
Wielki drewniany powóz sunął wolnym tempem przez ciemność. Skrzypienie desek i wiejący wiatr tworzyły melodię, zwiastując nowe przygody. U boku wozu kiwały się żelazne lampy, w których świeciły drobne zielone grzyby, odganiając pobliski mrok, który łapczywie sięgał po członków wyprawy.
Trzask, a później następny trzask – sześć potężnie umięśnionych kończyn wierzchowca, pokrytych fioletową chityną, uderzało rytmicznie o skalistą glebę.
Woźnica, odziany w czarną, poszarpaną szatę, wciąż rozglądał się wokół, jakby czekał na atak. Choć ten szlak był często uczęszczany, nigdy nie można było mieć pewności, czy jakieś stworzenie nocy nie podejdzie bliżej z ciekawości bądź głodu, który potrafił na tych terenach doskwierać miesiącami. Od czasu do czasu dało się słyszeć wycie, gardłowe warczenie, rytmiczne zgrzytanie żuwaczek, które przyprawiały podróżnych o ciarki.
Niewielu decydowało się na podróże w Astrum. Panowała tu wieczna ciemność, a jej mieszkańcy traktowali innych jak pożywienie. Minęły czasy, kiedy to ludzie byli na szczycie łańcucha pokarmowego. Teraz musieli walczyć, dostosować się albo ginąć.
Z oddali połyskiwał niebieski symbol wyryty w zboczu góry, które okrążały centralny punkt świata, zwany Otchłanią. Symbol pokazywał podróżnym, gdzie są. Z oddali dobiegł potężny huk, a ziemia się zatrzęsła. Paru podróżnych skuliło się w kącie, cicho łkając.
– To tylko smok! – Uniósł rękę podróżny. Jego twardy głos świadczył o tym, że przeżył niejedno i że jest przyzwyczajony do znoju podróży.
– Mamo, mamo, jak wyglądają smoki? Chciałbym zobaczyć! – Z kąta dobiegł dziecięcy głos. Chłopiec siedział w ramionach kobiety odzianej w podarte, brudne łachmany.
– Nie mamy na to czasu – odpowiedziała kobieta, zgarniając długie włosy zlepione potem. Popatrzyła na syna mlecznobiałymi oczami.
Na drugim końcu powozu siedział mężczyzna odziany w eleganckie szaty: brązowe zamszowe buty. Białą koszulę opinał gruby skórzany pas. Siedział oparty o ogromną torbę wypchaną czymś po brzegi. Wyglądała, jakby zaraz miała pęknąć. Mężczyzna odsłonił kaptur, ukazując starą, pomarszczoną twarz i długą siwą brodę zaplecioną w warkoczyki.
– Nigdy nie widziałeś smoka, chłopcze? – spytał ciepłym głosem.
– Nie. Wioska, w której mieszkamy, jest za daleko od przystanków, na których śpią. Czy to prawda, że są tak ogromne? – spytał z błyskiem w oku.
– A owszem, są tak ogromne, że ludzie mieszkają na chitynowym pancerzu tego stworzenia, podróżując wraz z nim po Astrum. Mamy tam pola uprawne, sieć tunelów, w których można się zgubić… – Nagle głos się urwał, a mężczyzna zaczął drapać się po brodzie.
– Chciałbym kiedyś to zobaczyć! – Podniósł głos chłopiec, ale matka go w połowie uciszyła, nerwowo rozglądając się dookoła, lecz nic, oprócz skrzypienia i wiatru, nie zakłócało ich podróży.
– Dokąd pan zmierza? – zapytała kobieta trzymająca chłopca.
– Do stolicy Andali – odpowiedział spokojnie.
– Jest pan podróżnikiem? – spytał chłopiec. – My jedziemy do Rybiej Łuski. Palisada ze świecących grzybów przestała działać, musieliśmy uciekać!
– Tak, jestem podróżnikiem – odpowiedział mężczyzna, ziewając.
– Normalnie prawie wszyscy zginęli. Stworzenia nocy wdarły się do wioski przez szczelinę, a później… – Buzia chłopca nie zamykała się na chwilę. Chyba tak odreagowywał strach. Ludzie różnie reagowali na śmierć. W małych wioskach brakowało mykologów, którzy by dbali o zapory z grzybów, których światło odstraszało obrzydliwości kryjące się w mroku.
– Ja też kiedyś zostanę podróżnikiem!
– Życie ci nie miłe? – odpowiedział mężczyzna, lustrując chłopca. – Może i to dochodowe zajęcie, ale dłużej przeżyjesz w bezpiecznym miejscu. Ciemność nie wybacza błędów… – Mężczyzna oparł głowę o worek jak nigdy nic i zamknął oczy. Wciąż słyszał, jak chłopiec coś gada, lecz już go to nie obchodziło.
*
– Już jesteśmy blisko! – Obudził go głos woźnicy. – Tyle razy widzę to miasto, a nigdy nie przestaje mnie ono zadziwiać.
Z oddali zobaczyli ogromne mury, w których wyryto różne historie z udziałem dziwnych, sześciorękich, chudych stworzeń. Za murami piętrzyły się wysokie kopce, a pomiędzy nimi mosty, jakby utkane z pajęczych sieci, błyszczące kolorami drogich minerałów szlachetnych. Lecz nie to było najbardziej godne uwagi. Nad miastem wznosiła się mlecznobiała kopuła, przedstawiająca ogromne, pajęcze stworzenie.
– Tak, to piękny widok – odparł mężczyzna z powozu.
Został już tylko sam, reszta pasażerów wysiadła po drodze.
– Który to już raz pana tu wożę, panie Endymionie?
– Też chciałbym wiedzieć. Widocznie całe życie tu spędziłem i je tu zakończę.
Powóz stanął. Endymion z trudem wstał i zszedł z powozu, z trudem wciągając worek na plecy.
– Do następnego razu! – Ukłonił się wozńica i zawrócił powóz.
– Do następnego, stary przyjacielu.
Opierając się o laskę, ruszył w stronę znajomych murów. Do jego nozdrzy napłynął słodki zapach ziół, a jego uszy pieściła nieskazitelna cisza. Żadne ze stworzeń nocy nie zapuszczało się w okolice murów. I słusznie, bo choć Andali byli mistrzami wiedzy, to zręcznie posługiwali się orężem i nie mieli sobie równych w magii.
Mężczyzna zamknął oczy i zobaczył dziwne symbole w umyśle. Skupił uwagę na jednym z nich, a ten zaczął wibrować, jakby zadowolony, że w końcu jego pan na niego patrzy. Ciało Endymiona zaczęło świecić żółtą łuną. Czuł się, jakby siły, które utracił wraz z wiekiem, nagle wróciły. Już nie przeszkadzało mu kamienne podłoże. Sunął z niezwykłą gracją, która przeczyła jego podeszłemu wiekowi.
Zbliżał się do ogromnej bramy, na której wyryto Wielkiego Andali – sześcioręczne, modlące się stworzenie zastygłe w pozycji lotosu. Owadzia głowa z wielkimi oczami i żuwaczkami zwrócona była w dół, co zawsze przyprawiało nowych podróżnych o ciarki. Oczy były specjalnie tak skonstruowane, że, obojętnie, z której strony na nie patrzyło, wyglądało to, jakby podążały za tobą wszędzie.
Rozległ się nieprzyjemny huk i dźwięk mechanizmów. Drzwi się uchyliły, a przez szparę wtargnęło niebiesko-żółte światło, w którym zarysowała się sylwetka Niebieskiego Andali. Stał, patrząc na niego, po czym żuwaczki zaczęły się poruszać.
– Czekaliśmy na pana. – Rozległ się melodyjny dźwięk.
Andali zabrał torbę od Endymiona i razem ruszyli w głąb miasta.
Stukot butów uderzających o posadzkę niósł się echem w ciasnym korytarzu. Ta magiczna kraina była czymś przeciwnym do ciemności panującej poza miastem. Niebieskie kamyki umieszczone w ścianach oświetlały drogę. Światło i zapach tworzyły wręcz narkotyczny klimat.
Tylko tu Endymion mógł być spokojny. Ta atmosfera dziwnie przytępiała jego myśli, płynące jak rzeka. Od czasu do czasu słyszał, jak Andali grają na niciach wiedzy w innych pokojach. Nie bez powodu nazwali tę rasę „Mistrzami Wiedzy”, bowiem zapisywali swoją wiedzę na cienkich pajęczych sieciach.
Wraz ze swoim towarzyszem wszedł do dużego, okrągłego pokoju, na środku którego ustawiono kamień. Na nim medytował inny Andali, w jednej parze rąk trzymając kadzidło, z którego wydobywał się dym o słodkim zapachu.
– A więc co cię tym razem sprowadza, panie Endymionie? – spytał medytujący. Skinął głową w stronę strażnika, a ten zostawił ich w pokoju.
– Ten ostatni raz chcę zanurzyć się w sen, Wielki Kapłanie.
Andali zmierzył go wzrokiem. Nie było w nim pogardy, tylko ciepło.
– Czy jesteś gotowy? Musisz być czysty… – odpowiedział Kapłan, wstając z kamienia.
Był trzy razy większy od Endymiona, który do najmniejszych nie należał. Smukła niebieska sylwetka i długie ręce z pazurami. Aż dziwne pomyśleć, że te idealne stworzenia, stworzone do walki, były Władcami wiedzy.
Endymion siedział w pokoju, który nie miał podłogi, a zamiast niej wisiała gęsta pajęczyna. Ułożył się w niej wygodnie. Kapłan, stojący obok, podał mu menzurkę z cieczą. Wypił ją jednym łykiem. Słodki smak zalał jego usta, by rozejść się po całym ciele. Zrobił się bardzo senny i poczuł, jak coś go woła. Gdy skupił uwagę na głosie, zasnął.
Stał na wielkiej, pojedynczej sieci pajęczyny. Wokół wiły się inne linki, tworząc niezwykle gęstą sieć.
– Znasz zasady. – Usłyszał głos Kapłana, który rozległ się w jego głowie.
Endymion pomyślał o swoim życiu. Musiał się skupić i nie dać się ponieść wyobraźni. Każda z tych pajęczych nici zawierała inną wiedzę. Łatwo było się zgubić, a potwornie trudno wrócić. Można było pozyskać wiedzę szybko, bez nauki, wchodząc na jedną z pajęczych sieci, ale umysł chciał wciąż więcej i więcej.
Jego myśli wciąż krążyły wokół rodziny. Zrobił krok do przodu. Poczuł, jak pajęcza sieć ugina się pod jego nogami. Obraz się rozmył. Zobaczył, jak siedzi w domu, za czasów, jak jeszcze mieszkał na smoku, przy stoliku z córką. On coś pisał w księgach, a ona patrzyła znudzona.
– Tato, kiedy się ze mną pobawisz?
– Jeszcze tylko trochę. Muszę dokończyć wpis z podróży – rozległ się głos Endymiona.
– Obiecałeś – powiedziała zirytowana córka.
– Idź sprawdź, co robi mama…
Dziewczynka wstała z krzesła, a jej sylwetka rozpłynęła się jak obłok kurzu.
– Nie byłeś najlepszym rodzicem. – Głos Kapłana był ciepły i pełen troski.
– Badanie było moim życiem, podróże… Zapisałem się w historii…
– Mówisz to z dumą, a jednak w twoich oczach widzę smutek.
– Przeżyłem ich. Nawet nie wiedziałem, jak umierają.
– Żałujesz?
– Nie. Sam nie wiem.
– Idź dalej, Endymionie, a zrozumiesz i wybielisz to, co wypaczone.
Zrobił następny krok, a wizja znów się rozpłynęła i zmieniła. Tym razem widział, jak kłóci się z żoną, ale nie mógł zrozumieć słów – wiele krzyków nakładało się na siebie. A później ruch ręki, trzask i płacz kobiety.
– Obiecałeś, że skończysz z podróżami… – załkała kobieta, uciekając.
– Tyle bólu i cierpienia… – Zaczął mówić głos Kapłana. – Mogłeś zostać z nimi. Czemu tego nie zrobiłeś?
– Nie wiem – odpowiedział Endymion.
– Nie wiesz, czy nie chcesz wiedzieć? A może słowa „Nie wiem” to łatwa alternatywa dla ciężkiej prawdy?
– Nie chciałem rodziny… – wydukał z płaczem.
– To po co ją założyłeś?
– Bo musiałem, bo wszyscy…
– Ty nie jesteś wszyscy, Endymionie. Nie nadawałeś się na rodzica, a jednak założyłeś rodzinę. Powiedziałeś sztuczne „kocham cię”… Krzywdziłeś… Czego teraz oczekujesz?
– Nie wiem. Sumienie mnie chyba gryzie. Byłem wielkim badaczem, osiągnąłem wszystko, a jednak czuję pustkę…
– Tak, wielki podczas podróży, niezwykle mały dla rodziny…
– Wmawiano mi, że za złe rzeczy przyjdzie mi zapłacić. Skrzywdziłem najbliższych, a wciąż czekam na karę – powiedział spokojnym głosem Endymion.
– W przyrodzie różnie bywa. Życie nie jest sprawiedliwe. Czasami źli nie płacą, a dobrzy zaznają zła nad miarę. Czujesz się winny?
– Nie. Sam nie wiem…
– A więc idź dalej… Zagubiony człowieku.
Tym razem myśli Endymiona pobłądziły. Zobaczył nieznanych mu ludzi. Rodzinę, grupkę dzieci szczęśliwie bawiącą się z rodzicami. Serce zabiło mu szybciej i poczuł dziwne uczucie.
– Mogłeś mieć taką rodzinę, a jednak poświęciłeś całe życie pasji, która strawiła cię jak ogień – Usłyszał głos Kapłana. – Co czujesz, widząc, co straciłeś?
– Zazdrość…
– Jesteś pazerny, Endymionie. Nie można mieć wszystkiego.
– A jednak chciałem i przez to czuję się winny.
– Naturą żywych jest chcieć więcej i więcej. Tak jak pewny jest twój oddech, tak i chęć na więcej zawsze będzie. A więc, jaki jesteś?
– Jestem złym ojcem, dobrym badaczem, jestem chciwy. Taki po prostu jestem…
– Ha ha! – zaśmiał się Kapłan, a w jego głosie było czuć zadowolenie.
Wizja znów się zmieniła. Zobaczył siebie z karawaną, idącego przez solne pustynie. Poczuł, jak każdy krok jest ciężki, a jego umysł krzyczy:
– Daj spokój, po co cierpieć!
A jednak stawiał następny krok, raz za razem. Widział, jak członkowie jego ekipy padają na piasek, zostając już tam na zawsze, by zostać zjedzonym przez stworzenia nocy. A jednak szedł dalej, jego cel był ważniejszy.
– Tyle cierpienia… – Usłyszał głos Kapłana.
– Tak wyglądały wyprawy. Każdy z nas wiedział o ryzyku. Nie wiem, czy to wszystko było tego warte, tyle bólu…
– Mogłeś im pomóc.
– Gdybym został, sam bym zginął.
– Wszyscy uważają pracę podróżnika za coś kolorowego, a tak nie jest. To niezłe gówno, przez które trzeba przejść – Powiedział Endymion, wciąż cierpiąc, ale patrząc na swoją postać z tęsknotą.
Kolejny krok. Sieć pod stopami ugięła się dziwnie, jakby poddając się nowemu ciężarowi. Zobaczył kolejną wizję, tym razem nie z przeszłości, lecz z mglistej, możliwej przyszłości: swoje własne zwłoki, porzucone pośrodku solnej pustki. Leżał sam, nikogo wokół, tylko nieskończony horyzont i cisza. Usłyszał metaliczne stukanie odnóży – stworzenia nocy zbliżały się, ale on czuł nienaturalny, lodowaty spokój.
– Czy ja tak umrę? – spytał Endymion. – To straszna śmierć – dodał drżącym głosem. Cień lęku, po raz pierwszy od dawna, dotknął jego serca.
– Posłannka nieznanego nie wybiera. Każdy umiera – odparł Kapłan, a jego głos zdawał się dobiegać z nieskończonej odległości.
– Ale ja mam jeszcze tyle do zbadania! – Endymion załkał. Zimne łzy, będące odbiciem pustynnego chłodu, popłynęły po pomarszczonym policzku.
– Do zbadania? Powiedz mi, widzisz tu kogoś jeszcze? – spytał Kapłan.
– Nie… Czy umrę samotnie?
– Każdy umiera samotnie, Endymionie. Jedyna różnica, że ty zostawiasz coś po sobie. Lecz i to, w wielkiej skali Astrum, pochłonie czas.
– W takim razie, Kapłanie, jaki jest sens życia? To wszystko było na marne?
– Nie wiem. Tego nikt nie wie. Ale wiedza, którą przekazujesz przyszłym pokoleniom podróżników, pomoże innym… Wszyscy cierpimy, Endymionie. To nas łączy. To będzie wszystko na dziś. Boję się, że możesz już nie wrócić. Niechaj Ananasi cię obudzi…
Endymion otworzył oczy. Całe jego ciało pokrywały cienkie pasma pajęczyny. Coś uwierało mu w gardle. Zaczął kaszleć nerwowo. Dusząc się, wykaszlał dziwną, szlamowatą maź, która śmierdziała rozkładem i zepsuciem.
– Co to jest? – Spojrzał z obrzydzeniem na plamę cieczy.
– To ty, Endymionie, a przynajmniej twoja brudna część. Jeszcze czeka nas sporo pracy – Powiedział Kapłan, siedząc schylony nad Endymionem. – O ile Ananasi pozwoli, wybielisz się i dołączysz do wielkiej sieci wiedzy.
– Myślisz, że jestem złym człowiekiem? – spytał z nadzieją w głosie Endymion.
– W przyrodzie nie ma dobra ani zła. Nie mnie to oceniać.
I tak płynęły miesiące, każdy dzień stawał się wędrówką w głąb eterycznej sieci. Endymion, z każdą nową wizją, czuł, jak kotwica rzeczywistości staje się lżejsza, a powrót wymaga coraz większego wysiłku duszy.
Opuścił już osąd, ten ciężki płaszcz, którym okrywał się latami. Nie patrzył już na siebie jako na czarny cień; wiedział, że światło też nie należało do niego. Był szarym splotem, człowiekiem, który po prostu żył, jak miliony innych, z garścią triumfów i ciemną jaskinią błędów za plecami. Zdał sobie sprawę, że podobnie jak każdy śmiertelnik, był utkany z niedoskonałości. Nic, żaden akt woli ani żadna modlitwa, nie mogło cofnąć echa minionych krzywd.
Wiedział teraz: w życiu nie ma szansy na powrót, na naprawę dawnych ścieżek. Jest tylko chwila, jedyna kotwica – teraz. I tak zaczął akceptować swoje życie, przyjmując jego kształt, jakim był.
Wieczorami z pietyzmem domykał notatki do dziennika, ostatnie dzieło spisane drżącą ręką, które miało spocząć w bibliotece na smoku. Kiedy zapisywał ostatnią kartkę, jego serce nie drżało już ze strachu, ani nie biło z tęsknoty za życiem. Pozostała w nim tylko wielka, spokojna pustka – cisza oceanu gotowego, by przyjąć w swe wody ostatnią kroplę.
Notatka z dziennika
Poświęciłem całe życie na badanie Wielkich Andalich. Te długowieczne istoty gromadzą wiedzę z uporem godnym czasu, który mają do dyspozycji. Ich kultura przesiąknięta jest sztuką, muzyką i poezją – piękną, lecz dla obcych często nieprzeniknioną. Aby zrozumieć ich świat, jeden ludzki żywot to zaledwie mrugnięcie. Ich filozofia, psychologia, magia i wiedza zakazana splatają się w potężną sieć, której rozmiarów nie sposób pojąć bez wieloletnich studiów.
Andali są wysocy, smukli, o skórze szarej lub lekko niebieskiej. Osiem drobnych, czarnych oczu lśni na ich twarzach jak paciorki nocy; masywne żuwaczki i sześć zakończonych ostrymi palcami kończyn nadają im drapieżny wygląd. A jednak są łagodni – spory rozwiązują umysłem, nie siłą. Gdy jednak muszą walczyć, czynią to z precyzją tak doskonałą, że można by ją pomylić ze sztuką. W magii nie ma istot, które mogłyby im dorównać.
Ich stolica, Miasto Śniących, jest wizją, która pozostaje pod powiekami na zawsze. Wzniosła z mlecznobiałego kruszcu, otoczona monumentalnymi murami pokrytymi wizerunkami bohaterów i czynów, które zmieniały bieg ich historii. Wewnątrz – labirynt strzelistych wież, oplecionych miękkim, fluorescencyjnym mchem; okrągłe wejścia zdobią misternie barwione witraże, przez które światło przelewa się niczym ciekła tęcza. Pomiędzy wieżami rozciągają się przejrzyste mosty, na których połyskują kamienie o różnych barwach – niczym gwiazdy zastygłe w szkle.
Nad miastem rozpościera się kopuła przypominająca pajęczą sieć. Zwisają z niej rośliny o delikatnych liściach, a w samym centrum spoczywa posąg ogromnego, pająkopodobnego bóstwa – Ananasi, strażnika wiedzy i snów.
Całe ich życie jest nieustanną wędrówką ku poznaniu – świata, innych i samych siebie. Wiedzę zapisują w niciach wielkiej sieci oplatającej ich sanktuaria. To właśnie z niej rodzi się ich najważniejszy rytuał – śnienie.
Kto pragnie poznać prawdę, wypija napar o tajemnym składzie. Po chwili opada w sen, a Andali, używając swoich cienkich, ostrych palców, poruszają nici wiedzy niczym struny harfy utkanej z pamięci. Śniący zanurza się w zbiorowym umyśle tych, którzy byli przed nim. W tym świecie granice świadomości zacierają się jak litery na mokrym pergaminie.
We śnie wszystko jest realne – zapachy, dźwięki, smaki, dotyk. Wiedza nie przychodzi do umysłu, lecz przenika go jak światło sączące się przez szkło. Sen zaczyna się łagodnie, jak cichy potok, lecz chwila nieuwagi może sprawić, że przemieni się w rwącą rzekę, która porwie śniącego w zakamarki, z których trudno wrócić.
Andali porównują to do picia słonej wody – im więcej pragniesz, tym bardziej się zatracasz. Wielu badaczy przepadało w tych głębinach, wybierając piękno snu zamiast trudów rzeczywistości. Ich ciała wiły się w sieciach, podczas gdy umysły odchodziły w głąb oceanu wspólnej pamięci. Taki koniec nazywano „dobrą śmiercią” – wejściem w wieczność, oddaniem własnego życia i wiedzy w dłonie Ananasi.
Zdarzało się jednak, że niektórzy wracali. Ich spojrzenia były mętne, ciała wychudzone, a granica między snem a jawą rozmyta. Żyli jeszcze jakiś czas, lecz ich dusze pozostawały zagubione, jakby część ich samych pozostała w sieci.
Dlatego Andali ostrzegają inne rasy przed zbyt częstym śnieniem. Ich własne życia są długie, lecz im starsi się stają, tym silniej pragną zanurzyć się w oceanie wiedzy. Gdy czują, że zbliża się kres, oddają się ostatniemu snowi, wierząc, że łączy ich on z tymi, którzy odeszli. Śmierć nie jest tu końcem, lecz przejściem. Świętuje się ją tak, jak świętuje się narodziny nowej myśli.
Czasem śniący twierdzą, że widzą zmarłych, że rozmawiają z tymi, którzy dawno zniknęli z tego świata. Andali wierzą, że śnienie jest drogą ku boskości, że wiedza przemienia duszę, a każdy krok w głąb oceanu czyni istotę mądrzejszą, pełniejszą.
Patrzę na swoje drżące dłonie, które ledwo utrzymują pióro, i czuję w sobie dziwny spokój. Wiem, że nadszedł czas. Przez lata łudziłem się, że zapiszę więcej, że zdążę jeszcze coś ocalić od zapomnienia. Mam sto siedemdziesiąt lat – wiek, który u ludzi rzadko bywa błogosławieństwem. Moi dawni towarzysze odeszli jeden po drugim, a ja trwałem, być może z fascynacji Andalami, a być może z lęku przed końcem.
Dziś jednak widzę jasno: moja ostatnia podróż właśnie się zaczyna.
Wypiję napój, który badałem przez większą część życia. Położę się na ich pajęczej sieci. Oddam myśli w ręce Ananasi.
Przyszłym pokoleniom mogę powiedzieć tylko jedno.
Cenniejsza od wiedzy, którą się z wami dzielę, jest rada, którą teraz wam przekazuję.
Wielkość zdobyta krzywdą innych, okupiona utratą uśmiechu i łzami, wciąż nosi miano wielkości. Niestety, nie zliczę, ile razy oglądałem się za siebie w drodze na sam szczyt. Dlatego idźcie naprzód – tak, by nie musieć się odwracać i by nie znać żalu.
Pozwolę, by mój umysł rozpłynął się w oceanie, o którym tyle pisałem.
To będzie dobra śmierć.
Nie czuję strachu.
Tylko ciekawość.
Zamykam ten rozdział.
I zanurzam się w sen.