każdy krok w głąb oce­anu czyni isto­tę mą­drzej­szą, peł­niej­szą.

Pa­trzę na swoje drżą­ce dło­nie, które ledwo utrzy­mu­ją pióro, i czuję w sobie dziw­ny spo­kój. Wiem, że nad­szedł czas. Przez lata łu­dzi­łem się, że za­pi­szę wię­cej, że zdążę jesz­cze coś oca­lić od za­po­mnie­nia. Mam sto sie­dem­dzie­siąt lat – wiek, który u ludzi rzad­ko bywa bło­go­sła­wień­stwem. Moi dawni to­wa­rzy­sze ode­szli jeden po dru­gim, a ja trwa­łem, być może z fa­scy­na­cji An­da­la­mi, a być może z lęku przed koń­cem.

Dziś jed­nak widzę jasno: moja ostat­nia po­dróż wła­śnie się za­czy­na.

Wy­pi­ję napój, który ba­da­łem przez więk­szą część życia. Po­ło­żę się na ich pa­ję­czej sieci. Oddam myśli w ręce Ana­na­si. 

Przyszłym pokoleniom mogę powiedzieć tylko jedno.

Cenniejsza od wiedzy, którą się z wami dzielę, jest rada, którą teraz wam przekazuję.

Wielkość zdobyta krzywdą innych, okupiona utratą uśmiechu i łzami, wciąż nosi miano wielkości. Niestety, nie zliczę, ile razy oglądałem się za siebie w drodze na sam szczyt. Dlatego idźcie naprzód – tak, by nie musieć się odwracać i by nie znać żalu.

Po­zwo­lę, by mój umysł roz­pły­nął się w oce­anie, o któ­rym tyle pi­sa­łem.

To bę­dzie dobra śmierć.

Nie czuję stra­chu.

Tylko cie­ka­wość.

Za­my­kam ten roz­dział.

I za­nu­rzam się w sen.

Koniec
Nowa Fantastyka