- Opowiadanie: AP - Domator

Domator

Hasło: drzwi z gał­ka­mi oczny­mi

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Domator

Gej­ze­ry Is­lan­dii, sa­fa­ri w Tan­za­nii, Ang­kor Wat, ma­lo­wi­dła w La­scaux, egip­skie i mek­sy­kań­skie pi­ra­mi­dy, Prado i Uluru. Od kiedy pa­mię­tam, ro­dzi­ce cią­ga­li mnie po całym świe­cie. Ho­te­le, na­mio­ty, spa­nie na tyl­nej ka­na­pie sa­mo­cho­du.

Zmę­cze­nie i nuda.

Za­zdro­ści­łem ko­le­gom wa­ka­cyj­nych opo­wie­ści. Nie mia­łem ta­kich przy­gód.

Też chcia­łem wyjść na po­dwór­ko, po­wi­sieć na trze­pa­ku, wy­grze­bać z ziemi dżdżow­ni­cę, pójść na gli­nian­ki, wkrę­cić się na film od osiem­na­stu lat.

A naj­bar­dziej pra­gną­łem spo­ko­ju. Po­le­żeć na łóżku, bez­myśl­nie ga­piąc się w sufit.

 

– Dla ta­kich wi­do­ków warto żyć!

– No – od­po­wia­da­łem bez prze­ko­na­nia.

Przy­tła­cza­ła mnie eg­zal­ta­cja sta­rych. Wszyst­ko było „cu­dow­ne”, „nie­sa­mo­wi­te”, „zo­ba­czyć Ne­apol i umrzeć”, „o nie, chyba się po­si­kam”, „czemu nie za­bra­łeś mnie tu wcze­śniej”, „czuję więź z ty­sią­cem po­ko­leń”.

Jadąc tam lub stam­tąd (już nie pa­mię­tam), za­ha­czy­li­śmy o, „och, znam jak wła­sną kie­szeń”, Pragę.

– Tyle razy, tyle razy, ale wiesz, jest coś urze­ka­ją­ce­go w ar­chi­tek­tu­rze tego mostu. Nie mu­sie­li­śmy, bo wiesz…, ale cała ta po­dróż…, mię­dzy­lą­do­wa­nie w Wied­niu i kilka go­dzin jazdy sa­mo­cho­dem, no, wiesz… Więc mówię: a za­jedź­my do mia­sta Kafki i Muchy. Po­czuj­my hra­ba­low­ski vibe… – A mi się przy­po­mnia­ło, jak omal nie wy­rzy­ga­łem nie­świe­żych kne­dli.

Tak! Tak, i ja pa­mię­tam. Gdy sta­rzy za­chwy­ca­li się wi­do­kiem mostu Ka­ro­la, ja zo­ba­czy­łem coś, co pierw­szy raz tak na­praw­dę, ale to na­praw­dę, mnie urze­kło.

Tłumy tu­ry­stów mi­ja­ły żywe po­mni­ki, akro­ba­tów na szczu­dłach, gi­ta­rzy­stów śpie­wa­ją­cych roc­ko­we bal­la­dy, pa­nien­ki stu­dent­ki pusz­cza­ją­ce my­dla­ne bańki, po­prze­bie­ra­ne cu­da­ki i sprze­daw­ców ja­błek w pa­nier­ce.

I był tam ktoś jesz­cze. Ktoś, kto od­mie­nił moje życie.

Wy­dzie­lił sobie ka­wa­łek miej­sca na bruku. Na­wo­ły­wał ludzi wokół w tym swoim śmiesz­nym ję­zy­ku. Ubrał się w strój śre­dnio­wiecz­ne­go bła­zna. Po chwi­li zgro­ma­dził wokół sie­bie ko­lo­ro­wy tłu­mek. A sam był stary i znu­dzo­ny, zmę­czo­ny za­rob­ko­wa­niem cyr­ko­wy­mi sztucz­ka­mi pre­zen­to­wa­ny­mi mię­dzy­na­ro­do­wej ga­wie­dzi.

Po krót­kim po­ka­zie wy­smar­kał się, wziął długi fa­li­sty miecz i uniósł ponad głowę. Coś krzyk­nął, sta­nął w roz­kro­ku, spoj­rzał w niebo i ten miecz wło­żył sobie do roz­dzia­wio­nej gęby. Cały. O ja cię! Cały!

– No, chodź już. Idzie­my na Hrad.

– Zaraz, tato, czy on prze­ży­je?

– Jasne. To tania sztucz­ka. Idzie­my, to cyrk, a tam nas czeka ar­chi­tek­tu­ra, hi­sto­ria, dzie­dzic­two…

– Ale jak to moż­li­we?

– Sztucz­ka. Zwy­kła jar­marcz­na sztucz­ka, ostrze chowa się w rę­ko­je­ści. Tam dzie­dzic­two, kul­tu­ra, Złota Ulicz­ka, de­fe­ne­stra­cja, rzeź­by Czer­ne­go i sady.

 

Gdy ro­dzi­ce z za­chwy­tem wspo­mi­na­li ostat­nią wy­pra­wę, opo­wia­da­li zna­jo­mym, co wi­dzie­li, jakie mieli prze­ży­cia, po­ka­zy­wa­li zdję­cia na ekra­nie te­le­wi­zo­ra, ja nie mo­głem za­po­mnieć o nu­me­rze z mie­czem.

Za­mkną­łem się w po­ko­ju i spró­bo­wa­łem wło­żyć do gar­dła łyżkę sto­ło­wą. Gdy do­tkną­łem tyl­nej czę­ści pod­nie­bie­nia, po­czu­łem od­ruch wy­miot­ny. I tak było za każ­dym razem, bez wzglę­du na to, co wkła­da­łem sobie do ust. Czy to była mała ły­żecz­ka, czy palec. Dła­wi­łem się i chcia­łem zwra­cać. Czyż­by oj­ciec się nie mylił i z tym mie­czem to oszu­stwo? – za­sta­na­wia­łem się.

Po wielu sta­ra­niach my­śla­łem, by się pod­dać. Po­wstrzy­my­wa­ła mnie je­dy­nie nie­zgo­da, by przy­znać ojcu rację, więc tłu­ma­czy­łem sobie, że wszyst­ko wy­ma­ga cier­pli­wo­ści i sys­te­ma­tycz­nych ćwi­czeń.

Zwrot na­stą­pił za spra­wą opo­wie­ści brata mamy, który zma­gał się z jakąś strasz­ną cho­ro­bą. Ro­dzi­ce byli zmar­twie­ni, po­cie­sza­li wujka, a ja chcia­łem jak naj­szyb­ciej skoń­czyć ko­la­cję i czmych­nąć do swo­je­go po­ko­ju. W pew­nym mo­men­cie, gdy już byłem bli­ski, by odejść od stołu, do­tar­ły do mnie słowa:

– Wpro­wa­dzi­li mi en­do­skop przez gar­dło, prze­łyk, aż do żo­łąd­ka. Wszyst­ko bez znie­czu­le­nia. Cały za­bieg trwał kilka minut, choć mi się zda­wa­ło, że o wiele dłu­żej. Bałem się tego, ale dałem radę. Nie było tak źle.

Zwy­kle pod­czas ro­dzin­nych spo­tkań czy też ze zna­jo­my­mi sie­dzia­łem cicho, cze­ka­jąc, aż ro­dzi­ce po­zwo­lą mi pójść do sie­bie. Sta­ra­li się za­szcze­pić mi ja­kieś to­wa­rzy­skie oby­cie. Przy go­ściach ka­za­li dzie­lić się wra­że­nia­mi ze wspól­nych wy­praw. Ogra­ni­cza­łem się do paru słów. W końcu od­pu­ści­li. Byłem mru­kiem i po­go­dzi­li się, że nigdy nie będę duszą to­wa­rzy­stwa.

Tym razem nie­ocze­ki­wa­nie dla wszyst­kich bar­dzo się oży­wi­łem. Za­da­wa­łem mnó­stwo pytań, pro­si­łem o szcze­gó­ły. To moje nie­ty­po­we za­cho­wa­nie za­nie­po­ko­iło ro­dzi­ców. Nie wie­dzie­li, czy robię sobie żarty, i na wszel­ki wy­pa­dek sami ode­sła­li mnie do po­ko­ju.

Dzię­ki hi­sto­rii z wuj­kiem kon­ty­nu­owa­łem roz­wi­ja­nie pasji. Or­ga­nizm się opie­rał, ale po­my­śla­łem, że może po­wi­nie­nem po­szu­kać po­mo­cy w In­ter­ne­cie. Nie­jed­no­krot­nie prze­ko­na­łem się, że nie było tak dziw­ne­go pro­ble­mu, któ­re­go już wcze­śniej tam by nie po­ru­szo­no. Uwa­ża­łem, że takie hobby, to jest roz­wi­ja­nie tech­ni­ki wkła­da­nia sobie przed­mio­tów do gar­dła, jest mało po­pu­lar­ne. Mia­łem jed­nak na­dzie­ję, że spo­śród kilku mi­liar­dów ludzi na świe­cie znaj­dzie się ktoś, kto po­dzie­lał­by moje za­in­te­re­so­wa­nia.

Nie za­wio­dłem się. Miejsc ze zdję­cia­mi i fil­ma­mi było mnó­stwo! Czemu wcze­śniej nie po­my­śla­łem o sieci? Każdą wolną chwi­lę za­czą­łem spę­dzać na ser­fo­wa­niu po stro­nach, któ­rych wspól­ną cechą było hasło: „głę­bo­kie gar­dło”.

Skoń­czy­ło się, gdy zo­sta­łem przy­ła­pa­ny. Mu­sia­łem odbyć po­waż­ną roz­mo­wę, od któ­rej tro­chę mnie mdli­ło. Mia­łem wra­że­nie, że moje po­szu­ki­wa­nia zo­sta­ły źle zin­ter­pre­to­wa­ne. Pró­bo­wa­łem tłu­ma­czyć, ale osta­tecz­nie uzna­łem, że to, o czym my­śla­ła mama i tak było lep­sze od praw­dy.

– Ja wszyst­ko ro­zu­miem. Nie mu­sisz się wsty­dzić. Chłop­cy w twoim wieku czę­sto oglą­da­ją takie rze­czy. Może coś prze­ga­pi­li­śmy?… Wiesz, za­wsze bę­dziesz dla mnie moim małym syn­kiem, ale ty prze­cież już masz swoje lata, doj­rze­wasz. Chcia­ła­bym tylko, żebyś wie­dział, że w praw­dzi­wym życiu to tak nie wy­glą­da. Wiesz, że…, no, ko­bie­ty i… i te roz­mia­ry, to tak nie wy­glą­da – mama du­ka­ła, a ja my­śla­łem, żeby za­paść się pod zie­mię. – A naj­le­piej po­ga­daj z ojcem. On ci wszyst­ko wy­tłu­ma­czy.

Gdy tato wró­cił z pracy, sły­sza­łem, jak pró­bo­wał prze­ko­nać mamę, żeby roz­mo­wę odło­żyć na póź­niej, na kiedy in­dziej, a naj­le­piej w ogóle jej nie prze­pro­wa­dzać. Wy­jąt­ko­wo w pełni się z nim zga­dza­łem.

Tato usiadł na krze­śle w moim po­ko­ju. Wi­dzia­łem, jak się mę­czył. Cięż­ko wzdy­chał, otwie­rał usta, by potem nie znaj­du­jąc od­po­wied­nich słów, za­mknąć je bez wy­da­wa­nia dźwię­ku.

– Uznaj­my, że od­by­li­śmy tę roz­mo­wę – w końcu wy­du­sił z sie­bie. – Okej?

– Okej – od­po­wie­dzia­łem z ulgą.

Wy­cią­gnął ko­mór­kę i za­czął prze­glą­dać wia­do­mo­ści. Ja po­sze­dłem w jego ślady i też za­ją­łem się gier­ką na smart­fo­nie. Prze­sie­dzie­li­śmy tak kil­ka­dzie­siąt minut, od czasu do czasu ob­ser­wu­jąc na szy­bie drzwi, cień krą­żą­cej i na­słu­chu­ją­cej w ko­ry­ta­rzu matki.

 

Ro­dzi­ce na­ło­ży­li w moim lap­to­pie kon­tro­lę ro­dzi­ciel­ską. Od tam­tej pory byłem zdany tylko na sie­bie, ale przy­naj­mniej wie­dzia­łem, że da się wło­żyć głę­bo­ko w gar­dło cał­kiem po­kaź­nych roz­mia­rów rzecz.

Ćwi­czy­łem in­ten­syw­nie. Każdą wolną chwi­lę po­świę­ca­łem do­sko­na­le­niu od­po­wied­niej tech­ni­ki. Mi­nę­ło kilka lat i byłem w sta­nie wło­żyć sobie rękę do gar­dła aż po ło­kieć. Wy­ma­ga­ło to od­po­wied­nie­go wy­gim­na­sty­ko­wa­nia i może uda­ło­by mi się wcze­śniej osią­gnąć suk­ces, ale i tak uwa­żam, że wiele osią­gną­łem. Byłem sa­mo­ukiem bez do­stę­pu do ma­te­ria­łów edu­ka­cyj­nych. Do­dat­ko­wo cią­gle po­ty­ka­łem się o kłody rzu­ca­ne mi pod nogi.

 

Nie mia­łem po­ję­cia, w jaki spo­sób wy­ko­rzy­stać na­by­tą umie­jęt­ność. Roz­wa­ża­łem po­ka­zy w tu­ry­stycz­nych miej­scach albo wy­stęp w ja­kimś te­le­wi­zyj­nym ta­lent show, ale prze­cież całe życie pra­gną­łem jed­ne­go – spo­ko­ju. Ma­rzy­łem o przy­tul­nym domu bez ta­bu­nów gości, o wy­god­nym fo­te­lu w cie­płym po­ko­ju, a nie o po­dró­żach, po­zna­wa­niu ludzi i wy­sta­wia­niu się na ocenę.

Życie jest okrut­ne i wy­ma­ga po­świę­ceń. Inni też cią­gle mają ocze­ki­wa­nia, nie dają spo­ko­ju. Trze­ba się jakoś od­na­leźć w tym wal­nię­tym świe­cie, jakoś za­ro­bić na utrzy­ma­nie. Nie ma nic za darmo. Wszyst­ko trze­ba wy­szar­pać. Znój i udrę­ka. Praca, ocze­ki­wa­nia bli­skich, obo­wiąz­ki oby­wa­tel­skie, obo­wiąz­ki spo­łecz­ne, obo­wiąz­ki to­wa­rzy­skie, obo­wiąz­ki…

By za­do­wo­lić świat i nie zwa­rio­wać, szu­ka­łem sensu tego, czemu po­świę­ci­łem lata swo­je­go życia. Po co każdą wolną chwi­lę wpy­cha­łem rękę do gar­dła, głę­bo­ko, aż do żo­łąd­ka? Chle­ba z tego nie było.

Pierw­sze za­sto­so­wa­nie mojej uni­kal­nej zdol­no­ści zna­la­złem nad mo­rzem, gdy leżąc na piasz­czy­stej plaży, przy­glą­da­łem się falom… Cie­pła woda, ja­kieś kraby, glu­to­wa­te stwo­ry, pla­sti­ko­we śmie­ci… Byłem na urlo­pie. Od­po­czy­wa­łem od znie­na­wi­dzo­nej pracy i od ludzi, któ­rych pro­ble­my mnie nie ob­cho­dzi­ły.

Nie mia­łem ocho­ty ru­szać się z domu, ale nie po­tra­fi­łem oprzeć się spo­łecz­ne­mu na­ci­sko­wi. W tym po­pa­pra­nym świe­cie, jeśli sa­me­mu chce się być nie­wi­docz­nym, to trze­ba za­cho­wy­wać się zgod­nie z wy­obra­że­niem in­nych.

Ze­bra­łem pie­nią­dze. Ku­pi­łem pięć dni w apar­ta­men­cie. I skoro już tu byłem, to chcia­łem wejść do wody. Mu­sia­łem coś zro­bić z rze­cza­mi, bez któ­rych byłem nikim. Port­fel, klu­cze, ko­mór­ka – wszyst­ko wło­ży­łem do żo­łąd­ka.

Potem już po­szło z górki. Różne sy­tu­acje. Jakiś pry­wat­ny prze­my­cik, rzecz, z którą nie wia­do­mo, co zro­bić, dro­biazg odło­żo­ny na póź­niej. Przez lata uzbie­ra­łem tego tro­chę i trud­no się było po­ła­pać w ba­ła­ga­nie. Zna­le­zie­nie cze­go­kol­wiek w brzu­chu stało się sztu­ką.

Skon­stru­owa­łem kre­den­sik z szu­fla­da­mi. Roz­ło­ży­łem go na czę­ści, a potem po ka­wał­ku wci­sną­łem do środ­ka. Uży­wa­jąc mi­kro­na­rzę­dzi, zmon­to­wa­łem po­now­nie. Jakoś upo­rząd­ko­wa­łem sobie przed­mio­ty, które wcze­śniej wa­la­ły się bez ładu i skła­du po wszyst­kich za­ka­mar­kach.

Mebel w trze­wiach był po­kracz­ny. Po­skrę­ca­ny byle jak. Fakt – upo­rząd­ko­wa­łem ru­pie­cie, ale to było roz­wią­za­nie pro­wi­zo­rycz­ne.

Mia­łem dość tego wy­gi­na­nia się, kiedy chcia­łem co­kol­wiek wło­żyć lub wyjąć z wnę­trza. Zna­la­złem na czar­nym rynku kli­ni­kę chi­rur­gicz­ną, która roz­wią­za­ła­by mój pro­blem. Moje oszczęd­no­ści były za małe na po­kry­cie kosz­tów. Mo­głem dalej w pocie czoła przez ko­lej­ne lata zbie­rać pie­nią­dze, li­cząc, że ceny nie pójdą w górę, albo po­szu­kać in­ne­go spo­so­bu. Zde­cy­do­wa­łem się na to dru­gie.

I to był strzał w dzie­siąt­kę. Roz­wią­za­łem pro­blem eko­no­micz­ny, a przy oka­zji prze­strzen­ny. Tym kre­den­sem w trze­wiach tro­chę zde­for­mo­wa­łem swoją fizys, co miało wpływ na moje no­to­wa­nia u ko­le­ża­nek od seksu. Po­trze­bo­wa­łem wię­cej miej­sca.

Sprze­da­łem nerkę i ka­wa­łek je­li­ta cien­kie­go. Przy oka­zji wy­cią­łem ślepą kisz­kę, która jest po­dob­no ra­ry­ta­sem wśród ne­pal­skich ku­cha­rzy-ce­le­bry­tów, ser­wu­ją­cych dzi­wacz­ne dania mię­sne osza­la­łym po­li­ty­kom orien­tal­ne­go po­łu­dnia.

Po­ła­ma­li mi kość ra­mie­nia, bo na środ­ku ka­za­łem wsta­wić sobie do­dat­ko­wy staw. Z przed­ra­mie­niem był więk­szy pro­blem. Tam mia­łem (każdy ma) dwie kości. Ale i tu się udało. Wia­do­mo, wszyst­ko jest kwe­stią kasy. Jakoś zbi­lan­so­wa­ły mi się oszczęd­no­ści plus za­pła­ta za or­ga­ny z kosz­ta­mi ope­ra­cji.

Ko­niec koń­ców mia­łem lewą rękę z dwoma do­dat­ko­wy­mi sta­wa­mi. Dzię­ki temu mo­głem wci­skać całą koń­czy­nę do żo­łąd­ka, a nawet i dalej. Za­sta­na­wia­łem się nad usu­nię­ciem ma­łe­go palca. Zmniej­szył­bym dłoń i miał­bym więk­szy kom­fort, ale z dru­giej stro­ny od­bi­ło­by się to na pre­cy­zji ru­chów i sta­bil­no­ści uchwy­tu. Osta­tecz­nie zo­sta­wi­łem wszyst­kie palce w spo­ko­ju.

Tro­chę prze­szka­dza­ły mi zęby. Ide­al­nie by­ło­by je wy­rwać, a w sy­tu­acjach pu­blicz­nych i ewen­tu­al­nie do je­dze­nia za­kła­dać sztucz­ną szczę­kę. Po śmier­ci babci odzie­dzi­czy­łem pro­te­zy, ale nie byłem pe­wien, czy by pa­so­wa­ły. Na pełną re­sek­cję i wy­ro­bie­nie sobie no­wych po ostat­nich wy­dat­kach nie było mnie stać. Odło­ży­łem tę ope­ra­cję na lep­sze czasy, ogra­ni­cza­jąc się je­dy­nie do spi­ło­wa­nia kilku kłów i trzo­now­ców.

 

Sa­mot­ny mebel we fla­kach był aber­ra­cją. Teraz mia­łem dość miej­sca i tech­nicz­nych moż­li­wo­ści, by go obu­do­wać.

Za­pro­jek­to­wa­łem domek ma­rzeń. We­pchną­łem go do trze­wi po ka­wał­ku i od­two­rzy­łem z naj­drob­niej­szy­mi szcze­gó­ła­mi. Mi­nia­tu­ro­wa pe­reł­ka. Wci­ska­łem rękę i ob­ma­cu­jąc bu­dy­nek, roz­ko­szo­wa­łem się swoim dzie­łem.

Dom był kom­plet­ny. Ścia­ny, okna i meble, wy­god­ne fo­te­le, łóżko i nawet elek­trycz­ność. Prze­wi­dzia­łem wszyst­ko, łącz­nie z kuch­nią, w któ­rej można było przy­go­to­wać mi­nia­tu­ro­we po­sił­ki oraz ła­zien­kę po­łą­czo­ną z ki­bel­kiem. Od­cho­dy od­pro­wa­dza­ne były bez­po­śred­nio do je­li­ta, a płyny od­po­wied­ni­mi ka­na­ła­mi do nerek.

Za­chwy­ca­łem się swoim dzie­łem, ale były to, jak dotąd, tylko wra­że­nia do­ty­ko­we. Za­pra­gną­łem cie­szyć się peł­nią do­znań. Chcia­łem wi­dzieć wszyst­ko, co stwo­rzy­łem.

Pra­co­wa­łem dla małej firmy jako tech­nik elek­tro­nik. Lu­to­wa­łem ukła­dy sca­lo­ne, wmon­to­wy­wa­łem czipy w ob­wo­dy, łą­czy­łem tran­zy­sto­ry, re­zy­sto­ry i kon­den­sa­to­ry, in­te­gro­wa­łem, sca­la­łem i obu­do­wy­wa­łem. Jed­nym sło­wem zna­łem się na tym. Ko­rzy­sta­łem z wie­dzy i wy­pra­co­wa­nych zdol­no­ści ma­nu­al­nych. Sam nie wiem, czemu wcze­śniej na to nie wpa­dłem i nie do­da­łem sobie w tych żo­łąd­ko­wych pe­re­gry­na­cjach zmy­słu wzro­ku.

Na chiń­skiej plat­for­mie ku­pi­łem oku­la­ry po­łą­czo­ne z mi­nia­tu­ro­wą ka­mer­ką.

 

Roz­sia­dłem się wy­god­nie w fo­te­lu. Za­ło­ży­łem elek­tro­nicz­ne gogle, taśmą kle­ją­cą przy­mo­co­wa­łem ka­mer­kę do palca wska­zu­ją­ce­go i wnik­ną­łem do we­wnątrz. Wcze­śniej zde­fi­nio­wa­łem awa­ta­ra, który wy­glą­dał jak ja.

Wra­że­nie re­al­no­ści było pełne. Sta­ną­łem przed domem. Moim domem. Może kie­dyś po­sa­dzę tu gdzieś w oko­li­cy drze­wo.

Cha­łu­pa była tro­chę prze­krzy­wio­na, stłam­szo­na fla­ka­mi, ale ogól­nie nie­źle się pre­zen­to­wa­ła. Tro­chę przy­po­mi­na­ła domy w Se­te­nil de las Bo­de­gas, które pa­mię­ta­łem z po­dró­ży po Hisz­pa­nii.

W środ­ku było dużo go­rzej. Z tej per­spek­ty­wy ca­łość już nie pre­zen­to­wa­ła się tak do­brze, jak na stole mon­ta­żo­wym. Wszyst­ko było nie­do­pra­co­wa­ne. Ścia­ny nie trzy­ma­ły pionu, po­wierzch­nie fa­lo­wa­ły, widać było pęk­nię­cia, meble byle jak skrę­co­ne i po­sta­wio­ne bez ładu i skła­du, a na wszyst­kim osiadł kurz. Domek miał po­ten­cjał, ale wy­ma­gał do­piesz­cze­nia.

Zro­bi­łem, co mo­głem, takie ogól­ne po­rząd­ki, a na­stęp­ne­go dnia wró­ci­łem z kom­ple­tem na­rzę­dzi. Wia­do­mo, o re­mon­cie świad­czy wy­koń­cze­nie, do­bra­ne ma­te­ria­ły i ja­kość de­ta­li. Kilka ko­lej­nych dni po­świę­ci­łem szcze­gó­łom.

Ni­we­lo­wa­łem braki, to, co się dało, na­pro­sto­wy­wa­łem, do­krę­ca­łem i prze­su­wa­łem, upo­rząd­ko­wa­łem po­ło­że­nie do­mo­wych sprzę­tów, usu­ną­łem pa­ję­czy­ny i wy­rzu­ci­łem śmie­ci.

Prze­ro­bi­łem in­sta­la­cję elek­trycz­ną. Wcze­śniej bra­ko­wa­ło tro­chę gniaz­dek. W po­ko­jach roz­miesz­cze­nie oświe­tle­nia było źle za­pro­jek­to­wa­ne, a moc ża­ró­wek nie­po­praw­nie do­bra­na. Nie można się dzi­wić – wcze­śniej za przed­się­wzię­cie od­po­wie­dzial­ny był śle­piec. Mu­sia­łem roz­bu­do­wać sta­cję za­si­la­ją­cą. Czte­ry ba­te­rie AA były nie­wy­star­cza­ją­ce.

Jak ma się dom, to za­wsze jest coś do zro­bie­nia. Stud­nia bez dna. Nie­koń­czą­ca się hi­sto­ria.

 

Od po­cząt­ku, kiedy re­gu­lar­nie za­czą­łem prze­by­wać w nowym miesz­ka­niu, od­czu­wa­łem nie­po­kój. Wszyst­kie ko­niecz­ne prace, które wy­ko­na­łem, nie zni­we­lo­wa­ły tego uczu­cia. Wcze­śniej mia­łem na­dzie­ję, że po wy­ko­na­niu nie­zbęd­nych na­praw to do­zna­nie ustą­pi.

Grun­tow­ny re­mont był skoń­czo­ny i wszyst­ko lśni­ło, a jed­nak coś nie da­wa­ło mi spo­ko­ju. Coś nie­okre­ślo­ne­go za­przą­ta­ło moją uwagę. Przez jakiś czas po­dej­rze­wa­łem, że przy­czy­ną na­pię­cia są dziw­ne ha­ła­sy do­bie­ga­ją­ce ze­wsząd, ale szyb­ko to wy­eli­mi­no­wa­łem.

Bur­cze­nie w brzu­chu było nawet przy­jem­ne. Przy­po­mi­na­ło od­gło­sy burzy, gdzieś tam da­le­ko, pod­czas gdy sa­me­mu sie­dzi się bez­piecz­nie w cie­ple. Nawet do­da­wa­ło uroku i pod­kre­śla­ło przy­tul­ność pie­le­szy.

Gdy to, co się dało, po­do­krę­ca­łem, a skrzy­pie­nie nie usta­ło, uzna­łem, że za­lę­gły mi się myszy lub więk­sze gry­zo­nie. Osta­tecz­nie cze­ka­ła mnie walka z ku­na­mi.

Wszyst­kie­mu dało się za­ra­dzić, a jed­nak wciąż coś mnie gry­zło.

W końcu uświa­do­mi­łem sobie cha­rak­ter uczu­cia, które było źró­dłem nie­po­ko­ju. Czu­łem się ob­ser­wo­wa­ny.

Czyż­bym miał w domu in­tru­za? Ale kto to mógł­by być? Dom był nowy. Sam go zbu­do­wa­łem. Nie ku­pi­łem go, nie odzie­dzi­czy­łem. Duch po­przed­nie­go miesz­kań­ca był wy­klu­czo­ny.

Roz­wa­ża­łem wy­pro­wadz­kę. To by­ła­by trud­na de­cy­zja. Po­nio­słem duże kosz­ty fi­nan­so­we, nie mó­wiąc już, ile pracy wło­ży­łem. Nie było szan­sy, by komuś opędz­lo­wać in­we­sty­cję.

Nie mia­łem wyj­ścia. Źle się czu­łem w tym domu. Trud­no. Długo się z tym zma­ga­łem, ale w końcu po­sta­no­wi­łem, że roz­bio­rę cha­łu­pę i ewen­tu­al­nie od­two­rzę ją na eta­żer­ce w sy­pial­ni. Dzię­ki temu uzy­skam więk­szą kon­tro­lę nad swoim ży­ciem.

Na­stęp­ne­go dnia, zaraz po pracy, za­pa­ko­wa­łem wszyst­kie po­trzeb­ne na­rzę­dzia do ma­łe­go wo­recz­ka, usia­dłem wy­god­nie w fo­te­lu, za­ło­ży­łem gogle i wło­ży­łem rękę do gar­dła.

Szko­da mi było mo­je­go dzie­ła. Mimo wszyst­ko to był mój dom. Wie­dzia­łem jed­nak, że jest z nim coś nie tak.

Ob­sze­dłem wszyst­kie za­ka­mar­ki, z sen­ty­men­tem wyj­rza­łem przez okno przy­kle­jo­ne do ścian­ki żo­łąd­ka, zaj­rza­łem do piw­ni­cy, uwol­ni­łem mar­twe ciało zła­pa­nej w pu­łap­kę mysz­ki, opróż­ni­łem lo­dów­kę i odłą­czy­łem ją od za­si­la­nia. Mia­łem mnó­stwo ro­bo­ty i wie­dzia­łem, że nie uda mi się jej skoń­czyć za jed­nym przy­sia­dem. Za­sta­na­wia­łem się, czy słusz­nie robię. Czu­łem, jak­bym za­prze­pasz­czał kil­ka­na­ście lat życia.

Zmę­czo­ny usia­dłem w fo­te­lu na pię­ter­ku i przy­sną­łem. Obu­dzi­łem się w środ­ku nocy. Nie­przy­jem­ne wra­że­nie na­si­li­ło się. Po­czu­łem nie­od­par­tą po­trze­bę wy­do­sta­nia się na ze­wnątrz. Zsze­dłem na dół. W sa­lo­nie ni­cze­go nie­po­ko­ją­ce­go nie do­strze­głem.

Chwy­ci­łem gałkę przy drzwiach wyj­ścio­wych, ale nie dałem rady jej prze­krę­cić. Za­kli­no­wa­ła się! Innej drogi uciecz­ki nie było. Okna były tylko atra­pą i nie można było ich otwo­rzyć.

Spró­bo­wa­łem jesz­cze raz, tym razem sil­niej. Nie po­mo­gło. Byłem za­mknię­ty.

I wtedy do­tar­ło do mnie. Wie­dzia­łem już przez kogo, a ra­czej, przez co byłem ob­ser­wo­wa­ny. Wcze­śniej tego nie za­uwa­ży­łem, ale teraz, przy zmie­nio­nych pro­por­cjach wszyst­ko stało się wy­raź­ne. Gdy skle­ca­łem dom, uży­łem mi­nia­tu­ro­wych czę­ści. Nie­któ­re ele­men­ty stwo­rzy­łem sam, gdzie się dało, po­słu­ży­łem się go­tow­ca­mi.

Wszyst­kie drzwi w domu były wy­po­sa­żo­ne w gałki jed­ne­go ro­dza­ju. Ku­pi­łem je w ja­kiejś hur­tow­ni za­ba­wek. Wy­glą­da­ły jak oczy.

Spa­ni­ko­wa­ny szar­pa­łem drzwi coraz moc­niej, aż wy­rwa­łem uchwyt. Nie udało mi się po­now­nie go za­mon­to­wać.

Dom naj­wy­raź­niej wy­czuł moją in­ten­cję i po­sta­no­wił za­mknąć mnie w środ­ku. Bro­nił się. Jeśli nie wyjdę, to przyj­dzie mi tu zdech­nąć z głodu. Ale jeśli ja, to i on. Zo­ba­czy­my, kto kogo prze­trzy­ma.

Koniec

Komentarze

Dobre to było! Muszę przyznać, że pod względem proporcji to bizarro idealne. Jest absurd, humor, dziwność, nietypowy i zaskakujący pomysł oraz szczypta niepokoju pod koniec. Przypomniała mi się “Nawiedzona wagina” i podróż głównego bohatera przez waginę jego dziewczyny do tajemniczego magiczno-strasznego miejsca w jej wnętrzu. 

To chyba nostalgia, jedna wielka tęsknota za tamtymi czasami, tamtą modą, muzyką, stylem, życiem...

Bardzo fajny pomysł. Odjechany. Już wkładanie całej ręki do gardła było niezłe, a potem tylko zwiększałeś ciśnienie.

Ciekawe jak bohater wyglądał na zdjęciach rentgenowskich. :-)

Babska logika rządzi!

Witaj. :)

Ubawiłam się pomysłem oraz jego rozwinięciami przy kolejnych etapach życia bohatera. :) Niesłychane, nieoczywiste i naprawdę świetne! :) Stuprocentowy domator, nie ma co. :) 

Klik podwójny, powodzenia w Konkursie oraz przy Piórkach, pozdrawiam serdecznie. :) 

Pecunia non olet

Bardzo dobre. Napisane z dyscypliną. Bardzo poprawne językowo. No i ten rewelacyjny gastroabsurd. Klik!

Już tylko spokój może nas uratować

O kurcze, to wygląda na prawdziwe bizarro. Mocny kandydat do zwycięstwa w konkursie.

 

Pozdrawiam i klikam

Czytałem, czytałem to opowiadanie i myślałem sobie, co ja w ogóle czytam? Ostatni raz takie uczucie miałem, gdy kumpel odpalił walkę MMA osób niskorosłych. I też oglądałem, oglądałem i myślałem sobie, co ja oglądam? Ale jakoś tak mnie to zahipnotyzowało, że zobaczyłem walkę do końca. Z Twoim opowiadaniem miałem podobnie, jednak dodatkowo dobrze się bawiłem i zapragnąłem pogratulować autorowi skilla i pomysłu!

Cześć, AP

Początek podobał mi się bardziej, niż rozwinięcie, ponieważ nie wiedziałem, w jaki sposób bohater wykorzysta swoje niecodzienne zainteresowanie. Myślałem, że historia pójdzie bardziej w stronę psychologiczną. Co nie znaczy, że się w jakikolwiek sposób zawiodłem. Możliwe, że dla mnie absurdalność była na zbyt wysokim pułapie, ale to pierwsze wrażenie. 

Opowiadanie jest napisane w sposób zręczny i zajmujący uwagę.

Z przyjemnością udaję się do klikarni. 

Pozdrawiam

Hej, wprowadzenie do świata bohatera i jego braku zrozumienia dla pasji rodziców, jest wstępem idealnym do zobrazowania, w stylu weird, introwertyka. Zamknięcie się w sobie, spowodowane brakiem zrozumienia przy wykorzystaniu, w celu lepszego zobrazowania, gatunku weird jest genialne. Masz moją nominację i jeśli nic lepszego nie przeczytam to również mój głos dla tekstu roku 2025. Świetny tekst. Pozdrawiam :)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Witam czytelników!

 

fantomas

Nie czytałem zbyt wielu rzeczy z tego gatunku, tym bardziej cieszy mnie opinia, że wpasowałem się jego ramy. Dziękuję.

 

Finkla

Radiolog pewnie by się zdziwił. Dziękuję za miłe słowa i klika.

 

bruce

Zastanawiałem się nad tytułem. Na tego domatora wpadłem tuż przed publikacją. Bardzo Ci dziękuję za miłe słowa i podwójny klik. Nie spodziewałem się.

 

Rybak3

Serdecznie dziękuję. Masz lekkie pióro, dryg do pisania. Twoje słowa wiele dla mnie znaczą.

 

Sajmon15

Konkurencja jest bardzo duża. Przeczytałem kilka opowiadań, wszystkie są świetne. Dziękuję za miłe słowa i klik.

 

MCM

MMA osób niskorosłych? Surrealizm nie jest Ci obcy. Cieszy, że dobrze się bawiłeś. Bardzo dziękuję za miłe słowa.

 

Hesket

Początek to zabawa kwestiami obyczajowymi. Lubię takie klimaty i często pod swoimi tekstami dostaję opinie (z którymi się nie zgadzam), że mało fantastyki. Teraz też zastanawiałem się nad technicznymi aspektami, by wyjaśnić, jak to, co opisałem, jest możliwe. W końcu wyluzowałem i odpuściłem.

Wielkie dzięki za opinię i klika.

 

BardJaskier

Niedawno pisałem pod Twoim opowiadaniem, że mam kłopot z pisaniem komentarzy. Najchętniej zastosowałbym metodę Anet. Jeszcze trudniej odpowiadać mi na posty pod swoimi tekstami.

Zaskoczyłeś mnie. Serdecznie dziękuję.

 

Jeszcze raz dziękuję wszystkim. Pozdrawiam!

mma osób niskorosłych jest jednak mniej absurdalny niż boks osób niewidzących, czy (monty python) maraton osób nietrzymających moczu.

Już tylko spokój może nas uratować

Pozdrawiam i dziękuję, AP, powodzenia. :) 

Pecunia non olet

Czytając, nie mogłem się oderwać, zastanawiając się, do czego to wszystko zmierza. Bardzo sprawnie napisane, a dziwność narastała, stopniowo pobudzając zainteresowanie.

 

Na koniec zostałem z “o co tu tak naprawdę chodziło?”, no ale chyba tak miało być.

 

Jedynie ta scena z porno mi niespecjalnie pasowała, w sensie jest taka jakby wyjęta z głównego ciągu, jakby istniała tylko dla dowcipu o gardle, ale nie wszystko tu rozumiem, to może nie mam racji.

 

Pozdrawiam

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

boks osób niewidzących, czy (monty python) maraton osób nietrzymających moczu.

Ciągle zadziwia mnie, co też jest w stanie zainteresować publikę. Jak czytam o różnych formatach telewizyjnych, to jestem pewien, że to głupi pomysł i nie wypali. Nie znam się.

Cześć, GalicyjskiZakapiorze!

Wiem, z tym porno to śliska sprawa, ale bardziej niż na dowcipie, zależało mi na ukazaniu nieprzystosowania bohatera.

 

Dziękuję za miłe słowa.

Pozdrawiam!

Cześć, AP!

Jestem pod wrażeniem. Znakomity, głęboki, onieśmielająco dziwny tekst o człowieku, który nie daje sobie rady z kontaktami społecznymi i typowym funkcjonowaniem (chyba spektrum autyzmu lub innego rodzaju neuroróżnorodność), i gromadzi w swoim wnętrzu coraz więcej drobiazgów, zaszłości, rzeczy i spraw zrozumiałych tylko dla siebie, aż jakakolwiek próba poukładania się i zmiany na lepsze staje się walką na śmierć i życie. Jedyne drobniutkie zawahanie miałbym takie, że może warto było dać więcej miejsca rozbudowie sensu tej metafory, jej przełożenia na realny świat, a nie niemożliwym szczegółom fizjologicznym, ale nie jest to istotna wada i na pewno nie twierdzę, jakobym umiał to lepiej napisać. Nie wątpię, że Twój pomysł zostanie ze mną na dłużej.

Jakiś prywatny przemycik

Jakoś mi to nie pasuje do bohatera, on ledwo sobie radzi z wyjściem na plażę, więc gdzie tu myśleć o przemycie?

Odchody odprowadzane były bezpośrednio do jelita

Właściwie to odchody powstają w jelicie…

Chciałem odzyskać wzrok

A to kiedy bohater stracił wzrok?

Pracowałem dla małej firmy jako technik elektronik. Lutowałem układy scalone, wmontowywałem czipy w obwody, łączyłem tranzystory, rezystory i kondensatory, integrowałem, scalałem i obudowywałem. Jednym słowem znałem się na tym.

Nie wiem, czy inni czytelnicy postrzegają to tak samo, ale kiedy wcześniej czytałem o jego niedostosowaniu społecznym i koncentracji na jednym osobliwym hobby, wyobrażałem sobie raczej wiecznego studenta lub NEET-a niż człowieka z konkretnym fachem w ręku.

 

Przypuszczałem, że konkurencja w tym konkursie będzie raczej niewielka, a teraz widzę, że muszę się bardzo mocno przyłożyć do pisanego właśnie opowiadania, żeby zachować bodaj śladowe szanse na zwycięstwo. Gratuluję sprawnego trafienia do Biblioteki i pozdrawiam!

Cześć, Ślimaku Zagłady!

 

Bardzo Ci dziękuję. Szczerze, nie spodziewałem się aż tak przychylnej opinii.

 

Świetnie wyłapałeś miejsca, przy których i ja miałem wątpliwości.

O przemycie napisałem zdrobniale, żeby podkreślić, że to nie było nic wielkiego. Jakaś drobnostka, np. kosmetyk, czy woda w zbyt dużej butelce przenoszona przez bramkę na lotnisku.  

Właściwie to odchody powstają w jelicie…

Tak. Tu chodziło mi o takie absurdalne zapętlenie. Mógł przygotować sobie jedzenie, a w ubikacji załatwić inne potrzeby. Tylko jak? Jako awatar? Stworzył dom i zadbał o szczegóły. Skoro miał kibel, to podłączył go do kanalizacji…

A to kiedy bohater stracił wzrok?

To zdanie o odzyskaniu wzroku pierwotnie było trochę inne, bardziej rozbudowane. Uznałem, że jest zbyt skomplikowane, niezrozumiałe i jej skróciłem. Chodziło mi o to, że bohater uciekł od świata, tworząc sobie nowy, który był jego i którym się cieszył. Ze zmysłów w tym świecie posiadał jedynie dotyk. Czyli przenosząc się, pozbawił się wzroku. W tym sensie zapragnął go odzyskać.

wyobrażałem sobie raczej wiecznego studenta lub NEET-a

Rozważałem NEET-a. Jednak ostatecznie postawiłem na konkretny fach. To zapadanie się w sobie było procesem. Przez lata stosował strategię: „jeśli samemu chce się być niewidocznym, to trzeba zachowywać się zgodnie z wyobrażeniem innych”. Praca dawała mu niezależność finansową, dzięki czemu nie był uzależniony od innych. Wyobrażałem go sobie w jakimś kącie, przy stole montażowym, pochylonego nad lupą przeznaczoną do prac precyzyjnych.

 

Zastanowię się nad Twoimi uwagami. Na tym etapie nie chcę już za bardzo czegokolwiek zmieniać, ale może poprawię to zdanie o odzyskaniu wzroku.

 

Jeszcze raz dziękuję i życzę owocnej pracy nad opowiadaniem.

 

Pozdrawiam! 

Zastanowię się nad Twoimi uwagami. Na tym etapie nie chcę już za bardzo czegokolwiek zmieniać, ale może poprawię to zdanie o odzyskaniu wzroku.

Tak sobie myślałem, że może napisałbym po prostu “zyskać wzrok”. Również dziękuję za zaangażowanie i ciekawą odpowiedź!

Hej,

to kompletnie nie moja bajka. Pomysł na grzebanie we własnych trzewiach wzbudzał we mnie dyskomfort i konsternację. Dlatego gratuluję wyobraźni, bo chyba idealnie wpisujesz się w ramy bizarro. :D 

Doceniam dobre wykonanie, bo mimo niepokojących obrazków, przez tekst przepłynęłam bez żadnych zgrzytów. Zdecydowanie jest to opowiadanie, które zapada w pamięć!

Pozdrawiam! 

Cześć, Marszawa!

Bardzo dobrze Cię rozumiem. Tym bardziej dziękuję za wizytę i podzielenie się wrażeniami.

Pozdrawiam!

Genialny pomysł. Twoja praca aż kipi dziwnością. Podczas czytania czułem niepokój. Dobre elementy humorystyczne. Mimo tematyki czytało się lekko, a na końcu miałem odczucie: „co ja właśnie przeczytałem?”. Powodzenia w konkursie. Zostawiam klika. Pozdrawiam.

Witaj, Adexx!

Dzięki za wizytę i klika. Miło mi, że się podobało.

Pozdrawiam!

Serwus,

niezwykle interesujące opowiadanie. Mocno zakręcone i dziwne – jak nic nadaje się do Weirdzarro.

Podobało mi się, choć muszę przyznać, że miejscami, podobnie jak u Marszawii, wzbudzało we mnie dyskomfort. Niemniej to bardzo dobre opowiadanie – gratuluję pomysłu i wykonania.

Skoro tekst jest już w bibliotece, daję tylko wirtualnego klika.

Pozdrawiam

rr

Hej,

Po prostu świetny pomysł i wykonanie!

Czołem, Robercie!

Dziękuję za opinię i wirtualnego klika. 

Pozdrawiam!

Auguście, witaj na pokładzie!

Rozumiem, że kciuk uniesiony w górę. Dziękuję.

Pozdrawiam!

Hej, AP

Wiadomo, chałupa to studnia bez dna :)

Zacząłem czytać ten tekst… nieświadomy, że to bizarro. Dzięki temu podobał mi się jeszcze bardziej.

 

Świetny pomysł. Chylę czoła.

Pozdrawiam ;)

Totalny mindfuck. Ale dobrze napisany.

Czytało mi się bardzo dobrze, ale przyznam, że bardziej wciągnęło mnie dzieciństwo bohatera, niż wchłanianie przez dom w nim ;)

To znaczy wkładanie rzeczy do żołądka i cała ręka były super, ale już wbudowany kredensik, to dla mnie chyba za dużo.

No, ale to pewnie kwestia mojego niewyrobienia.

delulu managment

Cześć, Ramshiri!

Faktycznie, do bizarro trzeba się chyba odpowiednio nastroić. Cieszę się, że tekst okazał się więcej niż strawny. 

Wielkie dzięki.

Pozdrawiam! 

Hej, MichaleBronisławie!

Rozumiem, że jest git. Ale to “ale” na początku drugiego zdania daje do myślenia.

Serdecznie dziękuję i pozdrawiam!

Witaj, Ambush!

W Twoje niewyrobienie nie wierzę. To raczej kwestia gustu. Bardzo dziękuję za miłe słowa i doskonale rozumiem wątpliwości.

Pozdrawiam!

Kiedy ma się wątpliwości, trzeba sobie wyobrazić wypuszczoną z pułapki mysz. W tej scenerii, w tej rzeczywistości. :) I wątpliwości mijają – pełny odlot! laughyes

Pozdrawiam. :) 

Pecunia non olet

Absurdalne, ale fajne ;)

Przynoszę radość

bruce, niestety uśmierciłem mysz i teraz jest mi głupio, bo przecież mogłem darować jej życie.

Anet, bardzo dziękuję, ale szczerze!

bruce, niestety uśmierciłem mysz i teraz jest mi głupio, bo przecież mogłem darować jej życie.

Dobrze zrobiłeś. Jak prawdziwy domator. :) Myszy nie powinny kalać domu. Zwłaszcza TAKIEGO. laugh

Pecunia non olet

Uff, ulżyło mi. Dzięki! :)

laughheart

Pecunia non olet

Rozumiem, że jest git. Ale to “ale” na początku drugiego zdania daje do myślenia.

Jasne, że GIT.

“ale” traktuj, jakby go nie było :)

Hej! Wracam, ponieważ opowiadanie nie daje mi spokoju. :D Dodam tutaj „drugiego klika”, czyli nominację. Trzymam kciuki za piórko! :) 

Nie znam się na bizarro, ale jeśli miałbym sobie ten gatunek jakoś wyobrazić, to myślę, że właśnie wizja Twojego opowiadania zostanie mi w głowie. Odjechany pomysł, po kilku pierwszych akapitach, nawet jakby na długie godziny zamknęli mnie w pokoju i kazali zgadnąć, jak potoczyła się dalej ta historia, w życiu nie byłbym nawet blisko odgadnięcia. Genialne. Humor i dziwność – wiadomo, ale to uczucie niepokoju pod koniec – no cudo. Świetnie mi się to czytało, pamiętam, że chyba już kiedyś sięgałeś po absurd w swoich opowiadaniach, ale to jest zupełnie inny poziom. Warsztatowo nic mi nie zgrzytnęło, co jest kolejnym powodem, żeby sięgnąć po…

…podwójnego klika. 

Pozdrawiam serdecznie!

You cannot petition the Lord with prayer!

“ale” traktuj, jakby go nie było :)

MichaleBronisławie, tak zrobię. 

Marszawo, zrobiłaś mi wielki prezent tym komentarzem! To, że wróciłaś do tekstu, który, jak napisałaś wcześniej, nie jest Twoją bajką, jest dla mnie wielkim komplementem. Dziękuję za te słowa i „drugiego klika”.

Witaj, MichaeluBullfinchu!

 

Dziękuje za bardzo miłe słowa i podwójnego klika.

chyba już kiedyś sięgałeś po absurd w swoich opowiadaniach

Popatrzyłem na listę i faktycznie w kilku by się znalazł, ale zapewne masz na myśli opowiadanie Bez jaj (i może kontynuację Nasz Babilon), które też napisane było na konkurs fanthomasa. Nawet oznaczyłem je jako bizarro, ale wydaje mi się, że to był zupełnie inny typ absurdu.

 

Pozdrawiam!

(i może kontynuację Nasz Babilon)

O właśnie! To, to!

You cannot petition the Lord with prayer!

Bardzo podoba mi się typ podmiotu opowiadania. Widzę w nim introwertyka zmęczonego wszystkim, co go otacza, kogoś z silną potrzebą odcięcia się od świata i zamknięcia sam na sam ze sobą. Dokładnie tak to odbierałam podczas lektury.

 

Gdy tylko spróbowałam wyobrazić sobie, jakby to było włożyć rękę do własnego żołądka, przeszedł mnie dziwny dreszcz. Ten niepokój sprawił jednak, że jeszcze bardziej ciekawiło mnie, jak bohater wykorzysta swój dar. Budowa domu we własnym żołądku? Brzmi absurdalnie, a jednocześnie niezwykle logicznie w kontekście jego potrzeb. Bohater chciał mieć coś wyłącznie swojego – własny dom, własną przestrzeń – i ten cel osiągnął. Dom był rzeczywiście jego na wyłączność, nikt nawet nie miał prawa o nim wiedzieć.

 

Zadałam sobie dokładnie to samo pytanie co Finkla: „Ciekawe, jak bohater wyglądał na zdjęciach rentgenowskich?”. Przyznam, że aż chciałabym, aby wpadł na pomysł zrobienia sobie takiego zdjęcia – niczym projektu domu od architekta.

 

Opowiadanie czytało mi się bardzo dobrze. Dziwność narastała z każdym kolejnym zdaniem, budując niepokój i fascynację jednocześnie. To bardzo dobry, intrygujący tekst.

 

Betweenthelines

Gutyn Morgyn,

 

spanie na tylnej kanapie samochodu.

A nie na tylnym siedzeniu samochodu? Pytam, bo nie wiem, ale może też można mówić kanapę, choć ja się z tym jeszcze nie spotkałam.

 

wkręcić się na film od osiemnastu lat.

Może to czepianie się na siłę, bo wiadomo o co chodzi, ale z kontekstu w sumie nic nie wynika i jest nieco chaotycznie. Ktoś się wkręca w jakiś konkretny film od osiemnastu lat?

Poza tym mówi się: wkręcić się w coś, a nie na coś.

→ wkręcić się w film dla dorosłych.

 

„o nie, chyba się posikam”, „czemu nie zabrałeś mnie tu wcześniej”, „czuję więź z tysiącem pokoleń”

Hahahha, wyborne! :P

 

Każdą wolną chwilę zacząłem spędzać na serfowaniu po stronach, których wspólną cechą było hasło: „głębokie gardło”.

Hahahhah, nie no, leżę i kwiczę, hahha :D

 

 

Unikanie rozmowy rodziców z synem na temat keksu bardzo wiarygodne. Ogólnie tekst ten jest zaskakująco wiarygodny, a jednocześnie bez wątpienia mieszczący się w gatunku bizarro.

Toteż nie dziwi mnie to tyle nominacji do Piórka, takie oryginalne opowiadania trzeba wyróżniać. Dołączam do grona zachwyconych i nominujących.

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

MichaeluBullfinch, potocznie rozumiejąc słowo “absurd”, pewnie masz rację. Choć wydaje mi się, że więcej tego można by znaleźć w Bez jaj. W Naszym Babilonie starałem się zachować logiczny ciąg zdarzeń. Ale oczywiście mało to wszystko jest prawdopodobne. 

Witaj, betweenthelines!

Wielkie dzięki.

Pozdrawiam!

Allo, HollyHell91!

To siedzenie z tyłu, to jest kanapa (chyba). Natomiast z przodu są fotele, więc tak czy inaczej to zdanie jest do poprawy. Albo „na kanapie” albo „na tylnym siedzeniu”. Pomyślę.

wkręcić się na film od osiemnastu lat.

To taki skrót myślowy. Chodziło o wejście do kina na film od osiemnastu lat z nadzieją, że obsługa przymknie oko. Zastanowię się jeszcze.

Hmmm, w sumie to nie wiem, co oznaczałoby zdanie „wkręcić się w film dla dorosłych”. Chyba chodziłoby o jakiś konkretny film, który mocno wciągnął.

 

Bardzo dziękuję za miłe słowa i nominację.

Pozdrawiam!

To taki skrót myślowy. Chodziło o wejście do kina na film od osiemnastu lat z nadzieją, że obsługa przymknie oko. Zastanowię się jeszcze.

Aaa dobra, ja pomyślałam o całkiem innym znaczeniu: wkręcić się czyli się zainteresować, zanurzyć w czymś. W takim razie jest w porządku, chociaż i tak bym dała dla dorosłych a nie od osiemnastu lat.

 

Bardzo dziękuję za miłe słowa i nominację.

yes

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Nowa Fantastyka